Nasza księgarnia

Włodzimierz Nabywaniec, „Ces gens là ne savent que se battre!”

Opublikowano w Bez kategorii

 W latach pięćdziesiątych XIX wieku, generał Tomasz Łubieński, będąc w podróży do Karlsbadu spotkał pewnego mężczyznę z wielką blizną na twarzy. Postać cudzoziemca wydała się Łubieńskiemu znajoma, a w dodatku obserwowany jegomość również pilnie się mu przypatrywał. Zaciekawiony były szwoleżer zapytał podróżnego:czy przypadkiem nie otrzymał blizny pod Wagram, i czy nie znajdował się w tej bitwie na koniu maści jabłkowitej? Na to otrzymał odpowiedź, że tak jest rzeczywiście i że otrzymał ranę od oficera szwoleżerów, który siedział na skarogniadym koniu. Okazało się, że oficerem tym był Łubieński, a nieznajomy to austriacki hrabia Starhemberg. Nawet po ponad czterdziestu latach przeszłość powracała niespodziewanie. Wracały wspomnienia pełne huku armat i szczęku szabel, bolesnych ran i wspaniałych przewag…

 

Przewagi Tomasza Łubieńskiego pod Wagram odmalował na jednej ze swoich akwarel Juliusz Kossak. Dla zilustrowania dziejów pułku szwoleżerów podczas kampanii 1809 roku posłuży nam również kilka innych obrazów…

Biwak szwoleżerów pod Wagram

„Ciszej panowie, cesarz śpi!” – zdaje się napominać jeńców austriackich zgromadzonych wokół ogniska oficer polskich szwoleżerów Gwardii na nastrojowym nokturnie autorstwa Januarego Suchodolskiego. Obraz polskiego artysty jest jakby dalekim echem dzieła francuskiego malarza Adolphe Roehn’a „Biwak Napoleona na polu bitwy pod Wagram” przedstawiającego Napoleona podczas krótkiej drzemki. Roehn zaczerpnął inspirację do swego obrazu z gwaszu naocznego świadka tej sceny Beniamina Zixa, z kolei Suchodolski zaprezentował jakby inną odsłonę tej samej nocy, rozgrywającą się o kilka wiorst dalej…

Przed samym wieczorem – pisał Dezydery Chłapowski – marszałek Davoust postąpił z prawem skrzydłem aż naprzeciw lewego austriackiego i tam zaraz atak rozpoczął. Cesarz, widząc teraz całą armię arcyksięcia przed sobą, rozesłał oficerów do wszystkich korpusów, ażeby stanęły w miejscu i jeść sobie gotowały. Na kilkunastu bębnach, po trzy jeden na drugim, rozciągnięto namiot cesarski, pod którym cesarz się położył, a my wszyscy w około pod gołym niebem…

Nim jednak owa noc nastąpiła…

                                            …Opromieniony niedawną szarżą pod Somosierrą w Hiszpanii i pochwalony przez Napoleona w 13. Biuletynie Wielkiej Armii, 1. pułk szwoleżerów Gwardii Cesarskiej, wiosną 1809 r., wyruszał na swą kolejną kampanię. Tym razem droga wiodła do Niemiec, gdzie broń ponownie podniosła, upokorzona kilka lat wcześniej przez cesarza Francuzów, Austria. Szliśmy z wielką ochotą – wspominał po latach jeden z lekkokonnych Kazimierz Szpotański – bo mieliśmy się bić z naszym wrogiem, w nadziei widzenia rodzinnego kraju, do któregośmy tęsknili. W miarę zbliżania się polskich szwoleżerów do linii frontu nadchodziły wieści o kolejnych sukcesach wojsk francuskich pod Abensbergiem, Landshut, Eckmühl i Ratyzboną. Po raz pierwszy lekkokonni weszli do służby w okolicach Enns: Cesarz kazał – pisał Chłapowski – jednemu szwadronowi gwardii polskiej przybyć podwajając marsze. Właśnie pod Enns przybył ten szwadron pod dowództwem pułkownika Łubieńskiego. Wysłano go do przedniej straży z rozkazem, aby po kilku chevauleżerów z awangardą i na czaty jeździło. Jednak pierwsza większa bitwa kampanii 1809 roku, do tego zakończona niepowodzeniem, była dana szwoleżerom dopiero pod Aspern-Essling. Wpierw towarzyszyli cesarzowi stojąc w odwodzie wraz z resztą jazdy Gwardii, a następnie osłaniali odwrót wojsk francuskich na wyspę Lobau, co okupili znacznymi stratami. Po bitwie pułk został skierowany do Sankt Veit, gdzie przez kolejne tygodnie szwoleżerowie pełnili służbę patrolową. Ciągle w tej paskudnej wiosce – pisał do żony Tomasz Łubieński – nudzimy się okropnie. Dopiero po prawie trzech tygodniach jeden szwadron szwoleżerów został posłany do Dolnej Austrii, a następnie na Węgry. Później dołączyli pozostali z zadaniem obserwowania ruchów wojsk arcyksięcia Jana w okolicach Preszburga. Początkiem lipca wezwano ich ponownie pod Wiedeń i – jak wspomina pamiętnikarz pułku Józef Załuski – Przybywszy wreszcie na wyspę Lobau, zastanowiliśmy się w bliskości namiotu cesarza i zabrali się do noclegu... Tymczasem ja, jeszcze czując się słabym, udałem się do mojego ulubionego lekarstwa, snu, i opowiedziawszy moich podkomendnych, ułożyłem się w jakimś rowku, który sądziłem, że będzie dla mnie zaciszem pokrzepiającem... Aż tu mnie budzą dwie kanonady: jedna niebieska, druga z 80 dział francuskich… Do tego pioruny biły z nieba i z armat – dodawał Szpotański – Bałwany biły na mosty od wielkiego wichru. Kule padając w wodę oczy nam zalewały… Korzystając z załamania pogody, 4 lipca wieczorem, Napoleon rozpoczął przeprawę, której celem było przerzucenie większości sił na lewy brzeg Dunaju i doprowadzenie do walnej rozprawy z wojskami arcyksięcia Karola Habsburga.

Rozpoczynała się jedna z najsłynniejszych batalii epoki napoleońskiej… Trzy dni biliśmy się pod Wagram... Nie jedząc ani pijąc – my i nasze konie. Upał był nadzwyczajny, słońce dopiekało. Trzy ognie nam dokuczały: jeden z nieba, drugi z armat, a trzeci – zboża… paliły się pomiędzy dwiema armiami… Żołnierze padali z koni i czerpali wodę na pół z krwią, stojącą w koleinach porżniętych od armat i wozów.

Wbrew temu, co wyżej napisał Szpotański, szwoleżerowie weszli do walki dopiero ostatniego dnia bitwy. Dowódca pułku Wincenty Krasiński, którego ominęła chwała spod Somosierry, aż palił się do walki i nie mógł znieść biernego czekania. Tymczasem w początkowej fazie walk pod Wagram grzmiały przede wszystkim armaty. Można sobie wystawić jaki to był ogień, kiedy z obu stron było do 400.000 wojska, a armat przynajmniej 1000... Nigdy podobnego ognia nie słyszałem jak w ten dzień pierwszy bitwy wagramskiej (Załuski). Szwoleżerowie byli rozczarowani, a najbardziej już chyba Krasiński. Tego dnia nie było im dane wziąć udział w walce.

Przed samym wieczorem – pisał Dezydery Chłapowski – marszałek Davoust postąpił z prawem skrzydłem aż naprzeciw lewego austriackiego i tam zaraz atak rozpoczął. Cesarz, widząc teraz całą armię arcyksięcia przed sobą, rozesłał oficerów do wszystkich korpusów, ażeby stanęły w miejscu i jeść sobie gotowały. Na kilkunastu bębnach, po trzy jeden na drugim, rozciągnięto namiot cesarski, pod którym cesarz się położył, a my wszyscy w około pod gołym niebem…

Tę właśnie noc wybrał jako temat jednego ze swych obrazów January Suchodolski…

Urodzony w Grodnie w 1797 roku już jako młody chłopiec zetknął się z wydarzeniami epoki, która później stała się jednym z najbardziej ulubionych motywów jego twórczości. Rodzice przyszłego malarza, wysłali go z Kresów do stolicy Księstwa Warszawskiego, gdzie wstąpił do Korpusu Kadetów Szkoły Elementarnej Artylerii i Inżynierów. W 1812 roku miał okazję osobiście poznać Napoleona. Będąc w drodze ze Smorgoni do Paryża, cesarz spędził noc w Hotelu Angielskim w Warszawie, gdzie wartę zaciągnęli kadeci, wśród których był młody Suchodolski. Niewątpliwie spotkanie z cesarzem, jak również późniejsza adiutantura u dawnego dowódcy pułku szwoleżerów gen. Wincentego Krasińskiego, miały przemożny wpływ na wybór tematyki większości dzieł tego żołnierza-artysty. Bitwy pod Somosierrą, Saragossą, Fuengirolą, Raszynem, Berezyną czy Lipskiem stały się motywem przewodnim jego twórczości, obok… tzw. „wiktorii paskiewiczowskich” przedstawiających toczone przez Rosję wojny tureckie i kaukaskie, które sam artysta traktował jednak, jak konieczną do odrobienia pańszczyznę.

Wielkim marzeniem młodego malarza, była nauka u uwielbianego mistrza Horacego Verneta, którego obrazy od wczesnej młodości z upodobaniem kopiował. Tutaj jednak mecenat Krasińskiego był niewystarczający. Drzwi do pracowni Verneta otworzyły mu dopiero listy polecające otrzymane od syna Napoleona oraz innych członków rodziny cesarskiej. Naukę w kierowanej przez Verneta Akademii Francuskiej w Rzymie podjął Suchodolski dopiero po upadku powstania listopadowego, w którym czynnie uczestniczył. Obrazy malowane podczas pobytu w „wiecznym mieście” przyniosły mu znaczną popularność wśród polskich emigrantów, a po powrocie do kraju zyskał takie uznanie, że nie było w Polsce żadnego zasobniejszego domu, aby w niem nie było utworów Suchodolskiego.

Ocena twórczości Suchodolskiego jest dość trudna. Na pewno nie brakowało mu talentu, często jednak niedostawało umiejętności uważanych dziś za malarskie. Zetknąwszy się z jego wczesną twórczością Antoni Brodowski wyraził to następująco: My wszyscy malarze w Warszawie nie warciśmy rzemyka Suchodolskiego. Ale P. Suchodolski nie umie rysować; gdybym ja, przy moich wiadomościach i nauce malarstwa, posiadał dar gruppowania, inwencyi i kompozycyi Suchodolskiego, stanowiłbym moję osobną szkołę w Europie.

Krytycznie, ale jednak z pewną atencją, wyrażał się o twórczości Suchodolskiego Józef Wojciechowski: Pomimo jednak tego braku dwóch ważnych zalet w malarzu, to jest siły w pojeczynczych charakterach i skończoności rysunku, musimy przyznać Suchodolskiemu koloryt dobry, odznaczający się czystością i uwzględnieniem warunków atmosferycznych. Koloryt ten dochodzi nawet niekiedy do świetności. (…) Dał się kochać Suchodolski, ale nie wrażał się w pamięć niczem, coby niezatarte wrażenie sprawiało.

Eligiusz Niewiadomski ubolewał nad stanem sztuki w kraju, gdzie największą popularnością cieszył się Suchodolski, a to nie dla jego wartości artystycznych, ale – ponieważ malował konie i wojenki bohaterskiej epoki napoleońskiej. Konie zawsze umiały znaleźć drogę do serca i kieszeni ówczesnych mecenasów.

Konie – ulubiony motyw twórczości artysty – wyśmiewał nie bez racji Juliusz Kossak: konie Suchodolskiego na wedecie wyglądają takie wyszczotkowane i wyczesane, jak gdyby wyjeżdżały z koszar na plac Saski przed Wielkim Księciem… Jednak nie zagłuszała jego twórczości i pogody wrzawa całej falangi młodych malarzy, którzy na nowych kształcąc się wzorach, niechętnie się nawet czasem o Suchodolskim wyrażali (Wojciechowski).

Twórczość „polskiego Verneta” bardzo trafnie scharakteryzowała autorka biografii Suchodolskiego Krystyna Sroczyńska: Choć więc Suchodolski jest raczej ilustratorem niż malarzem, raczej dyletantem niż rzetelnie wykształconym twórcą, nie można odmawiać mu zasług. Obrazy jego, łatwo przemawiające do szerokiej publiczności, popularyzowały istotnie sztukę malarską. Rozszerzały też znajomość historii, a owiane nieraz szczerą poezją i uczuciem budziły cześć dla narodowych bohaterów. Opinii Sroczyńskiej wtórował Janusz Polaczek: January Suchodolski, choć trudno równać skalę jego talentu z Michałowskim, zasługuje z kolei na uwagę ze względu na szeroki odbiór i akceptację społeczną swej ilustracyjnej, kolorowej i wdzięcznej, wzorowanej na Horacym Vernecie, twórczości.

Dziś – pisał z kolei Adam Paczuski – ten wzięty za życia malarz-batalista jest co najwyżej traktowany przez znawców sztuki z pewnym zażenowaniem. Ale z drugiej strony: Dzisiejsi prześmiewcy obrazów Suchodolskiego zapominają, że takie „przylizane” malarstwo było, w I połowie XIX w., mimo buntu romantyków, praktyką powszechną, i nie wynikało z jakiegoś estetycznego „skrzywienia” czy „wstecznictwa”, ale raczej aktualnej mody a nawet zapotrzebowania.

„Biwak szwoleżerów pod Wagram” (bardziej znany jako „Biwak ułanów polskich pod Wagram”) to olej na płótnie o wymiarach 82x109 cm, namalowany przez Suchodolskiego około 1859 roku. To jeden z nielicznych obrazów artysty przedstawiający tak nieistotny, z punktu widzenia historycznego czy militarnego, epizod epoki napoleońskiej. Nie ma w nim nic z dramaturgii scen śmierci Cypriana Godebskiego czy księcia Józefa, patosu wjazdu gen. Dąbrowskiego do Rzymu, nie słychać odgłosu końskich kopyt podczas szarży pod Somosierrą, ani huku wystrzałów i okrzyków hurra! legionistów na San Domingo. Na obrazie przedstawiającym słynną noc poprzedzającą bitwę pod Wagram panuje niemal zupełna cisza, przerwana – być może – napomnieniem austriackich jeńców i trzaskiem bierwion z rozjaśniającego noc ogniska.

W kompozycji Suchodolski zastosował motyw oświetlenia nocnej sceny podwójnym światłem, czyli chłodną poświatą księżyca i ciepłym blaskiem płonącego ogniska. W centrum kompozycji dostrzec można grupę austriackich jeńców biwakujących wokół ognia. Możliwe, że zachowywali się zbyt głośno, a przecież cesarz właśnie się zdrzemnął… Wydaje się, że szwoleżerowie podjechali, by ich uciszyć.

Jak zwykle u Suchodolskiego, bohaterowie kompozycji są przesadnie wyidealizowani, a scena, w której uczestniczą, ma coś z parady i teatru. Jeńcy austriaccy, wśród których dostrzegamy dwóch huzarów, dragona, kilku piechurów, sapera oraz ułana, ubrani są w mundury, jakby dopiero wyfasowane lub przyniesione z rekwizytorni. Równie dobrze prezentują się mundury szwoleżerskie. Szczególną uwagę przykuwa trębacz w białej kurtce i czapce z białymi kwaterami na pięknym, regulaminowym zresztą, siwku. Jak wszędzie – pisał Wojciechowski – tak i w koniach ręki Suchodolskiego, łatwo dostrzedz ową chęć zaokrąglania form i wygładzania. Owa piękna, biała kurtka i czapka trębacza wzbudzają jednak pewne wątpliwości. Według Luciena Rousselota białe kurtki i czapki z białymi kwaterami, trębacze otrzymali dopiero w 1810 roku. W okresie bitwy pod Wagram powinny być one karmazynowe, podobnie zresztą, jak spodnie i czaprak, które u Suchodolskiego są granatowe.

W dalszym planie kompozycji zwraca uwagę jeden ze stawów znajdujących się w okolicach Raasdorf, gdzie wówczas biwakowała armia, oraz granatowe, kłębiące się chmury, mocno kontrastujące ze spokojną sceną biwaku. Możliwe, że to zapowiedź krwawej bitwy, która rozpocznie się kilka godzin później.

Wobec powyższych uwag warto się zastanowić nad tym, skąd wziął się tytuł dla tej kompozycji Suchodolskiego i czy ktoś przypadkiem błędnie go nie zinterpretował? I nie chodzi już nawet o to, że szwoleżerów nazywa się tu ułanami (choć jedyny ułan na obrazie to żołnierz austriacki), ale o fakt, że wszyscy biwakujący w scenie przy ognisku, to… jeńcy austriaccy. Lekkokonni są przedstawieni w mundurach służbowych, w pełnej gotowości i „pod bronią”. Jedynie w tle po lewej stronie dostrzegamy kilku szwoleżerów, którzy zsiedli już z koni i być może szykują się do postoju.

„Biwak szwoleżerów pod Wagram”, który do dziś można obejrzeć w Muzeum Narodowym w Warszawie, nie jest może dziełem wybitnym, jak choćby nieco późniejsze „Przejście przez Berezynę”. Jednakże wśród obrazów, które Suchodolski poświęcił wydarzeniom epoki napoleońskiej, wyróżnia się on oryginalną treścią i formą.

Dzień następny – wspominał Szpotański – był pogodny: jasny i gorący. Nieprzyjaciel cofał się bijąc. Myśmy go parli tratując końmi po trupach i rannych. Artyleria gniotła ich kołami – żywych i zabitych. Krew lała się i mieszała z wodą…

Pułk szwoleżerów wchodził do bitwy oddzielnymi szwadronami. Rankiem 6 lipca trąbią na koń!bezzwłocznie udajemy się w ogromnej kolumnie kawalerii rozwiniętymi szwadronami, kłusem ku naszemu lewemu skrzydłu... Tak wszedł do walki szwadron Jana Kozietulskiego, co z właściwą sobie swadą opisał Załuski. Szwoleżerowie nacierali jako część ogromnego zgrupowania kawalerii Gwardii, które osobiście prowadził marszałek Bessières. Skutek tego kolosalnego natarcia był ten, żeśmy odparli księcia Lichtensteina, który śmiałym i potężnym ruchem na lewe skrzydło nasze co tylko że nie odciął nas od naszych mostów na Dunaju. Piękny to był widok dla nas Polaków, nacierać w kolumnie kilkunastu tysięcy jazdy w trop za baterią dział lekkokonnych w kierunku owych gór Kahlenberg i Bizamberg..., z których szczytu Jan III przed 126 laty spuszczał swe pancerne chorągwie na ratunek Wiednia i chrześcijaństwa! – rozprawiał Załuski.

Polacy kilkakrotnie tego dnia szarżowali na pozycje nieprzyjacielskie jako część kawalerii Gwardii, wpierw prowadzeni przez marszałka Bessièresa, a gdy ten odniósł ranę, przez dzielnego gen. Lasalle, póki ten nie padł w pobliżu wzgórza Leopoldau. Doczekał się wreszcie swej chwili chwały dowódca pułku Krasiński: jenerał Macdonald – pisał Załuski – namówił naszego pułkownika Krasińskiego, żeby korzystał ze sposobności i rozpoczął atak kawalerii. Posuwaliśmy się po tych nieprzejrzanych równinach w zupełnem rozwinięciu pułku, atoli pułkownik Krasiński exaltowany wezwaniem Macdonalda, rozpoczął zaraz natarcie z pierwszym szwadronem pułku i oddalił się na czas dłuższy od naszej linii. Moment wejścia do walki szwoleżerów doskonale uchwycił na jednym ze swych obrazów Wojciech Kossak…

Szwoleżerowie polscy w bitwie pod Wagram

To jedna z mniej znanych kompozycji Wojciecha Kossaka, który na płótnie o wielkości 73x112 cm odmalował wejście do bitwy pułku szwoleżerów i przetasowanie konnych przed linią artylerii austriackiej. W centralnej części płótna dostrzec można w wirze walki, pozbawioną nakrycia głowy, z uniesioną szablą, postać Wincentego Krasińskiego. Wiele mogli zarzucić mu podkomendni, wiele zarzucali mu potomni, ale osobistej odwagi odmówić mu nie mógł nikt. Pod Wagram Krasiński walczy w pierwszej linii udowadniając, że nieobecność w szarży pod Somosierrą była tylko dziełem przypadku.

Tuż obok dowódcy trębacz wzywa szwoleżerów do szarży, a ci skupiają się wokół swego pułkownika, by ponowić atak na austriackich kanonierów i widocznych w oddali ułanów księcia Schwarzenberga. W zbożu, które tratują szwoleżerskie konie, dostrzegamy kilku poległych i rannych, efekt salwy austriackiej artylerii. Jeden z oficerów, ciągnąc konia za uzdę, pieszo stara się wycofać spod ostrzału. Na pierwszym planie po prawej dostrzegamy rannego lub poległego węgierskiego fizyliera. Obok niego porzucony karabin i czako. Krwawej walce towarzyszy słoneczny lipcowy dzień. Heroizm oraz dramat zabitych i rannych wydaje się równie ważny, jak przestrzeń wokół odmalowana przez Kossaka.

Znany z dbałości o szczegóły, tym razem malarz popełnił kilka błędów. Przede wszystkim prawie wszyscy szwoleżerowie, mają po dwa epolety oraz sznury naramienne nie na tych ramionach co powinni. Szwoleżerowie wyposażeni byli wówczas we francuskie szable strzelców konnych gwardii, znacznie lżejsze od szabel AN XI, które mają na obrazie. Ponadto oficerowie i szeregowcy mają takie same czapraki, a ich mantelzaki powinny być karmazynowe a nie granatowe. Zastanawiają również zrolowane płaszcze, w które wyposażona jest większość szwadronu. Stanowiły one pewną ochronę przed ciosem szabli nieprzyjaciela, ale były raczej mało przydatne w upalne lipcowe dni i ograniczały swobodę ruchów w walce. Do tego oficerowie nosili płaszcze granatowe, więc Krasiński, obok nieprawidłowego czapraka, ma również niewłaściwy płaszcz. Z kolei trębacz na obrazie Kossaka ubrany jest w mundur, który wprowadzono dopiero rok później. Jak twierdzi Załuski trębacze byli zrazu całkiem karmazynowo i z wyszywaniami srebrnymi i białymi… siedzieli na koniach siwych, czapraki mieli karmazynowe.

Okres powstania opisywanego obrazu zbiega się w czasie z tworzeniem przez Kossaka „Panoramy Racławickiej”, projektu dla niego znacznie ważniejszego i bardziej dochodowego. Możliwe, że właśnie dlatego temat Szwoleżerów… potraktował nieco powierzchownie, bez należytej dbałości o detale. Ten znakomity znawca militariów i doskonały batalista, niestety nader często rozmieniał swój talent na drobne, co dosadnie acz trafnie opisał współczesny mu pejzażysta, Jan Stanisławski: Mógłby być pierwszym polskim malarzem, a wszystko robi, co może, by nikt się tego nie domyślił.

Nie zmienia to faktu, że Szwoleżerów polskich w bitwie pod Wagram w 2019 roku Sopocki Dom Aukcyjny wystawił w cenie wywoławczej 320 tys. zł.

Powróćmy jednak pod Wagram… Traf chciał, że jako przeciwnik polskich szwoleżerów wystąpił wówczas 2. pułk ułanów księcia Schwarzenberga. Jak nas tradycja ustna zapewnia – pisał Aleksander Rembowski – łatwo było poznać szwoleżerom swych rodaków w austriackich mundurach. Głośno bowiem miotane przekleństwa, a przedewszystkiem energiczne „psia krew”, zdradzały pochodzenie austriackich ułanów. Po chwili konsternacji, gdy dotarło do obu stron, że dojdzie do bratobójczej walki obie strony wyzwały się najobelżywszymi wyrazami w mowie rodowitej (Załuski). Do tego Stanisław Hempel dodaje: Biliśmy się nad samym wieczorem z Panami Ułanami austriackimi, do których gdyśmy się zbliżyli wołaliśmy żeby się pardonowali lecz ci nie chcieli, a zatem rzuciliśmy się na nich jako na zdrajców Ojczyzny. Zniewagi miotane przez przeciwników rozpaliły zaciekłość boju i potykano się z największą zapalczywością. Niezawodny podporucznik Hempel pisał później do domu: panowie hułany popamiętają ten dzień, bo podobno jeszcze nigdy tak w skórę nie wzięli jak od nas.

Wielu spośród panów oficerów osobiście odznaczyło się męstwem w tym boju. Pułkownik Krasiński odniósł kilka poważnych ran, podobnie zresztą szef szwadronu Kozietulski, kapitanowie Jan Paweł Jerzmanowski, Franciszek Łubieński i Ignacy Stokowski. Chłapowski w szczególny sposób podkreślił zasługi Kozietulskiego: Przy tej szarży zdarzył się wypadek, który mógł pułk o klęskę przyprawić, gdyby nie przytomność Kozietulskiego. Dwa pierwsze szwadrony komenderował gros-major Delaitre, Francuz, drugie dwa szef szwadronu Kozietulski. Delaitre miał wzrok krótki, nosił okulary. Widząc austriackich ułanów gotujących się do ataku i przeceniając ich siłę, chciał się zbliżyć do szaserów, którzy byli w tyle i zakomenderował: Demi tour â droite, jako starszy dla całego pułku. Spostrzegł niebezpieczeństwo Kozietulski, iż Austriacy wpadną na nich z tyłu, dał więc natychmiast tę samą komendę, a miał śliczny i donośny głos i ogromne zaufanie pułku. Tak nasze szwoleżery, zrobiwszy dwa razy zwrot, znaleźli się znów frontem do nieprzyjaciela, zrównali się i w tej chwili Kozietulski: Do ataku broń! i marsz, marsz! zakomenderował. Szarża się powiodła. Delaitre szlachetnie Kozietulskiemu podziękował.

Z kolei przewagi, wspomnianego we wstępie Tomasza Łubieńskiego, sławił na jednej ze swoich akwarel Juliusz Kossak. Na obrazie widzimy szefa szwadronu Łubieńskiego, jak się wyrąbuje z żelaznego pierścienia, stworzonego przez ułanów Schwarzenberga. Ułani austriaccy wyposażeni są w lance, których szwoleżerowie nie mają. Nie przeszkadza to jednak Łubieńskiemu, który pałaszem odpiera ciosy wymierzone w jego piersi. W ułanach Schwarzenberga – opisywał obraz Kossaka Rembowski – spostrzegamy gwałtowność w napaści i umiejętne zażycie konia oraz władanie lancą. Przewidujemy, że walka będzie ciężką i niebezpieczną, ale ożywia nas nadzieja, że w zamieszaniu kawaleryjskim szwoleżerzy nie zapomną o swym walecznym szefie szwadronu i podążą mu ze skuteczną pomocą. Nie zapomnieli. Łubieński wyszedł z walki zwycięsko.

W tym właśnie miejscu dochodzimy do jednej z legend, podchwyconej zresztą przez wielu historyków, którą zaowocowało starcie Polaków cesarza Napoleona z Polakami cesarza Franciszka. Legenda tyczy odebrania w trakcie walki lanc ułańskich przez szwoleżerów i użycia ich wobec przeciwników. Możliwe, że do pojedynczych takich przypadków dojść mogło, ale to że ułani pozbyli się lanc było spowodowane zgoła czymś innym. Załuski opisał całą sprawę następująco: …gdy oba pułki nacierające już do siebie się zbliżyły, pokazały się doły przez piechotę austriacką pokopane, które przeszkadzały tak ułanom Schwarzemberga jak i nam do porządnego frontowego natarcia. Tymczasem ułani widząc, że my nie mamy lanc, ale z pałaszami na nich nacieramy, zaczęli piki rzucać, a brać się do dobycia pałaszów; to było późno, i dowodem że nie mieli w sobie zaufania. Nie zmienia to faktu, że to właśnie po szarży na austriackich ułanów pod Wagram, szwoleżerowie wyrazili żal, że nie są zbrojni w lance. Wobec tego, przedstawiono Napoleonowi prośbę o zgodę na dopuszczenie lanc do użytku. Została ona rozpatrzona pomyślnie i kilka miesięcy później pułk wyposażono w tę broń zmieniając mu jednocześnie nazwę na szwoleżerów-lansjerów.

Próba lancy

Z wyposażeniem szwoleżerów w lance związana jest anegdota, która wiele lat później posłużyła jako temat kolejnej spośród „szwoleżerskich” akwarel Juliusza Kossaka. Dykteryjka o próbie lancy krążyła w kilku wersjach. W jednej z nich głównym bohaterem był podporucznik Wiktor Roman. Na szwoleżera Romana – opisywał obraz Rembowski – puszczono trzech dragonów gwardii; jednego z nich Roman wysadził z siodła, drugiemu zagroził poważnie tym samym losem, a trzeci nadbiega, aby wesprzeć swoich towarzyszów. Zwinność i determinacja Romana dają nam pewność, że za chwilę będzie zwycięzcą... Cała scena odbyła się oczywiście w „przytomności” samego Napoleona i cesarzowi tak spodobał się pojedynek jednego przeciw trzem, że bez wahania zgodził się wyposażyć lekkokonnych w lance.

W pięknym skądinąd albumie z serii „Wojsko Polskie w służbie Napoleona” poświęconym jednostkom gwardyjskim, Andrzej Nieuważny tak oto opisuje historię, która jakoby miała miejsce w Schönbrunn: „Złoty czas” szwoleżerów zaowocował jeszcze jedną anegdotą. Opowiada ona o zwycięskim pojedynku odbytym w Schönbrunn przed Napoleonem przez uzbrojonego w lancę wachmistrza Wincentego Jordana, który pokonując trzech dragonów gwardii, przekonać miał Napoleona, by dał pułkowi „kopie” czyli „proporce”. To piękna scena, ale… Jordan wziął dymisję pięć miesięcy wcześniej, a jego brat Hermolaus był już oficerem, podobnie jak Wincenty Roman, którego wspominają inni wielbiciele tej historii, a który bodaj ją wymyślił. Opublikowane przez Kazimierza Wójcickiego w Cmentarzu Powązkowskim fantazyjne wspomnienia Romana krytykowali już jego towarzysze broni. Z nich czerpał zaś natchnienie Juliusz Kossak i… tak już zostało.

Co prawda do wielbicieli tej historii nie należymy, lecz – przyjmując manierę Załuskiego – zapiszmy: kolega Roman na imię miał Wiktor, o żadnych wspomnieniach przez niego zostawionych niestety nie słyszeliśmy, a Kossak nie mógł czerpać natchnienia z „Cmentarza Powązkowskiego”, bo wówczas namalowałby czterech oficerów jazdy nieprzyjacielskiej (austriackiej?), a nadto jeszcze cztery kolejne akwarele przedstawiające pojedynki Romana na pałasze. Domyślamy się jednak, że owi „towarzysze broni” to właśnie… Załuski, któremu czasami po prostu brakowało wiedzy. A w przeciwieństwie do Toedwena, który podjął z zarzutami Załuskiego polemikę i wiele spraw sprostował, Roman takiej szansy nie miał… bo dawno już nie żył.

Próba lancy” Kossaka niestety zaginęła w czasie II wojny światowej i dziś możemy ją podziwiać wyłącznie na czarno-białych reprodukcjach… choć współczesna technika pozwala czasem na spełnienie niespełnionych marzeń.

W starciu z ułanami Schwarzenberga, których w trakcie walki wsparli jeszcze austriaccy dragoni, szwoleżerowie ponieśli ciężkie straty, większe nawet niż pod Somosierrą! To zdaje się obalać kolejny mit, że walczący po przeciwnej stronie rodacy chętnie rzucali broń oddając się w niewolę. Choć jeńców rzeczywiście wzięto sporo, w tym samego księcia Karla von Auersperga. Dodajmy jeszcze, że prócz jeńców „wzięli” też szwoleżerowie kilkanaście armat!

Kolejne tygodnie po bitwie szwoleżerowie spędzili rozkwaterowani w pobliżu Wiednia. Do zadań pułku należało wówczas między innymi wyznaczanie codziennie jednego szwadronu, który brał udział w porannej paradzie przed Cesarzem, na dziedzińcu pałacu w Schönbrunn. Jedna z takich rewii skończyła się prawdziwą katastrofą i pełną kompromitacją pułku... Zresztą oddajmy tu głos Załuskiemu:

Codziennie dziedziniec pałacu schoenbrunskiego był napełniony pułkami, które Napoleon chciał wynagradzać za bitwy odbyte. Przyszła kolej i na nasz pułk. Mieliśmy rozkaz wystąpienia w zupełnym komplecie ludzi i koni obecnych przy pułku... Pułk nasz ciągnął w całej paradzie, podzielony na dwa regimenta po 4 szwadrony bojowe; pierwszym dowodził major Delaitre, drugim Dautancourt, oboma niby brygadą pułkownik Krasiński. Szli upojeni tryumfem, marząc tylko o pomyślnościach; tymczasem żadnemu z tylu dowódców nie przyszło na myśl posłać adiutanta pułkowego naprzód, żeby się zapytał o miejsce szyku i zaprowadzić pułk na takowe... Przybyliśmy więc poza prawą oficynę pałacu i po rozgłośnej pretensjonalnej komendzie pp. majorów zaczynamy się szykować z tyłu za oficyną. Wtem na głos donośny Dautancourta przybiega generał Durosnel, adiutant cesarski, i woła na gwałt: dla Boga! Co panowie robicie, gdzie się kryjecie?! Nie tu wasze miejsce, ale w pierwszej linii przed pałacem... Zmieszani tem bardziej nasi dowódcy tym naglącym rozkazem, prowadzą nas do bramy dziedzińca, mijamy owe lwy u wnijścia spoczywające, i zastajemy cały dziedziniec przepełniony wojskami rozmaitemi, artylerią, pociągami; na koniec czoło naszej kolumny trafia na jakieś zapasy cegieł i wapna i rusztowania przysposobione do jakiejś reperacji; majorowie i szef Łubieński wydają różne komendy, chcąc wybrnąć z tego labiryntu; istotnie poruszenia nasze w tym tumulcie były trudne, i mogło się zdawać cesarzowi, że to skutki naszej nieznajomości obrotów wojskowych...

Później było już tylko gorzej i Napoleon rzucił w końcu zirytowany: – Precz z nimi, niech się na nich nie patrzę!..., a zwracając się do licznych generałów obserwujących całe zajście dodał: – Ci ludzie tylko się bić umieją

literatura i źródła:

Bielecki R., Szwoleżerowie Gwardii, Warszawa 1996.

Chłapowski D., Pamiętniki, Poznań 1899.

Hempel S., Wspomnienia wojskowe, [w:] „Rozmaitości. Pismo Dodatkowe do Gazety Lwowskiej” 1843, nr 17.

Katalog zbiorów Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych w Warszawie, Warszawa 1924.

Korespondencja rodziny Hemplów, Biblioteka Narodowa w Warszawie, rkps II 8798.

Kukiel M., Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej 1795-1815, Poznań 1996.

Łubieński R., Gen. Tomasz Pomian hr. Łubieński, t. I-II, Warszawa 1899.

January Suchodolski [w:] Józefa Ungra Kalendarz Warszawski Popularno-Naukowy Illustrowany na rok przestępny 1876 który ma dni 366, Warszawa 1875.

Morawski R., Nieuważny A., Wojsko Polskie w służbie Napoleona. Gwardia, Warszawa 2008.

Olszański K., Wojciech Kossak, Wrocław 1982.

Paczuski A., Suchodolskiego „Przejście przez Berezynę”, „Promocje Kujawsko-Pomorskie” 2004 nr 1-2.

Pan January Suchodolski [w:] Artykuły literackie, krytyczne, artystyczne: M ... Gr ... go. Dalszy ciąg Literatury, Krytyki, Korrespondencyi i t. d. Tom IV, Warszawa 1849.

Polaczek J., Szkice do panoramy "Bitwa pod Somosierrą" Wojciecha Kossaka i Michała Wywiórskiego na tle malarstwa batalistycznego przełomu XIX i XX wieku, Przemyśl 1999.

Rembowski A., Szwoleżerowie polscy w obrazach Juliusza Kossaka, „Tygodnik Ilustrowany" 1899.

Rembowski A., Źródła do historii polskiego pułku lekkokonnego gwardii Napoleona I, Warszawa 1899.

Rousselot L., Armia Napoleońska 1790-1815, Oświęcim 2011.

Sroczyńska K., January Suchodolski, Warszawa 1984.

Szpotański K., 20 000 kilometrów w siodle, „Płomyk” 1975, nr 4, s. 111

Wojciechowski J., January Suchodolski, [w:] „Tygodnik Ilustrowany”, 1875, nry 381-382.

Załuski J., Wspomnienia, Kraków 1976.

Załuski J., Wspomnienia o pułku lekkokonnym polskim, Kraków 1865.