| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||

|
Pamiętniki |
||
Harry Smith
AUTOBIOGRAFIA (wybór) Rozdział 5: Kampania 1810 - Bitwa nad Coa Wkrótce po tym Francuzi
otoczyli Ciudad Rodrigo i rozpoczęli regularne oblężenie. Lekka Dywizja (w skład
której wchodziły trzy pułki: 43-i, 52-i i dwa bataliony strzelców, 1-y i 3-i
pułk portugalskich caçadores, ten drugi pod dowództwem Eldera, wielce
znamienitego oficera strzelców), 1-y pułk huzarów, 14-y pułk lekkich dragonów,
16-y pułk lekkich dragonów zajmowała Gallegos, Exejo etc. Nasza najdalej
wysunięta forpoczta była w Marialva, na drodze do Ciudad Rodrigo. Podczas całego
oblężenia mieliśmy niezliczone alarmy, a w Marialva kilka ostrych utarczek, ale
dyspozycje Crauforda były tak zdatne, że nigdy nie straciliśmy nawet czujki.
Francuzi mieli zwyczaj
patrolować rejon po drugiej stronie Agueda kawalerią i piechotą w sile około 30
dragonów i 200 piechurów. Generał Crauford zdecydował przechwycić jeden z tych
patroli (10 lipca) i wyruszył z kawalerią, 1-ym pułkiem huzarów, 14-ym i 16-ym
pułkiem lekkich dragonów i Lekką Dywizją. Można teraz pytać czy było konieczne
wyciągać taką siłę aby przechwycić taki mały oddział. Z pewnością tak. Wróg mógł
bowiem przekroczyć Agueda dla wsparcia patroli. Przesunięto nas we wskazane
miejsce, piechota została zatrzymana, część kawalerii ruszyła do przodu. O
szarówce pojawiły się patrole wroga, dragoni nieco wysunięci przed piechotę.
Patrol był prowadzony nieostrożnie (nie jak nasz 1-y pułk huzarów) i dragoni
zostali schwytani w jednej chwili. Piechota cofnęła się na wzniesienie powyżej
brodu i uformowała czworobok. Crauford rozkazał kawalerii ich zaatakować i
wykonano kilka dobrych szarż, ale Francuzi stali nieporuszeni, a trupy koni
przed nimi stały się obroną. Nasza kawaleria nie zrobiła najmniejszego wyłomu.
Crauford nie ruszył żadnego z nas. Szarże kawalerii wstrzymano na kilka sekund -
pola wokół porastała wysoka kukurydza. Elegancki dowódca zakomenderował: "Sauve
qui peut"1. W jednej chwili wszyscy się rozproszyli i pobiegli przez
stojącą kukurydzę ku brzegom rzeki, ratując się bez strat w ludziach. Oficer
dostał awans po powrocie do swojego obozu. Nasze straty były
bardzo poważne. Zginął biedny pułkownik Talbot dowodzący 14-ym pułkiem i wielu
ludzi. Ja i Stewart, adiutant z brygady strzelców, poprosiliśmy o pozwolenie
pójścia do przodu i wszystko widzieliśmy. W rzeczywistości, wszystko było w
zasięgu wzroku całej dywizji. Gdyby ruszono choćby dwie nasze kompanie aby
zagrozić brodowi, nieprzyjaciel złożyłby broń. Takie wojowanie jak tego poranka
wpisało się do annałów tego, co na wojnie nie może mieć miejsca. Kiedy przebywaliśmy w
wiosce o nazwie Valde Mula, w sąsiedztwie Fortu Poczęcie, to doskonałe małe
dzieło zostało wysadzone w powietrze (21 lipca). Była to najbardziej akuratna
fortyfikacja jaką kiedykolwiek widziałem (poza następnie widzianym Moro w
Hawanie), a robota murarska była pięknie wykończona. Po upadku Ciudad
Rodrigo, które wspaniale się broniło, nasza przednia linia cofnęła się do Dos
Casas i przed Almeida mieliśmy świetną potyczkę z Francuzami, w której wielce
wyróżnili się Krauchenberg z 1 pułku huzarów i McDonald z królewskiej artylerii.
Trzeci pułk Caçadores był tego dnia w ogniu i dzielnie się sprawił. Po tym,
nasze wysunięte forpoczty zostały cofnięte do poza Dos Casas aby osłaniać
Almeida. Kiedy Massena gotował swoją armię do najazdu na Portugalię i oblężenia
Almeida, mieliśmy codziennie alarm i częste utarczki. Generał Crauford także
różnorodnymi fortelami stawiał całą francuską armię pod bronią. Wczesnym rankiem 24-ego
lipca (tej nocy byłem na pikiecie z Leach'em i moją kompanią), nieprzyjaciel
ruszył naprzód z 40.000 ludzi. Naszym siłom, tj. jednej brygadzie artylerii
konnej, trzem pułkom jazdy i pięciu piechoty, Książe rozkazał pozostać, jak
długo to będzie możliwe, na prawym brzegu Coa, w miejscu gdzie znajdował się
most na rzece na drodze z Almeida w kierunku Portugalii do Celerico i Pinhel,
ustawiając się pomiędzy fortecą i mostem, tak aby przejść na drugi brzeg tak
szybko jak nieprzyjaciel pojawi się w sile. Zamiast tak uczynić Crauford zajął
pozycję na prawo od Almeida i cała nasza siła, za wyjątkiem pułkownika
Beckwith'a zostałaby poświęcona. Na szczęście spadła ulewa, co uczyniło Coa
nieprzekraczalną poza mostem, który był w naszym posiadaniu, a nieprzyjaciel
skoncentrował swoje siły na uderzeniu na most. Podczas wojny
półwyspowej nigdy nie było bardziej zaciętego starcia. 43-i pułk stracił 17
oficerów i 150 żołnierzy, mój pułk 10 oficerów i 140 żołnierzy. Kiedy
przebyliśmy most mój oddział stanowił straż tylną całości i w natarciu aby
odepchnąć nieprzyjaciela (z którym często całkowicie się mieszaliśmy) mój brat
Tom i ja zostaliśmy obaj poważnie ranni, a major Macleod, szlachetny towarzysz,
zabity później pod Badajos, wsadził mnie na swojego konia, inaczej zostałbym
schwytany. Nieprzyjaciel poczynił kilka prób przejścia, ale stary Alister
Cameron, kapitan brygady strzelców, ustawił swoją kompanię w zrujnowanym domu,
który górował nad mostem i wielce przyczynił się do zapobieżenia przejściu
nieprzyjaciela, który poczynił kilka świetnych prób. Most dosłownie zapełnił się
trupami nieprzyjaciół, z których zrobili sobie oni zasłonę. Tego dnia, kiedy
odwożono mnie rannego na tyły po raz pierwszy spotkałem mojego drogiego
przyjaciela Willa Havelocka, późniejszego mojego pomocnika, który świeżo z
Anglii, w eleganckim czako i kurtce, dołączył do 43-go. Rana była bardzo
bolesna, gdyż kula utkwiła mi w kostce. Odesłano nas do Pinhel gdzie 3-a dywizja
była oddalona od terenu działań o 7 mil. Sir Thomas Picton potraktował nas
rannych po królewsku. Ranni zostali odesłani
na tyły, aby w Pinhel dostać się na pokład statków na Mondego. Zbierając środki
transportu dla rannych, przyprowadzono lektykę niesioną przez dwa muły,
stanowiącą własność jakiś panów z okolicy i, na szczęście dla mnie, byłem jedyną
osobą, która mogła w niej jechać. Kładąc nogę na jednym siedzeniu a siedząc na
drugim, jechałem całkiem wygodnie w porównaniu do tych nieszczęśników na
ohydnych wozach ciągniętych przez woły, którzy cierpieli od rozdzierającego
bólu, a wśród nich był mój biedny brat Tom, poważnie ranny nad kolanem. Ta
krótka historia pokaże jakimi dzikimi ludźmi byliśmy w tamtych dniach. W czasie
jednego postoju uciekły woły George'a Simmonsa (z 1-ego pułku strzelców). Jako
że byłem rzecznikiem, dowodzący chirurg przyszedł do mnie w wielkiej rozpaczy.
Posłałem po sołtysa i naprawdę zawiązałem linę aby go powiesić, gdyby nie
załatwił pary wołów (gdyby Książe W. dowiedział się, to by mnie powiesił).
Jednakże, woły się pojawiły i wyruszyliśmy. Woły nie były jednak ułożone,
pognały z biednym George'em i prawie wytrząsły go na śmierć, gdyż był poważnie
raniony przez całą grubość uda. Jednakże dostaliśmy się do Pinchel (3 lipca) i
stamtąd spłynęliśmy łodziami w dół Mondego, schodząc na brzeg każdej nocy.
Właściciel jednego domu był wobec nas bardzo butny i porucznik Pratt ze
strzelców, postrzelony w szyję, strasznie się zdenerwował. Jego tętnica szyjna
musiała być naruszona, gdyż wystrzelił z niej strumień krwi i skonał w kilka
sekund ku naszemu przerażeniu, bo był to świetny towarzysz. Na tym samym łóżku
ze mną był kapitan Hull z 43-ego pułku z podobną raną. Nigdy nie widziałem
człowieka mającego takiego pietra. Po naszym dotarciu do
ujścia Mondego wsadzono nas na pokład transportowca. Na statku był ze
mną dzielny mały oficer z 14-ego pułku lekkich dragonów, ciężko ranny, później z
jego uda wyszła francuska kula 6-o funtowa2. Po przybyciu do Lizbony
(7 sierpnia) dostaliśmy kwaterę w Buenos Ayres, biedny Tom i ja, z okropnym
bólem, w nędznym, pustym domu. Jednakże, mieliśmy książki i, choć cierpiąc,
jakoś nam szło. Ale noga Toma była w tak okropnym stanie, że został odesłany do
domu. Rana George'a Simmonsa zagoiła się. Moja kula ulokowała się w kostce,
podzieliwszy częściowo ścięgno Achillesa. Jednakże, usłyszeliśmy, że armia
wycofała się za słynne linie Torres Vedras i nic nie mogło nam lepiej posłużyć
jak tylko powrót do pułku, tak że nasi medyczni bohaterowie bardzo niechętnie
wysłali nas do Belem do oddziału rekonwalescentów, którym dowodził pułkownik
Tucker z 29-ego pułku, dość bystry człowiek. Kiedy ja, George Simmons i Charlie
Eeles (z 3-ego batalionu), który właśnie przybył chory z Kadyksu, stawiliśmy się
do jego dyspozycji aby wyrazić pragnienie dołączenia, rzekł on "Oh, na pewno,
ale musi wam zostać powierzona służba z rekonwalescentami udającymi się w głąb
kraju." Kulałem i nie mogłem maszerować. George Simmons cwałował o kulach, a
Charlie Eeles był bardzo chory. Jednakże, iść lub nie iść, tym sposobem
przydzielono nas do 600 huncwotów z każdego pułku armii dowodzonych przez
"długiego" majora Ironmongera z 88 pułku (później sławnego z Almeidy, kiedy to
zbiegł garnizon). Wyruszyliśmy w dzień (7 października). Pierwszego dnia marszu
udawał, że słabnie. George Simmons, chirurg z wykształcenia, zwyczajnie wylał na
niego wiadro wody. Słabość mu przeszła, ale nie chęć powrotu; i, niech to
diabli, dowodzenie spadło na mnie - młodszego oficera, dla którego żołnierze
innych jednostek nie mieli wielkiego szacunku i któremu nigdy nie przytrafiło
się zadanie utrzymania w ryzach takich sześciuset łotrów. Jednakże miałem
znakomitego angielskiego konia, dobrego choć wielce krnąbrnego towarzysza oraz
głos jak grzmot. Pierwszy biwak, do którego dotarłem należał do gwardzistów (ci
ludzie byli bardzo zdyscyplinowani). Dowodzący oficer mieszkał w chatce.
Zameldowałem się. Lało jak z cebra. Wystawił głowę przez okno i powiedziałem:
"Panie, mam 150-u ozdrowieńców z pańskiego pułku z Belem." "Oh, proszę posłać po
starszego sierżanta", odparł bardzo cicho, "Nie wychodzę w deszcz". Na to
ryknąłem: "My, żołnierze Lekkiej Dywizji, nie załatwiamy spraw z sierżantami i
nie każe nam się czekać. To są pańscy ludzie, wszyscy oni to jedyni dobrze się
sprawujący wśród tych 600 pod moją komendą, a to są ich dokumenty!", rzucając
plik papierów i odjechałem galopem ku zdziwieniu ludzi w obejściu. Tego dnia
przekazałem lub wysłałem za pomocą podległych mi oficerów wszystkich włóczęgów,
którzy mi zostali. Kilku moich własnych ludzi i ja dotarliśmy tej nocy do
naszego oddziału w Arruda. Stary Sydney Beckwith, drogi pułkownik, rzekł "Wariat
z ciebie chłopcze, że przybywasz tutaj z kulą w nodze. Tańczyć możesz?" "Nie",
odparłem, "Ledwo chodzę, ale z wystawionym palcem". "Możesz zostać moim
adiutantem?". "Tak, mogę jeździć i jeść", odparłem, na co zaśmiał się, a był dla
mnie jak brat, podobnie jak mój stary druh Stewart albo Rutu, jak go zwaliśmy,
jego brygadier i prawdziwy adiutant pułku. Tej samej nocy
wezwał mnie generał Crauford i rzekł: "Przybyłeś dzisiaj z Sobral, nieprawdaż,
i znasz drogę?", "Wczoraj" odparłem. "Dobrze, weź swego konia i zawieziesz ten
list do Księcia, kiedy będzie gotowy". Nie podobało mi się to zadanie, ale nie
powiedziałem niczego o kulach i bólu, który strasznie doskwierał. Przetrzymał
mnie godzinę i rzekł: "Nie musisz już czekać, list nie będzie gotowy jeszcze
przez jakiś czas i zabierze do mój dyżurny dragon. Czy trudno znaleźć drogę?".
Odrzekłem: "Nie, jeśli będzie się trzymać bitej drogi, nie może się zgubić."
Biedny dragon wpadł na francuski patrol i dostał się do niewoli. Jakże śmiał się
z mojej ucieczki pułkownik Beckwith, kiedy poznaliśmy los tego biedaka! W Arruda każdego dnia
maszerowaliśmy o świcie na pozycję na wzgórzach za nami, które zręczność
Crauforda uczyniła nie do zdobycia. Cała Dywizja pracowała. Pewnego dnia kiedy
staliśmy w obozie z pułkownikiem Beckwith i zaczęło padać, ujrzeliśmy strzelca
toczącego od pobliskiego domu najwyraźniej pustą beczkę po winie. Celowo wbił do
środka jedno wieko i wówczas - jako że było to na gwałtownie opadającym w dół
zboczu wzgórza - podparł ją kamieniami i, z deszczu, wpełzł do środka. Pułkownik
Beckwith powiedział: "Oh, popatrz na tego lenia. Nie wsparł jej nawet w połowie.
Kiedy zaśnie i się przekręci, poleci w dół." Nasza ciekawość była wzbudzona i
tylko to zajmowało nasz czas; stąd obserwowaliśmy naszego przyjaciela kiedy po
dwudziestu minutach beczka z człowiekiem w środku stoczyła się ze wzgórza.
Musiał się obrócić co najmniej dwadzieścia razy zanim prędkość wyrzuciła go z
jego okrągłego domu z takim impetem, że obrócił się następnie jeszcze kilka
razy. Powstrzymanie wybuchu
śmiechu było niemożliwe, choć naprawdę myśleliśmy, że zacny jegomość
musiał się zranić. Ale kiedy się poderwał, popatrzył wokół i rzekł: "Nigdy nie
miałem żadnej słabości do pustej beczki po winie i niech mnie diabli jeśli
kiedykolwiek się zbliżę do jeszcze jednej aby mną zakręciła jak młyn wodny".
Jegomość wściekał się jak John Bull, podczas gdy my prawie umieraliśmy ze
śmiechu. Kiedy Massena
się wycofał, do Lekkiej Dywizji dotarł rozkaz wymarszu w kierunku De Litte, a do
Lorda Hilla aby uczynił do samo na prawo od nas w [Vallada ?]. Było mi
przeznaczone zanieść tę wiadomość. Była największej wagi i wymagała galopu.
Przez Jove miałem dziesięć mil do przebycia aby zdążyć przed zmierzchem i kiedy
dotarłem do pozycji Colborne'a, który u Lorda Hilla dowodził brygadą, mysz nie
mogła się przecisnąć przez jego umocnienia (później Colborne był moim
brygadierem w Lekkiej Dywizji, teraz jest Lordem Seaton). Nigdy nie miałem
takiego zadania. Nie mogłem jechać przed umocnieniami - Francuzi się nie
wycofali; tak więc wskoczyłem między nie i poprowadziłem mojego szlachetnego
angielskiego konia dalej. W końcu dotarłem do Lorda Hilla, który, choć noc,
wyruszył natychmiast. Jak dotarłem nocą do mojej Dywizji, nie mam pojęcia, ale
koń i jeździec byli skonani. Spektakl wynędzniałych, nieszczęsnych żołnierzy
francuskich umierających z głodu na drodze nie jest do opisania. Ruszyliśmy przez Caccas
do Vallé nad [Rio Mayor] gdzie nasza dywizja stanęła naprzeciw Santarem.
Następnego dnia [20 listopada] przybył Książe i rozkazał naszej dywizji
zaatakować Santarem, które po naszej prawej stronie najeżone było zasiekami w
trzech lub czterech liniach. Czuliśmy trudność w pokonaniu takich wyniosłości,
ale ku południu ruszyliśmy. W sztabie Księcia była rozbieżność opinii co do
liczebności nieprzyjaciela - jeden korpus armii czy dwa. Książe doskonale
wiedząc, że było ich dwa, a nasz ruch był jednie rekonesansem, zwrócił się do
pułkownika Beckwitha: "Beckwith, mój sztab dyskutuje czy w Santarem znajduje się
tylko jeden korpus armii czy dwa." "Byłbym zad...ny gdybym wiedział, Panie, ale
możesz polegać na tym, zrobienie tych zasieków w jedną noc wymagało dużej
liczby." Lord Wellington roześmiał się i rzekł: "Masz rację Beckwith, są tam dwa
korpusy armii". Nieprzyjaciel znów się ukazał. Książe, jak miał w zwyczaju, był
usatysfakcjonowany naoczną demonstracją i dywizja powróciła na biwak. Tam też
pułkownik Beckwith dostał silnego ataku zimnicy. Nasze forpoczty były
całkiem ciche, choć wartownicy, francuscy i angielscy, byli na obu krańcach
mostu na Rio Mayor a czujki wzdłuż każdego brzegu. Równiny Vallé świetnie
nadawały się do jazdy i James Stewart i ja często wyjeżdżaliśmy. Tam dałem mu
Moro - mojego słynnego charta hiszpańskiego, najlepszego jakiego świat
kiedykolwiek stworzył, z rodowodem jak koń rasy arabskiej, wyhodowanego przez
księcia de Monteron; historia tego szlachetnego psa jest zbyt długa, aby ją tu
opowiedzieć. Któregoś roku Stewart mi go oddał aby szedł w zawody z psem księcia
Wellingtona. aby szedł w zawody z psem księcia Wellingtona. Ale oblężenie Ciudad
Rodrigo przerwało opisane zawody. Pułkownik Beckwith udawał się do Lizbony, a
dla mnie, jego adiutanta, była to kapitalna okazja aby usunięto mi kulę spod
ścięgna Achillesa, w samym stawie. Kulałem bardzo, a ból był często
rozdzierający, tak więc czmychnąłem. Wkrótce po przybyciu do Lizbony rozkazano mi udać się do Buenos Ayres by być blisko chirurgów. Zebrała się komisja w składzie: słynny chirurg sztabu Morell, który zajmował się mną przedtem, Higgins i Brownrigg. Zbadali moją nogę. Byłem cały za operacją. Morel i Higgins radzili mi, iż lepiej pozostać ze sztywną ale własną nogą niż z drewnianą, gdyż było późno i rany z Lizbony objęła martwica, tak że rezultat był wątpliwy. Brownrigg powiedział: "Jeśli to byłaby moja noga, kula powinna wyjść." Na co wykrzyknąłem: "Hurra, Brownrigg, pan jest moim lekarzem." Wtedy Morell mówi: "Bardzo dobrze, jeśli jest pan taki spragniony, zrobimy to od razu." Moja odwaga nieco się zmniejszyła, ale podniosłem moją nogę i powiedziałem: "Tu jest, wycinajcie." Minęło pięć minut, rzeczywiście bardzo bolesnych, zanim wyjęto kulę. Była wyszczerbiona, włókna ścięgnowe ją porosły, została w połowie wyjęta, a w połowie wyrwana - po chwili rozdzierającej tortury kiedy wyrywające kleszcze zacisnęły się na niej. Był przy tym Goerge Simmons, którego rana się otworzyła i zobligowała go do udania się do Lizbony. Chirurg potrzebował płótna w czasie operacji, rzekłem więc: "George, podrzyj koszulę", a mój służący podał mu ją. "Nie, szkoda, to dobra koszula.", na co ja nie ... jemu kilku jako że moja noga bolała i parowała z rany długiej na cztery albo pięć cali. Dzięki Bogu Wszechmogącemu i czystej duszy nie przydarzyła się martwica, a zanim rana się zagoiła byłem z pułkiem. Pułkownik Beckwith wyleczył się z zimnicy i dołączył do swojej brygady zanim mogłem się poruszyć, tak więc kiedy wróciłem do Vallé był zadowolony widząc swojego adiutanta. PRZYPISY:1 Fr. "ratuj się kto może" - przyp. tł. 2 Możliwa pomyłka w tekście - przyp. tł.
Tłumaczenie: ChLasalle |
||
|
|
||
|
||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
|||||
|
|||||
|
|
||
|
Forum projektu stworzenia najlepszego w Polsce opracowania wojny w Hiszpanii 1808-1814. Zapraszamy do dyskusji i wspomagania projektu.
|
||
|
|
||
|
Pomysł, projekt i koordynacja:
Rafał Małowiecki anrama@interia.pl Włodzimierz Nabywaniec wlonab@wp.pl Guerra team: Duroc, Bernard Lipka, Waldemar Karczmarczyk, Michał Swędrowski, Zenobi, Magda, Scout, Gipsy, makron, Rafał Jan Komorowski, Eques, Agent FBI. |
||
|
|
||
|
• Guerra de Independencia espanola 1808-1814 • Asociación para el Estudio de la GI • The Peninsular War 1808-1814 • English officers killed in Peninsula 1808-1814 • Peninsular War: Orders of Battle • Wellington's dispatches • Los sitios de Zaragoza • Pagina de la Albuera • La batalla de Bailén • Revista de Historia Militar • Lord Blayney's Narrative |
||