Nasza księgarnia

Marsz na Moskwę

Opublikowano w Czytelnia

Prezentujemy obszerne fragmenty książki...

Zobacz!

Od wydawcy polskiego

Kim jest Paul Britten Austin, człowiek, który „sfilmował" wyprawę Napoleona na Moskwę przy pomocy stu par oczu, spełniających rolę kamer?

Otóż na pewno należy on do wcale nie małej rodziny „wariatów" na punkcie epoki. Nie można bowiem ot tak sobie poświęcić 25 lat na napisanie książki o czymś, czego nie jest się pasjonatem. W swoim życiu imał się różnych zajęć. Podczas wojny był radiotelegrafistą na statkach typu Liberty, pływających na trasie Ameryka-Europa. Po wojnie pozostał w Europie, mieszkając we Francji, Szwecji /małżeństwo z siostrą znanego reżysera Bergmana/ i Anglii.

Prowadził firmę turystyczną, był tłumaczem prozy i poezji z języka angielskiego na szwedzki, pisał także własne utwory literackie. Ale tak naprawdę, w głębi ducha był wielbicielem epoki napoleońskiej, dlatego napisał tę nie mającą precedensu „filmową" książkę. „1812" jest na swój sposób rewolucyjny. Ukazanie bowiem krok po kroku zdarzeń, widzianych jednocześnie przez stu ich uczestników różnej narodowości, będących zarówno blisko jak i daleko Napoleona jest niewątpliwie pionierskie. Oczywiście można gdybać, dlaczego autor wybrał te a nie inne źródła pamiętnikarskie i czy są one reprezentatywne dla uczestników wyprawy? Otóż miał on prawo do dowolnego wyboru źródeł pamiętnikarskich. To jest bowiem jego „film", on jest tutaj reżyserem. Czasy, w których historia musiała być t. zw. obiektywna i jedyna słuszna minęły już mam nadzieję bezpowrotnie. Z wyboru, którego dokonał autor nie będą na pewno zadowoleni bezkrytyczni wielbiciele Cesarza. Ci zaś, którzy raczej porównują go z Hitlerem powinni czuć się usatysfakcjonowani. Z pamiętnika bardzo blisko związanej z nim osoby, Caulaincourta wynika, że to Napoleon właśnie wcielał w życie zasadę, że „cel uświęca środki", dla nas, Polaków tym bardziej przykrą, że tym środkiem zdają się być Polacy w charakterze „mięsa armatniego", a celem włączenie Rosji do blokady kontynentalnej Anglii. Oczywiście równie dobrze można by przytoczyć szereg wypowiedzi Cesarza, których sens byłby przeciwny do tego, co usłyszał z ust Cesarza Caulaincourt, a mianowicie ,że to właśnie niepodległość Polski stanowiła podstawowy cel Napoleona, stąd nazywał kampanię w Rosji „wojną polską". Rozszyfrowywanie zamierzeń Cesarza, aczkolwiek szalenie interesujące, nie jest jednak najważniejszym celem tej książki.

Jej największą wartością jest przedstawienie marszu na Moskwę w realnych szczegółach piórem jej uczestników, przez co staje się ona niemal „namacalnie" nam bliska. Żadna chyba ze znanych mi opublikowanych w Polsce książek nie oddaje nam okrucieństwa tej wojny tak dosadnie, jak dzieło Austina. Bitwa pod Borodino całkiem trafnie została zatytułowana „Rzeź". Wspomnienia uczestników tej bitwy uświadamiają nam jak tanią wartością było w niej życie ludzkie i jak tragiczny był los rannych, a więc nieprzydatnych już do walki ludzi.

Autor nie ustrzegł się niestety błędów faktograficznych, szczególnie dotyczących historii Polski. Zostały one wyszczególnione w przypisach redakcji. Nie mogą one jednak podważyć zasadniczej wartości książki. Zresztą najlepszą jej reklamą niech będzie zamieszczony poniżej tekst autorstwa D. Chandlera, niekwestionowanego autorytetu na Zachodzie w kwestiach napoleońskich.

Redakcja składa gorące podziękowania: Wojciechowi Chrzanowskiemu i Klementynie Chrzanowskiej, tłumaczom „Marszu na Moskwę" oraz p. Rafałowi Kleczewskiemu za konsultacje merytoryczne.

Dziękuje także wielu czytelnikom, którzy po ukazaniu się pierwszej książki z „serii napoleońskiej" odezwali się, z radością witając nową serię na rynku wydawniczym, sugerując następne pozycje, które redakcja powinna ich zdaniem wydać.

Część z tych propozycji na pewno weźmiemy pod uwagę w przyszłości Z głosami czytelników i dobrymi recenzjami książki Gallahera „Żelazny Marszałek" kłóci się pseudorecenzja tej książki, zamieszczona w „Mówią Wieki". Kulisy tej recenzji wyjaśniam w liście do redakcji tego czasopisma. Niestety, list ten p. red. nacz. nie ośmielił się wydrukować na łamach „Mówią Wieki", mimo, że w ramach prawa prasowego był do tego zobligowany. Dlatego zamieszczam go obecnie na końcu książki z dziką wręcz satysfakcją.

Drodzy czytelnicy! Nadal będę czekał na wasze uwagi na temat tego co już opublikowaliśmy i sugestie co do tego ,co chcielibyście, aby jeszcze opublikować w ramach „serii napoleońskiej". Pamiętajcie, że macie niepowtarzalną szansę współredagować serię!

ANDRZEJ RYBA


 

Przedmowa

Z jednej trzeciej miliona żołnierzy, z jakimi Napoleon, w dniu letniego przesilenia 1812 roku najechał na Rosję, niewielu tylko powróciło. Ponura historia odwrotu często już była opowiadana, historia natarcia zaś znacznie rzadziej. Jest ona jednak nie mniej dramatyczna, a pod wieloma względami nawet bardziej.

Książka ta jest słownym filmem, nakręconym przez ponad 1OO spośród ocalonych. Moi „kamerzyści" pochodzili z prawie wszystkich krajów Europy są wśród nich Francuzi, Holendrzy, Niemcy, Szwajcarzy, Włosi... Najrzetelniejsze są, oczywiście, dzienniki. Lejeune powiada, że jego był:

„mniejszy od dłoni, a nosiłem go na sercu. Cały był ponaddzierany, przemoczony przez burze, a także od mojego potu, powodowanego wyjątkowymi upałami, panującymi w Rosji..."

Zawsze krytyczny Labaume którego świadectwo miało ukazać się w druku jako pierwsze, po dwóch zaledwie latach, gdy Napoleon był tymczasowo nieobecny po zesłaniu na Elbę powiada, że także jego świadectwo oparte było na takim dzienniku:

„Ograniczając się, jak wszyscy moi towarzysze broni, do walki o najbardziej elementarne potrzeby, przeniknięty zimnem, nękany głodem, będąc ofiarą wszelkich możliwych cierpień, niepewien o każdym wschodzie słońca, czy dane mi będzie ujrzeć wieczorem jego ostatnie promienie, wieczorami zaś wątpiąc, czy doczekam nowego dnia, wszystkie uczucia skupiłem na tym jednym, jedynym pragnieniu: przeżycia, aby zachować wspomnienia o tym co dane mi było widzieć. Każdej nocy, siedząc przy mizernym ognisku przy temperaturze 20-25 stopni poniżej zera. I otoczony martwymi i umierającymi, ponownie przebiegałem myślą przez wszystkie wydarzenia dnia. Wronie pióra ostrzyłem tym samym nożem, jakiego wcześniej używałem do krojenia końskiego mięsa. Odrobina prochu strzelniczego, zmieszana w garści ze stopionym śniegiem służyła mi za atrament, a działo za biurko! Przy świetle stojącej w płomieniach Moskwy opisywałem grabież tego miasta. Nad brzegami Berezyny sprawdzałem własne świadectwo o owym nieszczęsnym przekraczaniu rzeki ... "

Szukający chwały Cezary de Laugier, także pisze swój dziennik „kawałkiem węgla drzewnego, przy świetle płonącego domu, czy wioski, w niektórych dniach przy ponad 28 stopniach mrozu". Nawet nieśmiertelna, klasyczna już książka sierżanta Bourgogne'a, napisana niemal dla wyegzorcyzmowania strasznych wspomnień, mogła być oparta na takim dzienniku. Na pewno także wspomnienia Caulaincourta, lojalnego, choć zawsze krytycznego Boswella* Napoleona:

„Moje notatki robione były wszędzie, za biurkiem i w obozie, codziennie i o każdej porze dnia; są one dziełem dosłownie każdej chwili; nie upiększałem w nich niczego, ponieważ choć były w nich momenty, gdy pokazywał się w nich ten człowiek, to był to przecież ów półbóg, którego wszyscy rozpoznawali. Niejeden raz nachodziła mnie myśl, że dziennik ten, pisany niemal na oczach Cesarza, mógłby wpaść w jego ręce, lecz myśl ta nie była w stanie powstrzymać mego pióra. Niewatpliwie prawda studziła jego dobroduszność, lecz jego silny i wzniosły charakter pozwalał mu wznieść się ponad w dobrej wierze czynioną krytykę".

Ile setek, a może i tysięcy innych dzienników zaginęło razem z ich autorami? Przez całe następne pokolenie Europa rozbrzmiewała echami wspomnień starych żołnierzy, podejmujących swoje opowieści we wszystkich językach. Mały Coignet, najniższy grenadier Gwardii Cesarskiej, spisał swoje wspomnienia w wieku 70 lat, w przerwach pomiędzy niekończacymi się partiami manilli i pikieta w kafejce w Auxerre; gdy zmarł pozostawił 600 franków swoim pozostałym przy życiu przyjaciołom, aby wypili jego zdrowie po pogrzebie i zaśpiewali pieśń do melodii Starego sierżanta Berangera. Rzecz zaskakująca, mamy jego fotografię, wykonaną, gdy był już w podeszłym wieku. A więc, wszystko to nie rozegrało się znów tak dawno!

To co zawsze fascynuje, to szczegóły! Zmontować nawet małą cząstkę tych tysięcy kilometrów „taśmy" tak, aby stworzyły spójny układ dramatyczny, nie było prostym zadaniem.

Z powodu ograniczonej objętości nie próbowałem:

(a)          spojrzeć na wydarzenia z punktu widzenia strony rosyjskiej. Wojna, o ile nie zostało się jeńcem, jest zawsze doświadczeniem jednostronnym;

(b)          wdawać się w zawiłości taktyczne miłośnika gier wojennych odesłać należy do książki George'a F. Nafzigera Napoleon Invasion of Russia (Najazd Napoleona na Rosję; Presidio Press, Novato, CA, 1988), która zawiera także wszystkie podziwu godne szczegóły stosunków francusko-rosyjskich w latach 1806-1812, jak również całą masę informacji statystycznych. Dla uzyskania ogólnego obrazu dramatu roku 1812, nie ma nic lepszego nad The War of the Two Emperors (Wojna dwóch cesarzy; Random House, NY, 1985) Curtisa Cate'a. To samo można powiedzieć o Swords Around a Throne (Miecze wokół tronu; The Free Press; Nowy Jork, 1988) Johna Eltinga, w odniesieniu do ogólnych informacji o armiach Napoleona. Dla uzyskania ogólnego obrazu sytuacji strategicznej sam korzystałem z klasycznej pozycji Davida Chandlera Campaigns of Napoleon (Kampanie Napoleona; Macmillan, Nowy Jork, 1966);

(c)          nie śledziłem losów korpusów innych niż te, które tworzyły „Armię Moskwy". Trzeba było nawet pominąć działania II i VI Korpusu;

(d)          przypisywać moim protagonistom myśli lub uczuć, o jakich sami wyraźnie nie napisali;

 (e)         oceniać, z rzadkim wyjątkiem przypisów, jakości pamięci moich naocznych świadków, czy też jak wiele w ich pismach jest spojrzenia post factum. Ogólnie rzecz biorąc, ktokolwiek przedarłby się przez wszystkie te wspomnienia, doszedłby do wniosku, że na ogół ich autorzy opowiadają to, czego doświadczyli, czy to w czasie teraźniejszym (dzienniki), czy w przeszłym (wspomnienia). Czasami, choć rzadko, przyłapują się nawzajem na kłamstwach lub przesadzaniu w opisach własnych wyczynów. Arcydzieło Segura jest szczególnie nieścisłe, na co dawno już temu wskazał Gourgaud, więc też korzystałem z niego w bardzo niewielkim stopniu.

Jedno słowo o mojej technice przekładu. Choć sama w sobie bardzo żywa, dziewiętnastowieczna proza moich naocznych świadków jest wolniejsza, bardziej obciążona zdaniami podrzędnymi, zatem cięższa od naszej, oddawanie więc oryginalnych zdań w całej ich złożoności syntaktycznej często oznaczałoby utratę ich płynności i siły oddziaływania. Pozwalałem więc sobie na pewną dowolność w zakresie interpunkcji, składni, a nawet używania czasów. Nawet sam porządek fraz, zdań i akapitów może się nie zgadzać. Zawsze jednak zachowany jest sens. Czyniąc skróty i pomijając pewne fragmenty, często nawet pomijałem tradycyjny wielokropek. Do większości oryginałów dotrzeć można w każdym razie w Bibliothèque Nationale w Paryżu, czy gdzie indziej. Jednym słowem, próbowałem oddać prozę moich autorów tak, jak gdyby używali oni maszyn do pisania, czy nawet edytorów tekstu, a nie gęsich piór. Czy też, jak w przypadku Labaume'a wronich.

PAUL BRITTEN AUSTIN

DAWLISH, DEVON

* Boswell, James osiemnastowieczny prawnik i pisarz szkocki, przyjaciel i biograf Samuela Johnsona. Jego pamiętniki, opublikowane dopiero w XX wieku spowodowały, że w kulturze anglosaskiej stał się synonimem pamiętnikarza doskonałego (przyp. red.).

 

Uwertura do 1812

„Między domem wariatów a Panteonem!" nowa wojna z Rosją? pułkownik Ponthon pada na kolana zły sen Napoleona ekonomia naiwność Wielkiego Koniuszego polskie trzęsawiska „bez transportu wszystko jest daremne" sierżant Coignet przygotowuje ładunki porucznik Bourgoing przetasowuje swoich rekrutów siedem armii maszeruje na północ -„zjawił się jak Książę Ciemności" fajerwerki w Dreźnie bezowocna misja Narbonne'a Turcja i Rosja zawierają pokój „Aleksander Wielki wyruszył na Indie".

Pewnej nocy w początkach marca 1812, młody Villemain, sekretarz generała hrabiego Ludwika de Narbonne'a1, adiutanta cesarza Napoleona, siedział w powozie swojego szefa na dziedzińcu pałacu w St-Cloud, czytając świeżo opublikowaną Podróż do Jerozolimy* Chateaubrianda, kiedy:

„nagle rozległ się jakiś hałas, wydawało się, że spowodowany przez służbę. Konie, znudzone bardziej ode mnie, nastawiły uszu. Powóz przesunął się o kilka kroków do przodu i generał, wskoczywszy do niego energicznie, rozkazał woźnicy jechać do Paryża, do domu ministra spraw zagranicznych Mareta."

Rzekomy nieślubny syn rozpustnego i bezwolnego Ludwika XV, pięćdziesięciosiedmioletni, przedwcześnie posiwiały Narbonne „podziwiał osobiście Napoleona, chociaż nie podobało mu się jego oparte na władzy absolutnej i sile wojskowej cesarstwo, i uważał, że jest skazane na zagładę o ile nie zmieni ono swojej polityki". Jednak według tego co miał powiedzieć swemu wybuchowemu pierwszemu oficerowi ordynansowemu, Gaspardowi Gourgaudowi, na Świętej Helenie, Napoleon za grosz nie dbał o to co inni myślą lub czują interesowały go tylko ich słowa i czyny. Znajdował też dużą przyjemność w inteligentnej i wyszukanej konwersacji z Narbonnem i cieszył się, mając owego potomka ancien regime'u* w otoczeniu swej cesarskiej, choć dogłębnie burżuazyjnej osoby. Podczas gdy powóz szybko wytaczał się z dziedzińca kontynuuje Villemain Narbonne: „przyłożył rękę do łysego czoła, jak gdyby ponownie analizował wszystko to, co przed chwilą usłyszał. I powiedział cicho: 'Co za człowiek! Co za zdumiewające pomysły! Co za marzenia! Gdzie schronić się przed płomieniem takiego geniuszu? To nie do wiary! Jesteśmy między domem wariatów a Panteonem. Zamartwiam się za każdym razem kiedy się z nim spotykam. Jego pozornie słuszne przemyślenia, nadto optymistyczne sofizmaty, gigantyczne złudzenia, wszystko to wbił sobie do głowy, a podczas rozmowy w cztery oczy potrafi przedstawić je jako nienaruszalne aksjomaty.'."

Tematem owej dyskusji była nowa wojna z Rosją. W 1807 pokonany car Aleksander, postanowieniami Traktaku Tylżyckiego, zobowiązał się nie wpuszczać do rosyjskich portów towarów brytyjskich. System kontynentalny był jedyną rzeczą, mogącą umożliwić Napoleonowi zduszenie głównego wroga. Jedynie całkowita klęska Rosji mogła doprowadzić do takiego rezultatu, ponieważ kraj ten potrzebował brytyjskich produktów przemysłowych i kolonialnych w równym stopniu, jak rynek brytyjski potrzebował prętów stalowych produkowanych przez gwałtownie rozwijające się huty rosyjskie. Lecz ekonomia szybko wzięła górę nad polityką. W roku 1811 rubel, za którego w 1807 płacono 2,90 franka, spadł aż do 1,50 franka. Na próżno Napoleon najpierw protestował, a potem wręcz grzmiał przeciwko licencjom importowym, które Aleksander idąc zresztą za jego przykładem zaczął wydawać na produkty dostarczane na neutralnych, głównie amerykańskich, statkach. I już w 1810 oba cesarstwa zaczęły się szykować do nowej wojny.

Perspektywa taka napełniała przerażeniem przynajmniej jednego z oficerów Napoleona. Pułkownik saperów Ponthon został attache wojskowym w Rosji po Tylży, a jego sprawozdania były tak szczegółowe i dobrze napisane, że Napoleon wprowadził go potem do swojego gabinetu wojennego. Jak się wydaje, Ponthon był również człowiekiem wielkiej odwagi moralnej. Pewnego dnia dosłownie padł na kolana i błagał Napoleona „w imię szczęścia Francji i pańskiej własnej chwały" o powstrzymanie się od najazdu na Rosję:

„Ludy pod pańskim jarzmem, Sire, nigdy nie będą prawdziwymi sprzymierzeńcami. Pańska armia nie znajdzie ani żywności ani furażu. Pierwsze deszcze spowodują, że teren będzie nie do przebycia. A jeśli kampania przeciągnie się do zimy, jak pańskie oddziały zniosą temperatury minus 20 czy 30 stopni?

Utkwiwszy w Ponthonie swe surowe spojrzenie, Napoleon pozwolił mu się wygadać. Wydaje się, że jego słowa wywarły nawet jakiś skutek. Kilka dni później Wielki Koniuszy, generał Armand de Caulaincourt, zauważył, że Napoleon wyglądał na zafrasowanego lecz przezwyciężył swoje wątpliwości, mówiąc wszystkim: „to będzie krótka wojna, skończy się w dwa miesiące. A jeśli wszystko pójdzie dobrze, to w dwa tygodnie".

Jednak człowiekiem który najmocniej stara się oddalić wybuch tej nowej wojny jest sam Caulaincourt. Spędziwszy cztery lata narastającego między obu krajami napięcia na stanowisku ambasadora francuskiego w Petersburgu, również zdaje sobie sprawę z tego, co pociągnie za sobą najazd na Rosję. I tak, z początkiem 1811 roku uznał on swoją dalszą misję za niewykonalną, i poprosił o odwołanie, powołując się na „rujnujący jego zdrowie" miejscowy klimat.3 Caulaincourt został zastąpiony przez generała Lauristona, żołnierza zdecydowanie twardszego.

Przed jego wyjazdem car wręczył mu szczególny dowód swojej przyjaźni. Caulaincourt przez całe życie krył w głębi duszy żal do Napoleona, że w 1800 roku, ówczesny Pierwszy Konsul Republiki Francuskiej, wplątał go w aresztowanie jeśli nie w samą egzekucję młodego diuka d'Enghien. W oczach wszystkich zwolenników ancien regime'u, to morderstwo sądowe popełnione na członku rodziny Bourbonów, którym raz na zawsze Pierwszy Konsul zraził do siebie całą reakcję, było niewybaczalną zbrodnią. Tak się jednak złożyło, że również car Aleksander był podejrzany o współudział w innym morderstwie: swojego własnego ojca cara Pawła. Przed samym rozstaniem z Caulaincourtem podarował mu więc certyfikat zaświadczający, że nigdy nie sądził, iż jest on winny śmierci d'Enghiena, i dodał do tego prestiżowy Order Św. Andrzeja oraz miniaturę ze swoją podobizną, podpisaną z tyłu „prezent od przyjaciela". Chociaż Napoleon lubił widywać wokół siebie znajome twarze, tak przyjazne uczucia w przededniu nowej i, jak miał nadzieję, decydującej wojny niezbyt mu się podobały. Nad Wielkim Koniuszym zaczęły się więc gromadzić chmury. Teatrom kontrolowanym przez rząd pozwolono z niego kpić, przedstawiając jako sentymentalną gołębicę, bez końca wychwalającą zalety wiekuistego pokoju. Na dworze zaś, gdzie powrócił do swych normalnych obowiązków, Napoleon ciągle żartobliwie mu wytykał, że pozwolił się „uwieść chytremu Azjacie". Nie, żeby tak naprawdę miał coś przeciwko ich przyjaźni. Gdy już ta „czysto polityczna" wojna się skończy i Car Wszechrusi zostanie przywołany do porządku, przyjaźń ta może okazać się atutem, kiedy dojdzie do podpisywania nowego pokoju. I tak, krok po kroku, Caulaincourt wrócił do łask.

Tej wiosny, podczas kilku wspólnych, długich dyskusji, Caulaincourt, jak twierdzi, nigdy nie owijał spraw w bawełnę. Pewnego razu rozmowa zeszła na Polskę, podzieloną między Austrię, Prusy i Rosję w 1794, a w 1807 wskrzeszoną przez Napoleona jako Wielkie Księstwo, obejmujące też część terytorium Prus Wschodnich* . Chociaż tysiące polskich patriotów służących w armiach francuskich pragną ujrzeć swe prastare królestwo przywrócone in toto** , Napoleon twierdzi, że wcale nie ma zamiaru tak postąpić. Caulaincourt ripostuje, że w takim wypadku nie rozumie, dlaczego Napoleon poświęca swój sojusz z Rosją.

„Napoleon uśmiechnął się i uszczypnął mnie w ucho: 'Czy naprawdę aż tak lubisz Aleksandra?' 'Nie, Sire, lecz lubię pokój.'"

I tu właśnie się różnili. Na próżno Caulaincourt podkreśla niebezpieczeństwa kolejnej wojny na dalekiej Północy, kiedy już 220 000 żołnierzy jest związanych w Hiszpanii walką z Wellingtonem i partyzantami. Lecz Napoleon pozostaje głuchy na te argumenty. A kiedy Caulaincourt próbuje wyprowadzić go z błędnego mniemania, że rosyjscy arystokraci niczym się nie różnią od swych zachodnioeuropejskich odpowiedników i po

„porządnej bitwie... drżąc o swoje pałace" zmuszą cara do zawarcia pokoju, Napoleon po prostu mu nie wierzy:

„Nie chcę wojny, i nie chcę Polski."

Polacy, jak powiedział Narbonne'owi, z którym również dyskutował na ten temat, byli „małostkowym narodem". Dlaczego bez przerwy kłócili się między sobą?

„Kocham Polaków na polu bitwy. Są oni waleczną rasą. Jeśli jednak chodzi o ich liberum veto, ich sejmy, odbywane konno i z szablą w ręku, nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Przemyślałem tę sprawę bardzo dokładnie. W Polsce chcę mieć obóz, a nie forum. Wojna, którą zamierzam stoczyć z Aleksandrem będzie szlachetną walką, z użyciem 2000 dział i 500 000 żołnierzy, ale bez żadnych insurekcji. Nie mam zamiaru przywracać siedliska republikanizmu w sercu Europy. Nie, mój drogi Narbonne, wszystko, czego chcę od Polski to zdyscyplinowanej siły ludzkiej, którą mógłbym się posłużyć na polu bitwy. Oto cały problem: jak wzbudzić w Polsce ducha narodowego wyzwolenia, nie uderzając w strunę liberalizmu? A gdzie miałbym znaleźć króla dla Polski? Nie mam żadnego we własnej rodzinie, a byłoby niebezpieczeństwem wziąć kogoś innego."*

Problem z tą nową wojną, ciągnął, był wyłącznie natury moralnej:

„Używając zasobów materialnych nagromadzonych od czasów Rewolucji, koniecznym jest nie rozpętywanie namiętności, lecz zmobilizowanie Polski bez jej wyzwalania, i zapewnienie niepodległości zachodniej Europy bez podsycania republikańskiego fermentu. Ot, i masz pan całe zagadnienie w jednym zdaniu."

To rząd rosyjski, systematycznie obchodząc warunki traktatu z Tylży, parł do wojny. A kiedy Caulaincourt zaprzecza, mówiąc: „to nie rosyjski rząd chce wojny, Sire, lecz pana własny, a nie traci też przy tym żadnej sposobności aby ją przyśpieszyć," Napoleon uśmiecha się tylko swym uwodzicielskim uśmiechem, któremu jak zgadzają się wszyscy naoczni świadkowie nie mógł się oprzeć ni przyjaciel ni wróg,4 szczypie Caulaincourta w ucho i mówi mu, że jest naiwny i „nie zna się na polityce". Wtedy Wielki Koniuszy wyjmuje swój notes, w którym przed wyjazdem z Petersburga na wszelki wypadek zapisał dokładne słowa cara: „Jeżeli cesarz Napoleon rozpocznie ze mną wojnę," powiedział Aleksander:

„jest możliwe, a nawet prawdopodobne, że zostaniemy pokonani to znaczy, zakładając, że będziemy się bić. Hiszpanie często przegrywają, lecz jak dotąd nie zostali pokonani. I nie są przecież tak daleko od Paryża! My nie będziemy ryzykować. Mamy duże pole manewru. Nie ja pierwszy wyciągnę miecz, lecz będę ostatnim który go schowa. Jeśli przebieg walk będzie dla mnie niekorzystny, to wycofam się na Kamczatkę [na Syberii]. Nasz klimat, nasza zima, będą po naszej stronie."

Napoleon, który słuchał z wielką uwagą, „nawet z niejakim zdziwieniem", przez jakiś czas nie odpowiada:

„Im bardziej starał się mnie przekonać, z tym większym uporem i przebiegłością usiłował postawić na swoim. Na podstawie stosowanych przez niego wykalkulowanych sztuczek i używanego języka, można było pomyśleć, że to ja jestem jednym z wielkich mocarstw których pozyskaniem był tak zainteresowany. Zachowywał się tak wobec każdego, kogo chciał przekonać a on cały czas usiłował kogoś przekonać. 'Kiedy na kimś mi zależy,' powiedział, 'to nie przebieram w środkach. Mógłbym go nawet pocałować w dupę.'"

Ocena charakteru Napoleona, do jakiej doszedł Narbonne podczas rozmowy ze swoim młodym sekretarzem w drodze do Paryża, dokładnie pokrywa się z oceną Caulaincourta:

„Z natury lubi prawdę. Jego duma jest ogromna. A jednak jest cierpliwy i słucha uważnie. Chociaż jest znakomitym rozmówcą, trzeba umieć nie ustępować, kiedy już mu się zaprzecza. A to jest trudne, gdy się stoi twarzą w twarz z taką władzą i takim geniuszem! Dochodzi w końcu do tego, że człowiek pozwala się przekonać. Zakrywa oczy rękoma, zaczyna mieć wątpliwości, i zadaje sobie pytanie, czy aby logika tego człowieka nie jest prawdą, a jego ambicje zwiastunem przyszłości?"

Jeśli Napoleon posiadał zdolność fascynowania wszystkich, kontynuuje Caulaincourt, to

„działo się tak dlatego, że zafascynowany był sam sobą. Dokładał wszelkich starań by osiągnąć swoje cele, zarówno w sprawach wielkich, jak i małych. Można by powiedzieć, że ich osiąganiu poświęcał się bez reszty. Zawsze wykorzystywał wszelkie możliwe środki, wszystkie swoje zdolności, całą swoją uwagę, i skupiał je na właśnie załatwianej sprawie. Nigdy nie było człowieka bardziej fascynującego niż on, gdy tylko chciał takim być! Biada temu, kto zgodził się na choćby jedną zmianę ... prowadziło to od ustępstwa do ustępstwa, aż do celu który on widział przed sobą! Trzeba było trzymać się swojego punktu widzenia danej kwestii, a przede wszystkim nie wsłuchiwać się w dygresje cesarza; ponieważ jak tylko natrafiał na opór natychmiast przenosił środek ciężkości sporu w inne miejsce."

Jeśli chodzi o powtarzające się zapewnienia Aleksandra, że będzie się bił do ostatniej kropli krwi, Napoleon ignoruje je jako puste słowa. Nadal więc obaj użerają się ze sobą całymi godzinami, przy czym Napoleon ciągle kluczy i szuka nowych argumentów. Kiedy Caulaincourt powiada, że celem jego mobilizacji przeciwko Rosji jest „'albo realizacja celów politycznych, albo też zaspokojenie jego największej pasji', Napoleon śmiejąc się pyta: 'A cóż to za pasja?'

'Wojna, Sire'. Nieprzekonywująco protestując, że wcale tak nie jest, uszczypnął mnie w ucho i żartobliwym tonem rzekł: 'Na pewno nie owijasz w bawełnę. Czas iść na obiad.'"

Nie wszyscy jednak krytycy wyprowadzani są w pole z takim wdziękiem i wśród przyjaznego przekomarzania się. Wieloletni francuski konsul generalny w Petersburgu de Lesseps, człowiek „głęboko zaznajomiony z życiem i sprawami Rosji",

„interesował się dobrem francuskiej żeglugi handlowej bardziej niż swoim własnym. Ten uczciwy człowiek był tak samo źle widziany jak ja za to, że nie dostarczał wyssanych z palca argumentów za nową wojną. Pozostawał poza jakimikolwiek podejrzeniami o korupcję, lecz na nic mu się nie zdało trzydzieści lat służby, uczciwość i powszechnie znana wiarygodność. Napoleon własnoręcznie odrzucił jego doroczne sprawozdanie finansowe, pozbawiając go tym samym możliwości zarabiania na życie.

Większość zachodnich Europejczyków wciąż nic nie wie o życiu w Rosji. A ci, którzy coś jednak o nim wiedzą, są zbyt cenni, aby można się było bez nich obejść. Zanim minie rok, de Lesseps, pomimo swojej niechęci, znajdzie się na stanowisku gubernatora cywilnego zdobytej i spalonej Moskwy.

„Ci, którzy pomniejszają znaczenie tej wielkiej epoki", zapewnia nas Caulaincourt, „mogą sobie mówić, co im się podoba; nigdy żaden władca nie był otoczony bardziej uzdolnionymi ludźmi. Uczciwi, pełni zapału i przywiązania, pozostawaliśmy umiarkowanymi, a przede wszystkim dobrymi Francuzami. Nigdy tak głośno nie rąbano władcy prawdy prosto w oczy, choć niestety bezskutecznie".

Już podczas ostatniego, frustrującego spotkania z Aleksandrem, przed czterema laty w Erfurcie, tkwiąca gdzieś głęboko w Napoleonie intuicja ostrzegała go o prawdziwym stanie ich pozornie serdecznej przyjaźni. Na tratwie zacumowanej na środku Niemna w Tylży, każdy z nich próbował oczarować drugiego niewątpliwie lepiej udało się to Napoleonowi. Jednak począwszy od 181O roku, zachęcany po cichu sugestiami Talleyranda, że „ten kolos ma gliniane nogi", to właśnie car zaczyna nadawać ton. Aż pewnej nocy, pierwszy kamerdyner Napoleona Constant Wairy,5 jak zwykle śpiący w pokoju obok, został zbudzony „stłumionymi i płaczliwymi okrzykami, jakby kogoś duszono". Wyskakując z łóżka, „powziąwszy takie środki ostrożności, na jakie pozwalało moje zatrwożenie" otworzył drzwi:

„Podchodząc do łóżka, zobaczyłem Jego Cesarską Mość leżącego w poprzek, w pozycji skulonej. Pościel i kapa zrzucone z łóżka, zaś cała postać w stanie jakby straszliwego nerwowego skurczu. Z otwartych ust wydobywały mu się jakieś nieartykułowane i niewyraźne dźwięki, coś zdawało się uciskać jego pierś, a jedną pięść wciskał w dołek na brzuchu. Przerażony jego stanem, przemawiam do niego. Kiedy nie odpowiada, delikatnie nim potrząsam. Wtedy cesarz się budzi z głośnym okrzykiem i mówi: 'Co się dzieje? Co się dzieje?' [a potem, przerywając przeprosiny Constanta] 'Dobrze zrobiłeś, mój drogi Constant. Ach! Mój przyjacielu, co za okropny sen, jaka zmora! Niedźwiedź rozpłatał mi pierś i wydzierał serce'. Po czym cesarz wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju, podczas gdy ja poprawiałem pościel. Koszula, którą miał na sobie była tak przepocona, że zmuszony był ją zmienić. Wspomnienie tego snu prześladowało go bardzo długo. Często o nim mówił, za każdym razem próbując wyciągnąć z niego inne wnioski i dopasować je do konkretnych okoliczności."

Nie ma wątpliwości, że Napoleon przynajmniej częściowo przewidział, wyjątkowy stopień trudności nadchodzącej kampanii. Żadna inna nie wymagała tak skrupulatnego planowania. Ani też tak wielkiej mobilizacji ludzi i środków. „Bez transportu," pisał w 1811 do swojego pasierba Eugeniusza de Beauharnais, wicekróla Włoch, „wszystko jest daremne". Już w czerwcu tego roku jego „geometryczny umysł" zaczął borykać się z tym problemem.

Niesłychana ruchliwość była podstawą napoleońskiego blitzkriegu. Dlatego też armie francuskie zawsze żyły z bogactw podbitych ziem. Jednak daleka Północ była już inną kwestią, jak zapamiętał to sobie, aż nazbyt dokładnie, sierżant Jan-Roch Coignet, niskiego wzrostu instruktor musztry 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii . W piaszczystych trzęsawiskach Polski w 1806 „musieliśmy zawiązywać sobie buty sznurkiem pod podbiciem. Czasami, kiedy kawałki sznurka się przerwały i nasze buty zostały gdzieś z tyłu w błocie, musieliśmy złapać się za tylną nogę, wyciągnąć ją jak marchewkę, podnieść do przodu, i wtedy brać się za drugą. Ten manewr trzeba było bez przerwy powtarzać; i tak przez dwa dni z rzędu".

Także litewskie drogi o ile w ogóle istniały nie były takie jak w zachodniej Europie. „W tej części świata," jak odkryje niedługo pruski porucznik H.A. Vossler z Pułku Huzarów księcia Ludwika, „wszystkie ciężkie transporty zazwyczaj odbywają się zimą na saniach. Drogi nie są tam tak ważne jak w krajach położonych bardziej na południe".

Chociaż armia francuska posiada sprawną służbę zaopatrzeniową, to składa się ona tylko z 3500 ludzi i 891 wozów, a to z pewnością nie wystarczy, by utrzymać siły inwazyjne liczące co najmniej jedną trzecią miliona ludzi. Bo taka ilość wchodzi w rachubę. Jednego dnia, wziąwszy na stronę swojego ministra wojny Clarke'a na tarasach St-Cloud, Napoleon zwierzył mu się: „Planuję wielką wyprawę. Ludzi znajdę dosyć łatwo. Cała trudność tkwi w przygotowaniu transportu."

Trzeba zgromadzić ogromne ilości ryżu, mąki i sucharów i zapłacić za nie. No, złota na to starczy z pewnością! Miliony w złocie wydarte Prusom jako odszkodowanie za atak na niego w 18O6, oraz Austrii za lata 18O5 i 181O* , leżą w piwnicach Tuileries, do których klucze mają tylko sam Napoleon i jego niesamowicie ciężko pracujący i ogromnie zdolny Generalny Intendent Piotr Daru. Do marca 1812 ma on nadzieję zgromadzić 27O OOO kwintali pszenicy, 12 OOO kwintali ryżu, 2 OOO OOO buszli** owsa, równowartość 2O milionów racji chleba i ryżu ilość wystarczającą dla 4OO OOO ludzi i 5O OOO koni na 5O dni. A ponieważ armie muszą również pić, a spirytus jest także potrzebny do przeprowadzania amputacji, już 29 grudnia Cesarz rozkazał Ministrowi Administracji Wojennej zakupić w Bordeaux „28 milionów butelek wina, 2 miliony butelek alkoholu", czyli racje wina na 2OO dni i alkoholu na 13O dla 3OO OOO ludzi.

Pozostaje do rozwiązania kwestia transportu. Czy w takim terenie 15OO istniejących wozów batalionowych o wielkich kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i zdolny wieźć 1O OOO racji, wystarczy, aby wyżywić armię przez 25 dni, czyli czas potrzebny na szybką kampanię? Chociaż naprawdę są one zbyt ciężkie, z początku Napoleon zakładał, że wystarczą. Ale następnego dnia przemyślał sprawę jeszcze raz. Jeśli taki wóz jest

„naładowany sucharami, to muszą one być w beczkach, inaczej się kruszą, a ludzie narzekają. Nie nadaje się on też do przewozu zboża, mąki, owsa, bali siana, ani beczek wina czy wódki. Każdy więc batalion powinien zatrzymać sobie wóz na swoje normalne potrzeby. Pozostałe muszą zostać zastąpione dobrymi wozami taborowymi o dużych kołach, każdy ciągnięty przez osiem koni i powożony przez czterech ludzi, lub, jeśli będzie taka potrzeba, przez trzech," najlepiej cudzoziemców. 4 lipca 1811, pisząc do szefa swojego korpusu zaopatrzenia* , Napoleon doszedł do wniosku, że trzeba także wynaleźć całkowicie nowy, dużo lżejszy rodzaj wozu, „normalnie przeznaczony do przewożenia 4 OOO racji, lub w razie potrzeby 6 OOO, i powożony przez dwóch ludzi, a ciągnięty przez cztery konie". Ponieważ nie można liczyć, że nawet te poradzą sobie z naprawdę paskudnym terenem, trzeba skonstruować jeszcze lżejszy rodzaj wozu, ciągnięty przez tylko jednego konia, przyzwyczajonego do chodzenia gęsiego, „tak żeby na kilka wozów wystarczał tylko jeden człowiek". Woły także będą użyteczne. Nawet poganiane przez nieprzywykłych do tego rekrutów, mogą przynajmniej żywić się trawą rosnącą przy drodze, zanim same zostaną zjedzone.

Jak długo uda się największej w historii wojen europejskich armii utrzymać się pośród iglastych lasów Litwy? Wystarczająco długo, wyliczył Napoleon, aby uzyskać przewagę i unicestwić wroga.

Wie on też, że dla obrony swego ogromnego kraju Rosjanie mają dwie armie, zaś trzecia jest aktualnie zajęta walką z Turkami w Mołdawii. Pierwsza Armia Zachodu jest dowodzona przez Barclay'a de Tolly, Litwina szkockiego pochodzenia** , który, co godne uwagi, kiedyś sam służył jako prosty żołnierz, a po katastrofie pod Friedlandem, jako minister wojny, zmodernizował armię rosyjską według wzorów francuskich. Jego armia jest skoncentrowana wokół Wilna. Druga Armia Zachodu, dowodzona przez ognistego i zapalczywego Gruzina, księcia Bagrationa, stacjonuje dalej na południe, wokół Grodna, 75 mil w górę Niemna. Atakiem z zaskoczenia, jaki stosował już przecież wielokrotnie, Napoleon, mając do dyspozycji swoją sławę niezwyciężonego, oraz co najmniej dziesięć korpusów armijnych i trzy korpusy kawalerii „rezerwowej"*** , ma zamiar wbić klin między Barclay'a a Bagrationa, po czym pobić ich obu doszczętnie. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, kampania rzeczywiście zakończy się po paru tygodniach.

Jak jednak, w określonym dniu lata 1812, skupić całą Wielką Armię, z jej 15O OOO końmi i 1OOO działami, wzdłuż brzegu Niemna granicy między Polską a rosyjską Litwą? To właśnie jest ten ogromny problem logistyczny, który postawił przed sobą Cesarz. No i którego dnia? Nie może być za wcześnie lato późno przychodzi na Północy, a zboże musi być już dojrzałe na paszę. Ani też za późno: z jesienią nadchodzącą w połowie sierpnia oznaczałoby to ryzyko kampanii zimowej, której tak obawia się pułkownik Ponthon. Na św. Jana powinno być w sam raz.

W całej Europie jednostki otrzymują uzupełnienia i posiłki. Pułki, zazwyczaj składające się z czterech batalionów, powiększane są do pięciu*. W swoich koszarach w Courbevoie pod Paryżem, pułki piechoty Gwardii Cesarskiej cały świetny, pięćdziesięciotysięczny korpus uderzeniowy

zostają postawione w stan gotowości. Dwie kompanie weteranów, „uszczęśliwionych przypisaniem im tak przyjemnych obowiązków", zostają wyłączone z 2 Pułku Grenadierów Pieszych Gwardii i zastąpione „znakomitymi ludźmi przybywającymi codziennie" z pułków liniowych, dla których z kolei szkoli się właśnie podoficerów Gwardii, aby objęli stanowiska oficerskie. Wykładając oddziałowi kandydatów na oficerów ich nowe obowiązki jako dowódców, sierżant Coignet uczy się od nich swojego abecadła, podczas gdy starsi adiutanci szkolą ich w zakresie teorii. Taki już jest system, zaś:

„Napoleon osobiście sprawdzał rezultaty. Przez piętnaście dni setka ludzi, pod nadzorem oficerów sztabu, robiła naboje. Aby uniknąć jakiegokolwiek niebezpieczeństwa wybuchu, musieli nosić buty bez gwoździ, zdejmowane i sprawdzane co dwie godziny. Zrobiliśmy 1OO OOO ładunków. Kiedy to żniwo się skończyło odbyły się wielkie manewry na równinie St-Denis i przeglądy wojsk przed Tuileries, włącznie z parkami artyleryjskimi, wozami i ambulansami! Cesarz kazał je otworzyć i sam wspiął się na koło, aby upewnić się, że są pełne."

Pułki Młodej Gwardii również są pośpiesznie uzupełniane. Jej oficerowie, przeniesieni ze Starej Gwardii* , ciągle będą dostawali wyższe gaże; ale pod innymi względami jej pułki nie różnią się od pułków liniowych. Teraz ma się ona składać z trzynastu pułków tyralierów, trzynastu woltyżerów, jednego fizylierów-grenadierów, jednego fizylierów-szaserów, jednego flankierów, jednego szperaczy i jednego gwardzistów narodowych** „dziesięć różnych nazw dla jednostek piechoty uzbrojonych w dokładnie ten sam sposób i noszących ten sam model standardowo wydawanego karabinu". Paweł de Bourgoing, dobrze wykształcony młody porucznik 5 Pułku Tyralierów Gwardii, który powrócił właśnie z bojów w Hiszpanii, jest obecny kiedy zjawiają się nowi rekruci:

„tysiąc pięciuset młodych ludzi w koszulach, kamizelkach, strojach ludowych, czyli obywateli wszystkich prowincji ogromnego Cesarstwa Francuskiego, snujących się po obszernym placu przed koszarami, w takt wybijany przez szesnaście bębnów. Prawie wszyscy dobosze zostali wzięci z Pułku Uczniów Gwardii [pułk składający się całkowicie z synów żołnierzy] i prawie wszyscy byli Holendrami. Niektórzy, z Amsterdamu i Fryzji, mieli tylko po piętnaście lat. Bardzo się starano, aby w żadnej kompanii nie znalazło się zbyt wielu ludzi jednej narodowości: 'To nie przysłuży się dobrze ani dyscyplinie, ani wojnie,' powiedział mi mój major. 'Przetasuj ich wszystkich jak talię kart! Wybierz dwunastu ludzi którzy mają najgęstsze brody, albo widać, że im wyrosną. Przede wszystkim nie bierz żadnych blondynów ani rudych tylko ludzi z czarnym zarostem, których wystawisz do przodu'".

Dostaną oni siekiery i będą nosić bermyce oraz białe skórzane fartuchy, słowem zostaną saperami maszerującymi na przedzie kolumny pułkowej:

„Zrobiłem więc przegląd tych 1500 dwuletnich bród tak szybko, jak się dało. Większość wciąż była bez zarostu. Ledwie 25 czy 30 spośród nich było pisane zobaczyć znów ogień w kominku u swojej matki".

W tym samym czasie, Armia Obserwacyjna Łaby* , która niedługo zostanie I Korpusem, jest musztrowana i ćwiczona do osiągnięcia stopnia sprawności „prawie równającego się Gwardii Cesarskiej", pod dowództwem budzącego postrach miłośnika dyscypliny, marszałka Davouta, księcia Eckmiihl. Jeden z jej najmocniejszych pułków, 85 Pułk Piechoty Liniowej, spędził zimę w silnie ufortyfikowanym mieście Głogów, „jak w mieście oblężonym". Korpulentny drugi major jej pierwszego batalionu, C.F.M. Le Roy6 jest zagorzałym demokratą, który z pogardą spogląda na wszystkie osoby o błękitnej krwi, Napoleona uważa za „przedsiębiorczego geniusza", a Rosjan za barbarzyńców. Po „zrozumieniu, że urodził się wśród narodu znienawidzonego przez wszystkie inne", rozpoczął swą karierę wojskową „przypadkiem", jako rekrut w 1795, lecz „kontynuował ją już z upodobania". W czasie zimy 1811/12 rozbawiło go, gdy zobaczył, jak chętnie żony miejscowej szlachty, „bez strachu o skalanie szlacheckiej części swojej krwi", uprawiały hazard i tańczyły z młodymi oficerami w Grand Casino. Za nie mniej zabawne uważał też, że „niejedna miała ochotę stanąć do szeregu i bardzo im się to podobało". Także w południowych Niemczech, poszczególne księstwa zdominowanego przez Francuzów Związku Reńskiego z bólem serca dostarczają świeżych kontyngentów VIII Korpusowi generała Vandamme'a. W tym samym czasie Hieronim Bonaparte, król Westfalii, kłopotliwy najmłodszy braciszek Napoleona, chociaż pozbawiony doświadczenia wojskowego, z podobną niechęcią szykuje się do objęcia ogólnego dowództwa i nad VIII, i nad V (polskim) Korpusem księcia Poniatowskiego, oraz nad Sasami generała Reyniera (VII). Żadna z tych niemile widzianych ofiar nie jest w dodatku nowością. W 1806 roku, malutkie księstwo SaskoKoburskie zostało wręcz zalane przez niebieskie mundury Francuzów; a zaledwie dziesięć miesięcy temu, dobrotliwa diuszesa Augusta7 z bólem przyglądała się jak:

„szczątki naszego biednego małego kontyngentu powracają z Hiszpanii osiemnastu ludzi z 250! Większość strat została poniesiona nie w walce, lecz głównie z powodu chorób, niedostatku i zaniedbania, nakładających się na trudności spowodowane hiszpańskim klimatem. Pół miasta wyległo na ulice, aby powitać pozostałych przy życiu," zapisała w swoim pamiętniku. Teraz z przygnębieniem patrzy na wymarsz nowego kontyngentu,8 tym razem na Północ.9

Co jest miejscem ich przeznaczenia? Coignet, w Paryżu, może nie wiedzieć, ale te dziesiątki tysięcy niemieckich rekrutów wiedzą to z pewnością. Pisząc do domu, prosząc rodzinę o trochę pieniędzy na drobne wydatki związane z tą nową kampanią, jeden z kaprali Davouta słyszy, że mają to być Indie, kraj najwidoczniej zaludniony przez małpy [„aux Singes" = aux Indes* ]. Którędy? Oczywiście przez Rosję, której cesarz po raz trzeci ma „dostać nauczkę".

Ta nowa Wielka Armia na pewno nie składa się tylko z chętnych żołnierzy. Wręcz przeciwnie. W całej Europie nawet w dalekim Neapolu, gdzie olśniewający szwagier Napoleona Joachim Murat ubiera swoich lazzaroni**  i zwolnionych więźniów w wyjątkowo kolorowe mundury

wszyscy nieżonaci osiemnastolatkowie, których nie było stać aby opłacić zastępców, żeby poszli i zostali za nich zabici10, a którzy wyciągnęli najkrótszą słomkę z ręki rekrutującego sierżanta to znaczy wszyscy, którzy nie uciekli na wzgórza i nie zostali „bandytami" odprowadzani są na skraj swego miasta czy wioski przez płaczące rodziny, które nawet nie oczekują, że ich jeszcze kiedyś zobaczą. Jak zwykle, dezercja po drodze do centrum szkolenia* jest masowa. Większość wieśniaków niechętnych jest zaciągowi. Świadkiem branki do 2 Pułku Piechoty Legii Nadwiślańskiej w Poznaniu jest porucznik Henryk Brandt11, który zauważa, że znaczna część rekrutów nigdy w życiu nie nosiła butów czy spała w łóżku, a „biały chleb i kawę znała tylko ze słyszenia". Ich przywiązanie do sztandaru musi opierać się więc na połączeniu dobrego jedzenia, zakwaterowania, i, dla dezerterów („prawie wszyscy zostali schwytani") 50 do 60 uderzeń trzciną w siedzenie. Po przyprowadzeniu całego pułku marszowego dezerterów z Ile de Re do Lubeki Józef Guitard12, wysoki kasztanowłosy kapitan z pułku Coigneta, musi wracać do Prus po następny. Z takich niedoszłych dezerterów składa się odpowiednik całej dywizji Wielkiej Armii.

Napoleon, rzecz jasna, wie doskonale o co mu chodzi i czyjemu dobru służy. Dobru narodu francuskiego, oczywiście. Kto jednak jest tym

„narodem"? Naturalnie klasy średnie, w przeciwieństwie do le peuple** , o którym pewnego dnia Cesarz chełpi się przed Narbonnem, że go „spacyfikował zbrojąc go". Dodając jako wniosek: „w moich rękach wojna stała się antidotum przeciwko anarchii." Jeśli chodzi o starych arystokratów, to ci z nich, którzy zaangażowali się po stronie nowego tronu,

„wyniesionego", z czego Napoleon zdawał sobie sprawę, „na bagnetach Gwardii Cesarskiej samych synów wolnych chłopów", w części tylko są naprawdę oddani jego sprawie, jeśli już nie, jak Caulaincourt i Narbonne, jego polityce. Pozostałych, może nawet większość, można z pewnością zaliczyć do niezdecydowanych: „Niebieski jest zawsze niebieski, biały jest zawsze biały,"*** powie kiedyś Cesarz ze smutkiem Gaspardowi Gourgaudowi na Świętej Helenie.

Między oficerami-arystokratami z całego serca oddanymi sprawie Napoleona jest generał hrabia Filip de Segur13. Jednego dnia w okresie Konsulatu, ten syn wybitnego ojca, tak jak on wroga Rewolucji, wałęsał się przed bramami Tuileries w stanie tak głębokiej depresji, że zastanawiał się nad samobójstwem, kiedy nadbiegł truchtem oddział szaserów* Gwardii Konsularnej. Na tym potomku pradawnej kasty francuskich wojskowych widok ich olśniewających zielono-czerwonych mundurów i pozostałego ekwipunku zrobił wrażenie porównywalne chyba tylko z wizją Św. Pawła na drodze do Damaszku. Wiążąc swój los z losem nowego Cezara, młody Filip de Segur po prostu poszedł i się przyłączył; i podobnie jak inny szlachcic Montesquiou Fezensac, oczywiście szybko awansował. Po różnych kolejach losu został teraz oficerem przy Cesarskiej Kwaterze Głównej, gdzie jego specjalnym zadaniem jako zastępcy Prefekta Pałacu jest nadzór nad mułami jucznymi, które w czasie kampanii używane są do transportu złotej cesarskiej zastawy obiadowej i innych sprzętów domowych. Jeśli połowa umysłu de Segura jest głęboko pochłonięta sprawami wojskowymi, to druga połowa tkwi nie mniej głęboko w literaturze klasycznej; nie można wykluczyć, że już wtedy zastanawiał się nad wielkim dziełem historycznym. Nie znaczy to, żeby on sam, czy ktokolwiek inny, mógł już tej wiosny 1812 wyobrazić sobie, czym ono będzie. Wypełniony żarliwym, chociaż przynajmniej w oczach Gourgauda trochę jednak zbyt ambiwalentnym zachwytem dla swojego idola, de Segur już teraz zdaje sobie sprawę, że ze wszystkich sojuszników wcielanych, aby służyć podczas tej gigantycznej ekspedycji „tylko Włosi i Polacy są naprawdę entuzjastycznie nastawieni do naszej sprawy". W odniesieniu do żadnego z oficerów Wielkiej Armii nie jest to bardziej prawdziwe niż w przypadku oficera z Elby, o nazwisku Cezary de Laugier (czyli Loggia). Opuszczając Mediolan w lutym, wraz z resztą IV Korpusu księcia Eugeniusza, oficer sztabu Gwardii Honorowej Królestwa Włoch, której każda kompania pochodzi z innego miasta północnej Italii i ma innego koloru lamówki na swoich zielono-białych mundurach, przekroczył Alpy i stanął na kwaterach wojskowych w południowych Niemczech. Jest pewien, że tutejsi mieszkańcy ich „kochają". Wewnątrz jego nowego hełmu w stylu greckim, którego ogromny, ozdobiony piórami czub wieńczy drapieżna, pozłacana głowa orła z agresywnym dziobem, głowa Cezarego de Laugier pełna jest wyobrażeń o wojennych czynach starożytnych bohaterów. Sam nie pozbawiony naiwności, przedstawia wzruszający obraz mentalności swoich krajanów:

„Nie znają innej świętości nad swojego władcę. Żadnych racji prócz siły. Żadnej pasji prócz chwały. Wszystko wygładza walec dyscypliny i biernego posłuszeństwa, głównych cnót żołnierza. Nieświadomi tego co ich czeka, są tak przekonani o słuszności swojej sprawy, że nigdy nawet nie próbują się dowiedzieć, do jakiego kraju są wysyłani. Słysząc na początku każdej wojny, że pisane jest im wymierzyć ostateczny cios chwiejnemu mocarstwu Anglików, w końcu mylą z Anglią wszystkie istniejące mocarstwa. Oceniają dystans oddzielający ich od celu ilością dni, które od kilku już lat spędzają, maszerując z jednego krańca Europy na drugi. Nigdy jednak nie docierają do owego kraju, celu ich wszystkich wysiłków, który ciągle umyka im sprzed oczu."

Podczas przeglądu 14 maja na esplanadzie w Głogowie, już poza miejskimi fortyfikacjami, nasz oficer sztabu napisze w swoim pamiętniku:

„Cały IV Korpus jest pod bronią. Wicekról przybył tu wczoraj. Gwardia Królewska, zajmująca w tej chwili prawy skraj niezwykle długiego pierwszego szeregu, znalazła się na miejskim cmentarzu. Tylko groby przerywają nasze przepisowe ustawienie. Niektóre zabobonne umysły dopatrują się w tych okolicznościach jakiejś złowieszczej przepowiedni i narzekają, że tu właśnie nas postawiono. Rzymskie legiony z pewnością złożyłyby ofiary swym bogom, aby odpędzić tak złowrogie wróżby."

Jednak widocznie książę Eugeniusz, nieco flegmatyczny, lecz bardzo zdolny żołnierz, jest ponad takie obawy; w rozkazie dziennym wyraża swoją satysfakcję ze stanu IV Korpusu. Nic nie mogłoby bardziej ucieszyć oficera sztabowego Guardia d'Onore.

Jak zawsze, są też komplikacje polityczne. Niektórych z nich, w przeciwieństwie do tych wewnętrznych, nie da się wygładzić dekretem cesarskim. Już od jakiegoś czasu ambasady Francji i Brytanii w Konstantynopolu prześcigają się w sztuce przekupywania urzędników tureckich. Francuzi, aby utrzymać Turcję w stanie wojny z Rosją, Brytyjczycy aby został zawarty pokój. A ponieważ Turkom ostatnio nieźle się dostaje, istnieje wyraźne niebezpieczeństwo, że brytyjskie złoto przeważy nad francuskim, zwalniając w ten sposób Armię Mołdawii generała Tormasowa, która będzie mogła pomaszerować na północ, aby zagrozić południowemu skrzydłu Wielkiej Armii. Napoleon ma nadzieję, że zabezpieczył się już przeciwko takiej ewentualności, zmuszając swojego nowego teścia, cesarza Franciszka, aby dostarczył mu 30 000 Austriaków pod dowództwem księcia Schwarzenberga. No, nie tak całkiem znów zmuszając, bowiem była za to odpowiednia cena: Napoleon miał udzielić swojemu koledze cesarzowi gwarancji spokojnego władania jego nieuczciwie nabytymi ziemiami w Galicji, wyrwanymi Polakom w 1794.* W tym przypadku wystąpiła nierozwiązywalna sprzeczność żądań: Polaków aby przywrócił Galicję ich wymarzonemu królestwu, Austriaków aby tego nie robił.

Szwecja, pokonana z kretesem przez Rosję w 1809, stanowi kolejny problem. W czasie wielkiego kryzysu, kiedy to Finlandia, a nawet wyspy Alandzkie zostały przez nią utracone, jej parlament, ponaglany przez niezależnie myślącego, młodego oficera, który akurat przebywał w Paryżu, wybrał niegdysiejszego rywala Napoleona, marszałka Bernadotte'a, na następcę tronu. Jedną z pierwszych rzeczy, o jakich dowiedział się on po przybyciu do Sztokholmu było to, że niezmiernie ważny przemysł hutniczy jego przybranego kraju był uzależniony od rynku brytyjskiego w stopniu nie mniejszym niż rosyjski. Stosunki francusko-szwedzkie, już i tak napięte, jeszcze bardziej się pogorszyły. W końcu Bernadotte zadeklarował swoją neutralność w zmaganiach wielkich mocarstw i w maju 1810, hrabia Lagerbielke, ambasador Szwecji w Paryżu, został przyjęty na audiencji w Tuileries:

„Nigdy nie widziałem cesarza w tak szalonej furii, przerastała ona wszystko co można sobie pod tym względem wyobrazić. Oznajmił ze złością, że z powodu sprawy Szwecji nie przespał tej nocy ani godziny. 'Moglibyście dać mi trochę odpocząć, potrzebne mi to! Brytyjscy jeńcy zostali zwróceni bez odszkodowania, czyż nie tak, Monsieur de Cadore?" (Minister, trzęsąc się, nie omieszkał odpowiedzieć na to pytanie, jak i na wszystkie inne, twierdząco.)

Przez godzinę i piętnaście minut Napoleon mówił i krzyczał, tak często się powtarzając i przerywając swój tok myśli, że Lagerbielke miał potem trudności z dokładnym przypomnieniem sobie wszystkiego co usłyszał. Oszczędził Szwecję po wojnie 1807, wykrzykiwał, lecz został „oszukany" przez Lagerbielkego:

„Neutralność już nie istnieje. Brytania jej nie uznaje więc ja też nie mogę. Jest wam ciężko? A nie pomyślicie, że mnie też jest ciężko, że Francji, Bordeaux, Holandii i Niemcom też jest ciężko? Dlatego trzeba z tym skończyć. Trzeba doprowadzić do pokoju na morzach, nieważne jakim kosztem". (Tutaj złość cesarza staje się wręcz przerażająca.) „A tylko Szwecja jest odpowiedzialna za kryzys w którym się znalazłem! Szwecja bardziej mi zaszkodziła niż pięć Koalicji razem wziętych. Wybierajcie więc: otwarta wojna albo rzetelna przyjaźń. To moje ostatnie słowo. Do widzenia. Mam nadzieję, że zobaczymy się znowu w szczęśliwszych okolicznościach".14

Z tymi słowami Tyran Korsykański wyszedł z pokoju,15 zostawiając Szweda, zdziwionego jeszcze bardziej, gdy odkrył przedpokój opuszczony „nawet przez służbowego oficera ... czy to dla posłuszeństwa rozkazom, czy też przez dobrowolną grzeczność, bo cesarz kilkakrotnie podnosił głos do tego stopnia, że niemożliwym było nie słyszeć go w sąsiednim pomieszczeniu". Zaś na początku 1812 roku, gdy Narbonne i Napoleon odbywali swoje fascynujące rozmowy w St-Cloud, Davoutowi rozkazano zająć Pomorze Szwedzkie za pomocą ruse de guerre* , przejąć całą szwedzką flotę handlową w jej portach, a szwedzkie garnizony odesłać do Francji jako jeńców wojennych.

Dla Szwedów była to kropla, która przelała czarę. Bernadotte ogłosił Szwecję państwem neutralnym, zawarł pokój z Brytanią i rozpoczął tajne negocjacje z carem.

Prusy stanowiły następny problem, choć pozornie był on niezbyt poważny. Pozbawione prawie połowy swojego obszaru i wciąż kipiące złością z powodu ogromnych odszkodowań wojennych, wypłacanych nieprzerwanie od 1806, jako „sojusznik" Francji, dostały rozkaz dostarczenia Wielkiej Armii trzydziestotysięcznego kontyngentu dla ochrony lewego skrzydła w ten sam sposób w jaki Austriacy mieli chronić prawe skrzydło. To spowodowało, że dwór berliński wysłał do Wiednia tajne misje sondażowe misje, które, po trzech kolejnych całkowitych porażkach, nic nie wskórały. W tej sytuacji, aby „uniknąć" nieporozumień, marszałek Oudinot ze swoim trzydziestotysięcznym II Korpusem otrzymuje rozkaz zajęcia Berlina, a wysłany tam równocześnie Narbonne ma uprawiać swoją staromodną dyplomację na przerażonym dworze pruskim.

Przez całą wiosnę i wczesne lato 1812 drogi Europy rozbrzmiewają tupotem maszerujących butów, nie mniej niż siedmiu maszerujących na północ armii. Każda dywizja wyrusza dwa dni po poprzedniej. Zachowując odległość 100 kroków (70m) między batalionami, jej pułki maszerują „w dwóch rzędach, dzieląc się drogą, której środek zostawiają wolny". Zatrzymują się na „pięć minut w każdej godzinie, a po trzech czwartych dziennego marszu na pół godziny" i z jednym dniem odpoczynku co pięć dni wędrują dalej na północ ze średnią szybkością 25 mil na dzień. Co drugi dzień odbierają racje, dostarczane wzdłuż trasy przez administrację hrabiego Daru16. „Krok podoficera maszerującego na czele pułku," wyjaśnia zabawny gawędziarz, kapitan Elzear Blaze (który sam ma szczęście nie być wysłanym do Rosji):

„musi być krótki i regularny, bo jeżeli prawa strona idzie normalnym krokiem, to lewa będzie musiała galopować. Najmniejsza przeszkoda na drodze, nawet jeśli to tylko rynsztok do przeskoczenia, powoduje problemy. Jeżeli pierwszy człowiek, który się na nią natknie zatrzyma się choćby na pół sekundy, to ludzie z ostatniego batalionu będą potem musieli biec przez piętnaście minut, żeby nadgonić. Doświadczony oficer widzi takie rzeczy od razu; daje rozkaz chwilowego postoju i wszystko znowu toczy się normalnym trybem. Gdy już przemaszerowaliśmy godzinę, następuje pięciominutowy postój, podczas którego możemy zapalić fajki. To się nazywa la halte des pipes* . Nie można przecież odbierać żołnierzowi jego przyjemności. Wszyscy żywią się tym, co mają w tornistrach, i potem znów w drogę, każdą przemaszerowaną ligę** przerywając pięciominutowym postojem."

Wyglądając ze swego okna w Dreźnie, stolicy królestwa Saksonii, dziewięciolatek Wilhelm von Kiigelgen, patrzy jak przechodzą:

„Długie, ciemne kolumny Starej Gwardii, z ich dumnymi orłami, wysokimi bermycami, i marsowymi minami, unoszące się jak mroczne senne obrazy. Wojenny dźwięk bębnów i piszczałek, a potem upiorne postacie saperów z błyskającymi siekierami i długimi czarnymi brodami, za nimi zaś niekończące się kolumny transportowe. Dzień po dniu przechodzili pod naszymi oknami, człowiek za człowiekiem, brygada za brygadą. Widziałem prawie wszystkie oddziały Wielkiej Armii: wysokich karabinierów w kaskach z pióropuszami i złoconych kirysach, lekkich szaserów, huzarów, woltyżerów, wszystkie rodzaje piechoty i artylerię z porządnymi pojazdami ciągniętymi przez konie. Wreszcie, na końcu długie kolumny z mostami pontonowymi i innym sprzętem wojskowym".

To właśnie do Drezna ów nowy Karol Wielki rozkazał stawić się królom i książętom podbitej Europy, aby złożyli mu hołd. Ponieważ tylko niewielu z nich, jeśli poza królem Saksonii w ogóle ktokolwiek, jest szczerze przywiązanych do jego sprawy, być może uroczysty pokaz potęgi politycznej i wojskowej wpoi wszystkim przekonanie o daremności knucia za jego plecami? Teść Napoleona cesarz Austrii ma być gościem honorowym, a jego młoda córka Maria-Luiza, cesarzowa Francuzów, pierwszą damą. Król i królowa Prus muszą błagać, aby ich wpuszczono, a nawet wówczas przyjmowani są z niechęcią.

Można się tylko zastanawiać, o czym myśli czterdziestosiedmioletni samozwańczy cesarz, kiedy z siędzącą u jego boku młodą jasnowłosą cesarzową, wraz ze swym orszakiem wyrusza o 5.30 rano 9 maja z Paryża. Czy o tym „najwyższym wysiłku, najtrudniejszym zadaniu" by miażdżąc Rosję zmiażdżyć Brytanię i zapewnić sobie i Francji panowanie nad światem? Może nawet ma nadzieję, że impreza w Dreźnie sama w sobie wystarczy, by przywołać cara do porządku? Inaczej, jakie miałoby być znaczenie jego ponurych słów, szepniętych na boku prefektowi policji tuż przed wyjazdem:

„No, trzeba skończyć, co się zaczęło!"

Żadna z wcześniejszych kampanii, o ile wiemy, nie została poprzedzona taką uwagą.

Von Kiigelgen kontynuuje:

„Pewnej burzowej nocy, kiedy pochodnie ledwo się tliły, Napoleon zjawił się niczym Książę Ciemności. Błyski piorunów rozświetlały niebo, a huk grzmotów mieszał się z wymuszonymi okrzykami radości pospólstwa oraz z upiornym biciem kościelnych dzwonów. Oj, było w tym czasie w Dreźnie co oglądać. Obecność tylu armii napełniała miasto wojskową pompą. Na powitanie książąt brzmiały dzwony i huczały armaty. Wspaniałe parady i manewry były przeznaczoną dla nich rozrywką. W nocy miasto świeciło magiczną łuną tysiąca lamp. Szeroka tęcza wesołych papierowych lampionów tworzyła łuk na niebie nad Łabą, w której odbijały się wszystkie barwy najpiękniejszy efekt świetlny, jaki można sobie wyobrazić. Fajerwerki trzaskały w powietrzu. Każdy dom był po brzegi wypełniony żołnierzami, którzy rozmawiali, śmiali się i klęli we wszystkich niemal językach Europy."

Także romantyczny poeta Henryk Heine widzi go:

„Wysoko w siodle nieśmiertelne oczy osadzone w marmurze cesarskiej twarzy spokojny jak przeznaczenie, gdy tak spogląda na swoich, defilujących obok gwardzistów. Wysyłał ich do Rosji, a mimo to starzy grenadierzy zerkali na niego z takim gorliwym oddaniem, taką sympatią, takim przejęciem i zabójczą dumą: Ave Caesar, morituri te salutant!*

Wśród książąt, którzy niespokojnie oczekują, aby go sobie zjednać, dwóch synów diuszesy Augusty ma prawdziwe powody do niepokoju. Trzeci bowiem brat był na tyle nieroztropny, aby przyjąć nominację oficerską w armii rosyjskiej, powodując, że Napoleon, jak zagniewany pan feudalny, groził ich ojcu „wypędzeniem" z jego księstwa. Lecz podczas uroczystości największe wrażenie wywiera na nich:

„kontrast pomiędzy bardzo ludzkim cesarzem Franciszkiem, z jego przyjaznym i dwornym nastawieniem,17 a Napoleonem, zdecydowanie szorstkim i niegrzecznym, choć może nie umyślnie, po prostu zbyt uniesionym nadzwyczajnymi łaskami fortuny i swoją pomysłowością. Płaszczenie się i przyprawiające o mdłości pochlebstwa, z jakimi jest wszędzie przyjmowany, potęgują jeszcze owo, właściwe mu, pogardliwe i opryskliwe nastawienie".

Oceny tej z pewnością nie podziela Pierwszy Sekretarz Napoleona. Baron

Klaudiusz-Franciszek Meneval18 ma:

„wiele okazji by przyglądać się tym dostojnym zgromadzeniom. W przestronnych apartamentach pałacu drezdeńskiego przypatrywałem się procesji, na czele której kroczył Napoleon. Zdrowie cesarzowej Austrii było zbyt słabe, by mogła znieść zmęczenie, wywoływane przechodzeniem przez wszystkie te pokoje, Cesarz szedł więc przed nią, z kapeluszem w jednej ręce, drugą trzymając na drzwiach jej lektyki i wesoło z nią rozmawiając. Wszyscy, którzy byli świadkami tych spotkań towarzyskich, zgadzali się, że dzięki swojej uprzejmości, intelektowi i czarującym manierom wywierał nieodparty wpływ na swych szlachetnych gości. Jeśli tylko zechciał, potrafił być najbardziej sympatycznym i czarującym mężczyzną na świecie."

Napoleon może być niezwyciężony, przyznaje w swoim pamiętniku diuszesa, lecz jak wielkim dzieje się to kosztem ludzkiej krwi i cierpienia?

W tym samym czasie car wyjechał z Petersburga do Wilna, aby w ostatniej chwili spróbować pozyskać poparcie swych bardziej wpływowych litewskich poddanych. Lauriston podąża za nim i prosi go o audiencję, jednak car odmawia. Przebywający w Berlinie Narbonne dostaje zatem nowe polecenia. Ma on także udać się do Wilna, aby pod pretekstem prób ocalenia pokoju wybadać co się da o stosunkach rosyjsko-szwedzkich i rosyjsko-tureckich, a w razie gdyby armia rosyjska przekroczyła Niemen, wynegocjować zawieszenie broni, „żeby Jego Cesarska Mość miał czas dotrzeć na front".

Narbonne jest tu milej widziany niż Lauriston. Zaproszony na obiad, przekazuje osobiste posłanie od Napoleona:

„Jak wynika z ostatniej analizy sytuacji, istnieje tylko jedna, lecz bardzo ważna, kwestia sporna między nami i Rosją: kwestia krajów neutralnych i handlu angielskiego. W porównaniu z nią, Polska jest nieważna. Jego Cesarska Mość ma na sercu jedynie dobro Francji".

Na to Aleksander, który także potrafi być wszystkim dla wszystkich, odpowiada, że nie ma zamiaru być agresorem, ale też nie:

„podpisze traktatu dyktowanego na terytorium Rosji. Naród rosyjski nie cofa się przed niebezpieczeństwem. Bagnety całej Europy na mojej granicy nie zmuszą mnie do zmiany języka".

Pozostając pod głębokim wrażeniem tak zdecydowanego i pełnego godności stanowiska, Narbonne ledwo zdążył wrócić do swojej kwatery, gdy do jego drzwi zapukało trzech wysokich rangą urzędników rosyjskich. Oznajmiają mu, że jego powóz jest już zaprzężony i gotowy do odjazdu. Car był nawet tak uprzejmy, że kazał go zaopatrzyć na drogę ze swej własnej kuchni. Przyjeżdżając do Drezna 24 maja, w samym środku obchodów, Narbonne przynosi swemu panu cztery wiadomości. Jedna jest prawdziwa, pozostałe zaś nie. Rosjanie nie zerwą pokoju, mówi Napoleonowi, ani też nie przekroczą Niemna. Lecz jeśli on, Napoleon, to uczyni, Narbonne „ma wrażenie, że od razu wydadzą bitwę. A Rosja natychmiast sprzymierzy się z Brytanią." Jeśli chodzi o Szwedów, to chociaż prawdą jest, że ich następca tronu wydaje się być po stronie Aleksandra, wciąż nie ma między nimi układu. Nie ma też żadnej perspektywy pokoju rosyjsko-tureckiego.

(W rzeczywistości, bez wiedzy Napoleona i jego posła, lecz mając lojalnie na względzie przede wszystkim dobro swojego adoptowanego kraju, Bernadotte zapewnił już cara, że Szwecja pozostanie neutralna aż do momentu, gdy będzie musiała odkryć swoje karty. Jednocześnie zachęcał Aleksandra, by ten trwał przy swoim. Jeśli chodzi o Turcję, to zaledwie dwa dni wcześniej, 22 maja, pewien jednooki generał nazwiskiem Kutuzow, któremu nie poszło najlepiej pod Austerlitz w 1805* , spotkał się z Wielkim Wezyrem w Bukareszcie i podpisał traktat pokojowy między Rosją i Turcją. Te dwa wydarzenia, zadecydowały o tym przyzna Napoleon na Świętej Helenie że jego najazd na Rosję okazał się błędem.)

Nie zważając zbytnio na raport swojego wysłannika, Napoleon rozpoczyna kolejny popis retoryczny, z gatunku tych, które tak martwiły Narbonne'a w St-Cloud:

„'Doskonale! Niech dopełni się przeznaczenie i Rosja zostanie zmiażdżona przez moją nienawiść do Anglii! Na czele czterystu tysięcy ludzi, opłaconych i wyposażonych na niespotykaną dotąd skalę, z rezerwami na skrzydłach, z korpusem litewskim tej samej krwi co część ludności, przez której tereny będziemy przechodzić, nie obawiam się tej długiej drogi wśród pustkowii. W końcu, mój drogi', mówił dalej jak w natchnionym śnie, 'ta długa droga to droga do Indii. Aleksander Wielki wyruszył, by dotrzeć do Gangesu, z odległości nie krótszej niż ta z Moskwy. Wyobraź sobie Moskwę zdobytą Rosję startą na proch cara pogodzonego ze swoim losem lub zabitego w jakimś spisku pałacowym i może jakiś nowy, zależny tron. I powiedz mi czy nie wystarczy, żeby nasza Wielka Armia Francuzów oraz oddziały posiłkowe z Tyflisu, dotknęły Gangesu francuskim mieczem? Wówczas zawali się cała konstrukcja handlowej potęgi Brytanii! Przyznaję, byłaby to gigantyczna ekspedycja, w dziewiętnastym wieku jest ona jednak możliwa. Jednym ciosem Francja osiągnęłaby niezależność Zachodu i wolność mórz."'

Pięć dni później wyjedzie, aby dołączyć do armii. W jednym z wozów bagażowych Davouta znajduje się mapa Indii. Tak na wszelki wypadek.

 

Przypisy do rozdziału 1:

* Pełny tytuł wydanej w 1811 książki Chateaubrianda brzmiał Itineraire de Paris a Jerusalem, czyli raczej Podróż z Paryża do Jerozolimy (przyp. red.).

* ancien regime dosłownie „stary reżim". Ogólnie określenie każdego rządu obalonego przez zamach stanu lub rewolucję. Tutaj dotyczy rządów dynastii Burbonów, a w szczególności Ludwika XVI (przyp. red.).

* Zdanie to zawiera oczywiście nieścisłości w zakresie historii Polski: w 1794 roku nie doszło do żadnego z rozbiorów, a Prusy Wschodnie (w najczęściej rozumianym sensie) nie wchodziły w skład terytorium II i III rozbioru pruskiego, gdyż stanowiły integralną część Prus jako państwa. Stosowany często przez autora termin Wielkie Księstwo w odniesieniu do Księstwa Warszawskiego nie jest słuszny (przyp. red.).

** In toto w całości. Wypada także zauważyć, że owe „tysiące patriotycznych Polaków", zaraz po utworzeniu Księstwa opuściło „armie francuskie", w których pozostała tylko Legia Nadwiślańska i tzw. Dywizja Księstwa Warszawskiego, oraz 1 Pułk Szwoleżerów Gwardii (przyp. red.).

* Narbonne zdaje się przesadzać w zakresie problemów Napoleona z kandydatem na króla Polski; wszak Księciem Warszawskim był król saski Fryderyk August, co było zgodne z aspiracjami Polaków, wyrażonymi choćby w Konstytucji 3 Maja. We własnej rodzinie chętnych też miał, może nawet zbyt wielu (przyp. red.).

* Autor chyba się myli, druga wspomniana wojna z Austrią zaczęła się, trwała (z kulminacją pod Wagram) i skończyła pokojem podpisanym w Schonbrunnie w roku 18O9 (przyp. red.).

** Kwintal 1OO kilogramów, buszel miara objętości materiałów sypkich w odniesieniu do zbóż około 35 do 36 litrów (nie jest pewne jaki rodzaj autor stosuje) (przyp. red.).

*   Najprawdopodobniej adresatem był Generalny Intendent, Piotr Daru (przyp. red.).

** Barclay de Tolly pochodził z Łotwy, można by powiedzieć z Inflant, rodzina de Tolly zamieszkiwała w Rydze (przyp. red.).

*** Oczywista omyłka, Napoleon miał i zabrał na wyprawę moskiewską cztery korpusy kawalerii rezerwowej (przyp. red.).

* Taka reorganizacja pułków piechoty została zarządzona znacznie wcześniej, bo już dekretem z 18 lutego 18O8. Piąty batalion był batalionem szkolnym (zwanym wówczas zakładowym lub warsztatowym) i nigdy nie opuszczał garnizonu, szkoląc rekrutów dla reszty pułku. Z następnego zdania nie należy wnioskować, że Gwardia składała się tylko z piechoty (przyp. red.).

* Gwardia powstała z przekształcenia wcześniejszej formacji Gwardii Konsularnej. W 1809 roku została podzielona na Starą Gwardię weteranów i Młodą Gwardię złożoną ze spełniających wysokie wymagania żołnierzy innych jednostek (przyp. red.).

** Skład Młodej Gwardii A.D. 1812 przedstawiał się jednak inaczej niż pisze autor. Choćby za Nafzigerem, na którego książkę powołuje się autor, podać można, że pułków było: tyralierów 6, woltyżerów 6, flankierów 1, Gwardii Narodowej 1, uczniów 1, Legii Nadwiślańskiej 1 (4 pp), oraz batalionu pociągu zaprzęgów i batalionu żołnierzy i kaprali Młodej Gwardii. Wspomniani tu eklererzy (szperacze) byli jednostkami kawalerii, powołanymi do życia dopiero w grudniu 1813. Być może użyte określenie „ma się składać" sugeruje jakiś stan docelowy (przyp. red.).

* W polskiej terminologii uzywa się częściej terminu Korpus Obserwacyjny Łaby

* Aux Singes do małp, Aux Indes do Indii, co wymawia się bardzo podobnie, a przynajmniej dostatecznie podobnie, aby zmylić biedaka (przyp. red.).

** lazzaroni złodzieje (przyp. red.).

* Pułkowe centra szkolenia nazywano wtedy „zakładami pułkowymi" (przyp. red.).

**    Le peuple lud (przyp. red.).

*** „Biały" oznacza tutaj zwolenników ancien regime (biały kolor mundurów), a „niebieski" rewolucji i Cesarstwa, kiedy to kolorem mundurów stał się niebieski.

* Szaserzy (dosłownie strzelcy) istniały oddziały szaserów pieszych i konnych, ci ostatni należeli do jazdy lekkiej (przyp. red.).

* Znów omyłka autora, w 1794 Austriacy nic nam nie „wyrwali", (nawet zresztą w 1793, bo nie brali udziału w II rozbiorze) jeśli już to albo chodzi o 1795, albo o 1772. Raczej o to drugie, bowiem ziemie III rozbioru w 1812 już należały do Księstwa Warszawskiego, odbite w wojnie 1809 roku (przyp. red.).*        Znów omyłka autora, w 1794 Austriacy nic nam nie „wyrwali", (nawet zresztą w 1793, bo nie brali udziału w II rozbiorze) jeśli już to albo chodzi o 1795, albo o 1772. Raczej o to drugie, bowiem ziemie III rozbioru w 1812 już należały do Księstwa Warszawskiego, odbite w wojnie 1809 roku (przyp. red.).

*   Ruse de guerre podstęp wojenny (przyp. red.).

*  La halte des pipes postój na fajkę, dziś powiedzielibyśmy na papierosa (przyp. red.).

** Liga ówczesna miara dystansu. Liga francuska miała ok. 4,8 km (przyp. red.).

* Ave Caesar, morituri te salutant! „Witaj Cezarze, idący na śmierć cię pozdrawiają!"

okrzyk wznoszony przez gladiatorów wkraczających na arenę (przyp. red.).

* Autor chyba zbyt pochopnie ocenia Kutuzowa, który był przeciwny stoczeniu bitwy pod Austerlitz, a później sposobowi jej rozegrania. Plan bitwy był autorstwa austriackiego gnerała Weyrothera, a dowodzenie przejął osobiście car Aleksander I (przyp. red.).

CDN