Teraz jest 18 lis 2017, o 09:15

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:33 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
temat otwarty przez użytkownika Castiglione 15.07.2006
Bito się często, chętnie i o wszystko. Preferowano raczej tasak, szablę lub pałasz, pistolet uważając za broń mniej honorową. Jeśli przedmiotem pojedynku był drobiazg, bito się do pierwszej krwi, jeśli honor osobisty lub honor pułku walczono na śmierć i życie. Wbrew powszechnej opinii, Napoleon był dość dwuznaczny w swej opinii o tym procederze. Niby nie pochwalał, ale z dumą mówił: A myśmy się bili w dawnej szkole wojennej.
Ciekawostką może być to, że fechmistrze często sekundowali pojedynkom, pilnując z obnażoną bronią by nie było ofiar. Stali po prawej stronie walczących z prawem odbicia sprzecznych z zasadami ciosów.
Najsłynniejszy pojedynek empire'u stoczyli pono kapitanowie Dupont i Fournier-Sarloveze. Ich 19-tetnie zmagania opisał Joseph Conrad i znakomicie sfilmował Ridley Scott.
Opisy pojedynków znajdują się w wielu pamiętnikach z epoki. Zachęcam do przytaczania tu takich opisów. Mile widziana też wszelka ikonografia


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:44 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
Cytuj:
Mile widziana też wszelka ikonografia.

proszę bardzo (choć to raczej lekcja fechtunku w ilustracji Sauerweidta)
no i pewna karykatura (Shadowa), której zamieszczeniu nie mogłem się oprzeć


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Trzeba być uprzejmym i dowcipnym wieczorem na balu, a nazajutrz rano umieć polec w bitwie
Stendhal


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:45 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
Witam,
To może "na rozgrzewkę" coś o pojedynkach wyższych szarż.
Rzadko do nich dochodziło, bo rozgłos nadany "sprawie honorowej" powszechnie znanych oficerów źle służył armii, ale jeszcze gorzej polityce. Tym niemniej i w czasach XW dochodziło do prób takowych rozwiązań. Znany jest powszechnie przypadek gen. Grabowskiego i płk Krukowieckiego.
Okazuje się jednak, że wśród niedoszłych pojedynkowiczów z generalskimi szlifami był sam wzór służbisty i pedanta, polskie wcielenie Berthiera (no, to może przesada ) gen. Stanisław Fiszer. Wyzwał on był w 1809 r. w Krakowie nie kogo innego jak rosyjskiego gen. Sieversa. Do starcia nie doszło, ale w ślad za "Fiszerkiem" poszli rychło jego podkomendni. Białkowski daje w swych pamiętnikach wyborny opis jednej z takich rozpraw.

"Przy obiedzie w oberży poróżnili się ze sobą major od dragonów rosyjskich z porucznikiem pułku 1-go piechoty Dłuskim, sławnym rębaczem (chodzi zapewne o Wacława Dłuskiego). Miejsce pojedynku zostało oznaczone za klasztorem kapucyńskim w Krakowie. Ponieważ była nierówność sił fizycznych i broni, gdyż major był wzrostu wysokiego i do tego miał pałasz cieżkiej kawalerii, zaś Dłuski wzrostu niskiego, a do tego augustynóweczka, jakby jaki nożyk (inną bronią pojedynkować się nie chciał) sprowadziło to wielu ciekawych na tę rozprawę. Gdy przyszło do sprawdzenia obrazy, o którą odbywać się miał pojedynek, major w żaden sposób nie chciał pozwolić na pojednanie; ile że widział swą przewagę widoczną (...) Rozpoczyna się bój. Major chciał z góry rąbnąć przeciwnika, Dłuski podsunął prawie cały swój pałasz pod brodę tamtemu. Gdy major sądził, że Dłuski zastawienie się pałasza nie wstrzyma jego cięcia i ciął, Dłuski umknął swego pałasza, a majora pałasz poszedł do ziemi. Wtedy Dłuski na odlew pomknął swoim nożykiem i sięgnął po dłoń majora tak, z krew zaraz chlusnęła. Major, zawstydzony, ze nie bardzo chciał nawet przyjąć opatrzenia, ale sekundanci, chcąc korzystać z tego, ze może im się uda pogodzić ich, starali się, aby ranę majorowi opatrzono. Gdy się to dzieje, Dłuski utkwił swój pałasz w ziemię, oznaczając metę na dowód, ze pojedynek zawieszony, co niemniej i major uczynił. Gdy skończyli opatrzenie rany majora, Dłuski obrócił się do swoich i rozmawiał zapewne o nowem zwyciestwie, którego był pewnym. Major zaś, korzystajac po opatrzeniu rany z obrócenia się przeciwnika, porywa z ziemi swój pałasz i chciał bezbronnego w głowę z tyłu płatnąć, co sekundanci spostrzegłszy, wstrzymali zdradziecki cios, zasłaniając głowę Dłuskiemu. Ten, spostrzegłszy takową zdradę, dosięga swej augustynóweczki i za pierwszym spotkaniem sięga majorowi w czoło. Major, odebrawszy cios, gdy mu krew oczy zalewa, nie śmie prosić o pardon, ale zwróciwszy, z placu ucieka. Dłuski, jak był małego wzrostu, przy tem zwinny, lekki i zręczny, podskoczywszy do góry, sięga majora uciekającego w głowę. Lubo dragoński hełm majora zasłaniał, przecież cios, jaki odebral, był nie do wyleczenia, bo w kilka dni życie zakończył"cytat z Białkowskiego zaczerpnięty z ksiażki Bartłomieja Szyndlera "Pojedynki", W-wa 1987, s. 74-75

Swoją drogą to piękny epizod, który może by zainteresował kolegów zajmujących się komiksem?
Okazuje się, że wbrew zasadom pojedynek odbył się z użyciem różnej broni, a w dodatku uczestnicy byli różni stopniem (moze zasada ta nie obowiązywała w stosunku do przedstawicieli innych armii?). Zaciekawiła mnie informacja o tym, że major rosyjskich dragonów wystąpił do pojedynku w hełmie (raczej kasku). Oznaczałoby to, że pojedynkowano się wówczas w pełnym umundurowaniu, co też może i chroniło pewne części ciała, ale też nie było zbyt wygodne przy fechtunku
Na razie to na tyle - jeszcze się odezwę
pzdr - apacz

_________________
Trzeba być uprzejmym i dowcipnym wieczorem na balu, a nazajutrz rano umieć polec w bitwie
Stendhal


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:48 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
post użytkownika Castiglione
Dzięki Apaczu, że podjąłeś temat, bo już straciłem nadzieję, że ktokolwiek się odezwie.
Wydaje mi się, że Krukowiecki mógłby się stać znakomitym bohaterem komiksu.... Znany od dawna jako intrygant, zawalidroga, szermierz pojedynkowy [...], gdzie mógł szukał kłótni, strzelał doskonale z pistoletu, dla niego było to rozkoszą wyzwać kogoś na pojedynek. Nie liczyłem wprawdzie ofiar padłych pod jego strzałami, lecz słyszałem, że ich było podobno 16...
A sam epizod spod Smoleńska mógłby stanowić znakomity finał takiej obrazkowej opowieści

Cytuj:
Okazuje się, że wbrew zasadom pojedynek odbył się z użyciem różnej broni, a w dodatku uczestnicy byli różni stopniem...


Rzeczywiście istniały niepisane zasady zakazujące walki między podwładnym i przełożonym. Nie obowiązywały one jednak jeśli dotyczyło to sporów pozasłużbowych między oficerami, którzy uznawali się wówczas za równych honorem i walczyli bez względu na szarżę. Bywało tak choćby wówczas gdy w grę wchodziła kobieta. Znany jest mi przypadek gdy słynny (pułkownik wówczas) Lasalle, bił się o kochankę z kapitanem inżynierów.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:52 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
Witam ponownie
Wygrzebałem dwie ciekawostki
pierwsza to rysunek Lermontowa (ta, tak, tego samego!) ukazująca pojedynek między oficerami.


Druga to scena fechtunku z 1807 r. z jednego z... uniwersytetów niemieckich (można by tu długo o tzw. menzurach wśród studentów, ale nie tylko...)


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Trzeba być uprzejmym i dowcipnym wieczorem na balu, a nazajutrz rano umieć polec w bitwie
Stendhal


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:54 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
post użytkownika Louis Nicolas
Franciszek Gajewski (1792-1868) w 1807 roku z rodzinnego Wolsztyna razem ze 111 pułkiem liniowym (który kwaterował tam akurat) udał się do Drezna. Ojciec jego, który był "prezesem sądu apelacyjnego w Poznaniu" powierzył go za radą "ministra saskiego, p.Boose" pod opiekę kapitana Schellinga. Młodzieniec pobierał u niego nauki i służył w korpusie inżynierów. Był tam jedynym Polakiem, do tego niezwykle żywym, przez co współtowarzysze nazywali go "Der wilde Pole". Kiedy w 1809 roku wybuchła wojna z Austrią Sasi pod ks.Ponte-Corvo ruszyli do Bawarii. Gajewski został odkomenderowany do sztabu głównego generała Gersforda, bez przydziału (szybko awansował na podporucznika). Pod Wagram stracił swego protektora, Schellinga. Pod opiekę wziął go sam gen.Gersford, czyniąc go swym adiutantem. Po kampanii przeniósł się do pułku Gardes du Corps. Tam miał pewną przygodę, o czym sam opowie :

"Kilku oficerów saskich umknęło z placu bitwy w czasie potrzeby pod Wagram, a pomiędzy nimi major v.Suessmilch od dragonów księcia Jana; nie należało mi się, młodzikowi zaledwie posuniętemu na oficera, odzywać z mojem zdaniem, skoro starsi oficerowie pokrywali milczeniem ten brak odwagi pana majora; wszakże gorąca krew nie potrafiła się pochamować; powstałem głośno na tych, którzy służbę czynili z tchórzem, a nawet powiedziałem, iż nie wart stanąć przed frontem pułku, odznaczającego się walecznością. Skutkiem takiej mowy zostałem wezwany na pojedynek przez majora v.Suessmilch. Pierwsze to było zajście moje w życiu w sprawie honorowej; serce mi biło, alem nie stchórzył; poszedłem do Lagrangea, który podjął się mi sekundować, a porucznikowi Gordonowi, który powtórzył na paradzie moje zarzuty przeciwko majorowi v.Suessmilch, kazałem powiedzieć, że raczej zdatny jest na babę plotkarkę niż na oficera, z którego powodu miałem powtórny pojedynek.
Wyszedłem szczęśliwie z tych zajść, zostałem wprawdzie ranny w rękę, ale obciąłem porządnie przeciwników moich, z którego względu wynosili mnie koledzy pod niebiosa, dla tego, że młody, nie mając nawet wąsów, nie uląkłem się groźnego majora herkulesowej postawy i płatnąłem go porządnie po twarzy; porucznikowi Gordonowi zaś obciąłem dwa palce. Odtąd miałem wzięcie w sztabie; nawet generał Gersford uśmiechnął się, gdy mnie pierwszy raz widział z ręką na chustce zawiązaną; nazwał mnie "Verwegener Pole" i pozwolił służbę pełnić pomimo rannej ręki. Pan major Suessmilch musiał podać się do dymisji."



Źródło: "Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego, pułkownika wojsk polskich (1802-1831)", Poznań 1913, str.112-113


Tłumaczenie niemieckich zwrotów (własne):
"Der wilde Pole"- dziki Polak, Polak-dzikus
"Verwegener Pole"- zuchwały Polak


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 11:55 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
post użytkownika Castiglione

No to się ruszyło...
Jeśli już gromadzimy tutaj informacje o pojedynkach w czasach empire'u, to przytoczę, co na ten temat napisał w swym artykule Unclean:

Cytuj:
Znaczenie honoru było tak ważne, że nie obawiano się dla niego postawić na szale własnego życia. Uchybienie honorowi prawie zawsze kończyło się pojedynkiem. Pojedynek, jakkolwiek ujęty w pewne ramy, miał jednak dużą dozę dowolności w samym przebiegu i zasadach. Ogólnie można powiedzieć, że na taki a nie inny sposób jego rozegrania musiały zgodzić się obie strony. Najczęściej narzędziem była broń biała bądź pistolety, do rzadkości należą pojedynki honorowe rozwiązywane np. tak jak pojedynek pułkownika Jana Krukowieckiego z generałem Michałem Grabowskim. W większości przypadków pojedynki były prowadzone do tzw. "pierwszej krwi" gdzie po zranieniu przeciwnika sekundanci przerywali pojedynek. W sierpniu 1816 roku odbył się pojedynek Józefa Bema z kapitanem Szymonem Nowickim. Nowicki oddał strzał, kula trafiła Bema w udo i utkwiła w kości, w tym momencie Nowicki próbował ucieczki z pola pojedynku. Sekundanci jednak dogonili go i wyperswadowali, że Bem żyje i należy mu się strzał. Bem strzał oddał i zabił na miejscu Nowickiego. Wojciechowski przedstawia także pojedynek gdzie oficer 7 pułku lansjerów Rumowski został wyzwany przez francuskiego oficera piechoty. Rumowski jednak bić się nie chciał za co Francuz wypłazował go szablą. Cały pułk przymusił Rumowskiego do dania satysfakcji Francuzowi, przyniósł bowiem hańbę jednostce. Pojedynek się odbył, Francuz został zabity, jednak Rumowskiego wyproszono z pułku. Oba te wypadki pokazują, że samo przystąpienie do pojedynku nie było równoznaczne ze zmyciem hańby, trzeba było jeszcze odpowiednio, z honorem właśnie, zachować się w jego trakcie. Pojedynków było zresztą co niemiara: Takich awantur było między nami co dzień z pół tuzina - mówi o swym pobycie w garnizonie w Gdańsku i licznych pojedynkach z Niemcami i Fracuzami Józef Matkowski, porucznik artylerii konnej - [...] chociaż zawsze więcej szampana, porteru etc. wypłynęło jak krwi ludzkiej, jednak można rachować, że na 6 pojedynków ledwie w jednym Niemiec Polaka przemógł. Licznymi pojedynkami wsławili się Jakub Ferdynand Bogusławski - oficer Legionów Dąbrowskiego (potem major w 6 p. p.), a także Maciej Zabłocki - również oficer legionowy. Zdarzało się też, że stawający na przeciw siebie, zostawali się bliskimi przyjaciółmi. Podsumowując zatem, oficer Armii Księstwa Warszawskiego miał względem siebie szereg obowiązków, które to nie zadbane uwłaczały jego honorowi. Postawa zewnętrzna, obowiązki służbowe, wierność danemu słowu, nieskalana opinia i potrzeba bronienia własnego honoru składały się na te obowiązki. Chcąc uchodzić za człowieka honorowego nie mógł sobie oficer pozwolić w tym względzie na żadne ustępstwa.


Przy okazji przypomnę cytat z Matkowskiego, który już kiedyś w innym miejscu zamieściłem na forum:

Cytuj:
"I tak między innymi awanturami powiem wam to, że zaledwie przyszedłem do Gdańska, pytam o niektórych kolegów, między innymi Wolskiego. Powiadają, że siedzi na Pfefferstadt.
- Co to jest? - pytam.
- O, to więzienie, do którego gubernator Rapp codziennie pakuje niespokojne głowy.
Biegnę do niego, aż on mi opowiada, za co siedzi. A to za to, że jabłkiem rzucił na aktora, którego wyświstali, a on im z sceny groził. Uniosłem się nad taką niesprawiedliwością i poprzysiągłem pomścić krzywdę uwięzionych na tym panu aktorze. A trzeba wam wiedzieć, że nas było dwadzieścia kilka tysięcy garnizonu w Gdańsku, jako to Francuzów może z 1500, reszta samej Rzeszy Niemieckiej wojska, Westfałów najwięcej, potem Bawarów, Sasów, Wirtemberczyków, Badenów etc. i Polaków z 5000. Nigdy między Niemcami a nami nie było harmonii, a teatr był prawdziwym teatrem wojny; kogo Niemcy protegowali, tego my i Francuzi wyświstywaliśmy i vice versa. A w teatrze mało gdzie cywilnego, chyba w lożach zobaczyłeś i grupowanie było zawsze takie, że po lewej stronie stały na parterze albo siedziały Niemcy różnorodne, po prawej zaś Polacy i Francuzi, lecz ci mało uczęszczali na niemiecki teatr. Bawary się ani za Niemcami nie ujmowali, ani za nami, tylko w środku nas przedzielali, by nie było ciągłych niepokojów. W tym. chcąc się wywiązać z danego koledze przyrzeczenia, robię stowarzyszenie i uzbrajamy się w różne do podobnej katzenmusik potrzebne narzędzia: trąbki, kukułki, flety, jednym słowem wszystkie instrumenta przy sobie do tej muzyki niesiemy i ja proponuję, byśmy wleźli pomiędzy Niemców i tam im zagrali, gdy ów aktor wyjdzie. Zaraz dwóch ochotników do mnie przybyło, a to Bem od artylerii kompanii i Unrug od hułanów - siadamy pomiędzy oficerów niemieckich. Ci spoglądając na nas i przeczuwając, że się bez awantury nie obejdzie, proszą nas o miejsce, tak aby nas porozłączali i między siebie wzięli, na co my chętnie zezwalamy. Gdy miał wychodzić aktor wiadomy, dobywam małej pikuliny i zaczynam ją składać, a Niemcy mówią jeden do drugiego: Schau, schau! - a gdy aktor wyszedł, jak dam znak - pewnie by nikt nie sądził, że tam ludzkie są głosy, taki przeraźliwy gwar tych instrumentów nastąpił i, co gorsza, jabłka, pomarańcze, a nawet sroki rzucano na tego bidnego aktora. Wtem siedzący obok mnie kapitan westfalskich grenadierów obraca się do mnie i powiada:
- Das Pfeifen gefällt mir nicht. A ja jemu z największą flegmą mówię:
- Wenn es Ihnen nicht gefällt, so gehen Się heraus! gefällt - i pokazuję mu boczne drzwi.
No to on mnie łapie za rękę i wrzeszczy:
- Mit Ihnfn heraus! A ja mówię:
- Gut.
Ale uczepił mnie się z drugiej strony starszy kapitan od woltyżerów westfalskich i wrzeszczy:
- Nein, mit mir! A ja znów mówię:
- Sehr gerne, mit beiden!
Ale go Bem uchwycił, a Unrug trzeciego i tak wyszliśmy. Zawołali latarników z tuzin i szliśmy na otwarte i mniej uczęszczane miejsce, by się trochę przy latarniach wykrzesać, czego jednak adiutant placu, który z patrolem za nami pędził, nie dopuścił, więc sobie na jutro daliśmy słowa na pałasze. Mnie Bem sekundować nie mógł, bo się sam wtedy bił, kiedy i ja. Sekundował mi Młocki, a obraliśmy sobie salę wielką, w której mieszkał Dąbski, porucznik 10 pułku, ten co teraz bawi we Lwowie. Tam niebawem, bo w minut kilka, przepłatałem łapę Westfalowi i na tym się ów ogromny hałas skończył. Bem miał trudniejszą sprawę z swoim, bo to był jakiś z burszów i nie chciał się bić - tylko w ostre rapiery i z ogromnymi gardami; nie chciał zdejmować munduru ani kaszkietu, więc się męczyli długo, nim go Bem gdzieś zadrasnął. Mój zaś poczciwy grenadier naśladował mnie, zrzucił mundur i kamizelkę, podkasał rękaw od koszuli i prędko rzecz się załatwiła.
Takich awantur było między nami co dzień z pół tuzina, a Pfefferstadt odpowiadał, chociaż zawsze więcej szampana, porteru etc. wypłynęło jak krwi ludzkiej, jednak można rachować, że na 6 pojedynków ledwie w jednym Niemiec Polaka przemógł".



Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 12:00 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
Witam,
Pojedynki niejednokrotnie dotyczyły nie tylko samych - nazwijmy ich - bezpośrednio zainteresowanych, ale także grup ich zwoleników, krewnych, towarzyskich koterii. Były po prostu wydarzeniem - właśnie "towarzyskim", czasami o kontekście politycznym. Dam pewien przykład dotyczący ks. Adama Jerzego Czartoryskiego i gen. Ludwika Paca. Obydwaj startowali w konkury do Anny Sapieżanki (córki Aleksandra Sapiehy - szambelana Napoleona). Jak pisze Szyndler:
Rywalizacja między obu kawalerami o rękę Sapieżanki podzieliła społeczność Warszawy na dwa obozy. Arystokracja rodowa przychylna była Czartoryskiemu, byli zołnierze napoleońscy obstawali za Pacem. Kiedy więc Sapieżanka wybrała sobie na męża Czartoryskiego (starszego o 29 lat!), gen. Wincenty Krasiński uznał tę decyzję za obrazę całego Wojska Polskiego i namówił Paca, aby wyzwał swojego konkurenta na pojedynek. W rezultacie doszło do pięciu pojedynków w ciągu kilku lat. Ostatni odbył się po ślubie ks. Czartoryskiego z Sapieżanką i Paca z Małachowską. W spotkaniu tym Czartoryski odniósł ranę i przez kilkanaście dni przeleżał w łóżku. Odwiedził go wówczas przebywający w Warszawie car Aleksander I.
Według Mikołaja Malinowskiego zwada pomiędzy obydwoma arystokratami wybuchła przez... wielkanocne pisanki, a raczej całusy jakie według "ruskiego zwyczaju" panna (tj Sapieżanka) miała dawać kawalerowi który jej pisankę wręczył. Za namową matki pocałowała Czartoryskiego, ale Pacowi odmówiła. Pac wściekły na afront wyzwał Czartoryskiego na pojedynek, co też było na rękę Sapiehom, gdyż angażując się w obronę honoru nie tylko swojego, ale i Sapieżanki pośrednio deklarował się i był poniekąd zmuszony do małżeństwa.
Na razie to na tyle
W ramach zachęty dodaję kilka fotek z pewnego filmu o pojedynku (co ja piszę "pewnego" - NAJLEPSZEGO!!!). Kto widział - niech wspomni, kto nie widział - niech koniecznie obejrzy.
pzdr - apacz


Nie masz wystarczających uprawnień, aby zobaczyć pliki załączone do tego postu.

_________________
Trzeba być uprzejmym i dowcipnym wieczorem na balu, a nazajutrz rano umieć polec w bitwie
Stendhal


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 12:01 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
post użytkownika Cook71
Hmm... Mam gdzieś na kasecie nagrany "Pojedynek"... Muszę poszukać i jak Apacz pisał "wspomnieć"... Film rzeczywiście najlepszy


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 9 lut 2010, o 12:02 
Offline
Vice-roi d'Italie
Vice-roi d'Italie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 26 sty 2010, o 17:37
Posty: 1206
Ten przypadek można dopisać do działu "pojedynki oryginalne".

Poróżnieni o nazwiskach Grandpierre i Peeck postanowili bowiem, iż "sprawę honorową" odbędą na wysokości 200 m. siedząc w gondolach dwóch balonów. Każdy z nich strzelał z muszkietu, jednak nie do adwersarza, lecz do jego balonu. Grandpierre okazał się celniejszy, i Peeck poniósł śmierć kiedy jego przedziurawiony kulą balon rozbił się o ziemię. Pojedynek ten rozegrał się w 1803 r. na błoniach pod Paryżem.

Niestety nie mam do tegoż jakże ciekawego wydarzenia odpowiedniej ilustracji, ale kto pamięta film "Ci wspaniali mężczyźni na swych wspaniałych maszynach" może sobie przypomnieć jak to wyglądało :lol:
pzdr - apacz

_________________
Trzeba być uprzejmym i dowcipnym wieczorem na balu, a nazajutrz rano umieć polec w bitwie
Stendhal


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 38 ]  Przejdź na stronę 1, 2, 3, 4  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL