grenadier napisał(a):
Od razu go nie uśmierciła.Dostał w udo,zapewne otwarte złamanie,ale to już działka Pani Doktor.
Generał d'Hautpoul rzeczywiście został ranny pociskiem typu "...biscayen..." a w każdym razie dużym przy czym kula trafiła z boku nie centralnie co spowodowało nie bezpośrednio otwarte złamanie, ale to co dzis nosi nazwę złamania spiralnego kości udowej. Problem był z uszkodzeniem dużych naczyń i krwawieniem. Jako pierwszy oglądał rannego generała P.Fr. Percy i stwierdził, że jeśli kość się nie rusza (przypuszczalnie sondował ranę i trafił poniżej złamania) to wystarczy tylko unieruchomienie, opatrunek i nogę da się uratować. Któryś z adiutantów, czy może inny oficer widząc, że generał jest coraz bardzie wykrwawiony kazał zanieśc Go do ambulansu Larrey'a. Ten zaś bardzo szybko skonstatował, że jedyna szansa by generał nie zginął z powodu utraty krwi to amputacja, podwiązanie wszystkich naczyń i szczelny opatrunek (był mróz, więc duże szanse powodzenia). Na zaproponowane postepowanie generał nie wyraził zgody - Larrey to uszanował, zmienił tylko opatrunek.
Agonię generała wydłużyło zimno - zmarł po trzech dniach w Vornen (dziś Woryny).
...od tej historii z którą zapoznałam się czytając biografię Larrey'a autorstwa Soubirana mogę rzec zaczął się mój bliższy kontakt z postacią J. D. Larrey'a - mam dla Niego wyjątkowy szacunek, gdyż nigdy nie podniósł tematu, iz P. Fr. Percy pomylił sie w swojej diagnozie. I umiał uszanować wolę ciężko rannego człowieka.
Drogi Santa...ciąg dalszy tematu różnych zranień rzeczami nieprawdopodobnymi. Sama wierzyłam święcie w to co o zranieniu Kozietulskiego napisał Załuski a za Nim wszyscy powtarzali. I tak było do czasu puki nie dane mi było obejrzeć dokładnie munduru naszego Bohatera - Castiglione przezacny ma święta cierpliwość, ale "...gniota..." o tym epizodzie skończę jak będę mogła zasiąść do normalnego komputera - gdzie śladu po ranie klatki piersiowej (i to fatalnie na wysokości 5/6 międzyżebrza) po prostu nie było. Skończyło się na porządnej (ale też bezpiecznej bo po stronie dużej masy mięśniowej) ranie ramienia i owszem stłuczeniu żeber (może nawet złamaniu) ale taki uraz podówczas był niczym w porównaniu do rany penetrującej (te bywały śmiertelne). Cóż mogło taką ranę zrobić - czy pika (o której tu swego czasu była nawet dyskusja) czy kozacka spisa, a może nawet (na materiale są ślady rozdarcia nie przecięcia) jakiś drewniany długi kół z którym Kozak uganiał się na swoim małym koniku jak ze spisą. Wygląd wskazuje na tą ostatnią opcję.
W Muzeum Wojska Polskiego jest klamra od pasa oficera z wgnieceniem po kuli - to będzie odpowiedź dla Was
mon Marechal. Uderzenie metalowego przedmiotu o metal (klamra jest jednak dość gruba, kirysy bywały cieńsze ale za to z innego materiału) powoduje reakcję ograniczoną do najbliższego miejsca uderzenia, po prostu wyhamowuje. Nasz oficer miał pewnie krwiaka i pięknego sińca na brzuchu, bolało Go "...jak diabli..." ale przeżył, gdyż rzecz cała skończyła się na mięśniach. Gdyby ta sama kula trafiła trochę niżej gdzie nie było już osłony doszło by do urazu jamy brzusznej - czy mam przypominać historię Marszałka Duroc.
Wielu kirasjerów - z podówczas jeszcze pułkownikiem Lepic włącznie - "...oberwało..." po swoich kirysach podczas szarzy przez mostek w Hoff. Łącznie z "...szefem..." zatruwali przez całą noc życie Larrey'owi bo się nie mogli ruszać i wszystko ich bolało - pisze o tym w "Memoires". Jeśli kirys (a zwłaszcza dekoracje na nim) wytrzymał uderzenie często niemałej kulki - no to kończyło sie na gigantycznym sińcu - gdy pękł...no cóż.
...czy wątku medycznego aby nie za dużo
