| ||||
| Strona główna | Guerra de la Independencia | Biblioteka Barwy i Broni | ||||
|
Łukasz Wojtach, Napoleońska wojna podjazdowa |
||
...w świetle regulaminu Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni.1. Cel i założenia pracy Punktem wyjścia niniejszej pracy będzie analiza regulaminu Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni1 przeznaczonego dla lekkiej kawalerii Księstwa Warszawskiego, przetłumaczonego z języka francuskiego przez Aleksandra Oborskiego. Regulamin ten, wydany w 1812 r., nie wszedł w życie i sam w sobie nie miał większego wpływu na kształt późniejszej polskiej, czy zagranicznej myśli wojskowej. Dlatego też nie zamierzam analizować go pod kątem jego przydatności w szkoleniu kawalerii, czy też zastanawiać się, na ile był lepszy, czy gorszy pod tym względem od podobnych regulaminów wydawanych dla innych armii. Interesować mnie będzie raczej treść Przepisów, jako suma wiedzy o metodach prowadzenia wojny podjazdowej, wizja zadań, do jakich była przeznaczona lekka kawaleria i sposobów ich wykonywania. Przedmiotem mojej uwagi będą przyczyny umieszczenia poszczególnych zaleceń w tym regulaminie, ich relacja do realiów napoleońskiego pola walki, a także jakich elementów, których można by się spodziewać, zabrakło. Podejmę również próbę odpowiedzi na pytanie, jaka mogła być przyczyna wydania właśnie takiego regulaminu w 1812 r.
Alarm na biwaku lekkiej kawalerii w 1812 - Lalauze Idąc za wzorem Przepisów nie będę się ograniczał wyłącznie do analizy działań kawalerii. W kręgu mojego zainteresowania znajdą się również inne rodzaje broni o tyle, o ile wykonują zadania związane z ubezpieczeniami i zwiadem, jako że podstawowe zasady działania w tzw. małej wojnie były wspólne dla kawalerii i piechoty. 2. Oborski i jego dzieło Aleksander Antoni Oborski, syn Józefa Oborskiego i Petroneli z Ossowskich, urodził się 6 marca 1779 r. w Warszawie. Lata 1785 - 1792 spędził w Szkole Rycerskiej. Po ukończeniu nauki został chorążym artylerii koronnej. Uczestniczył w wojnie 1792 r. i Powstaniu Kościuszkowskim, w którym zdobył stopień porucznika. Następnie, podążając śladem wielu innych, wstąpił do Legionów Polskich w 1798 r., odbył kampanię włoską, lecz po pokoju w Luneville wrócił do Polski. W 1807 r. znów wstąpił do wojska, brał udział w kampanii pruskiej, dostał awans na kapitana 3 pułku ułanów, a później szefa szwadronu w 8 pułku ułanów. W wojnie austriackiej walczył pod rozkazami A. Rożnieckiego, m.in. pod Raszynem. Został odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Virtuti Militari w 1810 r. Wojnę 1812 r. odbył w stopniu majora w 13 pułku srebrnych huzarów w V korpusie ks. Józefa Poniatowskiego. Za tę kampanię uzyskał Order Obojga Sycylii przyznany przez Murata. Właśnie w 1812 r. ukazały się jego Przepisy polowe w czasie boju przeznaczone dla jazdy lekkiej i wszelkich oficerów tejże broni w tłumaczeniu z francuskiego. Jak widać powyżej, Oborskiemu nie brakowało doświadczenia wojskowego. Oprócz dobrej znajomości francuskiego, niezbędnej przy tłumaczeniu regulaminu, miał on niewątpliwie wystarczającą wiedzę, by nie tylko przekładać obcojęzyczny tekst w taki sposób, by był jak najbardziej zrozumiały i przydatny dla polskich oficerów armii Księstwa Warszawskiego, lecz także z powodzeniem mógł uzupełniać go o własne przemyślenia. Ze zrozumiałych przyczyn dalsze dzieje Aleksandra Oborskiego nie są dla tej pracy już tak istotne. Warto nadmienić tylko, że uczestniczył w wojnach napoleońskich aż do 1814 r., doszedł do stopnia pułkownika oraz zasłużył sobie na Krzyż Kawalerski i Krzyż Oficerski Legii Honorowej. Później był znany raczej jako malarz. W Powstaniu Listopadowym wziął udział, ale nie popisał się niczym chwalebnym, okazując się fatalnym organizatorem jazdy w augustowskiem. Zmarł w 1841 w Lublinie2. Układ Przepisów przedstawia się w ten sposób, że lwią jego część stanowią zalecenia dla oficerów. Obowiązki sierżantów i zwykłych żołnierzy omówione zostały końcowych partiach regulaminu. Oto tytuły poszczególnych rozdziałów3: 1. Utrzymywanie placówek i straż przednich przez jazdę lekką 2. Ostrożności, które zachować mają placówki i straże przednie w nocy 3. Placówki i straże przednie piechoty 4. O wywiadach i rozpoznaniach 5. O sprawieniu oficera wysłanego po niewolnika 6. Sposób ujęcia niewolnika przez piechotę 7. O wywiadach i rozpoznaniach nocnych 8. O wywiadach i rozpoznaniach nocnych piechoty 9. O prowadzeniu się w natarciu oddziałem ciężkiej albo lekkiej jazdy 10. Prowadzenie się oficera odkomenderowanego przed korpusem w czasie akcji 11. Prowadzenie się oficera dowodzącego łańcuchem w czasie furażowania 12. O sposobach atakowania furażujących 13. O eskortowaniu konwoju 14. Sposób atakowania konwoju 15. O placówkach oddzielnych strzegących leże 16. O placówkach strzeżących zimową leże 17. O miejscach zbioru 18. O napadnięciu placówki letnią lub zimową okrywającą leże 19. Prowadzenie się oficera wysłanego do zapewnienia kontrybucji 20. O okamiarze i niektórych powinnościach tyczących się dowodzącego pułkiem 21. Powinności huzara, strzelca konnego i pieszego na przedniej straży i podsłuchach będących 22. Powinność wyślednika wysłanego celem zabezpieczenia marszu oddziałowi, który składa 23. Powinność kaprala, czyli sierżanta rozstawiającego widzów oraz straże 24. Powinność kaprala, czyli sierżanta wysłanego na wywiady. Konstrukcja pracy jest określona przez układ regulaminu, lecz oczywiście nie stanie się jego wiernym powtórzeniem. Główną jej część stanowią rozdziały II i III zawierające omówienie najważniejszych kwestii - ubezpieczanie armii podczas postoju i w marszu. Pozostałe zadania lekkiej jazdy, w których stosuje się te same ogólne zasady, wyłożono w rozdziale IV. Na koniec omówię rozdział o tzw. okamiarze, której znaczenie można lepiej docenić w kontekście wszystkich zadań lekkiej kawalerii. W niniejszej pracy nie zamierzam zajmować się sposobami prowadzenia samej walki, rolą lekkiej jazdy podczas bitwy, ani metodami wybierania kontrybucji. Przepisy poruszają owe kwestie, lecz uważam, że wykraczają one poza temat napoleońskiej wojny podjazdowej. 1. Rozstawianie placówki w terenie Straże w armiach napoleońskich składały się zasadniczo z trzech części. Najbardziej wysunięty na zewnątrz był łańcuch widzów4 (vedettes), to oni byli właściwymi oczyma i uszami armii. Za nimi znjadowały się straże posiłkowe (petite garde), złożone z paru ludzi wraz z sierżantem - dość by strzec, zmieniać i wspierać w razie napadu widzów na ich stanowiskach oraz by móc wydzielić eskortę dla zatrzymanych ludzi, których należało odprowadzić dalej, do dowódcy. Dopiero za nimi winna znajdować się właściwa placówka, zwana też grangardą (od grande garde), oddziału (zwykle w sile plutonu bądź kompanii), który znajduje się w ubezpieczeniach5. Cały ten system miał na celu danie jak największej ilości czasu głównym siłom na stanięcie pod bronią w razie ataku, poprzez wykrycie nieprzyjaciela jak najdalej od właściwego obozu. Innymi, niemniej ważnymi, funkcjami było zapobieganie wchodzeniu niepowołanych osób do obozu i zatrzymywanie dezerterów oraz utrudnianie działań nieprzyjacielskim podjazdom. Według Przepisów wystawianie placówek należy do dowodzącego oficera, nie może się on w tym zadaniu spuszczać na swoich podkomendnych. Przed rozplanowaniem poszczególnych stanowisk trzeba dokładnie zbadać teren i skonfrontować go z mapą. Sama mapa (relacje pamiętnikarskie dowodzą, że najczęściej jej brakowało) nie wystarczy - zawsze warto przepytać okolicznych mieszkańców o to, jak nazywają się poszczególne miejscowości, dokąd prowadzą okoliczne drogi, w jakim są stanie itp. Do tego niezbędna jest choć jedna osoba w oddziale, która zna miejscowy język, o co oficer wybierający się na placówkę powinien zawsze zadbać. Regulamin nadmienia również, że przy planowaniu placówki bardzo przydatna może okazać się luneta, którą każdy dowódca powinien posiadać (i znów, podobnie jak z mapą, w pamiętnikach trudno się doszukać wzmianek o lunetach na wyposażeniu niższych oficerów).
Szwoleżer w 1812 r. - Bagieński Podstawową zasadą, jaką powinien kierować się według Przepisów oficer rozstawiający łańcuch widzów to zachowanie takiej odległości między nimi, by mogli się oni wzajemnie widzieć i mieć wgląd na całą przestrzeń pomiędzy nimi. Tak samo straże posiłkowe powinny mieć w zasięgu wzroku wszystkie swoje wedety i zarazem być widziane przez grangardę. Oborski zdawał sobie jednak sprawę, że z powodu niewystarczającej liczby ludzi, bądź ukształtowania terenu "standartowy" system nie zawsze będzie działał. Stąd wspomina, że do miejsc, których nie można mieć pod stałym nadzorem, powinny być wysyłane co jakiś czas patrole złożone z 2 - 3 ludzi. W razie potrzeby widze nie muszą też stać w miejscu, a mogą ciągnąć się w lewo i prawo od swojego posterunku. Można też ustawiać wedety "pośrednie", które będą utrzymywały komunikację z widzami zbytnio oddalonymi od straży posiłkowych, np. na górce przed frontem łańcucha czat. W przypadku mało licznego oddziału lub podczas ciemnej nocy można zrezygnować ze straż posiłkowych, ustawiając wedety w zasięgu wzroku grangardy. Zawsze należy się zatroszczyć o to, by żołnierze na czatach mieli wolną drogę odwrotu do grangardy. Kolejnym zaleceniem jest oczywiście zapewnienie widzom jak największego pola widzenia przed frontem. Wreszcie dobrze jest, by wszystkie części placówki były osłonięte przed wzrokiem wrogich zwiadowców.7 Stąd, według naszego regulaminu, zawsze warto obsadzać w dzień wzgórza, które dają duże pole widzenia, a ich zabezpieczenie utrudnia nieprzyjacielowi wykorzystanie wzniesień terenu do obserwacji osłanianej armii. Również godne uwagi są wszelkie krzaki, zagajniki itp. dające osłonę widzom. Nie można ich na pewno zostawić nieobsadzonych, jeśli znajdują się pomiędzy poszczególnymi stanowiskami. Należy również bezwzględnie unikać miejsc ograniczających widoczność, jak las, wzgórze, czy wieś przed frontem łańcucha wedet. Mogłyby one umożliwić skryte podejście nieprzyjacielskich oddziałów i zagarnięcie wedet lub, co gorsza, zniesienie całego oddziału, który nie zdążyłby na czas stanąć pod bronią. Podobnego niedopatrzenia dopuścił się, według Józefa Załuskiego, generał Sebastiani podczas kampani 1812 r.: Była za klasztorem dominikanów w Drui wyspa na Dźwinie lasem okryta, zasłaniająca zupełnie brzeg prawy rzeki i ułatwiająca napad z tamtej strony. Lękałem się, aby stamtąd awangarda jazdy francuskiej, złożona z dwóch pułków szaserów pod komendą jenerała St. Genier, do którego należał i pułk Umińskiego nie doznała napadu. (...) Nazajutrz, albo drugiego dnia, nadeszła wiadomość arcynieprzyjemna, że Kulniew, jenerał rosyjski, sławny u nich partyzant, w 5000 jazdy i lekkiej piechoty przeprawił się przez Dźwinę, położywszy most za wyż powiedzianą bliską wyspą niepostrzeżony i wpadł najprzód na przednią straż Umińskiego, którą zniósł (...); rozbił potem brygadę jenerała St. Genier i jego samego pojmał.8 Można mieć spore wątpliwości, czy do zadań Sebastianiego należało rozstawianie placówek owych pułków jazdy. Niewątpliwie jednak ktoś popełnił błąd nie ubezpieczywszy tej wyspy placówką, w sile choćby jednego plutonu, który bez problemu mógłby wykryć przeprawiających się Rosjan i ostrzec zagrożone pułki.
Zwiad kirasjerów - Detaille 2. Funkcjonowanie placówki Sposób wyznaczania ludzi mających pełnić służbę na placówce nie został w Przepisach objaśniony. O tym, jak to było zorganizowane w wojsku Księstwa Warszawskiego, wspomina Dembiński: Mieliśmy wtedy błędną zasadę w komenderowaniu placówek i forpoczt, tj., że zamiast kolejnej służby kompaniami, którą jenerał Sokolnicki dopiero w 1813 r. u nas zaprowadził, tu odbywaliśmy mozolne przez wachmistrzów wywoływanie ludzi z każdej kompanii, któremi znów komenderował oficer równie kolejno z poruczników i podporuczników wyznaczony. Do adjutanta majora należało zebranie tak dziwnie składanego oddziału, a dopiero kapitan inspekcyi oddział ten brał i na forpoczty prowadził.10 Uważam, że brak tej kwestii w Przepisach jest sporym uchybieniem, zważywszy na podkreślaną konieczność dobrej współpracy między poszczególnymi żołnierzami a oficerem na placówce. Ponadto, w wypadku ataku przeciwnika taki improwizowany oddział mógł łatwo pójść w rozsypkę. Przepisy przewidują podział oddziału pełniącego straż na trzy zasadnicze części. 1/3 winna znajdować się na wedetach i w strażach posiłkowych, 1/3 w grangardzie, zaś pozostała część może zajmować się pasieniem koni, zdobywaniem żywności itp. W ten sposób dowodzący powinien mieć zawsze przynajmniej 2/3 oddziału do dyspozycji. Paść konie należy dwa razy dziennie, przed wyjściem na straże dzienne i nocne. Każda 1/3 oddziału oczywiście robi to oddzielnie i przechodzi cykl: pasienie > pobyt na straży > pobyt w grangardzie. W razie upałów należy zadbać o wodę dla ludzi i koni przebywających na straży, żeby sami nie musieli się tym zajmować.11 Interesującym komentarzem do tych zaleceń może być fragment pamiętnika Dezyderego Chłapowskiego dotyczący losów francuskiej dywizji po bitwie pod Budziszynem w 1813: Dywizja Maison stanęła przed tem miastem [Hanau], a nie za miastem [czyli miała miasto za sobą] i wystawiwszy w blizkości przed sobą kilka słabych placówek z czatami, złożyła broń w kozły i rozeszła się cała po żywność do miasta. Jazda nieprzyjacielska poblizkim laskiem zakryta, napadła i porąbała placówki, dostała się do broni w kozły złożonej, straż pobiła i po kilku minutach cofnęła się. Nie wielka była strata w ludziach, ale znaczny zły wpływ moralny. Nie byłoby się to stało, gdyby dywizja stanęła za miastem [czyli, aby miała miasto przed swoim frontem], a przeznaczyła jeden batalion do zajęcia ostatnich domów w mieście przed sobą i wystawienia czat i placówek. Kiedy przedniej straży nie wypada stanąć pod miastem lub wsią i położenie zmusza przejść przed miasto i stać na polu, trzeba się strzec dobrze i po żywność, drewno, słomę rozpuszczać częściami.12 Z tego cytatu widać, jak fatalne konsekwencje mogły mieć błędy przy wystawianiu placówek - takie jak nie rozpoznanie owego lasku przy rozstawianiu łańcucha widzów oraz, wytknięte przez Chłapowskiego, rozpuszczenie zbyt wielkiej ilości ludzi na raz. Jeżeli któryś z widzów spostrzeże zbliżających się ludzi, to Przepisy polecają, aby przejechał do 50 kroków13 w przód, celem lepszego zbadania sytuacji i, jeśli okaże się, że to nieprzyjaciel, winien wystrzelić z posiadanej broni. Nie tyle po to, by próbować kogoś zastrzelić (choć oczywiście powinien mierzyć do wroga), ale by szybko postawić całą placówkę na nogi14 - ówczesna broń palna, choć niecelna, była bardzo głośna i w tym zadaniu niewątpliwie świetnie się spisywała. Tutaj można Przepisom wytknąć pewną sprzeczność. Otóż, jak było wyżej wspominane, zalecają one, by straże, nie wyłączając widzów, były w miarę możliwości zamaskowane przed wzrokiem nieprzyjaciela, podczas gdy owo wyjeżdżanie naprzód mogło prowadzić do odkrycia wedety. Poza tym znając taki zwyczaj, przeciwnik mógł go wykorzystać, zwłaszcza przy gorszej widoczności, do pojmania widza, wywabiając go do przodu. Po usłyszeniu strzału, straż posiłkowa powinna przybyć na pomoc w to miejsce, wraz z dowodzącym placówką. Dlaczego natomiast według Przepisów oficer ma tracić czas na jazdę do swojej wedety, zamiast od razu formować oddział do boju? Otóż czaty najczęściej miały kłopoty nie tyle z siłami dążącymi do zaatakowania strzeżonej armii, ile z rekonesansami złożonymi z paru, parunastu ludzi, którzy kręcili pod pozycjami wedet, ewentualnie zganiali je na krótko z miejsc obserwacyjnych, by samemu mieć wgląd w pozycje osłanianej armii. W takiej sytuacji przedwczesne zebranie wszystkich widzów i straży mogło tylko ułatwić przeciwnikowi jego zadanie i zarazem niepotrzebnie męczyło ludzi i konie. Jeśli zagrożenie jest bezpośrednie, to oczywiście widzowie powinni wycofywać się w kierunku straży posiłkowych, i razem z nimi próbować stawić opór, strzelając przy tym gęsto z broni palnej, m.in. po to, by reszta oddziału i przyległe placówki mogły się zorientować o skali zagrożenia po natężeniu ostrzału. W miarę możliwości straże posiłkowe powinny unikać prostego i szybkiego odwrotu do grangardy, lecz raczej wycofywać się w inną stronę, by ścigający je przeciwnicy nie wpadli od razu do grangardy, co łatwo mogłoby się skończyć rozbiciem całego oddziału na placówce. Oczywiście w przypadku tak poważnego ataku należy natychmiast posłać gońca do głównodowodzącego oraz przyległych placówek, a sam oddział składający placówkę winien postępować analogicznie do swej straży posiłkowej - starać się jak najbardziej zyskać na czasie poprzez możliwie powolny odwrót w innym kierunku, niż znajdują się główne siły15. Przy opisie owej procedury działania widać, jak ważne, by poszczególne stanowiska znajdowały się w zasięgu wzroku i słuchu - w innym wypadku łatwo mogłoby dojść do zniesienia kolejnych ubezpieczeń, zanim pozostałe zdążyłyby zareagować. Przepisy przewidują również inne zadania dla widzów - mają oni zatrzymywać wszystkich ludzi - cywilów, dezerterów, czy oficerów - którzy nie znają hasła umożliwiającego wolny przejazd, aż do ich wypytania przez sierżanta bądź oficera dowodzącego placówką. Francuskie qui vive?, czy niemieckie wer da? było wyrażeniem ustawicznie powtarzanym na wedetach. Z pozycji kuriera, z właściwym sobie dowcipem, opisuje to Aleksander Fredro, oficer sztabowy podczas kampanii 1813 r.: Dla oficera sztabowego, pędzonego ciągle jakby złym duchem po drogach ścieżkach, manowcach dniem i nocą, zapytanie: "Qui vive!" - jest zanadto wielkiej wagi, aby nie mógł znać wszystkich tegoż odcieni. Pędząc z nocnym wichrem jak der Wilde Jager, częstokroć przez niewychłódłe pola bitwy, woła: "Qui vive!" do konia, co się o trzech nogach dowlókł do drogi, woła do drzewa, co się opodal czerni, woła czasem do niczego. Ciekawość nieustanna, ale do przebaczenia - i lis po kniei goniony pytałby się niezawodnie, gdyby mógł przemówić. Jeżeli nawet wjedzie (oficer rozumie się) na nieprzyjacielską placówkę, jego "Qui vive!" staje mu się chwilową tarczą. Alarmuje nim drugich, kiedy sam tymczasem cofa się podług metody zwanej: "W nogi!" Dlatego "Qui vive!" zawsze ma na języku, dlatego i sposób w jakim go usłyszy, odkrywa mu wyraźnie z kim ma do czynienia. I tak: "Qui vive!" głośne, przeciągłe, jakby echa wyzywające, oznacza dobrego żołnierza, zdaje się mówić: "Stój, bo Ci w łeb strzelę". Wrzaskliwe, ale prędko, krótko wyrzucone zdradza rekruta, mówi: "Odpowiadaj czym prędzej, bo mnie tu samemu stać niemiło...", albo też "Uciekaj! Bo ja ucieknę". Chrapliwe nareszcie, a grubym głosem wyrzeczone znamionuje indywiduum, które niespodzianymi okolicznościami zostało pchnięte w zawód rycerski, podobne jest do śpiewu dziecka, kiedy musi przez ciemny pokój przechodzić. Na "Qui vive!" pierwszej kategorii nim odpowiesz, możesz zażyć tabaki. na drugiej zaś i trzeciej odpowiadaj jak najśpieszniej, bo gdzie dusza na ramieniu, tam palec na cynglu.16 Powyższy fragment, mimo swej żartobliwej konwencji, dobrze ukazuje specyfikę służby na czatach - widz, wbrew wrażeniu, jakie można odnieść czytając regulaminy, nie był bezdusznym automatem wykonującym swe zadania według jasnego schematu. Stawiany wobec najrozmaitszych sytuacji, mierząc się z własnym lenistwem, czy strachem musiał często podejmować samodzielne decyzje. Tym łatwiej można zrozumieć, dlaczego wbrew ekonomii sił Oborski polecał stawiać po dwóch ludzi na wedecie.17 Jeśli postawiło się, choć dwóch żołnierzy w jednym miejscu, to łatwiej przychodziło znieść im tą służbę i była większa szansa, że przynajmniej jeden z nich zachowa zimną krew w razie niebezpieczeństwa. Poza tym pojedynczy żołnierz mniej chętnie wyjeżdżał sprawdzić dochodzące go hałasy i nie miał tyle śmiałości przy przepytywaniu pojedynczych ludzi. Przez łańcuch wedet można było przejechać bez zbędnych "formalności" znając odpowiednie hasło. Było ono zmieniane codziennie, wieczorem, przed objęciem placówki przez zmianę nocną18. Widz postawiony na czatach, powinien wedle Przepisów siedzieć wciąż w siodle (o ile był z kawalerii oczywiście) i z karabinem na kruczku. Aby nie ograniczać swojej czujności nie wolno mu też zakładać kaptura (choćby było zimno, lub padało). Również zabrania się mu palić fajek, rozmawiać z innymi widzami oraz śpiewać19. Z jednej strony nie sposób odmówić Oborskiemu dbałości o szczegóły. Widać, że dobrze poznał on szkodliwe, z punktu widzenia dowódcy, zachowania żołnierzy postawionych na czatach. Z drugiej strony można sobie wyobrazić uciążliwość tego rodzaju służby. Jeśli jeszcze przyszło ją odbywać w trudnych warunkach atmosferycznych, musiała być naprawdę nieprzyjemna. Pewne pojęcie daje nam o tym Chłapowski, opisując swoje cierpienia na placówce w okolicach Gdańska w marcu 1807 r.: Zanotowałem sobie 12-go marca, noc na placówce bardzo przykrą, bo już byliśmy się jako tako urządzili i ogień rozłożyli, aż tu przybywa podpułkownik Cedrowski i przynosi mi rozkaz posunięcia się pod spalone przedmieście Schotland, gdzie zabroniono nam ognia palić, aby się nieprzyjacielowi nie objawić. Tam bez słomy, bez ognia całą noc mokrą przepędziliśmy, drepcąc dla rozgrzania się po śniegu z błotem pomieszanym.20 Ale nawet wtedy, pod okiem Chłapowskiego, który lubił wytykać wszelkie błędy, czytamy, że: (...) usłyszałem kilku śpiewających dawną piosnkę wojska naszego, z czasów Kościuszki (...)21 Można stąd wysnuć wniosek, że opisując powinności widza Oborski, dając tak drakońskie zalecenia, mimo dobrych chęci, nie wziął w dostatecznym stopniu pod uwagę wytrzymałości ludzi na trudy oraz nudę.
Berek Joselewicz pod Kockiem - J.Kossak Choć Przepisy są skierowane przede wszystkim do oficerów lekkiej jazdy, to Oborski starał się tak ułożyć swój regulamin, by miał on zastosowanie także dla piechoty. W większości kwestii nie było to specjalnie trudne, gdyż, jak choćby wynika z przykładów cytowanych wyżej, zasady działania były jednakowe dla obu rodzajów broni. Mimo to w Przepisach nie zabrakło oddzielnego rozdziału, który jest przeznaczony specjalnie dla piechoty. Podstawową różnicą między obydwoma formacjami, jest, co oczywiste, posiadanie koni przez kawalerzystów, dzięki czemu mogą się oni zawsze szybciej wycofywać z zagrożonych pozycji, niż piesi żołnierze. Stąd pierwszy wniosek - piechota musi bardzo uważać, by jej placówki nie były zbyt rozproszone i oddalone od reszty sił, tak, by były w stanie wycofać się bez strat w razie ataku wrogiej kawalerii. Dlatego też w otwartym terenie kawaleria lepszą jest od piechoty, gdyż może pokryć większy teren, dalej rozsyłać patrole i szybciej reagować na zagrożenia. W trudnym terenie jednak, jak lasy, góry, czy zabudowania, koń może stać się niepotrzebną zawadą i tam należy rozstawiać piechotę. Piechota tak powinna zorganizować swą placówkę, by droga odwrotu widzów była łatwą dla nich, ale trudną do przebycia dla wrogiej konnicy. Korzystając z posiadania skuteczniejszej broni palnej, piechota powinna umacniać stanowiska swych straży posiłkowych i grangard i w razie potrzeby bronić się w nich, a nie występować w otwartym polu. Bardzo dobrym miejscem na placówkę piechoty jest np. wieś z kościołem. W takim wypadku wybornym punktem obserwacyjnym może być wieża kościelna. Nie tylko dlatego, że daje szerokie pole widzenia, ale również z tego powodu, iż zwykle główne drogi w okolicy, którymi najprawdopodobniej posuwała by się wroga armia, prowadzą właśnie do świątyni. Ponadto na wieży kościelnej znajdował się zwykle dzwon, przy pomocy którego można było ostrzec przed niebezpieczeństwem nawet znacznie oddalone wedety, czy inne placówki. Wokół kościoła najczęściej rozciągał się cmentarz, który z kolei nadawał się świetnie na umocnioną grangardę.22 4. Specyfika pełnienia straży nocą Na noc placówka powinna zmienić swoje rozstawienie - przede wszystkim musi zagęścić sieć widzów z powodu słabej widoczności i postawić tychże bliżej głównego posterunku. Samą grangardę też najlepiej umieścić w innym miejscu, niż za dnia, tak by nieprzyjaciel nie wiedząc, gdzie się ona znajduje, nie miał ułatwionego zadania przy przekradaniu się przez straże nocą. Stąd, o ile pozycje nocne należy sobie zaplanować za dnia, przenosić się na nie najlepiej jest po zachodzie słońca - wszystko dla kamuflażu.23 Ważna zmiana zachodzi w przypadku obsady wzniesień - nocą nie należy stawiać widzów na szczytach wzgórz, gdyż i tak nie będą mogli stamtąd dostrzec, co się dzieje w dole, natomiast sami mogą być widoczni na tle nieba.24 W nocy, wobec słabej widoczności, wielkiego znaczenia nabiera zmysł słuchu. Należy przywiązywać wagę do wszelkich odgłosów, często przytykać uszy do ziemi, co przydaje się zwłaszcza do wykrycia kawalerii poruszającej się drogą. Jeżeli coś słychać w oddali, widz powinien pojechać do 200 kroków25 naprzód z karabinem gotowym do strzału, by sprawdzić, co się dzieje.26 Wobec słabej widoczności system ostrzegania poprzez strzały karabinowe nabierał szczególnej wagi - oto co się przydarzyło według Chłapowskiego polskiej piechocie podczas oblężenia Gdańska: O czwartej już zluzowałem kompanią 12-go regimentu, i ledwieśmy się w rowie umieścili i składać tornistry zaczęli, padł na nas z lewej strony grad kul. Chociaż jeszcze ciemno było, ale od śniegu jaskrawo, spostrzegłem tyralierów bieżących, aby nam z tej strony tył zabrać. Badeńczycy [którzy mieli stanowisko obok] musieli byli bez wystrzału się poddać lub uciec, tego nie wiem, bo tyralierzy nieprzyjacielscy już kilkaset kroków dalej jak przekop badeński prawie już poza nas się posuwali.27 Jak widać brak strzałów ze strony Badeńczyków spowodował, że sąsiednia kompania w ogóle nie zauważyła, że jest otaczana, dopóki Prusacy nie zaczęli do niej strzelać. Sam Chłapowski dostał się w trakcie tego incydentu do niewoli, a jego kompania została rozbita. Przepisy odnoszą się również do sytuacji, gdy armia chcąc oderwać się od nieprzyjaciela opuszcza nocą swoje stanowiska. W takim wypadku zaleca, by placówki pełniły swą służbę przez całą noc, aby przez swą obecność utrudniały nieprzyjacielowi wykrycie odwrotu. Daje również poradę "psychologiczną" - żołnierzy nie należy w takiej sytuacji informować o tym, ze następuje odwrót głównych sił, by swą nadzwyczajna aktywnością, czy krzątaniem się nie dawali powodu do podejrzeń oraz by po prostu nie opuszczali swych stanowisk przed czasem ze strachu, że o nich zapomniano. Jest to niewątpliwie cenna rada, ale trzeba przyznać niechęć to osłaniania odwrotów też była zrozumiała, gdyż generałom faktycznie zdarzało się zapominać o straży tylnej, o czym między innymi przekonał się Załuski w Hiszpanii: Zdarzyło się, że w ostatnim marszu mnie wypadło być z plutonem na placówce, co Francuzi nazywają "grande garde". Wedety moje rozstawione były po pagórkach, ja sam z placówką stałem w miejscu, z którego można było przejrzeć całą okolicę. Koło południa nie tylko ujrzałem wielki ruch w obozie hiszpańskim pod miastem Astorga, ale ogień karabinowy i armatni. Dałem znać o tym osobliwszym zjawisku do mojej komendy i czuwałem z podwójną bacznością, nie mogąc pojąć co by te ognie, formalne salwy znaczyły. (...) Gdy zmierzch wieczorny nadszedł, otrzymałem rozkaz zachowania się na posterunkach jak najspokojniej, oczekując zupełnej nocy, a wtenczas cofnięcia się do wsi, z której wyszedłem na straż obozową. Jakież było zadziwienie, kiedy wróciwszy do rzeczonej wioski, nikogo już z naszych tam nie zastałem! Udałem się więc za śladami naszej tylnej straży i nareszcie dogoniwszy kolumny pułku swego (...).28 Dalej >>> |
||
|
|
|||||
|
|||||