Nasza księgarnia

Kurz, upał i pragnienie

Posted in Fragmenty książek

Paul Britten Austin 1812. Tom I. Marsz na Moskwę (fragment)

Niegościnny krajobraz - nieprzenikniony tuman kurzu - rozczarowania pod Dorohobużem - wieści z Moskwy - Idę teraz jeszcze dalej" - Dumoceau widzi przechodzącą obok armię - Kozacy - ich wygląd - wśród armat straży przedniej - pierwsze oznaki jesieni - Murat i Davout idą na noże - miasto ryb - przerwany pogrzeb -„Rosjanie szykują się wydać bitwę" - „Mam dobrą pracę, jestem Cesarzem" - „czynił przekomiczne grymasy"

W straży przedniej idzie teraz I Korpus, a tego samego dnia, gdy Paul de Bourgoing jadł obiad al fresco w kwaterze głównej Neya, Czerwoni Lansjerzy podjęli prowadzenie rozpoznania. Choć wszystkie ślady wskazywały na odwrót ku Moskwie, nigdzie nie można było spotkać ani żywego ducha. Co się tyczy krajobrazu, to jest teraz całkiem odmienny od tego, co można było zobaczyć przed Smoleńskiem: „odstręczający, opuszczony, z rzadka tylko pokryty rozsianymi krzakami i sosenkami". Wszystkie wsie obrócone zostały w popiół. Posuwając się z III Korpusem i cierpiąc z powodu trzech siniaków otrzymanych pod Walutyną Górą, kapitan Bonnet „raz jeszcze przekroczył Dniepr, aby na przeciwnym brzegu spotkać krajobraz dotknięty nędzą jedynie laski i piachy, niewiele zaś pól uprawnych".

 

Stopniowo jednak krajobraz zmienia się na lepsze. 21 sierpnia, Maurycy Tascher jest zaskoczony dawno nie spotykanym widokiem „kilku chłopów zajętych żniwami na swoich polach. Nasi ludzie wręcz wyrywają im zboże z rąk, aby nakarmić konie". Trzy dni później, w Prudyszczewie stoi jeszcze nadal parę domów, mimo „wszystkich tych oddziałów, jakie tędy przeszły". Podobnie i Włosi, gapią się na bydło pasące się spokojnie na polach, jak „na coś nadzwyczajnego". Są jednak uprzejmiejsi. Zapytawszy grzecznie o jakąś żywność i pozwolenie na odpoczynek, otrzymują

„żywności na jeden dzień, a ponadto nieco rogacizny". Teraz już Cezary de Laugier uważa krajobraz za „przyjemniejszy i bardziej zadbany". Będąc obficie zaopatrzony w niezbędne mu rzeczy, szeregowiec „zapomina o wcześniejszych trudach". 25 sierpnia huzarzy Taschera docierają do średniej wielkości miasta Janowicze:

 „całego zbudowanego z drewna. Pozostało w nim tylko paru Żydów. Nasi żołnierze zajmują się właśnie plądrowaniem. Ładne jezioro. Kozacy uprowadzili wielką liczbę naszych maruderów. Ciągle natykamy się na wielkie dziury w ziemi, wypełnione pościelą i innym dobytkiem".

Zaiste, po obu stronach głównej drogi moskiewskiej, w głąb Starej Rosji toczy się wielka fala zorganizowanej i niczym nie skrępowanej przemocy:

„W każdej kompanii było paru ludzi, na ogół dobrych piechurów, szczególnie uzdolnionych, gdy chodziło o poszukiwanie żywności. Udawali się oni do wiosek, gdzie plądrowali wszystko co się dało, dopuszczali się wszelakiego rodzaju ekscesów, często, po poderżnięciu gardeł starcom, gwałcili kobiety i puszczali wsie z dymem, po czym powracali do swojej kompanii z jakimiś workami mąki na wózku ciągniętym przez kozę, krowę, czy z innym zaopatrzeniem, oczywiście tylko wtedy, gdy nie zabrała im tego wszystkiego Gwardia Cesarska, czy inne jednostki, pomiędzy którymi musieli się przemknąć. Oficerowie gratulowali owym maruderom i stawiali ich innym żołnierzom za wzór do naśladowania".

Le Roy opowiada tę samą ponurą historię:

 „Każda jednostka wysyłała pododziały, raz na jedno, raz na drugie skrzydło. Aby znaleźć jakąś zamieszkałą wieś, opuszczaną gdy się zbliżaliśmy, trzeba było przejść w poprzek całej armii, czasami rozciągnietej na 12 do 15 mil. Wszystko co tam znaleźlismy było do zabrania, więc i zabieraliśmy, zwłaszcza to, co było jadalne. Następnego dnia całą operację trzeba było przeprowadzić na nowo. Nieprzyjaciel często rozpraszał takie pododdziały, które natychmiast potem były mordowane przez chłopskich powstańców, podburzonych przeciw nam przez popów".

W oczach Le Roya, „niedogodną stroną" tak bezwzględnego rabunku jest to, iż „szeregowi żołnierze przyzwyczaili się do tego i uczynili sobie z tego profesję. Niemal zawsze ci sami prosili o pozwolenie na wyruszenie a la picoree, aby posmakować wolności i aby, choć z narażeniem się na wielkie niebezpieczeństwo, uniknąć rozstrzelania".

Dzień po dniu pali też gorące rosyjskie słońce.

23 sierpnia, 60 mil na wschód od Smoleńska, awangardy Neya mają już teraz w zasięgu wzroku Dorohobuż, większe miasto leżące jakby na stokach amfiteatru, co stwarza „wspaniałą pozycję obronną". Le Roy dochodzi do wniosku, że właśnie tutaj Rosjanie zamierzają nareszcie stanąć i walczyć. Podobnie sądzi Murat. Wysyła więc adiutanta do Smoleńska. Jego przybycie powoduje wyruszenie w drogę całej CKG, zaraz po północy 24 sierpnia. Po podróży główną drogą moskiewską w swoim zamkniętym powozie, Napoleon dociera do Dorohobuża, aby ujrzeć miasto ostrzeliwane przez Kozaków, choć zajęte już przez jego własne oddziały. Czyni kilka zjadliwych uwag Muratowi. Nakazuje rozwinąć kwaterę. Armia posuwa się dalej.

W międzyczasie estafettes (kurierzy) przynieśli niepokojące wiadomości. Maszerując na północ z Armią Mołdawską, Tormasow przedarł się na południową część teatru działań wojennych, zagrażając w ten sposób prawemu skrzydłu posuwającej się armii. Rapp i jego koledzy toczą dyskusję na temat oddalenia armii od jej linii komunikacyjnych:

 „Napoleon chyba nas podsłuchał. Podszedłszy do nas, długo mówił o środkach ostrożności, jakie podjął dla zachowania swobody na własnych tyłach, o korpusach tworzących nasze skrzydła i o łańcuchu posterunków rozpoczynającym się nad Niemnem i łączącym go z rejonem naszego obecnego pobytu. 'Tormasow', powiedział nam, 'napędził strachu młodym i starym w Warszawie, gdzie widziano go już panem Pragi. Lecz musiał wycofać się stamtąd szybciej aniżeli przybył'".

Z tymi słowami Napoleon wraca do swojej siedziby „i obojętnym tonem, dość jednak głośno abyśmy wszyscy mogli usłyszeć", zaczyna dyktować instrukcje dla marszałka Victora, aby ściągnął do Wilna X Korpus. Otrzymuje on również dowództwo nad wszystkimi oddziałami na Litwie oraz w guberniach witebskiej i smoleńskiej: „Dywizja Dąbrowskiego, w sile siedmiu do ośmiu tysięcy, manewruje pomiędzy Mohylewem, Mińskiem a Bobrujskiem. Cztery bataliony Iliryjczyków, dwa bataliony i artyleria 129 Pułku, dwa bataliony z 33 Pułku Piechoty Lekkiej muszą pomaszerować do Smoleńska. ..." Po wezwaniu i zreorganizowaniu wszystkich tych, pozostających obecnie w znacznym rozproszeniu jednostek, Victor ma „ponownie otworzyć połączenie pomiędzy Smoleńskiem a kwaterą główną, gdyby miało dojść do jego przecięcia, a w razie konieczności, przybyć armii na odsiecz".

Tego samego dnia (26 sierpnia) Włosi, podążający odrębną trasą, na lewo od głównej kolumny, natrafiają na kłopotliwe miejsce. Drogę przegradza im rzeczka Wop, której wody „płyną sobie cicho i spokojnie pomiędzy dość stromymi brzegami". Artyleria i pojazdy, pisze z irytacją Laugier w swoim dzienniku, „przedostały się na drugą stronę z pewnymi trudnościami". Poza tym, drogi, stają się jakby lepsze.

Przez cały miesiąc nie spadła ani jedna kropla deszczu. Bonnet, którego batalion forsuje tempo, aby dołączyć do III Korpusu, już jakieś piętnaście mil na wschód od Dorohobuża, stwierdza, iż maszeruje w gęstym tumanie białego pyłu:

 „wzbijanego przez całą armię, zwartą masą maszerującą wzdłuż doskonałej drogi. Szła w czterech kolumnach, dwie kolumny piechoty po jednej z każdej strony drogi, zaś artyleria po samej nawierzchni drogi. Nie mogłeś dojrzeć niczego na dziesięć kroków przed sobą".

Dość dziwnie, po obu stronach podwójnej alei srebrnych brzóz, dywizje piechoty sformowane są w szyku bojowym i osłaniane na skrzydłach przez długie linie kawalerii. Być może Dumonceau widzi, jak przeciąga oddział Bonneta. Odwołani z rozpoznania Czerwoni Lansjerzy biorą dłuższy odpoczynek przy drodze. Szczególne wrażenie robi na nich pojawienie się:

„czterech eleganckich batalionów 48 Pułku Piechoty Liniowej maszerujących w zwartym szyku, niczym na paradzie. Cieszyły się one niezwykłym przywilejem noszenia na ładownicach swoich numerów, wykonanych z miedzi. Za nim nadciągnął ubrany na brązowo pułk portugalski, noszący czaka w stylu angielskim. Po nich nadszedł korpus Neya, w którym zauważyliśmy świetny pułk wirtemberski i hiszpański, o mundurach mocno przypominających uniformy Portugalczyków. Oddziały te maszerowały przez otwarte pola w kolumnach plutonowych, po obu stronach drogi, pozostawiwszy ją wolną dla artylerii i taborów, które swoim zamętem przedstawiały wielce dziwaczny widok. Dzika plątanina, na co składały się wszelkie wyobrażalne pojazdy, grupy koni i pojedyńczy jeźdźcy, markietanki na grzbietach swoich podjezdków, niczym Arabowie na dromaderach. A wszystko to wśród masy jucznych mułów i piechurów z tornistrami na plecach i karabinami zwisającymi im jak pasy przez pierś, jadącymi na małych rosyjskich konikach o nogach krótszych od nóg ich jeźdźców. Wśród całej tej masy ludzkiej trafiały się najśmieszniejsze widoki: ludzie użerający się z najbardziej knąbrnymi bydlętami, i tym podobne sceny. Przez dwie godziny, ani przez moment się nie nudząc oglądaniem owych przeciagających przed nami hord, staliśmy tam oczekując na Gwardię Cesarską".

Baterie Gwardii Boularta należą do tych, zajmujących koronę drogi. On sam nie jest jedynym człowiekiem „cierpiącym przez te dziesięć dni od gorąca i pragnienia tak, jak chyba jeszcze nigdy w całym moim życiu". Podobnie Girod de l'Ain:

 „upał był nadmierny: nigdy jeszcze nie zaznałem gorszego, nawet w Hiszpanii. Jest jednak różnica: w Rosji nie trwa on długo. Główna droga moskiewska jest piaszczysta, więc armia, idąc w kilku zwartych kolumnach, wzbijała takie chmury kurzu, że nie mogliśmy widzieć się nawzajem o dwa jardy obok siebie. Nasze oczy, uszy i nozdrza były pełne tego kurzu, a nasze twarze wręcz nim oblepione. Upał ten i pył, co łatwo można sobie wyobrazić, powodowały u nas wielkie pragnienie, a trafić na wodę było niezwykle trudno. Czy uwierzycie mi, gdy powiem, że widziałem żołnierzy kładących się na brzuchu, aby pić gdzieś w rowie końską urynę! Podczas tego marszu, w przerwie owego tumanu kurzu, gdy upłynęło dość czasu, aby nieco osiadł, miałem przynajmniej przyjemność zobaczyć całą dywizję ciężkiej kawalerii, złożoną z karabinierów i kirasjerów, wszystkiego razem czternaście pułków. Ich kirysy i kaski, połyskując w słońcu, tworzyły wspaniały widok".

Jadąc wśród owej kawalerii, Thirion „nie może dostrzec jadącego przed nim żołnierza. Często traciliśmy z oczu nawet uszy własnego konia, kiedy to musieliśmy po prostu wierzyć w instynkt i ostry wzrok biednych szkap, których oczy są odmiennie zbudowane od ludzkich." Caulaincourt wyjaśnia, że wysunięta pozycja pułków ciężkiej jazdy była uzasadniona potrzebą udzielenia przez nie wsparcia straży przedniej, do jakiej dojść mogło dosłownie w każdej chwili. Odziani w stal żołnierze muszą wytrzymać w siodłach od trzeciej rano aż do późnego wieczora. „Czy istnieją dzisiaj na świecie żołnierze zdolni do podobnego wyczynu?"

Polscy weterani Brandta także czynią porównania z Hiszpanią. „Wirujące podmuchy wiatru wznosiły tak gęste tumany kurzu, że często nie widzieliśmy nawet wysokich drzew rosnących wzdłuż drogi." Wielu próbowało chronić oczy:

 „małymi kawałkami szyb okiennych. Inni maszerowali trzymając swoje czapki pod pachą, głowy mając owiązane chustkami, pozostawiwszy jedynie otwory pozwalające na orientację wokół siebie i na oddychanie. Inni splatali sobie girlandy z liści".

Za flankującymi liniami kawalerii krążą chmary Kozaków. 27 sierpnia Dumonceau, po raz pierwszy, lecz z pewnością nie ostatni raz, widzi ich en masse:

 „ubranych na najwymyślniejsze sposoby, z nakryciami głowy najróżniejszych rodzajów. Bez żadnej jednorodności stroju, wyglądając brudno i odziani w łachmany, jeżdżący na paskudnych konikach o długich szyjach, spuszczonych głowach i długich grzywach, z najprostszą uzdą, uzbrojeni zaś w długi, prosty bat z czymś w rodzaju gwoździa na końcu, ciągnęli w zamieszaniu i pozornie nadzwyczajnym nieporządku i przywodzili mi na myśl rojące się insekty".

Jednak Colbert, wyjąwszy z ust swoją fajkę z morskiej pianki, tłumaczy mu:

 „Jako lekka kawaleria są godni podziwu. Na wysuniętych pozycjach, do prowadzenia rozpoznania nie potrzeba im niczego więcej. Nigdy nie zaatakują cię na dobre, dopóki będziesz się trzymał twardo i nie pozwolisz się zwieść ich ogłuszającym wrzaskom. Wystarczy aby tylko pokazała się artyleria, a natychmiast znikną. Zagrozisz im pistoletem, czy inną bronią palną, a będą cię unikać. Nigdy nie zaryzykują starcia twarzą w twarz, chyba że będzie ich kilku na jednego. Ich pułapki są zawsze mądrze pomyślane. Nie są też zbyt okrutni, raczej nastawieni na wzięcie cię do niewoli, niż zabicie".

Zaiste, jeszcze wczorajszego wieczoru (26 sierpnia) „dzicy" porwali jednego z adiutantów księcia Eugeniusza. Wysłany do głównej kolumny po rozkazy Murata dla IV Korpusu, „już nie powrócił". Laugier zapisał wtedy w swoim diariuszu, „w końcu zrozumieliśmy co się z nim stało". Le Royowi, jak zwykle, choć „zmordowanemu i zakurzonemu jak tylko to możliwe", udało się trafić na obiad. Jego batalion biwakował właśnie:

„między dwoma laskami, niedaleko jeziorka. Aby się nieco odświeżyć, zanurkowałem w nim i (przypomniawszy swoje młode lata) urządziłem sobie rozrywkę, przeszukując sitowie. Byłem pewien, że muszą tam być ryby. W końcu udało mi się napełnić moją chustkę, w której znajdowały się trzy rybki. Ugotowane w słonej wodzie, smakowały adiutantom".

Młodzi polscy oficerowie, mówi Chłapowski, szczęśliwi są przede wszystkim dlatego, że posuwając się w głąb Starej Rosji, mogą naśladować swoich siedemastowiecznych przodków. Podobnie jak Włosi po lewej, V Korpus Poniatowskiego osłania główną kolumnę z prawej strony. Na wysłanym w jakiejś misji Labaumie wygląd Polaków robi wrażenie, które niesłusznie przypisuje temu, że „armia polska szła przez mniej zdewastowany kraj, aniżeli nam przypadło w udziale. Ponieważ wcale nie ucierpiała, nadal jest we wspaniałym stanie". Innym polskim jednostkom, wchodzącym w skład IV Korpusu Kawalerii Rezerwowej LatourMaubourga, postępującego w znacznej odległości z tyłu, dane jest tego dnia przypomnieć sobie o krótkotrwałości północnego lata. Otrzymawszy zezwolenie na odpoczynek w Mścisławiu, generał Borys Turno zostaje wraz ze swoimi oficerami zaproszony przez „dziekana", czy też „marszałka" miejscowej szlachty do zwiedzenia miasta:

 „Zmierzch rzucał właśnie migotliwe światło na nasze biwaki i opustoszały krajobraz, a niebo zasnute było szarą, chłodną mgłą. W rozmaitych punktach horyzontu coś jednak zaczynało się dziać, w tym samym czasie dał się słyszeć rodzaj stłumionego, lecz nieustającego, drgającego dźwięku. Powietrze wydawało się zamieszkałe, daleko we mgle ukazały się jakieś białe obiekty. Były to odlatujące łabędzie, wydające te klaszczące odgłosy swoimi dziobami".

„Tak, to łabędzie opuszczają okolicę i Rosję w poszukiwaniu łagodniejszego klimatu", powiedział Polakom ich przewodnik. „Nie myślcie sobie, że jest to próżna czy też wątpliwa zapowiedź. To strach przed lodem zmienia zwyczaje tych stworzeń. Posiadają one wewnętrzną wiedzę o tym, co ma nadejść". Niezniechęcony ową przepowiednią, dwa dni później, gdy podchodzili pod Czerepowo, generał Rożniecki:

„rozkazuje polskim oddziałom zatrzymać się, formuje nas w czworobok i przypomina nam, że oto stoimy na granicy niegdysiejszego imperium Jagiellonów i Batorego. Po przedstawieniu nam heroicznych aspektów chwalebnej przeszłości naszego narodu, zaprasza wszystkich obecnych, aby zsiedli z koni i wzięli nieco pyłu z owego gościńca, aby móc przypominać naszym potomkom o tym sławnym wydarzeniu, które doprowadziło nas z powrotem na dawne granice Polski".

Z Dorohobuża CKG przeprowadziła się do „dużego domu, czy też dworu na pagórku niedaleko rzeki Ouja pod Sławkowem. Znaleźlismy tam nieco ziarna, co było tym cenniejsze, że nieprzyjaciel nie pozostawił nam niczego w Smoleńsku". Tutaj też kilka jednostek, można przypuszczać, że były to jednostki Gwardii, dostaje wreszcie trochę chleba. A Napoleon dostaje wiadomości z Moskwy. Jeszcze w Smoleńsku słyszał, że 24 lipca car wkroczył do swojej „starej" stolicy. Teraz d'Ideville czyta mu nowiny o tym, „jak Aleksander zebrał szlachtę i bogatsze warstwy ludności i, nie kryjąc przed nimi powagi sytuacji, w jakiej znalazło się państwo, poprosił wszystkie gubernie o pomoc".

Ponieważ wieczór jest ciepły, cała CKG zabawia się na koncercie, więc również artylerzystom Fabera du Faura dane jest, gdy szeroką drogą przechodzą nieopodal, słyszeć „muzykę płynącą z eleganckiego dworku na lewo od drogi".

Ze Sławkowa Napoleon wysyła szczegółowe instrukcje do swoich wysuniętych dowódców korpusów:

„Idę teraz jeszcze dalej. Pojutrze będę we Wiaźmie, pięć dni marszu od Moskwy. Dojdzie chyba do bitwy, która otworzy mi bramy miasta. Działaj przede wszystkim w taki sposób, aby żadni ze stojących przed tobą Rosjan, nie byli w stanie zwrócić się przeciwko mnie".

St-Cyr, myśli Napoleon, ma wystarczającą ilość oddziałów, aby wzbudzić respekt w Wittgensteinie. Jak gdyby świadom, że niedługo będzie potrzebował nowych armii, wysyła do Paryża dekret o natychmiastowym przeprowadzeniu poboru rocznika 1813. Co się tyczy Smoleńska, zauważa Cesarz w rozmowie z Fainem, to „zamierza tam osadzić najlepszego dowódcę, takiego, który, jeśli dojdzie co do czego, potrafi wziąć sprawy we własne ręce i działać stosownie do okoliczności. Miasto to ma być centralnym punktem naszych linii komunikacyjnych". Dowódcą tym ma być marszałek Victor, nadciągający z IX Korpusem, złożonym z Francuzów, Niemców i Polaków.

Podczas owych upalnych dni Lejeune wielokrotnie cwałuje zakurzoną drogą, tam i z powrotem, pomiędzy kwaterami Murata i Berthiera, nie może więc nie zauważyć, że Rosjanie nadal:

 „wycofują się w podziwu godnym porządku, najwyraźniej kierowani chęcią obrony każdej korzystnej pozycji. W ten sposób, zmuszają naszą postępującą kawalerię do ciągłego tworzenia kolumn do natarcia, wspartych artylerią, które wszakże za każdym razem zdobywały tylko niewielki skrawek terenu, po długotrwałym wystrzeliwaniu kartaczy i wielu atakach z szablą w ręce. Oznaczało to wielką stratę czasu na uczynienie niewielkiego postępu, a przecież ciągle znajdowaliśmy się jeszcze o 300 mil od Moskwy! Za dnia siedzieliśmy na koniach w ogniu dział. Nocami wokół ognia, gdzie nie dało się poczuć najsłabszego choćby zapachu pieczeni wołowej, aby pocieszyć nasze wymizerowane żołądki".

Przez wiele dni, Murat, który wciąż narzuca tempo, robi:

 „po trzydzieści do trzydziestu sześciu mil. Ludzie byli w siodle od 3 rano do 10 wieczorem. Pod koniec dnia konie były tak wymęczone, że byle jaka potyczka mogła kosztować nas kilku dzielnych zuchów, ponieważ ich konie nie mogły utrzymać tempa".

Z 1500 żołnierzy i koni 7 Pułku Huzarów, którzy tak dziarsko galopowali do Wilna, pozostało nie więcej niż 1000, z 11 Pułku Huzarów zaś zaledwie 300. Zaś egzystencja Wiktora Dupuya stała sie teraz niezwykle wymagająca:

„Każdego dnia od 5 rano potykaliśmy się z Kozakami, czasami trwało to aż do 10, czy nawet 11 wieczorem. Zabierali wszystko co tylko mogli z wiosek i wypędzali mieszkańców, którzy uciekali w okoliczne lasy. Następnie podkładali ogień pod wieś. Jeśli przeprowadziliśmy jakiś śmiały manewr lub szybki atak, aby im to uniemożliwić, ich artyleria ostrzeliwała wieś pociskami zapalającymi z tym samym skutkiem zapalając poszyte słomą dachy

był to sposób prowadzenia wojny, o czym przekonywaliśmy się każdego dnia, wielce dla nas niekorzystny. Po dniach w całości spędzonych na walkach i wysiłku fizycznym, ledwo znajdowaliśmy coś do zjedzenia, a często nie mieliśmy niczego dla koni, których liczba kurczyła się codziennie w zatrważający sposób".

Im dalej posuwa się armia, zauważa Lejeune, „tym większe napotyka zniszczenia. Wszystko zostało już wypalone, a konie nie znajdowały nawet słomy na dachach, aby się wyżywić. Wszystko leży w popiołach". Najgorzej mają artylerzyści w straży przedniej. Od dwunastu kompanii pułkownika Seruziera, obsadzających i obsługujących 72 lekkie sześciofuntówki i 24-funtowe haubice, dołączonych do czołowego korpusu kawalerii Montbruna, wymaga się wielkiego wysiłku:

 „Moja artyleria konna i eskortujące ją dywizje lekkiej kawalerii, staczały z Rosjanami poważne boje. Bombardowaliśmy się wzajemnie często przez 2 lub 3 godziny bez przerwy, zanim wreszcie nieprzyjaciel był tak uprzejmy i opuścił zajmowaną pozycję, gdzie mogliśmy spędzić noc. Przy każdym jednak wycofaniu się, blokował drogi i niszczył mosty. W równej więc mierze zajęty byłem ich odbudową. Każdego wieczora widziałem, jak moi ludzie padali ze słabości i znużenia. Wchodziłem do wody aż po pas, aby samemu wbić pierwszy pal. Pomimo ich wyczerpania, postępowaniem swoim mogłem zawsze wlać w żołnierzy nieco energii. Podnosili się, zmuszali mnie, abym się wycofał i bez słowa zajmowali się naprawą przejścia".

Później już, Boulart nie będzie nawet w stanie przypomnieć sobie poszczególnych miejsc:

 „wygląd ich bowiem był tak zbliżony, teren najczęściej pozbawiony cech szczególnych, nie dawał niczego wyraźnego: na polach dość dobre zbiory; wiele lasów, gdzie najpowszechniejszym gatunkiem drzewa wydawała się srebrna brzoza; szerokie niebrukowane drogi, na których istnienie wskazywał tylko rząd lub dwa wspaniałych  drzew".

Ciagnąca śladem obozowisk armii zbieranina ciągle wzrasta zasilana licznymi chorymi i maruderami. Choć obaj są bardzo młodymi i silnymi mężczyznami, porucznicy Vossler (Huzarzy Księcia Ludwika) i Dutheillet (57 Pułk Piechoty Liniowej), cierpiący żałośnie na „dezynterię", obawiają się, że ich pułki mogą w każdej chwili zniknąć gdzieś na przedzie, w ruchomym obłoku kurzu. W końcu przytrafia się to Dutheilletowi:

„Stałem się tak słaby, a mój żołądek tak przewrażliwiony, że nie mógł nawet wytrzymać ucisku pasa z bronią. Przytroczyłem wszystko, co możliwe do mojego konia, razem z plecakiem i portemanteau. Gdy byłem zmuszony zsiąść, aby posłuchać wezwania natury, nie miałem nawet czasu spętać konia, lub trzymać go za uzdę. Gdy jestem tak właśnie zajęty, nagle mija mnie pułk kirasjerów. Mój koń, spłoszony, przeskakuje oddzielająca nas od drogi miedzę, unosząc ze sobą wszystkie moje rzeczy. Próbuję biec za nim i przywołać go z powrotem, lecz nie mam już siły. Nie będąc w stanie uczynić ani kroku więcej, zatrzymuję się na drodze. Oprócz straty wszystkich rzeczy najbardziej dotknęło mnie to, że usłyszałem odgłos dział. Wiedząc, że mój pułk był jedną z czołowych jednostek, obawiałem się, iż mógł właśnie toczyć walkę z nieprzyjacielem, a moja nieobecność zostanie zauważona. Sama myśl o tym była dla mnie nieznośna".

Na szczęście przechodzi właśnie obok niego 111 Pułk Piechoty Liniowej z 3 Brygady I Korpusu. Dutheillet poznaje jadącego konno oficera, opowiada mu o swojej pechowej przygodzie i prosi o użyczenie mu konia, aby mógł dołączyć do 57 Pułku. Dostaje go i tego samego wieczora odsyła przez służącego. Także i Vossler, który stracił już wszystkie konie, z którymi przekraczał Niemen i jeździ teraz na jakimś „parszywym kozackim kucyku", czuje się tak osłabiony, że nie jest w stanie bez pomocy utrzymać się na jego grzbiecie. Huzarzy księcia Ludwika starają się dotrzymać kroku:

„Poza pewnymi rzeczami zbyt ciężkimi do zabrania, jak na przykład wielkie beki ze spirytualiami, nie znajdowaliśmy żadnych zapasów ani jakiejkolwiek żywności. Wzdłuż całej głównej drogi od Dorohobuża nie natrafiliśmy na nic prócz spustoszenia. Miasta zostały przejęte przez francuską administrację, która urządziła się wygodnie w stojących jeszcze domach, oraz w licznych, czasem bardzo pięknych monastyrach. Za Dorohobużem napotykaliśmy wielu żołnierzy, leżących przy drodze z samego wyczerpania, i umierających z braku jakiejkolwiek pomocy tam, gdzie padli. Widok ten powiększył nasz niepokój co do stanu kawalerii i artylerii Wielkiej Armii".

Jeszcze jednym oficerem, który czuje się bardzo chory i pozostaje z tyłu jest major Fryderyk Wilhelm von Lossberg, jeden z Westfalczyków Junota. Jego żona w Detmold, co jest dość niezwykłe, otrzyma jego list:

 „Dziś rano, czując się tak chory, że musiałem wziąć lekarstwo od lekarza pułkowego, nie mogłem wsiąść na konia nawet kilka godzin po tym, jak mój korpus armijny wyruszył w drogę. Dało mi to okazję przyjrzeć się z bliska całej mizerii i bałaganowi, jaki za sobą zostawiał. Zobaczyłem wielką ilość pojazdów, 'kibitek' [obudowane sanie na kołach], całe stada bydła razem z pastuchami wszelkiej narodowości, czasem w rozproszeniu, czasem w wielkich grupach. Wielu z nich było umierających, a większość jechała na jakichś żałosnych koniach. Nawet gdybym nie mógł widzieć drogi na Moskwę, do podążania nią wystarczyłby mi jej zapach. Co najmniej raz na mniej więcej sto jardów, nieomal przewracałem się o jakiegoś konia, który zasłabł, lub zarżniętego byczka z rozwłóczonymi na drodze wnętrznościami. W każdej wiosce lub pojedynczym domu natrafiałem na ciała żołnierzy, naszych własnych lub nieprzyjacielskich. Aby nieco odpocząć w cieniu i wypić sobie małą kawę mój służący miał ze sobą wszystko, co potrzebne do jej sporządzenia zsiadłem z konia przy jakimś budynku. Okazał się on jednak być w tak złym stanie, tak paskudnie brudny i tak pełen włóczęgów ze wszystkich korpusów, że w końcu siadłem nieco z boku, na trawie, przy jakichś nagich zwłokach. W tym momencie było mi już tak wszystko jedno, że jedyną nachodzącą mnie myślą było: 'Całe szczęście, że ten facet nie zaczął jeszcze gnić! Musiałbym pić kawę gdzieś w słonecznym żarze!'".

Von Lossberg wyznaje, że doświadczenia tego dnia przekonały go, iż

„Napoleon nie zwraca najmniejszej uwagi na to ilu żołnierzy padnie przy drodze, albo czy ludziom starcza sił, aby ścigać, a jeśli trafi się okazja, zaatakować i pokonać armię rosyjską". Przez dwanaście dni od opuszczenia Smoleńska, porucznik Hubert Lyautey, ten miłośnik muzyki wojskowej, zauważa że „niemal dziesiąta część armii rozpłynęła się na skutek dezynterii oraz dezercji".

Jeszcze gorsze jest, choć trudno się temu dziwić, co zauważa Caulaincourt, że zaczyna się załamywać dyscyplina. 28 sierpnia, gdy awangarda zbliża się do ważnego miasta Wiaźmy, zaś CKG podąża o „kilka lig z tyłu", adiutant Murata, pułkownik Rosetti uprzytamnia sobie, że „armia, spragniona z powodu marszu, spiekoty i kurzu", nie ma wody: „Wokół zamulonych studni, które rychło zmącone zaczynały śmierdzieć wybuchały walki. Nawet sam Cesarz musiał się zadowolić płynnym błotem".

Co się tyczy Davouta i Murata, to okazują wobec siebie coraz bardziej narastającą irytację. A podczas przekraczania Osmy, 27 sierpnia innego dnia, z którego mamy liczne i żywe wspomnienia jeden z dowódców baterii Davouta odmawia posłuszeństwa rozkazom Murata, aby otworzyć ogień, czego zabronił mu Davout bez wątpienia, żeby zaoszczędzić amunicji.

Teraz zaś straż przednia zbliża się do Wiaźmy, miasta „małego, lecz dużego jak na warunki rosyjskie". Albo też, jak ujmuje to Larrey, „dość znacznego miasta, dobrze dostosowanego, aby służyć jako punkt składowy dla handlu pomiędzy obiema częściami Rosji. Były w nim zgromadzone wielkie zapasy oleju, alkoholu, mydła, cukru, kawy, skór i futer".

Otoczone przez wijącą się zakolami rzekę Wiaźmę, miasto góruje zarówno nad równiną, jak i, od strony drogi smoleńskiej, wejściem do dużego defile. Dla oczu cierpiących na zapalenie od białego kurzu oraz oślepiającego słońca, cebulaste, zielone kopuły wież, zdają się wisieć nad nim jak prawdziwy miraż, tak że dla Dedema miasto wydaje się „całkiem nowym", a dla Maurycego Taschera „wspaniałym miastem, z daleka przypominającym las wież cerkiewnych". Cezaremu de Laugier, który słyszał, że 19OO domów Wiaźmy zamieszkuje normalnie 13 OOO mieszkańców, wydaje się, że może doliczyć się aż 32 wież. Nikt ze sztabu włoskiego nie widział „niczego równie pięknego lub zachęcajacego od czasu Witebska". Kapitan Chłapowski z 1 Pułku Szwoleżerów Gwardii, jest jednak patriotycznie nastawionym Polakiem, więc odmawia wszelkiej wartości czemukolwiek położonemu poza Smoleńskiem, ostatnim miejscem, gdzie ludność „przynajmniej rozumiała po polsku". Dla niego Wiaźma jest „po prostu tuzinem ceglanych domów wokół rynku".

Gdy armia podchodzi pod miasto, „masa kawalerii wyłania się ze wszystkich stron i rozbija obozy w jego otoczeniu". Wkraczając do miasta w awangardzie z korpusem Grouchy'ego, Piotr Aubry stwierdza, że „jego ulice wyłożone są kłodami drewna, jego obwód znaczny, zaś układ ulic nieregularny". Znów jednak, jego wielkie składy mąki i zboża zostały już podpalone. Aby ocalić co się da, Murat rozkazuje „pułkowi karabinierów" przejść przez most. Niefortunnie się składa, bowiem Davout przyznał już most 57 Pułkowi, w ramach generalnego, dobrze zaplanowanego ataku i ten ostatni zaczął już przez niego przechodzić. Natychmiast wybucha gorąca sprzeczka:

 „Książę Eckmiihl znajdował się w pobliżu mostu. Pułkownik karabinierów podszedł do niego, powiadając, że przybywa w imieniu Króla Neapolu i prosi o zezwolenie na przejście. 'Pan nie przejdzie', mówi mu marszałek. 'Tak jak Król Neapolu potrzebuje kawalerii, ja potrzebuję piechoty, a most ten został mi przydzielony przez Cesarza.' Gdy pułkownik nalega, marszałek rozkazuje pułkownikowi Charrière'owi: 'Ognia do tego pułku, jeśli uczynią choćby krok'. Pułkownik karabinierów zwraca się do marszałka: 'Wycofuję się na pański rozkaz i mam zamiar opowiedzieć o tym królowi'. 'Ruszaj pan zatem i powiedz królowi, że to marszałek Davout zabronił panu przejść przez ten most'. Widząc marszałka, a także Cesarza w pobliżu mostu, rozwścieczony Król Neapolu podchodzi i oskarża go, w najostrzejszych słowach, o zatrzymanie kawalerii".

Jest jeszcze gorzej. Murat wykorzystuje szansę, aby zaatakować Davouta za to, że w Mińsku rozkazał 33 Pułkowi Piechoty Lekkiej przemaszerować z odwróconą bronią:

 „'Gdy nosi się dwuogniskowe okulary, Monsieur le Marechal, powinno się zrezygnować z udziału w kampaniach. Mówię to panu nie dlatego, ze jestem pańskim królem gdybym był panu równy, rzekłbym to samo'. Wściekły marszałek odparowuje, że Murat nie jest i nigdy nie będzie jego królem. Cesarz zapobiega utracie panowania nad sobą przez obu panów, wydając marszałkowi rozkaz zdobycia baterii dział, strzelającej do nas kartaczami, co ów śpiesznie wykonał".

Wychodzący z siebie z wściekłości Murat wysyła do Napoleona Belliarda, aby powiedział mu, że w takich okolicznościach on, Król Neapolu, nie może dłużej dowodzić awangardą. Bez wątpienia, Napoleon, po idiotycznych, prowadzonych na łeb na szyję, wyczynach Murata pod Krasnoje, rozumie aż nadto dobrze, że słuszność leży tutaj po stronie Davouta. Lecz rangi i godności otoczenia Cesarza muszą zostać podtrzymane, choćby wbrew zdrowemu rozsądkowi. Napoleon rozwiązuje więc problem rozkazując Berthierowi oddać tymczasowo dywizję Compansa pod komendę Murata. Po czym, przerażony Davout powiada do Berthiera:

 „Przecież ten człowiek postępuje jak szaleniec! Wkracza do akcji z kawalerią nawet nie rozpoznawszy terenu, ludzie jego są masakrowani w bezcelowych atakach dla uzyskania rezultatów, jakie równie dobrze można by uzyskać przez zwykłą demonstrację siły, nie kosztującą życia ani jednego żołnierza".

Najwyraźniej ktoś przekazuje te słowa Muratowi, który chce wyzwać Davouta na pojedynek. A gdy Belliard wreszcie go powściąga Murat wybucha płaczem.

Przez całą drogę od Smoleńska, nad ogarniętym płomieniami horyzontem rozciągały się wielkie zasłony dymu. Jednak w CKG nikt nie wydaje się zawracać sobie głowy czym to może grozić:

 „Niektórzy z nas myśleli, że w znacznej mierze powodem tego, iż miasta, zwłaszcza targowe, zawsze stawały w płomieniach, gdy do nich wkraczaliśmy, było zamieszanie panujące w naszej awangardzie, jak również w kozackiej ariergardzie, która mało dbała o dole i niedole Rosji. Przyznaję, że z początku podzielałem ów pogląd, a także, iż nie byłem w stanie pojąć, jaki zamiar mogli mieć Rosjanie niszcząc wszystkie swoje budynki użyteczności publicznej, a nawet domy prywatne aby tylko przyniosły nam jak najmniej pożytku".

Teraz jednak, w Wiaźmie, już nie tylko lojalny Caulaincourt, czy wiecznie niezadowolony Pion des Loches dziwią się, dlaczego w żadnym domu nie można znaleźć choćby jednego rosyjskiego cywila:

„Gdy zbliżaliśmy się do przedmieść Wiaźmy, zaświtało mi, że wciagają nas oni celowo tak daleko w głąb kraju, aby nas potem wziąć przez zaskoczenie, lub wyniszczyć głodem i chłodem. Przecież ognie płonęły nie tylko na trasie armii, lecz także we wszystkich kierunkach, daleko i blisko. Nocami, cały horyzont świecił pożogą".

Caulaincourt widzi, że teraz wreszcie, nawet sam Napoleon powoli zaczyna rozumieć tę politykę spalonej ziemi:

 „Rozkazał mojemu bratu wziąć nazajutrz silny pododdział Gwardii i następować nieprzyjacielowi na same pięty, tak aby wejść do miasta w tym samym czasie co jego straże tylne, aby przekonać się na pewno, co naprawdę się tam dzieje i czy Rosjanie rzeczywiście podłożą ogień pod Wiaźmę. Rozkaz został wypełniony co do joty. Choć straż tylna nieprzyjaciela próbowała obrony, brat mój, po gorącej walce, wpadł do Wiaźmy w największym pośpiechu, razem z niektórymi zwiadowcami. Miasto w kilku miejscach stało już w płomieniach. Widział, jak Kozacy podkładali ogień z użyciem materiałów łatwopalnych. Znalazł też nieco tych materiałów porozrzucanych w miejscach, gdzie ogień wybuchnął, zanim Kozacy opuścili miasto. Od jakichś mieszkańców, którzy pozostali w swoich domach, w szczególności od pewnego wielce inteligentnego piekarza, usłyszał jak, na długo zanim się tam dostaliśmy, oddział Kozaków zakończył swoje przygotowania. W tym samym momecie, w którym zjawiliśmy się w polu widzenia, miasto zostało podpalone".

Wszyscy w CKG są oszołomieni, „tak Cesarz jak i jego otoczenie, choć udawał dotąd, że naigrawa się z takiego sposobu prowadzenia wojny. Żartobliwym tonem wyrażał się do mnie o 'ludziach, którzy palą swoje domy, abyśmy nie mogli spędzić w nich nocy"". Wielki Koniuszy jest jednak „zdumiony poważnymi refleksjami, do jakich pobudziły go owe straszne metody, oraz konsekwencjami i czasem trwania wojny, w której wróg, od samego początku decydował się na ponoszenie tak potwornych ofiar".

Nawet wtedy, gdy kawaleria Murata przeprowadza swój atak, Le Roy, który walczy na jakiejś odległej o czternaście kilometrów wyżynie, widzi

„wiry płomieni i dymu trawiące miasto". Teraz, gdy do niego wkracza, widzi również, że:

 „w tym wspaniałym mieście nie pozostał ani jeden mieszkaniec. Aby zatrzymać posuwanie się naszej artylerii przez zgliszcza, Rosjanie podłożyli ogień i zniszczyli 125 pałaców [sic!]. Kłódki, odważniki i inne szczątki świadczyły o poprzednim zajęciu właścicieli domów. Jedynie krzyż ciągle triumfalnie wznosił się wśród tak wielkiego zniszczenia niczym na Sądzie Ostatecznym",

co jest dziwną refleksją jak na przekonanego deistę. Choć tylne straże rosyjskie, powiada Fain, zwróciły szczególną uwagę na spalenie obu mostów i bazaru, dwa bataliony otrzymują rozkazy walki z szalejącym pożarem i udaje im sie ocalić dwie trzecie miasta, które zostaje natychmiast splądrowane. Szczególnie, oczywiście, przez Gwardię, na przykład kanonierów Boularta. Wrażenie robią na nim zwłaszcza domy, „zbudowane lepiej niż zazwyczaj. Ponieważ tylko część miasta padła pastwą płomieni, może ono kryć jeszcze więcej zasobów". Te zaś Caulaincourt ceni sobie tym więcej, że:

„w Polsce brakowało nam wszystkiego. W Witebsku, z wielkimi trudnościami, byliśmy w stanie oszczędnie sobie podjeść. Pod Smoleńskiem, po ograbieniu całej okolicy, znaleźliśmy pola pełne zboża, ziarno, mąkę, bydło, a nawet furaż, ale ani trochę wódki, czy wina. Od Dorohobuża wszystko stało w płomieniach. Sklepy i piwnice Wiaźmy były jednak dobrze, a nawet obficie zaopatrzone. Szybko odkryliśmy, że domy miały różne skrytki, gdzie wszystkiego można było znaleźć aż w nadmiarze. Ludzie rabowali, a ponieważ nie zostały, ani nawet z braku transportu nie mogły być rozprowadzone żadne racje żywnościowe, nikt nie był w stanie ich przed tym powstrzymać".

Choć porucznik Lyautey jest zdziwiony, widząc „na każdym biwaku kurze i gęsie pióra", to Wielki Koniuszy odnotowuje, że:

 „niektórzy oficerowie odchodzili z niczym. Nie wkroczywszy do miasta zanim zostało splądrowane, nie mogli uczestniczyć w podziale łupów. W ten sposób mogło się zdarzyć, że obok żołnierskich ognisk, gdzie piekły się kurczęta i barany, a szynki smażyły się wśród setek jaj, jakiś generał, czy wyższy oficer siedział jedząc czarny chleb".

Także i ryb jest pod dostatkiem. Do tego stopnia, że towarzysze sierżanta Bertranda nadali Wiaźmie miano „rybnego miasta". Wśród takiej obfitości, rabunek jest mimo wszystko niebezpiecznym zajęciem. Wyglądając przez okno z domu zajętego przez CKG, „takiego dużego, zaraz po prawej stronie, gdy się wchodzi do miasta", Fain widzi:

 „jak obok, zaaresztowany przez żandarmów podczas plądrowania domu, przechodzi jakiś markietanin. Wzięty przed sąd wojenny, został skazany na śmierć. Nogi ledwie go niosą. Gdy straż zabierająca go na miejsce egzekucji przechodziła przed domem, Cesarz zapytał o przyczynę tych wszystkich hałasów i rozkazał nam powiedzieć skazanemu, że korzysta z prawa łaski. Nieszczęsny markietanin, już na wpół żywy, był tak oszołomiony silnymi przeżyciami, że w straszliwych konwulsjach padł na ziemię martwy".

Najwyraźniej Fain ma właśnie chwilę wytchnienia od niekończącego się dyktowania, gdyż kontynuuje zapis:

 „Za podwórzem domu, na przeciwległym krańcu ogrodu zaprojektowanego w stylu angielskim, znajduje się mała rotunda, elegancka kopia greckiej świątyni, wsparta na sześciu kolumnach".

Pobliski budynek wzbudza ciekawość w nim i w jego kompanach:

 „Przeszedłszy przez ulicę odkrywamy, że jest to cerkiew. Jej wielkie drzwi są zamknięte. Drzwi boczne tak samo. Pukamy, pukamy ponownie. Nikt nie odpowiada. Wołamy kilka razy. Wreszcie pokazuje się jakiś Rosjanin o dość tajemniczym wyglądzie, nie zauważa ani śladu żołnierzy i ryzykuje, decydując się podejść do nas. Jest zakrystianem, czy też dzwonnikiem. Wykorzystujemy te parę rosyjskich słów, jakie znamy, aby go uspokoić żeby zaś przekonać go, że nie zamierzamy niczego zabierać, obdarowujemy go czymś. Wreszcie zdobywamy sobie całkiem jego zaufanie, wykazując nasze religijne nastawienie, gdy kroczymy za nim pod świętymi  sklepieniami".

Ach, cóż za scena! Przed głównym ołtarzem, na odsłoniętych marach, leżą zwłoki czcigodnego starca z długą białą brodą, mitrą na głowie, jego ciało spowijają wspaniałe szaty pontyfikalne.

„Wokół katafalku świece i inne utensylia pogrzebowe oto co pokazuje nam nasz zakrystian. Jesteśmy osłupiali. Nasz przewodnik, nie obawiając się już, mówi mnóstwo rzeczy, których nie potrafimy zrozumieć".

Wreszcie, pojmują o co mu chodzi. Gdy gospodarz tej świątyni, prawdopodobnie biskup Wiaźmy:

 „schodził ze stopni ołtarza, nie wytrzymał napięcia związanego z tumultem poprzedzającym wejście naszej straży przedniej. Twarz jego w ostatniej godzinie zachowała spokój sprawiedliwego".

Jego kler rozpoczynał właśnie śpiew podczas nabożeństwa za zmarłych, gdy Kozacy rozkazali wszystkim opuścić miasto. „Cała ludność i kler zbiegli, wszyscy poza tym niefortunnym człowiekiem, który nas tu wpuścił i otworzył się przed nami, a pozostał, aby czuwać przy zmarłym tak długo, jak tylko miało się to okazać możliwe".

Głęboko poruszeni, Fain i jego koledzy opowiadają o wszystkim Napoleonowi. Ten zaś rozkazuje im wziąć oddział i dokończyć pogrzebu staruszka. „Wiekowy biskup ma być umieszczony w krypcie przygotowanej dla niego przez księży".

Z napływających stopniowo raportów awangardy staje się oczywiste, przynajmniej dla Faina, że Rosjanie wreszcie zamierzają wydać bitwę na przygotowanej pozycji „pod Carewo-Zajmiszczem, w pobliżu stacji pocztowej Wieliczewo, pomiędzy Wiaźmą i Gżackiem", czyli o jeden zaledwie dzień marszu.

Wśród wielu rozkazów do Berthiera, jakie Fain musi zanotować swoim, przez niego samego wynalezionym systemem stenografii, znajduje się też list przeznaczony do Wilna. Dwóch gubernatorów tego miasta (napisał Maret) kłóci się ze sobą w stopniu nie stwarzającym nadziei na ich pogodzenie. Hogendorp i Jomini nie mogą spotkać się oko w oko i dojść do porozumienia w najdrobniejszej sprawie. Zgodnie z rozkazami Napoleona, w celu zajęcia Obozu Warownego Dryssa miał zostać wysłany liczący 1000 żołnierzy oddział pod dowództwem majora Hella. Oddział ten miał właśnie wyruszyć, gdy nadeszły meldunki o całym rosyjskim korpusie krążącym po okolicy, na co Jomini, bardzo rozsądnie, odłożył wymarsz majora Hella:

„HOGENDORP: 'Masz pan słuchać rozkazów Cesarza!'

JOMINI: 'Cesarz z pewnością nie rozkazałby tysiącu ludziom mierzyć się z całym korpusem armijnym!'

HOGENDORP: 'Ten batalion wyruszy'.

JOMINI: 'Chcę mieć zatem rozkaz na piśmie'".

Otrzymawszy go, odmówił podpisania się pod nim, aby zaś odwrócić, na ile to możliwe, nadchodzącą katastrofę, dał nieszczęsnemu majorowi Hellowi trochę kawalerii dla prowadzenia rozpoznania, a także nakazał mu zachować wszelką możliwą ostrożność i, jeśli jego zadanie okaże się niemożliwym do wykonania, aby się przy nim nie upierał. Ale przeznaczenie musiało się wypełnić. Zmiażdżony przez przeważające siły rosyjskiej kawalerii, major Hell zginął wraz z połową swoich ludzi.

QED. Inny major, Polak, gdy cywilne władze Wilna odmówiły mu kwaterunku, wpadł w szał i wytłukł kilka szyb. Jomini popiera majora. Hogendorp rozkazuje Jominiemu aresztować go. Jomini odmawia posłuszeństwa. Odwołuje się do swojego przyjaciela, ministra spraw zagranicznych Mareta, i na balu wydanym dla uczczenia urodzin Cesarza pokazuje się w jego towarzystwie. „Ruszaj do domu!", wrzeszczy Hogendorp,

„albo wyślę cię do więzienia pod eskortą grenadierów!".

A teraz, wprawiony tym wszystkim w zakłopotanie, Maret prosi o instrukcje.

Na szczęście Smoleńsk potrzebuje gubernatora Młoda Gwardia Delaborde'a jest potrzebna w zbliżającej się bitwie, a minie jeszcze trochę czasu, zanim zdoła się tam dostać marszałek Victor. Napoleon przecina więc ów węzeł gordyjski, rozkazując Berthierowi mianować na to stanowisko Jominiego, dodając: „Powiedz stanowczo generałowi Hogendorpowi, aby miarkował nieco swój temperament i nie dawał już więcej powodów do skarg". (Według Hogendorpa, reprymenda ta skierowana była do Jominiego).

Jedną spośród jednostek, którym nie przypadły w udziale tego wieczoru w Wiaźmie ani ryby, ani drób, jest 16 Pułk Szaserów. Jeden z jego oficerów, „dowodzący owego wieczoru wydarzeń wiaziemskich wysuniętym oddziałem stu koni", staje się ofiarą nazbyt zawiłej struktury dowodzenia kawalerią, tak potępianej przez Thiriona:

„Pozostawałem na wyznaczonym mi posterunku aż do południa następnego dnia i nie było nikogo, kto by mnie zastąpił, a w dodatku rozkazy nie pozwałały mi rozkulbaczyć koni. Te były jednak w uprzęży od 6 rano poprzedniego dnia. W nocy, nie mając niczego dla ludzi na posterunku nawet wody nie było pod ręką wysłałem oficera, aby poinformował generała o naszym ciężkim położeniu, prosząc o trochę chleba, a przede wszystkim siana. Odpowiedział mi, że jego sprawą jest przygotować nas do walki, nie zaś żywić.

Znaczyło to, że nasze konie musiały obejść się bez picia przez ponad trzydzieści godzin. Gdy wreszcie mogłem opuścić posterunek, mieliśmy właśnie ruszać w dalszą drogę. Dano mi godzinę, aby oddział mój mógł się trochę odświeżyć, po czym miałem dołączyć do kolumny. Musiałem jednak pozostawić jakiś tuzin ludzi, których konie nie były już w stanie nawet iść. Król Neapolu i generałowie wokół niego znacznie bardziej zajęci byli własnymi sprawami niż żołnierzami ".

Lejeune'owi jedynie estetyczna ocena scen na biwaku wynagradza brak odpowiedniego obiadu:

 „Życie w awangardzie nie było pozbawione swoistych uroków. W pamięci pozostała mi szczególnie noc z 28 na 29 sierpnia. Piękne chateau, widziane z daleka, wydawało się obiecywać królowi Muratowi iście królewską rezydencję, w której mógłby spędzić noc. Z bliska jednakże, ujawniły się ślady ognia i dymiące ruiny, musieliśmy więc rozłożyć się biwakiem u stóp chateau, w najładniejszym lesie złożonym ze srebrnych brzóz, jaki kiedykolwiek widziałem. Drzewa te, o alabastrowobiałej korze, przemieszane były z sosnami i świerkami, których smukłe i mocne zarazem kształty dawały przyjemne schronienie. Polscy szwoleżerowie, biwakujący wokół nas na pofałdowanym terenie, powbijali swoje lance pod girlandami gałęzi owych brzóz, a wietrzyk poruszał tysiącem trójkolorowych proporczyków, ozdabiających ich żelazne groty. Płomienie biwaków, dym z kuchni, gdzie ogromne kotły trzymały nas w kuszącym oczekiwaniu cała ta aktywność ta radość nawet apetyty wszystkich tych młodzieńców, którzy, żądni sławy, ze śmiechem zaciskali swoje pasy dziurka po dziurce po kolejnych niedostatecznych posiłkach wszystko to razem stwarzało niepowtarzalny efekt. I nie tylko ja uważałem to za sympatyczne".

Podobnie von Suckow, który doświadcza „wspaniałych dni jesiennych, które stawały się nieco smutniejsze jedynie wieczorami, gdy stawała przed nami perspektywa czekającego nas na biwaku posiłku. Jego skład zawsze był taki sam: zupa z tłustawej wody ze słoniną, przyprawiona udającym sól prochem strzelniczym". W przeciwieństwie do Francuzów, jest to przyprawa, jak zauważa doktor von Roos, którą jego Niemcy

„bezwzględnie muszą mieć do swojego kawałka wychudzonej krowy lub konia. Poza tym jednym szczegółem naszego wiktu, co prawda, bardzo ważnym, nie mieliśmy powodów, aby uskarżać się na nasz los".

Z drugiej strony miód dostępny jest w nadmiarze, lecz może też spowodować katastrofalne skutki:

„Rosja jest krajem zamieszkałym przez pszczoły. W pobliżu choćby i najnędzniejszej chatynki stały ule. Można je było spotkać nawet w lesie. Pracowite te owady, które powierzały owoce swojej pracy dziuplom w starych drzewach, całkowicie się nie spodziewały, że żołnierze przechodzącej w pobliżu Wielkiej Armii zjawią się z zamiarem zaanektowania ich cennych zapasów. Spuchnięte twarze naszych ludzi, gdy powracali z takich grabieżczych wypraw, najlepiej świadczyły, że małe te zwierzątka bardzo energicznie broniły swojej własności".

A nie była to jeszcze cała zemsta pszczół. Wirtemberczycy gotują plastry miodu, co potem odchorowują.

 „Każdego ranka Cesarz wsiadał na konia i szybko przejeżdżał z jednego miejsca stacjonowania kwatery głównej do następnego, przez sam środek mas ludzkich, kroczących główną drogą moskiewską. Gdy zrównywał się z poszczególnymi jednostkami, te zatrzymywały się i stawały w linii bojowej. Bębny biły salut, orły Wielkiej Armii pochylały się przed Wielkim Człowiekiem. Dało się słyszeć długotrwałe oklaski. Na twarzach żołnierzy błyszczała radość, zdawało się, że na jego osobie skupiały się wszelkie ich pragnienia i nadzieje. Tylko Gwardii nie wolno było witać Cesarza wiwatami, ponieważ zawsze byli przy jego osobie. Zbyt często powtarzane okrzyki, stałyby się, jeśli można tak powiedzieć banalne".

Sołtyk nadal widzi wszystko przez różowe okulary swojego polskiego patriotyzmu:

 „Pewnego wieczoru, gdy pozostawiliśmy już Wiaźmę za sobą, CKG rozstawiona została na przepięknej łące. Tu i ówdzie, swój wyjątkowy cień rzucały liście rosnących od niepamiętnych czasów dębów, co było wielce przyjemne, ponieważ był to jeden z owych upalnych dni, dość typowych dla tej pory roku. W tym północnym klimacie noce mogą już zacząć dawać znać o sobie chłodem, podczas gdy w południe promienie słoneczne wciąż jeszcze prażą. Zjadłszy swój zwyczajny obiad, Napoleon chodził sobie tam i z powrotem w cieniu tych stuletnich drzew. Niedaleko od niego stała gromadka generałów i innych oficerów należących do jego świty, wśród nich byłem i ja. Podeszliśmy bardzo blisko, tak że mogliśmy dosłyszeć wszystko co mówił. Czasem nawet kierował swoje słowa bezpośrednio do któregoś z generałów. Mówił ze szczegółami, w sposób bardzo ożywiony, z owym przekonaniem, tak charakterystycznym dla jego elokwencji".

Sołtyk powiada, że jest mu przykro, iż nie potrafi przytoczyć „roznamiętnionej improwizacji" Napoleona w jej dosłownym brzmieniu. Z drugiej strony, nie zamierza też popełnić „niewybaczalnego błędu włożenia w usta mojego bohatera jakiejś myśli, czy nawet jakiejś figury retorycznej, której nie użył". Powtórzy tylko to, co śpiesznie zanotował natychmiast po swoim powrocie na biwak sztabu topograficznego:

 „Cesarz najpierw mówił o Aleksandrze , Hannibalu i Cezarze, i omawiał szczególne zasługi to jednego, to drugiego, charakteryzując każdego z nich w kilku celnych słowach. Potem, zwróciwszy swe myśli na powrót ku bieżącej sytuacji, rzekł: 'Prawdziwa wielkość nie polega na noszeniu purpurowego, czy szarego płaszcza. Polega ona na wzniesieniu się ponad własną kondycję. Weźcie, na przykład, mnie. Mam dobrą pracę. Jestem Cesarzem. Mógłbym pędzić życie wśród wszelakich rozkoszy wielkiej stolicy, pozwolić się pochłonąć przyjemnościom życia i oddać bezczynności. Cóż, prowadzę jednak wojnę ku chwale Francji, dla szczęścia ludzkości, dla przyszłości. Oto, więc jestem wśród was, na biwaku. Mogę zostać trafiony kulą w jakiejś bitwie, jak ktokolwiek inny. Wzniosłem się ponad własne ograniczenia. Każdy w swoim własnym zakresie, powinien czynić to samo. A wtedy osiągniemy prawdziwą wielkość".

Nieszczęśliwie się składa, bowiem monolog cesarski zostaje przerwany nadejściem depeszy. Kilku jeńców, powiada Caulaincourt:

 „zostało wziętych jeszcze pod Walutyną, a podczas całego wielkiego pościgu nie wzięliśmy już żadnego nie zdobyliśmy choćby jednego wozu. Cesarz, podobnie jak wszyscy, zdumiony był tym odwrotem stutysięcznej armii, która nie pozostawiła za sobą ani jednego marudera, ani jednego wozu. W promieniu 30 mil nie można było nawet znaleźć konia dla miejscowego przewodnika. Często nie mogliśmy zresztą znaleźć także nikogo, kto mógłby służyć Cesarzowi jako przewodnik. Często jeden i ten sam człowiek prowadził nas przez trzy, cztery dni, kończąc w kraju, który znał nie lepiej niż my sami. Awangarda nasza znajdowała się w podobnie trudnej sytuacji".

Teraz jednak, około sześciu mil od miasteczka Gżack, Murat złapał w końcu dwóch jeńców. Jeden jest Kozakiem, którego koń został zabity podczas ucieczki ze wsi, jaką wcześniej plądrował. Drugi, ujęty krótko potem, jest Murzynem, i twierdzi, że jest kucharzem u generała Płatowa atamana Kozaków.

Napoleon, na swój apodyktyczny sposób, zasypuje ich obu pytaniami. Odpowiedzi ich, wydają się Caulaincourtowi „tak dziwne, że aż nic nie warte". Murzyn nie chce uwierzyć, że naprawdę mówi do samego Napoleona przecież ten nie mógłby znajdować się tak blisko straży przedniej! Ciągle dopytuje się, kto to taki:

„równocześnie czyniąc przekomiczne grymasy i wygibasy. Gdy mówią mu ponownie, że ten do kogo mówi, to naprawdę Napoleon, Murzyn skłonił się, kilkakroć bił czołem, aby potem zacząć tańczyć, śpiewać i czynić wszelkie możliwe, dzikie pląsy",

wreszcie twierdzi, że podsłuchał rozmowę dowódców rosyjskich, gdy podawał do stołu u Płatowa. Choć jednak plotkuje o rozmaitych sporach wśród generałów, jest oczywiste, że nie ma pojęcia o ruchach armii rosyjskiej. Kozak, wprowadzony jako drugi, jest:

„mężczyzną w wieku od 30 do 35 lat, ciemnym, wysokim na pięć stóp, o otwartej, inteligentnej twarzy, poważnym nastroju, bystrych oczach, szczególnie zakłopotanym faktem utraty swojego konia, pieniędzy i tego co nazywa swoim zawiniątkiem, czyli węzełka zawierającego wszystko co zabrał lub ukradł, a które woził na siodle i używał do wymoszczenia sobie siedzenia. Cesarz powiedział mi, abym dał mu kilka sztuk złota i użyczył konia z naszych stajni".

To rozwiązuje jeńcowi język. „Gdyby Napoleon miał w swojej armii Kozaków", powiada:

„od dawna byłby już Cesarzem Chin. Gdyby zaś rosyjscy generałowie znajdowali się w awangardzie z Kozakami, a choćby i tylko z oddziałami rosyjskimi, to Francuzi nie staliby teraz u bram Gżacka. Kozaków i Rosjan jest bowiem znacznie więcej niż Francuzów, a poza tym, Kozacy Francuzów się nie boją".

Kozacy, mówi jeniec, lubią Murata, za piękne widowisko, jakie ten potrafi uczynić. Dzielny z niego dowóca, zawsze pierwszy w ogniu. Rozeszła się pogłoska, że nie powinien zostać zabity, „woleliby raczej wziąć go żywcem". Wszyscy, powiada, spodziewają się wielkiej bitwy przed Moskwą:

„która to wiadomość wydała się Cesarzowi wielce prawdopodobna, była też mu w najwyższym stopniu miła, dlatego też wszystkim ją powtarzał: 'Ten ich plan daje mi Moskwę. Ale dobra bitwa zakończyłaby wojnę wcześniej i doprowadziła do pokoju. I tak właśnie musimy to zakończyć'".