b Napoleon.org.pl
Napoleon.org.pl English     Deutsch    
Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni

Ryszard Morawski, Andrzej Nieuważny
Wojsko Księstwa Warszawskiego. Artyleria, inżynierowie, saperzy.


ROK 1812
BÓG Z NAPOLEONEM, NAPOLEON Z NAMI

"LA BÉRÉZINA"
atalnej sytuacji nad Berezyną nie mógł zmienić zwycięski atak jazdy Oudinota, który po zwycięstwie pod Łosznicą odzyskał 23 listopada Borysów, biorąc 1000 jeńców i zmuszając do ucieczki przez tenże most admirała Cziczagowa w niekompletnym mundurze. Mimo wysiłków Francuzów rosyjscy saperzy zdążyli spalić przeprawę, otwierając następny akt dramatu. Była nim trzydniowa (26-28 listopada) bitwa berezyńska, w której Napoleon, przeprawiwszy większość sprawnych wojsk na prawy brzeg, wyrwał się ku Wilnu z pułapki zastawianej przez armie Cziczagowa i Wittgensteina. Polacy, zarówno z V korpusu, jak z dywizji Girarda i Legii Nadwiślańskiej oraz szwoleżerowie, stanowili trzecią część zdolnych do boju sił i mieli w tym niezwykłym i wyjątkowo krwawym przedsięwzięciu ogromny udział.
    Poza bojami na pierwszej linii szczególnie ważny był polski udział w stawianiu mostów pod Studzianką. Składając mozaikę ze strzępów dokumentów, Robert Bielecki wydobył z zapomnienia wielu budowniczych drewnianej drogi ocalenia Wielkiej Armii. Działali nad Berezyną inżynierowie Ignacy Prądzyński, Franciszek Koss i jego imiennik Valentin d'Hauterive oraz Józef Lex. Muzeum Wojska Polskiego przechowuje też szkic mostów oraz wiodących do nich dróg i "grobli z faszyn zrobionej przez Polaków i Francuzów", autorstwa kapitana i kawalera Legii Michała Świdy, także wychowanka Szkoły Aplikacyjnej. Jednak najwięcej armia zawdzięczała pracującym obok Francuzów 260 saperom z 1. i 2. kompanii kapitana Szweycera, 3. kompanii kapitana Jana Fiedorowicza, 5. - kapitana Rakowieckiego oraz pontonierom kapitana Bujalskiego.
Kliknij aby powiększyć     Jak wiemy, wykorzystując dezorientację i marazm Rosjan, 24 listopada Napoleon zdecydował się ostatecznie na przeprawę pod Studzianką, do czego przygotowania trwały od poprzedniego dnia. Po ruszeniu lodów na Berezynie fatalnie brakowało pontonów, pozostałych na drodze z Moskwy po śmierci ciągnących je na wozach szóstek koni oraz nieopatrznie zniszczonych niedawno w Orszy z rozkazu Napoleona. Tak więc budowa, która zajęłaby pół dnia, przeciągnąć się miała do 48 godzin. Jak zanotował pod datą 26 listopada pozostający przy francuskich saperach Konstanty Janta, "Ogołoceni prawie ze wszystkich narzędzi i materiałów potrzebnych, pożyczaliśmy siekier nawet od ekwipażów i tegoż dnia skleciliśmy w południe dwa mosty na kobylicach, jeden dla artylerii, a drugi dla wojska i hołoty". Nie takie to było proste, i to nie tylko ze względu na brak gwoździ i klamer, które wykuwano w dwóch kuźniach polowych z żelastwa znalezionego w rozebranych chatach, zresztą rozkradzionych na opał. Mimo ciężkich warunków i zmęczenia odżyły animozje między pontonierami generała Jean-Baptiste'a Eblé i saperami generała Chasseloup, a z początkowych trzech zbyt krótko wymierzonych mostów trzeba było zrobić dwa właściwe.
    Lewy, mocniejszy, przeznaczony był dla artylerii i pojazdów, prawy - dla piechoty i owej "hołoty", choć przejdą też po nim lżejsze armaty. Mosty przerzucone przez szeroką tu zazwyczaj na 40, a teraz rozlaną na prawie 100 metrów Berezynę dzieliło około 300 kroków. Najlepszy polski znawca tej bitwy Robert Bielecki odmalował je tak: "Kozły, zwane też kobylicami, budowano różnej wysokości, od jednego do trzech metrów, ale szerokość była ta sama i wynosiła cztery i pół metra. [...] Kozły stawiano co cztery metry, przy czym czteroosobowe zespoły musiały robić to zanurzone po pas, a nawet po szyję w wodzie. Dno było bagniste i zanim kozioł połączony został z innymi, należało trzymać go przez kilkanaście minut. Oficer stojący na brzegu komenderował: "na prawo", "na lewo", zanim wreszcie wydał upragniony rozkaz "puść". Żołnierze zaś ciągnęli belki i układali podłogę z desek". Podłogę z tarcicy opartą na 23 kozłach mostów częściowo zalewała woda (zabezpieczano się wiązkami słomy), a na kozły napierała kra.
    Zanurzeni w lodowatej Berezynie saperzy i pontonierzy to jedna z najsłynniejszych scen wojen napoleońskich. Wszyscy, od nich poczynając, wiedzieli, że kładą na szalę życie. Niewiele mogło tu pomóc suszenie się przy ognisku po półgodzinnej najwyżej pracy, czy łyk wódki. Przekraczający most w nocy z 26 na 27 listopada Maciej Rybiński oddał głośno cześć naprawiającym go ciemnym sylwetkom:
    - Jaka ofiara tych ludzi. Dziś naprawiają, jutro z przeziębienia febra, a w parę godzin i śmierć.
    Niespodziewanie z wody odpowiedziano po polsku: "Tak, ale tu idzie, żeby armia przeszła". Trafił najpewniej na saperów 3. kompanii i pontonierów, bo to oni trzykrotnie ratowali pękający most. Obok Polaków pracowali Francuzi i Holendrzy.
Kliknij aby powiększyć     Nie sposób tu powtarzać znanego powszechnie dramatu przeprawy; ograniczmy się do stwierdzenia, że wraz z towarzyszami broni polscy saperzy i pontonierzy mosty budowali, naprawiali, a rankiem 29 listopada, tuż przed nosem Rosjan, zniszczyli. Pomogli też przeprowadzić polską artylerię przez kłębiący się na lewym brzegu wielotysięczny tłum i piramidę zatrzymanych przez żandarmów pojazdów. Strona techniczna spoczywała na barkach kapitana Franciszka Valentin d'Hauterive, który wedle szefa sztabu generała Stanisława Potockiego "przez 52 godzin walcząc z wszystkimi przeciwnościami w przeprawie armat, dopiero gdy ostatnia polska armata przez nadpsuty most przechodziła, z nią się przeprawił i tam miał lewą nogę nadtrzaskaną". Wspierały go w tym dziesiątki saperów i artylerzystów oraz eskorta artylerii. Przeprawy dział pilnował generał Potocki, a parku - adiutant Zajączka Józef Krasiński.
    Wzmocniona do 8 dział artyleria Dąbrowskiego przeszła na prawy brzeg wraz ze strażą przednią Oudinota już 26 listopada po południu. Artyleria dywizji Zajączka i Kniaziewicza, zaliczonych do korpusu Neya, czekać musiała do nocy, a może i do ranka. "Myśmy z działami stanęli na uboczu, o kilkaset kroków od najbliższego mostu, na polu kartoflami zasadzonym, rozpaliliśmy ognie, piekli kartofle i w szachy grali" - pisze Jaszowski, ale mimo tych kartofli i szachów napięcie było ogromne, zwłaszcza po pierwszych granatach z jednorogów Wittgensteina. 27 listopada na prawym brzegu znalazła się cała napoleońska artyleria poza działami osłonowego IX korpusu. Wśród jego kanonierów nie było Polaków, gdyż złożona z 4., 7. i 9. pułku Księstwa Warszawskiego dywizja generała Girarda już wcześniej oddała Francuzom armaty. O ostatnich polskich działach mówi pewnie notatka w papierach kapitana 17. pułku piechoty Grzegorza Plucińskiego, który "z kompaniją swoją z rozkazu J.W. Żółtowskiego, uprzątnął most na Berezynie, i przeprowadził sześć armat oraz amunicye do nich należące pod wieś Studziankę, zkąd razem z pułkiem udał się na trakt Miński do boru tuż pod Studzianką będącego, gdzie do ciemnej nocy trwała batalija".
    Toczyła się ona przez cały dzień 28 listopada pod Stachowem między osłaniającymi przeprawę głównymi siłami Napoleona a wojskami Cziczagowa idącymi z obozu pod Borysowem. Wspierając osłabioną pierwszą linię rannego marszałka Oudinot, Ney pchnął do walki resztki polskiego korpusu i Legii Nadwiślańskiej. Choć Pamiętnik działań 17. dywizji narzeka, iż "nieprzyjaciel strzelał 12-o funtowemi działami na drogę i w las, a nasi mu tylko 6-o funtowemi odpowiadać mogli", artyleria Dąbrowskiego była wyjątkowo skuteczna. Ustawiona na piaszczystym wzgórzu nad drogą zadała rosyjskim bateriom ciężkie straty. Te zebrały większe żniwo w drugiej fazie bitwy, kiedy rzeczywiście uzyskały przewagę. Od odłamka granatu stracił nogę Zajączek, ranni zostali też kolejni dowódcy korpusu - Dąbrowski i Kniaziewicz. "Padający zmrok - jak napisał nieco później Dąbrowski - położył dopiero koniec bitwie, która w tym dniu pamiętnym okryła ranami tak komenderujących wszystkich trzech generałów dywizji nie mogących po dziś dzień czynić służby, jako też i sławą podkomendnych Polaków". Sława ta miała gorzką cenę, gdyż Polacy, którzy pod Stachowem stanowili 57% wojsk walczących za cesarza, odczuwali, że ratuje się ich kosztem życie, widać cenniejsze, żołnierzy francuskich.
    Od dwóch prawie wieków toczy się spór: wygrał Napoleon nad Berezyną czy przegrał? We współczesnym języku francuskim la Bérézina to synonim klęski, ale przecież tak wielu historyków i wojskowych łączyło z tą nazwą słowo "majstersztyk"... Jeśli zaś majstersztyk, to Polacy mieli wszelkie powody, by za oficerem 9. pułku Adamem Kozłowskim powtórzyć: "polskie wojska najwięcej obroniły armię francuską od zupełnego zniszczenia".


RELIKWIE NA KOŁACH
dące od Stachowa w straży tylnej resztki Polaków biły się z oddziałami generała Jefima Czaplica pod Ziembinem (30 listopada) i Pleszczenicami (1 grudnia). Mróz i wyczerpanie nie odmieniły rozkazów w sprawie dział, choć, jak pisze Lelewel, "pozostałe resztki świetnej Armii naszej ledwo służyć mogły za straż honorową sztandarom i artylerii, które jak relikwie unoszono". Relikwie artylerzystów miały koła i lufy; jak lapidarnie ujął Jaszowski, "były to nasze kosztowne sztandary, bo artyleria nie ma innych". Osłaniana za cenę ciężkich strat Wielka Armia i tak przekształcała się na drodze do Wilna w bezładną masę uciekinierów.
    Gorsza od kozaków bywała natura, zwłaszcza gdy, jak wspominał Gawroński, "zaczął był i śnieg padać, co przy takiej masie maszerujących zrobiło drogę tak niesłychanie śliską jak szklanka. Gołoledź się zrobiła zupełna; to marsz niesłychanie utrudniało, konie padały, a kuć nie było gdzie, wszystkie podkowy się zużyły. Wtedy nieprzyjaciel korzystał i zabierał całe parki artylerii, jak zrobił Bawarczykom i Wirtemberczykom. My ocalili nasze jakimś cudem". Ten cud przypisywany był przede wszystkim doświadczeniu Polaków w podróżowaniu zimą: większość koni korpusu była podkuta "na ostro", co pozwalało im przechodzić tam, gdzie pociągi innych korpusów musiały poddać się oblodzonym drogom. A jak to wyglądało, wiemy choćby ze wspomnień Lelewela: "Konie tępo kute, lada wzgórze niezdolne wyciągać ładunków; jeszcze armaty z pomocą ludzi popychano, toż i inne bagaże, ale wieleż to na drodze zostawiać musiano! Wozy z amunicją, aby nieprzyjacielowi nie zostawiać odprowadzano na bok i wysadzano w powietrze, huk ten powiększał okropności. Dokoła widać było wsie w płomieniach; nie złość ludzka rozniecała je, a proste wypadki".
    Resztki dział i pojazdów Wielkiej Armii przepadły 10 grudnia pod pokrytą lodem podwileńską Górą Ponarską, gdzie kozacy wraz z rozbitkami zgodnie rabowali porzucone wozy z cesarskim złotem. Walczył z oblodzoną górą także Jaszowski: "Tę całą noc podczas trzaskającego mrozu przepędziliśmy w największej pracy, wyprowadzając działa nasze i wozy z amunicją pod wielką górę po gołoledzi, i konie nasze, mając podkowy zdarte, nigdy by temu nie podołały były, gdyby nasi jenerałowie, troskliwi o dobro publiczne i honor narodu, nie kazali piechocie rękami i szelkami, które przy każdym dziale się znajdowały, działa, wozy i same konie na górę wyprowadzać".
    Powrót wszystkich orłów i całej artylerii V korpusu to najjaśniejsze akcenty smutnej legendy 1812 r. Jednak już Marian Kukiel, rozdarty między tradycją a źródłami, opatrzył te dumne przymiotniki słowem "prawie". Jak to bowiem z legendami bywa, zapomniano o orle 1. pułku i działach zabranych pod Borysowem oraz o tych utraconych pod Medynią. Nie znamy też losu kilku armat pułkowych, a część dział oddano (na zatracenie!) sojusznikom. Nie wiemy też na przykład, jaki był los formalnie odłączonych 12 dział IV korpusu jazdy i czy wróciły nad Wisłę. Nie ulega natomiast wątpliwości, że uratowanie pozostałych po Berezynie dział było wyjątkiem w całej Wielkiej Armii, o czym świadczy 875 zdobycznych luf zwiezionych przez Rosjan pod mur kremlowskiego arsenału.
    Przyjętej za pewnik informacji o uratowaniu "całej" artylerii rzadko towarzyszyła liczba ocalonych luf. Gembarzewski i Kukiel wspominają o trzydziestce, czemu bliska jest liczba podana w grudniu 1813 r. przez byłego rezydenta w Warszawie Edouarda Bignona. Popierając podanie Pierre'a Bontemps o powrót do służby francuskiej, dobrze zazwyczaj zorientowany Bignon jemu właśnie przyznawał zasługę doprowadzenia do stolicy 32 dział korpusu. Jakie to były działa i czy były wśród nich armaty pułkowe, nie wiemy. Nawiasem mówiąc, piszący 45 lat później wspomnienia Józef Szymanowski nie miał wątpliwości, że to on dotarł do Warszawy "wraz z powierzonymi mi sztandarami wszystkich pułków pieszych oraz z działami, tudzież z kiesonami całej armii polskiej".

<<< Wstecz



Wydawnictwo: Karabela D. Chojnacka
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2011

Format 34 x 24 cm, 232 stron, trzy kolorowe rozkładówki, 47 tablic kolorowych, 6 tablic czarno-bialych, podpisy pod ilustracjami i streszczenia w języku francuskim, angielskim i niemieckim, twarda oprawa.

Cena detaliczna 150,00 PLN


Więcej informacji: Karabela D. Chojnacka





Copyright © 2001 - 2011  NapoleonTeam
Wszelkie Prawa Zastrzeżone