Teraz jest 21 maja 2022, o 11:48

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:45 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Teks zamieszczony przez użytkownika Agent FBI

Tekst w całości zaczerpnięty z Wojskowego Przeglądu Historycznego nr. 2 na 1958. Cyfry w nawiasach oznaczają przypisy umieszczone na dole tekstu. Dla lepszej czytelności podzieliłem go na dwie części.

JAN MINKIEWICZ
UŁANI NADWIŚLAŃSCY NA ŚLĄSKU

W trzecim tomie Popiołów stary wachmistrz Gajkoś gorąco namawia Krzysztofa Cedrę, by przeszedł z nim razem do pułku lansjerów nadwiślańskich. Roztacza przed nim nęcące obrazy przygód, dalekich wędrówek: ,,a nieraz, prosty jeździec cesarski takie wina pijesz dzbanem, jakich królowie skąpią królom na ucztach". Na zachętę opowiada mu barwnie i szczegółowo o zwycięskiej bitwie z Prusakami, stoczonej przez pułk lansjerów na ziemi śląskiej. — „Idą oni z ziemi włoskiej moje ułany do Polski i przyśli na Śląsk ojczysty do Legnicy" — tak się zaczyna opis tego zdarzenia.
Od dawna interesowała mnie zagadka, gdzie to miała miejsce ta niemała Wiktoria, w której ułani nasi w 600 koni rozgromili ,,w dwa pacierze" pięciotysięczną dywizję pruską z dwunastu działami. Według opisu Gajkosia u Żeromskiego, bitwa stoczona była gdzieś za Jaworem, „na rozstajnych drogach od Wrocławia i Lignicy".
Rozpocząłem poszukiwania — przewertowałem szereg polskich i obcych opracowań. W świetle prawdy historycznej zbladło wspaniałe a nieprawdopodobne zwycięstwo, zmalała wielokrotna przewaga wroga, a liczba wziętych jeńców stopniała z czterech tysięcy do trzystu.
Ale gdzież wreszcie odbyła się ta bitwa czy potyczka, którą Kukieł umieszcza „pod Świdnicą", Dziewanowski „niedaleko Kłodzka", a Piwarski „pod Strzygłowem"? Odpowiedź dała mi praca Janusza Staszewskiego, (1) który w oparciu o źródła niemieckie, podaje miejsce stoczonej bitwy — nazywając ją, niesłusznie zresztą — bitwą pod Strzygłowem (Strzegomiem).
Otóż zwycięska bitwa pułku lansjerów nadwiślańskich z wojskiem pruskim odbyła się 15.5.1807 r. na polach między wsiami Szczawienko i Struga w powiecie wałbrzyskim, w odległości piętnastu kilometrów od Strzegomia. (2)
W roku ubiegłym minęło 150 lat od chwili, gdy na ziemi dolnośląskiej po raz pierwszy od czasów piastowskich walczył polski oddział wojskowy (3). Walczył dzielnie i bohatersko, odniósł poważny sukces, zyskując podziw i uznanie u swoich i obcych, pochlebną wzmiankę w 15 Biuletynie Wielkiej Armii i szereg wysokich francuskich odznaczeń wojskowych.
Różnorakie były u nas oceny tej epoki. Od idealizującej i pełnej zachwytu aż do krzywdząco chłodnej, powściągliwej — w niedawno minionym okresie. Jedno jest pewne — oręż polski zabłysnął w tej epoce najżywszym blaskiem. Polscy żołnierze — w myśl rozkazu „by imię polskie donośnie dźwięczało" — sprawę rozdartej ojczyzny dźwignęli wysoko przed obcymi i swoimi — na całe stulecie. Wykazali w tej krwawej epoce przymioty zawsze aktualne i zawsze cenne: nieugięte męstwo w boju, wierność sztandarom i wysokie poczucie honoru.
Celem niniejszej pracy, zawierającej opis działań wojennych na Śląsku w epoce napoleońskiej, ze szczególnym uwzględnieniem roli oddziałów polskich, jest zapoznanie polskiego czytelnika z tym mało na ogół znanym okresem dziejów Śląska. Chciałbym także, aby stała się ona skromnym wyrazem hołdu dla tych nie starzejących się cnót żołnierskich, które imię polskie szeroko rozsławiły i które nadal naszej młodzieży winny przyświecać przykładem.

Wojna 1806 — 1807 r. na Śląsku

Podwójnym uderzeniem w bitwach pod Jena i Auerstadt (14.10.1806) w proch rozbił Napoleon pyszną armię króla pruskiego i z nią razem mit jej niezwyciężoności, jakim chlubiła się od czasów Fryderyka II. Zwycięskie wojska francuskie ruszyły niepowstrzymanie naprzód, ku wschodowi. Samo imię cesarza wytrącało broń z rąk przerażonym Prusakom, potężne twierdze poddawały się szwadronom kawalerii. Ku Polsce przez całe Prusy przemaszerowały zwycięskie korpusy Wielkiej Armii, król pruski z niedobitkami swych wojsk uszedł do Prus Wschodnich pod skrzydła rosyjskiego sprzymierzeńca. W kampanii zimowej i wiosennej 1806 — 1807, nazwanej przez Napoleona „la premierę guerre de Polog-ne" (4) — przeciwnikami jego będą już w pierwszym rzędzie wojska carskie. Śląsk, najmłodsza (od 1742 r.) prowincja korony pruskiej, stał się w tej kampanii teatrem działań drugorzędnych, chociaż Napoleon oceniał znaczenie Śląska jako bogatej w zasoby prowincji, zdolnej zaopatrzyć jego główne siły walczące na ubogich terenach północnej Polski. Spodziewał się jednak zająć go prędko i nie liczył na poważniejszy opór. W tym celu odkomenderował prawo-skrzydłowy IX korpus swej armii, złożony z dywizji bawarskich i wirtemberskich. stanowiących kontyngenty sprzymierzonego z cesarzem Związku Reńskiego. Dowództwo nad tym korpusem powierzył cesarz swemu bratu Hieronimowi. W wykonaniu tego nietrudnego zadania, jakim w oczach Napoleona było zajęcie Śląska — miał Hieronim wykazać swe talenty wojskowe, którymi jak wiadomo, żaden z cesarskich braci nigdy nie zabłysnął. Do boku 22-letniego księcia przydzielił cesarz zdolnych i doświadczonych generałów w osobach szefa sztabu gen. Hedouville, generałów Vandamme, Lefebvre-Desnouttes i innych.
Z końcem października 1806 r. siły księcia Hieronima przedstawiały się następująco: Bawarzy — dwie dywizje piechoty (Deroy, Wrede) i dwie brygady kawalerii (Mezzanelli, Lefebvre--Desnouettes) łącznie 14.000 ludzi, Wirtemberczycy — jedna dywizja piechoty (Seckendorf) i jedna brygada kawalerii (Montbrun) łącznie 8.600 ludzi. Ogółem 29 i pół batalionu, 29 szwadronów, 48 dział — 22.600 ludzi.
Pod względem bojowym wojska te nie przedstawiały wielkiej wartości. Historyk francuski d u C a s s e (5) przytacza na dowód wiele wypowiedzi dowódców francuskich, między innymi księcia Hieronima, który kilkakrotnie prosił swego cesarskiego brata o przysłanie paru tysięcy Francuzów. Przy oblężeniu Głogowa, dowódca bawarskiej dywizji gen. Deroy odmawia wręcz księciu Hieronimowi wykonania rozkazu szturmu na fortecę, tłumacząc się, że jego żołnierze nie nadają się do tak śmiałej akcji. Ponadto żołnierze IX korpusu — a zwłaszcza piechota bawarska, odznaczali się brakiem dyscypliny i skłonnością do grabieży i gwałtów na ludności cywilnej.
W IX korpusie nie było ani jednej jednostki francuskiej, poza sztabowcami walczyli sami Niemcy. Cała kampania śląska była właściwie wojną Niemców ?, Niemcami.
Ze strony pruskiej naczelnym wodzem i generalnym gubernatorem prowincji śląskiej został książę Anhalt-Pless, spokrewniony ze zniemczonym rodem Piastowiczów pszczyńskich, mianowany na to stanowisko przez króla pruskiego dekretem datowanym z Ostródy 21.10.1806 r.
Pod jego rozkazami stało z końcem października około 19.000 wojska rozlokowanego w ośmiu fryderycjańskich twierdzach śląskich: Głogowie, Wrocławiu, Świdnicy, Brzegu, Koźlu, Nysie, Srebrnej Górze i Kłodzku. Ilość wojska stale się zwiększała, gdyż przybywali żołnierze z rozbitych korpusów pruskich, przeprowadzano zaciągi przymusowe i ochotnicze — tak, że w połowie grudnia 1806 r. stało pod bronią w twierdzach pruskich na Śląsku około 28.000 ludzi.
Siły pruskie składały się z różnych drobnych oddziałów kadrowych (depots) wielu jednostek. Wchodziły więc w ich skład: dwa pułki piechoty, dalej trzecie bataliony muszkieterskie trzynastu pułków piechoty, wreszcie drobne, po kilkadziesiąt do stu ludzi liczące oddziały zakładowe sześciu batalionów strzeleckich, czterech pułków kirasjerskich, pięciu dragońskich, pięciu huzarskich, ponadto mniejsze oddziały artylerii i saperów. Twierdze pruskie były bogato zaopatrzono w działa, amunicję i zapasy żywności, lecz ich umocnienia były w znacznej mierze przestarzałe. Zarządzone gorączkowe prace nad ich naprawą tylko w części zostały wykonane.
Również nastroje wśród załóg twierdz pruskich nie były najlepsze. Po pogromie jeneńskim wśród kadry oficerskiej szerzył się defetyzm a nawet nastroje paniki. Charakterystyczne są rozkazy wydane 28.10.1806 r. komendantom twierdz śląskich przez inspektora tychże gen. Lindenera: „Musimy się trzymać, to znaczy poddać fortecę w wypadku, gdy widzimy, że nie można trzymać się dłużej ,,ohne unweise zu sein" — czyli w granicach rozsądku". Jeszcze gorsze były nastroje wśród szeregowych. Zawleczeni przemocą w służbę Ślązacy nie mieli bynajmniej ochoty nadstawiać głowy za królewsko-pruską mość. Poza Ślązakami w kilku jednostkach służyli również poborowi z centralnych ziem polskich, zagarniętych przez Prusy po trzecim rozbiorze. Historycy pruscy doby przed bismarckowskiej nie ukrywają faktów licznych dezercji i nawet dywersji ze strony „polnische, unzuverlassige Mannschaft”-. O Górnoślązakach pisze Fórster, że głodni i obdarci tkacze i „verschnappste Wasserpolacken" bynajmniej nie odznaczali się patriotycznym duchem tyrolskich górali (6). Toteż zaciągi na Śląsku przebiegały słabo, rekruci uciekali od branki (zwłaszcza na Śląsku Górnym i Opolskim), wybuchały zamieszki i strajki rolne (w Namysłowskim i Oleśnickim). Dowództwo pruskie mogło tylko liczyć na żołnierzy Niemców Były to przeważnie dzielniejsze elementy z rozbitych regularnych korpusów pruskich. Żołnierze ci zbiegli przed niewolą i przedarli się do garnizonów śląskich.
Tak przedstawiały się siły obu stron, gdy 6.10.1806 r. na przedpolu twierdzy głogowskiej ukazały się straże przednie bawarskich szwoleżerów. Od Krosna i Nowej Soli nadciągały dalsze oddziały IX korpusu.
Rozpoczęło się dwumiesięczne oblężenie Głogowa. Książę Hieronim otoczył miasto ciasnym pierścieniem, lecz nie wysilał się na szturmy, ograniczając się do bombardowania ogniem artyleryjskim, który niemało szkody wyrządzał twierdzy i miastu. Załoga Głogowa liczyła 3.228 ludzi, „z których większa część składała się z Polaków, co tylko pierwszej sposobności wyczekiwali, aby móc przejść do nieprzyjaciela" (7).
Nie tylko wyczekiwali, lecz i przechodzili. Pojedynczo i grupowo przekradali się w ciemne listopadowe noce z narażeniem życia, przez wały i fosy, przez łańcuchy wart. Historia nie przekazała nam ich nazwisk.
Byli to przeważnie chłopi pańszczyźniani, górnośląscy, poznańscy, kaliscy, siłą zagnani w pruskie szeregi na ciężką służbę, na ogłupiającą musztrę pod pałką kaprala i feldfebla.
Może fantazja powieściopisarza wskrzesi nam kiedyś obraz zbiorowej, zorganizowanej ucieczki dziewięćdziesięciu sześciu żołnierzy Polaków z 3 muszkieterskiego batalionu v. Zastrow w nocy na 28.11.1806 r. To nie była ucieczka, to był planowo obmyślany i brawurowo wykonany wyczyn wojenny. Spiskowcy wysadzili w powietrze Bramę Tumską, bariery i mosty zwodzone jednej z redut, oraz most na Starej Odrze, rozbroili obsługę dział w reducie, część kanonierów skłaniając do ucieczki — i zagwoździli armaty.
Następnego dnia dowództwo wykrywa spisek w innym batalionie (3 muszkieterskim v. Tschepe). Kilku przywódców natychmiast rozstrzelano, pozostałych spiskowców ukarano okrutną chłostą — pędzeniem przez rózgi.
Mimo zaostrzonej czujności dowództwa dezercja żołnierzy — Polaków nie ustaje; do końca oblężenia ilość zbiegów sięga dwustu. O dalszych ich losach nie wiemy. Przypuszczalnie dowództwo francuskie kierowało ich do formujących się jednostek wojsk polskich.
Po otrzymaniu kilku dział oblężniczych ciężkiego kalibru, gen. Vandamme, który zastąpił w dowództwie odwołanego czasowo ks. Hieronima, zarządza w dniu 1.12.1806 r. energiczne ostrzeliwanie twierdzy i miasta. Poskutkowało to znakomicie. 3.12. twierdza Głogów poddaje się; łupem zwycięzców stają się ogromne zapasy amunicji, sprzętu wojennego i żywności.
IX korpus rusza na Wrocław. Jeszcze w czasie oblężenia Głogowa, w dniach 17 i 19.11.1806 r. brygady kawalerii generałów Lefebvre i Montbrun ukazały się pod Wrocławiem. Żądali oni w imieniu księcia Hieronima poddania twierdzy. Cofnięte następnie pod Głogów oddziały kawalerii wirtemberskiej docierają ponownie do przedmieść Wrocławia 6.12.1806 r. Rozpoczyna się czterotygodniowe oblężenie miasta. Akcja zaczepna polega znowu na ostrzeliwaniu twierdzy i miasta ogniem artylerii.
Podobnie jak w Głogowie mnożą się wypadki dezercji. W skład załogi Wrocławia wchodził pułk piechoty v. Thile, złożony w większości z Polaków. Historyk pruski (8) notuje, że w pułku tym, z uwagi na niepewny element wśród szeregowych, w nocy 24,12 — trzykrotnie zmieniano hasło.
Różnorakie też były nastroje sześćdziesięciotysięcznej ludności Wrocławia. Do komendanta pruskiego przychodziły parokrotnie deputacie mieszczan, jedna z prośbą o kapitulację dla położenia kresu ostrzeliwaniu, pożarom i niedostatkowi ludności, drugie znów zapewniające o swej wierności dla króla pruskiego. Komendant Wrocławia skapitulował „szturmowany od wewnątrz przez mieszkańców, od zewnątrz przez nieprzyjaciela" (9).
Książę Anhalt — Pless dwukrotnie próbował z siedmiotysięcznym korpusem, zebranym z załóg pozostałych twierdz śląskich przyjść z odsieczą oblężonej załodze Wrocławia. Zostaje jednak pobity pod Strzelinem 26.12. i pod Wrocławiem 30.12. Nie bez wpływu na wynik tych walk był fakt podawany przez źródła francuskie (10), że 800 żołnierzy Polaków zbiegło w czasie walki z szeregów pruskich do korpusu francuskiego.
6.1.1807 r., w obliczu bliskiej kapitulacji, rozprzęga się do reszty karność w szeregach garnizonu wrocławskiego. Żołnierze razem z miejskim pospólstwem wszczynają rozruchy, połączone z grabieżą magazynów wojskowych. Następnego dnia załoga Wrocławia składa broń. Do niewoli idzie 116 oficerów i 5.270 szeregowych, a w ręce zwycięzców trafia 240 dział i 3.640 centnarów prochu, nie licząc innej zdobyczy.
W okresie gdy miały miejsce te wypadki, sąsiadujące o miedzę ze Śląskiem ziemie polskie były już całkowicie uwolnione od pruskiego okupanta. Polskie władze powstańcze zamyślały o przeniesieniu powstania na teren Śląska, lecz zamiarom tym przeszkodziła przede wszystkim szczupłość sił. Napoleon zagarniał wszystkie tworzące się oddziały polskiego wojska na fronty głównego teatru wojny. W pogranicznych powiatach zostawały tylko słabe oddziały pospolitego ruszenia, które nie mogły podejmować akcji zaczepnej, a raczej same pilnować się -musiały przed możliwą napaścią któregoś ze śmielszych dowódców pruskich.
J. Staszewski podaje w swej pracy, że generał Dąbrowski, w obawie przed tego rodzaju dywersją, zalecał generałom Biernackiemu i Skórzewskiemu w Kaliszu wzmożoną czujność i pilne patrolowanie pogranicza. Tenże historyk podaje fakty podejmowania ze strony polskiej aktów zaczepnych na Śląsku. Przytacza urywek listu dwóch obywateli powiatu rawickiego do gen. Dąbrowskiego z 14.11.1806 r. Piszą oni, że „próbowali ochotnikami z miasta Krobi jako i dóbr" napaść i zagarnąć pruski park artyleryjski w Stamburku. Przedsięwzięcie nie udało się, gdyż powstańcy nie zastali tam Prusaków. Przywiedli jednak ze sobą trzynastu Ślązaków z rozproszonego pruskiego wojska, których — według słów raportu — „gdy mają chęć służyć, stawimy ich w Poznaniu zupełnie uzbrojonych" (11).
Na większą skalę zakrojony był w pierwszych dniach stycznia 1807 r. zagon porucznika Trembeckiego z oddziałem krakowskiego pospolitego ruszenia. Zachowały się relacje por. Trembeckiego z tej wyprawy, interesujące zwłaszcza dlatego, że obrazują nastroje ludności. Cytuję (za Staszewskim): „aż pod samo Koźle znalazłem zaufanie obywateli niektórych, a pospólstwo radosnymi okrzykami witało nas jako wybawców i tu do Siewierza przysyłali prosząc o pomoc przeciwko tym komendom (pruskim), którzy ich tylko niszczyli, gwałtem do żołnierzy brali. Oni się im z gwałtownością opierali i łańcuszki, w które byli okuci do mnie przywieźli i pokazywali".
Dalej czytamy w tejże relacji „wszedłszy w granice orły (pruskie) kazałem, porąbać, a w każdej wsi i mieście zalecałem spokojność, mówiąc, iż przez nasze wkroczenie w Śląsk chcemy obywatelom Śląska prawdziwą spokojność przynieść i ich ubezpieczyć od wszelkich pruskich gwałtownościów, gdyż ten kraj nie jest po Odrę pruski tylko polski".
Trembecki w drodze powrotnej zaatakowany został 7.1.1807 r. między Gliwicami i Tarnowskimi Górami przez oddział pruski lejtnanta von Witowsky'ego, W czasie potyczki oddział Trembeckiego został pobity i wycofał się w granice dawnej Rzeczypospolitej. Historyk pruski Hopfner podaje, że Witowsky wziął do niewoli 7 oficerów i 60 szeregowych i rozbił doszczętnie półtysięczny oddział Trembeckiego. Tego wszystkiego dokonać miał na czele 80 huzarów, co już śmiało możemy między bajki włożyć.
Mimo tego epizodu na pograniczu górnośląskim nastąpiło obustronne poszanowanie status quo, to znaczy dawnych granic Rzeczypospolitej. Była nawet w związku z tym zawarta prawdopodobnie jakaś umowa między księciem Anhalt-Pless i generałem krakowskiego pospolitego ruszenia Ostrowskim. Graf Gótzen, zastępca pruskiego generał-gubernatora, miał jakoby protestować przeciwko temu paktowi z „wyjętymi spod prawa buntownikami" (12).
Faktem jest, że na pograniczu zapanował względny spokój, (13) przerwany tylko na początku kwietnia wyprawą partyzantów księcia Jana Sułkowskiego na Gliwice i Mikołów. 4.4. zagarnęli oni w Gliwicach konie huzarskie i pewną ilość wojskowego sprzętu, lecz czujny porucznik von Witowsky pobił i rozproszył oddział Sułkowskiego pod Mysłowicami. ,,Huzarzy" ks. Sułkowskiego byli właściwie bandą rabusiów; niemieccy i francuscy historycy zgadzają się w tej opinii (14).
W 1807 r. polskie władze powstańcze zaprzepaściły szansę przeniesienia powstania na teren Śląska przez energiczną akcję wojskową. Akcja taka natrafiłaby na wielkie trudności natury politycznej, lecz miała widoki powodzenia, a wiadomo jakie znaczenie mają ,,fakty dokonane". Stanęła jej na przeszkodzie szczupłość sił młodego organizmu państwowego, jakim było wówczas przyszłe Księstwo Warszawskie, a także brak należytej orientacji w dawno pogrzebanej kwestii śląskiej. Rozdmuchane na krótko w sercach ludności polskiej Śląska iskry nadziel — przygasnąć miały znowu na dalsze stulecie.
Wracamy do działań IX korpusu. Po zajęciu Wrocławia książę Hieronim wysyła swe wojska <na zdobycie dalszych twierdz śląskich. Bawarska dywizja generała Deroy oblega 8.1.1807 r. Brzeg, którego półtoratysięczna załoga kapituluje po tygodniu (17.1.).
Gen. Vandamme z sześcio- i półtysięcznym korpusem wirtemberskim staje 10.1. pod Świdnicą. Oblężenie tej bogatej, zaopatrzonej w amunicję i żywność, bronionej przez sześcio tysięczną załogę, twierdzy — trwało niewiele ponad miesiąc. Pruski komendant poddaje twierdzę 16.2.1807 r. mimo że nie przeprowadzono ani jednego szturmu; stanie za to później przed królewsko-pruskim sądem wojennym. W czasie tego oblężenia żołnierze polskiego pochodzenia znowu masowo uciekali na stronę oblegających. Skrupulatnie prowadzone zapiski pruskie notują każdego prawie dnia ucieczkę, kilku lub kilkunastu ludzi. Między 10.1. a 6.2. zbiegło 270 żołnierzy, zaś w ostatnich dwóch dniach przed kapitulacją Świdnicy dezercja przybrała rozmiary wprost niewiarygodne — ucieka 41 podoficerów i 1425 szeregowców. W tej liczbie byli już nie tylko Polacy, lecz i Niemcy, którzy sądzili, że unikną niewoli „przechodząc" do nieprzyjaciela na moment przed poddaniem twierdzy.
Napoleon ze swej odległej kwatery głównej na Mazurach nie traci z oczu drugorzędnego frontu śląskiego. W swych listach regularnie udziela, bratu wskazówek, daje dokładne wytyczne postępowania. Skąpy w pochwały za sukcesy, nieraz karci za opieszałość. Znamienne jest, że zarządzenia czysto wojskowe zawarte są przeważnie w listach szefa sztabu cesarskiego, marszałka Berthier. Listy zaś samego Napoleona zawierają głównie wskazówki administracyjno-gospodarcze i pełne są natarczywych żądań przysłania pieniędzy, mąki, wołów, wódki, sukna itp. Z listów tych i ze sprawozdań księcia Hieronima można osądzić, jak wielkie ciężary ponosiła ludność Śląska. Prawie co dzień wyruszały z Wrocławia do Kostrzynia lub Warszawy ogromne konwoje, liczące kilkaset ładownych wozów. Stamtąd szły do wojsk francuskich oblegających Kołobrzeg i Gdańsk.
Cesarz każe zniszczyć umocnienia wszystkich fortec śląskich, poza Głogowem, który poleca jak najstaranniej umocnić i zaopatrzyć, oceniając wysoko wartość tego punktu strategicznego.
We Wrocławiu nakazuje utworzyć bazę zaopatrzeniową dla głównych sił swej armii. Stanąć tam też mają zalążki kadrowe wielu nowych jednostek, między innymi polskich. Przede wszystkim jednak poleca cesarz Hieronimowi jak najszybciej zdobyć pozostałe fortece śląskie i jeszcze w ciągu zimy oczyścić kraj z wojsk pruskich. IX korpus potrzebny mu będzie w nadchodzącej kampanii wiosennej. Niektóre oddziały jeszcze w zimie zostały skierowane na główny teatr działań i tak spod Głogowa odeszła na północ część bawarskiej dywizji.
Tymczasem jednak na Śląsku, po początkowych sukcesach, wojska napoleońskie zaczynają napotykać poważniejszy opór w dalszym posuwaniu się na południe.
Po stronie pruskiej coraz większą aktywność przejawia zastępca gen. gubernatora, von Gotzen, dowódca bezsprzecznie uzdolniony, przedsiębiorczy i wytrwały. Stopniowo zagarnia on w swe ręce naczelne dowództwo, zaś po wyjeździe ks. Anhalt-Pless w lutym do Czech — dzierży je już niepodzielnie.
Rozwija dużą energię przy uzbrajaniu i zaopatrzeniu niezajętych jeszcze przez Francuzów czterech twierdz, a także przy zaciągach i organizacji nowych jednostek kawalerii i piechoty, przeznaczonych do walki partyzanckiej. Na ich czele stawia dzielnych dowódców (mjr Stossel, rtm. Eisenschmidt, leut. Negro). Oddziały te operują z baz wypadowych w rejonie Kłodzko, Ząbkowice, Bardo, przecinając linie komunikacyjne korpusu francuskiego, zajętego obleganiem twierdz. Słabe pruskie oddziały partyzanckie buszują na jego tyłach, docierają w rejon Lwówka, Bolesławca.
Dowództwo francuskie wydziela do walki z tymi ruchliwymi oddziałami brygadę bawarskiej kawalerii i lekkiej piechoty pod dowództwem gen. Lefebvre-Desnouettes, jednego z najświetniejszych kawaleryjskich „zagończyków" napoleońskich, który bez przerwy uganiał się za partyzantami pruskimi. W lutym rozbija szwadrony mjr Stossela i zmusza go do przejścia granicy pod Mieroszowem. Lecz, jak bywa w tego rodzaju działaniach, rozproszone oddziały odradzają się po pewnym czasie, nie bez pomocy „neutralnych" władz austriackich.
Tymczasem główne siły IX korpusu także nie próżnują. Generał De-roy z Bawarami, po zajęciu Brzegu, rozpoczyna 23.1. oblężenie Koźla, zaś Wirtemberczycy gen. Vandamme maszerują od Świdnicy pod Nysę, gdzie stają 24.2. Te dwie fortece nie zamierzają poddać się bez walki.
W Koźlu załogą złożoną z 4300 ludzi dowodzi płk Neumann. Jest on w sytuacji gorszej jeszcze niż dowódcy pozostałych fortec, gdyż oprócz niepewnej załogi (znowu w dwóch batalionach sami Polacy), ma jeszcze niepewne polskie mieszczaństwo. Element miejscowy, zarówno wojskowy, jak cywilny, musiał być stale pilnowany przez przybyszów, tzn. rdzennych Niemców. Mieszczanie wykręcają się, jak mogą, od robót, nie chcą nawet gasić pożarów (15).
Mimo obostrzonej czujności i srogich kar, co noc masowo ucieka „polnische Mannschaft" oraz robotnicy i chłopi spędzeni do pracy przy umocnieniach. Tak więc w dniach od 28.1. do 4.2 ucieka 99 żołnierzy i 45 chłopów, od 5. do 7.2. — 170 żołnierzy, 8. i 9.2. — 164, 10.2. — 81, od 11. do 21.2. — 105, narażając się na utonięcie w Odrze, od 22.2. do 1.3. — 35 żołnierzy. W tym okresie rozstrzelano w twierdzy 14 żołnierzy, przychwyconych w czasie dezercji lub podejrzanych o chęć ucieczki.
W marcu, przy wzmagającym się obustronnym ostrzeliwaniu ogniem artylerii, zbiegostwo przybiera formę zorganizowanych spisków. W nocy 3.3. odkryto i udaremniono ucieczkę grupy żołnierzy i aresztowano 12 kanonierów. Śledztwo wykazało, że do sprzysiężenia należała prawie cała obsługa artylerii fortecznej. Ponad dwustu kanonierów było już zebranych w rynku, gdy przednią straż ich zatrzymano w Bramie Odrzańskiej. Komendant twierdzy każe całą noc 5.3. oddziałom kawalerii patrolować miasto i wzmocnić posterunki. Tejże jednak nocy w forcie Fryderyka Wilhelma nastąpił otwarty bunt załogi; mało brakowało, by zdecydował on o losie twierdzy. Żołnierze Polacy w liczbie 55 opuścili zwodzony most fortu. Oficerowie i podoficerowie z bronią w ręku daremnie próbowali zatrzymać uciekinierów, którym mimo. strzelaniny udało się szczęśliwie przebyć most.
Nie powiodło się natomiast tej samej niespokojnej nocy spiskowcom w reducie kobylickiej. Kapitan dowodzący redutą uprzedzony został przez zdrajcę spiskowca, że wszyscy artylerzyści reduty, cała kompania piechoty i dragoni zamierzają rozbroić oficerów, zagwoździć armaty i przejść do Francuzów. Kapitan zdążył w nocy zaalarmować sąsiednie wierne oddziały, które zaskoczyły i .aresztowały spiskowców. Zebrany sąd wojenny skazał na śmierć co piątego z aresztowanych przywódców buntu, trzech rozstrzelano natychmiast, nazajutrz jeszcze jednego.
Mimo. tej niepomyślnej sytuacji, Neumann, nie bacząc na straty spowodowane pożarami w twierdzy i w mieście, oraz na szerzące się choroby zakaźne, odmawia poddania twierdzy. Próbuje nawet działań zaczepnych i wycieczek.

W połowie marca na rozkaz Napoleona odmaszerowuje na północ gen. Deroy z kilku tysiącami Bawarów. Pod Koźlem zostaje gen. Raglovich z uszczuplonymi do połowy siłami. Oblężenie zmienia się w blokadę.
Zbiegostwo nadal nie ustaje. 9.3. zastrzelono dwóch kanonierów uciekających wpław przez rzekę, dwóch ich wspólników skazano na 24-krotny bieg przez rózgi. W ciągu kwietnia i maja zbiegło z Koźla jeszcze 99 żołnierzy Polaków.
Twierdza, nie atakowana prawie przez osłabione siły oblegające, poddaje się 16.6.
Równocześnie z oblężeniem Koźla prowadzone było przez dywizję wirtemberską gen. Vandamme oblężenie Nysy. Tu również broniono się energicznie, organizowano wycieczki. Wiadomo, że i tu żołnierze Polacy przechodzili na stronę francuską, brak jednak ścisłych danych liczbowych. Przed samą kapitulacją Nysy, która nastąpiła także 16.6.1807 r., dowództwo pruskie odesłało Francuzom do Bielawy na wymianę jeńców, w ich liczbie 50 „polnische Insurgenten". Należy przypuszczać, że byli to wzięci do niewoli żołnierze z wyprawy por. Trembeckiego pod Koźle.
W ciągu kwietnia i maja von Gotzen. mianowany tymczasem generalnym gubernatorem Śląska, nie ustaje w podsycaniu ,,małej wojny", starając się w ten sposób odciążyć załogi obleganych twierdz. Jego ruchliwe oddziały operują niestrudzenie i nie bez powodzenia w rejonach Nowa Ruda, Bardo.
W początkach maja von Gotzen otrzymuje wiadomość, że z Wrocławia zamierzają odejść 9.5. znaczne siły francuskie. W garnizonie pozostać ma tylko świeżo przybyły batalion saski. Ponadto z Wrocławia wyruszyć mają wkrótce znaczne transporty broni, żywności, pieniędzy. Gotzen podejmuje śmiałą decyzję, by uderzyć na Wrocław, zagarnąć co się da, stamtąd zaś, niszcząc po drodze oddziały francuskie, ruszyć na odsiecz Koźla lub Nysy, zależnie od okoliczności.
Plan jest ryzykowny, lecz nie pozbawiony widoków powodzenia — zostaje też bezzwłocznie wprowadzony w czyn. Jeden z najlepszych oficerów Gotzena, mjr v. Losthin staje na czele starannie wybranych oddziałów: ośmiu kompanii strzelców (1130 bagnetów) i trzech szwadronów kawalerii (230 szabel) z dwoma działami. W najgłębszej tajemnicy oddział ten wyrusza nocą 11.5. ze Srebrnej Góry na Jugów, Sokolec, Głuszycę, by dopiero z rejonu Świebodzic przerwać się w kierunku Kątów Wrocławskich luką między Strzegomiem a Świdnicą.
Moment zaskoczenia jednak zawiódł. Maszerująca kolumna pruska dostrzeżona została przez bawarską placówkę w Walimiu. Zaalarmowany przez nią gen. Lefebvre-Desnouettes rusza 12.5. w pościg za Losthinem na czele siedmiu kompanii 1 bawarskiego pułku piechoty, batalionu saskiego pułku Niesenmeuschel i szwadronu bawarskich szwoleżerów. Po wyczerpującym pośpiesznym marszu francuski generał dopada korpusik Losthina odpoczywający w Kątach Wrocławskich 14.5. o godz. 4 rano.
Pewny swej liczebnej przewagi i łatwego zwycięstwa Lefebvre rzuca w bój bawarską piechotę, za nią Sasów. Po krótkiej walce miasteczko zajęte jest przez Bawarów. Klęska Prusaków wydaje się nieunikniona, lecz na wojnie los lubi gotować niespodzianki. Jedna tylko kompania pruskich strzelców dowodzona przez kpt. Clausewitza (16) nie uległa panice. Dopuszcza nacierający na nią batalion saski na 30 kroków, rozbija go morderczą salwą i uderza bagnetem. Sasi podnoszą ręce do góry, strzelcy Clausewitza biorą do niewoli 10 oficerów i 260 szeregowych.

Za przykładem Sasów zaczynają się cofać Bawarzy. Prusacy nabierają ducha, bagnetem wypierają przeciwnika z miasta, odbijają jeńców. Zwycięskie przed chwilą zastępy w popłochu tłoczą się na moście lub skaczą w rzekę Bystrzycę i uchodzą w rozsypce. Generał Lefebvre-Des-nouettes wpław przebywszy rzekę, w mokrej odzieży, klnie wściekły swych podkomendnych, a zwłaszcza ,,ces sacres des Saxons" (17) — i rusza przed siebie z małą garstką konnych, by gonić i zbierać swoje wojsko. Porażka nie zabiła w nim energii, kipiał żądzą zemsty za haniebną przegraną.
Prusacy odnieśli tego dnia jedyne w śląskiej kampanii poważniejsze zwycięstwo, wprawdzie okupione niemałymi stratami w zabitych, rannych i rozproszonych. Zwycięzcy zagarnęli 422 jeńców (152 Bawarów i 270 Sasów), w tym 16 oficerów, bawarską chorągiew pułkową, dwa działa sześciofuntowe, wozy amunicyjne, 600 karabinów. Mimo zwycięstwa mjr Losthin nie zamierza kontynuować marszu na Wrocław. Zostaje uprzedzony, że załoga Wrocławia bynajmniej nie przedstawia się tak skromnie, by można ją było zaatakować jego szczupłymi siłami. Zresztą francuski gubernator generalny Śląska gen. Dumny, zaalarmowany strzałami, sam wyrusza z Wrocławia z naprędce zebranym oddziałem w kierunku Kątów (18) Gdy jego przednie straże wymieniają pierwsze strzały z kawalerią pruską, Losthin syty zwycięstwa, wyrusza w południe 14.5. w drogę powrotną, załadowawszy na zarekwirowane wozy wojsko, jeńców i trofea. Nie sądzi, by rozbity przeciwnik zdołał mu przeszkodzić w bezpiecznym dotarciu do gór sudeckich, pod osłonę twierdz obsadzonych przez Prusaków.
W czasie marszu Losthin dowiaduje się, że w Strzegomiu ma nocować pułk nieprzyjacielskiej kawalerii. Są to jakoby polscy ułani idący z Włoch do ojczyzny. Postanawia więc zboczyć nieco na Strzegom, napaść w nocy i zniszczyć polski oddział.

1. Wojsko polskie na Śląsku w dobie napoleońskiej. Katowice 1936 r.
2. Historycy pruscy nazwali omawianą potyczkę bitwą pod Strugą (Schlacht bei Adelsbach). Z uwagi jednak na większe znaczenie i rozgłos poważniejszej osady, jaką jest Szczawienko — zdecydowałem się nazwać zwycięskie starcie polskich ułanów bitwą pod Szczawienkiem.
3. Pomijam tu lisowczyków, którzy działali na Śląsku w latach 1631—33. Nie byli oni właściwie jednostką polskiego wojska podległego Rzeczypospolitej.
4. Pierwsza wojna polska.
5. Operations du neuvieme corps de la Grande Armie en Silesie. Paris 1851
6. Fo r s ter Neuere und neueste Preussische Geschichte. Berlin 1856 t II s 108
7. Hopfner Der Krieg von 1806 und 1807. Berlin 1855, t. IV, s. 18
8. Hopfner, op. Cit. S. 66
9. Forster, op.cit., s. 110
10. du Casse, op. cit., s.14
11. J. Staszewski, op. cit., s.14
12. Hopfner, op. cit., s. 121
13. Książę Hieronim wspomina jednak w swym liście do Napoleona z 22. 1. 1807 r. o napadach dokonanych przez Polaków na teren Górnego Śląska.
14. Ów książę Jan Sułkowski był, jakby dziś powiedziano, niezłym „kombinatorem", jakich widać i wówczas nie brakło w naszym narodzie. Doszedł do rangi pułkownika, był ustosunkowany w Głównej Kwaterze Cesarskiej, gdyż Napoleon typował go na dowodzącego oblężeniem Koźla. 'Książę zwerbował „pułk lekkiej jazdy" o stanach istniejących tylko na papierze. Nie przeszkadzało mu to na czele garści dobranych „huzarów" pobierać na owe nieistniejące stany wszelkiego rodzaju należnych i nie należnych przydziałów i pieniędzy, oraz na własną rękę nakładać kontrybucje i obdzierać ludność na pograniczu Śląska Górnego i Opolskiego. Książę Hieronim w paru listach otwiera oczy cesarzowi, a w liście z 19.4.1307 r. nazywa księcia Sułkowskiego awanturnikiem, który ulotnił się popełniwszy mnóstwo nadużyć i sprzeniewierzeń (du Casse, op. cit., t. II, s. 112.)
15. Hopfner, op.cit., s.199
16. Nie był to Carl v. Clausewitz (1780 – 1831), słynny później generał i teoretyk sztuki wojennej, który w owym czasie też był pruskim kapitanem, lecz przebywał w niewoli we Francji.
17. Tych przeklętych Sasów.
18.W związku z wyprawą gen. Dumuy z Wrocławia do Kątów, przytoczę nie pozbawioną komizmu ciekawostkę, zaczerpniętą z korespondencji ówczesnej, a świadczącą o tym, jak wielką miał rację biskup Krasicki, wkładając między bajki „żołnierza, co się nie chwalił". Gen. Dumuy w liście do marszałka Berthiera z dnia 15.5.1807 r. pisze o swych przewagach, jak to zdobył Kąty na czele tylko 150 spieszonych huzarów, jak przegnał przeważające siły wroga „zabijając wielu i biorąc wielką liczbę jeńców", przy własnych stratach tylko dwóch rannych. Książę Hieronim w liście do Berthiera z 20, tegoż miesiąca z oburzeniem dementuje relacje gen. Dumuy, który nie cieszył się jego sympatią z tytułu swego niezależnego stanowiska gubernatora prowincji, a także zaufania, jakim obdarzał go Napoleon. Pisze Hieronim, że Dumuy przybył do Kąt już po wycofaniu się nieprzyjaciela, który zostawił tam tylko rannych i 20 ludzi dla ich ochrony. Nie wystrzelono, według księcia, nawet 10 razy i całe zwycięstwo ograniczyło się do zabrania w niewolę rannych Prusaków. „Z dwóch (własnych) rannych" — pisze Hieronim „wymienionych w liście generała — jeden złamał sobie nogę w tańcu", du C a s s e, op. cit., t. II, s. 149



CDN


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:49 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Teks zamieszczony przez użytkownika Agent FBI

Jan Minkiewicz: Ułani nadwiślańscy na Śląsku cz. II

Ulani Legii Włoskiej, Naddunajskiej, Nadwiślańskiej

Stara jest pieśń wojskowa o żołnierzu, co wędrował „borem lasem, przymierając z głodu czasem". To mądra piosenka — bez tromtadracji. Nie błyskotliwe zwycięstwa opiewa, ani uśmiechy dziewcząt, jak tyle innych piosenek, ale drugą stronę żywota żołnierskiego: tułaczkę, poniewierkę, niedolę. A tych nie brakło w losach naszych żołnierzy aż do ostatnich czasów.
Chyba najbardziej pasują słowa tej pieśni do legionistów Dąbrowskiego. Wprost groza ogarnia, gdy się wspomni ich martyrologię. Tylekroć zwodzeni i zawodzeń!, tylekroć oszukiwani i mamieni złudnymi obietnicami, przenoszeni z jednej służby w drugą — a prawie zawsze głodni i "obdarci, a zawsze ślepo wierni tej nadziei, że kiedyś z bronią i biciem w tarabany wrócą ,,z ziemi włoskiej do Polski".
Za tę wierność warci są legioniści wdzięcznego wspomnienia potomnych, gdyż za życia wdzięczności się nie doczekali, a wielu z nich nie ujrzało ojczyzny. Droga do niej okrężna była i daleka, przez sto pobojowisk wiodąca, przez oceany i wyspy nieznane. Tysiącom groby bezimienne zgotowała w obcej ziemi, tysiącom ginącym śmiercią różnorodną — od kuli czy bagnetu, od febry tropikalnej czy burzy morskiej, od głodu czy poniewierki w jenieckich obozach i na galerach.

Twardy był żołnierz legionowy. I młody oficer zapaleniec — demokrata, i wiarus kościuszkowski, co nie chciał wracać pod bat ekonoma, i jeniec czy dezerter przygarnięty z austriackich lub carskich szeregów, czy wreszcie obieżyświat, przygód po szerokim świecie szukający — wszystka to stopiło się w ogniu bitew w materiał żołnierski najwyższej jakości, budzący podziw i uznanie współczesnych. Ułani niepoślednie miejsce zajęli w historii Legionów.
Początkowo legie polskie we Włoszech nie miały kawalerii, chociaż nie brakło w nich kawalerzystów, którzy przez dwa lata pełnili służbę w piechocie, tęskniąc do lancy i konia. Byli tacy, co pamiętali pochody ukraińskie 1792 roku, boruszkowiecką groblę i Zieleńce, byli inni ze sławnej brygady Madalińskiego, która pierwsza zaczęła kościuszkowskie powstanie, byli wreszcie i ci z wielkopolskiej wyprawy Dąbrowskiego.-
Dopiero w styczniu 1799 r. powstaje pułk jazdy legii, na zdobycznych posadzony koniach. Od razu idzie w bój. Bije się z Austriakami, Rosjanami, włoskimi powstańcami nad Trebbią, pod Novi.
W grudniu 1799 r. przechodzi do nowoutworzonej Legii Naddunajskiej, a 2.12.1800 r. okrywa się chwałą w bitwie pod Hohenlinden, gdzie kończy ■bój decydującą szarżą, zdobywając austriackie działa. Ułani legii unikają szczęśliwie losu kolegów z piechoty, wysłanych na San Domingo — przechodzą na służbę republiki cisalpińskiej, w nowej kampanii 1805 r. walczą z Austriakami, a w 1806 r. przechodzą na służbę królestwa neapolitańskiego.
W styczniu 1807 r. pułk otrzymuje upragniony rozkaz powrotu do ojczyzny, a w kwietniu tegoż roku przemianowany zostaje na pułk lansjerów Legii Nadwiślańskiej, na żołdzie cesarza Francuzów. Ale los nie zezwolił żołnierzom ujrzeć strzech rodzinnych; na progu ojczyzny, w ziemi śląskiej, walczyć będą ułani z nowym wrogiem. W listopadzie tegoż roku odwołany rozkazem cesarskim pułk przejdzie na służbę westfalską, potem ponownie na francuską i powędruje do Hiszpanii, gdzie bić się będzie krwawo i bohatersko w latach 1808—1809, 1810 i 1811.
W wojnie tej, zajadłej i okrutnej nie znającej z obu stron pardonu, w walkach z Hiszpanami i Anglikami, oręż polski zabłysnął najwyższymi bojowymi walorami, a ułani zyskali sobie miano „piekielnych" — ,,los infernos picadores".
Dopiero w 1812 r. część pułku ujrzy Polskę w przemarszu na wyprawę moskiewską. W 1813 r. walczyć będą ułani w Saksonii, potem we Francji — i aż pod Waterloo nieliczni już przedstawiciele pułku zakończą jego burzliwą 15-letnią historię.
Pułk ułanów nadwiślańskich (używam tu świadomie popularnej i powszechnie przyjętej nazwy ,,ułani", choć oficjalnie nazywali się lansjerzy) — na równi z innymi jednostkami polskimi walczącymi na żołdzie francuskim (piechota Legii Nadwiślańskiej, pułki 4, 7 i 9 piechoty Księstwa Warszawskiego) — czeka jeszcze na swego historyka. W archiwach francuskich, hiszpańskich, angielskich leżą może jeszcze nie zbadane materiały dla jego dziejów.
Nazywany „błędnym rycerzem" pułk ten — jak na ironię mianowany nadwiślańskim — tragicznym zrządzeniem losu nigdy nie walczył nad Wisłą, lecz nad Trebbią, Gwadianą, Berezyną i Elbą. Był to wyborowy pułk kawalerii, dorównujący walorami bojowymi i bojową reputacją najlepszym pułkom kirasjerów, huzarów, czy szaserów Murata, które różnokolorowymi szwadronami szarżowały zwycięsko na wszystkich polach bitew tego krwawego dwudziestolecia. Rozrywali go sobie cesarscy bracia i licytowali się o niego cesarscy marszałkowie.
W ogniu bojów "wykrystalizował się w nim niezrównany typ żołnierza, twardego i sprawnego, jak stalowa sprężyna. Oficerowie w większości służyli w pułku od prostego żołnierza, nie spotyka się wśród nich arystokratycznych nazwisk, ani hrabiowskich tytułów. Oficer pułku Kajetan Wojciechowski z goryczą pisze w swym pamiętniku, że sława pułku szwoleżerów gwardii niesłusznie odsunęła w cień czyny ułanów nadwiślańskich. Nic nie ujmując tragicznym bohaterom Samosierry, możemy przyznać słuszność tym zarzutom. Wiadomo, że panicze z gwardii, jako bliżsi „wielkiego ołtarza", zawsze łatwiej zagarniają ordery i splendory. Mistrzowskim sztychem lancy strącając z siodła austriackich kirasjerów, pruskich huzarów, hiszpańskich „carabinneros reales", angielskich „Royal Dragoons" i kozaków Płatowa — granatowo-żółty ułan nadwiślański na niemniejszą zarobił sławę, niż jego kolega — amarantowy szwoleżer.
Nosiły go po świecie tragiczne losy polskiego żołnierza — podobne wielu późniejszym. Ale nosiła go również ta polska junacka ,,fantazja kawalerska", co parę wieków przed nim pędziła przez Europę kondotierską chorągiew przesławnego rotmistrza Lisowskiego.
Taki to żołnierz zawitał w maju 1807 r. na ziemię śląską.

Bitwa pod Szczawienkiem
W Aversa pod Neapolem, letniej rezydencji króla Neapolu Józefa Bonaparte, stał w końcu 1806 r. pułk ułanów legii. Służba była nudna, polegała na patrolowaniu wybrzeży w obawie przed angielskimi desantami, a tu z daleka dochodziły wieści o pogromie Prus, o powstaniu w Polsce. Co gorętsi oficerowie brali urlopy i wyjeżdżali do kraju.
Wreszcie nastał dzień 30.1.1807 r. — rozkaz cesarski powoływał pułk do Polski. Maszerować ma do Kalisza, gdzie się uzupełni i przeorganizuje. Nieopisana radość ogarnęła oficerów i ułanów.
Król Józef próbuje zatrzymać Polaków u siebie, chce pułk awansować na swoją gwardię przyboczną. Dziejopis pułku Wojciech Dobiecki pisze, że ,,chęć oglądania swego kraju obudziła w oficerach i żołnierzach takie narzekanie, że musiał się na zostawieniu kilkunastu ochotników (przeważnie cudzoziemców) ograniczyć".
Dowódca pułku płk Rożniecki, szefowie szwadronów Konopka i Klicki z kilku jeszcze oficerami ruszają przodem do kraju, przeniesieni rozkazem do tworzącej się polskiej armii powstańczej.
Pułk wyrusza 6.2.1807 r. w sile około 400 ludzi, prowadzony przez mjr Świderskiego (z piechoty legii). Szwadronami dowodzą kapitanowie Fijałkowski, Skarży oski, Stokowski, Hupet. Nie znamy dokładnie trasy przemarszu pułku, wiemy tylko, że wiodła na Augsburg, Bayrtuth,. Drezno — omijając granice neutralnego wówczas państwa Habsburgów.
W drodze dociera do pułku dekret cesarski datowany 7.4. o formowaniu Legii Nadwiślańskiej na żołdzie cesarskim, złożonej z trzech pułków piechoty i jednego lansjerów. Zgodnie z nowym rozkazem już nie do Kalisza mają iść ulani, lecz do Wrocławia, dokąd przeniesiono z Kalisza „depot" pułku. (19)
W trzy miesiące przebywa pułk ponad 1700 km i w maju zdrożone konie ułańskie wkraczają na ziemię śląską. Do Legnicy wchodzi pułk w momencie, gdy mjr Losthin stacza zwycięską bitwę pod Kątami.
Jedynym polskim źródłem opisującym te wydarzenia jest Pamiętnik jazdy legionów płk Wojciecha Dobieckiego, oficera i dziejopisarza pułku. Na nim właśnie wiernie oparł Żeromski opowiadanie Gajkosia. Niestety, w relacjach Dobieckiego znajdujemy poważne nieścisłości, zwłaszcza przy ich skonfrontowaniu z drobiazgowym Hopfnerem, który opierał się na sztabowych materiałach pruskich. Nieraz będziemy musieli raczej dać wiarę Hopfnerowi, zważywszy na to, że Dobiecki — w 1807 r. dwudziestoparoletni porucznik — pisał historię pułku w 45 lat potem. Nie jest przy tym wcale pewne, czy brał on osobiście udział w opisywanych wydarzeniach na Śląsku, gdyż wiadomo, że w tym okresie przebywał także w Warszawie.
Pisze więc Dobiecki, że kapitan Fijałkowski z ułanami — furierami napotkał za Legnicą w nocy gen. Lefebvre-Desnouettes, który zawrócił go do Legnicy, zebrał pułk i powiódł kłusem drogą na Jawor, by ,,...przed świtaniem" stoczyć bitwę w bliżej nieokreślonym miejscu.
Nie bardzo się to mieści w czasie i na mapie, toteż skłonni jesteśmy raczej przyznać słuszność Hopfnerowi, że ułani nocowali nie w Legnicy, lecz w Strzegomiu. Zakładamy, że faktem jest, iż gen. Lefebvre spotkał i zaalarmował pułk w nocy 15.5. Nie przypuszczamy, by Dobiecki zmyślił tak ważną okoliczność. Zapewne jednak pułkownikowi splątały się po latach w pamięci dwie miejscowości. Bo zważmy: jeżeli generał nie wiedział o przybyciu polskiego pułku — a Dobiecki podkreśla jego zdumienie przy spotkaniu — to czegóżby szukał w kierunku Legnicy oddalającym go od własnych baz? Lecz gdyby nawet dać wiarę Dobieckiemu, to trudno pogodzić się z tym, by pułk w ciągu krótkiej majowej nocy zdążył przelecieć 60 km (z Legnicy pod Wałbrzych), z czego połowę w podgórskim terenie, — by jeszcze przed świtem szarżować i walczyć na tych samych koniach.
Jest to tym. bardziej nieprawdopodobne, że książę Hieronim pisze do Napoleona w liście z 15.5. z Ząbkowic, iż gen. Lefebvre 14.5. osobiście zdał mu sprawę z przegranej pod Kątami i pojechał do Świdnicy. Zważywszy odległość między tymi miejscowościami, Hopfner nie daje temu wiary. Istotnie, żelaznym zdrowiem i energią musiał odznaczać się ten generał, jeżeli po porażce i przymusowej kąpieli w Bystrzycy — przebył na koniu w ciągu kilkunastu godzin ponad 120 km. (Kąty — Ząbkowice 72 km, Ząbkowice — Świdnica 39 km, Świdnica -— Strzegom 17 km), nie śpiąc przy tym przynajmniej dwie noce z rzędu.
Po tym przydługim rozstrząsaniu wątpliwości, których na sto procent nigdy nie rozstrzygniemy — zgadzamy się, że pułk lansjerów Legii Nadwiślańskiej w nocy z 14 na 15.5.1807 r. — stanął na nocleg w Strzegomiu. Liczył niepełne -300 koni. Podana przez Dobieckiego cyfra 600 nie zgadza się ani z cyfrą Hopfnera (400), ani z najbardziej współczesnym źródłem, jakim jest list księcia Hieronima z 16.5. W liście tym książę wymienia liczbę 240 lansjerów polskich, którzy dołączyli do gen. Lefebvre. Był to przypuszczalnie pierwszy konny rzut pułku, gdyż w następnym liście, z dnia 20.5. donosi Hieronim bratu: „lansjerzy polscy przybyli w liczbie 400 Ludzi, z czego 280 na koniach". Widocznie pieszy rzut pułku podążał osobno i w opisywanych wydarzeniach nie brał udziału.
W starym piastowskim miasteczku odpoczywał uznojony marszem pułk. Kapitan Fijałkowski wyruszył z furierami zapewne po furaż i żywność do najbliższych wiosek. Na szosie spotyka niespodziewanie generała Lefebvre-Desnouettes, w otoczeniu paru jeźdźców. Generał uradowany spotkaniem posiłków, wraca z kapitanem do Strzegomia i alarmuje pułk.
O północy, o mury prastarej fary strzegomskiej odbija się znów po wiekach głos polskiej trąbki, wołającej na koń polskich żołnierzy. W oczach zachwyconego francuskiego generała, rozlokowane w miasteczku szwadrony w ciągu siedmiu minut stają na rynku w pełnej gotowości bojowej. Po chwili kopyta ułańskich koni grzmią w kłusie po szosie w stronę Świdnicy.
W dwie godziny po wyjściu ułanów wkracza do Strzegomia mjr Losthin ze swym wojskiem, jeńcami i taborami. Nie udało mu się zaskoczyć śpiących Polaków, a co gorsza przybył mu nowy groźny przeciwnik. Pruski dowódca postanawia co prędzej wycofać się w góry. Po krótkim odpoczynku ładuje znów na chłopskie podwody piechotę i jeńców. O 7 rano 15.5. wyrusza pośpiesznym marszem w kierunku Dobromierza. W Dobromierzu puszcza wolno część saskich jeńców, w przekonaniu, że Sasi w przeciwieństwie do Bawarów, jedynie z przymusu i niechętnie walczą ze swym pruskim pobratymcem. Znów krótki odpoczynek i Losthin zarządza dalszy marsz.
Na górskich stromych i kamienistych drogach słabną konie chłopskich podwód i przy działach. Major każe przyśpieszać, zbawcze góry niedaleko, tam skryje się przed przeczuwanym pościgiem, w górach strzelcy jego dadzą sobie radę z nacierającą jazdą.
Kolumna pnie się z wysiłkiem przez Bogaczowice, dociera do wsi Struga. Gdy czoło przekroczyło wieś, od szpicy dopada huzar z meldunkiem: w oddali ukazały się kawaleryjskie patrole z kierunku Świebodzic i Książna. Ci jeźdźcy mają na głowach wysokie; czworokątne czaka.
Mjr Losthin widzi, że nie zdążył — a przed nim rozciąga się równina sięgająca pod Szczawno i Szczawienko — ostatnia płaszczyzna przed łańcuchem gór. Wie, że będzie musiał stoczyć bitwę. Jest godzina 11.
Wczesnym rankiem tegoż dnia generał Lefebvre-Desnouettes pozbierał w Świdnicy wszystkie, jakie mógł ściągnąć, siły. Do trzystu polskich ułanów dołączył szwadron jazdy, kompanię grenadierską i fizylierską 1 bawarskiego pułku piechoty oraz trzy działa. Z tymi siłami gen. Lefebvre rusza w kierunku Świebodzic, za nim podąża płk Waldkirch z resztą pozbieranego z rozsypki 1 pułku i z setką dosłanych przez Hieronima Francuzów. Przed wyruszającą kolumną idą wachlarzem ułańskie patrole rozpoznawcze. W pobliżu Książna patrol ułanów dostrzega ze wzgórza ciągnącą w dali kolumnę pruską na drodze z Dobromierza do Strugi.
Oddział Lefebvre'a dociera pośpiesznie na skraj lasów między Szczawienkiem a Książnem. Przed nimi leży równe pole, na drugim jego końcu widać wychodzące ze wsi kompanie pruskie. Grenadierzy i strzelcy bawarscy pośpiesznie zeskakują z wozów.
Mjr Losthin rozwija na równinie osiem swoich kompanii strzeleckich, w miarę jak wychodziły ze wsi Struga. Są to kompanie Rekowskiego, Stengla, Freyberga, Frankenberga, Clausewitza, Sella, Ingelsteina, Blachy. Przerzedzona pod Kątami piechota pruska liczy jeszcze około 1000 bagnetów. Na prawym skrzydle, na wzniesieniu panującym nad płaszczyzną, ustawia Losthin trzy swoje działa pod dowództwem kapitana Hahna. Natychmiast rozpoczynają one ogień. Szwadron huzarów mjr Stossela stanął na prawym skrzydle jako osłona dział, dragoni rtm. Kleista i ułani por. Prittwitza w ariergardzie. W tym samym czasie od Szczawienka posuwać się zaczął ku nim powoli łańcuch bawarskiej piechoty. Z obu stron zaczęły padać pierwsze strzały karabinowe.
Na skraju lasu, w kotlinie stał w ciasnych szeregach pułk nadwiślańskich ułanów. Przy dowódcy 1 szwadronu stanął na koniu z obnażoną szpadą generał Lefebvre-Desnouettes: ,,Au nom de l'Empereur, prowadź kapitanie". Kapitan Fortunat Skarżyński wyszarpnął z pochwy szablę. Padły gromkie słowa komendy. Szwadrony pierwszy i trzeci z chrzęstem ruszyły kłusem wzdłuż lasu, który podchodził pod samą wieś Strugę. Drugi .szwadron stał jeszcze w miejscu. Na obydwu końcach równiny huczały działa i trzaskała karabinowa palba, lecz szeregi piechoty nie zbliżały się do siebie.
Stojący na tyłach linii pruskiej leutnant von Prittwitz pierwszy dostrzegł wynurzającą się z lasu ławę jeźdźców. Jego ułani wraz z dragonami Kleista odważnie rzucają się ku nacierającym. A już polskie szwadrony szły na nich z krzykiem „marsz, marsz".
,,Ruszą w Prusactwo z kopyta, po polsku, co duchu w szkapach. Lancami psubratów — durch" — jak opowiada wachmistrz Gajkoś. W mig wywrócone i w puch rozbite zostały szwadrony „huzarów tabaczkowych i pięknych dragonów błękitnych z różowymi wyłogami i bośniaków z lancami". (20) W ucieczce, ścigane przez ułanów, wpadają na własną piechotę. Lewoskrzydłowa kompania strzelców Blachy usiłuje zmienić front, stanąć czołem ku nacierającej jeździe. Nie zdąży już wykonać tego manewru, rozbita i zmieszana w mgnieniu oka. Ułani wpadają na dalsze kompanie, stojące w najeżonych bagnetami czworobokach. Równocześnie od frontu i prawego skrzydła słyszą strzelcy pruscy potężny okrzyk ,,Vive 1'empe-reur!" i groźny tętent nacierającej jazdy. To ruszył kapitan Fijałkowski z drugim szwadronem i garścią bawarskich szwoleżerów. Zmiata lancami z siodeł huzarów Stóssela, rzuca się na prawoskrzydłowe kompanie pruskie. Milkną działa pruskie, nie mogą już razić wroga skotłowanego w jednej mieszaninie z własnym wojskiem. Ułani przelatują końmi przez pruską piechotę, która z uformowanych czworoboków rozsypuje się w drobne, porozdzielane grupy. Strzelcy pruscy krzyczą „pardon!" i podnoszą ręce, lecz zaraz z tyłu rażą ogniem w plecy rozpędzonych ułanów. „Odwracano się wtedy i niemało wykłuto" — pisze Dobiecki.
Działa są wzięte, strzelcy pruscy składają broń, bój jest rozstrzygnięty i zakończony, zanim bawarska piechota zdążyła wziąć w nim udział. Niedobitki pruskiej kawalerii i drobne garstki piechurów, ostrzeliwując się, uciekają w góry. Mjr v. Losthin oddaje szpadę, z nim razem dostaje się do niewoli jeszcze 13 oficerów i ponad 300 szeregowych (21), ponadto łupem zwycięzców stają się 3 działa z zaprzęgami, broń i tabory. Odbito też znaczną część wziętych pod Kątami jeńców, nie wszystkich jednak, gdyż część udało się eskorcie uprowadzić na początku bitwy w wąwozy górskie i dotrzeć z nią do Kłodzka.
Dobiecki wyolbrzymia sukcesy swego pułku, co podważa wiarygodność jego pamiętnika. Według niego wzięto do niewoli 4000 jeńców i zdobyto 12 armat, a wódz pruski Anhalt — „jedynie dzięki rączości konia ocalał". Anhalt-Pless w owym czasie siedział spokojnie w Czechach od trzech miesięcy, podczas gdy generalnym gubernatorem Śląska od 27.3. był Gótzen.
Zwycięstwo to kosztowało Polaków kilkunastu ułanów zabitych, kilku ciężko rannych — wśród nich kapitanowie Fijałkowski i Szulc. Dobiecki wymienia wyróżniających się w tej bitwie męstwem: kapitanów Stokowskiego i Hupeta, poruczników Rybałtowskiego, Błońskiego. Dziurkiewicza, Ledochowskiego, wachmistrzów Pruskiego i Skarżyńskiego).
Generał Lefebvre-Desnouettes pomścił swą porażkę pod Kątami i wydarł Prusakom owoce jedynego w tej kampanii zwycięstwa, a pułk ułanów nadwiślańskich poszedł do Wrocławia zgodnie z pierwotnym cesarskim rozkazem.

Zakończenie kampanii 1807 roku na Śląsku
Z tryumfem wkraczał pułk ułanów do Wrocławia, prowadząc jeńców i zdobyczne armaty. Jak pisze pamiętnikarz (22) pułk, „lubo nie bardzo strojny, na zdrożonych koniach, wielce się wrocławskiej ludności podobał''.
Mjr Świderski powiódł pułk na plac musztry za Bramę Oławska, gdzie defiladę odebrał książę Hieronim Bonaparte z licznym, strojnym sztabem.
Po przeglądzie pułk rozjechał się na kwatery w mieście. Oddajmy głos Dobieckiemu: —- „Oficerowie i żołnierze rozkwaterowani po mieście, żywieni byli kosztem mieszkańców, nie było to jednak wielkim ciężarem, bo rzemieślnicy i kupcy mieli wielkie zarobki, gdyż wszystkie zakłady całej Wielkiej Armii koncentrowały się we Wrocławiu i przez cały czas pobytu naszych wojsk w tym mieście żadna zwada ani skarga miejsca nie miała".
Do Wrocławia przybywa w tym czasie gen. Grabiński, dowódca Legii Nadwiślańskiej, z nim razem dociera z Włoch 78 oficerów legii i 271 podoficerów — dla formowania nowych pułków. Zaraz też skierowano tu z Księstwa Warszawskiego 8400 rekrutów, których rozdzielono między pułk ułanów i trzy piesze pułki legii.
Pułk ułanów reorganizuje się. Przyjeżdża jego nowy dowódca płk Konopka, za nim mjr Klicki, szef szwadronu Kostanecki i inni. Część wysłużonych żołnierzy zwolniono z wojska, względnie przeniesiono do kompanii weteranów. Większość jednak, bo 400 starych żołnierzy, którzy przyszli z Włoch, zostaje w pułku. Najstarszy z wiarusów, ,,siwy staruszek" Rosnowski z metrykułą nr 1 wypisaną przy założeniu pułku w Capua — nie zgadza się na opuszczenie szeregów. Po dopływie 800 rekrutów, pułk osiąga pełny stan 1200 ludzi.
Tymczasem jednak działania wojenne trwają i polskim ułanom niedługo dają odpoczywać. Jeszcze w maju dwa szwadrony spod dowództwa mjr Klickiego wyruszają do Ząbkowic, gdzie była główna kwatera księcia Hieronima.
Cały miesiąc aż do zakończenia działań ułani walczą ofiarnie. Biorą udział w działaniach oblężniczych pod Kłodzkiem i Srebrną Górą, używani do ubezpieczenia artylerii, do prowadzenia rozpoznań i ochrony konwojów.
Pierwszego zaraz dnia po przybyciu pod Kłodzko oddział ułanów z kpt. Stokowskim na czele rozbija oddział huzarów pruskich pod samymi murami twierdzy. Według relacji pamiętnikarza „odbył młody żołnierz pierwszą próbę ognia, chrzest żołnierski, nie mieszał się, nie trwożył wcale, tylko ostre żarty starych wiarusów musiał znosić cierpliwie" (23).
Opór pruski na Śląsku dogasa. Niestrudzony Gotzen. po kapitulacji Nysy i Koźla, 16.6.1807 r. broni się nadal w Kłodzku na czele sześć i pół-tysięcznej załogi. Prusacy siedzą jeszcze także w Srebrnej Górze (2200 ludzi).
W połowie czerwca ściąga Hieronim z Nysy, Paczkowa i Ząbkowic pod Kłodzko oddziały bawarskie i wirtemberskie. Zamyka ciasnym kręgiem twierdzę i miasto, rażąc je ogniem artylerii. Wreszcie 23.6. decyduje się na szturm obozu warownego, w którym broniły się główne siły oblężonych.
Nastąpiła najkrwawsza w tej kampanii bitwa. Na umocnione i dzielnie bronione przez Prusaków szańce obozu warownego natarli pod francuskim dowództwem z jednej strony Wirtemberczycy, z drugiej Bawarzy. W walce wręcz, w tę krwawą noc zginęło z obu stron około tysiąca Niemców. Duże straty ponieśli zwłaszcza Prusacy.
24.6.1807 r. Gotzen poddaje Kłodzk.
W lipcu dochodzi wieść o zawartym w Tylży pokoju. Warunki traktatu zostawiają Śląsk we władaniu króla pruskiego. Stacjonują w nim jednak nadal oddziały wojsk Napoleona, a twierdza w Głogowie zostaje obsadzona przez silną załogę francuską.
Pułk ułanów nadwiślańskich wraca do Wrocławia, gdzie tymczasem został zorganizowany 2 pp Legii Nadwiślańskiej pod dowództwem płk Białowiejskiego. Równocześnie formuje się 3 pp z mjr. Szotem; 1 pp dowodzony przez płk Chłopickiego stał w Nysie.
6.7. ks. Hieronim odbywa przegląd pułku ułanów, który w pełnym składzie 1200 koni prezentuje się wspaniale. Zostaje w nim wydzielona „kompania wyborcza", która dostaje futrzane bermyce i dobrane karę konie. W kilka dni potem pułk eskortuje ze Środy Śląskiej do Wrocławia cesarza Napoleona.
Jeszcze jednego gościa podejmują we Wrocławiu tegoż lata nasi ułani. Jest nim ks. Józef Poniatowski, który przejazdem z Drezna zatrzymał się we Wrocławiu i dokonał przeglądu pułku.
Oddziały polskie na Śląsku reorganizują się i szkolą. Na początku sierpnia 1807 r. pułk ułanów przechodzi do Prudnika, 3 pp razem z 1 pozostaje nadal w Nysie, 2 pp w Głogówku i Białej.
O trzymiesięcznym pobycie ułanów w Prudniku tak pisze Dobiecki: „...pieszo lub konno, ucząc naszych rekrutów — do wysokiego stopnia karności, porządku, dokładności w obrotach, użycia broni, konia i całej szkoły jeździeckiej doprowadzić zdołali" (24).
Tymczasem ważą się losy Legii Nadwiślańskiej.
3.9.1807 r. marszałek Mortier, dowodzący po Hieronimie wojskami Napoleona na Śląsku, oznajmił gen. Grabińskiemu życzenie cesarza, by legie wybrały z własnej woli, czy pragną pozostać na służbie francuskiej, czy przejść do armii Księstwa Warszawskiego. Odpowiedź była jednogłośna: ,,Do kraju". Znowu powszechna radość ogarnęła szeregi, zarówno starych tułaczy, jak i niedawno wcielonych rekrutów.
Jakże krótko trwała ta radość. 14.10. Mortier komunikuje Grabińskiemu rozkaz cesarski, pozostawiający Legię Nadwiślańską na żołdzie francuskim. Pod koniec października maszerują na zachód pułki legii. Szły na pole bitew Hiszpanii, krwią się wypłacić za ów „wspaniałomyślny" żołd cesarski. Istotnie, z nawiązką się -zeń wypłaciły. Setkami poległych w boju, zwalonych chorobami i poniewierką i tych, którym los najcięższy przypadł w udziale — wioślarzy angielskich galer i skazanych na powolne konanie więźniów hiszpańskiej wyspy śmierci — Cabrera. W przemarszu przez Francję, w Bayonne w maju 1809 r. po przeglądzie cesarskim, rozdano nadwiślańskim ułanom odznaczenia za kampanię śląską i za „bataille de Schweidnitz". Dekorowani zostali Legią Honorową: mjr Klicki, szef szwadronu Kostanecki, kapitanowie: Fijałkowski, Linkiewicz, Skarżyński, Stokowski, Szulc, Tański, porucznik Ojrzanowski, st. wachmistrz Majewski, wachmistrze: Kubko, Kurowski, Pawlikowski, Skarżyński, Trajdowski, kapral Jakubowski, ułani: Fedoś, Michałek, Bochnia.

19. W liście datowanym 6.5.1807 r. pisze cesarz do Hieronima „15-go maja przybędzie do Ciebie pułk polskich lansjerów. Moim życzeniem jest, byś podniósł dwa pierwsze szwadrony tego pułku do 500 ludzi, to znaczy po 250 ludzi w szwadronie, i byś odesłał je bezzwłocznie do Warszawy. Zatrzymasz kadry 3-go i 4-go szwadronu dla przyjęcia rekrutów, którzy do Ciebie przybędą". Książę Hieronim w liście z 16.5. prosi Napoleona o pozostawienie lansjerów. (du Casse, op. cit., t. II, s. 34 i 134)

20. Dobiecki, op. cit, s. 227. Były to mundury 6 pułku huzarów von Schimmelpfennig i 3 pułku dragonów von Irwing. Bośniacy — to sformowani przez Gptzena ułani Prittwitza. Oddziały tych pułków stały na Śląsku.

21 15-me Bulletin de la Grandę Armee podaje, że w bitwie tej zabito 100 Prusaków i wzięto do niewoli 400, w tym 30 oficerów. Inne źródła francuskie obliczają straty praskie na 30 oficerów i 800 żołnierzy (du C a s s e, op. cit., t. I, s. 349)

22. Dobiecki, op. cit., s.228

23. Dobiecki, op. cit., s.230

24. Dobiecki, op.cit., s. 232

Bibliografia:

M. Kukiel Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej, Poznań 1912.
Księga jazdy polskiej, Warszawa 1938.
K. Piwarski Historia Śląska tu zarysie, Katowice 1947.
J, Staszewski Wojsko polskie na Śląsku w dobie napoleońskiej, Katowice 1936.
W. D o b i e c k i Pamiętnik jazdy legionów, dodatek „Czasu", Lwów 1859.
K. Tański Piętnaście lat w legionach, Warszawa 1905.
K. Wojciechowski Polacy w Hiszpanii, Warszawa 1907.
Forster Neuere vnd neueste Preussische Geschichte, t. II, Berlin 1856.
Hopfner Der Krieg von 1806 und 1807, tom IV Berlin 1855.
Lettow-Vorbeck Der Krieg von 1806—1807, tom III i IV, Berlin 1896.
A. du Casse Opcrations du neuvieme corvs de la Grandę Armee en Silesie. Paris 1851.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:50 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Post użytkownika gurt

Cytuj:
QUOTE(Agent FBI @ 1.05.2005, 19:08)

Lecz gdyby nawet dać wiarę Dobieckiemu, to trudno pogodzić się z tym, by pułk w ciągu krótkiej majowej nocy zdążył przelecieć 60 km (z Legnicy pod Wałbrzych), z czego połowę w podgórskim terenie, — by jeszcze przed świtem szarżować i walczyć na tych samych koniach.


Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, normalny dystans marszowy w kawalerii zwykle przyjmowało się na 50 km, ze średnim tempem marszu w zależności od terenu, pogody itp w granicach 6,5 -7,5 km/godz. Wlicza się w to czas postojów na sprawdzenie okulbaczenia, wodopój, odpoczynek itp. W marszu na tzw półdystansie czyli odległości ok 25 km stosowało się prędkość do 10 km/godz. Jesli konie są w odowiedniej kondycji i wdrożone do tego rodzaju pracy takie marsze nie mają istotnego wpływu na ich zdolność do ruchu na polu walki. Bardzo dobre oddziały kawaleryjskie potrafiły wykonywać marsze nawet w granicach 100 km.
Najdłuższe odległość stosowana obecnie w długodystansowych rajdach konnych wynosi 160 km (zawody czterogwiazdkowe) , zaś w najlżejszej kategorii dla młodych koni od 40 do 79km w ciągu dnia, przy minimalnym tempie 10 km/godz.

Jeśli mi czas pozwoli postaram sie jutro zamieśćic relacje z tej bitwy v. Irvinga, dowodzącego w tej bitwie p stronie pruskiej 3p dragonów.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:52 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Post użytkownika gurt

"Polepszenie stanu dróg, a także dostatecznie sprawdzone wieści o marszu oddziałów francuskich w kierunku na Kłodzko nie zaskoczyły naszego dowództwa. Bylismy nadto uwiadomieni, że Francuzi idą kolumnami niezbyt licznymi, jakkkolwiek ubezpieczonymi przez kawalerię. Śmiały zamiar odcięcia Wrocławia, powzięty przez płk. Gotzena, miał być wykonany w ten sposób, że ja z moim pulkiem (3 dragonów), w ścisłej łączności z pułkiem von Schimmelfeniga (6 huzarów), wsparty jedną baterią art. konnej i dwoma batalionami strzelców pieszych pod dowództwem pułkownika von Launitz, miałem debuszować na dość szerokiej linii między Świdnicą a Kłodzkiem. Celem był nie tyle manewr zaczepny, co zamącenie przemarszu nadciągających pojedynczo i różnymi drogami kolumn marszowych francuskich oraz oslona kłodzkiego i świdnickiego garnizonów. Miałem powody przypuszczać, ze akcja nasza zostanie uwieńczona sukcesem, gdyż, jak nam doniesiono, w kierunku na południe od Legnicy maszerował większy, pozbawiony artylerii oddział kawaleryjski. 13 marca sygnalizowano jego obecność między Jaworem a Strzegomem, przy czym siłę oddziału obliczano najwyżej na jeden pułk jazdy. Postanowiłem skoncentrować nasze siły na przedpolu Świdnicy, gdzie także teren dawał nam szanse na uzyskanie z miejsca przewagi.
Zniszczenie lub - co najmniej odrzucenie z osi marszu takiego francuskiego oddziału miało dla nas duże znaczenie także pod względem moralnym. Bowiem v.Pless nie czuł się już najpewniej w Kłodzku, i inne nasze garnizony wśród niezbyt nam życzliwej ludności miejscowej (podkr. autora) goniły resztkami sił.
Ugrupowaliśmy się w ten sposób, że prawe skrzydło, bronione przez strzelców Launitza, wspierało się o brzeg Bystrzycy, gdy nasze oddziały kawaleryjskie, uszykowane w dwóch rzutach, tworzyły zasadzkę po dwóch stronach drogi pozostającej pod ostrzałem artyleryjskim. Pozycja strzelców została nieco umocniona, gdyż z niewiadomych powodów oddział nieprzyjacielski zatrzymał się na dłużej w miejscowości Buntelwitz pytajnik.gif, tak że jego straż przednią dojrzeliśmy przed naszymi stanowiskami dopiero 15 maja wczesnym rankiem. Nieprzyjaciel, jak gdyby doskonale zorientowany w naszym uszykowaniu, z miejsca rozwinął się do natarcia, ale nie na drodze, tylko po jej obydwu stronach. Szarża pierwszej fali (rzutu - przyp. autora) zepchnęła dwa moje szwadrony uformowane do walki pieszej na przedpolu pozycji strzelców i gdy w sukurs pełnym galopem rozwinął sie pułk v. Schimmelfeniga, nieprzyjaciel zawracając z szarży, wziął jego szwadrony w dwa ognie. Nieopisany zamęt uniemożliwił artylerzystom jak i strzelcom ogień - bali się aby nie porazić swoich. W tych warunakach starcie musiało się przekształcić w nieporządną szamotaninę, z której jedynym wyjściem było oderwanie się od nieprzyjaciela, ugrupowanie do nowego ataku i jego wykonanie w nowym szyku.
Odskok jednak nie okazał się łatwy, gdyz część spieszonych jeźdźców wroga otworzyła szybki ogień ,a druga, odciąwszy artylerzystom dostęp do zaprzęgów, raz po raz szarżowała ustępujące w osłonie tylnej szwadrony huzarskie. Gdy osiągnęliśmy przedmieścia Kłodzka, już całkowicie zdemoralizowani szeregowi myśleli tylko o ucieczce, a ich gonitwa przez ulice miasta wywołała paniczne porzucenie miasta przez garnizon i urzędy. Wszystkie drogi na zachód okazały sie tak zatłoczone, że o jakimkolwiek przegrupowaniu nie było mowy. Klęska tym dotkliwsza, że podjazdy nieprzyjacielskie ukazały się w mieście dopiero następnego dnia"

relacja płk von Irvinga pochodzi z dzieła z Otto Bleck - Der schleisische Kriegsschauplatz 1806-1807, Munchen 1913 a przytaczam ją za Lew Kaltenbergh - Za wolność naszą i waszą, MON, W-wa, 1968


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:53 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Przeczytałem z zainteresowaniem powyższe posty i mam właściwie tylko jedną uwagę. Nie do końca mogę się zgodzić z opinią o Janie Nepomucenia Sułkowskim przytoczoną przez Agenat FBI.

Cytuj:
,,Huzarzy" ks. Sułkowskiego byli właściwie bandą rabusiów; niemieccy i francuscy historycy zgadzają się w tej opinii

Chociaż trudno bronić Sułkowskiego to jednak to co wypisywali o nim Prusacy jak i Austriacy było mocno przesadzone crazy.gif a sądzę, że historycy francuscy powtórzyli po prostu opinie Niemców. Biografia księcia bielskiego jest niezwykle interesująca i pełna zagadek, ale nie wiem czy ktokolwiek byłby nią zainteresowany.
pzdr
WPK ;)


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:53 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
post użytkownika Agent FBI

Czy masz na myśli książkę z tej znanej serii biograficznej pt: "Ten niepokorny książę Sułkowski"?
Kiedyś przeczytałem chyba połowę tej pracy. Z tego co pamiętam to książę Sułkowski to niebieski ptak, niezły kombinator i w ogóle postać bardzo barwna, ale niekoniecznie pozytywna.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:54 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Tak, mam na myśli opracowanie Kincela. Masz rację, że to nie do końca pozytywna postać, ale też nie zasługuje na całkowite potępienie. A we wszystkich oskarżeniach jego osoby przez Niemców (czy to Prusaków czy Austriaków) zawsze można doszukać się pewnego podłoża finansowego.

dla formalności, książka Kincela nosi tytuł "Kłopotliwy książe Sułkowski"


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:55 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
post użytkownika Rafalm
Cytuj:
Chociaż trudno bronić Sułkowskiego to jednak to co wypisywali o nim Prusacy jak i Austriacy było mocno przesadzone :crazy: a sądzę, że historycy francuscy powtórzyli po prostu opinie Niemców.

A polscy historycy (?) Z tego co pamiętam Brandys nazwał go "ciemną postacią", czy coś w tym stylu :oops:


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:58 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
post użytkownika Piotr1806

A'propos ułanów nadwiślańskich w Strzegomiu.
Znalazłem w Kronice miasta Strzegomia ( Julius Filla,rok wydania 1889) parę informacji o pobycie ułanów w moim mieście( Kronika opracowana była na podstawie materiałów miejscowych,m.in Autor korzystał z opisu powiatu i miasta Strzegom,wydanego w 1829 roku, a opracowanego przez strzegomianina współczesnego epoce napoleońskiej).Do rzeczy:
14 maja w południe do miasta przybył pułk polskich ułanów,dowodzony przez "ein alter Pole"( tak w oryginale).Oddział zatrzymał się na rynku,rozesłano patrole i rozpytywano,czy w pobliżu nie ma pruskich wojsk.Dzień wcześniej szedł silny pruski oddział,piechota i jazda,od Świebodzic na Jawornik ku drodze na Kąty Wrocławskie.Czy powiedziano to Polakom,tego Autor nie podaje...Ułani wyszli z miasta o godzinie ósmej wieczorem tegoż 14 maja przez Bramę Świdnicką( w kierunku na Świdnicę)- relacja podkreśla,że w ciszy i spokoju( ruhig und still).Przed godziną jedenastą w nocy 14 maja wkroczyli do miasta Prusacy,od 1500 do 2000,piechurów i kawalerzystów prowadzących wiele wozów z rannymi i 400 Sasów-jeńców,których zamknięto na noc w jednym z kościołów( zresztą bardzo niewielkich rozmiarów,można się tylko domyślać w jakich warunkach znaleźli się tam jeńcy!).Prusacy opuścili miasto 15 maja przed godziną ośmą rano drogą na Dobromierz.Tego samego dnia wieczorem do miasta dotarło wielu rannych w bitwie pod Strugą i polski patrol,który nie zabawił w Strzegomiu długo( ułani nie byli w mieście dłużej jak godzinę)
Pozdrawiam!


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: 27 sty 2010, o 21:59 
Offline
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Roi de Saxe et duc de Varsovie
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 25 sty 2010, o 23:49
Posty: 2114
Post użytkownika Sereklegnica

Kiedyś bodajże w szkicach Legnickich czytałem o dwóch potyczkach Polskiej kawalerii w samej Legnicy. Rok chyba 1806 lub 7, jedna na pewno, a druga możliwe że w 1813. Jedna miała miejsce na terenie gdzie dziś stoi Auchan, walczyła tam jedynie kawaleria. Druga z kolei miała miejsce przy moście na Jaworzyńskiej, Polscy lansjerzy rozbili Pruską piechotę broniącą podejść do Legnicy. Zainteresowanych odsyłam do Szkiców Legnickich, ale nie pamiętam który numer.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 16 ]  Przejdź na stronę 1, 2  Następna strona

Strefa czasowa: UTC + 2 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Skocz do:  
Powered by phpBB® Forum Software © phpBB Group
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL