Bo ta książka jest beznadziejna, wbrew nazwisku autorki?
Dwa buraki pierwsze z brzegu: s. 102-103. Najpierw przedstawia wersję, zgodnie z którą do niewoli Merveldta biorą Francuzi. Potem twierdzi, ze takoż podaje Thiers, wbrew polskim pamiętnikarzom. Następnie pisze, że wzięli go nasi ułani, co jest potwierdzone przez naszych pamiętnikarzy. Owszem, praca jest popularnonaukowa, ale zaraz potem jest przypis. Tylko nie do naszych pamiętnikarzy, którzy tak twierdzą, ale do wspomnień Faina i opracowania Sommera. Wydaje mi się, że jak już się rzuca kamieniem w Thiersa, to warto chociaż to usprawiedliwić. Nie jestem jego fanem, ale tak mi się zdaje.
S. 48 opis jak to Napoleon przemierzył 40 mil w ciągu 4 dni na koniu. Autorka przelicza top na 65 km, Skąd ten pomysł? I czy to jakiś wielki wyczyn, gdyby to było faktycznie tylko 65 km? Nie ma przypisu skąd ta informacja...
A i jeszcze straty też kosmiczne. Co prawda tu podpiera się przypisami, ale to niezwykle ciekawe. Oto w zwycięskiej dla siebie bitwie sprzymierzeni tracą prawie 54 tys. zabitych. Rannych i wziętych do niewoli autorka nie zna, ale liczy ich na 20-25 tys. Byłaby to niesamowita proporcja doprawdy. Jakie są straty Francuzów? Oto 20 tys. zabitych i 30 tys. rannych oraz 15 tys. wziętych do niewoli i tych, co przeszli na stronę nieprzyjaciela. Czyli w sumie 65 tys. i znów ta ciekawa proporcja zabitych do rannych. Ani słowa komentarza na ten temat z jej strony.
Poza tym cała masa uproszczeń....
To tak skrótowo. Pomijam fakt, że prawie wszyscy tam dzielnie walczyli (oprócz rzecz jasna tchórzliwych sprzymierzeńców niemieckich Cesarza) i miałem wrażenie, że czytam opis bitwy z Tolkiena. Ale to już niemerytoryczny argument i moje odczucie li i jedynie

.