Teraz jest 12 gru 2017, o 02:23

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: 27 sty 2010, o 22:18 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 1524
Tekst zamieszczony przez użytkownika Castiglione

Niedawno znalazłem w zasobach swego komputera fragment pamiętnika barona Marbot, które lat temu kilka dostałem od znajomego. Postanowiłem się podzielić tym co mam. A jeśli ktoś miałby ochotę trochę potłumaczyć, byłoby świetnie: The Memoirs of Baron de Marbot

Pamiętniki barona Marbot
(tłumaczenie Rafała Kleczewskiego)

Pod koniec czerwca czułem się już na tyle dobrze, aby dołączyć do kwatery głównej Masseny na wyspie Lobau, gdzie zostałem wielce przyjaźnie powitany przez moich nowych towarzyszy. Sztab był dość liczny i służyło w nim kilku naprawdę wybitnych oficerów. Nim jednak rozpocznę opowieść o kampanii 1809 powinienem zapoznać Was z jednym z owych oficerów, który odegrał ważną rolę w wypadkach poprzedzających bitwę pod Wagram - pułkownikiem de Sainte - Croix.
Charles d'Escorches de Sainte - Croix, syn markiza tego samego nazwiska, ambasadora Ludwika XVI przy Wysokiej Porcie był niewątpliwie szanowanym i godnym zapamiętania człowiekiem i pomimo tego, że jego kariera wojskowa była stosunkowo krótka, to niewątpliwie można ją nazwać błyskotliwą. Nasze rodziny były ze sobą skoligacone, dlatego też byliśmy bliskimi przyjaciółmi - do tego stopnia, że to właśnie chęć służenia z nim w jednej jednostce skłoniła mnie w ogromnym stopniu do przyjęcia propozycji Masseny. KSC całym sercem kochał wojaczkę, ale jego miłość pozostawała nieodwzajemniona, z racji otrzymania przez niego przydziału do służby dyplomatycznej. Pod kierownictwem Talleyranda pracował w MSZ od czasu zawarcia Pokoju w Amiens. Kiedy w 1805 wybuchła wojna miał już 23 lata i był zbyt zaawansowany wiekiem, aby wstąpić do Szkoły Wojskowej (Ecole Militaire), co w przypadku braku odrobiny szczęścia mogło się skończyć tym, że nigdy nie wstąpiłby do armii.
Po bitwie pod Austerlitz Napoleon polecił sformować z jeńców dwa pułki cudzoziemskie na francuskim żołdzie. Nie były one formowane w oparciu o te same regulaminy co oddziały złożone z Francuzów i dlatego, tak jak sobie wymarzył, KSC mógł otrzymać w jednym z tych pułków stanowisko oficerskie. Na tej samej zasadzie do pułków skierowano wielu młodych ludzi pozbawionych doświadczenia, ale pochodzących z dobrych domów i wykazujących odpowiednio dużo zapału do służby wojskowej. Dzięki temu nienormalnemu jak na napoleońską armię systemowi awansowania, Cesarzowi udało się zwabić do swej służby ok. 150 młodych mężczyzn, którzy w innym przypadku gnuśnieliby w Paryżu bez żadnego pożytku dla państwa. Pierwszy z pułków cudzoziemskich był dowodzony przez bratanka sławnego La Toura d'Auvergne'a (gość też nazywał się La Tour d'Auvergne - pułk powstał 8 Vendemiaire'a roku XIV), drugi przez wspaniałego niemieckiego szlachcica księcia Eisenburgskiego (w pisowni francuskiej był to Pułk Isembourg - 10 Brumaire'a roku XIV). Oba pułki nie miały numerów i nazywane były od nazwisk dowódców oraz zorganizowane na wzór pułków cudzoziemskich armii królewskiej. Obowiązki związane z uzupełnieniem stanów osobowych spoczywały na barkach Ministra SZ. Zresztą, aby być w zgodzie z przepisami Napoleon polecił Talleyrandowi przeszukać archiwa i znaleźć odpowiedni precedens. Znając zamiłowanie młodego KSC do żołnierki minister jemu właśnie zlecił to zadanie, a od siebie dodał jeszcze polecenie prześledzenia historii byłych pułków cudzoziemskich armii królewskiej oraz opracowania propozycji modyfikacji dostosowujących strukturę do zmienionych warunków. Doceniwszy sensowność przedstawionego mu opracowania oraz znając chęć autora do wstąpienia do formowanych właśnie oddziałów, Cesarz mianował go majorem, a wkrótce potem podpułkownikiem w pułku La Tour d'Auvergne. Była to wielka ze strony Cesarza łaska, jako że ten wcześniej nigdy owego urzędnika od Talleyranda nie widział na oczy, ale na samym początku ten dowód cesarskiej łaski byłby go prawie zniszczył.
M de M - kuzyn Cesarza - miał także nadzieją na awans na podpułkownika, ale pozostał jedynie majorem. Urażony w swej próżności szukał zwady i udało mu się sprowokować KSC pod jakimś błahym pretekstem do podjęcia rękawicy. Ponieważ M de M był bardzo biegły w posługiwaniu się bronią, zarówno palną jak i białą wszyscy jego przyjaciele pewni byli jego właśnie zwycięstwa. Toteż odprowadzili go w wielkiej kawalkadzie do Lasku Bulońskiego, ale na miejsce pojedynku towarzyszył mu już tylko sekundant. Strzelali się i M de M dostał kulę w pierś, która położyła go trupem. Jego sekundant zamiast próbować mu pomóc, albo chociaż zaopiekować się ciałem, spanikował i będąc jedynie w stanie myśleć o tym jak to fatalne zdarzenie wpłynie na jego pozycję u dworu uciekł był w las, a następnie z miasta. Zapomniał w panice nawet o koniu, a tym bardziej o poinformowaniu przyjaciół zabitego. KSC z kolei ze swymi przyjaciółmi ruszył do Paryża pozostawiając ciało na łasce losu. Po jakimś czasie przyjaciele M de M nabrali podejrzeń - wszak słyszeli strzały, a młody oficer się nie pojawiał. Ruszyli zatem na miejsce walki i znaleźli jego ciało. Jak można przypuszczać upadając po trafieniu M de M rozbił sobie głowę o jakiś pniak, natomiast owi przyjaciele zbadawszy ciało i znalazłszy jedną ranę w piersi i drugą na głowie doszli do wniosku, że KSC zraniwszy swego adwersarza dobił go uderzeniem kolby w głowę. Tym także wytłumaczyli sobie nieobecność sekundanta, który jak mniemali nie będąc w stanie zapobiec morderstwu uciekł na widok tak strasznej zbrodni. Wyciągnąwszy takie oto wnioski całą grupą popędzili do Saint - Cloud i podzielili się tą straszną wieścią z Cesarzową, która ruszyła do apartamentów swego męża domagając się sprawiedliwości. Wydano natychmiast rozkaz aresztowania KSC, a że ten nie miał powodu się ukrywać - zatem został szybko schwytany i uwięziony. Niewątpliwie zgniłby w więzieniu, gdyby śledztwa w tej sprawie nie przejął osobiście Fouche - przyjaciel rodziny, który przekonany że KSC nie byłby w stanie popełnić takiego przestępstwa natychmiast nakazał poszukiwania zaginionego sekundanta M de M. Znaleziony i dostarczony do Paryża uczciwie zrelacjonował wypadki. Co więcej prowadzący dochodzenie znaleźli niedaleko ciała pniak z wystającym korzeniem, na którym znaleziono krew i włosy zabitego. KSC został uniewinniony i uwolniony ruszył dołączyć do swego pułku w Italii.
Pan de La Tour d'Auvergne był godnym szacunku człowiekiem, ale na wojaczce zbytnio się nie znał. Dlatego też to na barki KSC spadły obowiązki związane z organizacją jednostki. Wywiązał się z nich tak dobrze, że pułk wkrótce stał się chlubą armii. KSC okrył się chwałą w Kalabrii i zasłużył sobie na szacunek Masseny, który bo bitwie pod Pruską Iławą ściągnął go specjalnie aż do Polski, co samo w sobie było rzeczą niezwykłą, a do tego niezupełnie zgodną z przepisami - marszałek ot tak zabrał sobie z pułku oficera, a już w szczególności majora de facto pełniącego obowiązki jego dowódcy. Kiedy KSC znalazł się w Warszawie został przez Massenę przedstawiony Cesarzowi, który jednak pamiętając smutny los M de M, przyjął go chłodno, a do tego dał wyraz swej dezaprobacie wobec tych pozaregulaminowych przenosin oficera z pułku. Cesarz miał jeszcze jeden powód do bycia niemiłym. Pomimo swej niewielkiej postury lubił otaczać się wysokimi i dobrze zbudowanymi ludźmi, tymczasem KSC był mały, chudy i obdarzony twarzą o bardzo kobiecej jasnej cerze. Jednak w tym nikczemnym ciele drzemały żelazna dusza, heroiczna odwaga i niespożyta energia. Cesarz na tyle szybko poznał się na kwalifikacjach KSC, aby dać mu na dzień dobry stopień majora, ale nie dostrzegał jego zasług w trakcie samej kampanii. Jednak kiedy w 1809 Massena został dowódcą korpusu, pamiętając reprymendę jaką dostał za wzięcie sobie oficera z pułku do swego sztabu bez załatwienia tego droga formalną, wystosował odpowiednie pismo, a Cesarz zgodził się i uczynił KSC adiutantem marszałka.
W jednym ze starć, które poprzedziły nasze wkroczenie do Wiednia KSC zdobył nieprzyjacielski sztandar, za co z rąk Cesarza otrzymał pułkownikowskie szlify. Pod Essling popisał się odwagą i inteligencją, a uprzedzenia żywione do niego przez Cesarza ostatecznie zniknęły bez śladu na wieść o zasługach jakie KSC oddał korpusowi Masseny, kiedy stanowił on straż przednią Wielkiej Armii na wyspie Lobau. Cesarz każdego dnia dokonywał inspekcji fortyfikacji na Lobau, poruszając się pieszo przez siedem lub osiem godzin. Te długie przechadzki ogromnie męczyły Massenę, który wtedy już z lekka niedomagał i jego szefa sztabu generała Beckera, który często nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie pytania Cesarza. A KSC ze swoją niespożytą energią i błyskotliwą inteligencją wiedział wszystko, wszystkiego doglądał i zawsze dysponował najdokładniejszymi informacjami. W ten oto sposób Cesarz zaczął ze wszystkim zwracać się do KSC, który stopniowo stał się, jeżeli nie de jure, to na pewno de facto szefem sztabu korpusu broniącego wyspy Lobau.
Było rzeczą dla Austriaków stosunkową łatwą wystrzelać nas na tej wyspie i Cesarz co wieczór opuszczał ją z niepokojem, a każda noc mijała mu w straszliwym lęku o jej losy. Jak tylko się przebudził natychmiast życzył sobie najświeższych informacji o korpusie Masseny, a KSC otrzymał rozkazy, aby składał mu każdego dnia o świcie, w jego kwaterze, bezpośredni raport. Z tego powodu każdej nocy pułkownik przemierzał pieszo rozległą wyspę, kontrolował nasze posterunki i sprawdzał usytuowanie nieprzyjacielskich. Potem dosiadał konia i mknął ponad dwie ligi do Schonbrunnu. Adiutanci natychmiast prowadzili go do cesarskiej sypialni, gdzie przebierając się w jego obecności Cesarz omawiał z nim położenie obu armii. Potem obaj galopowali na wyspę, gdzie Cesarz przez cały dzień nadzorował prace. Często używali przy tym wysokiej drabiny, którą pomysłowy KSC ustawił na punkcie obserwacyjnym, a z której swobodnie można było obserwować ruchy nieprzyjacielskich oddziałów na lewym brzegu rzeki. Wieczorem KSC towarzyszył Cesarzowi z powrotem do Schonbrunnu. Przez 42 dni pracowali w ten sposób w niemożebnym upale, bez okazywania jakiegokolwiek zmęczenia lub nawet chwilowego odpoczynku. Często Napoleon wzywał go na narady, podczas których omawiał z marszałkami Masseną i Berthierem najlepsze sposoby przerzucenia wojsk na drugi brzeg Dunaju. Wylądować należało w innym miejscu niż poprzednio, jako ze tamto miejsce z racji wiadomego nieprzyjacielowi położenia zostało przez arcyksięcia mocno ufortyfikowane. KSC zasugerował, aby obejść umocnienia przeciwnika lądując naprzeciwko Enzersdorf. Propozycja została zaakceptowana.
Krótko mówiąc, opinia Napoleona na temat jego zalet była tak pochlebna, że stwierdził pewnego dnia w obecności rosyjskiego wysłannika - pana Czernyszewa (org. M de Czernicheff) - "Nigdy odkąd zacząłem sprawować dowództwo nad armią nie spotkałem bardziej kompetentnego oficera, który szybciej zrozumiałby o co mi chodzi i lepiej wprowadził zamysł w czyn. Przypomina mi marszałka Lannesa i generała Desaixa i jeżeli wcześniej nie trafi go szlag Francja i Europa będą zadziwione wyżynami na jakie go wyniosę". Te słowa szybko stały się szeroko znane i spodziewano się, że KSC szybko dołączy do grona marszałków. Niestety jednak szlag go trafił - zginął następnego roku zabity przez armatnią kulę u bram Lizbony.
Napoleon, pomimo że zwykle zachowywał dystans w stosunku do dowódców, których darzył szczególnym szacunkiem, bywał jednak czasami z niektórymi z nich w tak zażyłych stosunkach, że bawiło go prowokowanie ich do udzielania mu ciętych ripost. Dzięki temu Lasalle, Junot i Rapp byli w stosunku do niego tak szczerzy, że potrafili bez zastanowienia powiedzieć Cesarzowi cokolwiek przyszło im w tym momencie do głowy. Pierwsi dwaj mieli taki talent do wydawania pieniędzy, że w zasadzie powinni byli co roku ogłaszać bankructwo, ale wtedy mogli pobiec do Napoleona, a ten zawsze płacił ich długi. KSC był jednak zbyt inteligentnym i przyzwoitym człowiekiem, aby w tak niewłaściwy sposób nadużywać łask, które na niego spływały. Co więcej, kiedy Cesarz zachęcał go do naśladowania swoich pupili, potrafił szybko i zdecydowanie odmówić. Kiedyś Cesarz, który często chadzał z nim pod ramię po piaszczystej wyspie Lobau, podczas jednej z ich niezliczonych inspekcji, rzekł "Pamiętam, ze po tym pojedynku między Tobą, a kuzynem mojej żony zamierzałem kazać Cię rozstrzelać. I muszę przyznać, że byłby to wielki błąd i wielka strata". "To prawda, Sire" odrzekł KSC "ale jestem pewien, że teraz kiedy Wasza Cesarska Mość lepiej mnie poznał, nie zamieniłby mnie na jednego z kuzynów Cesarzowej." "Na jednego?!" rzekł Cesarz "nie zamieniłbym Cię na ich wszystkich razem wziętych." Pewnego dnia Napoleon, kiedy w obecności KSC napił się chłodnej wody, stwierdził "Jak sądzę Schonbrunn znaczy po niemiecku piękna wiosna i jest to wyjątkowo dla tego miejsca dobrze dobrana nazwa. Na wiosnę w parku woda smakuje wyjątkowo dobrze, dlatego pijam ją każdego ranka. Smakuje Ci chłodna woda? Nie, Sire. Wolę raczej solidną szklanicę bordeaux albo szampana." Wtedy Cesarz rzucił swemu służącemu "Wyślij pułkownikowi sto butelek bordeaux i taką samą liczbę butelek szampana". I tego samego wieczora, kiedy adiutant Masseny jadł kolację na biwaku pod drzewami, ujrzał kilka mułów z cesarskich stajni, które dźwigały na swych grzbietach dwieście butelek doskonałego wina. Oczywiście wznieśliśmy nim toast za zdrowie Cesarza.
Kiedy nadszedł czas ponownego forsowania Dunaju Austriacy pilnie obserwowali wąskie koryto rzeki dzielącej ich i nas. Ufortyfikowali Enzersdorf i jeżeli nasi żołnierze pojawiali się w większych grupach na tej części Lobau, która leży naprzeciwko wsi ich posterunki zawsze dawały ognia, ale nie reagowały na widok dwóch lub trzech ludzi. Cesarz życzył sobie rzucić okiem na nieprzyjacielskie przygotowania. Powiadają, że aby nie wystawiać Napoleona na niepotrzebne ryzyko, ustalono że przebierze się za szeregowca i będzie trzymał wartę. Ale faktycznie było nieco inaczej. Cesarz i marszałek Massena ubrali płaszcze sierżantów i ruszyli nad brzeg rzeki prowadzeni przez KSC przebranego za szeregowca. Potem pułkownik się rozebrał i wszedł do wody, a Cesarz i Massena, dalej nie niepokojeni przez nieprzyjacielskie straże, zdjęli płaszcze jakby szykując się do kąpieli i w ten oto sposób obejrzeli miejsce z którego zamierzali przerzucić most pontonowy. Austriacy byli tak przyzwyczajeni do widoku naszych żołnierzy chodzących w niewielkich grupach się kąpać, że ich posterunki przestały reagować i spokojnie wypoczywały leżąc w trawie. Ten fakt dowodzi, że dowódcy powinni szczególnie ostro zabraniać "zawierania tego rodzaju chwilowych rozejmów", dzięki którym powstają neutralne miejsca, wykorzystywane przez żołnierzy obu stron dla własnej wygody.
Ustaliwszy odpowiednie miejsce do sforsowania rzeki, Cesarz zadecydował o budowie kilku mostów. Jednak było rzeczą więcej niż pewną, że garnizon Enzersdorf jak tylko zobaczy co się święci natychmiast podniesie alarm. Dlatego ustalono, że 2 500 grenadierów powinno najpierw zostać przerzuconych na drugi brzeg, wziąć wieś szturmem i ją obsadzić, co zapobiegnie zakłóceniom w pracach i zapewni atut zaskoczenia. Kiedy zapadły decyzje, Cesarz rzekł Massenie "Ponieważ ten oddział będzie szczególnie narażony, musimy wyznaczyć do niego najlepszych żołnierzy i wybrać im na dowódcę najdzielniejszego i najbardziej kompetentnego pułkownika". "Ale Sire, przecież to maje zadanie" wykrzyknął KSC. "Jak to?" spytał Cesarz, ale chyba tylko po to, aby usłyszeć pożądaną odpowiedź - "Dlatego" rzekł pułkownik "że ze wszystkich oficerów na wyspie wykonywałem w przeciągu ostatnich sześciu tygodni najbardziej męczące zadania. Byłem na rozkazy WCM dzień i noc, i teraz proszę Sire, abyś był tak łaskaw i powierzył mi komendę nad 2 500 grenadierów, którzy jako pierwsi będą lądować na nieprzyjacielskim brzegu". "Zatem dostaniesz tę komendę" rzucił Napoleon wielce uradowany tym szlachetnym żądaniem. Jak tylko poczyniono ostatnie ustalenia dotyczące forsowania rzeki, termin ataku został ustalony na noc czwartego lipca.
A zatem pułkownik KSC po wylądowaniu w ciszy, zajął ze swym 2 500 grenadierów pozycję na flance stojącego w Enzersdorf nieprzyjaciela. Naprzeciw nich znalazł się biwakujący regiment złożony z Chorwatów. Zaatakowani z zaskoczenia bronili się zawzięcie walcząc na bagnety, ale nasi grenadierzy zagrzewani przez KSC, który rzucał się w wir najgorętszych zmagań, spędzili Chorwatów z pola i zmusili ich do bezładnej rejterady do Enzersdorfu. Duża wieś, otoczona wałem ze strzelnicami, który od frontu miał dodatkowo zygzakowaty parapet, przy czym wszystkie wejścia były chronione niewielkimi fortyfikacjami ziemnymi, była pełna piechoty. Wzięcie wsi wydawało się tym trudniejsze, że wszystkie domy zostały spalone a garnizon mógł liczyć na pomoc brygady generała Nordmanna, stojącej niedaleko pomiędzy Enzersdorf i Muhlleiten. Ale żadna przeszkoda nie mogła zatrzymać KSC, który na czele swych grenadierów zdobył zewnętrzne fortyfikacje i wskazując nieprzyjaciela ostrzem szpady, bezładnie wpadł do (redan - nie wiem co to, ale z pewnością jakieś dzieło fortyfikacyjne - wrzuć w przeglądarkę, albo zapytaj), który osłaniał południową bramę. Brama była zamknięta, ale pod gradem kul ze strzelnic KSC otworzył przejście, którym raz zawładnąwszy on i jego żołnierze wdarli się do wsi. Garnizon osłabiony niezwykle wysokimi stratami wycofał się do zamku (tak stoi, ale trzeba sprawdzić), ale na widok podstawianych drabin austriacki dowódca zdecydował się skapitulować. Tak to KSC, któremu ten świetny wyczyn przyniósł największy honor, stał się ku wielkiej radości Cesarza "panem na Enzersdorfie". Zdobycie wsi znakomicie przysłużyło się realizacji dalszych planów Cesarza. Rozkazał zatem przerzucenie ośmiu mostów pomiędzy wyspą i wsią. Pierwszy z nich był budowany według planów nakreślonych przez samego Cesarza. Składał się z czterech sekcji połączonych na zawiasy, które pozwalały mu się zaginać i dostosowywać do kształtu brzegu. Jeden koniec był przymocowany do drzew na wyspie, podczas gdy drugi był przymocowany do łodzi holującej całą konstrukcję w kierunku drugiego brzegu. Puszczony z prądem ten nowoczesny most zwinął się w okrąg i był gotów do użycia natychmiast po wydaniu odpowiedniego rozkazu. W kwadrans przerzucono siedem mostów, co pozwoliło Napoleonowi na błyskawiczne przesunięcie na drugi brzeg korpusów Masseny, Oudinota, Bernadotte'a, Davouta i Maramonta, wojsk księcia Eugeniusza, rezerwy artylerii, całej kawalerii i wreszcie Gwardii.
Ponieważ nie było pościgu, austriackie straty były daleko mniejsze niż być powinny. Przyznali się do 24 000 zabitych i rannych, wśród których znalazło się trzech generałów. Jeden z nich, Wukassowitz, stawał już przeciw Bonapartemu w Italii. Pozostali dwaj, Nordmann i D'Aspre, byli Francuzami służącymi wrogom swej ojczyzny. Zgodnie z biuletynem wzięliśmy 20 000 jeńców i 30 dział, ale myślę że są to mocno przesadzone dane. Zdobyliśmy jedynie kilka sztandarów, a nasze własne straty były prawie takie same jak Austriaków. Polegli generałowie Lacour, Gauthier, Lasalle. Taki sam los spotkał siedmiu pułkowników. Po stronie nieprzyjaciela rannych było dziesięciu generałów, w tym sam arcyksiążę. Po naszej stronie mieliśmy dwudziestu jeden rannych generałów, a wśród nich marszałka Bessieresa. Pośród dwunastu rannych pułkowników było trzech ulubieńców Cesarza - Dumesnil, Corbineau i Sainte - Croix. Dwaj pierwsi służący w strzelcach konnych Gwardii stracili po jednej nodze, ale Cesarz hojnie im to zrekompensował. KSC natomiast kula armatnia zdarła trochę skóry i rana faktycznie nie była groźna, co sprawiło jego przyjaciołom dużą ulgę. Jednakże gdyby wtedy stracił nogę to pewnie by żył do dziś, tak jak jego brat Robert, który jedną nogę zostawił pod Borodino. Pomimo, że KSC nosił pułkownikowskie szlify tylko dwa miesiące i jeszcze nie miał dwudziestu siedmiu lat, Cesarz awansował go do stopnia generała brygady, uczynił hrabią z roczną pensją 25 000 franków, kawalerem Wielkiego Krzyża Orderu Hesji i kawalerem Krzyża Komandorskiego Wielkiego Orderu Badenii (te dwa odznaczenia? to sprawdzić bo to piszę na czuja). Wieczorem po bitwie Cesarz nagrodził Macdonalda, Oudinota i Marmonta wręczając każdemu marszałkowską buławę. Niestety nie miał takiej potęgi, która pozwoliłaby mu dać im jednocześnie zdolności do dowodzenia na szczeblu armii. Wszyscy byli oni dzielnymi i doskonałymi generałami dywizji, niestety pod warunkiem że Cesarz był blisko, aby w odpowiedniej chwili wydać im rozkazy - co doskonale się uwidoczniło, kiedy samodzielnie dowodząc nie byli w stanie ułożyć ani planu kampanii, ani go wykonać, ani tym bardziej dostosować do zmieniających się okoliczności. Plotki głosiły, że Cesarz nie będąc w stanie znaleźć następcy Lannesa, chciał im dać szansę - surowy osąd - ale należy pamiętać, że to właśnie owi trzej marszałkowie odegrali tak niefortunne role w kampaniach, które doprowadziły do upadku Napoleona i ruiny Francji.
Zostałem zakwaterowany w Wiedniu, gdzie spotkałem mego przyjaciela generała KSC, który spędził kilka miesięcy w łóżku lecząc swą ranę. Kwaterował przy osobie Masseny w pałacu Lobkowitza. Każdego dnia spędzałem z nim masę czasu. Wtedy to opowiedziałem mu o niechęci, jaką jak mi się wydawało darzył mnie marszałek od czasu incydentu pod Wagram. Ponieważ miał on wielki wpływ na Massenę postarał się go urobić na moją korzyść, co w połączeniu z moim sprawowaniem się w czasie bitwy pod Znojmem, przywróciło mnie do marszałkowskich łask. Ale nim wszystko wróciło do normy, to przez moją niewyparzoną gębę mocno popsułem moje dobre stosunki z Masseną i skierowałem na siebie całą jego złość. Jak już wspominałem marszałek nabawił się jakiś problemów z nogą spowodowanych upadkiem z konia na Lobau, co zmusiło go do korzystania z powozu, zarówno podczas bitwy pod Wagram jak późniejszych walk. W pierwszej chwili chciano użyć koni z zaprzęgów artyleryjskich, ale rychło się okazało, że są zbyt masywne w stosunku do dyszla powozu i ogólnie dość ciężkie w prowadzeniu. Zatem zaprzężono czwórkę koni ze stajni marszałka. Do powożenia przeznaczono dwóch żołnierzy z taborów, ale ledwo tego pamiętnego wieczoru czwartego lipca żołnierze znaleźli się na koźle, gdy nagle osobisty stangret marszałka i jego pocztylion oświadczyli, że skoro użyto koni marszałka to oni są od poważenia i nikt inny nie ma do tego prawa. Mimo przedstawianych im niebezpieczeństw na które bez wątpienia się narażą nie zamierzali zmienić zdania. Stangret skoczył na kozioł, a pocztylion zajął swe zwyczajne miejsce, jak gdyby marszałek wybierał się na przejażdżkę do Lasku Bulońskiego. Ci dwaj dzielni słudzy znajdowali się przez następne osiem dni w nieustannym niebezpieczeństwie, szczególnie pod Wagram, gdzie blisko stu ludzi zostało zabitych w bezpośredniej bliskości powozu. Z kolei pod Guntersdorfem kula nim uderzyła w powóz przeszła przez płaszcz stangreta, a inna ubiła konia pod pocztylionem. Nic nie było w stanie przestraszyć tych dwóch pełnych wiary służących, których oddanie marszałkowi podziwiała cała armia. Nawet Cesarz ich pochwalił, kiedy rzekł był do Masseny "Na polu bitwy znajduje się 300 000 żołnierzy. Ale czy znasz dwóch najodważniejszych? To twoi stangret i pocztylion. Wszyscy znajdujemy się tutaj ze względu na naszą służbę, podczas gdy ci dwaj mogą bez trudu uniknąć niebezpieczeństwa. Ich bohaterstwo zatem jest większe niźli kogokolwiek innego". Następnie Cesarz zawołał do nich "Jesteście naprawdę dzielnymi ludźmi!". Napoleon chciał ich jakoś nagrodzić, ale niestety mógł im ofiarować tylko pieniądze. Ale w ten sposób mógłby obrazić Massenę, w którego służbie znajdowali się owi dzielni ludzie. I miał słuszność - rzeczą marszałka było ich wynagrodzić, a środków mu nie brakowało: 200 000 franków należnych mu jako dowódcy armii, 200 000 jako diukowi Rivoli i 500 000 jako księciu Essling. Ale minęły dwa miesiące, a Massena nic. Któregoś dnia razem z kilkoma innymi adiutantami siedzieliśmy u KSC i Massena wszedł do pokoju akurat w momencie, kiedy dyskutowaliśmy na temat obecnej kampanii i rzekł, że doskonale zrobił posłuchawszy mojej rady, aby udać się na pole bitwy powozem pod opieką grenadierów. Oczywiście rozmowa zeszła na odważne czyny stangreta i pocztyliona. Massena zakończył rozmowę stwierdzeniem, że chce ich hojnie nagrodzić toteż zamierza dać im po 400 franków, a następnie zwracając się do mnie spytał czy ci dwaj nie powinni być zadowoleni? Byłoby lepiej gdybym trzymał gębę na kłódkę lub po prostu zasugerował większą sumę, ale ja popełniłem ten błąd, że zachciało mi się mówić zupełnie szczerze i do tego byłem wobec marszałka złośliwy. Wiedziałem doskonale, że Massena zamierza dać im po 400 franków jednorazowej nagrody, ale powiedziałem, że 400 frankowa pensja dodana do ich oszczędności powinna świetnie zabezpieczyć stangreta i pocztyliona na starość. Oczy tygrysicy widzącej jej młode zabijane przez myśliwego nie byłyby straszniejsze niż oczy Masseny wpatrujące się we mnie gdy wygłaszałem moją "złotą" myśl. Poderwał się z krzesła wykrzykując: "Łajdaku! Chcesz mnie zrujnować? Ha! Rocznie 400 franków? Nie, nie, nie: 400 franków jednorazowo!" Większość moich towarzyszy przezornie milczała, ale generał KSC i major Ligniville rzekli szczerze, że proponowana nagroda niegodna jest marszałka i mam rację z tą roczną pensją. Tego już Massena nie mógł dłużej znieść. Wybiegł z pokoju wściekły i dosłownie zmiatał wszystko na swej drodze, nawet spore meble, krzycząc "Chcecie mnie zrujnować!". Jego ostanie słowa brzmiały "Prędzej wszystkich was bym zastrzelił, prędzej dałbym sobie uciąć rękę, niż komukolwiek dał 400 franków rocznej pensji. Idźcie wy wszyscy do diabła!". Następnego dnia odwiedził nas znowu, pozornie bardzo spokojny, rzekłbym że nikt nie umiałby tego spokoju lepiej zagrać. Ale od tego dnia generał KSC mocno stracił w jego oczach, a do majora Ligniville'a, którego miał w następnym roku spotkać w Portugalii, zaczął żywić otwartą niechęć. Natomiast co do mnie to był na mnie wściekły podwójnie, ponieważ to ja wpadłem na pomysł z pensją. Stugębna plotka dotarła wreszcie do Cesarza i któregoś dnia, kiedy marszałek bawił u Cesarza na obiedzie, Napoleon zaczął sobie pokpiwać z jego skąpstwa oraz stwierdził, że zapewne marszałek wynagrodzi obu dzielnych służących, którzy tak wspaniale się spisali przy jego osobie pod Wagram - sutą roczną pensją. Marszałek odpowiedział, że zamierza im dać po 400 franków rocznej pensji. No i dał bez narażania się na utratę ręki. Odtąd był na nas uczulony i często witał nas sardonicznym śmiechem "Ach! Moi drodzy przyjaciele, gdybym słuchał waszych dobrych rad dawno byłbym już bankrutem".
Promocja KSC do stopnia generała brygady była nieszczęściem dla Masseny. W jego osobie tracił mądrego doradcę, i to w momencie kiedy starzejący się marszałek szczególnie go potrzebował. Stopniowo jego zdolność do szybkich reakcji obniżała się i to w akurat, kiedy za głównego przeciwnika miał księcia Wellingotona. Do tego swoje posunięcia musiał uzgadniać z innymi dowódcami, z których jeden był tak jak on marszałkiem, a pozostali dwaj posiadali tytuł głównodowodzącego i otrzymywali dyspozycje bezpośrednio od Cesarza. I niestety pomimo, że KSC znalazł się w Armii Portugalii jako dowódca brygady dragonów to jednak jego nowe obowiązki nie pozwalały mu spędzać u boku Masseny tyle czasu co dawniej. Dodatkowo charakter marszałka, zrazu taki twardy i stanowczy, szybko przeistoczył się w bardzo chwiejny, i to w czasie kiedy zabrakło bardzo kompetentnego człowieka, który w dobie Wagram był solą jego sztabu. W dodatku szefem adiutantury marszałka przestał być pułkownik, a jego obowiązki przejął major. Oficer ten nazywał się Pelet, dobry kompan, dzielny żołnierz, zawołany matematyk, ale niestety nigdy nie dowodził w polu. Od czasu ukończenia Szkoły Politechnicznej służył w korpusie oficerów kartografów. Oficerowie ci nie służyli w linii, żeby być szczerym, po prostu dublowali funkcje oficerów saperów. Rzeczą bardzo ludzką jest podziw dla ludzi, którzy potrafią coś czego my sami nie umiemy, dlatego Massena, którego wykształcenie mówiąc delikatnie było bardzo niekompletne, żywił niewspółmierny podziw dla kartografów, którzy kreślili na mapach wspaniałe plany działań i m. in. dlatego zawsze w jego sztabie było ich kilku. Pelet przy Massenie służył od czasu zdobycia Neapolu w 1806. Razem przeszli kampanię w Polsce w 1807. W 1809 stawał na tyle odważnie, że został ranny na moście pod Ebersbergiem, czym zasłużył sobie na szlify majora. W kampanii 1809 często narażał życie, szczególnie podczas kreślenia map Lobau i Dunaju. Jednak ta doskonale pełniona służba nie mogła dać Peletowi obycia ze sztuką wojenną wyższego rzędu, szczególnie, kiedy w grę wchodziła pomoc w dowodzeniu 70 000 armią, do tego na trudnym terenie i w obliczu przeciwnika klasy Wellingtona. Pelet stał się najbliższym doradcą Masseny i jego zdanie liczyło się do tego stopnia, że ani Ney, ani Reynier, ani Junot, ani żaden inny z generałów nie byli więcej proszeni o wyrażenie swej opinii. KSC bez wątpienia był człowiekiem nieprzeciętnego formatu, który intuicyjnie rozumiał zasady prowadzenia operacji wojskowych na wielka skalę, nie piastując wcześniej wysokich stanowisk dowódczych. Ale cudowne dzieci nie rodzą się codziennie i Massena poddając się wpływowi swego szefa adiutantury, przestał cokolwiek ustalać z pozostałymi dowódcami na półwyspie Pirenejskim, a brak współdziałania legł u podstaw późniejszej katastrofy. Klęska mogła być jeszcze dotkliwsza, ale na szczęście samo nazwisko i sława Masseny wystarczała dla zniechęcenia angielskich dowódców od śmielszych działań. Wellington bardzo obawiał się, że jeżeli popełni błąd to zwycięzca spod Zurychu bezlitośnie go zniszczy. Blask okrytego sławą nazwiska omamił także Cesarza, który nigdy nie zastanowił się głębiej nad tym, że to nie Massena był siłą sprawczą zwycięstwa odniesionego pod Wagram i że wysłanie go pięćset lig od Francji z zadaniem samodzielnego dokonania podboju Portugalii to już zbyt wiele, a wiara w całkowite oddanie marszałka nowemu zadaniu przesłania niestety Cesarzowi obraz rzeczywistości. Ten osąd może zdawać się wam zbyt surowy, ale niestety potwierdzają go wypadki aż dwóch kampanii.
Pelet, mimo że tymczasem nie był w stanie spełnić wymagań Masseny, później wiele się nauczył o praktycznej żołnierce. Szczególnie dużo doświadczenia nabył podczas kampanii rosyjskiej, kiedy dowodził pułkiem piechoty. Służył wtedy pod rozkazami marszałka Neya, który pomimo żywionej od czasów hiszpańskich do osoby Peleta niechęci, pod koniec kampanii darzył już go szacunkiem. Kiedy podczas pamiętnego odwrotu oddziały Neya zostały odcięte od reszty cofającej się armii i znalazły się w obliczu zagłady, to właśnie Pelet zaproponował przejście po cienkim lodzie pokrywającym na wpół zamarznięty Dniepr. Szaleńczy pomysł, który jednak wprowadzony w życie z odpowiednią dawką zdrowego rozsądku ocalił korpus Neya. Ten pomysł także Peletowi przyniósł uśmiech wojennego szczęścia. Został mianowicie dostrzeżony przez Cesarza i razem z generalskim awansem został przeniesiony do grenadierów starej Gwardii, z którymi przeszedł kampanię 1813 w Saksonii, 1814 we Francji, a szlak bojowy zakończył pod Waterloo. Później został szefem Biura d/s Artylerii, ale jego zamiłowanie do otaczanie się oficerami kartografami spowodowało, że jego biuro pełne było teoretyków - specjalistów od map, którzy o manewrowaniu wojskami w polu wiedzieli tyle co nic. Napisał też kilka cieszących się dobrą opinią dzieł, szczególnie z zakresu kampanii 1809 w Austrii, w których jednak miał tendencję do zamulania jasności wykładu teoretycznymi rozważaniami.
Większym nieszczęściem dla armii było to, że zabrakło generała KSC niż gdyby zabrakło samego Masseny. Jego instynkt i zaufanie jakim cieszył się u Masseny być może pozwoliłoby mu odwieść marszałka od zaatakowania tak świetnych pozycji obronnych, nim nie byłoby pewności, że nie można ich obejść. Niestety generał był w tym czasie razem ze swoją brygadą kilka lig dalej, pełniąc obowiązki dowódcy eskorty konwoju zaopatrzeniowego.
W chwili, kiedy marszałek naradzał się ze swymi oficerami przybył generał KSC. Widząc go wszyscy wyrażali swoje ubolewanie nad faktem, że nie było go na miejscu dnia poprzedniego, kiedy mógł swą radą odwrócić zły los. Massena już bowiem zdał sobie sprawę, jakim błędem było zaniechanie, wbrew naszym radom, obejścia nieprzyjacielskiej pozycji z lewej. Widząc stan ducha Masseny KSC doradził zastosować się do naszych rad. Zyskawszy zgodę na realizację próby obejścia nieprzyjacielskich pozycji pogalopował w towarzystwie Ligniville'a i moim do miejscowości Mortagoa, skąd posłał po swoich dragonów. Kiedy przejeżdżaliśmy przez wieś, napotkaliśmy klasztornego ogrodnika, który na widok sztuki złota zgodził się zostać naszym przewodnikiem. Trzeba przyznać, że nasze pytanie czy istnieje jakaś droga do Boialvy wzbudziła jego wesołość.
Brygada dragonów KSC w towarzystwie pułku piechoty stanowiła straż przednią, VIII Korpus i kawaleria Montbruna szły zaraz za nią, a reszta armii rychło miała podążyć w tym samym kierunku. Popędzany przez KSC Massena nareszcie odzyskał spokój i stanowczą przemową uciszył swoich sztabowców, którzy zaprzeczali istnieniu przejścia po prawej.
Zgodnie z rozkazem, aby nasz ruch był możliwie niedostrzegalny dla Anglików, nasze oddziały maszerujące na Alcobę wyruszyły dopiero po zapadnięciu zmroku, a i wtedy w kompletnej ciszy. Ale niestety manewr nasz został zdemaskowany przez desperackie krzyki naszych rannych, których mieliśmy smutny obowiązek pozostawić. Mimo, że wszystkie dostępne zwierzęta zostały przeznaczone do transportu rannych to jednak ekonomia wojenna kazała nam na wozy zabrać tylko tych, którzy rokowali szansę na powrót do służby. Ciężko rannych i żołnierzy po amputacjach musieliśmy pozostawić na pastwę morderczego upału. Ale nie z tego powody brała się ich desperacja. Ci biedacy dobrze wiedzieli, że jak tylko armia się oddali przyjdą po nich chłopi - z nożami w rękach i żądzą mordu w sercach.
Mieliśmy powody do skrytego marszu, jako że istniało realne niebezpieczeństwo, że spostrzegłszy nasz manewr flankujący Wellington uderzy z całą siłą. To z kolei doprowadziłoby do odcięcia korpusu Reyniera, który jako ostatni będzie opuszczał swe pozycje, co groziłoby pozostawaniem przez kilka godzin w obliczu nieprzyjaciela kompletnie bez wsparcia. Ale angielski generał nie zamierzał rzucać się na francuską straż tylnią, jako że dobrze wiedział, że zostałby sam zaatakowany przez Francuzów przechodzących przejściem, którego istnieniu tak długo sztab Masseny nie był w stanie dostrzec. Co zatem się wydarzyło zaraz przedstawię. Po całonocnym marszu dwudziestego ósmego, ogrodnik idący na czele kolumny KSC znalazł nam drogę na Boialvę, po której mogła przejść artyleria, a która jak zapewniał prowadziła wokół angielskiej lewej flanki. Obejście flanki powodowało, że wszystkie pozycje wokół Alcoby zostały bez potrzeby szturmu wymanewrowane, a Wellington pod groźbą okrążenia musiał opuścić Busaco, odejść do Coimbry, gdzie przeszedł przez Mondego i pośpiesznie zrejterował na Lizbonę. Nasza straż przednia napotkała jedynie niewielki oddział huzarów hanowerskich, którzy stali w Boialvie, ślicznej wiosce położonej u południowego wylotu przełęczy. Urodzajny kraj dawał nadzieję, że armia znajdzie obfitość żywności. Wrzask radości wyrwał się z żołnierskich gardeł. Nasza armia szybko zapomniała o niewygodach i niebezpieczeństwach poprzednich dni, a nawet o swoich nieszczęsnych towarzyszach zostawionych na śmierć pod Busaco.
Dopełnieniem sukcesu naszego manewru było wyjście na dobrze utrzymaną drogę z Boialvy do Avelans, w której to wsi wchodziło się na drogę Oporto - Coimbra. KSC opanował ten szlak, a dzięki odrobinie szczęścia udało nam się odkryć drogę z Boialvy do Sardao, kolejnej wsi na szlaku do Lizbony. Wreszcie staliśmy na drodze, która przebiegała przejściem o którym Ney, Reynier i Pelet twierdzili, że nie istnieje. Massena musiał robić sobie wyrzuty, że zaniechał przeprowadzenia rozpoznania umocnionych pozycji Anglików. Kilka tysięcy ludzi zginęło w niepotrzebnym ataku czołowym, podczas gdy manewr obejścia odbył się praktycznie bez napotkania oporu. Ale większe wyrzuty czynił sobie zapewne Wellington, który nie dopatrzył obsadzenia przejścia i drogi prowadzącej na Mortagoa. Uznał ją bowiem li tylko na podstawie własnego przeczucia, za niezdatną do użycia przez artylerię, a zatem nieprzydatną dla Francuzów i dlatego rozkazał Trantowi obsadzić Boialvę jedynie 2 000 milicjantów. Jednak tego rodzaju tłumaczenia nie przystają doświadczonemu oficerowi. Równie dobrze można stwierdzić, że angielski dowódca powinien był osobiście ocenić stan przydatności drogi i po drugie dowódca armii nie powinien ograniczać się jedynie do wydania rozkazu, ale powinien się przede wszystkim upewnić, że jego rozkaz został należycie wykonany. Boialva leży jedynie kilka lig od Busaco, a Wellington nie upewnił się, że przejście tak ważne dla bezpieczeństwa jego armii jest obsadzone zgodnie z rozkazami. Gdyby Massena miał lepszego doradcę i bez zwłoki wysłał nocą dwudziestego szóstego korpus do Boialvy, aby zaatakował lewą flankę przeciwnika, podczas gdy sam z resztą armii zajmowałby Anglików od frontu - zadałby im druzgocącą klęskę. Wypada stwierdzić, że ani Wellington, ani Massena nie dorównali wtedy swoim własnym reputacjom i zasłużyli na słowa ostrej krytyki skierowanej pod ich adresem przez współczesnych, a którą to krytykę w całej rozciągłości potwierdzi historia.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 22:20 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 1524
Post użytkownika Gipsy
:roll:

Cytuj:
(redan - nie wiem co to, ale z pewnością jakieś dzieło fortyfikacyjne -

Redan = fortyfikacja, dwuramienny rodzaj szańca.

pzdr


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 2 ] 

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
cron
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL