Warunki podróży
Przyglądając się warunkom podróży w XV - XIX wieku, ze zdumieniem zastanawiamy się, co za szaleńcy decydowali się na takie ryzyko. Nasze zdumienie budzi nie tylko podejmowane ryzyko, ale także koszmar warunków życia na i pod pokładem. Oglądając kinowy przebój "Tytanik", nawet w scenach z dolnych pokładów nie zobaczymy prawdziwego obrazu wspomnianych podróży.
Wyprawa na San Domingo musiała na progu XIX w. trwać co najmniej 40 dni, a pamiętajmy, że transporty wojskowe ładowane były do oporu i jedynie oficerowie mogli liczyć na znośne warunki przeprawy, w kilkuosobowych kajutach.
Gdy w 1802 roku szykowano do drogi 113 półbrygadę, jej Rada Administracyjna monitowała władzę by zapewnić oddziałom odpowiednie warunki. Po pierwsze dla lepszego przystosowania do klimatu wyspy, lądowanie powinno mieć miejsce w początkach września, transport specjalnymi okrętami na 300-400 ludzi z wentylowanymi kabinami, a nie na okrętach wojennych. Do tego odpowiednia żywność i opieka medyczna. Jedynie ten ostatni postulat został (przypadkowo) spełniony. Ciasno zaokrętowani żołnierze nie dostali nawet hamaków i upychano ich " do oporu". Racje żywnościowe w wyniku samowoli intendentury zostały zmniejszone, a mała ilość warzyw nie mogła przeszkodzić szkorbutowi. Zaokrętowanie 113 odbyło się spokojnie już 14 maja, jednak już na początku morze upomniało się o ofiarę w burzy 15-16 . Ostatecznie wypłynięto 17 maja i znowu dostano się w strefę burzy. Rozproszona flota zebrała się pod Gibraltarem i skierowała do Kadyksu. "Zaledwo flotylla z przystani Livorno wypłynęła, okropna wszczęła się burza(...) okręt(...) rozbił się o skały w bliskości wieży morskiej San-Vincenzo i ze 180 ludzi zaledwie sześćdziesięciu kilku wyratować się zdołało(...)" - Relacje oficerów 113 półbrygady K. Luxa i P. Wierzbickiego (Bielecki R., Tyszka A. - Dał nam przykład Bonaparte. Kraków 1984. s.97-105.). Warto dodać, że kilkanaście dni pobytu w Kadyksie, było chwilą wytchnienia tylko dla oficerów. Gdy ci mieli okazję zwiedzać miasto, a nawet opuścić ekspedycje, żołnierzom został kołyszący pokład i smród portu. Jedynym urozmaiceniem mógł być widok stojącego niedaleko największego liniowca floty hiszpańskiej, 140 działowego "La Santissima Trinidad". Z portu wypłynięto około 25 lipca. Gdy z początkiem sierpnia okręty stanęły z powodu braku wiatru, ograniczono racje wody, która i tak była zepsuta i nabrała żółtawego koloru. By przeciwdziałać upałom, zezwolono na morską kąpiel, gdy kilku pływaków padło ofiarą rekinów, wyznaczeni żołnierze mieli w razie czego strzelać do nieznanych morskich istot. Potem dopłynięto do zwrotnika raka, gdzie urządzono zaślubiny z morzem dla żołnierzy. Były to nieliczne chwile, gdy można było się zabawić i zapomnieć o trudach podróży. Dopłynięto 2 września, po 108 dnach na ciasnych pokładach. O warunkach może świadczyć fakt, że do lazaretów prosto z pokładów trafiło 10 oficerów i 432 żołnierzy.
Podróż 114 też nie była usłana różami. Wysłano po nich trzy liniowce "L'Argonaute", "Le Fougeux", Le Heros", ale mimo upychania, nie były w stanie zabrać całej półbrygady. 25 stycznia na pokładach znalazło się ok.1950 żołnierzy, mimo, że miejsca obliczano na 1800. Pogorszyło to warunki i stan lądujących oddziałów. Resztę wpakowano na fregatę i korwetę, łącznie jakieś 480 ludzi. I tym razem morskie burze dały się mocno we znaki. Przyczyniły się też do tego, że okręty płynęły do celu oddzielnie. By zająć czymś żołnierzy, organizowano dla nich kurs obsługi dział okrętowych, wachty, prace porządkowe i inne. Ale nie zmieniało to faktu, że koszmarna i głodna podróż była tylko wstępem do okropności San Domingo.
Walki Polaków na San Domingo
Leclerc, a po jego śmierci na febrę (nocą 2 listopada 1802 roku), Rochambeau z utęsknieniem czekali na każde posiłki. Natłok zadań w połączeniu z ogromnymi stratami powodowały, że bez czasu na aklimatyzację, oddziały praktycznie z okrętów szły do walki. Francuscy dowódcy mieli o Polakach jak najlepsze mniemanie, znając ich czyny we Włoszech, czy na teatrze Niemieckim. Niestety, doświadczenia walk europejskich nie mogły się przydać na wyspie, gdzie przeciwnik stosował inną taktykę. Szczególnie było to widać podczas akcji zwalczania nieregularnych band. Polacy nie walczyli jednak jako cała jednostka. Bataliony były przydzielone do różnych ugrupowań, a dodatkowo wydzielano mniejsze oddziały do konkretnych zadań. Np. akcja kpt. Grotowskiego, któremu udało się dostarczyć zaopatrzenie do oblężonego Marmelade. Cały czas istniało zagrożenie, brak poczucia bezpieczeństwa. Dobrze obrazuje to zdrada 31 października 1802 mulackich oddziałów Petiona i Clarvaux, w sile 2500 ludzi. Batalion Wodzińskiego został otoczony i przebijał się z ciężkimi stratami. Dalsze walki batalionu powiększyły straty, znowu zdrada części oddziałów kolonialnych komplikowało sytuację. Np. odcięte kompanie broniące się w wolno stojącym budynku, zostały podpalone. W ten sposób z 984 żołnierzy I batalionu, po dwóch miesiącach walk pod bronią zostało ok. 150. Rok później stwierdzono, że z batalionu zostało przy życiu raptem 20 ludzi.
II batalion Bolesty, wyładowany w Mole Saint Nicolas w sile 701 ludzi, z czego część oczywiście od razu szpital, ruszył w ramach ekspedycji do Departamentu Zachodniego, a następnie Południowego. Wzięli tu udział w walkach o odzyskanie kontroli nad ważniejszymi miejscowościami i stanowili ich załogi. Pojawia się tu kontrowersyjna sprawa wybicia 400 ludzi batalionu kolonialnego w Saint Marc. Cała sprawa miała związek ze wzmiankowanymi wcześniej aktami zdrady i zdradą gen Dessalines 17 października. Murzyni, którzy do apelu wystąpili bez broni, zostali otoczeni i wykłuci przez pozostałe oddziały z załogi. Padło też podejrzenie na Polaków, których w mieście było ponad 100. W polskiej historiografii problem ten wywołał gorącą dyskusje.
III batalion w sile 634 ludzi lądował w Borgne, na zachód od Cap Francais i od razu zasilił dywizję gen. Brunet. Polacy zostali włączeni do akcji pacyfikacji masywu północnego i ochrony szlaków. Np. ok. 14 października bronili przedpola miasteczka Limbe, i zostali odrzuceni do zabudowań, gdzie w kontrataku zdobyli działo. Nie przerwało to jednak murzyńskich ataków, przy ich ciągłym naporze, walki w tym rejonie zakończyły się porażką Francuzów. III batalion doznał ogromnych strat i 9 listopada po ewakuacji do Cap Francais obliczano go na 98 zdrowych i 178 chorych. 1 grudnia 1802 jego resztki włączono do 31 półbrygady francuskiej.
Od listopada główny wysiłek Francuski był skierowany na obronę ważniejszych baz. Wszędzie groziły ataki oddziałów partyzanckich, co uniemożliwiało bez posiłków z Europy, podjęcie działań ofensywnych. Polacy walczyli jako części składowe wymieszanych związków bojowych. Tak na przykład grupa żołnierzy II batalionu pod dowództwem kpt. D. Dziurbasa skutecznie broniła Mole Saint Nicolas, na pamiątkę jeden z fortów nazwano imieniem polskiego kapitana. W styczniu 1803 murzyni zajęli szpital pod Cap Francais, mordując ok. 1600 pacjentów i obsługę, zginęło wtedy kilkudziesięciu Polaków. Podobne wypadki miały miejsce w lutym na wysepce Tortuga. Względną stabilność sytuacji przekreśliło rozprzestrzenienie się powstania na Dep. Południowy w marcu 1803r. Jedyną nadzieją dla opanowania sytuacji, wydawały się znaczne posiłki z Francji. Na samej wyspie pod bronią zostawało jeszcze ok. 11 000 ludzi, ale straty wzrastały, szczególnie że nasiliły się zachorowania na febrę. Dla 113 półbrygady straty były tak poważne, że z końcem marca myślano o jej skreśleniu z ewidencji.
114 półbrygada jak wspomniano przybyła na wyspę etapami. Pojawienie się nowych jednostek, gen. Rochambeau chciał wykorzystać do podjęcia ofensywy. I batalionowi w sile 400 ludzi wspartych jednostkami gwardii narodowej, powierzono główne zadanie oczyszczenia równiny Torbeck z powstańców. II batalion miał iść w kolumnie z zadaniem osłony wybrzeża. A III b. w kolejnej. Cała akcja z powodu braku synchronizacji nie przyniosła efektów, a I kolumna, w tym Polacy, doznała poważnych strat i wycofała się. III batalion w sile 649 żołnierzy ruszył 11 kwietnia, ale od razu problemy z żółtą febrą wstrzymały akcję. Kilka dni później ruszono pod nowym dowództwem i w górzystym obszarze zaatakowano umocnione pozycje powstańców gen. Ferru, po obejściu zmuszając ich do odwrotu. Ale akcja była kontynuowana i po nieudanym boju o kolejne przeszkody 27 kwietnia podjęto odwrót. Kolejna kolumna ruszyła do akcji pod dowództwem wiernego Francji murzyńskiego gen. Laplume. W jej składzie szli Polacy z I batalionu Małachowskiego. Ale brak współpracy i zgrania z innymi kolumnami spowodował, że po licznych perypetiach musiała się wycofać, uznając za sukces brak poważnych strat. 28 kwietnia rozpoczęły się także działania pod Cayes, które próbowali zdobyć powstańcy. Miasta bronili także Polacy ze 114 i dzięki dobrej postawie obrońców, atakującym zadano duże straty. Radość z sukcesu przyćmiewał jednak fakt, że febra powodowała większe straty, od kul przeciwnika. Podobnie ciężkie chwile przeżywała załoga Jacmel, także z Polakami w składzie. Dalsze walki w obronie umocnionych punktów w maju i czerwcu 1803 roku powodowały coraz większe straty. O tym jak ciężkie panowały warunki i powodowały narastanie przygnębienia, niech świadczy fakt samobójczej śmierci powszechnie szanowanego szefa batalionu Ignacego Jasińskiego 22 czerwca.
Nie rokująca nadziei sytuacja, została pogorszona dodatkowo przystąpieniem Anglii do wojny, w maju 1803. Praktycznie kontakt z metropolią został zerwany, a oblężone porty były teraz blokowane i ostrzeliwane z morza. Zaczął panować głód. 1 sierpnia, dowódca obrony Jeremie gen. Fressinet, podjął decyzję o opuszczeniu pozycji, przy jednoczesnym pozostawieniu niczego nie spodziewającej się załogi polskiej cytadeli. Uciekinierzy w większości trafili do Angielskiej niewoli, a pozostawieni 140 Polaków i grupa Francuzów 5 sierpnia kapitulowali. Na szczęście gen. Ferru, mając bardzo dobre mniemanie o Polakach, pozwolił im odpłynąć na Kubę. 12 października kapituluje przed Anglikami Cayes, kilka dni wcześniej Port au Prince. 30 listopada kapitulował sam głównodowodzący gen. Rochambeau, oddając powstańcom Cap Francais, sam zatrzymany przez Angielski "Bellerophon" (ten sam, na którego pokładzie smutną podróż odbył Napoleon).
Niedobitki z piekielnej wyspy
Los Polaków i Francuzów biorących udział w tej ekspedycji, może wydać się nam tragiczny. Ale ci, którym udało się przeżyć mieli przed sobą ciernistą, równie koszmarną drogę, na końcu której często czekała śmierć.
Duża część nieszczęsnych jeńców znalazła się w niewoli Angielskiej. Tych przewożono na Jamajkę, gdzie w miarę wzrostu ilości przybywających (do 7000), traktowano ich coraz gorzej, co przyznają nawet angielscy historycy. Dopuszczono się złamania porozumień kapitulacyjnych, odbierano osobiste rzeczy, zdzierano mundury i pogarszały się warunki lokalowe i pożywienie. Szeregowi często przymusem wcielano do regimentów angielskich. Oficerów osadzono w Spanishtown i Kingston, gdzie z czasem posiadający środki na podróż, zostali zwolnieni na parol. Szeregowcy, nie mający szansy na zwolnienie znaleźli się w ciężkim położeniu. Podzielono ich na: ciężko rannych i chorych odesłanych do USA pod opiekę francuskiego konsula w Charlestonie. Ogółem 36, odesłanych potem do Francji. Lżej ranni i chorzy zostali w niewoli w szpitalu, gdzie umierali lub mogli wrócić do zdrowia. Trzecia grupa jako zdolna do służby wojskowej 1)a odesłana do Anglii. Tu z braku miejsca w więzieniach osadzono ich na "pontonach", czyli wycofanych z czynnej służby okrętach. Okropne warunki bytowe powodowały dużą śmiertelność. Stąd pojawienie się werbowników mogło być szansą na przeżycie. Gdy samo to nie skutkowało, starano się przekonać opornych biciem i szczególnym traktowaniem. Szacuje się, że w ten sposób na brytyjską służbę trafiło ok. 1000 legionistów, głównie do 60 regimentu, który brał później udział w walkach w Hiszpanii. Pozostali jeńcy znaleźli się w różnych miejscach Wysp Brytyjskich, z czego przebywało tam jeszcze w 1814 roku 6 oficerów, 72 żołnierzy polskich.
Innym miejscem, gdzie wśród uchodźców z San Domingo znaleźli się Polacy, była hiszpańska Kuba. Wylądowało tu ok. 40 legionistów z załogi Jeremie, a w październiku 1803 ok. 50 z oddziałem gen. Lavalette z Port au Prince. Na mocy umowy generał ten utrzymywał żołnierzy w przygotowanych obozach na koszt Francji, ale ograniczono w ten sposób swobodę poruszania się i do pobliskiej Hawany udawali się tylko posiadający własne środki. W grudniu dołączyła do nich grupa gen. Noailles, a w niej ok. 80 Polaków. W sumie w obozie Baracoa znalazła się grupa 200 legionistów z oficerami, na czele kpt. Berensdorff. Warto zanotować fakt udziału tego oficera i ok. 20 Polaków w akcji gen. Noaillesa, w wyniku której abordażowano brytyjską korwetę i doprowadzono ją do Hawany. Trzecia grupa to żołnierze, którzy znaleźli się we wschodniej części San Domingo, której stolicę Santo Domingo, Francuzi zajęli 21 lutego 1802. Dowodził tu gen. Perichon, z północnej części wyspy wycofał się gen. Ferrand, który w grudniu 1803 miał jeszcze 800 ludzi, w tym 75 Polaków. Ten drugi był zdecydowany bronić miasta, do czego starannie się przygotował tworząc umocnione punkty. Bardzo liczono tutaj na pomoc oddziałów z Kuby, jednak mimo takich planów nie doszło do niej. Warto dodać, że korzystając z baz w tej części wyspy rozpoczęto akcję korsarską. Wśród kaprów było kilkunastu Polaków, np. szef batalionu Kobylański, szef batalionu Blumer (późniejszy generał), ppor. Lux. Atak powstańców na Santao Domingo rozpoczął się 6 marca 1805. Obrońcy dokonywali częstych wycieczek i doczekali się przybycia francuskiej flotylli z posiłkami (Piemontczycy). Mimo tych sukcesów choroby powodowały wykruszanie się obrońców. Po wielu perypetiach ostatni obrońcy Santo Domingo kapitulowali 8 lipca 1809 roku przed oddziałami hiszpańskimi. W ich szeregach było jeszcze ok. 40 Polaków. Warto dodać, że niektórzy w 1807 roku, np. Lux i Wierzbicki otrzymali pozwolenie na powrót do Europy i rozpoczęli służbę w armii Księstwa Warszawskiego.
Przez cały okres walk na San Domingo Polacy wracali do Francji. Najczęściej ranni i ciężko chorzy, często też pozbawieni dowództwa oficerowie. Pod koniec 1803 roku w Paryżu zebrało się 12 oficerów 113 półbrygady. W 1805 w obozie Chalons-sur-Marne wśród 65 polskich oficerów, było 52 przybyłych z wyspy, ogólnie doliczono się 136 którym udało się wrócić. Niestety szeregowcy nie mieli tyle szczęścia, oblicza się, że przeżyć i wrócić mogło ich około 300. Do tego można dodać 150, którzy walcząc w szeregach angielskich w Hiszpanii, przeszli z powrotem do swoich. Warto też dodać, że w 1815 roku, w czasie wojny angielsko-amerykańskiej, w trakcie walk o Nowy Orlean, z szeregów angielskich zdezerterowało do kilkunastu Polaków, prawdopodobnie dawnych jeńców z San Domingo. Oblicza się, że na Antylach pozostało do 600 Polaków. Wśród nich tacy, którzy poszli na służbę murzynów.
To nie była Polska wojna. San Domingo stało się grobem dwóch jednostek polskich i wyraźną rysą na polsko - francuskim braterstwie hartowanym w ogniu wojen napoleońskich. Rysą która nie zachwiała jednak nie zachwiała lojalnością wobec jedynego sojusznika. To był jeszcze jeden straszny, ale konieczny koszt polskiej niepodległości, co dobrze rozumieli Ci, którzy po powrocie wracali do szeregów. Im wszystkim należy się nasza pamięć.
<<<
Wstecz
Opracował: Miłosz Korczyk