Teraz jest 23 lip 2017, o 13:40

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2
Autor Wiadomość
PostNapisane: 31 sty 2010, o 21:06 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Odpowiedź użytkownika Castiglione

Fuentes D'Onoro było ostatnią bitwą Massény, a że Masséna to jeden z moich ulubionych dowódców, postanowiłem więc się trochę poudzielać na forum.
W swej ostatniej bitwie nasze "dziecko zwycięstwa" niestety niezbyt się popisało. Może to wina zmęczenia wojnami? A może Bessieres'a? Kto to może wiedzieć? Zdaniem samego Massény, tego ostatniego, co wyraził dosyć dobitnie: "Wolałbym dostać więcej żołnierzy, a mniej Bessieres'a".
No ale do rzeczy. Marnie się trochę toczy dyskusja, więc postanowiłem trochę rozruszać grupowiczów. Dla mnie Fuentes D'Onoro jest o tyle ciekawe, że nie bardzo mogę pojąć tę nieudolność u zwycięzcy spod Rivoli, Zurychu, Genui i Essling.
Tak więc kilka cytatów i prośba o komentarz do nich.

Na początek wspominany wyżej George Bidwell:

"Masséna nie przypuszcza, że jego adwersarz będzie tak chyżo podróżował. Otrzymał wiadomość o wyjeździe Wellingtona, więc ściągnąwszy posiłki w ludziach i koniach z Salamanki z szybkością, której by się nie powstydził sam Napoleon, Masséna zamierza wykorzystać nieobecność "długonosego hultaja" i przyjść na odsiecz oblężonej Almeidzie. Przewyższa Brytyjczyków w stosunku trzy do jednego w kawalerii, dwa do jednego w piechocie. Zatrzymują go jednak ulewne deszcze, od których wzbierają rzeki, a drogi zmieniają się w nieprzebyte błota. Trzeciego maja Wellington zastępuje mu drogę w pobliżu wioski Fuentes de Onoro, między twierdzą Rodrigo i Almeidą.
Od południa aż do zapadnięcia ciemności ludzie Massény atakują zaciekle Anglików na stromej drodze wiodącej pod górę do wioski, ale spotykają się z równie zaciekłym oporem. Następnego dnia Masséna zawiesza działania wojenne, by zająć się tym, co powinien był zrobić na początku - rekonesansem. Piątego; maja atakuje prawe skrzydło Wellingtona. Znosi Anglików po prostu samą przewagą liczebną, ale - dzięki powrotowi generała Crauforda, który znów dowodzi lekką dywizją, dzięki niedbałości Massény, prowadzącego nieumiejętnie atak, i dzięki temu, że kawalerzyści francuscy popili się i jeżdżą bez sensu i celu - atak jest zahamowany, a w końcu odparty. Wellington zdaje sobie sprawę, że był o włos od klęski i zauważa sucho:
- Gdyby "Boney" tu był, ponieślibyśmy klęskę.
Ale właśnie dlatego, że nie było ,,Boney", jak żołnierze angielscy nazywają cesarza, ,,angielski kunktator" odważył się zaryzykować tę bitwę przeciw przeważającym siłom nieprzyjaciela w pozycji nie najlepszej do obrony.
Straciwszy dwa tysiące ludzi w porównaniu z tysiącem pięciuset strat Anglików, Masséna porzuca plan przyjścia na odsiecz Almeidzie. Ale wysiłki Wellingtona, zmierzające do całkowitego okrążenia oblężonej Almeidy, również spełzną na niczym. Francuzi wysadzają w powietrze fortecę w nocy 10 mają i cała załoga prześlizguje się pośród śpiących żołnierzy generała Erskine'a i ostatecznie wymyka się z okrążenia."

A teraz nasz Bielecki:

"Wycofawszy się spod linii Torres Vedras w Portugalii, Masséna rozłożył się obozem między rzekami Duero i Tormes. Idący jego śladem Wellington zatrzymał się na granicy hiszpańsko-portugalskiej, blokując twierdzę Almeida bronioną przez francuski garnizon pod rozkazami gen. Breniera. Masséna zdecydował się pospieszyć na pomoc Almeidzie, a przy okazji uderzyć na Wellingtona. Otrzymał jednak tylko niewielką pomoc od dowódcy Armii Północy marszałka Bessieres'a (baterię artylerii i 1,6 tys. jazdy). Anglicy i Portugalczycy zajęli stanowiska koło osady Fuentes de Onoro. Każda ze stron miała po 40 tyś. żoł.
3 V dywizja gen. Fereya z 6 korpusu Loisona uderzyła na Anglików, ale została odparta przez lekką piechotę. 4 V nie było działań wojennych. Dopiero 5 V Masséna zorientował się, że prawe skrzydło Wellingtona jest słabe, bo nie bronią go żadne przeszkody terenowe i stoi tam tylko 7 dyw. gen. Houstona i trochę jazdy. O świcie uderzył tu cały 6 korpus Loisona i kawaleria Montbruna, uzyskując szybko przewagę. Opór stawiła dopiero doborowa Lekka Dywizja. W centrum angielskiego ugrupowania mocno trzymały się l dyw. Spencera i 3 Pictona. Montbrun nie zdołał przełamać tych pozycji, tym bardziej że 6 korpus stracił orientację i uderzył w próżnię. Kawaleria gwardii przydzielona do Montbruna odmówiła wykonania szarży, bo nie otrzymała takiego rozkazu od Bessieres'a. 9 korpus Droueta d'Erlona także nie potrafił przełamać szkockiej piechoty w Fuentes de Onoro. Walkę przerwano, gdy straty wyniosły 2 tyś. zabitych i rannych Francuzów oraz 1,7 tyś. Anglików i Portugalczyków. Obie strony pozostały na swych pozycjach wyjściowych do 10 V. Do wojsk Massény dołączył garnizon Almeidy, który zdołał się przebić przez linie wojsk angielskich."

A teraz szeregowiec Wheeler (racja Zbyszku - dwoi mu się i troi, hehe)

"Nr 23 Portalegro 21 maja 1811
Pozostawszy w Villa Mayor do 2 bm., pomaszerowaliśmy w kierunku Fuentes de Onoro. Nieprzyjaciel zgromadził wszystkie swe siły, zamierzając przyjść z pomocą garnizonowi w Almaida. 3, około południa, zajęliśmy pozycje na wzgórzu, nie opodal miasteczka Fuentes. Siedemdziesiąty pierwszy pułk lekkiej piechoty oraz inne nasze oddziały aż do wieczora toczyły ze zmiennym szczęściem zażarty bój o tę miejscowość, która przechodziła wielokrotnie z rąk do rąk. W końcu zdobyli ją Anglicy i utrzymali się w niej aż do 5 bm., to jest do dnia bitwy.
4 obie armie dokonywały różnych manewrów. 5 rano ujrzeliśmy oddziały nieprzyjaciela, czekające na rozkaz ataku na nasze pozycje. Ponieważ najwyraźniej nie spieszyło się im zbytnio, zaczęliśmy gotować ryż na śniadanie. Francuzi przerwali nam jednak te zajęcia, ostrzeliwując nasze szeregi. Niebawem zajęliśmy wskazaną nam pozycję na prawej flance frontu, w pewnej odległości od głównych naszych sił. Nieprzyjaciel zaatakował nas od prawej strony wielkimi siłami kawalerii, musieliśmy więc cofnąć prawe skrzydło, by stawić mu czoło. Mieliśmy tylko dwa portugalskie działa, z których jedno nieprzyjaciel uszkodził już pierwszą salwą oddaną w naszym kierunku, Portugalczycy zaś bardzo rozsądnie wycofali drugie, w obawie, że spotka je ten sam los.
Pozycja, którą zajmowaliśmy po wycofaniu naszego prawego skrzydła, leżała o jakieś dwadzieścia kroków od grzbietu łagodnego wzniesienia, za którym rozciągała się rozległa równina, pełna nieprzyjacielskich wojsk. W niewielkiej odległości za nami teren wznosił się dość gwałtownie; usłany głazami stok, porośnięty drzewami korkowymi i licznymi krzewami, kończył się długą, stromą skarpą. Powyżej nas stał pułk Chasseurs Britanniques i brygada portugalska. Grupa żołnierzy, którzy brali udział w potyczkach na przedpolu, rychło dołączyła do nas, ustępując przed nieprzyjacielem. Tak ustawieni, niecierpliwie oczekiwaliśmy na atak wroga.
Jakoż niebawem pojawił się na grzbiecie wzniesienia oficer huzarów, który obejrzawszy nas dokładnie, spokojnie odwrócił się w siodle i dał sygnał, machając szablą. Przełęcz w okamgnieniu zaroiła się od kawalerzystów. Był to moment krytyczny, gdyż najmniejsza chwila wahania stałaby się przyczyną chaosu, wiodącego do niesławnej klęski. Żołnierze nieprzyjaciela dotarli już do wierzchołka wzniesienia, a ich trębacz grał sygnał do ataku, gdy pułkownik M. zawołał: ,,Gotowi! Cel! Ognia!" Gęsty dym nie pozwalał nam przez chwilę ujrzeć skutków naszej salwy, ale niebawem dostrzegliśmy przed sobą sporą grupę powalonych na ziemię koni i jeźdźców.
Pułk Chasseurs Britanniques i Portugalczycy zaczęli teraz strzelać nad naszymi głowami. Był to ryzykowny, ale niezbędny krok, gdyż nasz ogień nie zatrzymałby kawalerii, musieliśmy więc teraz paść na ziemię i ładować broń. Wśród nieprzyjaciół zapanowało wielkie zamieszanie i gdy tylko przestaliśmy strzelać, pierwszy szwadron królewskich dragonów i czternasty lekkich dragonów dzielnie wdarły się w szeregi wroga, dokonując cudów waleczności; wkrótce jednak były zmuszone cofnąć się, jako że Francuzi byli co najmniej dwudziestokrotnie liczniejsi. W tej fazie bitwy boleśnie odczuwaliśmy brak kawalerii i artylerii.
Nieprzyjaciel na nowo ustawił się w szyku, gotów do następnej szarży, że zaś nasze nieliczne oddziały nie były w stanie odeprzeć takiej nawały wroga, kazano poszczególnym pułkom kolejno się wycofywać. Przeszliśmy więc przez nierówny teren, rozciągający się za naszymi plecami, i przebywszy skalną skarpę poczuliśmy, że nie zagraża nam już atak kawalerii; nieprzyjaciel podciągnął jednak na przełęcz swe działa i począł nas gęsto ostrzeliwać. Cofając się nadal, przebyliśmy niebawem wąski, rwący strumień; woda sięgała nam aż po pachy, że zaś przeciwny brzeg był bardzo stromy, trudno nam było się z niej wydobyć. Opóźniło to nasz marsz, gdyż cały pułk czekał na maruderów, ale gdy tylko ostatni z nas przebyli ową przeszkodę, ustawiliśmy się znów w szyku, by kontynuować odwrót. Cała dywizja znalazła się teraz pod silnym ogniem nieprzyjaciela; największe straty ponieśli Portugalczycy, choć pułk Chasseurs Britanniques również nie uniknął sporej porcji kul.
My, dzięki pułkownikowi M., wyszliśmy bez szwanku, choć bowiem pociski padały dość gęsto, nasz dowódca z wielką biegłością udaremnił wszystkie wysiłki wroga i wykorzystując rzeźbę terenu wyprowadził nas z opresji bez strat w ludziach. Nigdy nie zapomnę jego widoku: zsiadł z konia i zwrócony twarzą do nas dyktował co jakiś czas tempo marszu, wołając: "Lewa! Prawa!", jak zwykł to czynić podczas musztry. Nie wyrzekł się bynajmniej swoich dziwactw, od czasu do czasu wołał bowiem:
"Ten żołnierz nie idzie w nogę - maszerujcie równo, a nic wam nie zrobią!" Innym razem, wymieniwszy jednego z nas po nazwisku, wrzeszczał: "On nie umie maszerować - sierżancie, zapiszcie, że trzeba go przećwiczyć! Mówię wam, nic nam nie zrobią, jeżeli będziecie iść równo - kto zmyli krok, zostanie trafiony!" Kiedy prowadzony przez niego za uzdę koń stanął dęba, gdyż kula przeleciała mu pod brzuchem, wykrzyknął: "Ty tchórzu! Każę ci przez trzy dni nie dawać obroku!"
W końcu dotarliśmy do Almadena. Tutaj dywizja zajęła korzystną pozycję za wioską, nasz pułk stanął zaś w winnicach, na skraju zabudowań. Zahamowało to dalszy postęp nieprzyjaciela. Tu dołączył do nas osiemdziesiąty piąty pułk, skierowany poprzednio w inny rejon bitwy. Został on niestety zaatakowany przez kawalerię w chwili, gdy posuwał się w luźnym szyku. Stracili trzy oddziały, złożone, jak mi się wydaje, głównie z więźniów. Bitwa trwała aż do wieczora, ale nieprzyjacielowi nie udało się zmusić nas do odwrotu; w gruncie rzeczy toczyliśmy jedynie potyczki z nielicznymi oddziałami zwiadowczymi.
Wieczorem bm. jednostkom nieprzyjaciela stacjonującym w Almaida udało się wycofać z twierdzy, po wysadzeniu w powietrze fragmentu fortyfikacji. Docierające tu meldunki niezbyt dobrze świadczą o naszych oddziałach oblegających miasto. Ponieważ celem nieprzyjaciela było uwolnienie załogi, wycofał się za rzekę Agueda, zostawiając twierdzę w naszych rękach.
Trzecia i siódma dywizja pomaszerowały z kolei do Vilia Velha, a następnie, przekroczywszy Tag, udały się do Portalegra, gdzie zatrzymaliśmy się kilka dni, otrzymawszy wiadomość o klęsce Soulta pod Albuera. Wiedząc, że nadchodzimy, próbował on rozstrzygnąć bitwę przed naszym przybyciem. I dobrze zrobił, gdybyśmy bowiem dołączyli do armii, zostałby całkowicie zmiażdżony. Zapisałem już niemal cały list, a mam dla Was jeszcze wiele anegdot, które tu zebrałem. Gdy jeden z naszych ludzi trafił w konia, dosiadający go nieprzyjacielski dragon rzucił się na niego z szablą w ręku; Maxwell jednak (bo tak nazywa się ów żołnierz) przebił go z taką siłą, że aby wyciągnąć swój bagnet, musiał postawić stopę na jego piersi. Generał Houston został odcięty od nas przez wojska nieprzyjaciela; kiedy nastąpiła szarża naszej kawalerii, jego ordynans (dragon z pierwszego królewskiego) wyrąbał ścieżkę w szeregach wrogów i obaj uszli z życiem. Dzielnie zachował się pewien żołnierz z czternastego lekkich dragonów; zaatakowany przez pięciu naraz nieprzyjaciół zabił lub ranił wszystkich napastników, po czym cały i zdrowy powrócił do swych towarzyszy.
Nie ponieśliśmy większego uszczerbku, tracąc tylko trębacza oraz 15 zabitych i rannych żołnierzy."

I na koniec niespodzianka. Jakżeby mogło zabraknąć naszych dzielnych ułanów? A co za historia o "szkockich" grenadierach!

"Ranek był pogodny i w okolicy górskiej prawdziwie zachwycający; cała dolina zdawała się usypiać jeszcze w cieniu, spowita we mgle puszystej, która na swej srebrzystej powierzchni zabarwiała się już różowym odblaskiem, rzuconym od wierzchołków gór, po stronie zachodniej leżących, a oświeconych wprost jaskrawymi, purpurowymi promieniami wschodzącego słońca, szczyty zaś gór po stronie wschodniej, na któreśmy właśnie wstępowali, czarno prawie rysowały się na jasnym tle w tysiączne barwy ozdobnego nieba: woń ziół górskich i dzikiego rozmarynu, nasycając powietrze, czyniła go jakby orzeźwiającym balsamem.
Cicho postępowaliśmy za dowódcą, który nas prowadził, cisza też najzupełniejsza panowała wokoło i w szeregach naszych; wobec tej czarującej natury niejednemu wyrwało się tęskne westchnienie z myślą o oddalonej rodzinnej krainie, gdzie i gór nie brak, i pięknych widoków, a choćby i mniej piękne były, najdroższe, bo swoje.
Wąwóz, którym postępowaliśmy, w tył nieco poza linią naszego obozu, skręcając się ku południowi w prawo, prowadził na wyżej piętrzące się, niezbyt jednak wyniosłe szczyty; roślinność bujna w dolinie, coraz się bardziej ku wyżynom zmniejszała, odkrywając nagie, porysowane i popękane skały. Już byliśmy prawie u wierzchołka górzystego grzbietu, kiedy w załomie wąwozu generał zwrócił się ku nam i ręką tylko skinąwszy, kazał się zatrzymać; stanęliśmy jak wryci. Bessieres zsiadł z konia i pieszo, z lunetą w ręku, skierował się w bok ku rozpadlinie skały, która otwierała widok na drugi stok góry; wychylony zza tej ściany kamiennej, pilnie przypatrywał się czas jakiś, wreszcie zwrócił się żywym krokiem i oznajmując, że niebawem z nieprzyjacielem spotkać się mamy, kazał mocniej przytrokować kulbaki i w zupełnej gotowości do boju postępować na szczyt góry.
W istocie okazało się, że armii naszej Anglicy chcieli tył zająć i w tym celu wysłali oddział huzarów, a za nim, o czym nie wiedzieliśmy nawet, granadierów swoich i gerylasów. Generał widział tylko huzarów, gdyśmy więc pokazali się na wierzchołku góry, spostrzegliśmy ich na paręset kroków przed nami. W jednej minucie, lubo w najniewygodniejszej pozycji, złożywszy lance w pół ucha końskiego, jak się należy, uderzyliśmy na nieprzyjaciela. Huzarzy jednak, ledwie nas spostrzegli, pierzchnęli od razu; rzuciliśmy się w pogoń, kilkunastu dostało się w ręce nasze, ale gdyśmy się w najlepsze rozpędzili, z dwu stron naraz, znienacka, to jest z boku od gerylasów i z frontu od grenadierów angielskich, zaskoczeni i obsypani zostaliśmy gradem kul nieprzyjacielskich. Z grenadierami, na których wpadliśmy bezwiednie prawie i zgoła niespodziewanie, nastąpiła najcięższa przeprawa; zrobiło się zamieszanie jak w garnku, grenadierzy cofnęli się wreszcie, my zaś opamiętawszy się po utarczce i obrachowawszy się między sobą, ujrzeliśmy w szeregach naszych znaczny ubytek. Ja i Łukaszek wyszliśmy obronną ręką z tej przeprawy, z lekkimi tylko ranami, ale najgorszym było to, żeśmy wcale nie wiedzieli, co się z podkomorzycem stało. Nie mogliśmy się uspokoić w żalu naszym i niepewności, Żebrowski był prawie w rozpaczy, zaczęliśmy się rozpytywać towarzyszów naszych, ale to w pochodzie nie było łatwym; gdyśmy się dopiero znaleźli w obozie, nadbiegł mój Iwaś oraz wachmistrz z drugiego plutonu, Bączalski, którzy zapewniali nas, że Józio nie był rannym nawet, lecz gdy pod nim konia ubito, porwali go grenadierzy, uprowadzając z sobą.
Wieść ta przeraziła nas bardziej jeszcze, bo wydostanie się z rąk gerylasów, jeśliby oni pochwycili podkomorzyca, było niepodobnym prawie, a co gorzej, groziło śmiercią męczeńską.
Ja tak byłem tym nieszczęśliwym wypadkiem zgryziony, że mi się myśli plątały i zgoła rady nawet ani ratunku nie widziałem żadnego. Żebrowski wszelako, twardszej snąć ode mnie natury, lubo zasmucony i zafrasowany mocno, przytomnej myśli nie tracił. Podumawszy chwilę, podbiegł do pułkownika, skąd powróciwszy, nie mówiąc nic, pieszo, z karabinkiem tylko, żywym krokiem ruszył na pobojowisko. Już było dobrze z południa, leżałem właśnie w szałasie z oliwnych gałęzi, ustawionym naprędce, stękając trochę po tej gorącej przeprawie, bo mię rana w ręku paliła okrutnie, kiedym go spostrzegł nadchodzącego. Zziajany był i zmęczony, usiadł koło mnie, ocierając kroplisty pot, co mu oczy zalewał, mieszając się może z niejedną łzą za utraconym towarzyszem i przyjacielem. Zacząłem go się wypytywać, gdzie chodził i po co; milczał uparcie, ledwie nieledwie dowiedzieć się mogłem, że dotarł do miejsca naszego rannego spotkania, że oglądał zabitych, między którymi podkomorzyca nie było.
- Ale ja go muszę z niewoli wydobyć - powtarzał ciągle.
- Jakim sposobem? - spytałem wreszcie. Machnął ręką wyraziście, ale nie odpowiedział nic.
- Mam ja myśl - rzekł po długim milczeniu - bom się na pobojowisku nie darmo włóczył, ale poczekajmy do wieczora, jak się generałowie zjadą na naradę, pójdę do tawerny, może i moja głupia głowa na co się przyda.
Na próżnom go się jeszcze wypytywał. Łukaszek jak skamieniały siedział, nie mówiąc ani słowa.
Tu objaśnić wypada, że gdy Masséna szedł jeszcze do Portugalii, zdobywszy tam niewielką fortecę Almeidę, leżącą o dwie mile od Rodrigo, już za granicą hiszpańską, obsadził ją był garnizonem Włochów, pozostawiając tam batalion piechoty z pułkownikiem i artylerią. Teraz przeto, gdy Wellington stanął miedzy Almeidą i Rodrigo, została ta forteca zupełnie od armii naszej odcięta, była to więc jedyna chwila, w której garnizon ten, gdyby z twierdzy wyszedł, mógłby i dywersją Wellingtonowi w czasie bitwy uczynić i połączyć się z nami. Zmiarkowali to generałowie nasi i przed wieczorem jeszcze, zebrawszy się na naradę wojenną, postanowili przesłać dowódcy fortecy w Almeidzie rozkaz, aby ją na dany czas, kiedy się walna bitwa nazajutrz rozpocznie, w powietrze wysadził, a sam z garnizonem do nas się przez linią nieprzyjacielską przebijał. Chodziło o człowieka, który by podjął się zanieść ten rozkaz komendantowi fortecy, Jeszcze więc na parę godzin przed zachodem słońca i przed wieczornym apelem otrąbiono w obozie, że gdyby się znalazł ochotnik dla zaniesienia rozkazu do Almeidy, stawić się ma do generała Bessieres po instrukcją i jeśli w wyprawie tej szczęśliwie mu się powiedzie, sowicie nagrodzonym zostanie.
Gdy to usłyszał Łukaszek, zerwał się co żywo i pobiegł do kwatery generała, tu jednak ujrzał już czekającego na instrukcją ochotnika, oficera od piechotnych strzelców, Piemontczyka, który podejmował się tej niebezpiecznej wyprawy. Byłyby wszelkie zamiary Żebrowskiego upadły, gdyby nie kapitan 3 pułku legii Łuczycki, dobry nasz znajomy, który się w kwaterze generała natenczas znajdował; za wstawieniem się jego Bessieres, ułanów naszych bardzo lubiący, raz jeszcze rozpytawszy się dokładnie i upewniwszy o osobie Żebrowskiego, Piemontczyka odprawił z niczym, a Łukaszowi przedarcie do fortecy powierzył.
Żebrowski uradowany, wpadł do naszego szałasu i pośpiesznie przebierać się począł, opowiadając o posłuchaniu swoim u generała.
Forteca Almeida położoną była za lewym skrzydłem wojsk nieprzyjacielskich, z naszego więc lewego skrzydła, Żebrowski, chcąc się do niej przedzierać, okrążać musiał poza całą linią wojsk angielskich, inaczej jednak uczynić nie mógł, gdyż w górach i wąwozach z tej strony łatwiej się było przemykać niż płaszczyznami od prawego naszej armii skrzydła. Gdy nam znikł z oczu, długośmy jeszcze o nim przemyślali i prawdę rzekłszy, nie bardzo byliśmy pewni, czy z tej szalonej wyprawy powróci.
Nazajutrz z rana zaczęły się już harce naszych i angielskich tyralierów, a niebawem i działa z obu stron rozpoczęły rozmowę; gadały też gadały, nie sekretnie wcale, aż ziemia pod nogami drżała, a lubo mgła ranna opadła w dolinie, zastąpił ją dym gęsty, który chwilami tylko, pod lekkim powiewem wiatru, skłębił się i przerzedził. Nasze oba szwadrony, do asekuracji dział przeznaczone, z miejsca się nie ruszyły; służba to jest dla kawalerii najcięższa i stokroć od najżwawszej bitwy do zniesienia trudniejsza; na ten raz jednak mniej była niż kiedy indziej uciążliwą, położenie bowiem obrane szczęśliwie, znacznie nas od kul nieprzyjacielskich ochraniało. Tymczasem bitwa wzmagała się na całej linii; z naszej strony legie ucierały się z piechotą angielską, rozsypaną w laskach oliwnych i winnicach; wśród najgęstszej zieloności przeglądały ich czerwone mundury, które jaskrawym słońcem oświecone, najwyborniej nadawały się do celowania. Śmieli się też z nich nasze mazury, przezywając "raczkami".
Wśród najgorętszej bitwy prawie usłyszeliśmy potężny huk oddalony, jakby sto dział razem zagrało; wybuch to był min podłożonych w fortecy Almeidy; ucieszyliśmy się, będąc już pewni, że Łukaszek dotarł szczęśliwie na miejsce. Generał Bessieres, widząc legie nasze ucierające się z piechotą angielską, która się po uliczkach winnic kryła, odkomenderował im w pomoc szefa Paca z jednym tylko plutonem; wnet się też Anglicy poczęli cofać ku wyżynom, na główną linię, gdzie sam Wellington dowodził.
W tej chwili ujrzeliśmy rzecz dziwną, której z początku nikt sobie nawet wcale wytłumaczyć nie umiał. Gdy się bowiem na całej linii wojska angielskie dość porządnie cofać zaczęły na pozycje wyższe, nasze też bez zbytecznych strat posuwać się za nimi nie mogły; z oliwnego lasku, leżącego na samym skraju doliny, przy lewym skrzydle naszym, wysunął się spory oddział grenadierów szkockich. Już mieli na nich uderzyć nasi ułani, kiedy sam generał Bessieres, który przez lunetę śledził wszelkie ruchy, wstrzymał komendę. Nie mogliśmy zupełnie zrozumieć, co to wszystko znaczy, ile, że grenadierzy, nie dając wcale ognia, sformowani porządnie, wprost ku nam spiesznym krokiem dążyli. Gdy się już tak zbliżyli, że ludzi rozpoznać było można, z osłupieniem prawie ujrzeliśmy na czele owego oddziału... Łukaszka i podkomorzyca! Za nimi stu dwudziestu kilku grenadierów szkockich prowadziło kilkudziesięciu gerylasów ze związanymi rękoma. Wszyscy ci, jak się okazało, grenadierzy, mniemani Szkoci, byli to Polacy, zabrani przez Anglików w niewolę na San Domingo i wcieleni do pułku szkockich grenadierów, w którym przez osiem lat bez przerwy służyć musieli. Łukaszek znalazł jednego z nich na pobojowisku, rannego lekko i przygniecionego zabitym koniem naszym ułańskim; byłby tam zapewne i życie zakończył, gdyby go był nie wyratował Żebrowski; opowiedział on swemu wybawcy i o reszcie rodaków, którzy Anglikom po niewoli służyli; umówili się więc, żeby w nocy ujść i dostać się do naszego obozu, a Łukaszek miał ich przeprowadzić, spodziewając się że i podkomorzyca przy tym oswobodzi. Rzeczy się jednak zmieniły: Żebrowski, idąc do Almeidy, porozumiał się z grenadierem, który do swego batalionu powrócił, a skoro komendant fortecy wyszedł z załogą, podprowadził go Żebrowski na stanowisko przez grenadierów zajmowane, ci w jednej chwili rzucili się na stojących blisko gerylasów, niewolników i podkomorzyca uwolnili i nawiązawszy ich jeszcze, jak baranów przyprowadzili do naszego obozu. Za nimi też ukazała się i załoga Almeidy, lubo znacznie uszczuplona, bo z tysiąca ogółem ludzi tam zostawionych czterystu tylko wróciło; część wymarła, w fortecy, część zginęła przebijając się przez linię wojsk angielskich, czym też i wycofanie się naszych Polaków grenadierów osłonione i znacznie ułatwione zostało. Trudno jest opisać radość tych biedaków, zobopólne zdziwienie, wykrzykniki i powitania, gorące łzy rozrzewnienia, kiedy się znaleźli wśród swoich, usłyszeli mowę ojczystą i odzyskali nadzieję powrotu do rodzinnej ziemi. Niebawem rozległy się i wesołe śmiechy, zwłaszcza z ubioru owych Szkotów, którzy przy pełnym mundurze nie mieli wcale jednej, najpotrzebniejszej rzeczy... szarawarów. Nasze wiarusy przekonani byli, że Anglicy przez skąpstwo i na pośmiewisko tak im się ubierać kazali; nie mogła ich wcale przekonać reszta umundurowania, piękna i wspaniała nawet. Mieli bowiem ogromne, ze skóry psów morskich, bermyce z pąsowymi wierzchami, piórami i kutasami, i blachę złoconą nad czołem, na której był lew brytyjski; kolety krótkie, pąsowe, na obnażonych nogach nic więcej, tylko sznurkowe chodaki i zielone w kratki małe... fartuszki.
Obracali ich też nasi ułani i nadwiślańcy na wszystkie strony, i za boki się brali od śmiechu. Do późnej nocy gwar był w naszym obozie jak w ulu.
Generał Bessieres niezmiernie był rad zdobyczy grenadierów, wcielono ich do legii naszych, a Żebrowski, rozsławiony za swoją dzielną wyprawę, podany był do awansu i do orderu.
Po bitwie tej, nie rozstrzygniętej, która przeszło osiem godzin, trwała, oba wojska na stanowiskach swoich zostały. Rozpoczęły się zatem ;układy i zawarto zawieszenie broni na dni piętnaście, po upływie których, gdyśmy się do walnej bitwy przygotowywali, widząc na całej linii angielskiej szerokie w nocy ogniska, ze zdziwieniem ujrzeliśmy rano, że już tam Wellingtona ślad tylko w tych obozowych popiołach pozostał. W nocy bowiem, poprzedzającej dzień bitwy, wyniósł się tak cicho, żeśmy nie wiedzieli nawet, kiedy i jak to się; stało.
(Antoni Kulesza, podoficer pułku ułanów nadwiślańskich)

A może jeszcze ktoś coś dorzuci? Byłbym zobowiązany.

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 sty 2010, o 21:07 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Odpowiedź użytkownika Gość

Bitwa pod Fuentes de Onoro 3-5 maj 1811 roku


Po nieudanej próbie zdobycia linii Torres Vedras w Portugalii, Marszałek Massena wycofał się do Hiszpanii i rozłożył swoje wojska obozem między rzekami Duero i Tormes. Idący jego śladem ks. Wellington zatrzymał się na granicy hiszpańsko – portugalskiej, blokując nadgraniczną twierdzę Almeida bronioną przez francuski garnizon pod rozkazami gen. Breniera. Sytuacja obrońców nie przedstawiał się najlepiej. Podstawowym problemem załogi twierdzy okazał się brak prowiantu. W związku z tym, pod koniec kwietnia 1811 roku Massena po reorganizacji swoich sił i uzupełnieniu wszelkich niezbędnych braków w uzbrojeniu oraz wyposażeniu zdecydował się pospieszyć na pomoc Almeidzie, a przy okazji uderzyć na Wellingtona. Trzeciego maja 1811 roku koło osady Fuentes de Onoro doszło do spotkania obu wrogich armii.
Fuentes de Onoro to mała, spokojna wieś położona na granicy hiszpańsko – portugalskiej. Teren wokół wioski zdominowany jest przez ciąg niskich grzbietów górskich tworzących długie pasmo przypominające swoim wyglądem zagięty hak. Na wprost wzgórz znajduje się duży, otwarty obszar, którego lewą część stanowiły ówcześnie zlokalizowane tam pola uprawne. Nieco poniżej, na skrajnym, lewym krańcu wzgórz znajduje się sama osada. Tworzyło ją kilkanaście zabudowań, a małe, ciasne uliczki wioski wiodły ku wzgórzom. Po prawej stronie wioski znajdował się cmentarz i sąsiadujący z nim kościół. Całość otoczona była kamiennym murem. W czasie bitwy zarówno cmentarz jak i kościół stały się miejscem szczególnie krwawych walk.
Przygotowując się do bitwy Wellington zgromadził pod swoimi rozkazami 34 tys. piechoty, 1800 kawalerzystów i 48 dział polowych. Główną część swoich sił książę rozmieścił na wzgórzach otaczających wioskę. Pozycja była silna i zmuszała oddziały Masseny do nacierania pod górę pod ogniem nieprzyjacielskiej broni ręcznej i artylerii. Dodatkowo Wellington wydzielił kilka jednostek piechoty i skierował je na przedpole osady, aby maksymalnie opóźnić ruch Francuzów. Takie ustawienie wojsk miało jednak jeden poważny mankament. Większość oddziałów angielsko – portugalskich znalazło się na pozycjach mając za plecami rzekę Cao i zabudowania wioski przed frontem. O tej porze roku rzeka Cao miała niezwykle wysoki poziom. W związku z tym, w razie porażki, jedyną drogę odwrotu dla sprzymierzonych stanowił most znajdujący się na południe od Fuentes de Onoro lub mały bród tuż za wioską. Niestety przy wysokim stanie wód bród ten nie nadawał się do przeprawy tak dla artylerii jak i dużych oddziałów piechoty. Dlatego też, w razie utraty mostu oddziały Wellingtona były narażone na zniszczenie.
Drugiego maja 1811 roku Armia Portugalii pod dowództwem Marszałka Masseny zbliżyła się do wioski. Liczyła ona około 45 tys. doświadczonych i bitnych żołnierzy uzbrojonych w 38 armat. Odziały francuskie przeszły przez pole ze zbożem i ustawiły się półkolem na wprost osady i ciągnących się wzdłuż niej wzgórz.
Bitwa rozpoczęła się wczesnym rankiem 3 maja 1811 roku. Do ataku ruszyło pięć batalionów francuskiej piechoty (około 3000 żołnierzy) należących do dywizji generała Ferreya z 6 Korpusu generała Loisona. Atak został skierowany przeciwko angielskim oddziałom 1 Dywizji gen. Spencera zajmującym pozycję na przedpolu wioski Fuentes de Onoro. W sumie była to siła około 2000 żołnierzy piechoty szkockiej i angielskiej należących do pułków: 79, 71 i 24. Mordercza walka trwała do południa. Około godz. 13 brawurowe natarcie piechoty francuskiej zmusiło obrońców do wycofania się do samego osiedla. Tam tworząc redutę z kamiennego muru otaczającego cmentarz i kościół przez dłuższy czas, ponosząc ciężkie straty, powstrzymywali ataki nieprzyjaciela. Z pomocą przyszły im oddziały należące do 3 Dywizji gen. Pictona. Kontratak trzech pułków piechoty (88, 45 i 74) pod dowództwem płk Wallace, dowódcy 88 pułku piechoty „Connaught Rangers”, statecznie odparł natarcie oddziałów Masseny. Straty angielskie wyniosły 259 żołnierzy, natomiast Francuzi stracili tego dnia 650 ludzi. Nastąpił spontaniczny rozejm.
Następnego dnia, 4 maja, obie strony pozostały na swych stanowiskach. Żołnierze obu armii byli tak wyczerpani, że nie mogli podjąć żadnych działań. Przerwa została wykorzystana na grzebanie poległych, opatrywanie rannych i warzenie gorącej strawy, na co nie było czasu dnia poprzedniego. Podczas gdy żołnierze francuscy odpoczywali i przygotowywali się do dalszej walki, ich dowódca Marszałek Massena obmyślał plan zniszczenia armii angielsko – portugalskiej. Doświadczenia z walk prowadzonych 3 maja uświadomiły Massenie, że próba czołowego ataku i zdobycia Fuentes de Onoro nie ma szans powodzenia. Trzeba było spróbować obejść pozycje nieprzyjaciela i uderzyć na niego z boku. Dopiero wówczas można było podjąć nową próbę zdobycia osady w bezpośrednim ataku. W tym celu, przed północą, marszałek wydał rozkaz lekkiej kawalerii do przeprowadzenia rozpoznania. Wyniki tego rozpoznania przeszły najśmielsze oczekiwania francuskiego dowódcy. Okazało się bowiem, że prawe skrzydło Wellingtona jest słabe, bo nie bronią go żadne przeszkody terenowe i stoi tam tylko 7 Dywizja gen. Houstona i trochę jazdy. Massena postanowił zatem uderzyć na 7 Dywizję, zniszczyć ją, a następnie rozwinąć natarcie w kierunku północnym i zachodnim, opanowując mosty na rzece Turones i Cao i tym samym zamykając armię angielsko – portugalską w pułapce. Jednocześnie pozostałe siły miały w czołowym uderzeniu opanować zabudowania Fuentes de Onoro.
Jeszcze tej samej nocy 6 korpus gen. Loisona (dyw. piechoty gen. Marchanda i gen. Mermeta), 8 korpus gen. Junota (dyw. piechoty gen. Solignac’a) oraz kawaleria rezerwowa gen. Montbruna dostały rozkaz przegrupowania się i zajęcia pozycji wyjściowych do natarcia na prawe skrzydło wojsk sprzymierzonych.
Wczesnym rankiem, 5 maja, gdy tylko pojawiły się pierwsze promienie słońca, do ataku ruszył 9 korpus gen. Drouet d’Erlon (dywizje piechoty generałów Claparde’a i Conroux’a) wspierany przez dywizję piechoty gen. Ferreya z 6 korpusu gen. Loisona. Żołnierze napoleońscy trzymając wysoko swoje orły, zmierzali w kierunku centrum brytyjskiej linii zajmującej pozycje w wiosce i na wzgórzach do niej przyległych. Niemal natychmiast wzgórze spowiły kłęby dymu, kiedy artyleria angielska otworzyła ogień przeciwko nacierającemu przeciwnikowi. Po pierwszych dwóch, trzech salwach, do walki wkroczyła angielska i portugalska piechota. Prowadzony przez nią intensywny ogień karabinowy (piechota prowadziła ogień plutonami) sprawił, że czoło kolumny zwolniło, a następnie zatrzymało się. Francuzi mieli sporo zabitych i rannych. Wytrzymali przez chwilę pod ciężkim ostrzałem sprzymierzonych po czym zaczęli wycofywać się. Pierwsze natarcie zostało odparte. Było to jednak natarcie pozorujące, mające na celu odwrócenie uwagi dowództwa brytyjskiego od faktycznego kierunku ataku armii francuskiej.
W tym czasie na lewym skrzydle ruszył do ataku 6 korpus gen. Loisona wspierany przez kawalerię rezerwową gen. Montbruna (pod rozkazami Montbruna znalazły się również brygady lekkiej kawalerii generałów Fourniera i Wathiera oraz brygada kawalerii gwardii gen. Lepic’a). Dywizja piechoty gen. Solignac’a pozostała w rezerwie. Celem ataku tych oddziałów było zniszczenie 7 Dywizji gen. Houstona i wyjście na tyły wojsk Wellingtona.
W krótkim czasie piechocie Marchanda (6 pułk piechoty lekkiej, 60, 39, 76 pułk piechoty liniowej) udało się opanować wioskę Poco Velho i rozbić stacjonujący tam garnizon (2 batalion Cacadores i 85 pułk piechoty). Wellington przekonany, że Massena będzie koncentrował się wyłącznie na atakach skierowanych przeciwko centrum jego linii (świadczył o tym prowadzony od świtu atak), nie zadbał należycie o zabezpieczenie swojego prawego skrzydła. Pojawienie się tutaj oddziałów napoleońskich było dla niego wielkim zaskoczeniem. Szybko zdał sobie sprawę z tego, że popełnił błąd. Widząc tumany kurzu wywołane przez oddziały francuskie zmierzające w kierunku 7 Dywizji, Wellington wysłała do jej dowódcy gen Houstona rozkaz o odwrocie. Było już jednak za późno. Kawalerzyści gen. Montbruna zastali 7 Dywizję prawie zupełnie nieprzygotowaną do walki. Większość jej żołnierzy szykowała się do odwrotu. Pierwsi do walki ruszyli dragoni należący do dwóch brygad generałów Cavrois (3, 10, 15 pułk) i gen. d’Ornano (6, 11, 25 pułk). Niedługo potem dołączyła do nich piechota i artyleria 6 korpusu. Dywizja brytyjska, niedawno przysłana z Anglii, a złożona z kiepsko wyszkolonych rekrutów rozpoczęła bezwładny odwrót. Anglikom groziła katastrofa. Welington miał więc do wyboru dwa wyjścia: albo poświęcić 7 Dywizję i zorganizować obronę prawego skrzydła na dogodnej dla siebie pozycji, albo wysłać dodatkowe oddziały na pomoc rozbitym oddziałom generał Houstona. Po chwili zastanowienia wybrał drugie rozwiązanie. Do tego zadania wyznaczył dwie doborowe jednostki: kawalerię generała Sir Stapletona Cottona i Lekką Dywizję generała Craufurda wsparte przez dwie baterie artylerii konnej w sumie około 5700 ludzi przeciwko 12 tysiącom żołnierzy napoleońskich.
W międzyczasie oddziały Houstona wciąż starały się wycofać ku głównym pozycjom swojej armii. Jednak z każdą chwilą ich sytuacja stawała się coraz bardziej beznadziejna. W pewnym momencie zmęczone i wykrwawione szeregi angielskiej piechoty zachwiały się pod wpływem ponownego uderzenia kawalerii francuskiej. Żołnierzy angielskich ogarnęła panika. Na szczęście gen. Houstonowi i towarzyszącym mu oficerom udało się zaprowadzić jako taki porządek w szeregach. Piechota angielska sformowała czworobok i ponosząc ciężkie starty zaczęła odpierać ataki nieprzyjaciela.
Pierwsza na pomoc wykrwawionej dywizji przybyła brygada kawalerii gen. von Arentschilda. W jej skład wchodził: 16 pułk lekkich dragonów i 1 pułk huzarów Królewskiego Legionu Niemieckiego. W tych ciężkich chwilach, szczególnie przydało się doświadczenie żołnierzy 1 pułk huzarów KGL, który zyskał sobie zasłużoną sławę najlepszego regimentu angielskiej kawalerii. Atak obu pułków wspartych przez ogień artylerii konnej osadził na miejscu najbardziej wysunięte szwadrony kawalerii francuskiej i pozwolił przez moment odpocząć żołnierzom gen. Houstona. W końcu na plac boju przybyła Lekka Dywizja i brygada kawalerii gen. Slade (1 pułk dragonów, 14 pułk lekkich dragonów).
Dowódca Lekkiej Dywizji gen. Crauford wydał rozkaz rozwinięcia linii i otworzenia ognia w kierunku nacierającej kawalerii francuskiej. Pozwoliło to 7 Dywizji na oderwanie się od przeciwnika i wycofanie w bezpieczne miejsce. Lekka Dywizja stała się swoistą tarczą dla żołnierzy gen. Houstona. W walce z dragonami gen. Montbruna, wydatnie wspomogła gen. Crauforda kawaleria angielska. Atak został odparty. Na tym jednak nie zakończyła się walka. Podczas gdy rozbita 7 Dywizja wycofywała się spokojnie w kierunku brytyjskiego centrum, gen. Crauford przygotowywał swoich żołnierzy na spotkanie z piechotą i artylerią 6 korpusu. Ustawił swoje oddziały w podwójnej linii przypominającej kształtem literę V. Chciał w ten sposób maksymalnie wykorzystać siłę ogniową podległych mu jednostek. Miał on bowiem pod swoimi rozkazami tylko 3800 żołnierzy, a musiał stawić czoło dwóm dywizjom z korpusu gen. Loisona. Na szczęście dla Crauforda, teren na którym toczyć się miała walka był zbyt wąski, aby Francuzi mogli w tym miejscu rozwinąć wszystkie swoje oddziały. Piechota francuska nadciągnęła w trzech kolumnach. Francuzi rozpoczęli atak w charakterystyczny dla siebie sposób: żołnierze ruszyli w szyku batalionowym krytym przez luźne linie tyralierów. W odległości około 200 metrów nacierające kolumny przystanęły i oddały salwę w kierunku angielskich linii. Nie wyrządziła ona zbytnich szkód w szeregach Lekkiej Dywizji. Kiedy Francuzi znaleźli się w odległości ok. 100 metrów padła salwa, a po chwili następna. Żołnierze Lekkiej Dywizji szkoleni w prowadzeniu intensywnego ognia karabinowego, mieli teraz możliwość sprawdzenia swoich umiejętności. Intensywność ognia angielskiej piechoty sprawiła, że nacierające kolumny zawróciły i starały się przegrupować. Czyniąc to uniemożliwiły pozostałej piechocie i artylerii znajdującej się za nimi na stworzenie linii obrony. Z kolei Gen. Crauford rzucił do kontrataku wszystkie swoje siły i tym sposobem zmusił do odwrotu ponad 8000 żołnierzy napoleońskich. Tym samym, główny cel jaki mu postawiono tj. ocalenie 7 Dywizji przy jednoczesnym uniknięciu rozbicia własnej jednostki został spełniony. Craufordowi pozostało już tylko wycofać swoje oddziały w bezpieczne miejsce.
Kiedy Marszałek Massena dowiedział się o porażce piechoty, postanowił ponownie wykorzystać kawalerię gen. Montbruna i wysłał ją w pościg za Lekką Dywizją.
Crauford szybko zrozumiał niebezpieczeństwo jakie zawisło nad jego oddziałami i wysłał następujący rozkaz do wszystkich dowódców batalionów: „...natychmiast formować kolumny i kierować się w kierunku wzgórz..”. Rozkaz ten został natychmiast wykonany. I tym razem szczęście uśmiechnęło się do dowódcy Lekkiej Dywizji. Z pomocą jego oddziałom przybyła cała kawaleria angielska pod dowództwem gen. Sir Stapleton Cotton’a. W sumie przeciwko ponad 4000 kawalerzystów francuskich, stanęło do boju 1800 kawalerzystów angielskich i portugalskich. Precyzja z jaką Anglicy i Portugalczycy wykonali szarżę, spowodowała, że atak kawalerzystów Montbruna został spowolniony a następnie całkowicie zatrzymany.
Kiedy pierwsza szarża została odparta, masa zdezorganizowanej kawalerii Montbruna, rozpoczęła odwrót. W czasie odwrotu kawaleria napoleońska niespodziewanie natknęła się na dwanaście podążających ku wzgórzom kolumn Lekkiej Dywizji. W tym momencie wydawać by się mogło, że to do Francuzów uśmiechnęło się szczęście. Pozbawieni faktycznego dowództwa, działając małymi, grupami kawalerzyści rozpoczęli ataki na poszczególne oddziały gen. Crauforda. Żołnierze Lekkiej Dywizji mimo, że zostali zaskoczeni, nie zamierzali się wcale poddawać. Wszystkie bataliony sformowały czworoboki i w oparciu o nie postanowiły odeprzeć atak kawalerii nieprzyjaciela. Szczególnie wyróżnili się tu żołnierze 95 pułku strzelców Rifles. Uzbrojeni w dalekosiężne sztucery Bakera, działali w małych grupach poza czworobokami, skutecznie nękając żołnierzy napoleońskich.
Walka trwała przez ponad godzinę. W czasie wciąż ponawianych ataków, kawalerii francuskiej nie udało się rozbić ani jednego czworoboku, a straty były spore, zwłaszcza w koniach. W sumie kawaleria utraciła około 30 % swojego stanu etatowego w ludziach i 50 % w koniach.
Widząc bezskuteczność swoich ataków, kawaleria postanowiła poczekać na wsparcie ze strony artylerii i piechoty 6 korpusu Loisona. Niestety 6 korpus stracił orientację i uderzył w próżnię. Na dodatek kawaleria gwardii przydzielona do Montbruna odmówiła wykonania szarży, bo nie otrzymała takiego rozkazu od Bessieresa. Były to czynniki, które ostatecznie przesądziły o niepowodzeniu francuskiego ataku, prowadzonego od rana na tym kierunku. Jedynym pozytywnym elementem tych działań było opanowanie mostów na rzekach Turones i Cao.
Opanowanie obu mostów, a także przesunięcie przez Anglików części sił w celu wzmocnienia swojej prawej flanki sprawiło, że Massena postanowił raz jeszcze szukać rozstrzygnięcia w czołowym ataku na Fuentes de Onoro. Po utracie mostów Anglicy znaleźli się w pułapce, a opanowanie osady i przełamanie brytyjskiego centrum mogło ostatecznie zakończyć się klęską sprzymierzonych.
Podczas gdy 6 korpus i kawaleria Montbruna zmagały się z wojskami Wellingtona na ich prawym skrzydle, oddziały francuskie pod dowództwem gen. Drouet d’Erlona starały się bezskutecznie opanować Fuentes de Onoro i przylegające doń wzgórza. Sytuacja zmieniła się po południu. Wellington skierował wówczas część sił na opanowanie sytuacji na zagrożonej flance. Massena postanowił wykorzystać sytuację i na jego rozkaz 9 korpus, wsparty przez dywizję gen. Ferreya, ponownie ruszył do ataku. Celem ataku stało się opanowanie samej wioski. Garnizon wioski, podobnie jak 3 maja, stanowiły: batalion 79 pułku piechoty szkockiej Cameron, batalion 71 pułku lekkiej piechoty szkockiej oraz batalion 24 pułk piechoty (jako rezerwa). Dodatkowo obrońcy zostali wzmocnieni kilkoma kompaniami lekkiej piechoty z 1 i 3 Dywizji. Tym razem oddziały francuskiej piechoty działały niezwykle sprawnie. Już podczas pierwszego ataku udało im się zająć sporą część zabudowań. Podczas dalszych zmagań wioska wielokrotnie przechodziła z rąk do rąk. Obie strony poniosły też ciężkie straty w ludziach m. in. zginął płk Cameron dowódca pułku górali szkockich. Walkę przerwano gdy straty wyniosły 2192 zabitych po stronie francuskiej i 1700 zabitych po stronie angielskiej. Obie strony pozostały na swych pozycjach wyjściowych do 10 maja. Wtedy to do Masseny dołączyło 1300 żołnierzy gen. Breniera do niedawna stanowiących załogę Almeidy. Generał nie mogąc doczekać się odsieczy, wobec braku zapasów, postanowił zniszczyć fortyfikacje (wysadził je w powietrze). Następnie załoga Almeidy podjęła udaną próbę przebicia się do Armii Portugalii. Po tym zdarzeniu Massena wycofał się do Salamanki. Tak zakończyła się bitwa pod Fuentes de Onoro, jedna z wielu jakie stoczył korpus Wellingtona z Francuzami na Półwyspie Iberyjskim. Bitwa pozostała nierozstrzygnięta, chociaż pod względem taktycznym sukces odnieśli Anglicy. Udało im się powstrzymać Armię Portugalii przed próbą odblokowania twierdzy Almeida. Po bitwie twierdza została zajęta przez korpus Wellingtona. Sam Wellington omawiając bitwę stwierdził do swojego adiutanta: „ Gdyby Boney dowodził osobiście pod Fuentes de Onoro, zostalibyśmy rozgromieni do szczętu.”

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 sty 2010, o 21:09 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Odpowiedź użytkownika Duroc

Cytuj:
Szkoda, że doleciał tylo do "szybowców" .


Masz rację, Santa.

Niestety, wojna przerwała ukazywanie się tego wspaniałego wydawnictwa.

A po wojnie? Mieliśmy tylko "Małą encyklopedię wojskową" z 1967 r. Żenada!

Pozdrawiam!

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 sty 2010, o 21:11 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Odpowiedź użytkownika Santa

NO, właśnie, ale nie wiem czy masz Duroc, reprinty powojenne Laskowskiego (wyszedł I i II tom, przy czym pierwszy można było kupić za śmieszną kwotę 16 złotych, czy coś koło tego). I pisali tam , że mają dokończyć robotę naszego "wiecznego majora" i oprócz tego wydać tom poświęcony II w. św.
Niestety, chyba skończyło się tylko na projektach...

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 31 sty 2010, o 21:14 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Odpowiedź użytkownika Duroc


Cytuj:
reprinty powojenne Laskowskiego (wyszedł I i II tom,


Mam tylko tom I. Pamiętam, jak ostrzyłem sobie zęby na to wydawnictwo. Niestety, na ostrzeniu się skończyło.

Pozdrawiam!

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 16 lut 2010, o 13:54 
Offline
Roi des Espagnes et des Indes
Roi des Espagnes et des Indes
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 10:01
Posty: 940
Na tym kończy się dyskusja na "starym forum", zapraszam do kontynuacji.

_________________
"Historia jest wersją przeszłych wypadków, na które ludzie zdecydowali się zgodzić."


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 26 maja 2010, o 22:31 
Offline
Caporal
Caporal
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 maja 2010, o 13:21
Posty: 48
Jeśli ktoś jest zainteresowany tutaj parę zdjęć z pola bitwy pod Fuentes de Oñoro, które zrobiłem podczas mojej wędrówki po Hiszpanii.

http://picasaweb.google.pl/NicoDavout/F ... HdwcqdkgE#

_________________
Nico

Niech żyje Napoleon!-wołaj ludzie tkliwy
niech żyje po tysiąc lat (kto z nas będzie żywy),
Niech Polak ostatni z tym czuciem umiera
A hasło: Napoleon! niech mu usta zwiera!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 30 kwi 2011, o 16:18 
Offline
Caporal-Fourrier
Caporal-Fourrier

Dołączył(a): 4 lip 2010, o 22:47
Posty: 72
Akurat w tych dniach będziemy obchodzić 200 rocznicę tej bitwy :D Też dziwi mnie fakt, że pod Fuentes de Onoro Massena tak słabo dowodził. O to, że nie przełamał linii Torres Vedras nie można mieć do niego pretensji. Ale pod Fuentes de Onoro mógł pokonać Wellingtona. Przecież temu człowiekowi w Wielkiej Armii przyznaje się 3 miejsce (po Napoleonie i Davoucie). Sam Wellington po bitwie stwierdził ,,Gdyby Bonney tu był ponieślibyśmy klęskę''.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 18 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL