| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Ryszard Morawski, Andrzej Nieuważny Wojsko Księstwa Warszawskiego. Artyleria, inżynierowie, saperzy. |
||
OGIEŃ I RUCH
OBSŁUGA DZIAŁNajpopularniejsza w Księstwie Warszawskim polowa armata 6-funtowa wymagała 10 ludzi obsługi ustawionych po 5 po każdej stronie. Pierwsi pomocnicy (nr 1 i 2) stawali równo z wylotem lufy, drudzy pomocnicy (3 i 4) na wysokości grona, dwaj kanonierzy (5 i 6) równo z ogonem, a trzeci (7 i 8) i czwarci (9 i 10) pomocnicy przy przodkarze. Do drugich pomocników należało rozdanie narzędzi: prawy (4) dawał długą szelkę pierwszemu pomocnikowi ze swej strony (2), krótką szelkę - trzeciemu pomocnikowi (8), a kolejną długą zatrzymywał, podobnie jak puszkę na świeczki oraz lontownik i świecznik. Drugi lewy pomocnik (3) dawał stojącemu z przodu pierwszemu (1) szelkę długą, trzeciemu (7) krótką i torbę nabojową, czwartemu pomocnikowi (9) drugą torbę, a kanonierowi (5) skórzany paluch na średni palec lewej ręki. Sam zatrzymywał długą szelkę, torebkę z przepalniczkami i przetyczkę.
Przed załadowaniem drugi prawy pomocnik (4) odczepiał wiaderko i stawiał je pod osią armaty, następnie wtykał w ziemię za sobą lontownik, od którego zapalał świeczkę. Czwarty prawy pomocnik (10) wydawał ze skrzynki naboje swemu koledze z lewej (9), który szedł z nimi do pierwszego pomocnika - ładowniczego (1). Chwyciwszy za drążki celownicze i (wedle Przepisu musztry) "rzuciwszy prawym okiem wzdłuż linii celowniczey działa", kanonier prawy (6) kierował jego wycelowaniem. Po wydaniu przezeń komendy "Nabij!" kanonier lewy (5) zatykał paluchem zapał, prawą ręką sygnalizował ewentualne poprawki w nadrzucaniu działa kanonierowi prawemu (6), a później korbą lub śrubą podnosił lub zniżał lufę. Pierwszy prawy pomocnik (2) wpychał namoczony wycior w kanał i przed wyjęciem dwukrotnie go obracał przy pomocy kolegi z lewej (1). Chodziło o usunięcie z kanału śladów prochu, a zwłaszcza resztek tlącej się rasy, której pozostawienie wywołałoby eksplozję przy wsunięciu ładunku. Następnie ładowniczy (1) wkładał do lufy nabój podany przez czwartego pomocnika (9), po czym dwaj pierwsi pomocnicy (1 i 2) przybijali stemplem nabój do dna kanału. Aż dotąd lewy kanonier (5) zatykał zapał, by napływające powietrze nie rozpaliło ponownie resztek, wywołując przedwczesny, tragiczny wystrzał. Po nabiciu wycelowanego działa drugi lewy pomocnik (3) prawą ręką przebijał przetyczką rasę worka nabojowego przez zapał, a lewą wstawiał weń przepalniczek. Sprawdziwszy, że reszta odstąpiła od działa, dawał znak koledze z prawej (4), który zapalał przepalniczek. Ogień przerywano na dźwięk werbla w artylerii pieszej, a trąbki - w konnej. Czwarty lewy pomocnik (9) podawał z torby kolejno trzy naboje, a w tym czasie trzeci lewy pomocnik (7) biegł do przodkary po kolejne trzy, tak by płynnie zaopatrywać ładowniczego i utrzymywać tempo ognia. Czwarty prawy pomocnik (10) wydawał naboje ze skrzynki przodkarowej, a trzeci (8) uzupełniał zapas przodkary z wozów amunicyjnych.
Po każdym wystrzale trzeba było znów wepchnąć na pozycję działo, które (Jaszowski) "nawet na parę kroków, osobliwie po wilgotnej murawie, się cofa, a trzeba go, ile możności, do celowania tak ustawić, iżby dwa koła i ogon lawety na jednym znajdowały się poziomie, inaczej linia celu z linią strzału nie będą na jednej pionowej płaszczyźnie, co jest koniecznie potrzebnym do trafnego strzału". Spowici dymem, czarni od prochu kanonierzy ciężko pracowali przy ustawieniu. Musieli od kilkudziesięciu do 300 razy przesunąć o 2-3 metry ważące ponad tonę działo, co równało się pchaniu go przez kilkaset metrów. Dlatego też do artylerii w ogóle, a do obsług w szczególności brano ludzi fizycznie mocnych. nbsp; nbsp; Każde działo miało swoją specyfikę, np. przy armacie 3-funtowej wystarczała 8-osobowa obsługa, a wyciorem z zakrzywioną rękojeścią przybijano też ładunek. Granatnik 7-funtowy wymagał 11 ludzi (kanoniera nazywano bombardierem), stosowano też oddzielnie przybijany w komorze ładunek, na który do kanału wkładano granat ułożony tak, by "zapalnik znaydował się zewnątrz w kierunku osi granatnika". Granaty podawano po jednym, tak by zmniejszyć ryzyko eksplozji w razie trafienia lub wypadku. Przy armacie 12-funtowej obsługa wzrastała do 13 ludzi, gdyż 1,5 tony lufy i łoża wymagało użycia 3 drążków, a wręczyciele mogli brać tylko po 2 cięższe naboje i potrzeba ich było więcej. Do obsługi dział artylerii konnej trzeba było doliczyć koniowodnych. Wedle Zasad nauki artylleryi "pod działa forteczne używaią się ruchome podłoża, składaiące się z drewnianey ramy, która razem z łożem działa, obraca się na sworzniu osadzonym pod przednią częścią ramy; zadnia część zaś chodzi na kołach po łuku złożonym z grubych desek, wkopanym w ziemię". Ustawione w działobitniach działa wałowe potrzebowały więc mniej ludzi i Przepis musztry przewidywał ich tylko 8 dla armat 12-, 18- i 24-funtowych, a od 6 do 4 dla lżejszych wagomiarów. Przy najcięższych armatach rozdzielano ładunek, przybitkę i pocisk (najczęściej kulę), a do zapału podsypywano proch z rogu. Przepalniczków używano przy granatnikach wałowych (5 ludzi obsługi), w kanale których mocowano granat małymi klinami. Do moździerzy sypano proch bezpośrednio szuflą, a bombę również usztywniano klinami. nbsp; nbsp; Ważna była koordynacja ruchów i wzajemna obserwacja, a pod ogniem i w napięciu bitwy łatwo było o wypadek. Jan Weyssenhoff tak wspominał swój: "chcąc, aby działo 6-funtowe kartaczami strzeliło do kolumny, wbiegłem na platformę, zawołałem na artylerzystów, którzy mimo mojego rozkazu mieli już działo nabite kulą. Nieukontentowany tem, porwałem kanoniera za kołnierz, wciągnąłem na platformę w celu dania ognia, choć mniej skutecznego, kulą. Wtem kanonier, kulą w pierś ugodzony, upadł mi pod nogi na stos ładunków armatnich dla pośpiechu przy dziale ułożonych. Lont gorejący, który trzymał w ręku, zapalił ładunki. Wybuch był tak silny, że mnie rzuciło o kilka kroków w tył, spaliwszy mi mundur na węgiel, a twarz i oczy do żywego oparzywszy. Kanonier poległ".
EFEKTY OGNIA
Dominacja ciężkich wagomiarów na dalszy dystans była oczywista. Jednak na krótszym dystansie ważniejsze od energii pocisku (często zbyt dużej w porównaniu do celu - ludzi i koni) i maksymalnego zasięgu było szybkie prowadzenie celnego ognia. Wielu oficerów artylerii uważało, że do 1000 kroków efekt ognia pięciu armat 6-funtowych, czterech 8-funtowych i trzech 12-funtowych był porównywalny, jednak pod warunkiem użycia kuli, nie kartacza. Dwunastofuntówka przynosiła większy efekt i strzelała dalej niż armata 6-funtowa, ale wolniej (stosunek wynosił 2:3), miała mniej pocisków na wozie, była cięższa, a więc mniej mobilna, wymagała więcej koni, ludzi i miejsca, stanowiła też większy cel. Na poligonach świetnie wytrenowane obsługi mogły strzelić i ponad 5 razy na minutę bez celowania. Warunki bojowe odmieniały te kalkulacje. Lekkie działo mogło oddać maksimum 2-3 strzały w ciągu minuty, a ciężkie (12-funtowe) najwyżej 2 strzały; w tym czasie granatnik posyłał jeden pocisk. Szybszy był ogień kartaczowy i to nie tylko dlatego, że otwierano go, gdy nieprzyjaciel był bliski dotarcia do celu ataku. Celowanie było tu przybliżone, a ponadto doświadczeni artylerzyści nie przesuwali po każdym wystrzale odrzuconego działa na pozycję i rzadziej używali wyciora (po strzale kulą było to obowiązkowe), podnosząc tempo do 3-4 pocisków na minutę. Zależało ono jednak także od kompletności obsług i stopnia ich zmęczenia.
Austriak J. G. von Tielke przyjął 6 wystrzałów na minutę za fizyczny pułap możliwości obsługi i badał warunki obniżające skuteczność ognia. Założył, że piechota w natarciu robi ok. 120 kroków na minutę, a więc w ruchu na odległość 200-250 kroków batalion narażony był na ok. 12 pocisków z działa. Jednak cel był ruchomy, a po każdym wystrzale należało przepchnąć działo na pozycję i ponownie wycelować, zatem wypalenie 5-6 razy w ciągu minuty było niemożliwe. Sprzeczność między tempem ognia a celnością sprawiała, zdaniem Tielkego, że pocisk raził statystycznie 3 atakujących. Użycie kartaczy zwiększało straty, ale trzy czwarte wystrzałów w bitwie oddawano kulami, a stosunek zużytej amunicji do liczby ofiar nie przekraczał 1:1. Dlatego artyleria zawsze szukała kątów ostrzału zwiększających efekt kuli do kilku kolejno trafionych ofiar. Skuteczniejszy był też ogień do mniej ruchomych celów, np. do piechoty szykującej się do forsowania mostu lub ściśniętej w szyku kolumn. Któż opisał efekt takiego strzału lepiej od Mickiewicza? Tam kula, lecąc, z dala grozi, szumi, wyje.
OKROPNOŚCI WOJNYPamiętniki straszą opowieściami o czynach Mickiewiczowskiego "anioła śmierci", o urwanych kulą głowach i ludzkich bądź końskich kończynach, o amputacjach po zranieniach odłamkami granatu. Jak zawsze, o przeżyciu decydował łut szczęścia; miał go chyba wspomniany przez Józefa Grabowskiego "porucznik Wąsowicz, który pięć kul granatnich dostał, a z tych jedną w gębę, inne odbiły się o różne części jego uzbrojenia". Wybite zęby i długie żywienie płynami to niska cena za ów ratujący życie łut. Szczególna przygoda spotkała nad Berezyną Józefa Rudnickiego: "kula 12-sto funtowa uderzyła w grenadyjera obok mnie stojącego, któremu nogi zupełnie pogruchotawszy, tak blisko moich przebiegła, że od jej impetu padłem na ziemię, sądząc, że i mnie obydwie odjęła: kontuzyja to tylko mocna była, jednakże gdy żadnej władzy w nogach nie czułem, i o swej mocy podnieść się nie byłem w stanie; widząc to pułkownik Woliński, rozkazał woltyżerom noszę z karabinów zrobić i mnie za mosty odnieść". Żołnierze opowiadali sobie dziesiątki podobnych historii, a lekarze zastanawiali się nad ich przyczyną. Uczestnik wyprawy moskiewskiej doktor Samuel Peszke zaobserwował, że "kula działowa, chociażby nawet niewielkiego kalibru, jeżeli blisko człowieka przeleci, poraża zawsze nerwy na chwilę. Zważywszy stan układu nerwowego żołnierza już wycieńczonego długim trudem wojennym, głodem i obawą, czyż niełatwo pojąć, jak zgubnie to działać musi na jego nerwy? Gdy tuż obok takiego człowieka padnie kula działowa, to pytam, czy roztrącone powietrze lub tarcie się o nie pocisku nie może stać się niebezpiecznem dla włókien nerwowych? Oczywiście, że takie strzały, miażdżące jakoby członki, są twierdzeniami czczemi, zaliczonemi od dawna do bajek żołnierskich". Wojsko wiedziało jednak swoje i rany wewnętrzne przypisywało "ruchom powietrza", a więc sile pocisku. Jeśli był przy końcu lotu lub po rykoszecie, człowiek tracił przytomność, ale potem wracał do stanu sprzed wypadku. Jeśli jednak pocisk przeleciał blisko z pełną prędkością, żołnierz ginął lub umierał niebawem. Wątpił nie tylko doktor Peszke. Medycyna od dawna znała wspomniany przezeń fenomen i ukuto nawet termin "stłuczenie powietrzem pocisku". Medykom, którzy dali wiarę żołnierzom, przeciwstawił się czołowy za Napoleona autorytet, szef służby medycznej gwardii Dominique Larrey. Jego zdaniem, w każdym przypadku musiało dojść, choć poszkodowany tego nie czuł, do zrolowania pocisku po ciele. Powstała niedawno "medycyna katastrof" przyznała jednak rację wiarusom i opisała skutki przemieszczeń powietrza oraz obrażenia osób pozornie nietkniętych przy eksplozji. Ogień artyleryjski, który już z założenia wpływać miał na psychikę walczących, powodował różne reakcje - od apatii po nerwice. Wiedział coś o tym Józef Szymanowski, który przeżył pod Eylau słynną rzeź piechoty francuskiej dokonaną przez rosyjską artylerię: "w oczy nam właśnie pruszył śnieg tak obfity, pierzasty, iż bez żadnej egzageracyi powiedzieć śmiało mogę, że na jakie kilkanaście kroków przed sobą nic a nic nie widzieliśmy. Tylko szmer kartaczów, którymi nas obsypywali Rosyanie i krzyki rannych odbijały się o nasze uszy". Nawet starzy oficerowie, jak dowódca Henryka Dembińskiego pod Smoleńskiem, padali ofiarą gorączki działowej, z niemiecka zwanej "Kanonenfieber". "Tak to odwaga jest często dniowa i człowiek waleczny w 10ciu bitwach, ulega czasem słabej chwili" - komentował filozoficznie swe niespodziewane zastępstwo Dembiński. Inna forma "gorączki" dopadła pod Szewardino wysłanego na linię kapitana rzemieślników Kajetana Dowbora, który "od rozpoczęcia ognia rzucał się na wszystkie strony, biegał z dobytą szpadą, bez kapelusza pomiędzy działami, krzyczał jak człowiek pomięszanie zmysłów mający". Jego podkomendny, ostrzelany już Jaszowski rozumiał "rozdrażnienie nerwów na strzały działowe" swego przełożonego, który pierwszy raz znalazł się w takim ogniu. Trzeba będzie jeszcze stu lat, by podczas pierwszej wojny światowej odróżnić nerwice od "tchórzostwa", i doświadczeń następnej wojny, by zakwalifikować je jako chorobę. Dalej >>> Wydawnictwo: Karabela D. Chojnacka Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011 Format 34 x 24 cm, 232 stron, trzy kolorowe rozkładówki, 47 tablic kolorowych, 6 tablic czarno-bialych, podpisy pod ilustracjami i streszczenia w języku francuskim, angielskim i niemieckim, twarda oprawa. Cena detaliczna 150,00 PLN
Więcej informacji: Karabela D. Chojnacka |
||
|
|
|||||
|
|||||