| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Biblioteka źródeł
|
||
(wybór) Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk CZTEREM PRZYJACIOŁOM OJCA POZOSTAŁYM JESZCZE NA TEJ ZIEM SPELNIAJĄC PRZEDZGONNE ŻYCZENIE JEGO WINCENTEMU Hr. KRASIŃSKIEMU, FRANCISZKOWI MORAWSKIEMU, FRANCISZKOWI WEŻYKOWI, ANDRZEJOWI Hr. ZAMOJSKIEMU SYN POŚWIĘCA. Galicja Zachodnia w r. 1809. - Rząd Centralny.
Zawód gorących pragnień, obszernych i niecierpliwych nadziei, przez utworzenie traktatem tylżyckim Księstwa Warszawskiego w miejsce spodziewanej Polski, zdziwił, zasmucił i obruszył kołysane ufnością w słowo Napoleona Polaków umysły. Konstytucja dla tego drobnego księstwa, przez Stanisława Potockiego za wyrazami samego cesarza na kolanie z pośpiechem kreślona, niema w niej reprezentacja narodowa, rozgałęziona kosztowna administracja, kodeks Napoleona za prawo, wojsko liczne, lecz na niestosowną do ubóstwa kraju stopę francuską płatne, ogromne sumy banków berlińskich połowę wartości a nawet całkiem po zniżeniu ceny ziemi, dobra właścicieli obciążające, na skarb cesarza zabrane, na koniec dobra rządowe, po większej części między marszałków francuskich rozdzielone i z pod władzy rządu krajowego wyjęte, powiększyły użalenia i smutki. Jeżeli wybór króla saskiego na władcę małą cząstkę spełnionych życzeń zaspokajał, obecność i władza prokonsula francuskiego w sobie marszałka Davout, rozłożone liczne wojska francuskie, w wymaganiach niepodobnych do zaspokojenia nienasycone, upokarzającym czyniły ten szczupły dar i zwiększały utyskiwania. Nowa ta organizacja kraju, przy wyborze nie wszędzie trafnym departamentowych naczelników, nie przyłożyła się do złagodzenia powszechnych zniechęceń. Niektórzy z nich szarfą francuską dumni, woleli być niezręcznymi Francuzami jak wyrozumiałymi współziomkami. Bogate ich szaty natrząsającym się z nędzy powszechnej widokiem raziły zubożałych mieszkańców, budziły w podłych i chciwych zazdrość, w skromnych nienawiść i skargi. Prócz tego jak w każdych wielkich wzruszeniach zbiegać się zwykła jak na plac połowu łakoma łupu i korzyści, a chciwa wyniesienia się rzesza. Tak księstwu warszawskiemu dostarczyła Galicja swoich półmędrków a Włochy swoich wychodźców i włóczęgów a mniemanych prześladowanych patriotów, których nikt z kraju polskiego nie wypędzał, ale właściwe niespokojnym umysłom awanturnictwo za granicę uniosło. Nieproszeni ci opiekunowie losów Polski czepiając się legionów, tworzyli projekty jej ratunku, wołali do opuszczonego przez siebie kraju o składki, zwodzili niebacznych, narażali na prześladowania nieostrożnych, a uzyskane ofiary własnym marnotrawstwem trawili. Jedynemu zaś istotnemu reprezentantowi Polski Dąbrowskiemu za odrzucenie ich projektów potwarzą się odpłacali. Utrudniali sprawę Polski niesnaskami i niezgodą, a charakter narodu w oczach obcych zohydzali. Pierwsi i drudzy dla znajomości języka francuskiego w początkowym odmęcie zapełniając pod Komisją Rządzącą opuszczone przez urzędników pruskich biura, już zawód urzędniczy poczytali za swoje dziedzictwo, i do wyższych miejsc z obecnych zasług rościli prawo. Przy stałej organizacji nieumieszczeni, lub umieszczeni nie według życzeń zarozumiałej miłości własnej i próżności przybrali postać pokrzywdzonych patriotów, roznosili użalenia i potwarze, zohydzali rząd, namawiali do oporu, jątrzyli i wciągali w swoje sidła zacnych, ale łatwowiernych miłośników ojczyzny, a z powszechnej wady narodowej skłonniejszych opierać się i przyganiać jak słuchać. Wodzowie też legionów polskich przywiedli niemałą liczbę zasłużonych żołnierzy, którzy już przez wiek i osłabione trudami siły do oręża niezdatni, wołali o nagrodę zasług swoich lub ran w ostatniej wojnie poniesionych, wołali o miejsca i urzędy, których zabrakło. Król oblężony prośbami, chociaż sam żadnego dochodu ze skarbu nie pobierał, jednych z własnej szkatuły wspomagał, drugim pensje z ubogiego skarbu wyznaczał, zdolniejszych na rządców dóbr narodowych lub strażników lasów skarbowych zalecał. Niektórym dzierżawy dóbr z względnym wymiarkowaniem dochodów wypuścić kazał, z których oni marnując na zbytki intraty, nic nie wnosząc, ubożyli skarb a wszelki przymus, surowość, cierpliwość samą jak niewdzięczność wyrzucając, łączyli się z powyższego rodzaju patriotami i liczbę malkontentów powiększali. Wojsko też acz zyskanymi świeżo laurami chlubne, nie uszło zarzutu. Ubiorem i duchem więcej francuskie niż narodowe, nie wiedzieć czy sławę wojowników, z którymi się zbratało, czy ich uciążliwe wymagania, nadużycia i przewodzenia więcej pokochało. Wodzowie polscy pobłażając, własnym przykładem upoważniać zdawali się to, z czego ich w podbitych obcych krajach prawo zwycięstwa wymawiało, a co im nałóg do własnej ojczyzny przeniesiony miłem uczynił. Mianowanie księcia Józefa Poniatowskiego na ministra wojny i powrócenie mu stopnia, jaki przed podziałem Polski posiadał, acz nie ubliżało ani sławie ani godności narodu, przecież przez porównanie jego przeszłości pod rządem pruskim i miękkości życia w Warszawie, gdy legiony polskie dobijały się ojczyzny, nie podobało się powszechnej a uprzedzonej przeciw niemu opinii, i wydawało się krzywdą wodzów pod sztandarami Napoleona za granicą osiwiałych, a chociaż krzywdą nie było, obrazą się stało. Zajączek od dawna domowi Poniatowskich nieprzyjazny, a do narodu za niesłuszne posądzenia w powstaniu Kościuszki żywiący urazy, wzbraniał się znaków francuskich zamienić na polskie. Zmuszony rozkazem Napoleona przyjął dowództwo pod Poniatowskim z jawną niechęcią i oporem, i nienawiści nie zmienił. Dąbrowski poddał się otwarcie, lecz skrycie truł ufność wojska. Poniatowski miał zwierzchność, Dąbrowski przychylność i władzę. Ta nieufność wojska, ta niejedność między nimi a obywatelstwem, przy powszechnej a wzrastającej po kraju nędzy, jątrzyła rozdrażnione nią umysły mieszkańców. Daremnie Osiński, Wężyk, Woronicz, Niemcewicz, swymi penami, Towarzystwo Przyjaciół Nauk mowami, tenże Wężyk i Osiński teatralnymi patriotycznymi sztukami, budzili zapał. Gasł on jak płomień z nietrwałego włókna zwłaszcza, że byli i tacy, którzy go studzili, jak Molski swoimi szyderczymi wierszami. Po domach, więc prywatnych, w towarzystwach, wzmagały się narzekania skargi i obwiniania. Poduszczali je pozostali na miejscach po rządzie pruskim urzędnicy ukrytą wierność dla swego rządu dobrze taić umiejący, a przy każdej sposobności zdradzający się w swojej tęsknocie i nietracący nadziei odzyskania panowania nad tym krajem. Źle wam było pod rządem pruskim w dostatkach, w mnóstwie pieniędzy i swobodnych zbytkach, czy lepiej teraz przy mniemanej ojczyźnie w nędzy i upokorzeniu? Te były ich słowa na ulice między zniecierpliwioną publiczność puszczane, aż na koniec te skargi, te wyrzekania przeniosły się do izby pierwszego sejmu w głosach Godlewskiego posła mariampolskiego, który stan kraju i ducha mieszkańców w obrębie dotąd jedynie granic jego znany, niebacznie jawnym w Europie uczynił. Tak, co dotąd tylko wnosili obcy, w to chętnie uwierzyli. Na tych wiadomościach opierała się proklamacja arcyksięcia Ferdynanda przy napadzie na księstwo warszawskie do mieszkańców wydana: Łączcie się zemną, a powrócę wam utracone szczęście, któregoście pod legalnym rządem używali. Chwała charakterowi narodowemu i obudzonemu przez prawych i gorliwych mężów zapałowi, że się wódz nieprzyjacielski zawiódł. Przyłączenie Galicji do Księstwa wspomogło go ziemią, ludnością, wojskiem, duchem, nie wspomogło zamożnością. Sama wyniszczona z zasobów, nie przyniosła zubożonemu skarbowi jak papierowe pieniądze połowę wartości tracące. Znikł z obiegu kruszec a spichlerze wypróżnione, trzody bydła i koni wyniszczone ofiarami na wojnę, raczej potrzebowały wsparcia jak żeby go udzielić mogły. Jedna tylko połowa kopalni soli w Wieliczce, żelaza i cynku w Suchedniowie, niejaki dawała zasiłek. Za to nowa organizacja kraju i wojska, zbyt kosztowna samem mnóstwem urzędników cywilnych i wojskowych narażała na nowe wydatki. Prócz tego Galicja przychodząc do Księstwa przyniosła z sobą w sercach niejaką urazę, którą zarozumiałość wojska, niezręczność rządu warszawskiego ściągnęła, a postępowanie jego urzędników wysyłanych do Galicji rozjątrzyło. Przy wejściu wojsk polskich do tej części kraju rząd tymczasowy dla niej, w miarę postępu układał się w Klimontowicach u Ignacego Potockiego, marszałka niegdyś W. Ks. Litewskiego, męża z rozumu i patriotyzmu powszechnie wielbionego. Gen. Aleksander Rożniecki idący w przedniej straży, przez siostrę swoją, żonę Jana Potockiego brata jego, z nim spowinowacony, pierwszy mu tam hołd oddał i naradził się z nim o sposobie urządzenia kraju przez oręż zajmowanego. Z tych narad wypadło, aby w niepewności utrzymania się przy zdobyczy nie wzruszać z gruntu porządku, zatrzymać urzędników austriackich na miejscach, gdzieżby ci pozostać chcieli, dodać im tylko urzędników z Polaków, aby ci strzegli ich postępowania, a wezwaniom wchodzącego austriackiego wojska skwapliwiej zadość czynili. Urzędnicy też austriaccy odebrali od swego rządu ostrzeżenie, aby na przypadek ukazania się jakowego oddziału wojsk polskich nie przerażali się chwilowym a w wojnie zwykłym wypadkiem, posad swoich nie odstępowali, kasy tylko usuwali w bezpieczne miejsca. Lecz postrach poprzedzający hufce polskie, kilku huzarów węgierskich, ranionych w potyczce, uchodząc przez Lublin taką trwogę rozniosło, iż wkrótce wszystkie drogi w kraju napełniły się wozami napchanymi żonami, dziećmi i bagażami przelękłych oficjalistów cywilnych i wojskowych, uchodzących ku Zamościowi, twierdzy, w której dowodził Pulsky [Ferdinand Pulszky, w 1813 jako gen.-maj. dowodził brygadą na froncie włoskim - przyp.MK.], waleczny austriacki pułkownik. Ta wędrówka tych, którzy co dopiero rządzili krajem, wyjadła przed oczami wiejskich mieszkańców rzeczywiste wieści, które wprawdzie do nich dochodziły, lecz które tylko sobie nawzajem w cichym szeptaniu udzielali. Natychmiast ledwie nie wszyscy właściciele między Bugiem a Wisłą mieszkający zbiegać się zaczęli do Lublina, i napełniając miasto samą przytomnością swoją i gromadnym skupianiem się po ulicach, oraz nieznaną dotąd śmiałością rozmów, zdradzającą się radością na twarzach, trwożyli urzędników austriackich. Szczególna była wtenczas postać Lublina. Z jednej strony wesołe, z drugiej blade i smutne twarze. U rządzących bojaźń i przerażenie, u rządzonych niejaka wyższość, u mniej wykształconych natrząsanie. Po biurach administracyjnych i sądowych wielu było młodych Polaków. Ci w jednej chwili ujrzeli się panami swoich zwierzchników. Jedni z bojaźni prześladowania, drudzy dla usłania sobie drogi w spodziewanym nowym porządku, wielu z czystego patriotyzmu, łączyło się z obywatelami. Donosili oni im co się działo między Niemcami, a do biur wróciwszy wyżebranych u obywateli wieści udzielali z pewnym rodzajem łaski tym, których niedawno byli podwładnymi. Napełniony też był Lublin jak każde miasto rozmaitego rodzaju próżniaczą i na grze i rozpuście marnotrawiącą na bruku czas młodzieżą. Między nią widu było jeszcze z rewolucji Kościuszki z wojska i cywilności rozbitków, równie jak z konfederacji targowickiej zohydzonych wprawdzie u dobrych Polaków, lecz sposobem życia w jedno ogniwo połączonych próżniaków. Ci, przybrawszy płaszcz patriotyzmu, jedni od drugich koleją protegowani, wypierali się samych siebie i z wystudzonym z miłości kraju i cnoty sercem zabiegali u obywateli za swoim znaczeniem. Na czele obywatelstwa lubelskiego znajdowało się wtedy dwóch mężów prawych i zacnych, których powszechnie poważanie i wziętość otaczały. Franciszek Grabowski, za czasów dawnej Polski podkomorzy i podstarosta krasnystawski, za Księstwa Warszawskiego radca stanu, a za nowego królestwa senator wojewoda, i Joachim Owidzki, dziedzic Jabłonny, siostrzeniec Wybickiego, wychowaniec i ulubieniec Andrzeja ordynata Zamojskiego, ex-kanclerza wielkiego koronnego, pełnomocny zarządca ordynacji Zamojskich u wdowy pozostałej Konstancji z książąt Czartoryskich z linii Koreckiej, mąż oświecony, prawy, gorący patriota, długiem mieszkaniem pod rządem austriackim w Zamościu z systematem rządu oswojony i obszerne związki z urzędnikami austriackimi mający. Był on przyjacielem barona Mandorfa będącego w owej chwili Kreis-Kapitanem cyrkułu lubelskiego, człowieka zacnego, łagodnego, sprawiedliwego, na którego zwierzchnicze rządy nie mieli obywatele przyczyny się użalać. Lecz Mandorf acz nie miał sobie nic do wyrzucenia, lękał się o swoją rodzinę a nawet o siebie, aby obcy narodowi a zatem nie miły, za krzywdy przez rząd jego wyrządzone Polakom, nie został ofiarą nienawiści. Te obawy powierzył ze łzami sędziwy starzec Owidzkiemu a zaręczeniem jego charakteru zaspokojony, pozostał na miejscu. Taki był stan Lublina w owej niespodzianej i ważnej chwili, gdy czterech ułanów polskich ukazało się na Krakowskiem Przedmieściu, którzy otoczeni zbiegowiskiem ludu przebiegłszy miasto i ujrzawszy się bezpiecznymi, stanęli przed domem prezydenta miasta i wezwali go aby się udał do pułkownika już stojącego przed miastem. Tym pułkownikiem był Dziewanowski, żołnierz z legionów waleczny, po części literat, człowiek prawy, lecz z charakteru nieco kapryśny i obraźliwy. Do niego, więc na czele deputacji miejskiej wyszedł prezydent miasta niejaki Władych, Niemiec z rodu, niedawno urzędnik sądowy, mający w mieście posiadłość po żonie Polce i mówiący zrozumiale po polsku. Ten składając pułkownikowi klucze miasta, wśród zaręczenia, że wojsko bezpiecznie do miasta wejść może, upraszał o bezpieczeństwo dla własności i mieszkańców. Obraził się tym Dziewanowski i odrzekł do niego z żywością: Znać, że nie jesteś Polakiem; gdyby do mnie wyszedł był rodak, podałby mi rękę, i uścisnęlibyśmy się nawzajem. Wiedz, że nie przychodzimy łupić waszych własności, lecz odbierać naszą, nie idziemy ciemiężyć ziomków, lecz ich z pod waszego jarzma uwolnić. Idź i powiedz twoim rodakom, że mogą bezpieczni zostać w mieście. Włos im z głowy nie spadnie. Lecz biada tym, którzyby się nie wyrzekli z nieprzyjaciółmi naszymi stosunków i chcieli szkodzić Polakom. Obejmuję ten kraj w imieniu Napoleona, który w tej chwili panuje z Wiednia. Blady prezydent powrócił do miasta, a nim mógł udzielić wiadomości swoim współurzędnikom, Dziewanowski z pułkiem swoim wszedł na krakowskie przedmieście wśród ludu okrzyków. Szczególny to był widok spozierać na wszystkie okna i balkony, napełnione kobietami, które powiewały chustkami i wchodzące wojsko wiwatami witały, a między niemi córki i żony obcych urzędników, za którymi kryli się smutni ojcowie i mężowie. Dziewanowski już miał listę osób udzieloną sobie przez Rożnieckiego i wezwał obranych obywateli do zasiadania w urzędzie obok zatrzymanych urzędników niemieckich. Grabowski podkomorzy, X. Józef Koźmian (młodszy brat autora pamiętników, ówczesny kanonik lubelski, za Kongresówki biskup kujawsko-pomorskiego i senator), Joachim Owidzki, ja i brat mój Wincenty, przydani zostaliśmy do zwierzchności cyrkularnej. Dziewanowski ruszył zaraz ku Zamościowi zapowiedziawszy przybycie głównego korpusu księcia Józefa Poniatowskiego. Jakoż w kilka dni zbliżył się ten korpus dwoma traktami, to jest od Markuszewa i Lubartowa. Wspomnieć muszę, jaka jest w ludzie wiejskim miłość i przywiązanie do ziomków. Pod Lubartowem orało kilkadziesiąt pługów na niwie, około której traktem przechodziły wojska polskie z muzyką i śpiewem marszu Dąbrowskiego. Nagłe to i niespodziewane widowisko, zwłaszcza, gdy oracze usłyszeli mowę polską i ujrzeli barwy narodowe, w takie uniesienie wprawiło orzących, że wszyscy parobcy porzucili pługi i wmieszali się dobrowolnie w szeregi narodowe, i tak z przypiętymi gałązkami do miasta radośnie weszli, i wszyscy z własnej ochoty zaciągnęli się. Coś podobnego trafiło się przed parą laty w Bełżycach, w miasteczku na trakcie krakowskim położonym. W r. 1806 w kampanii między Napoleonem a Prusami, kilku zbiegów francuskich ukazało się w tym mieście. Wieśniacy zgromadzeni na targ odpoczywającym w gospodzie ciekawie się przypatrywali, a gdy się dowiedzieli od Żyda, że to są Francuzi, i że idą pieszo ku Lwowu nie tylko ich uczęstowali, lecz własnymi furmankami odstawili do Kraśnika. Za parę dni wkroczył książe Józef Poniatowski ze swoim szczupłym korpusem do miasta [14 maja 1809 - przyp.MK.]. Radość i uniesienie mieszkańców nie dały spostrzec sił drobnych. Więcej patrzano na barwy narodowe, na postacie i ubiory, niż na liczbę. Rozważniejsi atoli dostrzegli jej a choć nie stygli na duchu, uczuli konieczność najśpieszniejszego zbrojenia się. Wieści puszczone, że dywizja Sokolnickiego obróciła się drugą stroną Wisły ku Sandomierzowi, że inny oddział inną droga posuwa się ku Zamościowi, że gen. Zajączek pod Jedlińskiem zachodzi drogę arcyksięciu cofającemu się z Warszawy ku Wiedniowi, do którego już wszedł Napoleon [13 maja, dzień wcześniej generał O'Reilly podpisał kapitulację miasta - przyp.MK.], krzepiły umysły; wszyscy jednak czuli, że los tej prowincji i wojska polskiego zawisł jedynie od oręża Napoleona w Wiedniu. Stały też wojska rosyjskie nad Bugiem pod komendą gen. Gorczakowa [Aleksander Gorczakow - przyp.MK]. Książe Józef wysłał do jenerała rosyjskiego gońca w celu porozumienia się o wspólne działanie, lubo wołał był i pragnął nie potrzebować tej pomocy. Miasto i obywatele dali wielki bal dla wodza w domu na Korcach. Książe Józef zaszczycił go obecnością swoją, był uprzejmy, wesoły. Zaczął bal nie pomnę, z jaką Niemką, tańcował z kilkoma, co już do reszty zawróciło Niemkom głowy. Niemieccy urzędnicy mieli ten takt, że nie byli. Nazajutrz wszyscy dodani urzędnicy Polacy i wielu obywateli udało się do kwatery księcia. Gdy wszedł do nas, wystąpił do niego w dawnym ubiorze i mundurze polskim województwa lubelskiego, Józef Podhorodeński, mieszkający w Pliszczynie pod Lublinem, dawny mecenas trybunału, a pod ten czas ziemianin i właściciel kilku wiosek. Ten zabrawszy głos rzeki do księcia: Odzyskujemy ojczyznę, do której wzdychaliśmy, wszyscy wszystko winniśmy dla niej poświęcić. Racz W. Książęca Mość przyjąć ode mnie dla niej 150 jeźdźców z końmi, których natychmiast własnym kosztem wystawię. Nie chcę żadnego stopnia. Dozwól tylko Książę, abym przy boku jego, jako ochotnik, osobą moją mógł walczyć. Uścisnął Książe Podhorodeńskiego, a wśród oddanej sprawiedliwości patriotyzmowi dodał: Będziemy mieli ojczyznę, skoro mamy takich obywateli. Następnie Joachim Owidzki oświadczywszy imieniem rodaków gotowość do wszelkich ofiar, gdy rzekł: Powołamy wszystkich mieszkańców do broni, cała ludność pochwyci kosy i piki i wesprzemy wojsko, na to Książe odpowiedział: Buduję się z zapału, lecz mamy skuteczniejszą broń niż kosy i piki, mając Napoleona i jego potęgę, on nie lubi tego rodzaju powstania, nie wzmiankujcie, więc panowie o nim, zbrójmy się regularnie, skwapliwie, ale bez gwałtownych wzruszeń. Generał Hebdowski, szef mego sztabu, którego zostawiłem, objawi panom moje żądania. Przez niego będziem wiedzieć o sobie. Żegnając nas uprzejmie obrócił się do Owidzkiego i mnie i rzekł: Proszę panów za sobą. Gdyśmy się sami z nim znaleźli w jego pokoju, tak się do nas odezwał: Nie zawiodłem się na duchu mieszkańców województwa lubelskiego, nie zawiodę się na patrjotyzmie całej Galicyi, z ktorego pomocą mam nadzieję ją oswobodzić. Lecz chcąc wywiązać się zacnym i szlachetnym mieszkańcom tego kraju, uchybiłbym honorowi i charakterowi memu, gdybym z całą otwartością żołnierza z nimi nie postąpił i cokolwiek przed nimi ukrywał. Dam, więc dowód ufności w ten patrjotyzm, z którego się buduję, i niczego przed panami nie zataję. Wyznam, więc bardzo szczerze, że wojsko moje jest nieliczne i słabe. Na hazard rzuciłem się w Galicyą. Arcyksiąże Ferdynant jest mocny. Los nasz zawisł od powodzenia cesarza. Niemam pewnej wiadomości o nowej bitwie pod Wiedniem, lecz wnoszę, że arcyksiąże cofnie się z księstwa warszawskiego bądź dla ratowania Galicyi, bądź dla wsparcia głównej armii. Cofając się, czyli z rozkazu, czy z planu, może zaczepić o Galicyą, może przejść przez Wisłę. W razie tego chwilowego wypadku cierpiałbym i wyrzucałbym sobie gdybym tak gorliwych obywateli naraził na pomstę. Z tej przyczyny życzę unikać wszystkich nadzwyczajnych zapałów, robić wszystko skwapliwie, lecz jakby z przymusu. Dla tego wszystkie moje rozkazy, wszystkie nominacye kazałem wydawać pod groźbą śmierci, aby w razie chwilowego nieszczęścia mieliście się czem złożyć i bronić. Unikajcie i niedozwalajcie prześladowania Niemców, pomnąc, że mają u siebie naszych zakładników w Warszawie. Mówię do obywateli oświeonych i do dobrych Polaków. Raczcie zachować moje wyznanie w tajemnicy, aby wyjawienie nie ostudziło ducha. Kierujcie nim tak, aby nie ustawaj, a na przygody jak najmniej osoby narażał.To wyznanie księcia tak szlachetne powiększyło w nas uwielbienie dla niego. Owidzki niemo się zasmucił, lecz wkrótce ducha nabrał, ufając w gwiazdę Napoleona, wierząc ślepo w rozsiewane najniepodobniejsze wieści, na koniec w ostatni ratunek udania się do Rosji pod opiekę sprzymierzonego z Napoleonem wojska. Wyszedł książę Józef ku Zamościowi. Na szpicy jego wojska jechał obywatel Podhorodeński w pąsowym kontuszu z złocistą ładownicą przez piersi. Pułkownik Nowicki, jadący obok księcia, rzekł: To jest szlachcic wariat. Jak rak czerwony w kontuszu. Pierwsza kula z fortecy zabije go. Mój kochany (rzekł książę), gdybyśmy mieli więcej takich wariatów, Polska by stała. W istocie samej, ton Podhorodeński był człowiek prawy, śmiały w mówieniu prawdy, obywatel rządny, gorliwy Polak, serce miał szlachetne, lecz głowę nieco zamętem rażoną. Po upływie dni kilku napełniły Lublin radością wiadomości od wojska i z Warszawy. Arcyksiążę Ferdynand opuścił stolicę Księstwa, a rząd polski z Torunia wrócił do niej. Zamość szturmem wzięty [odpowiednio - 1, 8 czerwca i 20 maja, Rada Stanu wracała z Tykocina nie z Torunia - przyp.MK.]. Ułatwił jego wzięcie Domański, rządca ordynacji, przystawieniem drabin. Pułkownik Pulsky bronił się walecznie, lecz garnizon, złożony z samych prawie rekrutów galicyjskich, do 3000 wynoszący, rozstawiony na wałach, gdy ujrzał Polaków wdzierających się na mury, podawał im bagnety i wciągał do fortecy. Pulsky raniony poddać się musiał. Sandomierz zdobyty został przez generała Sokolnickiego, nie bez straty, bo legł książe Marceli Lubomirski, waleczny młodzieniec [austriacki komendant miasta Egermann podpisał kapitulację 18 maja - przyp.MK.]. Pułkownik Strzyżewski zapędził się pod Jarosław, zdobył niezmierne zapasy ubiorów wojskowych, miedzi i żelaza. Generał Rożniecki wszedł do Lwowa i rząd polski zaprowadził. Wśród tych pomyślności zbiegli się do Lwowa wszyscy znakomitsi obywatele wschodniej Galicyi, Stanisław ordynat Zamojski, Henryk Lubomirski, Tarnowski, Lewicki, i innych wielu. Książe Józef widząc się panem Galicji, objął ją w imieniu Napoleona i rząd dla niej centralny ustanowił z Stanisława Zamojskiego jako prezesa, Lewickiego, Dzierżkowskiego, Józefa Wielhorskiego, Miączyńskiego, Matusewicza, Franciszka Grabowskiego, Jana Tarnowskiego, i do spraw duchownych księdza Józefa Koźmiana podówczas scholastyka lubelskiego przeznaczył do pomocy dodano im Bąbskiego, Orzechowskiego, Fredrę i innych, a na sekretarzy Maksymiliana Lewickiego i Izydora Piotruskiego, młodzieńca znakomitych talentów i zdolności. Przyznać potrzeba, że ten wybór był jeden z najlepszych, bo powołał do władzy mężów najznakomitszych patriotyzmem, cnotą, światłem i powszechną u ziomków wziętością. Rząd ten natychmiast przystąpił do obsadzenia cyrkułów prawymi i zdolnymi obywatelami, i ich wybór zupełnie odpowiedział dobru rzeczy publicznej. Na wstępie rozkazano wszędzie zbijać lub zdejmować orły austriackie, a na znak, że ten kraj podchodzi pod władzę Napoleona, polecono zawieszać orły francuskie. Wszędzie odbywały się nabożeństwa i uroczystości. W Lublinie prawie niepodobieństwem było zbić tak prędko orła z gipsu wyrobionego na facjacie ratusza w rynku, zbyt wysoko umieszczonego. Zbyt trudno i zbyt kosztownie było budować rusztowanie. Znalazł się ochotnik z czeladzi rzemieślniczej, chłopiec czternastoletni, który z młotkiem i oskardem w ręku dał się uwiązać pod pachy i w pół na postronku trzymany przez kilkunastu ludzi, unosił się w powietrzu z niebezpieczeństwem życia. Przez dwie godziny póty kował austriackie złamie, póki go zupełnie nie zagładził, i na jego miejsce orła francuskiego z poklaskiem przypatrującego się ludu nie zawiesił. Dnia tego był wielki obiad u generała Hebdowskiego, na którym czytałem odę moją, prawie w kilka godzin napisaną. Są w niej błędy pośpiechu, lecz czytanie to zrobiło niejakie wrażenie. Generał Hebdowski był znawcą i miłośnikiem literatury. Posłano tę odę rządowi centralnemu do Lwowa. Wtedy przytomny Stanisław Małachowski, potem generał i kasztelan szukał ze mną znajomości, sam z kilku uprzejmymi słowami przystąpił do mnie i odtąd zawiązała się między nami 40-letnia niezachwiana przyjaźń. Odebrał moją odę rząd centralny we Lwowie, lecz inter arma silent Musae [łac. w czasie wojny milczą Muzy - przyp.MK]. Byłaby może dotąd nie widziała świata, i może bym następnych po niej nie pisał, gdyby szczęśliwym wydarzeniem nie była wpadła w ręce Józefowi Dzierżkowskiemu, znakomitemu literatowi, znawcy i miłośnikowi poezji. On przerzucając korespondencje rządowe, znalazł ją, a przeczytawszy wniósł na posiedzenie rządu i przedeklamował. Usta, więc jego rozsławiły ją. Posłano ją do głównej kwatery księcia Józefa. Tam przyjętą była dobrze, czytaną i powtarzaną w strofach przez młodych oficerów, nareszcie prezes rządu centralnego drukiem ją ogłosić kazał. Po mnie napisał na tę samą uroczystość jak Ja Lublinianin Antoni Wybranowski wiersze, które miały w sobie ten koncept, "Iż to nie jest orzeł francuzki, lecz polski, pióra tylko białe na złote odmienił." Doświadczyłem, więc tego upokorzenia w Lublinie, że unoszono się nad tymi wierszami jako celującymi dowcipem. Generał Hebdowski po tej uroczystości gorliwie zajął się powiększeniem wojska, wyborem rekrutów, uzbrojeniem, umundurowaniem i dostawą. Zły wybór zrobił na urząd ordynatora siły zbrojnej w osobie niejakiego Romana podpułkownika, rodem z ciechanowskiej ziemi i legionisty [Roman Sołtyk, później generał, autor wspomnień z kampanii 1809 roku - przyp.MK]. Przesiąkły tym wszystkim, czego się u Francuzów napatrzył, stał się nader uciążliwym dla obywateli; brakując konie ludzi i broń, którą według wydanego wzoru skwapliwie dostawiano, spóźniał uzbrojenia i dopiero te postępować zaczęły, gdy odgadnięto sekret istotnych jego wymagań. Ugadzano się, więc z nim na gotowe pieniądze, atak nie tylko się zapełniły szeregi, ale i jego szkatuła. Generał Hebdowski acz sam uczciwy człowiek wiedział o tym i pobłażał, a skarżącym się odpowiadał, iż ten sposób jest pośpieszniejszy, dogodniejszy wojsku i zapewniający mu jednostajność, która w nim zachowaną być musi. Po dwóch lub trzech tygodniach spokojności, nagle przerażony został Lublin smutnymi wieściami. Wojska austriackie które opuściły Lwów, zebrawszy się w znaczny korpus przez posiłki z Węgier Bukowiny i ściągnąwszy nadgraniczne regimentu, znowu się pod stolicę Galicji posunęły. Wojsko polskie nierównie słabsze, cofnęło się, rząd centralny usunął się do Żółkwi. Książe Józef Poniatowski łącząc w jedną siłę wszystkie swoje oddziały, obróciwszy drogę na Jarosław zajął stanowisko między Sanem a Wisłą; arcyksiążę Ferdynand opuściwszy księstwo warszawskie, zbliżył się do lewego brzegu Wisły i zamierzył odzyskać zdobyty Sandomierz. Forpoczty jego ukazały się nad Wisłą pod Puławami i wystrzały ich sięgały okien pałacu. Była to chwila, w której po zerwaniu mostów na Dunaju pod Wiedniem, Napoleon prawie zamknięty na wyspach odnogami tej rzeki, trudnił się urządzeniem nowej przeprawy i do nowej bitwy w kilkunastodniowym spoczynku przygotowywał się. Z tej przyczyny przestrach ogarnął Lublin. Generał Hebdowski w następstwie księcia zostawiony taił te wypadki, które jednak ukrytymi być nie mogły i z całą kancelarią w cichości wybierał się do obozu księcia, tylko prezesowi Powidzkiemu i mnie zwierzywszy się z swych zamiarów. Lecz tej samej nocy, w której gotował się do wyjazdu odebrał z Puław wiadomość; że arcyksiążę Ferdynand obrócił się z rozdzieloną siłą, jedną częścią pod Sandomierz, drugą ku Krakowu i oczekiwał w powolnym pochodzie rozkazów z Wiednia, od którego już był odcięty. Hebdowski, więc został, wkrótce cały rząd centralny do Lublina zjechał i urzędowanie rozpoczął. W Lublinie, więc skupiła się cała najwyższa władza Galicji zachodniej. Uzbrojenie dalsze objął generał Wielhorski członek centralnego rządu, człowiek prawy, gorliwy, żywego i energicznego charakteru, i mimo złamanego podagrą zdrowia czynny a razem poufały księcia Józefa przyjaciel. Zaraz, więc przed nim ugiąć się musiała władza ordynatorów, inspektorów, magazynierów, itd. Generał Hebdowski pozostał w Lublinie i znosił się z generałem Wielhorskim i z rządem Księstwa. Ten rząd skoro wrócił z Torunia do Warszawy dla powzięcia wiadomości o Galicji przez księcia Józefa zajętej, nieustannie wysyłał swoich ajentów do Lublina, dla wybadania ducha mieszkańców i rządu. Niezbywało na ochotnikach do niej, bo im się fatyga dietami płaciła.Ci emisariusze mordowali nas rozmaitymi zapytaniami, przynosili projekty reorganizacji jeszcze za wczesnej przed rozstrzygnięciem losów kraju. Jeden z nich Karol Wojda podówczas referendarz w radzie stanu, człowiek oświecony i rozsądny po krótkiej ze mną rozmowie, uznał misję swoją za niepotrzebną, przekonał się, że właściwiej będzie zostawić rzeczy in statu quo [łac. w stanie obecnym - przyp.MK] i zaraz odjechał. Przybył potem, w tym samym celu Józef Kalasanty Szaniawski prokurator Księstwa Warszawskiego. Tego nie mogliśmy pojąć, czego chciał, pofilozofowawszy z kilku znajomymi osądził nas zapewne za mało obznajomionych z filozofią Kanta i odjechał. Lecz wkrótce inna misja najgorsze wyprowadziła skutki. Po zdobyciu Sandomierza przez wojsko arcyksięcia Ferdynanda [Sokolnicki poddał miasto 18 czerwca - przyp.MK], książe Józef pod Trześnią ściśniony i prawie oblężony w oczekiwaniu wypadków pod Wiedniem bronił się walecznie, lecz na koniec uczuł potrzebę pomocy wojsk rosyjskich i posyłał kuriera za kurierem nad Bug do księcia Gorczakowa, przynaglając jego wkroczenie do Galicji. Książe Gorczakow pod rozmaitymi pozorami spóźniał je, a jako najgłówniejszą przyczynę spóźnienia podawał brak zapewnionej żywności dla swego korpusu i magazynów, których niebyło, a bez których jak twierdził nie mógł się z 30-tysiącznym korpusem ruszyć. Książe Józef nie wiem, dlaczego wezwał rząd Księstwa Warszawskiego, aby mu na intendenta armii przysłał urzędnika zdolnego i energicznego. Właściwiej było wezwać o to rząd centralny. Wybór padł na człowieka zdolnego wszystko zamącić wszystkich obrazić. Mówić mam o R . prefekcie płockim [Rajmund Rembieliński - przyp.MK]. Ten jako urzędnik zdatny i energiczny jak człowiek, dumny, zarozumiały, w całej postaci swojej nosił znamiona tych wad. Mianowany pełnomocnym intendentem armii z władzą nieograniczoną, ledwie stanął w Lublinie zaraz na koszt miasta już ofiarami i przechodami wojsk zubożałego zajął najobszerniejszy dom na rynku, nadto wszystkie sobie wygody dostarczać, a 10 czerwonych złotych dziennie diet wypłacać sobie kazał. Urzędników miejskich i ziemskich wezwał, aby mu się przedstawili i o nieograniczonej władzy swojej zawiadomił. Zdziwiła nas ta przywłaszczona powaga obok rządu centralnego postanowionego przez księcia w imieniu cesarza Napoleona, zwłaszcza, że pan intendent mniej się zajmował urządzeniem magazynów, jak uorganizowaniem władz rządowych. Zapowiedziawszy je zamówił posiedzenie publiczne, a we wszystkich pismach i rozmowach dumą i opryskliwością obrażał dając czuć prawo, a przynajmniej pretensją Księstwa Warszawskiego do primogenitury, do starszeństwa i do wyższości nad prowincją Galicyjską. Przyszedł na posiedzenie komisji lubelskiej w ubiorze prefekta z szarfą przez piersi z przygotowanym projektem organizacji i z mową, której dumnymi i niezręcznymi wyrazami obraził wszystkich urzędników narodowych, a Niemców tak przeraził, iż ci natychmiast miejsca swoje porzucili i o paszporty upraszali. Niedługo trwała jego misja. Rząd centralny a szczególniej prezes ordynat Zamojski uczuł obrażoną swoją godność, udał się osobiście do głównej kwatery księcia pod Trześnią, przedstawił mu całą szkodliwość tego rodzaju kolizji i uzyskał ograniczenie jego nadużyć. Rozkazano mu we wszystkim znosić się z centralnym rządem, nie mieszać się do jego urządzeń, i nie pozostać w Lublinie tylko do chwili przechodu wojsk rosyjskich; jakoż wkrótce książe Gorczakow zmienionym został, objął dowództwo korpusu książe Galiczin [Siergiej Golicyn - przyp.MK], wszedł zaraz do Galicji dwoma traktami na Lwów i Lublin, misja pana intendenta skończyła się i odjechał do Warszawy. Będę jeszcze w sposobności mówienia o tym zdatnym, lecz mało lubianym urzędniku w innym czasie i w innych okolicznościach; tu tylko wspomnę, że jego postępowanie nie uczyniło dobrego uprzedzenia o duchu i szlachetności rządowych osób Księstwa Warszawskiego na umysłach współziomków, którzy o swoim wydatku wśród ofiar służyli krajowi i wzdrygali się być płatnymi za swoje trudy. Nie tyle nieszczęśliwy wybór uczynił książe Józef wzywając do swojej przybocznej cywilnej kancelarii Andrzeja Horodyskiego Galicjanina zamieszkałego w Warszawie wychowanego w szkołach niemieckich dobrze obznajomionego z duchem i porządkiem austriackiego rządu, człowieka oświeconego, umiarkowanego i dobrze wychowanego. On jako sekretarz księcia sprawujący obowiązki wyręczyciela w urządzeniach cywilnych, w których książe był obcym, a nawet oddawać się im jako wódz w czasie wojny nie mógł, nie nadużywał ufności książęcej, zachowywał się z prawością i z miarą. Dobrze znajomy członkom centralnego rządu galicyjskiego, równie jak członkom rządu Księstwa Warszawskiego umiał z przyzwoitością utrzymywać związki między księciem a dwoma rządami bez obrażania niczyjej miłości własnej. Arcyksiążę Ferdynand odzyskawszy Sandomierz zaczął naciskać na obóz polski, z obu stron Wisły, lecz ukazanie się forpocztów rosyjskich nad Wisłą i posunięcie się księcia Galiczina ku Lwowu, zmieniło postać rzeczy; cofnął się w stronę Krakowa, a książe Józef wszedł do Galicji w 5000 wojska; gdy zebrał wszystkie siły liczył do 20,000 gdyż uzbrojenie szło szybko i powiększało się ofiarami. Ordynat Zamojski ofiarował i wystawił pułk piechoty; takiż pułk swoim kosztem uzbroił książe Konstanty Czartoryski i innych wielu obywateli, jak Małachowski, Podchorodeński, dali szwadrony. Nie doszła mnie wiadomość, aby Wielkopolska większymi ofiarami zawstydziła Galicją. W czasie oblężenia Sandomierza wydarzył się wypadek, który tu opiszę, dla nauki i przestrogi młodych oficerów, którzy częstokroć nie opaczną płochością, pozwalają sobie niewczesnego i nie w miejscu żartobliwego dowcipkowania. Niejaki Zabielski [Tadeusz Zabielski, niezwykle barwna postać, pozostawił pamiętniki, jeden z bohaterów powieści Wacława Gąsiorowskiego "Rok 1809" - przyp.MK] dobry szlachcic polski, w szkołach austriackich wykształcony, był sekretarzem w rządzie cyrkularnym lubelskim, młody, przystojny, poznał piękną i w kwiecie życia będącą panienkę w Jastkowie pod Lublinem mieszkającą, u krewnych swoich Głuskich, słusznych i miernie majętnych obywateli i ożenił się z nią. Po ożenieniu przeniesiony został na lepszą pensją i urząd; nie pomnę czy na komisarza delegowanego, czy na burmistrza do Ostrowa miasteczka za Wisłą, dziedzicznego pana Dobrzańskiego. Tam szczęśliwy z młodą żoną sprawował ten urząd z prawością, zdolnością i szczególną wziętość i przyjaźń zjednał sobie u garnizonu austriackiego i pułkownika stojącego wtem mieście przed rokiem 1809. W tym roku, gdy arcyksiążę Ferdynand ruszył ze swoim korpusem, regiment stojący w Ostrowiu pociągnął za nim. Wkrótce po rzuceniu się księcia Józefa w Galicją, nadciągnęła część wojska polskiego dążącą na oblężenie Sandomierza; przyjął je Zabielski jako Polak z radością i wszystkie żądania i rozkazy, wypełniał i ułatwiał. Dowodzący tym oddziałem dał mu rozkaz na piśmie pod groźbą kary i zemsty, aby w razie wiadomości o Austriakach lub pokazania się ich pod miastem lub w mieście jeżeliby byli w większej sile, doniósł natychmiast do wojska polskiego pod Sandomierz; jeżeliby zaś w małej nadeszli liczbie, aby za pomocą mieszkańców rozbroił ich i do najbliższy komendy odstawił. Zdarzyło się, iż trzech, czy czterech huzarów austriackich, ukazało się w rynku miasta żądając furażu i wiadomości o sile i obrotach wojska polskiego. Zabielski nie długo się namyślał, wykonał rozkaz polskiego dowódcy i rozbrojonych huzarów pod Sandomierz odesłał. W kilka tygodni korpus arcyksięcia Ferdynanda opuszczając księstwo, dążył ku Sandomierzowi. Ten sam pułk austriacki i ten sam pułkownik przyjaciel Zabielskiego, stanął w Ostrowie. Przywitanie było przyjacielskie; wkrótce i generał nadciągnął i obozem się rozłożył. Drugiego dnia spostrzegł Zabielski zmian na twarzach swoich gości; kiedy się zaczął domyślać przyczyny, pułkownik wziął go na stronę i ręce załamując, te do niego rzekł słowa: Mógłżeś takiej dopuścić się zbrodni? Jak to urzędnik cesarza przysięgły śmiałeś rozbrajać i wiązać żołnierzy cesarskich i odesłać do Polaków, czemużeś tu pozostał? czemużeś nie uszedł gdyśmy nadchodzili, zgubiłeś siebie i żonę. Jenerał i całe wojsko już wie o tej niegodziwości, a może i sam arcyksiąże już został zawiadomiony. Ja, co chwila oczekuję rozkazu aresztowania ciebie; nacóżeś siebie i przyjaciela wystawił. Wierni nasi posługacze żydkowie już wszystko donieśli, jakież więc możesz mieć środki ku twojej obronie. Tłumaczył się Zabielski bojaźnią, przemocą, surowością rozkazu. Pułkownik nie przyaresztował go, lecz straż nad nim rozciągnąć kazał. Tegoż dnia wyznaczył generał komisję do wykrycia prawdy, a po krótkiej indagacji okuto go w kajdany i sąd wojskowy wyznaczony został, przed który bez zwłoki go stawiono. Gdy to ujrzała młoda i przywiązana żona, w rozpaczy nie słuchając tylko głosu żalu i trwogi o życie męża, tak jak stała w rannym ubiorze wybiegły na ulicę i wśród płaczliwego łkania, biegła jak obłąkana gdzie ją rozpacz niosła, biegła ku Sandomierzowi do obozu polskiego, po wstawienie się i ratunek od księcia Józefa [w rzeczywistości zwróciła się do Sokolnickiego, o czym wiemy z jego raportu dla Poniatowskiego z 26 maja, napisał też do gen. Schaurotha w celu wymiany Polaka na austriackiego oficera Debrarre - przyp.MK]. Częścią pieszo, częścią na wozach wiejskich o głodzie, dostała się do obozu i przedarła się do kwatery księcia. Tu opowiem rzecz jej słowy, które sam od niej słyszałem i czytałem w opisaniu jej męża, który po różnych kolejach wróciwszy do kraju, tę swoją historią mogącą do starczyć treści na smutny romans opisał i mnie do przeczytania udzielił: Stanęłam, (mówiła ta nieszczęśliwa kobieta) w przedpokoju księcia, napełniając płaczem i jękiem kwaterę księcia. Rzuciwszy okiem na grono młodych oficerów, którzy mogli mnie poczytać za szaloną, dopiero spostrzegłam, w jakim jestem nieładzie. Po zapytaniu, kto jestem i czego żądam, gdy wśród łkania kilku słowami opowiedziałam, zdali się brać udział w moim nieszczęściu; jeden z nich, zdaje mi się, kapitan czy pułkownik Błeszyński, pobiegł do księcia. Książę niebawem wyszedł, rzuciłam mu się pod nogi i błagałam o ratunek; mocno wzruszony moim nieszczęściem rzekł: < Nie w samym pułkowniku austriackim znalazł Zabielski szlachetną nad swoim losem litość, doświadczył jej wkrótce pod grubą szatą włościanina węgierskiego. Pułk ten po opuszczeniu Krakowa podążył pod Wiedeń; po batalii pod Wagram i nastąpionym zawieszeniu broni, rozstawiony na Węgrzech pod Pesztem. Tam i on miał wyznaczoną kwaterę. Lubo miał w pułkowniku opiekuna i przyjaciela, przecież dręczony tęsknotą do żony, bez wiadomości od niej, smutny był, wzdychał i płakiwał. Spostrzegł to włościanin, gospodarz jego, i zapytał się go o przyczynę z ubolewaniem: Po cóż wam mam wyjawić moją dolę; jestem najnieszczęśliwszym człowiekiem, nikt na ziemi nie pomoże mi, chyba Bóg, gdy mnie zabierze ze świata. Włościanin na to odrzekł: Nie prosta ciekawość mnie wiedzie, lecz powierzcie mi się, może ja, prosty i biedny człowiek, biednemu pomogę. Ośmielony Zabielski powierzył historię swego nieszczęścia włościaninowi, z pochwałą i wdzięcznością dla pułkownika, bo bał się być zdradzonym. Włościanin się zamyślił i nic nie rzekł; lecz uważał Zabielski, iż przez parę dni wychodził z domu i nie wracał, aż wieczór. Wróciwszy raz z tej przechadzki, rzekł na osobności do Zabielskiego: Biedny Polaku! Ty byś sobie życzył dostać do swoich. Otóż ja o tym myślałem, wiem, gdzie Francuzi stoją, obszedłem wszystkie placówki, bądź gotowym dziś o północy; gdy zapukam w okno, wyjdziesz do mnie, a ja cię poprowadzę i doprowadzę do Francuzów. Nie bój się zdrady, bo ja się boję Boga. Powierzył się, więc Zabielski wierze prostego wieśniaka i nie zawiódł się; z niebezpieczeństwem swego życia prowadził go wśród ciemnej nocy między rozstawionymi na kamiennym gościńcu austriackimi czatami. Gdzie go szmer zdradzał i usłyszał hasła, umiał je mijać lub leżąc w rowie ukrywać się, aż na koniec doprowadził pod samą czatę francuską, uścisnął, pożegnał i sam wrócił. Długo byłoby opisywać wszystkie, następne wydarzenia; wspomnę tylko, iż nieszczęśliwy, gdy mniemał, że u kresu swoich cierpień stanął, przyjęty jako zbieg i jeniec austriacki, zastał rozkaz Napoleona wcielania wszystkich jeńców austriackich, rodem Polaków, do legii polskiej walczącej w Hiszpanii. Ani Francuzi, ani Polacy nie wyrozumieli nieszczęśliwego położenia, bez litości, ze zgwałconą wolą wpisali w legię i, ledwie dozwoliwszy napisać list do żony, odesłali za morza. Tam trzy lata walcząc, koleją kilkakroć brany i odbierany od Anglików, Hiszpanów i Francuzów, kilkakrotnie raniony i niezdolny do służby, w roku 1811 otrzymał uwolnienie, wrócił do kraju, ujrzał żonę, i otrzymał od ludzkiego i wyrozumiałego ministra Łuszczewskiego urząd podprefekta w Końskich. Osnowa rzeczy godna pióra, jakiego powieściopisarza; mógłby on więcej zajmujące i prawdziwsze wypadki obejmujące utworzyć dziełko, od tych którymi nas tylu pisarzy dzisiaj zarzuca bez żadnej nauki i korzyści. Ja nigdy do tego rodzaju utworów nie miałem ani chęci ani zdolności ani w cudzych smakowałem, tym mniej w starych moich latach przy stygnących uczuciach mógłbym ulec pokusie tak powszechnej teraz mozolenia się nad tym, czego bym dobrze zrobić nie potrafił. Wracam się do spraw galicyjskich. Gdy się to działo pod Sandomierzem i Trześnią, Napoleon naprawiwszy mosty na Dunaju gotował bitwę. Arcyksiążę Ferdynand odebrawszy od arcyksięcia Karola rozkaz porzucenia Galicji i spieszenia na pomoc głównej armii, cofał się. Wojsko polskie za nim postępowało, rosyjskie w wolnym poruszyło się pochodzie. Wkrótce książę Józef stanął pod Krakowem i wezwał dowódcę austriackiego do poddania miasta. Ten nie mogąc się bronić wszedł w układy z księciem punkty kapitulacji podpisanymi zostały [pertraktacje prowadzili 14 lipca generałowie Mohr i Rożniecki - przyp.MK]; książę nazajutrz miał objąć miasto i przygotowania do wejścia poczynił. Tym czasem austriacki dowódca podczas trwających układów, wezwał Rosjan, aby marsz przyspieszyli i uprzedzili Polaków oświadczając, że ich chętniej do miasta wpuści. Jakoż generał Siewers [Karl Sievers, generał-major, w 1812 dowodził IV korpusem kawalerii, a w 1813 został generałem-porucznikiem - przyp.MK] prowadzący przednią straż rosyjską pospieszył w nocy poprzedzającej wejście księcia Józefa i zajął Kraków, z którego Austriacy wyszli. Obruszony tym podstępem książe Józef umyślił gwałtem wejść do miasta. Jakoż na czele całego korpusu, przy odgłosie bębnów i rozwiniętych chorągwiach zbliżył się do bramy. Stojący w niej grenadierzy rosyjscy skrzyżowali broń; książe sam własną ręką ich roztrącił i przy odgłosie muzyki marszu Dąbrowskiego, wśród szeregów rosyjskich wszedł przez ulicę na rynek. Tam zastał rozstawione szyki; zaczęły się, więc spory i umowy z wojskiem rosyjskim; i jedni i drudzy zajęli kwatery w mieście; mogłoby było przyjść do rozlewu krwi, lecz wygrana bitwa przez Napoleona pod Wagram, zmieniła usposobienie Rosjan. Generał Siewers odwołany został, a na miejsce jego przysłany młody książe Suworow [Arkadij Suworow, generał-porucznik, wówczas dowódca 9.dywizji piechoty - przyp.MK] charakteru i sposobu życia zgodnego z duchem Polaków, który umiał sobie zjednać w wojsku polskim wziętość a ich dowódcy przyjaźń. Łatwo się, więc porozumiał z księciem i harmonia wzajemna przywrócona została. Skoro książe Józef odebrał od cesarza Napoleona wiadomość o zawieszeniu broni i o rozpoczętych układach o pokój, wraz z rozkazem pozostania w Krakowie, natychmiast wezwał rząd centralny o wysłanie deputacji do cesarza z prośbą o przyłączenie obu Galicji do Księstwa Warszawskiego. Wybrani, więc zostali do tego ważnego poselstwa, Ignacy Potocki ex-marszałek W. Księstwa litewskiego, mieszkający podówczas w Klimontowicach pod Kurowem. Ignacy Miączyński jeden z najznakomitszych właścicieli w Galicyi, potomek imienia znanego w Polsce, a z rządności rozsądku i charakteru posiadający powszechną wziętość i poważanie. Tadeusz Matusewicz wsławiony wymową, znaczeniem w sejmie konstytucyjnym, mąż wielkich talentów, rozumu, cnoty i miłości ojczyzny. Dałem krótką jego biografią w przypiskach do mego Ziemiaństwa. Miączyńskiemu wystarcza to, co wyżej o nim powiedziałem, gdyż mieszkając w czasie istnienia Polski, w Galicji pod rządem austriackim, więcej był znany swojej prowincji niż krajowi. O Ignacym Potockim tylko wspomnę, kto był, a lubo życie jego i zasługi są w rocznikach Towarzystwa Przyjaciół Nauk wiernie skreślone, ręką rodzonego brata jego Stanisława; obecne plemię tak mało lubi czytać dzieła przeszłości, tak jest obojętne na sławę ludzi, nie do jego pokolenia należących, że krótka wiadomość o nim może się przyda dla nauki następców, jeżeli ci wyzują się z wad ojcowskich, i mniej zarozumiali, mniej od ojców dumni sobą będą. Dam, więc obraz Potockiego pod godłem Tacytowskiem. Sed incoruptam fidem pro/essis, nec amore quis- que, sine odio dicendus est [łac. Lecz kto ślubował nieskażonej prawdzie, ten musi mówić o każdym bez miłości i bez nienawiści - przyp.LN]. Ignacy Potocki był z cnoty, z rozumu, nauki, patriotyzmu, siły i tęgości duszy, najznakomitszym mężem w ciągu panowania Stanisława Augusta. Do tych wielkich i rzadkich zalet łączył dar ujmowania sobie umysłów, znał doskonale współziomków, i umiał ich ścisłą, silną, lecz logiczną i przekonywającą wymową prowadzić. We wszystkich najważniejszych sprawach ojczyzny nic się nie działo, bez jego wpływu, a raczej tak się działo jak radził i życzył, bo miał wielką wziętość i miłość w narodzie, i zasługiwał na nie. Wpływał on czynnie do stanowienia Komisji Edukacyjnej, i w urządzeniu szkół przeważne miał zdanie. On w sejmie konstytucyjnym przyłożył się do zerwania gwarancji i pomnożenia wojska narodowego do stu tysięcy. On skłonił do traktatu zaczepnego i odpornego z Prussami. On był najgłówniejszym twórcą konstytucji 3-go Maja. On silną sprężyną powstania Kościuszki, on w tym powstaniu stawał na zaporze demagogicznym, i osobistą urazą Kołłątaja podżeganym zamachom, sfrancużonych demokratów. On po przegranej Maciejowickiej bitwie, zdobyciu i wyrznięciu Pragi przez Suworowa, aby Warszawę od zemsty ochronił, rzucił się jak ofiara za nią w ręce mściwego z zwycięzcy, mówiąc: Ja mój naród wzburzyłem przeciw Imperatorowej, ja jestem sprawcą powstania, masz moją głowę, weź ją, a przebacz niewinnej stolicy. Ale chwilowy tryumf wielkości duszy zniszczyła oświecona, mądra Semiranda północy, Minerwa filozofów Voltaira, Diderota, d"Alemberta, i poetów naszych pochlebców Naruszewicza i Trembeckiego. Więziony aż do dnia śmierci Katarzyny jęczał w północnych lochach wraz z Kościuszką, z Niemcewiczem, Mostowskim, Zakrzewskim. Uwolniony przez Pawła I, i uczczony poważaniem tego monarchy, posądzony przez rząd austriacki o porozumiewanie się z legionami, powtórnie więziony w Krakowie, a po uwolnieniu obrany przez okoliczności z dostatków, po stracie jedynej córki, przyciśniony najdolegliwszymi ciosami, mieszkał w szczupłej wsi pod Kurowem, w Klimontowicach, w drewnianym i w skromnym nader domu, nieugięty niedolą, i więcej znaczący u ziomków w chwili, w której już nic w kraju nie znaczył. Sama doświadczone nieszczęścia i godne ich znoszenie, podniosły go do majestatu wielkiego człowieka. Mieszkanie jego stało się świątynią cnoty dla wszystkich prawych ludzi. Nauki, talenta, oświecenie, rozum, możni i ubodzy ich czciciele, zbiegali się nieść pociechę mędrcowi, słodzić mu chwile, i nabywać od niego nauki; słodzić mówię chwile, które on dzielił między książki, między poezją, literaturę, udzielając się Towarzystwu Przyjaciół Nauk warszawskiemu, ścisłe zachowując stosunki z Franciszkiem Dmochowskim ex-pijarem, towarzyszem swego wygnania, i redaktorem pod jego okiem dzieła o ustanowieniu i upadku konstytucji 3-go Maja. Najulubieńszą jego nauką była filozofia i logika. Pierwszą czynami swymi urzeczywistnił, druga harmonizowała z jego jasnym umysłem, i z wszystkimi sprawami publicznego życia. Książe Adam Czartoryski, generał ziem Podolskich, mąż najoświeceńszy w Polsce i najzacniejszy, jemu przypisał swoje dzieło Dantyszka z epigrafem. Nihil est magis visu Dei dignum, quam vir probus, cum mola fortuna bene compositus [łac. Nie ma nic godniejszego w ochach Boga niż mąż obyczajny z potężnym stanowiskiem dobrze złączony; Adama Kazimierza Czartoryskiego wydał dzieło "Myśli o pismach polskich" pod pseudonimem "Dantiscus" - przyp.MK]. U niego szukał rady Tadeusz Czacki, przed wydaniem swego dzieła o prawach litewskich i polskich, i podług niej je poprawiał. Piramowicz ścisłym był jego przyjacielem i powiernikiem; jego uwagami pióro kierował pisząc o wymowie i poezji. Naruszewicz, Kniaźnin, Szymanowski, Węgierski, Niemcewicz, o nim i do niego rymami się odzywali. I ja pokusiłem się uczcić jego cnotę, odą do niego po powrocie jego z niewoli, jeżeli nie jest jego godną, czucie mnie nad zdolności uniosło. Żaden oświecony cudzoziemiec domu jego nie minął. Jakim był znany w Polsce takim słynął za granicą. Segur pisarz historii panowania Fryderyka Wilhelma króla pruskiego, z chlubą i z czcią oddał mu sprawiedliwość. Stanisław August nie lubił go, bo każdy krok Potockiego był przymówką niedołężności jego, lecz go poważać musiał. Fryderyk August król saski cenił go i szacował; cesarz Aleksander będąc w Puławach, chciał uczcić jego cnotę, i dozwolił znękanemu podagrą w ubiorze wygodnym dla schorzałego przedstawić się, wiele z nim rozmawiał, i wielkie poważanie powziął. Zgoła mąż duszą i umysłem należący do starożytnych, i byłby najdoskonalszym wzorem, gdyby udziałem człowieka była doskonałość. Temistoklesem rządziła żona, Cezar był rozwiązłym, Kato stary, ów surowy cenzor obyczajów rzymskich, był skąpym, nieludzkim dla swych niewolników, w starym wieku ożenił się z młodą kobietą, i zbyt lubił wino. Któż nie przebaczy Potockiemu, że nie był obojętnym na powaby płci pięknej, że owdowiawszy, utrzymywał tajemne stosunki z matką generała R. Francuzką rodem, która się potem wyswatała za jego brata [mowa tu o Louise d'Aloy, matce Rożnieckiego, która wyszła za Jana Nepomucena Potockiego - przyp.MK]. Któż nie przebaczy, iż nie będąc rozrzutnym, był zbyt wspaniałym w pomiar swego majątku, że lubił stół obsadzony przyjaciółmi, i dla ożywienia z niemi rozmów, szukał zasiłku sposobem Anakreonta, bez upodlającego jednak zbytku; że w młodszym wieku dozwolił korzystać z siebie możnym graczom, którzy się majątkiem i znaczeniem do niego zbliżali, a szlachetności jego w sobie nie mieli. Hetman Branicki, jadąc z nim w jednej karecie do Kaniowa, wygrał od niego pięćdziesiąt tysięcy dukatów, na które on kartkę ołówkiem napisaną wydał. Wiedział o tym rządca dóbr jego, Jankowski, bo Potocki zbierać pieniądze, lub część dóbr sprzedać na zapłacenie tego długu polecił. Jak rzadka jest na świecie wierność w sługach nawet obdarzonych i wzbogaconych! Hetman nie upominał się o dług, dopóki Potocki był w znaczeniu, gdy go fortuna do prywatnego zubożonego życia strąciła, odezwał się. Jankowski mając zamiar wydać piękną swoją jedynaczkę, wychowaną kosztem Potockiego wraz z córką jego Krystyną, za jednego z synów Pi... gracza i faciendarza, którego gulą, dla wyrosłego na głowie guza nazywano, natchnął go, aby pobiegł nabyć tego ołówkiem skreślonego świstku, dokazał tego łatwo za kilka tysięcy czerwonych złotych, bo Branicki miał tyle wstydu że nie chciał pod swoim imieniem rujnować dawnego swego przyjaciela, acz w życiu publicznym później przeciwnika. Przyklejono świstek na papier stemplowy, po rysach ołówka poprowadzono pióro, pozwano dłużnika przed przekupne sądy. Potocki nadto był szlachetny, aby się miał bronić, a tym mniej przeczyć. Zagarnięto, więc klucz Mnichowski, i stąd dostatki Pi... rodziny. Taki mąż stanął na czele deputacji przed Napoleonem. Przemowa jego do bohatera była krótką, i jak mówiono prawie w tych słowach zawarta Wielki cesarzu! Niech się stanie wola twoja, rzeknij słowo, a Polska powstanie. Ta chwila zapewne dokładniej jest opisana w pamiętnikach Tadeusza Matusewicza, jako współtowarzysza tej audiencji, jeżeli z wielką szkodą kraju, nie zaginęły. Ja piszę, co słyszałem od niego. Napoleon z uśmiechem i pogodą twarzy przyjął to powitanie, zaczął uprzejmie rozmawiać z Potockim, wypytywać się o obydwie Galicje, a gdy ten zaczął opowiadać cesarzowi leniwy pochód i postępowanie Rosjan w Krakowie, zachmurzył czoło i rzekł: Monsieur le comte, vous êtes mal informé [fr. Panie hrabio, jest pan źle poinformowany - przyp.MK] znać nie chciał, aby przejrzano, o czym wiedział, a czego czynić się niewiadomym polityka mu kazała. Potem wezwał deputowanych, aby się udali do ministra Mareta, i tam mu swoje przełożyli żądania. Maret był jak najskłonniejszym ku Polakom, i przyrzekł w traktowaniu o pokój zadowolić naród polski. Panowała wtedy w Wiedniu epidemia diarii [krwawej biegunki - przyp.MK] . Nieszczęście chciało, że po jednym obiedzie, na którym znajdowali się deputowani, wszyscy trzech po kolei zachorowali. Potocki osłabiony podagrą, nie wytrzymał jej gwałtowności, i w kilka dni, z wielką stratą Polski i towarzyszów życie zakończył. Matusewicz i Miączyński niebezpiecznie zapadli, i ledwie ich wyratowano, tak że powzięto podejrzenie, czyli na tym obiedzie otrutymi nie zostali. Tymczasem umowy o pokój, między cesarzami już dojrzewały. Względem Polski Austria utrzymywała zasadę odstąpić Księstwu Warszawskiemu Galicję po linię jaką wojska polskie zajmowały. Przez co tylko cyrkuł zamojski i to nie cały przy Galicji Zachodniej zostawał. Matusewicz skoro się dźwignął ze słabości pobiegł do Mareta, a ujrzawszy na mapie linią, w którą wielka część ordynacji zamojskiej odłączona była do Galicji Wschodniej, a więc do Austrii, z gorliwością Polaka i przyjaciela tak żywo i wymownie wystawił położenie prezesa rządu centralnego, który stałby się poddanym austriackim, tak mocno przekonywał o potrzebie zachowania twierdzy Zamościa, na koniec malując stan wyniszczony Księstwa dowiódł, że Galicja bez Wieliczki żadnej pomocy Księstwu, a więc i Francji nie przyniesie. Przyjął uwagi Maret i przełożyć cesarzowi przyrzekł. Wkrótce Matusewicz wezwany został do cesarza i jasnym, płynnym a umiarkowanym tłumaczeniem się tak się podobał cesarzowi, iż ta chwila stała się dla niego początkiem opinii, jaką o nim powziął i razem przewagi, jaką potem z woli Napoleona u króla i w kraju uzyskał. Napoleon wziął ołówek i jednym zamachem zakreślił całą ordynację do Księstwa, a o Wieliczkę upomnieć się cum conditione sine qua non [łac. z niezbędnym warunkiem- przyp.MK] zalecił. Stawali ministrowie austriaccy upornie przy zatrzymaniu Wieliczki. Napoleon dla wojny hiszpańskiej i dla podchwyconej nieszczerości rosyjskiej pragnął ukończyć wojnę. Stanął, więc pokój, przedzielający na połowę żupy Wielickie. Gdy tej wiadomości udzielił książe Józef rządowi centralnemu, radość, uniesienie z jednej, zasmucenie z drugiej strony ogarnęły umysły mieszkańców. Cieszyli się Galicjanie zachodni, wschodni zasępili czoła, jakkolwiek amnestia ubezpieczyła ich osoby i majątki. Nowy rozdział z braćmi, z którymi ich ośmiomiesięczna wspólność spajała, zawód tylu ofiar i nadziei, na koniec powrót pod władzę rządu zobowiązanego do przebaczenia, lecz nie zdolnego uraz zapomnieć, przerażał serca. Nakazano atoli w Lublinie publiczny i uroczysty obchód po kościołach, śpiewano Te Deum w kolegiacie lubelskiej. Podczas nabożeństwa po raz pierwszy weszli grenadierowie polscy, z bębnami i rozwiniętymi chorągwiami, z bronią w ręku do kościoła, i rozciągnęli się dwoma szeregami. Przy podniesieniu w bębny i bronią cześć oddawali. Po skończonym nabożeństwie generał Hebdowski donośnym głosem wykrzyknął po trzykroć Wiwat cesarz i król! Wojsko, lud, cała publiczność powtórzyła okrzyk, którym po raz pierwszy zatrzęsły się sklepienia starożytnego kościoła kolegiaty. O piątej godzinie nastąpił wielki obiad u Pana Zamojskiego, prezesa rządu centralnego, przeciągnął się do późna, lecz nie był wesoły, z przyczyn, które wyżej wyraziłem. Jakie mnie uczucia w tej chwili zajmowały, świadczy moja druga oda, w kilku dniach przed tym obchodem napisana, którą czytałem po raz pierwszy na wieczornym zgromadzeniu u państwa Zamojskich. Otaczały mnie wszystkie dzieci gospodarstwa, przystrojone w ubiory grenadierskie i woltyżerskie polskie, i mój syn wtenczas pięcioletni takiż ubiór przybrał. Oda ta, acz zapewne daleka od doskonałości podobała się i zyskała zaszczyt być tłumaczoną przez dwa pióra, doskonale w język francuski wprawne Józefa Mostowskiego brata Tadeusza ministra spraw wewnętrznych za Królestwa Polskiego, i Józefa Wielhorskiego generała, a później ministra wojny. Sławny wieszcz i profesor literatury słowiańskiej w Paryżu [chodzi o Adama Mickiewicza - przyp.MK], nie znalazł w niej tylko jeden wiersz, jak się wyraził prawdziwie liryczny: Uciszcie się stałe lądy, a to z tej przyczyny, że był prawdziwym przypomnieniem zwyczaju w Polsce używanego, przy najwyższych sądach przez woźnych, którzy na gwarzącą publiczność głośno w Sali zwykli byli wołać: uciszcie się Mości Panowie. Jeżeli ten sąd jest sprawiedliwy, zaręczyć mogę, że bez żadnej myśli a więc zasługi, stałem się woźnym w tćj odzie, lecz z niego wnosić powinienem, że dziś moje ody nie zdolne są wywołać wrażenia, jakie wtenczas sprawiły. One mnie, bowiem otworzyły wstęp do Towarzystwa Przyjaciół Nauk warszawskiego, złożonego, z najoświeceńszych i najwięcej utalentowanych mężów, one zjednały sobie pochwałę, a mnie przyjaźń rezydenta podówczas francuskiego Serra, męża z nauki i z pióra wsławionego w Europie, który mi przyznawał duch liryczny. Et me dicunt Vatem, sed non ego credulus illis [łac. I mnie nazywają poetą, ale im nie wierzę - przyp.MK]. W kilka dni potem rząd centralny i cała powszechność lubelska zabrała się do kościoła katedralnego, na obchód żałobny za duszę Ignacego Potockiego zmarłego z nieodżałowaną stratą i z powszechnym żalem w Wiedniu. Brat mój ksiądz Józef Koźmian członek centralnego rządu i scholastyk lubelski wyrzekł pogrzebową mowę ze stallów kapituły, za którą przesłał mu czułe dzięki brat zmarłego Stanisław Potocki prezes rady ministrów Księstwa Warszawskiego. Wkrótce Stanisław Zamojski prezes rządu centralnego udał się do głównej kwatery księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa. Przybył tam także członek rządu Marcin Badeni. Józef Lewicki wiceprezes objął ster rządu galicyjskiego, zaczął się wypróżniać Lublin dla Warszawy, ruch jakiś nadzwyczajny opanował umysły, biura administracyjno-sądowe ogołociły się ze swoich członków, wszystko zawrzało żądzą urzędów i zaczęło się ubiegać o nie. Intrygi, oskarżenia, protekcje, przechwalania swoich zasług w ruch poszły, a do tego wszystkiego dały popęd zabiegi dwóch ludzi niespokojnego umysłu, i ich korespondencje prowadzone z Warszawy z Lublinem. Odmaluję obydwóch i powiem, jak daleko ich osobiste urazy do prezesa rządu Stanisława Zamojskiego, stały się szkodliwymi krajowi w chwili, w której do ścisłego połączenia się z sobą, dwóch krajów wzajemna przychylność, już i tak przez intendenta wyżej przeze mnie wspomnianego narażona, najwięcej była potrzebną. Pierwszym z tych grzeszników był Wincenty Grzymała obywatel powiatu hrubieszowskiego, za czasów Rzeczypospolitej polskiej adwokat, za księstwa warszawskiego prezes rady departamentowej województwa lubelskiego, za królestwa polskiego senator kasztelan. Drugim był Franciszek Węgleński, sąsiad jego z Miączyna, sławny i drugi zaraz po Dzierżkowskim adwokat lwowski, niemający wprawdzie jego nauki i oświecenia, przecież wsławiony trząsaniem przekupnymi sądami galicyjskimi we Lwowie, a nawet austriackimi w Wiedniu, i stąd też znaczący, a przez sposób hulaszczego życia, posiadający wziętość u powszechności lwowskiej. Miał on za miastem dom wiejski, który nazwał Pochulanką, tam wśród wina i wszelkiego rodzaju rozpustnych uciech wyprawiał częste uczty, które raziły sprawiedliwość sądową. Obydwóch dobrze znałem. Pierwszy był kolegą ojca mojego w palestrze i nie ostatnim mecenasem, nawet w kontuszu odznaczał się niejaką znajomością języka francuskiego, miał pretensję do świeższych wyobrażeń i stylu, choć istotnie przejęty tylko zdaniami i nauką Woltera, me oświecił sobie niemi głowy, lecz zabałamucił; stąd acz nie śmiałe jeszcze, lecz już umysł zarażające szyderstwo z religii i za nim idąca skaza obyczajów, nadto przechwalanie się wśród niej jakby z nabytego rozumu jawnie się w nim przebijały. Byłem wtedy niedorostkiem, kiedy starzy tak o nim mówili. Pamiętam go w młodości mojej między palestrancką kontuszową młodzieżą elegantem z pudrowanymi włosami z fryzurą i tupetem markizów francuskich. Książe generał Czartoryski mianował go podstarostą latyczewskim, porzucił, więc palestrę lubelską, wyniósł się na Podole i tam zasiadłszy na sądowym krześle, zarobił sobie na reputację dobrego obywatela, zdolnego i bezstronnego sędziego, a razem i gorliwego podczas sejmu 1788 roku patrioty, gdyż należał do stronnictwa księcia jenerała, przebrał się po francusku obranym był na trybunał lubelski deputatem. Po konfederacji targowickiej i drugim podziale Polski, ożenił się w ziemi chełmskiej i osiadł po żonie majątek z dwóch wsi złożony. Drugi to jest Franciszek Węgleński był moim współuczniem w akademii Zamojskiej wraz z bratem swoim Janem, który potem był ministrem skarbu za Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. Widziałem obydwóch przez krótki czas w palestrze lubelskiej później mi znikli obaj bracia z oczu i nie ujrzałem pierwszego aż za rządu centralnego. O drugim niżej powiem. Na początku zaraz rządu centralnego galicyjskiego, gdy przyszło do mianowania urzędników cyrkularnych, Grzymała zgodnie z życzeniem obywateli otrzymał urząd prezesa cyrkułu zamojskiego i sprawował go nie bez zdolności, lecz w polskim sposobie więcej trawiąc czasu na ucztach i zabawach z obywatelami niż w biurze, a tu twierdza Zamość zajęta przez Polaków potrzebowała czynnej i gorliwej pomocy, przy tym może się chciał popularyzować między obywatelami niepodległością względem samego prezesa rządu Zamojskiego, i folgował obywatelom w ciężarach publicznych, a uciskał paletami, dostawami, posługami całą ludność ordynacji. Wzniosły się, więc skargi od dzierżawców rządców i włościan. Napominany przez wyższy rząd, gdy posłusznym być nie chciał został usunięty z urzędu; inde irae [łac. stąd gniew - przyp.MK]. Węgleński zaś zaraz na początku rządu centralnego mniemał, że jako przeważnie znaczący we Lwowie zaproszony zostanie do grona nowego rządu, gdy go to zawiodło i zabiegi jego u dawnych kolegów stały się daremnymi, bo Stanisław Zamojski sam mąż prawy i ze wstrętem patrzący na tego rodzaju skłonność, wyraźnie się przeciw niemu oświadczył, wystąpił tenże Węgleński jako drugi przeciwnik rządu centralnego. Obaj antagoniści tegoż rządu po udzieleniu sobie nawzajem żalów, spiknieni zemstą, ułożyli między sobą odpłacić upokorzeniem; udali się więc razem do Warszawy ze skargami i z obmową, a że Węgleński miał w rządzie rodzonego brata ministrem, a ten brat miał wpływ do Rady Stanu Księstwa i poufny przystęp do Stanisława Potockiego prezesa, który acz przez żonę krewny ordynata Zamojskiego nie bardzo mu sprzyjał, i nadto posiadał ufność Staszica także p. Zamojskiemu nieprzyjaznego, więc intryga którą uknuli, łatwo i spiesznie im się powiodła. Rozsieli oni w Warszawie, że ich delegowali obywatele galicyjscy do rządu księstwa z prośbą o jak najprędsze przyłączenie tej prowincji, wystawili rząd centralny za nie zdatny, za nieumiejętny, za znienawidzony i za szkodliwy rządowi Księstwa, jako wbrew systematowi tamże zaprowadzonemu postępujący pod sterem możnego pana, który dla oszczędzenia dóbr swoich został prezesem, aby zjednał niepamięć pozyskanych urzędów i łask austriackiego dworu i zyskali wiarę może dla tego, że całe postępowanie tego rządu szlachetne było niejako przymówką rządowi Księstwa, w którym osoby umieszczone w roku 1806 nie zapomniały w posłudze krajowej o sobie. I oskarżyciele i rząd księstwa nie pamiętał, że pan Zamojski okazał się w tych okolicznościach nieodrodnym synem Jędrzeja Zamojskiego kanclerza i Konstancji z Czartoryskich, najgorliwszej między Polkami obywatelki, która skąpa dla siebie, w powstaniu Kościuszki wszelkiego rodzaju ofiarami wspierała je, że był bratem Aleksandra Zamojskiego, który nie oszczędzał swoich skarbów na wspomaganie Legionów, że sam Stanisław w obecnemu powstaniu głowę swoją, majątek, przyszłość licznej rodziny na niepewny los naraził, że wezwany na prezesa rządu zaczął urzędowanie, od wystawienia swoim kosztem całego pułku piechoty, nie żądając dowództwa nad nim, że z jego rozkazu rządca jego przygotował wszystko i przyłożył się ludnością ordynacji do zdobycia Zamościa, że był mężem prawym, w przekonaniu nieugiętym; jeżeli w młodości podróżując wiele za granicą wywiózł stamtąd do towarzyskiego życia nieco cudzoziemskich zwyczajów, żadną szkodliwą wadą nie nasiąknął; Zamojskim wyjechał z kraju, Zamojskim wrócił, zawsze uprzejmy, gościnny, szlachetny, przyciągał do siebie ludzi prawych i cnotliwych i łączył się z nimi; chyba mu to za winę poczytywano, że jawnie szanował, jawnie judził, że dom jego wytwornością zagraniczną się odznaczał, że nie był gorący w oświadczeniach, choć w przyjaźni stały, że przy zdaniu raz powziętym z niejakim uporem obstawał, lecz za to śmiały w mówieniu prawdy, osobliwie tam, gdzie chodziło o dobro i pomyślność kraju, z rzadką odwagą nie szczędził jej nawet monarchom, o czym mało kto wie u nas i mało kto tą zasługą poszczycić się może. Będę ja miał sposobność mówienia o nim pod Królestwem Polskim, wyjawię to wszystko, co na niego ściągnęło od jednych zarzut niezręczności, od drugich uległości, od niektórych próżności, zimnej i obojętnej postawy, wyjawię w sposobie, aby o mnie powiedzieli czytający, to godło starożytnych pisarzy: Ad prodendam virtuti memoriam, bonae tantum conscientiae praetio ducebatur [łac. Dla rozkrzewienia pamięci o cnocie tak wiele szlachetnemu sumieniu wartości przystoi - przyp.MK]. Teraz wracam do naszych delegatów. Takim w Warszawie wystawieniem rzeczy za wpływem ministra Węgleńskiego, umieli sobie ci panowie wyjednać wybór na delegatów do odebrania władzy i rozwiązania rządu centralnego. Opatrzeni pełnomocnictwem zjechali do Lublina z tryumfem na twarzach, który najprzód swoim przyjaciołom okazali; rozeszła się zaraz wieść o ich posłannictwie i nie pomału zdziwiło takie zaufanie rządu Księstwa Warszawskiego w przeciwnikach rządu centralnego. Nie zastawszy prezesa, udali się do wiceprezesa Lewickiego i oświadczyli mu zlecenie z jakiem przybyli; ten zadziwiony odpowiedział, iż żądanie rozwiązania rządu centralnego udzieli na sesji swoim kolegom. Rząd uwiadomiony przez niego z oględnością i rozsądkiem postanowił odnieść się do księcia Józefa, przez którego był postanowiony i do prezesa rządu bawiącego wtedy w Krakowie, a aż do odebrania odpowiedzi księcia zawiesił z delegatami urzędową komunikację, gdy się o pośpiech naprzykrzać zaczęli, wiceprezes ustnie im odpowiedział: iż go zadziwia ten krok zawczesny rządu księstwa, że rząd centralny wie wprawdzie z wieści o traktacie na mocy którego Galicya Zachodnia staje się częścią księstwa, że niczego tak nie pragnie jak najprędszego zlania się w jedno ciało, lecz że będąc rządem utworzonym przez księcia Poniatowskiego w imieniu Napoleona przez ten tylko organ rozwiązanym być może, że wnosi iż rząd księstwa bez zniesienia się z księciem Poniatowskim i bez odebrania rozkazu od króla saskiego takowej delegacyi nie wyznaczył, lecz że należy czekać na rozkazy księcia Poniatowskiego, który ich zgodnie z zamiarami Napoleona wydać nie omieszka, że wtenczas rząd się centralny sam rozwiąże i nie delegatom, lecz in corpore osobiście w ręce rządu księstwa władzę swoją złoży. Tak odprawieni delegaci po kilku dniach oczekiwania, ujrzeli zawiedzione nadzieje swego znaczenia. Wtenczas doniósłszy do Warszawy nowe oskarżenia przeciw rządowi centralnemu, gdy nie odbierali odpowiedzi, bo się rząd księstwa spostrzegł w uchybieniu, którego się względem księcia Józefa dopuścił, udali się do sposobu, który tylko ludziom zaślepionym nienawiścią przyjść mógł do głowy i zamierzyli wzburzyć przeciw rządowi centralnemu władze cyrkularne i od nich mimo wyższej władzy odebrać głośne przystąpienie do Księstwa Warszawskiego. Węgleński wyjechał na prowincję tego dokazać, Grzymała zaś zaczął działać w Lublinie i przeciągać na swoją stronę prezesa Owidzkiego, członków cyrkularnej komisji, z których nie wszyscy byli tak prawi i czyści jak sam prezes, lecz czyhali na nowy porządek rzeczy, w żądzy umieszczenia się na urzędach. Niektórzy byli złączeni przyjaźnią z Grzymałą, łatwo ich, więc było uwieść i do nieuważnego kroku głaskaniem tych nadziei namówić; wszyscy widząc Grzymałę okrytego takim zaufaniem rządu, wierzyli w niego jak w rozdawnika urzędów, zwłaszcza, że ich zręcznymi mowami łudził, szepcząc raz do ucha, to drugi raz głosem perorując: Jak to? Bracia z braćmi spóźniają połączenie i kiedy księstwo wzywa ich przez nas do siebie, szukają zwłoki w formalnościach dogadzających ich próżności; z jaką przyjmie boleścią król saski tę obojętność, czy niechęć przyszłych swoich poddanych. Kiedy rząd centralny złożony po większej części z ludzi, którzy przez traktat niczego nie ,mogą się spodziewać od księstwa z taką obojętnością postępuje, prawi obywatele powinni się odłamać i okazać monarsze skwapliwość w uczczeniu go zapałem, który w przyszłem rozdawnictwie urzędów będzie umiał nagrodzić. Takimi namowami jedną tylko komisją cyrkułu lubelskiego, potrafił Grzymała, ułudzić inne komisje na przełożenia Węgleńskiego obojętnie lub z przyzwoitością odpowiedziały, że podległe rządowi centralnemu bez rozkazów jego nie mogą do żadnego urzędowego kroku przystąpić. Zebrała się, więc komisja lubelska na nadzwyczajne posiedzenie i mnie jako wiceprezesa wezwała. Owidzki prezes przygotowaną mową zagaił naradę, nadaremne były moje przełożenia, uprzedzone umysły i jednozgodnie myślące, z zapałem przyjąwszy zagajenie, spozierały na mnie jak na stronnika rządu centralnego. Wszyscy, więc wołać zaczęli, niech się pan wiceprezes rozpisze, myśląc, że nie będę śmiał podać do akt, mego według ich mniemania niepatriotyzmu. Wziąłem, więc pióro i napisawszy powody mego zdania, podałem prezesowi i wyszedłem. Bolesnym mi było różnić się z przyjacielem, z mężem ze wszech miar szanownym, najlepszym patriotą i najczystszym obywatelem, przewidywałem skutki, które się ze szkodą dobra publicznego spełniły. Nazajutrz po tej wieczornej sesji, Owidzki naglony przez kolegów udał się do wice prezesa rządu centralnego z oświadczeniem kroku, jaki komisja lubelska uczynić przedsięwzięła, ten mu odpowiedział: za takie oświadczenie, jako zwierzchnik komisji, powinienbym i całemu jej składowi i jej prezesowi dać zaraz dymisję, ale przez wiek i zasługi W. Pana nie uczynię tego, jeżeli rozważywszy swój krok niebaczny cofniecie go. A gdy Owidzki z żywością i z niejaką przymówką dla rządu centralnego odpowiadać zaczął. Wiceprezes rzekł mu proszę mnie uwolnić od nieprzyzwoitego tłómaczenia się, idę na sessyę i dowiecie się panowie o rozporządzeniu władzy. Powróciwszy Owidzki do kolegów, raportem, który im uczynił nie zaspokoił umysłów, lecz je rozjątrzył. Zamiar przedsięwzięty natychmiast wykonać postanowili i udali się w tym celu do legatów; ale tych zastali już w innych skłonnościach, odebrali, bowiem z Warszawy polecenie, aby się wstrzymali z działaniem, dopóki książe Poniatowski" odezwą swoją nie rozwiąże centralnego rządu, a tak na niczym spełzły intrygi z tym smutnym dla kraju skutkiem, że w przyszłych nominacjach na urzędy pozbawiły Joachima Owidzkiego stopnia prefekta departamentu lubelskiego, który mu się słusznie należał, a odjęły temu departamentowi gorliwego, cnotliwego i zdatnego urzędnika. Otrzymał ten stopień książe Maciej Jabłonowski słuszny wprawdzie, umiarkowany i szlachetnie myślący mąż, ale daleki zdolnościami od Owidzkiego. Czekali komisarze dni kilkanaście, nadeszła na koniec odezwa księcia Józefa do rządu centralnego, wzywająca go, aby się odtąd już nie z główną kwaterą, lecz z władzami Księstwa Warszawskiego znosił. Rząd centralny wydał natychmiast stosowne polecenie cyrkułom, sam zaś rozwiązawszy się, wyjechał z aktami do Warszawy, aby władzę i rachunki złożyć w ręce rządu księstwa. Komisarze, więc z zawstydzeniem wrócili do stolicy. Prezes Zamojski udał się do Drezna do króla saskiego i tam upraszał go, aby rozkazał odebrać rachunki z sum, którymi rząd centralny rozrządzał, król nakazał, ale ci, którzy nie zdali rachunków z epoki utworzenia Księstwa uważali w tym szlachetnym kroku próżność przymawiająca władzom Księstwa i z tej przyczyny z złym humorem patrzyli na osoby rząd centralny składające. Kilka miesięcy upłynęło, nim ten rząd doczekał się odebrania od siebie akt i rachunków. Wkrótce rozjechali się członkowie Galicji wschodniej; z zachodniej pozostali w Warszawie, gdyż wezwani zostali do zasiadania w Radzie Stanu Księstwa Warszawskiego. Maksymilian Lewicki sekretarz rządu centralnego otrzymał nominację na referendarza, ja, chociaż nie należałem do rządu centralnego, nad moje spodziewanie mianowany zostałem drugim referendarzem. W tym czasie wojska księstwa, zaczęły się rozchodzić na zimowe kwatery. Do Lublina nadeszła dywizja generała Sokolnickiego, wodza wsławionego szczęśliwym napadem na Górę, który otworzył księciu wolny wstęp do Galicji, zdobyciem Sandomierza i dzielną jego obroną. Generał ten powszechnie był ceniony w wojsku z śmiałych i zręcznych obrotów, niezachwianego męstwa, z znakomitych talentów wojskowych, prócz tych zalet był człowiekiem oświeconym, lubił literaturę i towarzystwo ludzi nauką i ogładą odznaczających się, lecz przez długą w Legionach Polskich służbę, przez kilkoletnie obcowanie z Francuzami nasiąknął ich wyobrażeniami i postępowanie tych wojsk we Włoszech i w innych podbitych krajach, prawie w nałóg mu się obróciło; z tymi, więc nawyknieniami i w kraju ojczystym i w Lublinie rozłożył się. Ubogie i wyniszczone miasto uczuło ciężar obszernych i często wymyślnych kwaterunków, wygód w nich w umeblowaniu i w żywieniu; prócz tego generał ten lubił zabawy, uczty, bale, festyny często je wyprawiał u siebie nie bez kosztu miasta, które do nich przykładać się musiało. Za wzorem wodza niżsi dowódcy pewni pobłażania starszyzny, dozwalali sobie nadużyć ucisków, a nawet gwałtów. I tak kapitan Starzyński jadący kurierem przez Lublin, za nie dość spieszne zaprzężenie pocztowych koni, poczmistrza niejakiego Grundlicha Niemca rodem, lecz osiadłego w Lublinie kilku domów właściciela, przychylnego nowemu porządkowi rzeczy, powszechnie poważanego i wziętego u mieszkańców już w podeszłym będącego wieku, skrzywdził, zbił, skrwawił, nogami skopał. Za ten. publiczny gwałt trudno było sprawiedliwości uzyskać. Generał Sokolnicki na uskarżenie się komisji lubelskiej i prośbę o sprawiedliwość, więcej się zdziwił opieką komisji nad pokrzywdzonym, niż obruszył się na gorszące zgwałcenie osobistego bezpieczeństwa, zarzucił nawet niepatriotyzm urzędnikom komisji, że się przeciw rodakowi wdają za Niemcem. Z tego wypadku niech czytający wnoszą, jakie wyobrażenie o sprawiedliwości i bezpieczeństwie przemagały w niektórych dowódcach Legionów Polskich. Wprawdzie Joachim Owidzki wspólnie z całą komisją mocno obstając przy pokrzywdzonym, gdy oświadczył generałowi Sokolnickiemu, iż to wy darzenie donosi księciu Poniatowskiemu, a sam jako prezes wyznacza śledztwo do wykrycia czynu, skłonił generała do delegowania do niego oficerów i tenże ukaranie przyrzekł, przecież mimo dowiedzionego gwałtu karę tak zwlekano, że bez skutku spełzła. Z stolicy wojewódzkiej przy takim pobłażaniu, przeniosło się rozwolnienie karności wojskowej, do prowincjonalnych miast i do włości W Hrubieszowskiem, w dobrach radcy stanu Staszica, ułani zbili ledwie nie na śmierć ekonoma, który wzbraniał zabierać gwałtem siana ze stogów. Z kwatery pułkownika ułanów Adama Potockiego, rozpisywano na gminy palety na poziomki pod karą śmierci, bądź ta był żartobliwy koncept jakiegoś młokosa oficera, dla przysługi pani pułkownikowej i otaczających ją panien, bądź niepojęte naigrawanie się z wszelkich praw. Lubo zapewne w tym nadużyciu niemiał żadnego udziału sam pułkownik, przecież takowe palety udzielane sobie z rąk do rąk, oburzały, odstręczały i nie wróżyły pomyślnej przyszłości przy takim przewodzeniu siły zbrojnej. W Krakowie tuż pod okiem samego Wodza Naczelnego, młodzież jego sztabu dopuściła się kroków nieprzystojnych z gorszącą swawolą na rynku jawnie dopełnionych; rozochocona winem z papierów szefa sztabu Fiszera zrobiła autodafe. Zapaliwszy wielkie ognisko jakby sobótki odprawiali młodzi oficerowie, z pustoty skakali koło niego z zadziwieniem poważnych i pobożnych matron, które przez okna patrzały. Fiszer chciał ukarać surowo tę lekkomyślną swawolę, lecz książe Józef przez przypomnienie własnej młodości, pobłażył, i gdy chciał ostro skarcić winowajców, przywoławszy ich do siebie spojrzawszy na nich, zaniósł się od śmiechu i pustotę przebaczył. To wszystko razem wzięte, wraz z duchem zarozumiałości i pogardy dla cywilnych, nie mogło dobrze uprzedzać umysłów. Wspomniałem i z boleścią opowiedziałem tego rodzaju zdarzenia, tak dla nauki dzisiejszego pokolenia, jak dla usprawiedliwienia moich współziomków galicyjskich z tej nieufności, z jaką zlali się w jedną całość Księstwa Warszawskiego. Chcąc zwrócić uwagę ziomków, na drażliwe położenie w jakiem się stawiali, wydałem naśladowanie ody Horacego Justum ac tenarem [łac. sprawiedliwy i niezawodny - przyp.MK], w której umieściłem w kilku strofach przestrogi stosowne do okoliczności. Została wydrukowana w dziennikach warszawskich. W jesieni tegoż roku zjechał do Lublina książe Adam Czartoryski generał ziem podolskich. Uszanowaliśmy go publiczną wizytą. Nikt z mężów znakomitych nie był w kraju godniejszym czci ziomków, i z wieku, i z zasługi, i z oświecenia, i z miłości nauk, i z przywiązania do Polski. Rozmawiał z nami z zwykłą sobie uprzejmością. Dotąd z innej strony spodziewał się on Polski, z której bądź pragnął jej, zawsze ducha i nadzieję utrzymywał. Syn też jego książe Adam, już od utworzenia Księstwa Warszawskiego, ujrzał plany cesarza Aleksandra i swoje zniszczone. Usunąwszy się, czy usunięty od steru polityki rosyjskiej, zjechał do Puław, chciał on zapewne bytnością swoją dowieść, że tam jest jego miejsce gdzie Polska, i że do każdej władzy przywiązać się gotów, która mu wróci ojczyznę. Wiedział on o uprzedzeniach Napoleona przeciwko imieniowi Czartoryskich, które powziął z dzieła Ruliera [Claude-Carloman de Rulhiere napisał dzieło "Historia anarchii w Polsce" - przyp.MK] znał trudność położenia w jakiem go okoliczności postawiły. W czasie wojny pruskiej, jako minister rosyjski znajdował się w obozie cesarza Aleksandra, lepiej przezierający rzeczy i lepiej ich świadomy, działając w duchu swojego monarchy, chciał przeciw Napoleonowi stawić alatre contra altare [łac. ołtarz za ołtarz - przyp.MK]i w tym celu oba rachowali na generale Kniaziewiczu, lecz gdy ten wezwany do obozu, acz nieprzyjazny i nieufający Napoleonowi oświadczył, że przeciw braciom już stojącym pod chorągwiami Napoleona oręża nie podniesie, cesarz Aleksander nie tylko się tym oświadczeniem nie obraził, lecz z zapewnieniem szacunku generała odprawił. Tak, odmowę, jaką Napoleon znalazł w Kościuszce, cesarz Aleksander napotkał w Kniaziewiczu. Oba ci najcnotliwsi mężowie gotowi za ojczyznę życie położyć, nie chcieli użyczyć swego imienia do osobistych widoków dwóch wielkich mocarzy, przewidując, że się oba prędzej czy później pogodzą nie według życzeń Polaków, lecz wedle interesu swoich państw i ludów. Kościuszko żądał rękojmi od Napoleona, że póty nie złoży oręża póki Polski nie postawi i tym go obraził tak, że się bez niego obejść zamierzył, zwłaszcza, że znał republikanizm Kościuszki, którego w nim nienawidził. Kniaziewicz, chociaż nie ufał Napoleonowi jako republikanin, jako żołnierz znający jego geniusz i potęgę, przewidywał, że to się stanie, co Napoleon ułoży, że cesarza Aleksandra zamiary były już zbyt późne, że rachuby na Polakach pod berłem rosyjskim będących okażą się mylne; nie chciał, więc zbawienia Polski na nowe zawikłanie narażać, i usunął się od współdziałania, do którego był wezwany. Ale zapędziłem się w politykę, a mam mówić o księciu Adamie. W roku l809 na samym początku kampanii, spotkałem go przypadkiem pod Bełżycami jadącego z Rosji do Puław, jechał z Biernackim swoim sekretarzem i napotkał pułk ułanów polskich na trakcie kazimierskim, wyskoczył z pojazdu, aby mu się przypatrzeć z rozradowaną twarzą; w tym miejscu z nim się zjechałem, poznawszy mnie rzucił mi się na szyję z uniesieniem, łzy mu pociekły z oczu, ściskał mnie za ręce i nie mógł się oderwać od tego widoku. Wtedy poznałem, jakie serce dla Polski w piersiach jego biło, dusza jego wyskoczyła na twarz jego. Rozjechaliśmy się z rozrzewnieniem, później o nim mówić będę. W jesieni tegoż roku, obchodzono w Puławach święto imienin księżny generałowej Czartoryskiej. Generał Sokolnicki dawny uczeń szkoły kadetów, której książe był dowódcą i opiekunem, wyznawał głęboką cześć dla starego księcia, bywał często w Puławach i tam, chociaż już pod siwiejącym włosem, poznawszy Emmę Potocką Seweryna Potockiego córkę, zaczął wzdychać do niej i nie był bez nadziei otrzymania jej ręki, bo świeża jego waleczności sława, jednała mu u księstwa i u pani Sewerynowej Potockiej wziętość; może też sobie i życzono tego związku dla politycznych względów. Sewerynowa Potocka nie uchodziła nigdy za dobrą Polkę. Miła, grzeczna, czarująca w towarzystwie, zawsze była zajęta drobnymi towarzyskimi intrygami. Jej ojciec był marszałkiem konfederacji targowickiej, mąż acz słuszny człowiek i dobry Polak był senatorem rosyjskim. W powstaniu Kościuszki przez wpływ, który przez konfederację targowicką wywierała na króla, ściągnęła podejrzenie Kołłątaja i ujeżdżać musiała z Warszawy. Związek, więc z tak znakomitym patriotą polskim i wodzem mógł być pożądanym od matki i córki. Przed tym festynem jenerał Sokolnicki, z którym żyłem w przyjaźni, zwierzył mi się, iż chciałby przy imieninach księżny jako stary kadet, złożyć swemu dawnemu dowódcy hołd wdzięczności, że zebrał około siebie kilku starych i młodszych kadetów i że pragnąłby księciu, imieniem tej szkoły ofiarować wiersze opiewające zasługi księcia i cześć ku niemu jego podkomendnych, prosił mnie abym mu takowe wiersze napisał. Parę tylko dni miałem, skreśliłem kilka strof i oddałem jenerałowi, sam zaś za nim pospieszyłem do Puław. Towarzystwo było liczne jak zwykle, lecz najwięcej zebrało się wojskowych. Wieczorem przyciągnął na dziedziniec puławski pułk piechoty i dwoma rzędami uszykował się nad kanałem. Każdy żołnierz miał zatkniętą wiązkę łuczywa na bagnecie. Gdy się zmierzchło Sokolnicki na czele oficerów wszedł do sali, prosił księcia o posłuchanie, przeczytał i oddał mu wiersze; rozrzewniony starzec uściskał go czule i dziękował młodym oficerom. Gdy w tem błysła niespodziana łuna i oświeciła okna pałacu, wszyscy wyszli do przysionka; cudowny przedstawiały widok owe dwutysięczne bagnety gorejące. Generał zakomenderował, wojsko poruszyło się i zaczęło przechodzić przy odgłosie marszu Dąbrowskiego wydając okrzyki: Niech żyje nasz naczelnik i nauczyciel książe Adam, niech żyje księżna. Uczęstowano wojsko i wszyscy wrócili do salonu gdzie nawzajem generała Sokolnickiego czekały niespodzianki. Otworzyły się drzwi do sali rzęsisto oświeconej, tam na wyniesieniu ukazały się pod białą muślinową przezroczystą zasłoną trzy dziewice w postaci gracji, między nimi była Emma Potocka. Generał klęknął przed nią, poznawszy pod zasłoną przedmiot swoich westchnień. Niejeden z przytomnych miał uśmiech na ustach widząc osiwiałego wodza tak rozkochanym, tańce zakończyły tę uroczystość. Wróciliśmy do Lublina na nowe zimowe zabawy, które ciągle wyprawiał generał. Nie pamiętam jak się potem rozchwiał romans Sokolnickiego. Emma Potocka wybrała za męża pułkownika Strzyżewskiego młodszego, przystojniejszego, a z waleczności i z zwycięstwa pod Jarosławiem wsławionego; tam wziąwszy do niewoli generała nieprzyjacielskiego, pałasz zdobyty na swym jeńcu ofiarował księżnie do świątyni Sybilli. Na wiosnę w roku 1810 zdaje mi się, że w miesiącu Maju zjechał do Puław król saski książe warszawski, nie wiem czy zaproszony czy z własnego popędu, chcąc odwiedzić Nestora Polski książęcia Adama Czartoryskiego, który pod czas sejmu konstytucyjnego jako nadzwyczajny poseł wysłany był do Drezna, aby zwiastował Fryderykowi Augustowi wybór jego córki na tron polski i skłonił do przyjęcia korony. Wielu obywateli, urzędników, a między nimi i ja z przyjacielem i sąsiadem moim Gautier, za sejmu konstytucyjnego deputowanym miasta Warszawy udałem się do Puław. Napływ przybyłych był taki, że ani w pałacu ani w zajezdnych gospodach nie można było znaleść umieszczenia, staliśmy, więc w dworku jednego ze służących księcia. Król bawił dzień cały, byliśmy mu przedstawieni przez księcia. Pierwszy raz wtenczas ujrzałem tego Pana, i zachowałem w pamięci rysy jego poważnej, z pozoru surowej a istotnie dobroć, łagodność i spokojność malującej twarzy. Stał w przygotowanych dla siebie przez księżną generałową pokojach ozdobionych wszystkim tym, co Puławy miały najkosztowniejszego, szczególniej w kwiatach. Wszystko urządzone było z wygodą, z gustem umiejętnej ręki księżny; lecz król nie przyjął, tych ozdób, wszystkie z zadziwieniem i z nieukontentowaniem gospodyni usunięte zostały przez służbę królewską. Służba ta umieściła w pokoju jedynie skromne i szczupłe łóżko żelazne saskie, które z sobą wożono, z kotarą białą z perkalu, i osłonione parawanikiem żelaznym z takimi firankami, jakie każdy najdrobniejszy szlachcic polski z wieku Augusta III miał u siebie. Nie przyjął także warty, czyli straży przed progiem. Cała straż honorowa stała na dole przy bramach dziedzińca. Jeden szambelan zdaje mi się Gablentz, kamerdyner i lokaj opasły, zestarzały, dworsko przybrany składali cały orszak. Obiad król jadł sam w swoim apartamencie, księcia tylko przez szambelana zaprosił do swego stołu. Wszyscy domowi goście, damy i księżna jedliśmy w salonie zwyczajnym. Nazajutrz zaszły ekwipaże księcia przed pałac, ekwipaże królewskie już zostały przewiezione na drugą stronę Wisły. Na Wiśle urządzony był statek pod baldachimem, okryty kobiercami, umajony drzewami, który pod komendą generała Sokolnickiego przez pontonierów polskich był kierowany. Były inne dwa statki dla orszaku królewskiego i przytomnych obywateli. Król pożegnawszy się w pałacu z księstwem siadł do pojazdu z swym szambelanem i z adiutantami. Książe i księżna udali się za nim, inni goście to pieszo, to pojazdami pospieszyli na brzeg Wisły. Tu nastąpiło powtórne uprzejme pożegnanie. Król nie dozwolił księciu odprowadzić siebie dalej. Generał Sokolnicki przyjąwszy króla na statku, wskazywał miejsca tym, którzy się na nim pomieścić mogli, między oficerami i kilku obywatelami i ja umieszczenie znalazłem. Król cały czas na pokładzie rozmawiał z generałem, wypytując się go o osoby znajdujące się na statku. Na drugim brzegu ekwipaże królewskie i eskorta przyjęły króla, wsiadł do swego pojazdu, w podróży jak mi mówili eskortujący go oficerowie wypytywał się o każdą wieś, którą mijał, o właścicieli itd. Wróciwszy do pałacu, zwykłym porządkiem rzeczy zastaliśmy rozmowę o bytności króla, ani książe ani księżna nie byli z niej zupełnie zadowoleni, książe nie był kontent z niemieckiej pedanteryjnej etykiety, że jej król nawet w prywatnym domu nie przestąpił, i do stołu swego prócz niego nikogo nie przypuścił. Republikancki, uprzejmy umysł księcia z cierpkością krytykował etykietę saską, księżna także niejaki żal miała, że jej starannej gościnności król żadnym uprzejmym słowem, i ujmującym podziękowaniem nie odpłacił. Pamięć niedawnej bytności cesarza Aleksandra, którego syn ich książe Adam był w owym czasie ulubieńcem, i który wtedy o wskrzeszeniu Polski zamyślał, pamięć uroczej grzeczności i łaskawości tego potężnego pana, z jaką był dla księstwa, porównywała obydwóch panujących. Może też i odmienne okoliczności, które utworzenie Polski losem zwycięstw przeniosły do Napoleona, i pozbawiły dom Czartoryskich tej wielkiej zasługi u narodu, która była wszystkich jego starań celem, a stąd drażliwe względem Napoleona położenie, wpływały na humor księstwa. Żałowali może, że co otrzymać pragnęli i spodziewali się od cesarza Rosji bez ich uczestnictwa, a zatem zasługi z innej i niespodziewanej stało się strony. Byłem ja w Puławach na chwilę w roku 1805 podczas bytności cesarza Aleksandra, gdy wojska swoje prowadził na pomoc cesarzowi Franciszkowi. Widziałem 80-tysięczny korpus pod dowództwem generała Michelsona, zwycięzcy Pugaczewa rozstawiony koło Puław; widziałem cały dwór cesarza i jego samego otoczonego najznakomitszymi wodzami, dyplomatami, ludźmi stanu północnej i średniej Europy. Stadion, minister spraw zagranicznych cesarza Franciszka zjechał dla narady z księciem Adamem Czartoryskim ministrem cesarza Aleksandra. Kuriery do Berlina, co dzień odjeżdżali i nawzajem przyjeżdżali. Spodziewano się i oczekiwano przyjazdu króla pruskiego, bo mówiono, iż było myślą cesarza skłonić go do połączenia sił przeciw Napoleonowi, a w razie odmowy ogłosić Polskę i uderzyć na Prusy. Puławy, więc były w całej świetności, w całym uroku swego szczęścia i swoich nadziei; otaczały się, więc swoją zwyczajną atmosferą, zebrały to wszystko, czym tylko zmysły i czucia unieść i podbić można. Żeby malować, czym były Puławy w młodości księżny, trzeba by mieć pióro Tassa przedstawiające zaczarowane ogrody Armidy, Fenelona kreślące opis wyspy Kalipsy, Monteskiego podające obraz świątyni Wenery w Knidos. Te urocze z natury miejsca, te ogrody, te gmachy, te rozkoszne ustępy świetne z siebie i z mieszkańców, jakaś oddzielna, zalotna, miłosna, czarująca otaczała atmosfera. Każdy, kto nią odetchnął wzdychać musiał; a przecież to wszystko nie było cudze, było polskie, narodowe, lecz w sposobie właściwym Puławom, którego naśladować nie podobnym było bez popadnięcia w niezgrabność. Gdy odbiegły chwile wdzięków, miłości, czarów, została miłość ojczyzny może gorętsza od innych uczuć, zostały wspomnienia, wzniosły się i nagromadziły pamiątki przeszłości, i po upadku Polski miłość kraju stała się jedynym serc puławskich żywiołem. W czasie bytności cesarza dwojakie i namiętne uczucia ożywiały księżnę, uczucia obywatelki i matki. Wystawić sobie potrzeba z jednej strony księżnę, acz już w posuniętym wieku, lecz jeszcze w całej czerstwości postaci i romansowej wyobraźni, otoczoną dwoma nadobnymi córkami [mowa tu o księżnej Izabeli Czartoryskiej i jej córkach Marii oraz Zofii, pierwsza nieszczęśliwie wydana za Ludwika księcia Wirtemberskiego, druga z odwrotnym skutkiem za Stanisława Kostkę Zamoyskiego - przyp.MK], orszakiem młodych wychowanie, urokiem wspomnień dawnych tryumfów, którymi całą Polskę i kraje obce czarowała, wśród pamiątek, które ręka jej w Puławach zebrała, wśród ozdób, którymi upiękniła to lube sobie siedlisko, sercem rozczulonej matki przyjmującą w swoim domu, potężnego mocarza Europy, a razem przyjaciela swego ulubionego syna, mocarza, który już tyle zlał był na kraj polski pod jego berłem zostający łask i dobrodziejstw, i który dozwalał spodziewać się dźwignienia jego ręką bytu narodowego. Z drugiej strony wyobrazić sobie trzeba tego monarchę, władcę najobszerniejszego państwa, obierającego miejsce urodzenia swego Parmeniona, miejsce mieszkania jego rodziców za punkt, na którym się ważyć miały losy Europy. Gdy dodamy do tego, z jakiem był poważaniem dla nich, z jakiem upodobaniem wylewał swoje serce dla syna w oczach rodziców, gdy wspomnę, że przy przywitaniu rzekł do nich: ja was czczę, bo wyście mi dali pewnego przyjaciela i doskonałego przewódzce. Łatwo pojmie uniesienie ówczesne i najgodziwszą chlubę całego rodu księstwa. Cesarz Aleksander ledwie miał wtedy lat dwadzieścia kilka, gdyby był prywatnym człowiekiem, byłby najpiękniejszym, najurodziwszym z twarzy i postaci młodzieńcem, najmilszym w obcowaniu, najgrzeczniejszym z wychowania, cóż dopiero mocarz najpotężniejszego państwa, w samym uroku rozkwitającej wiosny, z początków panowania swego przedmiot czci i uwielbienia swoich i obcych, nadzieja całej ludzkości, tym więcej czarował im mniej się otaczał świetnością przemożnego tronu, i samą osobą swoją obnażoną z tej wystawy, wstępował na świetniejszy majestat cnót swoich. Gdyby się był trzymał ciągle zwyczajów panujących, byłby tylko pospolitym monarchą, usuwając się od etykiety, okazywał się wyższym nad innych królów, przez cześć dobrowolną, szczerą, nielękliwą, którą jemu samemu nie jego tronowi ani urodzeniu oddawano. Rano wyjeżdżał do obozu w mundurze, po odbytym przeglądzie wojsk przebierał się, i już jako gość i przyjaciel udzielał się towarzystwu. Od świetności jego dworu odbijał skromnym, lecz stosownym do jego urody i młodości ubiorem. Wśród błyszczących gwiazd i bogatych mundurów całej dyplomacji i dworu, książe Adam Czartoryski sam jeden w czarnym ubiorze, lub w dyplomatycznym bez haftu odznaczał się tylko krzyżykiem polskim na piersiach Virtuti militari zyskanym na polu bitwy r. 1792. Wraz ze swoim cesarzem zdawał się współubiegać o skromność. Cesarz uprzejmy, grzeczny, ujmujący; książe Adam zamyślony, spokojny, jakby obojętny, nie wydawał po sobie najmniejszego znaku pychy lub próżności. Cesarz za każdym spotkaniem ściskał go lub obejmował w ramiona, dwór cały okazywał cześć dla księcia, a przesadzał się w grzeczności dla księstwa i dla obecnych Polaków. Bliżsi boku cesarskiego, jako to hr. Tołstoj, Strogonow, Nowosilcow poufałej obchodzili się z księciem Adamem, jakby chcieli okazać, że oni mają miejsce w sercu i w ufności pana tuż za księciem. Księżna generałowa przemyślna w wynajdowaniu zabaw i przyjemności, ciągle niemi rozrywała gościa dostojnego. W dzień koleją następowały przechadzki lub przejażdżki do Marynek, Żulinek, Włostowic, Parchatki. Cesarz zawsze jeździł w otwartym pojeździe z księżną, z księżną Wirtemberską, z panią Zamojską. Księżnę Wirtemberską inaczej nie nazywał tylko ma Tante [fr. moja Ciociu - przyp.MK]. Odwiedzając z księżną świątynię Sybilli i Dom Gotycki, z wielką ciekawością i z zajęciem oglądał starożytności i pamiątki w nich zebrane i słuchał opowiadania o nich; księżna umiała nadać miarę każdemu z nich, a cesarz okazywał ile go obchodzi wszystko, co polskie, jakby chciał dać do zrozumienia, że będzie Polski stwórcą i opiekunem. Przy odejściu z świątyni Sybilli ujrzał księgę rozłożoną, w której zwykli się byli zapisywać imiennie ci wszyscy, którzy tę świątynią odwiedzali, zapytał, więc gdzie by miał swoje imię położyć. Księżna podała mu inną księgę, aby ją pierwszy w niej podpisem zaszczycił, nie przyjął, podpisał się pod wszystkimi i jeżeli nowej księgi nie zaczął, dawną zamknął, bo nikt by nie śmiał kłaść swego nazwiska przy jego podpisie. Tyle uprzedzeń dla tego domu, tyle łaskawości, uprzejmości dla przytomnych Polaków, jakże niemiało zawracać głów i unosić serc aż do oczarowania umysłów szczególniej kobiet, które w uniesieniu swoim dość mocnych słów nie znajdowały do wysławiania tego zachwycającego pana. Mocy tym uczuciom dawały okoliczności, była to albowiem chwila największej w Polsce niechęci do Napoleona, którą roznieśli po kraju legioniści polscy, opuszczeni przez niego w traktacie lunewilskim, a których jedną część wysłał do San Domingo na pastwę zabójczej febry, drugą oddał na żołd królowi Etrurii. Ci zaś, którzy nie chcieli więcej krwi nadaremnie przelewać, wrócili do ojczyzny; cesarz Aleksander przygarnął ich i swobodnego w swoich krajach dozwolił im mieszkania. Powtarzam, więc co wyżej powiedziałem, że porównywając te dwojakie odwiedziny Puław cesarza i króla saskiego, porównywając okoliczności, jakie je otaczały, położenie Czartoryskich w tamtych czasach względem cesarza Aleksandra i obecne względem króla saskiego i nawzajem stanowisko króla wyniesionego na tron przez Napoleona względem Puław, łatwo będziemy mogli powodować zimną etykietalność króla saskiego i względem króla niezadowolenie mieszkańców puławskich. Jeżeli księżna generałowa lub, kto z obecnych spisał pamiętnik tych dwóch odwiedzin, jeżeli szczególniej zajął się nim książe Adam, znalazłyby się nader ciekawe, ważne i obchodzące nas szczegóły, które dla mnie jako prostego widza były i są tajemnicą. Piszę to, co było jawnym, co każdy widział lub z opowiadań bliższych świadków słyszał. Kiedy jestem na tym punkcie moich wspomnień, w których zamierzyłem sobie nie trzymać się chronologicznego ich porządku, lecz kreślić je nawykłem w miarę jak mi na pamięć przychodzą. Skończę, więc opowiadanie o tych odwiedzinach cesarskich nim się wrócę do Księstwa Warszawskiego. Trwał pobyt cesarza w Puławach cztery a może i więcej tygodni. Stał obóz na tym punkcie, z którego mógł się obrócić na Prusy lub ku Wiedniowi, lecz powodzenie oręża Napoleona pomieszało plany. Już on po wygranej bitwie pod Krems [Rosjanie nazywali tak krwawe starcie pod Durrenstein z 11 listopada 1805 - przyp.MK] dażył pod Wiedeń, potrzeba było tam spieszyć na pomoc cofającej się armii austriackiej i części wojska rosyjskiego z nią złączonego, które to siły niezdolne były zasłonić Wiednia. W tej chwili też nadjechał od króla pruskiego generał Kalkreuter [Friedrich Adolf von Kalkreuth, w 1807 dzielnie bronił Gdańska - przyp.MK], ten sam, którego Polska w czasie aliansu swego z królem pruskim życzyła sobie mieć dowódcę swojej armii. Ten miał polecenie wytłumaczyć niemożność króla zjechania do Puław, a jak twierdzono, czego nie śmiem utrzymywać, dał uczuć cesarzowi, że monarcha jego byłby szczęśliwym, gdyby ujrzał cesarza jak przyjaciela w Berlinie. Nie wiem, więc czyli z własnego popędu lub z polityki, kiedy wojska rosyjskie spiesznym pochodem na Kraków ruszyły ku Wiedniowi, imperator sam z marszałkiem Tołstoj wyjechał spiesznie do Berlina. Puławy, więc ogłodzone na kilka mil w około przez ten długi postój licznego wojska opustoszały i powzięły niejaką bojaźń o losy Polski, bo lubo ufność w cesarzu była nieograniczona, przeczucie jakieś ostrzegało o niebezpieczeństwie wyniknąć mogące z przyszłej rozmowy z królem pruskim. Zapał dla cesarza był taki w większej części mieszkańców, że w tej podróży unikając objawienia się ducha patriotycznego w Warszawie, minął ją aby go niewczesne uniesienia nie naraziły dworowi pruskiemu, który sobie ująć spieszył. Wiemy z ówczesnej a już wyjaśnionej historii smutne skutki tego widzenia się dwóch mocarzy; Ileż piękne oczy i czarujący wpływ królowej pruskiej nie ściągnęły nieszczęść na Prusy, na Rosję, na Europę, ileż nie sprowadziły zawikłań w polityce cesarza, a nadziei polskich mogących być wtenczas urzeczywistnionymi, jeżeli nie zniszczyły, odwlekły i później W inną przeniosły stronę. Przysięga i zaręczenie wiecznej przyjaźni, pod wpływem pięknej królowej, na grobie Fryderyka Wielkiego dokonane sprawiły, że miecz tegoż wielkiego wojownika w parę lat później, z gruzów obalonego za jednym zamachem państwa Pruskiego, przeniósł się jak zdobycz w ręce Napoleona, tak jak losy Polski z rąk tego, który o niej szczerze myślał przeszły w ręce tego, w którego widoki stworzenie jej nie wchodziło. O vanae mentes hominum [łac. O, nędzne umysły ludzkie - przyp.MK]. Czemże są ludzkie układy, zabiegi, zamiary. Opatrzność, która sama zarządza światem, naigrawa się z nich, ludzie choćby najpotężniejsi są tylko jej narzędziem do spełniania jej odwiecznych wyroków, raz te narzędzia wybiera, drugi raz je kruszy aby okazać ich nicość. Następnie historia wypadków niepojętych, niespodziewanych, nadzwyczajnych od tej chwili aż do upadku Napoleona, nie jestże tego jawnym świadectwem. Z Berlina pospieszył cesarz Aleksander za armią swoją a tymczasem jak wszędzie tak i do Puław doszły wiadomości o zajęciu Wiednia [13 listopada - przyp.MK] i o cofaniu się wojsk sprzymierzonych ku Brnowi. Wieści te niebyły miłe puławskim mieszkańcom, acz się spodziewali, że przybycie wojsk rosyjskich przeważy szalę losów. W kraju różne były uczucia. Sława Napoleona była już tak wielka, urok jej tak przemawiał do wyobraźni młodzieży, że wielu nie wątpiło o jego tryumfie. Ci, którzy albo nie byli przypuszczeni do tajemnic puławskich, albo wątpili o szczerości zamiarów cesarza, i ci nawet, którzy w nią wierzyli, nie przypuszczali przy takiej potędze i szczęściu Napoleona, możności stworzenia Polski bez zezwolenia jego, zezwolenie zaś to, mniemali być przeciwnym bezpieczeństwu Francji, a zatem i potędze jej bohatera. Woleli, przeto odzierać się na jego fortunę i od niej doczekać się Polski, nie zaś od Rosji, do której świeża nienawiść w wielu sercach tlała, stąd więcej takich było, co się cieszyli z powodzeń Napoleona, niż takich, którzy się niemi smucili, lecz w Puławach widoczniejsze było zasmucenie. Tymczasem nadszedł grudzień i rocznica koronacji Napoleona. Wieść o zwycięstwie jego pod Austerlitz i okropnej klęski wojsk sprzymierzonych, z błyskiem piorunu przebiegła Europę, dowiedziano się razem, że cesarz austriacki we młynie pod Austerlitz podpisał przedugodowe punkta pokoju oddzielnego od Rosji, troskano się o cesarza, bo nie wiedziano gdzie się udał z niedobitkami swojej armii. On odcięty od swego dworu, zwrócił się konno wraz z księciem Adamem ku Węgrom, dopadłszy pojazdu u szlachcica węgierskiego, przebrał się do Krakowa w towarzystwie marszałka Tołstoj i spieszył do Petersburga. W małym miasteczku w Krakowskiem pojazd mu się zepsuł, zgłodniały cesarz rad by był, czym się posilić; poczmistrz nieznający monarchy i biorąc go za oficera, wskazał mu klasztor, radząc, aby się tam do gościnnego przeora udał; cesarz poszedł za tą radą, zastał przeora wybierającego się na mszę i prosił go o posiłek. Przeor w podobnym błędzie jak poczmistrz przyjął gościnnie młodego oficera, uczęstował wódką i chlebem, lecz wnosząc, że jedzie od armii, zapytał go w poufałym sposobie: Podobno tam okropnie waszemu cesarzowi napędzono strachu. - Strachu nie - odpowiedział Aleksander - lecz przegraliśmy bitwę poczym pożegnawszy grzecznie przeora, wrócił do pojazdu, a zastawszy go naprawionym, wsiadł i nie oparł się jak na chwilę w Lublinie. Gdy ciekawy przeor chciał u poczmistrza zaczerpnąć, jakich nowin, przyszedł na pocztę i dopytywał się kto był ten podróżny oficer; poczmistrz już się był dowiedział jakiego miał gościa i gdy zapewnił przeora, że nim był cesarz Aleksander, tak go przeraził, że prawie na chwilę pozbawił go zmysłów. Tymczasem cesarz wytchnąwszy w Lublinie i w oberży wziąwszy żywność na drogę, o godzinie dwunastej w nocy stanął w Międzyrzycu przed domem księcia Konstantego Czartoryskiego; wszedłszy do pokoju przebudzonego i zdziwionego księcia rzekł: "każ mi dać koszulę do odmienienia, już kilka dni jedną noszę, tak nas przyjął pod Austerlitz," opowiedział księciu cały wypadek bitwy, uspokoił o brata i kilka chwil zabawiwszy pospieszył dniem i nocą do Petersburga. Z tego punktu, kiedy spozieram na świat, gdy rzucę okiem na wyspę św. Heleny, i na Taganrog, gdy pytam się moich okolic, co się stało z Puławami, zdaje mi się słyszeć głos z grobu dwóch najpotężniejszych monarchów i z nadbrzeży Wisły wychodzący Vanitas vanitatum et omnia vanitas [łac. Marność nad marnościami i wszystko marność - przyp.MK]. Wracam się do Księstwa Warszawskiego. Dla potrzeb serwisu opracawał: Maciej Kowalczyk Dalej >>> |
||
|
|
|||||
|
|||||