| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Żelazna klatka
|
||
Wczesną wiosną 1815 roku Bonaparte uciekł z Elby, wylądował niespodziewanie we Francji i wiodąc garstkę żołnierzy parł ku stolicy z impetem porywającego wszystko huraganu. Król wysłał przeciw niemu małe wojsko i czekał na rychłe wieści o rozgromieniu "buntowników". Po kilku dniach mdlejący ze zmęczenia kurier królewski dotarł do Paryża. - Czy nasze wojska odrzuciły ich? - padło pytanie. - Nie, piją z nimi - padła odpowiedź. Wówczas Burbon poczuł się nieswojo na złotym fotelu w Tuileries, mimo że dworacy przysięgali mu ręcząc honorem, iż nie dopuszczą "korsykańskiego wilkołaka" do granic miasta. Ludwik XVIII był głupi, lecz nie aż tak głupi, żeby nie wiedzieć, iż człowieka, który umiał zawojować pół Europy, nie powstrzyma nawet milion dworaków. Tu trzeba było żołnierza. Na szczęście miał obok żołnierza, i to "najwaleczniejszego z walecznych". Gdy książę Elchingen i Moskwy usłyszał, że "Francja oczekuje odeń spełnienia obowiązku" - z typowym dla siebie bezmyślnym zapałem oznajmił, iż "przywiezie potwora w żelaznej klatce", po czym wziął 3 tysiące żołnierzy i ruszył przeciw Napoleonowi. 13 marca 1815 roku Ney dotarł do oberży "Pod Złotym Jabłkiem" w Lons-le-Saulnier. Ci, którzy go tam widzieli, twierdzili później, że był ponury jak nigdy. Zrozumiałe - zewsząd nadchodziły wieści o masowym przechodzeniu wojsk na stronę Cesarza, a żołnierze Neya coraz posępniej wykonywali jego rozkazy. Rudzielec zaczął sobie wolno uświadamiać, że naród pójdzie za Cesarzem, i że walczyć przeciw Cesarzowi, oznacza walczyć z narodem i rozpętać wojnę domową. Gdyby kazano mu stoczyć w pojedynkę samobójczą walkę z batalionem wrogów, wiedziałby co zrobić, i urządziłby taki popis bohaterstwa, jakiego nie znały dzieje - w tej materii był wirtuozem. Ale postawiono go naprzeciw czarownika, któremu niegdyś dał się zaczarować razem z całą Francją - i on, Michał Ney, obiecał przywieźć tego półboga w żelaznej klatce! Późną nocą do pokoju Neya w oberży "Pod Złotym Jabłkiem" zapukali dwaj cywile owinięci szczelnie szerokimi płaszczami. Byli to dwaj oficerowie Gwardii Napoleona, którzy doręczyli marszałkowi kartkę papieru. Kartka zawierała tylko dwa pośpiesznie kreślone zdania: "Spotkamy się w Châlons. Przyjmę cię tak, jak po Moskwie". Zamiast podpisu widniała u spodu jedna czarna litera, wielkie N. Gdy dwaj oficerowie wyszli, został sam. W ciągu tej jednej nocy musiał podjąć decyzję. Z decyzjami nigdy nie było u Neya dobrze. Na ogół podejmował decyzje przerażająco głupie, tak w czasie pokoju, jak i w czasie wojny. [...] 13 marca 1815 roku musiał podjąć decyzję ważniejszą od wszystkich dotychczasowych. Gdyby miał w głowie trochę oleju, rozwiązałby dylemat bardzo prosto - złożyłby dowództwo. Było to w jego sytuacji jedyne honorowe wyjście, gwarantujące mu - bez względu na dalszy rozwój wydarzeń - zachowanie twarzy i głowy. Ale jako się rzekło - wewnątrz tej głowy nie było oleju. Ney pominął najprostsze z rozwiązań, chociaż miał na zastanawianie się całą noc. [...] Rankiem 14 marca marszałek Ney wstał, zapiął mundur, wyszedł przed ganek karczmy i odczytał zebranym żołnierzom odezwę. Świadkowie wspominają, że wyglądał jak upiór, był blady i wymizerowany, miał sińce pod oczami. Zdążył przeczytać jedynie pięć pierwszych słów: "Sprawa Burbonów przepadła na zawsze...". Resztę zagłuszył entuzjazm żołnierzy, którzy całowali się ze łzami w oczach i krzyczeli: - Niech żyje Cesarz! Tylko kilku rojalistowskich oficerów zachowało milczenie, wycofując się chyłkiem do koni. Jeden z nich zaczął czynić Neyowi wyrzuty. Marszałek spojrzał nań półprzytomnym wzrokiem i szepnął: - Nie powstrzymam fal morza dwiema rękami! Oczywiście, że nie mógł tego uczynić. Przez wiele lat Francuzi bili się dzielnie pod sztandarami Napoleońskimi - bił się więc i on. W roku 1814 wszyscy wokół niego zdradzili Cesarza i pobiegli płaszczyć się przed Burbonem - zrobił więc to samo. Później rozległ się krzyk, że trzeba zatrzymać powracającego "uzurpatora" - krzyknął więc najgłośniej. Teraz zaś wszyscy dookoła padali w objęcia zmartwychwstałego "boga wojny" - poddał się więc temu żywiołowi. Źródło: W. Łysiak, Empirowy pasjans |
||
|
|
|||||
|
|||||