Nasza księgarnia

Przebicie się pod Wiaźmą

COM_CONTENT_WRITTEN_BY on . Posted in Bez kategorii

Obawy – F. A. Teste w Wiaźmie – rozstrzelanie jeńców rosyjskich – kapitan Roeder rozstawia straż wokół kwatery Napoleona – Gwardia łupi magazyny – „Nie jestem zwyczajny generał” – Miłoradowicz atakuje – bitwa pod Wiaźmą – Ney obejmuje dowództwo straży tylnej

Więcej znajdziesz w książce "Wielki Odwrót"

Teraz, gdy awangardy armii zbliżają się już do Wiaźmy – tego „nowo zbudowanego, liczącego 15 000 mieszkańców miasta, wyróżniającego się elegancją wielu swoich budynków”, gdzie pod koniec sierpnia armia tak sobie używała, korzystając z obfitości gęsi i ryb – wszystkich znających jego topografię zaczynają nachodzić obawy. Wiaźma leży mianowicie, na skrzyżowaniu traktów na Możajsk i Medyń. Od chwili gdy Napoleon zrezygnował ze skorzystania z tego ostatniego, jako drogi swojego odwrotu, niewątpliwie ciągną nim Rosjanie, i to z zamiarem odcięcia armii Cesarza. Tego popołudnia, opuściwszy Rybki, Fain słyszy po drodze, że

„nasza straż przednia jeszcze nie doszła do miasta. Zdaje się, że Konownicyn, który właśnie zastąpił Płatowa, próbował zyskać nad nami kilka godzin marszu. Mamy nadzieję, że w Wiaźmie znajdą się dla nas jakieś zapasy. Nieprzyjaciel ustępuje nam jednak bardzo powoli, tak że obawiamy się, iż szykuje kolejny pożar”.

 

O godzinie 5 po południu CKG zatrzymuje się „w najbliższym château [Wieliczewo], położonym na wzgórzach, jakieś trzy ligi od miasta”. Na południu, o 30 mil marszu, Wilson aż podskakuje ze złości na niedołęstwo Kutuzowa:

„Mieliśmy jeszcze 50 wiorst, aby dostać się do Wiaźmy i bardzo się obawiałem, że nie dojdziemy tam na czas. Gdybyśmy po opuszczeniu Małojarosławca ruszyli na Juchnow, o co wszyscy prosiliśmy marszałka, to bylibyśmy teraz przed Wiaźmą, na pozycji nie do ruszenia, mając szanse odzyskania, utraconej pod Małojarosławcem, wspaniałej okazji okrycia się chwałą”.

Generał  baron  F. A. Teste   został  ranny  pod  Borodino.  Zwolniony z dowództwa brygady, stawił się na Kremlu z ręką na temblaku i został przyjaźnie przyjęty:

„Zamierzam dać panu stanowisko warte co najmniej tyle, co poprzednie”, powiedział Cesarz. „Proszę przygotować się do wyruszenia do Wiaźmy, gdzie zastąpisz pan Baraguaya d’Hilliersa na stanowisku gubernatora. Znajdziesz pan tam 8000 żołnierzy ze wszystkich rodzajów broni”.

12 października Teste przybył z konwojem rannych do tego miasta,

„otoczonego wąwozami i położonego na ładnej wyżynie, panującej zarówno nad niziną jak i wejściem do ciaśniny, którą biegła droga Smoleńsk – Moskwa”. Nie znalazł

„w nim ani jednego mieszkańca. Zanim zjawiliśmy się tutaj w sierpniu, miasto liczyło sobie 20 tysięcy dusz. Spośród 20 ocalałych z pożaru domów jedynie pięć lub sześć nadaje się, choćby w najmniejszym stopniu, do zamieszkania”.

Zamieniwszy jeden z owych domów jako szpital, Teste przeznaczył pozostałe na magazyny i rozesłał oddziały rekwizycyjne w osłonie kawalerii. Wszystkie one wróciły bez uszczerbku. Nawet po tym, jak większość tej kawalerii została mu 16 października niespodziewanie odebrana, z dużą przedsiębiorczością kontynuował zapełnianie swoich magazynów „wielkimi ilościami żywności przeznaczonej dla licznych pododdziałów, jakie zgodnie z otrzymanymi przez nas informacjami, miały nadejść ze Smoleńska, aby dołączyć do armii”. Jednym z oddziałów rekwizycyjnych dowodził major H.-P. Everts. Przybywszy do Wiaźmy dopiero  22  października,  batalion  Evertsa,  wchodzący w skład (w przeważającej części holenderskiego) 33. Pułku Liniowego, udał się, w eskorcie konwoju należącego do Skarbu Cesarskiego, do następnego miasta na trakcie smoleńskim – Dorohobuża – po czym wrócił do Wiaźmy.

Przez cały ten czas Teste nie miał żadnych wiadomości z Moskwy. Ani słowa o odwrocie. Jedynie od konwoju przechodzącego przez miasto 18 października dowiedział się, że „komunikacja staje się coraz bardziej problematyczna”.

W Wiaźmie znajduje się także Pułk Heskiej Gwardii Pieszej. Miesiąc wcześniej, 21 września o szóstej rano, wymaszerował on z Witebska do Smoleńska, gdzie miał stanowić część tamtejszego garnizonu. Kapitan Franz Roeder wziął ze sobą swój wózek i kuca, „dwóch służących, psa i dwie kozy, jedną czarną, drugą białą, z kręconymi rogami”, aby dostarczały mu mleka do kawki. Stopniowo, ku wzrastającej wściekłości temperamentnego Roedera, ulegała osłabieniu panująca w pułku ostra dyscyplina, a to z powodu głodu, narażenia na paskudną pogodę, a także – wcale nie w najmniejszym stopniu – niekompetentnych oficerów, którzy uważali, że wszystkie problemy można załatwić za pomocą knuta. To ostatnie nieustannie urażało ludzkiego, choć gorącokrwistego Roedera, który nie pojmował tej obojętności wobec mizerii podległych im żołnierzy. Dotarłszy do Smoleńska, pułk nadal liczył sobie „około 600 zdolnych do walki, w tym członków orkiestry, około 500 żołnierzy 1. batalionu – Osobistego Batalionu Księcia, oraz o jedną trzecią mniej w 2. batalionie”. Stamtąd skierowani zostali do Wiaźmy, a po drodze, 7 października, niespodziewanie napotkali

„konwój z amunicją eskortowany przez Pułk Flankierów, powracający do Smoleńska. Jego dowódca powiedział nam, że wszystkie konwoje otrzymały, albo wkrótce otrzymają, rozkaz powrotu, i z pewnością tak samo będzie również w naszym przypadku”.

Flankierzy5 należą do Młodej Gwardii, do której przydzieleni są także Hesi. Roeder, człowiek dla którego kampania jest prawdziwą pasją, pragnący ciągle nowych wrażeń i doświadczeń, uważał za „irytujące” nie mieć szansy ujrzeć Moskwy, owego legendarnego miasta. Z drugiej strony – już od dawna był pesymistą, co do wyniku tej kampanii, a zatem uważał powrót konwoju za

„dobrą nowinę, ponieważ oznaczać mogła albo przerwanie działań wojennych i nadzieje na pokój, albo to, że Cesarz wracał na leża zimowe w Polsce i nie zamierzał narażać nas na spędzenie zimy w miejscu tak daleko wysuniętym w głąb Rosji”.

Wkrótce jednak zaczynają się dziać znacznie gorsze rzeczy. W dzienniku Roedera pod datą 9 października znajduje się wpis:

„Dzisiaj znaleźliśmy na drodze rosyjskiego żołnierza, który został niedługo przedtem zastrzelony. Był to jeniec, który z powodu osłabienia, choroby, a może jedynie rany w stopie, nie był już w stanie iść dalej, więc zgodnie z rozkazami został zastrzelony przez eskortę!”.

Poprzedniego dnia Hesi spotkali jednostkę, która wykonywała te egzekucje:

„czterystu Włochów z 2. Pułku. Jej dowódca pozwolił na rozstrzelanie trzydziestu jeńców podczas naszego pobytu w Dorohobużu, ponieważ jako chorzy nie byli w stanie iść dalej”.

Roeder, jak każdy oficer pozostający przy zdrowych zmysłach, natychmiast  uprzytomnił  sobie  konsekwencje  takiego  postępowania.

„Wyglądało na to, że do nikogo nie dociera, iż oznacza to, że Rosjanie znajdą sobie usprawiedliwienie, aby mścić się na naszych jeńcach”. A jednak do kolejnej takiej masakry dochodzi w Wiaźmie 10 października. Zaś sześć dni później

„zaczęły krążyć wieści, że kilkuset uzbrojonych chłopów i Kozaków, którzy swoją bazę operacyjną mieli jakieś pięć lig stąd, przechwyciło bagaże pułku westfalskiego i wymordowali eskortę. W związku z tym, na rozpoznanie wysłany został kapitan von Storck z dwoma oficerami, ośmioma podoficerami, ośmioma strzelcami wyborowymi i stu dwudziestoma żołnierzami”.

Następnego dnia grupa ta wróciła – ze zrozumiałym pośpiechem – nie napotkawszy ani Kozaków, ani uzbrojonych chłopów. W końcu, 24 października, Teste otrzymał pilny rozkaz, aby

„przeprowadzić inspekcję dróg położonych na północ i na południe od Wiaźmy i poszukać dróg równoległych do głównego traktu aż po Dorohobuż, którymi mogłaby przejść armia, czy raczej wielki tłum. Miał też przyjrzeć się, czy istnieją tam jakieś kwatery nadające się dla wojska w porze zimowej, a także jaką żywność można tam dostać”.

Dlaczego ma to wszystko zrobić, pozostawiono jego domyślności. Ma jednak wysłać raport dla Berthiera nie później niż 30 października. Wydziela więc oddział złożony z czterech kompanii Hesów, liczący sobie co najmniej 300 żołnierzy i 50 jeźdźców (20 francuskich dragonów i 30 portugalskich szaserów). Po odprowadzeniu starzejącego się – schorowanego, zrzędliwego i gadatliwego – Baraguaya d’Hilliersa do Dorohobuża, oddział przeprowadza nakazany rekonesans. Główny trakt został ogołocony ze wszystkiego co nadaje się do jedzenia, lecz w pewnej od niego odległości, żołnierze znajdują mnóstwo produktów, jakie rolnik może dostarczyć, a las ukryć. Bezpośrednio po bezpiecznym powrocie do Wiaźmy, mało co pojmujący, lecz łatwo ulegający gniewowi pułkownik Follenius zażądał od Roedera, aby ten napisał mu cztery kopie swojego raportu. Roeder jednak, nie czujący się zresztą zbyt dobrze, odmawia. Wydaje mu się, że pilniejsze jest raczej złożenie stanowczego protestu przeciwko poczynaniom kilku portugalskich szaserów, którzy – choć sami niezmiernie boją się Kozaków –to jednak zmaltretowali paru wieśniaków. Uczyniwszy to, Roeder ma właśnie udać się gdzieś na noc, gdy niespodziewanie – 31 października o 4 po południu – cała sytuacja ulega zmianie. 

Kto pierwszy dostanie się do Wiaźmy? Francuzi, czy Rosjanie? Adiutant zmarłego brata Caulaincourta – Augusta – oficjalnego bohatera bitwy pod Borodino, został wysłany naprzód, aby przekazać Junotowi rozkaz dla jego Westfalczyków: „mieli zająć miasto o świcie, przedsięwziąwszy wszystkie możliwe środki ostrożności, aby móc je utrzymać”.  Obawy dręczą także Eugeniusza, ciągnącego kilka mil  za CKG, który wysyła naprzód jednego ze swoich adiutantów, dowódcę szwadronu Labédoyère’a, a dodatkowo jeszcze – aby zabezpieczyć się podwójnie – kapitana Labaume’a. Wyprzedzając CKG, Labaume jest zdziwiony, gdy widzi Napoleona noszącego lamowany futrem czepek zamiast swojego słynnego szwajcarskiego cywilnego kapelusza. Najwyraźniej Eugeniusz pragnie – tak jak inni – dostać się do Wiaźmy przed Rosjanami. Labédoyère wraca do jego kwatery głównej, narażając się po drodze na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa. Mimo to, ów poranek w Wieliczewie pozostanie w pamięci Planata jako

„jeden z najprzyjemniejszych podczas całego  odwrotu.  Była tam tylko jedna chatka [sic], którą zajmował Cesarz. Biwakowaliśmy nieopodal, śpiąc, jeśli kto potrafił, wokół ogniska ze świeżego drewna. Tego ranka, przed świtaniem, usłyszałem, jak bębny wybijały sygnał na diane. Wskazywało to, że mimo postępującej dezorganizacji armii istnieje jeszcze regularna służba. Dźwięk bębna dochodził mnie ze strony batalionu Starej Gwardii, biwakującego w kwadracie wokół CKG. Właśnie zaczęły pokazywać się pierwsze promienie światła dziennego, mogłem więc dojrzeć ów batalion stający pod bronią, wspaniale wyszykowany i prezentujący dobrą postawę”.

Gdy wstaje świt, na czele batalionu staje sam Napoleon. O 2 po południu Teste właśnie „dokonuje konno przeglądu swoich placówek na drodze do Gżacka”, gdy „przedstawia mi się jakiś oficer ordynansowy i oznajmia mi o przybyciu Cesarza”. Teste wydaje wszelkie niezbędne rozkazy dla dowódcy w Wiaźmie (rozkazy najwyraźniej nie przekazane dość szybko, ponieważ Roeder otrzymał je dopiero dwie godziny później) i rusza na wschód aby, jak wymaga protokół, powitać Cesarza,

„którego bezzwłocznie rozpoznałem, choć wbrew swoim normalnym zwyczajom nosił kurtkę mundurową z zielonego aksamitu ze złotymi brandenburgami.8 Posuwał się na czele grupy – w pierwszym jej szeregu znajdowali się Murat i Berthier. ‘Oto i Teste!”, oznajmił król Neapolu. ‘Ach, Teste’, rzekł Cesarz, ‘cóż tu nowego u ciebie?’ – ‘Nic, Sire, całkiem nic’. – ‘Masz dla nas jakąś żywność?’ – ‘Nasze magazyny są zapełnione wszystkim, co mogliśmy zebrać w promieniu 8 do 10 lig’”.

Zadowolony Napoleon mówi mu, że bezpośrednio za nim idzie Gwardia:

„Otrzymała ona żywność na pięć dni. Niech pan dopilnuje, aby nie wydzielano jej niczego w Wiaźmie. Wszystko trzeba trzymać dla rannych, którzy powinni dotrzeć do pana pojutrze”.

Z tymi słowami rusza przed siebie w kierunku miasta, aby „o 4 po południu zsiąść z konia przed byłą kwaterą mojego poprzednika”.

Wśród wszystkich oficerów heskich, jedynie Roeder płynnie włada francuskim. Chory czy nie, otrzymuje rozkaz, aby wziąć setkę swoich najlepszych żołnierzy, wzmocnionych wybranymi z 2. batalionu Gwardii Heskiej i zmontować straż wokół „Pałacu”, czyli mieszkania Napoleona:

„Postawiłem dwóch grenadierów w przedpokoju, zgodnie z rozkazami adiutanta, a pomniejsze posterunki rozstawiłem tak, jak sam uważałem  za  słuszne.  Umieściłem  sześciu  strażników w przedpokoju, parami u dołu i u szczytu schodów, lecz nie kazałem im ładować broni, jak posterunkom zewnętrznym, dlatego, że taki strażnik i tak nie może zrobić bezpośredniego użytku z broni długiej, a poza tym broń mogła któremuś wypalić przypadkowo. Obserwował to wszystko adiutant i zauważył, że dla takich osiłków bagnet jest najlepszym i jedynym środkiem obrony. Zadbałem też o to, żeby zabarykadowano wszystkie punkty, gdzie wzmocnienia zdawały się uzasadnione, zwłaszcza na tyłach domu, rozesłałem patrole, aby obserwowały i nasłuchiwały dokoła, zdwoiłem straże, itp. Krótko mówiąc, zostało zrobione wszystko, aby uniemożliwić jakikolwiek niespodziewany atak ze strony odważnego nieprzyjaciela, który mógłby zostać poinformowany przez miejscową ludność”.

Wszystko to zostaje kapitanowi wynagrodzone przez dyżurnego adiutanta krótkim „dobrze”, nawet „bardzo dobrze”, a w końcu też kilkoma słowami od samego Berthiera, „którego nie widziałem od czasu Tylży” [w 1807 roku]. Podczas rozstawiania posterunków przed salą audiencyjną, Roeder słyszy „donośny głos” samego Napoleona rozkazującego natychmiastową ewakuację wszystkich chorych i rannych do Smoleńska. Samemu przybywszy nie tak dawno ze Smoleńska drogą, o której naprawę nikt się nie zatroszczył, Roeder prywatnie myśli sobie, że żaden z rannych tam nie dotrze. Wkrótce kapitan słyszy, jak Jego Cesarska Mość dyktuje inne rozkazy. Jeden z nich jest skierowany do gubernatora Smoleńska, generała Charpentiera i ma być wykonany przez jednego z oficerów. Ten chwiejnym krokiem schodzi teraz po schodach, aby przekazać generałowi, że „3 listopada armia będzie w Dorohobużu”,

„dokąd mają zostać przekazane wszystkie szczegóły o stanach zapasów w Smoleńsku. Inni posłańcy i adiutanci zostają wysłani do Witebska i Mohylewa z rozkazami rozpoczęcia w obu miastach wypieku chleba w możliwie największych ilościach”.

 Przybył także kurier, przywożąc listy, jak widzi Fain, datowane w Paryżu (14 października), Wilnie (26 października) oraz jeszcze dwa od Saint-Cyra (19 i 20 października) dowodzącego – oprócz swojego bawarskiego VI Korpusu w Połocku – również II Korpusem, a także od Victora, „najświeższy z datą 24 października”.

W oka mgnieniu wszyscy – od Berthiera po straże – dowiadują się, że Victor, zamiast, jak wszyscy przypuszczają, być w Smoleńsku, gotów przyjść im z pomocą, maszeruje na północ, aby wesprzeć długo już cierpiący, lecz ciągle nietknięty II Korpus, który – jeśli rozkazy Napoleona zostały wykonane – wycofuje się z rejonu Połocka w kierunku linii odwrotu armii moskiewskiej. 

Przez pierwszą część jasnej i zimnej nocy, przy –3 do –4 stopniach Réaumura (–20C),  rzeka Wiaźma, w miejscu, gdzie przepływa przez miasto, pokrywa się częściowo lodem, a na polach osadza się gruba warstwa szronu. Roeder i jego posterunki słyszą i widzą jakąś artylerię i kawalerię Gwardii maszerującą przez miasto bez zatrzymywania się w nim. Ponieważ dowodzi nimi Murat, zdziwieni strażnicy zastanawiają się, co się dzieje. Napoleon jednak wciąż pracuje nad

„ciągle napływającymi do niego raportami. O północy nadal był zajęty. W jego pokoju cisza zapadła nie wcześniej jak o 1 w nocy, zaś o 3:30 nad ranem znów widziałem go na nogach”.

Potem, o 9 rano, przybywa Stara Gwardia. Cesarz stoi na balkonie, obserwując ją podczas przemarszu. Hesi, mając nakazane odstąpić jej swoje koszary, muszą wynieść się na zachodnie przedmieścia i biwakować w lodowatym zimnie.

Cały ten dzień [1 listopada] Napoleon spędza w Wiaźmie, dyktując  rozkazy  i  oczekując,  aby  doszlusowała  do  niego  reszta  armii, a przede wszystkim tylna straż Davouta, którą – ze wzrastającą irytacją – zaczyna już uważać za główny powód zwłoki. Jak zwykle, gdy ma wolną chwilę, czyta też gazety, prawdopodobnie dostarczone przez kuriera. A to co takiego? Jego braciszek Hieronim, król Westfalii, poszedł  i  przekształcił  najważniejszy  kościół  protestancki w Kassel w świątynię katolicką!? Pisać! I natychmiast Fain, siedzący w rogu pokoju, przy małym przenośnym biurku, zaczyna, swoim mało czytelnym charakterem pisma stenografować list do Wilna, do Mareta, aby ten przekazał go dalej do Kassel. Minister ma poinformować Hieronima, że

„bardzo niebezpiecznie jest wikłać się w sprawy religii, ponieważ rozdrażnia to jedynie ludność. Że Kassel jest miastem protestanckim i  król  musi  zostawić  miejscowych  protestantów w spokoju”.

2 listopada, około południa, robi się najwyższy czas, żeby zbierać się i ruszać w drogę. Forysie i eskorta rzucają się do swoich koni. Zjawia się Caulaincourt z cesarskim pejczem do konnej jazdy: Napoleon kuśtyka na dół po wąskich, stromych schodach, straże przy drzwiach wołają „l’Empereur!”. Brązowa berlinka cesarska zajeżdża przed wejście. I już CKG wyjeżdża „do Semlewa, dokąd cesarz zamierza przenieść swoją kwaterę główną”. Teste ciągnie dalej:

„Dołączyłem do eskorty, aby przejechać z nią przynajmniej ligę od stolicy mego gubernatorstwa, gdzie otrzymałem ostatnie rozkazy z ust samego Cesarza:

‘Powiesz pan marszałkowi Neyowi, że gdy tylko I Korpus przejdzie przez Wiaźmę, ma on przejąć odpowiedzialność za straż tylną. Davout ma mu udzielić wsparcia’”.

Gdy jednak Teste powraca do Wiaźmy, jego oczom ukazuje się widok tak szokujący, że będzie on stanowił

„najpaskudniejsze wspomnienie z okresu całej mojej kariery. Podczas mojej dwuipółgodzinnej nieobecności, weszła do miasta [reszta] Gwardii Cesarskiej, której spodziewaliśmy się dopiero wieczorem, siłą wyrzuciła straże i złupiła wszystkie nasze magazyny. W kilka chwil całe zapasy, które z takimi kłopotami zgromadziliśmy, zostały rozproszone, rozrzucone, unicestwione przez żołnierzy, którzy choć już byli zaopatrzeni w żywność na pięć dni, zachowywali się jak wygłodniali szaleńcy”.

Wszystko, co Teste może jeszcze zrobić tego wieczora, to wysłać pełen oburzenia raport do Berthiera z protestem przeciwko wstrętnemu, choć zwyczajnemu postępowaniu Gwardii. A gdy

„3 listopada nad ranem dotarł do nas duży konwój z rannymi, udał się natychmiast do Smoleńska, ponieważ nie mieliśmy już żadnych przydziałów do wydania. Tegoż wieczora12 Gwardia ruszyła za konwojem, z tym samym co i on miejscem przeznaczenia, więc apelowałem do jej panów oficerów, aby zadziałali tak, by ich oddziały przekazały rannym jakąś niewielką część swoich zapasów, przychodząc w ten sposób z pomocą owym dzielnym ludziom”.

Gdy zjawia się z kolei Młoda Gwardia, do Pułku Heskiej Gwardii Pieszej dołączają pozostali, z drugiego Osobistego Batalionu Księcia, wracający z Moskwy z odzieżą, kawą, cukrem, herbatą i żywnością – niemal 80 sztuk bydła! Po czym także i oni zostają zagarnięci przez odwrót.

Za bramą miejską panuje ogromny ścisk. Gdy miasto opuszcza Stara Gwardia, komisarzowi Kergorre, który musiał obozować za bramą, żandarmeria kwatery głównej pakuje na jego wóz Skarbu jakiegoś rannego Holendra,

„aby służył nam jako ochrona. Ponieważ droga była zablokowana przez Gwardię i jej zaprzęgi, musieliśmy przechodzić przez Wiaźmę jakimiś nieużywanymi przez innych trasami, przekraczać głębokie rowy, obchodzić studnie, iść podwórkami i ogrodami, a czasem nawet wdrapywać się na rozwalone domy”.

Na szczęście konie Kergorre’a są nadal w dobrej formie, udaje mu się nawet wydostać z powrotem na trakt smoleński, gdzie napotyka

„przechodzącą właśnie Starą Gwardię. Ponieważ trakt ten był bardzo szeroki, więc im większy korek panował pod bramami Wiaźmy, tym swobodniej nam się maszerowało. Marszem dowodził tutaj marszałek Lefèbvre. Widząc mnie, idącego obok mojego wozu, wezwał mnie do siebie  na dłuższą pogawędkę. Szedłem wtedy obok jego konia. Rozmawialiśmy dość długo o istniejących okolicznościach, a także o administracji w takich czasach. Zachowywał się wobec mnie z wielkim szacunkiem i uprzejmością”.

Jednak język syna młynarza, który wyrósł w szeregach dawnej Gwardii Królewskiej, aby zostać w końcu diukem Gdańska, w każdym razie nie wywodzi się z salonów.

„Tego ranka marszałek spodziewał się, że zostanie zaatakowany przez Płatowa, więc wygłosił takie oto kazanie swoim oddziałom zgromadzonym na placu:

‘Grenadierzy, szaserzy! Kozacy są tam, tam, i tam, i tam [wskazując przy tym cztery strony świata]. Jeśli nie pójdziecie za mną, to już po was. Po wszystkich. Nie jestem zwyczajny generał i nie na darmo Armia Mozeli nazywała mnie Odwiecznym Ojcem.  Grenadierzy, szaserzy! Powiadam wam jeszcze raz: Jeśli nie pójdziecie za mną, to was wszystkich wyp...olą. A pozostałych pieprzę, niech ich wyp...olą’”.

Ekshuzar, marszałek Ney także ma zwyczaj bardzo bezpośredniego wyrażania się – Teste uważa, że bywa aż nadto bezpośredni. Rano 4 listopada, eksgubernator właśnie szykuje się do wyjazdu, gdy widzi

„jak przybywa III Korpus, na czele ze swoim szefem, któremu przekazuję rozkaz Napoleona. Gdy mu powiedziałem, że to Davout ma wspierać jego straż tylną, Ney powiedział mi: ‘Och? Co się tego tyczy, to wiemy jakiego rodzaju wsparcia można się po nim spodziewać’. Potępił także, w słowach, których tu nie powtórzę, sprawowanie się Gwardii”.

CKG dociera do Semlewa o 7 wieczorem, a za nią nadciąga Gwardia.

„O godzinę marszu od miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc”, jeden z kanonierów Piona des Lochesa podchodzi do niego, aby oznajmić, że oś jego wozu jest złamana.

„Moi oficerowie byli zasmuceni jeszcze bardziej ode  mnie. Wóz ten wiózł wszystkie nasze zapasy, zaś typ osi był odmienny od stosowanych we wszystkich pozostałych pojazdach. Co się miało z nami stać? Jak tu zaczynać jakieś reperacje? Nocą i w skrajnym zimnie. Gdzie znaleźć jakichś rzemieślników? Szczęśliwie Levrain, najlepszy sierżant naszej kompanii roboczej maszerował razem ze mną na czele naszego taboru. Natychmiast cofnął się na tyły i ledwie dotarliśmy na miejsce naszego biwaku, gdy doprowadził tam mój wóz, już wyposażony w zwykłą oś”.

Pion des Loches nagradza sierżanta sześcioma butelkami bordeaux.

„Ożywi go to na parę dni”.

Choć CKG obozuje w Semlewie, a następnego ranka rusza do Sławkowa, dokąd dociera o 3 po południu, to korpusy Poniatowskiego, Eugeniusza i Davouta nadal znajdują się po niewłaściwej stronie Wiaźmy. A przednia straż Kutuzowa ciągle zbliża się do tej „wielce dogodnej do obrony pozycji”. Tym razem to Planatowi de la Faye przypada pojechać do tyłu, do Davouta, aby mu powiedzieć, aby trochę ruszył te swoje resztki. W Moskwie Planat, człowiek delikatnej budowy, tak był zajęty swoimi obowiązkami, że „w przeciwieństwie do wielu oficerów nie umiałem zdobyć dla siebie futra, czy drugiej pary butów.13 Teraz więc rusza w drogę trzęsąc się z zimna w nieodpowiednim odzieniu. W Wiaźmie nie zastaje już korków, wręcz przeciwnie, miasto jest całkowicie opuszczone. Po wypełnieniu swojej misji, Planat zatrzymuje się tam, „aby znaleźć coś do zjedzenia, ponieważ padałem z głodu” – najwyraźniej Davout, jak zwykle, nie okazał najmniejszej choćby gościnności:

„Pobłąkawszy się przez chwilę między ruinami i nie spotkawszy żywej duszy, zauważyłem wreszcie, w kącie zawalonego dworku, mężczyznę kucającego przed niewielkim ogniskiem”.

Planat z zaskoczeniem stwierdza, że jest to niejaki kapitan Burgstaller,

„z którym byłem bardzo blisko w Berlinie. Prawdziwy z niego filozof, nie dbający o świat, biorący rzeczy i sprawy takimi, jakie są, zaś ludzi takimi, jakich ich widział. Burgstaller nie utracił nic ze swojego dobrego humoru. W garnku gotował sobie trochę koniny przyprawionej prochem strzelniczym i przez pół godziny zabawiał mnie swoimi szokującymi wygłupami i wesołymi wspomnieniami z przeszłości”.

Potem Planat dołącza z powrotem do kwatery Lariboisière’a w Sławkowie.

Armia Włoch, poprzedzana przez polski V Korpus, za sobą zaś mająca – „choć w pewnej odległości” – I Korpus, od przedświtu kontynuuje marsz w gęstej mgle. W pobliżu rozwalonej wioski Carewo Zajmiszcze Włosi muszą przekroczyć

„ziemną groblę, którą niegdyś biegła główna droga, lecz którą przejście armat uczyniło nieomal niezdatną do użytku. Aby móc kontynuować podróż, musieliśmy zejść na bagnistą nizinkę, przeciętą szerokim strumieniem. Pierwszym udało się go przebyć dzięki temu, że pokryty był lodem, lecz zdołali go przy tym połamać, więc potem albo trzeba się było narażać na brodzenie w rzeczce, albo czekać, aż zostaną ukończone nędzne, pośpiesznie wznoszone mostki. Od chwili, gdy dotarło tam czoło naszej kolumny, pojazdów bez przerwy przybywało. Wzdłuż całej drogi rozrzucone więc były działa, powozy i wózki wiwandierek, podczas gdy ich woźnice, jak to mieli we zwyczaju, korzystali z chwili, rozpalając ogniska, aby rozgrzać przy nich zdrętwiałe kończyny”.

Wszystko zdaje się być całkiem bezpieczne, gdy nagle

„z gęstych lasów po naszej lewej wypadają Kozacy i z przeraźliwym wrzaskiem walą na tę nieszczęsną masę. Na taki widok każdy człowiek, pod wpływem strachu, działa odruchowo. Niektórzy chronią się w lasach, inni biegną do swoich pojazdów, zacinają konie i – nie mając pojęcia dokąd właściwie jadą – rozpraszają się po całej równince, aby tam – utknąwszy w bagnach – stać się łatwym łupem Kozaków”.

Więcej szczęścia mają ci, którzy okopują się poza zbitą masą pojazdów i tam oczekują wybawienia, „jakie wkrótce nadchodzi pod postacią piechoty”. W międzyczasie jednak, żołnierze taborów IV Korpusu zaczynają je rabować. „Teraz wśród własnych ludzi”, będzie nawet gorzko wspominał Labaume, „nie jest już bezpieczniej, niż wśród wrogów”. Kradzież staje się właściwie zjawiskiem powszechnym. Poprzedniej nocy pozwolił sobie na coś takiego – „wiedziony głodem” – nawet sierżant Bertrand. Po dojściu do obozowiska 17. Pułku Lekkiego, gdy ujrzał kilku żołnierzy z taborów, śpiących pod przykryciem wokół ogniska, „skorzystał z nieobecności kucharza, przeskoczył nad śpiącymi i zbiegł z jednym z ich solidnie wypełnionych garnków. Jego zawartość dogodziła mnie i moim towarzyszom”. Teraz, około 8 lub 9 rano, Griois i jego wesoły przyjaciel pułkownik Jumilhac, nadal jadą w „zimnej, gęstej mgle, w której nie widzieliśmy nic z odległości dziesięciu kroków, ale za to byliśmy całkiem bezpieczni”. Znajdują się teraz nieco przed własną artylerią, a także wyprzedzają tylne straże I i IV Korpusu,

„gdy koło uszu zagwizdała nam jakaś kula. Po kilku chwilach, po naszej lewej stronie rozpoczął się wyjątkowo ożywiony ogień armatni i karabinowy”.

Pierwszy strzał spowodował, że książę Eugeniusz (jak to jednego dnia powie Wilsonowi) „zaczął odczuwać zagrożenie, jakiego nie czuł jeszcze nigdy w życiu, ponieważ natychmiast przewidział fatalne konsekwencje”. Sąsiednie jednostki piechoty zatrzymały się w osłupieniu:

„Generałowie nie wiedzieli co robić, ani nawet w którą stronę się obrócić. Byliśmy ostrzeliwani przez nieprzyjaciela, którego nie mogliśmy dojrzeć. Wreszcie kilka batalionów rozwinęło szyki. Inne sformowały czworoboki przeciwko jeździe, jaka wkrótce zwaliła się na nas, zaczęliśmy też odpowiadać nieprzyjacielowi ogniem. Stopniowo mgła zaczynała się rozstępować, do czego przyczyniały się wystrzały armatnie, a w końcu zobaczyliśmy z kim mamy do czynienia. Była to cała straż przednia armii rosyjskiej, prowadzona przez Miłoradowicza. Osłonięta gęstym lasem i mgłą, niemal dotykała drogi, którą się poruszaliśmy. Rosjanie zaczekali z zaatakowaniem nas, dopóki większa część IV Korpusu nie przeszła przez Wiaźmę, a przynajmniej dopóki tam nie doszła i dopóki I Korpus nie wystawił się do nich swoim skrzydłem”.

IV i V Korpus zostawiły już za sobą paskudne defile pod Carewo Zajmiszczem, gdy

„na  drogę  niespodziewanie  wypadł  silny  oddział  Kozaków i momentalnie odciął nas od korpusu Poniatowskiego. Gwardia Królewska, dzisiaj idąca w straży przedniej, nie traci czasu, aby ich przegonić. Lecz równocześnie jazda awangardy nieprzyjacielskiej  atakuje  lewe  skrzydło  naszych  końcowych  kolumn i próbuje zagrodzić im drogę. Gwardia tworzy kolumnę, przeprowadza szarżę na bagnety i oswobadza naszych towarzyszy”.

Szykowna brygada kawalerii Preyssinga, jeszcze w czerwcu przydzielona do IV Korpusu, której eleganckie manewry Włosi tak podziwiali w lipcu, lecz teraz „zredukowana do zaledwie jakichś 200 koni”, zbliża się właśnie do miasta, gdy

„tuż przed nami niespodziewanie zaczynają walić działa, a na jakiejś wyniosłości w pobliżu miasta zauważamy zmasowane oddziały, strzelające z kilku dział w kierunku nadal niewidocznego dla nas nieprzyjaciela. Oddziały te należą do korpusu Poniatowskiego, zaś Rosjanie próbują przeciąć połączenie między nimi a naszym zgrupowaniem. Ponieważ jednak tkwili gdzieś nisko, więc też nie mogliśmy ich widzieć”.

Gdy tylko jednak ich ujrzeli, ciągnie opowieść von Muraldt, IV Korpus – „nie bez zgiełku i bałaganu” – rozciąga się w linię bojową na lewo  od  swojej  trasy.  Zwycięzcy  spod  Małojarosławca,  Francuzi i Włosi, byli w coraz bardziej beznadziejnym stanie. Coraz więcej ludzi pozostawało w tyle, a Cesare de Laugier, zerkając z niepokojem przez ramię, widział jak

„znaczna liczba chorych i rannych oraz żołnierzy zbyt osłabionych, aby nadążyć za swoimi jednostkami, po prostu rzucała najpierw swoje tornistry, a potem karabiny, mając nadzieję, że bez nich będzie im lżej maszerować i zdołają doszlusować do swoich pułków.  Kompletne  zamieszanie.  W takim bałaganie nieboracy ciągle idą przed siebie, czyniąc nadludzkie wysiłki, aby nie stracić z oczu straży tylnej. Wreszcie jednak padają. Bóg raczy wiedzieć, co się z nimi stanie!”.

Potrzeba teraz dwunastu lub nawet piętnastu wymizerowanych koni, aby uciągnęły jedno tylko działo. I Korpus, który składa się tylko z 11, może 12 tysięcy zdolnych do walki, z początkowej liczby równej 79 000, jest w niewiele lepszym stanie. Ma on właśnie przekraczać defile pod Carewem, gdy Miłoradowicz, „wykorzystując lukę pomiędzy I a IV Korpusem” atakuje go całymi rojami lekkiej kawalerii:

„Nadciągnęli oni i wpadli na kolumnę nieuzbrojonych żołnierzy, kilkukrotnie przechodząc przez nią, lecz nie czyniąc wielkich szkód owej masie, która zbiła się jak stado owiec przed zbliżającym się wilkiem. Tylko kilku żołnierzy oddzielonych od grupy otrzymało ciosy lancami”.

Przez pewien czas straż tylna Davouta trzymała się wioski Fedorowskoje, lecz jazda Paskiewicza w końcu ją stamtąd wyparła i ściga ich teraz drogą na Wiaźmę. Przez chwilę cały I Korpus jest zagrożony zgnieceniem przez 19 000 żołnierzy Miłoradowicza.

Gdy wszystko to się rozgrywa, inny korpus rosyjski, nadciągający drogą od Medyni, próbuje zająć samą Wiaźmę. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ miasto jest osłonięte od tej strony łukiem dwóch rzeczek, a czołowe dywizje Neya już je opanowują. Fezensac widzi jak

„Dywizja Ledru zajęła pozycje na wyżynie panującej nad tymi potokami i zapobiegła ich sforsowaniu przez nieprzyjaciela, zaś dywizja Razouta cofnęła się, aby dopomóc I i IV Korpusowi w przebiciu się”.

Sprawy nie układają się zbyt korzystnie dla Davouta,

„który jest atakowany przez znaczne siły. Wicekról, poinformowany o niebezpieczeństwie, w jakim ten się znajduje, rozkazuje naszym kolumnom odpaść nieco do tyłu, zebrać się, przegrupować i pognać na pomoc marszałkowi. Także i Poniatowski wraca po własnych śladach i zajmuje pozycję przed Wiaźmą, na lewo od drogi”.

Umieściwszy „te resztki kawalerii, jakie mu jeszcze pozostały” – bawarskich szwoleżerów Ornana – na lewo od Polaków, Eugeniusz musi wycofać swoje dywizje dość daleko, zanim zajmą pozycję na jakimś wzniesieniu, skąd zagrożą tyłom lewego skrzydła Miłoradowicza:

„Rozmieszczamy naszą artylerię, zaś strzelcy wyborowi pod osłoną żywopłotów atakują linie nieprzyjaciela. W tym samym czasie główne siły Davouta wkraczają do akcji, aby otworzyć sobie przejście”.

Po tym, jak lekka piechota włoska zmusiła rosyjskich artylerzystów do wycofania się galopem, „wicekról posyła kolumnę piechoty przez jakieś krzaki na lewe skrzydło Rosjan”. Zmusza to ich do wykonania zwrotu, a ponieważ są atakowani ze wszystkich stron, do opuszczenia pozycji w poprzek drogi. Jednak właśnie w chwili, gdy oba korpusy odzyskują  kontakt,  Lejeune  widzi,  jak  około  50  rosyjskich  armat

„znów rozpoczyna bardzo ostrą kanonadę”. Włosi z odwagą stawiają opór, lecz Laugier z trwogą zauważa, że „korpus Davouta, wymęczony i zdemoralizowany wszystkimi niedostatkami, jakie musiał znosić od czasu bitwy pod Małojarosławcem, już nie wykazuje tak wspaniałej postawy, jaką się cechował od początku kampanii”. Zauważają to także Eugeniusz i Labaume:

„Żołnierze tylko w niewielkim stopniu przestrzegali dyscypliny. Większość była ranna lub chora ze zmęczenia, za to rozrastał się tłum maruderów”.

W międzyczasie Griois został odcięty od swoich dział i zmuszony do szukania schronienia w czworoboku sformowanym przez 92. Pułk Liniowy z brygady generała Nagela, należącej do włoskiej 3. Dywizji. W każdej chwili widzi, jak rosnący nieustannie tłum cywilów i maruderów utrudnia samo tylko dosłyszenie rozkazów, nie mówiąc już o ich wykonaniu:

„Cała ta masa izolowanych ludzi, nie uznających ani dowódców, ani dyscypliny, a gnana jedynie swoją żądzą rabunku, została poddana srogiej próbie. Na odgłos pierwszych strzałów armatnich zatrzymała się, nie wiedząc dokąd iść w otaczającej ją mgle. Powiększona o znaczną część cywilnych pracowników, których administracja już nie istniała, oraz wiwandierki i całe mnóstwo wózków wypełnionych dzieciakami i żywnością, rzucała się to w jedną, to w drugą stronę, zależnie od tego, skąd nadleciał kolejny eksplodujący w tłumie pocisk. Ciągle nadlatujące kule, orzące bruzdy we wszystkich kierunkach, z których zaraz podnosiły się okrzyki rozpaczy, tworzyły potworne widowisko. Z oczywistych powodów, walczące jednostki wypychały z szeregów tych, którzy zbiegli z tłumu, aby szukać wśród nich schronienia, tak że nieszczęśnicy byli wystawieni na ogień nieprzyjaciela, a czasem też na ogień naszych własnych czworoboków. Poruszali się w nieładzie po terenie usłanym martwymi i rannymi ludźmi oraz pogruchotanymi pojazdami”.

Widząc to wszystko, ciągnie Laugier,

„nieprzyjaciel stawał się coraz śmielszy i zdwoił tempo ognia armatniego. Po naszej stronie nędzny stan koni opóźniał manewry artylerii. Miłoradowicz, pewien swojej przewagi, próbuje wyprowadzić kolejny dziarski atak, aby obejść nasze skrzydło. Jednak włoscy szaserzy oraz bawarscy i polscy [liniowi] lansjerzy, choć na bardzo kiepskich koniach, śmiało stawiają czoła Rosjanom i zmuszają ich do ucieczki. Przede wszystkim dzięki naszym kawalerzystom piechota dociera wreszcie na osłaniające Wiaźmę wzgórza”.

Jest już prawie południe i mgła zanikła. Victor Dupuy od dwóch dni

„wypił tylko kawę i kilka łyków kleiku, którym podzieliło się ze mną kilku huzarów z 8. Pułku”. Generał Jacquinot wysyła go, aby zatrzymywał i odsyłał do ich jednostek wszystkich oficerów i kawalerzystów należących do tego, co dawniej było jego dywizją kawalerii, a co w tej chwili być może przechodzi już przez Wiaźmę. „Spiknąłem się z kapitanem lekkiej artylerii nazwiskiem Crosnier. Powiedział, abym szedł za nim”. Crosnier przedstawia go

„pewnej rodzinie francuskiej, która uciekła z Moskwy, zaś Cesarz powiedział mu, aby ją zabrał do Francji. Składała się ona z matki i dwóch córek, w wieku dwunastu i czternastu lat”.

Dupuy jest jednak zbyt głodny, aby być wrażliwym na ich wdzięki.

„Znacznie bardziej przyciągnął moją uwagę udziec barani wiszący ponad bijącym w górę ogniem. Ileż to już czasu upłynęło od chwili gdy po raz ostatni miałem taką ucztę!”. Crosnier napełnia nawet kieszenie Dupuya chlebem i obdarowuje go rumem, którym ów dzieli się potem przykładnie z Jacquinotem i Tavernierem, jego szefem sztabu. Wśród całego tego misz-maszu także von Suckowowi dwukrotnie zdarza się szczęśliwy traf. Nie tylko spotyka jednego ze swoich towarzyszy broni, lecz także udaje mu się kupić od jakiegoś Żyda garnek dżemu, który – jak podejrzewa – pochodzić musi z wozu któregoś z marszałków („ale nie żądaliśmy świadectwa pochodzenia”) oraz trochę placka, z rodzaju tych, z jakich ponoć słynie Wiaźma.

W tym samym czasie, na wschód od miasta toczą się nadal ciężkie walki. 13 000 żołnierzy IV Korpusu jest rozciągniętych w poprzek drogi, raz nieco bardziej na prawo od niej, za chwilę znów – bardziej na lewo, przy czym „ich lewe skrzydło tworzy jakby hak zwrócony ku otaczającym nas ze wszystkich stron Kozakom”. Na prawo od nich znajduje się I Korpus. Odnajduje się nareszcie artyleria pułkownika Griois, który już się niepokoił o jej bezpieczeństwo, choć jest w tej chwili na samym końcu I Korpusu. Ney także podesłał brygadę, aby osłaniała Davouta na drugim skrzydle, które „stoi pod bardzo ostrym kątem do drogi pocztowej”. Drugą linię stanowi 3500 Polaków Poniatowskiego oraz resztka 1. Korpusu Kawalerii. Choć strona francuska ma teraz przewagę liczebną nad 19 000 żołnierzy Miłoradowicza, to z każdą minutą robi się coraz zimniej i w szeregach Guardia d’Onore – gdzie wielu rannych oficerów ma „zabandażowaną głowę, lub rękę na temblaku”, a większość żołnierzy nie jadła niczego od kilku dni – ludzie zaczynają słabnąć i padać. „Inni, choć nie bardzo mogą utrzymać broń w rękach, walczą chętnie, aby się trochę rozgrzać, lub też w nadziei na rychłą śmierć, która wyzwoli ich z tych długich cierpień”. Griois widzi rudowłosego marszałka Neya

„powracającego skądś  galopem. Widzę go nadal, w miejscu gdzie toczą się najgorętsze walki, jak przemawia do żołnierzy, wskazuje generałom jakie powinni wydać dyspozycje, ożywia wszystkie serca bijącą z jego oczu pewnością siebie. Wywarł na mnie wrażenie jakiego nie potrafię opisać. Nawet król Neapolu w ogniu walki nigdy nie wydał mi się piękniejszym”.

I rzeczywiście, to właśnie Ney, powróciwszy na pomoc sąsiedniemu korpusowi, ustabilizował całą sytuację:

„Przez cały czas był obecny na miejscu działań i dłuższy czas maszerował z wicekrólem i księciem Eckmühl, naradzając się z nimi, jakie kroki powinni przedsięwziąć”.

Potem jednak, właśnie w chwili gdy Cesare de Laugier gapi się na

„całą tę trójkę, stojącą na jakimś wzniesieniu obok Gwardii Królewskiej, na prawo od drogi pocztowej, próbując uzgodnić swoje działania”, kolumny rosyjskie znów podejmują atak. „Wzdłuż całej linii ogień rozpoczyna się na nowo i to z nadzwyczajnym wigorem”, tak że między innymi 2. batalion 85. Pułku Liniowego, w czworoboku nieopodal świeżej przecinki w lesie, zostaje zepchnięty przez połączone siły rosyjskiej kawalerii i artylerii. Ku swojemu przerażeniu Le Roy widzi, że

„jedna minuta wystarczyła, aby czworobok zniknął. Jego dowódca, nazwiskiem Centennier, wezwał 1. batalion, żeby udzielił im wsparcia. Ten znajdował się 200 jardów bliżej naszej kawalerii, która go ochraniała. W przeciwnym razie na pewno spotkałby go ten sam los. Przyjął on jednak do swojego czworoboku szczątki 2. batalionu, który ocalał z rąk nieprzyjaciela, choć większość jego żołnierzy było rannych. Dowódca 1. batalionu padł trupem z gardłem rozciętym odłamkiem kartacza. Wszyscy żołnierze, wystrzeliwszy raz tylko ze swoich karabinów, próbowali uciekać, aby ujść masakrze. Tylko naszemu uporowi zawdzięczamy, że doszliśmy aż do miasta, dając w ten sposób czas na przejście pojazdom i kolumnom bezbronnych ludzi, którzy dalej pozostawali już pod ochroną III Korpusu, rozciągniętego w linię bitewną u wyjścia z miasta”.

Brygada lekkiej jazdy Preyssinga otrzymuje rozkaz wykonania szarży

„na liczne rosyjskie działa, zdobycia ich, jeśli to możliwe, a przynajmniej zmuszenia aby zamilkły”. Niewykonalne zadanie. Ale

„bez względu na naszą słabość i wielkie wyczerpanie większości koni, wykonaliśmy ten rozkaz z taką determinacją, że Rosjanie zmuszeni zostali do ucieczki, choć nie byliśmy w stanie zdobyć żadnej z ich armat. Na naszych znękanych szkapach mogliśmy szarżować jedynie kłusem”.

Le Roy powiada, że około 3 po południu, gdy światło dzienne zaczyna już słabnąć, resztki 85. Pułku, po tym jak nieprzyjaciel ostrzelał je kulami ciężkiego kalibru, powoli wycofują się w kierunku miasta. Podobnie, tuż przed czwartą, postępuje IV Korpus. Maszerując wśród płomieni, Le Roy widzi jak III Korpus rozwija się do bitwy na leżącej niżej róninie.

85. Pułk, choć powoli, ale jednak zdołał się wycofać. Wielu innym pułkom Davouta sztuka ta się nie udała. Obserwując bitwę z pozycji rosyjskich, Wilson widzi jak I Korpus, choć osłaniany przez korpus Neya,

„załamuje się i w wielkim zamieszaniu rusza do punktów przejścia. Pułk rosyjskich grenadierów nacierał na jego straż tylną aż do miasta, kłując bagnetami wszystkich stawiających im opór”.

Przez cały ten czas, mówi Lejeune, „Rosjanie ani na chwilę nie przestali strzelać z 50 dział w nasze nieszczęsne konwoje, które bez przerwy ciągnęły drogą mimo bitwy”. Wedłu majora Bonneta, którego

18. Pułk Liniowy, stanowiący część dywizji Razouta, osłaniał odwrót I Korpusu, cofanie się Włochów wyglądało bardziej na pogrom, zaś I Korpus wycofywał się w cokolwiek lepszym porządku. Jeśli tak było, to przynajmniej po części dzięki twardemu oporowi 7. Pułku Lekkiego, który przez większą część dnia wiązał walką regularną kawalerię rosyjską. Sierżantowi Bertrandowi rozleciały się w rękach dwa karabiny, „jeden podczas ładowania, drugi przy podsypywaniu prochu na panewkę”. Teraz, gdy już zapada noc, jego pułk otrzymał rozkaz osłony mostu nad szybko płynącą rzeką o stromych brzegach:

„Zagrożone przez kawalerię, jego cztery bataliony tworzą zwartą kolumnę dywizjonami, choć ich stany liczebne zdążyły ulec znacznemu zmniejszeniu. Około godziny 9 wieczorem, gdy siedzieliśmy na naszych tornistrach, mając chwilę dobrze zasłużonego odpoczynku, zostaliśmy ostrzeżeni o ataku nieprzyjaciela strzałami z naszych wysuniętych placówek, z których jedna została zniesiona ze szczętem. Była to nieprzyjacielska kawaleria. Pułkownik Romme kazał zewrzeć szyki na czele kolumny, ostatni dywizjon [tzn. dwie kompanie] zwrócony był do tyłu, a jego skrzydłowe szeregi na prawo i lewo, tak więc utworzyliśmy pełen, zwarty czworobok, co kompletnie nie zgadzało się z jakimkolwiek regulaminem, lecz doskonale pasowało do okoliczności. Natychmiast wszystkie cztery jego strony otworzyły ogień i niejeden jeździec rosyjski znalazł śmierć od kul naszych karabinów lub ciosów bagnetów. Tylko kilku naszych żołnierzy zostało rannych od strzałów z pistoletów”.

Pułkownik Romme otrzymuje pochwałę od Gérarda, swojego dowódcy dywizji. Ale roboty dla pułku ciągle nie brakuje. Godzinę później maszerują w kierunku mostu i pierwszy batalion go przekracza. Ale kompania karabinierów, do której należy Bertrand, otrzymuje rozkaz pilnowania brzegu rzeki dopóki przez most nie przejdzie cała kolumna:

„Mój kapitan Moncey (syn marszałka)15 wysyła mnie z kilkoma wybranymi osobiście przeze mnie żołnierzami na rozpoznanie w górę rzeki. Po 20 minutach zostajemy ostrzelani. Znajduję sobie pozycję na skraju lasu i wysyłam kaprala, aby ostrzegł kapitana. Cała kompania, a właściwie wszyscy, którzy nie przeszli jeszcze przez most, przybywają mi na pomoc. Nieprzyjaciel jednak zniknął. Przeprawiamy się więc na drugi brzeg. Jest już późna noc”.

Włoska Gwardia Królewska biwakowała „około dwie i pół mili od miasta”, w pobliżu konwoju chorych i rannych, w wielkim lesie, który poza tym „służy im jako szpital i grobowiec”. Włosi, znajdując się w obliczu nieprzyjaciela, stojącego po lewej stronie traktu, i mając nadzwyczajne ilości drewna na opał, „palą ogromne ogniska”, które płoną calutką noc. „Wicekról ma swój namiot pośrodku obozowiska pułku welitów, którzy w obecności księcia próbują udawać wesołość, w istocie, jak notuje ich starszy adiutant, bardzo „odległą ich sercom”. Od czasu do czasu adiutant słyszy działa Neya, tłukące w stojących za rzeką Rosjan, zaś obejrzawszy się, widzi, że to, co jeszcze zostało z domów w Wiaźmie – stoi teraz w płomieniach. W płonącym piekle Wiaźmy, gdy „przy biciu w bębny i z rozwiniętymi sztandarami wkracza do niej rosyjski generał Człogokow”,16 kilkuset francuskich chorych i rannych ginie w palącej się cerkwi. Zaczęła płonąć, gdy eksplodowały w niej jakieś porzucone pociski; prawdopodobnie jest to ta sama cerkiew, w której w sierpniu, z rozkazu Napoleona, wydzielona grupa Gwardii Cesarskiej dokończyła ceremonii pogrzebowej jej czcigodnego biskupa. Wilson jest uszczęśliwiony, gdy widzi, że „szwajcarska rodzina złożona z matki i dwóch córek, dziewcząt niezmiernej piękności, zostaje ocalona i z honorami odprowadzona na posterunek, gdzie znajduje bezpieczne schronienie”.

Według opinii zgorzkniałego „angielskiego generała”, porażka Miłoradowicza podczas próby odcięcia Davouta spowodowana została wyłącznie tym, że Kutuzow kazał ustawić broń w kozły w Biskowie, gdzie „pozostawał nieugięty, powiadając ‘czas jeszcze nie nadszedł’”, a także przez jego błąd wywołany niechęcią do pośpieszenia za Wiaźmę i odcięcia wszystkich trzech korpusów Francuzów, jak sugerował mu Miłoradowicz. „Gdyby marszałek wymaszerował o 8 rano, no, może nawet o 10 lub 12, Wiaźma mogłaby zostać zdobyta, mosty zniszczone, zaś korpusy wicekróla, Poniatowskiego, Davouta i Neya nie miałyby innego wyjścia, jak się rozproszyć, co zapewniłoby ich zniszczenie, lub skapitulować”. Ale nie wyruszył. Ney zyskał więc swobodę, aby móc ustabilizować sytuację.

Według pułkownika T.-J.-J. Séruziera walka o przebicie się pod Wiaźmą „kosztowała Francuzów 4000 żołnierzy, zaś nieprzyjaciela dwa razy tyle”. Wilson, który uważa, że Francuzi stracili 6000 ludzi, powiada, iż Rosjanie wzięli 2000 jeńców (sami Rosjanie ocenią potem ich liczbę na 3000), jeden sztandar i trzy działa. Z powodu braku koni trzeba było także porzucić tysiące maruderów oraz powozów. Padła też znaczna liczba oficerów. Cesare de Laugier z podziwem zapisuje ich nazwiska. „To właśnie w tym starciu”, pisze Lejeune, „kula armatnia urwała głowę pułkownikowi Banco, adiutantowi wicekróla, dowódcy 2. Pułku Włoskich Szaserów”. Wśród wziętych przez Rosjan do niewoli znajduje się trzydziestopięcioletni generał Pelletier, dowódca artylerii Poniatowskiego. Jest on podobnego zdania co Pion des Loches, Lariboisière i inni artylerzyści, i tym co go pojmali powiada, że

„Napoleon uczynił wielki błąd zatrzymując więcej niż 100 armat. Zrobiłby znacznie lepiej, gdyby zdecydował się wyrzucić nawet 500 sztuk, aby dostać się do Smoleńska z całością swojej armii. Zamiast tego jest zmuszony trzymać się w odwodzie podczas codziennych utarczek, których nie jest w stanie uniknąć, ponieważ jego kawaleria jest zmęczona w równym stopniu, co zaprzęgi artyleryjskie”.

Ostatnia szarża 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich von Muraldta kosztowała pułk dziewięć dziesiątych jego stanów ludzkich i końskich:

„Nasza brygada, obozująca obok lasku przy drodze, była tak paskudnie zmaltretowana, że doliczyliśmy się tylko 30-40 pozostających nam jeszcze koni. Oprócz wszystkich rannych i zabitych straciliśmy także pewną liczbę oficerów, którzy podczas bitwy udali się w poszukiwaniu schronienia lub paszy dla swoich zwierząt. Teraz, następnego poranka, oficerowie ci zjawili się z powrotem, lecz nasz generał Preyssing, stojąc w kręgu nielicznej grupki, czuł się w obowiązku złożyć generałowi Ornano raport, że od tej chwili naszą brygadę należy uważać za rozwiązaną”.

Jednak Ornano, generał dywizji, który jak dotąd nie potrafił zbytnio dodać ducha ani młodemu von Muraldtowi, ani zresztą komukolwiek innemu, wzrusza po prostu ramionami:

„‘I czegóż to pan ode mnie oczekujesz? Teraz każdy musi wydostać się z tej awantury najlepiej jak potrafi’. Tym pocieszającym spostrzeżeniem zwolnił nas z dalszego pełnienia obowiązków. Więzy, jakie  łączyły oficerów i żołnierzy pod jednym sztandarem i narzucały im wzajemne zobowiązania, zostały zerwane. Pewna pociecha tkwiła jeszcze w myśli, że pułk sprawdził się w swojej ostatniej walce”.

Pułk von Muraldta nie jest bynajmniej jedynym spośród pułków kawalerii, który przestał istnieć. Także w oczach Laugiera, „najsmutniejszym rezultatem” bitwy o Wiaźmę „było to, że padły niemal wszystkie konie naszej kawalerii. Nie zniosły takiego wysiłku”. Także liczba włoskich piechurów, którzy porzucili swoje karabiny, jest większa niż dotąd. Bitwa pozbawiła też Le Roya tych kilku rzeczy, jakie jeszcze posiadał, w tym jego walizy, powierzonej opiece ordynansa, który teraz nie śmie mu się pokazać na oczy. Le Roy okazuje jednak – jak zwykle – podejście filozoficzne. Mówi do swojego wiernego Guillaume’a:

„No dobrze, widzisz, mój przyjacielu, niedługo więc byłem obciążony moimi najcenniejszymi rzeczami, które powodowały u mnie tylko ciągłe obawy, a wcześniej, czy później i tak musiałbym się ich pozbyć. Ten gość oddał mi wielką przysługę. Jeśli go jeszcze spotkasz, daj mu pięciofrankówkę, aby wypił za moje zdrowie”.

Od tej pory, postanawia podpułkownik, będzie musiał się obyć bez tych  wszystkich  osobistych  akcesoriów.  Zaczyna  od  sporządzenia

„dwóch dużych kieszeni, które dość ordynarnie umocowałem w swoim wierzchnim płaszczu”, a dwóch kolejnych w połach płaszcza mundurowego. Potem

„wkłada do nich brzytwę, dobrze zaopatrzoną szkatułkę podróżną, trochę nici, kilka guzików, pudełko z herbatą i swój nóż. Czasem upychałem to wszystko w moim czako. Kieszenie w płaszczu wierzchnim służyły mi za spiżarnię. Zajęło mi kilka dni, zanim uporządkowałem wszystko  w zadowalający mnie sposób, ale kiedy wreszcie skończyłem, mogłem już spokojnie czekać na dalszy rozwój wydarzeń”.