Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Wojtach Łukasz, Napoleońska wojna podjazdowa

Opublikowano w Monografie

...w świetle regulaminu Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni.

 

I. Wstęp


1. Cel i założenia pracy

Punktem wyjścia niniejszej pracy będzie analiza regulaminu Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni1 przeznaczonego dla lekkiej kawalerii Księstwa Warszawskiego, przetłumaczonego z języka francuskiego przez Aleksandra Oborskiego. Regulamin ten, wydany w 1812 r., nie wszedł w życie i sam w sobie nie miał większego wpływu na kształt późniejszej polskiej, czy zagranicznej myśli wojskowej. Dlatego też nie zamierzam analizować go pod kątem jego przydatności w szkoleniu kawalerii, czy też zastanawiać się, na ile był lepszy, czy gorszy pod tym względem od podobnych regulaminów wydawanych dla innych armii. Interesować mnie będzie raczej treść Przepisów, jako suma wiedzy o metodach prowadzenia wojny podjazdowej, wizja zadań, do jakich była przeznaczona lekka kawaleria i sposobów ich wykonywania. Przedmiotem mojej uwagi będą przyczyny umieszczenia poszczególnych zaleceń w tym regulaminie, ich relacja do realiów napoleońskiego pola walki, a także jakich elementów, których można by się spodziewać, zabrakło. Podejmę również próbę odpowiedzi na pytanie, jaka mogła być przyczyna wydania właśnie takiego regulaminu w 1812 r.


Alarm na biwaku lekkiej kawalerii w 1812 - Lalauze

By zilustrować ewentualny związek zaleceń regulaminowych lub jego brak z rzeczywistością pola walki, zamierzam posłużyć się źródłami pamiętnikarskimi z epoki. Są one bardzo przydatne w tej roli. Przepisy ukazują nam taki obraz wojny podjazdowej, jak wyższe dowództwo chciałoby, aby ona wyglądała, z punktu widzenia niekoniecznie bliskiego zwykłemu żołnierzowi. Pamiętniki natomiast ujawniają świat oglądany oczyma osób zaangażowanych osobiście w poszczególne sytuacje, o których traktuje regulamin. Pozwala to o wiele lepiej zrozumieć przyczyny umieszczenia danych zaleceń w regulaminie, a także w jakimś stopniu weryfikować ich sensowność. Oczywiście żadnego z tych źródeł nie można traktować jako w pełni wiarygodnego i obiektywnego. Jednak, jako że interesować mnie będą raczej metody działania, niż konkretne wydarzenia, to subiektywność pamiętnikarzy (z których większość pisała swe dzieła wiele lat po wojnach napoleońskich) i ich ewentualne pomyłki w opisie danych sytuacji nie powinny stanowić poważnej przeszkody. Postaram się ukazać charakterystykę służby w ubezpieczeniach, zwiadzie, czy innych zadaniach wyznaczanych zwykle lekkiej jeździe tak, jak postrzegali je oficerowie, do których interesujący mnie regulamin był właśnie skierowany.
Idąc za wzorem Przepisów nie będę się ograniczał wyłącznie do analizy działań kawalerii. W kręgu mojego zainteresowania znajdą się również inne rodzaje broni o tyle, o ile wykonują zadania związane z ubezpieczeniami i zwiadem, jako że podstawowe zasady działania w tzw. małej wojnie były wspólne dla kawalerii i piechoty.

2. Oborski i jego dzieło

Aleksander Antoni Oborski, syn Józefa Oborskiego i Petroneli z Ossowskich, urodził się 6 marca 1779 r. w Warszawie. Lata 1785 - 1792 spędził w Szkole Rycerskiej. Po ukończeniu nauki został chorążym artylerii koronnej. Uczestniczył w wojnie 1792 r. i Powstaniu Kościuszkowskim, w którym zdobył stopień porucznika. Następnie, podążając śladem wielu innych, wstąpił do Legionów Polskich w 1798 r., odbył kampanię włoską, lecz po pokoju w Luneville wrócił do Polski. W 1807 r. znów wstąpił do wojska, brał udział w kampanii pruskiej, dostał awans na kapitana 3 pułku ułanów, a później szefa szwadronu w 8 pułku ułanów. W wojnie austriackiej walczył pod rozkazami A. Rożnieckiego, m.in. pod Raszynem. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari w 1810 r. Wojnę 1812 r. odbył w stopniu majora w 13 pułku srebrnych huzarów w V korpusie ks. Józefa Poniatowskiego. Za tę kampanię uzyskał Order Obojga Sycylii przyznany przez Murata. Właśnie w 1812 r. ukazały się jego Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni w tłumaczeniu z francuskiego. Jak widać powyżej, Oborskiemu nie brakowało doświadczenia wojskowego. Oprócz dobrej znajomości francuskiego, niezbędnej przy tłumaczeniu regulaminu, miał on niewątpliwie wystarczającą wiedzę, by nie tylko przekładać obcojęzyczny tekst w taki sposób, by był jak najbardziej zrozumiały i przydatny dla polskich oficerów armii Księstwa Warszawskiego, lecz także z powodzeniem mógł uzupełniać go o własne przemyślenia.
Ze zrozumiałych przyczyn dalsze dzieje Aleksandra Oborskiego nie są dla tej pracy już tak istotne. Warto nadmienić tylko, że uczestniczył w wojnach napoleońskich aż do 1814 r., doszedł do stopnia pułkownika oraz zasłużył sobie na Krzyż Kawalerski i Krzyż Oficerski Legii Honorowej. Później był znany raczej jako malarz. W Powstaniu Listopadowym wziął udział, ale nie popisał się niczym chwalebnym, okazując się fatalnym organizatorem jazdy w augustowskiem. Zmarł w 1841 w Lublinie2.
Układ Przepisów przedstawia się w ten sposób, że lwią jego część stanowią zalecenia dla oficerów. Obowiązki sierżantów i zwykłych żołnierzy omówione zostały końcowych partiach regulaminu. Oto tytuły poszczególnych rozdziałów3:
1. Utrzymywanie placówek i straż przednich przez jazdę lekką
2. Ostrożności, które zachować mają placówki i straże przednie w nocy
3. Placówki i straże przednie piechoty
4. O wywiadach i rozpoznaniach
5. O sprawieniu oficera wysłanego po niewolnika
6. Sposób ujęcia niewolnika przez piechotę
7. O wywiadach i rozpoznaniach nocnych
8. O wywiadach i rozpoznaniach nocnych piechoty
9. O prowadzeniu się w natarciu oddziałem ciężkiej albo lekkiej jazdy
10. Prowadzenie się oficera odkomenderowanego przed korpusem w czasie akcji
11. Prowadzenie się oficera dowodzącego łańcuchem w czasie furażowania
12. O sposobach atakowania furażujących
13. O eskortowaniu konwoju
14. Sposób atakowania konwoju
15. O placówkach oddzielnych strzegących leże
16. O placówkach strzeżących zimową leże
17. O miejscach zbioru
18. O napadnięciu placówki letnią lub zimową okrywającą leże
19. Prowadzenie się oficera wysłanego do zapewnienia kontrybucji
20. O okamiarze i niektórych powinnościach tyczących się dowodzącego pułkiem
21. Powinności huzara, strzelca konnego i pieszego na przedniej straży i podsłuchach będących
22. Powinność wyślednika wysłanego celem zabezpieczenia marszu oddziałowi, który składa
23. Powinność kaprala, czyli sierżanta rozstawiającego widzów oraz straże
24. Powinność kaprala, czyli sierżanta wysłanego na wywiady.


Konstrukcja pracy jest określona przez układ regulaminu, lecz oczywiście nie stanie się jego wiernym powtórzeniem. Główną jej część stanowią rozdziały II i III zawierające omówienie najważniejszych kwestii - ubezpieczanie armii podczas postoju i w marszu. Pozostałe zadania lekkiej jazdy, w których stosuje się te same ogólne zasady, wyłożono w rozdziale IV. Na koniec omówię rozdział o tzw. okamiarze, której znaczenie można lepiej docenić w kontekście wszystkich zadań lekkiej kawalerii. W niniejszej pracy nie zamierzam zajmować się sposobami prowadzenia samej walki, rolą lekkiej jazdy podczas bitwy, ani metodami wybierania kontrybucji. Przepisy poruszają owe kwestie, lecz uważam, że wykraczają one poza temat napoleońskiej wojny podjazdowej.

II. Placówki, czyli strzeżenie się podczas postoju


1. Rozstawianie placówki w terenie

Straże w armiach napoleońskich składały się zasadniczo z trzech części. Najbardziej wysunięty na zewnątrz był łańcuch widzów4 (vedettes), to oni byli właściwymi oczyma i uszami armii. Za nimi znjadowały się straże posiłkowe (petite garde), złożone z paru ludzi wraz z sierżantem - dość by strzec, zmieniać i wspierać w razie napadu widzów na ich stanowiskach oraz by móc wydzielić eskortę dla zatrzymanych ludzi, których należało odprowadzić dalej, do dowódcy. Dopiero za nimi winna znajdować się właściwa placówka, zwana też grangardą (od grande garde), oddziału (zwykle w sile plutonu bądź kompanii), który znajduje się w ubezpieczeniach5. Cały ten system miał na celu danie jak największej ilości czasu głównym siłom na stanięcie pod bronią w razie ataku, poprzez wykrycie nieprzyjaciela jak najdalej od właściwego obozu. Innymi, niemniej ważnymi, funkcjami było zapobieganie wchodzeniu niepowołanych osób do obozu i zatrzymywanie dezerterów oraz utrudnianie działań nieprzyjacielskim podjazdom.
Według Przepisów wystawianie placówek należy do dowodzącego oficera, nie może się on w tym zadaniu spuszczać na swoich podkomendnych. Przed rozplanowaniem poszczególnych stanowisk trzeba dokładnie zbadać teren i skonfrontować go z mapą. Sama mapa (relacje pamiętnikarskie dowodzą, że najczęściej jej brakowało) nie wystarczy - zawsze warto przepytać okolicznych mieszkańców o to, jak nazywają się poszczególne miejscowości, dokąd prowadzą okoliczne drogi, w jakim są stanie itp. Do tego niezbędna jest choć jedna osoba w oddziale, która zna miejscowy język, o co oficer wybierający się na placówkę powinien zawsze zadbać. Regulamin nadmienia również, że przy planowaniu placówki bardzo przydatna może okazać się luneta, którą każdy dowódca powinien posiadać (i znów, podobnie jak z mapą, w pamiętnikach trudno się doszukać wzmianek o lunetach na wyposażeniu niższych oficerów).


Szwoleżer w 1812 r. - Bagieński

Te wszystkie czynności mają na celu zorientowanie się w ukształtowaniu terenu, zarówno pod kątem przydatności poszczególnych miejsc do założenia grangardy, rozstawienia wedet itp., jak i możliwości wykorzystania terenu przez nieprzyjaciela. Oficer dowodzący powinien podług Przepisów zadać miejscowym, jak i sobie następujące pytania: Czy w okolicy znajdują się jakieś brody, mosty, czy ciaśniny, które mogą ograniczać ruch wojsk? Czy warto je obsadzić, czy są za daleko? W jaki sposób można by je szybko zniszczyć lub zatarasować? Czy stan dróg i mostów pozwala na przejazd artylerii i taborów, czy też może jest tak zły, że z tej strony nie należy się spodziewać niebezpieczeństwa, ani planować własnej marszruty? Jaka jest przepustowość owych dróg, czy nie zepsują się szybko w razie przemarszu dużych sił, bądź deszczu? Czy można poruszać się z łatwością na przełaj, czy raczej nie (z powodu np.: żywopłotów)? Dokładne poznanie nazw miejscowych dzięki wypytaniu okolicznych mieszkańców jest niezbędne, bez tego trudno zdawać raporty wyższemu dowództwu, czy przekazać placówkę innej jednostce. Cóż z tego, że dowodzący placówką zauważy ruch nieprzyjaciela na jakiejś drodze, jeśli nie będzie potrafił określić położenia tej drogi na przedstawionej mu mapie?6
Podstawową zasadą, jaką powinien kierować się według Przepisów oficer rozstawiający łańcuch widzów to zachowanie takiej odległości między nimi, by mogli się oni wzajemnie widzieć i mieć wgląd na całą przestrzeń pomiędzy nimi. Tak samo straże posiłkowe powinny mieć w zasięgu wzroku wszystkie swoje wedety i zarazem być widziane przez grangardę. Oborski zdawał sobie jednak sprawę, że z powodu niewystarczającej liczby ludzi, bądź ukształtowania terenu "standartowy" system nie zawsze będzie działał. Stąd wspomina, że do miejsc, których nie można mieć pod stałym nadzorem, powinny być wysyłane co jakiś czas patrole złożone z 2 - 3 ludzi. W razie potrzeby widze nie muszą też stać w miejscu, a mogą ciągnąć się w lewo i prawo od swojego posterunku. Można też ustawiać wedety "pośrednie", które będą utrzymywały komunikację z widzami zbytnio oddalonymi od straży posiłkowych, np. na górce przed frontem łańcucha czat. W przypadku mało licznego oddziału lub podczas ciemnej nocy można zrezygnować ze straż posiłkowych, ustawiając wedety w zasięgu wzroku grangardy.
Zawsze należy się zatroszczyć o to, by żołnierze na czatach mieli wolną drogę odwrotu do grangardy. Kolejnym zaleceniem jest oczywiście zapewnienie widzom jak największego pola widzenia przed frontem. Wreszcie dobrze jest, by wszystkie części placówki były osłonięte przed wzrokiem wrogich zwiadowców.7
Stąd, według naszego regulaminu, zawsze warto obsadzać w dzień wzgórza, które dają duże pole widzenia, a ich zabezpieczenie utrudnia nieprzyjacielowi wykorzystanie wzniesień terenu do obserwacji osłanianej armii. Również godne uwagi są wszelkie krzaki, zagajniki itp. dające osłonę widzom. Nie można ich na pewno zostawić nieobsadzonych, jeśli znajdują się pomiędzy poszczególnymi stanowiskami. Należy również bezwzględnie unikać miejsc ograniczających widoczność, jak las, wzgórze, czy wieś przed frontem łańcucha wedet. Mogłyby one umożliwić skryte podejście nieprzyjacielskich oddziałów i zagarnięcie wedet lub, co gorsza, zniesienie całego oddziału, który nie zdążyłby na czas stanąć pod bronią. Podobnego niedopatrzenia dopuścił się, według Józefa Załuskiego, generał Sebastiani podczas kampani 1812 r.: Była za klasztorem dominikanów w Drui wyspa na Dźwinie lasem okryta, zasłaniająca zupełnie brzeg prawy rzeki i ułatwiająca napad z tamtej strony. Lękałem się, aby stamtąd awangarda jazdy francuskiej, złożona z dwóch pułków szaserów pod komendą jenerała St. Genier, do którego należał i pułk Umińskiego nie doznała napadu. (...) Nazajutrz, albo drugiego dnia, nadeszła wiadomość arcynieprzyjemna, że Kulniew, jenerał rosyjski, sławny u nich partyzant, w 5000 jazdy i lekkiej piechoty przeprawił się przez Dźwinę, położywszy most za wyż powiedzianą bliską wyspą niepostrzeżony i wpadł najprzód na przednią straż Umińskiego, którą zniósł (...); rozbił potem brygadę jenerała St. Genier i jego samego pojmał.8 Można mieć spore wątpliwości, czy do zadań Sebastianiego należało rozstawianie placówek owych pułków jazdy. Niewątpliwie jednak ktoś popełnił błąd nie ubezpieczywszy tej wyspy placówką, w sile choćby jednego plutonu, który bez problemu mógłby wykryć przeprawiających się Rosjan i ostrzec zagrożone pułki.


Zwiad kirasjerów - Detaille

Przepisy podkreślają, że konieczne jest obsadzenie wszelkich dróg w bliskości placówki, a także umieszczenie straży posiłkowej w pobliżu - wedeta postawiona przy drodze będzie miała więcej pracy przy zatrzymywaniu i przepytywaniu cywilów. W przypadku zabezpieczania mostu należy rozstawić czaty przed wjazdem nań, od strony nieprzyjaciela. Natomiast umieszczona tuż za mostem straż posiłkowa powinna mieć przygotowane materiały i plan jego szybkiego zatarasowania (w przypadku mostów kamiennych), zburzenia, bądź podpalenia (w przypadku mostów drewnianych), co niewielkim nakładem sił może pozwolić na znaczne opóźnienie marszu przeciwnika. Gdyby zaś most był już zburzony, warto mieć środki do jego szybkiego odbudowania, w razie gdyby przyszło samemu się przeprawiać przez rzekę.9

2. Funkcjonowanie placówki

Sposób wyznaczania ludzi mających pełnić służbę na placówce nie został w Przepisach objaśniony. O tym, jak to było zorganizowane w wojsku Księstwa Warszawskiego, wspomina Dembiński: Mieliśmy wtedy błędną zasadę w komenderowaniu placówek i forpoczt, tj., że zamiast kolejnej służby kompaniami, którą jenerał Sokolnicki dopiero w 1813 r. u nas zaprowadził, tu odbywaliśmy mozolne przez wachmistrzów wywoływanie ludzi z każdej kompanii, któremi znów komenderował oficer równie kolejno z poruczników i podporuczników wyznaczony. Do adjutanta majora należało zebranie tak dziwnie składanego oddziału, a dopiero kapitan inspekcyi oddział ten brał i na forpoczty prowadził.10 Uważam, że brak tej kwestii w Przepisach jest sporym uchybieniem, zważywszy na podkreślaną konieczność dobrej współpracy między poszczególnymi żołnierzami a oficerem na placówce. Ponadto, w wypadku ataku przeciwnika taki improwizowany oddział mógł łatwo pójść w rozsypkę.
Przepisy przewidują podział oddziału pełniącego straż na trzy zasadnicze części. 1/3 winna znajdować się na wedetach i w strażach posiłkowych, 1/3 w grangardzie, zaś pozostała część może zajmować się pasieniem koni, zdobywaniem żywności itp. W ten sposób dowodzący powinien mieć zawsze przynajmniej 2/3 oddziału do dyspozycji. Paść konie należy dwa razy dziennie, przed wyjściem na straże dzienne i nocne. Każda 1/3 oddziału oczywiście robi to oddzielnie i przechodzi cykl: pasienie > pobyt na straży > pobyt w grangardzie. W razie upałów należy zadbać o wodę dla ludzi i koni przebywających na straży, żeby sami nie musieli się tym zajmować.11 Interesującym komentarzem do tych zaleceń może być fragment pamiętnika Dezyderego Chłapowskiego dotyczący losów francuskiej dywizji po bitwie pod Budziszynem w 1813: Dywizja Maison stanęła przed tem miastem [Hanau], a nie za miastem [czyli miała miasto za sobą] i wystawiwszy w blizkości przed sobą kilka słabych placówek z czatami, złożyła broń w kozły i rozeszła się cała po żywność do miasta. Jazda nieprzyjacielska poblizkim laskiem zakryta, napadła i porąbała placówki, dostała się do broni w kozły złożonej, straż pobiła i po kilku minutach cofnęła się. Nie wielka była strata w ludziach, ale znaczny zły wpływ moralny. Nie byłoby się to stało, gdyby dywizja stanęła za miastem [czyli, aby miała miasto przed swoim frontem], a przeznaczyła jeden batalion do zajęcia ostatnich domów w mieście przed sobą i wystawienia czat i placówek. Kiedy przedniej straży nie wypada stanąć pod miastem lub wsią i położenie zmusza przejść przed miasto i stać na polu, trzeba się strzec dobrze i po żywność, drewno, słomę rozpuszczać częściami.12 Z tego cytatu widać, jak fatalne konsekwencje mogły mieć błędy przy wystawianiu placówek - takie jak nie rozpoznanie owego lasku przy rozstawianiu łańcucha widzów oraz, wytknięte przez Chłapowskiego, rozpuszczenie zbyt wielkiej ilości ludzi na raz.
Jeżeli któryś z widzów spostrzeże zbliżających się ludzi, to Przepisy polecają, aby przejechał do 50 kroków13 w przód, celem lepszego zbadania sytuacji i, jeśli okaże się, że to nieprzyjaciel, winien wystrzelić z posiadanej broni. Nie tyle po to, by próbować kogoś zastrzelić (choć oczywiście powinien mierzyć do wroga), ale by szybko postawić całą placówkę na nogi14 - ówczesna broń palna, choć niecelna, była bardzo głośna i w tym zadaniu niewątpliwie świetnie się spisywała. Tutaj można Przepisom wytknąć pewną sprzeczność. Otóż, jak było wyżej wspominane, zalecają one, by straże, nie wyłączając widzów, były w miarę możliwości zamaskowane przed wzrokiem nieprzyjaciela, podczas gdy owo wyjeżdżanie naprzód mogło prowadzić do odkrycia wedety. Poza tym znając taki zwyczaj, przeciwnik mógł go wykorzystać, zwłaszcza przy gorszej widoczności, do pojmania widza, wywabiając go do przodu.
Po usłyszeniu strzału, straż posiłkowa powinna przybyć na pomoc w to miejsce, wraz z dowodzącym placówką. Dlaczego natomiast według Przepisów oficer ma tracić czas na jazdę do swojej wedety, zamiast od razu formować oddział do boju? Otóż czaty najczęściej miały kłopoty nie tyle z siłami dążącymi do zaatakowania strzeżonej armii, ile z rekonesansami złożonymi z paru, parunastu ludzi, którzy kręcili pod pozycjami wedet, ewentualnie zganiali je na krótko z miejsc obserwacyjnych, by samemu mieć wgląd w pozycje osłanianej armii. W takiej sytuacji przedwczesne zebranie wszystkich widzów i straży mogło tylko ułatwić przeciwnikowi jego zadanie i zarazem niepotrzebnie męczyło ludzi i konie.
Jeśli zagrożenie jest bezpośrednie, to oczywiście widzowie powinni wycofywać się w kierunku straży posiłkowych, i razem z nimi próbować stawić opór, strzelając przy tym gęsto z broni palnej, m.in. po to, by reszta oddziału i przyległe placówki mogły się zorientować o skali zagrożenia po natężeniu ostrzału. W miarę możliwości straże posiłkowe powinny unikać prostego i szybkiego odwrotu do grangardy, lecz raczej wycofywać się w inną stronę, by ścigający je przeciwnicy nie wpadli od razu do grangardy, co łatwo mogłoby się skończyć rozbiciem całego oddziału na placówce. Oczywiście w przypadku tak poważnego ataku należy natychmiast posłać gońca do głównodowodzącego oraz przyległych placówek, a sam oddział składający placówkę winien postępować analogicznie do swej straży posiłkowej - starać się jak najbardziej zyskać na czasie poprzez możliwie powolny odwrót w innym kierunku, niż znajdują się główne siły15. Przy opisie owej procedury działania widać, jak ważne, by poszczególne stanowiska znajdowały się w zasięgu wzroku i słuchu - w innym wypadku łatwo mogłoby dojść do zniesienia kolejnych ubezpieczeń, zanim pozostałe zdążyłyby zareagować.
Przepisy przewidują również inne zadania dla widzów - mają oni zatrzymywać wszystkich ludzi - cywilów, dezerterów, czy oficerów - którzy nie znają hasła umożliwiającego wolny przejazd, aż do ich wypytania przez sierżanta bądź oficera dowodzącego placówką. Francuskie qui vive?, czy niemieckie wer da? było wyrażeniem ustawicznie powtarzanym na wedetach. Z pozycji kuriera, z właściwym sobie dowcipem, opisuje to Aleksander Fredro, oficer sztabowy podczas kampanii 1813 r.: Dla oficera sztabowego, pędzonego ciągle jakby złym duchem po drogach ścieżkach, manowcach dniem i nocą, zapytanie: "Qui vive!" - jest zanadto wielkiej wagi, aby nie mógł znać wszystkich tegoż odcieni. Pędząc z nocnym wichrem jak der Wilde Jager, częstokroć przez niewychłódłe pola bitwy, woła: "Qui vive!" do konia, co się o trzech nogach dowlókł do drogi, woła do drzewa, co się opodal czerni, woła czasem do niczego. Ciekawość nieustanna, ale do przebaczenia - i lis po kniei goniony pytałby się niezawodnie, gdyby mógł przemówić. Jeżeli nawet wjedzie (oficer rozumie się) na nieprzyjacielską placówkę, jego "Qui vive!" staje mu się chwilową tarczą. Alarmuje nim drugich, kiedy sam tymczasem cofa się podług metody zwanej: "W nogi!" Dlatego "Qui vive!" zawsze ma na języku, dlatego i sposób w jakim go usłyszy, odkrywa mu wyraźnie z kim ma do czynienia. I tak: "Qui vive!" głośne, przeciągłe, jakby echa wyzywające, oznacza dobrego żołnierza, zdaje się mówić: "Stój, bo Ci w łeb strzelę". Wrzaskliwe, ale prędko, krótko wyrzucone zdradza rekruta, mówi: "Odpowiadaj czym prędzej, bo mnie tu samemu stać niemiło...", albo też "Uciekaj! Bo ja ucieknę". Chrapliwe nareszcie, a grubym głosem wyrzeczone znamionuje indywiduum, które niespodzianymi okolicznościami zostało pchnięte w zawód rycerski, podobne jest do śpiewu dziecka, kiedy musi przez ciemny pokój przechodzić. Na "Qui vive!" pierwszej kategorii nim odpowiesz, możesz zażyć tabaki. na drugiej zaś i trzeciej odpowiadaj jak najśpieszniej, bo gdzie dusza na ramieniu, tam palec na cynglu.16 Powyższy fragment, mimo swej żartobliwej konwencji, dobrze ukazuje specyfikę służby na czatach - widz, wbrew wrażeniu, jakie można odnieść czytając regulaminy, nie był bezdusznym automatem wykonującym swe zadania według jasnego schematu. Stawiany wobec najrozmaitszych sytuacji, mierząc się z własnym lenistwem, czy strachem musiał często podejmować samodzielne decyzje. Tym łatwiej można zrozumieć, dlaczego wbrew ekonomii sił Oborski polecał stawiać po dwóch ludzi na wedecie.17 Jeśli postawiło się, choć dwóch żołnierzy w jednym miejscu, to łatwiej przychodziło znieść im tą służbę i była większa szansa, że przynajmniej jeden z nich zachowa zimną krew w razie niebezpieczeństwa. Poza tym pojedynczy żołnierz mniej chętnie wyjeżdżał sprawdzić dochodzące go hałasy i nie miał tyle śmiałości przy przepytywaniu pojedynczych ludzi.
Przez łańcuch wedet można było przejechać bez zbędnych "formalności" znając odpowiednie hasło. Było ono zmieniane codziennie, wieczorem, przed objęciem placówki przez zmianę nocną18.
Widz postawiony na czatach, powinien wedle Przepisów siedzieć wciąż w siodle (o ile był z kawalerii oczywiście) i z karabinem na kruczku. Aby nie ograniczać swojej czujności nie wolno mu też zakładać kaptura (choćby było zimno, lub padało). Również zabrania się mu palić fajek, rozmawiać z innymi widzami oraz śpiewać19. Z jednej strony nie sposób odmówić Oborskiemu dbałości o szczegóły. Widać, że dobrze poznał on szkodliwe, z punktu widzenia dowódcy, zachowania żołnierzy postawionych na czatach. Z drugiej strony można sobie wyobrazić uciążliwość tego rodzaju służby. Jeśli jeszcze przyszło ją odbywać w trudnych warunkach atmosferycznych, musiała być naprawdę nieprzyjemna. Pewne pojęcie daje nam o tym Chłapowski, opisując swoje cierpienia na placówce w okolicach Gdańska w marcu 1807 r.: Zanotowałem sobie 12-go marca, noc na placówce bardzo przykrą, bo już byliśmy się jako tako urządzili i ogień rozłożyli, aż tu przybywa podpułkownik Cedrowski i przynosi mi rozkaz posunięcia się pod spalone przedmieście Schotland, gdzie zabroniono nam ognia palić, aby się nieprzyjacielowi nie objawić. Tam bez słomy, bez ognia całą noc mokrą przepędziliśmy, drepcąc dla rozgrzania się po śniegu z błotem pomieszanym.20 Ale nawet wtedy, pod okiem Chłapowskiego, który lubił wytykać wszelkie błędy, czytamy, że: (...) usłyszałem kilku śpiewających dawną piosnkę wojska naszego, z czasów Kościuszki (...)21 Można stąd wysnuć wniosek, że opisując powinności widza Oborski, dając tak drakońskie zalecenia, mimo dobrych chęci, nie wziął w dostatecznym stopniu pod uwagę wytrzymałości ludzi na trudy oraz nudę.


Berek Joselewicz pod Kockiem - J.Kossak

3. Różnice w zastosowaniu piechoty i kawalerii

Choć Przepisy są skierowane przede wszystkim do oficerów lekkiej jazdy, to Oborski starał się tak ułożyć swój regulamin, by miał on zastosowanie także dla piechoty. W większości kwestii nie było to specjalnie trudne, gdyż, jak choćby wynika z przykładów cytowanych wyżej, zasady działania były jednakowe dla obu rodzajów broni. Mimo to w Przepisach nie zabrakło oddzielnego rozdziału, który jest przeznaczony specjalnie dla piechoty. Podstawową różnicą między obydwoma formacjami, jest, co oczywiste, posiadanie koni przez kawalerzystów, dzięki czemu mogą się oni zawsze szybciej wycofywać z zagrożonych pozycji, niż piesi żołnierze. Stąd pierwszy wniosek - piechota musi bardzo uważać, by jej placówki nie były zbyt rozproszone i oddalone od reszty sił, tak, by były w stanie wycofać się bez strat w razie ataku wrogiej kawalerii. Dlatego też w otwartym terenie kawaleria lepszą jest od piechoty, gdyż może pokryć większy teren, dalej rozsyłać patrole i szybciej reagować na zagrożenia.
W trudnym terenie jednak, jak lasy, góry, czy zabudowania, koń może stać się niepotrzebną zawadą i tam należy rozstawiać piechotę. Piechota tak powinna zorganizować swą placówkę, by droga odwrotu widzów była łatwą dla nich, ale trudną do przebycia dla wrogiej konnicy. Korzystając z posiadania skuteczniejszej broni palnej, piechota powinna umacniać stanowiska swych straży posiłkowych i grangard i w razie potrzeby bronić się w nich, a nie występować w otwartym polu. Bardzo dobrym miejscem na placówkę piechoty jest np. wieś z kościołem. W takim wypadku wybornym punktem obserwacyjnym może być wieża kościelna. Nie tylko dlatego, że daje szerokie pole widzenia, ale również z tego powodu, iż zwykle główne drogi w okolicy, którymi najprawdopodobniej posuwała by się wroga armia, prowadzą właśnie do świątyni. Ponadto na wieży kościelnej znajdował się zwykle dzwon, przy pomocy którego można było ostrzec przed niebezpieczeństwem nawet znacznie oddalone wedety, czy inne placówki. Wokół kościoła najczęściej rozciągał się cmentarz, który z kolei nadawał się świetnie na umocnioną grangardę.22

4. Specyfika pełnienia straży nocą

Na noc placówka powinna zmienić swoje rozstawienie - przede wszystkim musi zagęścić sieć widzów z powodu słabej widoczności i postawić tychże bliżej głównego posterunku. Samą grangardę też najlepiej umieścić w innym miejscu, niż za dnia, tak by nieprzyjaciel nie wiedząc, gdzie się ona znajduje, nie miał ułatwionego zadania przy przekradaniu się przez straże nocą. Stąd, o ile pozycje nocne należy sobie zaplanować za dnia, przenosić się na nie najlepiej jest po zachodzie słońca - wszystko dla kamuflażu.23
Ważna zmiana zachodzi w przypadku obsady wzniesień - nocą nie należy stawiać widzów na szczytach wzgórz, gdyż i tak nie będą mogli stamtąd dostrzec, co się dzieje w dole, natomiast sami mogą być widoczni na tle nieba.24 W nocy, wobec słabej widoczności, wielkiego znaczenia nabiera zmysł słuchu. Należy przywiązywać wagę do wszelkich odgłosów, często przytykać uszy do ziemi, co przydaje się zwłaszcza do wykrycia kawalerii poruszającej się drogą. Jeżeli coś słychać w oddali, widz powinien pojechać do 200 kroków25 naprzód z karabinem gotowym do strzału, by sprawdzić, co się dzieje.26 Wobec słabej widoczności system ostrzegania poprzez strzały karabinowe nabierał szczególnej wagi - oto co się przydarzyło według Chłapowskiego polskiej piechocie podczas oblężenia Gdańska: O czwartej już zluzowałem kompanią 12-go regimentu, i ledwieśmy się w rowie umieścili i składać tornistry zaczęli, padł na nas z lewej strony grad kul. Chociaż jeszcze ciemno było, ale od śniegu jaskrawo, spostrzegłem tyralierów bieżących, aby nam z tej strony tył zabrać. Badeńczycy [którzy mieli stanowisko obok] musieli byli bez wystrzału się poddać lub uciec, tego nie wiem, bo tyralierzy nieprzyjacielscy już kilkaset kroków dalej jak przekop badeński prawie już poza nas się posuwali.27 Jak widać brak strzałów ze strony Badeńczyków spowodował, że sąsiednia kompania w ogóle nie zauważyła, że jest otaczana, dopóki Prusacy nie zaczęli do niej strzelać. Sam Chłapowski dostał się w trakcie tego incydentu do niewoli, a jego kompania została rozbita.
Przepisy odnoszą się również do sytuacji, gdy armia chcąc oderwać się od nieprzyjaciela opuszcza nocą swoje stanowiska. W takim wypadku zaleca, by placówki pełniły swą służbę przez całą noc, aby przez swą obecność utrudniały nieprzyjacielowi wykrycie odwrotu. Daje również poradę "psychologiczną" - żołnierzy nie należy w takiej sytuacji informować o tym, ze następuje odwrót głównych sił, by swą nadzwyczajna aktywnością, czy krzątaniem się nie dawali powodu do podejrzeń oraz by po prostu nie opuszczali swych stanowisk przed czasem ze strachu, że o nich zapomniano. Jest to niewątpliwie cenna rada, ale trzeba przyznać niechęć to osłaniania odwrotów też była zrozumiała, gdyż generałom faktycznie zdarzało się zapominać o straży tylnej, o czym między innymi przekonał się Załuski w Hiszpanii: Zdarzyło się, że w ostatnim marszu mnie wypadło być z plutonem na placówce, co Francuzi nazywają "grande garde". Wedety moje rozstawione były po pagórkach, ja sam z placówką stałem w miejscu, z którego można było przejrzeć całą okolicę. Koło południa nie tylko ujrzałem wielki ruch w obozie hiszpańskim pod miastem Astorga, ale ogień karabinowy i armatni. Dałem znać o tym osobliwszym zjawisku do mojej komendy i czuwałem z podwójną bacznością, nie mogąc pojąć co by te ognie, formalne salwy znaczyły. (...) Gdy zmierzch wieczorny nadszedł, otrzymałem rozkaz zachowania się na posterunkach jak najspokojniej, oczekując zupełnej nocy, a wtenczas cofnięcia się do wsi, z której wyszedłem na straż obozową. Jakież było zadziwienie, kiedy wróciwszy do rzeczonej wioski, nikogo już z naszych tam nie zastałem! Udałem się więc za śladami naszej tylnej straży i nareszcie dogoniwszy kolumny pułku swego (...).28

III. Bezpieczeństwo w marszu i zwiad


1. Organizacja pochodu.

Oborski w Przepisach pisze o zwiadzie taktycznym, prowadzonym na małą skalę, o wywiadach i rozpoznaniach. Wywiady składały się z paru ludzi, najczęściej wysyłanych przez placówki w celu zbadania pobliskiego terenu lub wystawianych w charakterze straż przednich, bocznych, czy tylnich przez większy związek taktyczny. Rozpoznania przeprowadzano na ogół w sile plutonu bądź kompanii (parunastu - parudziesięciu ludzi), wykonywały one bardziej samodzielne zadania. Odbywały misje najwyżej parodniowe, nie mogły poważnie zagrozić wrogim siłom, ani też utrzymywać jakichkolwiek pozycji samodzielnie, przeznaczone były wyłącznie do zwiadu i ewentualnego nękania przeciwnika29.


Podoficer - Gembarzewski

Taki oddziałek w pewnym sensie kopiuje rozwiązania stosowane na placówkach. Otóż zależnie od swojej liczebności powinien on wydzielić 1 - 2 ludzi (nazywanych flankierami bądź wyjawiaczami) na odległość do 500 kroków30 do pełnienia roli szpicy przed frontem oraz kolejnych na oba skrzydła i do ariergardy. Dzięki temu może ogarnąć wzrokiem całkiem dużą przestrzeń i trudno jest go zaskoczyć, przynajmniej w otwartym terenie. Oborski stwierdza, że nie należy się bać rozpraszania swego oddziału i, nawet jeśli oficer dowodzący miałby się zostać sam z jednym żołnierzem, to i tak warto wydzielić odpowiednią ilość flankierów.31
Flankierzy powinni być stale w zasięgu wzroku dowódcy, gdyby z jakiegoś powodu któryś z nich "zniknął", to nie można dalej się posuwać, bądź rzucać do ucieczki, lecz należy z zachowaniem wszelkiej ostrożności sprawdzić, co się z nim dzieje. Jak ukazuje pewna przygoda Dembińskiego, straciwszy kontakt wzrokowy z własnym wyjawiaczem, można było go w bardzo niefortunny sposób stracić. Dembiński na fali uniesienia patriotycznego jechał z Galicji do Polski podczas kampanii 1809 r., by się zaciągnąć do wojska polskiego: Naraziliśmy się tu na wielkie niebezpieczeństwo, bo skorośmy spostrzegli oddział z Lubczy wychodzący, zsadziliśmy z konia huzara austriackiego, który na boczny patrol był wysłany (...) Szczęściem naszym, że huzary po swego jeźdźca nie przysłali.32 Gdyby owi huzarzy pilnowali swoich flankierów, to nie dość, że bez problemu uratowaliby owego nieszczęśnika, to pozbawiliby armię polską dwóch ochotników.
Podczas pochodu należy oczywiście zawsze brać pod uwagę ukształtowanie terenu i w zależności od niego zmieniać porządek marszu. Jeśli w pobliżu znajdują się jakieś zagajniki to wyjawiacz powinien podjechać do ich brzegów i sprawdzić, czy nic się w nich nie kryje, ale nie wolno mu zagłębiac się w zarośla - była by to strata czasu i niepotrzebne narażanie się na niebezpieczeństwo. Podobnie ze wzgórzami - flankierzy powinni na nie wjeżdżać, by przejrzeć okolicę, ale muszą pamiętać o zachowaniu linii widoczności z oddziałem, który osłaniają. Z kolei jadąc przez las drogą nie ma sensu wystawiać bocznych wyjawiaczy a ci, którzy tworzą szpicę winni znajdować się odpowiednio bliżej dowódcy i poruszać się bardzo ostrożnie33. W przypadku wjazdu do wsi, czy miasta należy zaś posłać przodem 1 - 2 ludzi, którzy mają upewnić się, że na oddział nie czyha żadna zasadzka, a w razie czego dać ognia i uciekać do swoich. Gdyby oddział wkroczył do osady, czy lasu w komplecie, to łatwo mógłby być z miejsca rozbity niespodziewanym ogniem. To właśnie przydarzyło się jeszcze niedoświadczonemu Chłapowskiemu, który nacierał na Tczew ze swoją półkompanią: (...) spiesznym krokiem, drogą do ulicy przedmieścia dążyłem równocześnie z tyralierami na lewo i prawo, którzy się przez płoty przeprawiali. Dopuścili nas Prusacy blizko domów, a z tych oknami, drzwiami i dziurami w ścianach porobionemi dali razem ognia do mojej półkompanii, tak, że podoficer, który przy mnie na lewo biegł naprzód, padł śmiertelnie ugodzony. Padło za mną i kilku, więcej rannych zostało. Pierwszy ten ogień zrobił wrażenie na wszystkich, poprzewracani, zabici i mocno ranni zostali oczywiście na placu, a zdrowi poszli w rozsypkę. Przyznaję się, żem głowę w tej chwili stracił.34
Przy mijanych mostach i ciaśninach, jak wąwóz, czy grobla Przepisy zalecają zostawianie po 2 ludzi na straży. W razie, gdyby taka ciaśnina została zajęta przez wroga, mają oni za zadanie ostrzec wracający rekonesans, by nie wpadł on w pułapkę35.
Jeżeli zadaniem oddziału było osłanianie kolumny wojsk, to powinien on trzymać się tych samych zasad, co jego właśni flankierzy wobec niego, tj. pozostawać w zasięgu wzroku, przepatrywać wszelkie zarośla i lasy, wjeżdżać na wzgórza itp. 36
Oddział zwiadowczy winien w miarę możliwości nie ujawniać swej obecności nieprzyjacielowi, by nie być niepokojonym, czy przeganianym przez wrogie oddziały. Dlatego też najlepiej, pisze Oborski, unikać uczęszczanych dróg, czy wjeżdżania do miast i wsi. Pozwala to uniknąć nie tylko oczu wrogich żołnierzy, ale też cywilów, którzy mogliby potem donieść o obecności oddziału.37 Zalecenie to, choć z pozoru oczywiste i słuszne, przestaje być takim, gdy zajrzy się do pamiętników. Oficerowie prowadzący zwiad najczęściej nie znali okolicznych terenów i, nawet jeśli posiadali mapę, nie chcąc zabłądzić, musieli trzymać się dróg. Mało tego - jeśli chcieli się czegoś dowiedzieć o nieprzyjacielu, to również najpewniej można to było zrobić na drodze - spostrzegając ruch wrogich wojsk, lub też przepytując podróżnych.
Oborski, podobnie jak w przypadku rozstawiania placówki, zaleca, by w oddziale dokonującym zwiadu zawsze znajdował się choć jeden człowiek znający miejscowy język38. O ile Przepisy nie wspominają nic o elementach maskujących na mundurze, to poruszają tą kwestię w stosunku do koni - radzą by nie brać tych o białej maści na zwiady, gdyż łatwo je zauważyć z daleka39. Żołnierze podczas pochodu winni maszerować z odwiedzionym karabinkiem na prawym udzie i często odwracać się do tyłu, zwłaszcza gdy widoczność jest słaba. Nie wolno im głośno się zachowywać, ani zsiadać z koni. Ciekawą poradą jest też zalecenie, by konia zawracać w tył przez lewo, aby nie męczyć prawej ręki, bardziej potrzebnej do walki.40 Równie celna jest uwaga, by ludzie idący na zwiad nie zabierali ze sobą pieniędzy, lecz zostawiali je w kasie pułkowej, by potem ze strachu przed wpadnięciem w niewolę (i obrabowaniem) nie obawiali się co bardziej ryzykownych akcji.41
Żołnierze powinni być również zaopatrzeni w żywność na odpowiedni czas, by nie byli skłonni, czy wręcz zmuszeni do rabowania mijanych wsi42, co znajduje potwierdzenie w refleksjach Chłapowskiego: Jeżeli bowiem samowolne przez żołnierzy zabieranie żywności i furażu wszędzie i zawsze jest bardzo szkodliwem, to najbardziej na rekonesansach, bo mieszkańcy uciekają ze wsi, nieład w kraju następuje i wszystkie zasoby dla armii niweczy.43 Można też dodać, że taki rabunek antagonizował niewątpliwie mieszkańców, co mogło mieć daleko idące konsekwencje. Dominik Dziewanowski, generał brygady w czasie kampanii 1812 r., analizując przyczyny jej niepowodzenia, nadmienia: Począwszy zaś od Smoleńska wszyscy włościanie odstępując swych domów uzbroili się naprzeciw włóczęgom i małym komendom, onym drogę zastępowali i mordowali tak dalece, że żaden kurier nie mógł się ruszyć bez eskorty.44 Faktycznie, czytając wspomnienia dotyczące kampanii w Rosji, widać, że niemal każda misja zwiadowcza była połączona z aprowizacyjną - oddział często zabierał, co tylko pojawiło mu się na drodze - konie, jedzenie, paszę, wozy itp. Skutek, oprócz utrudniania sobie misji przez obciążenie bagażem, był taki, jak to opisuje Dziewanowski.
Na zwiadach nie zawsze udawało się uniknąć spotkania z wrogimi oddziałami. W takim wypadku, jak podkreślają Przepisy, oficer dowodzący powinien pamiętać o tym, co jest jego głównym zadaniem i nie wdawać się w walkę, lecz raczej wycofać się. Odwrót nie może być jednak żywiołowy. Należy unikać naprowadzenia nieprzyjaciela na pozycje własnych wojsk. Jeśli jednak próba zgubienia pościgu się nie uda, to zawsze powinno się tak manewrować, by wystawić skrzydło wrogiego oddziału na atak własnej kawalerii. Ewentualnie można się też rozproszyć, co może powstrzymać ścigających, którzy nie będą chcieli sami się rozpraszać, a będą się obawiać, że pogoń za pojedynczym jeźdźcem okaże się stratą czasu. Oczywiście w takim wypadku żołnierze muszą znać zawczasu miejsce zbiórki, czy to będzie własna placówka, czy jakiś punkt terenowy. Przy przedłużającym się pościgu bardzo przydaje się znajomość terenu, więc dowódca powinien starać się pamiętać wszystkie miejsca, które przebył i odległości między nimi. Jeżeli na przykład po drodze był most (który należało obsadzić swoimi ludźmi, jak to było wzmiankowane wcześniej), to można spróbować tam sformować front, co zmusza ścigających również do zatrzymania się i dzięki temu co słabsze konie mogą wypocząć45.


Szwoleżer - Gembarzewski

Przepisy przewidują też stosowanie podstępów - jeżeli w oddziale jest trębacz, to udając się w zagrożone miejsce, można zostawić go z tyłu za jakąś przeszkodą terenową. W razie odwrotu trębacz, powiadomiony wystrzałem, ma grać komendę do ataku, tak jakby znajdował się tam cały szwadron, co może skłonić nieprzyjaciół do odwrotu, zanim podstęp się wyda. W razie braku trębacza można zostawić trochę ludzi na gorszych, lub białych (a przez to dobrze widocznych) koniach, którzy gęsto strzelając mogą skłonić napastników do myślenia, że stanowią silny oddział posiłkowy. Wreszcie można uciekać pomiędzy wsiami, przez laski itp., co może sprawić, że przeciwnik zaprzestanie pogoni z obawy przed zasadzką46.

2. Flankowanie armii w praktyce, czyli pewna przygoda Henryka Dembińskiego.

Dobre pojęcie o charakterze takich wypraw zwiadowczo - aprowizacyjnych, może dać epizod opisany przez Dembińskiego, który w marszu spod Smoleńska, w 1812 r., flankował (jak mu się to wydawało) ze swoim oddziałkiem 13 strzelców konnych swój korpus. Jadąc na przełaj trafił do pewnej wsi. Dzięki dobrej znajomości ruskiego jednego z podkomendnych łatwo dowiedział się od chłopów, że w pobliskim gospodarstwie zatrzymało się 15 kozaków dońskich. Dembiński nie widząc tumanów kurzu, jakie zwykle wzniecały kolumny wojsk Napoleona, postanowił dobić z powrotem do swojego oddziału (było już po południu), co zmuszało go do przejścia obok dworku, gdzie stali kozacy. Ci uciekli na widok Polaków, a szaserzy Dembińskiego zdecydowali się uraczyć jeszcze nie wystygłą jajecznicą i mlekiem oraz wyłapać konie pasące się obok. Następnie Dembiński ruszył dalej: Manewrowałem z 1/2 mili przez pola nimem do drogi doszedł; postępując tą drogą zbliżyłem się do wsi, a że się już zmierzchać zaczynało, wysłałem kaprala Mrowińskiego z pistoletem w ręku, aby jako szpica wieś tę spatrolował. Skoro Mrowiński wjechał do wsi, usłyszałem strzał pistoletowy, na który 2 strzały żywo odpowiedziały; nie było co innego robić dla ratowania Mrowińskiego, jak krzyknąć "hurra!" i lecieć naprzód, co się stało w oka mgnieniu. Mrowiński tem ośmielony goni dwóch kozaków i goni za daleko, a ja z oddziałem oczywiście za nim. (...) Pogoniwszy nieco w tej dyrekcji, już się noc zrobiła, aż tu raptem chmara kozaków z krzykami wylatuje na nas; oczywiście, żeśmy gonić przestali, ale zaczęli dobrym stępo się cofać. Rozsypałem ludzi w jeden szereg, szeroko jeden od drugiego, a dochodząc do budynków dworku, któryśmy minęli, powiedziałem cichym głosem do ludzi, aby na komendę moję nic nie zważali, ale dalej równym krokiem maszerowali: i dopiero podnosząc głos zakomenderowałem: "Szwadron stój, w prawo, równaj się!"; co oczywiście ścigającym kozakom myśleć dało, że szwadron we dworze stoi, bo gonitwa i krzyki w tej chwili ustały.Nie był to bynajmniej koniec przygód, Dembiński kazał pozastawiać wszystkie wejścia do owego dworku, a następnie z całym oddziałem skrył się w jakimś zagajniku tarasując wjazdy do niego zrabowanymi powózkami i wystawiając pieszych szaserów jako czaty. Obchodziłem moje piesze warty, żeby żaden nie spał; lecz tu mleko skutkować zaczęło; gdziem przyszedł, w kuczy szasser z karabinkiem wprawdzie gotowym do strzału, ale niektórzy z tak głośnym skutkiem mleko trawili, żem im polecić musiał spokojniejsze odbywanie. Później w nocy okazało się po łunie bijącej od obozów wojsk Napoleona, że te znajdują się w zupełnie innym kierunku, niż Dembiński się spodziewał, tak że wcześniej, zamiast flankować swój korpus, oddalał się od niego. Przed świtem, po cichutku, udało się jednak oddziałkowi bezpiecznie dotrzeć do swoich47.
Należy oczywiście zaznaczyć, że powyższe rozpoznanie było szczególnie bogate w wydarzenia i być może jeszcze dodatkowo ubarwione przez Dembińskiego. Zwykle rekonesanse i patrole miały znacznie spokojniejszy przebieg. Tym niemniej wyjeżdżając na zwiady można się było spodziewać najrozmaitszych przygód i trzeba przyznać, że Przepisy opisują większość kwestii, które pojawiły się w powyższej historii, jak wartość dobrej organizacji marszu (sprawdzenie wioski przez Mrowińskiego), działania podstępne, znajomość języka, szkodliwość wdawania się w walkę (niepotrzebna pogoń za kozakami), czy wreszcie kwestia orientacji w terenie.

3. Zdobywanie informacji

Najprostszym sposobem zdobywania informacji, było korzystanie z własnych oczu. Podług Przepisów dowodzący oddziałem zwiadowczym ma za zadanie notować skrzętnie w pamięci, bądź na papierze lokalizację i czas wykrycia wszelkich wrogich sił, wraz z ich rodzajem i liczebnością. Podobnie jak w przypadku rozstawiania wedety (por. str. 4), powinien także konfrontować teren z mapą i zastanawiać się, w jaki sposób jego ukształtowanie i sieć dróg może wpływać na działalność wojsk. Meldowanie o napotkanych patrolach, czy pojedynczych kolumnach miało jednak często umiarkowaną wartość, nie dając pełnego pojęcia o liczebności i składzie sił przeciwnika. Dlatego w miarę możliwości należy dążyć do uzyskania wglądu w nieprzyjacielski obóz, do czego bardzo przydatna była luneta. Najważniejsze pytanie, to: jak wielki obszar zajmuje? Na tej podstawie najpewniej można było szacować liczebność wrogiej armii. Poza tym, jakie rodzaje broni znajdują się w środku? Czy obóz wygląda na tymczasowy (co sugeruje rychły wymarsz), czy ma bardziej trwały charakter? Czy aby na pewno wszystko namioty są zajęte? Na jakim terenie jest rozlokowany? Czy i gdzie w pobliżu znajdują się dobre miejsca do furażowania? Czy straże są dobrze rozstawione? Jak jest umocniony?48
Oczywiście uzyskanie wglądu w obóz nieprzyjaciela nie jest takie proste. Przede wszystkim należy skrycie dostać się w okolice obozu - maszerować w nocy, po krzakach, czy lasach, bez ogni, unikając mieszkańców. Idealnie, jeśli nad obozem przeciwnika góruje jakieś zalesione wyniesienie terenu, nie obsadzone przez widzów. Można wtedy się tam ukryć i przez dłuższy czas obserwować poczynania wroga zakładając na miejscu zakamuflowaną placówkę. Oczywiście ostrzeganie się strzałami na takiej placówce jest wykluczone - Przepisy radzą, by udawać umówione głosy zwierząt. W wypadku dłuższych obserwacji Przepisy zalecają, by dokonywał ich ten sam oficer, jego ludzie mogą natomiast się zmieniać49. Jednak, jeśli obóz jest dobrze ubezpieczony wedetami, to nie pozostaje nic innego, jak zgonienie widza lub widzów z jakiegoś dobrego punktu obserwacyjnego, zapamiętanie jak największej liczby szczegółów i szybka ucieczka przed nieuniknioną reakcją nieprzyjaciela50.
Cennym źródłem informacji mogą okazać się wrodzy żołnierze, lub tym bardziej oficerowie. Jednak ich pojmanie przedstawia pewne trudności i Przepisy wychodząc naprzeciw temu zagadnieniu poświęcają mu cały rozdział. Według nich największe szanse rokuje zaplanowany napad na któryś z patroli rozsyłanych przez placówkę. Najpierw należy rozpoznać godziny i trasy owych patroli. Dobrym sposobem, by to osiągnąć, może okazać się przebranie się za chłopa pracującego na polu. Następnie, jeśli wiadomo, że patrol przechodzi obok jakichś zagajników, przez lasy itp., to zasadzka w takim miejscu daje szanse powodzenia. Większe patrole można próbować wciągnąć w zasadzkę, przez udawaną ucieczkę 1 - 2 żołnierzy w miejsce, gdzie kryje się reszta oddziału51.
Napadnięcie samej placówki jest zwykle trudniejsze, lecz jeżeli jest źle rozstawiona, też można próbować szczęścia. Wedety zwykle są bardzo trudne do podejścia, ale tego samego nie można powiedzieć o grangardzie. Stąd, przy źle rozstawionych czatach, czasem istnieje możliwość przekradnięcia się między nimi i zagarnięcie straży posiłkowej, bądź samej grangardy, w której powinien znajdować się oficer. By ułatwić sobie przejście przez łańcuch wedet, jeden z żołnierzy udając dezertera lub w przebraniu może zagadać widza (zwłaszcza, gdy jest on sam jeden na wedecie) 52. Że takie ujęcie całej placówki było możliwe, przekonuje nas Chłapowski, pisząc o niefortunnych przygodach pułku polskiego i holenderskiego po bitwie pod Borodino: Koło dużej wsi Faminskoi, gdzieśmy dwa dni stali, Kozacy cichaczem krzakami podchodząc, zabrali całą placówkę holenderską, tylko jeden z dwóch naszych żołnierzy przypadł do obozu z tą wiadomością. Jenerał Colbert sam wsiadł na konia i z dwoma szwadronami poszedł w pogoń, ale tak prędko Kozacy Holendrów, których musieli na własnych koniach zostawić, uprowadzili, że tylko ich trop po lasku i dalej po polach widziano.53 Jak widać z powyższego cytatu, po napadzie, udanym, czy nie, należało szybko się oddalić, o czym również wspominają Przepisy. Warto zauważyć, że o ile regulamin dopuszcza przebranie się za cywila w celu obserwacji lub zagadania widza, to nic nie wspomina o możliwości bezpośredniego napadu na przeciwników w przebraniu. Za taki czyn, w wypadku dostania się w niewolę, groziła kara śmierci, ponadto byłby on uznany za zdecydowanie niegodny.
Po udanym ujęciu "języka" Oborski radzi jak najszybciej zadać jeńcom ważna pytania, aby nie mieli czasu na dojście do siebie i wymyślanie kłamstw. Następnie, w zależności od rangi jeńca i informacji przez niego posiadanych można było puścić go wolno albo zabrać ze sobą z powrotem do wyższego dowódcy.54

4. Specyfika działań nocą

Wyprawy nocne z oczywistych przyczyn są znacznie trudniejsze od dziennych. Poważna jest groźba zabłądzenia, toteż Przepisy podkreślają konieczność znajomości terenu przez żołnierzy lub chociaż obecności w oddziale godnego zaufania przewodnika.
Nocą, jako że widoczność znacznie spada, dużego znaczenia nabiera zmysł słuchu. Regulamin zaleca, by oddział poruszał się po cichu i często zatrzymywał się, nasłuchując. Przemarsz większych oddziałów można często łatwiej usłyszeć przykładając ucho do ziemi, co też należy czynić od czasu do czasu. Jeśli słychać jednostajny odgłos kroków oznacza to duży oddział, przerywany - mały oddział. Trzeba zwracać uwagę na ujadanie psów po wsiach, może ono świadczyć o obecności wrogich sił. Z tego też powodu warto samemu omijać wsie.55
Nocą Przepisy proponują swoiste "rozpoznanie bojem". Otóż nocną porą nie widać kolorów, a co za tym idzie - trudno jest rozróżnić mundury. Wykorzystując ten fakt odważny oficer może spróbować przejść większym oddziałem (Przepisy nie określają jak dużym) przez łańcuch wrogich wedet, nie odpowiadając na zapytania patroli, czy widzów. Po pierwsze jest szansa, że zwykli żołnierze nie będą mieli odwagi strzelać do takiego oddziału, myśląc, że to po prostu arogancki, ale własny oficer nie chce odpowiadać na ich wołania56. Lekceważenie widzów przez oficerów, zirytowanych wypytywaniem ich przez ludzi o niższej kondycji społecznej, zdarzało się czasem. Wynurzenia Fredry cytowałem już wcześniej (str. 8), również niejaki Septeuil, który towarzyszył Chłapowskiemu w zupełnie pokojowej misji, postępował sobie w taki sposób: Ruszyłem [czyli Chłapowski] z Septeuilem, który miał zawieść zawieszenie broni korpusowi saskiemu i westfalskiemu pod Drezno. Przyjechaliśmy do wedet austryackich. Przed laskiem stały wedety piesze. Jedna krzyknęła do nas: "Wer da?" Ale Septeuil bardzo z temperamentu żywy, spiął ostrogami i puścił cwałem konia, mówiąc: "Nie trafi". Mój koń porwał się także. Wystrzeliły do nas dwaj piechury i chybiły, a my przelecieliśmy, ale na placówce powstali Autryacy, słysząc wystrzały i zatrzymać się musieliśmy.57
Łatwo sobie wyobrazić, że większy oddział, przy niezdecydowanej postawie widzów mógł łatwo dostać się do placówki, zanim ta zorientuje się, co się dzieje. Nieprzyjaciel mógł mieć spore kłopoty w zorientowaniu się, jak mocne siły go atakują, więc w ten sposób można było wzniecić panikę w jego szeregach, a zwłaszcza spowodować ucieczkę placówek. Poza tym przybywające na odsiecz oddziały miały problem w odróżnieniu swoich od napastników, więc mogło dojść do ostrzelania własnych oddziałów i generalnie wielkiego zamieszania. Taka akcja powinna być raczej przedsięwzięta przez piechotę, napastnicy powinni cały czas trzymać się blisko siebie i ciągle się przemieszczać dużo strzelając, by sprawiać wrażenie, że jest ich bardzo dużo. Jednak, o ile takie przedsięwzięcie może się wydawać bardzo widowiskowe, nie dawało raczej żadnych bezpośrednich korzyści, poza ewentualnym złapaniem jeńców i przerwaniem snu całemu wrogiemu obozowi. Efekty psychologiczne mogły być jednak większe - ciągłe nocne napady mogły powodować z jednej strony kompleks "zaszczutego zwierzęcia" u wrogich żołnierzy, a z drugiej osłabienie ich czujności i chęci do walki z przeciwnikiem, który "nigdy" na serio nie atakuje. Taki efekt udało się choć po części osiągnąć Kozakom w kampanii rosyjskiej i później - czytając pamiętniki odnosi się wrażenie, jakby mieli zawsze wielką przewagę liczebną, byli wszędzie, mieli nadludzkie zdolności marszowe i jakoby w żaden sposób nie można było się im przeciwstawić (w wojnie podjazdowej, nie na polu bitwy).
Jeszcze łatwiej można było powyższym sposobem napaść na przeciwnika, jeśli ten zdecydował się na nocny przemarsz, zwłaszcza pod pozycje ochranianej armii. Wtedy rajd niedużym, a zwartym oddziałem mógł wprowadzić chaos w jego szeregi, powodując przemieszanie się oddziałów, zbłądzenie itp., co mogło trwać aż do samego rana58. Stąd też Chłapowski radzi, by takowych napadów dokonywać na godzinę przed świtem, by wraz ze wschodem słońca można było zaatakować zdezorganizowanego przeciwnika całością sił.59 Jednak po lekturze pamiętników można dojść do wniosku, że nocne napady były przeprowadzane dosyć rzadko, wiązały się ze zbyt dużym ryzykiem.

IV. Pozostałe zadania lekkiej jazdy


1. Osłona furażujących i ich atakowanie

Oficer wyznaczony do osłony obszaru furażowania winien wyruszyć ze swoim oddziałem odpowiednio wcześniej przed furażerami, aby miał czas rozpoznać teren i wyznaczyć miejsca na placówki oraz odpowiednio do liczby swoich żołnierzy rozciągnąć łańcuch wedet. Jeżeli teren nie jest otwarty, to oczywiście należy wziąć ze sobą piechotę, lekkie działa również mogą okazać się przydatne. Placówki rozstawia się w ten sam sposób, co przy strzeżeniu obozu, ale należy się strzec, by nie objąć nimi zbyt wielkiego obszaru. Jak radzą Przepisy lepiej dwa razy furażować na mniejszym i lepiej osłoniętym terenie bez przeszkód, niż robić to na większym obszarze będąc ciągle zmuszonym do stawania pod bronią przez nękające siły. Następnie należy podzielić teren na sektory, w których będą furażować oddziały z poszczególnych pułków. Furażujące oddziały dysponowały własnymi eskortami, w razie zagrożenia miały one wspierać zaatakowane placówki. Oficerowie winni pilnować, by wiązki słomy, czy siana były odpowiednio duże, wypchane i mocno związane, tak by nie spadały z wozów, czy siodeł, gdy zajdzie potrzeba szybkiego odwrotu.60
W celu zaatakowania furażujących, trzeba podejść najpierw skrycie pod strzeżony teren (stosując się do tych samych zasad, co przy zwiadzie) i dokładnie go rozpoznać - jak gęsto jest rozciągnięty łańcuch wedet, gdzie i jak liczne są siły pozostające w rezerwie (eskorty furażujących), jakie są możliwości posiłkowania się nawzajem placówek itp. Głównym celem takiej akcji jest uniemożliwienie przeciwnikowi zbierania paszy, a nie jego pobicie. Czasem może wystarczyć do tego przekonanie nieprzyjaciela o własnej przeważającej sile, co skłoni furażujące oddziały do odwrotu. Aby to osiągnąć można rozciągnąć swój oddział w jedną linię, co sprawi, że z daleka będzie wydawał się dwa razy większy, niż jest (kawaleria zwykle nacierała w dwóch szeregach). W bardziej urozmaiconym terenie, z laskami, czy pagórkami Przepisy doradzają też nieustanne krążenie wokół łańcucha wedet - w ten sposób jeden oddział może zacząć się "mnożyć" w oczach przeciwników, będąc widzianym przez widzów z różnych posterunków.
Gdy powyższy sposób nie skutkuje, należy przejść do bardziej bezpośrednich działań. Można podzielić swoje siły na dwie części - jedną zaatakować łańcuch wedet, tam gdzie jest najsłabszy i najbardziej oddalony od wszelkiego wsparcia, a drugą ukryć gdzieś w pobliżu. Jeżeli pierwszy atak się powiedzie, to naturalnie trzeba go wesprzeć resztą sił, jeżeli zaś nie, to zaatakować w miejscu, które przeciwnik mógł odkryć, spiesząc na pomoc zaatakowanej placówce. Tak samo, można poprzestać jedynie na demonstracji sił z jednej strony strzeżonego obszaru, tak by w tym miejscu zgromadziły się rezerwy przeciwnika, i przeprowadzić faktyczny atak gdzie indziej. Wart wypróbowania jest również podstęp polegający na udawaniu ucieczki, tak, by wciągnąć eskorty furażujących w pułapkę, pobić, a potem za uciekającymi wjechać na obszar furażowania.61
Gdy tylko uda się przedrzeć przez ubezpieczenia, należy rozpędzić żołnierzy zbierających paszę i ewentualnie pozabierać im konie. Nawet jeśli powodzenie będzie chwilowe, to furażujące oddziały stracą sporo czasu szukając porzuconych wiązek paszy, a także zmusi się je do wystawienia silniejszej eskorty. Tym samym główny cel ataku zostanie choć w części osiągnięty.
Trudności furażowania przedstawia nam Dembiński, który stał ze swoim pułkiem pod Tarutino: Jazda jak powiedziałem połowę swej liczby codzień za furażem wysyłała, a ta połowa tyle musiała nazbierać żyta w snopach, dopóki to wystarczyło, a później słomy i barłogu, aby tak dla siebie jako i połowy zostającej wystarczyło. Zrazu szło to dość łatwo bo i miejsce było bliższe i nieprzyjaciel niewiele przeszkadzał, lecz z każdym dniem rosły trudności; i miejsce po furaż coraz dalsze i grunt codzień błotnistszy i nieprzyjaciel coraz silniej atakował furażerów, tak że połowa tych stać pod bronią musiała, kiedy druga wiązała furaż w snopy. Tak obładowana znowu tworzyła front dając czas drugiej połowie.62 Jak dalej pisze Dembiński, zdarzało się, że danego dnia jazda po całym dniu furażowania wracała z niemal pustymi rękami, tak bardzo przeszkadzali jej Kozacy.

2. Eskortowanie konwoju i atak nań

Rola jazdy w ochronie konwoju polega na ubezpieczaniu go przed niespodziewanym atakiem. Zadanie to jest o tyle ważne, że konwój złożony z wozów potrzebuje sporo czasu na uszykowanie się w formację obronną - Przepisy określają go na 30 minut. Stąd zalecają, że jazda ma robić rozpoznanie przynajmniej na pół mili wokoło. Obrona konwoju w walce spoczywa przede wszystkim na piechocie i woźnicach, ale Oborski uważał, że warto o niej wspomnieć, by mieć świadomość, z jakimi problemami musi mierzyć się jazda usiłując taki tabor zaatakować. Konwój powinien być podzielony na "dywizje", mniej więcej po 100 wozów w każdej. Normalnie wozy te ciągnęły jeden za drugim. W razie zagrożenia należało podwoić łańcuch wozów i ustawić je przodem (czyli głowami koni) do siebie, koło przy kole. Na przedzie i końcu takiej dywizji winny znaleźć się pociągi artylerii, wyładowane rogatkami (czyli rodzajem "kozłów hiszpańskich", z których można było szybko ustawić barykadę). Te rogatki rozstawia się przy obronie blokując wjazd do taboru z przodu i tyłu, obsadza się je działkami oraz piechotą. Przepisy proponują, by na przodzie i tyle dywizji 100 wozów znalazło się po 80 ludzi, a dodatkowe 40 wzdłuż wozów, co w sumie czyni 200 osobową obsadę piechoty. 63
Oficer chcący zaatakować konwój powinien starać się podejść w jego pobliże niepostrzeżenie i starannie rozpoznać sam konwój, jak i okoliczny teren. Gdyby okazało się, że dowodzący owym konwojem zaniedbał odpowiedniego rozpoznania, to zadanie byłoby znacznie ułatwione, gdyż konwój nie miał szans sformować się w obronny tabor w obliczu bezpośredniego ataku. Wtedy najlepiej jest zaatakować front konwoju, tak że piechota z eskorty nie może chronić się za wozami, a wszelkie posiłki ze środka, czy tyłu kolumny wozów mają długą drogę do przybycia. W ten sposób można pobić eskortę częściami. W dodatku atak od frontu automatycznie unieruchamia cały konwój.
Zadanie zdobycia konwoju znacznie ułatwiać też mogą warunki terenowe. Przepisy wspominają tu o ciaśninach, które uniemożliwiłyby podwojenie łańcucha wozów, a także znacznie utrudniły poruszanie się wzdłuż niego. Nie może jednak umknąć uwagi fakt, że to zagadnienie zostało potraktowane dość skrótowo - w Przepisach nie wspomniano o np.: łatwości ataku na konwój na krętej, błotnistej, bądź piaszczystej drodze.
Jeżeli jednak konwój jest dobrze strzeżony i jego dowódca zdąży sformować szyk obronny, to Przepisy nie wróżą sukcesu atakowi samej kawalerii. Polecają, by wzięli w nim udział spieszeni dragoni, którzy przy odpowiedniej liczbie mogliby wygrać walkę ogniową z piechotą lub, co jest najlepszym rozwiązaniem, artyleria konna, na ogień której wozy są bardzo wrażliwe.
Jeżeli atak na konwój odniósł pełen sukces, tj. jego eskorta została zupełnie pobita, to można oczywiście zabrać wozy ze sobą. Jednak często udaje się tylko na jakiś czas opanować część łańcucha wozów, wtedy należy zabrać jedynie konie pociągowe lub chociaż poucinać uprzęże i postronki na wozach. Takie postępowanie mogło unieruchomić cały konwój na dłuższy czas lub wręcz zmusić jego dowódcę do porzucenia części materiałów, jakie wiózł.

3. O placówkach strzeżących leż armii i napadaniu na nie

Placówki przeznaczone do pilnowania leż, tym się różniły od zwykłych, że stawiano je na dłuższe okresy czasu, w terenach zasiedlonych, głównie po wsiach. Ogólne zasady ich organizacji były takie same. Ponieważ placówka znajdowała się na ogół we wsi lub miasteczku, dowodzący powinien mieć do dyspozycji piechotę, znacznie bardziej zdatną do obrony w takim terenie, lecz oczywiście kombinacja obydwu rodzajów broni była najkorzystniejsza. Jako że siły na takich placówkach były większe, a żołnierze rozproszeni po domach, zachodzi potrzeba wyznaczenia miejsca zbioru. Ma to być takie miejsce, na którym w razie alarmu mają się jak najszybciej zebrać wszyscy ludzie nie będący na straży. Musi być ono odpowiednio obszerne, by można było się na nim sformować. W przypadku kawalerii wyznaczanie miejsca zbioru we wsi mija się z celem, gdyż i tak jazda nie jest zdatna do walki w takim terenie. Lepsze jest pole przed osadą w dzień (by móc szybko wesprzeć widzów i straże posiłkowe) oraz za nią w nocy (by nie zachodziło ryzyko, że żołnierze dążący na miejsce zbioru będą wpadali pojedynczo w ręce przeciwnika, który je zajął). Postępowanie w razie pojawienia się przeciwnika w zasięgu wzroku jest takie samo, jak na zwykłej placówce - należy jak najszybciej dać znać wyższemu dowództwu o zauważonych siłach, zaś samemu atak odeprzeć, albo, w razie niemożności obrony, opóźniać jak najbardziej posuwanie się przeciwnika w kierunku ochranianych leż.
Dowodzący placówką powinien zadbać o to, by drogi do miejsca zbioru były zawsze wolne, dobrze też, jeśli postara się choćby prowizorycznie ufortyfikować wieś. Należy również wejść w dobre stosunki z mieszkańcami osady, by nie próbowali sprowadzać sił przeciwnika celem ulżenia swojej doli. Przepisy ostrzegają przed upadkiem dyscypliny z powodu długich okresów bezczynności, stąd dobrze jest urządzać fałszywe alarmy, często odwiedzać wedety, jeździć na patrole itp. Najlepiej, żeby w każdej chacie, gdzie umieszczeni są żołnierze, znajdował się także podoficer, który miałby nad nimi pieczę.64
Napad na placówkę strzeżącą leż przeprowadza się podług tych samych zaleceń, co na zwykłą placówkę. Należy jak najdokładniej rozpoznać jej organizację - gdzie są wedety, straże posiłkowe, miejsce zbioru, kiedy i którędy chodzą patrole, jak szybko na miejsce mogą dotrzeć posiłki przeciwnika itp. Jako że placówki strzeżące leż są zwykle mocno rozrzucone, czasem łatwo wyjść na "tyły" jednej z placówek, z której to strony wróg może nie spodziewać się napadu. Jeżeli tylko uda się odkryć miejsce zbioru przeciwnika, to przeprowadzając atak, tam właśnie należy udać się jak najszybciej. Zajęcie miejsca zbioru może zupełnie zdezorganizować obronę, gdyż żołnierze rozlokowani po chałupach nie będą wiedzieli gdzie się udać (jeśli po prostu nie wpadną w ręce atakujących), zwłaszcza, jeśli napad był przeprowadzony od strony, z której broniący spodziewają się raczej posiłków. Istotne, by żołnierze powstrzymali się od brania łupów i łapania jeńców, dopóki siły składające placówkę nie zostaną całkiem pobite. Należy także zostawić część własnych sił jako ubezpieczenie, by mogły one zaalarmować resztę oddziału na wypadek przybycia wrogich posiłków.
Atak można też przeprowadzić w nocy, biorąc pod uwagę wszelkie wynikające z tego powodu komplikacje. Żołnierze powinni wtedy powiązać sobie na czakach białe chusty, aby mogli się poznać nawzajem po ciemku, gdyż w terenie zabudowanym bardzo łatwo może dojść do zamieszania po obydwu stronach.65

V. O okamiarze i innych niezbędnych umiejętnościach oficera


Okamiarą Przepisy nazywają sztukę oceniania sytuacji "rzutem oka". Składa się na to celne określanie odległości między sobą a jakimś celem, jak również między dwoma oddalonymi punktami w terenie oraz szybka ocena właściwości terenu i liczebności widzianych oddziałów.66 Umiejętność ta była niezwykle ważna dla oficera lekkiej kawalerii i wbrew pozorom niełatwa do nabycia. Najłatwiej się o tym samemu przekonać próbując, po jednym rzucie oka, poznać ile ludzi może stać na zatłoczonym przystanku, czy na stacji metra. Dla przeciętnego człowieka już coś takiego jest dość trudne. Grupę 50 osób jeszcze w miarę łatwo odróżnić od 100 osobowej, ale już 500, jak i 5 tysięcy ludzi, to dla niewyćwiczonego oka po prostu "bardzo dużo". A przecież od dowódców rekonesansów oczekiwano precyzyjnego oceniania liczebności wrogich sił.
Dobra ocena odległości była niezbędna w wielu kwestiach: przy walce strzeleckiej - by nie strzelać na zbyt duże dystanse, a także by ocenić, w jakiej odległości wroga piechota może stanowić zagrożenie; przy walce kawalerii - by wiedzieć, kiedy przechodzić w kolejne fazy szarży, tak by nie zmęczyć niepotrzebnie koni; przy rozstawianiu wedet - by nie rozciągnąć lub nie skrócić nadmiernie ich łańcucha.
Niemniej ważna od powyższych była szybka ocena właściwości terenu - czy jest grząski, czy twardy (grząski teren nie nadawał się do szarży, a także ograniczał siłę rażenia artylerii, gdyż kule nie odbijały się od ziemi), gdzie są lasy, a gdzie wzgórza, jak biegną linie widoczności (niezwykle ważne w przypadku artylerii) itp. Wraz z dobrą oceną odległości między punktami w terenie ułatwiało to niezmiernie szykowanie oddziałów w odpowiednich miejscach i zapobiegało niespodziankom ze strony przeciwnika (jak na przykład znalezienie się pod ostrzałem wrogiej piechoty ukrytej w lesie podczas ustawiania szyku).
Przepisy podkreślają, że do nabycia tych umiejętności potrzeba stałej praktyki. Oficer powinien w czasie pokoju oceniać na oko odległości między różnymi punktami, a następnie sprawdzać, na ile był dokładny. Tak samo należy wykonywać ćwiczenia z możliwie szybkim rozstawianiem placówek w terenie a następnie sprawdzać, czy są właściwie rozłożone. W ramach ćwiczeń w zwiadzie można wysłać jeden oddział, by udał się, gdziekolwiek się jego dowódcy spodoba i po pewnym czasie drugi, który ma go wyśledzić. Przy okazji dowódcy mogą też się szkolić w organizowaniu pułapek i łapaniu jeńców67. Poza tym warto też ćwiczyć się w szybkim, a dokładnym pisaniu raportów, by potem w polu nie mieć z tym problemów.
Jakie zyski dawała umiejętność szybkiej i celnej oceny sytuacji, może zaprezentować epizod z bitwy pod Reichenbach w 1813 r. odnotowany przez Chłapowskiego: Wtem zjawia się inny pułk ułanów moskiewskich w miejsce rozbitego, maszeruje ku nam w linii, ale o 500 kroków puszcza się już w galop. Jenerał Lefebvre znów chciał żebyśmy zaraz szarżowali. Stał bowiem z Jerzmanowskim i ze mną przed frontem. Jerzmanowski znał się z Lefebvrem bardzo dawno, powiedział mu więc, że nie warto na nich szarżować, bo ruszyli galopem z bardzo daleka, zatem się rozsypią i nie dojdą do nas. Jako też wkrótce linia ich się rozwiodła, kilkadziesiąt wypadło przed drugimi, a większa część widocznie się zatrzymywała. Może kilkunastu o 100 kroków do nas dotarło. Lefebvre kazał dwa plutony w tyraliery na nich puścić. Przyprowadziły one sześciu, nie wiem, czy z tych kilkunastu, czy z owych, co słabsze mieli konie.68 Zagrały tu dwa elementy. Zbyt szybkie przejście w galop podczas szarży (na 300 metrów przed przeciwnikiem) przez rosyjskiego dowódcę prowadziło do niepotrzebnego zmęczenia koni. Jerzmanowski dostrzegł ten błąd (nie mając przecież czasu na zastanowienie) i go wykorzystał - nie ruszając swojego oddziału z miejsca, spowodował, że wysiłek Rosjan (a raczej ich koni) był zupełnie daremny, gdyż nie doszło do walki, a ponadto sześciu ludzi dostało się w ręce polskie.

VI. Podsumowanie


1. Jaki mógł być cel wydania regulaminu?

Polska kawaleria z czasów napoleońskich nie posiadała swojego regulaminu. Dawny polski z 1786 r. (i poprawiony w 1790 r.) nie odpowiadał już warunkom ówczesnej wojny, zaś francuski z 1804 r. nie został przejęty (była to tylko zmodernizowana wersja regulaminu z 1788), choć miał na pewno wpływ na organizację polskiej jazdy69. W takiej sytuacji można by się spodziewać, że autor Przepisów starałby się wypełnić tą lukę wydawniczą swoim tłumaczeniem. Jednak dokonana powyżej analiza przekonuje, że dziełko Oborskiego jest czymś zupełnie różnym od standartowego regulaminu dla kawalerii. Od razu rzuca się w oczy, że to nie są precyzyjne przepisy, jak mógłby sugerować tytuł, lecz raczej zalecenia i porady, dające dużą elastyczność działania. Wydaje się, że Oborski przyjął założenie, iż jego czytelnicy mają odpowiednią wiedzę teoretyczną i ograniczył się do poruszania tematów, których nie sposób zgłębić nie spędziwszy odpowiedniego czasu w polu, na wojnie podjazdowej. Zatem jestem skłonny zaryzykować stwierdzenie, że celem wydania Przepisów nie był zamiar jakiegoś ujednolicenia metod prowadzenia małej wojny, lecz raczej w ogóle chęć oszczędzenia nieostrzelanym oficerom przykrej i kosztownej dla żołnierzy nauki owych metod na własnych błędach.
Jednak w dobrze funkcjonującej armii nauka wprowadzania w życie teoretycznych założeń regulaminowych obywa się zwykle bez osobnych poradników. Po prostu starsi stażem oficerowie uczą młodszych jak to się robi, na manewrach, czy w polu. W armii Księstwa Warszawskiego taki system widocznie się nie sprawdzał. Z faktu wydania Przepisów płynie wniosek, iż wyszkolenie niższych oficerów w zakresie działań niewielkimi siłami, w ubezpieczeniach i zwiadzie, nie było do 1812 r. zadowalające. W przytaczanych źródłach nie można znaleźć na to wyraźnego potwierdzenia, jeśli już, to nieumiejętność działania w warunkach małej wojny przypisuje się zwykle cudzoziemcom - Francuzom, czy Holendrom. Jednak zważywszy na charakter źródeł pamiętnikarskich, taki stan rzeczy nie może dziwić - duma własna i narodowa nie pozwalała polskim pamiętnikarzom na zbyt daleko idącą samokrytykę. Skąd natomiast ta ułomność polskiej armii? Nietrudno zauważyć, że brakowało jej tej ciągłości, jaką miały wojska państw ościennych. Doświadczeni oficerowie nie mogli uczyć w praktyce młodszych, gdyż na niskim szczeblu takich doświadczonych oficerów nie było. Armia Księstwa, podobnie jak Legiony, czy wojska Kościuszki, były tworzone ad hoc, oficerowie, synowie patriotycznych ziemian, służyli tam w dużej mierze ochotniczo. Nieraz solidnie przygotowywali się sami, albo w szkołach do służby wojskowej, ale było to jedynie przygotowanie teoretyczne. Zaś, gdy minął czas wojny - albo awansowali albo wracali do domów. I znów nie było nikogo, kto mógłby przekazać swą wiedzę świeżo wstępującym kolegom.
Możliwe, że dla polskiej kawalerii bardziej potrzebny był właśnie taki poradnik, jakim są Przepisy, niż regulamin zawierający przepisy musztry. Na pewno dla lekkiej jazdy (czyli prawie całej kawalerii Księstwa Warszawskiego) służba na placówkach i w rekonesansach była chlebem powszednim, podczas gdy większe bitwy, gdzie działano całymi szwadronami, czy pułkami, miały miejsce znacznie rzadziej. Symptomatyczne jest, że podczas wojny 1809 r. polscy strzelcy konni otrzymali lance, zamiast karabinków, oręż jakoby bardziej przydatny w boju70. Nie wdając się w dyskusje o wyższości lancy nad karabinkiem w walce, z analizy Przepisów, jak i innych źródeł, wynika wyraźnie, iż karabinek był bardzo przydatny w wojnie podjazdowej, zarówno jako broń (daleko skuteczniejsza od pistoletu), jak i środek sygnalizacyjny, podczas gdy lanca mogła tylko zawadzać. Odebranie szaserom tej broni mogło wynikać m.in. właśnie z nieuświadamiania sobie roli i charakteru małej wojny, do której przecież strzelcy konni byli głównie przeznaczeni. Być może doświadczenia wojny z Austrią oraz nadchodząca rozprawa z Rosją, słynącą z jazdy kozackiej, doskonałej w wojnie podjazdowej, skłoniły polskie dowództwo do podjęcia próby uzupełnienia braków w wyszkoleniu polskiej kadry oficerskiej w tym zakresie.

2. Zakończenie

Analiza Przepisów przedstawia nam wcale bogaty i złożony obraz wojny podjazdowej z czasów napoleońskich. Jak dotąd wizje wielkich kampanii i bitew rozgrywanych przy wykorzystaniu niespotykanych wcześniej w Europie sił, a także wielki wkład wojen napoleońskich w rozwój myśli wojskowej przysłaniały tę dziedzinę prowadzenia działań militarnych. Jednak, jak widać, mała wojna miała wciąż znaczenie na tyle poważne, że okazało się wskazane wydanie regulaminu traktującego o niej. Jego lektura pozwala dojść do wniosku, że zadania przeznaczane dla lekkiej jazdy wymagały od jej oficerów niemałych umiejętności, które w dużej mierze niewiele miały wspólnego z dowodzeniem w walce. Nieczęsto się zatem o nich wspomina w rozmaitych opracowaniach. Jednak opisując wielkie kampanie, stwierdzając, że ten, czy ów dowódca przemaszerował z punktu A do B i zaskoczywszy przeciwnika odniósł piękne zwycięstwo, warto pamiętać, że nie było by to możliwe bez sprawnej pracy zwiadu i ubezpieczeń, dostarczających potrzebnych informacji o położeniu wojsk nieprzyjaciela, czy stanie dróg, "kryjących" armię przed jego wzrokiem i oszczędzających jej niemiłych niespodzianek.

PRZYPISY:

1. Dalej w tekście jako Przepisy.
2. Pachoński J., Antoni Aleksander Oborski, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 23, Wrocław - Warszawa - Kraków - Gdańsk, 1978, s. 434 - 435.
3. Numeracja dodana przeze mnie.
4. Ich posterunki będą dalej w tekście występować również jako "wedety" i "czaty".
5. Pewną konfuzję może budzić fakt, że mianem placówki określano zarówno wszystkie części straży, jak i jej główną część - grangardę. Dlatego też w dalszej części pracy będę używał terminu grangarda na oznaczenie głównej części straży, zaś "placówka" na określenie całości.
6. Oborski A., Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni, Warszawa 1812, s. 6 - 8.
7. tamże, s. 1 - 3.
8. Załuski J. B., Wspomnienia o pułku lekkokonnym polskim gwardyi Napoleona I przez cały czas od rozwiązania pułku w r. 1807, aż do końca w roku 1814, Kraków 1862, s. 238 - 239.
9. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 7.
10. Dembiński H., Pamiętnik Henryka Dembińskiego, jenerała wojsk polskich, Poznań 1860, s. 169 - 170.
11. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 9 - 10.
12. Chłapowski D., Pamiętniki, Kraków 1986, s. 147.
13. Czyli ok. 30 metrów. Przyjmuję, że 1 krok to ok. 60 cm za: Bielecki R., Wielka Armia Napoleona, Warszawa 1995, s. 253.
14. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 12.
15. tamże, s. 13 -14.
16. Fredro A., Trzy po trzy, Warszawa 1968, s. 77.
17. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 4.
18. tamże, s. 16.
19. tamże, s. 160 - 165.
20 Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 20.
21. tamże, s. 20.
22. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 29 - 32.
23. tamże, s. 17 - 18.
24. tamże, s. 18 - 19.
25. Ok. 120 metrów.
26. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 20 - 21.
27. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 24.
28. Załuski J. B., Wspomnienia..., s. 125.
29. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 35, 38.
30. Ok. 300 metrów.
31. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 36.
32. Dembiński H., Pamiętnik..., s. 56.
33. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 37 - 40.
34. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 13.
35. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 47 - 49.
36. tamże, s. 36 - 38.
37. tamże, s. 41 - 42.
38. tamże, s. 53.
39. tamże, s. 43.
40. Oborski A. Przepisy polowe..., s. 163 - 166
41. tamże, s. 66.
42. tamże, s. 52.
43. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 53.
44. Dziewanowski D., Przyczyny nieszczęśliwie zakończonej kampanii 1812 r. [w:] Pamiętniki o wojnie 1812, podał J. Staszewski, Poznań 1933, s. 9.
45. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 45 - 46.
46. tamże, s. 43 - 45.
47. Dembiński H., Pamiętnik..., s. 129 - 130.
48. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 50 - 51.
49. tamże, s. 53 - 56.
50. tamże, s. 42 - 43.
51. tamże, s. 61 - 63.
52. tamże, s. 65 - 66.
53. Chłapowski D., Pamiętniki... , s. 53.
54. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 62.
55. tamże, s. 69 - 71.
56. tamże, s. 77 - 79.
57. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 95.
58. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 77 - 79.
59. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 145.
60. Oborski A., Przepisy polowe... , s. 105 - 110.
61. tamże, s. 110 - 112.
62. Dembiński H., Pamiętnik..., s. 157.
63. Oborski A., Przepisy polowe..., s. 112 - 117.
64. tamże, s. 124 - 140.
65. tamże, s. 140 - 156.
66. tamże, s. 156.
67. tamże, s. 157 - 158.
68. Chłapowski D., Pamiętniki..., s. 155.
69. Pawłowski B., Wojna polsko - austriacka 1809 r., Warszawa 1999, s. 56 - 57.
70. Romański R., Raszyn 1809, Warszawa 1997, s. 42.

BIBLIOGRAFIA:

Źródła:
Białkowski Antoni, Wspomnienia starego żołnierza, Gdynia 2003.
Chłapowski Dezydery, Pamiętniki, Kraków 1986.
Dembiński Henryk, Pamiętnik Henryka Dembińskiego jenerała wojsk polskich, Poznań 1860.
Dziewanowski Dominik, Przyczyny nieszczęśliwie zakończonej kampanii 1812 r. [w:] Pamiętniki o wojnie 1812, podał J. Staszewski, Poznań 1933.
Fredro Aleksander, Trzy po trzy, Warszawa 1968.
Gajewski Franciszek, Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego, pułkownika wojsk polskich (1802-1831), Poznań 1913, t. I.
Oborski Aleksander, Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni, Warszawa 1812.
Załuski Józef Bonawentura, Wspomnienia o pułku lekkokonnym polskim gwardyi Napoleona I przez cały czas od rozwiązania pułku w r. 1807, aż do końca w roku 1814, Kraków 1862.

Opracowania:
Albrecht J., Generalny inspektor jazdy gen. dyw. Rożniecki i jego lustracje pułków jazdy Księstwa Warszawskiego w 1808 r.; Bellona 1922, z. II, s. 106 - 121.
Bielecki Robert, Wielka Armia Napoleona, Warszawa 1995 .
Gembarzewski Bronisław, Wojsko polskie: Księstwo Warszawskie 1807 - 1814, Warszawa 1912. Kukiel Marian, Wojny Napoleońskie, Warszawa 1927.
Kukiel Marian, Wojna 1812 roku, Poznań 1999.
Pachoński Jan, Antoni Aleksander Oborski, [w:] Polski Słownik Biograficzny, t. 23, Wrocław - Warszawa - Kraków - Gdańsk 1978.
Pawłowski Bronisław, Wojna polsko - austriacka 1809 r., Warszawa 1999.
Romański Romuald, Raszyn 1809, Warszawa 1997.

Wojtach Łukasz