Nasza księgarnia

Nadciąga burza

COM_CONTENT_WRITTEN_BY on . Posted in Bez kategorii

Wycofać się do Smoleńska? - miłe miasteczko - dwudniowy odpoczynek - nadmiar oficerów - Le Roy podaje na obiad karpia - Dumonceau omal nie rozjechany - żółty powóz zostaje nadpalony - desperacka walka o redutę szewardyńską - „konstytucja Cesarza była bardzo wrażliwa" - jego gorączka - nocne hałasy.

Zamów książkę!

Niespodziewanie nadchodzi jesień. Przez dwa ostatnie dni (29 i 30 sierpnia) jej pierwsze zimne deszcze opadają smagającymi wszystko strugami. Lodowate ulewy czynią wszelki ruch niemożliwym. Dumonceau nie jest jedynym, który:

 „z każdym krokiem grzęźnie w błocie. Wieczorem, ogarnięci zmęczeniem, przemoczeni do kości i brudni, zatrzymaliśmy się na smętnym biwaku, który nie dawał żadnego schronienia, a zimna, burzliwa noc przydawała cierpień naszej dotychczasowej mizerii".

Lejeune, jeżdżący tam i z powrotem z rozkazami z kwatery Berthiera, jest zatrwożony, widząc jak „całą armię zdaje się ogarniać zniechęcenie". Powiada nawet, że:

„Berthier, choć bardzo nieśmiało podsuwający swoje rady, stał się nagle tak hardy, że sugerował Cesarzowi odwrót. Napoleon przyjął jego propozycję bardzo niedobrze i powiedział, że Bethier może wyjechać, jeśli czuje się zmęczony, lecz obiecał się wycofać, gdyby deszcze nie ustały".

 

Chłód pomiędzy nimi, jak zauważy Lejeune, trwa „kilka dni, choć nie prowadzi do przerwania wzajemnych, nieustannych i pracowitych stosunków". „Tutaj lato już minęło i mamy teraz jesień", pisze Napoleon do Marii-Ludwiki. I rzeczywiście, pierwszy dzień września przynosi potworną burzę, podczas której błyskawica zabija żołnierza z 2 Pułku Karabinierów i kaleczy kilku innych. Podobnie jak nad Niemnem, zimny deszcz powoduje „choroby wśród ludzi i koni". Z drugiej strony, Dumonceau zastanawia się, czy nie uniemożliwia on Kozakom podkładania ognia pod wioski, tak że w płomieniach stają teraz tylko miasta i dwory. Innym jednak zdaje się, że spowodowane jest to raczej silnym naciskiem straży przedniej.

Zmęczony ciężkim marszem 85 Pułk Piechoty Liniowej spędził ostatnią noc sierpnia obozując w ogrodzie otaczającym dwór ze „wspaniałym zbiornikiem wodnym w sąsiedztwie. Cały sztab ulokował się we dworze". Podejrzewając, że w stawie mogą zamieszkiwać jego upłetwione przyjaciółki, Le Roy rozebrał się, wlazł do wody i rozpoczął poszukiwania w sitowiu:

„Całkiem słusznie. Rychło wyczułem ogromnego karpia, który do połowy zagrzebał się w mule, a ponieważ występował tam zauważalny przepływ wody, wkrótce mogliśmy widzieć jego złocisty grzbiet. Mocno się starając, chwytamy go, aż wreszcie, nie bez wielkich trudności, udaje się go wyrzucić na brzeg. Niesiemy go do chateau, gdzie oczekuje go powitanie, na jakie zasługuje. Kuchnia jest doskonale wyposażona w rzeczy samej, o wiele lepiej niż piwniczka, gdzie wszystko co znajdujemy, to trochę kiepskiego piwa, które przy naszym pragnieniu i tak uznajemy za znakomite".

Na razie jednak, 3 września, gdy wszyscy są pogrążeni w desperacji, ponownie wychodzi słońce nikt już nie wspomina o cofaniu się na Smoleńsk. „Niebo stało się niebieskie", pisze Labaume, „i zostałem wysłany do króla Murata, aby przynaglić go do kontynuowania marszu". Od 4 do 6 września, Le Roy i jego 85 Pułk maszerują „z zachowaniem wielkiej ostrożności, będąc pewni, że Rosjanie czekają na nas pod Borodino, nad Kołoczą, tylko 5 mil przed nami". Pomiędzy I Korpusem a Rosjanami leży tylko „miłe miasteczko Gżack,1 najważniejsze z położonych przy drodze Smoleńsk-Moskwa, przecięte na pół rzeczką o tej samej nazwie".

Tym razem, choć Gżack jest „otoczony strumieniami przepływającymi przez małe jeziorka", przedsięwzięte zostały kroki, aby wejść do niego z marszu, zanim zostanie podpalony. Pod ciężkim ogniem baterii rosyjskiej, Murat i Eugeniusz wjeżdżają powolnym krokiem, każdy starając się wyglądać mniej przerażonym od drugiego, „pomimo tego, że widzą, jak kilku z ich otoczenia pada pod kulami nieprzyjaciela". Pomimo ciągłych opadów znów bowiem pada poziom wody w rzece jest tak niski, że IV Korpus, idący w ślad za I Korpusem, może przejść ją na piechotę.

Le Royowi ulżyło, gdy stwierdził, że jedynie wschodnia część miasta została spalona „niefortunnie była to dzielnica zamieszkała przez kupców i w niej znajdował się bazar".

Choć Czerwoni Lansjerzy posuwają się na przełaj przez pola, Colbert zdaje się nastawać, aby szli naprzód znacznie szybciej, może w nadziei jakiejś okazji do wspaniałego czynu zbrojnego, „niczym pod Somosierrą". Jednak wyjątkowy tłok, jaki powstał przy wejściu do Gżacka, zmusza pułk do rozłożenia biwaku. Aby zdobyć nieco żywności i furażu, wysyłają grupę rekwizycyjną do „wioski, o której jacyś żołnierze powiadali, że jest dobrze zaopatrzona". Ledwo jednak grupa wyruszyła, a już dostają rozkazy, aby ruszać dalej. Tak się składa, że Dumonceau nie ma właśnie żadnych szczególnych obowiązków, więc niepokojąc się o swe rzeczy, decyduje się pozostać i zaczekać na powrót wyprawy. Gdy wreszcie wracają, podczas próby dogonienia pułku, jego szabla dostaje się między szprychy koła wozu taborowego. Wypadek ten zrzuca go z konia zostaje nieomal rozjechany na miazgę. Gdy znów jest w stanie dosiąść koni

jego pułk zdążył już gdzieś zniknąć! Powałęsawszy się po polach wokół miasta w jego poszukiwaniu, musi wreszcie, razem z koniem, spędzić noc w samotnej stodole. „Na szczęście, była ona pełna siana". Sądząc po jej cichym rżeniu, jego Liesje jest nie mniej zaniepokojona niż jeździec. A choć Dumonceau stara się nie zasnąć i pozostawać na qui vive, zapada w końcu w sen tak głęboki, że budzi się dopiero gdy dawno już wstał dzień:

„Za mną, na wzgórzach na prawo od Gżacka, znajdował się spory biwak kawalerii, nad którym dominowały proporczyki lanc

podobne do naszych, poruszane wiatrem zaś u stóp zbocza jacyś na czerwono umundurowani żołnierze poili konie w pobliskim jeziorze".

Dołączywszy do nich pośpiesznie, stwierdza, że wszyscy byli tak przejęci jego zaginięciem, iż Jean, jego służący, który obawiał się, że pan zginął mu już na dobre, powitał go teraz ze łzami w oczach. Nawet Colbert wypytywał już o niego kilkukrotnie. Teraz znów tu jest:

„ogranicza się jednak do paru wymówek odnośnie ryzyka, na jakie się naraziłem nie trzymając się pułku. Wszystko było gotowe na moje przyjęcie i rychło przyszedłem do siebie, po dobrym, tak bardzo mi potrzebnym śniadaniu".

Włosi kroczyli najwyraźniej śladem kawalerii Murata, ponieważ gdy Laugier dostaje się na wyłożoną kłodami drewna główną ulicę Gżacka, Napoleon, wkroczywszy tam o 2 po południu, zdążył już rozpoznać wielką wyżynę panującą nad miastem, „szpital, który znajdował się nieopodal bramy miejskiej i nie został podpalony, oraz przyspieszyć odbudowę mostów, a przy okazji tempo przechodzących przez nie oddziałów". Caulaincourt jest zachwycony gdy widzi, że wszystkie kamienne domy przy głównej ulicy i nad brzegiem rzeki pełne są wszelkiego rodzaju zapasów „mąki, jajek i masła, wszystkiego bez czego obywaliśmy się tak długo". Pozostający jeszcze w mieście mieszkańcy donoszą nam, że armia rosyjska została właśnie wzmocniona przez 5O OOO Kozaków Miłoradowicza i wielką ilość artylerii.3 Potwierdzają także, iż Barclay został zastąpiony przez jednookiego Kutuzowa. Ponieważ Kutuzow znany jest Francuzom zresztą całkiem niesłusznie jako „ten generał, co uciekł spod Austerlitz", wszyscy są zachwyceni. Napoleon zaś nakazuje dwudniowy odpoczynek. Do Berthiera, Gżack, 2 września 1812:

„Mon cousin, wydaj rozkazy Królowi Neapolu, księciu Eckmlihl, Wicekrólowi oraz księciu Poniatowskiemu, aby dzisiaj wypoczęli, zebrali swoje oddziały, a o 3 po południu odbyli apele i dali mi znać ostateczne liczby żołnierzy, którzy staną do bitwy. Przeprowadzony ma być przegląd wszelkiej broni, ładownic, artylerii i ambulansów, żołnierze zaś mają być powiadomieni, iż zbliża się chwila walnej bitwy i że powinni się do niej przygotować. Ponadto, powinniście mnie powiadomić o liczbie niekutych koni, jakie się pojawią, oraz ile czasu zajęłoby przekucie całej kawalerii i doprowadzenie jej do stanu gotowości do bitwy".

Rozkaz przekazany zostaje do dowódców poszczególnych korpusów w postaci okólnika, zredagowanego kwiecistym językiem starofrancuskiego rycerstwa. Generał Romeuf (szef sztabu Davouta) pisze do Dedema:

 „2 września. Mam zaszczyt poinformować pana, że zamiarem Jaśnie Oświeconego Pana Marszałka, księcia Eckmlihl jest, aby oddziały zostały ostrzeżone o zbliżającej się walnej bitwie i że powinny się do tego przygotować".

„Każdemu żołnierzowi w I Korpusie", pisze Dedem, „wydano pięć paczek nabojów. Broń została wyczyszczona. Z taborów wyciągnięto wszystkich zdolnych do służby żołnierzy i wcielono ich z powrotem do szeregów". Zgodnie z rozkazem, o 3 po południu odbywa się przegląd stanów, które zostają przekazane wyżej. Jak wielka jest teraz Wielka Armia?

Najwyraźniej rychło się rozniosło, jak przedstawiają się efektywne stany armii, ponieważ Laugier odnotowuje je w swoim diariuszu: 1O3 OOO bagnetów, 3O OOO szabel, 587 dział. Jednak wiele jednostek straszliwie się skurczyło. 25 Dywizja, początkowo składająca się z czterech czterobatalionowych pułków liniowych (Wirtemberczycy, Iliryjczycy, Polacy, Portugalczycy) plus dodatkowo 4 pułki lekkiej piechoty, ma teraz „kompanie, które ledwo mogą wystawić siedem karabinów w jednym szeregu". Z dywizji lekkiej kawalerii Nansouty'ego, przekraczającej Niemen w sile 7500 konnych, stwierdza Wiktor Dupuy, pozostało mniej niż 1000, „a z pewnością to nie ogień nieprzyjacielski doprowadził do tak ogromnego ubytku!" Pomimo uzupełnień, jakie dotarły do Czerwonych Lansjerów w Witebsku, pod proporczykami staje ich nadal jedynie 700 spośród początkowych 1200. Przede wszystkim, powszechny jest nadmiar oficerów:

„Mogli oni sobie przynajmniej pozwolić, aby kupić nieco żywności, choćby po fantastycznie wielkich cenach. Oficer nie musi też nosić ciężkiego plecaka, za to jeździ konno. Na naszą wreszcie korzyść działał też czynnik moralny".

W rezultacie istnieje wyjątkowa nierównowaga pomiędzy nimi a innymi stopniami z dwunastu batalionów wirtemberskich Neya ubył mało który oficer. Ponieważ ich liczebność wynosi teraz łącznie zaledwie 1450 żołnierzy, są one przeformowane w zaledwie trzy:

„Cały korpus oficerski stanął w jednym szeregu na łące, o kilka jardów od naszego biwaku. Nasz generał dywizji w towarzystwie naczelnego chirurga przeszedł przed nim, zatrzymując się po kolei przed każdym z nas i wypytując o stan zdrowia. W zależności od opinii lekarza, albo rozkazuje nam dołączyć do jednego z batalionów, albo przenosi na listę nieczynnych, co oznacza podążanie za armią w odległości jednego lub dwóch dni marszu".

Sam von Suckow, określony jako krzepki, jest jednym z wysłanych do batalionu.

Bez wątpienia, podobna sytuacja panuje także w pozostałych korpusach, za wyjątkiem Starej Gwardii.

Ciesząc się dwudniowym odpoczynkiem, spędzonym na wyżynie pod miastem, Le Roy składa grzecznościową wizytę swojej dawniej jednostce, 108 Pułku Piechoty Liniowej. Jeden z podporuczników obdarowuje go tam dobrym polskim kucem, dobrze ukształtowanym pod każdym względem o „silnym grzbiecie, zwisającej grzywie i bystrym oku". Podporucznik nie może już sobie dłużej pozwolić na żywienie równocześnie konia i siebie samego.4 Le Roy przekazuje kuca swojemu wiernemu służącemu Wilhelmowi, aby nosił ich spiżarnię i cenny żelazny kociołek, ten sam, któremu nieomal udało się nie przekroczyć Niemna.

IV Korpus ma właśnie ruszać dalej, gdy dołącza do niego bawarska kawaleria von Preysinga. Laugier i Labaume, dotarłszy najpierw do jednego, a potem do drugiego „miłego dworku", ku swojemu rozczarowaniu odkrywają, że są one gruntownie zniszczone. W Pokrowskoje:

 „dobrze rozplanowany park, piękne długie aleje, nowo zbudowane pawilony, świadczące o dobrym guście i przyjemnym stylu życia właściciela, a także luksusowe meble, cenne kryształy, piękne wazy porcelanowe wszystko porozrzucane lub w kawałkach. Wyjątkowo drogie książki leżą na ziemi".

Także Labaume odnotowuje, jak w Pokrowskoje „świeżo ozdobiony pawilon przedstawiał sobą obraz najpotworniejszego zniszczenia. Wszędzie widzieliśmy tylko potrzaskane meble, kawałki cennej porcelany porozrzucane po ogrodzie, a cenne ryciny powyrywane z ram i rozproszone przez wiatr". Nic nie szkodzi. Najważniejsze jest to, że są tu obfite zapasy zboża i paszy dla koni. Stoicko rozłożywszy swoją kwaterę pomiędzy całą tą zniszczoną kulturą, książę Eugeniusz także daje swojemu IV Korpusowi dodatkowy dzień wytchnienia, „aby odłączeni żołnierze zdołali dołączyć. Rozkaz o żołnierzach służących jako woźnice został powtórzony, powinniśmy więc w dniu bitwy mieć pełne stany".

Ze wszystkich jednostek armii, oprócz artylerii, jedynie tabory nie skurczyły się w drodze. A wielu dowódców, „czy to z nonszalancji, słabości, znudzenia lub współczucia" nie przejmuje się i nie daje posłuchu rozkazom o odesłaniu swoich powozów na tyły:

„Gżack, 2 września 1812. Mon cousin. Ani sztab kwatery głównej, ani generał szef żandarmerii, ani nawet szef taborów nie są w stanie mi pomóc, nikt nie spełnia swoich obowiązków tak jak powinien. Otrzymałeś moje rozkazy w sprawie bagaży, zadbaj o to, aby pierwszy bagaż, jaki każę spalić nie należał do sztabu generalnego. Jeśli nie masz szefa taborów, to mianuj kogoś na to stanowisko, tak aby cały ich marsz odbywał się pod jednym dowództwem.

Niemożliwe jest, zobaczyć gdzieś większy bałagan niż ten, jaki tutaj panuje".

Wszystkie te setki pojazdów oficerskich, toczące się spokojnie za ich jednostkami, działają Napoleonowi na nerwy:

„Gżack, 3 września 1812. Mon cousin, napisz do dowódców korpusów, że tracimy codziennie mnóstwo ludzi jedynie z powodu niezorganizowanego sposobu pozyskiwania żywności. Pilnym staje się więc, aby uzgodnili oni z dowódcami poszczególnych jednostek środki, jakie należy zastosować, aby położyć kres takiemu stanowi rzeczy, jaki zaczyna już zagrażać destrukcją armii. Liczba jeńców, jakich bierze codziennie nieprzyjaciel idzie w setki, należy zatem zakazać żołnierzom, pod groźbą najsurowszych kar, opuszczania jednostek oraz wysyłania ich na zdobywanie żywności, a także i furażu. Każdą taką wyprawą powinien dowodzić generał lub inny wyższy oficer".

Dziwne rozkazy, przynajmniej gdy wydaje je się tak późno, a w dodatku, w przededniu bitwy. Czy mają w ogóle jakąś szansę aby doczekać się wyegzekwowania? Napoleon jest zły sam na siebie, za dopuszczenie, choćby chwilowo, myśli o odwrocie w kierunku Smoleńska, i być może dlatego cała jego furia skupia się teraz na Berthierze. Ani tego dnia, ani przez cztery następne nie będą wspólnie jadać przy jednym stole. A gdy Napoleon, 4 września, galopem mijając maszerujące kolumny, widzi jakieś powozy nadal przemieszane z zaprzęgami artyleryjskimi, jest to ostatni gwóźdź do trumny. Wsród powozów znajduje się także ładny, żółty pojazd. Zeskakując z „Moskwy"5 rumaka jakiego przydzielił mu dzisiaj Caulaincourt Cesarz rozkazuje szwadronowi szaserów eskorty zatrzymać i podpalić ten wstrętny powóz, który, tak się składa, należy do Narbonne'a:

„Pan de Narbonne zauważył, że taka decyzja może oznaczać, iż jakiś oficer, który jutro straci nogę, może zostać porzucony. 'Będzie to mnie jutro kosztować znacznie więcej, jeśli zabraknie mi artylerii!', odparł Cesarz. A zwracając się do Berthiera: 'Chciałbym, aby to był twój powóz. Zrobiłoby to większe wrażenie. Bez przerwy przecież wpadam na twoje powozy'. 'Owszem, tak, ponieważ zwykle muszę być w pobliżu Jego Cesarskiej Mości', odparł Berthier. 'Wszystko to wina Caulaincourta! Cokolwiek miałoby się zdarzyć, przyrzekam spalić go, gdy następnym razem się na niego natknę. Nie powinieneś lekceważyć sobie mojej groźby, a zresztą nie oszczędzę własnego powozu, podobnie jak należącego do kogoś innego, gdy będzie taka potrzeba. Jestem naczelnym dowódcą i muszę dawać przykład".

Girod de l'Ain, Castellane i inni oficerowie sztabu obserwują jak szaserzy zbierają słomę i drewno na podpałkę, oraz „kilka płonących głowni z biwaku, który właśnie opuściliśmy, a także Cesarza, czekajacego z odjazdem aż powóz zajmie się ogniem". Dorożkę i lekką dwukółkę, które jechały z tyłu, spotyka ten sam los. „Ogień jeszcze dobrze nie chwycił", powiada Caulaincourt, „a Cesarz już oddalał się galopem, więc woźnice, jak sądzę, zdążyli ocalić swoje lekko nadpalone pojazdy". Co potwierdza Girod de l'Ain: „Zaledwie oddalił się na jakieś sto metrów, gdy ludzie pośpieszyli stłumić płomienie, po czym pojazdy dołączyły do kolumny, tak samo jak dotychczas". Castellane powiada, że Narbonne „dał żołnierzom dziesięć ludwików za zgaszenie ognia, który sami podłożyli". Zaś Villemain, sekretarz Narbonne'a, dodaje charakterystyczne Post Scriptum:

 „Pożałowawszy swojej impulsywności, lecz chcąc w jakiś sposób wynagrodzić stratę człowiekowi, którego lubił, Napoleon sugeruje Durocowi, aby ten podesłał 1000 napoleonów panu de Narbonne'owi, 'który przecież nie jest bogaty'. Duroc, zawsze kulturalny i skrupulatny, po chwili zastanowienia się nad właściwym sposobem wykonania polecenia, na pierwszym postoju zadał sobie trud umieszczenia złotych monet w eleganckim pudełku ozdobionym herbem cesarskim, przykrył je tam jeszcze kilkoma starannie wybranymi książkami i zabrał to wszystko do generała. Pan de Narbonne otworzył pudełko, i z przyjemnością przestudiował tomy. Co się tyczy złota, to przesłał je natychmiast, razem z kilkoma przyjaznymi słowami, pułkownikowi tego pułku, którego młodych żołnierzy zmuszony był dzisiaj oglądać w takiej opresji, a którego szeregi były już mocno przerzedzone. Poprosił go, aby rozdzielił podarunek między żołnierzami swojej jednostki. Następnego dnia, przed wymarszem, gdy wszyscy byli już na swoich miejscach, Cesarz odezwał się do niego łagodnie:

'No coż, Narbonne, szkoda została naprawiona. Otrzymałeś zwrot kosztów'.

'Tak, Sire, jestem wdzięczny. Lecz w sposób, na jaki z pewnością Jego Cesarska Mość by zezwolił, zatrzymałem sobie tylko list, zaś z zawartości pudełka jedynie kilka książek, między innymi dwa eseje Seneki: De Beneficiis i De Patientia. Dobrze jest mieć je przy sobie podczas kampanii'".

Napoleon, powiada Villemain, doskonale zrozumiał tak aluzję, jak i łacińskie tytuły, lecz nie odrzekł nic. Jednak cała historia się rozniosła. „Chcąc dać wszystkim przykład", zapisał Laugier w swoim dzienniku, „Napoleon kazał kilku grenadierom Gwardii spalić własność swojego adiutanta Narbonne'a i to w jego obecności".

Dumonceau pełni służbę podczas księżycowej nocy z 3 na 4 września, zaś jego szczególnym zadaniem jest dbanie o to, aby konie zostały napojone. Światło księżyca jest tak jasne, a powietrze tak przezroczyste, że jest w stanie rozpoznać obiekty oddalone o 5 kilometrów. Jest zadziwiony widząc „wszystkie te tysiące żołnierzy, leżące i odpoczywające w ciszy nocy, podobnych grobom w gigantycznej nekropolii".

Teraz wszyscy już wiedzą, że Rosjanie czekają na nich oddaleni o zaledwie kilka godzin marszu. Tego też wieczora (4 września), artyleria konna Seruziera, zjawiwszy się koło wsi Gridniewo, spotyka się z mocniejszą niż zazwyczaj odprawą, zanim zdoła odrzucić tylną straż Rosjan:

„Gdzie indziej, zazwyczaj źle przygotowane ataki zostały, jak zwykle, odparte, choć z użyciem większej niż dotąd przemocy, na tyły wysłano galopem sztafety, aby przekazać, ze cała rosyjska armia okopała się wzdłuż stoków za niewielkim strumieniem".

Zniszczenia na trasie stają się także coraz bardziej gruntowne. Zauważa to każdy:

„Ani jednego źdźbła trawy, ani jednego drzewa. Nie natrafiliśmy choćby na jedną wieś, która nie zostałaby splądrowana od góry do dołu. Niemożliwe staje się znalezienie najmniejszej choćby ilości pożywienia dla naszych koni, odnowienie naszych spiżarni, czy choćby rozpalenie ognia na noc".

Rosjanie „spustoszyli całą równinę, na której zmuszeni byliśmy obozować. Skosili wysokie trawy, zwalili lasy, wypalili wsie. Jednym słowem, nie zostawili dla nas niczego do jedzenia, niczego do utrzymania przy życiu naszych koni, niczego co mogłoby dać nam schronienie".

A pogoda nie jest najlepsza.

Ranek 5 września wstaje chłodny i mglisty, z siąpiącą mżawką. Dopiero gdy mgła się podnosi, Dumonceau może rozejrzeć się po „otwartej, lekko pofalowanej równinie, na której widzimy naszą ogromną kolumnę roziągającą się jak okiem sięgnąć". Pomiędzy czołowymi jednostkami, a silnymi tylnymi strażami Rosjan dochodzi do coraz bardziej zażartych starć. W szczególności 11 Pułk Huzarów spotyka zimny prysznic.

Podobnie mają się sprawy z włoską lekką kawalerią, maszerujacą, jak zwykle, na lewo od głównej kolumny. Czy te odgłosy, tam z prawej, to nie są przypadkiem strzały armatnie?

„Widzieliśmy tam nawet wielkie kłęby dymu, unoszące się ku niebu i doszliśmy do wniosku, że nie możemy być daleko od moskiewskiej drogi pocztowej, wzdłuż której maszerowała nasza główna kolumna. [Mogły to być tylko armaty Seruziera, znów w kontakcie z nieprzyjacielem.] Widzimy potem rosyjską jazdę, jak zbiera się w oddali, z wyraźnym jednak zamiarem zagrodzenia nam drogi. Wicekról rozkazuje włoskiemu 3 Pułkowi Szaserów atakować".

Jak zwykle, jest to pułapka. Gdy tylko szaserzy mają dosięgnąć Rosjan,

„wielka masa nieprzyjaciół wypada na nas z lasu, ze zwyczajowymi okrzykami 'Hurra!' Rozpoczyna się straszna bijatyka". Wreszcie Rosjanie wycofują się pod osłoną piechoty i artylerii, która ostrzeliwuje Włochów z lasu. IV Korpus ponownie łączy się z dywizjami kawalerii Murata.

Jest teraz 2 po południu i „tylko awangarda posuwa się powoli naprzód. Armia zatrzymała się i w kilku miejscach, gdzie grunt się podnosi, utworzono kolumny batalionowe". Spoglądając na wielką równinę po prawej, Cezary de Laugier widzi ogromny budynek, otoczony białymi murami. „Kolorowe dachówki na jego dachach, błyszczą w promieniach słonecznych nawet przez gęsty kurz wzbijany przez wielkie masy naszej kawalerii, podkreślając jeszcze bardziej dziki i ponury wygląd otaczającej go okolicy". Choć wygląda jak miasto, jest to w rzeczywistości Klasztor Kołocki, który, „zbudowany jeszcze w czasach Gotów, często służył jako cytadela w czasach wojen domowych i nadal otoczony jest okopami". Półtorej mili za nim, jakiś potok wije się spokojnie na wschód w kierunku pozycji nieprzyjacielskich.

Lekka jazda włoska przechwytuje dwór we wsi Woroniemo, zanim Kozacy zdążą go podpalić. Ledwo adiutanci Eugeniusza już tam na dobre się zainstalowali, a sam Wicekról obszedł kilkukrotnie jego taras, zjawia się też Napoleon. Von Muraldt, który jest tam razem z bawarską kawalerią Eugeniusza, widzi ich:

„galopujących tuż przed frontem naszego pułku. Otoczenie Cesarza pędzi z puszczonymi luzem wodzami nieco za nim. Na widok ten, wszystkie osiem pułków kawalerii IV Korpusu podniosło taki wrzask 'Vive !'Empereur!', że służący i ordynansi, którzy odeszli na bok, aby napoić konie, wzięli to za kozackie 'Hurra!' i przylecieli z powrotem w panice. Możecie sobie wyobrazić, jak się z nich śmialiśmy".

Wkrótce Napoleon jedzie z powrotem „do jednostki, z którą maszerował", zaś Eugeniusz ponownie wprawia swoje oddziały w ruch. Jednostką, o której mowa, są Czerwoni Lansjerzy:

„Posuwając się sprawnie za Cesarzem, który właśnie przeszedł w galop, wyprzedzaliśmy poszczególne korpusy armii, aby niemal równocześnie z awangardą ujrzeć Borodino, a koło południa zatrzymaliśmy się około trzy-czwarte ligi* od tej miejscowości. Za ostatnią fałdą terenu, na wprost przed nami, widoczne było jej pięć kulistych wież spoza długiej linii nagich i zalesionych wzgórz, które, ciągnęły się daleko w obie strony poprzecznie do naszej drogi. I właśnie na tych wzgórzach nareszcie oczekiwała na nas armia nieprzyjaciela".

Pole bitwy, jakie Kutuzow (czy raczej któryś z jego doradców) wybrał na miejsce wielkiego oporu, jest łagodnie wznoszącą się równiną pomiędzy starą i nową drogą moskiewską, oskrzydloną przez z rzadka porozrzucane laski. Dla wielkich mas ludzkich, jakie mają w niej wziąć udział, jest ono dość ciasne. Na skos, wzdłuż linii NE-SW, biegnie przez nie łatwa do przebrodzenia Kołocza. Jej dopływ Semenowska przed samym frontem Francuzów, a w jej górnym biegu już poza zasięgiem ich wzroku

przecina pozycję rosyjską. Z jakiejś przyczyny założywszy, że Napoleon skoncentruje swój atak na wsi Borodino, Kutuzow ustawił dwie swoje armie w dość ekscentryczny sposób. Podczas gdy skrajne prawe skrzydło Barclaya de Tolly, w pobliżu Borodina, stojące powyżej zachodniego brzegu Kołoczy, tworzy trudny do utrzymania występ i nie ma naprzeciw siebie prawie żadnego przeciwnika, to lewe skrzydło pod dowództwem Bagrationa stojąc naprzeciw francuskiego centrum, może z łatwością zostać oskrzydlone. Kołocza, w większości miejsc łatwa do przejścia w bród, rozdziela obie armie „skręcając ostro w lewo u podnóża wzgórz, aby nieco dalej wpaść do rzeki Moskwy". Lecz dla spoglądającego w prawo przed siebie Dumonceau, w punkcie przed owym zakrętem, „stromizna jej prawego brzegu zanikała, przechodząc w niską, nieprzerwaną, otwartą równinę, stopniowo wznoszącą się najpierw ku wsiom Borodino i Szewardino, położonym na linii równoległej do potoku, a dalej ku dużym lasom i zaroślom ciągnącym się na horyzoncie na jakieś półtorej mili".

Pomiędzy setkami nowoprzybyłych, starannie studiujących to przerażające pole bitwy, stwarzające armatom rosyjskim warunki maksymalnej siły ognia, zaś najeźdźcom nie dające prawie żadnej osłony, jest saski oficer dragonów nazwiskiem von Lessnig.6 Tak daleko jak sięgnąć może swoją doskonałą lunetą,

 „cały teren, po lewej, prawej i przede mną, pokryty był zaroślami leszczyny, jałowca i innych krzaków, wysokością przerastających mężczyznę. Na lewo od centrum, odległa o jakieś tysiąc kroków, stała wioska i ładna cerkiew, która wystawała z łagodnego, porośniętego drzewami stoku i miała zgrabną, pokrytą miedzianą blachą wieżę. Po naszej prawej, znajdował się grzbiet, na całej prawie długości pokryty masą rosyjskiej piechoty i artylerii. W kilku najwyższych punktach, jak wyraźnie widziałem przez lunetę, Rosjanie wznieśli ziemne umocnienia, z wyciętymi w nich otworami, wyglądającymi na ambrazury armatnie. Dalej na prawo, przed naszym pułkiem wznosiły się wieże Możajska i pobliskiego monastyru. Choć były odległe o godzinę marszu, to jednak nadawały odrobinę piękna ponuremu wyglądowi tej dzikiej i jałowej okolicy".

Z obozu IV Korpusu von Muraldt może przez swoją lunetę „wyraźnie odróżnić wyloty luf ciężkich dział reduty i w ogóle wszystko co się dzieje w obozie rosyjskim". Wieża możajskiej cerkwi, poza linią lasów, jest w rzeczywistości oddalona o około osiem mil. Po prawej jednak, znacznie bliżej, znajdują się dwie wsie wystające z frontu Rosjan, a nawet od niego oderwane. Pomiędzy nimi Dumonceau widzi:

 „rozłożysty, wysoki pagórek o kształcie ściętego stożka, który wzięliśmy za redutę. Na jego szczycie widać było kilka postaci, prawdopodobnie obserwatorów, zaś u jego podnóża, po obu stronach widzieliśmy jakąś czarną masę, co oznaczać mogło tylko czoła dwóch kolumn uplasowanych tam dla wsparcia tej pozycji".

Choć „nie mogąc dostatecznie wyraźnie dostrzec pozycji nieprzyjaciela, z powodu dymu wznoszącego się z obu wsi, które ten właśnie podpalał", Lejeune z kolegami może jednak zauważyć, że jest ona „uzbrojona w 10 do 20 armat". Jest jasne, że zanim dojdzie do czegoś więcej, trzeba odciąć ten występ, zagrażający prawemu skrzydłu Francuzów. „Cesarz", ciągnie dalej Lejeune, „natychmiast rozkazał zaatakować go dywizji Compansa", wspartej korpusami kawalerii rezerwowej Nansouty'ego i Montbruna. Zostaje też wysłany rozkaz dla Poniatowskiego, który maszeruje wzdłuż „starej" drogi moskiewskiej, na prawo od armii: jego Polacy mają przejść przez lasy i wziąć ową pozycję z prawej i od tyłu. Pułkownik Griois, spoglądający razem z resztą armii na dywizję Compansa, odłączającą się właśnie na prawo, uważa:

„za wspaniałe móc widzieć, z jaką ochotą ruszają nasze oddziały. Piękno tej sceny wzmagało jeszcze cudowne niebo i zachodzące słońce, odbijające się od luf karabinów i od szabel. Żołnierze ci byli dumni, że zostali wybrani, aby jako pierwsi zmierzyć się z nieprzyjacielem".

A nieprzyjaciel, jak widzi Labaume:

„wysyła znaczne siły dla obrony podejść do reduty. Generał Compans najpierw zbombardował ją przy użyciu całej artylerii, jaką miał pod ręką, aby, na ile to możliwe, rozbić okopy, parapety i palisady. Gdy tylko wydaje mu się, że są już we właściwym stanie, aby móc je zaatakować, wysyła pułkownika Charriera na czele 57 Pułku".

Jest około 5 po południu. Gourgaud, to obserwuje, podejmuje opowieść:

 „Pomiędzy prawym skrzydłem Compansa a laskiem, posuwała się jakaś kawaleria Króla Neapolu, lecz została powstrzymana przez ogień artylerii nieprzyjaciela oraz jego kawalerię. Generał Compans, prowadząc 57 i 61 Pułk, kierował się na prawo od pagórka. Równocześnie, nakazał generałowi Dupelainowi przejść z 25 Pułkiem na jego lewą, od strony wsi Szewardino. Jeszcze bardziej na lewo rozmieścił 111 Pułk, w celu obejścia prawego skrzydła Rosjan. Podczas wykonywania swojego manewru, siły Compansa zostały zaatakowane przez masy kawalerii" a on sam trafiony w lewe ramię.

„Wykorzystał jednak mądrze ukształtowanie terenu i jakieś płoty z wikliny, aby posuwać się do przodu pomimo owych mas kawalerii, a nawet udało mu się je odeprzeć, zadając im wielkie straty. Wkrótce rozpoczęła się mordercza strzelanina pomiędzy dwoma pułkami Compansa a piechotą rosyjską wspierającą redutę z jej lewej strony. Oddzielone od siebie jedynie owymi plecionymi płotami, w odległości kilkunastu jardów od siebie, oddziały obu stron osłonięte były jedynie do poziomu piersi. Ta krwawa strzelanina trwała mniej więcej trzy kwadranse, a była tak ożywiona i głośna, że nie można było dosłyszeć generała, rozkazującego ruszać do ataku na bagnety, który to manewr kosztowałby nas życie wielu żołnierzy".

A choć Rosjanie cierpią w tej, prowadzonej niemal „lufa w lufę" strzelaninie jeszcze bardziej od nas, Gourgaud powiada, że także i oni nie mogą porwać swoich ludzi do ataku na bagnety. Kilka kompanii woltyżerów, skierowanych przez Compansa na sąsiedni, odległy jedynie o jakieś 120 jardów* kopiec, kieruje na redutę morderczy ogień. Jednak, choć zapada już noc, żadna ze stron nie wydaje się uzyskiwać przewagi:

 „Pragnąc za wszelką cenę wydostać się z tego strasznego położenia, Compans wziął jeden batalion 57 Pułku i rozerwawszy płoty na prawo od siebie, kazał mu nacierać w zwartej kolumnie, osłaniając cztery załadowane kartaczami działa, które postępowały tuż za nimi. Poprowadził ten batalion przeciwko skrajowi prawego skrzydła Rosjan flankujących redutę. Gdy był od nich odległy zaledwie o 100 jardów, odsłonił swoją baterię, której kartacze dokonały straszliwych spustoszeń wśród nieprzyjaciela. Korzystając z wywołanego tym bałaganu w szeregach wroga, batalion Compansa przeprowadził szarżę na bagnety"

i Rosjanie ustąpili. Compans, po opatrzeniu mu rany, nakazuje drugie natarcie. Gdy także i ono zostaje odparte, „zirytowany tymi trudnościami i niecierpliwie oczekujący sukcesu Compans, skierował dziarski atak na tyły reduty ten właśnie opisany przez Gourgauda „idąc samemu obok Charriera na czele 57 Pułku". Gdy równocześnie z tym natarciem, 61 Pułk wpada do reduty, znajduje tam, jak mówi Gourgaud, „kanonierów i konie wybite ogniem naszych woltyżerów".

Nie kończy to, niestety, walki. Odzyskana przez grenadierów rosyjskich reduta, musi być szturmowana po raz drugi, tym razem przez uderzeniowe dywizje Moranda i Frianta, wsparte korpusem kawalerii Nansouty'ego. Także i Rosjanie kierują coraz więcej swoich oddziałów do owej wieczornej walki, która w narastającym mroku przechodzi w zażarte starcie na bagnety. Napoleon wysyła adiutanta do Poniatowskiego, aby ten się pośpieszył. „Przez dwie godziny noc rozsnuwała swoje cienie nad walczącymi, których determinacja zdawała się rosnąć w miarę trudności na jakie napotykali. Zaczynaliśmy się już trochę obawiać o wynik walk". Lecz oto, w najwłaściwszym momencie, z lasów wyłaniają się Polacy Poniatowskiego. Henryk Brandt, obserwujący wydarzenia z daleka, uświadamia sobie, że jest już po wszystkim: „Nagle usłyszeliśmy głośne okrzyki, przynoszone do nas gwałtownymi porywami wiatru".

Napoleon rozkazuje, aby zwycięskie oddziały pozostały na zajmowanych pozycjach, piechota zaś uszykowana była w czworoboki. Jest to mądra ostrożność. Ledwo bowiem zapadła ciemność, Thirion widzi „linię jazdy rozwijajacą się w szyk bojowy przed lasem za redutą". Posuwając się szybko do przodu i zaskakując 111 Pułk, włamuje się ona do jego czworoboku, gdzie zabija wielu żołnierzy oraz zdobywa działa. Jednak pozostałe pułki dotrzymały pola w ciemnościach:

 „które choć nie na tyle nieprzeniknione, abyśmy nie mogli dostrzec ruchu nieprzyjaciela, nie pozwoliły nam jednak rozpoznać, jakie jego jednostki brały w nim udział. Generał Nansouty rozkazuje Czerwonym Lansjerom Hamburskim8 przeprowadzić szarżę na kawalerię rosyjską i odrzucić ją. Pułk poleciał do ataku, wykonał szarżę i spadł na wroga z opuszczonymi lancami, wymierzonymi w ich ciała. Rosyjska kawaleria przyjęła uderzenie ani drgnąwszy, a w tej samej chwili gdy groty francuskich [siei] lanc dotknęły piersi nieprzyjaciela, atakujący pułk wykonał w tył zwrot i zawrócił w naszą stronę, jakby to na niego szarżowano. My, t. zn. 2 i 3 Pułk Kirasjerów, uznaliśmy to za kiepskie widowisko, więc ruszyliśmy żwawo do przodu, żeby ich wesprzeć i odepchnąć kawalerię wroga".

Gdy jednak kirasjerzy się zbliżają, jazda Rosjan spokojnie wycofuje się w lasy. Co się tyczy Lansjerów Hamburskich, żadna siła nie jest w stanie skłonić ich do kolejnego ataku. Okazuje się, że to, w co uderzyli lancami w ciemnościach, to były czarne napierśniki Kirasjerów Rosyjskiej Gwardii Cesarskiej żelazo przeciw żelazu. „Co pokazuje jedynie", konkluduje Thirion, „jaki skutek wywiera jeden rodzaj uzbrojenia na inny".

Około północy, wszystkie siły rosyjskie zaczynają się wycofywać, opuszczając kosztowny i, tak naprawdę, całkowicie zbędny bastion. Ten wstępny bój kosztował Compansa życie 500 spośród jego szturmującej piechoty, a ponadto 1000 rannych. Nieustraszony pułkownik Charrier zostaje natychmiast awansowany do stopnia generała, lecz jego „piękny pułk" także stracił trochę ludzi. „61 Pułk stracił tam cały batalion". Zaś późną nocą, Caulaincourt zapisał w swoim notesie: „Pobojowisko gęsto pokrywały nieprzyjacielskie trupy".

Zostaje wydany rozkaz, aby wszystkich rannych zabrać do Klasztoru Kołockiego. Czy ktoś go słucha? Wszystko co doktor von Roos, „w oczekiwaniu na wezwanie na linię frontu, a po przejściu rowów pełnych rąk, nóg i ciał", widzi w ogromnych budynkach klasztoru późną nocą, to

„jakieś osoby ze świty Napoleona oraz personel drukarni cesarskiej". Sołtyk, otrzymawszy rozkaz wybadania rannych Rosjan, nie może

 „wydobyć z nich żadnych istotnych informacji. Wszyscy są tak rozwścieczeni, że nie pisną ani słowa. Tak oto dumni Moskale, sprawcy ucisku mojego kraju, mogą teraz sami na sobie poczuć straszne skutki obcego najazdu".

Dość dziwnym trafem, podległym von Roosowi żołnierzom wydano nagle zaległy żołd. Sam von Roos „chętnie pozbyłby się 3 talarów, tak z powodu ich wagi, a przede wszystkim, gdyby było możliwe znaleźć cokolwiek do kupienia". Ale nie tylko nie można niczego kupić, ani nawet ukraść. Rapp stwierdza, że nigdzie wokół nie ma też żadnych cywilów, którzy mogliby służyć jakimiś informacjami: „Kobiety, dzieci, starcy, bydło wszystko zniknęło".

W międzyczasie, gdy pojawiała się dywizja za dywizją, na otwartych polach „tworzył się ogromny tłum". Jednym z pułków pośpiesznie nadciągającym z tyłów, „prawie bez przerwy wśród płomieni z palących się stodół i domów", są szaserzy Maurycego de Taschera. Przechodząc przez Gżack, stwierdzili oni, że „jest to miłe miasteczko", a gdy 4 września 18 Pułk Piechoty Liniowej je opuszczał, Bonnet zapisał w swoim dzienniku: „Gżack był nietknięty, tylko jeden czy dwa domy spalone". Kiedy jednak parę godzin później Tascher zostaje wysłany tam z powrotem, z miasteczka „nic już nie pozostało". Pożar, według Fabera du Faura spowodowany „głupotą rannych żołnierzy i ich brakiem doświadczenia w rozpalaniu ognia w drewnianych domach", a rozniesiony gwałtownym zachodnim wiatrem, „obrócił w popiół większą część miasta, w tym główną ulicę wraz z jej kamienicami".

Podczas gdy toczyła się bitwa o występ szewardyński, pod namiotami w pobliżu Wałujewa, „zaledwie o milę i ćwierć od pozycji nieprzyjaciela", zainstalowano „Pałac". „Namiot Cesarza został rozbity pośrodku Gwardii" nieco poniżej i bardzo blisko pozycji zajmowanej przez armaty Boularta, ustawione tam w baterię:

 „Nigdzie wokół nie było żadnego mieszkania ani stodoły, a cała Gwardia Cesarska, Stara i Młoda, zgromadzona była wokół namiotów Cesarza. Pięć korpusów armii i kawaleria, zmieszane razem ciągnęły się na głębokość trzech mil,* a dalej za nimi, równie zbita główna masa parków artyleryjskich i konwojów. Przez całe popołudnie Cesarz pozostawał z nami, wędrując tam i z powrotem na krawędzi wąwozu z rękoma splecionymi na plecach, od czasu do czasu obserwując wydarzenia przez lunetę".

Co do Rosjan, to:

„obozowali oni jakby w amfiteatrze. Palili wiele ognisk, których pełna blasku, niemal symetryczna jasność nadawała wzgórzu czarujący wygląd, co ostro kontrastowało z naszymi biwakami, gdzie żołnierz z braku drewna odpoczywał wśród cieni, słysząc wszędzie dookoła tylko jęki nieszczęsnych rannych".

Eugeniusz rozbił swój namiot pomiędzy kawalerią Gwardii Włoskiej. Wszyscy inni jednak, powiada Labaume, który myśli, że pozycja rosyjska została znacznie osłabiona utratą reduty szewardyńskiej, „kładli się w krzakach i spali głębokim snem, pomimo porywistego wiatru i wyjątkowo zimnego deszczu. Znajdowaliśmy się w jakiejś piaszczystej jamie, skąd długie zasłony łoziny i listowia zasłaniały nam widok na Wałujewo, gdzie swoją kwaterę ustanowił Cesarz".

Dumonceau, jak zawsze, ma oko wrażliwe na dolę i niedolę koni:

„Nędza ich była wielka. Poza skąpymi racjami przywiezionego z Gżacka owsa, nie miały nic do jedzenia prócz odrobiny słomy i trawy, o które wszędzie wybuchały kłótnie, a aby je znaleźć, nasi ludzie musieli krążyć dookoła przez dużą część nocy".

Inni także wałęsają się po obozie, choć w poszukiwaniu czego innego. Oficer artylerii wirtemberskiej, wysłany na tyły z czterema wozami, aby uzupełnić amunicję swojej jednostki, ma szczególnego pecha:

„Wszędzie spotykałem się z odmową. W rezerwie dywizyjnej nie chciano wydać amunicji, bowiem, jak powiadano, potrzebowano jej na nadchodzącą bitwę, zaś duża rezerwa korpusu pozostawała daleko z tyłu, część nawet jeszcze w Smoleńsku. Ostatecznie natrafiłem na rezerwowy park amunicyjny, którego dowódca wyjaśnił, że wyda mi tyle amunicji ile potrzebuję, pod warunkiem, że dostarczę mu pismo od Naczelnego Dowódcy Artylerii, generała Lariboisière'a, zazwyczaj znajdującego się w świcie Cesarza".

Ruszając natychmiast w drogę, oficer znajduje Napoleona wśród jego sztabu na dziedzińcu Klasztoru Kołockiego:

„przechadzającego się tu i tam, i oddającego się niewinnej przyjemności uderzania pejczem do konnej jazdy o cholewę swojego buta. Kilku oficerów, których rozpytywałem o miejsce pobytu generała Lariboisière'a, odpowiedziało krótko: 'Nie mam pojęcia'. Cesarz jednak, który musiał mnie zauważyć, jak kręciłem się wkoło powtarzając moje pytanie, zawołał na mnie: 'Kogo szukasz?'. 'Sire', odpowiedziałem, 'szukam generała Lariboisière'a, aby wydał mi kartkę na przydział amunicji'. 'Z której jesteś jednostki?' 'Należę do lekkiej baterii generała Beurmanna. Wczoraj i dziś rano wystrzelaliśmy cały nasz proch, a nie wydaje mi się, abym dostał jakąkolwiek amunicję bez pisemnej notatki od generała Lariboisière'a.' Cesarz odwrócił się ku swojej świcie i krzyknął: 'Generał Lariboisière!' Natychmiast wszyscy rzucili się szukać generała, a gdy ten się zjawił Cesarz powiedział mu: 'Wydasz temu oficerowi, czego mu potrzeba.' Złożyłem Cesarzowi głęboki i radosny ukłon, po czym dostałem wszystko, czego potrzebowałem. O 6 wieczorem tego samego dnia powróciłem do baterii, która z powodu braku amunicji pozostawała w pobliżu miejsca naszej porannej walki".

Z kolei Labaume zajęty jest szkicowaniem mapy okolicy. Około północy przybywa do niego nowy szef sztabu IV Korpusu i powiada, że Cesarz jej potrzebuje. Prawdopodobnie po studiach tej właśnie mapy Caulaincourt przeprowadza swój nocny rekonesans: „odwiedzałem biwaki, dokonałem inspekcji zdobytej reduty i kilkukrotnie przejechałem wzdłuż naszych linii, aby własnym okiem ocenić pozycję Rosjan".

Napoleon, w swoim namiocie zaczyna czuć się kiepsko. Jak pisze jego chirurg Yvan: „Konstytucja Cesarza była bardzo wrażliwa. Był on podatny na wpływy psychosomatyczne, zaś bóle rozkładały się zazwyczaj na żołądek i pęcherz".

Teraz zaś Cesarz nabawił się paskudnej gorączki. „Nękany był", kontynuuje Yvan:

 „przez towarzyszące zbliżającemu się jesiennemu przesileniu wiatry, mgły, deszcz i cały ten biwak. Cesarz był skrajnie podatny na warunki atmosferyczne. Jeśli miał utrzymywać się w równowadze, to przede wszystkim jego skóra musiała wypełniać wszystkie swoje funkcje. Gdy tylko jej tkanka się kurczyła, czy to z powodów psychosomatycznych, czy atmosferycznych, cały ten drażniący aparat [sic!] wywierał na niego mniej lub bardziej poważny wpływ, z czego wynikał potem gwałtowny kaszel, któremu towarzyszyło zatrzymanie moczu. Wszystkie te efekty mijały natychmiast, gdy tylko powracało normalne funkcjonowanie skóry. Gdy podrażnienie kierowało się na żołądek, cierpiał od nerwowego kaszlu, wyczerpującego jego siły moralne i fizyczne w takim stopniu, że jego inteligencja nie była już taka sama jak zazwyczaj.9 Najczęściej dochodziło również do skurczów pęcherza, wtedy już cały pozostawał pod wpływem tej irytującej i męczącej sytuacji. Dodatkowe cierpienia wywoływała u niego także jazda konna. Wszystkie te przypadłości razem wzięte spadły na niego w momencie bitwy".

Wezwany do namiotu Cesarza, doktor Mestivier powitany został słowami:

„Cóż, doktorze, jak pan widzi starzeję się, puchną mi nogi, mocz oddaję z trudnością, bez wątpienia to przez tę wilgoć na biwakach, żyję przecież tylko dzięki mojej skórze". Mestivier odnotuje:

„ciągły, suchy kaszel, oddychanie utrudnione i spazmatyczne, mocz wydalany jedynie kropla po kropli... mulisty [sic!] i pełen osadów. Dolne części nóg oraz stopy wyjątkowo spuchnięte, puls gorączkowy i przerywany co około dwunaste uderzenie.1O Wszystkie te poważne objawy, powodowały uzasadnione obawy obrzęku płuc".

Ponieważ jego pacjent ma „wysoką temperaturę", główny aptekarz Sureau zostaje wysłany, aby przygotował jakiś leczniczy napój. Niestety, potrzebne do niego składniki znajdują się razem „z ciężkim bagażem, o godzinę drogi". Segur powiada, że generał Lauriston, „który sam mi o tym opowiadał", pomagał Cesarzowi nałożyć kataplazm na brzuch.