Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

1812 WIELKI ODWRÓT

Opublikowano w PAUL BRITTEN AUSTIN, 1812 Wielki odwrót

"Podczas odwrotu nawyk zwyciężania kosztował nas drożej niż kiedykolwiek. Chwalebny zwyczaj maszerowania zawsze naprzód - gdy przyszło do wycofywania się - zrobił z nas po prostu uczniaków. Nigdy nie słyszałem o gorzej zorganizowanym odwrocie".

Caulaincourt

"Skrajna nędza nie wie co to prawa człowieka. Często podporządkowuje się wszystko instynktowi samozachowawczemu."

Luiza Fusil nad Berezyną

"Nigdy, do dnia kiedy to piszę, w 1828 roku, nie widziałem relacji z tego odwrotu, którą mógłbym uznać za przesadną. W istocie jestem pewien, że względem tego, co musieli znosić jego uczestnicy - przesada jest niemożliwa."

Porucznik Vossler

"Być może, ze względu na honor ludzkości, nie powinienem opisywać wszystkich tych przerażających scen. Zdecydowałem się jednak spisać wszystko to, co widziałem. A jeśli w czasie tej kampanii popełniono czyny haniebne, to należy pamiętać, że zdarzały się i szlachetne."

Sierżant Bourgogne

 

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

1 "SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ"

 

"Nagle wszyscy wyglądali na obojętnych" - "odwrót rannego lwa" -
Kozacy - łupy z Moskwy - zawartość pewnego wozu - los rannych
i jeńców - Maily-Nesle ciągle śpiewa - korpus Neya w Borowsku -
Dumonceau poświęca swój wózek - kogut trafia do garnka Le Roya -
protest Davouta - Napoleon widziany oczami Dedema - narastające
braki żywności - cesarski wybuch - los rannych z Możajska


Po drugiej nocy spędzonej w chatce tkacza Napoleon ponownie wyjeżdża w kierunku Małojarosławca. Spogląda na jego dymiące ruiny, a poprzez mgłę i dymy - na położoną za miastem równinę. Czy Kutuzow naprawdę się wycofał? Raporty są potwierdzone. I to właśnie, jak zauważa drugi sekretarz Cesarza, A.-J.-F. Fain, usuwa jego ostatnie obiekcje wobec odwrotu głównym traktem - przez Możajsk i Smoleńsk. Cofnięcie się Kutuzowa daje przynajmniej armii szansę oderwania się od nieprzyjaciela. Tak więc, o dziewiątej rano 26 października, "przy ognisku rozpalonym obok drogi, [Cesarz] wydaje rozkaz wszystkim, którzy pozostali w Gorodni, aby wycofywać się na Borowsk", oddalony o jakieś dwanaście mil do tyłu, a o jedenastej przed południem sam odwraca się plecami do nieprzyjaciela, który tak długoi skutecznie mu się wymykał.
Jak dotąd tylko jeden jedyny raz zmuszony był do odwrotu. Jest to więc operacja, w której nie ma, lub ma bardzo niewiele doświadczenia. Wszyscy instynktownie rozumieją co to znaczy i głęboko ich to przygnębia. Czyż Cesarz nie przysięgał, że nigdy nie będzie się wycofywał drogą, którą przybył - przez "pustynię, jaką sami stworzyliśmy"?
Samozwańczy malarz batalistyczny Albrecht Adam, który miał już tej kampanii po dziurki w nosie i ruszył do domu, wie też dobrze, że pomiędzy Moskwą a Smoleńskiem
"wszystko jest zdewastowane na przestrzeni ponad trzystu mil. Wioski leżały w ruinie. Miasta były wygłodzonymi szpitalami. Tych kilka stodół czy chat, jakie nadal stały, były wypełnione trupami ludzi i zwierząt domowych, czasem na wpół zgniłymi. Wystarczyło iść za trupim smrodem, aby być pewnym, że jest się na właściwej trasie".
Tych kilku ludzi, na jakich były cukiernik i jego towarzysze podróży natknęli się po drodze,
"maruderów ciągnących za armią i pozbawionych jakiegokolwiek pożywienia, z największym trudem błąkało się tu i tam" po kraju "przepełnionym Kozakami i chłopstwem".
Kilka razy "tylko cudem jakimś udało się im ocaleć".
Morale jest kiepskie. Wszyscy wiedzą o tym, jak Cesarz "siedział przez całą godzinę" w owej chatce w Gorodni, "rozważając swoją dramatyczną decyzję" i jak wczorajszego ranka wpakował się w ćmę Kozaków,2 przez co o mało nie dostał się do niewoli. A choć CKG starała się jak mogła, aby wyciszyć ów szokujący epizod, to "do następnego wieczora wiedziała już o nim cała armia i cała aż trzęsła się ze zgrozy na samo jego wspomnienie". A także na pogłoski, jakoby najwyższego hetmana Kozaków, Płatowa,
"po tym jak jego syn zginął w potyczce pomiędzy Kozakami a polskimi ułanami pod Wierieją, ogarnęła tak gwałtowna nienawiść do Francuzów, że rozkazał, aby przyprowadzać do niego każdego niskiego i tęgiego Francuza, aby mógł mu się dokładnie przyjrzeć. Obiecał ponoć nawet, że odda rękę własnej córki każdemu - choćby i prostemu Kozakowi - kto przyprowadzi mu Napoleona - żywego lub martwego".
Holenderski eksdyplomata i generał brygady, Dedem van der Gelder, który ściągnął na siebie niechęć Berthiera za sposób, w jaki wstawiał się za cudzoziemcami i nawet usłyszał na Kremlu, że "jeśli nie jesteś pan zadowolony - możesz wracać do domu", uważa, iż plotka ta z pewnością "zaniepokoiła Napoleona". Nic jednak nie wspomina, jak się o tym dowiedział. Wszystkie wydarzenia wskazują na to, iż słowo "odwrót", o którym ten zjadliwy krytyk wojskowości usłyszał w lipcu w Witebsku, że "nie istnieje w armii francuskiej", staje się ponurą rzeczywistością.
Zaledwie jednostki wykonały w tył zwrot i pomaszerowały, jedna za drugą, traktem na Borowsk, a już majorowi A. A. Pionowi des Lochesowi wydaje się, że "wszystkich ogarnęło jakieś otępienie". Ów nowo awansowany major jest także chronicznym dysydentem i powszechnie znanym wszystkowiedzącym. Takie "otępienie" - według niego - wydaje się już teraz "zamieniać nasz odwrót w pogrom". Będąc odpowiedzialnym za 1. kompanię 2. Pułku Artylerii Pieszej Młodej Gwardii oraz za część taborów, jest on zszokowany, gdy szef sztabu artylerii Gwardii, generał Lallemand, podjeżdża do niego konno i rozkazuje mu, aby
"według własnego uznania - ponieważ potraciłem konie - porzucił wozy amunicyjne, niszcząc wiezioną na nich amunicję. Na próżno przedkładałem mu, że zatrzymywanie dział bez odpowiedniego zaopatrzenia jest całkiem bezużyteczne. 'Cesarz', powiedział generał władczo, 'nie chce, aby pozostawić choćby jedno działo!'. Cóż za mądrość! Czyżby ten człowiek myślał, że tylko działa wpadające w ręce nieprzyjaciela będą świadkami jego odwrotu? Ale jego rozkazy zostały wykonane".
Sprawy stoją więc tak, że żołnierze już teraz "porzucają wozy amunicyjne, i to bez żadnych formalnych instrukcji. Każdy z nas postępował według własnego widzimisię". Pionowi des Lochesowi nie przychodzi na myśl, że przecież Napoleon będzie mógł uzupełnić amunicję w Smoleńsku, gdzie znajdują się ogromne magazyny wszelkiego zaopatrzenia, podczas gdy działa to już całkiem inna sprawa. Rozkaz Lallemanda będzie chyba ostatnim, jaki major otrzyma w Rosji.
Naturalnie, nie wszyscy podupadają na duchu. Pułkownik Lubin Griois przepełniony jest podziwem dla "rzadkiej odwagi i przytomności umysłu" swojego dowódcy korpusu, generała Grouchy'ego, którego 3. Korpus Kawalerii osłania tylną straż armii utworzoną przez I Korpus Davouta. Artyleria konna Griois miała jako ostatnia przekroczyć most nad przełomem Łuży:
"Obecny wszędzie, w spokojnym, niemal pogodnym, nastroju, [Grouchy] wlewał tyle pewności siebie, tyle ufności w te konne oddziały, jakie jeszcze mu pozostawały, że nieprzyjaciel, mimo wciąż ponawianych wysiłków, nie potrafił mu przeszkodzić, ani nawet go zniechęcić. Był to zaiste odwrót rannego lwa".
A przecież ledwo co doszedł do siebie po ranie, jaką otrzymał pod Borodino, a po jego kawalerii także "zostało stanowczo zbyt mało" po całomiesięcznym głodowaniu w obozie pod Winkowem.4 Jest wspaniały, słoneczny dzień. Konni artylerzyści Griois staczają nieustanne potyczki z ciągle rosnącą liczbą Kozaków:
"Nadciągali i kręcili się wokół nas, czasami zaledwie na odległość strzału z pistoletu. Gdy tylko ataki ich stawały się nazbyt ożywione, zatrzymywaliśmy się, aby odpędzić ich paroma salwami lub szarżą kilku plutonów. Oznaczało to jednak spowolnienie naszego marszu i czynienie Kozakom zbyt wielkich honorów. Ograniczyliśmy się więc do zmuszania ich do okazania nam szacunku, posyłając im kilka kartaczy lub strzałów karabinowych, i kontynuowaliśmy marsz".
Łatwi do rozpoznania nawet z daleka - "przez nieporządek panujący w ich kupach, niewyraźną barwę strojów jeźdźców i mieszaninę używanych przez nich koników", Kozacy także jednak dysponują artylerią.
"Wieńczyli oni niemal każde wzgórze w okolicy, pojawiali się na wszystkich drogach, nacierali w każdym kierunku. Wypatrywaliśmy więc ich ze wszystkich stron. Nasze działa odpowiadały ich armatom. A we wszystkich możliwych miejscach dochodziło do małej wojenki pomiędzy nimi, a naszą lekką kawalerią".
Owi "barbarzyńcy", o których nasze oddziały zwykły mawiać "hurasjerzy" [niby "kirasjerzy", od ich gromkich okrzyków "hurra"5], bynajmniej nikogo z naszych nie potrafią zastraszyć swoim potrząsaniem pikami.
"Niektóre z naszych plutonów raz po raz szarżowały przez owe chmury jeźdźców, którzy rozstępowali się przed nimi tylko po to, aby po chwili galopem powrócić i zebrać się w jakimś innym miejscu i od nowa rozpocząć swoje wrzaski i prowokacje".
Zdarza się, że dochodzi nawet do indywidualnych pojedynków:6 "prawdziwego potykania się 'na kopie'. Każdy z walczących starał się wykazać w oczach kolegów swoją wspaniałą odwagą i wyjątkowymi umiejętnościami. Nad wszystkimi górowali w tym nasi Polacy. Ich sposób walki i ich okrzyki, w znacznej mierze przypominające przeciwników, potrafiły w szczególny sposób ożywić i ubarwić ogólny łoskot dział i eksplodujących pocisków. Będąc na przemian ścigającymi i ściganymi, w zależności od tego czy jacyś koledzy przybyli im z odsieczą, czy też musieli stawić czoła nowym napastnikom, krążyli w małych oddziałkach między obiema armiami", co tworzyło zaiste wspaniałe widowisko, uważa Griois, a co przypomina mu jego lektury na temat dawnych wojen. Niektórzy jednak spośród jego ludzi zostają ranni. I tych właśnie, pierwszych padłych w boju, pułkownik pakuje na swoje wozy amunicyjne:
"Jednak co ciężej rannych, którzy nie byli w stanie dotrzymać nam kroku nawet z pomocą swoich towarzyszy, musieliśmy porzucać na pastwę Kozaków. Ich błagania, ich krzyki, raniły mi serce. Nie mogliśmy jednak dla nich niczego zrobić, chyba że ponieślibyśmy ich na własnych ramionach".
Kozacy są doprawdy wszędzie. Dedem van der Gelder, od Moskwy zdjęty z dowództwa i przydzielony do Cesarskiej Kwatery Głównej, wspomina jak "dorwali oni jego dwóch huzarów - ordynansów" podczas jego szalonego galopu tą właśnie drogą, kiedy to "wiózł rozkazy cesarskie dla wicekróla" podczas akcji pod Małojarosławcem. "Jedynie szybkości swojego konia zawdzięczał, że nie podzielił losu ordynansów".
Teraz generał słyszy, że Kozakom udało się zaskoczyć nawet dywizję Dufoura (dawniej Frianta), której "zabrali kilka dział". Jesienne dni w Rosji nie trwają wiecznie. Od czasu do czasu niebo zaciąga się chmurami, przynosząc przygnębiającą mżawkę. Przez nasiąkniętą wodą krainę, mocno zalesioną dębami, jesionami i srebrnymi brzozami - już niemal ogołoconymi z liści - odznaczającymi się na spokojnym tle głębokiej zieleni lasów iglastych swoją szarością lub brunatnością - armia jedzie, kroczy, czy też toczy się traktem na Borowsk, którym tak niedawno nacierała. Czołowe jednostki wkrótce wpadają na nadmiernie rozrośnięte tabory,
"pełną nieładu karawanę wszelkiego rodzaju pojazdów wojskowych, niewielkich powozów, caléches, kibitek i dorożek, z których większość zaprzężona jest w niewielkie rosyjskie koniki... a także najbogatszych i najbardziej eleganckich pojazdów, wozów markietanów, ciężkich furgonów, bryczek, dyliżansów, wszelkiego rodzaju karet, wśród których zdarzały się nawet dworskie", a które jeszcze wczoraj tworzyły tyły armii, dzisiaj zaś zmuszone zostały zawrócić konie i stać się jej awangardą. Do tej pory, w drodze na nieosiągalną Ukrainę, już jakieś 20 tysięcy tych wehikułów rozleciało się, połamało sobie wzajemnie szprychy w zderzeniach, potraciło konie, czy też - stanąwszy na drodze armatom - zostało podpalonych. A wtedy, wiezione na nich "cenne przedmioty, obrazy, kandelabry, całe biblioteki, złote i srebrne krucyfiksy, cyboria i kielichy, piękne dywany, gobeliny, makaty, sztuki jedwabiu we wszystkich kolorach, a także wspaniałe haftowane złotem i srebrem ubiory - tak kobiece jak i męskie - i to z tych, co się je widuje tylko na książęcych dworach ... drogocenne kamienie, szkatułki wypełnione brylantami lub rulonami dukatów", słowem - cały fantastyczny łup moskiewski - były wrzucane do rowów. Nadal jednak pozostają ogromne masy pojazdów, które korkują drogę. Jeśli istnieje człowiek dogłębnie wściekły na Kutuzowa za przegapienie
"tak wspaniałej, wręcz złotej okazji", jaka mu się trafiała pod Małojarosławcem, a także za ogólną indolencję i fainéantise jednookiego feldmarszałka, to jest nim na pewno specjalny wysłannik rządu brytyjskiego i oficer łącznikowy w jego kwaterze głównej - generał Sir Robert Wilson. Armia rosyjska, jak notuje on w swoim Dzienniku, bynajmniej nie jest osłabiona, a w rzeczywistości nawet "została wzmocniona licznymi oddziałami milicji, które wszystkie walczyły z determinacją". No, a tutaj masz - jej niedołężny, a może nawet zdradziecki dowódca pozwala Bonapartemu - temu wrogowi ludzkości - wymknąć się z matni!
To wystarczy, aby przywieść do szaleństwa każdego zdrowo myślącego człowieka. Dla wycofującej się armii ważniejsze od łupów są zapasy żywności, także wiezione w taborach. Wielu przewidujących oficerów zadbało już o to, aby ich dobrze zaopatrzone wozy toczyły się drogami z resztą wozów pułkowych. W drodze do Moskwy, Pion des Loches, będąc zaledwie kapitanem, musiał się dzielić swym wozem, "w połowie zapełnionym dobytkiem i rezerwowymi butami mojej kompanii", ze swoim porucznikiem. Teraz, po awansie na majora, jest on już uprawniony do własnego pojazdu, "mniejszego co prawda, lecz wystarczająco dużego, aby pomieścić moje wiktuały na trzy, cztery miesiące odwrotu". Wśród innych rzeczy wiezie też na nim szczególnie piękny serwis obiadowy z chińskiej porcelany, który przypadł mu do gustu, oraz
"na ewentualność (co uważałem za nieuniknione) udania się na leża zimowe na lewym brzegu Niemna, skrzynkę z całkiem niezłym wydaniem Woltera i Rousseau, Historią Rosji Clerca i Levesque'a, sztukami Moliere'a, utworami Pirona, L'Esprit des Lois Monteskiusza i kilkoma innymi dziełami, takimi jak Historia filozoficzna Raynala, oprawiona w białą skórkę cielęcą i złocona na grzbiecie". Na jego nie mniej obfitą spiżarnię składa się
"Sto okrągłych, liczących sobie stopę średnicy sucharów, worek zawierający kwintal mąki, ponad trzysta butelek wina, dwadzieścia do trzydziestu butelek rumu i koniaku, ponad dziesięć funtów herbaty i tyleż samo kawy, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt funtów cukru, trzy-cztery funty czekolady, kilka funtów świec".
Za osiemdziesiąt franków major kupił sobie także "jedno z najpiękniejszych futer, jakie zostały wzięte z Moskwy". Tego chłodnego dnia jego przezorność zdaje się zostać wynagrodzona. "Prowadziłem dom otwarty. Do obiadu rzadko było nas mniej niż siedmiu czy ośmiu".
Jeden z podlegających mu oficerów ma nawet namiot,8 do którego major ma dostęp - w zamian za podzielenie się swoimi zapasami:
"Przed wyjazdem zjedliśmy dużo gorącej zupy. Do kieszeni włożyłem sobie nieco chleba i cukru. Miałem też przy sobie butelkę rumu. Na południowym postoju wypijałem kilka kieliszków wina, a w ciągu dnia spożywałem kilka kawałków czekolady lub sucharów, aby nie opaść z sił".
Sierżant Louis-Vincent Lagneau z Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii także ma namiot i uważa (mylnie), że "jest bardzo prawdopodobne, iż jest to jedyny namiot w całej armii". Zrobił go sobie w Moskwie z pociętego na pasy brezentu i kazał swoim ludziom sporządzić do niego kołki i maszty:
"Mój wóz ambulansowy był duży i ciężki. Załadowaliśmy go winem, ryżem, sucharami, cukrem i innymi zapasami, albo w małych baryłkach - tego rodzaju jakich używały nasze cantinieres - albo w dużych workach. Miał to być nasz wiatyk na ten odwrót".
Kapitan płatnik P. T. Duverger z I Korpusu także nie zapomina zadbać o najważniejsze:
"Posiadałem fortunę w futrach i obrazach. Miałem też pewną ilość skrzyń z figami, kawą, likierami, makaronem, soloną rybą i mięsem. Nie miałem jednak w ogóle białego chleba, świeżego mięsa, czy też vin ordinaire".
Także i jego stać na wydanie obiadu dla szesnastu swoich towarzyszy, wśród nich jednego generała. "Uroczyście wznosiliśmy toasty za sukces nadchodzącej kampanii i nasze wkroczenie do St. Petersburga".
Wszystko to pozostaje w ponurym kontraście z losem zwykłego szeregowca. Jeśli nie należy on do przedsiębiorczych duchów, którzy"wynajmują sobie świtę innych, aby dbali o nich i o ich konie, a także doglądali czasem aż czterech wozów ciągnących w taborze", to wszystko co posiada jest tym, co potrafi unieść na własnym grzbiecie. A Smoleńsk, ze swoimi ogromnymi magazynami wypełnionymi zapasami ściągniętymi z głębokich tyłów, jest odległy o co najmniej dziesięć dni, a może i dwa tygodnie marszu. Mimo wszystko nawet los szeregowca zdaje się godnym zazdrości, porównawszy go z losem chorych i rannych. Czujący się zazwyczaj zdrowo adiutant generała Pajola - kapitan Hubert-François Biot - po swoim wczorajszym ocaleniu podczas nalotu Kozaków, kiedy to sam Napoleon mógł zostać przez nich pochwycony, poczuł się nagle słabo i osunął do rowu. Miał szczęście, że odnalazł go tam Pajol i kazał go wpakować na "wóz powożony przez żonę jednego ze swych ordynansów, trębacza z 11. Pułku Szaserów". Teraz więc Biot podskakuje na stosie worków z mąką.
Jednak los Biota i tak jest lepszy od losu jakichś dwóch tysięcy Włochów, Hiszpanów, Chorwatów i Francuzów, którzy zostali ranni pod Małojarosławcem. Generałowi Armandowi de Caulaincourtowi, wielkiemu koniuszemu, wygląda na to, że w armii nie istnieje już żadna służba medyczna - być może za wyjątkiem Gwardii - a nawet i tam jedynie szczątkowo. Dr Réné Bourgeois, także z 3. Korpusu Kawalerii, widział jak rannych
"pośpiesznie ładowano na wozy ambulansowe, a ich rzeczy przekazywano wiwandierkom. Pozbawieni wszelkiej pomocy czy pożywienia, w bólach ciągnęli oni za armią".
Jeszcze gorszy jest los kilkuset jeńców rosyjskich, którzy pędzeni są niczym stado. Chyba jednak nie są traktowani tak brutalnie jak ma to miejsce w przypadku dziesiątków tysięcy Francuzów i ich sojuszników, którzy jako jeńcy gnani są na wschód. To znaczy, dotyczy to przynajmniej tych, którzy nie zostali sprzedani "po dwa franki od głowy" rozwścieczonym chłopom na tortury i śmierć. Spośród tysiąca czterystu chorych i rannych, jakich marszałek Mortier musiał pozostawić w trzech moskiewskich szpitalach jako "zbyt słabych i nie nadających się do transportu razem ze swoimi towarzyszami", niektórzy zostali
"wrzuceni na wozy, które miały odwieźć ich do Tweru. Wszyscy zginęli z zimna i mizerii, lub zostali pozabijani przez wieśniaków, którym nakazano ich tam dowieźć, a którzy zamiast tego po prostu popodrzynali im gardła, aby zabrać sobie ich płaszcze. Reszta pozostała w szpitalach, wraz z francuskimi chirurgami, którzy zostali tam, aby ich doglądać, nie otrzymawszy jednak żadnej żywności ani lekarstw".
Jest jednak przynajmniej jeden Francuz całkiem zadowolony z faktu, że dostał się w ręce Brytyjczyków. Powody ma do tego mieszane, po części rodzinne, po części polityczne. Jest nim Clarke - bratanek ministra wojny Napoleona. Wilson oferował się doprowadzić do jego wymiany za jeńców rosyjskich. Młodzieniec jednak, wiedząc jaki los by go czekał, nie skorzystał z propozycji
"woląc poczekać aż Francuzi wydostaną się ze swoich obecnych tarapatów, ponieważ 'miał już dość smaku koniny i kozackich szabel'. Odesłałem go więc, zaopatrzywszy w bardzo mocny list polecający do wszystkich Rosjan, dobrą kapotę i dwieście rubli".
Niewielu jeńców ma takie szczęście. Powiedzenie Fezensaca o tym, że "różnica pomiędzy sposobem traktowania oficerów i szeregowych może oznaczać różnicę między życiem i śmiercią", wydaje się tutaj szczególnie trafne. Kilka mil na południowy wschód, chirurg M. R. Faure z 1. Korpusu Kawalerii, pochwycony w desperackiej bijatyce i zamieszaniu pod Winkowem, zauważa jak bardzo pewni są jego strażnicy, że - z zimą mogącą się rozpocząć lada dzień - francuskie sobaki skazane są na klęskę. Z początku jednak, przynajmniej oficerowie nie są traktowani zbyt surowo:
"Przybył wzięty do niewoli szef sztabu i przyniósł każdemu oficerowi ze swojego korpusu [2. Korpusu Kawalerii] po sześć dukatów od księcia Kutuzowa, który okazywał jeńcom całą szczodrość i wielkoduszność, jakiej można było się spodziewać po człowieku wielkiej cnoty. Widzieliśmy, że wśród rosyjskich oficerów panował rodzaj braterstwa, świadczący o dobrym duchu w armii, co powinno sprzyjać pięknym akcjom podczas tej kampanii".
Grupa Faury'ego opuściła pobojowisko pod Winkowem "zadowolona z postępowania Rosjan. Pod dowództwem oficera nie mieliśmy powodów do narzekań". W drodze na południe, w kierunku Kaługi, natrafili oni na drogi zakorkowane pojazdami transportującymi zaopatrzenie dla armii rosyjskiej:
"Trzeciego lub czwartego dnia słyszeliśmy całodzienną kanonadę, trwającą do dziesiątej, może i dwunastej w nocy. Była to bitwa pod Małojarosławcem, odległym od nas o trzy lub cztery ligi [9-12 mil]".
Jeńcy widzą także masy chłopów zmuszonych do opuszczenia swoich wiosek. Docierając do Kaługi, 35 mil za Małojarosławcem, Faure widzi, że wszyscy jej co zamożniejsi mieszkańcy uciekli, tak samo jak to miało miejsce w Moskwie:
"Ci z kupców, którzy jeszcze nie wyjechali, byli na to przygotowani. Gubernator poczynił wszelkie przygotowania do tego, aby w razie zagrożenia ze strony naszej armii, podłożyć ogień pod miasto. Przybył, żeby nasycić swoje oczy widokiem ofiar, jakie do niego przyprowadzono. Głośno się skarżył, że wydajemy mu się być w zbyt dobrym zdrowiu. Powiedziano mu, że w armii francuskiej brakuje żywności i, żeby go zadowolić, musielibyśmy być tak wychudzeni jak on sam".
Gubernator "znieważa" jakiegoś Polaka, któremu pod Winkowem pocisk urwał nogę na wysokości uda, co powoduje, że prosty lud zaczyna podobnie postępować z innymi jeńcami. Faure jednak wybacza im, potępiając jedynie gubernatora. To, co najbardziej szokuje w Kałudze, to brutalność okazywana niektórym rannym żołnierzom, którym przytrafiło się "wpaść w szczególnie niedobre ręce", a którzy zostają spędzeni do jakiegoś brudnego budynku:
"pobici i posiniaczeni, nie mający nawet sił krzyczeć po tym jak zostali zrzuceni z wozów. Paskudny typ, jakiś oficerek niższej rangi, którego uczyniono odpowiedzialnym za ich prowadzenie, kazał po drodze rozstrzelać dwóch lub trzech, ponieważ wydawało mu się, że mają zamiar uciekać".
Dopiero gdy jakiś wyższy rangą oficer przymyka oko i pozwala kamratom Faurego udać się na zakupy, natychmiast zapominają o swoim poniżeniu. Nawet jednak i wtedy, dwóch lub trzech z nich jest obrażanych przez "jakiegoś Rosjanina noszącego broń boczną". Wszystko to jednak jest dopiero początkiem ich cierpień. Jak zawsze, przywileje i koneksje mogą mieć wielki wpływ na czyjąś sytuację. Niemal najlepszymi możliwymi wygodami (wyjąwszy ranę w ramieniu) cieszy się pewien arystokratyczny podporucznik z prestiżowego 2. Pułku Karabinierów - młody hrabia A.-A.-A. Mailly-Nesle. Jeśli on i jego towarzysz, książę Charles de Beveau, syn jednegoz szambelanów Napoleona, ciągną gdzieś przed bagażami cesarskimi i to w jednym z osobistych powozów Cesarza (choć wydaje mu się, że niezbyt dobrze chronionym przed Kozakami), to tylko dlatego, że jest on krewnym sławnego niegdyś marszałka Mailly. Jak wielu innych "białych", Mailly-Nesle stanął, przynajmniej tymczasowo, po stronie nowego reżimu. "Nienawidzi on jednak despotyzmu i tyranii uciskających Francję", a sam siebie "postrzega jako skazanego na prowadzenie takiego żołnierskiego życia":
"Jestem więc tutaj, w doskonałym powozie, z jednym z moich przyjaciół, ze służącym oczekującym moich rozkazów, a ponadto z trzema doktorami mającymi dbać o nas i bandażować nasze rany. Mamy sześć koni, które nas ciągną, i dwóch woźniców. Wygląda na to, że wybrnę jakoś z tych kłopotów".
Od czasu, gdy został ranny pod Winkowem, nonszalancki Mailly-Nesle zdążył kupić sobie
"pelisę z lisów, która okazała się wielce przydatna". Ma również "rodzaj deski, która za dnia służyła nam jako biurko albo stół jadalny, zaś wieczorami jako kandelabr, zaś po położeniu jej w poprzek dwóch siedzeń - także jako łóżko".
Od "niejakiego pana Lameau, przydzielonego do gabinetu Cesarza jako geograf", hrabia pożyczył sobie Historię Karola XII Woltera - dokładnie ten sam "śliczny tomik, oprawiony w złoconą marokańską skórkę", który Napoleon czytał podczas lipcowych upałów w Witebsku i trzymał na swoim nocnym stoliku na Kremlu. Mailly-Nesle może sobie w nim przeczytać wszystko o tym, jak cała armia szwedzkiego króla-bohatera została w 1709 roku starta na proch pod nieodległą stąd Połtawą. Pomiędzy rozdziałami hrabicz podśpiewuje rozpustne piosenki dla dodania odwagi sobie i swojemu przyjacielowi Beveau. Ale któż to teraz podchodzi do nich - w przeciwnym do marszu kierunku - jak nie
"L - promieniejący i elegancki jakby przed chwilą opuścił Tuileries. Zapytałem go, dlaczego nie pozostał w swoich dobrach, aby polować na zające. Odpowiedział mi, że musiał spełnić swój obowiązek".
Kursywa ma oznaczać ironię! Maily-Nesle może czuć się dobrze urządzony w swoim wygodnym, choć zatłoczonym powozie - jedyną niedogodnością, jaka daje się we znaki jemu samemu i pozostałym współpasażerom, jest robactwo zmuszające ich do drapania się w swędzące miejsca. Ale "wielu z nas było nieodpowiednio ubranych - ciągle nosiliśmy letnie spodnie. Brakowało rękawiczek i innych elementów stroju".
Po spędzeniu trzech dni w Czirikowie, przy skrzyżowaniu traktów na Podolsk i Fominskoje, III Korpus Neya opuścił wieś o północy z 25na 26 października, aby podciągnąć to, co nadal uważano za tylną straż armii. Także nowo awansowany do stopnia majora Guillaume Bonnet przedziera się przez błotniste, wydające się nie mieć dna drogi.
W przeddzień wyruszenia z Moskwy powaliła go gorączka i tego samego ranka, gdy III Korpus ruszał w drogę, "opuszczał miasto sam, dorożką, jadąc ulicami, na których nie widać było ani jednego Francuza", lecz szczęśliwie dołączył do swojego pułku jakieś piętnaście mil za miastem na drodze kałuskiej. Teraz major odnotowuje w swoim dzienniku, jak Kozacy, którzy ciągle ich naciskają, jakby chcąc sprawdzić jak na to zareagują, trzymają się jednak na dystans ze swoimi "dwiema kiepskimi armatkami, które jak dotąd wystrzeliły ze dwadzieścia kul, nie trafiając jednak nikogo". Być może zawdzięczamy to "lekkiej kawalerii Guardina i Beurmanna, która otrzymała rozkazy podpalania wszystkich napotkanych wiosek". Gdy żołnierze Neya docierają wieczorem do Borowska, także i to miasteczko zastają w płomieniach.
Przez kilka ostatnich dni łącznikiem pomiędzy III Korpusem, a główną częścią armii jest Brygada Lansjerów Gwardii Colberta, składająca się z dwóch pułków: 1. (polskiego) i 2. (holenderskiego).
Otrzymawszy również rozkazy przesunięcia się jakieś sześć mil w kierunku na Borowsk, Colbert wysłał naprzód swojego młodego belgijskiego kapitana François Dumonceau, dowodzącego 6. kompanią 2. szwadronu 2. Pułku Lansjerów, aby poinformował Neya o jego starciu z Kozakami, zakończonym niemal porażką, do czego doszło pod Uwarowskoje.15 Za Borowskiem Dumonceau napotyka
"spokojnie biwakujące czoło kolumny marszałka. Dowodzący nim generał nie okazał się zbytnio poruszony moją opowieścią i mimo nacisków z mej strony zwlekał z postawieniem swoich ludzi pod bronią".
Zawsze skutecznie działający Colbert wysłał 26 października, o ósmej rano, rozpoznanie na południe - w kierunku Małojarosławca. Nie napotkano tam Kozaków. Zamiast nich, ku wielkiemu rozczarowaniu, natknięto się na "rozciągnięty konwój rannych, zmierzający w naszym kierunku". Z tego co opowiedzieli nam jego przewodnicy wynikało, że ich śladem ciągnie cała armia:
"Wszyscy byliśmy tym bardzo dotknięci. Po przedwczorajszym sukcesie nie byliśmy w stanie pojąć, że mogłoby dojść do wycofania się".
Dopiero teraz, wieczorem, żołnierze Neya dowiadują się, iż armia jest w odwrocie. Wiadomości te wstrząsają Bonnetem i wirtemberskim majorem G. Faberem du Faurem, odpowiedzialnym za dwunastofuntówki z odwodu artyleryjskiego Neya. Do III Korpusu docierają rozkazy, aby wyruszał w kierunku Wiereji, następnego miasta na trakcie możajskim. W chwili, gdy jednostki właśnie szykują się do wymarszu - atakują Kozacy. Żołnierze Neya muszą więc wykonać zwrot i "na równinie, w zupełnie nieosłoniętym terenie, pozbawieni [wszystkiego]" stawać w linii do bitwy. Nie znaczy to, że Kozacy mogą stanowić jakieś poważne zagrożenie dla całego korpusu armii. "Krótkotrwały ogień artyleryjski i szarża kawalerii Królewskiej Gwardii [Wirtemberskiej] wystarczają aby ich odeprzeć". Ileż to żywych scen zawdzięczamy rycinom Fabera du Faura! Według jego wrażenia, "zdawało się, że pod Borowskiem opuściło nas szczęście; po południu 26 października rozpoczęliśmy odwrót".
Dziennik Bonneta zawsze jest zwięzły. Tegoż wieczora czyni w nim jeden ze swoich pośpiesznych zapisków. Choć pod sztandarem 18. Pułku Liniowego pozostało ze stanu początkowego jedynie tysiąc stu żołnierzy, to ciągle liczy on sobie dwa pełne bataliony. Dopiero o 7 rano, gdy pułki Neya porzucają ogniska swoich obozowisk, Bonnet zaczyna sobie tworzyć realistyczny obraz sytuacji:
"Musimy porzucić [pomysł] marszu na południe. Bez wątpienia - albo zostaliśmy odparci, albo Cesarz manewruje - sam nie wiem".
W tym momencie przybywają ludzie Colberta, wjeżdżają na równinę nieopodal płonącego miasta i rozbijają biwak pośrodku "kilku jednostek piechoty i rozmaitych parków" gromadzących się wokół tysięcy ognisk. Gdzieś tam w ciemnościach, u stóp wzgórza, nadal krążą Kozacy.
Nikt się jednak tym nie przejmuje - przynajmniej Dumonceau wydaje się, że tylko jego Holendrzy trochę trzęsą się ze strachu, co jest raczej naturalne po ich prywatnym starciu z Kozakami 25 października: "Wszyscy byliśmy w mniejszym lub większym stopniu zdemoralizowani naszą porażką". Dopiero gdy CKG i jednostki Gwardii wkraczają do Borowska, przybywa oficer sztabowy i mówi Colbertowi, żeby szykował się do natychmiastowego wyruszenia do Smoleńska. "Nowina ta całkowicie spełniała nasze pragnienia. Rychło zatarło się wrażenie odwrotu". Może też spora liczba Holendrów Dumonceau miała już po uszy tej kampanii - przynajmniej w Rosji?
Po potyczce pod Uwarowskoje, lansjerzy mieli do zabrania ze sobą mnóstwo rannych. Choć dwudziestosześcioletni Dumonceau jest bystrym obserwatorem i rejestratorem wydarzeń, to nie okazuje szczególnych emocji czy miękkiego serca. Mimo tego dzieli pakunki z żywnością pomiędzy swoją ulubioną klacz Liesje,17 swojego luzaka oraz obdarzonego szorstką sierścią konika (rosyjskiego kuca) swego służącego Jeana i udostępnia rannym swój nieduży wóz wraz z jego zawartością. Następnego ranka, gdy Brygada Lansjerów rusza zająć swoją normalną pozycję na czele kolumny Gwardii, jego wóz z trzema rannymi lansjerami rusza w drogę pod eskortą kaprala.
Świeżo awansowany do stopnia podpułkownika C. F. M. Le Roy18 podróżuje ze swoim 85. Pułkiem Liniowym i I Korpusem jedynie ze względów bezpieczeństwa. Awansowany przez Davouta za okazaną skuteczność, jedzie on z powrotem do Francji, do bazy pułku. Na razie ma ze sobą swojego najlepszego przyjaciela, porucznika Jacqueta - jedynego zaufanego, jakiego kiedykolwiek miał - oraz szpetnego, lecz oddanego służącego Guillame'a. Ich cenny żelazny kociołek, który przebył z nimi całą drogę aż z Głogowa w Prusach, zamienia to trio w kwartet. Ciągłą troską tęgawego Le Roya jest bowiem zapewnienie sobie codziennie właściwego obiadu.
Sos dobry do gęsi nada się także do gąsiora. Od czasu walk pod Smoleńskiem Rosjanie palili swoje wioski i miasta, a w końcu uczynili to także ze swoją świętą stolicą. Dla opóźnienie pościgu Kutuzowa, Napoleon nakazuje więc teraz palić za sobą każdą wieś, każdy dom, każdy dworek, każdą napotkaną na drodze marszu stodołę. Nie wolno było pozostawić niczego, co mogłoby stanowić schronienie dla jego żołnierzy, gdyby feldmarszałek zdecydował się pociągnąć za Francuzami tą samą, już i tak zniszczoną trasą. Ściśle mówiąc, wypełnienie tych rozkazów przypadło I Korpusowi, stanowiącemu straż tylną, lecz rozkazów tych spodziewała się też prowadząca kolumnę Gwardia Cesarska. Tej nocy łysiejący i noszący okulary "Żelazny Marszałek" i jego sztab śpią
"w dużym drewnianym, umeblowanym i ozdobionym licznymi zwierciadłami château, które zdawało się oferować swojemu właścicielowi wszelkie pożądane wygody".
Wieczorem Le Roy dołącza do swoich żołnierzy, wyruszających na polowanie na dzikie ptactwo. Nie musiał się właściwie trudzić. Pod słomą, na której śpi, znajduje bowiem dla siebie obiad w postaci "dużego koguta". Choć "zaczyna on czynić tumult godny samego diabła", to jego protesty na nic się nie zdają. Trafia prosto do żelaznego kociołka. Co się zaś tyczy château, to gdy Le Roy i jego żołnierze budzą się rano, "nie ma już po nim śladu. Podobnie jak cała wioska, zostało spalone. Była to kwestia kilku zaledwie minut".
Niektórzy uważają, że Davout w swoim postępowaniu jest stanowczo zbyt metodyczny. Powinien ruszać się szybciej. Po całodziennym odpoczynku, 85. Pułk dopiero wieczorem "otrzymuje rozkazy przesunięcia się na skraj lasu, gdzie rozpalamy wielkie ogniska, mające zmylić Rosjan. Tuż przed północą wycofujemy się i ponownie przekraczamy rzekę w tym samym miejscu, z którego skorzystaliśmy wczoraj. Nasz marsz byłby całkiem skryty, gdyby nie nieostrożność zwiadowców, którzy, wycofując się, podpalili dwie duże wsie i w ten sposób ujawnili wszystkie nasze ruchy nieprzyjacielowi. Kozacy, ścigając nas, podeszli tak blisko, że mogliśmy oddać do nich kilka strzałów".
Schronienie jest ważną sprawą. Zbudziwszy się owego ranka w Borowsku, Dumonceau stwierdza, że pada śnieg. Na razie tylko lekki. Mimo to okazuje się, że spał
"pod grubą warstwą śniegu. Był to początek zimy, która nadeszła, już na dobre. Nasz marsz, który podjęliśmy tym razem na samym czele całej Gwardii Cesarskiej, kontynuowaliśmy pod smętnym i zamglonym niebem, wśród zaśnieżonych, pełnych mułu bagnisk".
Teraz, w Borowsku, gdzie "kilka mostów przez Protwę zostało wykończonych zbyt szybko", Davout musi sobie poradzić z wielkim zatorem na drodze. Będący cztery mile przed Cesarzem Dedem otrzymuje wezwanie do stawienia się w kwaterze Napoleona. Zastaje go"grzejącego sobie splecione na plecach ręce przy ognisku, jakie dla niego rozpalono obok drogi na Wiereję". Jest z nim marszałek Berthier, szef sztabu Napoleona i całej armii. Napoleon rozkazuje Dedemowi, aby udał się na tyły i skierował I i IV Korpus na drogę równoległą, biegnącą na lewo od trasy głównej kolumny:
"[Cesarz] osobiście wyłożył mi swoje zamiary. Gdy książę Neuchâtel objaśniał mi bliżej intencje Jego Cesarskiej Mości, miałem okazję przyjrzeć się z bliska twarzy tego nadzwyczajnego człowieka. W pewnym momencie, zwróciwszy się nagle ku księciu Neuchâtel, Cesarz powiedział 'Ale przecież go złapią'. A wszystko to tonem wręcz uderzająco obojętnym, bowiem nie była to dla niego kwestia mojego losu, ale ogólnych ruchów całej armii. Mina Napoleona przypominała gracza w szachy, który widząc, że gra jest przegrana, uczciwie prowadzi ją do końca i mówi do siebie, 'No, to pora na nową partię'".
Dedem nie lubi Napoleona, "ponieważ zrujnował mój kraj. Pod Borodino byłem świadkiem jego obojętności i przerażającego stoicyzmu. Widziałem go wściekłego i zaskoczonego podczas wkraczania do Moskwy.
Teraz był spokojny, nie okazywał złości ani przygnębienia. Pomyślałem sobie, że byłby wielki w nieszczęściu i myśl ta pogodziła mnie z nim. Tutaj jednak dojrzałem w nim człowieka, który widzi nieszczęście i jest świadomy, w jak trudnym znajduje się położeniu, lecz którego duch nie ugina się ani trochę i który powiada sobie: 'To porażka, z jakiej musimy się jakoś wykaraskać. Jeszcze się jednak spotkamy".

1 "SŁOWO NIEZNANE W ARMII FRANCUSKIEJ"

Dedem najwyraźniej wykonuje swoją misję, ponieważ po dwóch lub trzech godzinach jazdy przed siebie, zaskoczony Dumonceau widzi jak na lewo od niego, "za strumykiem", pojawia się czoło jakiejś kolumny. Colbert wysyła więc adiutanta, aby sprawdził, co to za jedni.
Jest to jednak tylko IV Korpus, ciągnący drogą na przełaj, niewątpliwie tą, którą wskazał im Napoleon. Powróciwszy, adiutant mówi Dumonceau, jak zasmucona była Armia Włoch, widząc zabitych lansjerów z 2. Pułku, leżących na polu pod Uwarowskoje, "lecz pocieszyła się zauważywszy, jak wielu było między nimi Kozaków". W tym czasie samo Uwarowskoje, jak wszystkie inne wsie, stało już w płomieniach. Kapitan Eugéne Labaume ze sztabu wicekróla doznał szoku, gdy w jego ruinach zobaczył "zwłoki kilku żołnierzy lub chłopów, a także dzieci z poderżniętymi gardłami oraz kilka dziewcząt zmasakrowanych na miejscu, gdzie wcześniej zostały zgwałcone".
Co się tyczy wspaniałego château w Uwarowskoje, które, "choć zbudowane z drewna, lecz pełne luksusowych mebli i wyjątkowych kandelabrów mogło pod względem wielkości i wspaniałości równać się z najpiękniejszymi pałacami Italii,", to zadbali już o nie kanonierzy Eugeniusza, umieszczając na parterze kilka wozów z prochem i wysadzając je w powietrze. Potem, maszerując na Borowsk, IV Korpus pozostawił po swojej lewej całość I Korpusu i dywizję kawalerii Chastela, do której należy artyleria Griois, które to jednostki miały osłaniać odwrót armii w odległości jednego dnia marszu. Część artylerii IV Korpusu, utknąwszy na brodzie w Borowsku, musiała maszerować razem ze swoimi wozami z prochem przez płonące miasto, jak reszta korpusu. Ale, powiada starszy adiutant Cesare de Laugier z włoskiejGuardia d'Onore,
"przedostaliśmy się przez nie bez żadnych incydentów. Wszędzie widzieliśmy porzucone z braku koni pociągowych wozy amunicyjne. Takie straty na samym początku naszego odwrotu dały nam wyobrażenie o tym, co miało nas spotkać w niedalekiej przyszłości, i to w najbardziej ponurych barwach. A ci, którzy ciągnęli ze sobą łupy z Moskwy, drżeli o swoje skarby".
Po opóźnieniu wywołanym natknięciem się na ogromne tabory z bagażami, należąca do III Korpusu dywizja Razouta dotarła do Wiereji - odległej od Możajska o 6 godzin marszu - około południa 27 października. Zaraz za CKG ciągnie 25 wozów Skarbu, napchanych cesarskimi trofeami z Kremla oraz milionami złotych "napoleonów" (monet dwudziestofrankowych). Wóz oddany pieczy dwudziestoośmioletniego komisarza wojskowego A. Bellota de Kergorre'a jest wyjątkowo przeładowany. W wąwozie tuż przed Wiereją musi on założyć hamulce na wszystkie cztery koła. Nie zapobiega to jednak jego rozpędzaniu się i staczaniu w dół blokowanego przez artylerię zbocza, a podobnie mają się sprawy ze wszystkimi innymi pojazdami,. "Inne powozy, a nawet wozy amunicyjne, wzięły z nas przykład". Sama Wiereja okazuje się być
"ślicznym, otoczonym palisadą miasteczkiem, które mimo walk pomiędzy Polakami a Rosjanami [stacjonujący tam polski garnizon został przez Rosjan wzięty przez zaskoczenie i zmasakrowany], niewiele dotąd ucierpiało. Pech Wiereji był tym większy, że leżąc trochę w bok od głównej drogi, jej mieszkańcy już wyobrażali sobie, iż miasteczko całkiem uniknie okropności wojny".
Otaczające ją pola zostały wyczyszczone do cna. "Dobrze utrzymane ogrody, obfitujące we wszelkie możliwe warzywa, zostały w jednej chwili ogołocone przez naszych żołnierzy". Ludzie Bonneta natychmiast nadali jej miano Kapuścianego Miasta.19 Kergorre jest jednak wzburzony, gdy widzi "żołnierzy kradnących deski ze stodół, w których śpią generałowie, tak że ci ostatni budzą się pod gołym niebem".
Choć aura jest zdecydowanie chłodna, Napoleon oznajmia: "Zima nie zwali się na nas jeszcze przez osiem dni". Jak jednak w tym terminie dotrzeć do bezpiecznego schronienia na leżach zimowych w Smoleńsku?
Tego wieczora grzeje sobie ręce przy ognisku jeden z arystokratycznych oficerów sztabowych Napoleona, dowódca szwadronu hrabia V. E. B. Castellane, adiutant hrabiego Louisa de Narbonne'a, który z kolei jest adiutantem Cesarza. Dzień po wymarszu armii z Moskwy, Castellane został wysłany z misją do 1. i 2. batalionu hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona, stacjonującego w Małej Wiaźmie,20 przy głównym trakcie Moskwa - Możajsk. Castellane miał skontaktować się z nimi we wspaniałym domu wiejskim księcia Golicyna. Ich zadaniem miała być osłona wycofujących się na zachód konwojów z rannymi przed napadami Kozaków. Po przejechaniu
"czterdziestu mil wiejskimi drogami" Castellane natknął się na "pułkownika Bourmonta, bardzo przyjaznego człowieka, który niegdyś służył u Szuanów. Ostatnie dwa lata spędził jednak w armii Cesarza i ciągle jeszcze nie dostał krzyża Legii, choć już go przedstawiano do tego odznaczenia. Pod swoimi rozkazami miał dwa bataliony hiszpańskiego Regimentu Józefa-Napoleona i dwa szwoleżerów bawarskich".
22 października siły te opuściły Małą Wiaźmę i pomaszerowały do wsi Kubinskoje.
"Wkrótce po tym, jak tam dotarliśmy, pojawili się Kozacy i z okrzykiem "hurra" zaatakowali konwój z rannymi. Odcięci żołnierze eskorty sprawiali się kiepsko. Pułkownik de Bourmont wezwał swoich ludzi pod broń, ja zaś sam powiozłem rozkaz do bawarskiego pułkownika, aby wykonał szarżę swoją brygadą. Odpowiedział, że jego konie są zbyt wyczerpane, żeby iść galopem. Podczas całej tej ekspedycji całym pożytkiem, jaki z niego mieliśmy, to pięćdziesięciu piechurów których codziennie od nas wycyganiał dla ochrony swoich wypraw po paszę. Przy tym, ku oburzeniu naszych Hiszpanów, jego ludzie zżerali owce ze stadka, jakie Hiszpanie zgromadzili. Poprosiłem Pułk Józefa-Napoleona, aby wystawił mi pięćdziesięciu ochotników, z którymi udałbym się kilka mil naprzód, gdzie moglibyśmy ocalić więcej [rannych]. Tych pięćdziesięciu grenadierów pomaszerowało pośpiesznie w kierunku nieprzyjaciela. Okazało się, że ocaliliśmy setkę dobrze uzbrojonych ludzi, którzy schronili się w lasach nie oddawszy przedtem ani jednego strzału".
Minęło już pięć dni od tych wydarzeń. Po wysłuchaniu opowieści o wyczynach IV Korpusu pod Małojarosławcem, Castellane i major Hiszpanów Doreille rozmawiają teraz o swoich własnych doświadczeniach. Mają z tym pewne trudności. Doreille mianowicie, pochodzi z Tarascon i "nie mówi po francusku", a tylko po prowansalsku. Trzydziestodziewięcioletni Doreille opowiada przystojnemu młodemu arystokracie ze sztabu Napoleona o tym, jak
"od początku wojen rewolucyjnych stracił już sześciu braci i pozostał jedyną podporą swojej starej i zubożałej matki".
Tego śnieżnego poranka, 27 października, nawet eskorta z Intendance - Générale, strzegąca konwoju Skarbu, zostaje zmuszona do pośpiesznego wyruszenia w drogę. "Kozackie armaty zbliżyły się już na odległość pół strzału". Jednak Belot de Kergorre, nie mogąc znieść myśli o utracie swojego gulaszu, zwłaszcza że jego służący znaleźli gdzieś kurczaka i trochę cebuli, zwleka z odjazdem do ostatniej chwili. Zaiste, choć od opuszczenia przez armię Moskwy minął zaledwie tydzień, już zaczyna brakować żywności. Na razie, jak zauważa pułkownik Monstequiou de Fezensac z 4 Pułku Liniowego (III Korpus), istnieją pod tym względem znaczne różnice między poszczególnymi jednostkami:
"Jeden z pułków trzymał kilka wołów, lecz nie miał chleba. Inny znów miał mąkę, lecz brakowało mu mięsa. Czasem w jednym i tym samym pułku niektóre kompanie przymierały głodem, podczas gdy inne opływały w dostatki. A choć przełożeni w kółko nakazywali im dzielić się z innymi, to egoizm żołnierzy przeważał i wynajdywali wszelkie sposoby, aby przechytrzyć oficerów i nie podporządkować się ich władzy".
Płatnik Duverger z niepokojem widzi, że konie I Korpusu,
"znajdujące się bez przerwy w marszu, nie mają co jeść i padają ze zmęczenia i zaniedbania. Gdy koń padał, oznaczało to, że szczęście nas nie opuszcza. Biedne zwierzę było natychmiast rąbane na kawałki. Konina jest całkiem zdrowa. Jest jednak twarda i włóknista. Niektórzy preferowali końską wątrobę. Noce stawały się coraz dłuższe i zimniejsze. Sypialiśmy na mokrej, przemarzniętej ziemi. Za biwak idealny uważaliśmy taki, gdzie mogliśmy się wyciągnąć miękko na garstce słomy wokół ogniska z suchego drewna, pod osłoną sosnowego lasu. Jeśli jeszcze znalazło się trochę gulaszu z koniny, pszennego chleba i flaszka gorzałki, którą puszczało się w obieg, było to prawdziwe święto".
"Od drugiego dnia odwrotu", opowiada ostrożny szef sztabu Davouta, przyszły malarz batalista baron Louis-François Lejeune, "zaczęła padać drobna, zimna mżawka, jakby na dokładkę do naszych cierpień psychicznych, napotykanych na trasie trudności i już i tak paskudnej pogody. Zimne i wilgotne noce na biwakach, niedostateczne odżywianie się przaśnym przydziałowym chlebem lub niedogotowaną zupą, wszystko to powodowało pojawianie się w oddziałach pierwszych objawów dezynterii. Chorzy nie mieli już sił, aby nadążać za swoimi jednostkami i coraz częściej pozostawali w tyle".
Nawet nowy dowódca 7. Pułku Huzarów, pułkownik Victor Dupuy, musi wytrzymać cały dzień na jednaj filiżance kawy wypitej na śniadanie. Jego pułk był w samej szpicy straży przedniej przez całą drogę od Niemna do Moskwy. Potem - głodował w obozie pod Winkowem. Nie dostały mu się choćby okruchy kulinarnych bogactw Moskwy. A teraz brygada Roussela d'Hurbala z dywizji lekkiej kawalerii Bruyeresa, wchodzącej w skład 1. Korpusu Kawalerii Nansouty'ego, tworzy straż tylną IV Korpusu. Przybywszy na pułkowy biwak, Dupuyprzechadza się tam i z powrotem obok drogi,
"czekając aż miną go jacyś polscy maruderzy. Kupiłem trochę rzadkich i wręcz podejrzanych zapasów. Kawałek upieczonej na węglach wieprzowiny, czy też kilka garści mąki zmieszanej ze stopionym śniegiem pomogły mi i moim towarzyszom uwierzyć, że nie jesteśmy już głodni".
Niestety, taka feta powoduje jedynie zaburzenia żołądkowe. Potem jednak Dupuyowi trafia się prawdziwa gratka:
"Zauważyłem mojego dawnego kowala z kompanii wyborczej 11. Pułku Szaserów, nazwiskiem Bouton, obecnie starszego sierżanta w Pułku Szaserów Gwardii Cesarskiej. Szedł z eskortą jakiegoś wozu. Zaoferował mi trochę cukru i kawy. Wyrzuciłem ze swojej walizy wszystką brudną bieliznę i zastąpiłem ją owymi zapasami, które później bardzo mi się przydały. Przełknąwszy rano solidną dawkę kawy nie odczuwałem już głodu przez cały dzień".
Wszyscy czują się coraz bardziej podle. Zwłaszcza podporucznik Pierre Auvray z 23. Pułku Dragonów, całymi godzinami eskortujący tabory,
"i to bez żadnej przerwy od 2 nad ranem do 11 wieczorem, był nieustannie atakowany przez poprzebieranych za Kozaków chłopów, którzy szarżowali na kolumnę, aby dostać się do wspaniałych pojazdów, w jakie wielu oficerów zaopatrzyło się w Moskwie. Powozy te, obładowane złotem, srebrem i żywnością, przyciągały szczególną uwagę chłopów, których pożary pozbawiły dachu nad głową. Każdego dnia porywali kilka z nich, razem z woźnicami, których obdzierali ze wszystkiego i odsyłali nam z powrotem".
Mailly-Nesle słyszy nowe słowo języka francuskiego 'se démoraliser'. Tłumaczy je sobie jako "rodzaj nostalgii". Innym oficerem, który zauważa podobne objawy już od drugiego dnia odwrotu, jestporucznik N. L. Planat de la Faye, człowiek do wszystkiego, a także "główny pisarz" generała Lariboisiere'a, naczelnego dowódcy artylerii armii. CKG i sztab artylerii dotarły właśnie do Wiereji, gdy "po obiedzie wszedł tam jakiś oficer, który od rana nie miał niczego w ustach. Choć z natury jestem człowiekiem skłonnym do współczucia i pozytywnie nastawionym do wszystkiego, co zwykle określa się mianem ofiarności i oddania, to nie stanowiłem wyjątku w całym tym barbarzyństwie i brutalnym egoizmie", jakie zaczynały brać górę wszędzie wokół mnie. "Nie mieliśmy niczego, aby mu zaoferować, poza odrobiną chleba, czy sucharów oraz kieliszkiem kiepskiej wódki". Poirytowany oficer złożył formalną skargę.
Ponieważ odpowiedzialnym za rozdział racji żywnościowych jest towarzysz i przyjaciel Planata - Honoré de Lariboisiere - jedyny żyjący z dwóch synów generała - udaje się on do ojca, aby wyjaśnić sytuację. Jednak od czasu śmierci drugiego syna - Frédérica - po bitwie pod Borodino22 - stary Lariboisiere jest pogrążony w głębokiej depresji.
Wszystko więc, co Honoré zyskuje, to wściekła połajanka. Jeszcze tego samego dnia Planat zdąży stracić na zawsze innego przyjaciela, tym razem z powodu "małego kawałka mięsa, nie dość równo podzielonego".
Kwatera Główna IV Korpusu spędziła noc w jakiejś szopie w nędznym przysiółku Alferiewo. Jedynie księciu Eugeniuszowi i jego generałom dywizji udało się znaleźć jakieś lepsze schronienie. Sztabskapitan Labaume także uważa, że właśnie tego dnia morale armii zaczęło się rozpadać. Każda armia - jak to trafnie zauważył niegdyś Napoleon, lecz chyba zdążył już o tym zapomnieć - maszeruje na swoim brzuchu. Porucznik Albrecht von Muraldt z 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich IV Korpusu jest przerażony, widząc jak szybko szerzący się brak żywności wpływa na obniżenie posłuszeństwa i dyscypliny wojskowej:
"Żołnierze zaczynali opuszczać szeregi bez zezwolenia, a jeśli ktoś nie był obecny razem z innymi na biwaku, to już go nawet nie wywoływano podczas porannego apelu przed wyruszeniem w dalszą drogę. A był to dopiero początek!".
Dwa dni później, także porucznik Louis-Joseph Vionnet, należący do tak dobrze zdyscyplinowanego dotąd Pułku Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii, zauważy, że
"żołnierzom złodziejstwo zaczyna wchodzić w nawyk. Odtąd już nic nie miało być bezpieczne oprócz tego, co człowiek miał na sobie. Żołnierze potrafili zabierać juki z koni i garnki z ognisk",
co tworzyło nieustanne zagrożenie dla wspaniałego, wielkiego żelaznego kociołka, należącego do Le Roya i jego służącego Jacqueta. Żołnierze zaczynali już chować się w lesie, aby zjeść tych kilka kęsów chleba, jakie im jeszcze pozostały. Tu i ówdzie niektóre jednostki wydawały się jeszcze - cudem jakimś - nietknięte. Mailly-Nesle podziwia ze swojego powozu portugalski pułk lekkiej jazdy, nadciągający kłusem przez pola. "Ich doskonały stan, żołnierze w kasztanowo-brązowych mundurach, wyglądający na wypoczętych; ich dziarskie, poważne, ciemne twarze wzbudziły nasz podziw". Jedynie skromny Pion des Loches zdaje się czuć wygodnie:
"Wieczorami rozbijaliśmy nasz namiot. Rozbierałem się i kładłem na niedźwiedziej skórze, gdzie w moim śpiworze, okryty futrem, spałem tak zdrowo jak zwykle na biwakach. Mój służący Louvrier, silny i wytrzymały mężczyzna, doglądał koni. Dzięki takim środkom ostrożności, o jakie zadbałem jeszcze w Moskwie, miałem ucierpieć mniej niż ktokolwiek inny".
Tuż za Wiereją wycofująca się armia wpada na dwie dywizje Młodej Gwardii marszałka Mortiera. Opuściły one Moskwę, w czterech piątych leżącą w popiołach, o 7 rano 22 października, po wysadzeniu w powietrze Kremla, z rozkazami marszu na Borowsk przez Wiereję. Ostatnia jednostka opuściła jednak miasto dopiero o 11 wieczorem.
Gdy Mortier czynił jeszcze przygotowania do tego wszystkiego, zdarzyło się coś nadzwyczajnego. Oto rosyjski generał Winzingerode, dowódca sił zgrupowanych na północ od miasta, ogarnięty ciekawością, co też się tam dzieje, wbił sobie do głowy, żeby je odwiedzić.
Okrył się w tym celu cywilnym płaszczem. Gdy próbował pogawędzić z posterunkiem 5. Pułku Tyralierów,24 dowodzący nim porucznik nie stracił głowy i zaaresztował generała mimo jego "próżnych prób ocalenia - twierdzenia, że przyszedł tylko pogadać i machania białą chusteczką", po czym odesłał go do Mortiera. Adiutant Winzingerodego, niejaki kapitan Naryszkin, obawiając się o los swojego szefa nalegał, aby jego także wziąć do niewoli.
Siły Mortiera składały się z dywizji Młodej Gwardii generała Delaborde'a wraz z jej artylerią, pewnej liczby saperów, brygady pięciuset kawalerzystów, którzy nadal mieli konie oraz pośpiesznie zebranej brygady Carriere'a, liczącej jakieś cztery tysiące żołnierzy, którzy już koni nie mieli. Gdy dołączali oni do kolumny, dr Heinrich von Roos z 3. Pułku Szaserów Wirtemberskich zauważył, że owe prowizoryczne jednostki są
"uzbrojone jak piechota, w karabiny zabrane z arsenału moskiewskiego. Uzbrojenie to wcale im się nie podobało, i to do tego stopnia, że gdy zobaczyli panujący wśród nas nieporządek, zaczęli wyrzucać swoje karabiny i amunicję. Każdy odchodził sobie gdzieś na bok z jukami zarzuconymi na plecy, z wyciorem w ręce niczym z laską, a żaden oficer nie potrafił się temu przeciwstawić".
Napoleon właśnie zsiadał z konia, gdy przyprowadzono do niego Winzingerodego i Naryszkina. W jednej chwili Cesarz znów staje się tym spokojnym i opanowanym człowiekiem, takim, jakim zawsze pamiętał go Dedem. Ma dobrą pamięć.
"I któż pan jesteś?", wrzeszczy na Winzingerodego, dając upust wszystkiej swojej złości z powodu obrotu, jaki przybrała kampania:
"Człowiekiem bez ojczyzny! Zawsze byłeś pan moim osobistym wrogiem. Walczyłeś przeciwko mnie u boku Austriaków, potem oferowałeś swoje służby Rosjanom. Byłeś pan jednym z głównych sprawców tej wojny. Ale przecież urodziłeś się pan w królestwie Wirtembergii, w krajach należących do Konfederacji Reńskiej! Jesteś moim poddanym! Nie jesteś pan zwyczajnym wrogiem, jesteś pan buntownikiem i mam prawo postawić pana przed sądem. Widzi pan ten opuszczony kraj, Monsieur, te płonące wsie? Kto powinien odpowiedzieć za te wszystkie nieszczęścia, któż jest im winien? Ot, tych pięćdziesięciu awanturników, takich jak pan, namówionych do zdrady przez Anglię, która potem rzuciła ich na kontynent. Zostałeś pan ujęty z bronią w ręku. Mam prawo kazać pana rozstrzelać!".
Winzingerode próbuje wyjaśniać, że ponieważ Francuzi i tak są o krok od opuszczenia Moskwy, kontynuacja działań wojennych niema sensu. Próba rozmów, jaką podjął, miała na celu uniknięcie bezsensownego rozlewu krwi i przeciwdziałanie dalszym zniszczeniom miasta. Zaprzecza, jakoby był poddanym Napoleona, ponieważ nie był w ojczyźnie od dzieciństwa. Jeśli służy carowi Aleksandrowi, to tylko z powodu osobistego przywiązania.
"Im bardziej pan de Winzingerode próbował się usprawiedliwiać, w tym większą złość wpadał Cesarz, który podniósł głos do tego stopnia, że słyszały go nawet odległe pikiety".
Przy tej burzliwej rozmowie obecny jest Caulaincourt, który spędził cztery lata jako ambasador w St. Petersburgu i od początku zdecydowanie sprzeciwiał się tej wojnie. Jest także Berthier, który, będąc w średnim wieku, zaczyna już mieć dość wszelkich wojen. Nieco dalej, z szacunkiem stoją inni oficerowie sztabu.
"Z początku oficerowie sztabu cesarskiego nieco się cofnęli. Wszyscy stali jak na szpilkach. Spoglądając na siebie nawzajem, mogliśmy dostrzec w oczach towarzyszy niesmak wywołany tak przykrą sceną".
Berthier, stojący najbliżej swojego władcy, odczuwa największy ze wszystkich zgromadzonych niepokój, co inni mogą
"odczytać z jego wyrazu twarzy. Uwagi, jakie poczynił, gdy pod jakimś pretekstem do nas się przyłączył, tylko to potwierdzały. Cesarz wezwał żandarmów, aby zabrali pana de Winzingerode. Gdy nikt nie przekazał tego rozkazu dalej, Cesarz powtórzył go tak głośno, że z asystującej pikiety natychmiast wystąpiło aż dwóch żołnierzy. Wtedy Napoleon powtórzył więźniowi niektóre z oskarżeń, dodając, że zasługuje na to, aby traktować go jako zdrajcę".
Winzingerode, jakby ukąszony tym słowem,
"choć stał dotąd z oczami wbitymi w ziemię, nagle zebrał się w sobie, uniósł głowę i, spoglądając prosto na Cesarza i stojących bezpośrednio obok niego, głośno powiedział: - 'Jak się tylko panu podoba, Sire, lecz nie jako zdrajcę!' Po czym odszedł z własnej woli, poprzedzając strażników, którzy trzymali się nieco z tyłu"
W tej chwili na scenie pojawia się Murat i próbuje nieco uspokoić swojego rozwścieczonego szwagra, który "szybkimi krokami spaceruje tam i z powrotem, wzywając na przemian jednego, czy drugiego spośród nas, aby dać upust swojej złości. Spotyka się jednak wyłącznie z milczeniem".
Caulaincourt, który był już świadkiem wielu takich ataków cesarskiej wściekłości, "nigdy nie widział go tak rozeźlonego". Życie Winzingerodego jest wyraźnie zagrożone. Generał Jean Rapp, ulubiony adiutant Cesarza,
"jest pewien, że popadłby w desperację, gdyby ten rozkaz, najwyraźniej podyktowany szaleńczą wściekłością, miał zostać wykonany". Dołącza więc do innych w próbach ubłagania władcy, aby odroczył jego wykonanie. To z kolei doprowadza jedynie do tego, że z ust Napoleona padają jeszcze cięższe oskarżenia pod adresem szlachty rosyjskiej, "która wciągnęła Aleksandra do tej wojny: 'ciężar tej wojny spadnie na tych, co ją sprowokowali. Na wiosnę ruszę do St. Petersburga i wrzucę to miasto do Newy'".
Berthier, "całkiem nieswój", wysyła adiutanta do żandarmerii wyborczej przy kwaterze głównej z rozkazem, aby jeńców traktowano w sposób właściwy. Ségur powiada, że "wszyscy spieszyli się, żeby odwiedzić wziętego do niewoli generała, pocieszyć go i wyrazić swoje współczucie". Ani Berthier, ani Caulaincourt
"nie widzieli dotąd, by Cesarz do tego stopnia stracił panowanie nad sobą. Nieopodal mogliśmy dojrzeć duży, ładny budynek. Napoleon wysłał dwa szwadrony, aby zdobyły go i spaliły, dodając: 'Jeśli ci barbarzyńcy tak lubią palić własne miasta, to musimy im w tym trochę pomóc'".
Takie postępowanie Cesarza zdaje się Caulaincourtowi szczególnie szokujące: "Był to jeden jedyny raz, gdy słyszałem, aby Cesarz wydał taki rozkaz. Z zasady próbował zapobiec takim zniszczeniom, jako że szkodziły one interesom prywatnym i rujnowały indywidualnych obywateli. Cesarz wrócił do Wiereji przed zapadnięciem nocy. We wiosce nie pozostał ani jeden mieszkaniec".
Także i major Baudus, adiutant Bessieresa, uważał oglądaną scenę za
"jeszcze jeden dowód, iż Cesarz doskonale uzmysławiał sobie głębię przepaści, na której krawędź dał się doprowadzić". Rannemu Rappowi, jak i całemu sztabowi żal jest "zdrajcy" i wszyscy radzi by uczynili dla niego, co tylko się da. Podobne uczucia żywią wobec jego lojalnego i pełnego poświęcenia adiutanta. Naryszkinowi, powiada Dedem, "okazano szczególne względy".
Napoleon zazwyczaj nie zwraca najmniejszej uwagi na poglądy Berthiera - jego robota to po prostu wcielanie w życie rozkazów swojego naczelnego dowódcy. Teraz jednak nawet Berthier odważa się zauważyć, że Winzingerode w istocie nie jest poddanym Cesarza. Wspólnie z Caulaincourtem namawia Murata, aby ten zamienił jeszcze słówko ze swoim szwagrem. Caulaincourt zdążył już właściwie nieco ochłonąć i stał się spokojniejszy o ostateczny rezultat całej afery, który zapewne będzie "proporcjonalny do zakłopotania Cesarza.
Książęta, podobnie jak inni ludzie, mają w końcu sumienie, które każe im naprawiać wyrządzone zło". Wreszcie koniuszy zostaje wezwany. - "Czy kurier już przybył?", pyta Napoleon. Takie pytanie to dobry omen. Cesarz wie przecież bardzo dobrze, że jest jeszcze na to za wcześnie, wygląda zresztą na "znacznie spokojniejszego".
Nadal jednak musi dać upust swojej złości. Caulaincourt pospiesznie się zgadza, że zachowanie Winzingerodego było istotnie "wielce nietypowe", ale Jego Cesarska Mość "potraktował jeńca tak ostro, że dodatkowa kara jest już zbędna?". Czyż większa surowość nie będzie wyglądać jedynie jak akt osobistej urazy wobec cara, którego adiutantem jest Winzingerode? Caulaincourt pozwala sobie na uwagę, że władcy "- 'nie potrzebują przecież osobiście brać się za bary, gdy wystrzelono już tyle pocisków'. Cesarz zaczął się śmiać i delikatnie uszczypnął mnie w ucho, co miał w zwyczaju czynić, gdy próbował zyskać czyjąś przychylność.
- 'Masz rację. Ale ten Winzingerode to ciemny typek, intrygant, tajny agent rządu londyńskiego. Aleksander źle zrobił, czyniąc go swoim adiutantem'". Jednak on, Napoleon, nie popełni podobnego błędu i nie potraktuje jeńca źle.
"- 'Już wolałbym, aby schwytali jakiegoś Rosjanina. Ci cudzoziemcy służący temu, kto zaoferuje im najwięcej, to kiepski nabytek. To ze względu na Aleksandra tak się nim interesujesz? No, dobrze, już dobrze, nie zrobimy mu krzywdy'. Cesarz klepnął mnie delikatnie w policzek, co było u niego typową oznaką sympatii. Od samego początku widziałem, że szuka tylko pretekstu, aby wycofać się z wypowiedzianych słów".
I rzeczywiście, Napoleon powiada Caulaincourtowi, aby "spróbował namówić Naryszkina na spożycie z nami obiadu". Co się zaś tyczy Winzingerodego to, powiada, - "Odeślę go do Francji, i to pod dobrą eskortą, aby nie zaczął znów intrygować po całej Europie z dwoma lub trzema innymi zapaleńcami jego pokroju".
Przy obiedzie Napoleon zwraca się do Naryszkina:
"- 'Jak się pan nazywasz?'
- 'Naryszkin', odparł młody oficer.
- 'Naryszkin! Szkoda, że z takim nazwiskiem jesteś pan adiutantem
zdrajcy'".
"Takie grubiaństwo wielce nas wzburzyło", powiada Rapp, "i staraliśmy się ze wszystkich sił, aby gość puścił to mimo uszu". Napoleon, ciągle zwracając się do Naryszkina, mówi mu jak doskonały jest teraz moment do zawarcia honorowego pokoju, gdy "armia francuska jakby się wycofuje". Najwyraźniej zamierza wysłać Naryszkina do Aleksandra. Czy ten spokój jest tylko udawany, a napad wściekłości był prawdziwym wybuchem furii i rozczarowania? Czy może odwrotnie? "Kłopot z Napoleonem", pisze Caulaincourt, "polegał na tym, że ani na chwilę nie przestawał odgrywać wielkiego cesarza". Wreszcie Cesarz zmienia zdanie odnośnie tego, co zrobić z Naryszkinem. Następnego dnia obaj jeńcy zostają odesłani na czoło kolumny, aby ruszyć do Francji w towarzystwie oficera i żandarma z jednostek wyborczych. Caulaincourt, który zdążył już dać Naryszkinowi trochę pieniędzy, wysyła za nim swego służącego z jednym ze swoich płaszczów, aby zabezpieczyć go przed coraz bardziej dającym się we znaki zimnem.
Dywizja Delaborde'a jest w dobrej kondycji, co mocno kontrastuje z brakiem dyscypliny, panującym wśród 4000 spieszonych kawalerzystów. Tylko wielce wykształcony tłumacz generała, porucznik Paul de Bourgoing, nosi jakieś dziwaczne nakrycie głowy. Straciwszy, jakimś nieznanym sposobem, swój kapelusz w przeddzień opuszczenia Moskwy, musiał zastąpić go czepkiem lekarskim. Razem z nim ciągle przebywa jego wierny i przedsiębiorczy służący Victor, zuchowaty, trzynastoletni ulicznik paryski, który gorąco pragnął zaciągnąć się jako dobosz, lecz został skreślony z powodu swojej zbyt drobnej postury, a którego Bourgoing zabrał ze sobą z czystej uprzejmości, jako swojego "filistra". Sam generał Delaborde także obdarzony jest szczodrą i gościnną naturą. Jego małe "gospodarstwo" rozrosło się ostatnio, gdy zabrał ze sobą z Moskwy czterech francuskich cywilów oraz dwie aktorki z tamtejszego Teatru Francuskiego. A jeszcze doszedł do tego pewien malarz nazwiskiem Lavanpierre, oraz guwerner ("uczony gramatyk") nazwiskiem Lardillon. Madame Anthony, jedna z aktorek, jest pewna, że już nie ujrzy Francji i często z tego powodu zalewa się łzami. "W dniu, gdy opuszczaliśmy Wiereję", ciągnie Planat de la Faye,
"zaczęły się nasze kłopoty spowodowane ogromną ilością bezużytecznych powozów, jakie obciążały armię. W ciaśninach, żandarmeria wojskowa oraz oficerowie artylerii wywrócili i porozbijali kilka takich powozów na poboczach drogi. Szczególnie bezlitośni byli wobec wozów markietańskich, które nie należały do żadnego pułku. Gdy wywrócili jeden z nich, wypadła z niego wspaniała harfa oraz oprawne w skórkę marokańską i złocone na grzbietach książki, co wywołało wielki wybuch śmiechu u wszystkich przy tym obecnych".
Koniecznością staje się także porzucanie coraz większej liczby armat i wozów amunicyjnych. Ciągnące je konie mają do jedzenia jedynie zapleśniałe strzechy z drewnianych parterowych chat. Pion des Loches jest zszokowany, widząc jak
"dowodzący oficerowie parkowali porzucane wozy amunicyjne na poboczu i palili je. Żołnierze porzucali swoją broń i tornistry, aby lżej im się maszerowało".
Pomyślał sobie, że wkrótce armia nie będzie nawet w stanie się obronić. Do strasznych wydarzeń doszło wieczorem 28 października, gdy do Wiereji dotarł korpus Davouta. Kulturalny i ludzki Griois bardzo się nimi wzburzył:
"Przy wejściu do miasta, na lewo od drogi zatrzymało się kilka batalionów piechoty. Przed ich frontem ujrzałem generała dywizji Friederichsa, jak nakazywał swoim ludziom, aby trzech rosyjskich chłopów, których właśnie schwytali, odprowadzili gdzieś na bok i zabili. Zadrżałem, gdy usłyszałem, jak na cały głos wykrzykiwał te rozkazy. Chłopi myśleli, że są odprowadzani na jakiś posterunek, gdzie pozostaną pod strażą. Ciągle jeszcze ich widzę - w tych długich szarych płaszczach i czapkach z sukna, na których naszyte mieli greckie krzyże - jak beznamiętnie szli na śmierć, nie wiedząc jaki los jest im pisany".
Czy to właśnie owe krzyże na czapkach rekrutów opołczenija powodowały, że w razie schwytania groziła im śmierć? Najwyraźniej Frederichs tak uważa. Musieli ujść tylko ze czterdzieści kroków
"od generała, który odprowadzał ich wzrokiem. Słyszałem ich krzyki. Cała trójka otrzymała po ciosie bagnetem w słabiznę tuż przed wejściem do jakiegoś małego, słomianego szałasu. Leżeli tam wszyscy trzej, aż wreszcie podłożony pod szałas ogień zdusił ich jęki. Tego generała Frederichsa znałem tylko z widzenia. Z pewnością był on jednym z najprzystojniejszych mężczyzn w armii. Owo odrażające wydarzenie spowodowało jednak, że odtąd zawsze wspominałem go ze zgrozą".
Choć Gwardia maszeruje na samym czele, to nawet i ona wypełnia rozkazy nakazujące palić wszystko po drodze, pozostawiając III, IV i V Korpusowi "spalenie tych kilku domków, jakie pozostawia za sobą". Takie postępowanie powoduje, że idący w tylnej straży I Korpus nie znajduje dla siebie żadnego schronienia. Tegoż wieczora Davout pisze z Wiereji list do Berthiera i prosi Najjaśniejszego Pana "o wydanie wszelkich potrzebnych rozkazów, aby oddziały maszerujące przed strażą tylną nie paliły wiosek i nie niszczyły w ten sposób tak bardzo potrzebnych jej zasobów".
Marszałek pozwala sobie nawet zaznaczyć, że "za spalenie wiosek powinna odpowiadać straż tylna, i czynić to wtedy, kiedy je opuszcza". I dodaje: "Armia Cesarza wielce na tym skorzysta". Rozkaz palenia wiosek, powiada Grios, został więc uchylony. Ale praktyka była nadal kontynuowana.
Wygląda na to, że jednak nie zawsze. Oto właśnie ocalała jakaś spora wieś i teraz 85. Pułkowi przychodzi ją spalić: "Choć oferowała nam przyzwoite schronienie, to jednak puściliśmy ją z dymem. Ponieważ wieś położona była w dolince, zatrzymaliśmy się na jej zboczu, gdy płonęła. Na przeciwległym stoku stał już nieprzyjaciel, z obojętnością obserwując dzieło zniszczenia".
Tego samego dnia "podpalono i wysadzono w powietrze kilka wozów amunicyjnych. Z pewnej odległości, wybuchające jeden po drugim kartacze, przypominały odgłosy bitwy".
Co się tyczy samej Wiereji, tego otoczonego palisadą miasteczka, którego rozkoszy kulinarnych Le Roy popróbował, gdy ze sporym oddziałkiem odwiedził je w bardziej sprzyjających okolicznościach, tuż przed dotarciem do Moskwy, to "choć jego ogrody dostarczyły nam jeszcze trochę warzyw, samo miasteczko już nie istniało". I Korpus jest właśnie w drodze z poczerniałych ruin Wiereji w kierunku Możajska, gdzie, jak wszyscy wiedzą, wkroczy na główny trakt Moskwa - Smoleńsk, gdy nagle 85 Pułk zostaje
"niemal okrążony przez jazdę nieprzyjaciela. Wyglądało na to, że nie zamierzają się od nas odczepić. Wtedy to właśnie zdecydowaliśmy się po raz pierwszy zrobić użytek z naszych pułkowych czterofuntówek, które trzymały nieprzyjaciela na budzący respekt dystans".
Po Wiereji nadchodzi kolej na Możajsk. "51 dni temu przechodziliśmy przez to miasto jako zwycięzcy. Od tego czasu pozostawało okupowane przez smętne resztki westfalskiego VIII Korpusu. Jego dowódca, generał Junot, jako ten co przegrał Napoleonowi kampanię pod Walutyną Górą, otrzymał zakaz pojawiania się na Kremlu. Nonszalanckie i samolubne nastawienie sztabu Junota spowodowało, że w Możajsku zagłodziło się na śmierć wielu rannych spod Borodino. Stało się tak pomimo heroicznej postawy komisarza Kergorre'a, który nie słuchał rozkazów i czynił wszelkie wysiłki, aby ich nakarmić, i pomimo obfitych zbiorów. Teraz jednak trzeba znaleźć miejsce na środkach transportowych armii dla tych dwóch tysięcy rannych, którzy przetrwali i zapełniają pozostające jeszcze w Możajsku budynki.Co się stało z tymi dwustu wozami, jakie zostały sprowadzone z Moskwy specjalnie do tego celu?
"Opuszczając Moskwę już zapełnione uchodzącymi kobietami i dziećmi, pojazdy musiały jeszcze zabrać żołnierzy rannychpod Winkowem i Małojarosławcem. A teraz jeszcze ci w Możajsku!".
Pośpiesznie zostają wynoszeni i układani na wozy i wózki.
"Wleczeni przez ludzi ze szpitali, umieszczani byli gdzie się tylko dało: na górnych ławkach, na przodkach, na umieszczonych z tyłu powozów kufrach, na siedzeniach, w wozach z paszą. Byli nawet pakowani na dachy wozów, jeśli pod nimi nie było już miejsca. Można sobie wyobrazić widok, jaki przedstawiały nasze konwoje. Ci z rannych, którzy byli najsłabiej zabezpieczeni, spadali z wozów przy najmniejszym wstrząsie.
Woźnice nie zwracali na nich uwagi. Zaś powożący kolejnym wozem, jeśli nawet nie zagapił się, nie był pijany, czy też nie oddalił się od koni, to z samej obawy przed zatrzymaniem się i utraceniem miejsca w kolejce, przejeżdżał bez litości po ciele nieszczęśnika".
Pogoda jest ładna, choć wieje chłodem. "Na szczęście ostry mróz ochronił nas przed zarazą, jaka w przeciwnym razie niewątpliwie musiałaby wybuchnąć z powodu wielkiej liczby martwych ludzi i koni".
Mimo to, CKG ze względów bezpieczeństwa omija miasto z daleka i prawdopodobnie ani Planat, ani Honoré Lariboisiere nie odwiedzają tego "miejsca w zrujnowanym murze miejskim", gdzie złożyli doczesne szczątki młodego Ferdynanda. Czy chociaż rzucają okiem w tamtym kierunku? Planat powiada, że nigdy nie zapomni lokalizacji tego grobu.
Gdy nazajutrz pułki Davouta także "obchodzą Możajsk, aby uniknąć pożarów ostatnich, właśnie podpalonych domów", widzą w końcu jedynie wieżę cerkiewną - "białą wśród kłębów czarnego dymu" - jak stoi samotnie, a "jej zegar ciągle wybija godziny dla nieistniejącego już miasta".

2. PONOWNE ODWIEDZINY BORODINO

 

Przy łóżku Napoleona - ponure pola Borodino - "przeklinając wojnę
przewidywał, że kiedyś Napoleon także zostanie porzucony"
- bezlitosne wiwandierki wyrzucają rannych do rowów
- kto zastrzelił jeńców rosyjskich? - Lejeune ocalił własną siostrę
- straż tylna Davouta w Monastyrze Kołockim -
niespodziewana gratka w Gżacku - bohaterski karabinier -
Griois broni swojego wózka - zdewastowane wsie
- banda rabusiów pułkownika Chopina - usłużny Rosjanin


Spędziwszy środowy wieczór 28 października (w tę samą środę, którą Davout spędza w Wiereji) w zrujnowanym chateâu w Uspienskoje, tuż za Możajskiem, o drugiej nad ranem Napoleon posyła po Caulaincourta.
"Cesarz był w łóżku". Nakazawszy wielkiemu koniuszemu, aby upewnił się, że drzwi są dobrze zamknięte, Napoleon powiada mu, żeby usiadł przy łóżku. "Coś takiego nie leżało w jego zwyczaju". Dochodzi do dłuższej konwersacji. Cesarz prosi Caulaincourta, aby szczerze mówił, co myśli na temat powstałej sytuacji. Doświadczony - po czterech zimach spędzonych na stanowisku ambasadora w St. Petersburgu - Caulaincourt przewiduje skutki ciężkich mrozów i przypomina mu o "odpowiedzi, jakiej podobno miał udzielić Aleksander po otrzymaniu propozycji pokojowych [przekazanych mu] z Moskwy: 'Moja kampania dopiero się zaczyna'".
Aluzja ta irytuje Napoleona, jak zresztą każda wzmianka na temat osobistej znajomości i przyjaźni Caulaincourta z carem:
"'Twój prorok Aleksander mylił się więcej niż jeden raz', odparł Cesarz. Odpowiedź ta nie przyszła mu jednak lekko. Uważał też, że wyższa inteligencja jego żołnierzy pozwoli im jakoś ochronić się przed zimnem - potrafią oni przedsięwziąć takie same środki zaradcze jak Rosjanie, a nawet je ulepszyć". A poza tym są przecież jeszcze "polscy Kozacy", których ambasador Pradt2 z pewnością zwołuje w Warszawie. Cesarz spodziewa się, że lada dzień natknie się na pierwsze ich oddziały - jakieś 1500 do 2000 żołnierzy. To całkowicie zmieni sytuację. Osłaniając armię na skrzydłach, pozwolą jej wypocząć i znaleźć pożywienie. Caulaincourt odnotowuje nieuleczalny - jak się wydaje - optymizm Napoleona. Po godzinie spędzonej na gadaniu o tym i owym, Cesarz nagle porusza najważniejszą kwestię. Jest "możliwe, nawet prawdopodobne", że gdy "znajdzie dla armii jakąś konkretną, solidną pozycję", to opuści ją i wróci do Paryża. Co Caulaincourt sądzi o tym pomyśle? Jaki wpływ będzie to miało na morale? Caulaincourt, który przecież nie jest bynajmniej typem potakiwacza, zgadza się, że jest to doskonały pomysł, najlepszy sposób na reorganizację armii i dalsze utrzymanie Europy w garści. Cesarz mógłby datować rozkazy dzienne z Tuileries, podobnie jak dekrety, powinien jednak starannie wybrać właściwy moment wyjazdu. "Gdy Cesarz mnie zwolnił, była godzina 5:30". Gdyby tak opuścili Moskwę czternaście dni wcześniej, zamiast tkwić w niej bezczynnie i czekać na pokojowe propozycje cara! Oto co myśli wielu żołnierzy, gdy powoli docierają do głównego traktu smoleńskiego. Byliby już teraz bezpiecznie ukryci za średniowiecznymi murami Smoleńska - na których nawet dwunastofuntówki Wielkiej Armii nie uczyniły większego wrażenia - żyjąc sobie dostatnio z zasobów tamtejszych, dobrze zaopatrzonych magazynów, chronieni przez IX Korpus marszałka Victora! Co prawda, zamarznięty Dniepr nie stanowiłby już solidnej linii obrony. Nikt jednak nie wątpi, że armia zdołałaby bronić się tam do wiosny dzięki obsadzeniu lekką piechotą otaczających miasto wzgórz. Nawet jeśli przyszło by czekać pięć lub sześć miesięcy! Do tego czasu nadciągnąłby już XI (rezerwowy) Korpus marszałka Augereau, Austriacy Szwarcenberga, co razem z wieloma tysiącami
"polskich Kozaków" całkowicie zmieniłoby położenie armii. A gdyby car nie zdążył zawrzeć pokoju, to - czemu nie - pomaszerowalibyśmy na Petersburg. Też przecież można go spalić!
Ale z Możajska do Smoleńska jest osiemdziesiąt lig, dobrze ponad dwieście mil. Gdzie się przez ten czas podziewał Kutuzow? Ze wszystkich rodzajów broni najszybciej topnieje kawaleria. Na przykład 2. Pułk Huzarów Pruskich, w którym służy porucznik von Kalckreuth - a który tak wspaniale spisał się w lipcu pod Ostrownem - liczy sobie teraz zaledwie dwudziestu żołnierzy i oficerów. A bez rozpoznania kawaleryjskiego armia staje się ślepa i głucha. Nie może więc nic wiedzieć o ruchach Kutuzowa. W istocie jego główne siły oddalone są od Francuzów o jakieś 30 do 40 mil na południe, kierując się drogą na Medyń (gdzie 30 października Wilson z radością odnotuje w swoim dzienniku:
"Kozacy pokonali straż przednią księcia Poniatowskiego"). Na razie jednak, "angielski generał", jak nieodmiennie pisze o sobie Wilson, wręcz wychodzi z siebie z wściekłości na Kutuzowa, jego bezczynność i obojętność wobec stającej przed nim szansy na zniszczenie raz na zawsze osławionego Buonapartego. Złości się także na "fałszywe posunięcia, spowodowane raczej osobistą obawą [feldmarszałka] aniżeli błędną oceną sytuacji", który, nadkładając osiemdziesiąt wiorst [50 mil] drogi", utracił z oczu Francuzów.
"W jego obecności z trudnością przychodziło mi nawet przyzwoite zachowanie. Jego słabość obrażała mnie do tego stopnia, że zadeklarowałem, iż jeśli pozostanie naczelnym dowódcą, to będę zmuszony wystąpić z jego armii".
Prawdopodobnie nic nie sprawiłoby Kutuzowowi większej przyjemności. Czuje się on prześladowany przez wszystkich wokół siebie; otoczony jest też rojem intryg. Zaś jego armia także jest niemal pozbawiona zapasów żywności, gdy z uporem przebija się traktem medyńskim. Trakt smoleński jest przynajmniej w lepszym stanie.
"Opuściwszy orne pola, które kosztowały nas utratę co najmniej 10 000 pojazdów", armia zaczyna ruszać się szybciej. Najpierw wyruszają żałosne szczątki westfalskiego VIII Korpusu Junota. Za nimi - Gwardia Cesarska. Potem III Korpus. Potem IV Korpus Eugeniusza. Na końcu - o jeden dzień marszu z tyłu -tak niegdyś potężny I Korpus Davouta. Każda jednostka po kolei przekracza poprzecinany wąwozami teren pod Możajskiem - owe wąwozy, gdzie 8 września impulsywność Murata doprowadziła do śmierci tak wielu jego żołnierzy - i znika w położonych dalej lasach. Za nimi, o czym wszyscy dobrze wiedzą, rozciąga się pole tamtej strasznej bitwy. Pamiętają też dobrze, że na innych pobojowiskach Napoleon zarządzał upamiętniające bitwy defilady - na przykład pod Austerlitz. Nikt jednak nie myśli, aby coś takiego odbyło się tutaj. Pierwsze, co widzą, wychodząc z lasu, to - po prawej - "szczątki chat, gdzie obozował Kutuzow" i gdzie podjął rozstrzygającą decyzję o odwrocie i - w razie potrzeby - nawet oddaniu nieprzyjacielowi Moskwy. Większa część żałobnej sceny rozciąga się jednak po lewej stronie. Porucznik von Muraldt z należącego do IV Korpusu 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich na zawsze miał zapamiętać, że "dzień był zimny, a wściekle wirujący śnieg, miotany na nas lodowatym wiatrem, nie rozpraszał bynajmniej naszych ponurych myśli". Dumonceau, jak zwykle jadący na czele resztek Gwardii, "przekraczając most w Borodino, gdzie padło tak wielu",5 z trudnością rozpoznaje
"pokryte śniegiem dawne reduty. Białe na tle ciemnego horyzontu, wyglądały już tylko na bezkształtne pagórki. Cała równina, wtedy tak ożywiona i pełna zgiełku, była teraz jedynie ogromnym pustkowiem".
Jedynym znakiem życia, jaki dostrzega Dumonceau jest "samotny jeździec, niewątpliwie wypatrujący jakiejś pamiątki lub wspominający przeszłość". A także "ogromne stada czarnych wron, jakie od kilku dni ciągnęły za nami - jakby za pewnym łupem - niczym żałobny orszak, do którego zdążyliśmy się już przyzwyczaić,". Przez całą drogę widzimy ślady ich diabolicznej działalności, widoczne po obu stronach drogi w postaci "krwawych plam, bezładnie porozrzucanych po śniegu, z którego wystają ohydne szczątki na wpół zjedzonych trupów". Mailly-Nesle i jego uprzywilejowani towarzysze, wyglądając z okien powozu, zauważają, że martwi
"niemal nie ulegli jeszcze rozkładowi i zachowali coś, co można by nazwać wyrazem twarzy. Niemal wszyscy mieli szeroko otwarte oczy. Brody urosły im ponad wszelką dopuszczalną w owej epoce miarę. Ich policzki, pokryte ceglastymi lub ciemnoniebieskimi żyłkami, przydawały im obrzydliwego i niechlujnego wyglądu".
Jadący bezpośrednio za CKG inny arystokratyczny oficer, kwatermistrz Anatole de Montesquiou, jest przerażony, widząc "jakiegoś rannego w tamtej bitwie Francuza, którego pozostawiono bez żadnej pomocy. Usiadł sobie, plecami wsparty o pień stojącego na poboczu drogi drzewa i czekał na przejazd Cesarza. Gdy tylko go ujrzał, podczołgał się do niego na czworakach i oskarżył go o wszystkie cierpienia, jakich doznał, będąc tak okrutnie porzuconym. Potem przeklinał wojnę i prorokował, że sam Cesarz też kiedyś zostanie porzucony i zapomniany. Cesarz nie okazał nic prócz współczucia. Zwróciwszy się do jadących za nim oficerów, powiedział, 'Każcie położyć tego biedaka w jakimś powozie i otoczcie go wszelką możliwą opieką'". Kapitan K. F. E. Von Suckow, który w swoim czasie musiał pozostawić swoich martwych Wirtemberczyków bez pogrzebu, stwierdza, że
"sławne pole bitwy jest dokładnie w takim samym stanie, w jakim pozostawiliśmy je 8, czy 9 września. Ponad 20 000 ludzkich i końskich trupów leżało w miejscu, gdzie padło, w stanie mniejszego lub większego rozkładu".
Jedyną różnicą, jaką dostrzega starszy chirurg von Roos z 3 Pułku Szaserów Wirtemberskich, jest to, "że od owego krwawego dnia trawa zdążyła znacznie urosnąć". Nieopodal Wielkiej Reduty, najkrwawszego miejsca całej bitwy, von Suckow dostrzega jakiś wystający z ziemi obiekt. Zaciekawiony podjeżdża bliżej, aby się mu przyjrzeć. Jest to
"prosty pal sosnowy, wbity w ziemię, do którego przymocowana jest tabliczka. Widnieje na niej wykonany atramentem i na wpół rozmyty przez deszcze napis: 'Tutaj leży generał Montbrun. Przechodniu, z jakiegokolwiek jesteś narodu, uczcij te prochy! Należą one do najdzielniejszego żołnierza na świecie. Ten skromny pomnik na jego cześć wzniesiony został z rozkazu jego wiernego przyjaciela, marszałka Neya'".
Nieco dalej Włosi widzą słynną Wielką Redutę, "wznoszącą się ponad terenem niczym piramida na pustyni". Pozostawiwszy sztab Eugeniusza, także i Labaume wjeżdża na nią i wspina się na coś, co może być tylko stosem trupów. Ze szczytu reduty, o którą toczono tak gorące walki, widzi samotnego żołnierza, "którego nieruchoma postać wyglądała z tej odległości jak pomnik". Słyszy jednak także głosy jakichś wzywających pomocy nieszczęśników:
"Jednym z nich był żołnierz francuski, który stracił obie nogi i przez dwa miesiące żywił się tylko wodą ze strumienia, ziołami, korzonkami i tymi kilkoma kawałkami chleba, jakie znalazł przy zwłokach, nocami sypiając w pozbawionych wnętrzności brzuchach trupów końskich. Generał zlitował się nad nim i wziął go do swojego powozu".
Osiągnąwszy strumień Kołocza, IV Korpus przekracza go co najmniej tak ostrożnie, jak czynił to, poruszając się w przeciwnym kierunku , aby szturmować Wielką Redutę "Rajewskiego", najpierw bezskutecznie, potem z sukcesem:
"Zbocze prowadzące ku rzeczce było tak strome, a ziemia tak śliska, że ludzie i konie bezustannie przewracali się na siebie. Ze wszystkich stron otaczały nas szkielety końskie i na wpół zakopane trupy, poplamione krwią płaszcze, kości obgryzione przez psy i drapieżne ptaki oraz szczątki uzbrojenia, bębny, hełmy i pancerze. Znaleźliśmy tam także strzępy sztandarów. Z widocznych na nich emblematów mogliśmy ocenić, jak bardzo moskiewski orzeł ucierpiał owego krwawego dnia. Przechodząc przez rejon swoich dawnych wyczynów, nasi żołnierze z dumą pokazywali sobie miejsca, gdzie walczyły ich pułki".
Von Muraldta, smętnie kontemplującego scenę bitwy, nachodzi refleksja, że
"jednak masa przelanej na tej ziemi krwi i przewaga zdobyta w tak konwulsyjnych wysiłkach nie doprowadziły do niczego poza odwrotem, wśród bezprecedensowych trudności i cierpień".
Martwi przynajmniej mają spokój. Kilka mil dalej, już za sceną tych strasznych wydarzeń, pokazuje się inne, na swój sposób jeszcze bardziej makabryczne miejsce. Ogromny, otoczony murami i basztami budynek Monastyru Kołockiego, który starszy adiutant włoskiej Guardia d'Onore, Cesare de Laugier, wziął (5 września, gdy ujrzał go w oddali po raz pierwszy), za całe miasto. Podczas bitwy i bezpośrednio po niej monastyr służył za szpital armii, a Naczelny Chirurg, baron Dominique-Jean Larrey przeprowadził tu mnóstwo amputacji. Teraz pułkownikowi Fezensacowi miejsce to przypomina "jedynie ogromny cmentarz". Wszyscy zamieszkujący go niegdyś mnisi uciekli.
Przeżyło jedynie 2000 ze zgromadzonych tam 20 000 rannych.
Choć Larrey odnajduje punkty opatrunkowe, jakie niegdyś tam zainstalował, to stwierdza, że
"nikt nie zadał sobie trudu, aby korzystając z pięknej pogody ewakuować rannych. Tłoczyli się oni w cuchnącej, pełnej zarazy, ze wszystkich stron otoczonej trupami stodole, nie otrzymując prawie żadnej żywności, zmuszeni jeść głąby kapuściane gotowane z koniną, aby oddalić widmo głodu. Z powodu wielkiego niedostatku płótna ich rany rzadko kiedy były opatrzone. Chirurdzy sami musieli prać bandaże i kompresy". Belgijski chirurg, D. De Kerkhove, jest tak przerażony, że "pióro odmawia mu posłuszeństwa, gdy pragnie opisać cierpienia, jakie znosić musieli chorzy i ranni". Cóż się stało z zapasami lekarstw, żywności, jakie zostały wysłane z Moskwy? Lekarz jest przekonany, że najszczęśliwsi są ci, co już zmarli. Gdy za Gwardią Cesarską przybywa III Korpus, Napoleon natychmiast rozkazuje brygadzie złożonej z 200 szaserów i lekkiej piechoty wirtemberskiej przenieść wszystkich rannych na wozy markietanów. Chirurg Roos widzi jak jego Wirtemberczycy wynoszą rannych na zewnątrz, a oficerowie wskazują im, gdzie mają ich umieszczać. Choć żołnierze uskarżali się na narzucony im dodatkowy wysiłek, to
"rozkaz został wykonany w najstaranniejszy sposób, a całą robotę ukończono w półtorej godziny. Każdy powóz, choćby należący do marszałka, czy pułkownika, każdy wóz, każdy wózek kantynierki, każda dorożka muszą zabrać jednego lub dwóch rannych".
Nawet kapryśny Mailly-Nesle i jego wesoła kompania muszą się trochę posunąć: "Do opieki nad rannymi, co z oddaniem czynił, przydzielony został jeden z forysiów cesarskich, nazwiskiem Mouet". Dumonceau, dość długo stojący przed główną bramą, widzi jak nieopodal sam Larrey "kieruje odprawianiem rannych, podnosząc ich na duchu rzucanymi uwagami". Choć niektórzy z rannych muszą "wlec się na piechotę, nawet o kulach", to belgijskiego kapitana uderza fakt, iż wszyscy "cieszą się i dziarsko wyruszają w drogę". Może instynktownie uprzytamniają sobie, że mają więcej szczęścia, przynajmniej na razie, od tych, co leżą na wozach.
Dla tych ostatnich podróż okaże się krótką. "Mimo że zamiary Cesarza były dobre", oznajmia skromny i pobożny, choć przerażony chirurg Roos,
"los biednych rannych wiele się nie polepszył. Trafili w ręce prostackich woźniców, pogardzających nimi kamerdynerów, brutalnych markietanów, nowobogackich i aroganckich kobiet, pozbawionych litości towarzyszy broni i całego kłębiącego się w taborach motłochu. Wszyscy ci ludzie jedno tylko mają na myśli - jak się pozbyć powierzonych ich opiece rannych".
Neapolitański adiutant Murata, pułkownik M.-J.-T. Rossetti, słyszy od niedołężnego generała kawalerii Lahoussaye'a, który podróżuje sobie wygodnie w swoim powozie zamiast pomóc swemu przełożonemu, Grouchy'emu, idącemu w straży tylnej, że "wiwandierki, których wózki obładowane były łupami z Moskwy i które nie przyjęły rannych bez szemrania na to dodatkowe obciążenie" rozmyślnie pozostają z tyłu i pozwalają kolumnie się wyprzedzić.
"Wtedy, doczekawszy się chwili, gdy są wreszcie same, wrzucają wszystkich powierzonych ich opiece nieszczęśników do przydrożnych rowów. Jeden tylko okazał się na tyle wytrzymały, aby przeżyć i zostać zabranym przez pierwszy przejeżdżający obok powóz".
Wielki koniuszy nigdy dotąd nie widział, ani nigdy już w przyszłości nie miał ujrzeć
"widoku tak potwornego, jak marsz naszej armii 48 godzin po opuszczeniu Możajska. Wszystkie serca zamknęły się na uczucie litości, czy to z obawy przed głodem, przed utratą przeładowanych pojazdów, czy przed ujrzeniem, jak padają głodujące i wyczerpane konie. Ciągle się wzdragam, gdy opowiadam wam, jak widziałem ludzi rozmyślnie rozpędzających swoje konie na wyboistym terenie, aby pozrzucać obciążających ich powozy nieszczęśników. Choć wiedzieli, że pokaleczą ich konie lub zmiażdżą koła, śmiali się zgoła triumfalnie, gdy kolejny wstrząs uwalniał ich od jednego z tych biedaków. Każdy myślał tylko i wyłącznie o sobie".
Jeszcze raz powraca sprawa Możajska. Gdy Larrey słyszy o zrzucanych do rowów rannych - skarży się Napoleonowi. Ów zaś każe rozstrzelać kilku najbardziej winnych. Przez cały ten "długi i bolesny dzień" Rosetti i inni obecni w CKG
"co chwila słyszą detonacje. Są to wozy amunicyjne wysadzane w powietrze z powodu braku koni pociągowych".
Gdzieś na czele kolumny spędzonych zostaje około 3000 jeńców rosyjskich, choć nikt nie ma dla nich ani odrobiny żywności:
"Stłoczonym jak bydło, nie wolno im było oddalić się choćby o jard z tego miejsca. Porozkładani na lodzie [sic], wszyscy, którzy nie chcieli zginąć, jedli ciała swoich towarzyszy, zmarłych przed chwilą z nędzy".
Teraz zaś, "trzy mile przed Gżackiem", trafia się kolejny okropny widok, diabolicznego zgoła pochodzenia:
"Na lewo od drogi leżało około 200 świeżo zabitych Rosjan. Zauważyliśmy, że wszyscy oni mieli głowy roztrzaskane w identyczny sposób, a krew i mózg rozlewały się pod nimi".
Zostali oni właśnie zastrzeleni przez eskortujących ich Hiszpanów i Portugalczyków. "My wszyscy, zależnie od charakteru, albo aprobowaliśmy takie postępowanie, albo pozostawaliśmy obojętni. Cesarz milczał ze smutkiem." Inaczej zachował się kapitan Józef Załuski, który widział ich już wcześniej, gdy przejeżdżał obok na czele polskich Szwoleżerów Gwardii razem z dowódcą pułku, generałem Krasińskim:
"Byliśmy przerażeni. Wstrząśnięty Krasiński pogalopował naprzód, do jakiegoś portugalskiego pułkownika, będącego oficerem odpowiedzialnym za czoło kolumny. Zaczął czynić mu wyrzuty za tak barbarzyńskie, niczym nie dające się usprawiedliwić okrucieństwo. Portugalczyk przyjął te spostrzeżenia bardzo obojętnie i odpowiedział w wielce niewłaściwy sposób. Nie było to miejsce ani czas na dyskusję. Krasiński pośpiesznie ruszył do sztabu Cesarza i opowiedział, jak potraktowani zostali jeńcy. Cesarz natychmiast wysłał Gourgauda, swojego officier d'ordonnance, aby uzyskał wyjaśnienia odnośnie tego incydentu".
Polski hrabia i oficer artylerii Roman Sołtyk, maszerujący z oddziałem topograficznym CKG, słyszał nawet strzały:
"Ku mojemu przerażeniu dowiedziałem się, że wlokący się nieopodal jeńcy zostali zastrzeleni przez ich hiszpańską eskortę. Żołnierze hiszpańscy na próżno popędzali ich ciosami kolb, wszyscy jeńcy padli w końcu z wycieńczenia. Wtedy owi barbarzyńcy strzelili po prostu każdemu w ucho i w ten sposób wykończyli wszystkich".
Roos naliczył "osiem takich ciał", a po przybyciu do Gżacka dowiedział się, że owa, z zimną krwią dokonana, masakra była dziełem "jakichś badeńskich grenadierów"9, którzy otrzymali okrutny rozkaz zabicia
"wszystkich jeńców, jacy okażą się zbyt wyczerpani i niezdolni do marszu". Także i Fezensac słyszy, że jeńcy zostali zastrzeleni przez oddziały pochodzące z Konfederacji Reńskiej:
"Muszę oddać sprawiedliwość żołnierzom mojego pułku i powiedzieć, że byli wstrząśnięci. Uprzytomnili sobie także, iż nieprzyjaciel na widok takiego barbarzyństwa może zapłonąć pragnieniem, aby równie okrutnie zemścić się na nich samych, gdyby wpadli w jego ręce".
Sołtyk, gorący wielbiciel Napoleona, najwyraźniej nie jest w stanie uwierzyć, aby jego bohater mógł popierać takie morderstwa: "Gdy tylko dowiedział się o tych potwornych egzekucjach, okazał skrajne niezadowolenie i natychmiast położył im kres". Zarówno Rosetti jak i Roos zgodnie zauważają też, iż "mordy te ustały następnego dnia, gdy między Gżackiem a Wiaźmą zaczęli nękać nas Kozacy". Wszyscy czują, że odwrót odbywa się zbyt wolno, a nawet ciągnie się w iście ślimaczym tempie. Odium za to spadło na nielubianego Davouta, choć niektórzy - powiada Labaume - bronili sposobu w jaki postępował:
"Zbyt pośpieszny odwrót zdwoiłby odwagę nieprzyjaciela. Gdyby straż tylna nie stawała do walki, lekka kawaleria wroga mogłaby posiekać ją na kawałki".
Tego ranka I Korpus właśnie opuścił Możajsk, a za nim ciągnęły coraz liczniejsze roje Kozaków, którzy próbowali go odciąć, a przynajmniej opóźnić jego marsz. Zaraz po opuszczeniu tego, co pozostało z Możajska, szef sztabu korpusu - Lejeune, widzi jak nieprzyjaciel "bezskutecznie usiłuje przebić się tuż przed nami. Musieli ograniczyć się do pościgu i krótkotrwałego ostrzeliwania jednego z naszych dużych konwojów, który, będąc znacznie opóźnionym, musiał po wyjściu z miasta przejść przed ich frontem. Ich kule czyniły straszne spustoszenie w konwoju złożonym z kilkuset kiepsko zaprzężonych pojazdów, wiozących wielu rannych, a także żony i dzieci francuskich przedsiębiorców mieszkających w Moskwie, którzy zostali obrabowani i musieli uciekać przed Rosjanami. Był tam nawet personel moskiewskiego Teatru Francuskiego".
Lejeune wie, że w tym właśnie konwoju znajduje się także jego na wpół ociemniała siostra. Powóz, w którym wyprawił ją w swoim czasie z Moskwy należy do niego.
"Zadbał także, aby zaopatrzyć go w żywność i futra, oraz zaprząc do niego trzy dobre konie, z dobrymi koniuszymi, i wyprawić w drogę pod ochroną kilku naszych rannych generałów, a przede wszystkim pod opieką Opatrzności".
Teraz baron ma szczęście i udaje mu się wyrwać pojazd wraz z siostrą z ogarniętego paniką konwoju:
"Jej stangret zapewnił mnie, że cała trójka koni jest nadal w dobrym stanie i pełna wigoru. Zapytałem więc siostrę: 'Czy potrafisz stawić czoła armatom?' Drżąc odpowiedziała: 'Uczynię, co tylko zechcesz'. Natychmiast też powiedziałem stangretowi: 'Przejedź galopem przez tę równinę; kule armatnie przelecą ci nad głową. W ten sposób osiągniesz czoło kolumny, gdzie już będziesz mógł ruszać dalej bez przeszkód i zatrzymywania się'. Moja rada okazała się dobra - udało mu się".
Usłyszawszy po raz pierwszy podczas odwrotu armaty kozackie, maszerujący z 85. Pułkiem Liniowym Le Roy wie już, co o tym sądzić:
"Mieliśmy odtąd być nieustannie ścigani przez armię nieprzyjacielską i przez całą ludność tej dzikiej krainy. Żeby wyrwać się z rąk tych barbarzyńców mogliśmy liczyć tylko na własną odwagę i męstwo".
Docierając do Kołoczy, idący na samym końcu straży tylnej Griois stwierdza, że
"chwiejny mostek, jaki niegdyś przez nią przerzuciliśmy, jest zerwany.10 Sami z łatwością przekroczyliśmy rzeczkę w bród. Z działami jednak nie poszło tak łatwo. Mieli całą masę kłopotów, aby wyrwać je z mulistego dna i wyciągnąć na stromy brzeg. Kilka pojazdów pozostało w rzece. Dopiero gdy wydostaliśmy się z tej pułapki, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy na polu bitwy, które opuściliśmy siedem tygodni temu. Teraz nie mieliśmy już złudzeń!".
Gdy rzuca okiem na "wąwozy ciągle zaścielone porzuconą bronią", pułkownika także ogarniają
"smętne refleksje. Przyszłość jawiła się w ciemnych barwach. Rozpoznawałem kolejne pozycje jakie zajmowałem podczas bitwy. Królowała tam teraz cisza i pustka. Zajęły miejsce zgiełku tysięcy dział i niezliczonych mas ludzkich, które starły się tutaj dwa miesiące temu".
Czekając, aż jego artyleria przejdzie potok w bród ("ponieważ zmęczenie i złe wyżywienie koni pociągowych nie pozwoliło nam zrobić tego zbyt szybko") pułkownik słyszy, jak gdzieś z tyłu strzelają tym razem całkiem realne, a nie istniejące jedynie w wyobraźni, działa. To straż tylna (najwyraźniej Griois został z niej wycofany) "twardo stawiająca opór, aby zatrzymać nieco wroga, który zbyt mocno już nas przycisnął, i aby dać artylerii i bagażom zatykającym bród trochę czasu na wydostanie się stamtąd". Nieopodal Griois widzi samego Davouta, jak na piechotę popędza "jakieś izolowane jednostki poprzedzające jego straż tylną". Davout powiada mu, żeby ruszał. Łatwiej da się to jednak powiedzieć niż wykonać. Stopniowo jednak sam Griois, jak i jego przyjaciel - bystry, choć może niezbyt sympatyczny pułkownik Jumilhac - wydostają się i udają na biwak w wąwozie w pobliżu monastyru, który chroni ich przed kąsającym wiatrem. "Niedaleko, pod swoim namiotem urządził się generał Grouchy. Był to ostatni raz, gdy widziałem go podczas odwrotu. Ziemia była kompletnie przemarznięta". Griois widzi także opuszczonych rannych - "z których część została ewakuowana z Moskwy, zaś inni byli przyniesieni tutaj zaraz po bitwie".

Le Roy, Jacquet i Guillaume biwakują na samym polu walki. "Na lewo od nas znajdowały się słynne reduty. Z samego Borodino ostała się tylko cerkiew". Podobnie czyni Dromader z Egiptu. Przejście 20. Pułku przez Kołoczę jest szczególnie paskudne. "Po osiemnastu milach powolnego, męczącego marszu po pokrywającym grunt śniegu", kapitan François i jego ludzie nie mają
"nawet źdźbła słomy, aby się położyć. Nie mogliśmy też rozpalić ogniska, wiatr bowiem dął tak gwałtownie, że gasił je natychmiast, po każdej podejmowanej przez nas próbie. Moje konie wiozły jeszcze trochę jedzenia dla mnie samego, lecz nie było już niczego, aby nakarmić biedne szkapy oprócz odrobiny nadgniłych liści, jakie wywąchały sobie pod śniegiem. Francuzi przeklinali swój smutny los i niecierpliwie oczekiwali na wschód słońca, aby znów podjąć marsz, bez choćby odrobiny pożywienia, jakie pozwoliłoby im odzyskać siły".
Następnego ranka ostatnia jednostka Davouta, 7. Pułk Piechoty Lekkiej, przechodzi przez pobojowisko, a sierżant-karabinier Vincent Bernard widzi
"pod stopami tysięczne kawałki broni i sprzętu należące do obu armii. Tu i ówdzie widać też szczątki naszych kamratów poległych na polu chwały. Reduty, choć porozrywane, nadal stały, więc powspominaliśmy sobie zmienne koleje tej bitwy gigantów. Tę tutaj wzięliśmy na bagnety, tamta zaś odparła nasz atak. Chwalebne, choć bolesne wspomnienia!".
Gdy godzinę później także i on dociera wreszcie do opactwa, 7. Pułk Lekki zajmuje tam pozycje. "Nieprzyjaciel naciera na nas całą siłą". Istotnie, dochodzi wtedy do ostrej potyczki. Całe siły Płatowa, razem z artylerią, rzucają się na 30. Pułk Liniowy. Żołnierze kapitana François "nie mogą posunąć się nawet o tysiąc kroków bez konieczności zatrzymania się i wykonania w tył zwrot, choć bez strzelania - sam nasz ruch wystarcza, aby fanatycy uciekali. Zbliżali się na odległość stu kroków od nas i ogłuszali swoimi 'Hurra!'. Czasem oddawaliśmy do nich kilka salw z naszych dział. Gdy zbliżyliśmy się do wsi Kołockoje, połączyli się w jedną wielką grupę i zaatakowali cały nasz korpus. Odparliśmy ich po tym jak zabili nam kilku żołnierzy i przechwycili pięć wozów z amunicją".
Walka ta kosztowała 7. Pułk Lekkiej Piechoty "kilku zabitych i rannych. Ci ostatni nie zjawili się już pod sztandarami. Kilku pozostających jeszcze w opactwie rannych, [choć] prawie wyleczonych, także zostało porzuconych". (A może ofiary były większe? Czy też "przyjemne wieści", jakie dotarły do kwatery Kutuzowa, o tym że ludzie Płatowa zdobyli "20 armat i dwa sztandary oraz zniszczyli dwa bataliony w klasztorze Kolodi [sic] w pobliżu Borodina" były przesadzone, jak zresztą wiele twierdzeń Kozaków o ich własnych sukcesach?)
Tak, czy inaczej, oznacza to już koniec 2. Pułku Huzarów Pruskich. Pod ścianą monastyru jego oficerowie otrzymują wiadomość, że ich pułk został rozwiązany. Oni sami są skreśleni z listy kombatantów i mogą postąpić, jak im się podoba. Każdemu z nich wolno zabrać swojego ordynansa lub przyłączyć się do jakiegoś wybranego generała. Przed opuszczeniem pozycji Lejeune pragnie "sprawdzić, ilu nieprzyjaciół pojawiło się na równinie. Ruszam więc i wychodzę na taras monastyru, skąd stwierdzam, że stoję przed jakąś setką Kozaków, którzy zbliżają się w celu rekonesansu. Widząc mnie, wzięli nogi za pas, lecz gdy dostrzegli, że jestem sam, wkrótce wrócili, i z kolei ja sam ledwie miałem czas, aby dołączyć do własnych żołnierzy, którzy zdążyli już wyruszyć i znacznie się oddalić".
"Z Borowska do głównego traktu na Smoleńsk nie ma właściwie żadnej prawdziwej drogi. Musieliśmy ją sobie znaleźć, idąc przez lasy, pola i bagna". Trakt moskiewski [na Smoleńsk] jest jednak szeroki i przyzwoicie wybrukowany. Gdy wreszcie do niego dotarli, kapitan kirasjerów Bréaut des Marlots jest zaniepokojony widząc, jak każdy zaczyna "w większym lub mniejszym stopniu maszerować na własną rękę".
Duverger, płatnik w I Korpusie, widzi jak "płoną wszystkie wsie w naszym polu widzenia. Ruszaliśmy w kierunku Smoleńska jakby pomiędzy żywopłotami z płomieni. Powiadano, że były to środki konieczne dla spowolnienia pościgu nieprzyjaciela". Porzucenie tak wielu rannych także nie sprzyja utrzymaniu morale. "Każda jednostka", potwierdza Ségur, "wydawała się maszerować na własną rękę. Nie było sztabu, nie było rozkazów, żadnego węzła łączącego poszczególne jednostki". "Nie ma chyba żołnierza, który nie byłby przerażony na myśl o tym, co go jeszcze czeka", duma sobie kapitan Charles François, kuśtykając z tyłu razem z 30. Pułkiem Liniowym: "No i jesteśmy teraz zaledwie 120 mil od Moskwy, w samym środku zrujnowanego kraju, gdzie walczymy tylko przy świetle płonących budynków. Dzisiaj już szeregowiec, który dotąd zwykł był dzielić się swoim kęsem chleba z towarzyszem, jeśli w ogóle ma coś do zjedzenia, to starannie chowa tę odrobinę, jaką zatrzymał dla siebie".
Adiutant Murata Rosetti na pewno nie jest jedynym, który poczuje jak powietrze szczypie go w policzki. Nadchodzi zima: "Wystarczy, aby wiatr powiał kilka minut, a już da się odczuć, taki jest ostry i kąśliwy. W jednej chwili wszystko się zmienia - droga, twarze, odwaga żołnierzy. Wojsko zaczyna robić się smutne, marsz nużący, w szeregi wkrada się konsternacja". Lejeune rozkazuje, aby konie, które na zatłoczonej pojazdami drodze chwilowo tylko opadają z sił, lecz dadzą się z powrotem postawić na nogi,
"natychmiast zaprzęgać do wozów z rannymi. Zazwyczaj jednak nieszczęsne szkapy zdychały po kilku zaledwie krokach. Nasi ranni pozostawali więc tam - porzuceni. Gdy odchodziliśmy, opuszczając ich, słysząc ich krzyki, odwracając spojrzenia, musieliśmy zaprawdę mieć serca z kamienia. Dzień ten [30 października] był długi i smętny. Musieliśmy maszerować całą noc, w zimnie, które coraz bardziej dawało się we znaki. Trzeba było dotrzeć do Gżacka przed nieprzyjacielem, który forsownym marszem przez pola starał się dostać tam pierwszy".
CKG była w Gżacku już od wieczora poprzedniego dnia. Po mieście, które zaledwie dwa miesiące temu było "jednym z najprężniej rozwijających się ośrodków handlowych w Rosji - gdzie wyrabiano skóry, płótna, smołę i liny dla marynarki" - nie zostało prawie nic. Wszystkie drewniane domy, tak bezmyślnie spalone w przeddzień bitwy,
"znikły niemal bez śladu. Obserwatorom mogło się wydawać, że znajdują się w wypalonym lesie". Gżack był jednym wielkim pogorzeliskiem. Stały jeszcze tylko kamienice przy głównej ulicy. Jest zimno, ale za to jaskrawo świeci słońce. Caulaincourt, który od samej Wiereji maszeruje na piechotę "i uważa, że mu to służy, ponieważ nie cierpi tak bardzo z zimna", zauważa, jak bardzo obniżyła się temperatura: "W Borowsku zaczęliśmy odczuwać zimno. Na razie jednak grunt zamarzał tylko przy powierzchni. Pogoda była ładna i nocą dało się wytrzymać na otwartym powietrzu, jeśli rozpaliło się ognisko. Tutaj, w Gżacku, zima dawała się już wyraźnie we znaki".
Tutaj też trafia się - choć tylko CKG - nieoczekiwana gratka. Część konwoju, do pewnego już stopnia obrabowana przez Kozaków, pozostająca "pod opieką dwóch forysiów, okazuje się szczątkami zapasów wysłanych z Francji dla domu cesarskiego". Ponieważ konie zaczynają zawodzić, a nie ma innych środków, aby to wszystko zabrać ze sobą, zdecydowano o rozdzieleniu zapasów "i w kwaterze głównej panuje teraz obfitość wszystkiego. Najmarniejszymi winami są Clos-Vouillet i Chambertin" - szczęśliwie dla Napoleona, który niczego innego nie pija:
"Zbieraliśmy siły i rozkoszowaliśmy się dobrobytem, aby zachować dobre samopoczucie na czekające nas dni prawdziwej nędzy. Wszyscy mieli jeszcze trochę zapasów. Wydano niewielkie racje sucharów. Mimo zimnych nocy i kilku spłachetków gruntu, gdzie roztopy utrudniały pochód, ludzie nadal byli w stanie podjąć długi marsz".
Odmiennie ma się sprawa z końmi. Najważniejszym obowiązkiem Caulaincourta jest zachować je w dobrej formie:
"Były wymęczone koniecznością oddalania się o sześć mil od drogi, aby znaleźć nieco paszy, która na dodatek była kiepskiej jakości. Potem, kosztem wielkiego niebezpieczeństwa i zmęczenia, sprowadzano je z powrotem. Wszystkie, poza najsilniejszymi, były niemal umierające. Zaprzęgano zatem konie rezerwowe, ale ponieważ nie mieliśmy ich w dostatecznej liczbie, zaczynaliśmy już porzucać niektóre pojazdy".
Jedna ze stojących jeszcze w Gżacku kamienic została wykorzystana na szpital. Gdy do miasta dociera III Korpus, dowódcy pułków otrzymują rozkaz udania się tam i zidentyfikowania wszystkich rannych ze swoich regimentów. Fezensac "jest wstrząśnięty, widząc, że chorzy zostali pozostawieni bez lekarstw, bez jedzenia, bez jakiejkolwiek pomocy. Wśród uchodźców wszelkiej proweniencji, barykadujących schody, korytarze i hole", pułkownik ledwo przeciska się do środka, lecz jest "zachwycony, gdy widzi, że może ocalić kilku żołnierzy" z 4. Pułku Liniowego. Jakież to jednak szczęście! Wkrótce potem, Dr Réné Bourgeois też jest przerażony, widząc, że nikt tak naprawdę nie przejmuje się tymi chorymi. Jedyną rzeczą, do jakiej zdrowi są jeszcze zdolni, to samemu utrzymać się przy życiu, a wiwandierki i oficerscy służący, powożący wozami i wózkami
"rychło się ich pozbywają, wyrzucając gdzieś przy drodze lub celowo zapominając o nich na biwakach. Żaden z nich nie dotrze do Smoleńska".
Ranni generałowie to oczywiście całkiem inna sprawa. Rapp nigdy dotąd nie widział jeszcze tak wielu rannych generałów:
"Generał Friant, którego rany dotąd się nie zagoiły, generał Durosnel, cały niemal czas cierpiący na białą gorączkę; generał Belliard [szef sztabu Murata], który został trafiony kulą karabinową pod Borodino ..." a właściwie w jednym z wąwozów pod Możajskiem. Do swojej listy Rapp mógłby dodać także Dedema, którego posiniaczona jeszcze w sierpniu pod Smoleńskiem pierś, ciągle się właściwie nie zagoiła i sprawia mu coraz większy ból.
Wydarza się też coś szokującego, co źle wróży na przyszłość. Von Suckow, zaproszony przez kilku grenadierów ze Starej Gwardii, aby skorzystał z miejsca przy ich ognisku palącym się obok na wpół rozwalonej ściany, jest świadkiem czegoś, co nie tylko zadziwia go, lecz także napełnia głęboką obawą:
"Zaledwie się tam usadowiłem, gdy do moich grenadierów podszedł jeden ze sztabowych oficerów, tych co to noszą takie eleganckie mundury - niebieskie z czerwoną kamizelką i srebrnymi sznurami naramiennymi w stylu huzarskim - i poprosił ich, aby zwolnili swoje miłe i ciepłe miejsce na rzecz generała NN i oficerów jego sztabu. Jakżeż byłem zdumiony - ja, niemiecki oficer przywykły do najsurowszej dyscypliny - gdy usłyszałem, jak jeden z grenadierów wstał i powiedział głośno:
- 'Mon officier, nie ma już żadnych generałów. Są tylko nieszczęśnicy. My w każdym razie tutaj zostajemy.'
Tamten wycofał się bez słowa".
Tego samego wieczora chirurg Roos jest zdziwiony, gdy natyka się na jakiegoś oficera, który - całkiem dobrowolnie - zebrał grupę swoich szaserów i, pragnąc zobaczyć Moskwę, przyprowadził ich tutaj aż znad Niemna:
"Przybył jednak za późno. Ciągle byliśmy zgromadzeni wokół ogniska, gdy usłyszeliśmy, że ze Stuttgartu przyjechał nasz król, przywożąc pieniądze dla szeregowców, a także odznaczenia i honorowe szable, złote medale oraz, oczywiście, nagrody pieniężne dla oficerów i żołnierzy, którzy się wyróżnili"
. Wszystko to może być satysfakcjonujące, ale w obecnych okolicznościach nie przynosi najmniejszego pożytku. Dla kontrastu - Roos widzi, że wielu żołnierzy dopiero teraz próbuje podkuć swoje konie na ostro na okres zimy. Ale przecież w sześcio, czy siedmiomilowym pasie zniszczonych wiosek po obu stronach drogi nie ma "ani źdźbła siana", aby je nakarmić. Choć major Bonnet, po przybyciu do Gżacka, zostaje wysłany z 300 żołnierzami 18. Pułku Liniowego na wyprawę po furaż, nie znajduje ani ziarenka w żadnej z wiosek. "Wynieśli się stamtąd wszyscy mieszkańcy i ich czworonogi. Wróciliśmy absolutnie bez niczego". 85. Pułk Liniowy, przybywając tam - razem z I Korpusem - w dniu następnym, trafia
"na kiepsko odbudowany most i ma mnóstwo kłopotów z przedostaniem się na drugi brzeg, blokują go grupy ludzi i pojazdów. Korek nad rzeką i brak jakichkolwiek rozkazów powodują, że wkrótce oba nieszczęsne, kiepsko odbudowane mosty zapadają się. Bagnisty grunt na przyczółkach nie mógł utrzymać ciężaru pojazdów. Wiele z nich utkwiło tam na dobre".
Ku swojemu rozczarowaniu Le Roy widzi wśród nich "wóz należący do mojego dawnego batalionu, w którym nadal znajduje się mój kufer".
Zdolny Guillaume potrafił jednak uratować wiele z jego zawartości. Dywizja piechoty wirtemberskiego III Korpusu zdążyła do tej pory zmaleć do dwóch zaledwie plutonów. Następnego ranka opuszcza ona to, co niegdyś było "ślicznym miasteczkiem o nazwie Gżack" i do późnego wieczora udaje się jej odpierać Kozaków, dopóki nie przejdzie cały, panikujący już, tłum maruderów. Jedna ze stóp von Suckowa zaczyna wyglądać na odmrożoną. Odzianemu w "podbity króliczymi skórkami szlafrok z czerwonego aksamitu", udaje mu się zatrzymać żółty powóz prowadzony przez bosonogą dziewczynę - Rosjankę, a powożony przez jakiegoś francuskiego przedsiębiorcę ze staromodnym garłaczem na kolanach, i namówić ich, żeby go podwieźli. W środku znajdują się dwie młode francuskie damy. Ruiny Gżacka zostają wreszcie za nimi. Jadąc przodem ze sztabem księcia Eugeniusza, Labaume widzi wokół siebie
"kraj deptany tysiącami kopyt końskich; ziemię, która wygląda, jakby nigdy nie była uprawiana. Im dalej się posuwamy, tym bardziej ziemia wydaje się pogrążać w żałobie". Maszerujące pułki są całkiem przemieszane z konwojami wszelkiego autoramentu. Konwój pruskiego porucznika Heinricha Augusta Vosslera, ze stu Wirtemberczykami rannymi pod Borodino ("w tym około 50 zdolnych do służby") dotarł niemal do samej Moskwy, gdy musiał zawrócić i został wchłonięty przez chaos odwrotu:
"Z każdym dniem kolumna rozrastała się, ponieważ dołączał do niej każdy podróżujący tą trasą, choćby ze względu na własne bezpieczeństwo, co proporcjonalnie zwiększało naszą siłę obronną. W ciągu paru dni znaleźliśmy się w towarzystwie generałów i oficerów wszystkich stopni, a były wśród nich reprezentowane wszystkie rodzaje broni. Tylko niewielu posiadało pełne wyposażenie. Niektórzy nieśli ze sobą uzbrojenie dziwacznych typów. Większość była nieuzbrojona. Wszyscy jednak, bez wyjątku, byli obciążeni wielką kolekcją łupów, od bezwartościowych szmat po najpiękniejsze szale, od postrzępionych baranic po kosztowne futra, od rozklekotanych wózków po pozłacane karety. Poza tym -nadal istniały różnice. Piechur ciągle szedł na piechotę, zaś kawalerzysta albo dosiadał jakiegoś konika, albo też dzielił jakiś pojazd z kilkoma towarzyszami, a przynajmniej już szedł - dopóki mógł poruszać nogami - przed swoją obładowaną bronią i przerażoną szkapą. Poza Francuzami byli tam Hiszpanie, Portugalczycy, Niemcy. Polacy, Dalmatyńczycy, Ilirowie, itp.".
Sierżant Bertrand uprzytamnia sobie teraz, że nie wszyscy ranni, którzy pozostają w tyle, zjawiają się ponownie, "coś, co od tej chwili ma się stać nieodmienną zasadą". Kapitan François dodaje, że "położenie armii jest straszne! Co się mnie tyczy, to od chwili opuszczenia Moskwy, mimo dwóch dziur po kulach w lewej nodze oraz kilku innych ran, które ciągle jeszcze nie pokryły się nawet strupami, maszerowałem cały czas z prawą stopą w bucie ze złamanym obcasem. Podobnie jednak jak wszyscy moi towarzysze broni, potrafię przewidywać takie kłopoty i nawet nie zaprzątam sobie głowy moimi ranami. Już ich nie opatruję, za to moja zdrowa noga rusza się jak maszyna".
Zawsze też
"następowały nam na pięty działa, a także Kozacy z nieregularnych oddziałów, którzy łączyli się z chłopami w zamiarze uczynienia nam tylu szkód, ile się dało. Ci ostatni, ujeżdżając jakieś żałosne szkapy, uzbrojeni byli w długie kije, na końcach których przymocowywali grot lancy lub długi gwóźdź. Od tej chwili musieliśmy stawać do walki jeden przeciw dziesięciu. Pewien karabinier z mojego pułku, poważnie ranny w głowę podczas naszej obrony Opactwa Kołockiego, maszerował sam na lewo od kolumny utworzonej przez naszą dywizję [Gérarda]. Napadnięty przez trzech Kozaków otrzymuje kilka uderzeń pikami i pada. Tamte dzikusy próbują go zabrać ze sobą. On jednak, sięgnąwszy do szabli, wstaje i zajmuje pozycję obronną z zamiarem stawiania oporu aż do śmierci. Rozpoczyna się nierówna walka. Na szczęście wrzaski Kozaków docierają do uszu towarzyszy nieszczęsnego karabiniera, którzy flankują kolumnę. Jakiś kapral zawraca, aby pomóc rannemu. Próbuje strzelać. Jego karabin nie wypala. Atakuje więc bagnetem i z pomocą karabiniera wkrótce eliminuje z walki trzech Kozaków, a dwóch pozostałych bierze do niewoli".
W pewnym momencie także Griois zmuszony jest bronić się prawie w pojedynkę. Wszystkie jego graty, zwłaszcza "te ostatki żywności, jakie nam jeszcze pozostały, nasze sprzęty kuchenne, garnek do gulaszu, menażka i czajnik obozowy" znajdują się "w małym rosyjskim wózku ręcznym, jaki znalazłem po drodze". Pułkownik nosi niedźwiedzie futro - drugą rzecz jaką nabył po drodze. Pierwsze bowiem zostało mu skradzione, a ciągle można jeszcze kupić coś takiego za 30 do 40 franków. Wyprzedziwszy swoje działa, jedzie sobie razem ze
"starszym adiutantem, dwoma kanonierami - ordynansami, bawarskim służącym oraz żołnierzem z taborów, który prowadzi wózek, jakieś 500 lub 600 kroków przed nimi, gdy na równinie zauważają kilku jeźdźców, których "nietypowy sposób jazdy oraz piki" wskazują, że są Kozakami:
"Gdy tylko taboryta zauważył nieprzyjaciela, natychmiast próbuje zawrócić. Jednak albo wózek nie skręca tak łatwo, albo żołnierz był zbyt gwałtowny, w każdym razie sworzeń mocujący przednie koła złamał się i nasze bagaże potoczyły się środkiem drogi. Choć łup pewnie niezbyt Kozaków interesował, to jednak zaatakowali. Ale przecież gra szła tutaj o nasze ostatnie zasoby! Mój adiutant i ja wyciągnęliśmy szable i chwyciliśmy za pistolety. Zajęliśmy pozycję przed naszym wózkiem, całkowicie zdecydowani go obronić, a mojemu służącemu i taborycie rozkazałem ocalić przynajmniej to, co było tam najcenniejszego, czyli żywność. Uczynili to z zapałem, nie dając się zastraszyć obecnością i okrzykami nieprzyjaciela. Niestety, odwrotnie było z ordynansami, na których nawet bardziej liczyłem. Jeden oddalił się pod pretekstem szukania pomocy, drugi zaś uciekł".
Choć pozostało ich teraz tylko dwóch, w dodatku kiepsko uzbrojonych, to Griois i jego starszy adiutant wyglądają na bardzo pewnych siebie. Razem z "kilkoma plutonami piechoty, które właśnie pokazały się w oddali", czyni to na Kozakach takie wrażenie, że ci, "pokręciwszy się trochę przed nami i pogroziwszy nam pikami i krzykiem", zabrali się i znikli. Po chwili, przenosząc tymczasowo najważniejsze rzeczy z rozbitego wózka na konie, Griois i starszy adiutant odnajdują jakiś porzucony pusty wóz amunicyjny, który może go z powodzeniem zastąpić.
"Tego wieczora wróciło do mnie moich dwóch kanonierów, bardzo wstydząc się swojego postępowania, a ja potraktowałem ich tak, jak na to zasługiwali. Zatrzymałem ich jednak przy sobie, ponieważ jeden potrafił gotować, drugi zaś służył mi za sekretarza".
Inni nie są w stanie się obronić. Porucznik Auvray, na przykład, cierpi "na dezynterię spowodowaną paskudztwem, jakie zmuszeni byliśmy jeść, aby nie umrzeć z głodu. Nie potrafiliśmy przejść obok strumienia, stawu czy rowu i nie napić się wody. Na dobitkę, na prawym podudziu miałem wrzód wielkości jajka, który od ośmiu dni sprawiał mi ogromny ból. Nie będąc w stanie ani iść, ani dosiąść konia, musiałem leżeć w poprzek siodła".
Dedem, "ciągle żywiący się zapasami, jakie zabrał ze sobą z Moskwy", zauważa jak kłoptliwy może się stać każdy, nawet niewielki strumień:
"Ponieważ z początku nie było mowy o powrocie traktem smoleńskim, nikt nie pomyślał o odbudowaniu mostków, jakie Rosjanie poniszczyli, wycofując się na Moskwę, a które my sami omijaliśmy z łatwością, dzięki panującej wtedy suszy i letnim upałom".
Teraz jednak owe mostki są ciągłym powodem opóźnień, na jakie nie za bardzo możemy sobie pozwolić:
"Teraz, gdy ponownie zaczęło padać, mostki te stały się niezbędne dla artylerii i powozów, a konieczność ich odbudowy cały czas wstrzymywała nasz marsz. Z przerażeniem patrzyliśmy, jak wiele pojazdów parkowało przed nimi en masse, skąd dopiero wyruszały na mostki pojedynczo i bardzo powoli. Biada tym powozom, które utknęły w mule! Były natychmiast przewracane, zaś ich właściciele, posiadający w nich wszystkie swoje zasoby, byli nagle narażeni na braki w zakresie podstawowych potrzeb!".
Są też przedsiębiorczy i nie wykazujący skrupułów oficerowie, którzy byli zdecydowani nie dopuścić do takiego zagrożenia. Na przykład pułkownik Chopin, dowódca artylerii w 1. Korpusie Kawalerii, którego Griois trochę znał i na którego biwaku - razem ze swoim przyjacielem Jumilhakiem oraz starszym adiutantem - zawsze mógł liczyć na przyjemność posilenia się odrobiną dobrej zupy, czy "kawałkiem mięsa. Na dokładkę można było wypić trochę dobrej kawy - rzadkość, a nawet skosztować czegoś jeszcze rzadszego - miodu pitnego z flaszki - napitku [robionego z miodu], który choć nie może się równać z winem, to jednak da się wypić. Pułkownik Chopin, iście szatański typek, przekonany, że istotną sprawą jest przeżyć i że przede wszystkim trzeba myśleć o sobie, od samego początku odwrotu zdążył zgromadzić wokół siebie jakiś tuzin swoich najczujniejszych kanonierów, cechujących się największą przedsiębiorczością. Zawsze jechał za nim duży, zaprzężony w dobre konie wóz, który każdego wieczora był miejscem zbiórki , gdzie każdy z jego kanonierów znosił to wszystko, co udało mu się zdobyć, czy to w wioskach, czy też kosztem pojedynczych żołnierzy, których siłą lub perswazją zmuszano do pozbycia się części swoich zapasów. W ten sposób bandzie rabusiów pana pułkownika (tak bowiem tylko można ją nazwać) nie brakowało niczego. Wóz był solidnie zapełniony, a już na pewno - jak wynikało z rozmów jego zaopatrzeniowców - nigdy nie pył pusty. Szczegóły te podał mi sam pułkownik Chopin. Nie starczyło mi odwagi, aby potępić sposób, w jaki wszedł w posiadanie obiadu, który właśnie spożywaliśmy, ale też nie potrafiłem się sam zdecydować na posunięcie się do stosowania podobnych metod".
Nawet najlepiej zaopatrzony wóz może się jednak załamać - a właściwie, to im bardziej go obciążyć, tym bardziej jest to prawdopodobne. Tak właśnie zdarza się z wozem chirurga Lagneau. Grupka jego ludzi, przed ostatecznym porzuceniem wraka, ładuje zapasy na konie ambulansowe, umieszczając je "w workach zwisających z obu stron". Nawet jego słynny namiot zostaje "załadowany, razem z kołkami, linkami, itp., na kozackiego konika, który wspaniale potrafił wyżywić się korą sosnową lub brzozową i chodzić po zboczach wąwozów jak psiak. Jego niepodkute kopyta rozrosły się w dół, tak że doskonale czepiały się lodu".
Docierając do miejsca codziennego wieczornego postoju, grupka rozbijała ów namiot. Aby szybciej schronić się przed lodowatym północnym wiatrem, każdy przykładał do tego ręki - generał, adiutant, kwatermistrz, płatnik, wreszcie i sam Lagneau. "Zrobiwszy to, wyładowywaliśmy zapasy i gromadziliśmy je w namiocie". Niektórzy z będących pod ich komendą saperów są doskonałymi kucharzami-amatorami i otrzymują za to swoją część zupy. Gdy ta się gotowała, "chroniliśmy się w naszym namiocie i było nam tak wygodnie, jak na jakiejś kwaterze w Niemczech".
Mało komu jest tak dobrze. Kapitan w 18. Pułku Liniowym, wicehrabia Pierre de Pelleport, widząc jak wozy i pojazdy wszelkiego rodzaju są porzucane na drodze, ponieważ ich zgłodniałe konie nie są w stanie uczynić choćby kroku na oblodzonej drodze, rozkazuje otworzyć wozy batalionowe swojego pułku:
"Oficerowie mogli zrobić ze swoją własnością, co im się podobało. Kazałem przeliczyć zawartość naszego wojskowego kufra. Zawierał on 120 000 franków w złocie. Podzieliłem je na kilka części. Każdy z oficerów, podoficerów i żołnierzy otrzymał małą sumkę, obiecując nie porzucać tego depozytu, jaki powierzyłem ich honorowi, oraz przekazać go towarzyszowi, gdyby przyszło umierać".
Gdy dywizja Młodej Gwardii generała Delaborde'a opuściła Moskwę, pogoda była z początku tak przyjemna, że młody służący Paula de Bourgoinga, Victor, przełożył swój płaszcz przez grzbiet konia, którego przywiązał do jednego z wozów Delaborde'a. Nagle okazało się, że i koń, i płaszcz zostały ukradzione. "Wszystko co, Wiktor miał teraz na zimę, to kamizelka z szarej sajety". Jednak Madame Anthony, jadąca zaraz za nim w dorożce, pożałowała młodego rodaka. W swoim bagażu teatralnym znalazła Victorowi wielki płaszcz z wykładanym kołnierzem, prawdopodobnie coś ze strojów, jakie prefekt pałacu de Bausset dostarczył w Moskwie, aby przedstawienia francuskiej trupy mogły dojść do skutku. Sam Paul de Bourgoing także trzęsie się przy obozowym ognisku. Jakżeż zimne stają się te noce! Jakimż był głupcem, że zamiast takiej "wspaniałej skóry z czarnego niedźwiedzia, albo szarego, czy białego wilka", które po pożarze Moskwy dostępne były w wielkim wyborze dla każdego, kto mógł za nie zapłacić, kupił sobie elegancką - lecz żałośnie nieskuteczną - podbitą futerkiem pelerynę z kapturem,
"naprawdę śliczną, w polskim stylu, z ciemnoniebieskiej tkaniny, bogato zdobioną jedwabnymi lamówkami i podbitą czarnymi barankami astrachańskimi, szczyt elegancji pod względem kroju i barwy".
W jego grupie znajduje się także pewien Rosjanin, który pozostał w Moskwie, gdy inni z niej uciekali i został gościem Delaborde'a, ale teraz ucieka przed - jak sobie to wyobraża - zemstą rodaków. Bourgoing przeklina właśnie siebie za młodzieńczą próżność i głupotę, gdypodchodzi do niego ów Rosjanin i oferuje mu zamianę eleganckiego polonaise na swoją czerwoną lisiurę: "Wierz mi", powiada, "nie dasz rady wytrzymać naszych 25 stopni mrozu".
Wdzięczny Bourgoing zgadza się na wymianę z wahaniem. "Jakaż jednak olbrzymia różnica!" Następnego ranka Rosjanin zresztą znika. Czyżby był szpiegiem? Tak, czy siak, przyjaźnili się przecież, a poza tym Bourgoing będzie mu zawdzięczał życie. Co się tyczy kobiet, to rzadko wychodzą ze swego powozu, chyba że wieczorami, gdy dołączają do kręgu zgromadzonych wokół ogniska Delaborde'a.
"Słyszeliśmy ich głosy, często drżące z niepokoju, gdy wołały do nas z oddali. W każdym razie podczas marszu towarzyszył im jeden gość z naszej grupki, w którym się zakochały".
Kolumna zaczyna już wyglądać raczej jak parada karnawałowa niż jak armia w odwrocie. Płatnik Duverger owija się "w damskie futro z podszewką z żółtej tafty. Rękawy były na mnie za długie. Nadmiar służył mi za chustkę do nosa". Istnieje teraz wielki popyt na wszystko, co przypomina futro i można za coś takiego uzyskać niemal każdą cenę. Wszyscy Wirtemberczycy zazdroszczą von Suckowowi jego podbitego królikami szlafroka:
"Pewien znaczny westfalski generał, tymczasowo zmuszony iść na piechotę jak prosty porucznik, kilkukrotnie mnie nachodził, oferując za niego bajońskie wręcz sumy. W tym czasie jednak pieniądze nie miały już żadnej wartości, widzieliśmy bowiem, że nic się nie da za nie kupić".
Nawet w CKG, z jej tuzinami koni, mułów i powozów, znikają wszelkie ślady cesarskiego splendoru. Z zapadnięciem zmroku, około 5 po południu, 30 października, Napoleon dociera do "ślicznego pałacyku w Wieliczewie":
"Nie została w nim ani jedna rama okienna. Z trudnością zdołano zebrać tyle ich szczątków, aby przygotować jeden pokój, który nadawałby się dla Cesarza i drugi dla Berthiera. Jedynym nietkniętym meblem była drewniana część stołu bilardowego".

3. PRZEBICIE SIĘ POD WIAŹMĄ

 

Obawy - F. A. Teste w Wiaźmie - rozstrzelanie jeńców rosyjskich -
kapitan Roeder rozstawia straż wokół kwatery Napoleona - Gwardia
łupi magazyny - "Nie jestem zwyczajny generał" - Miłoradowicz atakuje -
bitwa pod Wiaźmą - Ney obejmuje dowództwo straży tylnej


Teraz, gdy awangardy armii zbliżają się już do Wiaźmy - tego "nowo zbudowanego, liczącego 15 000 mieszkańców miasta, wyróżniającego się elegancją wielu swoich budynków", gdzie pod koniec sierpnia armia tak sobie używała, korzystając z obfitości gęsi i ryb - wszystkich znających jego topografię zaczynają nachodzić obawy. Wiaźma leży mianowicie, na skrzyżowaniu traktów na Możajsk i Medyń. Od chwili gdy Napoleon zrezygnował ze skorzystania z tego ostatniego, jako drogi swojego odwrotu, niewątpliwie ciągną nim Rosjanie, i to z zamiarem odcięcia armii Cesarza. Tego popołudnia, opuściwszy Rybki, Fain słyszy po drodze, że
"nasza straż przednia jeszcze nie doszła do miasta. Zdaje się, że Konownicyn, który właśnie zastąpił Płatowa, próbował zyskać nad nami kilka godzin marszu. Mamy nadzieję, że w Wiaźmie znajdą się dla nas jakieś zapasy. Nieprzyjaciel ustępuje nam jednak bardzo powoli, tak że obawiamy się, iż szykuje kolejny pożar".
O godzinie 5 po południu CKG zatrzymuje się "w najbliższym château [Wieliczewo], położonym na wzgórzach, jakieś trzy ligi od miasta".
Na południu, o 30 mil marszu, Wilson aż podskakuje ze złości na niedołęstwo Kutuzowa:
"Mieliśmy jeszcze 50 wiorst, aby dostać się do Wiaźmy i bardzo się obawiałem, że nie dojdziemy tam na czas. Gdybyśmy po opuszczeniu Małojarosławca ruszyli na Juchnow, o co wszyscy prosiliśmy marszałka, to bylibyśmy teraz przed Wiaźmą, na pozycji nie do ruszenia, mając szanse odzyskania, utraconej pod Małojarosławcem, wspaniałej okazji okrycia się chwałą".
Generał baron F. A. Teste został ranny pod Borodino. Zwolniony z dowództwa brygady, stawił się na Kremlu z ręką na temblaku i został przyjaźnie przyjęty:
"Zamierzam dać panu stanowisko warte co najmniej tyle, co poprzednie", powiedział Cesarz. "Proszę przygotować się do wyruszenia do Wiaźmy, gdzie zastąpisz pan Baraguaya d'Hilliersa na stanowisku gubernatora. Znajdziesz pan tam 8000 żołnierzy ze wszystkich rodzajów broni".
12 października Teste przybył z konwojem rannych do tego miasta,
"otoczonego wąwozami i położonego na ładnej wyżynie, panującej zarówno nad niziną jak i wejściem do ciaśniny, którą biegła droga Smoleńsk - Moskwa". Nie znalazł
"w nim ani jednego mieszkańca. Zanim zjawiliśmy się tutaj w sierpniu, miasto liczyło sobie 20 tysięcy dusz. Spośród 20 ocalałych z pożaru domów jedynie pięć lub sześć nadaje się, choćby w najmniejszym stopniu, do zamieszkania".
Zamieniwszy jeden z owych domów na szpital, Teste przeznaczył pozostałe na magazyny i rozesłał oddziały rekwizycyjne w osłonie kawalerii. Wszystkie one wróciły bez uszczerbku. Nawet po tym, jak większość tej kawalerii została mu 16 października niespodziewanie odebrana, z dużą przedsiębiorczością kontynuował zapełnianie swoich magazynów "wielkimi ilościami żywności przeznaczonej dla licznych pododdziałów, jakie zgodnie z otrzymanymi przez nas informacjami, miały nadejść ze Smoleńska, aby dołączyć do armii". Jednym z oddziałów rekwizycyjnych dowodził major H.P. Everts. Przybywszy do Wiaźmy dopiero 22 października, batalion Evertsa, wchodzący w skład (w przeważającej części holenderskiego) 33. Pułku Liniowego,3 udał się, w eskorcie konwoju należącego do Skarbu Cesarskiego, do następnego miasta na trakcie smoleńskim - Dorohobuża - po czym wrócił do Wiaźmy.
Przez cały ten czas Teste nie miał żadnych wiadomości z Moskwy. Ani słowa o odwrocie. Jedynie od konwoju przechodzącego przez miasto 18 października dowiedział się, że "komunikacja staje się coraz bardziej problematyczna".
W Wiaźmie znajduje się także Pułk Heskiej Gwardii Pieszej. Miesiąc wcześniej, 21 września o szóstej rano, wymaszerował on z Witebska do Smoleńska, gdzie miał stanowić część tamtejszego garnizonu.
Kapitan Franz Roeder wziął ze sobą swój wózek i kuca, "dwóch służących, psa i dwie kozy, jedną czarną, drugą białą, z kręconymi rogami", aby dostarczały mu mleka do kawki. Stopniowo, ku wzrastającej wściekłości temperamentnego Roedera, ulegała osłabieniu panująca w pułku ostra dyscyplina, a to z powodu głodu, narażenia na paskudną pogodę, a także - wcale nie w najmniejszym stopniu - niekompetentnych oficerów, którzy uważali, że wszystkie problemy można załatwić za pomocą knuta. To ostatnie nieustannie urażało ludzkiego, choć gorącokrwistego Roedera, który nie pojmował tej obojętności wobec mizerii podległych im żołnierzy. Dotarłszy do Smoleńska, pułk nadal liczył sobie "około 600 zdolnych do walki, w tym członków orkiestry, około 500 żołnierzy 1. batalionu - Osobistego Batalionu Księcia, oraz o jedną trzecią mniej w 2. batalionie". Stamtąd skierowani zostali do Wiaźmy, a po drodze, 7 października, niespodziewanie napotkali
"konwój z amunicją eskortowany przez Pułk Flankierów, powracający do Smoleńska. Jego dowódca powiedział nam, że wszystkie konwoje otrzymały, albo wkrótce otrzymają, rozkaz powrotu, i z pewnością tak samo będzie również w naszym przypadku".
Flankierzy należą do Młodej Gwardii, do której przydzieleni są także Hesi. Roeder, człowiek dla którego kampania jest prawdziwą pasją, pragnący ciągle nowych wrażeń i doświadczeń, uważał za "irytujące" nie mieć szansy ujrzeć Moskwy, owego legendarnego miasta. Z drugiej strony już od dawna był pesymistą, co do wyniku tej kampanii, a zatem uważał powrót konwoju za"dobrą nowinę, ponieważ oznaczać mogła albo przerwanie działań wojennych i nadzieje na pokój, albo to, że Cesarz wracał na leża zimowe w Polsce i nie zamierzał narażać nas na spędzenie zimy w miejscu tak daleko wysuniętym w głąb Rosji".
Wkrótce jednak zaczynają się dziać znacznie gorsze rzeczy. W dzienniku Roedera pod datą 9 października znajduje się wpis:
"Dzisiaj znaleźliśmy na drodze rosyjskiego żołnierza, który został niedługo przedtem zastrzelony. Był to jeniec, który z powodu osłabienia, choroby, a może jedynie rany w stopie, nie był już w stanie iść dalej, więc zgodnie z rozkazami został zastrzelony przez eskortę!".
Poprzedniego dnia Hesi spotkali jednostkę, która wykonywała te egzekucje:
"czterystu Włochów z 2. Pułku. Jej dowódca pozwolił na rozstrzelanie trzydziestu jeńców podczas naszego pobytu w Dorohobużu, ponieważ jako chorzy nie byli w stanie iść dalej".
Roeder, jak każdy oficer pozostający przy zdrowych zmysłach, natychmiast uprzytomnił sobie konsekwencje takiego postępowania.
"Wyglądało na to, że do nikogo nie dociera, iż oznacza to, że Rosjanie znajdą sobie usprawiedliwienie, aby mścić się na naszych jeńcach". A jednak do kolejnej takiej masakry dochodzi w Wiaźmie 10 października. Zaś sześć dni później
"zaczęły krążyć wieści, że kilkuset uzbrojonych chłopów i Kozaków, którzy swoją bazę operacyjną mieli jakieś pięć lig stąd, przechwyciło bagaże pułku westfalskiego i wymordowało eskortę. W związku z tym, na rozpoznanie wysłany został kapitan von Storck z dwoma oficerami, ośmioma podoficerami, ośmioma strzelcami wyborowymi i stu dwudziestoma żołnierzami".
Następnego dnia grupa ta wróciła - ze zrozumiałym pośpiechem - nie napotkawszy ani Kozaków, ani uzbrojonych chłopów. W końcu, 24 października, Teste otrzymał pilny rozkaz, aby
"przeprowadzić inspekcję dróg położonych na północ i na południe od Wiaźmy i poszukać dróg równoległych do głównego traktu aż po Dorohobuż, którymi mogłaby przejść armia, czy raczej wielki tłum. Miał też przyjrzeć się, czy istnieją tam jakieś kwatery nadające się dla wojska w porze zimowej, a także jaką żywność można tam dostać".
Dlaczego ma to wszystko zrobić, pozostawiono jego domyślności. Ma jednak wysłać raport dla Berthiera nie później niż 30 października.
Wydziela więc oddział złożony z czterech kompanii Hesów, liczący sobie co najmniej 300 żołnierzy i 50 jeźdźców (20 francuskich dragonów i 30 portugalskich szaserów). Po odprowadzeniu starzejącego się - schorowanego, zrzędliwego i gadatliwego - Baraguaya d'Hilliersado Dorohobuża, oddział przeprowadza nakazany rekonesans. Główny trakt został ogołocony ze wszystkiego co nadaje się do jedzenia, lecz w pewnej od niego odległości, żołnierze znajdują mnóstwo produktów, jakie rolnik może dostarczyć, a las ukryć. Bezpośrednio po bezpiecznym powrocie do Wiaźmy, mało co pojmujący, lecz łatwo ulegający gniewowi pułkownik Follenius zażądał od Roedera, aby ten napisał mu cztery kopie swojego raportu. Roeder jednak, nie czujący się zresztą zbyt dobrze, odmawia. Wydaje mu się, że pilniejsze jest raczej złożenie stanowczego protestu przeciwko poczynaniom kilku portugalskich szaserów, którzy - choć sami niezmiernie boją się Kozaków - to jednak zmaltretowali paru wieśniaków. Uczyniwszy to, Roeder ma właśnie udać się gdzieś na noc, gdy niespodziewanie - 31 października o 4 po południu - cała sytuacja ulega zmianie.
Kto pierwszy dostanie się do Wiaźmy? Francuzi, czy Rosjanie? Adiutant zmarłego brata Caulaincourta - Augusta - oficjalnego bohatera bitwy pod Borodino, został wysłany naprzód, aby przekazać Junotowi rozkaz dla jego Westfalczyków: "mieli zająć miasto o świcie, przedsięwziąwszy wszystkie możliwe środki ostrożności, aby móc je utrzymać". Obawy dręczą także Eugeniusza, ciągnącego kilka mil za CKG, który wysyła naprzód jednego ze swoich adiutantów, dowódcę szwadronu Labédoyere'a, a dodatkowo jeszcze - aby zabezpieczyć się podwójnie - kapitana Labaume'a. Wyprzedzając CKG, Labaume jest zdziwiony, gdy widzi Napoleona noszącego lamowany futrem czepek zamiast swojego słynnego szwajcarskiego cywilnego kapelusza. Najwyraźniej Eugeniusz pragnie - tak jak inni - dostać się do Wiaźmy przed Rosjanami. Labédoyere wraca do jego kwatery głównej, narażając się po drodze na wszelkiego rodzaju niebezpieczeństwa. Mimo to, ów poranek w Wieliczewie pozostanie w pamięci Planata jako
"jeden z najprzyjemniejszych podczas całego odwrotu. Była tam tylko jedna chatka [sic], którą zajmował Cesarz. Biwakowaliśmy nieopodal, śpiąc, jeśli kto potrafił, wokół ogniska ze świeżego drewna. Tego ranka, przed świtaniem, usłyszałem, jak bębny wybijały sygnał na diane. Wskazywało to, że mimo postępującej dezorganizacji armii istnieje jeszcze regularna służba.
Dźwięk bębna dochodził mnie ze strony batalionu Starej Gwardii, biwakującego w kwadracie wokół CKG. Właśnie zaczęły pokazywać się pierwsze promienie światła dziennego, mogłem więc dojrzeć ów batalion stający pod bronią, wspaniale wyszykowany i prezentujący dobrą postawę".
Gdy wstaje świt, na czele batalionu staje sam Napoleon. O 2 po południu Teste właśnie "dokonuje konno przeglądu swoich placówek na drodze do Gżacka", gdy "przedstawia mi się jakiś oficer ordynansowy i oznajmia mi o przybyciu Cesarza". Teste wydaje wszelkie niezbędne rozkazy dla dowódcy w Wiaźmie (rozkazy najwyraźniej nie przekazane dość szybko, ponieważ Roeder otrzymał je dopiero dwie godziny później) i rusza na wschód aby, jak wymaga protokół, powitać Cesarza,
"którego bezzwłocznie rozpoznałem, choć wbrew swoim normalnym zwyczajom nosił kurtkę mundurową z zielonego aksamitu ze złotymi brandenburgami. Posuwał się na czele grupy - w pierwszym jej szeregu znajdowali się Murat i Berthier. 'Oto i Teste!", oznajmił król Neapolu. 'Ach, Teste', rzekł Cesarz, 'cóż tu nowego u ciebie?' - 'Nic, Sire, całkiem nic'. - 'Masz dla nas jakąś żywność?' - 'Nasze magazyny są zapełnione wszystkim, co mogliśmy zebrać w promieniu 8 do 10 lig'".
Zadowolony Napoleon mówi mu, że bezpośrednio za nim idzie Gwardia:
"Otrzymała ona żywność na pięć dni. Niech pan dopilnuje, aby nie wydzielano jej niczego w Wiaźmie. Wszystko trzeba trzymać dla rannych, którzy powinni dotrzeć do pana pojutrze".
Z tymi słowami rusza przed siebie w kierunku miasta, aby "o 4 po południu zsiąść z konia przed byłą kwaterą mojego poprzednika".
Wśród wszystkich oficerów heskich, jedynie Roeder płynnie włada francuskim. Chory czy nie, otrzymuje rozkaz, aby wziąć setkę swoich najlepszych żołnierzy, wzmocnionych wybranymi z 2. batalionu Gwardii Heskiej i zmontować straż wokół "Pałacu", czyli mieszkania Napoleona:
"Postawiłem dwóch grenadierów w przedpokoju, zgodnie z rozkazami adiutanta, a pomniejsze posterunki rozstawiłem tak, jak sam uważałem za słuszne. Umieściłem sześciu strażników w przedpokoju, parami u dołu i u szczytu schodów, lecz nie kazałem im ładować broni, jak posterunkom zewnętrznym, dlatego, że taki strażnik i tak nie może zrobić bezpośredniego użytku z broni długiej, a poza tym broń mogła któremuś wypalić przypadkowo.
Obserwował to wszystko adiutant i zauważył, że dla takich osiłków bagnet jest najlepszym i jedynym środkiem obrony. Zadbałem też o to, żeby zabarykadowano wszystkie punkty, gdzie wzmocnienia zdawały się uzasadnione, zwłaszcza na tyłach domu, rozesłałem patrole, aby obserwowały i nasłuchiwały dokoła, zdwoiłem straże, itp. Krótko mówiąc, zostało zrobione wszystko, aby uniemożliwić jakikolwiek niespodziewany atak ze strony odważnego nieprzyjaciela, który mógłby zostać poinformowany przez miejscową ludność".
Wszystko to zostaje kapitanowi wynagrodzone przez dyżurnego adiutanta krótkim "dobrze", nawet "bardzo dobrze", a w końcu też kilkoma słowami od samego Berthiera, "którego nie widziałem od czasu Tylży" [w 1807 roku]. Podczas rozstawiania posterunków przed salą audiencyjną, Roeder słyszy "donośny głos" samego Napoleona rozkazującego natychmiastową ewakuację wszystkich chorych i rannych do Smoleńska. Samemu przybywszy nie tak dawno ze Smoleńska drogą, o której naprawę nikt się nie zatroszczył, Roeder prywatnie myśli sobie, że żaden z rannych tam nie dotrze. Wkrótce kapitan słyszy, jak Jego Cesarska Mość dyktuje inne rozkazy. Jeden z nich jest skierowany do gubernatora Smoleńska, generała Charpentiera i ma być wykonany przez jednego z oficerów. Ten chwiejnym krokiem schodzi teraz po schodach, aby przekazać generałowi, że "3 listopada armia będzie w Dorohobużu",
"dokąd mają zostać przekazane wszystkie szczegóły o stanach zapasów w Smoleńsku. Inni posłańcy i adiutanci zostają wysłani do Witebska i Mohylewa z rozkazami rozpoczęcia w obu miastach wypieku chleba w możliwie największych ilościach".
Przybył także kurier, przywożąc listy, jak widzi Fain, datowane w Paryżu (14 października), Wilnie (26 października) oraz jeszcze dwa od Saint Cyra (19 i 20 października) dowodzącego - oprócz swojego bawarskiego VI Korpusu w Połocku - również II Korpusem, a także
od Victora, "najświeższy z datą 24 października".
W oka mgnieniu wszyscy - od Berthiera po straże - dowiadują się, że Victor, zamiast, jak wszyscy przypuszczają, być w Smoleńsku, gotów przyjść im z pomocą, maszeruje na północ, aby wesprzeć długo już cierpiący, lecz ciągle nietknięty II Korpus, który - jeśli rozkazy Napoleona zostały wykonane - wycofuje się z rejonu Połocka w kierunku linii odwrotu armii moskiewskiej.
Przez pierwszą część jasnej i zimnej nocy, przy -3 do -4 stopniach Réaumura (-2oC), rzeka Wiaźma, w miejscu, gdzie przepływa przez miasto, pokrywa się częściowo lodem, a na polach osadza się grubawarstwa szronu. Roeder i jego posterunki słyszą i widzą jakąś artylerię i kawalerię Gwardii maszerującą przez miasto bez zatrzymywania się w nim. Ponieważ dowodzi nimi Murat, zdziwieni strażnicy zastanawiają się, co się dzieje. Napoleon jednak wciąż pracuje nad
"ciągle napływającymi do niego raportami. O północy nadal był zajęty. W jego pokoju cisza zapadła nie wcześniej jak o 1 w nocy, zaś o 3:30 nad ranem znów widziałem go na nogach".
Potem, o 9 rano, przybywa Stara Gwardia. Cesarz stoi na balkonie, obserwując ją podczas przemarszu. Hesi, mając nakazane odstąpić jej swoje koszary, muszą wynieść się na zachodnie przedmieścia i biwakować w lodowatym zimnie.
Cały ten dzień [1 listopada] Napoleon spędza w Wiaźmie, dyktując rozkazy i oczekując, aby doszlusowała do niego reszta armii, a przede wszystkim tylna straż Davouta, którą - ze wzrastającą irytacją -zaczyna już uważać za główny powód zwłoki. Jak zwykle, gdy ma wolną chwilę, czyta też gazety, prawdopodobnie dostarczone przez kuriera. A to co takiego? Jego braciszek Hieronim, król Westfalii,11 poszedł i przekształcił najważniejszy kościół protestancki w Kassel w świątynię katolicką!? Pisać! I natychmiast Fain, siedzący w rogu pokoju, przy małym przenośnym biurku, zaczyna, swoim mało czytelnym charakterem pisma, stenografować list do Wilna, do Mareta, aby ten przekazał go dalej do Kassel. Minister ma poinformować Hieronima, że
"bardzo niebezpiecznie jest wikłać się w sprawy religii, ponieważ rozdrażnia to jedynie ludność. Że Kassel jest miastem protestanckim i król musi zostawić miejscowych protestantów w spokoju".
2 listopada, około południa, robi się najwyższy czas, żeby zbierać się i ruszać w drogę. Forysie i eskorta rzucają się do swoich koni. Zjawia się Caulaincourt z cesarskim pejczem do konnej jazdy: Napoleon kuśtyka na dół po wąskich, stromych schodach, straże przy drzwiach wołają "l'Empereur!". Brązowa berlinka cesarska zajeżdża przed wejście. I już CKG wyjeżdża "do Semlewa, dokąd cesarz zamierza przenieść swoją kwaterę główną". Teste ciągnie dalej:
"Dołączyłem do eskorty, aby przejechać z nią przynajmniej ligę od stolicy mego gubernatorstwa, gdzie otrzymałem ostatnie rozkazy z ust samego Cesarza:
- 'Powiesz pan marszałkowi Neyowi, że gdy tylko I Korpus przejdzie przez Wiaźmę, ma on przejąć odpowiedzialność za straż tylną. Davout ma mu udzielić wsparcia'".
Gdy jednak Teste powraca do Wiaźmy, jego oczom ukazuje się widok tak szokujący, że będzie on stanowił "najpaskudniejsze wspomnienie z okresu całej mojej kariery. Podczas mojej dwuipółgodzinnej nieobecności, weszła do miasta [reszta] Gwardii Cesarskiej, której spodziewaliśmy się dopiero wieczorem, siłą wyrzuciła straże i złupiła wszystkie nasze magazyny. W kilka chwil całe zapasy, które z takimi kłopotami zgromadziliśmy, zostały rozproszone, rozrzucone, unicestwione przez żołnierzy, którzy choć już byli zaopatrzeni w żywność na pięć dni, zachowywali się jak wygłodniali szaleńcy".
Wszystko, co Teste może jeszcze zrobić tego wieczora, to wysłać pełen oburzenia raport do Berthiera z protestem przeciwko wstrętnemu, choć zwyczajnemu postępowaniu Gwardii. A gdy
"3 listopada nad ranem dotarł do nas duży konwój z rannymi, udał się natychmiast do Smoleńska, ponieważ nie mieliśmy już żadnych przydziałów do wydania. Tegoż wieczora12 Gwardia ruszyła za konwojem, z tym samym co i on miejscem przeznaczenia, więc apelowałem do jej panów oficerów, aby zrobili tak, żeby ich oddziały przekazały rannym jakąś niewielką część swoich zapasów, przychodząc w ten sposób z pomocą owym dzielnym ludziom". Gdy zjawia się z kolei Młoda Gwardia, do Pułku Heskiej Gwardii Pieszej dołączają pozostali, z drugiego Osobistego Batalionu Księcia, wracający z Moskwy z odzieżą, kawą, cukrem, herbatą i żywnością - niemal 80 sztuk bydła! Po czym także i oni zostają zagarnięci przez odwrót.
Za bramą miejską panuje ogromny ścisk. Gdy miasto opuszcza Stara Gwardia, komisarzowi Kergorre, który musiał obozować za bramą, żandarmeria kwatery głównej pakuje na jego wóz Skarbu jakiegoś rannego Holendra,
"aby służył nam jako ochrona. Ponieważ droga była zablokowana przez Gwardię i jej zaprzęgi, musieliśmy przechodzić przez Wiaźmę jakimiś nieużywanymi przez innych trasami, przekraczać głębokie rowy, obchodzić studnie, iść podwórkami i ogrodami, a czasem nawet wdrapywać się na rozwalone domy".
Na szczęście konie Kergorre'a są nadal w dobrej formie, udaje mu się nawet wydostać z powrotem na trakt smoleński, gdzie napotyka"przechodzącą właśnie Starą Gwardię. Ponieważ trakt ten był bardzo szeroki, więc im większy korek panował pod bramami Wiaźmy, tym swobodniej nam się maszerowało. Marszem dowodził tutaj marszałek Lefebvre. Widząc mnie, idącego obok mojego wozu, wezwał mnie do siebie na dłuższą pogawędkę. Szedłem wtedy obok jego konia. Rozmawialiśmy dość długo o istniejących okolicznościach, a także o administracji w takich czasach. Zachowywał się wobec mnie z wielkim szacunkiem i uprzejmością".
Jednak język syna młynarza, który wyrósł w szeregach dawnej Gwardii Królewskiej, aby zostać w końcu diukem Gdańska, w każdym razie nie wywodzi się z salonów.
"Tego ranka marszałek spodziewał się, że zostanie zaatakowany przez Płatowa, więc wygłosił takie oto kazanie swoim oddziałom zgromadzonym na placu:
- 'Grenadierzy, szaserzy! Kozacy są tam, tam, i tam, i tam [wskazując przy tym cztery strony świata]. Jeśli nie pójdziecie za mną, to już po was. Po wszystkich! Nie jestem zwyczajny generał i nie na darmo Armia Mozeli nazywała mnie Odwieczny Ojciec. Grenadierzy, szaserzy! Powiadam wam jeszcze raz:
Jeśli nie pójdziecie za mną, to was wszystkich wyp...olą. A pozostałych pieprzę, niech ich wyp...olą'".
Ekshuzar, marszałek Ney także ma zwyczaj bardzo bezpośredniego wyrażania się - Teste uważa, że bywa aż nadto bezpośredni. Rano 4 listopada, eksgubernator właśnie szykuje się do wyjazdu, gdy widzi
"jak przybywa III Korpus, na czele ze swoim szefem, któremu przekazuję rozkaz Napoleona. Gdy mu powiedziałem, że to Davout ma wspierać jego straż tylną, Ney powiedział mi: 'Och? Co się tego tyczy, to wiemy jakiego rodzaju wsparcia można się po nim spodziewać'. Potępił także, w słowach, których tu nie powtórzę, sprawowanie się Gwardii".
CKG dociera do Semlewa o 7 wieczorem, a za nią nadciąga Gwardia.
"O godzinę marszu od miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc", jeden z kanonierów Piona des Lochesa podchodzi do niego, aby oznajmić, że oś jego wozu jest złamana.
"Moi oficerowie byli zasmuceni jeszcze bardziej ode mnie. Wóz ten wiózł wszystkie nasze zapasy, zaś typ osi był odmienny od stosowanych we wszystkich pozostałych pojazdach. Co się miało z nami stać? Jak tu zaczynać jakieś reperacje? Nocą i w skrajnym zimnie. Gdzie znaleźć jakichś rzemieślników? Szczęśliwie Levrain, najlepszy sierżant naszej kompanii roboczej maszerował razem ze mną na czele naszego taboru. Natychmiast cofnął się na tyły i ledwie dotarliśmy na miejsce naszego biwaku, gdy doprowadził tam mój wóz, już wyposażony w zwykłą oś".
Pion des Loches nagradza sierżanta sześcioma butelkami bordeaux. "Ożywi go to na parę dni".
Choć CKG obozuje w Semlewie, a następnego ranka rusza do Sławkowa, dokąd dociera o 3 po południu, to korpusy Poniatowskiego, Eugeniusza i Davouta nadal znajdują się po niewłaściwej stronie Wiaźmy. A przednia straż Kutuzowa ciągle zbliża się do tej "wielce dogodnej do obrony pozycji". Tym razem to Planatowi de la Faye przypada pojechać do tyłu, do Davouta, aby mu powiedzieć, aby trochę ruszył te swoje resztki. W Moskwie Planat, człowiek delikatnej budowy, tak był zajęty swoimi obowiązkami, że "w przeciwieństwie do wielu oficerów nie umiałem zdobyć dla siebie futra, czy drugiej pary butów. Teraz więc rusza w drogę trzęsąc się z zimna w nieodpowiednim odzieniu. W Wiaźmie nie zastaje już korków, wręcz przeciwnie, miasto jest całkowicie opuszczone. Po wypełnieniu swojej misji, Planat zatrzymuje się tam, "aby znaleźć coś do zjedzenia, ponieważ padałem z głodu" - najwyraźniej Davout, jak zwykle, nie okazał najmniejszej choćby gościnności:
"Pobłąkawszy się przez chwilę między ruinami i nie spotkawszy żywej duszy, zauważyłem wreszcie, w kącie zawalonego dworku, mężczyznę kucającego przed niewielkim ogniskiem".
Planat z zaskoczeniem stwierdza, że jest to niejaki kapitan Burgstaller,
"z którym byłem bardzo blisko w Berlinie. Prawdziwy z niego filozof, nie dbający o świat, biorący rzeczy i sprawy takimi, jakie są, zaś ludzi takimi, jakich ich widział. Burgstaller nie utracił nic ze swojego dobrego humoru. W garnku gotował sobie trochę koniny przyprawionej prochem strzelniczym i przez pół godziny zabawiał mnie swoimi szokującymi wygłupami i wesołymi wspomnieniami z przeszłości".

Potem Planat dołącza z powrotem do kwatery Lariboisiere'a w Sławkowie. Armia Włoch, poprzedzana przez polski V Korpus, za sobą zaś mająca - "choć w pewnej odległości" - I Korpus, od przedświtu kontynuuje marsz w gęstej mgle. W pobliżu rozwalonej wioski Carewo Zajmiszcze Włosi muszą przekroczyć
"ziemną groblę, którą niegdyś biegła główna droga, lecz którą przejście armat uczyniło nieomal niezdatną do użytku. Aby móc kontynuować podróż, musieliśmy zejść na bagnistą nizinkę, przeciętą szerokim strumieniem. Pierwszym udało się go przebyć dzięki temu, że pokryty był lodem, lecz zdołali go przy tym połamać, więc potem albo trzeba się było narażać na brodzenie w rzeczce, albo czekać, aż zostaną ukończone nędzne, pośpiesznie wznoszone mostki. Od chwili, gdy dotarło tam czoło naszej kolumny, pojazdów bez przerwy przybywało. Wzdłuż całej drogi rozrzucone więc były działa, powozy i wózki wiwandierek, podczas gdy ich woźnice, jak to mieli we zwyczaju, korzystali z chwili, rozpalając ogniska, aby rozgrzać przy nich zdrętwiałe kończyny".
Wszystko zdaje się być całkiem bezpieczne, gdy nagle
"z gęstych lasów po naszej lewej wypadają Kozacy i z przeraźliwym wrzaskiem walą na tę nieszczęsną masę. Na taki widok każdy człowiek, pod wpływem strachu, działa odruchowo. Niektórzy chronią się w lasach, inni biegną do swoich pojazdów, zacinają konie i - nie mając pojęcia dokąd właściwie jadą - rozpraszają się po całej równince, aby tam - utknąwszy w bagnach - stać się łatwym łupem Kozaków".
Więcej szczęścia mają ci, którzy okopują się poza zbitą masą pojazdów i tam oczekują wybawienia, "jakie wkrótce nadchodzi pod postacią piechoty". W międzyczasie jednak, żołnierze taborów IV Korpusu zaczynają je rabować. "Teraz wśród własnych ludzi", będzie nawet gorzko wspominał Labaume, "nie jest już bezpieczniej, niż wśród wrogów". Kradzież staje się właściwie zjawiskiem powszechnym.
Poprzedniej nocy pozwolił sobie na coś takiego - "wiedziony głodem" - nawet sierżant Bertrand. Po dojściu do obozowiska 17. Pułku Lekkiego, gdy ujrzał kilku żołnierzy z taborów, śpiących pod przykryciem wokół ogniska, "skorzystał z nieobecności kucharza, przeskoczył nad śpiącymi i zbiegł z jednym z ich solidnie wypełnionych garnków. Jego zawartość dogodziła mnie i moim towarzyszom". Teraz, około 8 lub 9 rano, Griois i jego wesoły przyjaciel pułkownik Jumilhac, nadal jadą w "zimnej, gęstej mgle, w której nie widzieliśmy nic z odległości dziesięciu kroków, ale za to byliśmy całkiem bezpieczni".
Znajdują się teraz nieco przed własną artylerią, wyprzedzając także tylne straże I i IV Korpusu,
"gdy koło uszu zagwizdała nam jakaś kula. Po kilku chwilach, po naszej lewej stronie rozpoczął się wyjątkowo ożywiony ogień armatni i karabinowy".
Pierwszy strzał spowodował, że książę Eugeniusz (jak to jednego dnia powie Wilsonowi) "zaczął odczuwać zagrożenie, jakiego nie czuł jeszcze nigdy w życiu, ponieważ natychmiast przewidział fatalne tego konsekwencje". Sąsiednie jednostki piechoty zatrzymały się w osłupieniu:
"Generałowie nie wiedzieli co robić, ani nawet w którą stronę się obrócić. Byliśmy ostrzeliwani przez nieprzyjaciela, którego nie mogliśmy dojrzeć. Wreszcie kilka batalionów rozwinęło szyki. Inne sformowały czworoboki przeciwko jeździe, jaka wkrótce zwaliła się na nas, zaczęliśmy też odpowiadać nieprzyjacielowi ogniem. Stopniowo mgła zaczynała się rozstępować, do czego przyczyniały się wystrzały armatnie, a w końcu zobaczyliśmy z kim mamy do czynienia. Była to cała straż przednia armii rosyjskiej, prowadzona przez Miłoradowicza. Osłonięta gęstym lasem i mgłą, niemal dotykała drogi, którą się poruszaliśmy. Rosjanie zaczekali z zaatakowaniem nas, dopóki większa część IV Korpusu nie przeszła przez Wiaźmę, a przynajmniej dopóki tam nie doszła i dopóki I Korpus nie wystawił się do nich swoim skrzydłem".
IV i V Korpus zostawiły już za sobą paskudne defile pod Carewo Zajmiszczem, gdy
"na drogę niespodziewanie wypadł silny oddział Kozaków i momentalnie odciął nas od korpusu Poniatowskiego. Gwardia Królewska, dzisiaj idąca w straży przedniej, nie traci czasu, aby ich przegonić. Lecz równocześnie jazda awangardy nieprzyjacielskiej atakuje lewe skrzydło naszych końcowych kolumn i próbuje zagrodzić im drogę. Gwardia tworzy kolumnę, przeprowadza szarżę na bagnety i oswobadza naszych towarzyszy".
Szykowna brygada kawalerii Preyssinga, jeszcze w czerwcu przydzielona do IV Korpusu, której eleganckie manewry Włosi tak podziwiali w lipcu,14 lecz teraz "zredukowana do zaledwie jakichś 200 koni", zbliża się właśnie do miasta, gdy
"tuż przed nami niespodziewanie zaczynają walić działa, a na jakiejś wyniosłości w pobliżu miasta zauważamy zmasowane oddziały, strzelające z kilku dział w kierunku nadal niewidocznego dla nas nieprzyjaciela. Oddziały te należą do korpusu Poniatowskiego, zaś Rosjanie próbują przeciąć połączenie między nimi a naszym zgrupowaniem. Ponieważ jednak tkwili gdzieś nisko, więc też nie mogliśmy ich widzieć".
Gdy tylko jednak ich ujrzeli, ciągnie opowieść von Muraldt, IV Korpus - "nie bez zgiełku i bałaganu" - rozciąga się w linię bojową na lewo od swojej trasy. Zwycięzcy spod Małojarosławca, Francuzi i Włosi, byli w coraz bardziej beznadziejnym stanie. Coraz więcej ludzi pozostawało w tyle, a Cesare de Laugier, zerkając z niepokojem przez ramię, widział jak
"znaczna liczba chorych i rannych oraz żołnierzy zbyt osłabionych, aby nadążyć za swoimi jednostkami, po prostu rzucała najpierw swoje tornistry, a potem karabiny, mając nadzieję, że bez nich będzie im lżej maszerować i zdołają doszlusować do swoich pułków. Kompletne zamieszanie. W takim bałaganie nieboracy ciągle idą przed siebie, czyniąc nadludzkie wysiłki, aby nie stracić z oczu straży tylnej. Wreszcie jednak padają. Bóg raczy wiedzieć, co się z nimi stanie!".
Potrzeba teraz dwunastu lub nawet piętnastu wymizerowanych koni, aby uciągnęły jedno tylko działo. I Korpus, który składa się tylko z 11, może 12 tysięcy zdolnych do walki, z początkowej liczby równej 79 000, jest w niewiele lepszym stanie. Ma on właśnie przekraczać defile pod Carewem, gdy Miłoradowicz, "wykorzystując lukę pomiędzy I a IV Korpusem" atakuje go całymi rojami lekkiej kawalerii:
"Nadciągnęli oni i wpadli na kolumnę nieuzbrojonych żołnierzy, kilkukrotnie przechodząc przez nią, lecz nie czyniąc wielkich szkód owej masie, która zbiła się jak stado owiec przed zbliżającym się wilkiem. Tylko kilku żołnierzy oddzielonych od grupy otrzymało ciosy lancami".
Przez pewien czas straż tylna Davouta trzymała się wioski Fedorowskoje, lecz jazda Paskiewicza w końcu ją stamtąd wyparła i ściga ich teraz drogą na Wiaźmę. Przez chwilę cały I Korpus jest zagrożony zgnieceniem przez 19 000 żołnierzy Miłoradowicza.
Gdy wszystko to się rozgrywa, inny korpus rosyjski, nadciągający drogą od Medyni, próbuje zająć samą Wiaźmę. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ miasto jest osłonięte od tej strony łukiem dwóch rzeczek, a czołowe dywizje Neya już je opanowują. Fezensac widzi jak
"Dywizja Ledru zajęła pozycje na wyżynie panującej nad tymi potokami i zapobiegła ich sforsowaniu przez nieprzyjaciela, zaś dywizja Razouta cofnęła się, aby dopomóc I i IV Korpusowi w przebiciu się".
Sprawy nie układają się zbyt korzystnie dla Davouta,
"który jest atakowany przez znaczne siły. Wicekról, poinformowany o niebezpieczeństwie, w jakim ten się znajduje, rozkazuje naszym kolumnom odpaść nieco do tyłu, zebrać się, przegrupować i pognać na pomoc marszałkowi. Także i Poniatowski
wraca po własnych śladach i zajmuje pozycję przed Wiaźmą, na lewo od drogi". Umieściwszy "te resztki kawalerii, jakie mu jeszcze pozostały" - bawarskich szwoleżerów Ornana - na lewo od Polaków, Eugeniusz musi wycofać swoje dywizje dość daleko, zanim zajmą pozycję na jakimś wzniesieniu, skąd zagrożą tyłom lewego skrzydła Miłoradowicza:
"Rozmieszczamy naszą artylerię, zaś strzelcy wyborowi pod osłoną żywopłotów atakują linie nieprzyjaciela. W tym samym czasie główne siły Davouta wkraczają do akcji, aby otworzyć sobie przejście".
Po tym, jak lekka piechota włoska zmusiła rosyjskich artylerzystów do wycofania się galopem, "wicekról posyła kolumnę piechoty przez jakieś krzaki na lewe skrzydło Rosjan". Zmusza to ich do wykonania zwrotu, a ponieważ są atakowani ze wszystkich stron, do opuszczenia pozycji w poprzek drogi. Jednak właśnie w chwili, gdy oba korpusy odzyskują kontakt, Lejeune widzi, jak około 50 rosyjskich armat
"znów rozpoczyna bardzo ostrą kanonadę". Włosi z odwagą stawiają opór, lecz Laugier z trwogą zauważa, że "korpus Davouta, wymęczony i zdemoralizowany wszystkimi niedostatkami, jakie musiał znosić od czasu bitwy pod Małojarosławcem, już nie wykazuje tak wspaniałej postawy, jaką się cechował od początku kampanii". Zauważają to także Eugeniusz i Labaume:
"Żołnierze tylko w niewielkim stopniu przestrzegali dyscypliny. Większość była ranna lub chora ze zmęczenia, za to rozrastał się tłum maruderów".
W międzyczasie Griois został odcięty od swoich dział i zmuszony do szukania schronienia w czworoboku sformowanym przez 92. Pułk Liniowy z brygady generała Nagela, należącej do włoskiej 3. Dywizji. Cały czas widzi, jak rosnący nieustannie tłum cywilów i maruderów utrudnia samo tylko dosłyszenie rozkazów, nie mówiąc już o ich wykonaniu:
"Cała ta masa izolowanych ludzi, nie uznających ani dowódców, ani dyscypliny, a gnana jedynie swoją żądzą rabunku, została poddana srogiej próbie. Na odgłos pierwszych strzałów armatnich zatrzymała się, nie wiedząc dokąd iść w otaczającej ją mgle. Powiększona o znaczną część cywilnych pracowników, których administracja już nie istniała, oraz wiwandierki i całe mnóstwo wózków wypełnionych dzieciakami i żywnością, rzucała się to w jedną, to w drugą stronę, zależnie od tego, skąd nadleciał kolejny eksplodujący w tłumie pocisk. Ciągle nadlatujące kule, orzące bruzdy we wszystkich kierunkach, z których zaraz podnosiły się okrzyki rozpaczy, tworzyły potworne widowisko. Z oczywistych powodów, walczące jednostki wypychały z szeregów tych, którzy zbiegli z tłumu, aby szukać wśród nich schronienia, tak że nieszczęśnicy byli wystawieni na ogień nieprzyjaciela, a czasem też na ogień naszych własnych czworoboków. Poruszali się w nieładzie po terenie usłanym martwymi i rannymi ludźmi oraz pogruchotanymi pojazdami".
Widząc to wszystko, ciągnie Laugier,
"nieprzyjaciel stawał się coraz śmielszy i zdwoił tempo ognia armatniego. Po naszej stronie nędzny stan koni opóźniał manewry artylerii. Miłoradowicz, pewien swojej przewagi, próbuje wyprowadzić kolejny dziarski atak, aby obejść nasze skrzydło. Jednak włoscy szaserzy oraz bawarscy i polscy [liniowi] lansjerzy, choć na bardzo kiepskich koniach, śmiało stawiają czoła Rosjanom i zmuszają ich do ucieczki. Przede wszystkim dzięki naszym kawalerzystom piechota dociera wreszcie na osłaniające Wiaźmę wzgórza".
Jest już prawie południe i mgła zanikła. Victor Dupuy od dwóch dni
"wypił tylko kawę i kilka łyków kleiku, którym podzieliło się ze mną kilku huzarów z 8. Pułku". Generał Jacquinot wysyła go, aby zatrzymywał i odsyłał do ich jednostek wszystkich oficerów i kawalerzystów należących do tego, co dawniej było jego dywizją kawalerii, a co w tej chwili być może przechodzi już przez Wiaźmę. "Spiknąłem się z kapitanem lekkiej artylerii nazwiskiem Crosnier. Powiedział, abym szedł za nim". Crosnier przedstawia go
"pewnej rodzinie francuskiej, która uciekła z Moskwy, zaś Cesarz powiedział mu, aby ją zabrał do Francji. Składała się ona z matki i dwóch córek, w wieku dwunastu i czternastu lat".
Dupuy jest jednak zbyt głodny, aby być wrażliwym na ich wdzięki.
"Znacznie bardziej przyciągnął moją uwagę udziec barani wiszący ponad bijącym w górę ogniem. Ileż to już czasu upłynęło od chwili gdy po raz ostatni miałem taką ucztę!". Crosnier napełnia nawet kieszenie Dupuya chlebem i obdarowuje go rumem, którym ów dzieli się potem przykładnie z Jacquinotem i Tavernierem, jego szefem sztabu.
Wśród całego tego miszmaszu także von Suckowowi dwukrotnie zdarza się szczęśliwy traf. Nie tylko spotyka jednego ze swoich towarzyszy broni, lecz także udaje mu się kupić od jakiegoś Żyda garnek dżemu, który - jak podejrzewa - pochodzić musi z wozu któregoś z marszałków ("ale nie żądaliśmy świadectwa pochodzenia") oraz trochę placka, z rodzaju tych, z jakich ponoć słynie Wiaźma.
W tym samym czasie, na wschód od miasta toczą się nadal ciężkie walki. 13 000 żołnierzy IV Korpusu jest rozciągniętych w poprzek drogi, raz nieco bardziej na prawo od niej, za chwilę znów - bardziej na lewo, przy czym "ich lewe skrzydło tworzy jakby hak zwrócony ku otaczającym nas ze wszystkich stron Kozakom". Na prawo od nich znajduje się I Korpus. Odnajduje się nareszcie artyleria pułkownika Griois, który już się niepokoił o jej bezpieczeństwo, choć jest w tej chwili na samym końcu I Korpusu. Ney także podesłał brygadę, aby osłaniała Davouta na drugim skrzydle, które "stoi pod bardzo ostrym kątem do drogi pocztowej". Drugą linię stanowi 3500 Polaków Poniatowskiego oraz resztka 1. Korpusu Kawalerii. Choć strona francuska ma teraz przewagę liczebną nad 19 000 żołnierzy Miłoradowicza, to z każdą minutą robi się coraz zimniej i w szeregach Guardia d'Onore - gdzie wielu rannych oficerów ma "zabandażowaną głowę, lub rękę na temblaku", a większość żołnierzy nie jadła niczego od kilku dni - ludzie zaczynają słabnąć i padać. "Inni, choć nie bardzo mogą utrzymać broń w rękach, walczą chętnie, aby się trochę rozgrzać, lub też w nadziei na rychłą śmierć, która wyzwoli ich z tych długich cierpień". Griois widzi rudowłosego marszałka Neya "powracającego skądś galopem. Widzę go nadal, w miejscu gdzie toczą się najgorętsze walki, jak przemawia do żołnierzy, wskazuje generałom jakie powinni wydać dyspozycje, ożywia wszystkie serca bijącą z jego oczu pewnością siebie. Wywarł na mnie wrażenie jakiego nie potrafię opisać. Nawet król Neapolu w ogniu walki nigdy nie wydał mi się piękniejszym".
I rzeczywiście, to właśnie Ney, powróciwszy na pomoc sąsiedniemu korpusowi, ustabilizował całą sytuację:
"Przez cały czas był obecny na miejscu działań i dłuższy czas maszerował z wicekrólem i księciem Eckmühl, naradzając się z nimi, jakie kroki powinni przedsięwziąć". Potem jednak, właśnie w chwili gdy Cesare de Laugier gapi się na
"całą tę trójkę, stojącą na jakimś wzniesieniu obok Gwardii Królewskiej, na prawo od drogi pocztowej, próbując uzgodnić swoje działania", kolumny rosyjskie znów podejmują atak. "Wzdłuż całej linii ogień rozpoczyna się na nowo i to z nadzwyczajnym wigorem", tak że między innymi 2. batalion 85. Pułku Liniowego, w czworoboku nieopodal świeżej przecinki w lesie, zostaje zepchnięty przez połączone siły rosyjskiej kawalerii i artylerii. Ku swojemu przerażeniu Le Roy widzi, że
"jedna minuta wystarczyła, aby czworobok zniknął. Jego dowódca, nazwiskiem Centennier, wezwał 1. batalion, żeby udzielił im wsparcia. Ten znajdował się 200 jardów bliżej naszej kawalerii, która go ochraniała. W przeciwnym razie na pewno spotkałby go ten sam los. Przyjął on jednak do swojego czworoboku szczątki 2. batalionu, który ocalał z rąk nieprzyjaciela, choć większość jego żołnierzy było rannych. Dowódca 1. batalionu padł trupem z gardłem rozciętym odłamkiem kartacza. Wszyscy żołnierze, wystrzeliwszy raz tylko ze swoich karabinów, próbowali uciekać, aby ujść masakrze. Tylko naszemu uporowi zawdzięczamy, że doszliśmy aż do miasta, dając w ten sposób czas na przejście pojazdom i kolumnom bezbronnych ludzi, którzy dalej pozostawali już pod ochroną III Korpusu, rozciągniętego w linię bitewną u wyjścia z miasta".
Brygada lekkiej jazdy Preyssinga otrzymuje rozkaz wykonania szarży"na liczne rosyjskie działa, zdobycia ich, jeśli to możliwe, a przynajmniej zmuszenia aby zamilkły". Niewykonalne zadanie. Ale
"bez względu na naszą słabość i wielkie wyczerpanie większości koni, wykonaliśmy ten rozkaz z taką determinacją, że Rosjanie zmuszeni zostali do ucieczki, choć nie byliśmy w stanie zdobyć żadnej z ich armat. Na naszych znękanych szkapach mogliśmy szarżować jedynie kłusem".
Le Roy powiada, że około 3 po południu, gdy światło dzienne zaczyna już słabnąć, resztki 85. Pułku, po tym jak nieprzyjaciel ostrzelał je kulami ciężkiego kalibru, powoli wycofują się w kierunku miasta. Podobnie, tuż przed czwartą, postępuje IV Korpus. Maszerując wśród płomieni, Le Roy widzi jak III Korpus rozwija się do bitwy na leżącej niżej równinie. 85. Pułk, choć powoli, ale jednak zdołał się wycofać. Wielu innym pułkom Davouta sztuka ta się nie udała. Obserwując bitwę z pozycji rosyjskich, Wilson widzi jak I Korpus, choć osłaniany przez korpus Neya,
"załamuje się i w wielkim zamieszaniu rusza do punktów przejścia. Pułk rosyjskich grenadierów nacierał na jego straż tylną aż do miasta, kłując bagnetami wszystkich stawiających im opór".
Przez cały ten czas, mówi Lejeune, "Rosjanie ani na chwilę nie przestali strzelać z 50 dział w nasze nieszczęsne konwoje, które bez przerwy ciągnęły drogą mimo bitwy". Według majora Bonneta, którego 18. Pułk Liniowy, stanowiący część dywizji Razouta, osłaniał odwrót I Korpusu, cofanie się Włochów wyglądało bardziej na pogrom, zaś I Korpus wycofywał się w cokolwiek lepszym porządku. Jeśli tak było, to przynajmniej po części dzięki twardemu oporowi 7. Pułku Lekkiego, który przez większą część dnia wiązał walką regularną kawalerię rosyjską. Sierżantowi Bertrandowi rozleciały się w rękach dwa karabiny, "jeden podczas ładowania, drugi przy podsypywaniu prochu na panewkę". Teraz, gdy już zapada noc, jego pułk otrzymał rozkaz osłony mostu nad szybko płynącą rzeką o stromych brzegach:
"Zagrożone przez kawalerię, jego cztery bataliony tworzą zwartą kolumnę dywizjonami, choć ich stany liczebne zdążyły ulec znacznemu zmniejszeniu. Około godziny 9 wieczorem, gdy siedzieliśmy na naszych tornistrach, mając chwilę dobrze zasłużonego odpoczynku, zostaliśmy ostrzeżeni o ataku nieprzyjaciela strzałami z naszych wysuniętych placówek, z których jedna została zniesiona ze szczętem. Była to nieprzyjacielska kawaleria.
Pułkownik Romme kazał zewrzeć szyki na czele kolumny, ostatni dywizjon [tzn. dwie kompanie] zwrócony był do tyłu, a jego skrzydłowe szeregi na prawo i lewo, tak więc utworzyliśmy pełen, zwarty czworobok, co kompletnie nie zgadzało się z jakimkolwiek regulaminem, lecz doskonale pasowało do okoliczności. Natychmiast wszystkie cztery jego strony otworzyły ogień i niejeden jeździec rosyjski znalazł śmierć od kul naszych karabinów lub ciosów bagnetów. Tylko kilku naszych żołnierzy zostało rannych od strzałów z pistoletów".
Pułkownik Romme otrzymuje pochwałę od Gérarda, swojego dowódcy dywizji. Ale roboty dla pułku ciągle nie brakuje. Godzinę później maszerują w kierunku mostu i pierwszy batalion go przekracza. Ale kompania karabinierów, do której należy Bertrand, otrzymuje rozkaz pilnowania brzegu rzeki dopóki przez most nie przejdzie cała kolumna:
"Mój kapitan Moncey (syn marszałka)15 wysyła mnie z kilkoma wybranymi osobiście przeze mnie żołnierzami na rozpoznanie w górę rzeki. Po 20 minutach zostajemy ostrzelani. Znajduję sobie pozycję na skraju lasu i wysyłam kaprala, aby ostrzegł kapitana. Cała kompania, a właściwie wszyscy, którzy nie przeszli jeszcze przez most, przybywają mi na pomoc. Nieprzyjaciel jednak zniknął. Przeprawiamy się więc na drugi brzeg. Jest już późna noc".
Włoska Gwardia Królewska biwakowała "około dwie i pół mili od miasta", w pobliżu konwoju chorych i rannych, w wielkim lesie, który poza tym "służy im jako szpital i grobowiec". Włosi, znajdując się w obliczu nieprzyjaciela, stojącego po lewej stronie traktu, i mając nadzwyczajne ilości drewna na opał, "palą ogromne ogniska", które płoną calutką noc. "Wicekról ma swój namiot pośrodku obozowiska pułku welitów, którzy w obecności księcia próbują udawać wesołość, w istocie, jak notuje ich starszy adiutant, bardzo "odległą ich sercom".
Od czasu do czasu adiutant słyszy działa Neya, tłukące w stojących za rzeką Rosjan, zaś obejrzawszy się, widzi, że to, co jeszcze zostało z domów w Wiaźmie - stoi teraz w płomieniach. W płonącym piekle Wiaźmy, gdy "przy biciu w bębny i z rozwiniętymi sztandarami wkracza do niej rosyjski generał Człogokow",16 kilkuset francuskich chorych i rannych ginie w palącej się cerkwi. Zaczęła płonąć, gdy eksplodowały w niej jakieś porzucone pociski; prawdopodobnie jest to ta sama cerkiew, w której w sierpniu, z rozkazu Napoleona, wydzielona grupa Gwardii Cesarskiej dokończyła ceremonii pogrzebowej jej czcigodnego biskupa.17 Wilson jest uszczęśliwiony, gdy widzi,
że "szwajcarska rodzina złożona z matki i dwóch córek, dziewcząt niezmiernej piękności, zostaje ocalona i z honorami odprowadzona na posterunek, gdzie znajduje bezpieczne schronienie".
Według opinii zgorzkniałego "angielskiego generała", porażka Miłoradowicza podczas próby odcięcia Davouta spowodowana została wyłącznie tym, że Kutuzow kazał ustawić broń w kozły w Biskowie, gdzie "pozostawał nieugięty, powiadając: 'czas jeszcze nie nadszedł'", a także przez jego błąd wywołany niechęcią do pośpieszenia za Wiaźmę i odcięcia wszystkich trzech korpusów Francuzów, jak sugerował mu Miłoradowicz. "Gdyby marszałek wymaszerował o 8 rano, no, może nawet o 10 lub 12, Wiaźma mogłaby zostać zdobyta, mosty zniszczone, zaś korpusy wicekróla, Poniatowskiego, Davouta i Neya nie miałyby innego wyjścia, jak się rozproszyć, co na pewno doprowadziłoby do ich zniszczenia, lub skapitulować". Ale nie wyruszył. Ney zyskał więc swobodę, aby móc ustabilizować sytuację.
Według pułkownika T.J.J. Séruziera walka o przebicie się pod Wiaźmą "kosztowała Francuzów 4000 żołnierzy, zaś nieprzyjaciela dwa razy tyle". Wilson, który uważa, że Francuzi stracili 6000 ludzi, powiada, iż Rosjanie wzięli 2000 jeńców (sami Rosjanie ocenią potem ich liczbę na 3000), jeden sztandar i trzy działa. Z powodu braku koni trzeba było także porzucić tysiące maruderów oraz powozów.
Padła też znaczna liczba oficerów. Cesare de Laugier z podziwem zapisuje ich nazwiska. "To właśnie w tym starciu", pisze Lejeune, "kula armatnia urwała głowę pułkownikowi Banco, adiutantowi wicekróla, dowódcy 2. Pułku Włoskich Szaserów". Wśród wziętych przez Rosjan do niewoli znajduje się trzydziestopięcioletni generał Pelletier, dowódca artylerii Poniatowskiego. Jest on podobnego zdania co Piondes Loches, Lariboisiere i inni artylerzyści, i tym co go pojmali powiada, że
"Napoleon uczynił wielki błąd zatrzymując więcej niż 100 armat. Zrobiłby znacznie lepiej, gdyby zdecydował się wyrzucić nawet 500 sztuk, aby dostać się do Smoleńska z całością swojej armii. Zamiast tego jest zmuszony trzymać się w odwodzie podczas codziennych utarczek, których nie jest w stanie uniknąć, ponieważ jego kawaleria jest zmęczona w równym stopniu, co zaprzęgi artyleryjskie".
Ostatnia szarża 4. Pułku Szwoleżerów Bawarskich von Muraldta kosztowała pułk dziewięć dziesiątych jego stanów ludzkich i końskich:
"Nasza brygada, obozująca obok lasku przy drodze, była tak paskudnie zmaltretowana, że doliczyliśmy się tylko 3040 pozostających nam jeszcze koni. Oprócz wszystkich rannych i zabitych straciliśmy także pewną liczbę oficerów, którzy podczas bitwy udali się w poszukiwaniu schronienia lub paszy dla swoich zwierząt. Teraz, następnego poranka, oficerowie ci zjawili się z powrotem, lecz nasz generał Preyssing, stojąc w kręgu nielicznej grupki, czuł się w obowiązku złożyć generałowi Ornano raport, że od tej chwili naszą brygadę należy uważać za rozwiązaną".
Jednak Ornano, generał dywizji, który jak dotąd nie potrafił zbytnio dodać ducha ani młodemu von Muraldtowi, ani zresztą komukolwiek innemu, wzrusza po prostu ramionami:
"'I czegóż to pan ode mnie oczekujesz? Teraz każdy musi wydostać się z tej awantury najlepiej jak potrafi'. Tym pocieszającym spostrzeżeniem zwolnił nas z dalszego pełnienia obowiązków. Więzy, jakie łączyły oficerów i żołnierzy pod jednym sztandarem i narzucały im wzajemne zobowiązania, zostały zerwane. Pewna pociecha tkwiła jeszcze w myśli, że pułk sprawdził się w swojej ostatniej walce".
Pułk von Muraldta nie jest bynajmniej jedynym spośród pułków kawalerii, który przestał istnieć. Także w oczach Laugiera, "najsmutniejszym rezultatem" bitwy o Wiaźmę "było to, że padły niemal wszystkie konie naszej kawalerii. Nie zniosły takiego wysiłku". Także liczba włoskich piechurów, którzy porzucili swoje karabiny, jest większa niż dotąd. Bitwa pozbawiła też Le Roya tych kilku rzeczy, jakie jeszcze posiadał, w tym jego walizy, powierzonej opiece ordynansa, który teraz nie śmie mu się pokazać na oczy. Le Roy okazuje jednak - jak zwykle - podejście filozoficzne. Mówi do swojego wiernego Guillaume'a:
"No i dobrze! Widzisz zatem, mój przyjacielu, że niedługo byłem obciążony moimi najcenniejszymi rzeczami, które powodowały u mnie tylko ciągłe obawy, a wcześniej, czy później i tak musiałbym się ich pozbyć. Ten gość oddał mi wielką przysługę. Jeśli go jeszcze spotkasz, daj mu pięciofrankówkę, aby wypił za moje zdrowie".
Od tej pory, postanawia podpułkownik, będzie musiał się obyć bez tych wszystkich osobistych akcesoriów. Zaczyna od sporządzenia "dwóch dużych kieszeni, które dość ordynarnie umocowałem w swoim wierzchnim płaszczu", a dwóch kolejnych w połach płaszcza mundurowego. Potem
"wkłada do nich brzytwę, dobrze zaopatrzoną szkatułkę podróżną, trochę nici, kilka guzików, pudełko z herbatą i swój nóż. Czasem upychałem to wszystko w moim czako. Kieszenie w płaszczu wierzchnim służyły mi za spiżarnię. Zajęło mi kilka dni, zanim uporządkowałem wszystko w zadowalający mnie sposób, ale kiedy wreszcie skończyłem, mogłem już spokojnie czekać na dalszy rozwój wydarzeń".

4 MŁYNKI RĘCZNE W DOROHOBUŻU

 

Fezensac ostro postępuje z maruderami - odwrót jak na szachownicy
- "nadzy nieszczęśnicy uciekający przed chłopstwem" - maskarada -
moskiewskie łupy - są ręczne młynki lecz nie ma zboża - jak dawali
sobie radę Polscy Szwoleżerowie - Napoleon uchyla protokół - wędrowna
garderoba Le Roya - boeuf a la mode - niszczenie dział


Choć Ney na całą noc zajął sobie dobrą pozycję na skraju wielkiego lasu wiaziemskiego, mając przed sobą rzekę, i odpiera teraz nadciągających od strony Medyni Rosjan, to Fezensac jest głęboko wstrząśnięty stopniem demoralizacji, jaka ogarnęła I i IV Korpus. "Niemal sama tylko Włoska Gwardia Królewska maszerowała nadal w dobrym porządku". Co się tyczy maruderów, których są teraz tysiące, to przekonanie ich, że powinni ruszać gdzieś do przodu, przerasta jego możliwości:
"Było dla nich bardzo ważne, aby zyskali kilka godzin marszu; tak czy inaczej - nie mogliśmy pozwolić aby wmieszali się w nasze szeregi i utrudniali nam ruchy. Robiłem, co mogłem, aby wytłumaczyć im, że powinni ruszać, nie czekając na straż tylną".
Wszystko na próżno:
"Osłabienie czy lenistwo czyniły ich głuchymi na nasze rady. Świt jeszcze nie wstał na dobre, gdy III Korpus stanął pod bronią i ruszył w drogę. I w tej właśnie chwili wszyscy ci rozproszeni ludzie także porzucili biwaki i ruszyli, aby się do nas przyłączyć. Chorzy i ranni pozostali przy swoich ogniskach, błagając nas, abyśmy nie pozostawiali ich na łaskę nieprzyjaciela. Nie mieliśmy żadnych środków, aby móc ich zabrać i musieliśmy udawać, że nie słyszymy owych skarg, na które nic nie mogliśmy poradzić. Co się tyczy tych nieszczęsnych, którzy opuścili już swoje sztandary, choć byli jeszcze zdolni do walki, to rozkazałem, aby odganiać ich kolbami karabinów. Ostrzegłem ich, że jeśli nieprzyjaciel nas zaatakuje, zacznę do nich strzelać, gdy tylko sprawią nam najmniejszy choćby kłopot".
"Zgrupowane w odstępach 200-300 kroków" bataliony Neya "odmaszerowują drogą". Major Bonnet, wykonawszy zwroty z 4. i 7. Pułkiem Lekkim, obejmuje dowodzenie nad tą "strażą tylną straży tylnej", która jest teraz w odwrocie etapami "a reculons", czyli "w szachownicę". Jest to "nowe doświadczenie" dla jego ludzi, gdy tak
"odpadają batalionami po 100 lub 150 kroków. Aby na przemian działać w defensywie i w ofensywie, parzyste bataliony drugiej linii, zamiast odpadać do tyłu w tym samym czasie co parzyste bataliony pierwszej linii, tworzą kolumny dywizjonami - drugi dywizjon o pół długości, lub nawet o całą długość za pierwszym - i przesuwają się do przodu mijając parzyste bataliony pierwszej linii po ich prawej, aby w końcu utworzyć ponownie linię kilka sążni z tyłu i na lewo od nieparzystych batalionów pierwszej linii.
Czy 18. Pułk Liniowy rzeczywiście też w kółko powtarza tak skomplikowane manewry? Bonnet nic o tym nie mówi. Ani Betrand, ani nawet Fezensac, który naturalnie uważa takie sprawy za oczywiste. Raczej nie jest to jednak najbardziej typowy element musztry.

Maruderzy! Jest ich teraz tyle tysięcy, że Kozacy nawet się nie kwapią, aby brać jeńców, pozostawiając to "chłopom i ochotniczej milicji", którzy robią to z największym okrucieństwem. Wilson, który właśnie widział w Wiaźmie, jak "pięćdziesięciu Francuzów zostało z okrutnego rozkazu spalonych żywcem" i słyszał, że "pięćdziesięciu innych, w sąsiedniej wiosce, spotkał taki sam los", zauważa też, jak jakiś dzielny francuski dobosz pierwszy spomiędzy swoich towarzyszy wskakuje do wspólnego grobu, gdzie rozwścieczeni chłopi grzebią ich żywcem. "Angielski generał", zwykle tak wielce zadowolony z siebie, jadąc za rosyjską strażą przednią jest świadkiem potwornych scen. "Jako mężczyzna i jako Anglik" robi, co może, aby pomóc
"jakiejś Francuzce, która rozebrana do koszuli, z długimi, czarnymi, bezładnie rozpuszczonymi włosami, siedziała na śniegu. Pozostawała tam już tak cały dzień, aby w tym położeniu urodzić dziecko, które zresztą później zaraz jej ukradziono. Był to przypadek skrajnych cierpień psychicznych i fizycznych".
Anglik widzi nawet sceny kanibalizmu, kiedy to maruderzy, sami niemal umierający, usiłowali zjeść martwego towarzysza. Wśród głodujących był
"jakiś francuski weteran - grenadier. Właśnie miałem włożyć do ust kawałek suchara, gdy jego spojrzenie przyciągnęło mój wzrok. Było ono zbyt wyraziste, abym potrafił się mu oprzeć i dałem mu to, co przeznaczyłem dla siebie. Z oczu buchnęły mu łzy, wydawał się błogosławić ten kąsek, potem zaś, wśród szlochów i wyrazów wdzięczności, wyraził nadzieję, że Anglikowi nigdy nie zabraknie dobroczyńcy, gdy sam znajdzie się w potrzebie. Przeżył jeszcze tylko kilka chwil".
Takie sentymenty nie były znane chłopom, ani też innym wrogom Francuzów - Kozakom. Przez "powietrze zasnute kłębami płomieni i dymu" Wilson widzi, jak wszyscy jeńcy są
"natychmiast i bez wyjątku rozbierani całkiem do naga i w tym stanie zmuszani do marszu w kolumnie, albo też zostawiani na uboczu, aby stać się najpierw obiektami rozrywki, a w końcu ofiarami chłopstwa".
Słyszy także
"modlitwy setek nagich nieszczęśników, kryjących się przed chłopami, których mściwe okrzyki nieustannie niosą się echem po lesie. Porozbijane działa i wozy amunicyjne, porzucone wyposażenie wojskowe wszelkiego rodzaju oraz wszystkie zwyczajne i nadzwyczajne okropności wojny - połączone z surowością tutejszego klimatu - tworzą sceny, jakich prawdopodobnie w całej historii świata dotąd nie widziano".
W tym samym czasie kolumna maruderów, "której obecność zdradzały stada czarnych wron, zawsze krążących nad ich głowami, ścigana przez ciągnące za nimi od samej Moskwy hordy psów, żywiących się ciałami martwych i umierających", plądruje wozy nieustannie porzucane przez armię:
"Brali konie i zjadali je. Ubierali się we wszelką ciepłą odzież, jaką tylko mogli znaleźć w wozach. To tutaj, gdy zbliżaliśmy się do Dorohobuża zaczęła się tyleż śmieszna, co przerażająca maskarada, w której wkrótce miała uczestniczyć cała francuska armia. Na razie był to tylko początek".
Wydostawszy się wreszcie z lasów, III Korpus cały dzień maszeruje na zachód z 2. Dywizją Razouta ciągle stanowiącą ariergardę, przy czym "lewe skrzydło każdej dywizji wysunięte jest do przodu. Oficerowie i generałowie pozostają na posterunkach, kierując ruchami swoich oddziałów". Tylko z kawalerii niewiele zostało:
"Na poły zniszczona już została podczas naszego pobytu na wysuniętych placówkach pod Winkowem, a teraz jej dezorganizacji dokończyło czternaście dni marszu i walk. Niemal wszystkie konie zdechły z głodu lub zmęczenia. Te słabiutkie oddziały, jakie jeszcze pozostały, a których liczba codziennie się kurczyła, maszerowały teraz oddzielnie, nie tworząc już brygad, dywizji, ni pułków. Każdy martwił się tylko, aby na swoim osłabionym rumaku jak najszybciej przebyć dystans między kolejnymi biwakami".
Nawet godny podziwu Grouchy, nadal pozostający w niedyspozycji po ranie odniesionej pod Borodino, "choć sam jeden mógłby utrzymać jakiś porządek w 3. Korpusie Kawalerii", nie potrafi zapobiec dalszemu kurczeniu się jego wojska. Zastąpił go niedołężny Lahoussaye, ale ten, będąc również "chorym, niemal pozbawionym mowy", nie jest zdolny do przywrócenia ładu lub choćby dodania oddziałom otuchy. Pozbawieni koni kawalerzyści, nie nadążając za swymi jednostkami, "powiększali grono nieszczęśników, którzy maszerowali w nieładzie, bez dyscypliny i dowódców". Griois także jest pozostawiony samemu sobie; "nie otrzymując od nikogo żadnych rozkazów, zmuszony jest o wszystkim decydować sam: kiedy podjąć marsz, w jakim kierunku; w dodatku przy wyborze najkorzystniejszego wariantu kierować się może wyłącznie własnym rozeznaniem". Izolowane grupki jeźdźców
"zazwyczaj nie jechały drogą, lecz nieco z boku, gdzie ciągle znajdowaliśmy zagrody, których mieszkańcy zbiegli, zostawiając nieco ziarna dla naszych koni. Poza tym główna droga tak została wyślizgana przez maszerujące oddziały, że wyglądała jak ślizgawka. Nawet całkiem nieznaczne pochyłości powodowały kłopoty i konieczność zdwojenia wysiłku. Często ludzie i konie ześlizgiwały się z nich, i to po kilka razy z rzędu. Odnosiło się to w szczególności do koni Francuzów, nie mających zimowych hufnali w podkowach, które były z tego powodu niewiarygodnie zużyte. Oto i macie wyjaśnienie, dlaczego francuska jazda tak szybko topniała".
Porucznik von Kalckreuth z Pułku Huzarów Pruskich ponownie wpada na
"jakiegoś konnego grenadiera gwardii. Jeszcze w Wiaźmie, jego elegancki regiment wyglądał mi na dość silny. Jednak kilka dnipóźniej wojak zapewnił mnie, że jego jednostka jest już całkiem pozbawiona koni. Do szybkiej ruiny francuskiej kawalerii przyczyniały się także nieustające ataki Kozaków. Wystarczało, że ktoś wypowiedział samo tylko słowo Kozacy dość głośno, aby usłyszało go kilku sąsiadów, a już wszyscy zaczynali spoglądać za siebie i pośpiesznie kłusowali gdzieś naprzód, choć faktycznie nie można było dostrzec ani jednego Kozaka".
Również i Caulaincourt jest głęboko zaniepokojony, gdy widzi jakarmijne konie padają jak muchy z powodu braku zimowych podków. Tylko 1. Pułk Polskich Szwoleżerów Gwardii, nawykły do kampanii prowadzonych w warunkach północnej zimy, "jak zwykle dobrze daje sobie radę", jadąc tuż przed CKG. Przynajmniej ich dowódca, bogaty pułkownik Dezydery Chłapowski,5 choć tak pogardliwie wyraża się o zdolnościach obronnych swoich kolegów z 2. Pułku Lansjerów Holenderskich, jest zdecydowanie zadowolony z własnych żołnierzy:
"Nasi szwoleżerowie zawsze jeździli na małych chłopskich konikach, które prowadziliśmy ze sobą, aby nie męczyć własnych koni bojowych. Oficerowie zawsze też spali wśród żołnierzy. Szwoleżerowie wysyłani po obrok do sąsiednich wiosek rzadko wracali z pustymi rękami. Ponieważ zawsze posuwaliśmy się w bliskim sąsiedztwie CKG i ciągle spotykaliśmy konwoje prowadzące bydło dla armii, mieliśmy wystarczającą ilość zapasów. Gdy docieraliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy spędzić noc, nasi szwoleżerowie zajmowali zwykle jeden czy drugi budynek i utrzymywali straże, aby nie dopuścić do niego Francuzów, którzy podpaliliby go, żeby się nieco rozgrzać".
Mała grupka von Muraldta nie jest bynajmniej jedyną, która wyruszana wyprawy rekwizycyjne. Opuściwszy drogę, ciągle blokowaną przez padłe konie, połamane furgony, powozy i lawety, mogą
"swobodnie decydować, gdzie spędzić noc. W większości przypadków, żołnierze - zjechawszy z drogi - znajdowali sobie jakąś nie zajętą jeszcze wioskę czy zagrodę, która mogła zapewnić im dach nad głową i nieco obroku dla koni. Często jednak się zdarzało, że ujechawszy kawał drogi musieliśmy obozować pod gołym niebem. Z drugiej strony, gdy już człowiek znalazł się pod dachem, od razu groziło mu niebezpieczeństwo zaatakowania i wpadnięcia w ręce Kozaków. Bardzo często trzeba było mieć się na baczności i z szablą w ręce bronić swojego nocnego schroniska przed innymi podobnymi oddziałkami. Silniejsi lub mający liczebną przewagę nie okazywali słabszym litości, lecz bez ceregieli wyrzucali ich na zewnątrz, a na dodatek potrafili nawet zabrać im całą żywność, jaką tamtym zdarzyło się mieć przy sobie".
Niektóre grupy nawet
"udawały Kozaków. Zauważywszy z daleka jakąś wioskę zajętą już przez innych, zaczynali krzyczeć 'Hurra!', co na ogół wystarczało, aby wystraszyć dotychczasowych lokatorów i zająć ich miejsce. Na ogół najlepiej mieli się ci, którzy okazali się najbardziej bezczelni.".
Jest to sytuacja, w której każdy walczy przeciw każdemu, choćby towarzyszowi. Trzeba jednak przyznać, że wyprawy rekwizycyjne polskich szwoleżerów są organizowane we współpracy z Legią Nadwiślańską,
"najczęściej z jej 2. Pułkiem, pozostającym pod rozkazami Malczewskiego, działającym wspólnie z wydzielonym oddziałkiem naszej jazdy. Rozrzuceni po okolicy potrafili sprowadzić trochę jedzenia dla żołnierzy i paszy dla koni".
Nade wszystko - "niemal jak źrenicy oka" - szwoleżerowie strzegą kucharza pułkownika Chłapowskiego.
"Mając do pomocy kilkunastu kawalerzystów, Garoliński cały czas zajęty był przygotowaniem naszych posiłków - najlepiej jak potrafił. Nasi ludzie starali się zdobyć trochę mięsa i mąki. Mięso kucharz zwykle gotował, zaś z mąki sporządzał różnego rodzaju suchary, które lekko podpiekał. Tak się bowiem niefortunnie składało, że cierpieliśmy na wielki niedostatek soli. Niemal co ranka, przed wyruszeniem w drogę, każdy jeździec otrzymywał jedną z gorących galettes Garolińskiego oraz kęs mięsa, co musiało mu wystarczyć na cały dzień".
Załuski został jednak w końcu zmuszony pozbyć się po kolei obu krów, jakie zabrał ze sobą, aby dostarczały mu śmietanki do kawy. Każdy dba o siebie jak potrafi. Sierżant A.-J.-B.-F. Bourgogne z Pułku Fizylerów-Grenadierów Młodej Gwardii zauważa, że pułk "niemal zawsze maszeruje za jednostkami kawalerii lub artylerii [konnej]", aby trafiło mu się - a także innym jednostkom gwardii - nieco koniny na wieczorny posiłek:
"Obfitość martwych, częściowo już podzielonych zwłok końskich była zapewniona. Jeszcze więcej koni, choć ciągle jeszcze żywych i utrzymujących się na nogach, było całkiem otępiałych. Te nie nadawały się już do niczego, porzucano je więc, one zaś pozwalały się zabijać bez oporu".
Choć plutony rosyjskiej jazdy i piechoty maszerują równolegle do armii francuskiej po drugiej stronie wielkiej równiny, to aż do wieczora 3 listopada nic się nie wydarza. Wtedy jednak, gdy jednostki rosyjskie próbują przeszkodzić tylnej straży przejść przez kolejne defile, pułk Fezensaca, wsparty dwoma działami broni ciaśniny, dając pozostałym dość czasu, aby się przez nią przedostać. Z tyłu zostają dwie kompanie woltyżerów, które wycofują się stamtąd dopiero po zapadnięciu nocy. Ledwo jednak Bonnetowi i jego ludziom
"dane było zażyć nieco odpoczynku, gdy Rosjanie obrzucili nasze biwaki kilkoma pociskami. Jeden z nich trafił w drzewo, pod którym spałem. Nikt nie został ranny, doszło tylko do chwilowego zamętu między kompaniami 18. Pułku. Zawsze zwracało moją uwagę, że strzały oddawane nocą wyrządzały mało szkód, lecz działały na wyobraźnię żołnierzy i sprawiały wrażenie, iż nieprzyjaciel staje się nadzwyczajnie aktywny".
Następnego dnia, o którym Pion des Loches z zadowoleniem stwierdza, że był niezbyt mroźny, Ney wznawia swój metodyczny odwrót.
"Cesarz chciał maszerować powoli, aby ocalić bagaże. Na próżno marszałek Ney pisał do niego, że nie ma czasu do stracenia, że straż tylna jest ostro naciskana przez nieprzyjaciela. Podkreślał także, że na naszych skrzydłach armia rosyjska robi dziennie bardzo długie marsze i możemy się obawiać, czy nie dotrze ona przed nami do Smoleńska czy Orszy. Co się tyczy reszty, to pogoda była ładna i dość łagodna jak na tę porę roku; mieliśmy więc nadzieję, że dotrzemy bezpiecznie do Smoleńska, którypowinien być punktem końcowym naszych męczarni".
Do najpoważniejszych przeszkód ciągle należą mosty. Dotarłszy dojednego, który, jak wiele innych, zawalił się pod ciężarem pojazdów, zwłaszcza - co oczywiste - wozów amunicyjnych, najzwinniejsi żołnierze 85. Pułku
"z łatwością przeskakiwali przez strumień, który w tym miejscu nie był szerszy niż jakieś cztery czy pięć stóp. Piesi cywile rozpierzchli się jednak w górę i w dół potoku, aby znaleźć miejsce, gdzie mogliby się przedostać na drugą stronę bez zdejmowania butów. W ten sposób przejście owej rzeczułki zajęło nam niemal cały dzień! Szczęśliwie kilka furgonów utknęło i rozwaliło się w nurcie. Posłużyły nam one jako pomosty przy przekraczaniu tego rynsztoka".
Także i Lejeune widzi jak przez cały dzień, na obu skrzydłach
"liczne kolumny rosyjskiej kawalerii i piechoty próbują nas wyprzedzić, aby oczekiwać na nas przy kolejnym defile za Dorohobużem".
Czasami Rosjanie dostrzegają przerwę w kolumnie lub jakimś konwoju francuskim i natychmiast rzucają się w to miejsce. Nawet bagaże CKG nie są bezpieczne. Wśród pojazdów, którym nie będzie dane dociągnąć do Dorohobuża, znajdują się wszystkie powozy i furgony Murata, a wśród nich niewątpliwie także ten, który wiezie wszystkie jego perfumy. Już 18 października widząc, że jego powozy powstrzymują i tak już chaotyczne wycofywanie się z pobojowiska pod Winkowem, Murat rozkazał żołnierzom je spalić i "śmiał się widząc z jakim pośpiechem opróżniali je z zawartości, aby czym prędzej wykonać rozkaz". Ale strata tutaj ostatnich pojazdów jest bardziej kłopotliwa. Wygląda jednak na to, że efektowna garderoba króla ocalała, ponieważ chirurg Roos widzi go noszącego
"hiszpański płaszcz narzucony na mundur francuskiego generała. Płaszcz jest czasem czerwony, czasem zielony, zawsze ozdobiony srebrnymi chwostami. Kapelusz króla przybrany był kilkoma białymi piórami, a jego buty w stylu węgierskim bywały czerwone, zielone lub żółte".
Duroc, wielki marszałek pałacu, jest bardzo wymagający przy wyborze osób zatrudnionych w cesarskim gospodarstwie domowym - tak przynajmniej uważa Castellane. "Dzięki ciągłym wysiłkom maîtres d'hotel oraz kucharzy", niemal wszyscy w CKG "prawie zawsze dostają coś - czasem lepszego, czasem gorszego - do zjedzenia. Nie zaspokaja to naszego głodu, to prawda, lecz jest zaskakujące jak na te okoliczności". Normalnie tylko Berthier jadał obiady razem z Napoleonem. Teraz jednak, ponieważ Murat nie ma już własnego stołu, przy którym mógłby spożywać posiłki, także i on zajmuje miejsce obok cesarza. Za to "jego adiutanci i wszyscy oficerowie jego świty", włącznie z Rosettim, są "zmuszeni szukać pod tym względem szczęścia gdzie indziej". Pierwszego dnia nie stwarza im to większego problemu. Źle postrzegany przez gorliwych wyznawców Cesarza Dedemvan der Gelder nadal utrzymuje doskonały poziom swojej kuchni.
"Król udał się na obiad do Cesarza. Wieczorem, ze względu na to, iż ciągle jeszcze byłem obficie zaopatrzony, ofiarowałem jego oficerom wspaniałą kolację, z maderą i bordeaux, oraz wielką ilością kawy - prawdziwej mokki, a także alkoholami z wysp Indii! Mój kucharz, który niegdyś przebywał w Drontheim, tak cudownie przyrządzał koninę, że moi goście sądzili, iż podejmuję ich wołowiną!".
Przyjęcie to miało się jednak okazać łabędzim śpiewem Dedema - dyplomaty, w roli gospodarza:
"Następnego dnia moja caléche została rozbita przez artylerię, a mała, zgrabna, zaprzężona w dobre konie dorożka, należąca do jednego z moich adiutantów - hrabiego de Castel-Bajac - obficie załadowana zapasami, została uprowadzona przez Kozaków. Skosztowali oni naszego wina, a ponieważ porwali ją razem z woźnicą, odesłali go, przykazując, aby powiedział swojemu panu, że wino było doskonałe".
Dedemowi pozostał jeszcze furgon "oraz kuchnia polowa. Eskortowali ją moi adiutanci".
Poza tym
"tylko Cesarz miewał godnie nakryty stół, to znaczy zawsze miał białe pieczywo, serwetę, swój ulubiony Chambertin, dobrą oliwę, wołowinę lub baraninę, ryż z fasolą lub soczewicą - jego ulubionymi warzywami".
Caulaincourt zauważa, jak skromne są osobiste wymagania Cesarza. Porucznik w 1. kompanii Strzelców Konnych, J. M. Merme, który służył jeszcze w Egipcie i teraz cieszy się przywilejem rozpalania Cesarzowi ogniska na każdym postoju, także to odnotowuje:
"Jednego dnia szykowałem się właśnie, aby rozpalić Cesarzowi ogień, a ponieważ było zimno, owinąłem sobie bermycę chustką, aby choć trochę sobie ulżyć. Widząc zbliżającego się Cesarza, zacząłem pośpiesznie ją zdejmować. On jednak rzekł do mnie: 'Nie jesteśmy przecież na Placu Karuzeli. Jest dziś zimniej niż zwykle, zatrzymaj więc chustkę na głowie!'".
Sam Merme postawił sobie za punkt honoru nigdy nie grzać się przy ognisku, co "w konsekwencji sprawiło, że nigdy nie odmroził sobie kończyn".

Z upływem lat coraz powszechniejszą praktyką francuskich pułków, zwłaszcza kawaleryjskich, stawało się pozostawianie swoich orłów pułkowych w domu. Zbyt wielkie było niebezpieczeństwo, że owe uświęcone przedmioty dostaną się w ręce wrogów Francji. Sztandary okazują się mniej święte. Opuszczając Wiaźmę z grupą rannych Wirtemberczyków, chirurg von Roos zauważył, że ich sztandary zostały zdjęte z drzewców i poowijane wokół ciał najsilniejszych i najbardziej wytrzymałych w marszu żołnierzy ("dzięki takim środkom ostrożności, odkryłem później, że oddziały wirtemberskie nie straciły w Rosji ani jednego ze swoich sztandarów" - pisze Roos). W niekończącej się kolumnie, kurcząca się grupa spieszonych żołnierzy 2. Pułku Kirasjerów eskortuje starszego sierżanta Thiriona, który niesie ich pułkowego orła na niebieskim drzewcu. Ciągnie on też za sobą konia, który "nie dostając przez dwie noce niczego do jedzenia oprócz kory z drzew, do jakich go przywiązywano", padł w końcu z głodu i zmęczenia:
"Strzałem w głowę skróciłem męczarnie mojego wiernego towarzysza. Nie chcąc, aby mój pancerz i szabla wpadły w ręce wroga, wyrzuciłem je pod jakimś mostem, zarzuciłem na ramię znak pułkowy i strzelbę - dwururkę, jaką sprawiłem sobie w Moskwie, i kontynuowałem odwrót na piechotę".
Z każdym krokiem "brązowy orzeł z rozpostartymi skrzydłami, umocowany na szczycie dość długiego drzewca", staje się coraz cięższy:
"Poniżej orła, przybita była do drzewca kwadratowa flaga z białej satyny, z trzech stron obszyta szczerozłotymi frędzlami, każdy wielkości ludzkiego palca. Na fladze wyhaftowano słowa: 'Cesarz - swojemu 2. Pułkowi Kirasjerów'. Na drugiej stronie wymieniono miejsca wszystkich bitew, w których regiment brał udział, zaś calutką wolną powierzchnię pokrywał rój złotych pszczół, każda wielkości połowy ludzkiego kciuka. U stóp orła zawiązana była biała satynowa kokarda. Zwisała w dół na półtorej stopy, a każdy z jej końców zdobił chwost zrobiony ze skręconej frędzli, grubszy niż palec, cały złoty. Całość okrywał pokrowiec z marokańskiej skórki".
Wszystko to wrzyna się coraz boleśniej w ramię Thiriona. Sierżant zwraca więc uwagę pułkownikowi Dubois, że nawet jeśli odda życie w obronie orła, to nadal istnieje niebezpieczeństwo, że porwą go Kozacy. Otrzymuje więc pozwolenie na ukrycie znaku pułkowego. "Odkręciłem śruby mocujące orła i umieściłem go w jukach adiutanta Millota. Flaga i kokarda trafiły do bagaży pułkownika. Drzewce zostało spalone". Wszystko to ulżyło Thirionowi, "tak moralnie jak i fizycznie", po czym ów chłop ze stali z mozołem ruszył w dalszą drogę.

Wreszcie - na końcu długiego, prostego jak strzelił traktu, tego samego, którym armia w dobrym ordynku ciągnęła w przeciwną stronę w strasznych upałach sierpniowych - widać Dorohobuż, położony "w ogromnej amfiteatralnej niecce nad Dnieprem". Na milę czy dwie przed miastem, straż przednia armii natyka się na holenderską jednostkę maszerującą do Wiaźmy! Po doprowadzeniu konwoju skarbu ze Smoleńska do Dorohobuża, batalion majora Henri-Pierre'a Evertsa z 33. Pułku Liniowego maszeruje na wschód, wiele sobie obiecując po ujrzeniu Moskwy! Zamiast tego, co widzi? "Nie potrafię nawet znaleźć stosownego przykładu dla porównania" - oto "zmieszana masa jednostek wszelkiego autoramentu, ulegająca skrajnej panice, ciągnąca w nieładzie". Ktoś zapewnia majora, że pozostałe dwa bataliony 33. Pułku Liniowego, pod komendą pułkownika de Marguerye'a, przybędą tu jeszcze tego samego dnia, razem z Cesarzem i całą armią moskiewską! "Było to dla mnie zbyt wiele. Nie posunąłem się dalej. Wykonaliśmy w tył zwrot i postanowiłem czekać na Cesarza w Dorohobużu". Gdy zjawia się CKG, major udaje się do Jominiego,
"który był odpowiedzialny za kierowanie ruchem jednostek. Jego pomysłowość i sensowność jego pytań, natychmiast uświadomiły mi, że w zaistniałej sytuacji jest on właściwą osobą na właściwym miejscu. Wyglądał mi na wyjątkowo bystrego, a równocześnie spokojnego oficera. Jest wręcz niemożliwością oddać tutaj sposób, w jaki odpowiadał na pytania, kierowane do niego bez przerwy ze wszystkich stron przez nadmiernie podnieconych ludzi".
Otrzymawszy od Jominiego radę, aby zaczekał tutaj na Marguerye'a, major spotyka też
"dawnego generała naszej brygady, Barbanegre'a, który, choć obdarzony charakterem właściwym oficerowi szturmowego pułku, potrafił też cudownie odgrywać rolę dworaka - coś dla przypodobania się Cesarzowi, coś dla dodania otuchy oddziałom".
Barbanegre w kółko zapewnia Evertsa, "że ta ucieczka (z towarzyszącym jej okropnym bałaganem) to po prostu wspaniały, podziwu godny odwrót". Nazajutrz, około dziesiątej rano, nadciągają dwa pozostałe bataliony 33. Pułku Liniowego, eskortujące duży park artyleryjski. Odbywa się to w dogłębnym chaosie, w mieszaninie
"generałów, rannych oficerów i żołnierzy, furgonów komisarzy żywnościowych i innych pracowników taboru, szczątków taborów artyleryjskich poszczególnych korpusów, powozów dowódców i wszystkiego, co tylko można sobie wyobrazić ...".
Pierwszą rzeczą, o jaką de Marguerye pyta Evertsa, jest żywność. Major pokazuje mu swoje wozy pełne baryłek z ryżem, chlebem i solą oraz niewielki zapas wódki, którą zachwycony Marguerye rozdziela wśród żołnierzy całego pułku "tak szybko jak tylko to możliwe. Odbyło się to bez słowa", a dopiero potem pułkownik opowiada Evertsowi wszystko o potyczce stoczonej pod Małą Wiaźmą we wrześniu, kiedy to szwadron Pułku Dragonów Gwardii został zniesiony niemal ze szczętem, lecz większość jego Holendrów ocalała.
Porucznik Vossler, także czekający tam z konwojem rannych, jest równie zdziwiony, gdy widzi "pierwszą cienką strużkę wycofujących się żołnierzy", to znaczy przerażającą awangardę armii, złożoną z obciążonych łupem rabusiów Moskwy:
"Byliśmy zdumieni ich wyglądem. Wielu nie miało ze sobą broni. Inni byli jakoś tam uzbrojeni, ale albo ich karabiny nie nadawały się do użytku, albo pozbawieni byli amunicji. Ludzie ci nie byli już żołnierzami, lecz maruderami i ciurami obozowymi. Ponadto większość z nich obciążona była balami wełny, lnu, jedwabiu we wszystkich kolorach i odmianach. Mieli na sobie futra - damskie i męskie - wszystko co możliwe - od soboli po baranice. Nosili kapelusze wszelkich kształtów i rozmiarów oraz eleganckie obuwie. Mieli ze sobą naczynia kuchenne z miedzi, mosiądzu i żelaza, srebrne i cynowe sztućce, tace, półmiski i talerze, kieliszki, dzbany, nożyczki, igły, nici, woskowany sznurek, i tak dalej, i tak dalej, bez końca. Krótko mówiąc, zaopatrzeni byli we wszelkie przedmioty, jakie tylko mogły być potrzebne dobrze wyposażonemu podróżnikowi - szlachcicowi, kupcowi, artyście, czy komukolwiek, pieszemu lub konnemu - w czasie pokoju. Większość z nich jechała konno, w większości na nędznych rosyjskich kucykach, inni na wózkach, w dorożkach, dyliżansach i wszelkiego rodzaju powozach".
Nawet zdobyczne carskie karety nadal toczą się przed siebie, najwyraźniej przedostawszy się przez zamęt pod Wiaźmą.
Zostały wydane rozkazy, że również Dorohobuż ma być spalony do cna, gdy więc tylko gwardia wkracza do miasta, natychmiast zabiera się do rozbiórki domów, aby zrobić sobie z nich ogniska. Do czasu, gdy zaczęły przybywać pozostałe korpusy,
"nie pozostało już nic poza pojedynczymi domkami. Sklepy w mieście zostały złupione, a znajdujące się w nich wielkie ilości wódki płynęły teraz ulicami, podczas gdy reszta armii wręcz umierała z braku spirytualiów".
Miłoradowicz zaatakował III i IV Korpus, gdy oba znajdowały się jeszcze dwie mile przed miastem. Gdy wreszcie żołnierze Eugeniusza docierają do miasta, Labaume jest zszokowany widząc, jak wojsko
"włóczy się dookoła jak bydło, śpi pod pojazdami, czy też podpala kilka stojących jeszcze domów, w których generałowie próbują się trochę rozgrzać".
Pogoda jest straszna. "Od wyjścia z Moskwy nie mieliśmy jeszcze tak złej pogody" - uważa Griois - który przybył tutaj przemoczony do nitki, do czego przyczynił się "zimny i wilgotny wiatrem oraz marznąca mżawka, która przenikała przez naszą odzież i od której drętwiały nam kończyny". Kamraci Bourgogne'a są w podobnym stanie, zwłaszcza on sam - cały pogryziony przez wszy, których teraz pozbywa się, wytrząsając nad ogniskiem swoją bieliznę. Ale cóż to przybywa z kierunku przeciwnego do ruchów całej armii? Czyżby był to od dawna oczekiwany konwój z młynkami ręcznymi, których szczegółom Napoleon poświęcał tyle uwagi na Kremlu?
"Wczesnym rankiem dnia następnego [5 listopada], we wszystkich pułkach gwardii rozdzielono owe młynki, w razie gdybyśmy przypadkiem znaleźli jakieś ziarno nadające się do zmielenia".
Także i pozostałe korpusy są wzywane po swoje przydziały. "Przydzielanie młynków, gdy nie posiadaliśmy choćby ziarnka zboża", wydawało się pułkownikowi Griois "okrutną drwiną. Wszystkie te bezużyteczne graty zostały więc w magazynach, do dyspozycji Kozaków". Ludziom Bourgogne'a młynki "wydały się bardzo ciężkie; pozbyliśmy się ich przed upływem dwudziestu czterech godzin".

Przed ponownym wyruszeniem w drogę metodyczny jak zwykle Le Roy dokonuje przeglądu swojej garderoby. Składają się na nią:
-jedna para łapci ze sznurka,
- jedna para lnianych gatek, takiej samej długości co moje spodnie,
-jedna para spodni z niebieskiej sajety,
-jedna para butów stajennych nakładanych na spodnie,
- jedna flanelowa kamizelka nakładana na gołą skórę,
- jedna koszula i robiona na drutach kamizelka (nakładałem je na poprzednią), które dostałem w prezencie od pułkownika Schultza jeszcze w Wilnie,
- jedna kamizelka z niebieskiej tkaniny, ze złotym szamerunkiem z przodu i przy kieszeniach,
-jeden niebieski kitel z epoletami zwisającymi mi na pierś,
- jedna mocna szeroka peleryna z kołnierzem sięgającym poza ramiona.
Do jego wnętrza wszyte były dwie obszerne kieszenie "służące mi za spiżarnię". Dwa sznury zabezpieczały kołnierz przed zdmuchnięciem go przez wiatr, dodatkowo przymocowany był także dwoma brandenburgami
- dwie czarne jedwabne chustki do nosa (Wytrzymalsza z nich ochraniała mi nos i uszy. Aby lepiej spełniała swoje zadanie, wymościłem ją futerkiem; drugą owijałem wokół szyi),
-jedno czako osłonięte starym ceratowym pokrowcem, kryjące igły, nici, nożyczki, mydło i brzytwę,
-jedna szabla z pochwą (jej rękojeść spoczywała pod moją lewą pachą),
- jeden mocny nóż z rączką z kości słoniowej, kozik i korkociąg,
-jeden notes i ołówek,
-jeden czarny czepek jedwabny noszony pod czako,
-jedna butelka w wiklinowej plecionce,
- wreszcie, jako kieszonkowe chusteczki do nosa, moje dwie ręce.

Za to zabawny towarzysz Griois i jego kolega, pułkownik z artylerii, arystokratyczny typ - Jumilhac, "gwałtowny i choleryczny wobec podwładnych, lecz przyjazny, dowcipny i doskonały towarzysz dla równych sobie", odchodzi gdzieś w ciemności nocy i nie wraca.

Gdy następnego ranka I Korpus rusza w drogę, Lejeune musi pozostawić krowy, które jak dotąd włóczyły się za kwaterą główną Davouta.
"Opuściwszy Dorohobuż odbyliśmy wyjątkowo długi marsz i noc zastała nas w wielkim lesie, gdzie także generał Jouffroy został zmuszony do postoju z powodu wielu podległych mu dział o kiepskich zaprzęgach. Noc wykorzystano do zapełniania tych wozów z amunicją, które nadawały się jeszcze do dalszej jazdy i wysadzania w powietrze nieprzydatnych, a także palenia kół i lawet armat, których nie byliśmy już w stanie wlec ze sobą".
Dla mimowolnego szefa sztabu Davouta, przyszłego malarza eleganckich scen batalistycznych, który wśród wszystkich podniet wojny znajduje szczególnego rodzaju przyjemność, jest coś tragicznego w tych
"ciągle mnożących się wybuchach, sygnałach naszej katastrofy. Rozdzierały nam one serca, jak serce matki rozdziera głos dzwonu, bijącego na pogrzeb jej dziecka".
Aby go pocieszyć, generał Jouffroy rozbija namiot i zaprasza Lejeune'a na kolację. "Kolacja! O Boże, jakiż luksus wśród naszej nędzy!" Przy tej okazji Lejeune poznaje smak curry, czegoś, czego nigdy dotąd nie miał okazji spróbować:
"Jak dotąd nie musiałem jeszcze spożywać koniny. A tu jedynym daniem, jakie generał mógł mi zaoferować była właśnie ostro przyprawiona konina, rodzaj gulaszu, określany jako boeuf a la mode. Jednak przyprawy uczyniły te czarne, pozbawione smaku, bezkształtne kawałki mięsa, pełnego ścięgien stawiających opór nawet najostrzejszym siekaczom, całkiem jadalnymi. Tylko niesmaczny żółty tłuszcz nadawał temu danku odpychający wygląd. Mimo to czuliśmy się szczęśliwi, mogąc zjeść tak doskonały posiłek spłukany butelką dobrego wina, zabranego z piwnic jakiegoś moskiewskiego wielmoży".

Temperatura gwałtownie spada - Larrey, noszący ze sobą termometr przywiązany do dziurki od guzika, widzi jak słupek rtęci wskazuje aż -16o Réamura (-20oC). W tych warunkach, kapitan François - "Dromader z Egiptu" - na próżno namawia swoich żołnierzy, aby "wspomnieli kampanie egipskie, gdzie cierpiałem jeszcze bardziej okrutnie" i mówi do swoich towarzyszy:
"Można wpaść w jeszcze gorsze tarapaty! Tutaj mamy przynajmniej koninę do jedzenia. Na pustyniach Syrii często nie mieliśmy nic! Skarżycie się na zimno, lecz jeszcze bardziej cierpiałem od upału wśród palących piasków Arabii. Cierpliwości i odwagi!".
Ale, dodaje ze smutkiem,
"mało co mnie słuchali i przez cały dzień maszerowaliśmy w najgłębszym milczeniu. Wiele naszych armat i prawie wszystkie bagaże pozostawiliśmy przy drodze. Kawaleria, tak piękna jeszcze sześć miesięcy temu, jest prawie całkowicie pozbawiona wierzchowców; jej żołnierze się rozpraszają i nie przestrzegają już żadnej dyscypliny. Nie znoszą subordynacji; zanika hierarchia wojskowa. Generałowie nie potrafią już zająć się żołnierzami, którzy niegdyś wywalczyli dla nich sławę, zaś nędza, jaką znoszą owi dzielni junacy powoduje, że nie mogą dłużej ścierpieć głosów swych dowódców. Po prostu oddalają się od nich, albo też błagają ich, aby ich dobili. Mnie samego proszono o tę przysługę kilkakrotnie! Cóż mogłem powiedzieć, aby ponownie wzbudzić w nich odwagę?".
Choć sam François i niektórzy inni oficerowie utrzymują niezłomne morale, to fakt ten nie zabezpiecza ich przed torturą głodu:
"Koń pada. Wszyscy rzucają się na niego i kłócą się o kawałki mięsa. Aby znaleźć drewno opałowe, potrzebne do ugotowania takiego mięsa, musieliśmy znacznie oddalić się od drogi, co groziło masakrą. Dlatego też nasze postoje, pomyślane jako odpoczynek, spędzamy na poszukiwaniu czegoś, na czym moglibyśmy ugotować to obrzydliwe pożywienie".
Często ranny François, maszeruje teraz
"w wysokim bucie na jednej nodze, a w laczku na drugiej [rannej], z kulą w ręce, okryty różowym futrem lamowanym gronostajami, z kapturem na głowie. Kroczy w towarzystwie wiernego kamerdynera oraz dwóch koni, które idą sobie nieco z tyłu, jak im się podoba, nigdy jednak nie tracąc nas z oczu".
François decyduje się zapłacić [za żywność] całego złotego napoleona jakiemuś grenadierowi gwardii. W przeciwnym razie jadałby tylko
"mięso końskie, na wpół dogotowane, i to w taki sposób, że od brody po kolana bywałem ochlapany tłuszczem i krwią. Twarz miałem poczerniałą od dymu, długą brodę, i w ogóle wyglądałem jak szynka z Mayence. Jednak mimo mego położenia często śmiałem się tak z własnego stroju, jak i z wyglądu moich towarzyszy broni. Maszerowaliśmy z długimi soplami zwisającymi z każdego włoska naszych bród, i skórą poparzoną przy ogniskach, choć tak rzadko udawało się nam je rozpalić. Ci, którzy nie mieli noża, szabli lub siekiery, oraz ci, którzy mieli odmrożone ręce - nie mogli jeść w ogóle. Widziałem żołnierzy, jak klęcząc lub siedząc w pobliżu szałasów wgryzali się w końskie mięso niczym wygłodniałe wilki. Dzięki mojemu służącemu nigdy mi nie zabrakło tego specjału i codziennie wcinałem dwa lub trzy funty koniny bez soli i chleba".
Rezultatem takiej diety jest "dezynteria". Wszystkim, co większość żołnierzy ma do picia, jest stopiony śnieg. Nie służy to ani ludziom, ani koniom. Larrey, zgadzając się z Caulaincourtem co do tego, że to głód, a nie zimno zabija armię, wyjaśnia:
"Zbyt mało ciepła pozostałego w kiszkach było wchłaniane przez organizm. Zjawisko to zabijało przede wszystkim tych, którzy wychudli z braku odpowiednich wartości odżywczych spożywanego pokarmu. U takich ludzi śmierć poprzedzały skurcze i bóle w okolicach żołądka, nagłe osłabienia, bolesne skurcze gardła i widoczne przerażenie - wszystkie objawy głodu".
Nawet sam naczelny chirurg będzie musiał przez trzy następne dni maszerować, obywając się jedynie "dwoma lub trzema kubkami kawy bez cukru". Później przyjaciel da mu "szklaneczkę bordeaux, którą wypiłem z nieopisaną przyjemnością". Natychmiast mijają mu głodowe spazmy.
Smoleńsk staje się słowem niemalże magicznym. "Tam" - powiada każdy, aby dodać odwagi tyleż samemu sobie, co swoim sąsiadom - "... tam są ogromne zapasy. Tam czeka na nas IX Korpus Victora, świeżo przybyły z Niemiec"; on będzie stanowił tylną straż armii, co pozwoli nam udać się na leża zimowe do Polski. "Tak przynajmniej" - pisze ów żołnierz-amator, mądry Dedem van der Gelder - "rozumuje większość. Bardziej dalekowzroczni swoje przewidywania woleli zachować dla siebie".

Tego ranka kozacka eskorta Wilsona, przybywszy na miejsce po francuskim biwaku, widzi
"na dnie wąwozu jakieś działo i kilka wózków, obok których leżą konie. Obejrzawszy nogi kilku zwierząt, Kozacy zaczynają krzyczeć, podbiegają i całują kolana angielskiego generała oraz jego wierzchowca; tańczą i skaczą dookoła oraz czynią fantastyczne gesty, niczym wariaci. Gdy euforia nieco opadła, wskazują na podkowy martwych koni i mówią: 'Bóg spowodował, że Napoleon zapomniał, iż w naszym kraju jest zima'. Wkrótce potwierdziło się, że wszystkie konie w armii nieprzyjacielskiej były niewłaściwie podkute, oprócz korpusu polskiego oraz własnych koni Cesarza, które diuk Vicenzy [Caulaincourt] z właściwą sobie zdolnością przewidywania zawsze kazał kuć na ostro".

5 ŚNIEG

 

"Atakowały nas istne śnieżne wiry" - "ich kończyny stopniowo sztywniały"
- jak martwy niedźwiedź - Ney w Dorohobużu - spisek Maleta
- mamuśka Dubois rodzi dziecko - dola żołnierzy po amputacjach -
Bourgogne chowa dziewięć ziemniaków - "bardzo dobrze, generale,
zaczekam" - jedzą żywe konie - jak ważne są kociołki - dlaczego Południowcy
mają się lepiej - groteskowa maskarada - "sposób w jaki
Rosjanie rozmrażają ryby" - Louise Fusil całuje żandarma


Przez kilka dni cały kraj "spowijały zimne mgły". Le Roy, zbliżający się do Dorohobuża i nocujący w stodole (jedynej pozostałości po jakimś przysiółku) jest pewien, że "wszystko wróży, że nazajutrz spadnie śnieg". I rzeczywiście, 5 listopada
"mgła staje się gęstsza. Ogromna chmura, zniżając się stopniowo, spada w końcu wielkimi płatkami. W wielkich, ciemnych lasach zaczyna gwizdać i wyć wiatr. Wygląda jakby niebo waliło się na nas. Nagle wszystko zmienia się wręcz nie do poznania... ".
Rosyjska zima, którą Napoleon - wbrew ostrzeżeniom Caulaincourta - tak lekceważył, a której początek tak dokładnie przepowiedział w Wiaźmie, owiewa armię lodowatym oddechem. Zaledwie żołnierze Dumonceau zainstalowali się w jakimś przysiółku na skraju lasu, a już "temperatura zrobiła się lodowata i zaczął uderzać w nich wściekły wiatr", niosący przed sobą istne śnieżne wiry.
"Nie chroni nas nic. Nasze ogniska już nas nie ogrzeją. Ostry północny wiatr dopada mnie nawet pod moim przykryciem z niedźwiedziej skóry. Byłem zmarznięty z jednej strony, przypieczony z drugiej, podduszony dymem i przerażony rykiem burzy gwałtownie wstrząsającej gęstym lasem".
Dumonceau musi wstać i chodzi dookoła przez całą noc nie zaznawszy odpoczynku. Już dwie noce wcześniej, 2 listopada, tylna straż I Korpusu została dotknięta "tym samym cierpieniem, z rodzaju tych, jakich jeszcze dotąd nie zaznaliśmy". Szef sztabu korpusu, spędzający tę noc z dywizją Gérarda w wielkim lesie, gdzie termometr wskazywał od -8o do -9o Réamura (-10o do -11oC), widzi
"jak destrukcyjne od samego początku okazują się te śnieżne zawieje. Gdy nadeszła chwila wyruszenia w dalszą drogę, wielu żołnierzy oszołomionych zimnem nie zdołało się podnieść na nogi. Musieliśmy zostawić ich tam, gdzie leżeli".
W przerażającym, skrajnym zimnie porucznik Vossler widzi
"ludzi odzianych zbyt lekko, bez futer lub płaszczy, męczących się na drodze. Zimno najwyraźniej ich ogarnia i osłabia coraz bardziej. Stopniowo sztywnieją im kończyny. Upadają. Jakoś - z bólem - udaje im się pozbierać, zataczają się, czyniąc kilka następnych kroków, po czym padają ponownie, aby już się nie podnieść. Niektórym przez dziury w obuwiu widać gołe palce u stóp, najpierw ciemnoczerwone, potem sine lub brązowe, wreszcie czarne".
Dumonceau widzi jak żołnierze siadają na poboczu drogi, aby odpocząć sobie z plecami opartymi o drzewo lub kupkę kamieni:
"Z początku są jedynie otępiali. Wkrótce zaczynają okazywać podniecenie, czynią próżne wysiłki, aby się podnieść; walczą w konwulsjach z dzikimi, pozbawionymi wyrazu oczami, ustami pokrytymi pianą; zdaje się że ich umysł już nie pracuje".
Nawet weterani, którzy mają już za sobą liczące ponad dwa tysiące mil marsze z Hiszpanii i Włoch, a którym zdarzało się już maszerować w niejednej zawiei - choć wtedy przynajmniej nie głodowali - padają czasem "jak martwe niedźwiedzie". Ruszając pośpiesznie przed siebie, padają na twarz. Czasem jednak śmierć ma inne oblicze
"i oznajmia się jakimiś dziwnymi objawami. Oto podchodzi do ciebie ktoś z promieniejącą twarzą i uśmiechem w oczach. Ściska cię wylewnie za rękę. Ten człowiek jest już stracony. Tu znów inny spogląda na ciebie ponuro, a jego usta mamrocą słowa złości i rozpaczy - i ten także jest już stracony".

Przejście przez poczerniałe ruiny Dorohobuża nie jest prostą sprawą dla tylnej straży Neya. Choć "udało mu się dojść do miasta i wysadzić w powietrze most", przez cały czas pozostając związanym ciężką walką, to marszałek wie, że w połowie drogi do Smoleńska armia musi przejść jeszcze przez most na Dnieprze. Jest zatem jego zamiarem powstrzymać tutaj Rosjan przez cały dzień 8 listopada, aby dać wojsku szansę uczynienia tego w jako takim porządku. Noc jest jednak
"najzimniejsza z tych, jakie mieliśmy do tej pory. Padał obfity śnieg, zaś gwałtowny wiatr uniemożliwiał nam rozpalenie ognisk. Poza tym, wrzosowiska, na których rozbiliśmy obóz, oferowały nam bardzo mało".
Następnego ranka, w gęstej mgle, 4. i 18. Pułk Liniowy (brygada Jouberta) wycofują się do ruin Dorohobuża. Zaraz za nimi ciągną Kozacy. Fezensac wylicza dyspozycje Jouberta obliczone na powstrzymanie Rosjan:
"Dorohobuż położony jest na wysoczyźnie; tyłem opiera się o Dniepr. 2. Dywizja, która otrzymała rozkaz jego obrony, została rozwinięta następująco: dwa działa utworzyły baterię przy końcu niżej położonej drogi, wsparte przez placówkę wystawioną przez 4. Pułk. Po lewej, na moście przez Dniepr, stała kompania 18. Pułku; po prawej, na wyżynie przed cerkwią, setka żołnierzy z 4. Pułku pod dowództwem jakiegoś majora. Reszta dywizji stanęła na dziedzińcu zamku, na tej samej wyżynie. 1. Dywizja pozostawała w rezerwie za miastem".
Wszystkie te chytre dyspozycje na nic się jednak nie zdały:
"most na Dnieprze został wzięty, posterunek przed cerkwią odrzucony. Generał Razout, zamknięty z resztą dywizji na dziedzińcu zamkowym, popadł w typowe dla niego niezdecydowanie i już, już miał zostać okrążony, gdy wreszcie wydał nam rozkaz wymarszu. Nie było chwili do stracenia. Poprowadziłem mój pułk krokiem pas de charge i rzuciliśmy się na nieprzyjaciela okupującego wzgórza miasta".
Po kolana w śniegu, co łamie ich formację, 4. Pułk w szyku rozproszonym atakuje nieprzyjaciela na bagnety. Dochodzi do pojedynków z Rosjanami jeden na jednego.
"Postępy Rosjan zostały powstrzymane, lecz wkrótce nieprzyjaciel zaczął przenikać do niżej położonych części miasta, a generał Razout, obawiając się, że może zostać odcięty, nakazał odwrót. Cofałem się powoli, przegrupowując mój pluton tak, aby cały czas utrzymywać się twarzą do nieprzyjaciela. 18. Pułk, który wspierał nasze wysiłki, naśladował nasze ruchy. Pozostawiwszy miasto w rękach wroga, oba pułki nadciagnęły i przegrupowały się na tyłach 1. Dywizji. Marszałek Ney, niezadowolony z niepowodzenia swojego planu, wylewał swój żal na Razouta, na Jouberta, na wszystkich. Twierdził, że siły nieprzyjaciela były zbyt małe, aby wyprzeć nas z Dorohobuża i zapytał mnie, ilu Rosjan widziałem. Pozwoliłem sobie odpowiedzieć, że znajdowaliśmy się zbyt blisko wojsk nieprzyjaciela, aby móc je policzyć".
Neyowi nie udało się także odzyskać dwóch wozów amunicyjnych, jakie przypadkiem pozostawiono w mieście. Gdy tylko 99. Pułk Liniowy - pod pułkownikiem Heninem - ruszył, aby podjąć próbę ich odbicia, zaraz ogień dział rosyjskich zmusił go do wycofania się. Rozeźlony Ney "podejmuje więc odwrót w przyzwoitym porządku".
"Armia przekroczyła Dniepr, a Cesarz stanął kwaterą w zniszczonym château sto dwadzieścia kilometrów od Smoleńska i jakieś piętnaście za rzeką. W tym punkcie jej brzegi były dość strome, a nurtem płynęła gęsta kra" - mówi Rapp.
Czy Cesarz ma jakieś pojęcie, ile z jego dział, z których "ani jedno nie miało zostać porzucone", zostaje przez cały ten czas wysadzonych w powietrze lub po prostu gdzieś zostawionych? Są chwile, kiedy kapitan François, kuśtykający na swojej jedynej zdrowej nodze, "każe zaprząc nawet piętnaście koni, aby uciągnąć jedno działo polowe". A gdy Wirtemberczycy muszą zagwoździć osiem szesnastofuntówek Fabera du Faura, von Roos ze smutkiem po raz ostatni przygląda się ich lawetom:
"Wszyscy obecni byli głęboko wzruszeni. Zdawało się nam, że porzucamy rodziców lub przyjaciół w potrzebie. Były to pierwsze działa, jakie oddziały wirtemberskie straciły od początku wojny".
Obawiając się tego, jak uda się przeprawić przez Dniepr artylerię, Napoleon wysyła Rappa do Neya, aby ten powstrzymał ścigających ich Rosjan, dopóki nie będzie po wszystkim:
"Przez całą noc zajęci byliśmy przeprawianiem dział przez rzekę. Właśnie wciągaliśmy ostatnie na stromiznę na drugim brzegu, gdy w polu widzenia pojawił się nieprzyjaciel".
W potyczce, jaka się wywiązała, kilkuset żołnierzy zostało rannych i trzeba było ich tam zostawić:
"Przeklinali swój los, żałośnie płakali, błagając nas, aby ich dobić. Ale cóż mogliśmy zrobić? Był to widok rozdzierający serce. Każdy z nas uginał się pod ciężarem troski o własne życie. Z trudem utrzymywaliśmy się na nogach. Żaden z nas nie miał już sił, aby pomagać innym".
Wciąż robi się coraz zimniej.

Kilka godzin po tym jak CKG opuściła Dorohobuż - o ósmej rano 6 listopada -i zbliża się właśnie do wsi Michajłowka, wpada tam "galopem kurier, głośno wzywający Cesarza". Ma on przerażające wieści z Paryża. Hrabia Daru, Intendant-Géneral armii, przynosi zamkniętą tekę do Rappa, który jest adiutantem dyżurnym
"Od nadejścia ostatnich depesz upłynęło sporo czasu, bez zwłoki otworzyłem więc Cesarzowi tekę. Rozerwał on pakiet, rzucił okiem na jego zawartość i zbliżył do światła numer Moniteur, który pobieżnie przejrzał. Pierwszy artykuł, jaki przeczytał, zawierał opis attentat Maleta, ponieważ jednak nie przeczytał wcześniej depesz, nie mógł się zorientować, o co właściwie chodzi.
- 'Co to znaczy? Co za knowania? Co za spiski?'
Cesarz otworzył listy. Zawierały one wszystkie szczegóły próby zamachu stanu. Był zszokowany. Ta wszystkowiedząca, potrafiąca wszystko przewidzieć policja dała się tak omamić? Było to więcej niż był w stanie sobie wytłumaczyć:
- 'Savary w więzieniu La Force! Minister policji złapany i aresztowany!'
Wyszedłem, aby przekazać jakieś rozkazy. Sprawa była już znana. Na twarzach wszystkich obecnych malowało się zaskoczenie i niedowierzanie".
Nowiny w istocie roznoszą się błyskawicznie; docierają nawet do Pułku Fizylierów-Grenadierów, który był świadkiem przybycia kuriera. Nieco później o zamachu wiedzą już wszyscy. Zatrzymawszy się w Michajłowce, w domu służącym dawniej jako stacja pocztowa, Napoleon w kółko powtarza Caulaincourtowi i innym, że Savary powinien dać się raczej zabić niż aresztować. Najbardziej niepokojącym elementem całego epizodu - wszystko trwało zaledwie od czwartej rano do jedenastej przed południem 23 października - jest to, że najwyraźniej nikt nawet nie pomyślał ani o cesarzowej, ani o synu Napoleona - małym Królu Rzymu. Czyżby jego reżim opierał się na tak kruchych podstawach politycznych? To prawda, jeszcze w 1810 roku w Erfurcie Talleyrand szeptał na ucho carowi Aleksandrowi, że kolos ma gliniane nogi. Uprzytomnienie sobie tego z pewnością umacnia Cesarza w przekonaniu o słuszności jego zamiaru opuszczenia armii tak szybko, jak tylko okaże się to możliwe.
Wśród wiadomości znajdują się i takie, które można uznać za jeszcze pilniejsze. Na przykład ta, że IX Korpus marszałka Victora, zamiast atakować Wittgensteina, wycofuje się przed jego frontem. Natychmiast też zostają podyktowane i wysłane dwa listy, w których Cesarz ponagla Victora do wznowienia ofensywy i zabezpieczenia linii komunikacyjnych armii moskiewskiej.

6 listopada przez cały dzień pada gęsty śnieg, a mokre ubrania przymarzają do ciał maszerujących żołnierzy:
"Lodowa otoczka zaczyna pokrywać ich ciała, a wszystkie ich członki drętwieją z zimna. Ostre, gwałtowne podmuchy wiatru zapierają im dech w piersiach. Z wydychanej pary tworzą się sople, zwisające wokół ust i na brodach. W tych warunkach wszystko staje się przeszkodą".
Wielu wpada do nie ogrodzonych studni, typowych dla wiosek rosyjskich, które są teraz skryte pod warstwą śniegu. Karabiny stają się
"ciężkie - nie do utrzymania w zdrętwiałych rękach - i wyślizgują się żołnierzom z rąk. Łamią się przy tym, albo po prostu giną w śniegu. Innym przymarzają do karabinów palce. Biedacy, trzęsąc się z zimna, wloką się jakoś naprzód dopóki śnieg, oblepiający im buty i ciążący przy nich jak kamień, jakieś szczątki, gałąź czy zwłoki któregoś z towarzyszy nie spowodują, że potkną się i upadną. Na próżno jęczą, błagając o pomoc. Szybko pokrywa ich śnieg. Niewielkie kopczyki wskazują miejsca, gdzie leżą. Takie są ich grobowce! Cała droga usiana jest tymi wzgórkami, niczym cmentarz".
W panującej zawiei niewielu tylko znajduje dość sił, aby zwrócić uwagę na towarzysza, który upadł. Philippe de Ségur zauważa, gdy tak brnie naprzód z okrytymi purpurowymi derkami mułami CKG, że
"wśród dotkniętych ową przypadłością nieszczęśników są zarówno najdzielniejsi, jak i najbardziej zobojętniali. Śpiesznie mijają upadłych, unikając ich spojrzeń. Ich wzrok zatraca się w ogromnej, przeraźliwej, jednolitej masie, spośród której wystają tylko wielkie sosny, drzewa żałobne, z ich pogrzebową zielenią i gigantycznymi, nieruchomymi, czarnymi pniami tworzącymi nastrój bezbrzeżnego smutku. Cała armia jest spowita jakby w ogromne, miotające się na wietrze prześcieradło".
Jest tak zimno, że nikt nie jedzie konno. Towarzysze podróży Mailly-Nesle'a - mężczyzna i kobieta - wychodzą z eleganckiego powozu i, aby rozgrzać się nieco, "maszerują obok niemal zgięci w pół, z rękami wciśniętymi pod pachy - tę część naszego ciała, która najdłużej pozostaje ciepła".
Podobnie jak podczas czerwcowych upałów, dochodzi do wielu samobójstw. Lejeune ciągle słyszy "strzały karabinowe po obu stronach drogi - tak żołnierze skracali swoje męki". Niektórzy nawet oddają tę przysługę swoim przyjaciołom. Słysząc odgłos wystrzału tuż za sobą, ludzie z kompanii Dumonceau odwracają głowy. To jakiś Wirtemberczyk rozwalił przyjacielowi mózg, aby po chwili, "nawet nie spojrzawszy za siebie", poczłapać dalej.
Jeśli dzień jest straszny, to noc - jeszcze gorsza. Po przejściu zaledwie jakichś siedmiu mil, żołnierze z 85. Pułku odkrywają, jak trudno jest podpalić żywą sosnę. "Drewno to płonie tylko tak długo, jak długo w gałęziach znajduje się żywica, potem staje się czarne i tylko wydziela duszący dym". Grupa von Muraldta także stwierdza, że
"jest to bardzo powolna i nużąca robota. Najpierw musisz ściąć drzewo własną szablą (siekiery są rzadkością, lub też nie ma ich w ogóle), albo przynajmniej naciąć gałęzi, ponieważ nigdzie nie można było znaleźć suchego drewna. Nawet wtedy, przez parę godzin możesz mieć więcej dymu niż ognia. Dopiero gdy drewno w końcu zaczynało się palić i odsunęliśmy na bok otaczający ognisko śnieg, dawało się sporządzić swój mizerny posiłek. Konina była przypiekana na sztychu szabli, a potem zjadana w stanie na wpół surowym, krwawa i nieposolona".
Ktokolwiek posiadał choćby trochę mąki, próbował sporządzić "galettes, rodzaj cienkich placuszków, które zagniataliśmy z lodowatą wodą i próbowaliśmy piec nad ogniskiem", aby czymś przekąsić tę koninę. "Ale zazwyczaj byliśmy tak znękani głodem, że nie potrafiliśmy doczekać się, aż się odpowiednio upieką i zjadaliśmy je o wiele za wcześnie". Rezultatem były bóle brzucha i rozwolnienie. Duverger podejmuje swoją nieszczęsną opowieść:
"Gdy już trochę podreperowaliśmy nasze żołądki, gawędziliśmy sobie przez kilka chwil. Każdy opowiadał o swoich planach na przyszłość. Wtedy nadchodził sen i znieczulał nasze obolałe kończyny".
Kapitan hrabia M.-H. Lignieres z 1. Pułku Strzelców Pieszych Gwardii tak opisuje jak spędzał noc:
"Nie było właściwie żadnego ogniska. Na plecach każdego zbierał się śnieg. Gdy opuszczałeś swoje miejsce, aby udać się za potrzebą lub rozgrzać się nieco chodząc w kółko, widziałeś przed sobą kupkę białego puchu, ze środka której unosił się ledwie zauważalny obłoczek dymu. Gdy wracałeś na miejsce, pełno tam już było śniegu , który musiałeś najpierw odgarnąć".
Śpiąc obok takiego ogniska, pracownicy gospodarstwa cesarskiego stwierdzają, że "śnieg, topiąc się na naszych ciałach, wsiąkał w okrywające nas futra, gdzie z powrotem zamarzał, przez co zamieniał je w ciężkie lodowe skorupy, dające się porównać tylko z tymi przerażającymi płaszczami z ołowiu, jakie opisywał Dante".
Pułk Fizylierów-Grenadierów Gwardii rozłożył się na biwak w pobliżu lasu. Przez cały ten "smutny dzień" jego ranni czynili "nadludzkie wysiłki" w nadziei, że uda im się dotrzeć do Smoleńska, a wszystko tylko po to, aby umrzeć tutaj wieczorem.
"Chwilę później nasza kantynierka, mamuśka Dubois, żona fryzjera naszej kompanii, zległa. Pułkownik Bodel zrobił wszystko, co mógł, pożyczywszy mamuśce Dubois swoją własną pelerynę, aby można było jakoś przykryć schron, w którym odważnie stawiała czoła swoim kłopotom. Pułkowy chirurg nie szczędził wysiłków. W końcu wszystko dobrze się skończyło. W oka mgnieniu, gdy naokoło pada śnieg, urodziła dużego chłopca - zwykle nie lada problem dla kobiety".
"Tej samej nocy" - dodaje Bourgogne - "nasi ludzie zabili białego niedźwiedzia, który natychmiast został zjedzony". Biwak okazał się fatalnym miejscem dla koni:
"Zwykle trzeba iść dość daleko i łamać lód na wodzie, aby je napoić. Potem potrzebne było wiadro, aby zaczerpnąć wody. Jak tu znaleźć studnię czy rzeczkę, gdy na miejsce biwaku przybywa się w nocy? Powierzchni wody nie można było odróżnić od powierzchni gruntu. Lód, z taką trudnością połamany wieczorem, nad ranem stanowił z powrotem jednolitą taflę. Co więcej, aby go połamać, potrzebowaliśmy siekiery lub łomu, a wszelkie narzędzia były rzadkością. Woźnica, przybywający na miejsce na wpół martwy z zimna i obawiający się zabłądzić, próbował tylko wymyślić jakiś sposób na rozpalenie ognia, znaleźć jakieś schronienie i zdobyć coś do zjedzenia. Najczęściej też pozostawiał konie ich własnemu losowi".
Uwiązane do ośnieżonej sosny czy brzozy, wynędzniałe stworzenia próbowały desperacko połamać lód kopytami, nie dawały rady i umierały z głodu i pragnienia. Gdy nadchodził poranek - woźnice "wyruszali w dalszą drogę nie kwapiąc się, aby choć na chwilę zdjąć uprząż" z koni, które przeżyły noc. Larrey widzi, że pierwszymi ofiarami są zwierzęta pozbawione derek. "Ginęły przede wszystkim nocą, najwięcej z braku wody, bezskutecznie próbując wybić kopytami dziurę w lodzie". Dzięki zdolnościom przewidywania, jakimi wykazał się Caulaincourt, około setki koni ciągnących powozy CKG jednak "przetrwało w znośnej kondycji", będąc dowodem słuszności opinii wielkiego koniuszego, że to nie zimno zabija konie armii francuskiej, "ale brak odpowiedniej opieki, żywności, a przede wszystkim wody".

Po tej straszliwej, mroźnej nocy, Pułk Fizylierów-Grenadierów jest na nogach na długo przed świtem. "Jak dotąd bębny nie dały jeszcze sygnału diane", lecz Bourgogne, który przybył tutaj z kompletną niedźwiedzią skórą,
"już się przebudził. Siedząc na swoim tornistrze, przewiduję okropny dzień, sądząc po wietrze, który już zaczyna wyć i gwizdać. Robię więc dziurę w mojej niedźwiedziej skórze i przekładam przez nią głowę tak, że łeb niedźwiedzia dynda mi gdzieś na piersi. Reszta przykrywa mój tornister i plecy, ale jest tak długa, że ogon wlecze się po ziemi".
Przemarzniętemu do kości i całemu obolałemu płatnikowi Duvergerowi i jego towarzyszom wcale nie chce się wstawać. "Ciepło naszych ciał stopiło lód w miejscach, gdzie leżeliśmy i teraz można policzyć owe legowiska". Gdy wreszcie się podnoszą, widzą że
"wielu nie wstaje, lecz nadal siedzi na swoich miejscach. Myśląc, że jeszcze śpią, częstujemy ich szturchańcami. Okazuje się, że są martwi. Z początku myśleliśmy, że są tylko oszołomieni i otępiali od zimna. Potem jednak, gdy potrząsanie nic nie pomaga, stwierdzamy, że już nie żyją, albo są umierający". Miejsce biwaku każdej jednostki
"zaznacza się kręgami leżących sztywno martwych żołnierzy. Okolica jest też zarzucona trupami kilku tysięcy koni".
Po spędzeniu nocy w stodole, wirtemberski generał Kerner budzi się, aby ujrzeć wszystkich trzystu swoich ludzi zamarzniętych na śmierć wokół ich ognisk. "Nic im już nie mogło pomóc" - ciągnie Dumonceau -
"i musieliśmy pozostawić ich tak leżących obok ognisk. Nie pofatygowano się nawet, aby ich pochować. Brakowało czasu i środków, zaś zmrożona ziemia była zbyt twarda. W ten sposób straciłem mojego starszego sierżanta - szefa kompanii. Znaleźliśmy go ze spalonymi stopami i górną częścią ciała zamarzniętą na kość". W końcu odbębniono diane, a zaraz potem grenadiere ["stawać pod broń!"] i choć jeszcze nie świta, towarzysze Bourgogne'a wyruszają w drogę. "Wstaliśmy" - relacjonuje Duverger -
"i jak stare szkapy, skazane na wleczenie za sobą licznych wózków, a także kukułek4 z Paryża, z wahaniem stawiamy jedną nogę przed drugą. Koślawym i niepewnym krokiem ruszamy przed siebie".
Także lansjerzy Dumonceau wznawiają marsz na piechotę, "prowadząc, a raczej ciągnąc nasze konie za uzdy, aby rozgrzać się nieco tym ćwiczeniem". Podobnie postępują fizylierzy-grenadierzy: "Wtedy krew zaczyna znów krążyć w żyłach. Rozgrzewamy się w trakcie marszu i raz jeszcze odżywamy". Tego ranka mamuśka Dubois - "okryta płaszczami dwóch żołnierzy naszej kompanii, którzy zmarli ostatniej nocy" - jedzie na koniu pułkownika Bodela, trzymając na rękach dzieciątko owinięte w owczą skórę. Po około godzinie marszu w ciemności i zrównaniu się z jednostką bezpośrednio poprzedzającą nas w kolumnie, pułk zatrzymał się na krótki wypoczynek:
"Mamuśka Dubois chciała wykorzystać tę chwilę wytchnienia i podać pierś swojemu nowonarodzonemu chłopcu. W pewnej chwili wydała z siebie okrzyk boleści. Dziecko okazuje się martwe i sztywne jak drewno".
Żołnierze próbują ją pocieszyć, mówiąc że zdarzenie trzeba raczej uznać za błogosławieństwo tak dla dzieciaka, jak i dla niej, i
"mimo jej szlochów, zabierają jej niemowlę, które cały czaskurczowo przytulała do piersi. Przekazują je w ręce sapera, który razem z ojcem dziecka odchodzi kilka kroków na bok, gdzie siekierą wygrzebuje dziurę w śniegu, podczas gdy ojciec klęczy obok, trzymając dziecko w ramionach. Gdy dziura jest gotowa, całuje syna i składa go w jego grobowcu. Potem wszystko zasypują i jest po wszystkim".
Wielu innym nie oddano nawet i takiej ostatniej posługi.

Kolumna Młodej Gwardii - "z zaciśniętymi wargami" - maszeruje teraz w gęstej mgle za oddziałami artylerii gwardii:
"Nasze nozdrza, a może raczej nasze mózgi zamarzają. Wydawało się, że wędrujemy w zlodowaciałym powietrzu. Przez cały dzień padał śnieg - pędzony nadzwyczaj silnym wiatrem - płatkami tak wielkimi, jakich nikt z nas w życiu nie widział. Nie tylko nie było widać nieba, ale nie dostrzegało się nawet człowieka maszerującego bezpośrednio przed tobą".
W tej walce o przetrwanie
"nie było już przyjaciół. Spoglądaliśmy na siebie podejrzliwie, stając się nieuprzejmymi nawet wobec najbliższych towarzyszy".
Niedaleko nędznej wioski Michajłowka dochodzi do sprzeczki nadbochenkiem świeżo upieczonego chleba, za który Bourgogne zmuszony jest dać jakiemuś starszemu chirurgowi pięć franków. Po chwili bochenek jest już rozerwany przez jego kamratów, tak że "został mi tylko kawałeczek, tkwiący pomiędzy kciukiem i dwoma palcami prawej ręki". Teraz każdy myśli już tylko o sobie. Widząc jakiegoś żołnierza, jak po kryjomu gotuje nieco ziemniaków dla swojego generała, Bourgogne zmusza go, aby mu odsprzedał dziewięć sztuk. Wsuwa je - nie mniej skrycie - do swojej ładownicy.
"Dać się opanować uczuciu litości na widok żałosnych scen, jakich się było świadkiem, oznaczało skazać samego siebie. Ci szczęśliwcy - potrafiący wykrzesać z siebie resztki energii i dać odpór wszelkim spadającym na nich nieszczęściom -zawsze okazywali się tymi, którzy mieli najsłabiej rozwiniętą wrażliwość".
Duverger widzi, co dzieje się z żołnierzami, nie potrafiącymi tak postępować:
"Padali na drodze i już się nie podnosili. Widzieliśmy, jak ich nogi zaczynały się trząść, a pochylony coraz bardziej ku przodowi tułów wróżył rychłą śmierć. Ich kompani śledzili ich wzrokiem i spekulowali, jak długo jeszcze wytrzymają. Padających obdzierano do naga, gdy jeszcze żyli. Kłóciliśmy się o ich odzież, wyrywając sobie te nędzne zapasy, jakie jeszcze im pozostały".
Jakiś szeregowiec zaczyna ściągać ubranie z generała, który upadł przy drodze i umiera. Generał błaga go, aby przynajmniej zaczekał, dopóki nie umrze. "Doskonale, mon général" - odpowiada ze spokojem grenadier - "Zaczekam".
Zatwardziałość serc staje się zaiste niewiarygodna. Réné Bourgeois widzi jakiegoś kapitana inżynierów, który - upadłszy przy drodze - prosi o pomoc przechodzących:
"- 'Jestem kapitanem inżynierów, pomóżcie!' Jakiś grenadier odwraca się, staje przed nieborakiem i - głosem na wpół poważnym, na wpół szyderczym - mówi - 'Co? Jesteś kapitanem inżynierów? Narysujże mi jakiś plan'".
Okrutne, żelazne prawo przetrwania najsilniejszych staje się rozkazem dziennym. Zaś rozkaz Napoleona, wydany w Dorohobużu, w którym nakazuje armii, aby maszerowała
"tak jak robiliśmy to niegdyś w Egipcie, z bagażami pośrodku, połową batalionu z przodu, połową z tyłu i po batalionie w kolumnie z obu stron ..., jednostki w krótkich odstępach między sobą, przedzielone artylerią",
nie dociera do uszu żołnierzy, jakby mieli je zapchane śniegiem. To samo dotyczy rozkazu: "Żaden żołnierz nie opuści swojej jednostki, ani nie utraci karabinu". Wszędzie dookoła Kozacy i uzbrojeni chłopi - kryjąc się w ciągle padającym śniegu -
"posuwają się w swojej śmiałości tak daleko, że przenikają w nasze szeregi, uprowadzając juczne konie i te furgony, o których sądzą, że zawierają największe skarby. Nasi ludzie nie mają nawet sił, aby odpierać owe napady",
ponadto są zbyt zajęci okradaniem się nawzajem. Victor Dupuy zauważa z satysfakcją, że jeszcze tylko konie rannych nadal są szanowane przez "żołnierzy wszystkich stopni". Nie znaczy to, że ich właściciele mogą ich używać. Jest na to zbyt zimno. "Zamarzliby w ciągu kilku godzin". Dupuy pozostawia naszej wyobraźni
"los chorych i rannych, zwłaszcza po amputacjach. Powrzucani byle jak na furgony, których konie coraz bardziej się męczą, aż wreszcie stają się całkowicie obojętne na wszelkie bodźce, nieszczęśnicy ci są porzucani na biwakach i drogach, gdzie umierają bredząc w malignie. Ci którzy mają dość sił - zabijają się. Ich kompani - przyjaciele smutnych ofiar odwrotu - nie mogą im pomóc. Odwracają jedynie oczy".
Fezensac widzi, że czynione są jeszcze wyjątki dla kobiet i dzieci: "Wszyscy robią, co mogą, aby im ulżyć. Nasz starszy dobosz przez dłuższy czas niósł w ramionach jakieś dziecko. Oficerowie, którzy mają jeszcze konie, dzielą się nimi z owymi biedakami".
Usadowiony na lawecie Le Roy rozpoznaje żonę jakiegoś komisarza, którą zapamiętał z Moskwy jako ubraną w najbardziej dziwaczne stroje; straciła teraz męża, a
"jedwabny szal, jaki nosiła, był cały popalony, jej oczy zamglone i poczerwieniałe, twarz zapadnięta. Wszystko świadczyło o fizycznych i psychicznych cierpieniach tej biednej kobiety".
Nawet weterani, dla których braterstwo broni jest wielkim nakazem etyki wojskowej, zaczynają już nie stosować się do własnych zasad. Sierżant Bourgogne, na razie daleki od przyznania się swoim głodującym kamratom do posiadania owej bezcennej kolekcji ziemniaków, przespał drugą lodowatą noc mocno przytulając je do siebie. A na następnym przystanku, "jak jakiś egoista" odchodzi na bok w najgęstszy las i zabiera je ze sobą, ale stwierdza, że został mu właściwie
"sam lód! Próbuję je ugryźć. Zęby ślizgają mi się po powierzchni bez szansy na oddzielenie choćby kawałka. Wtedy właśnie pożałowałem, że nie podzieliłem się nimi wczoraj z przyjaciółmi".
Wraca do grupy zawstydzony,
"ciągle dzierżąc w garści to, co próbowałem zjeść, choć ziemniak jest cały czerwony od krwi z moich warg. Koledzy pytają, co też tam mam. Bez słowa pokazuję im ziemniak, oraz pozostałe, które mam w ładownicy".
Gdzie je znalazł? Sierżant czyni gest w kierunku lasu. Wszyscy pędzą tam w nadziei znalezienia większej ich ilości. Na próżno. Ziemniaki Bourgogne'a po ugotowaniu topią się niczym lód. Za to jego towarzysze, którzy ugotowali cały garnek końskiej krwi,
"zaprosili mnie, abym się poczęstował, co też uczyniłem, nie dając się bynajmniej prosić dwa razy. Zawsze robiłem sobie wyrzuty, że tak postąpiłem" - wyznaje sierżant - "a oni cały czas myśleli, że naprawdę znalazłem te ziemniaki w lesie i nigdy ich z tego mniemania nie wyprowadziłem. Ale to wszystko jest tylko próbką tego, co mieliśmy ujrzeć później".
Zimno i głód znieczuliły wszystkich na cierpienia innych do tego stopnia, że nawet koniom nie pozwala się zdechnąć przed rozdarciem ich na kawałki. Porzucone w drodze lub zabite nocą zwierzęta
"były zmarznięte i tak twarde, że nie można już było wyciąć czegokolwiek ze zwłok. Gdy tylko jakiś koń upadał, nikt nie starał się pomóc mu ustać na nogach, lecz natychmiast widziało się żołnierzy rzucających się na niego, rozcinających mu boki, aby dobrać się do wątroby, która była najmniej odpychającym kąskiem. Nikt nie fatygował się przy tym, aby wcześniej dobić nieszczęsne stworzenie, a często nawet widzieliśmy, jak żołnierze złościli się na ostatnie wysiłki zwierzęcia, pragnącego wyrwać się swoim katom".
Lejeune widzi, jak jacyś żołnierze tłuką umierającego konia i wrzeszczą podczas prób podzielenia mięsa: "Coquin! [Draniu!] Nie możesz leżeć spokojnie?". Także Kergorre widzi konie, "ciągle żywe, którym wycięto spore kawały mięsa z zadów, jak płakały, czując takie kawałkowanie ich żywcem, a nikomu na myśl nie przyszło, aby je dobić!". Kapitan François, który maszeruje z IV Korpusem, widzi młodą kobietę wpychającą się między kilku żołnierzy, którzy właśnie patroszą konia. Choć nosi futro z kuny lamowane białą satyną, zanurza rękę w brzuchu zwierzęcia, aby wyrwać mu wątrobę. Nie udaje jej się to, więc - nie mając noża - wkłada do środka głowę i używa zębów. Mała grupka spieszonych kirasjerów starszego sierżanta Thiriona wycina plasterki mięsa z zadów koni brnących mozolnie przez śnieg:
"Było zbyt zimno, aby je zabijać i podzielić tusze. Ręce odmówiłyby nam posłuszeństwa i poodmrażalibyśmy je sobie. Nieszczęsne zwierzaki nie okazywały najmniejszych oznak bólu, najlepszy dowód na to, jak bardzo były znieczulone i otępiałe od tego potwornego zimna. W każdych innych warunkach wyrwanie takich płatów mięsa doprowadziłoby do krwotoku i śmierci, ale przy 28 [sic] stopniach mrozu nie dochodziło do tego. Krew natychmiast zamarzała i tamowała dalszy upływ. Widzieliśmy, jak niektóre z tych nieszczęsnych koni przez kilka dni chodziły z wielkimi kawałami ciała wyciętymi z obu pośladków".
Sam starszy sierżant posiada mały garnuszek,
"którego nie zamieniłbym na największą fortunę. Wciskając ostrze noża - tak delikatnie, jak tylko to możliwe - między końskie żebra, podstawiałem moje naczyńko i zbierałem do niego krew, którą następnie gotowałem. Powstawał z tego czarny pudding, który dzisiaj uznałbym za niejadalny, lecz wtedy uważałem za delicje".
Ci, którzy - jak Thirion - zdolność przetrwania wyssali z mlekiem matki, stosują własne techniki:
"Gdy zatrzymywałem się z moimi spieszonymi kirasjerami na miejscu, gdzie mieliśmy spędzić noc, rozpinałem swoją pelerynę i rzucałem ją na śnieg, a na niej kładłem swój karabinek i hełm. A choć byłem diablo zmęczony i cierpiący z powodu rany w stopie, to zaczynałem tańczyć to, co w choreografii określa się mianem "skrzydeł gołębich". Moi kamraci zwykle myśleli, że zwariowałem, lecz zapewniałem ich, że wszystko jest w porządku, tłumacząc, że ma to na celu dodanie sobie ducha, a przynajmniej zapobiec jego osłabieniu".
Inni, jak komisarz Kergorre, stosują nie mniej wymyślne techniki przetrwania:
"Tak długo, jak miałem jeszcze wysokie buty, nigdy nie zaniedbywałem tego, aby wieczorem ściągnąć je z nóg i założyć szmaciane kapcie, które za dnia wciskałem do kieszeni. Gdy nadchodził ranek byłem znacznie mniej wyczerpany, nie miałem spuchniętych stóp, a w dodatku oszczędzałem swoje obuwie, które inaczej mógłbym nadpalić sobie podczas snu przy obozowym ognisku".
Co się tyczy Piona des Lochesa, to jest on niezwykle wręcz skrupulatny w stosowaniu swoich wymyślnych sposobów. A któż nie podziwiałby zimnej krwi i zdolności przewidywania, jaką cechował się niejaki generał G,
"z którego brygady nie ocalał nikt - ani jeden człowiek, ani jeden koń. Wszyscy jego służący mieli poodmrażane kończyny, cały bagaż też został gdzieś stracony. Ze wszystkiego, co niegdyś posiadał, zatrzymał ze sobą tylko zwyczajny garnek. A ponieważ był uzbrojony w ów skromny, a bezcenny przedmiot, to wszyscy posiadacze czegoś do jedzenia - nie mający w czym tego ugotować - zapraszali generała do kompanii".
Usadziwszy "właściciela tego skarbu w najlepszym miejscu, tuż przy ognisku", dawali mu potem sporą część jego zawartości
"i zwracali mu na koniec garnek elegancko wyczyszczony. Dzielny generał brał go na ramię i ruszał w dalszą drogę nie obawiając się, gdzie będzie nocował, albo co będzie jadł na kolację, ponieważ miał to zawsze zapewnione".
Co się tyczy żelaznego kociołka Le Roya i Jacqueta, któremu w czerwcu niemal pisane było zaginąć w Niemnie, to jest on zazdrośnie strzeżony przez ich szpetnego służącego Guillaume'a. Von Muraldt powiada, że "ktokolwiek posiadał jeszcze trochę mąki, ryżu, kawy lub cukru, a do tego jakieś naczynie, aby coś sobie z tego przyrządzić - mógł uchodzić za milionera. Wszyscy chcieli się takiemu przypodobać". Jego osobistym "najcenniejszym skarbem jest także żelazny kociołek, z którym nigdy się nie rozstawałem. Niewielu miało coś takiego ze sobą, więc inaczej postępując - rychło bym go stracił". W kwaterze głównej I Korpusu, Duverger i jego towarzysze
"kolejno pełnią dyżury jako kucharze. Nie był to rodzaj zajęcia, jakie bym szczególnie lubił. Mój gulasz zawsze się przypalił. Nie zawsze mieliśmy choćby trochę koniny czy gorzałki. Czasem brakowało nawet czystej wody. Wtedy też gotowaliśmy naszą spartańską cienką zupkę. Oto przepis: Utop odpowiednią ilość śniegu - a będziesz potrzebował dużo, aby otrzymać choćby odrobinę wody. Dorzuć do tego nieco mąki. Potem, z braku soli, dodaj ździebko prochu. Podawaj gorące i jedz tylko wtedy, kiedy jesteś naprawdę głodny".
Osobnicy obdarzeni zmysłem obserwacji, jak Thirion, zauważają, że żołnierze niektórych narodowości, jak Francuzi, Hiszpanie, Włosi i Portugalczycy, są - nieoczekiwanie - bardziej odporni i wytrzymali od innych:
"Ciemniejsi poddani Cesarza, obdarzeni choleryczno-sangwinicznym temperamentem, niemal wszyscy z południowych krajów Europy, byli bardziej odporni od blondynów - niemal bez wyjątku z krain północnych - w przeciwieństwie do tego, co zwykle się na ten temat mówi".
Również Dupuy uważa, że Południowcy lepiej znoszą panujące warunki i przypisuje to ich żywszemu temperamentowi. Opinię tę podziela Larrey. Objaśnia to w ten sposób, że
"krążenie krwi u Południowców jest niewątpliwie bardziej aktywne. Ich siły witalne są większe. Jest także prawdopodobne, że ich krew, nawet pod wpływem skrajnego zimna, lepiej zachowuje istotę ciepła, związaną z jej zabarwionymi składnikami. Z tego samego powodu jeszcze lepiej zachowują oni siłę duchową. Odwaga ich nie opuszcza, a ponieważ lepiej też wiedzą, jak należy dbać o siebie, to potrafią skuteczniej unikać wszelkich pułapek niż zazwyczaj apatyczni mieszkańcy zimnych i wilgotnych klimatów".
Jego teoria głosi więc, że południowcy mają żywsze krążenie krwi, co powoduje ich ciemniejszą karnację, a zarazem daje im większe zasoby siły duchowej. Z drugiej strony "widzieliśmy Holendrów, 3. Pułk Grenadierów Gwardii, w sile 1787 oficerów i żołnierzy, którzy wyginęli niemal co do jednego. Tylko czterdziestu jeden powróciło do Francji". Chirurg Roos, ze swej strony, w oparciu o własne doświadczenie uważa, iż najlepiej udaje się przetrwać tym, którzy są
"w każdych okolicznościach najzaradniejsi i od kołyski przywykli do znoszenia niewygód, niezależnie od tego, z jakiego kraju pochodzą. Na drugim krańcu znajdują się młodzi, niedoświadczeni, słabi lub leniwi; czasem po prostu rozpuszczone dzieci, którym zawsze usługiwano. Ci już na początku nie wytrzymywali letnich upałów, a teraz większość z nich pozostawała w tyle. Oni też jako pierwsi poddawali się i umierali".
Czasami wzdłuż drogi trafiają się nie spalone jeszcze domy. Biada jednak każdemu, kto zbyt długo siedzi w zbyt nagrzanym pomieszczeniu! Szybko stwierdzi, że kończyny mu puchną, z powodu - sądzi Larrey -
"rozszerzania się włoskowatych naczyń krwionośnych wnętrza ciała, dokąd ucieka rezerwa ciepła i życia. Opony mózgowe stają się podobnie rozdęte, co prowadzi do ciężkich bólów głowy, osłabienia zdolności umysłowych i zmian w organach zmysłów. Osobnika takiego opanowywała ogólna słabość i szczególnie ostre uczucie strachu i przerażenia. Pojawiał się kaszel, który szybko stawał się coraz cięższy. Bywał on bardziej lub mniej gwałtowny, lecz towarzyszyły mu śluzowate, czasem krwawe wykrztusiny. Często w tym samym czasie dochodziło do rozwolnienia, czemu towarzyszyła skłonność do wymiotów oraz bolesne kolki. Puls stawał się nieregularny, skóra wysychała. Chory odczuwał bolesny obrzęk członków, skurcze, ataki drgawek oraz uczucie swędzenia i gorąca w podeszwach stóp. Sen miewał ciężki i towarzyszyły mu zwykle majaki. Naczynia krwionośne spojówek nabrzmiewają. Rozwija się gorączka, nasilająca się wieczorem. Gołym okiem można dostrzec pulsowanie krwi w tętnicach szyjnych i skroniowych. Dochodzi do delirium lub letargicznego otępienia, a wtedy niebezpieczeństwo jest tuż, tuż. Takie były główne symptomy towarzyszące tej przypadłości, którą można nazwać kataralną ataksją z przeziębienia. Jej przebieg był raz szybszy, raz wolniejszy, zależnie od konstytucji chorego, jego wieku i żywotności".
Nie tylko krajobraz zmienia swój wygląd. Sama armia zaczyna przypominać jakąś groteskową maskaradę. Każdy - od generała po najmarniejszego szeregowca - ubrał na siebie cokolwiek, choćby i najbardziej kosztowne jedwabie czy futra zabrane z Moskwy. "Wszyscy żołnierze nosili na sobie, co tam który znalazł podczas rabunku" - zauważa okiem specjalistki Louise Fusil, soubrette byłego teatru francuskiego w Moskwie, jadąca teraz powoli toczącym się w śnieżycy powozem, pod czujnym okiem jego właściciela (bratanka pana Caulaincourta).
"Niektórzy okryci są jakimś kaftanem mużyka lub przykrótką, lamowaną futrem suknią tęgiej dziewki kuchennej. Inni mają płaszcze po bogatych kupcach, a niemal wszyscy - także lamowane futrem - różowe, niebieskie, liliowe lub białe satynowe peleryny, jakie prości ludzie tutejsi traktują jako artykuły luksusowe (szanujące się Rosjanki noszą czarne peleryny)".
Nie można wręcz wyobrazić sobie czegoś równie śmiesznego - ciągnie nieustraszona aktorka
"- jak widok starego grenadiera, z wąsami i w bermycy, okrytego podbitym futrem płaszczem z różowej satyny, gdyby nie tak smutne okoliczności. Biedacy chronili się przed zimnem najlepiej jak potrafili, ale nawet sami śmiali się czasem z tak cudacznego widowiska".
Sztab 1. Dywizji I Korpusu nadał swojemu dowódcy, generałowi Compansowi, przezwisko "Tatar", a to z powodu jego "czapki z karmazynowego aksamitu z sobolowym otokiem", jaką podarowała mu w Hamburgu jego nowa żona. Nosi ją teraz do
"kurtki mundurowej pozbawionej haftów i epoletów, niebieskich bryczesów i obszernego wierzchniego płaszcza podbitego bardzo dobrym lisim futrem i ozdobionego sobolimi ogonkami. Z kołnierzem podniesionym wyżej uszu, płaszcz sięgał mi do kostek i nie pozwalał zobaczyć nic więcej niż moją czapkę i obute stopy. Na tym wszystkim nosiłem broń boczną, zwisającą z aksamitnego, karmazynowego, haftowanego złotem pasa. Jedynie trzy gwiazdki na chwoście przy rękojeści broni wskazywały na mój stopień. Tak oto prezentuje się, najdroższa moja, pełnofigurowy portret Compansa - Tatara",
jak niedługo miał krótko napisać do swojej nowo poślubionej małżonki. Co się tyczy szeregowców, to niektórzy robią sobie buty ze starych kapeluszy:
"Niewielu tylko miało jakieś futra, peleryny czy wierzchnie płaszcze, gdy tylko więc pozwolili sobie na krótki choćby odpoczynek, natychmiast ogarniała ich drętwota. Młodzi żołnierze, mający największą skłonność do zasypiania, umierali masowo. Większość naszych ludzi miała też ucierpieć od gangreny, ponieważ podchodzili zbyt blisko ognisk".
Jedynym lekarstwem na odmrożenia - który to środek zapobiegawczy Larrey wielokrotnie wypróbowuje na sobie - jest nacieranie zbielałych obszarów skóry śniegiem,
"lub też, gdy sposób ten okaże się niewystarczający - zastosować metodę, jaką Rosjanie używają do rozmrażania ryb - polegającą na zanurzeniu odmrożonej kończyny w zimnej wodzie i moczeniu jej tak długo, aż zobaczy się bąble powietrza wznoszące się ku powierzchni wody z zamarzniętych części".

"W piątek [6 listopada] byliśmy już prawie w Smoleńsku" - ciągnie Louise Fusil -
"a oficer w dyliżansie, którym opuściłam [Moskwę] rozkazał swojemu stangretowi dotrzeć do miasta przed wieczorem. Woźnica ten był Polakiem, najpowolniejszym i najbardziej prostackim na jakiego kiedykolwiek się natknęłam. Spędził on całą noc - tak przynajmniej twierdził - szukając furażu dla koni. W międzyczasie pozwolił zwierzętom marznąć do woli, w wyniku czego, gdy chciał z nimi ruszyć w dalszą drogę, nie były w stanie zrobić choćby kroku i ostatecznie straciliśmy dwa z nich. Gdy te dwa zdechły, okazało się niemożliwe, aby ujechać z pozostałą dwójką. Utknęliśmy w ten sposób przy wejściu na bardzo zatłoczony most, aż do soboty, 7 listopada. Zastanawiałam się, co robić i zdecydowałam już, że opuszczę moją caléche, gdy tylko wstanie świt, aby przejść przez most na piechotę i prosić generała dowodzącego na przeciwległym brzegu o pomoc w uzyskaniu miejsca w jakimś innym powozie. Wtedy jednak powrócił nasz Polak z parą koni, które - jak powiedział - "znalazł". Oczywiście, zaraz się domyśliłam, że musiał je ukraść, ale nie było to niczym nadzwyczajnym".
Kradzież, zwłaszcza kradzież koni, staje się powszechna:
"Każdy rabował każdego ze wszystkiego i to z całkowitą bezkarnością. Jedynym niebezpieczeństwem było dać się złapać na gorącym uczynku, ponieważ wtedy było się narażonym na tęgie lanie. Przez cały dzień można było usłyszeć: 'Ah, mon Dieu, ktoś ukradł mi walizkę! Ktoś zabrał mój tornister! Ktoś ukradł mój chleb! Mojego konia!' - a krzyczał każdy - od generała do szeregowca. Pewnego dnia Napoleon, widząc jednego ze swoich oficerów noszącego bardzo piękne futro, zapytał go ze śmiechem - 'No, to gdzieś je ukradł?' - 'Sire, kupiłem je sobie' - 'Aha, kupiłeś je sobie od kogoś, kto właśnie smacznie spał!'. Dowcip ten powtarzany był w całej armii".
Dla Napoleona może był to żart, ale na pewno inaczej sprawa wyglądała dla samotnego marudera, dla którego oznaczać to mogło wyrok śmierci. Louise przedostaje się przez zatłoczony most tylko dzięki Lariboisiere'owi, który widząc ją we łzach, nakazuje żandarmowi, aby włączył jej dormeuse do pojazdów Davouta:
"Żandarm ten - nie wiadomo czemu - wziął mnie za żonę generała Lauristona i aż zachłysnął się pięknymi słówkami. Gdy wreszcie zaczęliśmy przejeżdżać przez most, po obu stronach był on obstawiony generałami, pułkownikami i niższymi oficerami, którzy chcieli przyśpieszyć marsz. Kozacy, jak usłyszałam później, byli całkiem blisko".
A tu masz ci los, po przejściu jednej czwartej długości mostu, konie zastrajkowały:
"Rozkaz był w tym względzie całkiem jednoznaczny - każdy pojazd blokujący drogę w trudnym przejściu miał zostać spalony. Wyglądało na to, że moje sprawy stoją jeszcze gorzej niż dzień wcześniej. Ze wszystkich stron już wznoszą się okrzyki: 'Ten pojazd blokuje nam drogę, spalić go!'. Żołnierzom w to graj, mieliby jeszcze okazję złupić powóz przed jego zniszczeniem. Już też krzyczą, "Spalić go, spalić!'. Ale wtedy znalazło się kilku oficerów, którzy zlitowali się nade mną i zaczęli nawoływać: 'Chodźcie no tu, ludzie! Chwyćcie za koła!'. Po czym złapali za nie sami i pogonili innych, aby zrobili tak samo".
Louise, gdy wreszcie wydostała się na drogę, była tak szczęśliwa, że z uśmiechem obdarowała swojego żandarma całusem - "z czego był niezwykle zadowolony".
Dzisiaj Czerwoni Lansjerzy, ciągle jadący przed CKG, robią sobie przerwę, gdy z letargu wyrywają ich przerażone okrzyki. To Kozacy - wrzeszcząc "hurra!" - zaatakowali tłum maruderów, prawdopodobnie z VIII Korpusu. Holendrzy pośpiesznie wskakują na konie, galopują do przodu, formują linię - ale nawet nie fatygują się, aby spróbować odbić te kilka furgonów, z jakimi Kozacy właśnie uchodzą. "Z rękami i stopami pozbawionymi czucia, okazując niewiele bojowego ducha", lansjerzy siedzą i drżą z zimna na swoich koniach. Kozacy są jednak bardzo ostrożni i to "wystarcza, aby na jakiś czas zabezpieczyć nas przed ich zakusami". Podczas owej "potyczki", prowadzonej w tak niefrasobliwy sposób, Czerwonych Lansjerów wyprzedza CKG,
"więc przez kilka chwil jej liczna eskorta stanowi dla nas istotne wsparcie. Zamiast zwykłego szarego płaszcza, Cesarz - jadący na swym pięknym, białym wierzchowcu z zachowaniem niczym niezmąconego spokoju, nosił dzisiaj mentyk z zielonego aksamitu, obficie podbijany futrem i ozdobiony złotymi branderburgami. Blisko niego zauważyliśmy wspaniale się prezentującego króla Neapolu, noszącego swoją polską kurtkę mundurową barwy błękitnej, także podbitą futrem i ozdobioną złotymi warkoczami szamerunków. Poza tym, całą szyję i dolną część twarzy aż po czubek nosa miał owinięte szerokim indyjskim szalem, a na głowie - jak zwykle - nosił swój polski toczek zwieńczony bukietem powiewających piór. Za nim ciągnął diuk Istrii [Duroc (sic!)- chyba raczej Bessiéres - przyp. Castiglione], zawsze upudrowany na biało, ze swoją długą peruką nieskazitelnie ułożoną, jakby wybierał się na salony. Ubrany był prosto, w ciemnoniebieską pelerynę, zachowując wygląd ściśle regulaminowy".
Później nadciąga Berthier i inni generałowie i oficerowie ordynansowi, ubrani jednakowo w peleryny, zaś "jedyną pozaregulaminową cechą ich stroju były podniesione kołnierze i chustki zawiązane wokół nosów".
Co dziwne, nikt albo prawie nikt, na tyle przynajmniej, na ile może to ocenić Kergorre, nie oskarża otwarcie Napoleona o spowodowanie nieszczęścia, jakie coraz wyraźniej dotyka armię:
"Powiadano, że żołnierze obrażali Napoleona podczas odwrotu. Ja, który widziałem Jego Cesarską Mość w najbardziej bolesnych okolicznościach, myślę, że mogę zapewnić was, iż nie jest to prawdą".
Dumonceau zgadza się - jak zwykle w charakterystyczny dla niego, pozbawiony emocji sposób - z tą opinią:
"Kilku wysokiej rangi pesymistów - w napadzie złego humoru - mogło myśleć inaczej, ale podobne przypadki wśród szeregowców oraz młodszych oficerów były rzadkością. Nasze oddanie dla niego pozostawało całkowite. Ufność, jaką w nim pokładaliśmy, przetrwała nienaruszona. Nikt z nas nawet nie myślał o oskarżaniu go za nasze porażki; w naszych oczach ciągle zachowywał prestiż najwyższego sędziego".
Kergorre dodaje, że "co prawda, szeregowcy nie wznosili już okrzyków Vive l'Empereur! Nie mówili jednak nic [przeciw niemu]". Caulaincourt zapewnia, że "szacunek, jakim się cieszył Cesarz i oddanie jego osobie były tak wielkie, że nikt z jego świty, choćby jedynie prosty służący, nie został nigdy obrażony". Wielki koniuszy twierdzi przy tym, że jego świadectwo ma szczególną wartość, ponieważ od samej Wiereji cały czas maszeruje na piechotę,
"czasem z Cesarzem, czasem przed nim, czasem za nim, ale zawsze między grupami umundurowanych mężczyzn, bez płaszcza do konnej jazdy, za to w swoim mundurowym kapeluszu. Jakiekolwiek niezadowolenie wśród żołnierzy niewątpliwie zostałoby wyrażone w obecności umundurowanego generała. Przyznaję, że zachowanie nieszczęśników - umierających z zimna na poboczu drogi - często mnie zdumiewało. Nie ja jeden wszakże podziwiałem ich za to".
Nawet Dedem, zwykle tak krytyczny, choć zaczyna słyszeć, jak szeregowi żołnierze przeklinają swoich oficerów, to do jego uszu nigdy nie dochodzi
"jakakolwiek skarga czy żal pod adresem tego, któremu zawdzięczają wszystkie swoje cierpienia. Najdalej posuwali się wojacy ze Starej Gwardii, powiadając 'Och, Moreau poprowadziłby nas lepiej!'".
Czy rzeczywiście jest to prawda? Może, jeśli chodzi o prawdziwych żołnierzy. Niekoniecznie jednak dotyczy to administracji armii, itp. Chirurg kawalerii, Réné Bourgeois, widzi jednego takiego cywilnego pracownika wojska,
"który miał obie nogi zmiażdżone kołami powozu, pod jaki wpadł. Leżał na poboczu drogi, cierpiąc straszliwe bóle, gdy obok przejeżdżał na czele gwardii Napoleon. Widząc to, nieszczęśnik podniósł się nieco i zebrawszy resztki sił, aby głos jego brzmiał jak najdonośniej, obrzucił Cesarza wyzwiskami:
'Oto on' - powiedział - 'ta nędzna marionetka, która przez dziesięć lat wodziła nas za nos jak automaty. Kamraci, to szaleniec! Nie wierzcie mu! Stał się teraz ludożercą! Potwór pożre was wszystkich!'".
Jeśli już pojawiają się jakieś szemrania, to między najwyższymi rangą. Caulaincourt z przerażeniem stwierdza,
"że byli oni tak znużeni wojną, tak spragnieni odpoczynku, czy choćby widoku mniej wrogiego kraju; tak bardzo marzyli o końcu tych wszystkich dalekich wypraw, że większość z nich nie dostrzegała żadnych pozytywów obecnej sytuacji i uważała, że przyszłe konsekwencje naszych klęsk staną się pożyteczną nauczką dla Cesarza, która powinna ostudzić nieco jego ambicje. Taki pogląd był powszechny".
Potwierdza to dziennik sekretarza Faina, tego badacza natury ludzkiej: "W otoczeniu Cesarza dworskie uśmiechy znikły z ust nawet największych pochlebców. Wszystkie głowy są spuszczone. Jedynie silne charaktery, ci którzy nie mieli masek do odrzucenia, nie zmienili wyrazu twarzy".
Przykładami tych ostatnich mogą być Caulaincourt czy Duroc. Gdy żołnierze Dumonceau znaleźli bród,
"wielki marszałek dworu przyłączył się do nas, aby z niego skorzystać. Jechał na bardzo pięknym koniu, ubrany był, jak na paradę, w białe bryczesy, dobrze wypastowane buty do konnej jazdy i wszystkie inne elementy tego rodzaju stroju, z tym, że nie nosił na wierzch ani peleryny, ani płaszcza, a jedynie spenserek [krótki żakiet], dopasowany do figury, okazując obojętność na zimno. Poza tym wyglądał na zadowolonego. Do każdego, kto się do niego z czymś zwracał, odnosił się wielce przyjaźnie. Ruszał właśnie w drogę, aby znaleźć i przygotować Cesarzowi jakieś mieszkanie na kolejny postój. Towarzyszyło mu kilku oficerów i żandarmów wyborczych. Wszyscy mieli konie znajdujące się w dobrej kondycji".
Dzięki dalekowzroczności, jaką wykazał się w Moskwie Caulaincourt - co usłyszy kiedyś Wilson - wszystkie siedemdziesiąt trzy konie kwatery głównej są podkute na ostro - środek ostrożności dość oczywisty, choć poza CKG przedsięwzięty tylko przez Polaków. Grupka Duroca, gdy tylko przeprawia się przez bród, znika w oddali, "pędząc galopem".
Pułk Szaserów Konnych Gwardii także ma jeszcze sześciuset ludzi na koniach. Gdy przybywa trzysta świeżych wierzchowców, "podesłanych przez jakiegoś polskiego szlachcica, aby 'pomóc Cesarzowi podczas odwrotu'", zostają one odesłane do najstarszego pułku kawalerii jako remonty. Nastroje w CKG polepszyły się też podczas tego ostatniego przed Smoleńskiem dnia marszu, gdy zauważono tam zdążający ku nim konwój z zaopatrzeniem przeznaczonym dla tylnej straży Neya.
"Przywołując wspomnienia innych czasów, kiedy to obowiązywały inne idee, umocnił on morale nawet najbardziej zniechęconych. Wszyscy uwierzyli w obfitość zapasów i w osiągnięcie zamierzonych celów. Sam Cesarz schlebiał sobie na ten temat więcej niż inni i wypowiadał się też w tym duchu".
Gdy jednak krótko potem Czerwoni Lansjerzy dołączyli do kolumny, musieli zaraz ruszyć z pomocą
"eskortującej konwój piechocie, która jest atakowana, a osłaniany przez nią konwój rabowany przez tłum nie należących do żadnych jednostek żołnierzy. Było mnóstwo złorzeczeń pod naszym adresem, lecz większa część konwoju została ocalona i mogła ruszać w dalszą drogę".
Czy cokolwiek z tego transportu dotarło kiedykolwiek do sierżanta Bertranda i jego ludzi, wykonujących - gdzieś tam na końcu - swoje szachownicowe ruchy przez cztery dni bez przerwy? Te dwa dni zamieci (6-7 listopada) zniszczyły jedną trzecią armii moskiewskiej. "Od tego dnia" - napisze Labaume w swojej historii tej kampanii -15 "armia straciła swoją siłę i wojskowy wygląd. Szeregowiec nie słuchał już oficerów, oficer opuszczał swojego generała. Rozwiązane pułki ciągnęły naprzód jak który potrafił. Walcząc o utrzymanie się przy życiu, rozciągnęły się po równinach, paląc i łupiąc wszystko, co im tylko wpadło w ręce".
Mimo wszystko cały czas Lejeune widzi ludzi takich jak kapitan François, którzy "choć poranieni, pozostają pełni energii" i nigdy nie utracili swojego morale. A jedna rzecz, jaką zauważa Thirion, to to, że "każdy żołnierz, który uważał, iż jest niemożliwe, abyśmy pokonali te sto czy sto pięćdziesiąt lig (300-500 mil), jakie nam pozostały, aby wydostać się z Rosji, był człowiekiem straconym. Dwa, trzy dni później każdy taki po prostu znikał".

Ciąg daszy w książce "1812 - Wielki odwrót"