Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni

Wspomnienia Napoleona
Tłumaczenie: Kamp


Tom VII. Rozdz. II: II. Cesarska korona. 
 

I. Pertraktacje wstępne. - II. Pertraktacje z dworem papieskim. - III. Podróż papieża do Paryża. - IV. Uroczysta koronacja. - V. Papież Pius w Paryżu; jego starania. - VI. Dwór cesarski. - VII. Stara i nowa arystokracja. - VII. Czarny gabinet. - IX. Sprawy religijne.  



I.

Opinia publiczna i interes państwa francuskiego nagliły, by w miejsce istniejącej już praktycznie monarchii utworzone zostało prawdziwe królestwo.

Ale zanim Napoleon zdecydował  się na to posunięcie, od którego nie miałby już odwrotu, chciał mieć poparcie armii i Europy. W gruncie rzeczy nie wątpił ani w jedną ani w drugą, bo pierwsza była mu wierna, a druga czuła przed nim strach. Ale wymagać od swoich towarzyszy broni uznanie go za swojego suwerena wymagało od nich wielkiej ofiary, bo przelewali krew dla Francji, a nie dla jednego człowieka.

Pierwszy Konsul napisał  do Soulta i tych generałów, których darzył największym zaufaniem i zapytał o ich opinię w sprawie zaproponowanych zmian. Pisał, że jeszcze nie jest zdecydowany, pragnie jedynie dobra Francji i chciałby poznać zdanie dowódców armii. Nie było żadnych wątpliwości odnośnie odpowiedzi; musiały one być jednak świadectwem oddania i porwać swoim przykładem niezdecydowanych i krnąbrnych.

Przychylność ze strony Europy była w gruncie rzeczy też prawdopodobna, ale jednak trochę wątpliwa. Z Anglią toczono wojnę, więc nie należało się nią przejmować. Nowa sytuacja w stosunkach z Rosją stawiała za punkt honoru nie pytanie tego dworu o zdanie. Pozostały zatem jeszcze Hiszpania, Austria, Prusy i kilka innych małych państw. Hiszpania była za słaba, by w ogóle czemukolwiek odmówić, ale przelana krew Burbona d'Enghien nakazywała odczekanie przynajmniej kilku tygodni, zanim zwrócono się do tego państwa.

Ze wszystkich mocarstw Austria okazała się najmniej dotknięta naruszeniem granic niemieckich, a w jej całkowitej obojętności na wszystko, co nie naruszało jej zdobyczy, nie było niczego, czego nie można było oczekiwać od dworu wiedeńskiego. Tylko w sprawach etykiety ten najstarszy i najbardziej utytułowany dwór był drobiazgowy i zazdrosny. Napoleon zdecydował się na tytuł cesarza, bo brzmiał on wspanialej i bardziej wojskowo niż król; ale, jak się wydawało, niełatwym było dla władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego przyjęcie na listę europejskich władców kolejnego cesarza. Prusy były tym państwem, które mimo, że w ostatnim czasie stosunki z tym mocarstwem oziębły, najłatwiej dały się przekonać. Wysłano więc natychmiast kuriera do Berlina z poleceniem dla przedstawiciela Francji Laforesta przeprowadzenia rozmowy z Haugwitzem i rozpoznania, czy Pierwszy Konsul może mieć nadzieję na uznanie przez króla Prus dziedzicznym cesarzem Francuzów. Pytanie to należało postawić w ten sposób, by młodemu królowi pozostawić wybór pomiędzy głęboką wdzięcznością i gorzkim urazem ze strony Francji. Laforest otrzymał rozkaz zatuszowania wszystkich śladów tego kroku w archiwum ambasady. W stosunku do Austrii zastosowano, nie informując Champany (Jean-Baptiste de Nompere de Champany, w latach 1801-1804 ambasador Francji w Wiedniu - przyp. tłum.) i nie odważając się na oficjalny krok, inną metodę: postanowiono wybadać Cobenzla, który za pośrednictwem Talleyranda w niestosowny sposób starał się przypodobać Pierwszemu Konsulowi. Do tego typu rozmowy był Talleyrand jak stworzony. Otrzymał od Cobenzla najbardziej zadawalające odpowiedzi, ale nic pozytywnego. Z tego powodu Pierwszy Konsul był zmuszony odczekać kilka tygodni, zanim zezwolił swoim współpracownikom na ich dalszą pracę nad jego nową pozycją.

Król Prus był  w doskonałym nastroju. Po tym, jak zwrócił się on w stronę Rosji i potajemnie z nią związał, obawiał się on, że uczynił zbyt wiele w tej sprawie i zbyt jawnie okazał swoją dezaprobatę na wydarzenia w Ettenheim. Nic zatem nie było mu milsze, jak dać Pierwszemu Konsulowi dowód osobistej sympatii. Laforest ledwie wypowiedział pierwsze słowa, gdy Haugwitz wpadł mu w słowo i z pośpiechem zapewnił, że król Prus nie ma żadnych skrupułów w uznaniu nowego cesarza Francuzów. Fryderyk Wilhelm oczekuje wprawdzie nagany ze strony niespokojnej kliki otaczającej królową, ale wie, że w interesie jego królestwa leżą dobre stosunki z Pierwszym Konsulem.

23 kwietnia 1804 roku król Prus własnoręcznie napisał list do pana Lucchesini (Girolano Lucchesini, 1751-1825, wówczas poseł nadzwyczajny Prus w Paryżu - przyp. tłum.) o którym poinformowano Pierwszego Konsula i który zawierał najprzyjaźniejsze słowa. "Nie mam żadnych skrupułów - pisał król - upoważnić Pana, gdy tylko nadarzy się do tego okazja, do poświadczenia panu Talleyrand, że ja, po tym, gdy z zadowoleniem przyjąłem przekazanie Pierwszemu Konsulowi dożywotniej władzy, z jeszcze większym aplauzem przyjmę, gdy zaprowadzony jego mądrością i wielkimi czynami porządek umocniony zostanie przekazaniem jego rodzinie dziedzicznej władzy i nie będę robić żadnych trudności w jej uznaniu. Niech Pan doda, że  mam nadzieję iż ten niedwuznaczny dowód mojej przychylności będzie mieć w jego oczach tę samą wartość, którą miałby formalny traktat, ze wszystkimi jego zabezpieczeniami i poręczeniami, dla którego rzeczywiście istnieją podstawy oraz, że żywię nadzieję iż z mojej strony mogę również liczyć na obustronną przyjaźń i zaufanie, które chętnie widziałbym pomiędzy oboma rządami".

Inaczej wyglądało w Wiedniu. Tam myślano tylko o tym, by jak najlepiej wykorzystać dla siebie sytuację. Śmierć księcia d'Enghien, wkroczenie na terytorium niemieckie, wszystko to uważane było za błahostkę. Jedyne, o czym myślano, było odszkodowanie, które zamierzano zażądać w zamian za uznanie nowego cesarza. Najpierw trzeby było uznać Napoleona, mimo złej przysługi, które wyrządzano Rosji, przyznając rządowi francuskiemu nadmierne ustępstwa, bo odmowa równoznaczna była ze znalezieniem się w stanie wojny z Francją, czego nade wszystko, przynajmniej w tej chwili, chciano uniknąć. Ale należało wykorzystać uznanie, przeciągnąć je w czasie, wyciągnąć z niego korzyści, a czas, spędzony na rokowaniach o ustępstwach, przedstawić Rosji jako efekt wynikającej z braku akceptacji gry na zwłokę. To była austriacka polityka i trzeba przyznać, że takie postępowanie było normalne między ludźmi nie darzącymi się zaufaniem.

Od czasu, kiedy partia austriacka została tak dotkliwie osłabiona w Rzeszy, należało się  spodziewać, że przy następnych wyborach Habsburgowie stracą  koronę cesarską. Istniała możliwość zapobieżenia temu. Należało zapewnić domowi habsburskiemu koronę jego państw dziedzicznych i to nie koronę królewską, lecz cesarską, tak że zwierzchnik tego domu pozostałby cesarzem Austrii, gdyby w przyszłości przestał być cesarzem niemieckim. Zażądania takiego zapewnienia od Pierwszego Konsula powierzono Champagny w Wiedniu i Cobenzlowi w Paryżu.

Mimo, że Pierwszy Konsul nie miał wątpliwości co do przekonań innych mocarstw, odpowiedzi napełniły go zadowoleniem. Dworowi pruskiemu okazał największą wdzięczność i przyjaźń. Nie mniej życzliwie podziękował dworowi w Wiedniu i odpowiedział, że nie widzi żadnych trudności z przyznaniem głowie austriackiego domu Habsburgów tytułu cesarskiego.

Ze strony armii Pierwszy Konsul miał pełne poparcie. Konkretnie generał Soult w swoim liście wyraził swoje całkowite poparcie, a w przeciągu 14 dni, które potrzebowano na korespondencję z Berlinem i Wiedniem, nadeszły również listy popierające utworzenie cesarstwa ze wszystkich dużych miast.

W ten sposób pozostały jedynie formalności, w pierwszej linii sposób przeprowadzenia uroczystości koronacyjnych. 
 

II.

Napoleon wpadł  na śmiały pomysł, którego realizacja musiała poruszyć umysły, a jego wstąpienie na tron uczyniłaby jeszcze bardziej nadzwyczajną; postanowił mianowicie dać się namaścić przez samego papieża, sprowadzając go na uroczystości z Rzymu do Paryża. Było to bezprzykładne w 18-wiecznej historii Kościoła. Po raz pierwszy papież miałby opuścić Rzym, by udzielić błogosławieństwa nowemu władcy w jego własnej stolicy.

Zaledwie myśl ta się  zrodziła, Napoleon postanowił podjąć wszelkie środki, przekonania albo zmuszenia Piusa VII do przyjazdu do Paryża. Było to jedno z najtrudniejszych przedsięwzięć. Postanowił skorzystać z usług kardynała Caprary (Giovanni Baptista kardynał Caprara, 1733-1810, od 1801 roku legat papieski w Paryżu - przyp.tłum.), który niezwłocznie napisał do Rzymu, że bez Napoleona zginęłaby religia we Francji, a może nawet w całej Europie. Podzielił się on swoimi zamiarami z arcykanclerzem Cambaceres i wspólnie ustalili sposób postępowania, by dokonać pierwszego ataku na uprzedzenia, zastrzeżenia i gnuśność dworu papieskiego.

Po tym, jak Napoleon osiągnął porozumienie we wszystkim ze swoimi dotychczasowymi kolegami, zaprosił legata papieskiego do Saint Cloud, gdzie rozmawiał z nim w pełnym szacunku, ale i zdecydowania, tonie, tak że kardynałowi nie przyszło do głowy, wypowiedzieć nawet jednego słowa sprzeciwu. Napoleon stwierdził, że zleca mu osobiście skłonienie papieża do przyjazdu do Paryża i odprawienia mszy koronacyjnej; później, gdy będzie pewien iż nie otrzyma odmownej odpowiedzi, wyśle formalne zaproszenie, nie wątpiąc w spełnienie jego prośby, ponieważ Kościół winny jest to jemu i sobie oraz ponieważ nic innego nie może przynieść większej korzyści, jak obecność papieża i połączenie podczas tej uroczystości kościelnego i świeckiego przepychu. Kardynał Caprara wysłał kuriera do Rzymu, a Talleyrand napisał list do kardynała Fesch, by poinformować go o nowych planach i zlecić mu pomoc w pertraktacjach.

Była wiosna. Napoleon chciał, by papież wybrał się w podróż dopiero jesienią. Zamierzał bowiem pomnożyć jeden cud, jakim było ukoronowanie przez papieża przedstawiciela rewolucji francuskiej drugim: ekspedycją  do Anglii, którą przesunął z powodu spisku rojalistycznego i ustanowienia cesarstwa. Wszystkie przygotowania były tak dalece zaawansowane, że nie miał wątpliwości w sukces operacji. Potrzebował najwyżej miesiąca i odpowiedniej pogody. Na czas ekspedycji wyznaczył lipiec albo sierpień. Liczył więc, że w październiku powróci zwycięsko, w posiadaniu nieograniczonej władzy w Europie, by koronować się na początku zimy w rocznicę 18.brumaire'a (9 listopada 1804). 
 

Gdy Pius VII za pośrednictwem nadzwyczajnego kuriera dowiedział się o życzeniu Napoleona, był poruszony i przez długi czas nurtowały go sprzeczne uczucia. Rozumiał chyba, że nadarza się okazja oddania religii nowej przysługi i uzyskania dla niej ustępstw, być może nawet zwrotu bogatych, oderwanych od dziedzictwa Św.Piotra prowincji. Ale co było na przeciwnej szali! Jakie złośliwe opinie z całej Europy! Jakie nieprzyjemności musiałby znieść w środku tej rewolucyjnej, opanowanej duchem filozofii stolicy, zamieszkanej przez najbardziej szyderczy naród na ziemi! Wszystkie te widoki, które naraz otwierały się w duchu tego wrażliwego i drażliwego papieża, tak go zirytowały, że wyraźnie zapadł na zdrowiu. Zausznikiem jego niepokoju, który sam go podzielał, został jego minister i doradca, kardynał Consalvi. Ale obaj w końcu zrozumieli, w szczególności po uświadomieniu listami legata i biskupa Orleanu, że odmowa jest niemożliwa i pod naciskiem kardynała Fescha oraz długim i powtarzających się narad z obecnymi w Rzymie kardynałami zaniechali oporu.

Pius VII oświadczył  więc, że jest gotowy przyjechać, pod warunkiem, że wygłoszona podczas koronacji Napoleona przysięga nie zawierać będzie żadnych heretyckich dogmatów, lecz jedynie tolerowanie innych wyznań; że zostanie wysłuchany, jeżeli wniesie sprzeciw przeciwko pewnym artykułom organicznym i gdy będzie reprezentować interesy Kościoła i Stolicy Apostolskiej (legacje nie zostały wymienione); że nie będą mieli do niego dostępu biskupi, którzy nie uznają zwierzchnictwa Stolicy Apostolskiej, zanim się nie podporządkują; że nie będzie miał kontaktu z ludźmi, którzy żyją niezgodnie z prawami Kościoła (wymieniono wyraźnie żonę ministra spraw zagranicznych Talleyranda); że przebieg ceremonii będzie taki sam, jak podczas koronacji cesarza w Rzymie albo podczas namaszczenia królów Francji przez arcybiskupa Reims; że odbędzie jedynie ceremonia celebrowana przez papieża; że deputacja złożona z 2 francuskich biskupów przekaże zaproszenie, w którym cesarz oświadczy, że zmuszony ważnymi przyczynami do pozostania w swoim państwie oraz w celu porozumienia się z papieżem w sprawach kościelnych prosi go o przybycie do Francji, by poświęcił jego koronę i przeprowadził rokowania na tematy kościelne; że nie zostaną postawione mu żadne żądania oraz że zabezpieczony zostanie jego powrót do Włoch.

Gabinet papieski wyraził  życzenie, by koronację przełożyć na dzień 25 grudnia, rocznicę koronacji Karola Wielkiego, ponieważ papież jest bardzo poruszony i odczuwa potrzebę wyjazdu do Castel Gandolfo, by wypocząć, a ponadto nie może opuścić Rzymu przed uregulowaniem pewnych spraw rządu rzymskiego.

Warunki były do przyjęcia, bo obietnica wysłuchania zastrzeżeń papieża do pewnych artykułów organicznych, do niczego nie zobowiązywała i nie trzeba się  z nimi zgodzić, jeżeli byłyby sprzeczne z zasadami kościoła francuskiego.

Gdy kardynał Fesch otrzymał wieść o zgodzie papieża, oświadczył, że cesarz przejmie koszty podróży, co usunęło z drogi wiele kłopotów dla zbankrutowanego rządu.

Napoleon uznał  zgodę papieża za swoje wielkie zwycięstwo, które przypieczętować  miało jego prawa i usunąć wszelkie pytania dotyczące jego prawowitości. Równocześnie nie chciał pośród tego całego przepychu zrezygnować ze swojej samodzielności ani uczynić niczego, co zaprzeczałoby jego godności oraz podstawowym zasadom jego rządów. Ponieważ kardynał Fesch poinformował go, że wystarczy posłać do papieża wybitnego generała, wysłał generała Caffarelli z zaproszeniem, które sformułował w słowach pewnych godności, a nawet pochlebstwa.

"Ojcze Najświętszy!

Szczęśliwy wpływ na moralność i charakter mojego narodu, jaki miał powrót religii chrześciajńskiej, skłonił mnie, by poprosić Waszą Świętobliwość o danie mi, podczas jednej z najważniejszych okazji w historii świata, nowego dowodu zainteresowania moim losem i tego wielkiego narodu. Proszę Waszą Świętobliwość o przybycie do Paryża i udzielenia religijnych święceń podczas uroczystości namaszczenia i koronacji pierwszego cesarza Francuzów. Blask tej ceremonii rozbłyśnie jaśniej, jeżeli zostanie ona poprowadzona przez Waszą Świętobliwość. Sprowadzi na nas i nasz naród błogosławieństwo Boga, którego zrządzenie kieruje losami państw i rodzin według jego woli.

Waszą Świętobliwość zna moje przychylne nastawienie, które mam dla Niej od dawna i dlatego zrozumie, że ta okazja pozwoli mi dać jej nowe dowody.

Dlatego prosimy Boga, by jeszcze przez długie lata utrzymał Cię, Najświętszy Ojcze, na czele Naszej Matki, Świętego Kościoła.

Wasz pełen szacunku syn

Napoleon" 
 

Do tego listu dołączone były gorące prośby, by papież zechciał przybyć, zamiast 25 grudnia, już w ostatnich dniach listopada. Prawdziwego powodu prośby, by ceremonia odbyła się wcześniej, Napoleon nie wyjawił. Nie było innego, niż przesunięty na grudzień plan lądowania w Anglii.

Generał Caffarelli przybył do Rzymu w nocy z 28 na 29 września. Kardynał Fesch przedstawił go papieżowi, który podjął go po ojcowsku. Pius VII przyjął pismo z rąk generała, ale przeczytał dopiero po audiencji. Po tym, jak przyjął do wiadomości jego treść, nie znajdując w niej żadnej informacji o sprawach kościelnych, jako powodu jego podróży do Francji, opanował go wielki ból i dostał ataku nerwowego, który wzbudził wielki niepokój. Jak wszystkim księciom krwi temu czcigodnemu papieżowi leżały na sercu honor i godność jego korony. Uważał, że zostanie skompromitowany, jeżeli w uzasadnieniu jego podróży zabraknie spraw religijnych. Bardzo go bolało nadane mu przez jego wrogów przezwisko "kapłan Napoleona". Kazał wezwać kardynała Fesch i rzekł do niego:

"- To, co mi dostarczono, to trucizna! Nie odpowiem na taki list i nie pojadę do Paryża, bo nie dotrzymano danego mi słowa."

Kardynał Fesch uspokoił wzburzonego papieża, a nowe rozmowy z kardynałami usunęły ostatnie trudności. Wszyscy rozumieli, że odwrót był niemożliwy i postanowiono, że papież powinien odjechać 2 listopada, by dotrzeć 27 tego miesiąca do Fontainebleau. 
 

III.

O świcie 2 listopada papież, który przekazał całą władzę kardynałowi Consalvi, udał się do Bazyliki św.Piotra, gdzie modlił się  długo, otoczony przez kardynałów, osobistości rzymskie i lud. Następnie wsiadł do powozu i skierował się na trakt w kierunku Viterbo. Przez długi odcinek drogi powozowi papieża towarzyszyli płaczący mieszkańcy dzielnicy Trastevere.

Pius VII życzył  sobie, mimo swojego ubóstwa, zabrania prezentów godnych człowieka, którego zamierzał odwiedzić. Z charakterystycznym dla niego taktem wybrał dwie, wyróżniające się pięknem i znaczeniem antyczne kamee. Jedna z nich przedstawiała Achiilesa, druga Scypiona. Dla cesarzowej przeznaczył antyczne wazy szczególnej piękności. Za radą Talleyranda przywiózł dla dam dworu ogromną ilość różańców.

Podróżował przez Państwo Kościelne, Toskanię, pozdrawiany na całej swojej drodze przez klęczącą ludność włoską. We Florencji został  przyjęty przez owdowiałą właśnie królową Etrurii (Maria Luiza Hiszpańska, 1782-1824, jej mąż, król Ludwik I zmarł 12 maja 1803 roku - przyp.tłum.), która w imieniu syna sprawowała regencję nowoutworzonego przez Napoleona królestwa. Przyjęła ona papieża, jak należało się spodziewać po pobożnej księżniczce hiszpańskiej, dowodami czci i poważania, które go zachwyciły; papież zaczął przychodzić do siebie po swoim wielkim wzburzeniu. Legacje omijał, by swoim pojawieniem się nie okazać aprobaty ich wcielenia do innego niż Państwo Kościelne państwa i podróżował przez Piacenzę, Parmę i Turyn. Nie był jeszcze we Francji, a już towarzyszyli mu francuscy urzędnicy i oddziały i widział, jak stary Menou i oficerowie Armii Italii pełni szacunku pochylają przed nim głowy.

Pius VII stopniowo uspakajał  się i przestał w końcu obawiać się skutków swojej decyzji. Jego droga prowadziła przez Alpy. Podjęto nadzwyczajne środki ostrożności, by podróż jego i towarzyszących mu kardynałów przebiegała bezpiecznie i wygodnie. O wszystko starali się z największą hojnością i nieskończoną gorliwością cesarscy urzędnicy pałacowi. W końcu papież dotarł do Lyonu. Tutaj jego troska przerodziła się w prawdziwą radość. Z Prowansji, Delfinatu, Burgundii napłynęła tłumnie ludność, by zobaczyć boskiego zastępcę na ziemi. Wszystkie narody mają w sercach nieokreślone, ale głębokie uczucie wiary w Boga w sercu. Forma, w jakiej oddaje się cześć temu Bogu, jest mniej ważna, jeżeli tylko jest pełen tradycji i szanowany przez władze.

W Lyonie Pius otrzymał  ponownie list od Napoleona z nowymi słowami podzięki i życzeniami rychłego przybycia do Paryża. Słaby, chorowity i porywczy papież, który, widząc powitanie, nie czuł więcej trudów podróży i sam zaproponował przyspieszenie jej o 2 dni. Opuścił Lyon otoczony takimi samymi oznakami hołdu, jak podczas swojego przybycia, przejechał przez Moulins, Nevers, a na każdej drodze spotykał te same tłumy, czekające na błogosławieństwo głowy Kościoła.

Pius VII miał zatrzymać  się w Fontainebleau. Tak zarządził Napoleon, który chciał  mieć okazję wyjazdu Ojcu Świętemu naprzeciw i umożliwić  mu 2 albo 3 dni odpoczynku na osobności. Na ten dzień, 25 listopada, zarządził polowanie, które kierować miało się w kierunku drogi, którą podróżował papież. Gdy papieska kolumna dotarła do skrzyżowania Saint-Herem, Napoleon skierował w tą stronę swojego wierzchowca i popędził papieżowi na spotkanie. Stanął przed nim i objął. Pius z ciekawością i wewnętrznym wzruszeniem, ujęty powitaniem, przyglądał się temu drugiemu Karolowi Wielkiemu, o którym od kilku lat nieustannie uważał jako narzędzie Boga na ziemi.

Była właśnie południe. Obaj suwerenowie wsiedli do powozu, by udać się do Fontainebleau, a Napoleon ustąpił przy tym papieżowi plac po prawej stronie. Na powitanie Piusa VII na progu pałacu stanęła cesarzowa wraz z ustawionymi w półkole osobistościami państwa i dowódcami armii. Mimo, że papież przyzwyczajony był do rzymskiego przepychu, musiał przyznać, że czegoś tak okazałego jeszcze nie widział. Otoczony przez zgromadzonych udał się do przeznaczonych dla niego apartamentów.

28 listopada, po 3-dniowym odpoczynku, cesarz i papież wsiedli do powozu - papież ponownie siedząc z prawej strony - by udać się do Paryża, gdzie jako mieszkanie papieża przygotowany był pawilon Flora. 
 

IV.

1 grudnia Napoleon skierował  następującą odezwę do Senatu:

"Wstępuję na tron, na który powołała mnie jednogłośna wola Senatu, narodu i armii, z sercem pełnym współczucia dla losu tego narodu, który kiedyś z obozu polowego nazwałem "wielkim".

Od czasu mojej młodości poświęcone mu są wszystkie moje myśli, a dziś chcę  jeszcze dodać, że moja radość albo cierpienie wywodzi się  jedynie ze szczęścia albo nieszczęścia mojego ludu.

Moi następcy będą  długo zasiadać na tym tronie.

W polu będą oni pierwszymi żołnierzami armii, swoje życie ofiarują obronie swojej ojczyzny.

Jako administrator nigdy nie zapomną, że lekceważenie prawa i zachwianie porządku są zawsze następstwem słabości i niepewności panującego księcia.

Wy, senatorowie, których rada i pomoc w najgorszym momentach nigdy mnie nie zawiodła, przekażecie Waszego ducha i Wasze poglądy Waszym następcom. Bądźcie zawsze oparciem i pierwszym doradcą tego tronu, który dla naszego wielkiego państwa jest tak niezbędny." 
 

W niedzielę 2 grudnia, w zimny, ale słoneczny zimowy dzień ze wszystkich stron napłynęła ludność Paryża, by zobaczyć przejazd cesarskiego orszaku. Papież  pojechał przodem, o godzinie 10 rano, długo przed cesarzem, żeby oba orszaki nie przeszkadzały sobie. Towarzyszyli mu liczni duchowni, ubrani w najcenniejsze ornaty oraz oddział gwardii cesarskiej. Ciekawość Paryżan pobudzała szczególnie obecność pewnego abbé, który siedząc na oślicy, trzymając w dłoni krucyfiks jechał do kościoła przed papieżem.

Wokół placu Notre-Dame ustawiono bogato ozdobioną kolumnadę, gdzie schronić mogli się wysiadający ze swoich powozów suwereni i książęta udający się do starej katedry. Pałac arcybiskupa, przystrojony bogactwem, godnym gości, których miał przyjąć, był tak przygotowany, że papież i cesarz mogli tam przez chwilę odpocząć.

Po krótkim odpoczynku papież wkroczył do kościoła, gdzie już od kilku godzin gromadziły się delegacje miast, reprezentanci magistratu i armii, 60 biskupów z orszakami, Senat, Ciało Prawodawcze, Trybunat, Rada Stanu, książęta Nassau, Hesji, Badenii, arcykanclerz Rzeszy Niemieckiej oraz przedstawiciele wszystkich mocarstw. Brama główna kościoła Notre-Dame była zamknięta, bo opierał się o nią cesarski tron. Wchodzono przez wejścia boczne, znajdujące się na obu końcach naw bocznych.

Gdy papież, przed którym niesiono krzyż i symbol następcy św.Piotra, pojawił się  w tej starej katedrze św.Ludwika, obecni podnieśli się z miejsc, a 800 muzyków i śpiewaków rozpoczęło pieśń Tu es Petrus. Wywołało to głębokie wrażenie. Papież szedł wolnym krokiem do ołtarza, gdzie przyklęknął i zajął miejsce na przygotowanym dla niego po prawej stronie ołtarza tronie. 60 prałatów kościoła francuskiego, jeden po drugim, podchodziło, by go pozdrowić. Papież każdego z nich powitał przychylnym spojrzeniem. Następnie rozpoczęło się czekanie na przybycie rodziny cesarskiej.

Kościół Notre-Dame przyozdobiony był z nieporównalnym przepychem. Aksamitne kotary pokryte złotymi pszczołami pokrywały ściany od sklepienia aż do podłogi. U stóp ołtarza stały proste krzesła, na których zasiąść mieli cesarz i cesarzowa przed ich koronacją. W tyle kościoła, naprzeciw ołtarza, stał przeznaczony dla cesarza i jego małżonki potężny tron do którego wiodły 24 stopnie, ustawiony pomiędzy kolumnami, niczym rodzaj monumentu w monumencie. Jak przewidywał zarówno rytuał rzymski, jak i francuski monarcha nie zasiadał na tronie, zanim nie został koronowany przez papieża.

Długo czekano na cesarza. To był jedyny pożałowania godny incydent podczas tej wielkiej uroczystości. Powodem tego opóźnienia była obawa porządkowych uroczystości, że oba orszaki mogą spotkać się w drodze. Cesarz opuścił Tuileries w przeszklonym powozie. Ubrany był w zaprojektowany przez największego malarza epoki i wzorowany na ubiorach XVI-wiecznym strój, krótki płaszcz i beret z piórami. Cesarski płaszcz chciał założyć dopiero w pałacu arcybiskupa krótko przed wejściem do kościoła. W towarzystwie konno jadących marszałków, poprzedzany powozami dostojników, jechał powoli ulicą Saint-Honoré, wzdłuż nabrzeża Sekwany przez plac Notre-Dame, witany radosną wrzawą niezliczonego tłumu.

Po zatrzymaniu się  przed opisanym portalem, Napoleon wysiadł z powozu i udał  się do pałacu arcybiskupa, gdzie założył cesarski płaszcz, wziął koronę i berło; następnie wkroczył do katedry. Wielka korona, zrobiona na wzór korony Karola Wielkiego była niesiona obok niego. On sam miał na głowie tymczasowo tylko koronę cezarów - prosty złoty wieniec laurowy.

Po wejściu przy brzmieniu hucznej muzyki do kościoła, przyklęknął i udał się  w kierunku krzesła, na którym miał zasiąść, zanim zasiądzie na tronie. Korona, berło, szpada i płaszcz zostały położone na ołtarzu. Papież dokonał zwyczajowego namaszczenia na jego czole, jego ramionach i dłoniach, poświęcił szpadę, którą mu przypasał, berło, które mu wręczył i wziął w dłonie koronę. Napoleon obserwował uważnie jego ruchy, wziął bez pośpiechu, ale zdecydowanym ruchem,  koronę z rąk papieża i wsadził sobie na głowę. Ten zrozumiany przez wszystkich gest zrobił niesamowite wrażenie. Następnie Napleon wziął koroną cesarzowej, zbliżył się do klęczącej Józefiny i koronował swoją małżonkę, która uroniła przy tym kilka łez.

Następnie Napoleon udał  się do wielkiego tronu, wstępując po schodach w towarzystwie swoich braci, którzy trzymali końce cesarskiego płaszcza. Teraz, zgodnie z tradycją, do stóp tronu przystąpił papież, udzielił nowemu suwerenowi błogosławieństwa i zaśpiewał słowa, które usłyszał w kościele św.Piotra Karol Wielki, gdy rzymscy duchowni niespodziewanie obwołali go cesarzem zachodu Europy: Vivat in aeternum semper Augustus! Przy tych słowach rozległ się okrzyk z tysiąca gardeł: niech żyje cesarz!, który odbił się echem od kopuły katedry; na zewnątrz rozległ się głos armatnich strzałów i obwieścił całemu Paryżowi o tym, że Napoleon rzeczywiście zgodnie z obowiązującymi formami został koronowany. Arcykanclerz Cambacérčs podał mu tekst przysięgi, jeden z biskupów Ewangelię, a Napoleon, trzymając dłoń na niej wypowiedział słowa przysięgi, która zawierała podstawowe zasady rewolucji francuskiej:

"Przysięgam bronić terytorium Republiki w całym jego wymiarze, przestrzegać postanowień konkordatu i wolności religii, politycznej i obywatelskiej wolności, a także utrzymać nienaruszalność sprzedanych dóbr narodowych; podatki i obciążenia wprowadzać tylko zgodnie z przepisami; zachować instytucję Legii Honorowej; rządzić mając na celu dobrobyt, szczęście i chwałę narodu francuskiego." 
 

V.

Papież był  nadzwyczaj wyrozumiały. Wszystkie piękne kobiety Paryża, nawet takie, którym ze względu na ich złą reputację odmówiono dopuszczenia na cesarski dwór, dostąpiły zaszczytu zbliżenia się do niego i otrzymania jego błogosławieństwa. Panie Hamelin i Talien były często przez niego przyjmowane. Ogólnie mówiąc, duchowni lubią kobiety, a te są im często przydatne, bo wiedzą, jak zakochać ich w sobie. Darowanie grzechów jest wspaniałą ideą! Kto mógłby powiedzieć: "Nigdy nie uwierzę!"

Po koronacji papież  chciał porozmawiać z cesarzem i zamierzał go odwiedzić. Papież zrobił wiele ustępstw. Zmusił się do przybycia do Paryża, zrezygnował z własnoręcznego włożenia cesarzowi korony na głowę i odpuścił mu spowiedź powszechną przed ceremonią. Dlatego liczył na spore wynagrodzenie, marzył o Romanii i legacjach, a teraz zaczynał pojmować, że musi z tego wszystkiego zrezygnować. Zredukował swoje życzenia i prosił tylko o mały dowód łaski, jak powiedział, tylko o podpis cesarza na starym dokumencie, bardzo zużytym kawałku papieru pochodzącym z czasów Ludwika XIV.

- "Proszę o wyświadczenie tej łaski - poprosił - w gruncie rzeczy jest to bez znaczenia."

- "Chętnie Ojcze Święty - odpowiedział cesarz - jeżeli dowiem się, o co chodzi."

Dokument zawierał oświadczenie Ludwika XIV, wymuszonego prawdopodobnie pod koniec jego życia przez Madame de Maintenon albo jego spowiedników, w którym wyraża on swoją dezaprobatę odnośnie pamiętnych artykułów z 1682 roku zawierającego zasady wolności kościoła galikańskiego (22 marca 1682 roku król Ludwik XIV podpisał edykt nakazujący przyjęcie 4 artykułów ustanowionych przez zgromadzenie biskupów francuskich z dnia 9 marca, które negowały nieomylność papieża: 1. Książęta w sprawach doczesnych nie podlegają władzy kościelnej i w żadnym razie nie mogą być złożeni z godności; 2. Papież posiada pełność władzy duchownej, jednak dekrety Soboru Konstancjańskiego dotyczące powagi soborów powszechnych utrzymują nadal swoją moc; 3. Władzę papieską ograniczają kanony, we Francji zaś papież powinien mieć jeszcze na uwadze przepisy i zwyczaje miejscowe; 4. W rzeczach wiary papież ma powagę najwyższą, ale orzeczenia jego nie są nieodmienne, jeżeli nie nastąpi zgoda Kościoła - przyp.tłum.). Cesarz stwierdził złośliwie, że z jego strony nie ma żadnego sprzeciwu, ale musi porozmawiać z biskupami. Papież powtórzył, że sprawa ta nie wymaga aż tylu zabiegów.

- "Nie pokażę nikomu tego podpisu - stwierdził - tak samo, jak Ludwik XIV nigdy go nie pokazał."

- "Po co więc ten podpis - brzmiała odpowiedź cesarza - jeżeli jest on bez znaczenia? Jeżeli jednak znaczenie, to należy się, bym wypytał moich teologów:" 
 

VI.

Dwór cesarza był  pod każdym względem wspanialszy i okazalszy niż wszystko, co dotychczas widziano - mimo tego koszty jego utrzymania były niewiarygodnie dużo niższe niż utrzymanie dworu starego systemu. Ta duża różnicy wynikała z faktu, że nie było żadnych nadużyć, a w rachunkach panował porządek. Jego polowania były równie znakomite, jak za czasów Ludwika XVI i kosztowały cesarza, mimo że wszystko, od łowów z sokołem aż do najmniejszych drobnostek, było na tym samym poziomie, rocznie tylko 400 000 franków, podczas gdy król wydawał na łowy 7 milionów w roku. To samo dotyczy życia na dworze: umiłowanie porządku i rygor Duroca uczyniły cuda. Za czasów królów pałace nie były umeblowane: wszystko, co było potrzebne, przewożono z jednego pałacu do drugiego. Służba nikogo nie interesowała: każdy musiał sam starać się o siebie. Za to w czasach Napoleona każdy, kto pełnił służbę znajdował w przeznaczonym dla niego pokoju wszystko, czego potrzebował i czego sobie życzył takie samo albo lepsze niż we własnym domu.

Stajnia kosztowała cesarza 3 miliony; koń kosztował przeciętnie 3 000 franków rocznie. Paź kosztował 6-8 000 franków rocznie; to były prawdopodobnie najwyższe wydatki; ale ci młodzi ludzie byli też rzeczywiście doskonale wychowani i traktowani. Dlatego najlepsze rodziny cesarstwa słusznie uważały za łaskę przyjęcie ich dzieci na cesarski dwór.

Odnośnie etykiety Napoleon był pierwszym, który rozdzielał służbę honorową  od rzeczywistej. Król nie jest stworzony przez naturę, lecz przez cywilizację. Nigdy nie wolno mu pokazać się nagim, lecz zawsze w ubraniu.

Na oficerów wyższych korony, szambelanów, rycerzy i innych dostojników dworskich cesarz wybrał zarówno ludzi, których zrodziła rewolucja, jak i spóśród starych rodzin arystokratycznych. Ci pierwsi czuli się przeniesieni na zdobyty przez siebie teren, ci drudzy - na teren, który uważali za ponownie zdobyty. Cesarzowi zależało na tym, by w tym pomieszanym świecie wygasła nienawiść i dokonało się przemieszanie. Szybko i bez problemów rozpoznał różnicę w zwyczajach i przyzwyczajeniach: starzy pełnili swoją służbę z większą pilnością i wdziękiem; pani Montmorency upadłaby, by zawiązać cesarzowej trzewiki; dama nowej generacji uczyniłaby to z oporami bojąc się, że zostanie uznana za pokojówkę; taka myśl pani Montmorency nie wpadłaby nawet do głowy. Te honorowe stanowiska nie były wynagradzane, zmuszały nawet do dużych wydatków, ale osoby je zajmujące spędzały dni pod okiem władcy, źródła wszystkich honorów i łask, wszechmocnego pana, który głośno oznajmiał swoje pragnienie udzielenia pomocy każdemu, kto się do niego zwróci.

Za czasów swojego małżeństwa z Marią Luizą Napoleon wybrał dużą ilość szambelanów z pierwszych szeregów starej arystokracji. Z jednej strony chciał w ten sposób udowodnić Europie, że we Francji istnieje już tylko jedna partia, z drugiej, chciał otoczyć cesarzową nosicielami znanych jej już nazwisk. Cesarz zastanawiał się nawet, czy nie wybrać z tego kręgu nawet honorową damę cesarzowej, ale z obawy, że cesarzowa, której charakteru nie znał, opanowana uprzedzeniami swojego pochodzenia oraz by nie dać nowej pożywki zarozumiałości starej arystokracji, zdecydował się na inny wybór.

Od tego czasu aż  do do upadku cesarstwa najstarsze i najszlachetniejsze rodziny pchały się, by zostać przyjęte na cesarski dwór. Ale dlaczego nie miałyby tego robić? Cesarz był panem świata, wyniósł  Francję i Francuzów ponad inne narody; towarzyszyły mu władza, sława i honor, każdy należący do tego kręgu był szczęśliwy. Przynależność do jego otoczenia na wewnątrz i zewnątrz dawało prawo do poszanowania, hołdu i honorów. 
 

Wydatki cesarza na dwór wynosiły milion franków rocznie. Ale z tego na jego potrzeby wydawano tylko 100 franków dziennie. Rzadko brał udział w obiadach, bo nie miał stałych godzin posiłków i nie przerywał dla nich pracy. Ponieważ nikt nie wiedział, kiedy każe podać posiłek, trzeba było być w każdej chwili przygotowanym. Zdarzało się, że co 30 minut pieczono dla niego kurczaka, zużywając tuzin z nich, aż w końcu jeden z nich mógł być mu podany. 
 

Napoleon kładł  nacisk na dobre prowadzenie finansów, poważając wskutek tego Molliena (Nicolas-Francois Mollien, 1758-1850, w latach 1806-1814 minister skarbu - przyp.tłum.), któremu to zadanie było powierzone. Administrował on finansami publicznymi w najprostszy sposób. Wszystko zapisywane było w małym zeszycie, z którego Napoleon w każdej chwili mógł poinformować się o stanie swoich finansów, wydatków, dochodów, oszczędności i stanu kasy.

W swojej piwnicy cesarz miał 400 milionów franków w złocie, o których tylko on wiedział. Informacje o nich egzystowały jedynie w małym zeszycie, nad którym pieczę sprawował jego prywatny skarbnik. Ale nie traktował  on tych pieniędzy jako swoje własne, lecz jako majątek narodowy. W tym sensie zostały one też w czasach niepowodzeń zużyte.

W monetach cesarz więcej niż 2 miliardy zebrał z zagranicy, nie licząc sum, które poszczególni osobnicy zebrali na własny rachunek.

Bardzo nieprzyjemnie poruszyło cesarza postępowanie pana de la Bouillerie, który w 1814 roku odprowadził z Orleanu do Paryża w ręce księcia d'Artois 10 milionów franków będących własnością cesarza, zamiast, co było jego obowiązkiem, dostarczyć je do Fontainebleau. Gdy Napoleon w 1815 roku powrócił, de la Boulliere poprosił o audiencję, by wytłumaczyć się z tego kroku. Z pewnością próbowałby wytłumaczyć się niedoświadczeniem i wiedział chyba, że skończy się na wyrzutach, jeżeli uda mu się osobiście porozmawiać z cesarzem. Ale cesarz odmówił przyjęcia go, bo znał siebie i wiedział, że jest bezsilny wobec próśb. Następca de la Boulliere'a, Esteves postąpiłby inaczej. Był on wiernie oddany cesarzowi i przywiózłby za wszelką cenę skarb do Fonteinebleau albo, zamiast go wydać, zakopałby go, wrzucił do rzeki albo rozdał innym. 
 

Cesarz był prawdopodobnie jedynym władcą europejskim, który nie miał straży przybocznej; przychodzono do niego bezpośrednio, bez przekraczania specjalnej sali. Po przekroczeniu zewnętrznej linii posterunków, można było swobodnie poruszać się po całym pałacu. Wywołało to wielkie zdziwienie cesarzowej Marii Luizy, która nie potrafiła pojąć, że cesarz był praktycznie bezbronny, podczas gdy jej ojciec otoczony było strażą przyboczną. Oczywiście cesarz narażał się przez to często na duże niebezpieczeństwo; znanych jest ponad 30 spisków; a ile pozostało nieodkrytych.

Że Napoleon ze wszystkich niebezpieczeństw wyszedł bez uszczerbku zawdzięczał oprócz szczęśliwej gwieździe określonym osobliwym okolicznościom. I tak na przykład nie miał on regularnych przyzwyczajeń, które byłyby znane, lecz żył pod wpływem własnego humoru. Nadmiar pracy przywiązywał go do jego gabinetu, nigdy nie spożywał posiłków poza pałacem, rzadko chodził do teatru i tylko wtedy, kiedy nie był oczekiwany.

Oba zamachy, kiedy narażony był na największe niebezpieczeństwo przeprowadzili rzeźbiarz Cerachi i Fanatyk z Schönbrunn (Fryderyk Staps - przyp. tłum.).

Cerachi z z kilkoma innymi szaleńcami postanowił zabić Pierwszego Konsula, chcieli zamordować go podczas opuszczania teatralnej loży. Mimo, że Konsul był ostrzeżony udał się jednak do teatru i odważnie przeszedł przez grupę spiskowców, którzy zajęli już swoje posterunki. Pod koniec przedstawienia wszyscy zostali ujęci.

Cerachi był początkowo żarliwym zwolennikiem Napoleona, ale postanowił zgładzić go, gdy tylko dostrzeże w nim tyrana. Był obsypany przez cesarza zaszczytami. Wykonał jego popiersie i starał się za wszelką cenę o otrzymanie pozwolenia na jeszcze jedno posiedzenie, by, jak twierdził, dokonać pewnych poprawek. Ale szczęśliwa gwiazda Napoleona tak pokierowała losem, że nie miał on wówczas nawet chwili czasu. Ponieważ sądził, że przyczyną nalegania Cerachiego były kłopoty finansowe, kazał przekazać mu 6 000 franków. Dziwaczna pomyłka! Cerachi nie miał żadnego innego zamiaru, jak zamordować go podczas posiedzenia!

Spisek został zdradzony przez jednego ze spiskowców, kapitana pułku liniowego. Dziwna gra człowieczego rozumu! Oficer ten nienawidził Napoleona jako konsula, ale uwielbiał go jako generała! Chciał chyba, by został usunięty z tego stanowiska, ale pod żadnym pozorem, żeby został zamordowany. Chciał w Napoleonie uratować tego generała, który biłby nieprzyjaciół i prowadził Francję do sławy i chwały. Spiskowcy śmiali mu się w twarz słysząc jego poglądy. Ale gdy zobaczył, jak w najpoważniejszych zamiarach rozdawane są sztylety, zdradził spisek.

Fanatyk z Schönbrunn był synem protestanckiego pastora z Erfurtu; po bitwie pod Wagram postanowił zamordować cesarza podczas parady na dziedzińcu pałacu Schönbrunn. Udało mu się przedrzeć przez kordon, wystawionych dla trzymania widzów w odpowiedniej odległości, posterunków, ale generał Rapp, który chciał odsunąć go ręką, wyczuł pod jego surdutem twardy przedmiot. Przeszukano go i odkryto, że przedmiotem tym był ostry, dwusieczny nóż o długości 1,5 stopy, zawinięty w gazetę. Napoleon kazał młodzieńca przyprowadzić do siebie. Wytłumaczył on cesarzowi, że chciał go zabić, by zakończył się rozlew krwi. Ten zapytał go, dlaczego nie pomyślał wcześniej, by zabić cesarza Franciszka. Staps odpowiedział, że to byłoby coś całkiem innego; cesarz Austrii był głupcem, którego zastąpiłby inny głupiec. We wszystko, co mówił, wtrącał cytaty z Biblli; był zimnym fanatykiem, a jednak wydawał się być poruszonym, gdy Napoleon zapytał go, czy uczyniłby to jeszcze raz, gdyby został ułaskawiony. Po chwili wahania, Staps odpowiedział:

"- Nie! Pomyślałbym: wypełniłem mój obowiązek, ale Bóg nie chciał tego."

Wypowiadając te słowa nie wyglądał na zmartwionego. Cesarz polecił aresztować go i nie podawać mu jedzenia, a po 24 godzinach wypytał go jeszcze raz. Był to w dalszym ciągu ten sam człowiek. Został rozstrzelany. 
 

Cesarz nie ukrywał,  że jego pałac w stolicy pod pewnymi względami jest niedoskonały; Wersal był z kolei niewygodny dla ministrów i dworzan. Ludwik XIV popełnił błąd wybierając Wersal, mając przecież do wyboru Saint-Germain; ten pałac ze swojej natury był najlepszym mieszkaniem dla francuskich królów. Pod tym względem Napoleon też popełnił błąd; powinien był zrezygnować całkowicie z Compiegne; żałował później, że właśnie tam, a nie w Fontainebleau, miał siedzibę jego dwór. Z architektonicznego punktu widzenia Fontainebleau nie był wprawdzie pięknym pałacem, ale z pewnością doskonale nadającym się na siedzibę władcy. Porównanie królewskich pałaców wszystkich stolic wypadało na korzyść Fontainebleau, który, zarówno pod względem politycznym jak i militarnym, dysponował wszystkimi zaletami. Cesarz żałował wielkich wydatków na pałac w Wersalu, ale przecież były one konieczne, by pałac nie popadł w ruinę. W czasach rewolucji planowano dużą część tego pałacu zburzyć, usunąć środkową część, dzieląc w ten sposób oba skrzydła. To odpowiadałoby cesarzowi, bo utrzymanie tego wielkiego pałacu było kosztowne, a cały gmach zupełnie nieprzydatny. Ale Napoleon też zaczął budować pałac, przeznaczony dla króla Rzymu, mając przy tym plany na przyszłość.

W swoich budowlach cesarz wychodził z innych założeń niż architekci. Nie chciał  wydawać wielkich sum, nie otrzymując natychmiast nic w zamian. Jeżeli zezwolił na wydanie 30 milionów franków na budowę, chciał tę sumę wydać w przeciągu 20 lat, czyli wydać rocznie 1,5 miliona franków. Za te 1,5 miliona chciał jednak już w pierwszym roku zobaczyć rezultat, mieszkanie albo coś innego, małego, ale całkowicie ukończonego. Architekci myśleli inaczej, tego typu postępowanie kłóciło się z ich rozległymi planami. Chcieli oni najpierw wybudować fasadę, która przez długi czas pozostałaby bez użytku, pochłonęłaby ogromne sumy, a po przerwaniu budowy, do niczego nieprzydatną.

Wychodząc z takiego założenia Napoleon dużo osiągnął, mimo politycznych i militarnych przeszkód. Zakupił dla korony meble za 40 milionów, srebra za 400 000 franków, a wiele pałaców poddał restauracji.

Dzięki swojej metodzie postępowania cesarz mógł po wydaniu 500-600 000 franków już w pierwszym roku wprawdzić się do Fontainebleau. W przeciągu następnych lat wydał 6 milionów, z biegiem czasu przeznaczyłby na ten cel jeszcze więcej. Cesarz zwracał baczną uwagę, by wydatki nie były odczuwalne, ale rezultat wieczny.

Gdy cesarz przebywał  w Fontainebleau gościło tam 1 200-1 500 osób, więcej niż 3 000 mogły zostać zaproszone do stołu. Dzięki wprowadzonemu przez Duroca porządkowi wydatki na to nie były zbyt wysokie.

Budynki Wersalu nie podobały się cesarzowi; ale były one i dlatego miały służyć szeroko zakrojonym planom Napoleona. Marzył o tym, by z czasem zrobić z Wersalu coś w rodzaju przedmieścia Paryża, miejscowość wycieczkową dla mieszkańców stolicy; ze wspaniałych ogrodów chciał usunąć pozbawione smaku nimfy i inne barokowe ornamenty i zastąpić je panoramami wszystkich stolic, do których wkroczył jako zwycięzca oraz wszystkich bitew, w których francuski oręż odniósł słynne, pełne chwały zwycięstwa. W ten sposób chciał stworzyć u bram stolicy Europy pomniki francuskich triumfów i narodowej chwały, do których pielgrzymowałyby wszystkie narody świata. 
 

Ogrody cesarskie były pod nadzorem Desmasisa, przyjaciela z lat młodości, który kiedyś  oddał Napoleonowi wielką przysługę. Po oblężeniu Tulonu Napoleon przebywał w Paryżu, tkwiąc w wielkich finansowych kłopotach. Jego matka przebywała wraz z jej wieloma małymi dziećmi w Marsylii, gdzie musiała schronić się w wyniku niepokojów na Korsyce. W wyniku intrygi obywatela Aubry generałowi Bonaparte zatrzymano wypłacanie żołdu; jego cały majątek wynosił 5 franków w asygnatach. Z myślą o samobójstwie udał się na brzeg Sekwany. Nagle zderzył się przypadkowo z ubranym w ubranie robocze męzczyzną, który ku jego zaskoczeniu rzucił mu się na szyję i zawołał:

"- Co? Ty jesteś Napoleon? Tak bardzo się cieszę, że cię spotkałem! Grozi ci jakieś niebezpieczeństwo? Wyglądasz jak szaleniec, który chce odebrać sobie życie!"

Napoleon wszystko mu opowiedział.

"- Nic więcej? - zawołał Desmasis, rozpiął swój ubogi kitel, ściągnął pasek i wcisnął Napoleonowi w dłoń.

"- Tutaj jest 30 000 franków w złocie; weź je i ratuj swoją matkę."

Porwany tym mimowolnym spotkaniem Napoleon wziął złoto, by posłać je swojej matce. Dopiero gdy nic nie zostało, uświadomił sobie, co zrobił. Pospieszył  na miejsce, gdy pozostawił Desmasisa, ale nie zastał go tam. Przez kilka kolejnych dni generał Bonaparte wychodził wczesnym rankiem z domu i wracał dopiero późnym wieczorem, przeszukując wszystkie miejsca, gdzie miał nadzieję spotkać swojego dobroczyńcę. Ale poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Również dochodzenia, które zlecił jako Pierwszy Konsul i cesarz, były bezowocne. Dopiero po wielu latach spotkał go przypadkowo i zapytał, co było powodem jego postępowania i dlaczego przez tyle lat nie dał o sobie znaku życia. Desmasis odrzekł, że nie potrzebował tych pieniędzy i dlatego nie żądał ich zwrotu, mimo, że nie miał wątpliwości, że nie byłoby mu to wzięte za złe; obawiał się jedynie, że cesarz wezwałby go z jego odosobnienia, gdzie był szczęśliwy, zajmując się ogrodnictwem. Cesarza kosztowało dużo wysiłku by skłonić go do przyjęcia 30 000 franków jako zwrotu długu. Z wielkim oporem przyjął od cesarza zaproponowaną mu posadę głównego administratora ogrodów cesarskich z rocznym uposażeniem 30 000 franków oraz stopień oficera domu cesarskiego. Również jego brata Napoleon zatrudnił na bardzo godnym stanowisku. 
 

VII.

Arystokracja wcale nie jest sprzeczna z pojęciem równości, jest nawet konieczna dla utrzymania porządku społecznego; żaden porządek społeczny nie może budować na ustawach ziemskich (Napoleon wspomina w tym miejscu projekt ustaw, które przedłożyli rzymskiemu Senatowi bracia Tyberiusz i Gajusz Gracchus w 133 roku p.n.e., proponując rozdanie biednym zagarniętej wcześniej przez bogaczy ziemi, co miało zlikwidować napięcia społeczne w ówczesnym Rzymie. Projekt został odrzucony, a jego twórcy zamordowani - przyp.tłum.): zasada własności i jej przekazywanie przez sprzedaż, darowiznę między żyjącymi albo testament jest podstawową zasadą, która nie sprzeciwia się równości. Z tej zasady wywodzi się też zwyczaj przekazywania z ojca na syna symbolu oddanych państwu zasług. Majątek może być niekiedy zdobyty w niehonorowy i nieuczciwy sposób. Tytuły i wartości zdobyte zasługami dla państwa pochodzą zawsze z czystych i przyzwoitych źródeł, ich przekazywanie potomkom jest więc sprawiedliwe. Gdy Napoleon dużej ilości ludzi rewolucji, zagorzałych zwolenników zasady równości, zadał pytanie, czy wprowadzenie dziedzicznych tytułów zaprzecza tej zasadzie, wszyscy odpowiedzieli "nie".

Utworzeniem narodowej arystokracji Napoleon chciał osiągnąć trzy cele: po pierwsze, pojednać Francję z Europą; po drugie, pojednać starą  i nową Francję; po trzecie zlikwidować w Europie ostatnie resztki arystokracji feudalnej, łącząc idee arystokracji z pojęciem zasług dla państwa, oddzielając jednak wszystkie feudalne podstawy.

Na czele całej Europy stali arystokraci, którzy energicznie bronili się przed rozszerzeniem rewolucji; tworzyli oni przeszkodę, która wszędzie hamowała francuskie wpływy. Musiała ona zostać usunięta, dlatego Napoleon nadał głównym osobom cesarstwa tytuły, które były równe tytułom feudalnym. Sukces był pełny, arystokracja europejska zrezygnowała z oporu przeciwko Francji i spoglądała ze skrytą radością na powstawanie nowej arystokracji, która właśnie dlatego, że była nowa, wydawała się ją naśladować; nie przewidywała następstw systemu francuskiego, którego celem było wykorzenienie arystokracji feudalnej, odwartościowanie jej albo przynajmniej zmuszenie do zdobycia nowych tytułów.

Stara arystokracja Francji, po powrocie od ojczyzny, gdzie odnalazła jeszcze część swoich dóbr, przyjęła ponownie swoje tytuły; uważała się, wprawdzie nie usankcjonowane prawnie, ale de facto bardziej niż kiedykolwiek za warstwę uprzywilejowaną; każde połączenie albo wymieszanie z przywódcami rewolucji wydawało się bardzo trudne; nadanie nowych tytułów usunęło te trudności i już wkrótce nie było żadnej starej rodziny, która nie związałaby się chętnie z nowymi książętami. Nowe były również domy Noailles, Colbert, Louvois, Fleury; ale zaraz po ich powstaniu najstarsze domy arystokratyczne Francji starały się o nawiązanie z nimi kontaktu. W ten sposób umocnione zostały rodziny wywodzące się z rewolucji, a stara i nowa Francja zjednoczona. Napoleon z zamysłem nadał pierwszy tytuł marszałkowi Lefebvre (księcia Gdańska - przyp. tłum.), bo był on prostym żołnierzem, a każdy mieszkaniec Paryża znał go jako sierżanta gwardii francuskiej.

Planem Napoleona było ponadto odtworzenie starej francuskiej arystokracji. Każda rodzina, która wśród swoich przodków miała kardynała, dostojnika królestwa, marszałka Francji, ministra itd. otrzymała prawo o ubieganie się o zezwolenie używania tytułu książęcego; każda rodzina, która wykazać mogła się przodkiem arcybiskupem, ambasadorem, generałem-porucznikiem albo wiceadmirałem mogła używać tytułu hrabiego, a taka, która miała wśród przodków biskupa, marszałka polowego, kontradmirała, członka Rady Stanu - tytuł barona. Tytuły te mogły zostać nadane, jeżeli wnioskujący mógł udowodnić dochód w wysokości 100 000 franków dla książąt, 30 000 franków dla hrabiów i 10 000 franków dla baronów. W ten sposób powstała historyczna arystokracja, łącząca w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, bazująca na zasługach dla państwa a nie na różnicy krwi. Ten wielki plan zmienił charakter arystokracji, która nie istniała już więcej na podstawie średniowiecznych obyczajów, lecz miała swoje źródło w służbie dla państwa, narodu albo władcy. Myśl ta, była podobnie, jak powołanie Legii Honorowej lub Uniwersytetu, skrajnie liberalna; umocniła społeczny porządek i zniszczyła próżną wyniosłość arystokracji; zniszczyła żądzę władzy i podtrzymała godność i równość ludzi. Idea, która wycisnęła piętno na nowym stuleciu.

Napoleon nie forsował  wykonania swojego planu; wierzył, że ma na to przed sobą jeszcze wystarczająco dużo czasu. Często mówił w Radzie Stanu:

"- Potrzebuję 20 lat, by przeprowadzić moje projekty".

Dom księcia de Luynes był centrum Faubourg Saint-Germain. Cesarz wielokrotnie groził  pani de Chevreuse, że nie będzie dłużej znosił jej bezczelności. W końcu, doprowadzony do ostateczności, rzekł do niej:

"- Madame, utwierdzona w swoich średniowiecznych zasadach i naukach, wierzy pani, że jest pani władczynią w swoich posiadłościach; dobrze, w pani więc pojęciu ja jestem panem Francji, a Paryż moją wsią. Ale nie toleruję w niej nikogo, kto mi się nie podoba. Zatem na podstawie pani własnych zasad wydaję wyrok na panią: opuści pani Paryż i nie powróci nigdy z powrotem".

Cesarz postanowił  pozostać w stosunku do niej bezwzględny. Za długo musiał być pobłażliwy, dlatego konieczny był odstraszający innych przykład.

Gdy Napoleon rozpoczynał  na swoim dworze tworzenie służb honorowych, szukał wśród najwybitniejszych osobistości swojej armii odpowiednich nazwisk, które przez blask swojej świeżej chwały zastąpiłyby najdostojniejsze nazwiska starego dworu. Jednak na służbę na dworze wprosiło się dobrowolnie wiele osób z najstarszej arystokracji, na przykład księżna de La Rochefoucauld, księżna de Montmorency, hrabia Béarn i dawny ambasador króla w St. Petersburg, hrabia Ségur. Napoleon musiał te stare nazwiska harmonijnie wpleść w szeregi bohaterów wojen i rewolucji, bo w przeciwnym razie wywołałby niezadowolenie i nieufność w narodzie. Chciał też uciszyć krzykaczy z Armii Renu, przyciągając do siebie najzdolniejszych z nich. Caulaincourt długo służył pod Moreau, dlatego otrzymał zadanie prześwietlenia swoich starych towarzyszy. Pułkownik Préval, dawniej adiutant generalny, który wyróżnił się w kampaniach, był jednym z tych, których Napoleon chciał przekonać do siebie. Dzięki jego pochodzeniu ze starej oficerskiej rodziny, przydatności, dobrego wychowania sprawiał na Napoleonie człowieka szczególnie wartościowego. Caulaincourt otrzymał odpowiedź, że Préval (Claude-Antoine-Hyppolyte Préval, 1776-1857, od 1806 roku generał brygady, uczestnik kampanii lat 1805-1807 - przyp.tłum.) przyjął wszystkie propozycje z pogardą. Nie zdziwiło to Napoleona, bo tak postępował wówczas każdy zaufany Moreau. Był jednak głęboko rozczarowany! Ale Préval, który mimo wszystkich intryg 10 lat później dobrowolnie przyłączył się do cesarza, nie mógł odrzucić składanych mu propozycję, bo nikt mu żadnej propozycji nie zrobił; wręcz przeciwnie, byłby bardzo szczęśliwy z przyjęcia na dwór cesarza. Zarówno z jego, jak i Napoleona strony było godne pożałowania, że przyjęcie do cesarskiego kręgu zostało w tak podstępny sposób uniemożliwione. Generał Préval był prawdopodobnie najlepszym wojskowym organizatorem we Francji, nikt nie znał tak, jak on mechanizmów armii. Jego wojskowe i dyplomatyczne zasługi we Frankfurcie podczas kampanii 1813 roku (w 1813 roku Préval był szefem sztabu marsz.Kellermanna, a następnie komendantem depot kawalerii Wielkiej Armii - przyp. tłum.) były ogromne; wtedy to cesarz zobaczył, co potrafi równie dzielny, co inteligentny generał. - Wskutek podobnych intryg przeszkodzono przez lata Napoleonowi skorzystania z usług Macdonalda, Delmasa, Lecourbe, Carnot i Dessolle.

Cesarz długo zastanawiał  się nad najlepszym sposobem stworzenia dworu. Utrzymywał Cercle w Tuileries, wymagał uczęszczania przez towarzystwo dworskie na przedstawienia teatralne, na których był obecny, organizował wyjazdy do Fontainebleau i podobne. Uczestnictwo w tym wszystkim było uciążliwym przymusem dla jego dworu, a na stare paryskie towarzystwo nie robiło to w najmniejszym stopniu wrażenia. Pomiędzy tymi tak przeciwnymi warstwami istniało jeszcze zbyt nikłe powiązanie wewnętrzne i z tego powodu brak było wzajemnego wpływu. Ale z czasem wszystko to uległoby zamazaniu. W kręgach tych często robiono Napoleonowi wyrzut, że to jego wina iż wieczorne przyjęcia w stolicy tak wcześnie się kończą. Było to zgodne z prawdą i łatwe do wytłumaczenia: członkowie najwyższych urzędów mieli dużo do czynienia i ponieważ rano musieli wcześnie wstawać, byli zmuszeni, wieczorem udać się wcześnie do łóżka.

Nawiasem mówiąc, wydarzeniem, które wprawiło cały Paryż w zdumienie i dokonało, możnaby powiedzieć, rewolucji w obyczajach, ba, doprowadziło prawie do jawnego oporu określonych kręgów, było wprowadzenie przez Pierwszego Konsula zakazu przybywania na dwór w wysokich butach, nakaz noszenia spodni do kolan i jedwabnych pończoch oraz określoną staranność w ubiorze. 
 

Gdy ktoś pewnego dnia wyrazić przed cesarzem swoje zdziwienie, że nadał  tak wiele zagranicznych tytułów książęcych, ale nigdy nie nadał żadnego francuskiego tytułu, ten odpowiedział:

"- W ten sposób obudziłbym w narodzie wielkie niezadowolenie. Gdybym na przykład jednego z moich marszałków zrobił księciem Burgundii, zamiast nadać mu tytuł pochodzący od jednego z moich zwycięstw, wywołałbym w Burgundii wielkie poruszenie; przyjęto by, że z tytułem związane są jakieś prawa feudalne. W narodzie była tak głęboko zakorzeniona nienawiść do starej arystokracji, że nadanie takiego tytułu, który kojarzyłby się z nią, wywołałoby wielkie niezadowolenie, wobec którego ja, z całą moją władzą byłbym bezsilny. Właśnie po to, by osłabić starą arystokrację i zadowolić lud, stworzyłem nową arystokrację, tym bardziej, że nosiciele nowych tytułów wywodzili się z ludu. W ten sposób każdy prosty żołnierz mógł dążyć do tytułu książęcego. Być może postąpiłem nawet niesprawiedliwie, bo ta nowa sfera zaprzeczała nieco zasadzie równości, która tak bardo leżała na sercu ludowi." 
 

VIII.

Przewodniczący tak zwanego Czarnego Gabinetu, Generalny dyrektor poczt Lavalette, był we Włoszech i Egipcie adiutantem Napoleona i wypełnił wiele trudnych zadań ku pełnemu zadowoleniu Napoleona, szczególnie gdy krótko przed 18 fructidora został wysłany do Paryża, by zorientować się w nastrojach opinii publicznej i sporządzić raport o wszelkich intrygach. W następstwie tego otrzymał później stanowisko Generalnego Dyrektora Poczt, gdy cesarz zmuszony był zwolnić Laforesta, ponieważ dał się wciągnąć w intrygę i przedłożył cesarzowi sfałszowane listy, które rzekomo zostały przechwycone przez pocztę, w których pałac należący do La Rochefoucauld określony został jako ognisko spisków przeciwko cesarskiemu rządowi. Napoleon odkrył przypadkowo prawdę w trakcie rozmowy z panią de Montmorency w buduarze cesarzowej Józefiny.

Według tych listów z Anglii miał właśnie przybyć jej bliski krewny, który był duszą tego spisku. Cała historia była jak powieść. Osoba, o której była mowa, nigdy nie opuściła Anglii i czekała w spokoju na wyniku wysiłków właśnie pani de Montmorency, mających na celu skreślenie jego nazwiska z listy emigrantów, by móc umrzeć w kręgu rodziny. To było właśnie celem odwiedzin i rozmowy z cesarzem pani de Montmorency. Napoleon spełnił jej prośbę, a po jej wyjściu posłał natychmiast po pana Laforest. Ten od razu przyznał się do wszystkiego i próbował usprawiedliwić swój błąd swoim osobistym uzależnieniem od cesarza. Wspomniane listy dał dyrektorowi poczt Talleyrand, który wśród zaufanych Napoleona zajmował wówczas chyba najwyższą pozycję.

Ten wypadek udowodnił  cesarzowi, że najważniejszą cechą generalnego dyrektora poczt musi być przyzwoitość i rygorystyczna uczciwość. Przypomniał  sobie Lavalette'a i natychmiast mianował go generalnym dyrektorem poczt. Zajmował on to stanowisko przez cały czas rządów Napoleona bez jakichkolwiek nadużyć i zdradzenia tajemnic rodzinnych.

Pani Lavalette, jedyna córka markiza de Beauharnais, który, podobnie jak jego brat wicehrabia, członek Zgromadzenia Konstytucyjnego, należał do opozycji i służył w armii księcia Conde, podczas gdy jego ojciec dowodził armiami Republiki, była kuzynką Eugeniusza de Beauharnais (Emilie-Louise de Beauharnais, 1781-1855 była córką Francois de Beauharnais, brata straconego w 1794 roku na gilotynie pierwszego męża Józefiny, Alexandra - przyp. tłum.). Była wielką pięknością i wyszła w 1798 roku za mąż za Lavalette'a na życzenie Napoleona po jego powrocie z jego pierwszej kampanii włoskiej. Była damą dworu Józefiny i mimo, że ospa pozostawiła ślady na jej twarzy, była nadal bardzo sympatyczną kobietą. Miała jednak bierny charakter i nikt nie przypuszczałby, że jest zdolna do bohaterskiego czynu, który doprowadził do ucieczki jej męża z więzienia, a ją uczynił sławną.

Minister policji codziennie składał Napoleonowi raporty o wszystkich wydarzeniach, które wzbudziły jego uwagę. Również prefekt policji informował o wszystkich wydarzeniach w Paryżu. Obaj urzędnicy umieszczali w swoich pisemnych raportach również dokładne uwagi na temat nastrojów wśród ludności. Napoleon zlikwidował później ten zwyczaj i rozkazał im ograniczenie się do prostego opisu faktów, bez wyciągania wniosków.

Ponieważ jednak chciał znać jak najdokładniej opinie panujące o działaniach jego administracji, mianował 12 referentów, znanych pisarzy ze wszystkich partii, którzy raz albo dwa razy w miesiącu, według ich własnego uznania, referowali na ten temat. Dzięki pośrednictwu Lavalette'a otrzymali oni pensję w wysokości 1 000 franków miesięcznie. Niektórzy z nich należeli do partii Górali, inni do żyrondystów, inni wywodzili się z ludzi, którzy wyemigrowali do Anglii albo służyli w armii księcia Conde. By mogli oni wypowiedzieć się bez osłonek i z całą otwartością, redagowali swoje raporty tak, jak gdyby przeznaczone one były dla Lavalette'a. Ten kierował je do cesarza, który otwierał je, czytał i po dokonaniu notatek, darł na strzępy. W ten sposób o ich zawartości nie wiedzieli nawe jego tajni sekretarze.

Wszystkie szyfrowane listy da się odcyfrować, obojętnie w jakim języku zostały napisane; wszystkie obcojęzyczne są tłumaczone. Nie ma szyfru, którego nie dałoby się złamać przy pomocy liczącego około 40 stron klucza. Kosztowało to cesarza 600 000 franków rocznie. By przeczytać listy przesyłane pocztą, nie potrzeba specjalnego biura. Ludzie, którzy używani są do tego, nawzajem nie wiedzą nic o sobie. Powstaje pytanie, czy korzyści z tej działalności przewyższają niekorzyści. Na ten temat cesarz przeprowadził wiele tajnych narad. Francuzi są dziwnymi ludźmi, którzy często piszą coś, czego wcale nie myślą; w ten sposób można kogoś zmylić. Łamanie tajemnicy poczty może łatwo doprowadzić do fałszywych wniosków. Oczywiście nie można przeczytać wszystkich listów, ale otwierano listy wskazanych przez cesarza osób, w szczególności jego ministrów. Również listy osób, które należały do najściślejszego grona Napoleona były otwierane, jak na przykład Berthiera, a nawet Duroca. Jak często cesarz czytał w nich najdosadniejsze słowa niezadowolenia z wiecznych trudów wojennych. Byli źli, że służba dla cesarza i państwa trzyma ich z dala od Paryża. Gdyby wiedzieli, że Napoleon wie o ich narzekaniach, uznaliby się za straconych. Fouche i Talleyrand sami nie pisali, lecz pisali ich przyjaciele i krewni, a z ich listów wyczytać można było ich myśli. Malouet spisywał wszystkie rozmowy, które miał z Fouche i w ten sposób dowiedziano się, co tenże mówił. Ministrowie i zagraniczni dyplomaci wiedzieli, że listy przedkładane są cesarzowi i często pisali listy z myślą, że będą czytane przez Napoleona; opowiadali w nich te rzeczy o Talleyrandzie,  o których życzyli sobie, by dowiedział się o nich Napoleon. Talleyrand ze swojej strony bardzo starał się sprawić wrażenie, że wszystkie listy przedkładane są j e m u; chciał w ten sposób powstrzymać obcych przedstawicieli od stawiania go w złym świetle.

System ten wymyślony został przez Ludiwka XIV; Ludwik XV używał go, by poznać miłostki swoich poddanych. Nie była to nieistotna pomoc; gdy cesarz pewnego dnia robił wyrzuty Fouche, że nic nie wie, ten mógł słusznie odpowiedzieć:

"- Oh, jeżeli Wasza Cesarska Mość powierzyłby mnie Czarny Gabinet, wiedziałbym o wszystkim." 
 

IX.

Po ślubie z Marią  Luizą próbowano wszystkiego, by skłonić cesarza do udania się, wzorem francuskich królów, z wielką pompą do katedry Notre-Dame na publiczną spowiedź. Napoleon odmówił w zdecydowany sposób, bo z jednej strony nie był aż tak wierzący, by wierzyć w otrzymanie błogosławieństwa podczas takiej spowiedzi, z innej strony był jednak zbyt dobrym chrześcijaninem, by popełnić taki występek z zimnym sercem. Cesarz był daleki od ateizmu. Mimo wszystkich oszustw i zepsucia obyczajów wśród sług kościoła, którzy niezmiennie głosili, że ich królestwo nie jest z tego świata, a jednak przywłaszczali sobie wszystko, co tylko mogli osiągnąć, Napoleon od chwili, gdy stanął na czele rządu, czynił wszystko, co było w jego mocy, by przywrócić religię. Ale pragnął ją widzieć jako podwalinę i oparcie dla dobrych moralnych zasad, a nie jako siłę, która przypisuje sobie najwyższą władzę nad wszystkim, co ziemskie. Człowiek zawsze potrzebuje czegoś cudownego; lepiej dla niego, gdy znajdzie to w religii, niż u Mademoiselle Lenormand (znana wówczas w Paryżu wróżka, której rady często zasiągała też cesarzowa Józefina - przyp. tłum.). Nawiasem mówiąc, religia jest wielką pociechą i wielką pomocą dla wszystkich, którzy wierzą i nikt nie wie, co sam uczyni w swojej ostatniej godzinie.

Dla cesarza ciągle niepojętym było, że tak znakomici i uczeni ludzie jak Laplace, Monge i Berthollet nie wierzyli w istnienie Boga; potrafił ich materializm tylko w ten sposób sobie wytłumaczyć, że była to pozostałość wrażeń z ich lat młodzieńczych. Szkoły Voltaire'a i Diderota wyrządziły wiele szkód. Wielu przez całe swoje życie nie przechwala się swoją niewiarą; ale gdy czują zbliżanie się śmierci, szukają w religii nadziei na życie w zaświatach. Gdy cesarz próbował nawrócić akademików, odpowiadali mu:

"- Wierzylibyśmy, gdyby religia katolicka istniała od stworzenia świata."

Na takie słowa, w odniesieniu do wiary w Jezusa Chrystusa, Napoleon nie mógł nic odpowiedzieć; ale powiedział do nich:

"- Jak długo istnieje świat, głoszona jest ta sama moralność jako Słowo Boże. Wasze argumenty nie zaprzeczają więc istnieniu Boga i musicie bardziej niż ktokolwiek inny to przyznać, bo żaden człowiek nie wgłębił się tak jak Wy w cud stworzenia. Religie są być może dziełem człowieka, ale istnienie Boga poświadczane jest przez wszystko, co postrzegamy; jeżeli nasze spojrzenie nie dociera aż do niego, to widocznie On nie chciał tego, by nasze zdolności były tak wielkie." 
 

Powody, dlaczego cesarza przyznał Żydom tak wielkie prawa, były następujące: chciał, by zrezygnowali z lichwy. W krajach rządzonych przez cesarza byli oni bardzo liczni, Cesarz uważał, że jeżeli zrówna ich z innymi obywatelami, katolikami albo protestantami, to zmusi ich tym, by byli dobrymi obywatelami. Rabinowie nauczali, że Żydowi nie wolno  udzielać lichwiarskich pożyczek innemu Żydowi, co jednak dozwolone jest w stosunku do chrześcijan albo ludzi innej wiary. Ale jeżeli cesarz przyznał im te same prawa, co innym poddanym, tak, by wszyscy byli równi, to musieliby uznać go, podobnie jak Salomona lub Heroda, za zwierzchnika ich narodu, a innych poddanych za braci. W wyniku tego nie byłoby im wolno w kontaktach z nimi uprawiać lichwy, bo musieliby również ich traktować jako członków plemienia Judy. Po otrzymaniu tych samych praw musieli, podobnie jak inni, płacić podatki, odbywać służbę wojskową i podporządkować się innym prawom. W ten sposób cesarz powiększył liczbą swoich żołnierzy i sprowadził do Francji dużo kapitału, bo wielu Żydów opuściło kraje, w których nie mieli wolności, by osiedlić się we Francji. Przez zrównanie Żydów z innymi chciał cesarz ponadto wyrazić swoje poparcie dla zasady równości. Był zdania, że nie powinno być żadnej dominującej religii, wolność słowa i wyznania powinna zrównać ludzi; protestanci, katolicy, muzułmanie, deiści lub inni; wiara nie powinna mieć żadnego wpływu. Różnice wiary nie powinny odgrywać żadnej roli podczas obsadzania stanowisk państwowych, a decydować powinny jedynie posiadane zdolności. Również sądownictwo powinno być ogólnodostępne. Małżeństwo zostało uniezależnione od księży, spod ich władzy wyjęto również cmentarze, tak że nie mogli zabronić pochówka zmarłych innej wiary. Krótko mówiąc, wszystko, co należy do państwa powinno być świeckie i nie mieć nic do czynienia z religią. Cesarz chciał pozbawić duchownych wszelkich wpływów, wszelkiej władzy w sprawach świeckich. Mieli ograniczyć się do spraw duchowych i nie mieszać się do innych spraw.

Młodzi ludzie są  przeważnie niewierzący; ale wraz ze starzeniem się, prawie wszyscy ludzie stają się pobożni - z niewielkimi wyjątkami. Mówi się, że rozsądek traci swoją siłę wraz z utratą sił przez ciało. Ale to nieprawda. Należałoby powiedzieć: wiara rodzi się wskutek rozważań o cudzie stworzenia; należy studiować dzieło Boga, by pojąć jego nieskończoność; ale młodość bezmyślnie oddaje się przyjemnościom. Pewnego razu Napoleon zapytał biskupa Nantes, dokąd udaje się dusza psa. Ten odpowiedział:

"- Bez wątpienia jest również dla psów przewidziane na to miejsce."

Zdobywcy muszą  znać mechanizmy wszystkich religii, by wiedzieć, o czym mówią; muszą rozumieć w Egipcie muzułmanów, a we Francji katolików; przede wszystkim protektorów konkretnej religii. Jeżeli Napoleon chciał mieć w Paryżu papieża, to w celu, by religia katolicka dodała blasku jego władzy: cesarz popierał reformy katolicyzmu, ale chwałę ich przeprowadzenia pozostawiał chętnie papieżowi. Napoleon byłby władcą katolickiego świata. Ze strony pobożnych nie napotkałby oporu. W końcu przyzwyczailiby się do tego, by widzieć w nim prawdziwego przedstawiciela władzy boskiej na ziemi. W Chinach lud czci swojego władcę jak Boga; tak też powinno być!

<<< Wstecz    CDN >>>





Copyright © 2001 - 2010  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone

web stats stat24