| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Wspomnienia Napoleona Tłumaczenie: Kamp |
||
Tom VIII. Rozdz. X. 1812. I. Przyczyny wojny z Rosją. - II.
Zbrojenia i sojusze. - III. Wkroczenie do Rosji. Czy można było uniknąć
wojny? Sprawa polska. - IV. Bitwa pod Smoleńskiem. - V. Od Smoleńska do
Moskwy. Borodino. - VI. Pożar Moskwy. -VII. Odwrót. Bitwa nad Berezyną.
-VII. Uwagi krytyczne na temat odwrotu. - IX. Straty odniesione w wojnie
rosyjskiej. ![]() I. Wojna pomiędzy Francją i Rosją zapowiadała się powoli już od kilku lat. W 1809 roku Rosja nie przysłała na czas korpusu na wojnę z Austrią, a Napoleon nie ratyfikował traktatu, w którym zobowiązywał się do nieodbudowania Polski; aneksja Holandii i licznych krajów niemieckich, przede wszystkim wypędzenie Piotra Fryderyka, księcia Oldenburga, co zraniło cara Aleksandra jako głowę rodziny Oldenburg, było głównymi przyczynami, które, po bezskutecznych rokowaniach, doprowadziły do wojny 1812 roku. Ale zajęcie księstwa Oldenburga nie nastąpiło na rozkaz cesarza; nakazał je książę Eckmühl (Davout), człowiek nieco popędliwy i posiadający policyjne skłonności. Podejrzewał on, że księstwo jest magazynem towarów angielskich i stamtąd, mimo 80 000 żołnierzy i urzędników celnych, prowadzony jest ożywiony handel z Niemcami. To złościło go; zakładając, że czyni po myśli cesarza, zajął lekkimi oddziałami wybrzeże Oldenburga. Przypuszczał zapewne, że cesarz odmówi mu pozwolenia na taki brak szacunku dla księżnej z carsko-rosyjskiej rodziny, ale miał nadzieję, że Napoleon przyjmie w milczeniu fakty dokonane, tym bardziej, że korzyści z nich leżały jak na dłoni. Książę Eckmühl był przekonany, że któregoś dnai zostanie królem Polski. Wcześniej otrzymał od cesarza donacje w Polsce w wysokości 200 000 franków, co umocniło go w jego przekonaniu. Dlatego oczywistym było, że jego ambicja skłaniała go do czynów, które wywołać mogły spór cesarza z dworem w Petersburgu. Cesarz w najostrzejszych słowach potępił naruszenie granic księstwa Oldenburg. Był zdecydowany, mimo ogromnych korzyści, jakie przyniosła aneksja księstwa francuskiemu przemysłowi, zarządzić wycofanie wojsk, ale powstrzymała go od tego posunięcia utrzymana w formie groźby rosyjska nota. Domagano się w niej w ramach rekompensaty za zajęcie wybrzeża oldenburskiego natychmiastowego opuszczenia Gdańska i oddanie go Rosji. Wykluczało to jakiekolwiek przyjazne porozumienie. Gdy w grę wchodził honor Francji, cesarz nie mógł, choć przyszło mu to ciężko, potępić postępowania Davouta. Gdyby Rosja nie zachowała się tak wrogo, otrzymałaby zadośćuczynienie, bo w gruncie rzeczy cesarzowi obojętnym był przemyt angielskich towarów przez Oldenburg; zawsze można było je skonfiskować. Pod koniec 1810 roku Rosja całkowicie zmieniła swoją polityczną orientację; wpływy angielskie zaczęły zyskiwać na znaczeniu, ukaz carski zezwolił na nawiązanie kontaktów handlowych, co Napoleon przyjął jako przerwanie blokady kontynentalnej. W lutym 1811 roku 5 dywizji rosyjskich opuściło Bałkany i pospiesznym marszem skierowało się w kierunku Polski. Gdy armie rosyjskie skoncentrowały się, Rosja uznała zachowanie pozorów za zbyteczne i wystąpiła z notą protestującą przeciwko postępowaniu Francji, którą natychmiast rozesłano do wszystkich rządów. Francuzi nie zaniedbali
żadnego środka, by doprowadzić do pojednania. Ale gdy spostrzegli, że
wszystko jest na próżno, a wojna jest nieunikniona, rozpoczęli starannie
się do niej przygotowywać. II. Garnizon Gdańska został wzmocniony do 20 000 ludzi. Rozpoczęto wysyłanie tam zapasów wszelkiego rodzaju, armat, karabinów, amunicji, pociągów mostowych itd., a korpusowi inżynieryjnemu dano do dyspozycji znaczne sumy na umocnienie miasta. Armia została postawiona w stan gotowości. Uzupełniono stany kawalerii, artylerii, pociągów artyleryjskich i transportowych. W kwietniu I. Korpus Wielkiej Armii skierował się w kierunku Odry, II. w kierunku Łaby, III. w kierunku Dolnej Łaby, a IV. opuścił Weronę i pomaszerował przez Tyrol na Śląsk. Gwardia opuściła Paryż. 22 kwietnia car Rosji objął dowództwo armii, opuścił Petersburg i przeniósł swoją kwaterę do Wilna. Na początku maja I. Korpus dotarł do Elbląga i Malborka, drugi osiągnął Wisłę pod Kwidzyniem, III. Toruń, IV. i VI. Płock; V. Korpus zgromadził się pod Warszawą, VIII. na prawo od niej, a VII. pod Puławami. 9 maja cesarz opuścił
Saint-Cloud, przekroczył 13 maja Ren, 29 Łabę, a 6 czerwca Wisłę. Po
drodze zatrzymał się na dłużej w Dreźnie, gdzie jeszcze raz zgromadziła
się duża liczba niemieckich królów i książąt. 7 czerwca przybył do
Gdańska, gdzie przebywał do 11 czerwca, wydając rozkazy dotyczące
dalszych posunięć armii i ochrony wybrzeża. Od 13 do 16 czerwca
przebywał w Królewcu, 17 i 18 w Insterburgu, a 19 przybył do Gumbinnen
(obecnie odpowiednio Czerniachowsk i Gussew - przyp. tłum.),
gdzie przebywał do 21 zajmując się stanem zaprowiantowania armii. Dwór austriacki nie zakłócał planów Napoleona, lecz opowiedział się po jego stronie. Na podstawie tajnym artykułów podpisanego w Paryża traktatu, był on zobowiązany do wystawienia, dla wsparcia operującej przeciwko Rosji Wielkiej Armii, liczącego 30 000 żołnierzy kontyngentu. Ponadto, oprócz opublikowanych uzgodnień traktatu, istniały jeszcze następujące artykuły tajne, regulujące układ obu mocarstw w nadchodzącej wojnie: Artykuł I. Austria nie jest zobowiązana do wystawienia przewidzianych artykułem IV traktatu wojsk, jeżeli Francja prowadzić będzie wojnę z Anglią lub za Pirenejami. Artykuł II. W przypadku wybuchu wojny pomiędzy Francją i Rosją, Austria zobowiązana jest do wystawienia przewidzianych artykułami IV i V traktatu korpusu pomocniczego. Ma on natychmiast wyruszyć i od 1 maja stanąć w garnizonach, których położenie umożliwiałoby mu w przeciągu 14 dni skoncentrowanie się we Lwowie. Wspomniany korpus wyposażony ma być w podwójną ilość amunicji i niezbędną do transportowania prowiantu na 20 dni ilość środków transportowych. Artykuł III. Ze swojej srony Jego Majestat cesarz Napoleon wyda wszystkie zarządzenia, by w tym samym czasie rozpocząć wszystkimi stojącymi do jego dyspozycji siłami operacje przeciwko Rosji. Artykuł IV. Pomocniczy korpus austriacki ma składać się z trzech dywizji piechoty i jednej dywizji kawalerii. Jego dowództwo sprawować ma wybrany przez cesarza Austrii austriacki generał. Zajmie on pozycje wzdłuż wyznaczonej przez cesarza Francuzów linii i będzie podlegać jego bezpośrednim rozkazom. Nie może on jednak zostać rozdzielony i tworzyć ma jedną całość. W kraju nieprzyjaciela zapewnione mu będzie zaopatrzenie na identycznych jak dla armii francuskiej zasadach, bez zmiany zawartych w austriackich regulaminach szczegółowych przepisów wyżywienia. Zdobyte na wrogu sztandary i trofea są jego własnością. Artykuł V. W przypadku, gdyby w wyniku wojny Francji z Rosją odbudowane zostało królestwo polskie, cesarzowi Austrii zagwarantowane jest pozostawienie pod jego władzą Galicji. Artykuł VI. W przypadku, gdyby cesarz Austrii wyraził chęć oddania części Galicji zjednoczonej Polsce w zamian za Prowincje Ilyryjskie, cesarz Francuzów zobowiązuje się do wyrażenia zgody na tę zamianę. Wielkość odstąpionej części Galicji określona zostanie na podstawie liczby ludności, zajmowanego obszaru i dochodu, tak aby podczas szacowania obiektów wymiany decydujący wpływ miała nie tylko wielkość, lecz rzeczywista wartość. Artykuł VII. W przypadku szczęśliwego zakończenia wojny cesarz Francuzów zobowiązuje się do wypłacenia cesarzowi Austrii odszkodowania wojennego i zapewnienia przyrostu terytorialnego, które miałyby być nie tylko odszkodowaniem za poniesione ofiary, lecz być równocześnie symbolem trwałego sojuszu obu władców. Artykuł VIII. Jeżeli na skutek zobowiązań Austrii wobec Francji zostanie ona zagrożona przez Rosję, cesarz Francuzów potraktuje to jak atak na jego osobę i przystąpi natychmaist do działań wojennych. Artykuł IX. Porta zostanie zaproszona do przystąpienia do niniejszego sojuszu. Artykuł X. Niniejsze artykuły zostaną przez obie strony potraktowane jako tajne. Artykuł XI. Mają one tę samą moc prawną, jak gdyby stanowiły część traktatu sojuszniczego, muszą zostać ratyfikowane, a odpowiednie dokumenty wymienione w tym samym czasie i miejscu, co dokumenty wspomnianego traktatu. Ustalone i podpisane w
Paryżu, 14 marca 1812 roku. Podobny traktat podpisany został 24 lutego pomiędzy Francją i Prusami. W tym samym miesiącu
Napoleon postanowił wysłać Talleyranda do Drezna, a stamtąd, jako
nadzwyczajnego wysłannika, do Warszawy. Zamiarem cesarza było
przygotowanie powstania w Polsce. Zlecenie tak niezwykle ważnej misji
przyniosła byłemu ministrowi spraw zagranicznych różne dowody
życzliwości, w miesiącach marzec i kwiecień cesarz do późnej nocy
prowadził z nim rozmowy. Ale właśnie wtedy cesarz dowiedział się od
swojego przedstawiciela w Wiedniu, że krążą tam niepokojące obserwatorów
i giełdę plotki, jakoby księciu Beneventu (Talleyrand) otwarto na
Warszawę kredyt w wysokości 100 000 koron (600 000 franków). Napoleon
był z powodu nieostrożności Talleyranda, która mogła obudzić czujność
Rosji, tak oburzony, że nie posłał go ani do Drezna ani z misją do
Warszawy. Talleyrand był z tego powodu bardzo urażony i rozczarowany,
tym bardziej iż marzył o odtworzeniu księstwa Kurlandii i oddaniu go
jego bratankowi, żonatemu z księżną Kurlandii, damą dworu cesarzowej. Siły rosyjskie były następująco rozstawione: 1.Armia Zachodnia, 127 000 pod dowództwem Barclaya de Tolly, mająca swą kwaterę główną w Wilnie, stała wzdłuż Niemna aż do Grodna; 2.Armia Zachodnia, 37 000 ludzi dowodzonych przez Bagrationa stała pod Słonimem, a Armia Rezerwowa, licząca 30 000 żołnierzy i dowodzona przez Tormasowa, pod Łuckiem. Należący do 1.Armii korpus Wittgensteina zajmował pozycje na prawym skrzydle i był przeznaczony do osłony Rygi. Lotny korpus pod dowództwem Płatowa, tworzony przez 16 pułków kozackich, stacjonował w Grodnie. Pod koniec września dołączyła do Tormasowa licząca 53 000 ludzi Armia Dunaju dowodzona przez Kutuzowa, który też objął naczelne dowództwo armii głównej. Siły Napoleona składały się z gwardii, 10 korpusów i 4 korpusów kawalerii, w sumie 460 000 ludzi, z których główna część, 232 000, dowodzone przez Napoleona, zebrana była nad Niemnem w okolicach Kowna, podczas gdy licząca 72 000 armia księcia Eugeniusza zajmowała pozycje dalej z tyłu pod Kalwarią, a armia króla Westfalii, 89 000 żołnierzy maszerowała w kierunku Grodna; lewe skrzydło tworzył X. Korpus w sile 32 000 ludzi, wśród nich 20 000 Prusaków, który, dowodzony przez Macdonalda, stał pod Tylżą; prawe skrzydło, tworzone przez austriacki korpus pomocniczy księcia Schwarzenberga, stało pod Siedlcami. Plan Napoleona
przewidywał wsunięcie się siłami głównymi pomiędzy główne armie
rosyjskie i zmuszenie ich kolejno do przyjęcia bitwy, następnie szybki
marsz na Moskwę, by tam podyktować Rosjanom warunki traktatu pokojowego.
Car Aleksander zaakceptował plan operacyjny generała von Phulla, którego
ideą przewodnią było unikanie rozstrzygającej bitwy i wycofanie się w
głąb kraju do umocnionych obozów. III. 22 czerwca cesarz wydał w Wołkowyszkach proklamację do armii: "Żołnierze! Rozpoczęła się druga wojna polska. Pierwsza zakończyła się pod Friedlandem i Tylżą. W Tylży Rosja zaprzysięgła Francji wieczne przymierze i wojnę z Anglią. Dziś łamie swoją przysięgę! Odmawia wytłumaczenia się ze swojego zadziwiającego zachowania, jeżeli francuskie orły nie wycofają się za Ren, przez co pozostawilibyśmy naszych sprzymierzeńców na łaskę nieprzyjaciela. Rosja ulega swemu losowi, jej przeznaczenie musi dopełnić się. Czyżby uważała, że zniewieścieliśmy? Czyżbyśmy nie byli już żołnierzami spod Austerlitz? Każe nam wybierać między utratą honoru a wojną: nasz wybór nie może budzić wątpliwości. Ruszajmy zatem! Przekroczymy Niemen i przeniesiemy wojnę do kraju nieprzyjaciela. Druga wojna polska przyniesie orężu francuskiemu chwałę, podobnie jak przyniosła ją pierwsza. Ale pokój, który w końcu zawrzemy, zapewni nam gwarancje i położy kres temu złowrogiemu wpływowi, jaki od 50 lat Rosja wywiera na sprawy Europy. Napoelon" 24 czerwca Francuzi rozpoczęli przeprawę przez Niemen i nie napotykając znaczniejszego oporu wkroczyli 28 do Wilna. Murat na czele części kawalerii i 3 dywizji piechoty ścigał rosyjską 1.Armię Zachodnią wycofującą się w kierunku Dźwiny; Davout wyruszył na Mińsk, by odciąć Bagrationa, przeciwko którego czołu postępować miał król Westfalii, od 1.Armii Zachodniej. Napoleon nie chciał wojny z Rosją, ale rosyjski ambasador Kurakin przekazał notę z pogróżkami z powodu obecności wojsk Davouta w Hamburgu. Bassano i Champagny byli przeciętnymi ministrami, nie rozpoznali powodów podyktowania tej noty; bezpośrednio z Kurakinem Napoleon rozmawiać nie mógł. Ministrowie wmawiali cesarzowi, że nota jest wypowiedzeniem wojny; twierdzili, że Rosja odwołała kilka dywizji z Mołdawii i atakiem na Warszawę rozpocznie wojnę. Kurakin groził i zażądał paszportów; w końcu Napoleon też uwierzył, że Rosja dąży do wojny. Ostatnią próbą utrzymania pokoju było wysłanie Lauristona do przebywającego w Wilnie Aleksandra; generał nie został nawet przyjęty. Prawdziwą przyczyną
kampanii rosyjskiej było małżeństwo cesarza z Marią Luizą. Oczywiście
nie powinien był do niej przystępować po otrzymaniu w Dreźnie
wiadomości, że Szwecja i Turcja nie staną po jego stronie. Wysłał z
Drezna do Rosji hrabiego Narbonne, ale i ta misja nie przyniosła
rezultatów. To wszystko utwierdziło cesarza w przekonaniu, że Rosja
pragnie wojny; dlatego przekroczył Niemen. Napoleon kontynuował ofensywę; wierzył w poparcie Austrii i Prus, bo Austria po ślubie Marii Luizy dążyła do wojny, a Prusy do powiększenia swojego terytorium. Ale marsz Napoleona był zbyt pospieszny; powinien był on pozostać przez rok nad Niemnem i w Prusach, dać swoim wojskom wypocząć i zorganizować nowe pułki. Powinien był to zrobić również po to, by całkowicie ogołocić Prusy z zapasów. Jego pułki były zmęczone długimi marszami, które zmuszone były wykonać, by dotrzeć nad Niemen. W gruncie rzeczy, obaj, Napoleon i Aleksander, zamierzali jedynie zastraszyć stronę przeciwnika, bez zamiaru rozpoczęcia walk. Jak chętnie cesarz uniknąłby tej wojny! Jak niewiele ochoty miał na nią Aleksander! Romancew, utrzymujący kontakty z Paryżem, zapewniał cara Aleksandra, że nadszedł korzystny moment, a Napoleon poniesie każdą ofiarę, by tylko uniknąć wojny. Utwierdził cara w przekonaniu, że wystarczy tylko wykazać się zdecydowaniem i przemówić stanowczym głosem, by skłonić Napoleona do ustępstw. Gdańsk przypadłby Rosji jako odszkodowanie za Oldenburg, a w Europie zdobyłaby ona najwyższe poszanowanie. To były główne powody przemieszczenia rosyjskich armii i bezczelnego ultimatum księcia Kurakina, który najwyraźniej nie był wtajemniczony i który, z powodu ograniczonego umysłu, zbyt dosłownie wziął przysłane mu instrukcje. Ta sama pycha, ta sama metoda były powodem odmowy przyjęcia Lauristona w Wilnie. Na dodatek nowa dyplomacja francuska nie dorosła do swoich zadań; francuscy dyplomaci, którzy aktualnie kierowali polityką we Francji, nie mieli ani kontaktów ani powiązań rodzinnych z dyplomatami innych krajów i byli odizolowani pośród osobistości, z którymi obcowanie wymagało sporych umiejętności. Gdyby cesarz powierzył urząd ministra spraw zagranicznych któremuś ze starych arystokratów, znaczącej, doświadczonej osobie, odgadłaby ona właściwie wszystkie niuanse podczas rozmów i nie doszłoby do wojny. Talleyrand byłby może do tego zdolny, ale dyplomaci nowej szkoły nie dorośli do takich zadań. Napoleon nie mógł sam wszystkiego rozpoznać, jego godność nie pozwalała mu na osobiste wmieszanie się, zdany był jedynie na pisemne raporty, które informowały go tylko do pewnego stopnia, nie dając obrazu całości sytuacji. Zaledwie wojna rozpoczęła się, gdy sytuacja wyklarowała się i nieprzyjaciel ujawnił swoje rzeczywiste uczucia. Po 3 albo 4 dniach, car Aleksander, przerażony sukcesami cesarza, wysłał oficera, by przekazać Napoleonowi, że gotów jest do rokowań, gdy tylko armia francuska opuści zajęte tereny i wycofa się za Niemen. Jednak Napoleon, zaślepiony odniesionymi sukcesami, uznał to za podstęp; zaskoczył przecież armię rosyjską i odrzucił w nieładzie; Bagration był odcięty i praktycznie skazany na zagładę, więc samowolnie nasuwała się myśl, że Rosja pragnie jedynie zyskać na czasie, by móc połączyć swoje armie. Gdyby cesarz wierzył w dobre intencje Aleksandra, z pewnością przychyliłby się do jego życzenia, wycofał swoje pułki za Niemen, a Aleksander nie przekroczyłby Dźwiny. Ale kości zostały rzucone i Napoleon maszerował w głąb Rosji na czele 400 000 żołnierzy, których śladem podążało kolejnych 200 000. Należy jeszcze raz podkreślić: Napoleon rozpoczął kampanię rosyjską wbrew swojej woli. Rozumiał doskonale, że najpierw wyleczony musi być wrzód zżerający Hiszpanię, zanim zdecyduje się na oddaloną o 2 000 kilometrów od francuskiej granicy straszliwą wojnę. Wysyłając swojego adiutanta, hrabiego Narbonne, by w ostatnim momencie podać rękę do zgody i zaproponować spotkanie, które przywróciłoby dobre stosunki między nimi, dał carowi Aleksandrowi dowód swojej niechęci do prowadzenia wojny przeciwko niemu i ujawnił swoje szczere pragnienie utrzymania braterskiego przymierza zawartego w Erfurcie. Ale Aleksander odmówił przyjęcia zarówno Narbonne, jak i wysłanego później Lauristona. Nie było winą cesarza, że misja carskiego adiutanta nie przywróciła pokoju (30 czerwca przybył do przebywającego w Wilnie Napoleona wysłany przez Aleksandra rosyjski minister policji, Aleksander Bałaszow - przyp. tłum.). Wręcz przeciwnie, cesarz zaproponował, że osobiście poprowadzi rozmowy pokojowe z Aleksandrem w ogłoszonym miastem neutralnym Wilnie; armia francuska miałaby wycofać się za Niemen, a rosyjska za Dźwinę; warunkiem Napoleona było, że Aleksander obieca przystąpienie do blokady kontynentalnej, co rozwiązałoby wszystkie problemy. Gdyby więc Aleksander tylko chciał, pokój mógł zostać zawarty, ale musiał ugiąć się przed wolą bojarów i miał związane ręce. Bojarzy chcieli wojny za wszelką cenę; blokada kontynentalna zrujnowała ich, bo nie mogli eksportować do Anglii łoju, konopi i miedzi. Cesarz był świadomy trudności ekspedycji do Rosji. Na wsparcie polskiej armii na początku 1812 roku nie mógł liczyć; w tym czasie Polska i jej potęga istniały tylko w wyobraźni! Ale liczył na wierność cesarza Franciszka. Więzy rodzinne były dla cesarza zawsze święte, w jego rozumieniu zerwanie ich oznaczało splamienie honoru i zranienie najświętszych uczuć ludzkich. Na Prusy mógł liczyć tylko do czasu, gdy odnosić będzie zwycięstwa. A że zwycięstwo musi zostać okupione wielkim wysiłkiem, to było dla niego oczywistym. W 1807 roku poznał wartość armii rosyjskiej i zrozumiał, że należy mieć nadzieję, że francuskie idee będą miały przynajmniej niewielki wpływ na te półdzikie hordy. Nie zapomniał jeszcze odpowiedzi udzielonej mu przez polskich chłopów pańszczyźnianych, gdy obiecywał im wolność: "- Tak, my chcielibyśmy wolności, ale kto będzie nas wtedy żywić, ubierać i zapewni dach nad głową?" Napoleon kochał polskich żołnierzy, ale przede wszystkim kochał Francję i nigdy w życiu nie rozpocząłby z Rosją wojny służącej tylko i jedynie interesom polskiej arystokracji i mającej wynieść Poniatowskiego na tron polski. Oczywiście, Polska była naturalnym buforem pomiędzy Rosją i zachodnią Europą, ale do odrodzenia Polski z Galicją i dostępem do Bałtyku należało dążyć środkami dyplomatycznymi, a nie drogą wojny. Car Rosji oswoił się z tą myślą w Erfurcie i obiecał, że wymieni swoje polskie prowincje za Konstantynopol. Cesarz zamierzał odbudować Polskę jako konieczny i potężny bastion przeciwko nienasyconej ambicji cara. Po bitwie pod Jeną, której następstwem było załamanie się monarchii pruskiej, która swoją potęgę zawdzięczała zwycięstwom Fryderyka Wielkiego, cesarza zaprzątały dwa pytania: czy ma Prusy całkowicie zniszczyć? Albo czy wykorzystać chwilowe pokorne nastawienie pruskiego króla, zacnego i bardzo cenionego człowieka i przywiązać go do siebie uczuciem wdzięczności? Dla realizacji swoich celów cesarz potrzebował pruskich prowincji: Saksonii, Westfalii, Frankonii i Magdeburga. Czy osiągnąłby swój cel ofiarując za odstąpienie tych prowincji królowi pruskiemu korony polskiej? Byłaby to pociecha dla króla za utracone prowincje, bo będąc królem Prus i Polski byłby potężniejszy niż był przed bitwą pod Jeną. Austria nie mogłaby odmówić wymiany Galicji za Prowincje Illyryjskie. W ten sposób możliwe byłoby odrodzenie Polski. W tym duchu zlecił markizowi Lucchesini i generałowi von Zastrow rozpoczęcie rozmów, polecając równocześnie wypytanie Kościuszki o wartość pomocy, której mogliby udzielić sami Polacy, gdyby doszło do konieczności odzyskania niepodległości z bronią w ręku. W tym samym celu zlecił ważne zadania Dąbrowskiemu i Zajączkowi. Ku jego wielkiemu
rozczarowaniu - nikt nie cenił rycerskości Polaków wyżej niż cesarz -
Polacy całkowicie zawiedli i nie podjęli jego wezwania. ![]() IV. Marsz marszałka Davout na Mińsk, Borysow i Mohylew rozdzielił armie Barclaya de Tolly i Bagrationa i zmusił tego pierwszego do wycofania się przez Witebsk w kierunku Smoleńska, gdzie nastąpiło dopiero połączenie z Bagrationem. Ten ostatni skierował się następnie na czele 180 000 ludzi w kierunku Witebska gotów do wydania bitwy armii francuskiej; ale Napoleon wykonał wspaniały manewr, będący powtórzeniem manewru wykonanego w 1809 roku pod Landshut; zasłonięty kompleksem leśnym obszedł lewe skrzydło Rosjan, przekroczył Dniepr i pomaszerował na Smoleńsk, gdzie dotarł 24 godziny przed wycofującymi się w wielkim pośpiechu armiami rosyjskimi. Tego dnia miasto broniła z wielkim szczęściem licząca 15 000 ludzi dywizja, co dało Barclayowi czas na przybycie do Smoleńska. Gdyby Francuzi szturmem zdobyli Smoleńsk, mogliby przekroczyć Dniepr i zaatakować od tyłu znajdujące się w nieładzie armie rosyjskie. Atak wprawdzie nie powiódł się, ale cały manewr przyniósł korzyść w postaci bitwy pod Smoleńskiem. Armię francuska cierpiała na znużenie i braki w zaopatrzeniu; dlatego Napoleon zarządził odpoczynek, zajęcie kwater i sprowadzenie z tyłów żywności, zgromadzonych w twierdzach nad Wisłą, Gdańsku, Toruniu, Modlinie i Pradze oraz nad Dźwiną w Kownie, Grodnie, Wilnie i Mińsku. Głównym magazynem podczas marszu na Moskwę był Smoleńsk. W odstępach 8 dni marszu organizowane były umocnione bazy; wszystkie stacje pocztowe wyposażone zostały w stanowiska strzeleckie i otoczone niewielkimi szańcami. Każda z tych stacji obsadzona została tylko jedną kompanią piechoty i jedną armatą, ale zapewniło to łączność do tego stopnia, że w czasie całej kampanii nie przechwycony został przez nieprzyjaciela żaden kurier lub transport. Już na początku sierpnia Napoleon podjął ponownie operacje i do 14 sierpnia skoncentrował na zachód od Smoleńska całą armię główną. Z Krasnego cesarz
pomaszerował w kierunku Smoleńska, licząc, że w ciągu najbliższych
dwóch dni otrzyma możliwość stoczenia walnej bitwy. Awangarda stoczyła
już 14 sierpnia bitwę, w wyniku której zniszczona została 24. dywizja
rosyjska, a w ręce Francuzów wpadło 8 armat i 1 200 - 1 500 jeńców.
Armia rosyjska otrzymała rozkaz wydania pod Smoleńskiem bitwy, ale gdy
17 sierpnia Napoleon zarządził atak na miasto, zabrakło jej odwagi. W
efekcie szturmu nieprzyjaciel stracił 3-4 000 zabitych i 10 000 rannych,
podczas gdy pułki francuskie odniosły jedynie nieznaczne straty,
cierpiąc jednak bardzo z powodu panującego upału. Armia rosyjska,
rozczarowana swoimi dowódcami i zniechęcona, kontynuowała odwrót w
kierunku Moskwy. V. Po zajęciu Smoleńska Napoleon nie mógł pozbyć się posępnych myśli. W odbywającej się kampanii, która z jego punktu widzenia była ostatnią i rozstrzygającą, o ile zakończyłaby się pomyślnie, nie udało mu się jeszcze decydujące uderzenie, a jego najwspanialsze manewry nie zapobiegły wycofaniu się zjednoczonych armii rosyjskich traktem wiodącym w kierunku Moskwy. Nieprzyjaciel był jednak wszędzie pobity, po Smoleńsku również pod Walutyną Górą. Bez odbycia rozstrzygającej bitwy został wyparty znad Niemna aż do Dniepru i Dźwiny, a liczba jego zabitych i rannych żołnierzy była trzykrotnie wyższa od strat francuskich. Ale nadal brak było błyskotliwych sukcesów, tak typowych dla francuskiego oręża, właśnie w chwili, gdy tak bardzo były potrzebne, by trzymać w ryzach tak wiele wrogich ludów, których ziemie trzeba było zająć i sojuszników, których wierność była nieodzowna. Osiągnięcia kampanii był wprawdzie znaczne, ale brakowało czegoś błyskotliwego, co umocniłoby aureolę władzy cesarza. Takie uczucie targały cesarzem, który odczuwał dotkliwy ból, że jest zmuszony przenieść wojnę w głąb Rosji. Cesarz pozwolił swoim pułkom na kilka dni odpoczynku. Przed rozpoczęciem marszu na Moskwę zależało mu bowiem na wyjaśnieniu sytuacji. Dlatego Murat i Davout otrzymali rozkaz ruszenia śladem nieprzyjaciela w celu rozpoznania jego zamiarów. Kilka dni później posłał ich śladem marszałka Ney. W międzyczasie ze wszystkich stron zaczęły nadchodzić dobre wiadomości. 3 sierpnia połączyli się Sasi i Austriacy, wspólnie wyparli Rosjan z licznych przesmyków i wyparli w kierunku Kobrynia i Pińska. Książę Schwarzenberg 12 sierpnia zaatakował ich pod Gorodecznem, gdzie na czele 36 000 ludzi zajmował pozycje generał Tormasow i zmusił do odwrotu; w bitwie tej dzielnie walczyli zarówno Austriacy, jak i Niemcy. Również na lewym skrzydle generał Saint-Cyr odniósł wspaniałe zwycięstwo pod Połockiem, które przyniosło mu buławę marszałkowską. Oba te zwycięstwa zapewniły bezpieczeństwo francuskim skrzydłom i umożliwiły armii głównej dalszy marsz naprzód. W tym samym czasie Murat i Davout deptali po piętach ustępującym Rosjanom. Wycofywali się oni w dobrym porządku i wszystko wskazywało, że w korzystnym dla nich momencie zdecydują się na bitwę. Dwór rosyjski i arystokracja, zmartwieni pustoszeniem rosyjskich prowincji, głośno domagali się stoczenia bitwy. Barclay de Tolly chciał stoczyć ją już nad Dźwiną, ale nie zdążył na czas połączyć się z Bagrationem. Pomaszerował więc w kierunku Smoleńska; ale kontrmanewr Napoleona zniweczył jego plany i musiał wycofać się na Dorohobuż, gdzie zamierzał wydać bitwę. Ale gdy tam dotarł, zabrakło mu zdecydowania i wycofał się do Wiaźmy. Gdy również tam nie podjął walki, został przez zniecierpliwiony dwór carski zastąpiony przez Kutuzowa, który objął stanowisko dowódcy 29 sierpnia. Kutuzow był przekonany, że nie uczyni nic lepszego niż wydanie bitwy na wybornej pozycji nad rzeką Moskwa. Miał rację, bo gdyby wygrał bitwę, zostałby ogłoszony zbawcą ojczyzny. Ale bitwę przegrał; tym samym Moskwa była stracona. Po zwycięstwie pod Smoleńskiem Junot mógł 19 sierpnia pod Walutyną Górą odciąć rosyjską ariergardę, ale nie potrafił zdecydować się na natarcie. Trwanie na zajmowanych pozycjach próbował później wytłumaczyć zapadającymi ciemnościami. Jeszcze tej samej nocy cesarz odebrał mu dowództwo (stwierdzenie niezgodne z prawdą - Junot zachował dowództwo VIII. Korpusu do końca kampanii - przyp. tłum.). Książę Abrantes, generał Junot, otrzymał od cesarza wielkie bogactwo. Otrzymane przez niego w podarunku wielkie sumy przekraczają granice wyobraźni. Ponieważ jednak trwonił bezsensownie posiadane pieniądze, prowadząc często hulaszczy tryb życia, tkwił nieprzerwanie w długach. Zdarzało się, że po zbyt obfitym śniadaniu, z szablą w dłoni atakował jakiegoś nieszczęśnika, domagającego się zwrotu swoich pieniędzy wierzyciela i wyrzucał go ze swojego okazałego paryskiego pałacu. Gdy pojawiał się przed cesarzem, zawsze był w jakiś tarapatach. Otrzymywał wtedy wielką reprymendę, ale również pieniądze. Miał ambicję podróżowania równie szybko, jak cesarz; miał swoje własne stacje wymiany zaprzęgów, trzymał setki koni i inne, podobne głupstwa. Jego żona uważała się za grecką księżniczkę z dynastii Komnenów; to samo wmówiono również Junot, co skłoniło go do poślubienia jej. Jej rodzina mieszkała na Korsyce w bliskim sąsiedztwie rodziny Bonaparte; była winna cesarzowej-matce wdzięczność za niejedną przysługę. Po powrocie z Rosji
cesarz odebrał Junot stanowisko gubernatora Paryża i posłał do Wenecji.
Lecz już niedługo potem złagodził tę karę, mianując generała
gubernatorem Prowincji Iliryjskich. Ale Junot tak bardzo wziął sobie do
serca niełaskę Napoleona, że obserwowane już od pewnego czasu zaburzenia
psychiczne doprowadziły go do szaleństwa. Trzeba było chronić go przed
samym sobą i ściągnąć z powrotem do ojczyzny, gdzie krótko potem, w
swoim rodzinnym domu, zginął po samookaleczeniu okropną śmiercią. VI. W międzyczasie Napoleon wyruszył ze Smoleńska i na czele całej artylerii i tysięcy załadowanych żywnością wozów transportowych pociągnął śladem awangardy. Panował wielki upał. Pułki maszerowały przez zieloną równinę wygodną, szeroką drogą obsadzoną po bokach brzozami "- Na Moskwę! - wołali żołnierze - na Moskwę." I podążali za swoim cesarzem, jak kiedyś żołnierze macedońscy za Aleksandrem Wielkim do Babilonu. 31 sierpnia wyruszono z Wiaźmy do Gżacka. Wszyscy mieli nadzieję, że Rosjanie zatrzymają się pod Carewo Zajmiszcze, ale również tam, podobnie jak pod Dorohobużem i Wiaźmą, nie zajęli oni pozycji do bitwy. Ale do cesarza dotarły meldunki, że nieprzyjaciel przyjmie bitwę za Gżackiem. Pogoda uległa w międzyczasie zmianie, padało nieprzerwanie, a drogi zmieniły się w grzęzawiska; pułki tylko z wielkim wysiłkiem mogły posuwać się naprzód. 4 września na niebie pojawiło się słońce, a ostre powietrze wkrótce wysuszyło drogi. Maszerowano aż pod Gridniewo, a następnego dnia kontynuowano marsz w kierunku nizin Borodino. Wszystkie okoliczne wioski były opuszczone i spalone. Tylko w klasztorze Kołockoje przebywało jeszcze kilku mnichów. Napoleon zatrzymał się, by przyjrzeć się nizinie. Przecinający ją potok, Kołocza, płynął prosto w kierunku Borodino, następnie skręcał w prawo, opływając dość strome zbocza i wpływał do Moskwy. Zbocza obsadzone były wojskiem i działami. Wzgórza ciągnęły się dalej w prawo od potoku, były tam jednak mniej strome, a u nich podnóża znajdowały się niewielkie jary. Linia wojsk rosyjskich ciągnęła się wzdłuż tych wzniesień, a tam, gdzie pozycja była słabiej chroniona, nieprzyjaciel przygotował umocnione szańce. Staranność ich wykonania świadczyła, że Rosjanie mają zamiar tutaj stoczyć bitwę. Jedna z redut była bardziej wysunięta od pozostałych. Napoleon postanowił natychmiast ją zaatakować, by móc bez przeszkód ustawić na nizinie wojska do bitwy. Zadanie jej zdobycia powierzył Muratowi i generałowi Compans. W ogniu nieprzyjacielskich kul Francuzi szybko i sprawnie posuwali się naprzód. Dzięki podwójnemu oskrzydleniu szaniec wkrótce wpadł w ich ręce. Napoleon postanowił dać swoim pułkom dzień odpoczynku i jak gdyby umówiono się, również Rosjanie pozostali w bezruchu, nie oddając ani jednego strzału karabinowego. ![]() Po odliczeniu strat poniesionych w czasie marszu ze Smoleńska armia francuska liczyła jeszcze 127 000 napełnionych optymizmem i zapałem bojowników. Artyleria posiadała 580 dział. Ze swojej strony armia rosyjska gotowa była stawić zacięty opór i prędzej zginąć niż ustąpić. Liczyła 120 000 ludzi w oddziałach regularnych oraz 20 000 Kozaków i moskiewskiej milicji. 7 września o godz.7 rano na prawym skrzydle rozbrzmiały pierwsze strzały armatnie. Natychmiast cisza nocna ustąpiła okropnemu zgiełkowi, a długa linia ognia i dymu oznaczyła linie obu armii. Podczas gdy 120 armat ostrzeliwało Rosjan, a na prawym skrzydle Davout i Ney postępowali naprzód, na lewym skrzydle książę Eugeniusz skierował się w kierunku Borodino, skąd po zażartej walki wyparł Rosjan. To był początek straszliwej bitwy, trwającej cały dzień i w swojej okropności nie mającej równej. Po obu stronach walczono z ogromną zaciętością; Francuzi chcieli potwierdzić sławę swojego oręża, Rosjanie przysięgli wymazać hańbę ciągłego wycofywania się, zwyciężyć albo zginąć. Walczono ze zmiennym szczęściem, wioski i szańce były zdobywane i odzyskiwane, czworoboki rozbijane, a kawaleria przeprowadzała krwawe szarże. W wielu punktach trwała straszliwa walka. Ziemia drżała od wybuchów armatnich pocisków i ruchów ogromnej masy kawalerii. Nigdy dotąd armia francuska nie przeżyła czegoś podobnego. Około godziny 3 po południu Napoleon rozkazał zajęcie Wielkiej Reduty (nazwanej przez Rosjan Redutą Rajewskiego - przyp. tłum.) w środku linii rosyjskiej. Gdyby to się udało, bitwa byłaby rozstrzygnięta. Murat i Ney skierowali ogień 200 armat na rosyjskie centrum. Gdy linie rosyjskie zdawały się być wystarczająco rozrzedzone, Murat poprowadził atak kawalerii. Książę Eugeniusz stanął na czele piechoty, wykorzystał bitewny zgiełk oraz obłoki dymu i wspiął się na umocnienia reduty w tym samym momencie, gdy francuscy kirasjerzy starli się z rosyjską gwardią konną. Cała armia francuska, tworząc załamaną linię, wzięła okropnie zdziesiątkowaną armią rosyjską w zionące ogniem ramiona trójkąta. Pod niesamowitym ogniem kartaczy Rosjanie powoli zaczęli się cofać, opierając się o las pod Psarewem. Tam stanęli, stojąc nieruchomo w deszczu kul. W tym momencie bitwa była niewątpliwie wygrana, bo wszystkie punkty pola bitwy były w rękach francuskich. Ale dzień jeszcze nie skończył się i gdyby dokonano świeżymi siłami ostatniego wysiłku, armia rosyjska poniosłaby ostateczną klęskę. Tymi siłami mogła być gwardia, 18 000 ludzi, którzy nie wzięli jeszcze udziału w walce. Ale Napoleon, mimo nacisku jego dowódców, nie chciał o tym nic słyszeć. Był chory, przez cały dzień męczył go gwałtowny katar, a masakra, która nawet dla niego nie miała sobie równej, przeraziła go. Na naciski swoich oficerów odpowiadał: "- Nie chcę narazić na zagładę moją gwardię. 4 000 mil od Francji nie wysyła się w bój ostatniej rezerwy." Nakazał następnie uformowanie całej posiadanej artylerii i otwarcie ognia na stojących Rosjan. Przez kilka godzin 400 armat ostrzeliwało rosyjskie szeregi, które niewzruszone utrzymywały swoją linię i nawet tysiące poległych ich nie zachwiało. W końcu zachód słońca zakończył tę masakrę i pułki mogły wypocząć; żołnierze biwakowali na polu bitwy. Wschód słońca odsłonił budzący zgrozę obraz. Pole bitwy było tak gęsto pokryte poległymi i rannymi, jak jeszcze nigdy dotąd w historii. Na ziemi leżało około 90 000 ludzi. Staty Francuzów wyniosły 9-10 000 poległych i 20-21 000 rannych, czyli w sumie około 30 000 było niezdolnych do walki; Rosjanie przyznali się do straty 60 000 żołnierzy. Rannych zostało 47 francuskich generałów i 37 pułkowników. Ale droga na Moskwę była otwarta, w tamtą stronę wycofali się Rosjanie ścigani przez posuwających się naprzód Francuzów. Bitwa nad Moskwą była najcięższą, najbardziej chwalebną i najsłynniejszą bitwą, którzy stoczyli Galowie w dalekiej i bliższej przeszłości. Rosjanie są nadzwyczaj odważnymi żołnierzami. Ich cała armia była skoncentrowana, liczyła w sumie 170 000 ludzi. Kutuzow wykazał się dużymi zdolnościami wybierając tę bardzo mocną pozycję, cała przewaga była po jego stronie, miał przewagę w piechocie, artylerii i kawalerii, osłaniała go duża ilość szańców i redut; a jednak został pobity! Wszystko zależy od wodza, on jest głową, on jest najważniejszy w armii; to nie armia rzymska podbiła Galię, lecz Cezar; to nie armia Kartaginy wywołała trwogę Republiki Rzymskiej, lecz Hannibal; to nie Macedończycy podbili wszystkie narody aż do Indusu, lecz Aleksander; sztandary francuskie zawiały od Wezery po Inn nie dzięki armii, lecz dokonał tego Turenne; to nie armia pruska broniła przez 7 lat swojego kraju przeciwko agresji 3 wielkich europejskich mocarstw, lecz Fryderyk Wielki! Nieustraszeni bohaterzy Murat, Ney, Poniatowski zdobyli wielką sławę! Jak wielkie i chwalebne czyny wojenne wydarzyły się tego dnia: zdecydowany atak kirasjerów, którzy rozbili nieprzyjacielską artylerię, a kanonierów rozsiekali na ich armatach, bohaterska śmierć Montbruna i Caulaincourta, dzielność francuskich kanonierów, którzy, stojąc na otwartym polu, stawili czoła przeważającej sile zajmującej chronione pozycje nieprzyjacielskiej artylerii oraz bohaterska postawa piechoty, która w najkrytyczniejszym momencie, gdy sama potrzebowała dodania odwagi, wołała do swojego wodza: "- Bądź spokojny! Twoi
żołnierze przysięgli, że dziś zwyciężą, więc zwyciężą." Kutuzow zwołał pod murami Moskwy naradę wojenną, na której postanowiono oddanie miasta i kontynuowanie odwrotu drogą na Włodzimierz. Postanowiono w ciszy w nocy z 13 na 14 września przeciągnąć przez Moskwę. ![]() Poinformowano o tym
gubernatora Roztopczyna, pełnego dzikiej namiętności Rosjanina, który
nienawidził Francuzów z całego serca. Przepełniony nienawiścią nie
chciał on pozwolić, by w Moskwie pozostał choć jeden Rosjanin, dlatego
rozkazał wszystkim mieszkańcom natychmiastowe opuszczenie miasta. Ale
chciał jeszcze więcej; zamierzał pozostawić Francuzom tylko popioły. Nie
powiedział nikomu o swoim zamiarze, ale pozostawił w jednym ze swoich
ogrodów mnóstwo palnych materiałów. Godzinę przed opuszczeniem miasta
wybrał na wspólników i realizatorów swojego planu przestępców z
moskiewskich więzień. Uwolnił ich i polecił potajemnie podpalić miasto.
Wyjeżdżając zabrał ze sobą wszystkie środki gaśnicze. VII. Podczas gdy w mieście przebywali jeszcze ostatni Rosjanie, na okolicznych wzgórzach pojawili się pierwsi Francuzi. Byli wprawdzie wynędzniali i wychudzeni, wielu z nich było rannych, ale gdy ujrzeli błyszczącą stolicę Moskali, zapomnieli o swoich cierpieniach. Wielu z nich było już pod piramidami, na brzegach Jordanu, w Rzymie, Mediolanie, Madrycie, Wiedniu i Berlinie, a teraz drżeli z radości widzącą leżącą u ich stóp Moskwę. Wypełniała ich radosna nadzieja znalezienia tam w końcu wypoczynku, pożywienia i przypuszczalnie pokoju. Nie mogli nasycić się magicznym widokiem lśniącym tysiącem kolorów, błyszczących złotem kopuł górujących nad miastem, urzeczywistniającym wszystko, co opowiadały o cudach Azji bajki Okcydentu. Również Napoleon był poruszony widokiem, który ujrzały jego oczy i nie mógł obronić się przed wzruszeniem. Murat otrzymał rozkaz jak najszybszego wkroczenia do miasta, by zapobiec zamieszkom. Otoczony swoim sztabem i oddziałem kawalerii wjechał na ulice miasta; ale wszędzie było tak pusto, jak gdyby wkraczał do miasta śmierci. Armia rozbiła na noc biwak, nie ciesząc się na zbytek, który jej obiecano. O godzinie 9 rano przez miasto przeciągnął Kutuzow ze swoim sztabem, o 1 po południu wkroczyła tam francuska awangarda. Dowódca rosyjskiej ariergardy (gen. Michaił Miłoradowicz - przyp. tłum.) poprosił o pozwolenie swobodnego przemaszerowania przez miasto, co zostało mu zapewnione; po dotarciu do Kremla Francuzi natknęli się na opór podjudzonego przez podstępnego gubernatora motłochu, który jednak szybko został przełamany. 10 000 rosyjskich żołnierzy, którzy w różnych kątach miasta próbowali plądrowania, zostało w następnych dniach ujętych i odprowadzonych do niewoli; należeli oni do najstarszych, najlepszych pułków. Rankiem 15 września Napoleon wkroczył do Moskwy na czele zwycięskich legionów, ale przejeżdżał przez wyludnione miasto i po raz pierwszy jego żołnierze, wkraczając do stolicy państwa, mieli tylko siebie za świadków swojej chwały. Robiło to posępne i przytłaczające wrażenie. Po dotarciu do Kremla Napoleon wspiął się na wieżę wielkiego Iwana, by z jej szczytu podziwiać swoją wspaniałą zdobycz, leżącą nad powoli płynącą Moskwą. Ale z przepychem miasta kontrastowała niezwykła i posępna cisza, która nastała w miejsce tętniącego życia, które jeszcze dzień wcześniej wypełniało to jedno z największych miast świata. Armia została rozdzielona na kwatery w mieście, gwardię zakwaterowano na Kremlu i jego okolicy. Domy były pełne żywności, co zaspokoiło pierwsze potrzeby armii, a oficerowie znaleźli w pałacach nawet najbardziej wyrafinowany luksus. Francuzi wkroczyli tak szybko, że nic nie zostało rozgrabione. Właściciele tak szybko uciekali, że na toaletkach dam znaleziono diamenty i klejnoty. Wielu pisało później, że uciekli, bo w pierwszym momencie ogarnęła ich panika, że chcieli ujść niebezpiecznej soldatesce, pozostawiając swój majątek, wierząc w lojalność zwycięzców, za co po powrocie pragnęli podziękować. Żywiono więc nadzieję na dostatnie życie w Moskwie, na rychły pokój, a gdyby wojna przedłużyła się, na wygodne kwatery zimowe. W dzień po wkroczeniu niespodziewanie nad dużym budynkiem, gdzie znajdowały się spirytuoza, uniósł się słup dymu i ognia. Niemalże w tym samym momencie z niezwykłą intensywnością wybuch pożar kompleksu budynków zwanego "bazarem". Znajdowały się w nim magazyny najbogatszych towarów orientalnych, dywany perskie, cukier, kawa, herbata i doskonałe wina. Próbowano ratować, co się dało, ale nie udało się zapanować nad ogniem. Jakby było tego jeszcze mało, w nocy z 15 na 16 września nad Moskwą przeszła wichura i rozniosła ogień na drewniane zabudowania z taką szybkością, że trudno znaleźć słowa na jej opisanie. Wkrótce całe miasto stało w ogniu. Nawet najwspanialszy poeta nie potrafiłby znaleźć właściwych słów, by opisać wspaniałego widoku płonącej Moskwy; opis pożaru Troi nie mógł równać się z szalejącym właśnie w Moskwie pożarem. Miasto było zbudowane z drewna, wiatr zbyt gwałtowny, brak sikawek, jednym słowem, miasto było jednym morzem ognia. Mieszczaństwo Moskwy było dalekie od tego, by planować taki zamach. To właśnie oni wydali Francuzom 300-400 więźniów, którzy zbiegli z więzień i podpalili miasto. Źle zna Rosję ten, kto wierzy, że jej ludność wzięła udział w walkach. Wsie zamieszkują chłopi pańszczyźniani; ich panowie obawiali się iż podniosą bunt i popędzili ich jak stada bydła albo baranów w głąb krraju. Chłopi pańszczyźniani byli Francuzom bardzo życzliwi, oczekując, że przyniosą im wolność. Zamieszkujące małe miasteczka mieszczaństwo i uwolnieni chłopi byli skłonni stanąć na czele powstania przeciwko arystokracji. Z tego powodu Rosjanie postanowili spalić wszystkie miasta, które znajdowały się na drodze marszu walczących armii. Mimo oporu mieszkańców Kozacy, wrogowie Moskali, z przyjemnością podpalali miasteczka i wsie. Wokół Kozaków zrobiono dużo wrzawy; porównywano ich też z węgierską insurekcją. Hm, węgierska kawaleria, którą widzieliśmy w latach 1797, 1805 i 1809, była żałosna. Dobre imię tych lekkich oddziałów za czasów cesarzowej Marii Teresy było wynikiem ich dobrej organizacji, a przede wszystkim ich liczebności. Twierdzenie, że tego typu oddziały przewyższały huzarów feldmarszałka Wurmsera, dragonów generała Latour albo księcia Jana, jest dość dziwaczne. Ani węgierska insurekcja ani Kozacy nie tworzyli nigdy awangardy austriackiej lub rosyjskiej armii, bo pod nazwą awangardy lub ariergardy rozumiane są oddziały, które potrafią wykonywać regulaminowe manewry. Rosjanie stawiają pułk wyszkolonych Kozaków na równi z trzema pułkami Kozaków niewyszkolonych. Te luźne oddziały nie mają żadnej wartości bojowej, a mimo to Kozak jest pięknym męzczyzną, dobrym jeźdźcem, zręcznym, cwanym i niestrudzonym. Nigdy nie wchodzi do domu, nigdy nie śpi w łóżku; zmienia o zachodzie słońca miejsce swojego biwaku, by nie spędzić nocy w miejscu, gdzie mógłby być obserwowany przez nieprzyjaciela. Nawiasem mówiąc, Moskwa
została splądrowana przez rosyjskie pospólstwo, a nie przez żołnierzy
francuskich, nie mówiąc już o tym, że mogło to nastąpić na rozkaz albo
za przyzwoleniem cesarza. Jedynym miastem, które Napoleon pozwolił
splądrować, była Pavia. Obiecał swoim żołnierzom swobodę grabieży przez
24 godziny. Ale już po 3 godzinach nie mógł jej znieść i wydał rozkaz
zaprzestania rabunków. Miał przy sobie jedynie 1 200 ludzi; krzyki
mieszkańców zagłuszały wszystko i docierały do jego uszu. Gdyby miał 20
000 żołnierzy, czyniony przez nich zgiełk zagłuszyłby skargi
mieszkańców. Na szczęście w tej sprawie polityka zgodna jest z
moralnością, uznając grabież za niegodziwość. Nieraz zwracano się do
Napoleona z prośbą o wynagrodzenie żołnierzy zezwoleniem na plądrowanie;
wydałby je, gdyby widział w tym korzyść. Ale nic nie jest
odpowiedniejsze do nadwerężenia i zdemoralizowania armii. Gdy żołnierz
może rabować, nie utrzymuje dyscypliny; wzbogaci się zrabowanymi
rzeczami, natychmiast przestaje być dobrym żołnierzem; nie chce więcej
walczyć. Nawiasem mówiąc, grabież nie odpowiada francuskiemu
charakterowi: nasz żołnierz nie ma złego serca, gdy przemija jego złość,
przychodzi do siebie. Niemożliwym byłoby dla francuskich żołnierzy przez
24 godziny grabić i łupić. Wielu z nich poświęciłoby swoje ostatnie
godziny na złagodzenie cierpień, które sami zadali w pierwszych
godzinach. Na kwaterach wyrzucają sobie nawzajem popełnione czyny, a ci,
którzy dopuścili się czynów niegodnych, są z całą surowością karceni. Drugiego dnia, oszczędzony do tej pory Kreml, znalazł się w niebezpieczeństwie. Iskry, które padały pomiędzy zgromadzone tam zapasy artylerii, mogły spowodować ich zapalenie. Ponadto na dziedzińcach Kremla stało ponad 100 wozów amunicyjnych, a w arsenale znajdowało się kilka tysięcy funtów prochu. Należało spodziewać się katastrofy, Napoleon mógł wylecieć w powietrze wraz z całym pałacem cara. Dłuższy pobyt tam stał się niemożliwym, dlatego cesarz z ciężkim sercem uległ w końcu naleganiom swoich oficerów i zdecydował się wraz z przestraszoną armią na opuszczenie miasta, w którym trudno było nawet oddychać. Przeniósł swoją siedzibę do zamku Pietrowskoje, położonego o milę za miastem na trakcie wiodącym do Petersburga. Miasto płonęło aż do 18 września, kiedy to spadł nagły, gwałtowny deszcz i ugasił pożary. Kreml ocalał, a wraz z nim około jedna piąta miasta. 19 września Napoleon, przygnębiony tym okropnym wydarzeniem, wrócił do Moskwy. Zobaczył tam, napisane na oczernionych murach zamienionych w zgliszcza pałaców, słowa: "żadnego pokoju .... wojna aż do ostatniej kropli krwi." W dniach 15, 16 i 17 września dowódca rosyjskiej ariergardy wiele mówił o pokoju, że nie należy do siebie strzelać, ponieważ walki i tak nie będą kontynuowane. Pomaszerował on drogą w kierunku Kołomny, a francuskie posterunki zajęły most na Moskwie, 20 kilometrów za Moskwą. Z traktu kołomnieńskiego armia rosyjska, odchodząc w odległości 30 ruchem flankowym miasto, polnymi drogami osiągnęła trakt do Kaługi. Wiejący wiatr napędzał chmury czarnego dymu z palącego się miasta. Według wypowiedzi rosyjskich oficerów, na twarzach żołnierzy, którzy maszerowali w grobowym milczeniu, malowało się głębokie przygnębienie. Gdy zorientowano się w kierunku marszu nieprzyjaciela marszałek Bessierčs udał się na czele korpusu obserwacyjnego w kierunku Desny, podczas gdy król Neapolu podążył początkowo śladem wroga aż do Podolska, by następnie skierować się na jego tyły, by odciąć go od Kaługi. Mimo, że król miał przy sobie tylko awangardę, nieprzyjaciel nie oparł mu się i po krótkiej, zwycięskiej dla francuskiej awangardy walce opuścił przygotowane szańce i wycofał się na odległość 25 kilometrów. Ponieważ zamiarem cesarza było zmuszenie wroga do opuszczenia umocnionego obozu i odrzucenie go o kilka dni marszu, by móc w spokoju wybrać kwatery zimowe, rozkazał awangardzie zajęcie pozycji za Winkowem, by przesłoniła wrogowi ruchy francuskiej armii. Od czasu, gdy Moskwa przestała istnieć, planem cesarza było albo całkowite opuszczenie tych zgliszczy albo obsadzenie jedynie Kremla liczącą 3 000 ludzi załogą. Ale nawet po renowacji, niemożliwym było utrzymanie Kremla takimi siłami przez 20 albo 30 dni. Posiadanie Kremla nie zapewniała armii żadnych korzyści, wbrew przeciwnie, było przeszkodą. Ochrona Moskwy przed maruderami i rabusiami wymagała obecności tam przynajmniej 20 000 żołnierzy. Poza tym miasto było już tylko brudną i niezdrową kloaką, do której odważali się wejść tylko najnędzniejsi z 200 000 wymarzniętych, wygłodzonych i błądzących w okolicznych lasach, by znaleźć w ruinach jakieś przydatne przedmioty lub w ogrodach resztki warzyw i nie miało większego sensu, by dla miejsca, które nie miało żadnego znaczenia politycznego ani militarnego, ponosić jakiekolwiek ofiary. Dlatego cesarz, po zapewnieniu ochrony dla części miejskich magazynów i ewakuacji pozostałych, nakazał marszałkowi Mortier zaminowanie Kremla i wysadzenie go 23 października, o godzinie 2 w nocy, w powietrze. Arsenał, koszary i magazyny oraz stary pałac, symbol pamiętający czasy założenia monarchii rosyjskiej, pierwsza siedziba carów, zostały zniszczone. Napoleon wyznaczył dzień
24 października na wymarsz w kierunku Dźwiny, by zbliżyć się do
Petersburga i Wilna. Z 4 000 kamiennych domów pozostało jedynie 200, a z
8 000 drewninaych tylko 500. Cesarzowi proponowano, by odpłacił Rosjanom
tą samą monetą i spalił resztę miasta oraz otaczające je wioski i
rezydencje arystokracji. Radzono mu, by utworzył 4 kolumny liczące po 2
000 ludzi, by podpaliły wszystko, co znajdowało się w promieniu 100
kilometrów. Nauczyłoby to Rosjan prowadzenia wojny zgodnie z regułami, a
nie na sposób tatarski; gdyby podpalili później choć jeden dom lub
wioskę należało w odpowiedzi spalić 100. Ale cesarz wzbraniał się przed
sięgnięciem do takich środków, które powiększyłoby jedynie nędzę
ludności. Wśród 9 000 właścicieli, których dobra zostałyby spalone, było
być może jedynie 100 zwolenników Roztopczyna, a więc 8 900 niewinnych
zostałoby zrujnowanych, a 200 000 biednych, niewinnych chłopów
pańszczyźnianych pozbawionych zostałoby środków do życia. Cesarz
ograniczył się jedynie, zgodnie z wojennym zwyczajem, do zniszczenia
obiektów wojskowych, nie naruszając własności prywatnej ludności, która
już i tak dość ucierpiała wskutek okropności wojny. Gdyby Moskwa nie została spalona, cesarz założyby tam swoją kwaterę zimową i pozostałby spokojnie ze swoją armią pośrodku wrogiej ludności, jak załoga okrętu zablokowana przez lód. We Francji brak byłoby w tym czasie wiadomości od niego, ale, jak to już często bywało, sprawy poprowadziłby w imieniu cesarza Cambacérčs i wszystko potoczyłoby się utartym szlakiem. Zima uśpiłaby wszystko, cały świat, przyjaciół i wrogów, a z nastaniem wiosny cesarz zaatakowałby nieprzyjaciela, pobił go i podporządkował sobie Rosję. Ale car Aleksander nie dopuściłby, by do tego doszło, uznałby wszystkie warunki cesarza, zostałby podpisany traktat pokojowy, a Francja w końcu mogłaby rozkoszować się owocami zwycięstwa! A od czego to wszystko zależało? Od przypadku. Gdyby natura nie była przeciwko cesarzowi, wszystko skończyłoby się szczęśliwie. Ruszył w pole by walczyć przeciwko wojsku, ale wobec ognia i zimna był bezsilny! Los był silniejszy niiż on, co za nieszczęście dla Francji i Europy! Gdyby cesarz miał możliwość podpisania w Moskwie pokoju, działania wojenne byłyby zakończone, a w konsekwencji zapanowałby spokój. Jakie nowe horyzonty zostałyby tym samym otwarte, jakie nowe możliwości dla ogólnego dobrobytu i rozwoju. Powstałby ogólny system europejski, jego organizacja byłaby tylko sprawą czasu! Zjednoczona Europa miałaby jednolite podstawy i pryncypia, jednolite prawo, jeden europejski Sąd Kasacyjny, który zlikwidowałby wszystkie pomyłki, jedną walutę, jednolity system miar i wag itd., itd. Wkrótce Europejczycy byliby jednym narodem, a każdy, gdziekolwiek by się udał, wszędzie czułby się jak we wspólnej ojczyźnie. Cesarz dążyłby do wolnej żeglugi dla wszystkich narodów nie tylko na wszystkich morzach świata, ale również na wszystkich rzekach; armie zostałyby zredukowane do gwardii władców. Po powrocie do Francji, na łono wielkiej, wspaniałej, spokojnej i pełnej chwały ojczyzny, Napoleon ogłosiłby nienaruszalność granic; w przyszłości wojna prowadzona byłaby jedynie w celach obronnych; każde powiększenie terytorium traktowane byłoby jako antynarodowe; dyktatura Napoleona zostałaby zakończona, a władzę przejąłby jego konstytucyjny rząd. Jego syn, po osiągnięciu pełnoletności, zostałby współwładcą. Paryż byłby stolicą świata! Wszystkie narody zazdrościłyby Francuzom. Swoją starość Napoleon spędziłby podróżując powoli w towarzystwie swojej małżonki i przygotowującego się do objęcia rządów syna do każdego zakątka ojczyzny, przyjmując zażalenia, rekompensując niesprawiedliwość, pozostawiając wszędzie pomniki swojej dobroczynności. Takie były marzenia
Napoleona! VIII. Napoleon był, w obliczu ogromnych sukcesów, które odniosło francuskie oręże, przekonany, że po zajęciu Moskwy jego propozycje pokojowe zostaną przyjęte z radością. Był rozczarowany do bólu, a podczas gdy oczekiwał na reakcję, mijał cenny czas, który w zupełności wystarczyłby do przeprowadzenia bezpiecznego odwrotu. Niespodziewany atak Rosjan wyjaśnił Napoleonowi ich rzeczywiste zamiary. Wyjazd w dniu 5 października generała Lauriston do rosyjskiej głównej kwatery odnowił kontakty pomiędzy awangardami obu armii, które tolerowały się i nie atakowały nawzajem bez wypowiedzenia tego cichego zawieszenia broni przynajmniej 3 godziny wcześniej. Ale 18 października (pod Winkowem nad rzeką Czerniszną - przyp. tłum.), o godzinie 7 rano 4 000 Kozaków wypadło z oddalonego o połowę armatniego strzału lasu i rzuciło się na lewe skrzydło francuskiej awangardy generała Sebastiani, który nie wystawił nawet posterunków, a którego kawaleria, mając rozkulbaczone konie, właśnie rozdzielała mąkę, zaskoczona została okrzykiem "hurra" Rosjan. Dopiero kilometr dalej potrafiła się zebrać. W międzyczasie nieprzyjaciel wdarł się w powstałą lukę i zdobył 12 dział i 65 wozów. Śladem Kozaków postępowała regularna kawaleria nieprzyjaciela i 2 kolumny piechoty, dążąc do osiągnięcia przed Francuzami lasu i wąwozu pod Woronowem. Ale król Neapolu czuwał. Skoczył na konia, stanął na czele swoich pułków i w 10 albo 12 szarżach rozbił nieprzyjacielską kawalerię. Następnie rzucił się na złożoną z 6 batalionów rosyjską dywizję dowodzoną przez generała Mellera i rozbił ją. Została ona niemalże w całości wybita, a jej dowódca poległ. W tym samym czasie
Poniatowski skutecznie odrzucił inną rosyjską Nieprzyjaciel nie tylko odniósł większe niż Francuzi straty, ale okrył się jeszcze hańbą pogwałcenia panującego między awangardami zawieszenia broni. Francuzi stracili 800 poległych, rannych i wziętych do niewoli, nieprzyjaciel dwa razy tyle. Do niewoli dostało się wielu rosyjskich oficerów, a dwaj generałowie polegli (w rzeczywistości poległ jedynie gen. Baggowut, wspomniany wcześniej gen.Meller-Zakomelski był tylko ranny - przyp. tłum.) . Król Neapolu udowodnił w tym dniu, co znaczą przytomność umysłu, odwaga i wojenne doświadczenie. W wyniku tych wypadków Napoleon nie zwlekał więcej i następnego dnia, 19 października przystąpił do odwrotu w kierunku południowo-zachodnim. Ale potyczka pod Małojarosławcem w dniu 24 października zmusiła go do zmiany kierunku marszu, który zbliżył się do drogi w kierunku Smoleńska, tej samej, którą wojska francuskie maszerowały do Moskwy. Mimo tego nastrój wśród żołnierzy, którzy zabrali z Moskwy niesamowite łupy, był znakomity. O okropnościach zimy nikt nie myślał. Nawet Rosjanie byli zdziwieni panującą od 3 tygodni pogodą; wyglądało, jak gdyby do Rosji przeniesione zostało słońce z Fontainebleau. Armia znajdowała się w bogatym kraju, który porównać można z najlepszymi okolicami Francji i Niemiec. Ładna pogoda trwała aż do 6 listopada, wszystkie manewry armii zostały skutecznie przeprowadzone. Ale 7 listopada niespodziewanie zrobiło się zimno. Od tego momentu armia każdej nocy traciła setki koni, które zamarzały na biwakach. Na swoim prawym skrzydle armia francuska miała za przeciwnika rosyjską armię Wołynia (armia gen. Cziczagowa - przyp. tłum.) i była tym samym zmuszona do zrezygnowania z linii operacyjnej w kierunku Mińska i jako centrum swojego odwrotu przyjąć kierunek na Warszawę. Cesarz dowiedział się o tej zmianie 9 listopada w Smoleńsku i natychmiast zrozumiał zamiary wroga. Mimo, że był świadom trudności, jakie napotka w marszu o tej porze roku, w nowej sytuacji nie mógł pozwolić sobie ani na chwilę zwłoki. Wyruszył 13 listopada ze Smoleńska z nadzieją dotarcia przed nieprzyjacielem do Mińska albo przynajmniej do Berezyny. 16 armia dotarła do Krasnoje. Zimno było z dnia na dzień dotkliwsze. 14, 15 i 16 listopada temperatura spadła do 28 stopni poniżej zera; drogi pokryte były gołoledzią, konie kawalerii, artylerii i taborów, szczególnie francuskie i niemieckie, padały w nocy już nie setkami ale tysiącami. W przeciągu kilku dni armia francuska straciła ponad 30 000 koni, co spowodowało, że przestały istnieć kawaleria i artyleria, a wiele armat, wozów amunicyjnych i transportujących zapasy żywności musiało zostać zniszczonych. Armia, która jeszcze 6 listopada tak dumnie się prezentowała, 8 dni później, 14 listopada, pozbawiona swojej kawalerii, artylerii i zapasów, była nie do poznania. Bez kawalerii niemożliwe były rekonesanse, bez artylerii i amunicji nie można wygrać żadnej bitwy ani bez obaw w bezruchu oczekiwać nieprzyjaciela. Trzeba było dalej maszerować, by odbić się od nieprzyjaciela i zapobiec okrążeniu; wszystko to bez kawalerii, która mogłaby dokonywać rozpoznania i utrzymać łączność pomiędzy kolumnami. Trudności te oraz mróz sprawiły, że sytuacja armii była zła. Ludzie, którzy nie byli wystarczająco zahartowani, by stawić czoła zmiennym kolejom fortuny, byli wytrąceni z równowagi, opuściły ich wesołość i dobry humor i nie oczekiwali niczego innego poza nieszczęściami i katastrofami; ci, którzy, którzy wznosili się ponad wszystko, zachowali równowagę i w piętrzących się trudnościach widzieli jedynie nowe okazje do zdobycia sławy. Nieprzyjaciel, widząc na drogach ślady tej straszliwych opresji, w jakich znajdowała się armia francuska, próbował je wykorzystać. Atakował nieustannie poszczególne kolumny oddziałami swoich Kozaków, którzy na podobieństwo żyjących na pustyni Arabów, porywali wozy transportowe i amunicyjne, które odłączyły się albo pozostały z tyłu. Ta godna pogardy rosyjska jazda, która potrafiła tylko wrzeszczeć i nie była w stanie przebić się przez kompanię woltyżerów, w tych tragicznych okolicznościach stała się straszliwym przeciwnikiem. Gdy jednak próbowała zdziałać coś poważniejszego, drogo za to płaciła. Kozacy próbowali stanąć na drodze księcia Eugeniusza, zostali przez niego jednak rozbici i z dużymi stratami odparci. ![]() Marszałek Ney, który na czele 3 000 ludzi tworzył ariergardę i wysadził w powietrze wały obronne Smoleńska, został podczas tej akcji okrążony; dzięki odwadze, która zawsze go cechowała, potrafił się jednak wydostać z tej krytycznej sytuacji. Utrzymawszy nieprzyjaciela przez cały dzień 18 listopada na odległość, dokonał w nocy zwrotu na prawe skrzydło, przekroczył Dniepr, niwecząc plany wroga. 19 listopada armia francuska przekroczyła pod Orszą Dniepr, a armia rosyjska, zmęczona i zniechęcona poniesionymi stratami, zaprzestała dalszych prób ataku. Rosyjska armia wołyńska od 16 listopada zaczęła się kierować na Mińsk i dalej na Borysów, gdzie na czele 3 000 ludzi bronił przyczółka mostowego generał Dąbrowski. 23 listopada został on zmuszony do opuszczenia tej pozycji, w wyniku czego nieprzyjaciel, którego awangardą dowodził generał Lambert, przekroczył Berezynę i skierował się na Bobrujsk. W tym samym czasie marszałek Oudinot na czele II. Korpusu pospiesznie maszerował z Czarei w kierunku Berezyny, by zabezpieczyć przeprawę. 24 listopada, 20 kilometrów za Borysowem natknął się na dywizję Lamberta, zaatakował ją i pobił, zmuszając do wycofania się na prawy brzeg Berezyny, biorąc przy tym 2 000 jeńców, 6 armat i 600 wozów bagażowych. Nieprzyjaciel uratował się tylko dzięki spaleniu długiego na 300 sążni (ok. 600 metrów) mostu. Ale nieprzyjaciel zajął w międzyczasie wszystkie inne przeprawy przez szeroką na na 40 sążni (80 metrów) Berezynę. Jej brzegi tworzą szerokie na 600 metrów bagna, tworzące naturalną, trudną do przebycia przeszkodę. Ponadto woda niosła ze sobą znaczną ilość kry. Nieprzyjacielski dowódca rozmieścił swoje 4 dywizje w 4 różnych punktach, w których, jak przypuszczał, armia francuska będzie chciała przeprawić się. 26 listopada o świcie cesarz, po wprowadzeniu dzień wcześniej nieprzyjaciela różnymi pozornymi manewrami w błąd, udał się do wsi Studzianka, gdzie, mimo obecności i przed oczami rosyjskiej dywizji, rozkazał wybudowanie dwóch mostów. Marszałek Oudinot zaatakował nieprzyjaciela, przez 2 godziny pędził przed sobą i odrzucił aż do przyczółka mostowego pod Borysowem. 26 i 27 listopada armia francuska przeprawiła się przez rzekę, z wyjątkiem jednej brygady dywizji generała Partouneaux, która tworzyła ariergardę i miała zadanie spalenia mostów. Maszerując straciła z oczu inne brygady oraz dowódcę swojej dywizji. Wszelkie poszukiwania okazały się bezowocne. Później dowiedziano się, że brygada ta, zamiast na lewo, pomaszerowała na prawo i w ciemnościach natknęła się na rosyjski biwak, przyjmując, że rozbili go Francuzi. Została otoczona i wzięta do niewoli (była to 3.brygada 12.dywizji piechoty gen. Billarda. Podobny los spotkał niedługo później pozostałe brygady tej dywizji dowodzone przez generałów Camus i Blanmont, samego dowódcę dywizji gen. Partouneaux oraz brygadę kawalerii gen. Delaitre - przyp. tłum.). ![]() Ta fatalna pomyłka kosztowała armię francuską utratę 2 000 żołnierzy, 300 koni i 3 armat. Gdy 28 listopada cała armia była już za rzeką, marszałek Victor zajął przyczółek mostowy na lewym brzegu, podczas gdy marszałek Oudinot i cała armia znajdowali się na prawym. Po oddaniu przez Francuzów Borysowa rosyjskie armie Dźwiny i Wołynia połączyły się i rozpoczęły przygotowania do ataku. O świcie 28 listopada marszałek Oudinot posłał cesarzowi meldunek, że jest atakowany, pół godziny później taki sam meldunek przysłał marszałek Victor. Cała armia chwyciła za broń. Marszałek Ney zajął stanowiska za Oudinot. Rozgorzała ożywiona walka. Wróg usiłował okrążyć francuskie prawe skrzydło, czemu zapobiegły jednak szarże 4. i 5. pułku kirasjerów. Równocześnie przeciwko nieprzyjacielskiemu centrum wystąpiła w lesie Legia Nadwiślańska, rozbijając je. Dzielni kirasjerzy rozbili jeden po drugim 6 czworoboków piechoty i przepędzili przybyłą jej na pomoc nieprzyjacielską kawalerię. 6 000 jeńców, 2 sztandary i 6 armat wpadły w ręce francuskie. Dzień 29 listopada armia francuska spędziła na polu bitwy. Cesarz miał do wyboru dwie drogi, jedną na Mińsk, a drugą na Wilno. Pierwszy prowadzi przez lasy i bagna, wykluczonym było, by armia znalazła tam pożywienie. W przeciwieństwie do niej droga na Wilno przebiega przez kraj uprawny. Armia, pozbawiona kawalerii i amunicji, potwornie zmęczona 50-dniowym marszem, ciągnąca ze sobą chorych i rannych, musiała przede wszystkim dotrzeć do swoich magazynów. 30 listopada kwatera główna znajdowała się w Plechczennicy, 1 grudnia w Stajkach, a 3 w Mołodecznie, gdzie do armii dotarły pierwsze transporty z Wilna. Ranni oficerowie i żołnierze oraz wszystko, co przeszkadzało w ruchach armii, zostało wysłane do Wilna. Pierwszą koniecznością było przywrócenie w armii dyscypliny, przeorganizowanie i wyposażenie na nowo kawalerii i artylerii. Wszystko było w wystarczającej ilości w Wilnie, 20 000 koni i sprzęt wojenny. Kawaleria tak ucierpiała, że zebrano wszystkich oficerów posiadających jeszcze konie i utworzono z nich 4 szwadrony po 150 ludzi każdy. Szefami szwadronów byli generałowie, pułkownicy objęli służbę podoficerów (chodzi tutaj o utworzony 23 albo 24 listopada Escadron sacré, którego dowództwo objął gen.Grouchy - przyp. tłum.) Uwaga tłumacza: Powyższy fragment
pochodzi z 29. biuletynu wielkiej Armii wydanego 3 grudnia 1812 roku,
który kończy się słynnym zdaniem: "Stan zdrowai Jego Cesarskiej Mości
nigdy nie był lepszy." Nigdy nie będzie można poznać dokładnej historia kampanii rosyjskiej, bo z jednej strony Rosjanie nie napisali na jej temat albo nic albo zbyt dużo kłamstw, a z drugiej, ponieważ Francuzi z prawdziwą namiętnością pomniejszyli i oczernili swoją chwałę. Być może któregoś dnia jakiś Anglik albo Niemiec, który uczestniczył w kampanii, napisze o niej; wtedy wszyscy dowiedzą się, że była to najwspanialsza i najzręczniej rozegrana ze wszystkich prowadzonych przez Napoleona kampanii. Podczas kampanii nie wpadł w ręce nieprzyjaciela ani jeden transport, ani jeden kurier w drodze z Moguncji do Moskwy nie został wzięty do niewoli; nie było dnia, żeby do armii nie dotarły wieści z Francji; Paryż nawet przez 24 godziny nie był pozbawiony wiadomości o armii. W bitwie pod Smoleńskiem oddano ponad 60 000 strzałów armatnich, nad Moskwą dwa razy tyle; zużycie amunicji było znaczne, a jednak, gdy armia opuszczała Moskwę, każda armata mogła oddać 350 strzałów; posiadano taki nadmiar amunicji i proc, że na Kremlu spalono 500 z nich i unieszkodliwiono 60 000 karabinów wraz z kilkoma tysiącami funtów prochu. Dzięki dowodzącym artylerią generałom Lariboisičre i Eblé nigdy nie brakowało amunicji. Eblé, który prowadził budową mostów na Berezynie oddał wielkie zasługi, był rzeczywiście niezwykłym człowiekiem (gen. Jean-Baptiste Eblé, 1758-1812, był w kampanii 1812 roku dowódcą pontonierów Wielkiej Armii, zmarł z wyczerpania 31 grudnia w Królewcu - przyp. tłum.). Sukces kampanii rosyjskiej wisiał na jednym włosku. Wszyscy rozsądni Rosjanie, nawet Aleksander, mogą mieć na ten temat tylko jedną opinię. To nie siła i wysiłki Rosjan pokonały cesarza, lecz niekorzystne zrządzenia losu: pożar Moskwy, wywołany intrygami; sroga zima i wcześniejsze niż zwykle wystąpienie srogiego mrozu; fałszywe meldunki, podstępne intrygi, zdrada, głupota i wiele innych, które być może dopiero w przyszłości zostaną właściwie zrozumiane, sprowadziły katastrofę. Cesarzowi można jedynie dwie rzeczy zarzucić: pod względem dyplomatycznym, że podjął się tego wielkiego przedsięwzięcia mając przeciwko sobie dwa rządy; pod względem wojskowym, że pozostawił za swoimi plecami dwie armie, które po najmniejszym niepowodzeniu przeszły na stronę wroga. Wszystko zjednoczyło się przeciw cesarzowi w tej dziwnej wojnie, której on wcale nie chciał i wcale nie planował; wciągnęły go w nią fatalne okoliczności, a los dokonał reszty! Podczas odwrotu po wyjściu z Wiaźmy cesarz dowiedział się o zbliżaniu rosyjskiej armii południowej. Zamierzał wracać do Smoleńska przez Kaługę; na tej drodze znaleziono by niezbędną żywność. Turcy, gdy dowiedzieli się o wkroczeniu Francuzów do Moskwy, przepowiedzieli, że armię wykończy mróz. Plan Napoleona przewidywał zajęcie kwater zimowych w Smoleńsku; nie rozsiałby żołnierzy po wsiach, lecz umieścił w barakach. W Witebsku istniały wielkie magazyny; cesarz, nie mogąc się zdecydować, ociągał się w Smoleńsku z przekroczeniem Dniepru, by pomaszerować w tamtym kierunku. Przed przybyciem do Borysowa nad Berezyną przez pewien moment zastanawiał się, czy nie skierować korpusów Victora i Oudinot przeciwko rosyjskiej armii północnej Wittgensteina, by uniemożliwić jej połączenie z armią Cziczagowa. Miał wystarczająco dużo czasu; Kutuzow podążał za nim w dużej odległości i był jeszcze oddalony o 10 dni marszu. Gdyby w tym momencie był sierpień, a nie listopad, armia mogłaby pomaszerować na Petersburg; wycofała się do Smoleńska nie dlatego, że była pobita - była zawsze zwycięska - lecz by przezimować w Polsce, Gdy było lato, to ani Kutuzow ani Cziczagow nie zbliżyliby się do armii francuskiej, bo oznaczałoby to ich pewną zagładę. Odwrót do Polski był zrozumiały, nie było niczego bardziej naturalnego, jak zatrzymanie się właśnie tam. Do Smoleńska armia przebywała w okolicach, gdzie cesarzowi sprzyjano tak samo, jak we Francji. Lud i władze były mu życzliwe, można było tam zarządzić pobór rekruta i zdobyć konie i żywność. Gdyby w 1812 roku mróz nie nastał 14 dni wcześniej niż zwykle, armia osiągnęłaby Smoleńsk bez strat. Wiadomym było, że w tamtych okolicach w grudniu i styczniu panuje wielki mróz, ale na podstawie notowań temperatur ostatnich 20 lat można było założyć, że nie spadnie ona poniżej 6 stopni poniżej zera. Gdyby ten straszliwy mróz nastał przynajmniej 3 dni później, odwrót odbyłby się w całkowitym porządku, ale utrata w wyniku zimna 30 000 koni miało druzgocące skutki, bo pozostawione musiały zostać wozy, którymi transportowano prowiant i wszystko, co konieczne jest armii. Padła również większość koni artylerii i kawalerii, cała służba była zdezorganizowana, ten tłum, który ciągnął w kierunku Wilna, nie był już armią. W oddaleniu dwóch dni marszu od Wilna resztki armii nie miały już czego się obawiać. Dlatego cesarz uznał za słuszne, by odjechać do Paryża. Tylko stamtąd mógł wywrzeć nacisk na Prusaków i Austriaków. Gdyby zwlekał, mógłby mu zostać zablokowany przejazd przez te kraje. Opuścił więc armię, przekazując dowództwo królowi Neapolu (Murat) i marszałkowi Berthier. Gwardia była wówczas jeszcze kompletna, a armia liczyła ponad 80 000 ludzi, nie licząc korpusu księcia Tarentu (X. Korpus marszałka Macdonalda - przyp. tłum.), który zajmował pozycje nad Dźwiną. W Wilnie było jedzenia w nadmiarze. Zgodnie z raportem, który złożono podczas jego przejazdu, było tam 4 miliony racji mąki, 4,6 milionów racji mięsa, 9 milionów racji wina lub wódki; znaczne zapasy amunicji i mundurów. Gdyby cesarz pozostał przy armii albo przekazał dowództwo posłusznemu księciu Eugeniuszowi, armia nigdy nie opuściłaby Wilna. Ale dano się zastraszyć kilku Kozakom i opuszczono w nocy miasto. Dopiero od tego momentu datują się wielkie straty, jakie poniosła armia; nieszczęściem losu był to krytyczny moment, w którym konieczna była obecność Napoleona zarówno przy armii, jak i w Paryżu. Nie mógł przewidzieć, że w Wilnie nie wykonane zostaną jego polecenia. Nieszczęsne wydarzenia kampanii rosyjskiej były efektem pożaru Moskwy i zbyt wczesnego nastania zimy. Cesarz obawiał się, że ewentualnie może nie mieć możliwości powrotu do Francji, dlatego nie poprowadził armii osobiście do Wilna i Niemiec. Nie chciał narazić się na takie niebezpieczeństwo, dlatego szybko i zuchwale przejechał samotnie przez Niemcy. Na Śląsku omal nie został złapany, gdy pewnego dnia podczas jazdy uszkodzone zostały sanie; ale na szczęście Prusacy zaczęli naradzać się zamiast działać. Postąpili z nim jak Sasi z Karolem XII w podobnych okolicznościach, co skłoniło tegoż do zażartowania podczas jego ucieczki z Drezna: "Zobaczycie, jutro będziecie naradzać się, czy nie lepiej było mnie wczoraj pojmać". Szaleństwem byłoby, gdyby cesarz po wszystkich katastrofach, które wydarzyły się podczas odwrotu spod Moskwy, pozostał przy armii. Prusy wypowiedziałyby mu wojnę 2 miesiące wcześniej i jest więcej niż pewne, że Austria postąpiłaby za ich przykładem; cesarz miałby odcięte wszystkie połączenia z Francją; wszędzie, w każdym kącie zawiązywane byłyby spiski, sojusznicy zmieniliby strony. Armia i cesarstwo byłyby stracone. Obecność Napoleona w Paryżu, jego osobiste wezwanie, umożliwiły mu ponowne stanięcie nad Łabą na czele 300 000 ludzi. Cesarz popełnił wielki błąd przekazując przy swoim odjeździe dowództwo Muratowi, który w istniejących okolicznościach był człowiekiem najmniej zdolnym do skutecznego działania. Berthier nie byłyby lepszy. Cesarz powinien był przekazać armię wicekrólowi Eugeniuszowi, który był wprawdzie uparty, ale przynajmniej wykonałby rozkazy. Napoleon polecił wycofywanie się krótkimi etapami; ale armia pokonywała dziennie 45 kilometrów. Gdyby Murat, po przybyciu do Wilna rozbił obóz p r z e d miastem, wydał to same polecenie wszystkim innym dowódcom korpusów i rozdzielił około 30 dobrych oficerów wzdłuż linii obrony, zebrałby 100 000 żołnierzy. Mógłby utrzymać się w Wilnie przez całą zimę. Pobity Murat był największym tchórzem; dobry był tylko w ogniu. Wszedł do Wilna i zapanował chaos. Nie miał wchodzić do miasta, lecz biwakować przed nim. W mieście znajdowały się ogromne magazyny. Cesarz zrobił wielki błąd nie każąc otoczyć Wilna palisadą i około 15 szańcami, jak pod Dreznem. Ale rozkazał przygotować umocniony obóz; jest winą cesarza, że tego nie nie zrobiono; obowiązkiem głównodowodzącego jest zapewnienie sobie posłuszeństwa! Murat popełnił tak wielkie błędy, bo chciał nocować w pałacu; potrzebował luksusu, kobiet, uczty Lukullusa. Zabrał na kampanię kucharza Roberta i kazał mu na biwaku nakrywać stół, jak gdyby mieszkał w pałacu Elysee. Gdy Rosjanie wzięli Roberta do niewoli, miał on na sobie jedwabne pończochy, wyszywany frak ochmistrza i szpadę u boku; myśleli, że jest jednym z dowodzących generałów. To wielka wada dowódcy, jeżeli nie potrafi poskromić swoich namiętności i słabostek; z tego powodu życie może stracić tysiące ludzi. Pod tym względem wszyscy dowódcy Napoleona zasłużyli na rozstrzelanie; nie było wśród nich żadnego, który by na to nie zasłużył; z powodu ich łapczywości i grabieży utracona została Hiszpania. Wykluczyć z tego grona należa Suchet; ten zachowywał się wzorowo. Nawet wśród pokrytych śniegiem i lodem
pól Rosji Murat nie pozbył się swojej próżności, przywiązując
wielką wagę do swego ubioru; żołnierze nazywali go król Franconi. Do pospiesznego powrotu do Paryża skłoniła dodatkowo Napoleona ważna wiadomość, którą otrzymał w Wilnie; podczas pobytu Napoleona w Moskwie, w Paryżu miał miejsce słynny zamach Maleta. Była to karykatura późniejszego powrotu Napoleona z Elby. Więzień stanu ucieka z więzienia, aresztuje prefekta i nawet ministra policji. Ci, którzy z przyzwyczajenia wszędzie widzą spisek, dali się zakneblować jak cierpliwe owieczki! Prefekt Paryża (Nicolas Frochot, 1761-1828, po powrocie Napoleona do Paryża usunięty ze stanowiska - przyp.tłum.), zazwyczaj bardzo gorliwy i oddany cesarzowi, podporządkował się bez oporu zarządzeniom nowego ministra. Zamachowcy mianowali nowych ministrów, którzy w dobrej wierze natychmiast założyli ministerialne fraki, udając się w nich na wizyty, podczas gdy ludzie, którzy ich mianowali, już znowu siedzieli w więzieniu! Mieszkańcy stolicy następnego poranka dowiedzieli się o nocnej maskaradzie, nie doznając z jej powodów najmniejszych niedogodności. Taki zamach nie mógł mieć w żadnych okolicznościach trwałego powodzenia. Nawet gdyby udał się, już po kilku godzinach musiał samoistnie załamać się. Zamachowcy zmuszeni byliby jeszcze w czasie jego trwania do ukrycia się. Cesarza w całej tej historii poruszył nie sam przestępczy akt, lecz łatwość, z jaką jego najwierniejsi zwolennicy i współpracownicy stali się współwinnymi. Gdy cesarz powrócił do Paryża, z całą niewinnością opowiedziano mu z całą szczegółowością przebieg wydarzeń. Ich uczestnicy z naiwnością przyznali się, jak łatwo dali się złapać na lep i zdawali się oczekiwać, że cesarz wspólnie z nimi cieszyć się będzie ze szczęśliwego zakończenia. Ani jeden nie opowiadał o stawieniu najmniejszego oporu. Odnosiło się wrażenie, że nikt o nim nawet nie myślał; wszyscy przyzwyczajeni byli do rewolucji i przemian; dlatego każdy był gotowy na zmiany i skłonny do dopasowania się do nowych okoliczności. Dlatego miny wszystkich wydłużyły się, gdy cesarz surowym tonem powiedział: "- To wspaniale, moi
Panowie! Myślicie, historia jest zakończona i wszystko jest znowu
dobrze! Mówicie, że wierzyliście, że poległem. Nie mam nic przeciwko
takiemu stwierdzeniu; mogliście w to wierzyć. Ale co z królem Rzymu,
moim synem? Co z Waszymi przysięgami, nie tylko mnie, lecz również jemu
złożonymi? Zaczynam obawiać się o przyszłość." Napoleon postanowił
ukarać kogoś dla przykładu, żeby jego ludzie przynajmniej w przyszłości
mieli się przed nim na baczności. Los padł na biednego Frochot,
prefekta Paryża, który bez wątpienia był bardzo oddany cesarzowi. Ale na
proste wezwanie jednego z tych błaznów gorliwie kazał przygotować dla
nowego rządu salę posiedzeń, zamiast, jak wymagało jego stanowisko,
stawić opór i w ostateczności umrzeć na swoim posterunku! Cesarz chciał armię pozostawić w Wilnie, by mogła tam odpocząć i zreorganizować się. Mała ilość wiosek na zachód od tego miasta i straszliwe zimno aż do 26 stopni poniżej zera, skłoniły króla Neapolu do szukania kwater po tej stronie Niemna. Linia Niemna zajęta była przez marszałka Macdonalda. Dywizje Heudeleta i Loisona stały pomiędzy Niemnem i Królewcem, gdzie znajdowała się kwatera główna armii i gwardii cesarskiej. 17 dywizji, tworzących I., II., III., IV. i IX. korpus stały pod dowództwem wicekróla Eugeniusza, marszałków Davout, Mortier, Ney i Victora w Elblągu, Malborku, Toruniu oraz bogatych i urodzajnych okolicach tych miast. Korpus księcia Schwarzenberga miał za zadanie osłanianie Warszawy, podczas gdy Bawarczycy zbierali się pod Płockiem, a Wirtemberczycy koło Poznania. Gdańsk, Elbląg, Królewiec, Toruń i Modlin posiadały w pełni wyposażone depots. Sam Gdańsk mógł dostarczyć poszczególnym korpusom 300 dział polowych. Istniała zatem możliwość, dzięki tym zapasom, wyrównania strat liczącej, mimo wszystkich ciosów, których doznała, jeszcze 200 000 ludzi Wielkiej Armii i mogła być ona, jak życzył sobie cesarz, jeszcze potężniejsza niż poprzednio. W tym celu zebrał już 40 batalionów nad Odrą, gdzie zajęły one kwatery zimowe. Dołączyć miały do nich pułki generała Grenier, które maszerowały z Włoch i dotarły już do Bawarii. Wszystkie te bataliony tworzyli doświadczeni weterani. 84 bataliony, tworzone przez liczących 22-28 lat żołnierzy, już od roku stały pod bronią i koncentrowały się pod Hamburgiem, by utworzyć Korpus Obserwacyjny Łaby. Kolejnych 40 batalionów, które zgromadziły się pod Weroną, mogły dotrzeć nad Odrę w marcu. Z 70-80 batalionów, które stacjonowały w Erfurcie, Wesel i Moguncji tworzono nad Renem 1. i 2. Korpus Obserwacyjny. Cesarz mógł zatem, nie osłabiając liczącej 260 000 ludzi armii w Hiszpanii i, niezależnie od Wielkiej Armii, liczyć na kolejnych 200 batalionów, tworzonych przez Francuzów i w przeważającej części złożonych z doświadczonych oddziałów, które w marcu mogły stanąć nad Odrą i Łabą gotowe do walki. Mając do dyspozycji takie siły, dochód narodowy w wysokości 1,1 miliarda franków i wiernych sojuszników cesarz mógł zrezygnować z obciążenia swojego narodu nowymi podatkami i nowym poborem. Ta korzystna sytuacja zmieniła się błyskawicznie po zdradzie generała Yorcka, który ze swoim pruskim korpusem przeszedł na stronę wroga. Prusy złożyły wprawdzie cesarzowi uspokajające zapewnienia wierności, ale nie zmieniało to faktu, że armia pruska opowiedziała się po stronie nieprzyjaciela. Bezpośrednimi skutkami tego wydarzenia była konieczność wycofania się króla Neapolu za Wisłę i przeniesienie działań na teren Niemiec i otwarcie bram zdradzie i anarchii. Dlatego cesarz został zmuszony do powołania w szeregi 100 000 francuskiej rezerwy oraz przeprowadzenia w lutym nadzwyczajnego poboru obejmującego poborowych 1814 roku. Napoleon mógł zebrać maksymalnie 600 000 żołnierzy. Ludność jego cesarstwa liczyła 40 milionów, dwa razy więcej niż za czasów Ludwika XIV, którego armia liczyła łącznie z marynarką 500 000 ludzi. Nie należy sądzić, że powołani zostali wszyscy poborowi, tylko część ich trafiła do szeregów. Był to podstęp, mający na celu zmylenie nieprzyjaciela co do liczebności armii. Z tego samego powodu Napoleon w Egipcie polecił wszystkim swoim dowódcom, by wielkości wszystkich dostaw umundurowania, broni etc. były w rozkazach dziennych o 1/3 zawyżane. Tak samo postępowano w czasie kampanii włoskich lat 1796 i 1797. Żaden pobór nie był
przeprowadzany przez cesarza bez odpowiedniego dekretu, przedkładanego
najpierw Senatowi, następnie przesyłanego do sprawdzenia przez specjalną
komisję i w oparciu o jej raport, dyskutowanego. Głosowanie nad nim był
tajne i następowało za pomocą białych i czarnych kul. Przyjęcie dekretu
było więc dowodem, że senatorzy przekonani byli o konieczności nowego
poboru, a cały naród dzielił to przekonanie, bo jak długo Anglia
odmawiała uznania praw i swobody Francji na morzu, odmawiała oddania jej
kolonii i kontynuowała wojnę, tak długo naród gotów był do każdej
ofiary. Łatwo można by udowodnić, że ze wszystkich europejskich mocarstw Francja straciła najmniej. Hiszpania, na którą spadło tyle katastrof, w stosunku do liczby ludności poniosła większe straty niż Francja. Należy pamiętać, ile ludzi straciła Aragonia w samej tylko Saragossie; liczebność armii austriackich, rozbitych w 1800 roku pod Marengo i Hohenlinden, w 1805 roku pod Ulm i Austerlitz, pod Eckmühl, Wagram i Aspern w 1809 roku była w rażącym stopniu niewspółmierna do liczby ludności. W kampaniach tych, za wyjątkiem kampanii 1800 roku, u boku armii francuskiej walczyły kontyngenty bawarskie, wirtemberskie, saskie, polskie i włoskie, stanowiąc nie mniej niż połowę sił; drugą połowę maszerujących pod cesarskimi orłami stanowili w jednej trzeciej Holendrzy, Belgowie, mieszkańcy departamentów nadreńskich, Piemontu, Genui, Toskanii i Rzymu. Prusy straciły zaraz na początku kampanii 1806 roku całą swoją armię, 250-300 000 ludzi; w liczbie tej jest oczywiście spora ilość wziętych do niewoli. Straty francuskie w Rosji były znaczne, ale jednak nie tak wielkie, jak powszechnie przyjęte. Wisłę przekroczyło 400 000 ludzi; tylko 160 000 z nich pomaszerowało przez Smoleńsk na Moskwę; 240 000 ludzi pozostało jako odwody nad Wisłą, Wołgą i Dźwiną, a mianowicie: korpus księcia Tarentu (Macdonald), księcia Reggio (Oudinot), księcia Belluno (Victor), hrabiego Saint-Cyra, hrabiego Reyniera, księcia Schwarzenberga, dywizja Loisona w Wilnie, dywizja Dąbrowskiego pod Borysowem, dywizja generała Durutte pod Warszawą. Połowę owych 400 000 stanowili Austriacy, Prusacy, Sasi, Polacy, Bawarczycy, Wirtemberczycy, Badeńczycy, Hesi, mieszkańcy księstwa Bergu, Westfalczycy i Meklemburczycy, Hiszpanie, Włosi i Neapolitańczycy. Właściwa armia cesarska złożona była w jednej trzeciej z Holendrów, Belgów, mieszkańców Nadrenii, Piemontu, Genui, Szwajcarów, Rzymian, mieszkańców 32.okręgu wojskowego: Bremy, Hamburga itd. Zaledwie 140 000 ludzi używało języka francuskiego Kampania rosyjska kosztowała rdzenną Francję życie 50 000 obywateli. Armia rosyjska straciła w różnych bitwach stoczonych podczas jej odwrotu z Wilna w kierunku Moskwy 4 razy więcej ludzi niż armia francuska. Wskutek pożaru Moskwy życie straciło 100 000 Rosjan, którzy w okolicznych lasach zmarli z głodu i zimna. W czasie marszu od Moskwy aż nad Odrę armia rosyjska poniosła w wyniku niesprzyjających warunków klimatycznych identyczne straty jak francuska. W momencie wkroczenia do Wilna liczyła ona 50 000 ludzi, w Kaliszu mniej niż 18 000; można zatem powiedzieć, że straty Rosji w tej kampanii była 6-krotnie wyższe niż Francji. Straty Anglii w Indiach, Holandii, Buenos Aires, na San Domingo, Egipcie i Ameryce wykraczają poza granice wyobraźni. Zawsze wierzono, że Anglia oszczędza swoich żołnierzy; w rzeczywistości było wręcz przeciwnie, wykorzystywano ich do granic wytrzymałości w czasie ryzykownych ekspedycji, bezsensownych ataków i w niezdrowym klimacie kolonii. Reasumując można
powiedzieć, że Francja straciła w przeciągu 15 lat mniej żołnierzy niż
pozostałe mocarstwa Europy; to tłumaczy, dlaczego liczba jej ludności po
1800 roku tak znacznie powiększyła się. Tylko głupota i nienawiść
próbuje wmówić Europie, że Francja w 1814 roku nie miała już ani ludzi
ani koni, że jej rolnictwo i finanse były zrujnowane, ludność żyła w
skrajnej nędzy, a na polach widzieć można było jedynie starców, kobiety
i dzieci. Francja była wówczas najbogatszym krajem świata, dysponowała
większą ilością pieniędzy niż cała Europa razem wzięta! KONIEC TOMU ÓSMEGO |
||
|
|
|||||
|
|||||