Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

WSPOMNIENIA Z WYPRAWY NA MOSKWĘ 1812 r.

Opublikowano w A R M A N D C A U L A I N C O U R T, Wspomnienia z wyprawy na Moskwę 1812 r.

Biografia Armanda Caulaincourta, napoleonskiego generała i dyplomaty, autora "Pamiętników"


Dnia 9 grudnia 1773 roku w domu markiza Louisa Caulaincourta panowało świąteczne zamieszanie - urodził się jego pierwszy syn, któremu na chrzcie dano imię Armand August Louis. Dzieciństwo latorośli tego szlachetnego rodu upłynęło w ich posiadłości - zamku Caulaincourt, wzniesionym w departamencie Aisne. Armand otrzymał wpierw staranne domowe wykształcenie, a 8 grudnia 1788 roku, w przeddzień swoich 15 urodzin, został szeregowcem w Królewskim Cudzoziemskim Pułku Kawaleryjskim. Dowodził nim wuj Armanda, hrabia Teodor Lamet. Dzięki jego protekcji, po trwającej zaledwie półtora roku służbie (dokładnie 7 lipca 1789 r.), Armand Caulaincourt otrzymał stopień porucznika.

Armand Caulaincourt



Zaledwie miesiąc później wybuchła Rewolucja Francuska, która postawiła młodego oficera przed trudnym wyborem. Większość osób z jego kręgu porzuciła ojczyznę i z bronią w ręku stanęła przeciw zbuntowanemu narodowi, marząc o restauracji obalonej dynastii Bourbonów. Caulaincourt znalazł się wśród tych nielicznych arystokratów, którzy pozostali we Francji. Rozpoczęła się właśnie wojna z Austrią (20 kwietnia 1792 r. wypowiedziało ją Zgromadzenie Prawodawcze), która dla wielu oficerów i generałów stała się drogą do sławy. Miesiąc później, 20 maja 1792 roku, Armand awansował do rangi kapitana, po czym przyjęto go do sztabu jego wuja, generała Harville'a. Niestety, z powodu niewłaściwego, czyli arystokratycznego pochodzenia, kapitana Caulaincourt zaczęto traktować z podejrzliwością, wskutek czego ostatecznie zwolniono go z wojska. Armand przezwyciężył jednak poczucie krzywdy i powodowany chęcią dalszej służby dla dobra ojczyzny, ponownie wstąpił w szeregi armii, tym razem jako zwykły żołnierz - 1 lipca 1792 roku zaciągnął się jako ochotnik do Narodowej Gwardii Paryskiej (w sekcji Czerwonego Krzyża), a 24 sierpnia 1793 roku został starszym sierżantem 16. Roty 7. Paryskiego Batalionu. Jednak w listopadzie 1793 roku, znów jako szeregowiec, Armand został przeniesiony do 1. Paryskiego Batalionu, a 27 stycznia 1794 roku - do 16. Pułku Jegrów Konnych. Wreszcie niedługo później, bo już w kwietniu, w czasie podróży do Armii Zachodniej generała Klébera, Caulaincourt został aresztowany jako "osoba podejrzana" i "arystokrata". Tłumaczenie się było bezcelowe, więc żeby nie popaść w dalsze tarapaty, nasz bohater wykorzystał nadarzającą się okazję i po prostu uciekł z więzienia. Po czym znów ochotniczo znalazł się w szeregach wojska, gdzie dowódcy dostrzegli i docenili odwagę młodzieńca, który dzięki temu ponownie zaczął awansować. Służąc w Armii Wybrzeża Cherbourga pod dowództwem wybitnych generałów Hoche'a i Klébera, 11 kwietnia 1794 roku Armand Caulaincourt został awansowany do stopnia kaprala, 5 maja zostaje sierżantem, a 20 maja 1794 roku starszym sierżantem. Jednak stopnie oficerskie wciąż były nieosiągalne dla eks-arystokraty. I znowu pomogły mu rodzinne koneksje. Generał Aubert-Dubayet, stary przyjaciel Harville'a, który wkrótce został mianowany Ministrem Wojny, postarał się, by jego adiutantami zostali dwaj bracia Caulaincourtowie - Armand i August. W marcu 1795 roku Armand ponownie został kapitanem (uznano wszystkie stopnie wojskowe, których dosłużył się wcześniej), a 26 grudnia tegoż roku mianowano go dowódcą szwadronu 8. Pułku Kawalerii (zachowując stanowisko adiutanta Ministra Wojny).
Po odwołaniu generała Aubert-Dubayeta ze stanowiska ministra i wyznaczeniu go na ambasadora w Turcji, 16 marca 1796 roku Caulaincourt również wyjechał do Stambułu. Wkrótce jednak relacje między generałem a jego adiutantem uległy pogorszeniu i doszło do rozstania. Aubert-Dubayet, chcąc pozbyć się podwładnego, przydzielił mu odpowiedzialne zadanie - 12 kwietnia 1797 roku Armand wyjechał do Francji, towarzysząc nowemu tureckiemu ambasadorowi. W czerwcu delegacja przybyła do Paryża i kapitan Caulaincourt mógł zdać sprawozdanie ze swojej pierwszej misji dyplomatycznej. Od tej chwili młody oficer znowu znalazł się pod opieką Harville'a, który wówczas cieszył się poparciem innych wpływowych generałów: Jourdana i Kellermana. 16 sierpnia 1797 roku Armanda mianowano asystentem generał-inspektora oddziałów konnych w Armii Sambry i Mozy, by 9 listopada 1798 roku ponownie powierzyć mu dowództwo szwadronu 8. Pułku Kawalerii. W latach 1799-1800 Caulaincourt służył w Armii Reńskiej; 30 lipca, dzięki protekcji Harville.a, otrzymuje awans na pułkownika i stanowisko dowódcy 2. Pułku Karabinierów. Podobnie jak wielu innych oficerów, Caulaincourt potępiał politykę Dyrektoriatu i miał nadzieję, że władzę we Francji obejmie wreszcie wojskowa dyktatura. Wkrótce jego nadzieje zaczęły się spełniać. Pierwszym konsulem został Napoleon Bonaparte, który powróciwszy z kampanii egipskiej, wziął władzę w swe ręce.
W okresie Konsulatu pułkownik Caulaincourt, służąc pod dowództwem Lecourbe'a a następnie Marceau, brał udział w bitwie pod Stockach (25 marca 1799 r.), a pod Weinheim otrzymał dwa postrzały. Wyleczywszy się z ran, walczył za Francję pod Mjoskirche (5 maja 1800 r.) i w innych bitwach tej kampanii.
Wojskowa służba pułkownika Caulaincourta zakończyła się w 1801 roku, wraz z podpisaniem pokoju w Lineville - wtedy też rozpoczęła się jego błyskotliwa kariera dyplomatyczna. Bardzo pomogły tu przyjazne stosunki jego rodziny z żoną pierwszego konsula, Józefiną Beauharnais. I tak Minister Spraw Zagranicznych Talleyrand zaraz na wstępie powierzył Armandowi bardzo odpowiedzialną misję, wysyłając go do Petersburga.
Świeżo upieczony dyplomata ruszył do dalekiej Rosji, by w imieniu pierwszego konsula przekazać carowi Aleksandrowi I gratulacje z okazji wstąpienia na tron. Caulaioncourt zyskał jego przychylność (przebywał w Petersburgu do kwietnia 1802 roku), a tym samym i przychylność Bonapartego. 31 lipca 1802 roku były kapitan został jednym z jego ośmiu adiutantów, a 29 sierpnia 1803 roku został awansowany do stopnia generała brygady, obejmując odpowiedzialne stanowisko generalnego inspektora wszystkich stajni Konsulatu.
W tym czasie, niewątpliwie nieprzypadkowo, Armand Caulaincourt został wmieszany w głośną sprawę diuka Enghiena (rodzina Caulaincourta była dalekimi krewnymi rodu Conde, z którego pochodził Louis Antoni Enghien).
10 marca 1804 roku Armand został wysłany przez Talleyranda do księcia elektora Badenii z apelem zawierającym żądanie rozwiązania wojskowych formacji francuskich emigrantów na jego terytorium. To na pozór niewinne zadanie okazało się jednak pretekstem dla aresztowania diuka Enghiena, zatrzymanego przez generała Ordenera właśnie na terytorium Badenii. Więzień został następnie stracony. Fakt uczestnictwa w tej sprawie Armanda, choć był on tu tylko narzędziem - wykonawcą woli Bonapartego, który mścił się na rojalistach za spisek na swoje życie, pozostawił na zawsze rysę na jego reputacji. Caulaincourta uważano od tej pory za jednego z głównych sprawców tej zbrodni. Drażliwa sytuacja, w której znalazł się dyplomata, była na rękę Napoleonowi, który właśnie ogłosił się cesarzem. Powszechnie znany jest jego komentarz na temat sprawy Enghiena: "Nie widzę wielkiego nieszczęścia w tym, że Caulaincourt został skompromitowany. Teraz będzie służył mi jeszcze wierniej".
Na Armanda spłynęły zatem kolejne dowody cesarskiej łaski. W czerwcu 1804 roku otrzymał jedno z ważniejszych stanowisk na cesarskim dworze: został Wielkim Koniuszym. Choć już wcześniej zarządzał cesarskimi stajniami i był odpowiedzialny za służby kurierskie, teraz musiał być zawsze do dyspozycji cesarza, towarzyszyć mu podczas podróży, zajmując miejsce po prawicy Bonapartego, gdy ten wsiadał do karety, powozu lub na konia, podawać mu wodze, przytrzymywać strzemię, itp. Nowo mianowany koniuszy wypełniał swoje obowiązki gorliwie - pewnego razu zasłonił swego władcę własnym ciałem przed bliskim wybuchem nieprzyjacielskiego pocisku. 1 lutego 1805 roku Caulaincourt został mianowany generałem dywizji, a 2 lutego odznaczono go Wielkim Orłem Orderu Legii Honorowej.
Niewątpliwie cieszył się zaufaniem i sympatią cesarza, który doceniał jego niewzruszoną wierność. Służby dla Napoleona Armand o mało nie przypłacił jednak porażką w życiu osobistym. Za czasów cesarstwa nie mógł on bowiem ożenić się z ukochaną kobietą - Adrienne Carbonel de Canisy. W tym konkretnym przypadku Napoleon zademonstrował moralny rygoryzm, nie chcąc tolerować na swym dworze rozwódki. Po rozwodzie ze swym mężem, pani Canisy - dama dworu cesarzowej - musiała opuścić cesarski pałac.
3 listopada Caulaincurt został ambasadorem w Rosji, obejmując placówkę po generale Savary. Cesarski Wielki Koniuszy nie chciał jednak jechać do Petersburga i długo wzbraniał się przed objęciem tej funkcji; Napoleon przekonał go, mgliście obiecując, że wyjazd "przyśpieszy realizację jego planów małżeńskich". W Sankt Petersburgu Caulaincurt spędził prawie pięć lat, przejawiając zresztą nieprzeciętne talenty dyplomatyczne, dzięki czemu zasłużył sobie na nagrodę - 7 lipca 1808 roku Napoleon nadał mu tytuł diuka Vicenzy. Rosyjskie wyższe sfery początkowo odnosiły się do "zabójcy diuka Enghiena" nadzwyczaj niechętnie.
Dopiero jego osobista rozmowa z carem, podczas której przedstawiono dokumenty całkowicie oczyszczające francuskiego dyplomatę, uzdrowiła atmosferę. Drzwi najznamienitszych petersburskich salonów stały teraz przed nim otworem, co gwarantowało godne miejsce w dyplomatycznych kręgach. Armand z pełnym zaangażowaniem starał się zapobiec narastającemu konfliktowi między dwoma monarchami których szczerze kochał i podziwiał - nie zdołał jednak zapobiec nieszczę.ciu. Sojuszu między Francją i Rosją nie uratowało nawet drugie spotkanie w cztery oczy Napoleona i Aleksandra, które miało miejsce w Erfurcie jesienią 1808 roku; uczestniczył w nim również Caulaincourt. Nie podejrzewając, jakie to pociągnie za sobą konsekwencje, osobiście przedstawił on carowi Talleyranda - swojego dawnego przyjaciela i protektora, w osobie którego Aleksander I pozyskał później tajnego sojusznika i osobistego szpiega na francuskim dworze. Po spotkaniu w Erfurcie Armand powrócił do Rosji, ale jego dążenia do zachowania dobrosąsiedzkich stosunków z Petersburgiem wywołały niezadowolenie Napoleona, który doszedł do wniosku - mając zresztą ku temu pewne podstawy - że Aleksandrowi udało się oczarować francuskiego ambasadora i teraz wykorzystuje go do swoich osobistych celów. Ostatecznie, w lutym 1811 roku, cesarz przychyli ł się do prośby diuka Vicenzy o dymisję, wysyłając na jego miejsce generała Lauristona.
W niespełna 12 miesięcy później, w roku 1812, Armand Caulaincourt wrócił do Rosji - tym razem z Wielką Armią. Przeszedł cały szlak bojowy z Wilna do Moskwy, a potem odwrót nad Berezynę. W bitwie pod Borodino stracił brata - generała brygady Augusta Caulaincourta, który po śmierci generała Montbruna przejął dowodzenie nad I. Korpusem Kawalerii i poległ podczas ostatniego, decydującego ataku na rosyjskie pozycje. Pocieszeniem mogły być tylko słowa cesarza: "Umarł śmiercią bohatera, rozstrzygając wynik bitwy. Francja straciła jednego ze swoich najlepszych oficerów". Odwrót spod Moskwy okazał się klęską, więc 5 grudnia 1812 roku w miejscowości Smorgonie Napoleon porzucił żałosne resztki swoich wojsk i wyjechał do Paryża, by tam zebrać i zorganizować nową armię. Większą część tej drogi cesarz-uciekinier przejechał incognito, jako "pan Rayneval" - sekretarz powracającego do Francji diuka Vicenzy. Armand Caulaincourt pozostał wierny swemu cesarzowi do końca.
5 kwietnia 1813 roku został senatorem, 25 maja 1813 roku, po śmierci Duroca, przejął obowiązki Wielkiego Marszałka Dworu. Domeną jego działania nadal pozostawała dyplomacja - Caulaincourt prowadził rozmowy na temat zawieszenia broni, reprezentował interesy Francji na kongresach w Pleswitz (czerwiec 1813 r.) i Chatillion (luty - marzec 1814 r.).
Od 20 listopada do 3 kwietnia 1814 roku pełnił obowiązki Ministra Spraw Zagranicznych, zastępując diuka Bassano. 4 kwietnia 1814 roku był on świadkiem podpisania przez Napoleona abdykacji na rzecz syna, potem starał się też bronić praw Króla Rzymu (Franciszka Karola Józefa), syna Napoleona i Marii Ludwiki. Niestety, zdrada Talleyranda i marszałka Marmonta sprawiła, że wysiłki Caulaincorta okazały się daremne. Zesłanie Napoleona na Elbę miało jednak pewien pozytywny skutek: Armand mógł się w końcu ożenić z ukochaną kobietą - panią Cainsy. W okresie Restauracji, dzięki wciąż dobrym stosunkom z Aleksandrem I, eks-ambasadorowi udało się zachować rodowe posiadłości - musiał jednak zrezygnować z polityki, ponieważ rojaliści nie darzyli go zaufaniem.
Podczas pamiętnych Stu Dni, Caulaincourt opowiedział się po stronie powracającego Napoleona i znów otrzymał tekę Ministra Spraw Zagranicznych, a 2 czerwca 1815 roku został parem Francji. Bezskutecznie próbował pogodzić Napoleona ze zbrojącą się przeciwko niemu Europą. Na Francję nałożono wówczas interdykt, a szef napoleońskiej dyplomacji musiał kontaktować się z władzami innych krajów w nietypowy sposób - nie za pośrednictwem oficjalnych przedstawicieli (aresztowanych i traktowanych jako jeńcy wojenni), ale przez tajnych agentów. Po rozstrzygającej porażce wojsk francuskich pod Waterloo, Caulaincourt, Carnot i Fouche weszli w skład rządu tymczasowego. 24 lipca 1815 roku, po restauracji Bourbonów, nazwisko napoleońskiego szefa dyplomacji znalazło się na liście osób przeznaczonych do aresztowania, ale i tym razem pomogło mu wstawiennictwo Aleksandra I. Caulaincourt nie przyjął jednak zaproszenia do Petersburga i do końca swoich dni, całkowicie wyrzekłszy się działalności publicznej, żył incognito w Paryżu. Naoczni świadkowie wspominali, że na krótko przed śmiercią wyznał: "W obliczu śmierci się nie kłamie. Przysięgam na honor, że nie miałem absolutnie żadnego związku z aresztowaniem i śmiercią diuka Enghien". Armand August Louis Caulaincourt, książę Vicenzy, zmarł w Paryżu 19 lutego 1827 roku, przeżywszy swojego cesarza o sześć lat.
Na temat osobowości naszego bohatera zachowało się kilka bardzo charakterystycznych wypowiedzi. "Szczery i otwarty człowiek" - mówił o nim sam Napoleon. "Bardziej skłonny do stanowczości, niż do pochlebstw" - pisał F. Ségur. "W jego duszy jest coś rycerskiego, to człowiek honoru. - tak wyrażał się o Armandzie car Aleksander I.
W 1933 roku w Paryżu po raz pierwszy wydano w całości - w trzech tomach - jego pamiętniki. Stały się one bezcennym źródłem wiadomości na temat najbardziej śmiałego przedsięwzięcia Napoleona - próby podbicia dalekiej Rosji. W ciągu całej tej kampanii diuk Vicenzy znajdował się przy boku cesarza, opisując całą masę szczegółów związanych z działaniami Wielkiej Armii i planami jej dowódców. W swoich zapiskach Caulaincourt starał się być obiektywny. Jego opowieść jest prawdziwa i stanowi bezcenne źródło historyczne.
Nazwisko Armanda Caulaincourta - generała i dyplomaty, świadka wielkich zwycięstw i druzgocącej klęski Napoleona, oficera służącego swojemu cesarzowi nie tylko na polu bitwy, ale i w zaciszu gabinetów, nie tylko szablą, ale i piórem pamiętnikarza, znalazło godne miejsce wśród wielkich postaci tamtego okresu. Zostało wyryte po zachodniej stronie Łuku Triumfalnego na Placu Gwiazdy w Paryżu.

1. Ambasador w Sankt Petersburgu


Wstępne uwagi - Sprawa mianowania Caulaincourta ambasadorem w St. Petersburgu - Odmowa z jego strony - Caulaincourt zostaje ambasadorem - Erfurt - Rozmowy Napoleona z Caulaincourtem: sprawy niemieckie i hiszpańskie, Polska, Austria - Kongres w Erfurcie - Cel kongresu - Wzajemne stosunki miedzy carem i cesarzem - Badanie możliwości w sprawie małżeństwa Napoleona z siostrą cara Aleksandra - Powrót Caulaincourta do Petersburga - Prośba o dymisję - Dymisja i powrót do Francji - Rozmowa z cesarzem: Rosja, Aleksander, groźba wojny, Polska, sprawa Oldenburga - Caulaincourt w niełasce u cesarza.

Wypadki rozgrywające się w Europie w latach 1807-1812 miały ogromny wpływ na to, co miało się wydarzyć w niedalekiej przyszłości, bo to właśnie wtedy losy kontynentu powierzono w ręce Rosjan; uznałem więc za wielce pożądane, aby zachować swoje notatki z tego ważnego okresu, gdyż dotyczyły one wielu istotnych faktów.
Kiedy przystępowałem do spisywania tych wydarzeń, nie przyświecał mi żaden inny cel poza chęcią zrelacjonowania swojego życia, doświadczeń i czynów. Jednak w miarę upływu czasu zrozumiałem, że niniejsze notatki stanowią doskonały materiał uzupełniający moją oficjalną, dyplomatyczną korespondencję, a być może i historię tej wielkiej, ciekawej epoki, ponieważ wszystko, co dotyczy Rosji, ma dla historii tamtego okresu istotne znaczenie - w sprawach dotyczących świata to właśnie Rosja, zaraz po Francji, miała wówczas decydujący głos.

Armand Caulaincourt



Tak więc osiągnę swój cel, jeżeli te zapiski przybliżą czytelnikowi charakter i polityczne zapatrywania Cesarza Napoleona.
Wydaje mi się, że jego słowa, opinie, przemyślenia a nawet błędy, będą dla jego syna1 najlepszym świadectwem, a dla opinii publicznej - jedynym godnym tego człowieka wytłumaczeniem zdarzeń, które ciągle podlegają niesprawiedliwemu osądowi i krytyce, przy czym ci, którzy w nich brali udział i mają ogromne zasługi wobec ojczyzny, odsądzani są od czci i wiary.
Oczywiście, czytelnicy z pewnością zauważą, że nie zachowałem w mej pamięci zbyt ostrych wypowiedzi Cesarza; mam jednak nadzieję, że znający go bliżej odnajdą w moich zapiskach znajomo brzmiące słowa, dzięki czemu uda mi się ich przekonać do wiarygodności mojego przekazu.
Pióro człowieka prowadzącego dziennik niewątpliwie nie jest w stanie poradzić sobie z taką tematyką, lecz chęć ocalenia faktów historycznych wraz z osobistymi wspomnieniami powinna zasługiwać, zdaniem autora, na wyrozumiałość czytelnika. Do takiego stopnia obawiałem się, by nie być odebranym jako pochlebca, a moje poglądy w takim stopniu skłaniały mnie do potępiania politycznych planów i przedsięwzięć tamtej epoki, że wiele moich opinii, które wtedy wydawały mi się bezstronnymi, teraz odbieram bardziej jako surową krytykę, niż neutralną relację. Tym niemniej, rzetelnie przekazuję swoje wrażenia takimi, jakie były wtedy, uważając, że lepiej narazić się na krytykę z powodu szczerości, niż być podejrzewanym o manipulację.
Notatki robiłem w różnych miejscach: w gabinecie i w obozie; powstawały codziennie i o każdej porze. Niczego nie upiększałem, niczego nie ukrywałem, bo chociaż Cesarz czasami przejawiał zwykłe ludzkie słabości, to i tak najczęściej dopatrywano się w nim cech wręcz boskich. Często obawiałem się, że ten dziennik, który pisałem przecież niemal na oczach Cesarza, mógłby wpaść w jego ręce; lecz nawet te obawy nie były w stanie powstrzymać mojego pióra. Jest to odpowiedź dla tych, którzy twierdzili, że w czasie panowania Napoleona nie można było otwarcie myśleć, mówić i pisać oraz że nadmierna szczerość równała się jakoby ściągnięciu na siebie jego nieprzejednanej wrogości. Oczywiście, nie podlega dyskusji fakt, że przez swą zbytnią szczerość wiele osób naraziło się na nieprzychylność Cesarza; odznaczając się jednak szlachetnym i silnym charakterem, dopuszczał on każdą rzetelną krytykę. I chociaż moje notatki odzwierciedlają jedynie słowa wypowiadane przeze mnie w jego obecności, to jestem pewien, że sam Cesarz miałby do mnie pretensje, gdyby okazało się, że wbrew prawdzie nie zawierają one zarzutów wobec jego polityki i jego dokonań.
Dziennik zawiera sporo szczegółów odnoszących się do wydarzeń, które poprzedzały mój wyjazd do St. Petersburga, ponieważ wszystkie notatki robiłem na bieżąco. I nawet jeśli nie wszystkie fragmenty wydadzą się czytelnikowi interesujące, jako że wspomniane w nich zdarzenia opisałem niezwykle skrupulatnie, to wiele z nich wydało mi się godnymi uwagi choćby dlatego, że dotyczyły ciekawostek z okresu mojej kariery urzędnika państwowego.
W życiu ludzi obciążonych odpowiedzialnością za sprawy wagi państwowej, jak również w toku samych wydarzeń, wszystko jest ze sobą powiązane; wszystko, niczym ogniwa jednego łańcucha, łączy się z historią, a szczegóły dotyczące poszczególnych wydarzeń są niemniej ważne niż one same, gdyż pozwalają lepiej zrozumieć okoliczności, w jakich rozstrzygały się wielkie sprawy. Dlatego też w imię wyższej konieczności zmuszony byłem pisać także o samym sobie. Ponieważ Kongres w Erfurcie odbywał się w czasie kiedy byłem ambasadorem w Rosji, uznałem, że relacja z niego stanowi istotną część historii mojej misji. Zapiski, które niezwykle skrupulatnie prowadziłem od przyjazdu Cesarza do Drezna w 1812 roku aż do jego powrotu do Paryża po zakończeniu kampanii rosyjskiej, również wydały mi się koniecznym uzupełnieniem pierwszej części moich notatek.
Jeżeli czytelnikowi, który sięgnie po moje wspomnienia, wydam się w którymś momencie zbyt surowym świadkiem historii, to mam nadzieję, że mimo wszystko weźmie on pod uwagę rangę wydarzeń, pod wpływem których powstały te notatki.
I tak zmuszony byłem niejedno wykreślić, gdyż choć starałem się wiernie oddać to co widziałem na własne oczy, nie chciałem jednocześnie nikomu zaszkodzić.
Wszystkie słowa Cesarza zapisywałem prawie że pod jego dyktando i łatwo można zauważyć, że ten dziennik jest właściwie tylko szkicem. W sytuacjach, kiedy Cesarz kogoś ganił, przytaczam tylko te słowa, które są absolutnie konieczne dla oddania prawdy historycznej i tylko po to, by przez kontrast podkreślić z kolei wartość jego pochwał.

* * *


Już w Tylży2 Cesarz zaproponował mi, abym został ambasadorem w Rosji, ale dopiero podczas pobytu w Królewcu, po mojej kolejnej odmowie, do Petersburga został wysłany generał Savary3, który miał tam pozostać do czasu, gdy zostanie wyznaczony nowy ambasador. Szukałem jakiegokolwiek powodu, by móc przejść w stan spoczynku i ożenić się4. Cesarz tymczasem sądził, że będzie mu łatwiej przekonać mnie do przyjęcia swej propozycji po powrocie do Paryża, kiedy spotkam się z przyjaciółmi, tęsknotę za którymi uważał za prawdziwy powód mojej odmowy. Wiele razy wracał do tego tematu, ja jednak pozostawałem niewzruszony. Nie ukrywałem tego nawet przed generałem Durocem5, któremu Bonaparte polecił, by wybił mi z głowy myśli o odpoczynku i porzuceniu służby.
W końcu Duroc zakomunikował mi, że Cesarz żąda, bym przyjął to stanowisko przynajmniej na sześć miesięcy; mówił też, że to dla mnie jedyny sposób na zrealizowanie planów małżeńskich, bo moja nieobecność wszystko załagodzi; Cesarz da wówczas swoją zgodę i dopóki pozostanę w Petersburgu, wszystko będzie zmierzało ku lepszemu. Co się zaś tyczy moich pomysłów z dymisją, to dopóki trwa wojna, Cesarz uważa je za niedopuszczalne. Duroc zapowiedział mi też, że Bonaparte wykorzysta je, by zniweczyć moje plany, jeśli będę się upierał. Dzięki szczerej uprzejmości Duroca, udało mi się wymusić na nim obietnicę, że nie przepuści żadnej okazji, by porozmawiać z Cesarzem o moich planach małżeńskich, chociaż zdawałem sobie sprawę, że odmowa wyjazdu do Petersburga bynajmniej nie pomoże mi w ich realizacji.
Najwyraźniej jednak Cesarz w końcu zrezygnował z mojej kandydatury, jako że kilka miesięcy później wyznaczył na stanowisko ambasadora hrabiego de la Foresta. Ten pozałatwiał już swoje sprawy i zamierzał wyjechać do Petersburga w październiku - akurat w tym czasie, kiedy w Paryżu oczekiwano na przybycie rosyjskiego ambasadora Tołstoja6. Jednak treść depesz7, które Eugeniusz Montesquiou otrzymał od generała Savary'ego, niespodziewanie zmieniła plany Cesarza i skłoniła go do powrotu do pierwotnych zamierzeń.
Montesquiou przybył o dziewiątej rano. Cesarz rozmawiał z nim przez pół godziny, po czym wybrał się na polowanie. Oddaliwszy się od świty, która podążała tuż za nim, Cesarz zagadnął mnie ponownie o Rosję.
- Savary - zaczął Napoleon - chciałby jeszcze zostać w Petersburgu, ale nie mogę się na to zgodzić. On jest mi tutaj potrzebny! A tam potrzeba wojskowego - kogoś, kto lubi podziwiać defilady, kto za sprawą swego wieku, manier, dobrego smaku, otwartości i dyplomatycznych talentów mógłby wkraść się w łaski cara Aleksandra i zasłużyć na jego zaufanie. Montesquiou też tak uważa; potrzebuję tam człowieka szlachetnego pochodzenia, który swoją prezencją i szarmancją wobec dam zdoła przypodobać się całemu dworowi. Montesquiou powiedział mi o tym wprost.

Dyplomatyczna wyniosłość hrabiego de la Foresta zraziłaby tylko cara, nie spodobałaby się też jego dworowi. Aleksander jest nam tymczasem przychylny. A pan spełnia wszystkie warunki. Zostanie pan zatem generałem albo adiutantem, a jeśli będzie to konieczne, to i ambasadorem; najważniejsze jest to, żeby nie odstępował pan cara ani na krok. Tam rozstrzygają się losy całego świata. Klucz do światowego pokoju znajduje się w Petersburgu. Czas nagli, trzeba jechać.
Nie pozwalając mi na wtrącenie choćby jednego słowa, Cesarz zaczął ze szczegółami rozwodzić się na temat Aleksandra, Rosji i meldunków generała Savary'ego, a nie doczekawszy się odpowiedzi i spodziewając się widocznie usłyszeć to co zwykle, uderzył konia ostrogami i zwolnił dopiero wtedy, gdy znalazł się pośród swojej świty; spostrzegł bowiem, że nie jestem w stanie dyskutować. Pod koniec polowania znowu nawiązał do Rosji, do mojej - jak powiedział - "śmiesznej niechęci co do pewnych spraw, do korzyści, jakie można osiągnąć dla Francji przebywając na rosyjskim dworze, o konieczności umieszczenia tam otwartego, ceniącego pokój człowieka, któremu obce są wszelkie intrygi".
- Zależy od tego utrzymanie pokoju w Europie - dodał. - Zatrzymuje tu pana piękna pani C. Lecz pańskie sprawy, skoro chce się pan żenić, o wiele lepiej będą się miały na odległość, niż na miejscu.

Rzuciłem kilka nazwisk, które akurat przyszły mi do głowy, pragnąc skierować uwagę Cesarza na inne osoby. Zauważyłem jednak, że wcale mnie nie słuchał. Po powrocie do pałacu Bonaparte przykazał mi, abym zaraz po obiedzie przyszedł do jego gabinetu. Trwająca godzinę rozmowa sprowadzała się do próby udowodnienia mi, że powinienem poświęcić się służbie na rzecz ojczyzny i władcy oraz że nie mogę odrzucić tej misji, zarazem tak korzystnej dla kraju, a zaszczytnej dla mnie. Napoleon obiecał, że pozostanę w Petersburgu tylko przez rok, a w tym samym czasie będą czynione przygotowania do ślubu, tak aby mógł się on odbyć zaraz po moim powrocie.
Podziwiałem cierpliwość, a nawet, powiedziałbym, dobrotliwość Cesarza, gdyż moja stanowcza odmowa i mało delikatne "nie" - których wciąż używałem zamiast poważnych argumentów - mogły doprowadzić go do furii.

Następnego dnia8 Bonaparte wezwał mnie z samego rana i znów przekonywał, lecz ja nadal nie wyrażałem zgody. Pożegnał mnie rozdrażniony i już cieszyłem się, że wygrałem, kiedy po godzinie zjawił się u mnie Duroc i oznajmił, że Cesarz żąda, abym mimo wszystko przyjął nominację. Nadal nie poddawałem się, mając nadzieję, że ponieważ dopiero co go zdenerwowałem, to wybierze jednak kogoś innego. Wieczorem u Cesarzowej, gdzie zbierał się cały dwór, Bonaparte ostentacyjnie nie odezwał się do mnie ani słowem; moja nadzieja nie trwała jednak długo. Na drugi dzień, w czasie lever9, nie bawiąc się w szczegóły, Cesarz zakomunikował mi, że mianuje mnie ambasadorem w Petersburgu. Ponieważ w ciągu najbliższych czterech dni miał wyruszyć do Wenecji,10. zrozumiałem, że mój sprzeciw nie ma już sensu. Podporządkowałem się. Godzinę później Cesarz wezwał mnie do siebie; jego pierwsze słowa brzmiały: "Panie ambasadorze..." Stwierdził żartobliwie, że jestem uparciuchem, po czym pociągnął mnie za ucho.

Powtórzył jeszcze raz to, o czym rozmawiał ze mną wcześniej, nakazał, bym sporządził dokładny raport z prac mojego urzędu11, a także bym przygotował wytyczne dla podległych mi urzędników na czas mojej nieobecności. Musiałem dać słowo, że wyjadę do Petersburga w ciągu sześciu dni od jego wyjazdu, a na razie pozostanę w Fontainebleau, abyśmy mogli szczegółowo przedyskutować resztę spraw.
W tym samym czasie przyjechał Tołstoj12. Powitano go serdecznie, z niezwykłą uprzejmością, lecz już podczas pierwszej rozmowy Cesarz przekonał się, że nie jest to człowiek, na którym takie rzeczy robią szczególne wrażenie. Wyjaśnił mi, że Tołstoj postępuje w oparciu o z góry powzięte sądy, jest uparty, choć jednocześnie potrafi wykazać się otwartością i bezpośredniością. Cesarz ubolewał, że Rosjanin nie jest dostatecznie mądry, by zrozumieć i ocenić pewne sprawy; na dodatek jest to człowiek nieufny, a przy takim nastawieniu jego wartość jako ambasadora jest niewielka. Istotnie, dystans jaki zbyt otwarcie okazywał Tołstoj świadczył, że niełatwo będzie go do czegokolwiek przekonać. Zbyt dosłownie podchodził do ustaleń z Tylży. Ponieważ nie nawykł do samodzielnego stawiania czoła problemom, niezbyt dobrze czuł się na swoim stanowisku; scena, na której przyszło mu zadebiutować, onieśmielała go. Wydarzenia, które rozegrały się później, a także rozwój wypadków w Hiszpanii, zmusiły do głębokiej zadumy zarówno ambasadora, jak i jego mocodawców w Petersburgu.
W Tylży Napoleon wyszedł naprzeciw oczekiwaniom Aleksandra. Obietnicami zaszedł o wiele dalej niż zakładał, dlatego był teraz bardzo poirytowany mając do czynienia z pedantem, który brał za dobrą monetę wszystko, cokolwiek mu powiedziano i który, jak twierdził Cesarz, był"człowiekiem grubo ciosanym".
- Ten Tołstoj - dodał - przesiąknięty jest ideami z przedmieść Saint Germain i wszystkimi uprzedzeniami starego petersburskiego dworu z okresu przed Tylżą. Postrzega Francję jako kraj miłujący honor i w głębi duszy opłakuje zmianę polityki Rosji wobec Anglii. Być może jest bardzo światłym człowiekiem, ale jego prostota powoduje, że tęsknię za Morkowem13. Z tamtym można było porozmawiać, bo znał się na rzeczy. A ten nic, tylko robi uniki.
Cesarz nie mylił się co do uprzedzeń Tołstoja.

Zaraz po wyjeździe Bonapartego do Italii, wyjechałem do Rosji14. Nie zdążyłem nawet poczynić odpowiednich przygotowań. Ponieważ musiałem skorzystać z pomocy pośredników, zbyt drogo zapłaciłem za ich usługi. Po moim powrocie okazało się, że pan D., któremu powierzyłem prowadzenie moich interesów, okradł mnie w haniebny sposób. Musiałem dwukrotnie zapłacić rachunki za srebra w kwocie 100 000 franków i jeszcze wiele innych rachunków, z których się nie rozliczył, chociaż otrzymał na to odpowiednie środki. Ów pan kosztował mnie w sumie 200 000 franków. Kiedy po roku mojego pobytu w Petersburgu towarzyszyłem Carowi Aleksandrowi na Kongresie w Erfurcie, miałem nadzieję, a właściwie byłem pewien, że już więcej nie wrócę do Rosji. W czasie pobytu w Erfurcie Cesarz wiele razy rozmawiał ze mną, lecz za każdym razem, kiedy nawiązywałem do mojego powrotu do Francji, przerywał rozmowę. Kiedy pewnego dnia bardziej niż zwykle drążyłem ten temat, Cesarz zapowiedział: "Porozmawiamy o tym po Kongresie".

Kiedy jednak nadeszła ta chwila, Duroc znów otrzymał polecenie, aby przekonać mnie do konieczności powrotu do Petersburga. Bezskutecznie odwoływałem się do otrzymanych obietnic.
Tymczasem Bonaparte do ostatniego dnia nie pozbawiał mnie nadziei na powrót. A na koniec, ostatniego pięknego poranka, powiedział mi, że mam wybierać między Ministerstwem Spraw Zagranicznych, a moją misją w Petersburgu; jestem tam potrzebny, trzeba tam zostać; w sytuacji, w jakiej znajduje się Europa, "zachowanie dobrych stosunków z Rosją jest gwarancją pokoju, co zależy właśnie ode mnie", ponieważ Car mnie lubi, sam to powiedział; Cesarz widzi, że zdobyłem zaufanie Cara; czyż mógłbym więc porzucić swoją misję tylko po to, by przejąć obowiązki ministra? To jedyny sposób, aby zachować dotychczasowe dobre stosunki. Austria przejawia wrogie zamiary i tylko stanowisko rosyjskiego rządu gwarantuje pokój na czas, kiedy on (to znaczy Cesarz) będzie zajęty w Hiszpanii. Dlatego konieczne jest, aby nikt nie miał żadnych wątpliwości ani odnośnie jego zamiarów, ani co do potrzeby zachowania porozumienia między Rosją i Francją; innymi słowy trzeba dążyć, żeby Europa uwierzyła w całkowitą zgodę między naszymi krajami. Na koniec Cesarz zażyczył sobie, abym wrócił do Petersburga również dlatego, że moja obecność jest tam bardzo pożądana właśnie teraz, kiedy do Paryża na rozmowy w sprawie Anglii ma przyjechać Rumiancew15. Jeżeli będzie można dojść do porozumienia z angielskimi władzami, to Cesarzowi będzie zależało, aby u boku Cara mieć swojego zaufanego człowieka.
Od samego początku spotkania w Erfurcie Bonaparte użalał się, że Car nie podziela jego planów wobec Austrii. Nieustannie powtarzał, że Aleksander bardzo się zmienił i że widocznie ma jakieś ukryte intencje, gdyż jedyny sposób, aby przeszkodzić Austrii i skompromitować ją, polega na postawieniu jej rządu wobec zagrożenia i pokazaniu możliwości wspólnego wystąpienia przeciwko niemu; żeby to osiągnąć, należy w pierwszym rzędzie dążyć ze wszystkich sił do umocnienia sojuszu z Rosją; obecna pozycja Austrii umacnia nadzieje Anglii na nową koalicję i powstrzymuje ją przed podpisaniem pokoju; im dłużej będziemy czekać, tym dłużej będzie trwała ta trudna sytuacja, która sprowokuje wojnę z Anglią. Austrii, która jest ostatnią nadzieją Anglii, trzeba pokazać zaciśniętą pięść.
Do rozmów na te i podobne tematy dochodziło wiele razy. Cesarz nie obrażał się na moje kontrargumenty, jakkolwiek bywały one sprzeczne z ideami, które chciał wprowadzić w życie i do których próbował mnie przekonać; jego postawa zachęcała mnie do bardziej otwartej rozmowy. Często zwracałem mu uwagę, że podejmowane przez niego próby skłonienia Rosji do przyjęcia agresywnej postawy wobec Austrii mogą wzbudzić obawy Rosjan, którzy z kolei mogą uznać, że Cesarz chce zemścić się na Austrii jeszcze zanim jego wojska zostaną wysłane do Hiszpanii. Obawy takie, lub choćby najmniejsza wątpliwość Rosjan na ten temat, mogą nam bardzo zaszkodzić, tym bardziej, że Aleksander, jak mi się wydaje, bardzo dba o zachowanie pokoju z Austrią.
Dodawałem też, że powszechnie wiadomo, iż Jego Cesarska Mość jest zawsze gotów do rzucenia rękawicy, wobec czego w nie mniejszym stopniu będzie przygotowany by ją podjąć; jego tajnych planów i ambitnych zamiarów wszyscy boją się bardziej, niż jakiegokolwiek wyskoku ze strony Austrii. A i Rosja uważa, że prowadząc tak wyważoną politykę, służy sprawie utrzymania pokoju. W rzeczywistości jednak polityka ta, zamiast pomagać w utrzymaniu pokoju może zaszkodzić jeżeli tylko Austria nie wykaże się rozsądkiem i zechce prowadzić wojnę na własną rękę; mając na uwadze sytuację w Prusach, Rosja ma wystarczające podstawy, by obawiać się nie tylko nas, ale także Austrii.
Zauważyłem również, że nasz upór prowadzi do spadku ogólnego zaufania wobec Francji. Stwierdziłem, że jeśli Cesarz chce pozostawić swoje wojska w Niemczech i w twierdzach wzdłuż Odry, to ja go bardzo proszę, by zbytnio nie przywiązywał się do tej myśli, gdyż niepokój Austrii może również udzielić się Rosji i to bez względu na to, jak bardzo Rosjanie zainteresowani są porozumieniem, którego celem jest zmuszenie Anglii do działań na rzecz pokoju. Ten cel bez reszty pochłania uwagę Rosji, która koncentruje się na zapewnieniu całkowitego pokoju dla wszystkich stron. Car chce zmusić Anglię do podpisania pokoju - oto wielka idea Tylży; ten szlachetny cel jest podstawą sojuszu i cała polityka Aleksandra zdradza otwarte dążenie, by jak najszybciej go osiągnąć. Właśnie dlatego ponoszone są ofiary, na które Aleksander naraził swój naród; nie sposób jednak wyobrazić sobie, aby nowa wojna z Austrią mogła przyczynić się do utrzymania pokoju, ponieważ już samo jej widmo ostudzi wojenny zapał i zaszkodzi ustaleniom z Tylży16. Dlatego poprosiłem Cesarza, aby się zastanowił, czy zależy mu na utrzymaniu porozumienia i aby przyznał, że nie należy zmuszać Rosji, aby zapragnęła tego, czego raczej powinna się obawiać - Car uważa bowiem, że sojusz z Francją skierowany przeciwko Austrii, groźby wysuwane pod jej adresem, a w szczególności rosyjska interwencja, dałyby Cesarzowi okazję do rozpoczęcia wojny i rozgromienia Austrii. A tego Rosja boi się najbardziej.
Tego typu opinie, wyrażane podczas wielu rozmów, ośmieliły mnie, aby zapytać o sprawy hiszpańskie i o zdanie Bonapartego na ten temat. Cesarz odpowiedział mi następująco: - Niewątpliwie nastąpił tam splot wielu przykrych okoliczności, ale co do tego Rosjanom? Sprawy hiszpańskie trzymają mnie z dala od nich i o to im przecież chodzi; są zachwyceni. Poza tym wszystkie intrygi hiszpańskiego domu panującego rodziły się bez mojego udziału; wmieszałem się w ich sprawy dopiero wtedy, kiedy król wraz z synem pognali do Bayonne, żeby się wzajemnie zadenuncjować. Nie zmuszałem Karola IV17 żeby tam przyjeżdżał, to była jego decyzja. Co się zaś tyczy Ferdynanda18, to nie mogłem się na niego zdać, wiedząc jak bardzo on sam, jak i jego doradca są obłudni. Stało się to dla mnie jasne, kiedy tylko ich zobaczyłem. Czyżbym się pomylił? Czas odpowie na to pytanie. Postąpić inaczej znaczyłoby zniszczyć Pireneje. Francja i historia słusznie by mnie za to potępiły. Tak, a o cóż to obraża się Europa? Czyż Francja, Anglia i Holandia nie podzieliły Hiszpanii za rządów króla Don Carlosa19 w 1698 roku? Czyż to pierwsze doświadczenie współczesnej dyplomacji spotkało się z jakąś ostrą krytyką? Czy powszechna odraza wobec takich czynów, która powinna była z całą mocą wpłynąć na potępienie tego pierwszego zdarzenia, zapobiegła kolejnym podziałom? A czyż Polska nie podzieliła równie okrutnego losu20? Czyż pozwolono Polakom, tak jak juncie z Bayonne, na uchwalenie własnej konstytucji i na wybór władcy? A ileż było gadania, kiedy Ludwik XIV21 zmusił jednego z następców Karola V22 do przekazania Burbonom schedy po tymże władcy. Wywołało to sporo szumu! Ale po dziesięciu latach wojny jedna bitwa rozstrzygnęła ten problem. Dzisiaj sprawy nie ciągną się tak długo. W polityce wszystko dzieje się przez wzgląd na interesy narodów, zgodnie z koniecznością zachowania ładu społecznego oraz międzynarodowej równowagi. Oczywiście, każdy może sobie po swojemu tłumaczyć te wzniosłe idee, ale któż mógłby zaprzeczyć, że nie działałem w interesie Francji i Hiszpanii? Być może ktoś powie, że w polityce tylko głupcy nie potrafią przytoczyć dobrych argumentów. Ale tym razem zarówno głupcy, jak i prawdziwi mądrale będą musieli przyznać, że zrobiłem to, co powinienem był zrobić w okolicznościach, do jakich doprowadziły ten kraj intrygi madryckiego dworu.

Rozmawiałem z Cesarzem o tworzonym przez niego systemie politycznym, o jego pozycji w Niemczech, posunięciach w sprawie Prus i okupacji twierdz nad Odrą, a w końcu także i o kierunku, w jakim postępował w Niemczech rozwój francuskiego systemu. Otwarcie stwierdziłem, że każdy kraj uważa, iż znajduje się w stanie zagrożenia, a mniejsze państwa zmusza do milczenia strach. Austria w istocie sięga po broń właśnie pod wpływem strachu - nie ulega wątpliwości, że stosowanie metod wojny partyzanckiej, tak charakterystyczne dla sytuacji, jaka zaistniała obecnie w Hiszpanii, wydaje się Austrii jedynym i ostatnim środkiem, jaki jej pozostał dla obrony własnej niepodległości. Konflikt, którym nam grożą Austriacy, biorąc pod uwagę stan, w jakim się znajduje ich osamotniony po tak licznych porażkach kraj, może być tylko wojną rozpaczy.
- O co się mnie podejrzewa? - zapytał Cesarz.
- O to, że Wasza Cesarska Mość chce być jednowładcą - odpowiedziałem.
- Ależ Francja jest wystarczająco wielka! Czego mogę chcieć więcej? Czyżbym nie miał dość kłopotów z Hiszpanią i z Anglią?
- Jest tych spraw tyle, że można by nimi obdzielić kilka innych osób. Ale obecność wojsk Waszej Cesarskiej Mości w Niemczech oraz decyzja o utrzymaniu pozycji nad Odrą, skłania innych do podejrzeń - i muszę przyznać, że sam jestem prawie pewien, że Wasza Cesarska Mość ma jakieś ukryte, czysto ambicjonalne plany.
Cesarz zaczął wówczas żartować, że podejrzewa się go o zbyt wygórowane ambicje. Próbował powiązać to z wojną w Hiszpanii, starając się ją usprawiedliwić. Opowiadał o głupocie hiszpańskiego króla, o haniebnych poczynaniach księcia Asturii,23 o poprzedniej wojnie z Austrią, o zagrożeniu, jaki ten kraj stanowi dla Francji oraz o wojnach, w których zajmował pozycję stricte obronną. Wspomniał też o konfliktach, którym, choćby ze względu na swój własny interes, starał się zapobiec. Bonaparte stwierdził, że na przekór swym oczekiwaniom, był zadowolony z przebiegu wypadków w Hiszpanii. Uskarżał się na to, co nazywał "głupotą Wielkiego Księcia Bergu"24, którą, jego zdaniem, można by porównać tylko do głupoty hiszpańskiego króla, księcia Asturii i jego doradców. Zgodził się, że wojna w Hiszpanii jest "bardzo nieprzyjemną sprawą", ale rzekł też:
- Nie ode mnie zależało, by temu zapobiec. Z pozornie prostej sprawy, która z czasem mogłaby znaleźć właściwe rozwiązanie, powstały komplikacje, które dostarczyły mi więcej zmartwień, niż to się innym zdawało. Nie mogę przecież wziąć na siebie skutków słabości, głupoty, tchórzostwa i nieuczciwości członków hiszpańskiego domu panującego.
Cesarz sądził, że wojska, które opuszczały Niemcy, by udać się do Hiszpanii, uspokoją nastroje.
- Wszyscy są bardzo zadowoleni, kiedy widzą, że zmniejsza się liczebność wojsk - ja na to - lecz jest ich tam jeszcze zbyt dużo, by snuć przypuszczenia, że Wasza Cesarska Mość zmienił plany. Do tego jeszcze ludzie nie umieją prawidłowo ocenić czynów, które podyktowane są potrzebą chwili.
Te opinie rozśmieszyły go tylko. Jeszcze kilka razy wracał do spraw hiszpańskich, dywagując o wrogich zamiarach Austrii i zarozumialstwie, które ten kraj obecnie przejawia, uważając pewnie, że powstanie w Hiszpanii postawiło Cesarza w trudnym położeniu.
- W pewnym momencie pomyślałem sobie - powiedział Cesarz - że cesarz Austrii tu przyjedzie. W imię jego własnych interesów byłoby to najlepsze, co mógłby zrobić. Porozmawialibyśmy...
Zwróciłem uwagę Bonapartego na fakt, że, jak mówią, cesarz austriacki nie był zaproszony na spotkanie do Erfurtu, o którym dowiedział się dopiero z gazet.
- A jakie to ma znaczenie, jeśli jest chęć i świadomość tego, czego się chce? - odparł Cesarz. - Ale właśnie tego w Wiedniu nie wiedzą. Wiedeński gabinet zasiał niepokój, w wyniku którego Austriacy zaczęli się zbroić, stworzyli zagrożenie dla innych - wydają pieniądze, są rozdrażnieni i pewnie przyjdzie im rychtować armaty. Nie podlega dyskusji, iż jestem w pełni zadowolony, że austriacki cesarz został w domu, w przeciwnym wypadku musiałbym tutaj uczyć rozumu dwóch przeciwników zamiast jednego. Ale on nie przyjechał, ponieważ szykuje się do wojny; nie wiedziałby, jak się wytłumaczyć z tego, że się zbroi. Dla monarchy to niezręczna sytuacja, kiedy musi łgać w żywe oczy - kontynuował Bonaparte. - Zostawiam to zadanie baronowi Vincentowi25, który zresztą nie będzie miał okazji poskarżyć się na moje niedyskretne pytania, ponieważ wiem, jakich zasad powinienem przestrzegać.
- Czy jest pan pewien - zapytał Cesarz po chwili - że przyjazd Vincenta nie został uzgodniony z Rumiancewem i że nie działają oni w porozumieniu? I na koniec: czy jest pan pewien, że w związku z tym przyjazdem nie pojawią się pewne propozycje dotyczące Prus?
W odpowiedzi wyraziłem uwagę, że sprawa ta bardzo niepokoi Cesarza. Zapewniłem go, że jego wątpliwości są bezpodstawne, jako że Rosjanie byli szczerze zaskoczeni widokiem barona. Poza tym Rosja i Austria przeżywają obecnie raczej okres ochłodzenia wzajemnych stosunków. Co się zaś tyczy Prus, to owszem, Rosja rzeczywiście jest zainteresowana ich losem, ale przede wszystkim dlatego, że dotyczy to jej bezpośredniego sąsiedztwa.
- Aleksandra - stwierdził Bonaparte - interesuje przede wszystkim podpisanie pokoju z Anglią. Obecność austriackiego cesarza byłaby o tyle korzystna, że przydałaby większego znaczenia temu démarche26, które przyjmiemy od Anglików; jednak przy jego pomysłach byłoby mu pewnie niezręcznie nie stanąć po stronie tych, którzy niebawem będą udzielać mu subsydiów...
Powiedziałem Cesarzowi, że wrażenie wywołane w Europie uprowadzeniem Ferdynanda może wzbudzić zarówno w Wiedniu jak i w Petersburgu obawy, czy Francja nie szykuje aby jakiegoś podstępu wobec władców, którzy przyjadą do Erfurtu.
- Cóż! Tak pan myśli? - odrzekł Bonaparte, - Cesarzowi Austrii zupełnie co innego przeszkodziło w przyjeździe. Wysłał Vincenta, żeby ten wybadał zamierzenia Aleksandra i wyjaśnił, czy nadal twardo obstaje on przy koalicji, czy może już nie. Trzeba poczekać na jego démarche. Austriacy jeszcze nie są gotowi, a ich koalicja nie jest jeszcze zawiązana, dlatego grają na zwłokę. I ja też - tu Cesarz wyraźnie się ożywił - chcę zyskać na czasie. W zasadzie wszyscy chcemy tego samego i sytuacja taka będzie trwała tak długo, jak tylko to będzie możliwe.
W tej starej śpiewce chodziło o to, że skoro Aleksander jest przyjacielem Francji, to Rosja powinna otwarcie opowiedzieć się po naszej stronie i wystąpić przeciwko Austrii, nie myśląc przy tym o Niemcach, a tym bardziej o Hiszpanii.
W czasie naszych ostatnich rozmów Bonaparte rozwodził się na temat swych umiarkowanych i pokojowych planów wobec Niemiec; stwierdził nawet, że chciałby uspokoić Austrię, tylko musi znaleźć ku temu odpowiednią okazję. Odpowiadając na moje wątpliwości, które w żartach nazwał krytyką własnych idei, zapytał: - No i o co chodzi w tych pańskich pomysłach? Jakie kroki podjąłby pan dla uspokojenia tych, których uważa pan za przestraszonych?
Czasami Cesarz przybierał pozę człowieka tak dobrotliwego, że o mały włos uwierzyłbym, że postanowił zmienić koalicję i przyjąć bardziej umiarkowaną linię w swojej polityce zagranicznej. Tak jak to zazwyczaj bywało, również w tej chwili Bonaparte starał się wyciągnąć ode mnie, co też tak naprawdę myślę. A ja jak zwykle otwarcie mu odpowiedziałem - jako że zawsze miałem na uwadze przede wszystkim interes Cesarza i ojczyzny - że obecne metody sprowadzają się właściwie do finansowego wsparcia Prus kwotą, która rekompensowałaby im straty poniesione w związku z odbudową niezależności, oraz z gwarancją, że nikt nie będzie oczekiwał od nich niczego więcej, niż zostało to ustalone w Tylży27.
- Gdyby Wasza Cesarska Mość wyprowadził z Niemiec swoje wojska - dodałem - zachowując tylko jedną twierdzę jako gwarancję zabezpieczenia spłaty kontrybucji, pokój zostałby z pewnością utrzymany. Zauważyłem też, że trzeba jak najszybciej uspokoić nastroje w Europie, zamiast wzbudzać strach; wszystko, co Cesarz zrobi, by rozwiać obawy odnośnie swoich zamiarów, umocni tylko jego pozycję; trzeba więc uspokoić umysły i oddalić wszelki niepokój o przyszłość; taki obrót spraw pomoże bardziej niż stutysięczna armia i dziesięć twierdz na Odrze; przy takim działaniu w dodatku pozostaną do dyspozycji wszystkie wojska, dzięki czemu będzie można z honorem rozwiązać problem hiszpański jeszcze zanim tamtejsze powstanie przyjmie bardziej zorganizowany charakter. Starałem się zwrócić uwagę Cesarza, że sprawy w Hiszpanii mogą przybrać zły obrót, a długotrwały opór ze strony Hiszpanów to przy obecnej sytuacji w Europie niebezpieczny przykład dla innych. Być może moje propozycje idą zbyt daleko i wymagają wielkich poświęceń ze strony Jego Cesarskiej Mości, ale cele które można dzięki nim osiągnąć, warte są zastanowienia, czy aby nie rozstrzygnąć problemu całościowo i z własnej inicjatywy. Tym bardziej, że sprawy najpewniej potoczą się właśnie tak, że wymuszą proponowane przeze mnie działania.
Cesarz w pewnym stopniu przychylał się do moich opinii, nazywał je jednak "wyrazem słabości". Zaprzeczył, jakoby w ten sposób zaprzepaszczał rezultaty wszystkich ofiar poniesionych w celu osłabienia Anglii, po czym stwierdził, że należy zamknąć wszystkie porty przed towarami z tego kraju, by tym sposobem zmusić Anglików do uznania handlowej niezależności innych państw. Odpowiedziałem, że można wycofać wojska i zlikwidować kilka twierdz nie usuwając celników; koncentracja wojsk da Cesarzowi wielką siłę, a nikt nie będzie go podejrzewał o słabość. I tak, jak nikt nie chce, by wkroczył do Niemiec z dwustu- lub trzystutysięczną armią, tak też nikt nie będzie miał ochoty narażać się na niebezpieczeństwo w imię krótkotrwałych korzyści wynikających ze sprzeciwu wobec systemu celnego. Natomiast interesy Francji wymagają, by utrzymać na wybrzeżu zyski z cła.
Cesarz życzliwie odnosił się do większości spraw, o których z nim rozmawiałem, ale niekiedy wykazywał widoczne zniecierpliwienie. Nie raz powtarzał mi - co prawda w żartach - że nie znam się na rzeczy.
- Właśnie dlatego proszę o zwolnienie mnie z funkcji ambasadora - ripostowałem.
Napoleonowi nie spodobała się ta odpowiedź, więc odwróciwszy się do mnie plecami stwierdził krótko:
- Panie ambasadorze, dla swojej ojczyzny należy się poświęcić. Tego samego wieczora zjawił się u mnie Duroc, który przyszedł, by zakomunikować mi wolę Cesarza. Zaznaczył, że Bonaparte chciał powierzyć mi ministerstwo jeszcze w okresie ustanawiana Cesarstwa. Dodał też, że nie powinienem dziwić się, że ma on co do mnie pewne plany - powołanie mnie na urząd ministra uspokoiłoby i zadowoliło Rosję. A poza tym, mógłbym wrócić do domu; jednak ostateczną decyzję - czy chcę zostać ministrem spraw zagranicznych, czy też wrócić do Petersburga, Cesarz pozostawia mnie. W tej sytuacji zrezygnowałem z teki. Opowiedziałem Durocowi o swojej rozmowie, a w szczególności o dzisiejszym spotkaniu i o tym, jak się zakończyło. Zapytałem, czy Cesarz również mu o tym opowiedział. Duroc zapewnił mnie, że o niczym nie wie; podobno Bonaparte tylko poskarżył się, że zbyt uparcie trwam przy swoich poglądach i że jeżeli jest tak jak mówię, to Europa już wkrótce będzie go traktować jak niegrzecznego chłopca.
W przeddzień wyjazdu, kiedy wszystkie sprawy powinny być już sfinalizowane, Cesarz znowu wezwał mnie do siebie. Rozmowa zaczęła się tak jak zwykle28. Bonaparte znowu puścił wodze swej fantazji, geniuszu i uprzejmości, by przekonać mnie o słuszności swoich poglądów. Powiedział, że ufa mi bezgranicznie i że doskonale wywiązuję się z powierzonych mi obowiązków, za co też zostanę kiedyś odpowiednio nagrodzony. Żeby utwierdzić mnie w decyzji o powrocie do Petersburga, Bonaparte powiedział wiele rzeczy, które podziałałyby na ambicję każdego prawego obywatela. Pozbawił mnie tym wątpliwości: uznałem wreszcie, że moja misja przyniesie wiele korzyści ojczyźnie. Z drugiej strony, osobiste przymioty Cara Aleksandra sprawiły, że z czasem bardzo się do niego przywiązałem.
Do tej pory nawiązywałem w moich wspomnieniach do rozmów z Cesarzem, gdyż miały one bezpośredni związek z moją osobą. Ponieważ jednak miałem doskonałe rozeznanie we wszystkim, co działo się na kongresie w Erfurcie, wypada, bym opowiedział teraz coś i o tym. Aby jednak relacja stała się dla czytelnika w pełni zrozumiała, muszę cofnąć się do wydarzeń poprzedzających to spotkanie, a przede wszystkim scharakteryzować ówczesną sytuację polityczną państw, które brały w nim udział. Przyczynkiem do zjazdu w Erfurcie - międzynarodowego kongresu, który stał się zalążkiem nowej epoki, jako że stanowił niejako prolog28 do spotkań władców rządzących Europą po 1814 roku - był wspólny cel: zmusić Anglię do podpisania pokoju; metody, za pomocą których zamierzano ten przymus osiągnąć, podlegały głosowaniu (było to skutkiem czegoś, co nazywano "wielką ideą Tylży"); cel ten wymagał, aby rządzący państwami bezpośrednio dochodzili między sobą do porozumienia i spotykali się raz do roku.
Po podpisaniu traktatu, w Europie miało miejsce tyle wydarzeń, a światowe interesy zostały narażone na tak wielkie ryzyko, że każdy, kto przyjechał do Erfurtu, ukrywał swe kłopoty, niepokoje i tajne plany dotyczące przyszłości. Z drugiej jednak strony każdy w równym stopniu pragnął powszechnego pokoju, który stworzyłby solidną podstawą do odbudowy Europy i zaprowadzenia porządku.
Wydarzenia w Hiszpanii, zamiast odrodzić ten kraj i umocnić przewagę Cesarza (na co Napoleon tak bardzo liczył), w praktyce przysporzyły mu tylko kłopotów.
Austria, która zarówno wobec przebiegu wojny, jak i w stosunku Napoleona do hiszpańskiej rodziny królewskiej dopatrywała się zamachu na niezależność wszystkich starych dynastii, gotowa była chwycić za broń, uważając, że jeśli pokonana zostanie Hiszpania, to i ją czeka zagłada. Austriakom wydawało się, że to ostatni moment, by się uratować - dlatego też prowadzili wygodną dla siebie, a podyktowaną instynktem samozachowawczym, polityczną dywersję. Takie poglądy, nawet gdyby miały pozostawać tylko w sferze planów, nie mogły ujść uwadze Cesarza, stawiając go w dość niezręcznej sytuacji.
Opinia publiczna w Europie, a nawet w samej Francji, oceniała sprawy hiszpańskie jako polityczny zamach na słabego, zawiedzionego i niewygodnego sojusznika. O samych wydarzeniach niewiele było wiadomo; rozprawiali o nich tylko nieżyczliwi, dodając do swoich zarzutów stwierdzenie, że nowa wojna jeszcze bardziej odroczy podpisanie pokoju z Anglią, którego wszyscy oczekiwali, jako że wojna z nią stała się pretekstem dla usprawiedliwiania wszelkich ofiar i poświęceń. Przy takim stanie rzeczy dla Napoleona stało się ważne, aby wszyscy widzieli, że między nim a Rosją panuje całkowita zgoda. Miało to z jednej strony wywołać określone wrażenie na Austrii oraz zmusić Anglię do spuszczenia z tonu, a z drugiej usankcjonować poczynania Cesarza. Działanie to było ze wszech miar korzystne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że zewsząd dobiegały teraz głosy niezadowolenia. Gdyby udało się udowodnić Europie, że jedynie Anglia nie chce pokoju i wciąż dąży do zdominowania państw na kontynencie, można by dzięki temu zwiększyć sympatię dla Cesarza.
Żeby osiągnąć ten cel, należało wykonać dyplomatyczny manewr, który pokazałby, komu tak naprawdę nie zależy na powszechnym pokoju; Aby zaś takie działanie zyskało miano wielkiego wydarzenia, trzeba było zorganizować spotkanie monarchów.
Ponieważ sytuacja w Hiszpanii przybrała nieoczekiwany obrót, a tocząca się tam wojna obciążała nas znacznymi kosztami, Cesarz - który musiał sięgnąć do własnej kieszeni - dążył, by jak najszybciej ją zakończyć. Zmuszony nie tylko do przeprowadzenia nowego poboru, ale nawet do wysłania do Hiszpanii znacznej części wojsk z niemieckiego garnizonu, swoją obecność na terenie Niemiec mógł obecnie zaakcentować jedynie okupując twierdze i część terytorium. Jednak Rosji tak bardzo zależało na odsunięciu Napoleona od swych granic i z terytorium zaprzyjaźnionych Prus, że francuska okupacja niektórych pruskich twierdz stanowiła bardzo drażliwą kwestię. Tylko sam Cesarz mógł w tym momencie wyrazić zgodę na to, czego będą wymagały okoliczności, a nawet zrezygnować ze swoich hiszpańskich planów, gdyby tylko przykład Austrii wzbudził jakieś obawy Rosjan. Cóż bowiem innego, jak nie wpływ tego genialnego człowieka, jego sława i wielkie polityczne plany, mogłoby przynieść rezultat tak sprzeczny z interesem Rosji? Kto inny podjąłby się takiej próby, nie narażając się zarazem na niezadowolenie rosyjskiego rządu, a nawet na ryzyko wyjścia Rosji z koalicji akurat wtedy, gdy była tam niezbędna?
Właśnie pod wpływem tych ważnych okoliczności Cesarz pojechał do Erfurtu.
Car Aleksander wybierając się tam, zmierzał do realizacji swoich celów, które były tak różne od naszych, jak różne były kłopoty, z którymi borykał się rosyjski władca. Ta podróż była spełnieniem obowiązku, jaki wziął na siebie w Tylży - dla monarchy z jego charakterem najważniejszą sprawą było bowiem dotrzymanie danego słowa. Także inne sprawy, które chciał tam załatwić, skłoniły go do podróży do Erfurtu. Pierwsza kwestia sprowadzała się do jak najszybszego zawarcia pokoju z Anglią, gdyż wojna ta rujnowała rosyjski handel wewnętrzny i osłabiała walutę. Przy okazji Aleksander oczekiwał także, że nie będzie ponaglany w kwestii ewakuacji swoich wojsk z prowincji nad Dunajem (na podstawie pokoju w Tylży mógł okupować te tereny tylko do czasu podpisania pokoju z Turkami i do wyjścia wojsk francuskich z Prus). Po drugie - i to interesowało go nie mniej - narodowa duma Rosji, a także i jego własna, domagała się, teraz takich działań, by nikt w Moskwie nie mógł twierdzić, że pokój tylżycki nałożył na Rosję wyłącznie obowiązki. Car pragnął usunięcia wojsk francuskich z niektórych twierdz na terenie Prus, obniżenia kontrybucji i ulg w spłatach, a także podpisania porozumień, na mocy których Prusy stałyby się rzeczywiście wolne; było to niezwykle ważne dla bezpieczeństwa samej Rosji.
W sprawach hiszpańskich Aleksander najczęściej zachowywał milczenie. Jednak podczas dyskusji z Napoleonem Car dość życzliwie wypowiadał się na temat francuskich poczynań - pewnie dlatego, że został wprowadzony w wiele dotyczących tej kwestii szczegółów. Był zadowolony, iż zapał wojenny Napoleona znalazł ujście na Półwyspie Pirenejskim. W polityce własny interes wiele usprawiedliwia i tłumaczy. A dążenie Anglików, żeby wyrwać Hiszpanię spod naszych wpływów i uratować tym samym Portugalię, wydawało się Carowi ważnym powodem do zawarcia z nimi pokoju. Z tego punktu widzenia wspomniane wydarzenia służyły zarówno naszym, jak i rosyjskim interesom. Tylko porozumienie z Anglią mogło gwarantować zawarcie powszechnego pokoju, dlatego też polityka Aleksandra doskonale współgrała z interesami Francji które w głębi swojego sumienia Car być może oceniał mniej przychylnie.
Właśnie z takimi planami przedstawiciele rządu rosyjskiego przybyli do Erfurtu.
Austria tymczasem była rozdrażniona, ponieważ nie uwzględniono jej w konferencyjnych planach, przy czym nie sposób było ukryć przed Austriakami motywów takiego postępowania. W gruncie rzeczy był to jednak dobry wstęp do realizacji ich ukrytych planów. Napoleon oczywiście nie zabiegał specjalnie o to, by w spotkaniu wziął udział cesarz Austrii. Liczył natomiast, że osobisty kontakt z Carem da mu możliwość naprawy stosunków z Rosją - mieszanie w to interesów innych państw mogło te stosunki osłabić. O konferencji było cicho aż do ostatniej chwili; Rząd Austrii dowiedział się o nim z prasy i natychmiast wysłał do Erfurtu barona Vincenta, który miał zbadać możliwości realizacji ich planów i sprawić, by Austria znalazła się w samym centrum rozstrzyganych problemów. Niezręczność i pycha rządu austriackiego, a także obawa przed ewentualną bezceremonialną reakcją ze strony Moskwy zmusiły barona do poprawnego zachowania wobec Rosjan; nie bez znaczenia było także opanowanie Rosjan i ich chłodna postawa wobec Francji, co jednak nie służyło europejskim interesom, których powinny bronić zarówno Rosja, jak i Francja.
Jak już wspomniałem, zamiary Wiednia wydawały się Cesarzowi bardzo podejrzane. Przyjazd austriackiego pełnomocnika odebrał on jako dowód istnienia tajnego porozumienia z Rosją - wkrótce jednak przekonał się, że błędnie ocenił sytuację, a ów niezapowiedziany przyjazd który miał wymusić na petersburskim rządzie bardziej stanowczy ton, odniósł zupełnie odwrotny skutek.
Stosunki między władcami Francji i Rosji od samego początku były wręcz przyjacielskie, wolne od krępującej etykiety. Car i Cesarz odwiedzali się o różnych porach, przeważnie między trzecią po południu a obiadem, który zwykle spożywano w apartamentach Bonapartego. Spotykali się również wieczorami, jeśli nie było spektaklu teatralnego, lub zaraz po nim. Te spotkania również odbywały się najczęściej u Napoleona. Prócz tego władcy odbywali wspólnie konne przejażdżki oraz brali udział w przeglądzie naszych wojsk, które niebawem miały wyruszyć do Hiszpanii. Pierwsze dni upłynęły na wzajemnym poznawaniu się, wyjaśnianiu stanowisk obu stron i na próbach określenia swych zamiarów. Aleksander nie był już jednak tak skory do ustępstw jak w Tylży i Cesarz nawet użalał się, że Car stał się nieufny. Wrogie zamiary przejawiane od samego początku kongresu przez Austrię, zmieniły charakter rozmów i odciągnęły uwagę Rosji od jej celów. Im bardziej Napoleon - któremu spieszno było z wysłaniem do Hiszpanii wojsk stacjonujących w Prusach - domagał się, by mu wstępnie wyjaśniono, w jakim stopniu może liczyć na sojusz z Rosją i na jej pomoc w kampanii przeciwko Austrii, im bardziej domagał się on od Aleksandra konkretnego stanowiska i bardziej stanowczego tonu wobec Austrii, co byłoby według Cesarza jedynym środkiem do powstrzymania Austriaków przed wystąpieniem zbrojnym, tym bardziej rząd rosyjski, dopatrując się w tych żądaniach prób doprowadzenia go do ostateczności, przejawiał wyraźną niechęć. Dlatego też nie ustawały ożywione spory, co opóźniało rozwiązanie innych problemów. Po jakimś czasie wszystkie starania zostały w zasadzie podporządkowane tylko temu jednemu zagadnieniu. Pojawiły się nawet zarzuty, że zbytnia ustępliwość Francji doprowadziła do sytuacji, w której groźby ze strony Austrii pozostały bezkarne, koalicja staje się bezsilna, a Anglia tylko utwierdza się w przekonaniu, że może sobie znaleźć sojuszników na kontynencie i unikać rozmów o pokoju, który właśnie zamierzano jej zaproponować.
Car jednak pozostał nieugięty i nic nie było w stanie zmienić jego stanowiska. W argumentach, które nieustannie przedstawiał mu Cesarz, Car dopatrywał się wrogich zamiarów i chęci wywarcia skrytej zemsty. W ferworze owych sporów nie sposób było nawiązać do sprawy Prus czy jakichkolwiek innych kwestii. Czas mijał, a rozmowy utknęły w martwym punkcie. Ministrowie nie byli władni niczego załatwić, ponieważ władcy zastrzegli, iż wszelkie decyzje będą podejmować sami.
Minął tydzień, a każdy z nich nadal pozostawał na etapie badania gruntu, starając się wyjaśnić, do jakich granic sięgają oczekiwania przeciwnika, nie mając zarazem możliwości, by je poznać. Obserwowano się wzajemnie, ufając, że może następny dzień przyniesie rozwiązanie wszystkich problemów. Cesarz nieustannie dokładał starań, aby uzyskać od Rosji zobowiązanie, które wpłynęłoby na postawę Austrii. Był skłonny do daleko idących ustępstw, rozpatrywał nawet możliwość wycofania swoich wojsk z Niemiec, zostawiając nad Odrą tylko jedną twierdzę jako gwarancję spłat kontrybucji.
Będąc o wiele lepszym dyplomatą niż jego przeciwnik, już prawie pogodził się z myślą o takiej ofierze, widząc, z jakim uporem Aleksander domaga się ewakuowania naszych wojsk z twierdz i z części pruskiego terytorium. Sprawa Austrii była problemem ubocznym, który teraz wysunął się na pierwszy plan, wskutek czego przesunął się również środek ciężkości całego spotkania. I tak Rosja odeszła od swego pierwotnego celu, a uwaga wszystkich skoncentrowała się wokół obaw przed zerwaniem pokoju z Austrią. Cesarz zachował twierdze, do których przywiązywał ogromne znaczenie, Rosja zaś, uznawszy, że broni interesów Europy swoim kosztem wygrała co chciała, przyjmując na siebie tylko jedno zobowiązanie, które z jej punktu widzenia nie mogło ani zaszkodzić Austrii, ani zburzyć europejskiego pokoju. Wynikało z niego miedzy innymi, że wojska francuskie uderzą na Hiszpanię, co na długi czas z pewnością całkowicie zajmie uwagę Napoleona. Rosja obawiała się, że zbyt natarczywe domaganie się ewakuacji twierdz może opóźnić ich wysłanie wojsk do Hiszpanii, co z kolei skieruje uwagę Cesarza na Niemcy - akurat w tym momencie, kiedy szczęśliwie dla Moskwy, zaczął on interesować się Austrią. Car uważał, że odsuwając niebezpieczeństwo na później w ogóle je wyeliminuje, a wydarzenia w Hiszpanii, jak również koszta prowadzonej tam wojny, zmuszą Napoleona, by w ciągu najbliższych miesięcy wyprowadził armię z Niemiec. Według Rosji miało to fundamentalne znaczenie dla przyszłego pokoju w Europie.
Nieszczerość Austrii, jak już wspomniałem, zburzyła zaufanie do niej. Zwrócenie się do Cara Aleksandra, a także spojrzenie bardziej łaskawym okiem na los Prus i sytuację w Niemczech, miałoby korzystny wpływ na ówczesną politykę. Austria jednak, przyjmując niezręcznie wrogą postawę i decydując się prawie na wojnę, nie umiała wykorzystać sprzyjających okoliczności. Widocznie Wiedeń myślał tylko o własnym interesie, licząc się tylko z Hiszpanią, która wobec realnego zagrożenia dla Prus nie miała dla Rosji żadnego znaczenia. Natomiast Cara prawdopodobnie bardzo cieszył fakt, że Francja kieruje swoje wojska na południe Europy. Niezręczna polityka austriackiego rządu zaszkodziła wszystkim bieżącym sprawom. Mimo to Vincent powinien być raczej zadowolony z rezultatu swojej misji, jako że nabrał przekonania, że Aleksander z własnej inicjatywy odmawia przyjęcia wszelkich zobowiązań, które mogłyby doprowadzić do agresji na Austrię, a nawet zdecydowanie opowiada się za jej wolnością. Nie wiem, czy austriacki wysłannik wiedział o istnieniu warunkowego porozumienia o współpracy, a także o zgodzie Francji, żeby Rosja mogła podporządkować sobie Mołdawię i Wołoszczyznę30. W dniu mojego wyjazdu ktoś próbował mnie przekonać, że Vincent wywąchał informacje o tym porozumieniu i był podobno bardzo niezadowolony, zupełnie jakby zagrożenie dla Austrii i Europy, przy ówczesnej pokojowej sytuacji, mogło czaić się w Turcji i było niezależne od tego, czy Rosji uda się załatwić swoje sprawy. Zachowując przez tak długi czas nieugiętą postawę w sprawie Austrii i twierdząc, że przyjmuje na siebie tylko warunkowe zobowiązania, Aleksander odsunął na dalszy plan najważniejsze w danej chwili polityczne interesy i - zajął się tym, co go interesowało najbardziej.
Zarówno monarchowie, ministrowie, jak i inni uczestnicy kongresu, zaczęli w końcu odczuwać znudzenie defiladami i niekończącymi się sporami. Tymczasem sprzeczki między Aleksandrem a Napoleonem miały czasami dość ostry przebieg. Bonaparte był zarazem sprytny, elastyczny i czarujący, a czasami natarczywy. Widząc że nie może niczego uzyskać od swojego okopanego na własnych pozycjach przeciwnika, dwukrotnie wybuchnął złością. Zachowanie Napoleona nie miało jednak wpływu na decyzje Aleksandra. Wybuchy Cesarza były raczej dyplomatycznym podstępem, niźli rzeczywistym porywem - Bonaparte bardzo szybko się po nich uspokajał i powracał do bardziej wyważonego tonu.
W końcu zadowolił się tym co uzyskał; w istocie było to znaczniej więcej, niż można się było spodziewać. W głębi duszy był bardzo zadowolony, że po tym, co wydarzyło się w Hiszpanii, udało mu się nadać erfurckiemu spotkaniu antyangielskie zabarwienie za sprawą porozumienia dotyczącego démarche, które zamierzano przyjąć i przedłożyć Anglii jako propozycje pokojową. Ustalono mianowicie, że zebrani monarchowie zwrócą się do angielskiego króla na piśmie, a Rumiancew przybędzie do Paryża, gdzie uzgodniona zostanie ostateczna wersja politycznego démarche. Oczekiwał tego Cesarz i ja również powinienem był tego oczekiwać, gdyż było to dowodem na istnienie całkowitej zgody między sojusznikami, odwracało uwagę od wydarzeń w Hiszpanii i obarczało Anglię odpowiedzialnością za przedłużanie wojny. Łatwo można było przewidzieć, że trwające nadal w Hiszpanii powstanie, które było na rękę Anglii, sprawi że propozycje pokojowe pozostaną bez odpowiedzi.
Porozumienie Cesarza z Carem zmuszało poza tym Austrię do większej czujności i odsunięcia w czasie realizacji swych zamierzeń. Oczekiwano, że również Szwecja przyłączy się do systemu kontynentalnego31, to znaczy, pomoże nam wykuć jedyną broń, jaką dysponowaliśmy w walce z Anglią - uzupełniałoby to warunki z Tylży. Akces Szwecji byłby zrozumiały wobec sytuacji, w jakiej znalazła się Europa z powodu planów Pitta32 i prowadzącego do walki na śmierć i życie angielskiego egoizmu. Łatwo było przewidzieć, że wskutek tego Szwecja, a w konsekwencji i Finlandia, oddane zostaną później na łaskę ich ambitnego i potężnego sąsiada - ale tego wymagała wtedy sytuacja polityczna.
Blokada kontynentalna mogła być efektywna tylko w tym przypadku, gdyby była powszechna. Pozostawienie na północy rynków zbytu dla angielskich towarów obróciłoby wniwecz wszystkie pozostałe zasady postępowania wobec Anglii i tym samym zaprzepaszczono by wszystkie dotychczasowe ofiary. Już i tak zbyt dotkliwie odczuwało się kłopoty spowodowane niemożliwością zamknięcia Turcji przed towarami dostarczanymi potem na tereny południowych Niemiec i do Polski. Co powinno wówczas zastanowić Cesarza? Patrząc realnie - czy mógł przypuszczać, że Szwecja, postawiona przed wyborem między zamknięciem swych portów przed Anglikami, a wplątaniem się w wojnę francusko-rosyjską, wybierze to drugie, jakże bliskie niebezpieczeństwo, zamiast chwilowych trudności spowodowanych kłopotami handlowymi, które odczuwał cały kontynent, a nawet Austria? Czy Cesarz nie powinien był poświęcić więcej uwagi Szwecji, która wówczas była naszym jawnym wrogiem? Więcej uwagi, niż poświęcała jej kiedyś sojusznicza Anglia?
Zanim powrócę do opowieści o tym co działo się w Erfurcie, chciałbym zwrócić uwagę na niektóre szczegóły samego traktatu; nosił on niezwykły charakter, ponieważ demaskował poglądy, forsowanie których Anglia będzie odtąd uważała za konieczne dla obrony własnych interesów, zmuszając Europę w 1814 roku do przyjęcia swych warunków.
Traktat ten, będący rezultatem zawartych 19 stycznia wstępnych porozumień i propozycji, ostatecznie został podpisany 11 kwietnia w Petersburgu. Jeden z punktów przyznawał Rosji Finlandię, Mołdawię i Wołoszczyznę. Inne punkty proklamowały niepodległość Holandii, która zjednoczyła się jako Niderlandy, uznano też niepodległość Szwajcarii, przywrócono władzę króla Sardynii w Piemoncie, co wiązało się z powiększeniem jego terytorium. Inne ustalenia gwarantowały ewakuację wojsk z Italii i oddawały Neapol w ręce dynastii Burbonów; na samym końcu dokumentu znajdował się tak zwany "Statut Europejski", gwarantujący niepodległość wszystkich państw. Został on pomyślany jako przeszkoda dla ewentualnych zapędów uzurpatorskich.
Kiedy teraz przeglądam swoje notatki usiłując doprowadzić je do porządku, nie mogę nie wspomnieć o dacie, która poprzedziła opisane powyżej wydarzenia z 11 kwietnia 1814 roku - mam tu na myśli porozumienie w Fontainbleau33, które kładąc kres jednej wielkiej epoce, zarazem stworzyło warunki do realizacji planu, który do tej pory wydawał się tylko zrodzonym w 1805 roku marzeniem.
Powrócę zatem do Erfurtu. Było oczywiste, że ówczesny stan rzeczy wymaga, aby Szwecja uczestniczyła w rozstrzyganiu losów kontynentu. Mając zaś na względzie geograficzne położenie Rosji, to właśnie jej powinno przypaść w udziale zmuszenie Szwecji do udziału w obradach. Sytuacja, w jakiej znajdował się Cesarz nie dawała nadziei, że Rosja chwyci za broń nie żądając przywilejów, których mogłaby się domagać w zaistniałych okolicznościach. Dlatego też Bonaparte, dla dobra sprawy, nie mógł zaproponować Rosji mniej, niż zaoferowała jej - w swoim własnym interesie - Anglia. Na tym etapie rozmów doszło do kuriozalnej sytuacji: oto Rosja - jeszcze zanim zgodziła się przyjąć pewne zobowiązania wymierzone przeciw Szwecji - zniżyła się najpierw do próśb i prób przekonywania Cesarza; podobnie było później, kiedy trzeba było działać przeprowadzając wojskowe operacje. Tajemnica tego umiarkowania tkwiła, co zrozumiałe, nie tyle w różnych rodzinnych koligacjach, z którymi wypadało się - choćby tylko pozornie - liczyć, co w przekonaniu, że Cesarz będzie tak czy inaczej naciskać na Rosję na tyle energicznie, by rodzinne związki nie zaszkodziły jego interesom.
I w taki oto sposób erfurckie rozmowy, choć wciąż daleko im było do końca, przyjęły korzystny dla Bonapartego obrót. Ponieważ upewnił się on, że nie uda się zmienić poglądów Aleksandra i że nie uzyska nic ponad obietnicę podjęcia działań jeśli to Austria zaatakuje pierwsza, Cesarz musiał cieszyć się, że udało mu się załatwić choć tyle. Po tym pierwszym kroku dalej poszło łatwiej - ponieważ Aleksander uznał, że wygrał wszystko, co było do wygrania, osiągnięto porozumienie w pozostałych kwestiach. Car był przekonany, że Austria nigdy nie będzie, jak mówił, "na tyle nierozsądna, by przystąpić do wojny w pojedynkę". Ponieważ zaś problem austriacki wywołał tyle sporów, prawie zapomniano o kwestii wyprowadzenia wojsk francuskich z Prus i z twierdz nad Odrą; dość szybko jednak dogadano się i w tej sprawie, a Cesarz był dumny, że w niczym nie musiał ustępować: zachowując nadal silne placówki w Niemczech, poprzez dalszą okupację twierdz (świadczyło to o całkowitej zgodzie między sojusznikami i miało być sygnałem tak dla Austrii, jak i dla całej Europy), mógł teraz skierować swoje siły do Hiszpanii. Łudził się nadzieją, że pokona rebelię w ciągu jednej kampanii, a potem zostawi tam tylko kilka garnizonów i trzy niewielkie korpusy obserwacyjne. Polegając na obietnicach swojego sojusznika, Bonaparte zaczął stopniowo wysyłać wojska na Półwysep Pirenejski - zanim jeszcze zostały dopracowane wszystkie szczegóły; niektóre pułki w drodze do Hiszpanii przechodziły nawet przez Erfurt.
Zachowanie twierdz nad Odrą stało się w tej sytuacji sprawą pierwszorzędną, ponieważ siłami zaledwie kilku skromnych garnizonów można było zachować pozycje w Prusach oraz ocalić polityczny prestiż Francji w oczach Niemców. Okupacja ta miała także taką zaletę (w tym czasie Cesarz przywiązywał do tego szczególną uwagę), że pozwalała na utrzymywanie głównych sił na obu granicach państwa austriackiego.
Następnie uregulowano kwestie dotyczące Szwecji i Turcji, a Rosja zadowoliła się w końcu nieznacznymi ustępstwami w sprawie Prus oraz kilkumilionowym upustem, co w istocie nie miało żadnego znaczenia, jako że Prusy i tak nie odzyskiwały dzięki temu ani politycznej, ani terytorialnej niezależności. Na dodatek kwestie finansowe rozstrzygano dopiero pod koniec kongresu, kiedy wszyscy już mieli dość i myśleli tylko o tym, żeby jak najszybciej wrócić do domu. Rosja otrzymała perspektywę przejęcia Mołdawii i Wołoszczyzny oraz podbicia Finlandii. Wszystkie ustalenia miały duże znaczenie, szczególnie ze względu na sytuację Cara w jego własnym kraju. Wszak poświęcił on wszystkie interesy w imię tego, co nazywał "ocaleniem Austrii", nie zastanowiwszy się nad skutkami obecności wojsk francuskich w samym sercu Niemiec.

Cesarz mógł wysłać część swoich wojsk do Hiszpanii i wybrać się tam osobiście nie ustępując zarazem z terenów, które okupował, ani nie rezygnując z niczego, co mu się należało. W ten sposób obie strony wyjechały wystarczająco zadowolone. Cesarz nie stracił czasu na darmo: gdyby podczas jego pobytu w Hiszpanii Austria wykazała jakąkolwiek ochotę do rozpoczęcia wojny, Rosja wypełniłaby przyjęte na siebie zobowiązania i wystąpiłaby przeciw Wiedniowi.
Jest sprawą bezsporną, że aby wynagrodzić Rosji ustępstwa, Cesarz złożył wiele kuszących propozycji podnoszących jej prestiż; za tę właśnie cenę udało mu się uniknąć dwóch wojen, z których jedna mogłaby zaspokoić jego ambicję, podczas gdy druga - wojna z Anglią - kosztowałaby go zbyt drogo; poza tym obecnie żaden konflikt nie leżał w jego interesie. A w perspektywie była wszak i trzecia wojna - gdyby Szwecja nie przyłączyła się do blokady kontynentalnej. W ten sposób Rosja, w takim stopniu, jak tego oczekiwaliśmy, była nie mniej niż my zajęta w Hiszpanii, a do tego trapiły ją kłopoty handlowe wynikające z braku możliwości eksportu. Mołdawia i Wołoszczyzna, które Rosja miała nadzieję oderwać od Turcji, jeszcze długo miały zaprzątać umysł Cara, a przedłużająca się wojna z Anglią, zamykająca rynki zbytu dla rosyjskich towarów, mogła wywołać wiele kłopotów gospodarczych. Jednak owoce wojny ze Szwecją, gdzie stawką była Finlandia, mogły być dostateczną rekompensatą za ponoszone ofiary. W rzeczy samej, Rosja nie targowała się o koszta, mając w perspektywie tak ważną zdobycz, wszak była to jedyna okazja, by zrealizować to, co nie udało się poprzednikom Aleksandra, Czyż należało jednak w tym momencie w imię własnych interesów poświęcać interesy ogółu, które przy dalszym wzroście potęgi Francji mogły okazać się najważniejsze? Czyż nie należało ich pogodzić z dążeniami Prus i Niemiec, od których zależał przyszły pokój na świecie? Oto zasadnicze pytania.
Zarówno ci, którzy nie uczestniczyli w ówczesnych sporach, jak i ci, którzy nie tkwili w nurcie głównych wydarzeń, a zatem nie targały nimi wątpliwości uniemożliwiające osiągnięcie lepszych rezultatów, będą obwiniać petersburski rząd za niedostateczne wykorzystanie sytuacji. Padną zarzuty, że Car poświęcił interes całego świata dla osiągnięcia chwilowych sukcesów. Ostateczny wyrok wyda jednak historia; a zadanie, jakie sobie postawiłem polega jedynie przedstawieniu rezultatów kongresu i wyjaśnieniu, jakie motywy zmusiły Rosję do podpisania się pod ostatecznymi ustaleniami. Przeprowadzona po pokoju w Tylży reforma systemu państwowego wzburzyła w Rosji opinię publiczną i zmieniła dotychczasowe stanowisko szlachty. Rosję rujnował brak rynków zbytu. Spadała wartość rosyjskiej waluty, a kłopoty, z którymi borykał się handel, doprowadziły do zaburzeń w gospodarce, co stanowiło wodę na młyn dla przeciwników polityki carskiego rządu. Wszystko to zmuszało Aleksandra do wywalczenia podczas erfurckiego kongresu czegoś, co wywoła na rosyjskim narodzie oszołamiające wrażenie i przywróci poparcie dla jego polityki. Car musiał wykonać spektakularne posunięcie, które usprawiedliwi przed narodem nie tylko samą jego obecność na kongresie, lecz także zawarty sojusz, a nawet wojnę z Anglią. Aleksander osiągnął ten cel. Początkowo pomysł wyjazdu na rozmowy do Erfurtu spotkał się w Petersburgu z wielkim sprzeciwem. Rodzina carska, wielmoże, a nawet klasa średnia - wszyscy oni wyrażali swoje obawy. To, co zrobiono w Bayonne34 z członkami hiszpańskiego domu panującego, sprowokowało wiele niepokojących domysłów. Wszyscy błagali Cara, by nie wyjeżdżał z Rosji. Użyte zostały wszystkie dostępne środki - błagania, perswazje, łzy. Zwracano uwagę, że Aleksander, narażając na niebezpieczeństwo własną osobę, naraża tym samym bezpieczeństwo swojego kraju, wyrażano obawę, że Napoleon, zapraszając Cara w miejsce, gdzie znajduje się tyle francuskich wojsk, pochwyci go i będzie przetrzymywał jako zakładnika. A skoro już spotkanie musi się koniecznie odbyć, mówiono, to niech jego miejscem będzie graniczna Tylża. Car z lekkim oburzeniem odrzucił wszystkie te uwagi i wyjechał do Erfurtu.
Przybyli tam także wszyscy książęta niemieccy, żeby przedstawić się władcom - swym sojusznikom - i stworzyć poniekąd ich dwór, choć było to tylko wyrazem ich uprzejmości. Sami władcy wydawali się raczej niezadowoleni z powodu formalności, które zabierały ich czas - ceremonie przeszkadzały w codziennych, poobiednich dyskusjach. Mimo tego niemieccy książęta, a nawet królowie, zachowywali się nader skromnie, a nas, dyplomatów, traktowali jak równych sobie (my jednak nigdy nie zapominaliśmy o należnym im szacunku), do tego stopnia, że sytuacja stawała się czasami niezręczna. Gdyby nie chęć wykorzystania chwil, kiedy mieli nadzieję być łaskawie zauważeni przez któregoś z władców świata, można by pokusić się o stwierdzenie, że Niemcy w ogóle baliby się pokazać w Erfurcie.
Car poświęcał wiele uwagi swojej szwagierce, księżniczce Stefanii Badeńskiej.35 Jej elegancja, błyskotliwość i wytworne maniery oczarowały Cara. Bardzo często obsypywał ją komplementami, co robił też w Petersburgu.
Za organizację poszczególnych kongresowych spotkań odpowiadał Cesarz, jako że czuł się tam jak we własnym domu. Wszystko wypadło bardzo dobrze. Ciągle jednak mam wątpliwości, czy aby niemieccy książęta, którzy przybyli tam prawić uprzejmości, wyjechali zadowoleni; przede wszystkim dlatego, że ich obecność, choć generalnie przydatna, częstokroć bywała krępująca. Czasami dawano im to odczuć. Książęta mieli świadomość, że obchodzono się z nimi tak, jak kiedyś Austria obchodziła się z niemieckimi elektorami. W efekcie mogli się przekonać, że choć nowy tytuł pozbawił ich dawnych funkcji, to w rzeczywistości niczego nie zmienił w ich położeniu względem protektora.
Cesarz ściągnął z Paryża najlepsze zespoły teatralne, żeby codziennie można było wystawić jakiś spektakl. Obaj monarchowie zawsze zjawiali się na przedstawieniach, przy czym wykorzystywano każdą okazję, aby zamanifestować łączące obu władców więzi. Car cytował nawet fragment wiersza: "Przyjaźń wielkiego człowieka jest łaską bogów", pragnąc w jak najbardziej wyszukanej formie okazać publicznie szacunek wobec sojusznika.
Tak więc Car i Cesarz rozstali się wystarczająco usatysfakcjonowani osiągniętymi podczas kongresu rezultatami - ale w głębi duszy byli sobą rozczarowani. Prysły tylżyckie iluzje i choć Car wraz ze swymi ministrami otwarcie i jednym głosem - choć z pewnym wahaniem - podkreślali, że chcą zachować sojusz aby wymusić na Anglii zawarcie pokoju oraz umocnić pokój w całej Europie, to obaj sojusznicy mieli swe własne cele. Nowe interesy i przywileje, jakich Rosja spodziewała się w wyniku dopiero co podpisanych porozumień, przekształciły się w obowiązek i konieczność. Ustalenia nabrały ostatecznego kształtu dopiero na trzy dni przed końcem kongresu. Do tej pory nawet sam minister36 nie wiedział, co tak naprawdę zamierza Cesarz. Ostateczną opinię Bonaparte wypowiedział dopiero w momencie podpisywania porozumienia. Każdy dzień przynosił jakąś zmianę - Jego Cesarska Mość żył, można powiedzieć, dniem bieżącym, dostosowując swoją politykę, a zatem i swoje roszczenia, do możliwości i przeszkód, jakie napotykał. I tak każda ze stron dokładniej określiła swoje stanowisko dopiero w ostatnim momencie. Chciano jak najszybciej zakończyć rozmowy, ponieważ pragnienie uniknięcia nowych sporów było wcale nie mniejsze od chęci szybkiego wyjazdu. Każdy w miarę możności przymykał oczy, nie chcąc widzieć tego, co mogło stać się źródłem nieporozumień.
Car, któremu zarzucano wówczas krótkowzroczność i słabość, wykazał się silnym charakterem, co potwierdził zresztą sam Napoleon, dość często uskarżający się na jego nieustępliwość. Gdyby Austria - powtarzam to po raz wtóry - wytłumaczyła się wtedy tak, jak to zrobiła później za pośrednictwem księcia Schwarzenberga, który nieporadnie przedstawił swoje argumenty dopiero w tekście swego manifestu,37 to jest bardzo prawdopodobne, że udałoby się uniknąć wydarzeń 1809 roku, które wstrząsnęły całą Europą.
Była to dobra okazja, by wypracować prawdziwy pokój, gdyż w obliczu wydarzeń w Hiszpanii, Napoleon gotów był pójść na duże ustępstwa. Nie miał wprawdzie zbyt wielkiej ochoty na wyprawę do Hiszpanii, ale jednocześnie czuł, że tylko jego obecność mogła jeśli nie zakończyć wojnę, to przynajmniej ruszyć ten problem z martwego punktu. Gdyby między wielkimi mocarstwami panowała większa zgoda, a Anglia okazała choć trochę intencji przywrócenia pokoju na świecie, to przy zachowaniu tych przywilejów jakie się jej należały, udałoby się osiągnąć pełne porozumienie. Francja powróciłaby do obszaru wyznaczonego jej przez naturę, do którego miała prawo dzięki swej potędze i chwale. Sądząc po tym, co mogłem zauważyć, Cesarz zdecydowanie dążył wtedy do pokoju. Nie ulega jednak wątpliwości, że chciał mieć możliwość rozporządzania swoimi wojskami, by móc je wysłać do Hiszpanii, gdyż nie było dla niego innej możliwości wybrnięcia honorowego z nieprzyjemnej sytuacji, jaka powstała po angielskiej odmowie przystąpienia do rozmów. Jeśli zaś chodzi o surowe zasady systemu kontynentalnego, to w tamtym okresie był to jedynie wynik podstawowych założeń.
Podpisanie pokoju z Anglią jeszcze zanim Rosja mogła wykorzystać wszystkie przywileje przyznane na mocy ostatnich porozumień, było zgodne z polityką Cesarza, który potraktował to jako należną mu rekompensatę za poniesione ofiary. Bonaparte martwił się również, czy uda mu się ściągnąć kontrybucje nałożone na Prusy; Rosja uważała te roszczenia za słuszne i w tej kwestii wyznaczyła sobie rolę adwokata francuskiej sprawy. Problem dotyczył tylko ustalenia gwarantującego spłatę terminu i charakteru kaucji, ale udało się dojść w tej kwestii do porozumienia. Widać było, że w imię powszechnego pokoju Cesarz gotowy jest na daleko idące ustępstwa. Istotne zadanie polegało teraz na wykorzystaniu nastroju i okazji chwili. Podczas rokowań niewątpliwie wzięto by pod uwagę wszystkie czynniki, ponieważ każda ze stron musiałaby liczyć się ze swoim sąsiadem. Nie ulega też wątpliwości, że wszelkie ambicje hamowane byłyby wówczas przez jeden cel - chęć stworzenia jak najlepszych warunków dla zachowania pokoju na świecie.
Groźby ze strony Austrii, zamiast podnieść rangę politycznych argumentów, uznanie których odpowiadało zarówno interesom Rosji jak i planom samej Austrii, jedynie zaszkodziły austriackim machinacjom, a nam wyszły na dobre.
- Czyż ja mogę ewakuować twierdze nad Odrą, zrezygnować z garnizonów w Prusach, słowem osłabić swoją pozycję w Niemczech akurat w momencie, kiedy Austria, wykorzystując moje kłopoty w Hiszpanii, zaczęła mi grozić? - zwrócił się z pełnym przekonaniem Cesarz do Cara Aleksandra. - Czyż w chwili, kiedy jesteśmy zdecydowani przedstawić ważne démarche, mające skłonić Anglię do podpisania pokoju, interesy sojuszu nie wymagają byśmy mówili jednym głosem i aby nasz wspólny wróg - a także Austria, która może być i waszym wrogiem - uważał mnie za silnego? Anglia zażąda zakończenia okupacji Prus oraz Hiszpanii - możemy sobie na to pozwolić, jeżeli tylko przybliży nas to do pokoju. Czy jednak wypada, aby mój sojusznik i przyjaciel proponował mi rezygnację z jedynej pozycji, która stwarza mi możliwość zagrożenia Austrii na jej skrzydle, jeżeli zaatakuje mnie w chwili gdy moje wojska znajdują się na południu Europy w odległości 400 lig38 od ojczyzny?
Dziś już nie mogę zgodzić się na to, co było do załatwienia jeszcze cztery miesiące wcześniej. To, co wówczas leżało w interesie Prus, stanowiąc argument na rzecz sojuszu, w chwili obecnej byłoby niezgodne z celem do którego zmierzamy. Pozostawienie niewielkiego garnizonu w Prusach nie powinno niepokoić Rosji w sytuacji, kiedy zabieram pozostałe wojska z Niemiec, żeby przerzucić je na Półwysep Pirenejski. Wszystko to dowodzi mojego zaufania do pana, proszę go więc nieco okazać i mnie - i nie burzyć nieuzasadnionymi obawami korzystnego rezultatu naszego, osiągniętego dzięki mojej wojennej polityce porozumienia. I to w chwili, kiedy powinniśmy zademonstrować swoją jedność i siłę bardziej niż kiedykolwiek. Gdyby pan zażądał wycofania wojska z Prus, zgodziłbym się, ale wówczas musiałbym poniechać moich spraw w Hiszpanii i niezwłocznie zakończyć konflikt z Austrią. Gdybym miał zabrać swoje wojska z twierdz nad Odrą, to pan powinien wycofać się z twierdz nad Dunajem, a przecież pozostanie tam leży w pańskim interesie, gdyż daje to Rosji nadzieję na zdobycie Mołdawii i Wołoszczyzny. Turcja, widząc, że nie ma szans na jakąkolwiek interwencję z mojej strony, będzie zmuszona przystać na takie warunki, jakie jej pan podyktuje. Tak więc okazuje się, że okupacja, którą uważam za konieczną, o wiele bardziej służy pańskim interesom niż moim. W przyszłości wyciągnie pan z tego korzyści, na jakie ja nie mogę mieć nadziei - zakończył Bonaparte.

Powyższe rozważania sprowokowane zostały stanowiskiem Austrii oraz faktem pojawienia się w Erfurcie jej przedstawiciela. W efekcie wojska francuskie pozostały w Prusach, a rosyjskie na Wołoszczyźnie.
Zawsze gdy według powszechnej opinii Austria powinna współpracować przy uregulowaniu konkretnych problemów, jej przedstawiciele tylko szkodzili sprawie.
Powracam do rokowań monarchów w Erfurcie. Jak już wspominałem, ich rozmowy przybierały niekiedy bardziej ożywiony charakter. Pewnego razu Cesarz, który w żaden sposób nie mógł uzyskać od Aleksandra tego, czego oczekiwał (rzecz dotyczyła Austrii), uniósł się gniewem i rzucił swój kapelusz, czy jakiś inny przedmiot na podłogę, po czym zaczął go deptać nogami; Car zatrzymał się (muszę tu wyjaśnić, że obaj monarchowie, prawie zawsze, kiedy rozmawiali, przechadzali się po gabinecie Cesarza), uważnie spojrzał na Bonapartego, uśmiechnął się, a gdy zauważył, że ten nieco się uspokoił, co zresztą stało się bardzo szybko, powiedział:
- Pan jest porywczy, a ja uparty. Gniewem niczego pan ze mną nie załatwi. Albo dalej rozmawiamy, albo wychodzę.
Co mówiąc złapał za klamkę i faktycznie wyszedłby z pokoju, gdyby Cesarz nie rzucił się, aby go zatrzymać. Bonaparte odpuścił i rozmowy zostały wznowione już w spokojnym tonie. Podobny incydent, choć w łagodniejszej formie, zdarzył się, kiedy poruszano kwestie dotyczące Prus. Wszystko przez to, że - jak mówił mi Cesarz - Aleksander z dnia na dzień stawał się coraz bardziej stanowczy.
Szczegóły te wyjawił mi sam Bonaparte, dodając przy tym:
- Pański Car jest uparty jak osioł. Udaje głuchego, kiedy rzecz dotyczy problemów o których wolałby nie słyszeć. Drogo mnie kosztują te przeklęte hiszpańskie sprawy.
Cesarz, który tego dnia okazywał mi zaufanie i życzliwość, zasięgał mojej rady odnośnie spraw, które chciał omówić z władcą Rosji, prosząc go o przyjacielską radę i zainteresowanie się problemem. Chodziło mianowicie o zdanie Cara na temat ponownego ożenku Bonapartego i chęci posiadania przez niego dzieci - miało to doraźnie pomóc w utrwaleniu jego dotychczasowego dzieła, a docelowo - być może zapoczątkować własną dynastię. Cesarz chciał, abym ja lub Talleyrand39 przeprowadził z Carem wstępną rozmowę, z której miałoby wynikać, że osobiście bardzo pragniemy nowej żony dla Bonapartego, co posłuży interesom wszystkich stron - zapewni nam przyszłość, prócz tego ożenek z pewnością osłabi wojenny zapał Cesarza i skłoni go do szukania przyjemności raczej w życiu rodzinnym, niż na polu bitwy. Wszystkie te aluzje miały być oczywiście wyrażone w sposób taktowny i delikatny. Talleyrand rozmawiał o tym ze mną i musiałem dać słowo, że to ja pierwszy poruszę ten temat. Cesarz zauważył chyba, że jego słowa zrobiły na mnie przygnębiające wrażenie, bo dodał:
- Robię to wszystko po to, żeby sprawdzić, czy Aleksander rzeczywiście jest moim przyjacielem, i czy faktycznie obchodzi go pomyślność Francji; kocham Józefinę40 i już nigdy więcej nie będę tak szczęśliwy. Ale tylko w ten sposób mogę się dowiedzieć, co inni monarchowie myślą na ten temat. Moja rodzina, Talleyrand, Fouche,41 wszyscy urzędnicy państwowi, oczekują, że zrobię to dla dobra Francji. W rzeczy samej, bardziej mogę polegać na pierwszym lepszym chłystku niż na moich braciach; nie są lubiani i nie mają żadnych talentów. Myśli Pan, że Eugeniusz42 jest inny? Niektórzy tak sądzą, ponieważ jest on już całkowicie ukształtowanym człowiekiem, żonatym z bawarską księżniczką, ojcem dzieci; ale to pewnie pana nie interesuje. Nowe dynastie nie powstają na drodze usynowienia. Mam co do niego inne plany.
Cesarz zapytał mnie także, co sądzę o kilku znanych mi księżniczkach.
- Tylko jedna z nich - odparłem - jest w wieku pozwalającym jej na zawarcie małżeństwa, ale należy pamiętać, co wynikło z jej małżeństwa ze szwedzkim księciem: okazało się, że nie ma mowy o zmianie religii. Cesarz odparł, że jeśli chodzi o księżniczki, to on jeszcze niczego nie postanowił i na razie chce tylko wiedzieć, czy jego rozwód zostanie zaaprobowany, czy nie wywoła to zgorszenia wśród Rosjan i co na ten temat myśli sam Car. Liczył na to - jak mi się przynajmniej wydawało - że projekt ożenku może się spodobać w Petersburgu i że, być może, stanie się przynętą dla Rosji; dlatego też był zdecydowany uzależnić swe plany matrymonialne od jej stanowiska.
Cesarz, który przecież bardzo łatwo sam mógł skierować rozmowę na żądany temat, chciał za wszelką cenę, żeby to Aleksander pierwszy poruszył te kwestię. Niewątpliwie miał nadzieję, że Car nada tej rozmowie jak najbardziej taktowną formę, dzięki czemu Cesarz będzie się mógł dopatrzyć choćby pośredniej aluzji do carskiej siostry. Nie zamierzam ukrywać faktu, że moje uwagi o religii i Szwecji nie spotkały się z miłym przyjęciem. Wyraźnie nie spodobało się to Cesarzowi, który wzruszeniem ramion i wyrazem twarzy dał mi do zrozumienia, że nie należy porównywać Tuileries ze Sztokholmem43.
Talleyrand rozmawiał z Carem jako drugi. Łatwo uzyskaliśmy obietnicę, że rosyjski władca porozmawia z Cesarzem o sprawach, które leżałyby w naszym interesie, a przyczyniając się do uspokojenia sytuacji, służyłyby też całej Europie. Car przychylił się do naszych próśb z typową dla siebie uprzejmością, do czego zobowiązywała go życzliwość wobec nas. Jak mi jednak potem powiedział, ograniczył się tylko do ogólnego poruszenia wybranych wątków, które podyktowało mu polityczne wyczucie i troska o przyszłość.
Chciałbym zauważyć, że jeszcze rok temu, kiedy wyjeżdżałem do Petersburga, kwestia rozwodu Cesarza była w Fontainebleau żywo dyskutowana, nawet policja rozpowszechniała pomysł jego ożenku z Francuzką, choć tak naprawdę nikogo to nie urządzało. Pomysł ten zgłosił Fouche, żeby wysondować opinię publiczną i zorientować się w planach Cesarzowej Józefiny, a także po to, by Francja oswoiła się z myślą o możliwej zmianie. Z Erfurtu wyjechałem razem z Carem drogą przez Weimar i Lubekę, chcąc odwiedzić przy okazji księżnę Kurlandii44. Podczas wizyty u niej załatwiłem - korzystając z uprzejmej protekcji Cara - sprawę ślubu jej córki z Edmundem Perigordem45. Aleksander był też na tyle miły, że pozwolił mi skorzystać ze swojego transportu aż do Lipska, gdzie przesiadłem się do własnego powozu i ruszyłem do Petersburga. Miałem tam - zgodnie ze słowem danym mi przez Cesarza - spędzić jeszcze tylko rok.
Pominę wszystkie wydarzenia, które miały miejsce między spotkaniem w Erfurcie, a wybuchem wojny z Austrią. Ze swej strony zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, aby jej zapobiec. Do tamtych dni nawiążę nieco później.
Podpisanie pokoju z Austrią zmieniło kierunek polityki Cesarza i rzuciło snop światła na ewolucję jego poglądów i planów dotyczących Polski. Od czasu pamiętnej okupacji Oldenburga46 (jej charakter, jak zresztą wiele innych działań Cesarza, rozmijał się niejednokrotnie z głoszonymi przez niego zamiarami) nic już nie było zgodne z moim punktem widzenia, a ponieważ nie zamierzałem zmieniać poglądów, nalegałem na zwolnienie mnie ze stanowiska. Nie mogłem brać udziału w oszukiwaniu Cara, który okazał nam całkowitą lojalność kiedy nasza sytuacja w Hiszpanii stała się krytyczna, który był bardzo szczery w stosunku do innych i zawsze gdy przyjmował na siebie jakieś zobowiązania, dotrzymywał danego słowa. Ponieważ nawet mój upór nie doprowadził do odwołania mnie z funkcji ambasadora, udałem chorego, starając się zarazem bezpośrednio i pośrednio wpłynąć na Cesarza przez swoich przyjaciół. Okazało się to na tyle skuteczne, że aby uniknąć burzy - byłem bowiem bez względu na wszystko zdecydowany na rezygnację - Cesarz musiał wysłać na moje miejsce zmiennika.
Ponieważ nie zgadzałem się także z błędną, moim zdaniem, polityką ministerstwa, nie miałem ochoty podporządkowywać się zamiarom Cesarza, który szukał coraz to nowych powodów, by usprawiedliwić ochłodzenie swych stosunków z rosyjskim rządem. Nic też dziwnego, że Bonapartemu nie podobały się moje raporty. Nie mogły mu się podobać po prostu dlatego, że już od dawna starałem się w nich unikać wszystkiego, co mogłoby być źle zrozumiane lub błędnie zinterpretowane. Przedstawiałem tylko fakty - bezstronnie i szczerze, a kiedy uważałem to za stosowne, oddawałem też sprawiedliwość działaniom rosyjskiego rządu. Informowałem również o skargach Rosjan - nie martwiąc się tym, jak bardzo moja szczerość dotknie Cesarza. W tym samym czasie Ministerstwo Spraw Zagranicznych i policja wprost zalewali Rosję tajnymi agentami, którzy mieli wpływać na pogorszenie nastrojów oraz zbierać materiały potrzebne do pisania biuletynów; Niestety, nie udało im się zdobyć niczego odpowiedniego. Nawiązali nową, nieszyfrowaną korespondencję z Konsulem Generalnym, przekazując mu wiadomości drogą pocztową. Żądali, by ten wysyłał im codziennie dwie depesze z informacjami dotyczącymi polityki, handlu i krążących pogłosek. Ja również otrzymywałem od agentów wysłane pocztą listy, które - sądząc po stylu, w jakim były pisane - miały wprawić mnie w gniew i rozdrażnienie. Metody te nie przyniosły jednak oczekiwanego skutku. Konsul Generalny Lesseps, człowiek sumienny i prawy, pod żadnym względem nie sprzeniewierzył się swoim obowiązkom. Podobnie jak ja, niczego nie ukrywał. W jego szczerych i bezstronnych raportach ministerstwo nie mogło się doszukać niczego antyrosyjskiego, a jego depesze, w odróżnieniu od przesyłek większości przebywających w Rosji Francuzów, nie zawierały szczegółów, którymi można by w odpowiednim tonie zapełniać biuletyny. Nie raz robiono mu z tego powodu wymówki i kiedy przyjechałem do Paryża dowiedziałem się, że ten prawy człowiek miał w stolicy opinię taką samą, jak i ja. Cesarz osobiście pozbawił go corocznej nagrody pieniężnej, którą Lesseps otrzymywał od Ministerstwa Gospodarki Morskiej za zawarte przez siebie kontrakty. Pojawiły się również głosy, aby go odwołać. Trzydziestoletnia służba konsula, a także jego ogólnie znane, uczciwe i szlachetne poglądy, zupełnie przestały się liczyć! Chociaż Lesseps prowadził bardzo skromny tryb życia, nie dorobił się żadnego majątku, więc gdyby pozbawiono go urzędu, nie stać by go było nawet na chleb dla ósemki swoich dzieci.
Rząd rosyjski tymczasem oparł się intrygom naszych ministrów i nie zmienił nie tylko swej polityki, ale również stosunku do nas. Car Aleksander i hrabia Rumiancew odnosili się do wspomnianych ataków obojętnie. Ich postawa pozostała niezmieniona.
- Mądrość władców - niejednokrotnie tłumaczył mi Car - powinna sprawiać, by los narodów którymi rządzą, nie zależał od intryg i próżności jakichkolwiek wichrzycieli. Cesarza Napoleona ktoś podjudza. Ale z czasem wszystko się wyjaśni. Jeżeli nadal będzie chciał wojny ze mną, będzie musiał pierwszy sięgnąć po broń.
Wszystko o czym donoszono mi z Paryża, nie pozostawiało żadnych wątpliwości - z powodu mojej postawy Cesarz był rozdrażniony. Nie mając możliwości by oficjalnie krytykować moje zachowanie lub pracę, zemścił się w ten sposób, że odprawił Panią C.47, którą wcześniej sam wybrał - bez żadnych starań z jej strony - na damę dworu swojej nowej małżonki - Cesarzowej Marii Ludwiki48. Wcześniej bardzo jej sprzyjał, zabierając na wszystkie wyjazdy. Chciał tym samym sprawić mi przyjemność, ponieważ wówczas byłem mu w Rosji bardzo potrzebny. Wieści, które dotarły do mnie na krótko przed wyjazdem z Petersburga, ostatecznie ukazały mi zarówno charakter politycznych planów Cesarza, jak i moją osobistą sytuację. Moi informatorzy podkreślali, że powinienem być przygotowany na wszystko, bo nawet jeśli Cesarz nie ukarze mnie wysłaniem na jakąś kłopotliwą placówkę, to i tak znajdzie sposób, aby okazać mi swoje niezadowolenie. Dowiedziawszy się o rychłym wyjeździe Lauristona49, który miał zająć moje miejsce, zrozumiałem że chociaż sytuacja jest dla mnie przykra, to można dopatrzyć się tu formy zadośćuczynienia: w kontekście wspomnianych okoliczności zamiana ta była dla mnie korzystna, ponieważ wobec moich zasad i przekonań narzucone mi polityczne brzemię stało się zbyt ciężkie.
I rzeczywiście - wkrótce przybył Lauriston. Jego podróż trwała jednak długo, ponieważ Cesarz nakazał mu zahaczyć o Gdańsk - miał tam zorientować się, w jakim stanie są francuskie wojska i jak przebiegają przygotowania do wojny. Niewątpliwie chodziło też o to, by nadać tej misji charakter zakamuflowanej groźby; w każdym bądź razie tak zostało to odebrane w Petersburgu, co naraziło Lauristona na nieprzyjemności. Jego prostolinijność i lojalność już od samego początku zostały wystawione na ciężką próbę.
Tak jak mi polecono, spędziłem z nim kilka dni, a następnie wyruszyłem w drogę powrotną. Jako rzetelny i szczery sługa Cesarza, z czystym sumieniem pośpieszyłem do Paryża, gdzie zjawiłem się 5 lipca o godzinie dziewiątej rano i od razu spotkałem jednego z moich przyjaciół. Usłyszane od niego opowieści o zamiarach Bonapartego i jego wściekłości na mnie nie były przyjemne, poczułem niepokój. Z drugiej strony, można było też usłyszeć, iż ważne sprawy, a także sytuacja w Hiszpanii, która według ostatnich doniesień bynajmniej nie była zadowalająca, zmuszą Cesarza do odstąpienia od wrogich zamiarów wobec Rosji i wojna, którą jeszcze miesiąc temu uważano za nieuniknioną, zostanie odroczona. Za sprawą meldunków z Hiszpanii uznano, że w obecności innych osób Cesarz będzie się do mnie odnosił w miarę poprawnie, pragnąc rozwiać pogłoski o rzekomym zerwaniu stosunków z Rosją, czego obawiała się i tak już strwożona opinia publiczna.
Przyznaję, że ogarnęły mnie przygnębiające myśli - stałem się człowiekiem, którego pozbawiono poczucia bezpieczeństwa tylko za to, że sumiennie służył swojemu władcy i tak, jak przystoi człowiekowi honoru, bronił interesów swojej ojczyzny. Moje najgłębsze uczucia zostały boleśnie zranione.
O godzinie 11.00 zjawiłem się w St. Cloud. Jego Cesarska Mość przyjął mnie oschle i natychmiast nerwowo wyliczył krzywdy, jakich doznał ze strony Cara Aleksandra; mnie samego na razie zostawił w spokoju. Nawiązał za to do dekretu o handlu, w myśl którego miano wpuścić do Rosji Amerykanów i obywateli z państw neutralnych, co według Cesarza było sprzeczne z regułami systemu kontynentalnego. Dodał, że Car jest obłudny, ponieważ zbroi się do wojny z Francją i że wojska rosyjskie stojące w Mołdawii ruszyły już ku Dźwinie. Z ust Bonapartego usłyszałem teraz wszystkie bajki sfabrykowane w Gdańsku, w Księstwie Warszawskim, a nawet w północnych Niemczech - wymyślone tylko po to, by sprawić mu przyjemność; fałszu tych opowieści nie zdołały z początku zdemaskować ani dostarczane meldunki, ani nawet rozwój samych wydarzeń. W odpowiedzi zacząłem przytaczać fakty, o których już wspominałem w depeszach. Udowadniałem, że ów dekret o handlu jest po prostu efektem słabości rosyjskiej waluty - Rosja nie była zainteresowana importem, ponieważ nie mając możliwości sprzedaży własnych produktów spożywczych za granicę, doprowadziłaby do wypływu pieniędzy z kraju; w pewnym stopniu do wydania dekretu przyczynił się również nagły zakaz eksportu rosyjskich towarów do Niemiec i do Francji. Natomiast odnośnie wpuszczania do naszych portów neutralnych statków, powtórzyłem to, co Jego Cesarska Mość wiedział równie dobrze jak ja: sprzedaż licencji50 i przyjmowanie przez ostatnie półtora roku statków posiadających tę licencję, a przypływających prosto z Anglii, otworzyło oczy całemu światu. Nie należało zatem oczekiwać że Rosja, która wszak najbardziej ucierpiała z powodu braku możliwości wywozu swoich produktów, pozostanie na ten fakt obojętna.
Dodałem, że ostatnio bardzo spadła przez to wartość rosyjskiej waluty: dziś rubel kosztuje franka i 50 centymów, a w dniu mojego przyjazdu do Petersburga płacono za niego dwa franki 90 centymów. Rosja bardzo dotkliwie odczuwa trudności w handlu, bo produkcja jest tak duża, że kraj nie jest w stanie jej wykorzystać, do tego dochodzą kłopoty z eksportem. Mając na względzie rosyjskie przyzwyczajenia do korzystania z kolonialnych produktów, szczególnie cukru, Aleksander, nawet gdyby chciał, nie mógłby przestrzegać całkowitego zakazu importu, ponieważ podniosłoby to cenę cukru do niewyobrażalnej wysokości, co z kolei sprzyjałoby przemytowi. Poza tym wszyscy doskonale wiedzą, że my sami już od dawna nie przestrzegamy tego zakazu, a nasze licencje dotarły nawet do rosyjskich portów, stanowiąc jawną kpinę z trudności, jakie przeżywa w tym kraju handel. Przypomniałem także sprawę statku "William Gustaw"51 z Bordeaux.
Zwróciłem też uwagę Cesarza na fakt, że do tej pory nie przekazał 15 000 000 obiecanych na uzbrojenie rosyjskiej floty wojennej. Wyjaśniłem Bonapartemu - co zresztą wynikało już z wcześniejszej korespondencji - że wszystkie skutki, na które się uskarżał, można było przewidzieć wcześniej, podczas gdy on nie zrobił niczego, by im zapobiec: Car Aleksander od samego początku nazywał przeprowadzane przez nas konfiskaty wszystkich neutralnych ładunków monopolem i oświadczył wprost, że chcąc wzbogacić skarb państwa nie będzie doprowadzał do ruiny swoich poddanych. Zauważyłem również, że neutralnych statków nie przyjmowano bynajmniej potajemnie, jak to mówił Jego Cesarska Mość; skonfiskowano ponad 60 jednostek, które zawijały do angielskich portów. Rząd rosyjski oznajmił, że na skutek zmian, jakie wprowadziliśmy jakiś czas temu do przyjętego i funkcjonującego wciąż systemu, Rosja będzie odtąd po dokładnym sprawdzeniu wpuszczać tylko te jednostki, które udowodnią, że są neutralne i nie zawijały do angielskich portów. Wymieniłem wiele ładunków, które zostały skonfiskowane tylko dlatego, że przewożące je statki zatrzymały się w Anglii. Opowiedziałem zarazem o wrażeniu, jakie zrobiły na Carze artykuły we francuskich gazetach informujące o wpuszczeniu do naszych portów angielskich statków posiadających licencje.
Co się zaś tyczy charakteru Aleksandra, przypomniałem, że uznał on króla Józefa52 w momencie, kiedy nasze sprawy w Hiszpanii nie stały dobrze, przy czym Car także wiedział, że pozycja króla jest niepewna. Odnośnie ruchów wojsk w Mołdawii, przypomniałem Cesarzowi o propozycji, jaką Car złożył Lauristonowi - chciał aby ten wysłał swojego adiutanta, który miał zbadać linię tureckiego frontu zaczynając choćby od Kijowa, by upewnić się gdzie stacjonują pułki które podobno zostały wysłane ku granicom Księstwa Warszawskiego. Co do innych ruchów rosyjskich wojsk, poprosiłem Jego Cesarską Mość, aby ponownie przedstawiono mu moją korespondencję do niego, gdzie ze szczegółami opisuję te kwestie. Podkreśliłem, że Car Aleksander, zwracając mi uwagę na ruchy naszych wojsk, często mnie informował, że w związku z tym pozycje jego wojsk też muszą ulec zmianie, dodając przy tym: "Ja niczego nie robię w tajemnicy. Niczego nie szykuję na moich granicach, ale podejmuję pewne kroki po to, abym w czasie pokoju nie został znienacka zaskoczony przez francuskie wojska przemieszczające się w odległości 300 lig od granic swoich sojuszników."
Przypomniałem również Cesarzowi, że ostatni pokój z Austrią podpisał nie licząc się prawie z Rosją.
- Dałem jej 300 tysięcy dusz53. To znacznie więcej niż sama zdobyła! - rzekł na to Cesarz.
- Niewątpliwie, Sire. Ale w tym wypadku forma mogła uratować istotę sprawy. Byłoby lepiej, gdyby Wasza Cesarska Mość nie dawał wówczas niczego.
Wskazałem na nieuniknione skutki tego posunięcia i przypomniałem o odmowie ratyfikowania konwencji dotyczącej Polski54, choć była ona niczym innym, jak rezultatem jego propozycji i rozporządzeń, które mi przekazał. Mówiłem o wysyłaniu uzbrojenia i armat do Księstwa Warszawskiego, o czym pisały otwarcie nasze gazety, poruszyłem też sprawę oldenburską, nawiązałem do zmian w Niemczech i wyraziłem opinię na temat stylu ministerialnej korespondencji wysyłanej drogą pocztową, który jedynie zaostrzał wzajemne stosunki bardziej, niźli armatnie wystrzały. Mówiłem o chmarze agentów napływających do Rosji ze wszystkich stron, wysłanych tylko po to, by knuć i skłócać. Oświadczyłem też Cesarzowi otwarcie, że jeśli chce wojny, to jego gabinet już zrobił wszystko, aby do niej doprowadzić; zrobił też wszystko, by hardo o niej obwieścić. Jeśli jednak mimo wszystko pragnie on utrzymania pokoju, to nie rozumiem czemu ma służyć wbijanie tych wszystkich szpilek w dotychczasowego sojusznika.
Cesarz odpowiedział mi ostro, że "Rosjanie z Carem na czele zrobili ze mnie durnia". Dowiedziałem się też, że nie rozumiem, co się wokół dzieje, i że marszałek Davout55 jest lepiej zorientowany niż ja, a z ogólną sytuacją lepiej ode mnie zaznajamia Cesarza generał Rapp56 itd. Ja na to, że niechaj inni wzniecają ogień powtarzając absurdalne bujdy wymyślane przez pragnących zasłużyć na swoje wynagrodzenie podrzędnych agentów; ja zaś jestem absolutnie pewien prawdziwości swoich informacji, które mam zaszczyt po raz kolejny przedstawić; jestem też gotów poddać się aresztowi i dać głowę pod gilotynę, jeżeli tylko meldunki Lauristona, jak i sam rozwój wydarzeń, nie potwierdzą wszystkiego, co mówię.
Nie mam pojęcia, czy moja stanowczość skłoniła Cesarza do jakichkolwiek przemyśleń, ale przechadzając się po swoim gabinecie zachowywał milczenie co najmniej przez kwadrans. W końcu rzekł:
- To znaczy, że pan uważa, iż Rosja nie chce wojny? Że pozostanie w sojuszu i zechce utrzymać system kontynentalny, jeżeli tylko zadowolę ją w kwestii Polski?
- Sprawa - odpowiedziałem - nie ogranicza się już tylko do Polski. Tym niemniej nie wątpię, że Rosjanie byliby wielce zadowoleni, gdyby Wasza Cesarska Mość wycofał z Gdańska i z Prus przynajmniej większą część tych wojsk, które są tam rozmieszczone - jak się przypuszcza - z myślą o Rosji.
- Czy to znaczy, że Rosjanie się boją? - zapytał Cesarz.
- Nie, Sire, ale jako rozsądni ludzie woleliby otwarcie wypowiedzianą wojnę niż sytuację, którą trudno nazwać pokojem.
- Cóż to, chcą mi stawiać warunki?
- Nie, Sire!
- Jednak żądanie, abym wycofał wojska z Gdańska, żeby zadowolić tym Aleksandra, oznacza, że próbują narzucić mi swoją wolę.
- Car Aleksander właśnie dlatego niczego nie żąda, by nie być posądzanym o groźby. Jednak bacznie obserwuje wszystko, co wydarzyło się od czasu pokoju w Tylży i uważa, że rozmieszczenie armii Waszej Cesarskiej Mości tuż przy rosyjskiej granicy nijak się ma do deklarowanej chęci podtrzymania sojuszu. Miałem możliwość zaobserwowania, co tak naprawdę wzbudzało niepokój Cara i mogę zasugerować Waszej Cesarskiej Mości, co mogłoby pomóc w rozładowaniu tej sytuacji.
- Tylko patrzeć jak będę musiał prosić Cara o zgodę na przeprowadzenie parady wojskowej w Moguncji!
- Nie, Sire, ale pokaz siły w Gdańsku go zaniepokoi.
- Zaproponowałem mu odszkodowanie za Oldenburg, ale nim wzgardził. Zaproponowałem również porozumienie w sprawie Księstwa Warszawskiego - i też nic.
- Wasza Cesarska Mość wygnał carskiego krewnego, księcia oldenburskiego z jego włości akurat wtedy, kiedy syn księcia poślubił carską siostrę. Czyż mógł on zostać prefektem Waszej Cesarskiej Mości w Erfurcie? Czyż nie oznaczało to złamania wszelkich zasad i stworzenia podłoża do wzajemnych tarć? Obowiązujące zasady i zdrowy rozsądek powinny były powstrzymać Waszą Cesarską Mość od takich działań.
- Rosjanie za bardzo unieśli się honorem.
- Tym razem nie mogę zgodzić się z Waszą Cesarską Mością. Nie popieram i nie potępiam - przedstawiam tylko fakty. Proszę samemu osądzić, czy te wszystkie zniewagi, jakiekolwiek było ich podłoże, nie świadczyły o złamaniu zasad sojuszu.
- Mówię panu, oni chcą ze mną walczyć.
- Ich taktowne postępowanie świadczy, że Rosjanie nie chcą narzucać Waszej Cesarskiej Mości swoich praw i nie dążą do wojny. Jednocześnie wiele też wskazuje na to, że tam Waszej Cesarskiej Mości nie chcą.
- Rosjanie chcą wymusić na mnie ewakuację moich wojsk z Gdańska. Chcieliby wodzić mnie za nos, tak jak wodzili polskiego króla! Ale ja nie jestem Ludwikiem XV57; naród francuski nie zniósłby takiego poniżenia.
Cesarz kilka razy zapalczywie powtórzył, że naród francuski nie zniósłby takiego poniżenia, a on nie jest Ludwikiem XV; następnie zapadło długie milczenie, które Bonaparte przerwał słowami:
- Czy to znaczy, że chciałby pan mnie poniżyć?
- Nie chcę poniżyć ani Waszej Cesarskiej Mości, ani Francji - odpowiedziałem. - Wasza Cesarska Mość zapytał mnie o możliwości ocalenia sojuszu i dobrych stosunków z Rosją; pokazałem więc te możliwości.
- Pana zdaniem powinienem się ukorzyć?
- Sire, proponuję powrót do położenia, w jakim Wasza Cesarska Mość znajdował się tuż po spotkaniu w Erfurcie. Nie widzę niczego poniżającego w chęci ocalenia pokoju i sojuszu. Jeżeli Wasza Cesarska Mość uważa, że odrodzenie Polski bardziej sprzyja naszym interesom niż utrzymanie sojuszu z Rosją, która nie zapatruje się na to przychylnie, to moje uwagi są w tym momencie bezprzedmiotowe i należy inaczej podejść do sprawy. Już mówiłem, że nie mam zamiaru zajmować się Polską. Wobec tego nie rozumiem, w imię czego Wasza Cesarska Mość ryzykuje zerwanie sojuszu z Rosją!
- To Rosja zerwała sojusz, ponieważ system kontynentalny krępował jej ręce.
- A to już inna sprawa, a ja nie mogę się w niej wypowiadać jako strona; jednak Wasza Cesarska Mość doskonale wie, że gdy w Petersburgu głosiliśmy szlachetne idee systemu kontynentalnego i postanowień tylżyckich, nasze, wyposażone w licencje statki już od co najmniej sześciu miesięcy wpływały do portów z angielskimi towarami.
Cesarz uśmiechnął się i pociągając mnie za ucho zapytał:
- Czy to znaczy, że jest pan zakochany w Aleksandrze?
- Nie, Sire, ale zależy mi na pokoju!
- Mnie również - odpowiedział Cesarz - ale nie życzę sobie, by Rosjanie żądali ode mnie wycofania wojsk z Gdańska.
- Oni wcale tego nie żądają. Podczas rozstania Aleksander powiedział mi: "Cesarz Napoleon wie, co stanowi zamach na nasz sojusz, wie, co niepokoi Europę, wie o wszystkim, co nabrało groźnego, a nawet wrogiego charakteru wobec jego sojusznika. Jeżeli mimo tego wciąż jest zainteresowany sojuszem, to właśnie on najlepiej ze wszystkich wie, co zrobić, by go zachować. Obecna sytuacja nie może się przedłużać, ponieważ układ musi być korzystny dla obu stron. Tymczasem od kiedy wasze wojska stanęły u granic mojego państwa, odnoszę wrażenie, że na pokoju zależy już tylko mnie. Nie zażądałem wyjaśnienia tej sytuacji tylko dlatego, że wciąż mam nadzieję, iż Cesarz powróci do przyjętych przez nas zobowiązań. Gdybym był zdania, iż celem tego sojuszu nie było zmuszenie Anglii do zawarcia pokoju i tym samym zagwarantowanie pokoju na całym świecie, to już dawno podjąłbym odpowiednie kroki".
- Dał się pan omamić, w tym rozumowaniu pełno niewiele mówiących uprzejmości. Ale mnie, starego lisa, nie zwiodą ci barbarzyńcy.
- Chciałbym, jeżeli oczywiście Wasza Cesarska Mość pozwoli, poczynić jeszcze jedną, ostatnią uwagę...
- Proszę mówić - ożywił się Cesarz.
- Jeśli chodzi o moje zdanie, to ośmielę się powtórzyć, iż według mnie Wasza Cesarska Mość może dokonać wyboru między odrodzeniem Polski i ogłoszeniem jej niepodległości, przeciągając tym samym Polaków na swoją stronę, co może być korzystne z politycznego punktu widzenia - a utrzymaniem sojuszu z Rosją, co doprowadzi do pokoju z Anglią i do zakończenia naszych kłopotów w Hiszpanii.
- A co pan by wybrał?
- Oczywiście, sojusz z Rosją! Taki wybór nakazuje nam rozsądek, bo jego efektem będzie pokój.
- Ciągle pan mówi o pokoju! A ma on wartość tylko wtedy, kiedy jest honorowy i trwały. Nie chcę pokoju, który zniszczyłby mój handel tak, jak się to stało po podpisaniu układu w Amiens58. Aby pokój był wpierw możliwy do przyjęcia, a później trwały, konieczne jest, by Anglia przekonała się, że nie znajdzie więcej sojuszników na kontynencie. Trzeba więc sprawić, by rosyjski kolos i jego hordy nie zagroziły więcej na południu.
- Czy to oznacza, że Wasza Cesarska Mość opowiada się po stronie Polski? W takim wypadku zarówno dostojeństwu Waszego Majestatu jak i randze tego szlachetnego celu przystoi nieco inny język. Wasza Cesarska Mość miał możliwość oceny tego kroku w czasie, gdy się do niego przygotowywał. Podjąć takie wyzwanie w czasie wojny z Hiszpanią i Anglią - to wielka sprawa.
- Nie chcę ani wojny, ani Polski - oburzył się Cesarz, jakby wystraszony, że ujawnił swoje najskrytsze myśli - ale chcę mieć jakiś pożytek z tego sojuszu, który nie przynosi mi żadnych korzyści od czasu, gdy w portach przyjmuje się neutralne statki; układ nigdy nie był dla mnie zbyt korzystny zwłaszcza, że w czasie wojny z Austrią Rosja niczym się nie wykazała.
- Najważniejsze dla Waszej Cesarskiej Mości było spowodowanie, by Rosjanie przyłączyli się do nas i sięgnęli po broń. Zrobili to, a nawet jeszcze więcej, ponieważ zwróciłem się do nich, by bronili Warszawy i Polaków - swoich wrogów. Z politycznego punktu widzenia zrobili sporo, a najlepszym tego dowodem jest fakt, że Austria podpisała pokój!
- Jeżeli Car Aleksander zgadza się na przyjmowanie w rosyjskich portach neutralnych statków, to system kontynentalny przekształca się w czystą kpinę.
- Wasza Cesarska Mość nie może żądać od Rosjan, tak jak i od Hamburczyków, takich poświęceń, z których Wasza Cesarska Mość sam już dawno zrezygnował. Jeżeli Francja będzie przestrzegała przyjętych zobowiązań, to Rosjanie zachowają się podobnie; jeżeli Wasza Cesarska Mość zgodzi się na osłabienie Francji, to sytuacja w Rosji będzie wymagała tego samego. Należy się z tym pogodzić.
Cesarz znowu wracał po kolei do wszystkich kwestii, które już omawialiśmy. Nie mając jednak możliwości zakwestionowania faktów, starał się je pomniejszać. Niektóre z mych argumentów przypisał mojemu nadmiernemu zaufaniu do Rosjan które, jego zdaniem, było skutkiem zauroczenia osobą Cara Aleksandra. Kiedy bardzo ostrożnie pochwaliłem charakter rosyjskiego władcy, zdenerwowany Cesarz oznajmił: - Gdyby słyszały to paryskie damy, to pewnie jeszcze bardziej wzdychałyby do Cara. Od opowieści o jego manierach i eleganckim obejściu w Erfurcie zakręciło im się w głowach. Można by z tego napisać parę niezłych bajek dla Paryżan.
Nic na to nie odpowiedziałem.
Cesarz był zdenerwowany, choć bardzo starał się to ukryć. Wydawało mi się, że moje słowa mimo wszystko zrobiły na nim wrażenie; uznałem, że powinienem wykorzystać okazję, być może ostatnią, aby przekazać mu swoje poglądy na temat spraw, co do słuszności których byłem całkowicie przekonany. Kontynuowałem więc z uprzednią szczerością.
Cesarz ponownie nawiązał do Polski, twierdząc:
- Spór dotyczył tylko słów, chciałem co nieco przeredagować tekst dotyczącej Polski konwencji.
Odparłem, że lepiej byłoby ją całkowicie odrzucić, niż proponować takie zmiany, które zbyt jaskrawo dowodziły, że tuż po daniu gwarancji, zmieniliśmy swą politykę i skoncentrowaliśmy się na innych planach - a wszystko to w przerwie między dwiema kolejnymi wysyłkami poczty dyplomatycznej.
- Aleksander uniósł się honorem. Już nie był zainteresowany konwencją; to właśnie on z niej zrezygnował - oburzył się Cesarz. - Ale jeżeli teraz uważa, że konwencja jest niepotrzebna, to jak może myśleć, że to ja chcę wojny z powodu Polski?
- Car nie wie - odpowiedziałem - czy wojna rozpocznie się z powodu Polaków, czy z powodu Waszej Cesarskiej Mości; nie może się jednak oszukiwać, widząc przygotowania czynione przez Waszą Cesarską Mość.
- Boi się mnie?
- Nie, Sire. Car wprawdzie docenia wojskowe talenty Waszej Cesarskiej Mości, często mówił mi, że dzięki swojemu geniuszowi Bonaparte z pewnością będzie miał przewagę nad jego generałami. Jeśli jednak rosyjscy dowódcy nie będą mieć możliwości wydania nam bitwy w sprzyjających dla siebie okolicznościach, to ponieważ Rosja jest tak ogromnym krajem, będą mieli dokąd się cofać. A ustępując nam terytorium, odetną tym samym nasze wojska od Francji i naszych garnizonów, co już będzie dla nich sukcesem. W Rosji wiedzą, że nie ma sensu uderzać tam, gdzie znajduje się Wasza Cesarska Mość; ponieważ jednak Wasza Cesarska Mość nie może przebywać jednocześnie wszędzie, nie jest tajemnicą, że planowane są ataki w miejscach, gdzie dowodzić będą inni. "Ta wojna - powiedział Car - nie skończy się po jednym dniu". Zostaniemy zmuszeni do odwrotu i wtedy Rosjanie zdobędą przewagę; do tego dojdzie sroga rosyjska zima i - co najważniejsze - determinacja Aleksandra, o czym mówi wszem i wobec, podkreślając, iż nie zamierza przerywać walki i okazywać słabości jak inni władcy, doprowadzając do zawarciu pokoju we własnej stolicy. Przekazuję Waszej Cesarskiej Mości myśli i słowa Cara. Od czasu, kiedy Francja podjęła zagrażające Rosji kroki, Car, widząc że sprawy zmierzają do ostatecznego rozstrzygnięcia, przestał robić tajemnicę ze swych poglądów i politycznych zamiarów.
- Niech pan przyzna otwarcie - powiedział Cesarz - że to właśnie Car chce wojny ze mną.
- Nie, Sire - zaprzeczyłem znowu - daję głowę, że on pierwszy nie sięgnie po broń i pierwszy nie przekroczy naszej granicy.
- To znaczy że, wbrew pozorom, między nami panuje zgoda - zauważył Cesarz. - Bo ja też nie zamierzam na niego uderzyć; nie chcę ani wojny, ani odrodzenia Polski.
- W takim razie, Sire, należy wytłumaczyć Rosjanom, dlaczego koncentrujemy nasze wojska w Gdańsku i na północy Prus.
Cesarz nic na to nie odpowiedział. Zagaił za to o rosyjskich wielmożach, którzy - gdyby wybuchła wojna - ze strachu o swoje pałace zmusiliby Cara do podpisania pokoju natychmiast po pierwszej większej bitwie.
- Wasza Cesarska Mość jest w błędzie - odparłem.
Powtórzyłem Cesarzowi porażającą dla mnie wypowiedź Cara, usłyszaną podczas prywatnej rozmowy już po przybyciu Lauristona, a więc w okresie, kiedy nie pełniłem już żadnej politycznej funkcji - wypowiedź, która tylko potwierdziła to, co już wcześniej rosyjski władca dawał mi do zrozumienia. Jego słowa wstrząsnęły mną tak bardzo, że kiedy wróciłem do siebie, natychmiast je zapisałem i teraz mogłem przekazać je Bonapartemu z absolutną dokładnością: "Jeżeli Cesarz Napoleon wypowie nam wojnę - powiedział Car - to jest bardzo prawdopodobne, że pokona nas w czasie bitwy, ale to zwycięstwo nie doprowadzi do podpisania pokoju. Hiszpanów nieraz pobito, a nie zostali ani ostatecznie pokonani, ani ujarzmieni. Poza tym Hiszpanie nie są tak daleko od Paryża, jak my; nie mają takiego klimatu ani takich zasobów. Nie będziemy więc wiele ryzykować. Sprzyja nam nieskończona przestrzeń naszego kraju, uda nam się też utrzymać doskonale zorganizowana armię. Mając w ręku takie atuty nikt, bez względu na poniesione przez nas straty, nie będzie w stanie narzucić nam swojej woli. Takiego "zwycięzcę" można nawet zmusić do podpisania pokoju. Z tego co mi wiadomo, Cesarz Napoleon podobnie wypowiadał się w obecności Czernyszowa59 w czasie spotkania w Wiedniu, zaraz po bitwie pod Wagram60. Napoleonowi potrzebne są efekty szybkie jak jego myśl, ponieważ przebywając często z dala od domu, stara się jak najszybciej do niego wrócić. Jego nauki to nauki mistrza. Nie ja pierwszy dobędę szpady, ale będę za to ostatnim, który ją schowa. Na przykładzie Hiszpanii najlepiej widać, że wszystkie narody z którymi walczył Napoleon zgubił brak wytrwałości. Opinie wygłaszane przez niego w czasie ostatniej wojny z Austrią są wystarczającym dowodem na to, że Austriacy mogli wynegocjować dla siebie korzystniejsze warunki, gdyby tylko wykazali większą wytrwałość. Ludzie są niecierpliwi. Jeżeli los odwróci się ode mnie i sprawy przyjmą zły obrót, to prędzej wycofam się aż na Kamczatkę, niż oddam swoje gubernie i podpiszę w stolicy Rosji układ, który oznaczałby tylko chwilową przerwę w wojnie. Francuzi są dzielni, ale srogi klimat i długotrwałe niedostatki dadzą im się ostro we znaki. Po naszej stronie będzie przede wszystkim nasza rosyjska zima".
Cesarz słuchał mnie z wielką uwagą, a nawet, można by rzec, ze zdziwieniem. Wyglądał na wielce zatroskanego i dość długo zachowywał milczenie. Wydawało mi się, że moje słowa zrobiły na nim ogromne wrażenie, ponieważ o ile wcześniej twarz Bonapartego była surowa, to obecnie jego rysy wyrażały otwartość i życzliwość. Także i sposób, w jaki teraz zadawał pytania, miał mnie chyba pokrzepić i uspokoić. Mówił o społeczeństwie, o armii, intendenturze, a nawet o Aleksandrze, przy czym w jego wypowiedziach nie było już rozdrażnienia, z jakim do tej pory wyrażał się o Carze. Również w stosunku do mnie Cesarz zrobił się teraz bardziej życzliwy, a przy ocenie mojej służby padł nawet komplement. Ze swej strony, nadal starałem się go przekonać, że myli się zarówno co do Aleksandra, jak i do Rosji; nie należy wyrabiać opinii o tym kraju na podstawie plotek. Również dzisiejsza rosyjska armia różni się od tej spod Friedlandu61; ponieważ Rosjanie, znajdując się od roku w stanie zagrożenia, brali pod uwagę różne warianty działań, a co za tym idzie, także możliwość naszego zwycięstwa.
Wysłuchawszy mnie bardzo uważnie, Cesarz wyliczył wszystkie siły i środki, jakimi dysponował. Skoro tylko poruszył ten temat, zrozumiałem, że nie ma już żadnej nadziei na pokój - całe te wojskowe wyliczenia na dobre zaprzątnęły mu głowę. Nie było wątpliwości - na koniec Bonaparte dodał jeszcze, że jedna porządna bitwa jest więcej warta niż wszystkie nietrafione decyzje mojego przyjaciela Aleksandra razem wzięte, wraz z jego wznoszonymi na piaskach twierdzami. Była to aluzja do prac fortyfikacyjnych prowadzonych w Rydze i nad Dźwiną.
Następnie Cesarz nawiązał do spraw hiszpańskich, przy czym wyraził się z niezadowoleniem o swoich generałach, wspominając kłopoty na tamtejszym teatrze działań. Oznajmił, że nowe problemy, które niebawem powinny się skończyć, są skutkiem błędnych posunięć generałów i króla - cesarskiego brata. Bonaparte próbował mnie przekonać, że w zasadzie mógłby zakończyć działania w Hiszpanii w każdej chwili, ale wtedy Anglicy zaatakowaliby go gdzie indziej, a być może nawet w samej Francji. Następnie doszedł do wniosku, że lepiej będzie, żeby zrobili to w Portugalii. Po chwili jednak znowu rozmawialiśmy o Carze.
- To człowiek fałszywy i bez charakteru - stwierdził Cesarz.
- Jest uparty - odpowiedziałem. - Jego skłonny do kompromisu charakter pozwala mu z łatwością rezygnować ze spraw, które nie są dla niego istotne, ale jednocześnie wyznacza sobie granice, których nigdy nie przekracza.
- Ma charakter barbarzyńcy, jest na wskroś fałszywy - powtórzył Cesarz.
- Nie mam co do tego wątpliwości - odparłem - że nie zawsze mówił mi to, co naprawdę myślał. Ale to, czym był łaskaw się ze mną podzielić, zawsze się sprawdzało; no i spełnił wszystko, co korzystając z mojego pośrednictwa, obiecał Waszej Cesarskiej Mości.
- Aleksander jest ambitny; ma cel, którego nie ujawnia, bo pragnie wojny; chce jej, powtarzam, ponieważ nie zgadza się na żadne moje propozycje. Ma jakieś skryte motywy - czyżby pan tego nie zauważył? Powtarzam raz jeszcze: jemu nie chodzi ani o Polskę, ani o Oldenburg.
- Wystarczającym motywem jest obecność naszej armii w Gdańsku. Poza tym podziela on niewątpliwie obawy, które nasuwają się wszystkim rządom na skutek zmian wprowadzonych przez Waszą Cesarska Mość po spotkaniu w Tylży, a w szczególności po podpisaniu pokoju w Wiedniu. Chociaż nie rozmawiano ze mną konkretnie na ten temat, to jednak dało się zauważyć, że te obawy spędzały Rosjanom sen z powiek, zresztą podobnie jak i innym krajom.
- A co ma do tego Aleksander? To przecież nie dzieje się u niego. Czyż nie powiedziałem mu, żeby sobie wziął Finlandię, Mołdawię i Wołoszczyznę, które zresztą mu się należały? Czy nie proponowałem podziału Turcji? Czyż nie wypłaciłem mu 300 000 000 za wojnę z Austrią?
- Tak, to prawda, lecz tymi kuszącymi propozycjami nie udało się nam zamydlić mu oczu, ponieważ Car widział, że Wasza Cesarska Mość już pracuje nad nowymi planami i chce wprowadzić w Polsce swoje porządki.
- To są tylko jego i pańskie fantazje. Jeszcze raz powtarzam: nie chcę z nim walczyć, lecz Car musi spełnić przyjęte na siebie zobowiązania i zamknąć przed Anglikami swoje porty.
- O tym ze mną nie rozmawiał.
- Nie przeszkadzam mu w powiększaniu rosyjskich włości w Azji, może sobie nawet działać w Turcji, byleby tylko trzymał się z dala od Konstantynopola. Nie podoba mu się, że mam w swoich rękach Holandię,62 gdyż skomplikowało to sprawę pożyczek, których tak bardzo potrzebuje.
- Przyłączenie miast hanzeatyckich63, utworzenie Wielkiego Księstwa
Frankfurckiego i przekazanie Hannoveru Westfalii64 oznaczało, że Wasza Cesarska Mość zachowa Italię; wszystkie te zmiany - przeprowadzone w czasie pokoju z uzasadnieniem, że na tym już koniec - komplikują oraz oddalają podpisanie pokoju z Anglią, a więc uderzają w najważniejsze rosyjskie interesy, choć nie stanowią dla Rosji bezpośredniego powodu do wojny.
- To znaczy, że chcąc przypodobać się Aleksandrowi powinienem pozwolić, aby Anglicy i mój brat narzucali mi swoje prawa? Rumiancew wie, że zrobiłem wszystko, by nakłonić Anglię do ugody. Labouchere65 jeździł do Londynu, na dodatek kilka razy pojechał tam jeszcze jako przedstawiciel Holandii. Miałem dopuścić, żeby północne Niemcy zostały zarzucone angielskimi towarami?
- Tymczasowość tych posunięć sprawiałaby wrażenie politycznego manewru, ale nadanie im ostatecznego charakteru i przerzucenie na północ ogromnych rzesz wojska zamiast kilku batalionów wspierających służby celne - tego było już za wiele.
- Nie jest pan zbyt przewidujący, tak samo zresztą jak opętany strachem Aleksander. Właśnie te kroki, które tak Pan krytykuje, pozbawiają Anglików wszelkiej nadziei i wymuszą na nich przystąpienie do negocjacji pokojowych.
Nasza rozmowa trwała jeszcze długo. Cesarz przeskakiwał z tematu na temat, by po długim milczeniu powrócić do tych samych kwestii; z pewnością robił to by sprawdzić, czy znowu odpowiem tak samo. Gdyby sądzić po jego zatroskanej minie i długich pauzach w rozmowie, która w sumie trwała pięć godzin, można by odnieść wrażenie, że chyba nigdy wcześniej Cesarz nie namyślał się aż tak gruntownie.
Po jednej z takich pauz powiedział:
- Moje małżeństwo z Austriaczką poróżniło mnie z Carem. Aleksander nie może mi wybaczyć, że nie ożeniłem się z jego siostrą.
Zmuszony byłem przypomnieć Cesarzowi to, o czym zresztą już wcześniej donosiłem:
- Rosja nie wykazywała zainteresowania tym ślubem, a Aleksander wręcz mu się sprzeciwiał - nigdy nie ustąpiłby w kwestii religii. I jeśli nawet udałoby mu się uzyskać na ten ślub zgodę swojej matki - a starania takie mogłoby potrwać nawet rok - to Car i tak nie chciał wziąć na siebie związanych z tym kłopotów. Dlatego też dwór w Petersburgu był zadowolony, kiedy niespodziewanie dotarła tam wiadomość o ślubie Cesarza z austriacką księżniczką. Należy jednak pamiętać, że to właśnie my, zresztą w mało elegancki sposób, wycofaliśmy się z naszych matrymonialnych propozycji wobec carskiej siostry; na szczęście nie było jeszcze pozytywnej odpowiedzi Rosjan, w przeciwnym razie znalazłbym się w bardzo kłopotliwej sytuacji. - Nie pamiętam już tych wszystkich szczegółów - powiedział Cesarz - ale nie ma co poddawać w wątpliwość faktu, że zbliżenie z Austrią im się nie spodobało.
Odpowiedziałem - co było zgodne z prawdą, jako że wówczas wszyscy byli poruszeni tą sprawą - że rozmowy Cara z Rumiancewem, które miały miejsce tuż po wstępnych negocjacjach dowodzą, że w pierwszej chwili Petersburg był zadowolony ze zniknięcia tak delikatnego dla naszych kontaktów problemu. Sytuacja była trudna szczególnie dla Aleksandra, bowiem dotyczyła prywatnej sfery jego stosunków rodzinnych.
W odpowiedzi Cesarz po raz kolejny powtórzył, że nie chce ani wojny, ani wyzwolenia Polski, wobec czego w wielu kwestiach należy zacząć mówić z Rosją jednym głosem, szczególnie w sprawie dotyczącej neutralnych państw.
- Jeżeli Wasza Cesarska Mość rzeczywiście tego chce, to nie widzę żadnych przeszkód - odparłem.
- Jest pan tego pewien? - drążył Cesarz.
- Absolutnie - odpowiedziałem - jednak nasze propozycje muszą być możliwe do przyjęcia.
- Czy coś jeszcze? - zapytał oburzony.
I znowu sprowokował mnie, bym po raz kolejny wymienił wszystkie możliwe rozwiązania.
- Wasza Cesarska Mość wie równie dobrze jak ja, co jest przyczyną ochłodzenia naszych kontaktów z Rosją. Zarazem tylko Wasza Wysokość wie najlepiej, co może zrobić, by to zmienić.
- Tak? Więc czego ode mnie oczekują?
- Jeśli chodzi o współpracę handlową, konieczne są umowy zapewniające wzajemne korzyści, to samo dotyczy całej gospodarki morskiej. Musimy się zgodzić na współpracę z państwami neutralnymi, jeżeli chcemy, żeby handlowano towarami posiadającymi licencje. Trzeba też jakoś urządzić księcia Oldenburskiego, by nie był całkowicie zależny od Francji, trzeba podpisać porozumienie w kwestii Gdańska, Prus i itd., itd.
Kiedy Cesarz zorientował się, że przeszedłem do kwestii politycznych, i że podczas omawiania ich, być może będzie musiał powiedzieć więcej niż by chciał, oświadczył, że Lauriston otrzymał już odpowiednie wytyczne, a ja z pewnością bardzo potrzebuję odpoczynku.
Poprosiłem wtedy o możliwość wypowiedzenia jeszcze tylko jednej kwestii.
- Niech pan mówi! - usłyszałem od Bonapartego.
- Wojna i pokój są w Pańskich rękach. Błagam, by Wasza Cesarska Mość pomyślał o szczęściu swoim i całej Francji, kiedy będzie dokonywał wyboru między okrucieństwami wojny, a korzyściami wynikającymi z pokoju.
- Mówi pan już jak Rosjanin - stwierdził zgryźliwie Cesarz.
- Raczej jak porządny Francuz i wierny sługa Waszej Cesarskiej Mości.
- Powtarzam, że nie chcę wojny; ale nie mogę zabronić Polakom, by oczekiwali mojego wsparcia. Davout i Rapp donoszą mi, że Litwini są wściekli na Rosjan i ciągle przysyłają swoich delegatów by nas ponaglić i nieustannie zapewniają o swoim poparciu.
- Proszę w to nie wierzyć - odpowiedziałem.
Wyjaśniłem Cesarzowi, że spośród wszystkich państw, które brały udział w rozbiorach Polski, właśnie polityczny system Rosji najbardziej odpowiada polskim magnatom. Zapewniłem, że już car Paweł66 dobrze ich traktował, a Aleksander zrobił dla Polaków jeszcze więcej. Oczywiście, spotykałem się z wieloma polskimi szlachcicami, którzy bardzo boleją nad utratą narodowej niepodległości, ale zarazem wątpią w odrodzenie Polski jako dużego, niezależnego państwa, a poza tym nie spieszno im, by znów położyć na szali swój los.
Weźmy choćby Księstwo Warszawskie - tłumaczyłem - które wszak nie jest w najszczęśliwszej sytuacji: Wasza Cesarska Mość nie ma tam takich wpływów, jakich oczekiwał; rywalizacja między znamienitymi, polskimi rodami, zawsze będzie przeszkodą w uzgodnieniu wspólnego stanowiska w najistotniejszych sprawach.
Dodałem też, że Cesarz powinien się przyznać przed samym sobą, co zresztą nie jest już tajemnicą w całej Europie, że dąży do zawładnięcia wieloma krajami nie po to, by bronić ich interesów, ale po to, aby zaspokoić własną ambicję.
- I pan w to wierzy? - zapytał Cesarz.
- Tak, Sire - odpowiedziałem.
- Nie cacka się pan ze mną - zażartował Bonaparte. - No, czas na obiad. Co oznajmiwszy, wyszedł.
I tak zakończyło się pięciogodzinne spotkanie, które całkowicie pozbawiło mnie nadziei na zachowanie pokoju w Europie.
Rozmawiałem potem z diukiem Bassano,67 który przekonywał mnie podobnie jak Bonaparte, twierdząc że Francja nie chce wojny, że w Petersburgu nie muszą się niczego obawiać, choć jednocześnie Cesarz nie może teraz zmienić podjętych wcześniej, słusznych jego zdaniem, decyzji.
Powoli traciłem nadzieję, że Jego Cesarska Mość zmieni plany, lecz mimo wszystko nie upadałem na duchu. Sprawy w Hiszpanii szły na tyle źle, że niewykluczone, iż mogłyby zmusić Cesarza do zmiany planów politycznych. Przez ostatnie dwa miesiące mniej uwagi poświęcano Polakom, a naszym generałom i agentom w Niemczech nakazano więcej opanowania. Myślę, że poglądy Cesarza w tym czasie nie zmieniły się - jednak wydarzenia w Hiszpanii i przemyślenia dotyczące skutków decyzji, jakie zamierzał wkrótce podjąć - decyzji odnoszących się do ogromnego w swych zamierzeniach przedsięwzięcia - sprawiły, że przez chwilę się zawahał.
Z zewnątrz polityka naszego rządu wcale nie robiła wrażenia agresywnej: rząd chciał zachować możliwość ocalenia pokoju, gdyby wymagała tego sytuacja, lub gdyby jakaś szlachetna myśl oddaliła Cesarza od jego zamierzeń. Wciąż jednak kontynuowano zbrojenia i nie poczyniono żadnych kroków, które mogłyby zapobiec wojnie.
Przez długi czas nie miałem okazji, by prywatnie porozmawiać z Cesarzem; i choć przy ludziach traktował mnie nawet poprawnie, to jednak moja sytuacja nadal była niejasna.
Dokładałem wszelkich starań, by Bonaparte zmienił swoją decyzję w sprawie Pani C. Tymczasem Cesarz, którego wręcz osaczałem listami i podaniami, unikał rozmów na osobności. W końcu jednak udzielił mi audiencji i obiecał, że pozwoli powrócić Pani C., ale mimo tego nie wydał oficjalnej decyzji w tej sprawie. Wreszcie - pod wpływem moich nalegań i po wysłuchaniu Duroca, który przekazał Cesarzowi, że jeśli ten nie dotrzyma danego mi słowa, podam się do dymisji - Jego Cesarska Mość obiecał, iż Pani C. powróci do swoich obowiązków na dworze, a to już było więcej, niż oczekiwałem, bo sam nie śmiałbym nawet o to prosić. Moja radość okazała się jednak przedwczesna. Już nazajutrz przekonałem się, ile będzie mnie kosztować odmowa osobistego poinformowania księcia Kurakina,68 że Cesarz nie zamierza reaktywować Polski, jako że Francja jest stroną obowiązującego wciąż sojuszu, a dozbrajanie armii jest tylko jego odpowiedzią na przegrupowania wojsk rosyjskich. Za to że tego odmówiłem, Bonaparte nie wysłał swojej decyzji w sprawie powrotu Pani C., chociaż dwukrotnie potem zapraszał mnie do siebie na obiad i okazywał swe względy. W tym czasie Cesarz kilka razy rozmawiał ze mną w Saint Cloud i raz, po obiedzie w Bagatelle. Za każdym razem chodziło o Rosję.
Bonaparte przez cały czas zapewniał mnie, że nie chce wojny, że w głębi duszy Polacy go nie obchodzą, ponieważ - jak powiedział - "są narodem lekkomyślnym i reprezentują państwo, którego nie sposób przebudować w taki sposób, by spełniało jakąkolwiek pożyteczną funkcję".
- Jeżeli król, którego posadzę na polskim tronie - kontynuował - nie spodoba się Polakom, to sprawy przyjmą zły obrót, bo nie będzie łatwo im dogodzić. Moja rodzina - żadni z nich pomocnicy; moi krewni są głupio ambitni, rozrzutni i do tego brak im jakichkolwiek zdolności.
Mówiąc o sprawach rosyjskich, zarówno Cesarz, jak i ja, powtarzaliśmy mniej więcej to, co już sobie powiedzieliśmy podczas audiencji po moim powrocie z Petersburga.
Bonaparte oczekiwał, że przekonam księcia Kurakina, iż zaszła pomyłka, w wyniku której nie wiadomo dlaczego zaostrzyły się stosunki między naszymi krajami, przy czym Cesarz nie zamierza wojować z Rosją, pragnąc jedynie utrzymać skierowany przeciwko Anglii system kontynentalny. Natomiast obecnie należy porozumieć się co do sposobu podtrzymania tego systemu, a przede wszystkim dojść do porozumienia we wszystkich spornych kwestiach. Do tego momentu zgadzaliśmy się. Kiedy jednak dotykałem sedna sprawy i wymieniałem ustępstwa, na które trzeba będzie pójść, by osiągnąć cel, Cesarz natychmiast zmieniał temat rozmowy. W efekcie nie miałem już żadnych wątpliwości, że jego zamierzenia pozostają bez zmian, a wojenne plany zostały tylko przesunięte w czasie. Odniosłem wrażenie, że Cesarz chciał mnie wykorzystać do uspokojenia drugiej strony, dzięki czemu on sam mógłby zyskać na czasie. Z tego właśnie powodu nie chciałem się podjąć tej misji i poprosiłem Bonapartego aby zadanie przekonywania Rosjan zlecił Lauristonowi. Moja propozycja tak bardzo zdenerwowała Cesarza, że natychmiast przerwał rozmowę.
Jego Cesarska Mość nie najlepiej odnosił się do moich przyjaciół, a od czasu ostatniej rozmowy również i mnie spotkało z jego strony wiele nieprzyjemności; wykorzystując moją służbową zależność, Bonaparte nie wahał się przed ostentacyjnym okazywaniem lekceważenia osobie piastującej wysoką funkcję państwową, której należał się szacunek choćby z tego tytułu. Nie przepuścił żadnej okazji, by dać mi odczuć swoje niezadowolenie, a kiedy uskarżałem się na ograniczanie moich przywilejów, odpowiadał, że jestem przewrażliwiony. Natomiast jeśli chodzi o moje starania dotyczące powrotu Pani C., to pozostawały bez echa - bez względu na to, czy zwracałem się do Cesarza osobiście czy też za pośrednictwem Duroca. Wobec powyższego powtórnie zagadnąłem Wielkiego Marszałka Dworu w sprawie mojej dymisji.
- Jest to najmniej sprzyjający moment na podejmowanie takich decyzji - odpowiedział - zgubi pan siebie i swoich przyjaciół. Cierpliwości, wszystko się ułoży. Cesarz nie umie się długo gniewać. Zdenerwował go pan, ale mimo to szanuje pana i nawet żywi sympatię. Sprawę Pani C. Bonaparte traktuje bardzo poważnie i jeżeli znowu Pan z czymś nie wyskoczy, to wszystko skończy się dobrze. A swoją drogą, to nierozsądne, żeby tak mocno brać sobie do serca sprawy Rosji; nic się tu nie da zrobić, bo nikt nie jest w stanie zmienić planów Cesarza, także pan. Po co go więc drażnić? Bonaparte ma swoje cele, których nie znamy, ale można być pewnym, że jego polityka jest bardziej dalekosiężna niż możemy to sobie wyobrazić. A na koniec proszę po przyjacielsku: niech pan na razie zapomni o dymisji.
Potem jeszcze przez długi czas marszałek uświadamiał mnie, podkreślając z naciskiem, bym nie narażał siebie i swoich przyjaciół skoro i tak niczego nie osiągnę. Kiedy po kilku dniach Duroc zagadnął Cesarza w sprawie powrotu Pani C., ten nie pozbawił go nadziei na rychłą zmianę swej decyzji w tej sprawie. Przynosząc mi dobrą wiadomość, Duroc poprosił, bym uzbroił się w cierpliwość; zwrócił też uwagę, że jako żołnierz nie powinienem porzucać służby zanim nie zostanie zawarty pokój. Powtórzył, że Cesarz wkrótce zrewiduje swoje decyzje i choć jest na mnie zły, to mimo wszystko wyraża się o mnie z szacunkiem.
Widząc, że niczego nie osiągnę dotychczasowymi metodami, zwróciłem się oficjalnie do Ministra Policji, który otwarcie wyłuszczył Bonapartemu mój problem, zwracając uwagę, że nie ma żadnych podstaw do tak surowych sankcji wobec mnie i że nawet z politycznego punktu widzenia jest to źle widziane. Ale i on niczego nie wskórał.
Myślę, że właśnie mniej więcej w tamtym okresie, któregoś ranka w Saint Cloud, Cesarz wezwał do siebie jednego ze swoich ministrów. Po trwającej kilka minut rzeczowej rozmowie zaproponował mu:
- Chodźmy się przejść.
Kiedy znaleźli się koło tarasu w miejscu, gdzie nikt nie mógł zbliżyć się do nich niepostrzeżenie i gdzie nikt nie mógł ich słyszeć, Cesarz powiedział:
- Jest mi pan potrzebny do załatwienia sprawy, o której nikomu dotąd nie mówiłem, nie wie też o niej żaden z moich ministrów; zresztą to ich nie dotyczy. Zdecydowałem się na wielką wyprawę. Potrzeba mi furgonów i innych środków transportu. Ludzi zdobędę bez trudu, ale zorganizowanie transportu jest rzeczą trudną. Potrzebuję ogromnego taboru, ponieważ moim punktem przerzutowym będzie Niemen, będę działał na olbrzymich odległościach i w różnych kierunkach. Właśnie dlatego zobowiązuje Pana do zachowania tajemnicy.
Minister zauważył, że takie przedsięwzięcie wiąże się z ogromnymi wydatkami i że on oczywiście dochowa tajemnicy, ale nie zapobiegnie komentarzom na temat zwiększonych zamówień na furgony itd., itd. Odpowiadając na jego pierwszą uwagę Cesarz, wyraźnie ożywiony, powiedział:
- Proszę przyjechać do Tuileries kiedy ja już tam będę, to pokażę panu 400 000 00069 w złocie. Koszty nie grają roli, poradzimy sobie ze wszystkim.
Następnie Cesarz przedstawił mu swój polityczny plan, z którego wynikało, iż pragnie zadać cios Anglii atakując kraj, który jako jedyny na kontynencie jest w stanie przysporzyć Francji kłopotów, jeśli opowiedziałby się po stronie Albionu. Mówił też, iż należy odsunąć Rosję od spraw Europy, a w centrum kontynentu utworzyć państwo, które stanowiłoby barierę przed najazdem z północy. Dodał, że właśnie teraz jest najlepszy moment, by tego dokonać, potem będzie już za późno. Teraz, po latach wyrzeczeń i kłopotów, lecz także i chwały - nadeszła właściwa chwila, by uczynić krok w stronę zapewnienia powszechnego pokoju i dostatku nam i naszym dzieciom.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

PRZYPISY:

1. Bonaparte, Franciszek Karol Józef (1811-1832) - syn Napoleona i Marii Ludwiki, w chwili narodzin Napoleon nadał mu tytuł Króla Rzymu. Po upadku Napoleona przebywał na austriackim dworze, gdzie otrzymał tytuł księcia Reichstadtu. To właśnie jemu Caulaincourt zamierzał poświęcić swoje wspomnienia.

2. Traktat pokojowy zawarty w lipcu 1807 r. przez Napoleona I i cara Aleksandra; wiązał sojuszem Francję i Rosję.

3. Savary, Anna Jan Maria René, książę Rovigo (1774-1834) - generał, wyróżnił się pod Ostrołęką (1807 r.). Od 1802 r. szef tajnej policji. Po pokoju w Tylży został ambasadorem w Rosji. W latach 1810-1814 był Ministrem Policji. Człowiek bezkrytycznie wypełniający polecenia Napoleona, nawet tak drastyczne, jak rozstrzelanie księcia Enghien.

4. Caulaincourt chciał ożenić się z panią Canisy, która była rozwódką; w tekście nazywa ją "Panią C.". Napoleon sprzeciwiał się małżeństwom z osobami rozwiedzionymi.

5. Duroc, Geraud Krzysztof Michał (1772-1813) - książę Frioulu, Wielki Marszałek Dworu, generał, w młodości był adiutantem Napoleona. Był mu bardzo oddany, towarzyszył cesarzowi we wszystkich kampaniach. Jeden z niewielu ludzi, do których Napoleon był prawdziwie przywiązany. Geraud Duroc zginął w bitwie pod Budziszynem.

6. Tołstoj, Piotr Aleksandrowicz (1761-1844) - hrabia, generał, współtowarzysz Suworowa w czasie polskiej kampanii. W latach 1807-1808 był ambasadorem w Paryżu. Zwolennik orientacji antyfrancuskiej; odwołany po spotkaniu w Erfurcie.

7. Montesquiou przekazał Napoleonowi depesze od Savary'ego 9 października 1807 r.

8. 2 listopada 1807 r.

9. Lever - (fr.) poranna toaleta monarchy połączona z audiencją (przyp. tłum.).

10. Napoleon wyjechał 16 listopada.

11. Caulaincourt był Wielkim Koniuszym cesarskiego dworu.

12. Tołstoj złożył swoje listy uwierzytelniające 6 listopada, a 7 listopada został przyjęty przez Napoleona na prywatnej audiencji w Fontainebleau, w czasie której przekazał mu osobisty list od Aleksandra I.

13. Morkow, Arkady Iwanowicz (1747-1827) - hrabia, znany dyplomata carycy Katarzyny; za panowania Aleksandra I został mianowany rosyjskim ambasadorem w Paryżu (1802-1803). Nieuprzejmie odnosił się do Napoleona, za co został odwołany z funkcji ambasadora. O jego odwołanie zabiegał sam Bonaparte.

14. Caulaincourt przybył do Petersburga 17 grudnia 1807 r.

15. Rumiancew, Mikołaj Piotrowicz (1754-1826) - hrabia, starszy syn feldmarszałka P.A. Rumiancewa-Zadunajskiego. W latach 1807-1814 był on Ministrem Spraw Zagranicznych, w latach 1810-1812 pełnił funkcję przewodniczącego Rady Państwa. Kolekcjoner ksiąg i rękopisów, które dały początek bibliotece muzeum Rumiancewa (obecnie Rosyjska Państwowa Biblioteka).

16. Traktat pokojowy w Tylży został podpisany 25 czerwca (7 lipca) 1807 r., kończył wojnę lat 1806-1807 między Francją a Prusami i Rosją. Na podstawie porozumienia między Rosją i Francją, Prusy traciły wszystkie ziemie na lewym brzegu Łaby, które przechodziły we władanie Królestwa Westfalii. Z ziem zabranych przez Prusy podczas trzeciego i częściowo podczas drugiego rozbioru Rzeczpospolitej, utworzono Księstwo Warszawskie, które znalazło się pod protektoratem Napoleona. Gdańsk ogłoszono Wolnym Miastem pod protektoratem Prus i Saksonii. Rosja otrzymała obwód białostocki. Rosja zgodziła się pośredniczyć w rozmowach między Francją i Wielką Brytanią, a Francja zobowiązała się do pośrednictwa w zawarciu pokoju między Rosją i Turcją. W specjalnych tajnych punktach traktatu Rosja zobowiązywała się przekazać Francji Zatokę Kotorską, wyprowadzić wojska z Mołdawii i Wołoszczyzny, oddawała też Francji Wyspy Jońskie. Został wówczas podpisany rosyjsko-francuski traktat zaczepno-obronny. Strony zobowiązywały się pomagać sobie w czasie działań wojennych przeciw dowolnemu europejskiemu państwu. Traktat przewidywał, że jeżeli Wielka Brytania nie zgodzi się na pośrednictwo Rosji lub do 1 listopada 1807 r. nie podpisze pokoju, to Rosja powinna zerwać z nią stosunki dyplomatyczne. W przypadku niepowodzenia rozmów pokojowych z Turcją, Francja miała się opowiedzieć po stronie Rosji. Na propozycje Aleksandra I Wielka Brytania odpowiedziała odmową, więc Rosja wypowiedziała jej wojnę. Traktat tylżycki nie spotkał się z entuzjazmem w samej Rosji. Przystąpienie do blokady kontynentalnej przyniosło wiele strat rosyjskiemu handlowi i negatywnie odbiło się na sytuacji ekonomicznej kraju.

17. Karol IV Bourbon (1748-1819) - władca z dynastii Bourbonów. Pozostawał pod wpływem swojej żony Marii-Luizy i jej kochanka Manuela Godoya. W latach 1793-1795 był członkiem koalicji antyfrancuskiej, jednak od 1796 roku stał się sojusznikiem Francji.

18. Bourbon, Ferdynand (1784-1833) - starszy syn i następca Karola IV. Pozostawał w konflikcie z rodzicami i Godoyem. W 1808 r. para królewska, Godoy i Ferdynand, zostali podstępem zwabieni na terytorium Francji. Ferdynand został zatrzymany w charakterze jeńca na zamku w Valencay należącym do Talleyranda. W 1813 r. zasiadł na hiszpańskim tronie jako Ferdynand VII.

19. Don Carlos - chodzi o Karola II (1661-1700) - od 1665 r. król Hiszpanii, ostatni przedstawiciel hiszpańskiej gałęzi domu Habsburgów; przekazał tron wnukowi swojej siostry i Ludwika XIV - Filipowi Andegaweńskiemu. Pretensje innych europejskich mocarstw co do części hiszpańskiego spadku doprowadziły do wojny w latach 1701-1714.

20. Chodzi o trzy rozbiory Polski (w latach 1772, 1793, 1795).

21. Ludwik XIV (1638-1715) - od 1643 r. - król Francji.

22. Chodzi o Karola II (Don Carlosa).

23. Książę Asturii - tytuł hiszpańskiego następcy tronu; w tym wypadku chodzi o Ferdynanda VII.

24. Książę Bergu - jeden z tytułów marszałka Joachima Murata (1771-1815) który 2 maja 1808 r. został mianowany francuskim namiestnikiem w Hiszpanii. Murat rozpoczął służbę wojskową w czasie Rewolucji, podczas rządów Napoleona szybko awansował. Po ślubie z siostrą Napoleona, Karoliną, otrzymał tytuł marszałka i księstwo Bergu, a w 1808 r. - królestwo Neapolu. Podczas kampanii napoleońskich zawsze pełnił funkcję dowódcy kawalerii. W 1814 r. zdradził Napoleona, ale w rok później, podczas Stu Dni, zajął stanowisko wrogie Austrii i został pozbawiony tronu. Podczas zbrojnej próby odzyskania go, został wzięty do niewoli i rozstrzelany.

25. Baron Vincent (1757-1834) - generał-adiutant cesarza Franciszka, brał udział w walkach przeciw Rewolucji Francuskiej, a także w wojnach przeciw Napoleonowi. Przybył do Erfurtu 28 września z listem dla Napoleona i Aleksandra od cesarza Austrii.

26. Démarche - (fr.) oświadczenie lub wystąpienie jednego państwa wobec drugiego w konkretnej sprawie, zwracające uwagę na określoną sytuację, zawierające propozycje lub oficjalny protest (przyp. tłum.).

27. Traktat tylżycki zobowiązywał Prusy do zmniejszenia swojej armii do stanu 40 000 żołnierzy oraz do zapłacenia Francji 100 000 000 franków tytułem kontrybucji, zobowiązywał także Prusy do przyłączenia się do blokady kontynentalnej.

28. Konwencja w Erfurcie została podpisana 12 października; Napoleon i Aleksander opuścili Erfurt 14 października; rozmowa, o której pisze Caulaincourt miała najwyraźniej miejsce 13 października.

29. Caulaincourt uważał tylżyckie i erfurckie spotkania za początek międzynarodowych kongresów XIX wieku.

30. Chodzi o tajne paragrafy (8 i 9) konwencji. Rosja otrzymywała prawa do Mołdawii i Wołoszczyzny. Oczekiwano, że Aleksander I przystąpi do rozmów z Turcją, żeby uzyskać jej dobrowolną zgodę na przejęcie przez Rosję tych dwóch księstw. Gdyby, z powodu przyłączenia naddunajskich księstw, doszło do ataku na Rosję ze strony Austrii lub jakiegokolwiek innego państwa, Francja zobowiązana była do udzielenia wsparcia Rosjanom.

31. System kontynentalny lub blokada kontynentalna - system ekonomicznych i politycznych posunięć przedsięwziętych przez Napoleona, a skierowanych przeciwko Wielkiej Brytanii. Ich podstawą stał się dekret Napoleona "O blokadzie Wysp Brytyjskich" z 21 listopada 1806 r., zgodnie z którym wszelkie kontakty z Wielką Brytanią, zwłaszcza gospodarcze, zostały zakazane. Każdy Anglik złapany na terytorium kontrolowanym przez Francję miał być uznany za jeńca wojennego, a towary należące do brytyjskich poddanych miały podlegać konfiskacie. Żaden statek wychodzący z brytyjskich portów,lub z portów należących do brytyjskich kolonii, nie miał prawa, pod groźbą konfiskaty zarówno jednostki jak i ładunku, wejścia do francuskich portów. W ciągu 1807 r. do blokady przyłączyły się Włochy, Holandia, Hiszpania, Dania, Rosja, Prusy, a w 1809 r. również Austria. Po wkroczeniu Napoleona do Rosji, kraj ten wznowił kontakty handlowe z Anglią; po klęsce Francji w 1813 r., rządy europejskie zrezygnowały z przestrzegania ustaleń związanych z blokadą; w 1814 r. po Restauracji Bourbonów we Francji, została ona ostatecznie zniesiona.

32. Pitt, William zwany Młodszym (1759-1806) - w latach 1783-1801 i 1804-1806 - premier rządu Wielkiej Brytanii, lider nowych torysów; jeden z głównych organizatorów koalicji państw europejskich przeciw Francji.

33. Abdykacja Napoleona.

34. Napoleon wykorzystał doniesienie o antyfrancuskim powstaniu w Madrycie i zmusił Ferdynanda - syna Karola IV, by zrzekł się swoich praw na rzecz ojca, a Karola IV zmusił by zrzekł się korony hiszpańskiej (praw do korony nie mieli mieć również jego następcy) na rzecz Cesarza Francuzów.

35. Stefania Beuharnais (1789-1860) - krewna pierwszego męża Józefiny (pierwszej żony Napoleona), adoptowana przez Napoleona; w 1806 r. wyszła za mąż za badeńskiego następcę tronu, szwagra Aleksandra I.

36. Jan Baptiste Champagny (1756-1834) - w latach 1807-1811 - Minister Spraw Zagranicznych Cesarstwa.

37. Chodzi o misję Schwarzenberga do Petersburga w lutym 1809 r.

38. Liga - 4,5 km, ówczesna francuska miara długości. (przyp. tłum).

39. Talleyrand-Périgord, Karol Maurycy, książę Benewentu (1754-1838) - urodzony w Paryżu, od 1778 r. pełnił funkcję biskupa Autun. W 1789 r. został wybrany do Stanów Generalnych i przeszedł na stronę Rewolucji. Oskarżony przez Jakobinów o kontakty z Ludwikiem XVI, wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Wrócił do Francji za Dyrektoriatu. Od 1797 r. pełnił funkcję Ministra Spraw Zagranicznych, za panowania Napoleona również piastował tę funkcję (do 1807 r.), posiadał tytuł Wielkiego Szambelana. Stopniowo jednak odsuwał się od Napoleona i wchodził w układy z jego wrogami i Bourbonami. Po klęsce Napoleona w 1813 r. ostatecznie przeszedł na stronę Bourbonów, błyskotliwie broniąc ich interesów na Kongresie Wiedeńskim. Wkradł się w łaski Caulaincourta przez swój udział w jego osobistym dramacie (miłość do pani Canisy - rozwódki) i uczynił z niego swojego informatora. Cyniczny i bezwzględny uważany jest za najwybitniejszego francuskiego dyplomatę epoki napoleońskiej.

40. Józefina, Maria-Róża (1763-1814) - pierwsza żona Napoleona, Kreolka urodzona na Martynice w szlacheckiej rodzinie Tascher de la Pagerie, jej pierwszym mężem był generał Aleksander de Beauharnais, po jego śmierci poślubiła generała Napoleona Bonaparte (w 1796 r.), od 1804 r. Cesarzowa Francji. W 1809 r. Napoleon rozwiódł się z Józefiną.

41. Fouche, Józef, książę Otranto (1759-1820) - były duchowny, przyłączył się do Rewolucji i zrezygnował ze stanu duchownego, następnie został członkiem Konwentu, ogłosił się ateistą i wprowadzał politykę rewolucyjnego terroru w centralnych i zachodnich departamentach, uczestnik przewrotu 9 thermidora, który pozbawił władzy Robespierre'a i jakobinów. W czasie Dyrektoriatu współpracował ze spekulantami, dzięki czemu zdobył majątek. Za panowania Napoleona - Minister Policji i Minister Spraw Wewnętrznych, organizator gigantycznego systemu policyjnego szpiegostwa. Po upadku Napoleona przeszedł na stronę Bourbonów, w czasie Stu Dni znów opowiedział się po stronie Napoleona i został Ministrem Policji. Po klęsce pod Waterloo ponownie po stronie Bourbonów, torował drogę drugiej Restauracji. Wygnany z Francji za to, ze opowiedział się za egzekucją Ludwika XVI, zmarł w Trieście, gdzie znajdował się pod nadzorem austriackiej policji. Zostawił wielomilionowy majątek.

42. de Beauharnais Eugeniusz, (1781-1820) - syn Józefiny z pierwszego małżeństwa; książę Cesarstwa (1805 r.); Wicekról Włoch (1805-1814). W 1812 r. - dowódca IV Korpusu Wielkiej Armii. Utalentowany generał, uczestnik wielu napoleońskich kampanii.

43. Nawiązanie do nieudanej próby połączenia związkiem małżeńskim siostry Aleksandra I Marii Pawłowny z królem szwedzkim Gustawem IV Adolfem. W 1804 r. mężem carskiej siostry został Karol Fryderyk książę Sachsen-Weimar-Eisenach.

44. Karolina Dorota (1761-1821) - wdowa po ostatnim księciu kurlandzkim Piotrze Bironie (1769-1795).

45. de Talleyrand-Perigord Edmund, (1787-1872) - krewny sławnego francuskiego dyplomaty Ch. M. Talleyranda, adiutant księcia Neuchâtel, towarzyszył Caulaincourtowi w Rosji jako attache ambasady, w 1809 r. ożenił się z Dorotą Biron (1793-1862) - córką ostatniego księcia Kurlandii.

46. Postanowieniem Senatu z 13 grudnia 1810 r., niemieckie wybrzeże Morza Północnego do ujścia Łaby zostało przyłączone do Francji; Napoleon zaproponował wujowi Aleksandra I, opiekunowi Wielkiego Księcia Oldenburskiego (żonatego z siostrą Aleksandra I, Katarzyna Pawłowną), żeby książę Oldenburga pozostał w Oldenburgu, podporządkowując się ograniczeniom, związanym z wprowadzeniem francuskich przepisów celnych, lub opuścił Oldenburg, w zamian za co miał otrzymać - jako rekompensatę - Erfurt. Książę postanowił zostawił w Oldenburgu, jednak Napoleon, na mocy dekretu z 22 stycznia 1811 r., rozkazał francuskiej administracji przejęcie tam władzy. Było to niezgodne z artykułem 12 Traktatu Tylżyckiego; władze rosyjskie złożyły zatem protest na ręce wszystkich europejskich monarchów. Champagny odmówił jego przyjęcia.

47. Pani Canisy została wysłana do Normandii do domu swojego ojca.

48. Maria Ludwika (1791-1847) - córka austriackiego cesarza Franciszka, druga żona Napoleona, matka jego jedynego prawowitego syna Franciszka Karola Józefa. Napoleon poślubił Marię Ludwikę w 1810 r. z powodów dynastycznych. We Francji Cesarzowa nie była popularna - nie posiadała talentów politycznych, a podczas nieobecności Napoleona pełniła rolę regentki. Po upadku Cesarstwa porzuciła Napoleona dla austriackiego oficera. Otrzymała w dożywotnie władanie księstwo Parmy, skąd została wygnana w czasie powstania w 1831 r.

49. Lauriston, Aleksander Jacques (1768-18280) - markiz i generał, uczył się razem z Napoleonem w szkole wojskowej. Napoleon wykorzystywał go do wykonywania poleceń dyplomatycznych. Od 1823 r. - marszałek Francji.

50. Rząd francuski sprzedawał licencje, które pozwalały statkom handlowym wchodzić do angielskich portów - pod warunkiem, że przewoziły tylko te towary, które można było dostarczać do portów kontynentalnych.

51. Statek "William Gustaw" należał do kupca z Bordeaux, przypłynął do Rosji w 1810 r. pod banderą neutralnego państwa, lecz wcześniej wpływał do angielskich portów, przez co wzbudził podejrzenie, że przewozi angielskie towary, został więc zajęty przez rosyjskie władze. Ponieważ jednak statek posiadał francuskie licencje, Caulaincourtowi udało się go uwolnić. Był to jaskrawy przykład "obejścia" blokady kontynentalnej.

52. Rosja zaaprobowała Józefa, starszego brata Napoleona, jako króla Hiszpanii (1808- -1813) w lipcu 1808 r.

53. Rzecz dotyczy okręgu tarnopolskiego, którego liczebność oceniono na 400 000 mieszkańców.

54. Konwencja została podpisana w Petersburgu 4 stycznia 1810 r. przez Caulaincourta i Rumiancewa, artykuł 1 konwencji głosił: "Królestwo Polskie nigdy nie zostanie odrodzone". Napoleon odmówił ratyfikowania konwencji w takim brzmieniu, i z jego rozkazu 10 lutego do Caulaincourta został wysłany drugi projekt, w którym artykuł 1 brzmiał: "Cesarz Napoleon zobowiązuje się nie sprzyjać żadnemu przedsięwzięciu, które zmierzałoby do odrodzenia Królestwa Polskiego". Władze rosyjskie nie podpisały drugiej wersji konwencji.

55. Davout, Ludwik Mikołaj, książę Auerstedt i Eckmühl (1770-1823) - marszałek, jeden z najbardziej utalentowanych napoleońskich dowódców, zwycięzca spod Auerstedt, książę Auerstedt (1808 r.), książę Eckmühl (1809 r.). 1 grudnia 1810 r. został generał-gubernatorem Hamburga. W czasie Stu Dni - Minister Wojny. 13 marca 1819 r. Davout został członkiem Izby Parów.

56. Rapp, Jan (1772-1821) - francuski generał, uczestniczył w wojnach Rewolucji i Cesarstwa, był z Napoleonem w Egipcie, brał udział w bitwach pod Marengo i pod Austerlitz. Będąc gubernatorem Gdańska (od 2 czerwca 1807 r.) przez rok dowodził miastem oblężonym przez wojska antynapoleońskiej koalicji.

57. W czasie panowania Ludwika XV (1705-1774), na skutek przeciwdziałania Rosji, nie udała się próba ponownego osadzenia na polskim tronie jego teścia, Stanisława Leszczyńskiego. Za rządów Ludwika XV doszło do pierwszego rozbioru Polski (1772 r.)

58. Pokój w Amiens został podpisany 27 marca 1802 r. między Francją, Hiszpanią i Republiką Batawską (Holandią) a Wielką Brytanią. Anglia zobowiązywała się do zwrócenia Francji odebranych kolonii (oprócz Cejlonu i Trynidadu) i do wyprowadzenia swoich wojsk z Malty. Francja, Anglia, Rosja, Austria, Hiszpania i Prusy gwarantowały Malcie neutralność. Francja miała wyprowadzić swoje wojska z Rzymu, Neapolu i z Elby, a także z Egiptu. 26 sierpnia Napoleon przyłączył Elbę do Francji. W odpowiedzi na to Anglia nie opuściła Malty, co spowodowało zaostrzenie stosunków angielsko - francuskich.

59. Czernyszow, Aleksander Iwanowicz (1785-1857) - książę przyboczny adiutant Aleksandra, gwardyjski pułkownik, następnie generał kawalerii; w czasie swojego pobytu w Paryżu, jako attache wojskowy, z powodzeniem prowadził działalnośc wywiadowczą. W 1812 r. - dowódca oddziału lekkiej kawalerii w armii Cziczagowa. Za panowania Mikołaja I - Minister Wojny (1827-1852).

60. W bitwie pod Wagram (5-6 lipca 1809 r.) wojska Napoleona rozbiły armię austriacką dowodzoną przez arcyksięcia Karola.

61. W bitwie pod Friedlandem w Prusach Wschodnich (14 czerwca 1807 r.) armia Napoleona pokonała wojska rosyjskie dowodzone przez Bennigsena.

62. Po abdykacji holenderskiego króla - Ludwika Bonaparte (1778-1846), brata Cesarza Francuzów, Napoleon dekretem z 9 lipca 1810 r. przyłączył Holandię do Francji.

63. Przyłączenie miast hanzeatyckich nastąpiło na podstawie uchwały Senatu. 13 grudnia 1810 r. Książę Elektor Moguncji Teodor Dalberg otrzymał tytuł Wielkiego Księcia Frankfurtu. Jego spadkobiercą Napoleon uczynił Eugeniusza de Beauharnais, zapewniając mu władanie tym księstwem po śmierci Dalberga.

64. W 1806 r. Hannover został odstąpiony Prusom, a 14 stycznia 1810 r. przyłączono go do Westfalii.

65. Labouchere - wielki francuski przedsiębiorca i finansista, zięć angielskiego bankiera Beringa, w lutym 1810 r. pojechał do Londynu gdzie prowadził rozmowy w angielskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

66. Paweł I (1754-1801) - car rosyjski (od 1796 r.); został zamordowany w wyniku spisku.

67. Diuk Bassano - Huges Bernard Maret (1763-1839), jeden z najbardziej oddanych Napoleonowi polityków; Minister Spraw Zagranicznych w 1812 r. Za panowania Ludwika Filipa - par Francji.

68. Kurakin, Aleksander Borysowicz (1752-1818) - książę, rosyjski dyplomata, wicekanclerz w latach 1796-1802, przyjaciel Pawła I; zwolennik rosyjsko-francuskiego sojuszu; rosyjski ambasador w Paryżu od 1808 do 1812 r. Usunięty z urzędu przez Czernyszowa, który był w bezpośrednim kontakcie z Aleksandrem I.

69. Tym ministrem, z którym, zdaniem Caulaincourta rozmawiał Napoleon, był najprawdopodobniej Lacuée Cessac. W skarbcu w Tuileries było wówczas około 300 000 000 franków w złocie.

 

2. W przeddzień rosyjskiej kampanii


Podróż Cesarza do Belgii i Holandii - Zima 1812 roku w Paryżu - Rozmowy z Cesarzem o wojnie z Rosją - Niezadowolenie Caulaincourta - Stanowisko Napoleona - Rozmowy z Cesarzem: Anglia i pokój, znowu sprawy rosyjskie - Talleyrand w Wiedniu - Wyjazd do Moguncji - Rozmowy z Cesarzem o diuku Bassano i o Turcji - Przyjazd do Drezna - Pan Narbonne.

Wyprawiwszy nas z Paryża, Cesarz odwiedził kilka zamków, a następnie udał się do Boulogne, na wybrzeże i do Holandii. Położyło to kres wszystkim nieprzyjemnościom, które musiałem znosić do tej pory z jego strony. Jednak rozdrażnienie Bonapartego wobec mojej osoby nie uległo zmianie i okazywał mi je zawsze, pomijając sytuacje, kiedy mój urząd musiał dokonywać cudów w związku z przygotowaniem jego niezapowiedzianych podróży, które trzeba było organizować improwizując z dnia na dzień, za co z kolei niekiedy spotykały mnie z jego strony słowa uznania.

Alexander I



Cesarz wyjechał do Compiegne 16 września; 19 przybył do Boulogne, 22 do Ostendy, a 23 września do Breskens, gdzie nazajutrz wszedł na pokład okrętu "Karol Wielki". O godzinie szóstej po południu rozpętała się straszna burza, która rozproszyła po morzu wszystkie okręty wchodzące w skład naszej eskadry, przez co musieliśmy pozostać na pokładzie do ósmej rano następnego dnia, kiedy to Cesarz opuścił statek we Flessingue. 28 września Bonaparte odwiedził Middelburg, po czym powrócił do Flessingue, aby następnego dnia o czwartej rano wyruszyć karetą na przegląd floty i przy okazji odwiedzić Terneuzent. Stamtąd udał się do Antwerpii, gdzie oczekiwała go Cesarzowa.
4 października Cesarz odwiedził Willemstad i Hellevoetsluis, nocując na stojącym na redzie w Hogplate kutrze; 5 października odwiedził Dordrecht, obejrzał tam ogromne tratwy i udał się do Utrechtu. W dniach 7 i 8 października z kolei dokonał przeglądu oddziałów piechoty i kawalerii stacjonujących w odległości trzech lig ot Utrechtu; zjawił się też w Amersfoort.
9 października po południu Bonaparte wyjechał do Amsterdamu, a 15 października udał się do Helder, przy czym część drogi pokonał jadąc wierzchem; 16 października obejrzał nowe forty i eskadrę okrętów, odwiedził także Texsel.
17 października obejrzał kanał i ziemne fortyfikacje, a w południe wyjechał z miasta; odwiedziwszy jeszcze Alkmark i Haarlem powrócił do Amsterdamu o dziewiątej wieczorem.
21 października był w Muiden i Naarden, 24 października przebywał w Haarlemie, zjadł śniadanie w Katwijk, przyjął przedstawicieli miejscowych władz w Lejdzie, zahaczył o Scheveningen i przenocował w Hadze.
25 października zwiedził odlewnię, śniadanie zjadł w Delft i o 11 przed południem był już w Roterdamie. 27 października dokonał przeglądu wojsk w Utrechcie, a na nocleg udał się do zamku w Loo.
Dnia 28 października przez Deventer przyjechał do Zwolle, ponownie wziął udział w przeglądzie oddziałów i znowu nocował na zamku w Loo.
29 października Cesarz przebywał w Nijmegen, a 30 października przez Grave pojechał do Wesel; 1 listopada był w Düsseldorfie, 5 listopada w Kolonii, a 6 listopada w Bonn; 7 listopada w ciągu dnia zatrzymał się w Juliers, nocował zaś w Liége. Most na Mozie był uszkodzony, więc można było z niego skorzystać dopiero 9 listopada wieczorem. 10 listopada Bonaparte nocował w Mézieres, stamtąd pojechał do Compiegne, a 11 listopada zawitał w Saint-Cloud.
Podróże i związane z tym problemy sprawiły, że stałem się mu bardzo potrzebny. I chociaż Cesarz doceniał moje wielkie zaangażowanie w wypełnianiu obowiązków służbowych, to nadal odnosił się do mnie oschle. Po powrocie do Paryża wszystko potoczyło się jak zwykle. Napoleon nadal okazywał swemu Wielkiemu Koniuszemu niezadowolenie, a gdy usiłowałem wstawić się u niego w imieniu przyjaciół, wskazywało mu to tylko nowy sposób, jak mi przysporzyć przykrości i ukarać w najbardziej dotkliwy sposób. Dlatego też Cesarz nie zamierzał bynajmniej zmienić swojego stosunku do mnie.
Zimą odbywało się wiele uroczystości, zabaw i bali maskowych. Podczas największego z nich byłem jedynym dygnitarzem, który wbrew etykiecie nie został wyznaczony do kontredansu z Cesarzową i księżnymi. Chcąc mnie upokorzyć, Cesarz wyznaczył zamiast mnie hrabiego Nansouty1, który nie pełnił na dworze żadnej znaczącej funkcji. Skreślono mnie również z listy gości, a mówiąc ściślej byłem jedynym dostojnikiem, który nie został zaproszony na kolację do Cesarzowej. Przyjąłem to zupełnie spokojnie, chociaż udział w takim spotkaniu uważano za osobiste wyróżnienie. Wracając do kontredansa - udział w nim był zaszczytem należnym mojemu stanowisku, a ponieważ cały incydent rozegrał się na oczach dworu, uważałem za swój obowiązek wyjaśnić tę sprawę. W odpowiedzi Cesarz kazał mi przekazać, że to zwykłe niedopatrzenie, ale wiedziałem od Duroca, któremu Napoleon dyktował listę uczestników, że owo niedopatrzenie było jak najbardziej zamierzone.
Duroc dodał także z typową dla siebie uprzejmością i współczuciem, jakie mi okazywał, że nalega, abym w tym momencie nie poruszał tematu dotyczącego powrotu moich przyjaciół na dwór. On sam co prawda nie wie, czym tak bardzo naraziłem się Cesarzowi, ale stwierdza, że nigdy wcześniej Napoleon nie był na mnie aż tak zły. Usłyszałem też, że zbyt jednoznacznie wypowiedziałem się przeciwko planom dotyczącym Polski, a w czasie rozmowy z Cesarzem zbyt jawnie go krytykowałem. Niewątpliwie Duroc miał na myśli moje dwie rozmowy z Bonapartem; pierwszą przeprowadziłem na zamku w Loo, w czasie podróży do Holandii, a drugą dwa dni temu w Paryżu2. Ograniczę się do ich ogólnego streszczenia, ponieważ za wyjątkiem zdań, które teraz przytoczę, nasze rozmowy krążyły wokół tych samych co zwykle zagadnień. Co więcej, nawet przytaczane w nich argumenty ubrane były we wciąż te same słowa.
- Podróż ta - powiedział Cesarz - jak również kroki, które podejmuję w walce z angielskim handlem, udowodnią Carowi, że nadal twardo trzymam się zasad systemu kontynentalnego, a sprawy wewnętrzne imperium zajmują mnie bardziej niż rzekome plany wojenne o które się mnie posądza.
- A tymczasem zebrane tu przez Waszą Cesarską Mość wojska kierowane są na północ co, niestety, nie sprzyja nadziejom na utrzymanie pokoju.
- Wzywają mnie Polacy, ale ja nie jestem zainteresowany odrodzeniem ich państwa i choć przyznaję, że z politycznego punktu widzenia byłoby ono pożądane, a nawet zgodne z interesem cywilizowanej Europy, to teraz nawet o tym nie myślę, ponieważ ze względu na Austrię sprawa byłaby zbyt skomplikowana.
- Obawiam się, Sire, że kosztowałoby to nas utratę sojuszu z Rosją.
- Nie zamierzam tego ryzykować; okupuję północne Niemcy, żeby uszczelnić blokadę i faktycznie poddać Anglię kwarantannie. To zaś wymaga demonstracji siły. Tymczasem mój rosyjski brat Aleksander uparcie doszukuje się w tym planów agresji, lecz myli się. Lauriston bez przerwy go o tym przekonuje, ale strach ma wielkie oczy i w Petersburgu widzą tylko maszerujące dywizje, armię w pełnej gotowości bojowej i uzbrojonych Polaków. Ja również mógłbym mieć pretensje o to, że niedawno Rosjanie ściągnęli z Azji swoje dywizje.
Przytoczywszy szereg argumentów świadczących że w Petersburgu nie mogli aż tak bardzo pomylić się co do rzeczywistych intencji Cesarza dodałem, że żaden polityczny układ nie jest usprawiedliwieniem dla wojny, która odciągnie go na 800 lig od Paryża w czasie, kiedy wciąż ma przeciw sobie Hiszpanię i Anglię.
- Właśnie dlatego, że Anglia jest zaangażowana w Hiszpanii, nie muszę się jej obawiać. Pan zupełnie nie zna się na rzeczy, przez co staje się podobny do Rosjan; roztacza Pan widmo wojny w miejscach, gdzie ja tylko umacniam swoje pozycje, żeby zmusić Anglię do rozpoczęcia rozmów pokojowych, co stanie się najdalej za sześć miesięcy, pod warunkiem, że Rumiancew nie straci głowy - usłyszałem w odpowiedzi.
Tym stwierdzeniem Cesarz niespodziewanie zakończył naszą rozmowę. Znowu spotkałem się z Durocem, który namawiał mnie, abym natychmiast przestał spotykać się z Talleyrandem3, który jego zdaniem już dawno popadł w niełaskę, zwłaszcza ze względu na swe krytyczne opinie na temat wojny w Hiszpanii - pozwolił sobie na nie, choć był jednym z pierwszych, którzy doradzali Cesarzowi, by zagarnął hiszpański tron dla siebie. Duroc dodał, że w gruncie rzeczy nie znamy dalekosiężnych planów Cesarza, ani też jego politycznych poglądów. Bonaparte zaś rozpatruje wszystko pod kątem zmuszenia Anglii do podpisania pokoju, pragnąc by Europa mogła w końcu zakosztować długotrwałego pokoju. Duroc niezmiennie odnosił się do mnie z niezwykłą uważnością i współczuciem.
W środku zimy rozpoczęły się rozmowy z Austrią i Prusami4 na temat sojuszu obronnego i wojskowego. Na wszystkie sposoby szykowano grunt do porozumień i przedsięwzięć niezbędnych podczas wielkiej kampanii, do której Cesarz przygotowywał się gruntowniej, niż do jakiejkolwiek wcześniejszej. Byliśmy bliscy porozumienia, wstępem do którego miało być przypuszczalnie spotkanie w Dreźnie. Tymczasem Paryż i dwór cesarski spędzali czas na rozrywkach, balach i ucztach.
Podczas jednego z balów Cesarz zatrzymał przechodzącego obok tronu księcia Kurakina5. Wywiązała się między nimi dość długa rozmowa, a była ona na tyle głośna, że wszyscy, którzy towarzyszyli Jego Cesarskiej Mości uznali za konieczne, by się dyskretnie oddalić. Jeśli chodzi o mnie, to akurat z kimś rozmawiałem stojąc w pobliżu okna, a Cesarz stał dokładnie naprzeciwko mnie, na lewo od tronu. O tej wymianie zdań donosiły potem wszystkie dyplomatyczne depesze: Bonaparte użalał się, że Aleksander chce na niego napaść, że nie przestrzega zasad podpisanego sojuszu współpracując z tak zwanymi "neutralnymi", podczas gdy w Rosji mają miejsce potężne ruchy wojsk. Pod koniec tej trwającej pół godziny rozmowy Cesarz odezwał się na tyle głośno, że mogłem usłyszeć:
- Co by pan Caulaincourt nie mówił, to ja i tak wiem, że Car Aleksander chce na mnie napaść.
Cesarz przemawiał z przekonaniem i zaangażowaniem, wypowiadając słowa z taką prędkością, że chociaż książę Kurakin raz po raz otwierał usta by coś powiedzieć, to nie udawało mu się wtrącić ani słowa. Stojący w pewnym oddaleniu, wytężali słuch, zaś szczególne zainteresowanie rozmową przejawiali członkowie korpusu dyplomatycznego.
- Pan Coulaincourt - dodał na koniec Cesarz - został Rosjaninem. Oczarowało go krasomówstwo Cara Aleksandra.
Oddaliwszy wreszcie księcia Kurakina, Cesarz skierował się na środek sali, starając się wyczytać z oczu słuchaczy, jakie wrażenie zrobiły na nich jego słowa. Kiedy mnie zobaczył - jako że nie starałem się przed nim ukryć - zbliżył się i z wyraźnym rozdrażnieniem zapytał:
- Czy to prawda, że został pan Rosjaninem?
Odpowiedziałem bardzo stanowczo:
- Jestem najprawdziwszym Francuzem i Twoim wiernym sługą, Sire, a czas pokaże, że wszystko, co mówiłem, było prawdą!
Widząc, że potraktowałem sprawę poważnie, Cesarz udał, że żartował i dodał z uśmiechem:
- Dobrze wiem, że jest Pan zacnym człowiekiem, ale od słodkich słówek Aleksandra zakręciło się Panu w głowie i właśnie przez to twierdzę, że stał się pan Rosjaninem.
Po czym wdał się w rozmowę z innymi osobami.

Następnego dnia, po nieudanych staraniach o prywatną audiencję u Bonapartego, poinformowałem Duroca, by przekazał Cesarzowi, że podaję się do dymisji; w tym samym czasie w podobny sposób rozmówiłem się z Ministrem Policji. Treść mojej decyzji przekazałem im obu z taką stanowczością, że w ciągu 24 godzin Pani C. otrzymała zgodę na powrót do Paryża.
W tym miejscu powinienem oddać sprawiedliwość diukowi Rovigo; zresztą, inni też mu wiele zawdzięczają. Diuk otwarcie rozmawiał z Cesarzem na temat jego nieprzychylnego stosunku do mnie i do innych osób, nie bojąc się, że narazi się na nieprzyjemności. Rozmawiał on z Napoleonem nawet wówczas, gdy pojawiała się potrzeba wymuszenia na Cesarzu zmiany którejś z jego decyzji. Niewątpliwie był jednym z ministrów, którzy nie obawiali się powiedzieć mu tego, co myślą.
Duroc, z którym rozmawiałem tonem człowieka całkowicie przekonanego o słuszności swej decyzji, przyszedł do mnie nazajutrz. Stwierdził, że Cesarz nie miał zamiaru mnie obrazić, a słowa, które wypowiedział pod moim adresem w rozmowie z księciem Kurakinem, i które mi potem powtórzył, miały jedynie utwierdzić Cara w przekonaniu, że Bonaparte nadal pozostaje jego przyjacielem. Duroc dodał, że choć Cesarz ma dla mnie wiele szacunku, jednak powinienem rozumieć jego podejrzliwość i bez potrzeby nie kruszyć kopii, ponieważ łatwiej można go przekonać drogą ustępstw niż otwarcie krytykując jego poglądy. Dowiedziałem się też, że zupełnie niepotrzebnie wywołuję niezadowolenie Bonapartego głosząc niepopularne poglądy, które w gruncie rzeczy zupełnie mnie nie dotyczą - w taki sposób niczego nie załatwię, a mogę tylko zaszkodzić zarówno sobie, jak i swoim przyjaciołom. Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że w sytuacji gdy nie ma się wpływu na bieg wydarzeń, poświęcanie siebie dla wielkich idei jest bezcelowe. Próbowałem protestować, ale na próżno. Duroc żartował sobie z tego, co ja nazywałem poczuciem obowiązku. Mimo to, niedwuznacznie dał mi do zrozumienia, że choć podziela moje poglądy, to trwanie w nadziei na zmianę polityki Cesarza oznacza obecnie tylko stratę czasu i niepotrzebne ryzyko.
Pod koniec zimy i na wiosnę6 odbyłem z Cesarzem jeszcze dwie długie rozmowy, z których jedna miała miejsce wkrótce po moim spotkaniu z Durocem, obie zaś dotyczyły polityki. W czasie pierwszego spotkania Cesarz po raz kolejny próbował mnie przekonać, że nie zamierza angażować się w odradzanie państwa polskiego, nie chce też wojny z Rosją, a w ostatecznym rozrachunku pragnie tylko zmusić Anglię, by podpisała pokój i zrezygnowała ze swoich nieuzasadnionych pretensji. Dlatego też konieczne jest, aby Rosja zamknęła swoje porty przed angielskimi towarami - wszak wiadomo, że co najmniej od roku docierają one do Rosji na statkach pod amerykańską banderą.
Wyraziłem odmienne zdanie stwierdzając, że przecież do nas one też trafiają, co jest możliwe dzięki wprowadzonym licencjom, a poza tym pobieramy za nie jeszcze podwójny podatek7 - osobno od licencji i od ładunków. Cesarz zaśmiał się i odpowiedział: - Możliwe. Nie mogę jednak tego zmienić, bo byłoby to ze szkodą dla moich nadmorskich miast. Carowi nie pozostanie więc nic innego, jak tylko pójść za moim przykładem. Wolę, by na tym skorzystał jego skarb państwa i poddani, niż tak zwani "neutralni".

Po czym Cesarz znowu odwołał się do swojego starego pomysłu, twierdząc, że gdyby Aleksander skonfiskował ładunki należące do neutralnych państw, to wpadłaby mu do kieszeni niezła sumka itd., itd.
Rozmowa zakończyła się próbą przekonania mnie o konieczności spotkania z księciem Kurakinem i przedyskutowania z nim poruszonych wcześniej tematów. Zdecydowanie odmówiłem i powiedziałem Cesarzowi wprost, że wie on dobrze, iż chwilowo unikam wszelkich kontaktów z Rosjanami, żeby nie być zmuszonym do wyrażania opinii, które są niezgodne z moimi poglądami i sumieniem. Ograniczyłem swoje spotkania z Rosjanami i w ogóle z obcokrajowcami, więc nie mogę wznowić ich tylko po to, żeby powiedzieć coś, w co nie wierzę. Dodałem w żartach, że Jego Cesarska Mość z pewnością nie chciałby zmuszać mnie do odgrywania takiej roli. O dziwo, moja odmowa nie pozbawiła Bonapartego dobrego humoru - najwyraźniej miał ochotę kontynuować rozmowę, bo po chwili zagadnął:
- Doskonale pan rozumie, że nie mogę narażać tak poważnych interesów w imię wątpliwej rekonstrukcji Polski.
- Przecież Wasza Cesarska Mość chce wojny z Rosją nie tylko z powodu Polski - odpowiedziałem - ale również po to, by mieć w Europie nie konkurentów, lecz wasali.
Dodałem, że najwidoczniej trapi go to bardziej niż system kontynentalny, który byłby wszak ściśle przestrzegany od Archangielska aż po Gdańsk, gdyby tylko sam Cesarz zaakceptował te problemy i uciążliwości, znoszenia których wymaga od innych. Podkreśliłem, że byłoby to bardzo skutecznym posunięciem wobec Anglii - on jednak chce dokonać tego kosztem innych, bez uszczerbku dla własnej kieszeni. Dlatego też wybrał wojnę - ma nadzieję, że dzięki niej, już jako władca, osiągnie to, o co zabiegał stosując perswazję lub stawiając siebie za przykład. Na koniec dodałem, że pewnie nie skoncentrowałby na północy tylu wojsk ze szkodą dla spraw w Hiszpanii i nie traciłby pieniędzy na wszelkie przygotowania, gdyby wcześniej nie postanowił, że wykorzysta ten fakt w wiadomym politycznym celu lub po to, by realizować swoją pasję.
- A jakaż to pasja? - zapytał z uśmiechem.
- Wojna, Sire.
Cesarz nie zaprotestował, tylko pociągnął mnie za ucho, po czym poprosił, bym powiedział mu wszystko, co leżało mi na sercu. Słuchał mnie z życzliwością, ale kiedy dotykałem jakiegoś czułego punktu, znów targał mnie za ucho i lekko poklepywał po karku, szczególnie gdy uznawał, że posuwam się zbyt daleko.
Ja tymczasem, nie owijając w bawełnę powiedziałem Cesarzowi prosto w oczy, że dąży jeśli nie do ogólnoświatowej monarchii, to już na pewno do zdobycia takiej władzy, która znaczy więcej niż "pierwszy wśród równych", władzy która pozwoliłaby mu swobodnie wysuwać wobec innych żądania bez prawa do skargi czy sprzeciwu. Może to być wygodne dla Francji, ale tylko na jakiś czas, ponieważ już teraz dają się zauważyć wrogie nastroje innych państw, a w przyszłości będą się jeszcze bardziej nasilać wrogość i zawiść; wcześniej czy później będzie to miało dla nas fatalne skutki, bo w naszych czasach nie wolno nakładać narodom takiego jarzma. Bonaparte śmiał się z owej "filantropii" - jak określał moje poglądy - a zwłaszcza z wyrażenia "pierwszy wśród równych". Był tego dnia w bardzo dobrym humorze, śmiał się z byle powodu, nie wpadał w złość wobec mojego sprzeciwu i czynił nieśmiałe próby udowodnienia, że jestem w błędzie. Miałem wrażenie, że chce mi powiedzieć: "Nie myli się pan, dobrze się pan domyśla, ale proszę o tym głośno nie mówić..."
Cesarz dowodził, że prowadził do tej pory tylko wojny polityczne, czyli takie, których wymagał interes Francji, dając mi do zrozumienia, że wojna z Rosją - pozostająca na razie w sferze planów, ponieważ nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji - o czym mnie szczerze zapewnia - będzie najbardziej polityczną ze wszystkich dotychczasowych wojen, będzie służyła interesowi całej Europy itd., itd.
Dodał, że Francja nie utrzyma pozycji wielkiego mocarstwa i nie osiągnie rozkwitu gospodarczego ani też nie zachowa swoich wpływów należnych jej z mocy prawa, jeżeli Anglia pozostanie silna i tak jak dotąd będzie sobie uzurpowała "prawo do swobodnej żeglugi" - tak Cesarz określał angielskie roszczenia.
Długo się o to wszystko spieraliśmy, także z powodu mojego stwierdzenia, że Francja już teraz za bardzo rozrosła się terytorialnie, wobec czego jej włości po drugiej stronie Renu mogą być powodem wojny i poważnych kłopotów dla syna Bonapartego. Stwierdziłem, że wprawdzie swoim geniuszem i majestatem Cesarz ogarnia cały świat, ale nie zmienia to faktu, że wszystko ma swój kres: tak zdrowy rozsądek, jak i możliwość zmian państwowych granic; a tych nie będzie przekraczać nikt, kto kieruje się mądrością i przezornością.
Tymczasem Cesarz żartował sobie z mojej rozwagi, a właściwie wręcz ją wyśmiewał, wiem jednak, że zastanawiał się nad tym, co powiedziałem - a przynajmniej tak mi się wydawało, ponieważ w trakcie naszej rozmowy niejednokrotnie popadał w głęboką zadumę.
Były takie chwile, kiedy w tonie jego głosu, a nawet w sposobie zachowania wyczuwało się zadowolenie ze szczerości i otwartości swego rozmówcy; monarchowie nieczęsto bowiem słyszą prawdę wypowiadaną wprost.
Bonaparte starał się mnie przekonać, że pokój z Anglią wyznacza ostateczne granice jego ambicji, za które jest tak bardzo krytykowany, a które wynikają jedynie z politycznej przezorności. Przecież on - wbrew powszechnej opinii, jest człowiekiem rozważnym i przewidującym. Przyznałem mu rację dodając, że wierzę, iż dla osiągnięcia tego szczytnego celu Jego Cesarska Mość jest gotów do wszelkich poświęceń. Zastrzegłem jednak, że cel ten można osiągnąć również powstrzymując się od pochopnych kroków, przez działania zmierzające do utrzymania pokoju na kontynencie. Drogą wiodącą do tego celu nie jest bezwzględne podporządkowywanie sobie innych państw, lecz zachowanie większej rozwagi i utrzymanie przyjaznych stosunków ze wszystkimi europejskimi mocarstwami - przekonywałem. Im trudniej było Bonapartemu mnie przekonać, tym usilniej się o to starał. Wobec wysiłków Cesarza, sądząc po błyskotliwości jego argumentacji i starannym doborze słów, miałem chwilami wrażenie, jakbym był władcą wielkiego mocarstwa, którego Napoleon postanowił właśnie za wszelką cenę przekonać do swoich racji.
Często widywałem go w stanie takiego podekscytowania, ogarniętego pasją, z wielką zapalczywością zarzucającego mnie argumentami. Jestem jednak daleki od stwierdzenia, że Jego Cesarska Mość zachowywał się tak tylko wobec mnie. Postępował tak wobec wszystkich, których chciał do czegoś przekonać.
Mówię o takich szczegółach tylko i wyłącznie dlatego, że jedynie dzięki temu mogę dokładniej zobrazować charakter Cesarza. Dodam jeszcze, że tę zapalczywość można wytłumaczyć pewnym zbyt głęboko zakorzenionym nawykiem: dzięki potędze własnego geniuszu i wynikającej stąd sile sugestii, Napoleon zawsze usiłował nakłonić swych rozmówców, by przyjmowali jego punkt widzenia. Nie ulega wątpliwości, że sukcesy w tej dziedzinie Cesarz mógł przypisać faktowi, iż wprost uwielbiał osobiste spotkania z władcami, ministrami i ambasadorami, podczas których mógł rozmawiać na najbardziej delikatne i ważne tematy w cztery oczy. Kiedy tylko chciał, w jego głosie i całym sposobie bycia pojawiało się coś tak sugestywnego i ujmującego, że natychmiast dawało mu to przewagę nad rozmówcą - większą nawet niż potęga i giętkość jego umysłu. Jeśli tylko chciał, Napoleon w jednej chwili stawał się najbardziej czarującym człowiekiem na świecie. Aby mieć siłę, by mu się sprzeciwić, trzeba było mieć za sobą - tak jak to było w moim przypadku - osobiste doświadczenia i wiedzę o skutkach politycznych pomyłek Cesarza, zwykle skrzętnie skrywanych pod płaszczykiem owej niecodziennej umiejętności manipulowania ludźmi. Ale chociaż potrafiłem zaciekle bronić własnego zdania, i tak często ulegałem jego perswazjom. Wyzwalałem się spod uroku Bonapartego tylko dlatego, że tak jak wszystkie umysły "ograniczone" i uparte, raz uznawszy słuszność swych racji, trwałem przy nich niezależnie od rangi oponenta. W celu wzbudzenia zaufania rozmówcy, Cesarz posługiwał się niekiedy zwodniczą dobrodusznością, by za chwilę przejść do nieodpartych argumentów i opinii, które często miały absolutnie niecodzienny charakter, a zawsze odznaczały się błyskotliwością i obfitością porównań. W ten sposób Bonaparte potrafił po mistrzowsku wyłożyć swój pogląd, ukrywając jednocześnie cel, do którego faktycznie dążył. Aby mu nie ulec, trzeba było udawać, że nie rozumie się, o czym mowa i zawczasu wbić sobie do głowy: "To jest moja prawda, i to jest słuszne, bo służy interesowi Francji, a w konsekwencji także istotnym interesom Cesarza". Następnie należało zamknąć się w granicach swych poglądów i za żadną cenę ich nie przekraczać. Pod żadnym pozorem nie wolno było wzorować się na przewrotności Napoleona, bo on sam - kiedy natrafił na opór - nigdy nie przepuścił okazji, żeby odwracać kota ogonem. Biada temu, kto poszedł na jakikolwiek kompromis: nasz sprytny rozmówca bezwzględnie to wykorzystywał, krok po kroku doprowadzając do kolejnych ustępstw, aż osiągał ostatecznie swój cel. Żadna kobieta nie posiadała takiego daru przekonywania jak on. Przypomniałem sobie właśnie pewne wypowiedziane kiedyś w rozmowie ze mną zdanie, które najdobitniej odzwierciedla wagę, jaką Cesarz przywiązywał do sukcesu.
"Jeśli mi na kimś bardzo zależy, to mogę zrobić wszystko, nawet pocałować go w d..."

Kiedy Bonaparte wbił sobie do głowy jakąś myśl - hołubił ją, tworząc na jej temat coraz bogatsze wyobrażenia, oddawał się jej całkowicie. Czy zatem można mu robić wyrzuty dlatego, że chciał przekonać innych do swoich pomysłów? Jeśli próbował kogoś kusić, oznaczało to, że wcześniej sam już uległ pokusie. Sądzę, że nie było dotąd męża stanu, który w takim stopniu jak Napoleon kierował się bardziej intuicją niż zdroworozsądkowymi kalkulacjami - oczywiście nie we wszystkich kwestiach. By osiągnąć zamierzony cel, Cesarz nie unikał nigdy trudów, i to niezależnie od rangi problemu. Oddawał się swojej idei całkowicie i bez reszty. Na tym, co aktualnie robił, lub nad czym właśnie rozmyślał, zawsze koncentrował wszystkie swoje siły, zdolności i uwagę. Ta pasja dawała mu ogromną przewagę nad przeciwnikami, ponieważ tylko nieliczni potrafią bez reszty skoncentrować się na jednej jedynej myśli lub działaniu. Mam nadzieję, że dywagacje te będą mi wybaczone...
Wracam jednak do mojej rozmowy z Cesarzem.
Wysiłki zmierzające do udowodnienia mi, że wszystkie prowadzone przez niego wojny miały charakter polityczny, że obecnie jego jedynym celem jest pokój z Anglią i że wszystkie związane z tym plany mieszczą się na razie w ramach systemu kontynentalnego, sprowokowały mnie do wspomnienia o wielkich politycznych zagadnieniach związanych z wojennymi planami, których się domyślałem.
Wydawało się, że Bonaparte był tym lekko poirytowany, bo powiedział to, co zwykł był mawiać, kiedy poruszano temat, który mu nie odpowiadał:
- Nie pytam Pana o zdanie.
Nie przerwał jednak rozmowy. Jeszcze raz poddał osądowi sprawy rosyjskie wyliczając przy tym wszystkie swoje żale, zupełnie jakby chciał cofnąć pewne posunięcia wobec rosyjskiego rządu i znaleźć sposób na wytłumaczenie się z nich, by osiągnąć porozumienie. Po raz kolejny powtórzyłem zatem Jego Cesarskiej Mości, że aby skłonić Cara Aleksandra do poniesienia nowych ofiar w dziedzinie handlu i przekonać go o naszej gotowości do zadośćuczynienia dla Księcia Oldenburskiego, należy w pokojowy sposób przywrócić sytuację na północy Niemiec; przede wszystkim jednak - jeżeli chcemy, by Car zaprzestał wpuszczania do portów neutralnych statków z angielskimi towarami - należy wstrzymać wydawanie licencji i nie robić niczego, co Rosja nazywa monopolem rządu kosztem poddanych. Ośmieliłem się tez przypomnieć, że właśnie owe licencje dające prawo wejścia naszym statkom do angielskich portów były dla Rosji pretekstem, by wpuścić do siebie jednostki pod banderą neutralnych państw. Aleksander żądał abyśmy ponosili te same koszty co inni, chciał też być spokojny odnośnie naszych dalszych planów.
Ponieważ Cesarz nadal oczekiwał ode mnie, że spotkam się z księciem Kurakinem, musiałem mu wyjaśnić, że nie będę nikogo wprowadzał w błąd - a już na pewno nie Cara - za pomocą równoznacznych z oszustwem dyplomatycznych zabiegów, gdyż i tak nie posiadam żadnych pełnomocnictw do przeprowadzania służbowych rozmów. Stwierdziłem też, że wszystko, co jest na razie tylko w sferze przygotowań, okaże się wielkim nieszczęściem dla Francji. Ja zaś nie chcę później sobie wyrzucać, że brałem w tym wszystkim udział. Na to Cesarz odwrócił się do mnie plecami, oschle odpowiedział, że nie znam się na rzeczy i wyszedł. Nadal żyłem samotnie i zachowywałem maksymalną powściągliwość. Nie spotykałem się z żadnym Rosjaninem i unikałem nawet przypadkowych spotkań z księciem Kurakinem. Minął prawie miesiąc zanim Cesarz powtórnie zaszczycił mnie rozmową, a doszło do niej tuż przed jego wyjazdem. Bonaparte znów mówił o krzywdach, które rzekomo go spotkały. Tym razem odebrałem to jako swoisty manifest. Cesarz nie mógł już dłużej ukrywać związanych z wyjazdem planów, ale nadal starał się mnie przekonać, że nie jest zainteresowany odrodzeniem państwa polskiego ani wojną i że ma nadzieję, iż koniec końców będzie mógł wszystko wyjaśnić i załagodzić nie uciekając się do walki. Spór toczył się na tej samej co zwykle płaszczyźnie i każdy przytaczał te same co zwykle argumenty. Pozwoliłem sobie jeszcze na wygłoszenie osobistych opinii na temat niedogodności, a nawet niebezpieczeństw, które wiążą się z kampanią prowadzoną tak daleko od ojczyzny.
- Waszej Cesarskiej Mości zawsze będą zarzucać, że naraża się na takie ryzyko i rzuca na szalę tak dobrze zapowiadającą się przyszłość i to w czasie, kiedy mógłby zarządzać Imperium nie ruszając się ze swojego gabinetu w Tuileries - wyjaśniałem.
Ostrzegałem też Cesarza przed opiniami, które pojawią się w związku z poborem do armii młodzieży, co dotyczy - jak pokazują nie tylko nasze doświadczenia, ale również doświadczenia innych państw - młodych ludzi z niższych warstw społecznych. Zwracałem Bonapartemu uwagę, że już teraz jest za to krytykowany w związku z wojną w Hiszpanii. Niebezpiecznie jest też prowadzić wojnę na dwóch frontach. Podkreśliłem, że najpierw należałoby przeprowadzić zdecydowane działania w Hiszpanii, a dopiero później, skoro już powziął taką decyzję, myśleć o kampanii wschodniej.
Mówiłem też o Rosji - o jej klimacie, o przewadze, jaką będą nad nami mieli Rosjanie unikając bitew i zmuszając nas do pokonywania ogromnych odległości, co znacznie osłabi siłę armii. Przytoczyłem wypowiedź Cara, którą już cytowałem Cesarzowi. Wspomniałem również o niedostatkach, które nasi żołnierze musieli znosić w Polsce podczas ostatniej kampanii i wynikającym stąd niezadowoleniu. Na to wszystko Cesarz miał zawsze tę samą odpowiedź: stwierdzał iż "stałem się Rosjaninem" i że "nie znam się na rzeczy". Usłyszałem to także i tym razem.
- Skoro niczego nie rozumiem - odparłem żartobliwie - to dlaczego Wasza Cesarska Mość zaszczyca mnie rozmową na ten temat? Polegam tylko na moim przywiązaniu do ojczyzny i do Waszej Cesarskiej Mości. Tak wzniosłe uczucia nie mogą wprowadzić mnie w błąd i utrzymywać mnie w nim przez tyle czasu. Przecież nikt, kto wie, że Wasza Cesarska Mość nie rozpieszcza osób o poglądach innych niż własne, nie będzie się przeciwstawiał ot tak, dla żartu. Zarówno ja, jak i moi przyjaciele mogliśmy się o tym przekonać osobiście. To sprawa sumienia i przekonań. Wasza Cesarska Mość dał wiarę nieprawdziwym informacjom, a teraz okłamuje sam siebie tworząc iluzje, które nie uwzględniają niebezpieczeństw, jakie zrodzą się na skutek powziętych decyzji. Wasza Cesarska Mość sądzi, że osiągnie wspaniały cel polityczny, ale ja uważam, że się myli.
Oburzony Cesarz odpowiedział, że to nie on, tylko Car chce wojny, o czym donosi Lauriston: wojska rosyjskie są właśnie przegrupowywane, co dotyczy nawet tych, które stoją na granicy z Turcją; ja zaś dałem się zwieść uprzejmościom Aleksandra. Cesarz stwierdził, że dowiedział się o jego wrogich zamiarach dopiero wtedy, gdy wysłał do Petersburga innego ambasadora, który w każdym liście informuje, że Anglicy otwarcie handlują w Petersburgu; próbowano nawet przechwycić depesze, które wiózł Longuerue - adiutant Lauristona.
Najprawdopodobniej Cesarz nie wiedział, że spotkałem się już z Longueruem i wiedziałem o jego przygodzie.
Ów młody oficer jechał jako kurier w masywnym, zamkniętym powozie, który przebijał się z trudem przez piaszczyste drogi. Po drodze pokłócił się on z kurierem rosyjskim, który wyprzedził go swoją lekką, pocztową kibitką. Longuerue uznał, że tak jak to jest we Francji, ma prawo zabronić Rosjaninowi wyprzedzania. Ten jednak, wykorzystując przysługujące mu jako rządowemu kurierowi prawa i przywileje, nie przestawał poganiać woźnicy i bez trudu wysforował się przed grzęznący w błocie powóz naszego posłańca. Doprowadzony do ostateczności Longuerue zaczął strzelać w kierunku Rosjanina, lecz ten nie zareagował nawet wówczas. W Rydze do sprawy wmieszał się tamtejszy gubernator, który zwrócił uwagę młodemu Francuzowi na jego nieodpowiednie zachowanie i chociaż przez wzgląd na szacunek dla dyplomatycznego statusu pozwolił oszołomionemu młodzieńcowi na kontynuowanie podróży, to natychmiast powiadomił dwór carski o całym incydencie. Lauriston był tak wściekły na swego zbyt krewkiego adiutanta, że natychmiast go zwolnił. Natomiast Cesarz uznał całe to wydarzenie za próbę przechwycenia naszej poczty dyplomatycznej.
W czasie tego spotkania dało się jednak zauważyć, że Cesarz częściej niż zwykle popada w zadumę. Wydawało mi się, że starał się ukryć, jak wielkie wrażenie zrobiły na nim niektóre moje wypowiedzi. Rozmowa być może potrwałaby dłużej, gdyby nie przybycie diuka Bassano, który przywiózł depesze z Wiednia. Cesarz, pożegnawszy mnie, wdał się w inną rozmowę, wykonując kolejny krok na drodze, która wiodła go ku ostatecznemu przeznaczeniu.
W tym czasie decyzje Bonapartego zostały już przyjęte i zaakceptowane: Austria prawie zgodziła się na sojusz, pozostało tylko zmusić Prusy, aby same na siebie ukręciły bicz.
Kilka dni po naszej ostatniej rozmowie Cesarz wyprawił w drogę część swego dworu. Tabory znajdowały się już w drodze do Drezna, jadąc tam pod pozorem przygotowań do spotkania z cesarzem Austrii.
Aby jednak lepiej przedstawić bieg wypadków, muszę wrócić pamięcią do wcześniejszych wydarzeń...
Pod koniec zimy8 Cesarz zaczął nieco lepiej traktować Talleyranda. Kilka razy nawet z nim rozmawiał. Pewnego wieczoru Cesarz zatrzymał go u siebie do późnej nocy, co bardzo zaniepokoiło panią Bassano, która widziała w Talleyrandzie konkurenta swego męża. Bonaparte, który zdawał sobie sprawę nie tylko z tych obaw, ale także z niepokoju swojego ministra, opowiedział mu o propozycji, którą złożył Talleyrandowi kilka dni wcześniej. Chodziło o to, żeby Talleyrand udał się do Warszawy i stamtąd nadzorował polskie sprawy w czasie kampanii, a przy okazji obserwował posunięcia Austrii i Niemiec; przyjął on tę propozycję. W przypadku powodzenia wyprawy na Rosję Talleyrand bardzo by się przysłużył Cesarzowi w Polsce, a nawet w Kurlandii, a to dzięki pomocy ze strony żony9 księcia Kurlandii.
Sądzę że Talleyrand, który był bardzo zadowolony z powrotu do służby, nikomu nie powiedział o planach Cesarza - ten powierzył mu je zresztą w największej tajemnicy. Jednocześnie otworzył sobie w Wiedniu kredyt na 60 000 franków, ponieważ - jak to potem tłumaczył - między Paryżem a Warszawą nie odbywała się bezpośrednia wymiana bankowych przekazów pieniężnych, a on nie chciał pobytu w Polsce zaczynać od kłopotów. Kiedy Cesarzowi przeszedł pierwszy gniew na Talleyranda, uznał on - zgodnie z powszechną opinią - że jego dyplomata zrobił to chcąc dać do zrozumienia Austriakom, iż znowu wraca do służby. Jednak w pierwszej chwili, kiedy na dodatek doniesiono mu, że na salonach aż huczy od plotek, zachowanie Talleyranda doprowadziło Cesarza do szału. Był wściekły i posądzał go o niedyskrecję.
Gdyby nie diuk Rovigo, Talleyrand musiałby udać się na zesłanie, ponieważ aż dwukrotnie wydano rozkaz z instrukcjami dotyczącymi jego osoby.
Bez zagłębiania się w szczegóły Cesarz podzielił się ze mną swoimi planami dotyczącymi Talleyranda. Opowiedział mi historię otwarcia kredytu w Wiedniu i o krążących po Paryżu plotkach dotyczących jego intrygi, celem której było podniesienie własnego prestiżu. Cesarz wyjaśnił mi, że zamierza go skazać na zesłanie. Nie bez trudu udało się zażegnać tę burzę. Później Bonaparte podsumował całą sprawę słowami:
- Talleyrand postąpił nierozsądnie porzucając ministerstwo; mógłby przecież nadal pełnić swoje obowiązki, a teraz zabija go własna głupota. W głębi duszy żałuje, że nie jest już ministrem, więc kombinuje, jak by tu zarobić. On i jego otoczenie zawsze potrzebują pieniędzy i są gotowi zrobić wszystko, żeby je zdobyć. Chciał wszystkich przekonać, że nie mogę się bez niego obejść, a tymczasem moje sprawy zaczęły iść całkiem nieźle właśnie od chwili, gdy przestał się do nich mieszać. Talleyrand zbyt szybko zapomniał, że podpisane przez niego umowy były rezultatem naszych zwycięskich bitew. W Europie nikt nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Ten człowiek imponował mi swoim intelektem, posiada zdolność logicznego myślenia i jest wybitnym politykiem, o wiele lepszym niż Maret10, ale odczuwa zarazem potrzebę ciągłego intrygowania; poza tym kręci się wokół niego wielu łajdaków, a to nigdy mi się nie podobało. Wziąłem Talleyranda w obronę. Zauważyłem, że chęć powrotu do obowiązków najlepiej świadczy o tym, że to nie on wykazał się niedyskrecją, którą się mu zarzuca; nie jest bowiem w jego stylu by - choćby nawet ze względu na pogłoski o sytuacji rodzinnej jego krewnej - zawczasu chwalić się wyjazdem do Warszawy. Talleyrand zbyt dobrze zna swojego Cesarza i wie, co oznacza niedochowanie tajemnicy; jest zbyt mądry, by można go było podejrzewać o głupotę. Dodałem, że za tym wszystkim musi kryć się jakaś intryga, o której Cesarz nie ma pojęcia, i że Talleyrand z pewnością wszystko mu wyjaśni.
- Nie chcę go widzieć - rzekł na to Cesarz - wydam rozkaz, żeby go wygnano z Paryża. A panu zabraniam wszelkich spotkań i rozmów z tym człowiekiem.
Następnie Bonaparte zapytał mnie, kim można by go zastąpić. Ponieważ nie wskazałem nikogo, Cesarz sam wymienił kilka nazwisk, między innymi arcybiskupa Pradta11.
W tym momencie muszę koniecznie opowiedzieć jak to było naprawdę, bowiem właśnie ta sprawa doprowadziła Talleyranda do ostateczności - być może nie bez przyczyny.
Bassano, którego Cesarz poinformował o swoich zamierzeniach wobec Talleyranda, wbił sobie do głowy, że intelekt i sposób działania jego konkurenta bardzo imponują Bonapartemu,w związku z czym był pewien, że w niespełna trzy miesiące Talleyrand będzie mógł wrócić na swoje poprzednie stanowisko, jeśli tylko uda mu się zdobyć choćby najmniejsze wpływy. Przybity, podzielił się po powrocie do domu swym zmartwieniem z żoną. Ta zaś, nie tracąc czasu, poprosiła pewnego znajomego, aby rozpowszechnił tę tajemnicę, otrzymaną rzekomo od osób zaprzyjaźnionych z Talleyrandem.
Niewiele brakowało, a doprowadziłoby go to do zguby. Cesarski szambelan puścił plotkę w ruch. Cesarz, powiadomiony przez policję o słuchach krążących po paryskich salonach, wpadł w szał. Natomiast wiadomość o kredycie w Wiedniu, którą dostarczył Bonapartemu tajny wydział poczty, była dla niego tylko dodatkowym dowodem na nielojalność Talleyranda - stała się jednak kroplą, która przelała czarę goryczy. Bassano triumfował, a Talleyrand, który, można by rzec, tylko cudem uniknął zesłania, popadł w niełaskę, jakiej nie doświadczył nigdy przedtem.
Wszyscy doskonale wiedzieli, że dla Cesarza liczy się pierwsze wrażenie, więc nawet gdyby podejrzany był w stanie oczyścić się z zarzutów, to Napoleon i tak nieprędko zmieniłby o nim zdanie. Zresztą Cesarz był akurat w przededniu wyjazdu. W taki oto sposób zrealizowano plan odsunięcia Talleyranda. Jakby i tego było mało, w domu diuka Bassano wystawiono specyficzny spektakl teatralny. Dowcipnisie z najbliższego otoczenia pięknej duchessy naśmiewali się w nim z tak zwanego "umiłowania pokoju". Na scenie przedstawiono żywe karykatury polityków, który to wątpliwy zaszczyt nie ominął również mojej osoby. Zaistniałem na scenie w postaci kukiełki, której kulawy czarodziej12 z byle powodu każe powtarzać: "Pokój daje szczęście narodom". Takimi to rozrywkami raczyli się najbardziej zaufani bywalcy salonu Ministra Spraw Zagranicznych. Wkrótce jednak zabroniono tych przedstawień, ponieważ były one nie w smak opinii publicznej, poza tym Cesarz dowiedział się o wszystkim od swoich agentów. I tak oto ostateczny wybór padł na Pradta.
Cesarz opuścił Paryż 9 maja, a 11 maja przyjechał do Moguncji, gdzie spędził dwa dni. Któregoś wieczoru wezwał mnie do siebie i długo rozmawialiśmy na te same co zwykle tematy. Z niesłabnącym zaangażowaniem Bonaparte starał się mnie przekonać, że wcale nie dąży do wojny, wobec czego niepotrzebnie biję na alarm i że niebawem wszystko się ułoży. Ja również odpowiadałem to, co zwykle, a Cesarz zupełnie spokojnie słuchał tego, co najczęściej wzbudzało jego gniew. Nie wystarczała mu potęga władzy i poczucie siły: chciał jeszcze posiadać moc przekonywania do swych racji.
Po zakończeniu rozmowy na temat Rosji znowu powtórzył, że "nie pragnie wojny, a jeżeli Car Aleksander tylko tego zechce, to można będzie dojść do porozumienia".
Zmieniliśmy temat, aby porozmawiać o Turkach i Szwedach. Cesarz uskarżał się na diuka Bassano, zarzucając mu brak zdolności przewidywania. Mówił o złej pracy Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które podejmuje działania dopiero wtedy, gdy się nim "potrząśnie"; Bassano nic nie robi i czeka tylko na dyspozycje - twierdził Napoleon. Już trzy miesiące temu Szwecja powinna była przeprowadzić mobilizację, by korzystając z okazji odbić Finlandię, także Turcy powinni już byli rozmieścić 200 000 ludzi nad Dunajem. Każdy inny na miejscu Bassano zmusiłby ich do rozwinięcia sztandarów Mahometa już dwa miesiące temu. Tymczasem teraz, przez niewybaczalny błąd diuka, Cesarz nie będzie mógł liczyć na turecką pomoc. Bassano odpowie za to przed Francją - zapowiadał Bonaparte. Teraz z kolei diuk powinien wziąć na siebie co najmniej połowę spraw związanych z nową kampanią, a on nadal ledwie się przykłada do pracy, robiąc cokolwiek tylko dlatego, że został zbesztany.
Widać było, że Cesarz był w podłym nastroju, a do tego rzeczywiście wściekł się na Bassano. Zwróciłem mu uwagę, że nie jesteśmy przyzwyczajeni działać bez jego wyraźnego rozkazu, gdyż on sam nie aprobuje takiego postępowania. A ponieważ wciąż powtarza, że nie dąży wojny, to nie ma się co dziwić, że rządy Szwecji i Turcji nie chcą się skompromitować zbyt pochopnymi posunięciami; widocznie naszemu ministrowi zabrakło odwagi, by działać zbyt otwarcie i przedwcześnie ujawnić plany, którym Cesarz oficjalnie wciąż zaprzecza. Dla szwedzkiego księcia - następcy tronu13 - stawka w tej grze jest zbyt wysoka, zatem mając na względzie przede wszystkim własny interes, musi on zachować ostrożność. Zaznaczyłem, że pokój między Rosją i Turcją od dawna jest w rękach rosyjskiego rządu i jestem absolutnie przekonany, że Rosja podpisze go kiedy zechce. A skoro do tej pory nic o nim nie słychać, to znaczy - wbrew wszystkim doniesieniom - że Aleksander nie chce wojny z Francją i być może nadal ma wątpliwości, czy Cesarz Napoleon podjął już ostateczną decyzję o rozpoczęciu działań wojennych.
- Wasza Cesarska Mość nie mógł tego nie zauważyć - dodałem.
- Wszystko to świadczy tylko o tym, że plany Cara mają jak najbardziej defensywny charakter i nigdy nie zakładały agresji, ponieważ gdyby Car chciał wojny, nie odkładałby podpisania pokoju z Turkami - choćby dlatego, by swobodnie dysponować swoimi wojskami.
Przez kilka minut Cesarz zachowywał milczenie i wydawało się, że w głębi duszy przyznaje mi rację. Po chwili jednak z charakterystyczną dla siebie zapalczywością stwierdził, że wierzy w Turków i że chociaż być może nie ma co liczyć na zbyt silne wsparcie z ich strony, to pokoju na pewno nie podpiszą, gdyż wiedzą doskonale, co się szykuje, bo choć nie są zbyt biegli w polityce, to kiedy rzecz dotyczy spraw, które są dla nich bardzo ważne, starają się niczego nie przegapić.
- Co się zaś tyczy Berandotte'a, to jest on zdolny do tego, by wyrzec się swoich francuskich korzeni; Szwedzi są jednak zbyt energiczni i zbyt sprytni, by nie wykorzystać okazji do pomszczenia krzywd, których doznali w czasie panowania Piotra Wielkiego.
Cesarz wielokrotnie nawiązywał do tego, czego oczekuje od Turków.
- Andreossy14 ich obudzi - powiedział.
- Jego przybycie wywoła wielką sensację. Przypomniałem mu, że Andreossy dopiero co wyjechał. - I to jest błąd Mareta - Cesarz na to - ja nie mogę przecież o wszystkim sam pamiętać.
I znowu powtórzył wszystko to, co już nie raz mówił na temat diuka Bassano, dodając, że odpowie on przed Francją za całe zło, które może wyniknąć z jego krótkowzrocznej polityki. Do Drezna pojechaliśmy przez Bamberg by uniknąć, jak twierdzono, spotkania z pośledniejszymi książętami. W rzeczywistości Cesarz chciał ominąć Weimar. Wciąż zapewniał on- a dwór mu wtórował - że wojny nie będzie. Chodziły słuchy o mającym się rzekomo odbyć spotkaniu z Aleksandrem, więc żeby przydać tym pogłoskom wiarygodności, powoływano się na misję Narbonne'a15, który został wysłany do Cara.
Do Drezna przyjechaliśmy 16 maja. Wcześniej - 13 maja - nocowaliśmy w Würzburgu, 14 maja w Bayreuth, a 15 maja w Plauen. Tak sam Cesarz jak i wszystkie osoby z kręgów rządowych, wszyscy starali się nadać naszemu zachowaniu, zamiarom i treści demarche bardziej umiarkowany charakter, co miało postawić nas w bardziej korzystnym świetle i zrobić lepsze wrażenie na Austrii. Wszystkie te niezwykłe starania przedsięwzięto po to, by zademonstrować nasze umiarkowanie i skłonność do ustępstw. Takim to sposobem zamierzano uśpić czujność tych, na których wkrótce mieliśmy napaść, a także wzbudzić w nich złudne poczucie bezpieczeństwa.
Cesarz podróżował wraz z małżonką. Cały kraj przez okres sześciu tygodni zaangażowany był w naprawę drogi, którą się poruszaliśmy. Do Plauen przyjechała na spotkanie Ich Cesarskich Mości saksońska para królewska, wjazd do Drezna odbył się przy blasku płonących pochodni. Po dwóch dniach ściągnął tu cały austriacki dwór. Nie mogę jednak opowiedzieć ze szczegółami co działało się podczas tego spotkania, ponieważ nie brałem w nim udziału.
Cesarz starał się za wszelką cenę unikać Metternicha16, a jednocześnie rozpuszczał pogłoski o swoim pokojowym nastawieniu. Twierdził także, że za pośrednictwem pana Narbonne'a chce uzyskać od Rosji wyjaśnienia, których ta odmówiła Austrii - a wszystko po to, by pogodzić strony nie uciekając się do przemocy. Wtedy też po raz pierwszy i bodajże ostatni Cesarz pochlebnie wyrażał się o Metternichu. Ja natomiast żyłem w pewnym odosobnieniu i skrzętnie unikałem jakichkolwiek znaczących rozmów, ponieważ nie mogłem ich prowadzić w tonie, jakiego oczekiwał ode mnie Cesarz. Z Austriakami spotykałem się tylko na przyjęciach, jako że wszyscy dworscy dygnitarze mieli zaszczyt spożywania obiadów w towarzystwie Ich Cesarskich Mości. Cesarz Austrii po każdym obiedzie podchodził do każdego z gości, aby choć przez chwilę z nim porozmawiać. Któregoś dnia, kiedy akurat byłem w towarzystwie diuka Istrii17, cesarz Franciszek18 podszedł także do mnie i zagadnął o Cara Aleksandra.
- Szkoda, że Aleksander nie zechciał wyjaśnić nam pewnych spraw, być może udałoby się uniknąć konfliktu - powiedział. - Uczyniłem wszystko co było w mojej mocy, by wytłumaczyć istniejące rozbieżności; Rosjanie tego nie zrobili. Sądząc po wypowiedziach Cesarza Napoleona wiem, że chce on osiągnąć porozumienie, a nawet skłonny jest do tego, żeby załagodzić panujące rozbieżności. Rosja nie odpowiedziała nam na naszą propozycję pośredniczenia w rozmowach. To milczenie jest źle odbierane; można by wysnuć przypuszczenie, że w Petersburgu już podjęto decyzję o wojnie. Właśnie w taki sposób państwa wplątują się w wojny, ponieważ nie wykorzystują do końca wszystkich szans, by ich uniknąć - stwierdził austriacki władca. Wyraził również przypuszczenie, że ja z pewnością dobrze znam Aleksandra, którego przedstawiano mu jako człowieka niezdecydowanego, podejrzliwego i łatwo ulegającego wpływom; jeśli zaś chodzi o kwestie, które mogą być brzemienne w skutkach, to należy polegać tylko na własnym rozsądku i nie angażować się w wojnę, dopóki nie zostaną wyczerpane absolutnie wszystkie mogące jej zapobiec środki. W tym samym czasie z Wilna powrócił Narbonne. Bonaparte rozkazał mu spotkać się z Metternichem i przekazać austriackiemu cesarzowi to, co ten powinien wiedzieć o jego misji.
Cesarz uważał, że rola, jaką odegrał Narbonne w doprowadzeniu do zawarcia jego małżeństwa z arcyksiężną Marią Ludwiką, jak również sława rozsądnego człowieka, którą się cieszył posłaniec i jego związki z księciem Schwarzenbergiem19, zapewnią mu przychylność austriackiego dworu. Bonaparte wierzył, że działania Narbonne'a zrobią na jego teściu odpowiednie wrażenie.
Tymczasem cesarski poseł zjawił się u mnie i opowiedział o swej rozmowie z Aleksandrem, dzieląc się również własnymi spostrzeżeniami. Po powrocie z misji zdał rzetelną relację Cesarzowi, który polecił mu przekazać austriackiemu władcy tylko część relacji.
Przekażę teraz opowieść Narbonne'a najwierniej jak potrafię, dokładnie cytując jego słowa, jako że swoje notatki sporządzałem zaraz po rozmowie z nim, na gorąco. A ponieważ poseł powtarzał mi swoją relację kilka razy, mogłem na bieżąco sprawdzać zgodność jego słów z tym, co zapisałem.
Wszyscy, nie wyłączając Cara, dobrze przyjęli Narbonne'a. Rosjanie zachowywali się stosownie do sytuacji: zarazem dostojnie i niewyzywająco. Dwa razy zaproszono go do udziału w przeglądzie wojsk, które - jak mu się zdało - znajdowały się w świetnej kondycji. Rumiancewa nie było w tym czasie w Petersburgu.
Narbonne stwierdził, że Aleksander był z nim szczery.
- Nie dobędę szpady jako pierwszy - zapowiedział Car. - Nie chcę, by Europa obarczała mnie odpowiedzialnością za krew, która zostanie przelana w tej wojnie. Od 18 miesięcy żyję w stanie ciągłego zagrożenia. Francuskie wojska stoją u mych granic, 300 lig od Francji. Na razie jeszcze jestem u siebie... Francuzi fortyfikują i uzbrajają twierdze, które prawie dotykają moich granic; przegrupowują wojska, buntują Polaków, a zarazem podnoszą krzyk i złoszczą się, że współpracuję z neutralnymi państwami i wpuszczam amerykańskie statki do swych portów. W tym samym czasie Napoleon sprzedaje licencje na podstawie których przewożone są angielskie towary. Cesarz dba o stan państwowej kasy, ale jednocześnie doprowadza do ruiny swoich nieszczęsnych poddanych. Ja tymczasem oświadczyłem, że z zasady nie będę postępował w ten sposób.
Nie chcę wyciągać pieniędzy z kieszeni poddanych aby przełożyć je do swojej. Cesarz i jego agenci przekonują, że popieram Anglików i nie przestrzegam zasad blokady kontynentalnej. Gdyby to było prawdą, to czy skonfiskowalibyśmy 60, a nawet 80 statków za to, że ją naruszyły? Czy sądzi pan, że Anglicy nie próbowali różnych sztuczek, by osiągnąć swój cel? Gdybym tylko na to pozwolił, miałbym tu dziesięciokrotnie więcej angielskich agentów niż obecnie. Nadal jednak pozostaję głuchy na ich propozycje. 300 000 Francuzów szykuje się do przekroczenia moich granic, a ja nadal przestrzegam zasad sojuszu i lojalnie wypełniam wszystkie przyjęte na siebie zobowiązania. Kiedy będę miał zamiar coś zmienić, zrobię to otwarcie. Proszę zapytać Caulaincourta, co mu powiedziałem gdy Napoleon przestał przestrzegać zasad podpisanego przez nas sojuszu i co jeszcze dodałem na odjezdnym. To uczciwy człowiek, który brzydzi się kłamstwem. Bez względu na to, co od tamtej pory zrobił Cesarz by popsuć nasze dobre stosunki, ja nadal pozostałem tym samym człowiekiem, o tych samych poglądach i zasadach. Chociaż Bonaparte wezwał Austrię, Prusy i całą Europę do marszu na Rosję, ja nadal pozostaję wierny sojuszowi, bo odrzucam myśl, że Cesarz chce osiągnąć wymierne korzyści zaprzepaszczając szanse na pokój. Nie mam jednak złudzeń. Zbyt cenię sobie jego talenty wojskowe, by nie brać pod uwagę ryzyka, jakie niesie ze sobą wojna. Lecz skoro dotąd zrobiłem wszystko dla zachowania honorowego pokoju i utrwalenia politycznego systemu, który mógł zapewnić powszechny pokój, to także i teraz nie zrobię niczego, co byłoby niezgodne z poczuciem honoru mojego narodu. Rosjanie nie należą do tych, którzy uciekają przed niebezpieczeństwem. Jeżeli ku moim granicom skierują się ostrza wszystkich bagnetów Europy, będę zmuszony odpowiedzieć ogniem. Do tej pory okazywałem cierpliwość i opanowanie, lecz działo się tak nie z powodu słabości, ale dlatego, że obowiązkiem władcy jest troszczenie się o spokój i interesy swojego narodu, a nie hołdowanie poglądom niezadowolonych. Zwłaszcza gdy gra toczy się o najwyższą stawkę, a jest jeszcze szansa na uniknięcie walki, która pochłonie wiele ofiar. Jak Cesarz może z czystym sumieniem żądać ode mnie wyjaśnień, skoro w czasie obowiązującego pokoju zajął całe północne Niemcy, naruszając tym samym zobowiązania sojuszu i zasady ustanowionej przez siebie blokady kontynentalnej? Czy to raczej nie on powinien się wytłumaczyć? Za pośrednictwem księcia Kurakina wysłałem notę protestacyjną20 w tej sprawie, moje krzywdy zna cała Europa. Zmuszanie innych by wierzyli w urojone antyfrancuskie działania Rosji, oznacza naigrywanie się z całego świata. Nadal jestem gotów porozumieć się we wszystkich kwestiach mogących ocalić pokój, lecz musi to nastąpić na piśmie i z jasnym wskazaniem, po czyjej stronie jest racja.
Aleksander stwierdził również, że w obecnej chwili nie podjął jeszcze żadnych kroków sprzecznych z zasadami obowiązującego sojuszu, ale wierzy w słuszność swojej sprawy i jeżeli zostanie zaatakowany, będzie się bronił. Na zakończenie Car rozłożył mapę Rosji i wskazując na dalekie krańce swojego imperium, rzekł:
- Jeżeli Cesarz zdecyduje się na wojnę, w której los nie będzie nam sprzyjał, to żeby osiągnąć pokój będzie musiał dojść aż tutaj.
Potem jeszcze raz powtórzył, że nie dobędzie szpady jako pierwszy, ale z pewnością schowa ją jako ostatni.
Narbonne powiedział mi, że ilekroć Aleksander rozmawiał z nim na ten temat, zawsze zachowywał opanowanie i spokój; podczas swego pobytu w Wilnie wyrażał się bez goryczy w głosie nawet o Napoleonie. O mnie natomiast wypowiadał się zawsze z szacunkiem i życzliwością. Wydawało mi się, że Narbonne był zadowolony z tego, co usłyszał od Cara i że został przekonany o słuszności jego słów. Dodał, że Napoleon był wstrząśnięty jego relacją, chociaż nadal rozwodził się na temat "obłudy Aleksandra" i jak zwykle wyliczył wszystkie krzywdy, jakich doznał z jego strony.
Do Drezna przybył król Prus i pruski następca tronu, których Cesarz chciał przyjąć właśnie tutaj, aby utrwalić w oczach opinii publicznej wrażenie pojednania, gwarantujące mu życzliwość, wsparcie i oddanie pruskiego korpusu. Niektórzy obawiali się, że Bonaparte niezbyt dobrze potraktuje króla, jako że nie przepadał za nim, mówiąc zwykle o władcy Prus: "To feldfebel i głupiec". Jednak gdy Cesarz kogoś potrzebował, umiał mu okazać przychylność - a obecnie miał interes w przekonaniu króla, iż zamierza włączyć go w ramy francuskiego systemu politycznego i nie ma wobec niego żadnych ukrytych planów. Ostatecznie zarówno pruski władca, jak i jego następca tronu wyjechali z Drezna bardzo zadowoleni ze sposobu, w jaki ich przyjęto i potraktowano.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

PRZYPISY:

1. Etienne Maria de Nansouty (1768-1815) - hrabia, francuski generał, koniuszy Napoleona od 1808 r.

2. Rozmowa w Loo miała miejsce prawdopodobnie 27 lub 28 października, a rozmowa w Paryżu odbyła się na dwa dni przed opisywaną dyskusją Coulaincourta z Durocem, tzn. w lutym 1812 r.

3. Napoleon miał podstawy, by podejrzewać Talleyranda o przejście na stronę wrogów. Caulaincourt był pod jego silnym wpływem.

4. Rezultatem negocjacji było zawarcie porozumienia z Prusami (24 lutego 1812 r.) i z Austrią (14 marca 1812 r.).

5. Rozmowa ta miała miejsce 15 sierpnia 1811 r.

6. Chodzi o wiosnę 1812 r.

7. Na podstawie dekretu z 5 sierpnia 1810 r. kolonialne produkty wwiezione w ładowniach neutralnych lub posiadających licencje statków, mogły być "swobodnie sprzedawane" po uiszczeniu opłaty celnej w wysokości 50% ich ceny.

8. Chodzi o marzec 1812 r.

9. Napoleon ma na myśli trzecią żonę księcia Kurlandii Piotra Birona - Annę Karoline Dorotę (17611821), która była kochanką Talleyranda i zarazem jego dyplomatycznym agentem.

10. Diuk Bassano.

11. Dominik de Pradt ( 1759-1837) - arcybiskup Malines, 24 maja 1812 r. został ambasadorem w Warszawie.

12. Aluzja do kalectwa Talleyranda, z powodu którego nazywano go "Kulawym Diabłem".

13. Jan Baptiste Juliusz Bernadotte (1764-1844) - francuski dowódca, marszałek (1804 r.), książę Ponte - Corvo (1806 r.), szwagier Józefa - starszego brata Napoleona. W 1810 r. został usynowiony przez króla szwedzkiego Karola XIII i w 1818 r. wstąpił na szwedzki tron przyjmując imię Karola XIV Jana.

14. Andreossy, Antoni Franciszek (1761-1828) - francuski generał i dyplomata, aktywny uczestnik przewrotu 18 brumaire'a. W kwietniu 1812 r. został mianowany francuskim ambasadorem w Turcji. Napoleon udawał, że jest niezadowolony z opóźnienia jego wyjazdu do Konstantynopola, ponieważ nie chciał zawczasu demaskować swoich zamiarów przed rosyjskim dworem, dlatego też odpowiednie pełnomocnictwa wydał dyplomacie dopiero w chwili, kiedy sam opuszczał Francję. Nakazał mu, żeby zatrzymał się w Laibach (do 1918 r., obecnie Lubljana, stolica Słowenii), dokąd sam przyjechał 8 czerwca. Cesarz uważał, że w umowie zawartej z Austrią - w punktach dotyczących Turcji - dał do zrozumienia, jakie są jego faktyczne zamiary wobec niej. Pokój rosyjsko-turecki został podpisany 28 maja 1812 r. w Bukareszcie. Rosja ratyfikowała go 23 czerwca, a Turcja dopiero 14 lipca. Zgodę na dalsze kontynuowanie podróży do Konstantynopola Andreossy otrzymał dopiero pod koniec czerwca. Śpieszył się, ale nie zdążył przybyć do Konstantynopola przed 25 lipca. Tymczasem rosyjski gabinet zaczął działać bardzo zdecydowanie: 20 lipca w miejscowości Wielikije Łuki podpisał zaczepno-obronny traktat z przedstawicielami hiszpańskich Kortezów, którzy stanęli na czele powstania przeciwko francuskiej okupacji.

15. Narbonne-Lara, Louis (1755-1813) hrabia, były minister Ludwika XVI; za czasów Cesarstwa generał-adiutnat Napoleona, był wysłannikiem w Monachium i ambasadorem w Wiedniu.

16. Metternich, Klemens Lothar Wenzel (1773-1859) - książę, austriacki mąż stanu, od 1809 r. przez 38 lat sprawował funkcję Ministra Spraw Zagranicznych, od 1821 r. - Kanclerz. Główny inspirator Świętego Przymierza. Odegrał znaczącą rolę podczas negocjacji koalicji z Napoleonem w latach 1813-1814. Po Rewolucji 1848 r. zmuszony był uciec do Anglii. Po powrocie do Austrii nie odgrywał już żadnej znaczącej politycznej roli.

17. Diuk Istrii - Jan Baptiste Bessiéres (1768-1813) marszałek Francji (1804 r.), jeden z najlepszych dowódców wojsk napoleońskich, zginął w bitwie pod Lützen.

18. Franciszek II Habsburg (1768-1835) - Cesarz Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego (1792-1806) aktywny uczestnik antyfrancuskich koalicji z czasów Rewolucji i I Cesarstwa. Po likwidacji Cesarstwa Rzymskiego przez Napoleona zrzekł się tytułu i został cesarzem Austrii. W 1810 r. jego córka, Maria Ludwika, wyszła za mąż za Napoleona.

19. Schwarzenberg, Karol Filip (1771-1820) - książę, austriacki feldmarszałek. Stał na czele austriackiego kontyngentu biorącego udział w wojnie z Rosją w 1812 r. W latach 1813- -1814 był głównodowodzącym sił koalicji antyfrancuskiej, jednak zachowywał ostrożność i zwlekał z marszem na Paryż. Do francuskiej stolicy wkroczył u boku Aleksandra I 31 marca 1814 r.

20. Sprawa dotyczy deklaracji, którą książę Kurakin przekazał francuskiemu rządowi 30 kwietnia, a w której Minister Spraw Zagranicznych Rumiancew podkreślał racje Rosji i wskazywał, że francuskie żądanie, by Rosja tłumaczyła się przed Francją, jest kpiną.

 

3. Na Moskwę


Wyjazd z Drezna - Gdańsk - Król Neapolu - Przeprawa przez Niemen - Rozmowy z Cesarzem: jego rozmyślania o nowej kampanii - Kowno - Wilno - Bałaszow - Burzliwa scena z udziałem Cesarza - Witebsk - Rozdrażnienie Cesarza - Smoleńsk - Walutyna Góra - Moskwa - Na przedpolach Moskwy.

Z Drezna Cesarz wyjechał 29 maja. Cesarzowa przebywała w tym czasie w Pradze, gdzie zamierzała spędzić trochę czasu w towarzystwie przedstawicieli austriackiego dworu. Napoleon zatrzymał się w Głogowie tylko na jedną noc. Do 1 czerwca był w Poznaniu, od 2 do 6 - w Toruniu, od 7 do 10 - w Gdańsku, 11 w Malborku, od 12 do 16 w Królewcu, 17 czerwca w Insterburgu1, od 18 do 21 w Gąbinie2, 21 w Wyłkowyszkach, 22 w Nowogródku, a 23 czerwca rozbił swój namiot nad brzegiem Niemna.
Zatrzymam się na pobycie Cesarza w Gdańsku, ponieważ znajdowała się tam duża wojskowa baza zaopatrzeniowa, w której od dwóch lat wszystko przygotowywano i organizowano. Gdańsk cieszył się szczególnym zainteresowaniem Jego Wysokości, ponieważ podczas nadchodzącej kampanii miał on zapewnić jego armii wszystko, co niezbędne. Tutaj też oczekiwał Król Neapolu, który - rzekomo ze względu na austriackiego cesarza - nie otrzymał pozwolenia na przyjazd do Drezna. W rzeczywistości, mając na uwadze fakt, że Italia wciąż pozostawała wierna jego teściowi, Napoleon twierdził, iż nie chciał, aby radość cesarza ze spotkania z córką została zmącona widokiem kogoś wywołującego tak przygnębiające wspomnienia. Stanowiło to jednak tylko pretekst: Cesarz - jak sam mawiał podczas nieoficjalnych spotkań - nie życzył sobie, aby między Muratem a Austriakami doszło do zacieśnienia stosunków, które za sprawą królowej i Metternicha były jego zdaniem i tak zbyt bliskie3.

Borodino



- Jeżeli cesarz Austrii - mówił Napoleon - potraktuje dobrze Murata, to uderzy mu to do głowy, a wtedy z pewnością nagada wiele głupstw.
Stosunki między Napoleonem a Królem Neapolu były bardziej niż chłodne, więc zakaz przyjazdu do Drezna tylko zwiększył niezadowolenie Murata. Tymczasem Cesarz słusznie mu wypominał, że zbyt często narusza porządek na neapolitańskim wybrzeżu - z tego powodu ciskał na niego gromy, zarówno w listach, jak i podczas spotkań. Ponieważ jednak Murat był mu teraz potrzebny, wypadało poprawić wzajemne stosunki. Napoleon w pełni zdawał sobie sprawę ze swej władzy nad tym człowiekiem o słabym charakterze, który mimo żywionej urazy nadal lubił Cesarza. Już podczas pierwszej rozmowy udało im się osiągnąć całkowite porozumienie, chociaż jeszcze tego samego dnia rano Bonaparte powtarzał to, co mówił już przed wyjazdem do Paryża, a mianowicie, że Murat chyba zapomniał, że jest Francuzem i że to właśnie on - Cesarz - zrobił go Królem Neapolu. Ten zaś ze swej strony utyskiwał, że jest władcą tylko tytularnym i musi poświęcić dobro własnego narodu w imię tego, co Cesarz nazywa interesem Europy i Francji. Zaiste, kiedy te poglądy zostały przedstawione Cesarzowi, zdenerwowały go one jeszcze bardziej niż informacje o przemycie.
Pierwsze słowa, z którymi Cesarz Napoleon zwrócił się do gubernatora Gdańska, Jana Rappa, brzmiały:
- Co wasi kupcy robią ze swoimi pieniędzmi? Zaczyna się wojna. Teraz ja się nimi zajmę.
Podczas poobiedniej rozmowy Cesarz poinformował Rappa, Króla Neapolu oraz kilka innych osób, że Prusacy, a nawet Austriacy współdziałają z nami, a tego Aleksander się nie spodziewał, więc pewnie teraz jest tym faktem bardzo zakłopotany - choć ostatecznie sam jest sobie winien. Jeśli jednak Car za wszelką cenę nie chce wojny, to jeszcze może jej zapobiec, a powinno się to wyjaśnić w ciągu kilku najbliższych dni. Łatwo można się domyśleć, że zostało to powiedziane tylko po to, by słowa Cesarza dotarły tam, dokąd chciał by dotarły. Natomiast jego prawdziwe zamierzenia wyrażone zostały w zacytowanych powyżej słowach, z jakimi - w obecności mojej i kilku innych jeszcze osób - zwrócił się do gdańskiego gubernatora.
Wieczorem, a także następnego dnia, Cesarz wciąż żalił mi się na Króla Neapolu twierdząc że żaden już z niego Francuz, i że zapomniał o swych powinnościach zarówno wobec ojczyzny, jak i swojego dobroczyńcy. Murat z kolei skarżył się Berthierowi4, Durocowi i mnie, że Bonaparte nie tylko dał mu godność "zaledwie wicekróla", ale zarazem uczynił z niego ciemiężyciela własnego narodu. Podczas audiencji przedstawiciele władz miejskich narzekali na zbyt wysokie podatki. Cesarz - mając nadzieję, że ich to ucieszy - oznajmił, że zachowa Gdańsk i przyłączy go do Wielkiego Imperium. Ja jednak sądzę, że Napoleon powiedział to przede wszystkim po to, by jego słowa zostały powtórzone w Berlinie i Petersburgu.
W obecności innych Cesarz traktował Murata zupełnie dobrze. Następnie jednak odciągnął go na stronę (z pewnością po to, aby przeszkodzić mu w skargach) i zaczął go besztać, wyładowując na nim swą złość. Długo utyskiwał na jego niewdzięczność, by wreszcie pod koniec rozmowy, jak to później określił, "odegrać komedię gniewu i tkliwości".
- Wobec tych włoskich pantaloni5 należy uciekać się do takich właśnie środków - komentował później Napoleon. - Murat ma dobre serce i w głębi duszy kocha mnie bardziej niż swoich lazzaroni6. Kiedy mnie widzi jest mój, lecz za plecami, jak wszyscy ludzie bez charakteru, łasi się do pochlebców. Gdyby przyjechał do Drezna, próżność i osobiste interesy zmusiłyby go do popełnienia wielu głupstw, aby tylko przypodobać się Austriakom. Jego żona jest ambitna i wbiła mu do głowy tysiące bezsensownych pomysłów: chce rządzić całą Italią. To marzenie przesłoniło mu nawet chęć zostania królem Polski. Posadzę tu Hieronima7 i stworzę mu wspaniałe królestwo, jednak on też powinien jakoś się wykazać, bo Polacy lubią chwałę. Tymczasem Hieronim ceni tylko rozrywki, kobiety, defilady i uroczystości. Moi bracia mi nie pomagają - kontynuował. - Od panujących dynastii przejęli tylko głupią próżność, nie wyróżniają się żadnymi talentami, brak im energii. Sam muszę nimi kierować. Gdyby nie ja, balowaliby i budowali kolejne pałace, a ich kochanki i faworyci bogaciliby się kosztem doprowadzanych do ruiny biednych Westfalczyków. Moi bracia myślą tylko o sobie. W tym kontekście to właśnie ja stanowię dla nich dobry przykład. Jestem monarchą narodowym, gdyż nie szczędzę pieniędzy na rozwój sztuki i na to, żeby zostawić po sobie wspaniałą spuściznę, pożyteczną dla narodu. Nikt mi nie powie, że obdarowuję faworytów i kochanki. Nagradzam tylko za zasługi wobec ojczyzny i za nic więcej - zakończył Cesarz.
W Toruniu dogoniliśmy obóz i Kwaterę Główną; następnego dnia po naszym przybyciu wszyscy - w tym również Gwardia - skierowali się do Insterburga. Tam właśnie dogonił ją Napoleon, a następnie ruszył w ślad za nią na Kowno, przez Gąbin - Stołupiany - Wyłkowyszki, potem zaś leśną drogą, zostawiając po prawej stronie Mariampol. Zabezpieczające przemarsz wojska prezentowały się wspaniale i witały Cesarza z prawdziwym entuzjazmem. Szczególnie I. Korpus wyróżniał się imponującą postawą i wyszkoleniem. Jego oddziały, zestawione z najlepszych garnizonów i doskonale przygotowane, mogły z powodzeniem współzawodniczyć z Gwardią - była to zdrowa i pełna zapału młodzież. Żołnierze I. Korpusu mieli w tornistrach zapasy żywności na dwa tygodnie.
Do straży przedniej przydzielano zdunów, dzięki czemu znajdujący się już nad brzegiem Niemna książę Eckmühl wybudował tam piekarnię, która zaopatrywała w chleb przybywające kolejno oddziały. O świcie Cesarz dotarł do leżącego w odległości jednej ligi od Niemna i Kowna sztabu księcia i rozkazał natychmiast przeprowadzić rozpoznanie najbliższej okolicy oraz rzeki. Wrócił dopiero wieczorem, przez dwie godziny wydawał rozkazy, po czym znowu wsiadł na konia, aby w świetle księżyca dokładnie zbadać brzeg rzeki i wytyczyć miejsce przeprawy. Wszyscy bez wyjątku musieli trzymać się w pewnej odległości od tego miejsca, aby nie zwrócić na siebie uwagi rosyjskich konnych patroli, które mogły znajdować się na drugim brzegu. Cesarz oglądał brzeg w towarzystwie generała saperów Haxo. Rankiem, aby nie rzucać się w oczy, założył wojskowy płaszcz, który wziął od jednego z polskich żołnierzy.
Zakończywszy rozpoznanie, podjechał do grupy sztabowców, aby jeszcze raz wskazać miejsca, w których wojska będą mogły zająć dogodne pozycje. Gdy Cesarz akurat galopował po polu, spod nóg jego wierzchowca wyskoczył zając. Koń lekko odskoczył w bok i Napoleon, który nie był najlepszym jeźdźcem, spadł na ziemię - podniósł się jednak tak szybko, że nawet nie zdążyłem do niego podbiec. Dosiadł ponownie konia nie powiedziawszy ani słowa. Ponieważ grunt był dość miękki, Cesarz tylko lekko stłukł sobie biodro. Pomyślałem sobie wtedy, że ten upadek to zły znak. Jak się okazało, nie byłem w tym odosobniony. Będący świadkiem zdarzenia książę Neuchâtel szturchnął mnie w ramię i powiedział:
- Byłoby o wiele lepiej, gdybyśmy nie przeprawiali się przez Niemen. Ten upadek to zła wróżba.
Cesarz, który z początku zachowywał głębokie milczenie i widocznie oddawał się nie mniej wesołym rozmyślaniom, zaczął nagle żartować z tego incydentu. Jednak na przekór jego staraniom i tak wyczuwało się, że jest w podłym nastroju. W innych okolicznościach ponarzekałby może na konia lub na swego koniuszego. Tym razem jednak starał się ostentacyjnie okazywać dobry humor i robił co mógł, żeby odpędzić od siebie myśli, które przychodziły do głowy każdemu z nas. Cóż, w obliczu rozstrzygających okoliczności, w przededniu wielkich wydarzeń, ludzie bywają przesądni. Wszyscy myśleli teraz o tym upadku i z twarzy niektórych sztabowców można było wyczytać że Rzymianie, którzy wierzyli w znaki losu, nie przeprawialiby się teraz przez Niemen. Kiedy wojska Napoleona realizowały jakieś poważne przedsięwzięcia, ich wódz bywał wesoły i ożywiony - teraz jednak Bonaparte przez cały dzień zachowywał powagę i widać było, że jest zatroskany.
Ponieważ już kilka dni wcześniej przerwana została łączność, nie było wiadomo, co dzieje się na drugim brzegu rzeki.
Książę Eckmühl, sztab generalny oraz wszyscy pozostali skarżyli się, że jak do tej pory nie udało się uzyskać żadnych informacji o sytuacji - żaden zwiadowca nie powrócił z drugiego brzegu, na którym pojawiło się kilka kozackich patroli. Za dnia Cesarz przeprowadził przegląd wojsk, a potem jeszcze raz zajął się rozpoznaniem. Tymczasem korpusy prawego skrzydła wiedziały o ruchach nieprzyjaciela nie więcej niż o własnych. Niczego nie było wiadomo o pozycjach Rosjan. Martwiliśmy się, że nie powrócił jeszcze żaden patrol zwiadu, co bardzo denerwowało Napoleona. Tymczasem dotarły wieści z Mariampola, że rosyjska armia wycofuje się i przed nami są już tylko Kozacy. Cesarz doszedł do wniosku, że Rosjanie koncentrują siły w Trokach, aby bronić Wilna.
Po obiedzie Cesarz wezwał mnie do siebie i zapytał, jak to było z tym jego upadkiem z konia - przecież nic mu się nie stało, a poza tym sam szybko się podniósł, więc nie spodziewał się, że ktokolwiek coś zauważy. Tym bardziej, że wszystko działo się w nocy. Potem zaczął zadawać mi różne pytania dotyczące Rosji: pytał, jak żyją jej mieszkańcy, rozpytywał o zapasy znajdujące się w miastach i wsiach, o stan dróg. Bonapartego interesowało też, czy rosyjscy chłopi są zdolni by - tak jak Hiszpanie - chwycić za broń i zorganizować partyzantkę, oraz czy sądzę, że rosyjska armia wycofała się, by oddać bez walki Wilno. Widać było, że bardzo chce stoczyć pierwszą bitwę. Przytaczał szereg argumentów dowodzących, że rosyjska armia - wbrew doniesieniom z Mariampola - nie mogła się wycofać oddając bez walki stolicę Litwy, a co za tym idzie - wschodnią część Polski. Rosjanie nie mogliby tego zrobić choćby dlatego, aby nie okryć się hańbą w oczach Polaków - uważał Cesarz. Był ciekaw mojego poglądu na ten temat.
Odparłem, że nie wierzę w rozstrzygające bitwy i sądzę, o czym nie raz już mu mówiłem, że Rosjanie mają wystarczająco duże terytorium, aby odstąpić mu sporą część choćby po to, by znalazł się jak najdalej od Francji i zmusić tym samym do rozciągnięcia swoich sił.
- Ale w takim wypadku - ożywił się Cesarz - ja dostaję Polskę, a Aleksander na zawsze kompromituje się w oczach Polaków, oddając ją bez walki. Odstąpić mi Wilno - oznacza stracić Polskę.
Dużo mówił teraz o przegrupowywaniu wojsk i ich szybkim przemarszu, po czym doszedł do wniosku, że rosyjskie korpusy nie obronią swych obozów i artylerii. Uważał, że w wielu z nich zapanuje chaos, wobec czego nie uda im się uciec przed jego szybką ofensywą. Zaczął obliczać, ile czasu zajmie mu dojście do Wilna i zarzucał mnie pytaniami - zupełnie jakbym już kiedyś podróżował tą drogą i jakby chodziło teraz o możliwość dojechania do miasta pocztowym transportem.
- W niespełna dwa miesiące Rosja poprosi o pokój - twierdził Bonaparte. - Bogaci mieszczanie będą wystraszeni, a wielu z nich zostanie zrujnowanych. Car znajdzie się w trudnej sytuacji, ponieważ tak naprawdę Polska mało obchodzi Rosjan i nie mają ochoty popadać z jej powodu w biedę.
Żeby nie narazić się na sprzeciw z mojej strony, Cesarz szybko zadawał pytania, po czym równie szybko sam na nie odpowiadał, by sprawić wrażenie, że powala mnie swoimi argumentami. Co chwilę pytał też, czy nie podzielam aby jego zdania, nie dając mi jednocześnie możliwości wypowiedzenia się.
Kiedy skończył, wciąż milczałem - i to go rozzłościło. Wszak chciał otrzymać odpowiedź, która potwierdzałaby słuszność jego racji. Odparłem w końcu, że mogę tylko przytoczyć to, co powiedział mi Car Aleksander:
"Oddaję sprawiedliwość wielkiemu, wojennemu talentowi Cesarza i do ostatniej chwili będę unikać bezpośredniej walki; lecz jeśli Rosjanie zostaną pobici, to wówczas wezmą przykład z Hiszpanów, którzy często przegrywali bitwy, nie będąc jednakże ani zwyciężeni, ani ujarzmieni. Inne kraje zgubił brak cierpliwości; ja nie będę strzelał pierwszy i wolę raczej wycofać się aż na Kamczatkę, niż oddać swoje gubernie lub ponosić ofiary, które nie dadzą nic, prócz chwilowego wytchnienia". Cesarz pożegnał się ze mną, ale nic nie odpowiedział.
Nocą przeprawiła się przez Niemen dywizja Moranda8, a w ślad za nią poszły inne oddziały, ponieważ już wcześniej zostały ściągnięte nad rzekę pontonowe mosty. Operacja została przeprowadzona w ciągu kilku godzin i bez żadnych przeszkód ze strony nielicznych patroli kozackich krążących na drugim brzegu. Na wystrzały oddane w ich stronę Kozacy odpowiedzieli dopiero wtedy, gdy nasze oddziały weszły do najbliższej wsi po tamtej stronie Niemna.
Rankiem, kiedy tylko pierwsza dywizja zajęła pozycje na drugim brzegu, przez rzekę przeprawił się także Cesarz9, który wydawał się, być bardzo zdziwiony faktem, iż stacjonująca pod Wilnem armia rosyjska, wycofała się już trzy dni temu. Trzeba było pokazać mu cały plik meldunków i przyprowadzić przybyłych stamtąd ludzi, by w końcu uwierzył w te doniesienia. Podążając za przednią strażą w odległości nie większej niż dwie ligi, Napoleon zwiększył tempo marszu całej armii, wypytując o oddziały wroga wszystkich napotkanych mieszkańców, lecz nie uzyskał żadnych konkretnych informacji. We wszystkie strony zostali teraz rozesłani Polacy.
Cesarz wrócił do Kowna, zwiedził miasto i jego okolice, a potem do wieczora zajęty był organizowaniem pospiesznej przeprawy kilku pływaków przez Wilię oraz przerzucaniem mostu dla korpusu, który miał operować na drugim brzegu. Wśród 200 ochotników, którzy przepłynęli rzekę znalazł się również pułkownik Guéheneuc10. Zostawiwszy na brzegu swój pułk lekkiej piechoty, w pełnym rynsztunku i konno rzucił się on do rzeki, żeby ratować porwanego przez nurt ułana. Cesarz był zdania, że czyn ten byłby godzien pochwały gdyby dokonał go prosty żołnierz, ale stanowczo nie wypadało robić tego dowódcy pułku tuż pod nosem nieprzyjaciela. Cesarz nocował w rosyjskim klasztorze oddalonym o ćwierć ligi od Kowna. Pozostał tam do 26 czerwca, żeby przygotować wszystkie rozporządzenia i przyśpieszyć zarówno przemieszczanie się wojsk we wszystkich kierunkach, jak i przeprawę przez Niemen. Kiedy zorientował się, że wycofująca się armia rosyjska utworzyła na całej linii bardzo rozciągnięty front, doszedł do wniosku, że lewe skrzydło, znajdujące się pod dowództwem Bagrationa11, będzie miało problem z połączeniem się z głównymi siłami ze względu na znaczną odległość.
- Wykorzystam to - zapowiedział Cesarz - jeżeli nie dojdzie do starć pod Wilnem.
Chciał, żeby wszyscy gnali jak na skrzydłach. 27 czerwca przenocował w Owsianiszkach, a 28 o 9 rano przybył do Wilna. Pośpieszny pochód przy braku składów z żywnością doprowadził do wyczerpania zapasów, spustoszone zostały też wszystkie znajdujące się na drodze marszu osady. Przednia straż jeszcze miała co jeść, podczas gdy reszta armii umierała z głodu. W wyniku przeciążenia, braku obroku i bardzo zimnych, nocnych deszczy, padło nam 10 000 koni. Podczas przemarszu zmarło też wielu żołnierzy Młodej Gwardii. Przyczyną był chłód, przemęczenie i braki w zaopatrzeniu. Dowódcy oczekiwali, że młodzi żołnierze będą rywalizowali z oddziałami zahartowanymi w pokonywaniu wojennych trudów i niebezpieczeństw - okazało się jednak, że poborowi nie wytrzymują obciążeń tego nierozsądnego skądinąd zrywu.
Tymczasem książę Eckmühl wspierający czoło wojsk Murata oznajmił, że do jego sztabu przybył z misją do Cesarza pełniący funkcję carskiego generał-adiutanta generał dywizji Bałaszow12. Książę otrzymał rozkaz zatrzymania go pod byle pretekstem, Napoleon wezwał go do siebie dopiero po trzech dniach od swojego przyjazdu do Wilna. W międzyczasie nasza awangarda stoczyła z nieprzyjacielem dwie potyczki w odległości zaledwie kilku lig od Wilna. Kawalerzyści nie mieli jednak szczęścia, a kapitan lekkiej jazdy Ségur13 dostał się wówczas do niewoli.
Cesarz zjawił się w mieście bez zapowiedzi. Wilno wydawało się zupełnie opustoszałe: kilku Żydów i nieliczni przedstawiciele gminu - oto kogo można było zobaczyć na ulicach tego tak zwanego zaprzyjaźnionego kraju, który przez naszą wycieńczoną i nie otrzymującą żołdu armię traktowany był teraz gorzej niż ziemie wroga. Napoleon nie zatrzymał się w mieście. Obejrzał most, okolicę i podpalone przez nieprzyjaciela magazyny, które wciąż jeszcze się tliły. Rozkazał, aby natychmiast naprawiono most oraz wzniesiono zewnętrzne umocnienia, po czym zawrócił i zajechał do pałacu. Choć powszechnie wiedziano o przyjeździe Bonapartego, a poza tym znajdował się tam już cały jego dwór, sztab i Gwardia, mieszkańcy pałacu nie okazali Cesarzowi najmniejszego entuzjazmu, ani nawet zainteresowania, nie pojawili się nawet liczni w takich okolicznościach gapie. Wszystko to wyglądało dość ponuro. Cesarz był tak zdumiony, że wchodząc do gabinetu nie mógł powstrzymać się od uwagi:
- Tutejsi Polacy wcale nie są tacy, jak ci w Warszawie.
Dowodem słuszności tego spostrzeżenia był panujący w mieście powszechny bałagan, a także fakt, że tutejsi Polacy - zadowoleni ze sprawowanej przez Rosjan władzy - nie chcieli jakichkolwiek zmian. Poza tym Rosjanie byli wciąż stosunkowo blisko14 i do tej pory nie doszło jeszcze do żadnego decydującego starcia. Do Cesarza dotarły już wiarygodne informacje o wycofywaniu się wroga - był dość zdziwiony zarówno faktem, że Rosjanie bez walki oddali mu Wilno, jak i tym, że tak szybko udało im się umknąć. Utrata nadziei na wielką bitwę u wrót Wilna była dla niego niczym cios w samo serce. Bonaparte pocieszał się jednak myślą, że książę Eckmühl będzie miał z pewnością więcej szczęścia w trakcie pościgu za Bagrationem i że jego kierujące się ku Dźwinie korpusy dopadną lewego skrzydła rosyjskiej armii. Oficerom przybywającym z różnych oddziałów zadawał jedno pytanie: "Ilu jeńców wzięto?" Potrzebne mu były trofea mogące podnieść na duchu Polaków - niestety, nikt mu ich nie dostarczał. Diuk Bassano i książę Sapieha15 starali się wprawdzie organizować fundamenty nowego państwa i tchnąć w nie ducha polskości, jednak ich patriotyczne odezwy nie spotkały się z oczekiwanym odzewem miejscowej ludności. Grabieże i rozboje dokonywane przez armię spowodowały, że okoliczne wsie opustoszały, a pozostali w mieście w ogóle nie wychodzili z domów. Żadne starania przybyłych razem z armią Polaków nie przynosiły tu rezultatów. Nikt nie chciał się wychylać - nawet wzywani w imię Cesarza mieszkańcy pozostawali bierni. Niezadowolenie dodatkowo potęgowały dokonywane przez armię rozboje. W Wilnie brakowało dosłownie wszystkiego i już po czterech dniach żywności trzeba było szukać bardzo daleko od miasta. Wciąż rosła liczba dezerterów. Srogie wyroki wydane przez sąd wojenny skłoniły niektórych do powrotu, ale dopóki trwała przeprawa i tak nie udało się przywrócić dyscypliny ani porządku.
Cesarz postanowił teraz wezwać Bałaszowa do Wilna. Jego misję Cesarska Mość potraktował jako swój sukces. Chcąc podbudować morale Polaków, Napoleon starał się przedstawić przybycie carskiego posła jako dowód jego uległości. O przyjeździe Bałaszowa dowiedziałem się dopiero od księcia Neuchâtela. Opowiedział mi on również wszystko, co wiedział na temat tej misji - od tej pory nie oczekiwaliśmy po niej niczego, co mogłoby sprzyjać zawarciu pokoju. Cesarz powiedział:
- Mój Brat Aleksander, który tak hardo obchodził się z Narbonnem, chciałby już zakończyć sprawę. Boi się. Moje manewry zbiły Rosjan z tropu, już niebawem będą leżeć u mych stóp.
Z jednej strony Napoleon był zadowolony z tego, że znajduje się w Wilnie, bardzo też pragnął cieszyć się z sukcesu, na który być może już nie miał nadziei. Przypuszczał, że rysuje się teraz możliwość zawarcia korzystnego porozumienia. Jednocześnie Cesarza nie opuszczały troski, przeważnie był, można by rzec - posępny. Kilka słów, które mu się wyrwały, świadczyło, iż rozwiały się iluzje, którymi żył do tej pory. Wycofywanie się Rosjan bez walki, straty rosnące od momentu przekroczenia Niemna, ofiary poniesione w czasie podejścia do Wilna, a przede wszystkim przygnębiający obraz kraju, wzbudziły w nim myśli jakże różne od mrzonek, które tak długo w sobie pielęgnował.
Cesarz był jednak wielkim człowiekiem, który nie cofał się przed trudnościami. Wprost przeciwnie: kłopoty nie zbijały go z tropu, a mobilizowały. Obwieścił więc wszem i wobec odpowiedź, jaką szykował dla Bałaszowa, a która okazała się dla nas zupełnym zaskoczeniem. Napoleon stwierdził mianowicie, że prowadzi z Rosją wojnę polityczną, a ponieważ nie żywi do Cara Aleksandra żadnej urazy, postara się dobrze przyjąć jego adiutanta.
Bałaszow przywiózł list od Aleksandra, lecz polecono mu także, aby ustnie przekazał jego treść: miał mianowicie zapytać o motywy zerwania pokoju i powody najazdu bez wypowiedzenia wojny. Rosyjski poseł poinformował o możliwości zaprzestania działań wojennych - jako że Rosji nic nie było wiadomo na temat jakichkolwiek nieporozumień z Francją - pod warunkiem, że Napoleon w oczekiwaniu na pertraktacje wycofa się za Niemen. Niektórzy, wtajemniczeni w szczegóły tej propozycji, podejrzewali, że tempo, z jakim posuwała się nasza armia, doprowadziło do dezorganizacji rosyjskich planów wojennych, a znajdujący się w kłopotliwej sytuacji i tracący nadzieję na połączenie się jeszcze przed Dźwiną z oddziałami Bagrationa Car postanowił zatrzymać naszą ofensywę pod pozorem jakichkolwiek pertraktacji. Powtarzam tylko to, co Cesarz otwarcie powiedział w obecności księcia Neuchâtel, diuka Istrii, mojej i zdaje się Duroca:
- Aleksander kpi sobie ze mnie. Przecież on dobrze wie, ze nie po to wkroczyłem do Wilna, aby negocjować z nim umowy handlowe. Jestem tu, aby raz na zawsze skończyć z tym barbarzyńskim kolosem Północy. Szpada została już dobyta. Trzeba ich zapędzić jak najdalej w ich lody, aby przez najbliższe 25 lat nie byli w stanie mieszać się w sprawy cywilizowanej Europy. Nawet za czasów Katarzyny Rosjanie prawie nie odgrywali żadnej roli w życiu politycznym Europy. Z cywilizacją zetknęli się dopiero przez rozbiór Polski. Nadszedł więc teraz czas, aby Polacy pokazali im, gdzie ich miejsce. A może to bitwa pod Austerlitz, Friedlandem czy choćby pokojowe porozumienie z Tylży usprawiedliwiają pretensje mojego brata Aleksandra? Trzeba wykorzystać okazję i pozbawić Rosjan chęci wtrącania się w niemieckie sprawy. Niech sobie wpuszczają Anglików aż do Archangielska, mogę się na to zgodzić, ale nie powinni mieć dostępu do Bałtyku. Dlaczego Aleksander nie dogadał się z Narbonnem albo z Lauristonem16, który był w Petersburgu, a którego Car nie życzył sobie przyjąć w Wilnie? Rumiancew do ostatniego dnia nie wierzył, że będzie wojna. Utwierdzał Aleksandra w przekonaniu, że przegrupowania naszych wojsk to tylko groźby i że ja jestem zbyt zainteresowany utrzymaniem pokoju z Rosją, aby decydować się na wojnę. Wydawało mu się, że mnie rozszyfrował i że jest politykiem bardziej przenikliwym niż ja. Teraz jednak Aleksander widzi że sprawa jest poważna, a jego armia rozbita; jest wystraszony i chce się pogodzić. A ja podpiszę pokój, ale dopiero w Moskwie. Nie życzę sobie, aby petersburski rząd uważał, że ma rację, złoszcząc się na mnie za moje poczynania w Niemczech, nie życzę sobie też, żeby rosyjski ambasador ośmielał się mi grozić, jeżeli nie ewakuuję się z Gdańska. Wszystko w swoim czasie. Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy Katarzyna dzieliła Polskę, chwiejny Ludwik XV drżał ze strachu w Wersalu, a caryca zachowywała się tak, że wychwalały ją wszystkie paryskie plotkary. Po spotkaniu w Erfurcie Aleksander zrobił się zbyt zarozumiały, a już zdobycie Finlandii zupełnie przewróciło mu w głowie. Jeżeli potrzebne mu są zwycięstwa, to niech się wyprawi na Persów, ale nie miesza się w sprawy Europy. Cywilizacja odrzuca tych dzikusów z Północy. Europa obejdzie się bez nich - podsumował Bonaparte.
Bałaszow został przez Cesarza podjęty obiadem17, na który zaproszono również księcia Neuchâtel, diuka Istrii i mnie. Byłem bardziej niż zdziwiony zaszczytem który mnie spotkał, jako że Cesarz już dawno odzwyczaił mnie od swoich względów. Napoleon traktował Bałaszowa wręcz przyjacielsko i bardzo dużo z nim rozmawiał. Podczas poobiedniego spotkania Jego Cesarska Mość zwracając się do mnie powiedział:
- Car Aleksander bardzo dobrze traktuje ambasadorów. Sądzi zapewne, że polityka to wymiana uprzejmości. A z Caulaincourta zrobił Rosjanina.
Zabrzmiało to jak zarzut. Zwykle nie zwracałem uwagi na przytyki, wiedząc, że rodacy którzy mnie znają, podzielają mój stosunek do tego typu uwag Jego Wysokości. Jednak tym razem poczułem się urażony, gdyż zabrzmiało to jakby Cesarz chciał "zarekomendować" mnie Carowi. Poczułem się tak dotknięty, że nie byłem w stanie powstrzymać się od riposty i z obrażoną miną zwróciłem się do Bonapartego:
- Jak Wasza Cesarska Mość może wątpić, czy jestem najprawdziwszym Francuzem? Wszak swoją zbytnią szczerością nie raz już to udowodniłem. Przychylność, jaką zaszczycał mnie Car Aleksander była przecież skierowana pod adresem Waszej Cesarskiej Mości i ja, pozostając Twym wiernym sługą, Sire, nigdy jej nie zapomnę.
Zauważywszy że jestem niezwykle wzburzony, Cesarz zmienił temat i wkrótce pożegnał Bałaszowa. Następnego dnia, tuż przed obiadem, Napoleon polecił mi ponownie spotkać się z rosyjskim generałem i przekazać mu, że otrzyma on konie, aby mógł wrócić do swoich; polecił mi także wraz z dowódcą sztabu ustalić trasę jego powrotu i przydzielić eskortę. Rozmawiałem z Bałaszewom nie dłużej niż minutę i poprosiłem go o przekazanie uszanowania Carowi.
Kiedy Bałaszow wyszedł, Jego Cesarska Mość powiedział mi żartem, że niepotrzebnie oburzyłem się przypuszczenie, jakobym stał się Rosjaninem; wszak była to z jego strony tylko uprzejmość, której celem było udowodnienie Aleksandrowi, że nie zapomniałem okazywanej mi życzliwości.
- Zamartwia się pan - dodał Cesarz - tym, co chcę uczynić pańskiemu przyjacielowi. Jego wojska nie mają odwagi zmierzyć się z nami, nie walczą już ani o honor Cara, ani nawet o honor swojego oręża. Nie upłyną dwa miesiące, jak rosyjscy wielmoże wymuszą na Aleksandrze, aby poprosił o pokój.
Do swoich tradycyjnych zarzutów Bonaparte dodał też kilka innych - po to tylko, żeby przekonać księcia Neuchâtel i diuka Istrii oraz dwóchtrzech obecnych przy rozmowie adiutantów, że jestem przeciwny tej wojnie i potępiam sposób postępowania Cesarza. Kilka razy powtórzył, że ze wszystkich wojen, jakie do tej pory prowadził, właśnie ta wojna jest najbardziej uzasadniona ze względów politycznych, że Rosja niczego nie zrobiła dla układu w Tylży i bardzo mało albo wręcz wcale mu nie pomogła podczas kampanii austriackiej. Zarzucił też Rosji, że wspiera angielski handel.
Napoleon udowadniał, że Austria popiera tę wojnę w nadziei, że dzięki niej odzyska swe nadmorskie prowincje w zamian za Polskę, która i tak nie ma dla niej większego znaczenia.
Zarzut że "jestem Rosjaninem" dotknął mnie jednak do żywego. Powiedziałem teraz Cesarzowi Francuzów, że zawsze mówiłem otwarcie co myślę i z pewnością jestem Francuzem w większym stopniu niż ci, którzy opowiadali niestworzone rzeczy tylko po to, aby mu się przypodobać i podjudzić do tej wojny. Moim obowiązkiem jest natomiast okazywanie szacunku swojemu władcy, dlatego też z pokorą znosiłem jego docinki na mój temat w obecności rodaków, wśród których cieszyłem się poważaniem, ale poddać w wątpliwość moją wierność i mój patriotyzm w obecności cudzoziemca - to już ewidentna obraza.
- Skoro już Wasza Cesarska Mość powiedział to głośno, to faktycznie - jestem dumny z tego, że zrobiłem wszystko, aby zapobiec tej wojnie, której od samego początku byłem przeciwny - stwierdziłem. - Z godnością także znoszę wszystkie nieprzyjemności, jakie mnie w związku z tym spotykają. Dawno już zauważyłem, że nie jestem tu mile widziany, dlatego proszę o odesłanie mnie do Francji. A ponieważ - dopóki wciąż trwa wojna - mimo wszystko nie mogę z honorem wrócić do ojczyzny, proszę powierzyć mi jakiekolwiek dowództwo w Hiszpanii i odprawić mnie tam choćby jutro.
Cesarz odpowiedział mi bardzo spokojnie:
- A któż to wątpi w pańską wierność? Doskonale zdaję sobie sprawę, że jest pan człowiekiem honoru, dlatego też odnoszę się do pana z szacunkiem. Przecież to były tylko żarty, jest pan zbyt drażliwy. Nie będę odnosił się do tego, co pan teraz powiedział, bo było to niedorzeczne. Ja jednak nie mogłem się uspokoić. Diuk Istrii ciągnął mnie za jedną połę, a Neuchâtel za drugą; obaj błagali, bym nie odpowiadał Cesarzowi który wciąż zachowywał cierpliwość. Zauważywszy jednak, że apele do mojego rozsądku są w tym momencie bezcelowe, udał się do swojego gabinetu, zostawiając mnie w towarzystwie dworzan którzy wciąż próbowali odwieść mnie od mojego zamiaru i uspokoić. Zupełnie straciłem głowę - w końcu poszedłem do siebie, wciąż z twardym postanowieniem wyjazdu. Położyłem się spać dopiero wtedy, kiedy doprowadziłem się do porządku i przygotowałem do podróży.
Na drugi dzień, z samego rana, poprosiłem Duroca aby zwrócił się do Cesarza w celu przejęcia moich obowiązków. Duroc próbował mnie uspokoić, ale bez rezultatu. Niedługo potem odwiedzili mnie w krótkich odstępach czasu książę Neuchâtel i Duroc, obaj z rozkazu Cesarza, który zauważywszy moją nieobecność na odprawie, polecił mi przekazać, że życzy sobie aby nie wracać już do tego, co zaszło. Ja jednak nadal trwałem przy postanowieniu o wyjeździe. Napoleon, zanim wybrał się na konną przejażdżkę, posyłał po mnie jeszcze dwa razy, ale postarałem się, by mnie nie znaleziono. Chciałem uniknąć tłumaczenia się przed ludźmi, wobec których nie wypadało mi roztrząsać motywów mojej odmowy. Widząc że się nie zjawiam, Cesarz objechał miasto, po czym zatrzymał się przy moście i rozkazał aby mnie odszukać i przekazać rozkaz natychmiastowego stawienia się przed nim. Nie mogłem okazać jawnego nieposłuszeństwa, więc stanąłem przed Napoleonem - właśnie doglądał prowadzonych pod Wilnem prac.
Kiedy tylko się pojawiłem, Cesarz natychmiast pociągnął mnie za ucho (był to jego typowy, wyrażający życzliwość pieszczotliwy gest) i powiedział:
- Chce mnie pan porzucić, czy pan zwariował? Wszak wie pan, że traktuję go z szacunkiem i absolutnie nie chciałem obrazić.
Po czym pogalopował dalej, ale niebawem zatrzymał się i zaczął opowiadać o różnych sprawach. Dla mnie i Duroca stało się oczywistym, że nie wyjadę...
Diuk Basano oraz inne osoby, którym powierzono zorganizowanie państwa polskiego, rozwodzili się na temat rzekomego entuzjazmu, jaki zapanował w związku z ich działaniami. Ja jednak żyłem jak poprzednio, w odosobnieniu. Mój spór z Cesarzem spowodował, że stałem się jeszcze bardziej ostrożny. Powinienem jednak zaznaczyć, że Bonaparte w żaden sposób nie nawiązywał później do tego, co się stało. O rozwoju sytuacji opowiadali mi inni. Zresztą żeby być na bieżąco ze wszystkimi wydarzeniami wystarczyło dobrze nadstawiać uszu przebywając w służbowych pomieszczeniach, lub uczestniczyć w cesarskich przejażdżkach. Było już wiadomo, co reprezentują sobą Litwini: do "sprawy polskiej" odnosili się raczej obojętnie i nie byli skłonni do żadnych poświęceń, poza tym drażniło ich zamieszanie, które było nieuniknione przy tak szybkim przemieszczaniu się wojsk. Owszem, byliby zadowoleni z odrodzenia państwa polskiego, ale mieli też poważne wątpliwości, czy jest to jedyny cel Cesarza, w szczególności zaś obawiali się, czy uda im się uzyskać taką formę rządów, która odpowiadałaby ich ambicjom, interesom i obyczajom. Tym niemniej, udało się powołać komisję rządową.
Sejm polski zebrał się 24 czerwca: powołał Generalną Konfederację, wezwał do broni wszystkich rodaków i zaapelował do nich o porzucenie obcych sztandarów, pod którymi dotąd służyli. Polacy wysłali też do Wilna delegację, która miała przedstawić Cesarzowi ich oczekiwania i nadzieje oraz pobudzić do działania Litwinów. Tymczasem w odpowiedzi na przemówienia uczestników delegacji Cesarz stwierdził, że Galicja nie wchodzi w skład Polski. Nawet na tych najbardziej pełnych zapału podziałało to jak kubeł zimnej wody; przeżyli ogromny zawód.
Można się tylko domyślać, jak odebrali te słowa ludzie, którzy nie byli do tej sprawy nastawieni entuzjastycznie. W wypowiedzi Cesarza każdy doszukiwał się tego, co mu najbardziej odpowiadało. Osoby rozsądne dostrzegały w niej oznaki niezdecydowania, dowodząc że Bonaparte nie podjął jeszcze w sprawie Polski żadnych konkretnych postanowień i że w warunkach wojny odrodzenie Polski nie będzie warunkiem koniecznym do podpisania pokoju. Wywnioskowano także, co zresztą Cesarz podkreślił, że skoro sami Litwini nie odnoszą się entuzjastycznie do odrodzenia Polski, to on nie będzie sobie wiązać rąk, albowiem wojenne metody Rosjan mogą oddalić rozwiązanie tej kwestii na okres późniejszy niż pierwotnie można było zakładać. Jego poglądy podzielali wszyscy rozsądni ludzie, a przynajmniej wielu spośród nich. Od samego początku tej nieszczęsnej ofensywy nie brakowało bowiem i takich, którzy byli do Cesarza nastawieni nieprzychylnie.
W czasie pobytu w Wilnie Napoleon przejawiał niezwykłą aktywność. Brakowało mu nie tylko dni, ale i nocy. Adiutanci, oficerowie do zleceń i sztabowcy rozjeżdżali się po całej okolicy - Cesarz jak dawniej z niecierpliwością oczekiwał meldunków od korpusów, które już wyruszyły w pole. Wszystkim przybywającym zadawał jedno, wciąż to samo pytanie: "Ilu wzięto do niewoli?"
Ku jego rozpaczy, potyczki nie przynosiły jednak spodziewanych rezultatów. Bonaparte wciąż żywił nadzieję, że książę Eckmühl doprowadzi do starcia z Bagrationem i cieszył się już na myśl, że rosyjski generał, prawa ręka Suworowa, będzie musiał się zmierzyć z jego najwaleczniejszym dowódcą. Był za to bardzo niezadowolony z potyczki18, którą przednia straż Murata stoczyła z kawalerią nieprzyjaciela. Generał Saint-Genies wraz z dużą liczbą żołnierzy dostali się wówczas do niewoli. Tymczasem nasze lewe skrzydło posuwało się dalej. Cesarz podjął niezbędne decyzje i 17 lipca wyjechał z Wilna, żeby w Święcianach przyłączyć się do swej Gwardii. Tam właśnie otrzymał on meldunek od Murata, który szczegółowo informował o niepowodzeniu, jakie spotkało jego kawalerię. Jednocześnie donosił, że 18 lipca Rosjanie ewakuowali swój ufortyfikowany obóz pod Dryssą19, porzucając wszystkie umocnienia wybudowane w ciągu ostatnich dwóch lat, co niewątpliwie stanowi dowód, że armia rosyjska szykuje się do generalnego odwrotu. Gdyby Bagration nie pospieszył się z odwrotem, mógłby zostać odcięty od Barclaya oraz od południowych guberni. Mimo że Cesarz już dawno przepowiedział ten nieunikniony sukces, to i tak został on odebrany jako dobry znak na przyszłość. Bonapartemu zakręciło się od tego w głowie, a w zapał wpadli teraz nawet ci, którzy do tej pory odnosili się sceptycznie do "sprawy polskiej", jak nazywano tę kampanię w głównej kwaterze.
Cesarz podjął szybką decyzję o wyjeździe do Głębokiego20, po czym natychmiast wysłano w tym kierunku oddziały Gwardii. Sam jednak pozostawał jeszcze przez 12 godzin w starej kwaterze, wysyłając przez cały ten czas rozkazy, po czym przez całą noc kontynuował pościg, ufając, że szybkie manewry pozwolą mu dogonić Rosjan; rankiem wreszcie dotarł do Głębokiego. Stał tam przepiękny klasztor położony wśród urodzajnych pól. Zdumiewająco szybki marsz z Wilna do Głębokiego dowiódł, że jeśli tylko odpowiednio zadba się o konie, to mogą one pokonywać ogromne odległości. Obładowane tobołami wierzchowce i juczne konie, które wyszły z Wilna o szóstej rano, dotarły do Święcian o ósmej wieczorem, a już następnego dnia w południe były w Głębokim, pokonując w sumie 48 lig. Konie zaprzęgowe przebyły liczącą 6 lig trasę w ciągu 18 godzin i żaden z nich nie osłabł.
Murat, który dowodził przednią strażą, stał nad Dźwiną. Po nieudanym rekonesansie, który kosztował nas utratę generała Saint-Geniesa i wielu oficerów, kawaleria ze zmiennym szczęściem stoczyła kilka potyczek. Ponieważ jednak armii rosyjskiej udało się ukryć przed Muratem swój odwrót, mogła go kontynuować bez żadnych przeszkód. Tymczasem marszałek - książę Eckmühl - szybko ruszył na Mohylew, odcinając odwrót Bagrationowi, który pod Sołtanówką21 przeprowadził szybkie, acz bezskuteczne kontrnatarcie, usiłując oczyścić szlaki komunikacyjne. Plan się nie powiódł, wskutek czego ubyło mu z szeregów 4000-5000 ludzi, Bagration musiał się po raz kolejny wycofać, aby doprowadzić do połączenia z głównymi siłami armii, którą w innym wypadku mógłby dogonić dopiero w Smoleńsku. Było to niezwykle krwawe stracie, szczególnie dla Rosjan, lecz mimo tego nadal nie mieliśmy wielu jeńców.
W tym samym czasie dotarła do nas informacja, że parę dni wcześniej Car Aleksander opuścił swoją armię i 18 lipca wyjechał z Połocka do Moskwy, aby wezwać naród do walki. Uznaliśmy że nie chcąc aby to na niego spadła odpowiedzialność za działania wojenne, porzucił swych żołnierzy. W rzeczy samej, pierwsze operacje nie były dla Rosjan szczęśliwe: rozerwana na kilka części armia została zmuszona do oddania bez strzału jeden z najlepiej ufortyfikowanych obozów, który obsadzony odpowiednio liczną załogą, uchodził w Rosji za nie do zdobycia. Doszły też do nas słuchy o poborze nowych rekrutów - na 100 mieszkańców przypadał jeden poborowy. Aleksander wydał również dwa manifesty, z których jeden skierowany był do narodu rosyjskiego, a drugi tylko do mieszkańców Moskwy. Nie pozostawiały one żadnych wątpliwości co do tego, że Car chce zamienić ten konflikt w wojnę narodową. Ulotki z podpisem Barclaya22, rozrzucane na naszych wysuniętych pozycjach, dowodziły, że ich autor chyba nie do końca zgłębił arkana wojny psychologicznej - ulotki te wzywały Francuzów i Niemców do porzucenia swoich sztandarów, co uzupełniała obietnica pomocy w urządzeniu się w Rosji.
Cesarz był tym zdziwiony:
- Mój brat Aleksander jest nieobliczalny - powiedział - ja też mógłbym ogłosić, że uwłaszczę i uwolnię jego chłopów. Car przecenił możliwości swojej armii, nie umie nią dowodzić i nie chce podpisać pokoju; to wszystko jest nielogiczne. Kiedy nie jest się dość silnym, należy być lepszym dyplomatą, a w wypadku Aleksandra powinno to polegać na szybkim zakończeniu wojny.
Bonaparte był niezwykle zadowolony, kiedy dowiedział się o opuszczeniu przez Rosjan obozu pod Dryssą - prace fortyfikacyjne trwały tam nieprzerwanie przez ostatnie dwa lata. Za swój uzasadniony sukces uważał również opuszczenie armii przez Aleksandra i szybki przemarsz wojsk francuskich, które najpierw przeszkodziły w połączeniu się głównych sil rosyjskich, a potem zmusiły Aleksandra do ewakuacji obozu i szukania gdzieś na dalekich tyłach miejsca do połączenia swych rozproszonych oddziałów. Cesarz mógł więc teraz - jeżeli wcześniej Rosja nie zwróci się do niego o pokój - wybierać między Moskwą, a Petersburgiem. Miał też nadzieję, że swoimi szybkimi manewrami zmusi armię rosyjską do bitwy której tak pragnął, ewentualnie położy kres jej istnieniu w trakcie demoralizującego i wycieńczającego odwrotu. Bonaparte twierdził, że oddziałom Bagrationa nie uda się połączyć z głównymi siłami armii i że zostanie on, choć może tylko częściowo, doścignięty i rozgromiony, co wywoła piorunujące wrażenie w Rosji, jako że Bagration jest jednym z najstarszych towarzyszy broni Suworowa. Wkrótce też Cesarz podjął decyzję o ruszeniu na Witebsk, chcąc tym samym zmusić armię rosyjską do walki w obronie miasta. Być może chciał też pochwycić Bagrationa, któremu nieustannie deptał po piętach książę Eckmühl.
Jego Cesarska Mość wyjechał z Głębokiego 21 lipca, 23 nocował w Kamieniu. Niedaleko od Bieszenkowicz23 nasza straż przednia zadała dotkliwe straty rosyjskim huzarom gwardii. Po przybyciu do tego miasteczka 24 lipca, Cesarz po raz pierwszy zwrócił uwagę na zjawisko, które obserwowaliśmy już od dwóch dni: wszyscy mieszkańcy uciekli, domy stały zupełnie puste i wszystko świadczyło o tym, że ta ewakuacja odbywa się systematycznie, zgodnie z rozporządzeniem wydanym niedawno przez władze rosyjskie. Od wyjścia z Bieszenkowicz podczas postojów rozbijaliśmy namioty, aż do czasu, kiedy minęliśmy Witebsk.
Cesarz, który wciąż bardzo pragnął bezpośredniej bitwy, wytężał cały swój geniusz i energię, aby tylko przyśpieszyć marsz. Jego ogromną determinację w dążeniu do stoczenia rozstrzygającej batalii podsycały słuchy, jakoby Car znajdował się właśnie w Witebsku. Kolejne, zakończone naszym sukcesem bardzo krwawe starcie, miało miejsce pod Ostrownem24, ale była to w gruncie rzeczy tylko potyczka stoczona przez naszą tylną straż, a nieprzyjaciel mimo strat osiągnął swój cel, ponieważ powstrzymał nasze wojska i zmusił do zajęcia pozycji. Udało mu się zatrzymać nas na parę godzin.
Rosjanie zostali zepchnięci aż do Łuczesy, maleńkiej rzeczki wpadającej do Dźwiny nieopodal Witebska. Nocą zwiększono tempo marszu wszystkich korpusów i odwodów artylerii, wykorzystano wszystkie możliwości ufając, że jutro, a najpóźniej pojutrze dojdzie do rozstrzygającej bitwy o której marzył Napoleon, będąc pewnym jej wyniku. Znaczną część nocy Jego Cesarska Mość spędził na koniu, jeszcze bardziej zwiększając tempo marszu oddziałów wojskowych oraz dodając otuchy zmęczonym wojennymi trudami żołnierzom. Murat był przekonany, że wszystkie manewry nieprzyjaciela wskazują na przygotowania do bitwy - zarówno Cesarz, jak i cała armia już rozkoszowali się myślą o zwycięstwie. Nim wstał świt Bonaparte znów był na koniu; nad brzegiem rzeczki zwiadowcy natknęli się na zajmujący pozycje bojowe spory oddział nieprzyjacielskiej kawalerii. Zbliżała się nasza piechota; dwa pułki, które już przeszły przez most, stały na równinie lekko rozciągnięte na prawo, w oczekiwaniu na połączenie z nadciągającą artylerią i oddziałami kawalerii. Nieprzyjaciel tymczasem ustawił w szyku bojowym znaczną część swojej kawalerii, która zaatakowała słabe pułki naszej straży przedniej zajmującej dwie linie na prawo od drogi przed wejściem do parowu. Przybyłe na miejsce regimenty naszej kawalerii nie były w stanie zająć szybko na tyle dogodnych pozycji, by stawić skuteczny opór Rosjanom, którzy w początkowej fazie walki przeważali nad naszą awangardą. W tym samym czasie kompania woltyżerów25, wysłana w celu wzmocnieniu naszej kawalerii i lewej flanki, udowodniła, że dobrze wyszkolona piechota jest w stanie wykonać zadanie nawet w okrążeniu. Zająwszy pozycje w zaroślach wzdłuż rzeki oraz w domach przed jarem, nasi okrążeni przez przeważające siły nieprzyjacielskiej kawalerii śmiałkowie rozpoczęli wymianę ognia, wspierając osłabione szwadrony. Strzelali bez przerwy, dzięki czemu skutecznie mieszali szyki rosyjskim kawalerzystom, zadając im takie straty, że udało się utrzymać konnicę w bezpiecznej odległości od skrzydła naszych szwadronów, które pozbawione tego nieocenionego wsparcia już na samym początku znalazłyby się w ogromnym niebezpieczeństwie. Patrzyliśmy z podziwem, jak zbici w pięcio- sześcioosobowe grupki woltyżerowie stojąc w odległości 50 kroków od nieprzyjacielskich szwadronów i zasypywani przez jeźdźców gradem pocisków, stawali plecami do siebie i oszczędzając amunicję, czekali na wroga, by stanąć z nim twarzą w twarz. Oddział ten zdołał się utrzymać na swej pozycji przez znaczną część dnia, biorąc nawet kilku jeńców. Wielu żołnierzy, którzy przyprowadzili ich przed oblicze Cesarza otrzymało Krzyż Legii Honorowej.
- Wszyscy jesteście odważni i wszyscy zasługujecie na ten order - powiedział im Napoleon.
I w rzeczy samej, nigdy wcześniej nie zdarzyło nam się zaobserwować, żeby tak mały oddział walczył z podobną determinacją i odwagą. Cała armia była pełna podziwu dla tych śmiałków. Kilku z nich poległo, wielu odniosło rany, ale nawet ranni, jeśli tylko byli w stanie utrzymać się na nogach, nie chcieli opuścić swoich towarzyszy. Niezwykle żałuję, że podczas odwrotu razem z innymi notatkami zgubiłem także listę z numerami pułków i nazwiskami tych odważnych oficerów i podoficerów. Po potyczce która na jakiś czas zatrzymała naszą ofensywę, armia znowu ruszyła naprzód i już następnego dnia stanęliśmy w obliczu nieprzyjaciela zajmującego właśnie wzniesienia okalające rozległą wyżynę pod Witebskiem. Od miasta oddzielała nas tylko rzeczka; czoło naszych wojsk znajdowało się u stóp wzgórza. Jeden dzień straciliśmy na przegrupowaniu wojsk, wymianie ognia z rosyjską artylerią i kilku drobnych potyczkach, których celem było wzajemne rozpoznanie zajmowanych pozycji. Trwały przygotowania do wielkiej bitwy, której nazajutrz spodziewał się Cesarz. Bonaparte był wesoły i wręcz promieniał nadzieją bliskiej chwały, mocno wierzył w zwycięstwo - miało ono usprawiedliwić wojnę, która odciągnęła go tak daleko od ojczyzny. Cały dzień spędził w siodle prowadząc rekonesans bliższej i dalszej okolicy. Dopiero późną nocą, kiedy już osobiście wszystkiego dopilnował, powrócił do namiotu. Jakże był rozczarowany, gdy o świcie okazało się, że nieprzyjacielska armia uciekła spod Witebska! Nie mogliśmy znaleźć nikogo, kto mógłby nam wskazać, w którym kierunku wycofali się Rosjanie, którzy nawet nie weszli do miasta. W ciągu następnych godzin niczym myśliwi tropiliśmy ich we wszystkich możliwych kierunkach. Dokąd wyruszyły główne siły wroga, artyleria? Ponieważ ślady zdawały się wpierw prowadzić we wszystkich kierunkach i przez pierwszych parę godzin nie byliśmy w stanie niczego ustalić, na poszukiwania zostały wysłane tylko straże przednie. Cesarz osobiście i z wielką skrupulatnością sprawdził opuszczone przez wroga pozycje. Ze szczególną uwagą badał rosyjskie obozowisko, pragnąc precyzyjnie określić liczebny stan rosyjskiej armii. Uczestniczył również w zwiadzie poprowadzonym w okolicach Witebska, po czym o godz. 11.00 powrócił do miasta, aby i tam podjąć próbę zdobycia jakichkolwiek informacji o liczbie wojsk, ruchach i planach nieprzyjaciela. Niestety, nie przyniosło to większych rezultatów, wobec czego Bonaparte dołączył do Gwardii, która zdążała już drogą na Smoleńsk. W nadziei, że szybko dopędzi rosyjską ariergardę, ponaglał wciąż czołowe oddziały; jednocześnie rozkazał Muratowi za wszelką cenę zdobyć i natychmiast dostarczyć kilku jeńców. Niestety, nad Łoczesną nasza przednia straż wpadła w zasadzkę i poniosła straty. Ponieważ żołnierze, podobnie jak ich wierzchowce, byli już bardzo znużeni, tempa podczas ataku awangardy nie udało się utrzymać, co stało się przyczyną śmierci wielu jeźdźców. Razem ze swoją Gwardią Cesarz rozbił obozowisko nad Łoczesną i pozostał tam w oczekiwaniu na kolejne meldunki do następnego dnia. Nigdzie nie było widać miejscowej ludności. Nie udało nam się pojmać jeńców, nikogo nie znaleźliśmy po drodze, a nie mieliśmy też w tych okolicach szpiegów. Znajdowaliśmy się na rosyjskiej ziemi i - niech mi wolno będzie użyć takiego porównania - byliśmy jak pozbawiony kompasu okręt na bezkresnym oceanie. Nie mieliśmy pojęcia, co się wokół dzieje. W końcu od dwóch schwytanych chłopów dowiedzieliśmy się, że Rosjanie z pewnością są już daleko, ponieważ zaczęli się wycofywać już cztery dni temu.
Przez ponad godzinę Cesarz zastanawiał się, co robić dalej.
- Możliwe - stwierdził - że Rosjanie chcą stoczyć bitwę w Smoleńsku. Musimy więc ich zaatakować jeszcze zanim połączą się z siłami Bagrationa. W końcu jednak uznał, że Wielkiej Armii należy się zasłużony odpoczynek. Część kawalerii zupełnie opadła z sił, a artyleria i piechota także były już strasznie wycieńczone; drogami wlekli się maruderzy, którzy niszczyli i grabili wszystko, co im wpadło w ręce. Konieczne stało się zabezpieczenie tyłów w oczekiwaniu na rezultat działań korpusów pozostawionych nad Dźwiną. Cesarz - nie mając już wątpliwości, że armia rosyjska wymknęła mu się z rąk, wobec czego nieprędko dojdzie do rozstrzygającego starcia - był niezwykle przygnębiony. W końcu zdecydował się powrócić do Witebska.
Jak już wspominałem, nasza kawaleria i artyleria poniosły dotkliwe straty. Padło sporo koni. Wiele z nich błąkało się gdzieś na tyłach, inne wlokły się za korpusami, będąc dla nich tylko niepotrzebnym ciężarem. Musieliśmy w końcu porzucić wiele skrzyń z amunicją do dział i część taborów. Straciliśmy w sumie jedną trzecią koni, w szyku pozostała ich nie więcej niż połowa ze stanu na początku kompanii.
Wieczorem, po wspomnianej potyczce z Kozakami, Cesarz podzielił się ze mną swoimi rozważaniami na temat nowego stylu walki prezentowanego przez Rosjan. Szczególnie martwił go fakt, że potyczki, do których codziennie dochodzi, nie dostarczają nam jeńców, przez co nie możemy zdobyć żadnych informacji na temat rosyjskiej armii. Prawie cała miejscowa ludność, z wyjątkiem jezuitów, uciekła, domy stoją puste. W dodatku nieliczni pozostali na miejscu mieszkańcy, pochodzący z najniższych warstw społecznych, niczego nie widzieli i nie słyszeli... Tego wieczora zebrani w obozie dowódcy poszczególnych korpusów zostali wezwani przed oblicze Cesarza i zrugani za to, że mimo licznych potyczek nie udało im się przyprowadzić żadnego jeńca. W odpowiedzi padły argumenty, które już od dawna były nam znane. Ja, książę Neuchâtel i inni, mówiliśmy już Cesarzowi, że konie kawalerii są tak zmęczone, iż jeźdźcy musieli je porzucać i walczyć w szyku pieszym, kiedy szwadrony wpadły w zasadzkę. Bonaparte jednak nie chciał tego słuchać.
O wspomnianych problemach najlepiej wiedział Murat, który rozmawiał z nami na ten temat. Zaryzykował nawet i wspomniał o tym Napoleonowi, ale Jego Cesarska Mość nie lubił komentarzy ingerujących w jego plany, więc puścił to mimo uszu - po prostu zmienił temat, wobec czego Murat zachował swoje wnioski dla siebie, jako że był największym ze wszystkich cesarskich pochlebców, co zresztą było rezultatem ich więzi rodzinnych. Tak więc Murat wprawdzie dzielił się z nami swymi wątpliwościami na temat kondycji konnicy, lecz skoro tylko stawał na czele oddziału w swoim pięknym mundurze z powiewającym na wietrze pióropuszem, natychmiast zapominał, że właśnie dobija kawalerię i gubi armię, stawiając tym samym Francję i Cesarza na skraju przepaści. Pewnego razu generał Belliard26, dowódca sztabu Murata, odpowiadając na pytanie Cesarza, stwierdził w jego obecności:
- Muszę powiedzieć Waszej Cesarskiej Mości prawdę. Szeregi kawalerii topnieją w oczach, gubią ją zbyt długie przemarsze. Podczas ataków nasi waleczni żołnierze zostają w tyle, bo konie z wielkim trudem radzą sobie z przejściem do galopu.
Ta rzeczowa uwaga pozostała jednak bez echa, bo Cesarz za wszelką cenę chciał dopaść swej zdobyczy i poświęciłby wszystko, aby to osiągnąć. W tym samym czasie Król Westfalii Hieronim, wyznaczony do wzmocnienia korpusu księcia Eckmühl, zezwolił swoim wojskom na grabież na terenie Księstwa Warszawskiego, co wzbudziło wielkie niezadowolenie w tym oddanym nam kraju. Hieronim liczył, że Polska - którą Cesarz pragnął wskrzesić jako buforowe mocarstwo - jest mu już przeznaczona, wobec czego uznał służbę pod dowództwem księcia Auerstädte i Eckmühla za leżącą poniżej jego godności. Dlatego też, porzuciwszy Wielką Armię, wrócił ze swoją gwardią do Kassel. Oto jak w tych trudnych okolicznościach pomagali Cesarzowi jego bracia, którzy tylko dzięki niemu zostali królami! Zdaniem Napoleona, Hieronim zakłócił swoimi działaniami operacje księcia Eckmühl i właśnie odpowiadał za to, że Bagration się wymknął, przez co zaprzepaszczono pomyślne rezultaty pierwszego okresu kampanii. Przekazuję tu tylko to, co niejednokrotnie sam słyszałem od samego Cesarza i co powtórzył mi książę Neuchâtel, a potem jeszcze potwierdził książę Eckmühl.
Bonaparte pozostawił mu tylko część korpusu, ponieważ dywizje 1., 2. i 3., dowodzone przez generałów Moranda, Gudina i Frianta27 zostały po przeprawie przez Niemen przekazane Muratowi; miały deptać nieprzyjacielowi po piętach i wzmocnić kawalerię. Marszałkowi pozostały tylko formacje Compansa28 i Desaixa29, przy czym połowę dywizji tego ostatniego trzeba było zostawić w Mińsku jako oddział obserwacyjny.
Kiedy Cesarz dowiedział się, że korpus Bagrationa odłączył się od głównych sił, natychmiast skierował marszałka w pościg, niezależnie od niewielkich sił (półtorej dywizji), którymi ten dysponował. Pod dowództwem Murata znalazł się też korpus Hieronima wraz z Polakami Poniatowskiego30. Doskonale rozumiejąc, jaki cel postawił przed nim Cesarz, marszałek zwiększył tempo przemarszów - wiedząc, że Bagration będzie musiał pokonywać długie i ciasne przesmyki między rozległymi bagnami, postanowił, że go wyprzedzi i podejdzie na skraj jednego z takich przejść, choćby tylko z częścią swoich oddziałów. Murat poinformował Hieronima o swoich planach, przekazał mu posiadane przez siebie informacje i polecił wtajemniczyć we wszystko Poniatowskiego, a potem czym prędzej ruszać na Bagrationa, który w Nieświerzu stracił trochę czasu - chodziło o wzięcie go w kleszcze. Hieronim był jednak niezadowolony że znalazł się pod dowództwem marszałka Murata. Urażony w swej dumie, nie zamierzał liczyć się z okolicznościami, ani też z rangą swego nowego przełożonego - zwycięzcy wielu bitew, któremu pośrednio zawdzięczał swą koronę. Efekt był taki, że brat Napoleona nie wykonał rozkazu, nie martwiąc się o skutki wypowiedzenia posłuszeństwa tak swojemu bratu, jak i marszałkowi. Co więcej, nie przekazał też polecenia Poniatowskiemu, który mógłby wykonać je chociaż częściowo, ponadto bardzo źle potraktował oficera przekazującego rozkaz. Pozwolił sobie wobec niego nawet na niestosowne uwagi, a następnie razem ze swoją gwardią porzucił Wielką Armię. Tymczasem marszałek Murat zgodnie z przewidywaniami dogonił i przechwycił część taborów na czele korpusu Bagrationa, wziął kilku jeńców, po czym kontynuował pochód nie troszcząc się zbytnio o trofea - chciał bowiem zająć silne pozycje obronne jeszcze zanim Rosjanie wyjdą z przesmyku.
Po porzuceniu służby przez Hieronima, marszałek nie dysponował już odpowiednimi siłami żeby zmierzyć się z Rosjanami w otwartym polu, zajął więc pozycje pod Mohylewem wiedząc, że podążają właśnie tam.
Bagration, którego uratowała niesubordynacja Hieronima, zmienił marszrutę. Wiedząc, że będzie miał do czynienia ze słabym, naprędce zebranym korpusem i że nikt nie podąża jego śladem, wysłał on adiutanta do księcia Eckmühl, sugerując, aby ten ustąpił mu pola i uniknął niepotrzebnej bitwy, albowiem tej jeszcze nocy Bagration zamierza spać w Mohylewie. Nie odpowiadając na te przechwałki, książę zrobił wszystko co w jego mocy, aby wzmocnić swoje pozycje. Na początku bitwy szala zwycięstwa przechylała się raz na jedną, raz na drugą stronę. Marszałek mężnie odparł zaciekły atak Rosjan, uszczuplając szeregi wroga o 4000-5000 ludzi i zmuszając go do odwrotu. Jeśli zastanowimy się, jakie znaczenie mogłoby mieć dla dalszego biegu spraw rozgromienie Bagrationa już na samym początku kampanii (dzięki pierwszemu manewrowi Cesarza i trafnym rozkazom marszałka), to trudno nie odczuwać goryczy wobec zdrady, jakiej dopuścili się wobec tego wielkiego wodza bliscy mu ludzie - jeszcze na długo przed tym, jak odwrócił się od niego los. Po powrocie do Witebska Napoleon zatroszczył się przede wszystkim o zaopatrzenie i szpital polowy. Ja miałem obejrzeć lecznice, wypłacić rannym pieniądze, uspokoić i podtrzymać ich na duchu.
Wypełniłem najlepiej jak mogłem tę smutną i zarazem niebezpieczną misję - wszędzie pełno było chorych zakaźnie żołnierzy. Nieszczęśnicy cierpieli wprost nieludzko, a spali przy tym na gołej, nie wyścielonej choćby słomą podłodze. Wielu z nich, w tym również oficerowie, nie było jeszcze opatrzonych. Wszystkie cerkwie i magazyny zapełniali ludzie; na początku chorzy i ranni leżeli razem w jednym miejscu. Brakowało chirurgów, nie było też wystarczającej ilości narzędzi i opatrunków. Za wyjątkiem Gwardii, której udało się co nieco ocalić, w punktach opatrunkowych wszystkich pozostałych oddziałów brakowało nawet apteczek ze sprzętem medycznym - wszystko to zostało z tyłu i zaginęło wraz z porzuconymi przy drodze taborami, gdy z wycieńczenia zaczęły padać konie. Witebsk, w którym spodziewano się cokolwiek znaleźć, okazał się zupełnie opustoszały. Nijak nie można było zresztą porównywać rosyjskiego miasta gubernialnego z najmniejszym choćby miasteczkiem niemieckim. Okazało się, że za bardzo przywykliśmy do znajdowanych w niemieckich miastach zapasów i tego samego spodziewaliśmy się w Rosji. To okrutne rozczarowanie najbardziej odczuli ci, którzy cierpieli najdotkliwiej, ponieważ nie było teraz żadnej możliwości, aby choć trochę im ulżyć. Powszechny bałagan i brak dyscypliny, nawet wśród gwardzistów, sprawiał, że nie udało nam się wykorzystać nawet tego, co było jeszcze dostępne. Dla wszystkich którzy jeszcze potrafili myśleć i których nie oślepił źle pojęty prestiż i żądza zaszczytów, sytuacja ta była przerażająca i bolesna, jak żadna inna. Za wyjątkiem wyższych stopniem dowódców, administracja wojskowa wykazała się kompletną niefrasobliwością. Nasi chorzy i ranni ginęli z braku jakiejkolwiek pomocy. Przepadło wiele skrzyń z różnego rodzaju zapasami, które gromadzono z ogromnym wysiłkiem przez dwa lata - zostały rozgrabione lub zagubione z braku środków transportu; usłana nimi była cała droga. Szybkie tempo przemarszów, niedobór luzaków, brak paszy, złe traktowanie - wszystko to razem wzięte zabijało nasze pochodzące przeważnie z zaprzęgów pocztowych konie. Tymczasem właśnie od nich uzależnione było powodzenie całej kampanii. A trzeba stwierdzić, że dotychczasowe działania tylko na odcinku od Niemna do Wilna i od Wilna aż po Witebsk kosztowały Wielką Armię więcej niż dwie przegrane bitwy. Brakowało najpotrzebniejszych zasobów, a zwłaszcza żywności.
Nasze tabory i cały transport przystosowane były do pokonywania niezbyt długich etapów po bitych drogach i w normalnym tempie, nijak natomiast nie pasowały do takich dróg, z jakimi zetknęliśmy się teraz. Kłopoty z transportem zaczęły się kiedy tylko wjechaliśmy na piaszczyste trakty - zamiast zmniejszyć ładunki zależnie do wagi wozu i odległości, którą zamierzano pokonać, postąpiono na odwrót. Tabory przeładowano zakładając, że ich obciążenie i tak będzie się zmniejszać w miarę wykorzystywania wiezionych zapasów. Cesarz, który pragnąc uniknąć niepotrzebnej gadaniny nie radził się nikogo, nie uwzględnił jednak w swoich obliczeniach odległości do pierwszego postoju, w którym miało zacząć ubywać ciężaru. Jeśli dodać do tego wagę uzbrojenia, niedostateczne wyżywienie i fizyczne wyczerpanie, to nie należy się dziwić, że człowiek - sam pozbawiony wszystkiego - nie jest w stanie zatroszczyć się o konie i bez żalu patrzy jak giną; uwalniając się z powierzonego mu obowiązku, ma nadzieję na zmniejszenie własnych cierpień. Wyobraziwszy sobie to wszystko, zrozumiecie tajemnicę naszych pierwszych klęsk i dalszych kolei losu.
Wszędzie chaos: w mieście i w okolicy zapanowała nędza, co dotykało wszystkich, nawet Gwardii. Do tego dochodził brak dyscypliny ze wszelkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Cesarz się złościł, surowiej niż zwykle beształ dowódcę sztabu, dowódców korpusów i intendentów, ale to nie pomagało - nie udało się zażegnać kryzysu żywnościowego. Bonaparte sądził, że mimo takiego obrotu sprawy poradzi sobie z dezorganizacją korpusów. Tak twierdził jeszcze w Dreźnie i Toruniu i faktycznie ustanowił nowe funkcje pomocników naczelników sztabu - jednego dla piechoty, drugiego dla kawalerii. Na te stanowiska mianował hrabiów Lobau31 i Durosnela, a ci od razu przystąpili do pełnienia swych obowiązków. Korpusy miały utrzymywać z nimi stałą łączność, a każda samodzielna dywizja czy brygada powinna kierować do nich meldunki przez wyznaczonego oficera. Cesarz był zdania że przywróci porządek w sztabie, jeżeli powierzy dowodzenie oficerowi, który potrafi się przeciwstawić gwardyjskim dowódcom. Ów niebezpieczny zaszczyt otrzymał mój brat32, który po ciągnącej się sześć miesięcy chorobie, co zmusiło go do porzucenia Hiszpanii, był obecnie szefem wszystkich paziów. Cesarz powierzył mu tę funkcję aby mógł sobie trochę odpocząć - podobnie jak jego poprzednicy na tym stanowisku, August pełnił zarazem obowiązki adiutanta. Bonaparte znał jego stanowczość i umiłowanie porządku - polegając na tych cechach, postanowił teraz powierzyć mojemu bratu nowe, bardziej złożone obowiązki, choć August absolutnie nie przejawiał ochoty ku temu. Na barkach rekonwalescenta spoczęło zadanie zaprowadzenia porządku, zwłaszcza w Gwardii, oraz nadzór nad szpitalami, magazynami i zaopatrzeniem. Brat spędzał teraz dnie i noce na staraniach wiodących do poprawy stanu szpitali i ciągłości pracy w piekarniach. Nieraz z szablą w dłoni musiał bronić magazynów i żywności. Przed Cesarzem niczego nie ukrywał, a z Gwardią, której jak dotąd nikt nie odważył się krytykować, radził sobie nie gorzej niż z innymi korpusami. W tym samym czasie sam Napoleon także przedsięwziął stanowcze kroki: przywrócono porządek i w końcu regularnie zaczęto wydawać racje żywnościowe.
Cesarz reorganizował wszystko z charakterystycznym dla siebie zapałem - mieszkając w siedzibie gubernatora rozkazał nawet powiększyć plac przed domem, do czego zatrudniono Gwardię. Panowały wówczas upały nie do wytrzymania i największym szczęściem dla armii była możliwość wypoczynku. Mimo tego każdego dnia o szóstej rano odbywała się parada wojskowa, podczas której obecni byli naczelnicy wszystkich resortów. Cesarz publicznie upominał popełniających błędy, a bywało że także i tych, którzy starali się dokonywać rzeczy niemożliwych. "Liczy się tylko sukces" - tłumaczył tym, którzy oczekując zrozumienia próbowali się usprawiedliwiać. Natomiast zapewniającym o swoim oddaniu i gorliwości, obiecywał: "Wezmę to pod uwagę, ale tylko w przypadku sukcesu".
Cesarz robił wrażenie surowszego, niż był w rzeczywistości i chociaż tego nie okazywał - jako że z zasady nikogo nie chwalił - to dostrzegał i wysoko cenił ludzi gorliwie wypełniających swoje obowiązki.
Nadal jednak nie brakowało problemów. Z powodu niewybaczalnego skąpstwa w trudnej sytuacji znalazły się nasze punkty opatrunkowe, w których brakowało wszystkiego. Niewystarczająca była nawet ich obsada. Cesarz zawsze starał się osiągnąć jak najlepsze rezultaty jak najmniejszym kosztem; na przykład, do wysyłanych w drogę ciężkich taborowych wozów zaprzężono prawie wszystkie konie. Tak jak to miało miejsce podczas wcześniejszych kampanii, zamierzano uzupełniać zaprzęgi końmi rekwirowanymi na miejscu. Tymczasem okazało się, że w Rosji jest to niemożliwe. Konie i bydło znikły razem z ludźmi, a my czuliśmy się jak na pustyni. Wszystkie służby zostawiały ogromną część swojego bagażu na drogach.
Nie zmienia to faktu, iż nigdy dotąd organy administracji nie wykazały się aż taką beztroską. I nigdy przedtem nasi dzielni żołnierze nie mieli aż tak kiepskiej opieki medycznej. Lekarze i niżsi rangą szefowie administracji - zdolni i energiczni - byli zrozpaczeni, widząc stan szpitali. Bezskutecznie starali się teraz własnym wysiłkiem zrekompensować wszystkie braki. Dotarliśmy dopiero do Witebska, nie stoczyliśmy jeszcze żadnej bitwy, a już brakowało nam bandaży!
Cesarz srodze się tym martwił i często - co nigdy wcześniej mu się nie zdarzało - nie przebierał w słowach, kiedy był z kogoś niezadowolony. Był wstrząśnięty z powodu ucieczki miejscowej ludności. Taki sposób prowadzenia przez Rosjan odwrotu być może otworzył mu oczy na możliwe skutki tej wojny i pokazał, jak daleko może go ona odciągnąć od domu. Jednak wszystkie problemy które powinny były ukazać mu własne położenie we właściwym świetle znikały, kiedy tylko miało miejsce coś, co ożywiało cesarskie nadzieje. Rozpalił je pewien wzięty do niewoli i dostarczony do Głównej Kwatery rosyjski oficer, który przekonywał nas, że Rosjanie szykują się do wielkiej bitwy pod Smoleńskiem i że nawet ustalono już jej datę. Jeniec twierdził, iż jego ziomkowie wycofali się bez walki tylko dlatego, że otrzymali list od Bagrationa, w którym ten donosił, że uda mu się połączyć z głównymi siłami dopiero pod Smoleńskiem. Na skutek tych rewelacji Cesarz ponownie odzyskał nadzieję, że Rosjanie zaatakują go, gdy tylko oddziały Bagrationa połączą się z resztą.
Dzięki temu Bonaparte znów odzyskał dobry nastrój. Murat uważał przez cały czas - podobnie jak Cesarz - że pokonując dziennie 10-12 lig lada moment dopadnie Rosjan, przy czym nadzieja na spodziewany sukces przysłaniała mu ponoszone na skutek zbyt forsownych marszów straty. Marszałek zaczął je podliczać dopiero przy zajmowaniu pozycji bojowych i dopiero wówczas z przerażeniem zauważył, jak bardzo spadła siła bojowa jego pułków, zmniejszonych średnio o połowę. Naciskany przez generała Belliarda, Murat doniósł o wszystkim Cesarzowi. Skoncentrowanym w jednym miejscu i pozostającym w ciągłej gotowości bojowej wojskom brakowało nie tylko paszy dla zwierząt. Przez pierwsze dni żołnierze nieregularnie otrzymywali prowiant, a z powodu urządzanych przez Kozaków zasadzek nie można było wypuszczać się zbyt daleko od obozu. Zaprzestano podkuwania koni, uprząż była w fatalnym stanie, a kowale zostali w tyle wraz z taborami, które zresztą przeważnie i tak już porzucono. Nie było haceli, brakowało robotników, nie było też odpowiedniego na podkowy żelaza. Ponieważ wielu sytuacji nie dało się przewidzieć, żołnierzom zaczęło brakować dosłownie wszystkiego. Aby temu zaradzić rozpoczęto młócenie zboża, a chleb wypiekano w zbudowanych z rozkazu Cesarza piecach. Bonaparte starał się zarazić wszystkich swoją energią, mimo tego i tak większością spraw zajmowano się jakby od niechcenia. Napoleon miał dwa plany taktyczne: pierwszy - nie oddalać się od Witebska i czekać w pobliżu miasta na nieprzyjaciela; drugi - ku któremu się skłaniał - podejść i zaatakować nieprzyjaciela. Cesarz uważał, że w ten sposób zdobędzie nad Rosjanami przewagę. W obu przypadkach liczył na możliwość odepchnięcia wrogiej armii wystarczająco daleko, by móc przejąć władzę w Rosji. Dokonawszy tego wszystkiego, zamierzał wzmocnić swoje korpusy stojące nad Dźwiną, rozgromić Wittgensteina33, po czym zająć bardziej rozciągnięte pozycje, rozmieścić tam więcej baz i zezwolić wojskom na odpoczynek. Czas popasu miałby zostać wykorzystany na zgromadzenie zapasów, a także na ściągnięcie posiłków i zaopatrzenia, których ciągle brakowało. Bonaparte mógł także zostawić korpusy nad Dźwiną własnemu losowi aż do momentu przybycia posiłków, by w tym czasie zagrozić jednej z rosyjskich stolic, co mogłoby zmusić Rosjan do poddania Petersburga lub Moskwy. Wtedy, być może, doszłoby do bitwy, jako że Aleksander z pewnością chciałby uwolnić swe metropolie spod francuskiej okupacji. Następstwem owej bitwy, którą Napoleon oczywiście zamierzał wygrać, byłoby zawarcie pokoju. W takim właśnie duchu Cesarz rozmawiał z księciem Neuchâtel i ze mną. Wydawało się, że po pierwszym przewidywanym zwycięstwie głównodowodzący byłby skłonny raczej zostać w Witebsku, żeby wzmocnić korpusy nad Dźwiną i okrążyć Wittgensteina. W takim wypadku zająłby się zaprowadzaniem swych porządków w kraju i pozwoliłby odpocząć armii przed drugą kampanią w oczekiwaniu na posiłki - chyba że już wcześniejsze działania doprowadziłyby do negocjacji pokojowych, o czym Cesarz był przekonany. Napoleon nieustannie nas zapewniał, że - jak mu powiedziano - armia rosyjska, choć liczna, w rzeczywistości liczy nie więcej niż 150 000 ludzi wraz z wojskami Wittgensteina i kilkoma pojedynczymi korpusami.
- Car Aleksander - twierdził Cesarz - jest oszukiwany przez swych urzędników i generałów a jego siły składają się wprawdzie z wielu żołnierzy, lecz są oni niedoświadczeni i źle wyszkoleni.
Cesarz często dodawał przy tym, że my - o czym był absolutnie przekonany - oszukaliśmy go nie mówiąc prawdy tak o rosyjskim klimacie, jak i o wielu innych rzeczach. A przecież ten kraj jest bardzo podobny do Francji, utrzymywał Napoleon, tyle tylko, że tutejsza zima jest dłuższa i chłody, które we Francji utrzymują się przez 12-15 dni, tutaj trwają 6-7 miesięcy. Te zarzuty powtarzał z byle powodu. Na próżno zaprzeczałem, jakobym, będąc najwierniejszym z jego sług, wyolbrzymiał cokolwiek na temat warunków panujących w Rosji - zawsze mówiłem prawdę. Nie udawało mi się jednak przekonać Cesarza. Podczas pobytu w Witebsku zaszczycił mnie on jednak pewnego razu rozmową nie okazując przy tym najmniejszego śladu rozdrażnienia, chociaż jak zwykle znajdował się pod wpływem swych mrzonek. Bonaparte wierzył iż bitwa wisi w powietrzu - tylko dlatego, że sam bardzo jej pragnął; nie miał także wątpliwości, że starcie okaże się dla niego zwycięskie. Był pewny, że rosyjska szlachta zmusi Aleksandra do próśb o pokój, ponieważ właśnie taki przebieg wypadków zgodny był z jego oczekiwaniami. Żadne argumenty, ani nawet zdobyte od chwili przeprawy przez Niemen doświadczenia, nie pomogły mu dojrzeć nadchodzącej katastrofy. Widok żołnierzy, ich entuzjazm okazywany gdy był w pobliżu, przeglądy, defilady, a w szczególności meldunki od Murata i od wielu innych dowódców - często przesadzone - mąciły Cesarzowi w głowie. Pozostawał wciąż w specyficznym, pełnym marzeń zamroczeniu, ignorując wszelkie trzeźwe osądy, nawet te będące rezultatem jego własnych przemyśleń, nie mówiąc już o krytycznych uwagach, którymi dzielono się z nim zawsze, kiedy nadarzała się ku temu okazja.
Mimo tego w trakcie naszego pobytu w Witebsku były chwile, kiedy Rosja mogła bez ponoszenia żadnych dalszych ofiar podpisać pokój; wystarczyłoby pozostawić w gestii Francji północne Niemcy, losy Polski z Księstwem Warszawskim i decyzje odnośnie Galicji.
Kilka słów na ten temat wyrwało się Napoleonowi gdy uskarżał się na mieszkańców Litwy i Wołynia, którzy, jak twierdził, "zapomnieli, że urodzili się Polakami i stali się Rosjanami".
- Nie warto - dodał wówczas - długo walczyć o sprawę, która dla tych ludzi nie jest w tej chwili ważna.
Były wszak i takie chwile, kiedy Cesarz uświadamiał sobie swoje faktyczne położenie i skutki tej wojny. I choć potrafił wówczas mówić o tym obiektywnie, to już po chwili znów oddawał się we władanie iluzji, powracając do swoich fantastycznych zamierzeń. Wystarczyła choćby najmniejsza potyczka, pojawienie się jakichkolwiek posiłków, jakiś meldunek od Murata, żołnierskie okrzyki: "Niech żyje Cesarz!", a szczególnie listy z Wilna - aby znowu popadał w niebezpieczne fantazje.
Za swoją otwartość, nieprawdopodobną energię i oddanie ciągle dostawało się od Napoleona księciu Neuchâtel, który często musiał wysłuchiwać wielu przykrych słów. Rozdrażnienie Cesarza osiągało taki poziom, że radził księciu, aby ten wyjechał do Grosbois, bo na nic więcej nie zasługuje. W rzeczy samej, sprawy nie miały się najlepiej. Sztab dowództwa był źle przygotowany do czekających go zadań: ponieważ Cesarz chciał wszystko robić sam i sam o wszystkim decydować nikt, nawet dowódca sztabu, nie miał odwagi wziąć na siebie odpowiedzialności nawet za najbardziej błahą decyzję. Administracja, jak już mówiłem, pozbawiona transportu i innych koniecznych do wypełniania swych funkcji środków, nie mogła spełnić cesarskich oczekiwań. Napoleon niewątpliwie miał powody by uskarżać się na nieudolne służby, ale ich przedstawiciele ze swej strony mogli też uskarżać się na Cesarza: wszak to on przywiódł ich do kraju, w którym za żadną cenę nie można dostać tego, co bez problemu zdobywali w Niemczech czy Włoszech. Wobec powszechnego niezadowolenia Bonaparte musiał raz po raz opanowywać sytuację wykazując się stanowczością i zdecydowaniem.
Mimo surowości i ostrego tonu, z jakim głównodowodzący odnosił się do księcia Neuchâtel, ten przy byle okazji opowiadał Cesarzowi o Francji, napomykając o osłabieniu naszej kawalerii, o stanie artylerii i konsekwencjach, do których mogłoby doprowadzić choćby najmniejsze niepowodzenie. Wspominał także o niezadowoleniu panującym w Niemczech. Słowa księcia rzadko były odbierane przychylnie, ale absolutnie go to nie zniechęcało - Neuchâtel nieustannie powracał do swych diagnoz i uwag. Cesarz często mu wówczas powtarzał, że to ja z pewnością wbiłem mu to wszystko do głowy i "przerobiłem go na Rosjanina". Sam zresztą też niejednokrotnie cierpiałem z powodu złego nastroju Cesarza, zwłaszcza kiedy próbowałem odpowiadać mu w podobnym tonie. Doszło do tego, że Napoleon okazywał swoją wściekłość wobec urzędników sztabowych, którymi kierował książę Bailly de Monthylon34, będący głową sztabu. Hrabia Dumas35 - energiczny i oddany szef zaopatrzenia oraz Joinville36 także byli narażeni na nieustanne zaczepki Jego Cesarskiej Mości który jawnie okazywał im swoją dezaprobatę. Jeszcze nigdy nie widzieliśmy go w stanie tak silnego rozdrażnienia, co czyniło tę kampanię jeszcze bardziej uciążliwą.
Nie dawaliśmy się jednak zastraszyć i przy każdej okazji staraliśmy się naświetlić głównodowodzącemu naszą rzeczywistą sytuację, chcąc w ten sposób zapobiec jeszcze większym kłopotom. Hrabiowie Lobau i Durosnel, a także liczni cesarscy generałowie-adiutanci, gdy tylko mieli ku temu okazję, równie otwarcie mówili Cesarzowi o stanie, w jakim znajduje się Wielka Armia: sami nawet prowokowali takie sytuacje. Jeszcze nigdy wobec jakiekolwiek władcy prawda nie była wypowiadana tak otwarcie - ale niestety, na próżno. Muszę jednak zaznaczyć, że choć Napoleon nie popierał żadnego stanowiska całkowicie sprzecznego z jego punktem widzenia, to mimo wszystko nie odrzucał całkowicie zdania swych oponentów. I w głębi duszy wcale nie był zły na tych, którzy ośmielali się odważnie wypowiadać własne przekonania - być może dlatego, że zupełnie nie liczył się z ich zdaniem. Czasami, kiedy akurat nic nie wyprowadziło go z równowagi, Cesarz zaszczycał mnie spokojną rozmową, podczas której mogłem szczerze wypowiadać własne obawy. Właśnie podczas jednej z takich rozmów Napoleon przyznał, iż zaszedł już tak daleko, że byłoby dla niego wygodniej doczekać pokoju zachowując obecne pozycje, niż wyruszać w głąb Rosji. Jednak takie nastroje nie trwały u niego zbyt długo.
Osoby, które miały dostęp do Cesarza, boleśnie odczuwały jego wywołane wszelkimi niedogodnościami tej kampanii rozdrażnienie. Ów specyficzny rodzaj uniesienia wywoływanego przez polityczne iluzje, które popierali już tylko nieliczni, dawał się wszystkim we znaki. Każdy też ze zdwojoną energią starał się zaradzić trudnościom, które z dnia na dzień stawały się coraz bardziej dotkliwe. Wymieniając wszystkich, którzy nie przepuszczali żadnej okazji, by spróbować otworzyć Cesarzowi oczy, chcę podkreślić szlachetność ich charakteru. Byli to panowie: Neuchâtel, Duroc, Daru37, Lobau, Durosnel, Turenne38, Narbonne oraz diuk Plaisance. Krytycy tej wielkiej epoki mogą mówić co chcą - faktem jest, że nigdy przedtem żaden monarcha nie był otoczony tyloma zdolnymi współpracownikami, którzy ponad wszystko stawiali dobro ogółu i niezależnie od tego, jak bardzo podziwiali i szanowali swego przywódcę, nigdy nie byli pochlebcami. Niezwykłość sytuacji w której się znajdowaliśmy, budziła w nich nie tyle ambicję, co gorliwość i oddanie. Do jakich drzwi by Cesarz nie zapukał, wiedział, że znajdzie tam - oczywiście jeśli zechce - nie pochlebstwo, lecz prawdę - choćby najgorszą, ponieważ każdy z nas na swój sposób odznaczał się ogromną odpowiedzialnością. Przede wszystkim zaś, wszyscy wyżej wspomniani pozostali dobrymi Francuzami i niezależnie od sytuacji zachowywali się godnie. Nikogo nie upajała już sława; może dlatego, że spowszedniała, a być może rozum nakazywał nam wątpić w jej wartość.
Oddając jednak sprawiedliwość i Cesarzowi należy stwierdzić, że to właśnie jego cechy: bezstronność i zapobiegające intrygom zaufanie, w niemałym stopniu warunkowały szlachetne odruchy jego otoczenia. Wszyscy wiedzieli, że monarcha nie lubi zmian, co dawało każdemu pewność swojej pozycji, a to z kolei pozwalało na większą szczerość. Jego stanowczość kierowała wszystkie poglądy i aspiracje w jednym kierunku, dzięki czemu dwie wartości - Ojczyzna i Cesarz - jednoczyły się w blasku wspólnej chwały. Napoleon zawładnął umysłami wszystkich i wszystkich oczarował, zmuszając wolę każdego z nas do realizowania bez chwili wahania jego intencji. Któż zresztą nie byłby oczarowany geniuszem wybitnego monarchy połączonym z dobrodusznością zwykłego człowieka? Któż nie podziwiałby Bonapartego jako dowódcy, prawodawcy, twórcy ładu społecznego, a w końcu jako człowieka, któremu ojczyzna zawdzięczała zakończenie wojny domowej i rozkwit gospodarczy? Przemysł rozwija się sto razy szybciej, gospodarka kwitnie - czyż każda chwila nie przypomina nam co zawdzięczamy Cesarzowi i czego jeszcze możemy się z jego strony spodziewać? Sukces i chwała tamtego okresu pozwalały większości z nas snuć jeszcze wspanialsze wizje niedalekiej przyszłości, choć byli i tacy, którzy ze względu na swoją szczególną pozycję potrafili przewidzieć również straty, jakie trzeba będzie ponieść. Jego Cesarska Mość zmienił nasz narodowy charakter. Francuzi stali się poważni; zaczęły nas nurtować wielkie zagadnienia współczesności. Drobne interesy zeszły na dalszy plan, wszystkie uczucia, można by rzec, przesiąkły patriotyzmem i niejeden Francuz poczerwieniałby ze wstydu, gdyby zawahał się wobec konieczności złożenia ofiary na ołtarzu ojczyzny. Dlatego otoczenie Cesarza poczytywało sobie za punkt honoru aby mu nie schlebiać. Niektórzy ostentacyjnie starali się mówić mu prawdę bez względu na okoliczności, ryzykując tym samym niezadowolenie monarchy. Taki jednak był charakter tej epoki, co jest oczywiste dla każdego, kto wnikliwie obserwował tamte czasy. Nikt, łącznie z osobami niechętnymi wobec cesarskich planów, nie może zakwestionować tego oddania i gorliwości. Opozycji Cesarz poświęcał zresztą mało uwagi, zarzucając jej przedstawicielom ograniczone horyzonty - uważał bowiem, że tylko nieliczne umysły są w stanie ogarnąć całokształt jego dalekosiężnych planów. Nie ulega przy tym wątpliwości, że ów sprzeciw zrodził się jedynie jako wyraz dążenia do ochrony interesów samego Cesarza. Czy jednak ktoś mógł wtedy przewidzieć późniejsze wydarzenia? I jakiż to osobisty interes mógłby zabrzmieć fałszywą nutą w tym chórze powszechnej wierności? Jest pewnym, że kierowała nami tylko francuska racja stanu i chęć zachowania cudotwórczej mocy Cesarza. I właśnie tę podwójną intencję można by przeciwstawić nieobliczalnym pomysłom Bonapartego, przed którymi ostrzegał - jak się nam wydawało - jakiś wewnętrzny instynkt. W miarę rozwoju wydarzeń skłonny do uniesień charakter Jego Cesarskiej Mości i żądza zaszczytów, która zmusiła go do podjęcia ryzyka tak daleko od ojczyzny, stały się coraz bardziej widoczne, zwłaszcza gdy fortuna okazała się dla niego kapryśna. Oczywiście, każdy z osobna potępiał nierealne ambicje Cesarza, ale jednocześnie fakt ciągłego odrzucania przez Anglię pokojowych propozycji, który był dla Cesarza motywem jego zamierzeń, usprawiedliwiał wszystkie jego poczynania w oczach narodu. Cóż, myślenie życzeniowe jeszcze długo będzie miało nad Francuzami większą władzę niż rozum i doświadczenie.
Po dziesięciu dniach pobytu w Witebsku musieliśmy zacząć szukać żywności w odległości do 12 lig od miasta. Rosjanie którzy pozostali w swych domach byli uzbrojeni, nie można też było załatwić żadnego transportu. Do poszukiwania prowiantu musieliśmy wykorzystać przemęczone konie, przy czym patrole aprowizacyjne narażone były na nieustanne ryzyko. Ich członkowie mogli zostać schwytani przez Kozaków lub wyrżnięci przez chłopów, co zresztą zdarzało się dość często.
Dowódcy korpusów które znajdowały się w odwodzie, a także naczelnicy administracyjni przyjeżdżali jeden po drugim do Witebska. Razem ze sztabowcami pojawiali się na defiladach, a potem prowadzili dyskusje z Cesarzem. Ten każdego dnia dosiadał konia i udawał się na zwiad po okolicy, parę razy dziennie odwiedzał też kuchnie i piekarnie. Cesarz wiele razy wizytował też miejsca, gdzie biwakowała wcześniej rosyjska armia, chcąc wyrobić sobie pogląd na siłę wroga. Nieustannie powtarzał, że rosyjskich żołnierzy jest mniej, niż sądził na początku kampanii.
7 albo 8 sierpnia nieprzyjaciel przeprowadził daleki wypad przeciw korpusom generała Sébastianiego39, zmuszając go do wycofania się, niektóre oddziały poniosły straty. Ucieszyło to Cesarza, ponieważ sądził on, że oznacza to obecność całej armii Cara i że wreszcie wybiła godzina długo oczekiwanej bitwy. Ale nadzieja ta nie trwała długo. Bonaparte przekonał się szybko, że był to tylko rekonesans. Choć z drugiej strony starcie to mogło też oznaczać prolog przed zmasowanym atakiem całej armii i aż do następnego dnia Cesarz trzymał się tej myśli. Rozmyślając o planach swojego przeciwnika i mając na uwadze jego wcześniejsze operacje, powoli tracił nadzieję, że Rosjanie wydadzą mu bitwę - kolejne ataki nie pociągały za sobą ofensywnych ruchów nieprzyjaciela, który wciąż kontynuował odwrót.

Kiedy dowiedzieliśmy się, że 4 sierpnia Bagration połączył się z głównymi siłami armii rosyjskiej, Cesarz pojął, że jego marzenie o rosyjskim ataku się spełni. Nie dając swojej armii możliwości odpoczynku, 10 sierpnia rozkazał wymarsz na pozycje Rosjan; chciał wykorzystać fakt, że nieprzyjaciel znajduje się tak blisko. Wyruszył z prawego skrzydła, planując przejść Dniepr pod Rasasnem jednocześnie z Rosjanami, którzy chcieli zaatakować nas na drugim brzegu. Z Witebska Napoleon wyjechał 12 sierpnia przed północą, 13 sierpnia rano był już w Rasaśnie na lewym brzegu Dniepru - Gwardia dotarła tam w ciągu dnia. W Witebsku pozostali ranni, chorzy i niewielki garnizon. Cesarz planował, jak już wspominałem, stoczyć wielką bitwę, by odepchnąć nieprzyjaciela, zapewnić wojskom odpoczynek, zaprowadzić w podbitym kraju własne porządki i przygotować się do przezimowania. Jednocześnie tego samego oczekiwał od korpusów stojących nad Dźwiną. Bonaparte zdecydowanie parł do siłowego rozstrzygnięcia. Gdyby po przegranej bitwie Rosjanie odrzucili nasze warunki i odmówili podpisania pokoju zimą lub nawet wcześniej, Cesarz chciał uzyskać możliwość marszu na Moskwę.
Dlatego pożądał on teraz konfrontacji bardziej niż kiedykolwiek. Tym bardziej, że - sądząc po tym co mówił - ta kampania już mu zbrzydła i nie byłby zbyt wymagający co do warunków zawarcia pokoju.
Po przybyciu do Rasasna Cesarz dokonał przeglądu przechodzących korpusów, przeprowadził też bardzo daleki zwiad za Ladami i powrócił na biwak dopiero nocą. Nazajutrz o świcie był już na koniu. Pojechał wzdłuż Dniepru przyjmując meldunki i odbierając raporty od polskich oddziałów zwiadowczych. Ich zadanie polegało na patrolowaniu obu brzegów rzeki, podczas gdy gwardia otrzymała rozkaz marszu drogą do Krasnego. Cesarz również podążył w tym kierunku. Po drodze otrzymał informację, że kawaleria właśnie walczy z rosyjską dywizją, która, jak przypuszczano, miała osłaniać Krasne. Bonaparte pomknął tam galopem, lecz wkrótce przekonał się, że bój już zakończono - po drodze napotkał zdobyczne działa konwojowane przez naszych zuchów. Każdy z nich otrzymał znaczną nagrodę pieniężną, a armaty zostały przekazane Gwardii, której rozkazano bacznie strzec pierwszych w tej kampanii trofeów. Z meldunków wynikało, że wzmocniona kilkoma kozackimi sotniami rosyjska dywizja w ogóle nie spodziewała się, że przyjdzie jej stawić czoła naszej kawalerii. Mimo to dobrze się trzymała - Rosjanie utworzyli kilka czworoboków i dzielnie bronili swoich dział i pozycji. Formacji tych nie udało się rozerwać, chociaż ich narożniki rozsypywały się podczas ataków, a żołnierze którzy znaleźli się w lukach między czworobokami, zostali wycięci do nogi. W trakcie odwrotu dywizja straciła siedem dział, w sumie jednak stawiła tak silny opór, że udało jej się dotrwać na pozycjach do wieczora. Po zapadnięciu zmroku przetrzebiona formacja wycofała się okolicznymi wąwozami, które uratowały ją od pogromu.
Nocą Cesarz powrócił do obozu Gwardii w pobliżu Lad. Wieści uzyskane od kilku rannych Rosjan wziętych do niewoli rozwiały wszelkie wątpliwości i potwierdziły tylko fakt ruchu wojsk generała Barclaya de Tolly na prawym brzegu. Napoleon podejrzewał to już od południa, gdy tylko otrzymał meldunek od zwiadowców. Wszystkie korpusy otrzymały teraz rozkaz przyśpieszenia marszu na Smoleńsk. Cesarz razem z Gwardią wyruszył przed nadejściem dnia, mając nadzieję, że dotrze pod Smoleńsk jeszcze przed Rosjanami - minęliśmy się bezwiednie maszerując przez Babinowicze na Rasasno.
Wczesnym rankiem 15 sierpnia Jego Cesarska Mość pogalopował do straży przedniej która właśnie zbliżała się do bram Smoleńska. Otoczywszy miasto, Napoleon szybko przeprowadził zwiad w okolicy - wydawało się, że nieprzyjaciel dysponuje znacznymi siłami. Nasze wojska podchodziły coraz bliżej.
Dzień upłynął na wymianie ognia artylerii i ograniczonych atakach, których celem było zajęcie dogodniejszych pozycji i podejście jak najbliżej miasta. Nazajutrz Smoleńsk został otoczony jeszcze ciaśniejszym pierścieniem; przechwyciliśmy cmentarz i kilka domów, stojących na wzniesieniu górującym nad wyżyną, na której zbudowano miasto. Jeden z adiutantów, którego generał Dalton40 umieścił w punkcie obserwacyjnym wiatraku, zauważył rankiem, że Rosjanie wyprowadzają wojska z miasta, najwyraźniej szykując się do ataku. Generał, udawszy się osobiście do wiatraka stwierdził, że pod murami miasta uformowały się już dwa albo trzy pułki, do których dołączają następne. Cesarz rozkazał zacieśnić pierścień wokół miasta i odeprzeć Rosjan, po czym podjąć próbę wzięcia ich do niewoli. Atak był zacięty - generał Dalton i wszyscy pułkownicy jego brygady zostali ranni, kiedy mężnie przypierali rosyjskie korpusy do murów Smoleńska. Dalton wdarł się do miasta od prawej strony spomiędzy magazynów z solą, znajdujących się nieopodal przedmieść, ale ponieważ został ranny, działania jego brygady stały się wolniejsze i mniej skuteczne. Rosjanie umierali z godnością.
Wieczorem Cesarz rozkazał wytoczyć kilka dział i zbombardować most, na którym mogliśmy obserwować ruch wrogich oddziałów; jedne z nich wchodziły do miasta, inne je opuszczały. Wkrótce zorientowaliśmy się, że to ostatnie korpusy Barclaya, które dopiero co przybyły na miejsce zluzowanego smoleńskiego garnizonu. O co chodziło w tej zamianie? Czyż nie był to prolog do kolejnego odwrotu? Cesarz nie wiedział co ma o tym sądzić i zawczasu złościł się na samą myśl, że chcąc dopaść armię, którą zmusiłby do walki gdyby tylko zaatakował 48 godzin wcześniej, będzie musiał teraz brnąć jeszcze dalej w głąb wrogiego kraju. Jego Cesarska Mość zapytał mnie co sądzę o tych przegrupowaniach, oczekując że potwierdzę jego opinię, iż Rosjanie będą trzymać się na swoich pozycjach i staną wreszcie do walki. Przypominał człowieka, który bardzo potrzebuje pocieszenia. Ja zaś uważałem, że skoro Rosjanie zrezygnowali z ataku, a teraz mają kłopoty z zajęciem dogodnych pozycji, to z pewnością zdecydują się na dalszy odwrót i otwarcie wyznałem to Cesarzowi.
- Skoro tak - odpowiedział Bonaparte zdecydowanym tonem - to oddając mi Smoleńsk, jedno ze swoich świętych miast, rosyjscy generałowie na oczach prostych żołnierzy bezczeszczą swoje sztandary. To ułatwia mi sprawę. Odepchniemy ich trochę dalej, przez co umocnię swoje pozycje. Potem odpoczniemy, a kiedy uczynimy z tego miasta swoją bazę wypadową, zorganizuję państwo i dopiero wtedy Aleksander będzie się miał z pyszna. Ruszę korpusy nad Dźwiną, które stoją teraz bezczynnie, moja Wielka Armia będzie jeszcze silniejsza, a moja pozycja lepsza, niż gdybym wygrał dwie bitwy. Ulokuję się w Witebsku. Postawię pod bronią Polskę, a potem zdecyduję gdzie iść - na Moskwę, czy na Petersburg. Byłem szczęśliwy słysząc, że Cesarz ma takie rozsądne plany, w pełni je aprobowałem. Postrzegałem go wtedy jako szlachetnego, wielkiego wizjonera - dokładnie tak, jak w minionych dniach jego największej chwały. Odpowiedziałem, że taki manewr rzeczywiście doprowadzi do podpisania pokoju i umocni jego realizację. W związku z tym Cesarz nie musi już gonić za realizacją zbyt odległych planów; postępowanie Rosjan dowodzi, że chcą go wciągnąć jak najdalej w głąb kraju, rozciągnąć linie zaopatrzenia i uwięzić w swoich lodach; nie należy iść im na rękę. Wydawało się, że Jego Cesarska Mość całkowicie podzielał mój tok rozumowania i podjął już ostateczną decyzję. Jak najszybciej chciałem opowiedzieć o tej rozmowie księciu Neuchâtel sugerując, żeby jeszcze mocniej utwierdził on Cesarza w tych mądrych zamierzeniach. Ale książę powątpiewał w trwałość decyzji Bonapartego i jak się niestety okazało, miał więcej niż rację. Jednak w momencie gdy usłyszałem o wspomnianych zamiarach Napoleona, ucieszyłem się na tyle, że zacząłem już snuć w związku z tym plany.
17 sierpnia Rosjanie zostali zmuszeni do opuszczenia wszystkich pozycji za miastem. Cesarz rozkazał podciągnąć baterię 30 dział do zburzenia mostu, który teraz, kiedy podeszliśmy bliżej miasta, był bardzo dobrze widoczny. Nasza artyleria tak bardzo niepokoiła Rosjan, że ich kolumny przeprawiały się przez most biegiem. Już nie można było wątpić, że nieprzyjaciel całkowicie się wycofuje. Przygotowując się do szturmu, Bonaparte wysłał na zwiad saperów i oficerów sztabu generalnego. Ci podeszli wprawdzie aż pod sam okalający miasto mur, ale nie mieli ze sobą drabin. W końcu, wobec opisanych w raporcie zwiadu przeszkód, Cesarz musiał zrezygnować z ataku. Pod wieczór odwrót nieprzyjaciela nabrał szybszego tempa, a nad miastem rozpostarła się chmura dymu. Podpalony przez wycofujących się Rosjan Smoleńsk płonął od samego rana. Pożar nie tylko nie przygasł, ale wręcz rozprzestrzenił się w ciągu nocy. Był to przerażający widok - okrutny przedsmak tego, co czekało nas w Moskwie. Nie mogłem zasnąć i przechadzałem się po obozowisku - była druga w nocy. Ze smutkiem rozmyślałem do czego doprowadzi ta wojna, jeżeli Cesarz nie pójdzie za głosem rozsądku. Przerażający obraz płonącego miasta rodził we mnie przeczucie żałosnych wydarzeń, których świadkiem miałem wkrótce zostać. Nieustannie przywoływałem w pamięci swoją niedawną rozmowę z Cesarzem i to wspomnienie nieco mnie uspokajało; lecz jednocześnie przypomniałem sobie słowa księcia Neuchâtel - moje osobiste doświadczenia zmuszały mnie do podzielania jego poglądów i obaw. Noc była zimna. Podszedłem do jednego z ognisk płonących przed namiotami Cesarza od strony miasta i zdrzemnąłem się, gdy nagle zjawił się Napoleon w towarzystwie księcia Neuchâtel i diuka Istrii.
Spoglądali na łunę pożaru, który rozjaśniał cały horyzont upstrzony blaskiem naszych ognisk.
- To jak wybuch Wezuwiusza! - wykrzyknął Cesarz szturchając mnie w ramię i budząc. - Czyż to nie wspaniały widok, panie Wielki Koniuszy?
- Przerażający, Sire.
- Ba! - wykrzyknął Bonaparte. - Przypomnijcie sobie, panowie, sentencję jednego z rzymskich cesarzy: "Trup wroga zawsze miło pachnie". Wszyscy osłupieli z wrażenia. A mnie natychmiast przypomniało się to, co powiedział mi książę Neuchâtel. Wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia i już było wiadomo, że nie ma co liczyć na realizację zamierzeń, które Napoleon niedawno planował, a które wzbudziły we mnie tyle radości.
O czwartej nad ranem kilku spekulantów, wyczekujących od dawna na odpowiedni moment, przedostało się do miasta przez wyłomy w murze - nieprzyjaciel nawet nie zadał sobie trudu, żeby je naprawić. O piątej rano Cesarz już wiedział, że miasto zostało ewakuowane. Rozkazał wkraczać tylko zwartymi korpusami, ale żołnierze i tak już wchodzili do Smoleńska różnymi przejściami, które wcześniej sami odkryli. Cesarz dosiadł konia, obejrzał wschodnią stronę murów i przejechał przez wyrwę. Obejrzawszy miasto, udał się w stronę mostu i rozkazał przyśpieszyć jego odbudowę. Budynki państwowe w centrum i co okazalsze domy niewiele ucierpiały podczas pożogi, podobnie jak arsenał, który zresztą okazał się prawie pusty. Zniszczone zostały za to wszystkie pozostałe dzielnice, a ich mieszkańcy uciekli wraz z armią. W Smoleńsku pozostało zaledwie kilka starych bab, trochę motłochu, jeden duchowny i jeden rzemieślnik. Nie można się było od nich niczego konkretnego dowiedzieć na temat carskiej armii, nie chcieli mówić nawet o stratach, jakie poniosła. Napoleon wydawał się jednak być bardzo zadowolony, wręcz triumfujący. -Nim upłynie miesiąc będziemy w Moskwie, a za sześć tygodni podpiszemy rozejm - zapowiedział.
Ten proroczy ton nie dla wszystkich brzmiał przekonywująco, a przecież sprawa dotyczyła tak upragnionego pokoju.
Idea marszu na Moskwę, mimo nadziei na końcowy sukces obiecywany z takim przekonaniem przez Cesarza, nie przypadła nikomu do gustu. Odległość od ojczyzny, a w szczególności braki w zaopatrzeniu, które były skutkiem taktyki wroga sprowadzającej się do niszczenia wszystkiego, co mogłoby się nam przydać, nie wyłączając kwater - wszystko to kładło się cieniem na wizji przyszłego zwycięstwa.
Marszałek Ney41 przygotował wszystko co niezbędne, zarówno do przeprawy przez Dniepr, jak i do pościgu za Rosjanami których tylną straż widzieliśmy jeszcze na horyzoncie. Przeprawiwszy się przez rzekę, ruszył w ślad za nieprzyjacielem i dogonił rosyjskie oddziały w chwili, gdy zajmowały pozycje u podnóża góry Walutyny. O wszystkim powiadomił Cesarza przydzielony do sztabu Murata generał Borrelli. Bonaparte jednak nie wierzył, że nieprzyjaciel obsadził pozycje większymi siłami i szykuje się do starcia. Tymczasem kolejne meldunki dowodziły, że w okolicach Walutyny znajdują się większe formacje Rosjan, toteż Cesarz natychmiast się tam udał, wysyłając jednocześnie do diuka Abrantesa42 i księcia Neuchâtel kilku oficerów z rozkazem ataku. Bonaparte chciał otoczyć rosyjski korpus i nie dać umknąć ani jednemu nieprzyjacielskiemu żołnierzowi. Tymczasem marszałek Ney zaatakował wroga z właściwą sobie odwagą i odepchnął go. Nie na długo - przybyła Rosjanom z odsieczą dywizja grenadierów zdołała utrzymać pozycje mimo powtórnego ataku dywizji Gudina. Generał ten - jeden z najwybitniejszych dowódców naszej armii - został śmiertelnie ranny na początku tej bitwy i wkrótce zmarł. Nie przeszkodziło to naszym wojskom w opanowaniu pierwszej linii nieprzyjacielskich pozycji, chociaż do Rosjan zaczęły docierać posiłki, a diuk Abrantes, który powinien był obejść lewe skrzydło nieprzyjaciela, nie zdążył na czas. W rezultacie Rosjanie utrzymywali się aż do nocy. Dowodząc z górującego nad okolicą wzniesienia, Cesarz powtórnie rozkazał księciu działać energiczniej.
- Barclay zwariował - stwierdził Napoleon - pokonamy tę ariergardę, jak tylko Junot na nią uderzy.
Cesarz powrócił do Smoleńska wściekły na Abrantesa, który tym razem niczym się nie wykazał - książę Nieuchâtel, diuk Istrii i diuk Elchingen zarzucali mu opieszałość w działaniu. Z kolei Abrantes, którego korpus składał się z cudzoziemskich wojsk, odpierał zarzuty twierdząc, że nie chcąc ryzykować musiał poruszać się zwartą kolumną, a jego ruchy dodatkowo spowolniła konieczność przejścia na prawe skrzydło. Jednak według księcia Neuchâtel i Murata, Abrantes nie powinien mieć z tym żadnych trudności - przytaczam tutaj sprzeczne meldunki, które składano Cesarzowi. Tuż po pierwszych wystrzałach król Neapolu osobiście udał się do diuka Abrantesa, którego korpusy poprzedzały jego jazdę. Murat wymyślił błyskotliwy fortel i nalegał, aby książę przyspieszył swoje manewry.
- Gnębi cię fakt, że nie jesteś marszałkiem. Masz teraz wyśmienitą okazję by to zmienić. Z pewnością zasłużysz na buławę! - zapowiedział Abrantesowi.
Oczekując, aż jego kawaleria nieco się przybliży, Murat stanął na czele tworzących awangardę Abrantesa Wirtemberczyków, pragnąc jak najszybciej rozpocząć operację i wymusić na księciu wsparcie. Jazda, którą Król Neapolu poprowadził do ataku, nie oszczędzała się w walce i odepchnęła Rosjan, lecz reszta korpusu Abrantesa nie podążyła za Muratem, zmuszając go do spowolnienia działań na tyle, by móc się utrzymać, zanim przybędzie jego kawaleria. A ta, choć pędziła kłusem, wciąż była za daleko. Łatwo można sobie wyobrazić niezadowolenie Cesarza, który parę razy kazał sobie powtórzyć te doniesienia.
- Junot - powtarzał z goryczą - pozwolił uciec Rosjanom. Przez niego zaprzepaszczam szansę na udaną kampanię.
W pierwszej chwili Napoleon dodał do tego zarzutu parę ostrych wniosków i gróźb; lecz potem - jak zwykle - górę nad świeżymi błędami wzięły wspomnienia o wcześniejszej, wzorowej służbie winowajcy, więc ostatecznie niezadowolenie monarchy nie spowodowało przykrych konsekwencji.
Cesarz starał się przekształcić Smoleńsk w swoją, jak to mówił, "oś i niezawodny węzeł komunikacyjny" na wypadek, gdyby wbrew swojej woli musiał iść dalej. Dzień i noc pracował z hrabią Daru, aby doszlifować wszelkie administracyjne szczegóły. Przede wszystkim obaj starali się rozwiązać problem wyposażenia szpitali i zaopatrzenia w żywność.
Z rozkazu Cesarza przeprowadzano liczne rekonesanse w mieście i okolicach. Kiedy pojawił się u niego generał Chasseloup43 z raportem, Cesarz zapytał go żartobliwie:
- Czyżby chciał pan tu stworzyć nową Aleksandrię i zgarnąć ode mnie jeszcze 50 000 000?
Generał jednak nie proponował niczego podobnego; przedstawił tylko postęp prac przy budowie punktu obronnego nad Dnieprem. Nazajutrz Cesarz wydał rozkaz kontynuowania dalszych robót, a sprawiał przy tym wrażenie, jakby w ogóle nie zamierzał ruszać się ze Smoleńska.
Odwrót Rosjan, którzy wycofali się w niewiadomym kierunku, pewność że sami podpalili swoje miasto, cały charakter tej wojny, w trakcie której obie strony wzajemnie się wyniszczały, a także świadomość, że jedyne co zyskaliśmy to terytorium, o które wcale nam nie chodziło - wszystko to skłaniało Cesarza do poważnych przemyśleń i utwierdzało go w przekonaniu o konieczności przerwania marszu i rozpoczęcia negocjacji. A oto kilka faktów, które dowodzą, że Napoleon w istocie miał taki zamiar, o czym zresztą mówił książętom Neuchâtel i Eckmühl. Po przybyciu do Smoleńska Cesarz kazał dowiedzieć się, czy nie pozostał gdzieś na przykład lekko ranny rosyjski oficer lub "inny przyzwoity Rosjanin". Znaleziono jednak tylko jednego rosyjskiego oficera44, który zjawił się u nas w charakterze parlamentariusza i pod jakimś pozorem został zatrzymany w Smoleńsku. Cesarz przyjął go osobiście i po krótkiej wymianie zdań zapytał, czy dojdzie w końcu do decydującego starcia. Dodał, że honor wymaga od Rosjan, aby nie oddawali swojego kraju bez walki i choćby raz stanęli do bitwy. Potem już łatwo będzie zawrzeć pokój - Francja i Rosja będą niczym dwaj uczestnicy pojedynku, którzy godzą się po walce.
- Wojna - powiedział Bonaparte - to sprawa czysto polityczna i nie jestem zły na Cara Aleksandra, który z kolei też nie powinien nosić w sobie urazy.
Następnie Cesarz obiecał oficerowi, że odeśle go z powrotem pod warunkiem, że przekaże on Carowi wszystko, co przed chwilą usłyszał, a w szczególności, że Cesarz pragnie pokoju, a czego obowiązkiem Aleksandra było wyjaśnienie wszystkich nieporozumień zanim jeszcze ta wojna się zaczęła. Oficer zobowiązał się przekazać to wszystko Carowi - dodał tylko iż nie wierzy w możliwość zawarcia pokoju, dopóki Francuzi znajdują się na rosyjskiej ziemi.
Nakazując Królowi Neapolu ściganie Rosjan, Cesarz oddał pod jego dowództwo księcia Eckmühl, rozkazując nieprzerwanie nękać przeciwnika i nie dawać mu czasu na przygotowanie się do walki. Celem Napoleona było odrzucenie wroga jak najdalej w głąb kraju, by Wielka Armia mogła złapać chwilę oddechu. Na wszelki wypadek Cesarz polecił mi przygotować zapasowe konie na wypadek gdyby trzeba było dogonić przednią straż. Zgodnie z instrukcjami, które otrzymał marszałek Murat, książę Eckmühl miał przejść pod jego dowództwo; natomiast z instrukcji, jakie otrzymał ten drugi wynikało, że ma on tylko wspierać Króla Neapolu, jeśli sytuacja będzie tego wymagała. Prócz tego nie powinien zbytnio ryzykować angażując się w działania inne niż wspieranie Murata. Dawało to księciu dużą samodzielność; pozostałe wytyczne i szczegóły misji otrzymał ustnie. Niezależnie od tego, już następnego dnia Cesarz pisał do niego w podobnym tonie, żądając informacji o wszystkim co się dzieje, ponieważ, jak twierdził, nie chce polegać tylko na meldunkach Króla Neapolu, który jest zbyt podekscytowany sytuacją. Bonaparte podkreślał, że nie chce się znów wplątywać w bezsensowne starcia.
Tymczasem armia przeciwnika wycofywała się w należytym porządku i bez większego pośpiechu. Rosjanie sprawiali wrażenie jakby nie chcąc, by cokolwiek uszło ich uwadze, w każdej chwili gotowi byli stanąć do walki. Ponieważ ich odwrót przebiegał w pełnym porządku, Król Neapolu wywnioskował, że zamierzają przystąpić do bitwy. Nie wiadomo dlaczego przyszło mu również do głowy, że w związku z tym zamiarem Barclay zajął pozycje za Użą i wznosi umocnienia pod Dorogobużem. Stoczenie zwycięskiej bitwy właśnie w tym momencie byłoby bardzo pożądane. Perspektywa konieczności dalszego marszu na wschód stawała się coraz bardziej realna, więc osiągnięcie choćby i chwilowej przewagi zapewniłoby naszej armii odpoczynek i możliwość przygotowania kwater zimowych bez zapuszczania się w głąb Rosji. Przewaga liczebna i dotychczasowe sukcesy pozwalały nam mieć nadzieję na sukces. Król Neapolu zwierzył się Cesarzowi ze swoich marzeń. Nazwałem tak nadzieje Murata, ponieważ było oczywiste, że Rosjanie nie będą chcieli teraz bitwy, jako że nie zdążyły jeszcze do nich dotrzeć posiłki dowodzone przez Miłoradowicza45.
Nadzieje Murata były jednak zbyt kuszące i zarazem na zbyt zbieżne z planami Cesarza, by nie wywrzeć na nim wrażenia. Bonaparte natychmiast opuścił Smoleńsk. Gwardia, którą już wcześniej przerzucono na czoło aby w razie potrzeby wspierała Murata, teraz otrzymała rozkaz zwiększenia tempa marszu - w taki oto sposób Cesarz znów rozpoczął działania zaczepne, do pewnego stopnia wbrew własnej woli. Do Dorogobuża dotarł 25 sierpnia i został tam do następnego dnia.
Rękawica ponownie została rzucona, a Cesarz nie należał do tych, co łatwo rezygnują. Widok potęgi własnych wojsk przyprawiał go o zawrót głowy. A kiedy znajdował się w takim stanie, wszystkie wcześniejsze przemyślenia - jak choćby te ze Smoleńska - ustępowały miejsca wizji zwycięstwa. - Już jutro dopadniemy wroga - mawiał. - Depczemy mu po piętach. Biorąc pod uwagę tempo naszego pościgu, już niedługo będzie się nam wymykał. Na solidny odpoczynek możecie liczyć dopiero po bitwie, bez niej nie zaznamy spokoju. Na poparcie swoich ostatnich decyzji Bonaparte miał teraz tyle samo rzeczowych argumentów, ile miał 48 godzin wcześniej na uzasadnienie pozostania w Smoleńsku. Wciąż goniliśmy za chwałą, czy raczej ulegaliśmy wyrokom przeznaczenia, które uparcie przeszkadzało Cesarzowi w podejmowaniu rozsądnych decyzji. Przedstawione powyżej fakty przekazał mi książę Neuchâtel, a później potwierdził je książę Eckmühl.
Jednak niezależnie od nowych perspektyw, Cesarz wydawał się być szczerze zatroskany - wojna, której końca nie było widać, już mu zbrzydła. Narzekał też na Polaków. Już na samym początku tej kampanii dał do zrozumienia księciu Poniatowskiemu, że nie jest zachwycony jego prośbą o żołd i wsparcie dla polskich żołnierzy - tymczasem korpus Poniatowskiego od dawna nie otrzymywał żadnych pieniędzy i odczuwał dotkliwe braki w zaopatrzeniu. Cesarz jednak każdego dnia narzekał, że Warszawa mu nie pomaga, Litwa pozostaje obojętna, pobór rekrutów zakończył się niepowodzeniem, a Polacy żądają od niego pieniędzy, jakby sami nie poczuwali się do poniesienia jakichkolwiek wydatków na rzecz odbudowy ojczyzny. Niezadowolenia ze stanu spraw polskich Jego Cesarska Mość nie ograniczał do wyżalania się przed swoim ministrem i ambasadorem: 22 sierpnia polecił księciu Nieuchâtel napisać do Binjona46: "Ponieważ rząd robi niewiele, sprawa nie posuwa się naprzód, administracja posiada zbyt małe możliwości i w efekcie kraj daje z siebie za mało".
Wiadomość o sukcesie, jaki odniósł nad Rosjanami książę Schwarzenberg47, ożywiła nadzieje Cesarza.
- To dobry znak dla sojuszu - powiedział. Echo tego wystrzału dotrze do Petersburga, aż do sali tronowej mojego brata Aleksandra. Jest to dobry przykład dla Prusaków. Być może obudzi to w nich poczucie honoru. Cesarz zapytał mnie, czy książę Schwarzenberg jest dobrze znany w Petersburgu i czy ma tam kontakty z postępowymi kręgami. Rozkazał, aby natychmiast wypłacić mu w gotówce kwotę 500 000 franków na tajne wydatki. Polecił też księciu Neuchâtel, aby dodatkowo wystawił mu jeszcze czek na taką sumę.
24 sierpnia Napoleon rozkazał zwrócić się do Wiednia z prośbą o przyznanie premii dla tego korpusu z pominięciem przyjętej procedury.
W Dorogobużu Cesarz mieszkał w niezwykle okazałej, położonej na wzgórzu siedzibie wzniesionej na kształt zamku. Znaleziono tam magazyny z mąką, co miało ogromne znaczenie, jako że w Smoleńsku nieprzyjaciel nie pozostawił niczego, a zapasy żywności, jakie udało nam się dotąd zdobyć, wystarczyły tylko na zaspokojenie bieżących potrzeb. Kilku korpusom rozdano chleb, którego żołnierze nie widzieli już od dawna.
W Dorogobużu otrzymaliśmy też potwierdzenie informacji, że 24 czerwca Car rzeczywiście przybył do Moskwy. Po raz pierwszy usłyszeliśmy o tym już po wkroczeniu do Smoleńska, lecz dopiero teraz dowiedzieliśmy się, że Aleksander zwołał szlachtę oraz kupców i otwarcie przedstawił sytuację w jakiej znalazł się kraj, zwracając się z prośbą o pomoc do wszystkich prowincji. Gubernia moskiewska zaoferowała 80 000 ludzi, inne podobnie, w miarę możliwości: Ukraina zmobilizowała 18 000 Kozaków, byli tez prywatni sponsorzy, którzy wystawiali całe bataliony, szwadrony i roty w pełnym wyposażeniu. Żeby nadać temu pospolitemu ruszeniu religijny charakter, metropolita Płaton wręczył Carowi cudowny obraz św. Sergieja, który został przekazany moskiewskim ochotnikom. Wezwano do "świętej wojny przeciwko Francuzom". Dowiedzieliśmy się także, że Aleksander wysłał z Połocka do Petersburga Wielkiego Księcia Konstantego48, aby ten uspokoił nastroje i przyśpieszył pobór rekrutów; miał też dopilnować, aby nic już nie przeszkadzało generałowi Barclayowi, na którego spadła odpowiedzialność za ciąg dalszy kampanii.
Napoleon zamierzał początkowo pozostać w Smoleńsku, pozostawiwszy nad Niemnem diuka Belluno49, ale teraz postanowił kontynuować marsz, toteż rozkazał diukowi dołączyć do głównych sił. Wkrótce diuk otrzymał szczegółowe wskazówki, by w razie potrzeby wsparł korpusy, które do tej pory osłaniały nasze skrzydło; Cesarz miał tu na myśli głównie oddziały marszałka Saint-Cyra50 nad Dźwiną.
Po wyjściu z Dorogobuża Wielka Armia poruszała się zwartą kolumną: kawaleria Króla Neapolu, Gwardia, I Korpus i Korpus marszałka Neya ciągnęły drogą - Polacy po prawej, Wicekról po lewej stronie.
Znaleźliśmy się na najwyższym rosyjskim płaskowyżu, z którego biorą początek trzy rzeki: Wołga, wpadająca do Morza Kaspijskiego, Dniepr, wpadający do Morza Czarnego i Zachodnia Dźwina, płynąca do Bałtyku. Po przeprawieniu się przez Dniepr, wymęczona armia brnęła przez piaski; ponieważ podejrzewaliśmy, że Barclay zamierza wkrótce wydać nam bitwę, nasze wojska zachowywały pełną koncentrację. W starciu pod Walutyną Górą wzięliśmy do niewoli kilku rosyjskich jeńców, lecz podczas pościgu było to zupełnie niemożliwe. Niepowodzeniem zakończyły się próby zdobycia choćby jednego wozu z taboru wroga. Wycofujący się Rosjanie nie zostawili żadnego rannego. Ludność cywilna uciekała w ślad za armią, wioski stały opustoszałe. Będący dziełem Rosjan pożar Smoleńska oburzył naszych żołnierzy - jego los podzielić miało jeszcze wiele miast i wsi. 27 sierpnia Cesarska Kwatera Główna przeniosła się do wspomnianego maleńkiego zamku w Sławkowie, a następnego dnia po południu do miejscowości Rybki. Tam, wykorzystując Orłowa51, który zjawił się u nas jako parlamentariusz by dowiedzieć się o los generała Tuczkowa52, książę Neuchâtel napisał list do generała Barclaya.
Cesarz, który bardzo chciał przystąpić do pokojowych negocjacji - co było w tej chwili jego największym marzeniem - skorzystał z okazji, aby zamieścić w nim kilka uprzejmych słów pod adresem Cara. Podkreślił, że nie żywi do niego żadnej osobistej urazy, a ponieważ ta wojna jest tylko i wyłącznie sprawą polityczną, to nie widzi żadnych przeszkód, aby w każdej chwili dojść do porozumienia.
Milczenie zachowywane zarówno przez władze w Petersburgu, jak i rosyjskich głównodowodzących, Cesarz tłumaczył przekonaniem Rosjan o jego złych intencjach. Podstawą sporu była kwestia odrodzeniu Polski i oderwanie jej od Rosji. Cesarz często mówił o tym księciu Neuchâtel, ze mną zaś rozmawiał o tym dwa razy.
- Aleksander dobrze wie, że jego generałowie głupio postępują i że gubi on swój kraj - twierdził Bonaparte. - Zaprzedał się jednak Anglikom, którzy buntują rosyjską szlachtę i utrudniają mu zawarcie porozumienia z nami. Zapewniają go, jakobym chciał mu odebrać wszystkie polskie prowincje i że pokój dostanie tylko za taką cenę. A przecież Car nie może zgodzić się na te warunki, ponieważ szlachta rosyjska, która ma w Polsce ziemskie majątki, wykończy go w ciągu roku, tak jak jego ojca. Szkoda, że Car mi nie zaufał, przecież chodzi mi tylko o jego dobro - zgodzę się nawet na pewne ustępstwa, byle tylko wybawić go z tego niezręcznego położenia. Pewnie gdyby nie miał takich obaw, napisałby do mnie lub przysłałby kogokolwiek; osobiście wiem, że nie jest zainteresowany przedłużaniem tej wojny - twierdził Cesarz.
Podczas innej rozmowy, która miała miejsce w Smoleńsku, Jego Cesarska Mość uzupełnił swój sąd:
- Ja też nie mam interesu w przeciąganiu tej wojny, a i Polacy nie są w stanie jej przedłużać. W Polsce nie ma nowych zaciągów, a jej mieszkańcy nie robią dla swojej sprawy dosłownie nic. Proszą mnie tylko codziennie o pieniądze, tymczasem w wyniku rosyjskiej okupacji także i mieszkańcy Litwy mają pieniądze tylko na papierze. Polacy chcieliby dostać Galicję; ale nie obchodzi ich, że przez to popadnę w konflikt z Austrią! Oczekiwałem od nich czegoś więcej niż obietnic bez pokrycia i nieustannych zapewnień o lojalności i bezgranicznym poświęceniu. Nie będę przecież z ich powodu rujnował Francji. Gdyby tylko Aleksander przysłał do mnie kogoś zaufanego, to szybko byśmy się dogadali. Nigdy dotąd nie otrzymał ode mnie tak korzystnych warunków i nie będzie już drugiej tak dobrej okazji do porozumienia. Nie przywiązuję przecież do Polski jakiegoś szczególnego znaczenia, istnieje wiele możliwości, by tę sprawę załagodzić. Niech tylko Car opowie się przeciwko Anglii, a wtedy wszystko się ułoży. Turcy już podpisali pokój, a Andreossy nie zdołał przeszkodzić w jego ratyfikacji. Bernadotte zapomniał, że urodził się Francuzem i poszedł na układ z Rosjanami53. Cała ta błędna polityka to jego zasługa i za to któregoś pięknego dnia go obalą. To niesłychane: dwa mocarstwa, które powinny zażądać od Rosji zwrotu tego, co im zagrabiła, opowiedziały się po jej stronie właśnie wtedy, kiedy pojawiła się możliwość, by wszystko odzyskać. Taka okazja więcej się nie powtórzy. Armia stojąca w Finlandii będzie wspierać Wittgensteina. Rosja może dysponować także wojskami w Mołdawii - choćby dlatego, że Turcy nie przejdą od pokoju do wojny tak szybko, żeby nie można było tego zauważyć. Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno było zapewnić mi poparcie Szwedów i Turków, ale kto dzisiaj zna się na polityce? Nikt mnie nie wyręczy, wszystko na mojej głowie! Francja będzie to wiecznie wypominać Maretowi. Jakże mi zaszkodziło to beztalencie! Nie wszystko poszło po mojej myśli, ale któż mógł przewidzieć, że oba te kraje będą działać wbrew własnemu interesowi? Ich polityka była tak oczywista, a droga jasno wytyczona! Ośmieliłem się przypomnieć Jego Wysokości, że diuk Bassano nie mógł odprawić Andreossy'ego bez cesarskiego rozporządzenia, a co się tyczy Szwecji, to żądanie o przestrzeganiu systemu kontynentalnego oraz przechwycenie szwedzkich okrętów, a w szczególności rozbrojenie ich pułków i wysłanie ich potem do Francji w charakterze jeńców, okazało się bardzo bolesne dla tego niezwykle dumnego narodu. Moje słowa doprowadziły Cesarza do pasji, którą wyraził w typowy dla siebie sposób:
- Pan się zupełnie nie zna na rzeczy i niczego nie pojmuje - rzekł, po czym zakończył rozmowę.

Najnowsze informacje o nieprzyjacielu skłoniły Napoleona do wyjazdu jeszcze tego samego wieczora. 29 sierpnia byliśmy już w Wiaźmie, gdzie przed Jego Cesarską Mością zjawił się Lauriston. Cesarz długo z nim dyskutował. Nazajutrz, zaraz po odprawie, Cesarz zwrócił się do mnie:
- No, Caulaincourt, jak to pan powiedział - że pański przyjaciel Aleksander nie chce wojować?
- Wasza Cesarska Mość mógł się o tym przekonać już wówczas - odpowiedziałem - kiedy Car podpisał pokój z Turcją; również wiele innych wydarzeń, jak mi się wydaje, potwierdziło to, o czym ja ośmieliłem się Waszej Cesarskiej Mości tylko napomknąć.
- Lauriston mówi coś innego - oburzył się Cesarz. - Aleksander może być zadowolony, że sprawy zaszły tak daleko. Jego święte miasto spłonęło i spójrzcie, jak teraz wygląda ten kraj! Lepiej byłoby dla niego, gdybyśmy doszli do porozumienia. Jednak on wolał jeszcze raz sprzymierzyć się z Anglikami. A czy Anglicy odbudują mu spalone miasta? Lauriston twierdzi, że Aleksander już od dawna prowadził z nimi rozmowy.
- Ale na pewno nie w czasie mojego urzędowania - odpowiedziałem - przecież skonfiskował im 80 statków, część z nich sprzedał, a część internuje do tej pory.
- Nabrano pana, panie Wielki Koniuszy - zdenerwował się Cesarz - słodkie słówka Cara zawróciły panu w głowie.
- Jeżeli mógłbym poddać w wątpliwość to, czego Wasza Cesarska Mość jest tak pewny, to po raz kolejny powtórzę, że Aleksander rozpoczął rozmowy z Anglikami dopiero w chwili, gdy rozległy się pierwsze wystrzały z naszych armat. Data pokoju z Turkami, data porozumienia z Anglikami, konfiskata okrętów - wszystkie te fakty z czasem się wyjaśnią i przemówią na moją korzyść. Nie minie nawet sześć miesięcy, jak Wasza Cesarska Mość upewni się co do wiarygodności moich słów.
Cesarz skorzystał z okazji, aby znów poruszyć temat Turcji i Szwecji. Z rozdrażnieniem wypowiadał się na temat diuka Bassano, którego uważał za winnego faktu, że oba te mocarstwa nie są teraz naszymi sojusznikami. Zgodził się, że data podpisania pokoju między Rosją i Turcją świadczy na moją korzyść.
- Ale i tak nie zmienia to faktu - dodał ironicznie Napoleon - że pański przyjaciel Aleksander jest pełnym fałszu barbarzyńcą. Prawdę powiedziawszy, nie jestem na niego zły. Nawet przykro mi, że jego kraj tak przez to wszystko cierpi. Gdy tylko będę mógł z nim rozmówić się jak przyjaciel z przyjacielem, szybko dojdziemy do porozumienia, ponieważ ta wojna ma wyłącznie polityczne podłoże i jest wiele sposobów, aby załatwić sprawę tak, by poddani Cara byli zadowoleni, a Aleksander nie podzielił losu swego ojca.
Tymczasem Rosjanie nie pozostawiali na naszej łasce żadnego ze swoich ludzi, planowo niszczyli magazyny, palili państwowe budynki, nie oszczędzając nawet co okazalszych prywatnych domów. Wielu uważało, że płonące miasta i miasteczka, do których wchodziliśmy to skutek iście kozackiego bezhołowia, jakie panowało w naszej straży przedniej; przyznaję, że sam również podzielałem ten pogląd, bo nie mogłem zrozumieć, jaki interes mieliby mieć Rosjanie w niszczeniu nie tylko budynków administracji państwowej, ale również prywatnych domów, które przecież do niczego nie były nam potrzebne. W końcu Cesarz, któremu wiele osób opowiadało o tych pożogach, rozkazał mojemu bratu aby ten na drugi dzień podszedł z dużym oddziałem Gwardii jak najbliżej przeciwnika i wtargnął do Wiaźmy, kiedy będzie tam jeszcze nieprzyjacielska ariergarda, żeby zobaczyć na własne oczy co się tam dzieje i czy to rzeczywiście Rosjanie są podpalaczami. Napoleon nakazał mu również dopilnować porządku po wkroczeniu do miasta.
Nazajutrz, kiedy po dość zaciętej walce nieprzyjacielska straż tylna ewakuowała się ze swoich pozycji, oddział mojego brata wkroczył do Wiaźmy wraz ze strzelcami - miasto już gdzieniegdzie płonęło. Kozacy wzniecali ogień przy pomocy specjalnych żagwi, które znajdowaliśmy w miejscach, gdzie pożar pojawił się jeszcze zanim Kozacy opuścili miasto. Kilka oddziałów otrzymało zadanie zlokalizowania miejsca pożaru - wszyscy żołnierze okazali wiele ofiarności, dzięki czemu udało się uratować wiele domów, a także zapasy - ziarno, mąkę i wódkę. W pierwszej chwili wydawało się, że udało się ocalić te rzeczy również przed grabieżą. Niestety, nie na długo.
Na podstawie zeznań uzyskanych od niektórych pozostałych na miejscu mieszkańców, a zwłaszcza pewnego w miarę rozgarniętego czeladnika piekarskiego, upewniliśmy się, że za wszystkimi pożarami, które wzniecono tuż po zjawieniu się naszych wojsk stoją oddziały kozackiej ariergardy. I rzeczywiście, we wszystkich domach, w których znajdowała się jeszcze żywność, znaleźliśmy przygotowane do wykorzystania środki zapalające. Tym samym otrzymaliśmy dowód, że nie był to przypadek, że wypełniano otrzymane wcześniej rozkazy, co już wcześniej podejrzewaliśmy i czego mieliśmy doświadczać także w przyszłości.
Wcześniejsze doniesienia mieszkańców innych miast i miasteczek, w które nie chcieliśmy początkowo wierzyć, teraz potwierdzały się na każdym kroku. Wszyscy byli tym wstrząśnięci, nawet Cesarz, choć starał się sprawiać wrażenie, że śmieszy go ten nowy sposób prowadzenia wojny. W trakcie rozmowy z nami Bonaparte żartował sobie z ludzi, którzy palą swoje domy, byśmy nie mogli w nich przespać nawet jednej nocy. Chciał w ten sposób pomniejszyć nasze obawy co do przebiegu i skutków kampanii, w trakcie której nieprzyjaciel wykazał się gotowością do największych poświęceń. Niewątpliwie także i Cesarz rozmyślał o tym wszystkim w podobnym duchu, ale nie dzielił się z nami wnioskami tych przemyśleń.
Jak wspomniałem, oddziałom czołowym mimo szalejących pożarów udało się zdobyć spore ilości pożywienia, wódkę, a nawet wino. Przerażający obraz zniszczenia robił jednak mniejsze wrażenie na żołnierzach najedzonych do syta, mających pełne tornistry, a pod ręką nieźle zaopatrzone sklepiki. Nie zmieniało to faktu, iż generalnie byliśmy już wszyscy srodze utrudzeni i cierpieliśmy z powodu niedostatku - Rosja okazała się krajem tak obcym, że o nastrojach Wielkiej Armii decydował teraz żołądek.
Już w Polsce brakowało nam wszystkiego. W Witebsku, po wielkich trudach, udawało nam się wprawdzie zdobyć jakąś żywność, a w okolicach Smoleńska, natrafialiśmy po wsiach na nieskoszone zboże, zapasy ziarna, mąki i paszy, a czasem nawet na trzodę - nigdzie jednak nie było ani kropli wódki czy wina. Teraz za to, choć drogę z Dorogobuża znaczyło pasmo pożarów, w magazynach i piwnicach nasze oko i podniebienie cieszyły nienaruszone zapasy. Także w domach można było znaleźć wiele obficie zaopatrzonych we wszystko spiżarni. Żołnierze zaczęli tym wszystkim handlować, czemu nie sposób było przeciwdziałać, ponieważ nie otrzymywali racji żywnościowych - wcześniej po prostu nie było im czego rozdawać. Żyliśmy z dnia na dzień maszerując często nawet bez zatrzymywania się na nocleg. Teraz za to większość żołnierzy dobrze się urządziła, można nawet powiedzieć, że bardzo dobrze. Urządzone z przepychem ogromne domy dawały przedsmak tego, czego oczekiwano w Moskwie, która zdawała się być w zasięgu ręki. Bliskość wielkiej stolicy dodawała żołnierzom animuszu.
Dowodzący strażą przednią Król Neapolu często kazał żołnierzom pokonywać od 10 do 12 lig w ciągu dnia. Ludzie nie schodzili z koni od trzeciej rano do dziesiątej wieczór. Z nieba lał się żar, a Cesarz zdawał się zapominać, że doba ma tylko 24 godziny. Awangarda została wzmocniona kirasjerami i karabinierami; konie, podobnie jak ludzie, były bardzo utrudzone i tak wynędzniałe, że wiele z nich padło - drogi były usłane końskimi trupami. Mimo tego koszmarnego widoku, Cesarz niezmiennie i uparcie trzymał się myśli, że niebawem dopadnie wroga. Za wszelką cenę chciał zdobyć jeńców, bo był to jedyny sposób na pozyskanie informacji o rosyjskiej armii. Ze szpiegów nie było tutaj żadnego pożytku - widmo knuta i Syberii chłodziło zapały nawet najbardziej skutecznych wywiadowców. Do tego dochodziły trudności z wtopieniem się w realia tego kraju, że o przeniknięciu do carskiej armii nie wspomnę. Wiarygodne informacje docierały do nas tylko z Wilna. Nasze przemarsze były zbyt długie i zbyt wyczerpujące, a przemęczona kawaleria nie była już w stanie wysyłać oddziałów zwiadowczych, ani nawet patrolu na flanki. W efekcie Cesarz nie miał pojęcia, co dzieje się w odległości dwóch lig od trasy przemarszu. Niestety, bez względu na to, jak wielką wagę przywiązywano do zdobycia jeńców, nadal nie udawało się ich pojmać. Kozackie ubezpieczenie sprawowało się dużo lepiej niż nasze oddziały zwiadowcze. Ich konie - starannie pielęgnowane - były podczas ataku bardziej wytrzymałe. Kozacy atakowali tylko w dogodnej dla siebie sytuacji i nigdy nie angażowali się w długotrwałą walkę.
Pod koniec dnia nasze wierzchowce były utrudzone do tego stopnia, że byle potyczka kosztowała nas życie kilku żołnierzy, których konie zawodziły. Kiedy nasze szwadrony zmuszone zostały do odwrotu, mogliśmy zaobserwować, jak w kulminacyjnym momencie starcia nasi żołnierze zsiadali z koni i ciągnęli je za sobą, a czasami wręcz musieli je porzucać i ratować ucieczką pieszo.
Książę Neuchâtel, hrabiowie Durosnel i Lobau, a także inne waleczne osoby z otoczenia Napoleona próbowały przedstawić mu tę sytuację, zwracając uwagę na konieczność troskliwszego obchodzenia się z wyposażeniem i końmi w sytuacji gdy Cesarz postanowił stoczyć decydującą bitwę, albo iść na Moskwę. Bonaparte przysłuchiwał się nam uważnie, ale niesiony nadzieją, że być może już jutro otrzyma to, czego nie dostał dzisiaj, ignorował wszelkie argumenty i gnał wojsko przez 12 lig, choć początkowo planował tylko pięć. Wszystkich nas zadziwiała sprawność odwrotu tej stutysięcznej armii, która nie pozostawiała za sobą ani jednego marudera i ani jednego zaprzęgu. W promieniu 10 lig nie można było znaleźć żadnego konia. Musieliśmy sadzać przewodników na swoje wierzchowce, a często nie udawało się także znaleźć człowieka, który mógłby wskazywać nam drogę. Bywało, że ktoś prowadził nas przez trzy - cztery dni, po czym okazywało się, że nasz przewodnik orientował się w terenie nie lepiej niż my... Podobne problemy miała również nasza straż przednia.
Podczas gdy ścigaliśmy armię rosyjską, nie mając przy tym możliwości zdobycia choćby podstawowych informacji na temat trasy którą się poruszała, u Rosjan wydarzyło się wiele nowego. Generał Kutuzow54, który na żądanie szlachty mianowany został głównodowodzącym rosyjskich sił, 29 sierpnia zjawił się w miejscowości Cariewo-Zajmiszcze, położonej miedzy Wiaźmą a Gżatskiem, o czym Cesarz w ogóle nie wiedział.
Ze wszystkich stron nadciągały do niego posiłki, w tym samym czasie również i Miłoradowicz połączył swoje wojska z głównymi siłami. Zarówno w Petersburgu, jak i w Moskwie coraz mocniej pobrzmiewały wojownicze głosy nawołujące do zniszczenia wroga, gdy tymczasem Cesarz karmił się mrzonkami, że jego sugestie na temat pokoju doprowadzą do podpisania rozejmu. Zagrażaliśmy pradawnej rosyjskiej stolicy, zajęliśmy zgliszcza świętego miasta i staliśmy teraz u wrót Gżatska, a Car, wysławszy Bałaszowa do Wilna, w ogóle nie raczył zareagować na nasze wstępne propozycje rozmów wysunięte jeszcze w Smoleńsku. Znacząca zmiana polityki petersburskiego rządu powinna była otworzyć Cesarzowi oczy, a jego harda postawa wobec agresora - uzmysłowić niebezpieczeństwa, jakie niosła za sobą ta kampania. Bonapartego gnało jednak przeznaczenie - Cesarz wierzył, że jego gwiazda rozbłyśnie blaskiem nowej chwały nad tą polarną krainą. Tymczasem jednak sam musiał doświadczyć losu, jaki zgotował Rosjanom i wielu innym narodom. Jak już mówiłem, nasza armia była potwornie zmęczona, a w najgorszym stanie znajdowały się artyleria i kawaleria. Liczebność lekkich wojsk zmniejszyła się tak bardzo, że dla ich wzmocnienia trzeba było wykorzystać strzelców i kirasjerów.
31 sierpnia Cesarska Kwatera Główna rozlokowała się w ziemiańskim dworze w Wieliczewie; stanął tam także Król Neapolu. Tymczasem nieprzyjaciel wycofywał się krok po kroku, jego ruchy osłaniali Kozacy, a od czasu do czasu także jeden czy dwa pułki dragonów. Cała nasza kawaleria i część piechoty znajdowały się w nieustannej gotowości bojowej - parliśmy naprzód forsownym marszem w nadziei, że dopadniemy wreszcie wroga. Pościg jednak okazał się bezskuteczny. Żywiliśmy się tylko tym co samodzielnie zdobyli żołnierze, którzy musieli organizować się przy tym w duże oddziały - Kozacy i chłopi mordowali naszych ludzi, jeśli tylko odważyli się wyruszyć na poszukiwanie żywności mniejszą grupą. Im bardziej posuwaliśmy się naprzód, tym więcej ludności uciekało przed nami. Nie spotykaliśmy już nawet starców i kalek. Dochodziło do tego, że straż przednia miała problem, by znaleźć kogoś, kto mógłby nam powiedzieć w jakiej miejscowości się znajdujemy. Zapanował jeden wielki chaos.
W końcu, już pod samym Gżatskiem, straż przednia pochwyciła Kozaka, pod którym zabito konia; wkrótce potem w nasze ręce dostał się też Murzyn, który oświadczył, że jest kucharzem atamana Płatowa55. Murzyna pochwycono na drodze ze wsi, w której pewnie handlował z wieśniakami. Król Neapolu odesłał jeńców do Cesarza, a ten zasypał ich pytaniami. Odpowiedzi wydały mi się na tyle ciekawe, że natychmiast je zapisałem. Czarnoskóry kucharz ze szczegółami opowiedział o stylu życia swojego generała, któremu usługiwał przy stole, dzięki czemu był świadkiem ciekawych rozmów na temat rywalizacji między niektórymi dowódcami. Niestety, nie wiedział przy tym nic o ruchach armii - i co chwilę, strojąc przy tym bardzo zabawne mimy, dopytywał się z kim ma do czynienia. Na próżno tłumaczono mu, że znajduje się przed obliczem samego Cesarza Napoleona - i tak nie chciał w to uwierzyć. Kiedy w końcu udało się to wyjaśnić, Murzyn oniemiał - wpierw skłonił się nisko, potem parę razy padł plackiem, po czym zaczął bić czołem o podłogę, tańczyć i śpiewać, strojąc przy tym przeróżne miny. Przy okazji przekonywał Króla Neapolu, że Cesarz rozkazał posłać właśnie po niego, ponieważ doskonale zna całą okolicę.
Teraz Bonaparte wydał rozkaz, aby przyprowadzono Kozaka. Był to wysoki na pięć stóp brunet o bystrych oczach i rozsądnym wyrazie twarzy - wyglądał dość poważnie, można było mu dać 30-36 lat. Jeniec sprawiał wrażenie bardzo przygnębionego faktem, że dostał się do niewoli, jednak jeszcze bardziej martwiła go chyba utrata konia. Cesarz rozkazał mi, bym podarował mu konia z cesarskiej stajni.
Według słów Kozaka, Rosjanie otwarcie krytykowali Barclaya, który, jak powiadali, uniemożliwił im stoczenie bitwy pod Wilnem i pod Smoleńskiem, zamykając wojska w murach miasta. Dwa dni temu w armii zjawił się Kutuzow, który miał zająć miejsce Barclaya. Kozak wprawdzie nie widział Kutuzowa osobiście, ale pewien młody oficer sztabowy, który przyjechał wczoraj, żeby porozmawiać z jego atamanem, przyniósł tę nowinę dodając, że to szlachta wymusiła na Aleksandrze tę zamianę, z której armia była bardzo zadowolona. Ta wiadomość wydała się Cesarzowi na tyle prawdopodobna, że podzielił się nią ze swoim otoczeniem. Umiar i opanowanie Barclaya potraktowano w tym wypadku jako wadę. Mimo niebywałej energii, którą wkładaliśmy w pościg, zaczynaliśmy tracić nadzieję, że uda nam się zmusić przeciwnika do bitwy.
- Ta metoda - mówił czasami Cesarz - pozwoli mi zdobyć Moskwę, ale rozegrana wcześniej bitwa położyłaby kres tej wojnie i mielibyśmy pokój, bo przecież tak się to właśnie zakończy prędzej czy później.
Dowiedziawszy się o przybyciu Kutuzowa, Cesarz natychmiast doszedł do wniosku, że to niemożliwe, aby generał przyjechał tylko po to, żeby dowodzić odwrotem.
- Z pewnością wyda nam bitwę - dowodził Napoleon - w konsekwencji której odda Moskwę, bo jesteśmy zbyt blisko stolicy, by Rosjanie mogli ją jeszcze uratować. Mówił też, że jest wdzięczny Carowi Aleksandrowi za tę zamianę. Choć Cesarz wychwalał rozsądek Kutuzowa, to jednocześnie był zdania, że z tak osłabioną i zdemoralizowaną armią nawet on nie zdoła już powstrzymać naszego marszu na Moskwę. Bonaparte był pewny, że aby zadowolić szlachtę, Kutuzow wyda bitwę, co oznacza, że w ciągu dwóch tygodni Car zostanie bez stolicy i bez armii. Rosjanie oczywiście poczytują sobie za punkt honoru, by nie oddawać swojej historycznej stolicy bez walki, z pewnością tak samo uważa Car, skoro wymienił dowódcę. Zatem teraz będzie już mógł podpisać pokój nie narażając się na zarzuty rosyjskich wielmożów, którzy protegowali Kutuzowa. Wszak to na niego można teraz będzie zrzucić odpowiedzialność za wszystkie niepowodzenia; tak, niewątpliwie tak właśnie myślał Car idąc na ustępstwa wobec szlachty.
Cesarz ponownie przesłuchał Kozaka, którego odpowiedzi i w formie, i w treści były bardzo rozsądne jak na zwykłego żołnierza. Oto co mówił jeniec:
- Gdyby rosyjscy żołnierze Aleksandra, a w szczególności jego generałowie, byli podobni do Kozaków, to pan ze swoją armią nigdy nie znalazłby się w Rosji. A gdybyśmy służyli we francuskiej armii, to Wasza Wysokość już dawno byłby Cesarzem Chin. Francuzi dobrze walczą, ale są nieostrożni. Lubią grabieże, wymykają się ze swoich oddziałów żeby myszkować po domach, a Kozacy to wykorzystują i każdego dnia biorą do niewoli kilku Francuzów. Gdyby nie Kozacy, Francuzi byliby już w Moskwie, w Petersburgu, a być może i w Kazaniu. To właśnie Kozacy najbardziej Wam przeszkadzają. Nam za to bardzo podoba się Król Neapolu, który nosi wspaniały pióropusz i zawsze pierwszy rzuca się do walki; Kozacy dali sobie więc słowo, że go nie zabiją, ale spróbują wziąć do niewoli.
Jeniec przyznał, że w Wiaźmie Kozacy przygotowali wszystko co trzeba do podpalenia mostu, magazynów i wielu domów - taki właśnie rozkaz otrzymali od swojego atamana.
Kiedy wkroczyliśmy do Gżatska, część miasta była już spalona, niektóre domy jeszcze się tliły. Tu podeszliśmy do sprawy inaczej - najpierw staraliśmy się ugasić ogień, a Cesarz rozkazał przeprowadzić dokładne rozpoznanie okolicy, odwiedził też ocalały z pożogi szpital wojskowy położony przy wylocie z miasta. Bonaparte poganiał wszystkich, pragnąc przyśpieszyć przemarsz wojsk i odbudowę mostów. Na kwaterę powrócił bardzo późno. Liczba mieszkańców którzy pozostali w mieście była jeszcze mniejsza, niż w Wiaźmie. Domy stojące wzdłuż ulicy, przy której zatrzymał się Cesarz, a także te położone po drugiej stronie rzeki, były pełne żywności - znaleźliśmy tam sporo doskonałej mąki, jajka i masło, którego nie jedliśmy już od dawna. Cesarzowi dostarczono też wielu cennych informacji na temat rosyjskiej armii. Okazało się, że Kutuzow dwukrotnie przejeżdżał przez Gżatsk; pierwszy raz, kiedy przejmował dowództwo, a drugi raz podczas odwrotu. Powiadano, że Miłoradowicz przybył wraz z 50 000 armią i wielką ilością uzbrojenia. Cesarz zaś oceniał jego siły na mniej więcej 30 00056. Rosyjscy oficerowie byli ponoć zachwyceni przybyciem Kutuzowa i nie mieli żadnych wątpliwości, że poprowadzi ich do wielkiej bitwy. Armia kontynuowała obecnie odwrót tylko po to, by połączyć się z nadciągającymi z Moskwy posiłkami.
Na podstawie tych informacji, które wydawały się być ze wszech miar wiarygodne, Cesarz nabierał coraz większej pewności, że do wielkiej bitwy, której tak bardzo oczekiwał, dojdzie lada moment. Wszystkie te nowiny przekazał nam opatrzone własnym komentarzem:
- Nowy głównodowodzący nie może w dalszym ciągu kontynuować odwrotu wbrew woli całego rosyjskiego społeczeństwa. Postawiono go na czele armii pod warunkiem stoczenia zwycięskiej bitwy. Ich dotychczasowy sposób prowadzenia wojny powinien się teraz zmienić.
Cesarz postawił armię w stan najwyższej gotowości bojowej. W tym celu pozostał w Gżatsku jeszcze 2 i 3 września, pragnąc skoncentrować wszystkie siły i pozwolić na odpoczynek kawalerii i artylerii. Dowiedzieliśmy się też, że generał Latour-Maubourg57, o którego Cesarz bardzo się niepokoił, przybył 1 września wraz ze swą dywizją do Jermakowa.
Napoleon uświadamiał sobie konieczność zaprowadzenia porządku w obozach i na zawalonych tobołami drogach - chciał dać artylerii szansę przedostania się na czoło armii zanim jeszcze rozpocznie się bitwa, co według niego miało mieć miejsce w ciągu najbliższych dni. Padł rozkaz, aby spalić wszystkie wozy, które blokują drogę. - Rozkażę spalić swój osobisty bagaż jeżeli znajdzie się w niewłaściwym miejscu - zapowiedział mi następnego dnia Jego Cesarska Mość.
Jadąc konno Cesarz napotykał teraz tabory, które zamiast trzymać się przy swoich oddziałach, znalazły się zbyt blisko artylerii. Strzelcom ochraniającym jego konwój rozkazał zatrzymać wozy, następnie zsiadł z konia i wydał polecenie, aby je natychmiast spalono, co jednak spowodowało protesty.
Narbonne zwrócił Cesarzowi uwagę, że w ten sposób można pozbawić najpotrzebniejszych rzeczy jakiegoś oficera, który jutro może stracić nogę.
- Mnie będzie to kosztowało znaczniej więcej - odpowiedział Cesarz - jeżeli jutro obudzę się bez artylerii.
Trzeba było gdzieś poszukać trochę słomy, drewna i rozpalić ognisko. W tym czasie rozładowano jeden, a następnie drugi wóz. Kiedy podpalono ich zawartość, Cesarz popędził konia i oddalił się galopem. Do dziś jestem przekonany, że woźnice uratowali wówczas swoje ładunki, nawet jeśli były już nieco nadpalone.
- Szkoda, że te rzeczy nie należały do pana - powiedział Cesarz zwracając się do księcia Neuchâtel - przydałby się panu taki wstrząs, ciągle wpadam na pańskie tabory.
- Są z tyłu, tuż za wozami Waszej Cesarskiej Mości - odpowiedział mu książę.
- To wszystko przez Caulaincourta - oburzył się Cesarz - Zresztą obiecałem mu spalić moje własne bagaże, jeśli gdzieś je napotkam. Tak więc proszę się na mnie nie złościć, dla swoich rzeczy też nie będę miał litości. Jestem tu głównodowodzącym i powinienem świecić przykładem.

4 września Cesarska Kwatera Główna biwakowała w okolicach wsi Prokofiewo, a 6 września nieopodal wsi Borodino. Bausset58 dotarł tutaj 6 września po południu. Przywiózł list od Cesarzowej, którą eskortował do Pragi oraz portret Króla Rzymu namalowany przez Gérarda59. Wróciwszy ze zwiadu, podczas którego badał pozycje wroga, Napoleon znalazł portret w swoim namiocie. Jednocześnie przybył do Cesarza adiutant diuka Raguse60 z informacjami o niepowodzeniach w Hiszpanii61. Relacje na ten temat Cesarz otrzymał już wcześniej, wraz z listami z Paryża. Jednak sprawy rosyjskie były zbyt ważne, aby teraz zawracać sobie głowę Hiszpanią.
- Anglicy zbyt zaangażowali się w Hiszpanii, aby mieli teraz zostawić wszystko i rzucić się na mnie we Francji lub w Niemczech. I to jest dla mnie ważne - powiedział mi następnego dnia.
Jeszcze przez moment Cesarz pozostał w swoim namiocie, który był rozstawiony pośrodku gwardyjskiego czworoboku, po czym pośpiesznie udał się do miejsca, w którym nasze prawe skrzydło zaatakowało dwie reduty osłaniające lewą flankę nieprzyjaciela. Atak został przeprowadzony z takim impetem, że przejęliśmy te reduty w niespełna godzinę. Główne siły otrzymały rozkaz pozostać na stanowiskach bojowych, a piechota miała osłaniać czworoboki. Całe szczęście, że Cesarz wykazał się taką zdolnością przewidywania, bo zaraz po zapadnięciu zmroku, kiedy bitwa już dawno się zakończyła, rosyjscy kirasjerzy, posiłkowani przez piechotę, energicznie zaatakowali naszą formację62, kierując się w stronę przejętych przez nas redut; niewątpliwie mieli nadzieję, że w rozgardiaszu nocnej walki zmuszą nas do ewakuowania się z umocnień, dzięki czemu będą mogli na powrót je zająć. Pierwszy czworobok wpadł w popłoch, stracił trochę ludzi i broni, ale pozostałe, ostrzeżone odgłosami strzelaniny, trzymały się dzielnie. Na skutek naszego ognia artyleryjskiego rosyjscy kirasjerzy ponieśli bardzo dotkliwe straty. Ich atak był bardzo nieudolnie zabezpieczany, musieli więc zrezygnować z próby odzyskania redut, które stanowiły klucz w rosyjskim systemie obronnym. Atakując w zupełnych ciemnościach kirasjerów, udało się nam posunąć nieco w głąb terenu zajętego przez wroga i ulokować się na skraju lasu, w miejscu, które ze strategicznego punktu widzenia było bardzo ważne dla Rosjan, choćby dlatego, że mogli stamtąd obserwować ruchy naszych wojsk. Nocą Cesarz wizytował wszystkie obozowiska, obejrzał zdobyte reduty, kilka razy przejechał też wzdłuż linii naszych wojsk, aby na podstawie własnych obserwacji ocenić rozmieszczenie i liczbę nieprzyjacielskich stanowisk. Napoleon miał w zwyczaju odwiedzić przed każdą bitwą swoje oddziały. Tak uczynił i tym razem. Jeszcze po południu odwiedził wiele korpusów wydając im ostatnie dyspozycje, ale nadal nie był pewien, czy następnego dnia będzie miał okazję zaatakować wroga; wciąż obawiał się, że nieprzyjaciel wymknie mu się chyłkiem po raz kolejny.
O świcie63 Cesarz znowu pojawił się przy głównej reducie i pod osłoną rosnącego tuż przed nią lasu - znajdującego się od wczoraj w naszych rękach - wraz ze mną i księciem Neuchâtel podjechał bardzo blisko do nieprzyjacielskich pozycji. Znowu przejechał wzdłuż całej linii i ze szczególną uwagą obejrzał środek formacji i lewe skrzydło, które zlustrował aż po stanowiska wartowników. Potem, razem z Muratem, jeszcze raz wrócił do środkowych pozycji, żeby na miejscu wydać mu ostatnie polecenia. Następnie udał się na skraj prawej flanki, dowodzonej przez księcia Poniatowskiego, który dzień wcześniej, razem ze swoimi Polakami, odniósł dość znaczące zwycięstwo64, przechwytując część terenu okupowanego przez wroga. Opór Rosjan w tym miejscu wydawał się nie być tak silny, jak gdzie indziej. Cesarz wahał się, czy nie przeprowadzić głębokiego manewru prawym skrzydłem, co pozwoliłoby mu obejść pozycje nieprzyjaciela i częściowo zneutralizować zagrożenie ze strony jego redut - czy też ustawić się na takich pozycjach, które ułatwią zaatakowanie centrum przeciwnika zarówno od czoła, jak i z tyłu. W tym wypadku atak rozpoczęłoby nasze prawe skrzydło, co było możliwe dzięki wcześniejszemu przechwyceniu części rosyjskich umocnień. Napoleon obawiał się, że przyjmując pierwszy wariant który zagrażał tyłom Rosjan, może sprowokować ich do kolejnego odwrotu, co było tym bardziej prawdopodobne, że wczorajsza utrata dwóch redut poważnie osłabiła wrogie pozycje. Te wątpliwości skłoniły Cesarza do przyjęcia drugiego wariantu. Widząc, że nieprzyjaciel nadal tkwi na swoich stanowiskach, Napoleon postanowił dać wojskom dzień odpoczynku, żeby artyleryjskie rezerwy i inne oddziały zdążyły dotrzeć na miejsce. Myślał także - i to miało decydujący wpływ na jego decyzję - że nieprzyjaciel, który wraz z nastaniem nocy próbował odbić reduty, tak istotne dla jego lewego skrzydła, za dnia spróbuje znów przechwycić utracone pozycje, a w ostateczności podejmie próbę odbicia terenu, który oddał Polakom. Cesarz miał nadzieję, że właśnie od tego zacznie się zwycięskie starcie. Dzień upłynął jednak na wzajemnej obserwacji - jeśli nie liczyć potyczki stoczonej przez Polaków, w wyniku której przejęli następną część terenu, co stworzyło bardzo dogodną pozycję wyjściową przed jutrzejszym atakiem na skrzydło nieprzyjaciela. Widząc, że Rosjanie nie ruszają się z miejsca, Cesarz zaczął podejrzewać, że pracują nad nowymi umocnieniami, które miałyby zastąpić utracone wczoraj reduty. Około trzeciej po południu przez chwilę wydawało się nam, że nieprzyjaciel zaczyna się wycofywać i Bonaparte - wciąż w pogotowiu - o mało nie wydal rozkazu rozpoczęcia ataku. Dokładne obserwacje prowadzone z punktów położonych blisko pozycji wroga upewniły nas jednak, że Rosjanie nadal zajmują poprzednie stanowiska. Wieczorem uspokojony Cesarz powrócił do swojego namiotu. Dnia 7 września, jeszcze przed świtem, Napoleon zjawił się w reducie na prawym skrzydle, po czym razem z księciem Eckmühl, księciem Neuchâtel i ze mną podjechał na skraj lasu, przed redutą. Kiedy zaczęło świtać, wojskom odczytano proklamację Cesarza - tak krótką i zwięzłą, jak wszystko, co pisał w podobnych sytuacjach, to znaczy w przeddzień wielkich wydarzeń.
Polacy, Król Neapolu ze swoją kawalerią stojącą na polskim lewym skrzydle, a także wojska księcia Eckmühl ruszyli jeszcze przed świtem. Ich atak był gwałtowny, ale i obrona okazała się bardzo zacięta. Książę Bagration, który stawiał im czoła, bronił się z dużym poświęceniem i odwagą, ale nasi żołnierze walczyli z takim zapałem, że nic nie było w stanie ich zatrzymać. Generał Compans, ranny podczas pierwszych ataków, został zastąpiony przez generała Rappa, który, stanąwszy na czele wiarusów Compansa, wkrótce też odniósł rany. Wymiana kontuzjowanych bądź zabitych wyższych oficerów odbywała się bez zbytecznego zamieszania i nie wpływała na spowolnienie działań wojskowych, nawet gdy ranny został również książę Eckmühl65.
Marszałek Ney z charakterystyczną dla siebie odwagą, uderzył niczym błyskawica w wysunięte korpusy nieprzyjaciela i odepchnął je. O siódmej dobiegała stamtąd nadzwyczaj silna kanonada. Tymczasem Król Neapolu wspierał swoją kawalerią energiczny atak piechoty naszego prawego skrzydła i piechoty księcia Eckmühl, w wyniku którego zdobyte zostały dwa umocnienia znajdujące się na lewym skrzydle Rosjan.
O ósmej Cesarz otrzymał meldunek, że generał dywizji Montbrun, dowodzący I. Korpusem Kawaleryjskim składającym się z trzech dywizji, został zabity. Bonaparte wezwał wówczas mojego brata, którego wcześniej wysłał do dowódcy atakującego prawą flankę. Po kilku minutach brat powrócił z meldunkiem o zdobyciu dwóch redut.
- Przejmie pan dowodzenie nad pierwszym kawaleryjskim korpusem. Proszę postępować tak, jak pod Arsobispo - usłyszał wówczas od Jego Wysokości.
Książę Neuchâtel podał mu list do generałów dywizji, nakazujący im podporządkować się mojemu bratu. August uścisnął mi rękę i powiedział:
- Robi się tak gorąco, że być może już się nie spotkamy. Zwyciężę albo zginę.
Nie wiem czy wynikało to z osobistego cierpienia, które często budziło w nim pragnienie śmierci, czy też z rozwoju sytuacji na polu boju. Nie mam pojęcia, ale nie mogłem zapomnieć tego tragicznego pożegnania - aż do chwili, gdy dowiedziałem się, iż jego straszne przeczucie się spełniło. Marszałek Ney, wspomagany przez korpus Wicekróla Neapolu, wspierał prawą flankę i już przed dziesiątą nieprzyjaciel musiał wycofać się z przedpola Wielkiej Reduty66 wzniesionej w centrum swoich pozycji. W efekcie tych działań wróg utracił również pozycje na swoim lewym skrzydle i wioskę67 stanowiącą centrum jego ugrupowania. W tym samym momencie do Rosjan zaczęły docierać posiłki i walki w rejonie naszego prawego skrzydła potoczyły się ze zmiennym szczęściem. W pewnym momencie okazało się koniecznym nawet cofnięcie wysuniętych oddziałów w stronę przejętych umocnień.
Rosyjska piechota podjęła nowe wysiłki, żeby odzyskać stracone obszary. Straszliwa kanonada siała śmierć, piekielny ogień z Wielkiej Reduty zalewał nasze centralne pozycje, marszałek Ney i Wicekról bezskutecznie prowadzili wspólne natarcia, próbując ją zdobyć. Odparci, ruszyli do powtórnego ataku, ale niczego nie osiągnęli, a Ney musiał się nawet trochę cofnąć. Część Gwardii, posuwająca się sukcesywnie za korpusem łączącym centrum z prawym skrzydłem, zajęła teraz takie pozycje, by móc go wesprzeć. Rosyjski atak ostatecznie powstrzymała artyleria, która nie poprzestawszy na tym, przez długi czas ostrzeliwała wrogie pozycje. W końcu oddziały Kutuzowa musiały ustąpić nam pola.
Cesarz przez cały czas z uwagą obserwował rozwój wydarzeń w centrum. Zbliżywszy się do zdobytych umocnień, rozkazał na razie ograniczyć się do utrzymania zajętych pozycji, żeby - jak twierdził - dać czas artylerii na rozgromienie mas nieprzyjacielskiej piechoty. Było już około jedenastej. Niedługo wcześniej przed oblicze Napoleona przyprowadzono generała-lejtnanta Bełyczowa68, pochwyconego razem z 15 innymi jeńcami w czasie przejmowania jednego z fortów. Oficer, który go przyprowadził powiedział Cesarzowi, że generał bronił się bardzo dzielnie. Jego Cesarska Mość nie omieszkał wyrazić swojego oburzenia faktem, że generała pozbawiono jego szpady.
- Wysoko cenię sobie straceńczą odwagę - powiedział - dlatego z przyjemnością oddam panu szpadę, bo należy się ona tak śmiałemu oficerowi.
Po czym Cesarz oddał Rosjaninowi swoją własną szpadę. Zadał mu parę pytań i rozkazał, aby przesłuchano pozostałych jeńców, wydał także polecenie, żeby zająć się wszystkimi wziętymi do niewoli i odnosić się do nich z należytym szacunkiem - bez względu na rangę.
Ta zdobycz ucieszyła Cesarza, jednak z drugiej strony wydało mu się rzeczą niepojętą, że w okrążonych ze wszystkich stron przez kawalerię Króla Neapolu i zaciekle szturmowanych umocnieniach wzięto do niewoli tak niewielu jeńców. Napoleon wyraził swoje niezadowolenie z tego powodu i zadał wiele dociekliwych pytań usiłując dociec, dlaczego tak się stało. Nie ukrywał, że oczekuje innych rezultatów.
- Wygramy tę walkę - stwierdził. - Rosjanie zostaną rozbici, ale dzieło nie będzie skończone, jeśli nie wezmę jeńców.
Mimo wszystko Jego Cesarska Mość wydawał się być zmartwiony. Po południu rozkazał Muratowi wznowić natarcie i wesprzeć lewe skrzydło marszałka Neya - razem z nim walczył generał Junot. Prawa flanka, wzmocniona przez Młodą Gwardię, także otrzymała rozkaz ataku. Nieprzyjaciel, gromiony raz po raz armatnim ostrzałem, przypierany ze wszystkich stron, zwarł jeszcze ciaśniej swoje szeregi i trzymał się twardo, mimo przerażającego spustoszenia, jakie siały pociski naszych dział. Cesarz udał się teraz na stanowisko nieopodal Wielkiej Reduty żeby przejąć dowodzenie i osobiście obserwować przebieg bitwy, która z jego rozkazu zaczęła się od razu na całej linii. Nasze wojska podwoiły wysiłki - lecz mimo to nie posunęły się naprzód. Ogień wzmógł się jeszcze bardziej. W tej właśnie chwili mój brat - który wcześniej pchnął do akcji dwie dywizje, wspierane przez dwa bataliony piechoty - stanął na czele 5. Pułku Kirasjerów, żeby poprowadzić dowodzone przez siebie wojska na broniącą się wciąż Wielka Redutę i potwierdzić tym samym ostateczne zwycięstwo. Udało mu się - wyparł Rosjan z umocnień i od tego momentu, jak później stwierdził Cesarz, walka była wygrana, ponieważ nieprzyjaciel przeszedł do defensywy. Zbliżała się godzina trzecia po południu, kiedy do Cesarza przybył adiutant, żeby zameldować, iż Wielka Reduta została właśnie zdobyta, a wróg wycofuje się ze wszystkich pozycji. Adiutant, który do końca nie odstępował mojego nieszczęsnego brata ani na krok, w skrócie opowiedział Cesarzowi wszystkie szczegóły tej akcji. Wspomniał też, że August Caulaincourt poległ od trafienia w okolice serca w chwili, kiedy opuszczał zdobytą Wielką Redutę, usiłując zaatakować nieprzyjaciela, który właśnie się przegrupowywał i szykował do kontrataku. Stałem obok Cesarza, kiedy przekazywano mu te meldunki. Chyba nie muszę opisywać, co wtedy czułem.
- Zginął jak bohater, rozstrzygając o wyniku bitwy - stwierdził wtedy Jego Cesarska Wysokość. - Francja straciła jednego z najlepszych oficerów. Napoleon czym prędzej pogalopował w kierunku czoła kawalerii, żeby odnaleźć marszałka Murata i rozkazać wykonanie manewrów, które uważał za konieczne, aby utrzymać przewagę nad nieprzyjacielem. Zdobycie Wielkiej Reduty wspierali marszałek Ney i Murat, Rosjanom nie powiodła się próba jej odbicia - kontratak odparto, nieprzyjaciel zmuszony został do odwrotu.
W jego rękach pozostawała teraz jeszcze tylko jedna reduta i niewielkie umocnienie, nic więcej nie zagradzało nam drogi do Moskwy. Widać było, że Rosjanie chcą się tam utrzymać jak najdłużej, jednak z powodu dzielącego nasze pozycje lasku nie mogliśmy dokładnie obserwować ich ruchów. Cesarz miał nadzieję, że Rosjanie przyśpieszą swój odwrót i zamierzał skierować na nich swoją kawalerię, próbując przeciąć linię nieprzyjacielskich wojsk. Oddziały Młodej Gwardii i Polacy powoli zaczynali się zbliżać do ostatnich umocnień, które wciąż pozostawały w rękach Rosjan. Żeby mieć lepszy widok na całą akcję, Napoleon podjechał aż do linii strzelców - wokół świszczały kule, a cesarska świta pozostała z tyłu. Zauważywszy, że jestem tuż przy nim, Cesarz kazał mi się oddalić.
- Sprawy mają się ku końcowi, proszę czekać na mnie w Kwaterze Głównej.
Podziękowałem za troskę, lecz pozostałem na swoim miejscu. W pewnym momencie Napoleon znalazł się w ogromnym niebezpieczeństwie, a strzelanina wzmogła się do tego stopnia, że Król Neapolu i paru generałów podjechali do niego błagając, aby jak najszybciej oddalił się z zagrożonego miejsca.
Wtedy Cesarz skierował się w stronę nadciągających kolumn. W ślad za nim ruszyła Stara Gwardia; strzelcy i kawaleria posuwali się rzutami. Bonaparte postanowił przechwycić ostatnie nieprzyjacielskie umocnienia, ale książę Neuchâtel i marszałek Murat zwrócili mu uwagę, że żołnierzom brakuje dowódców - jedni polegli, wielu innych jest rannych; kawaleria i piechota też zostały przetrzebione. Poza tym pora jest późna i nieprzyjaciel rzeczywiście jest w odwrocie, ale mimo to nadal broni swoich stanowisk z takim poświęceniem i odwagą, że nie ma co liczyć na szybki sukces. Nieodpowiedzialne posunięcia możemy teraz okupić tak wysokimi stratami, że nasza wygrana w rzeczywistości okazałby się pyrrusowym zwycięstwem. Na koniec dowodzący zwrócili Cesarzowi uwagę, że nie należy również narażać na ryzyko jedynego korpusu, który jak do tej pory pozostał nietknięty, ponieważ warto go zachować na inną okazję. Cesarz zawahał się. Znów wysforował się naprzód, chcąc jeszcze raz ocenić ruchy nieprzyjaciela.
Król Neapolu i książę Neuchâtel, każdy z innej strony, również zbliżyli się do redut i podjechali do Bonapartego, który upewnił się, że wróg rzeczywiście zaczyna koncentrować siły, żeby osłaniać swoje wycofujące się oddziały. Ze wszystkich meldunków, jakie docierały do Jego Cesarskiej Mości wynikało, że my także ponieśliśmy znaczne straty. W końcu Cesarz podjął decyzję. Odwołał rozkaz ataku i nakazał wesprzeć walczące korpusy na wypadek, gdyby okazało się, że nieprzyjaciel nagle rozpocznie jakąś akcję. Było to jednak mało prawdopodobne, ponieważ Rosjanie byli potężnie osłabieni. Walki ustały dopiero gdy zapadła noc. Obie strony były tak wyczerpane, że w niektórych punktach strzały milkły nawet bez rozkazu, a walczący ograniczali się teraz do wzajemnej obserwacji. Pod osłoną ciemności Cesarz przeniósł swoje stanowisko na miejsce, w którym znajdował się na początku bitwy - tuż przed redutami.
Nigdy wcześniej nie straciliśmy tylu generałów i oficerów w jednej bitwie. Mimo śmiertelnego ostrzału pragnienie zwycięstwa było jednak tak wielkie, że byli oni gotowi oddać życie, żeby tylko osiągnąć cel. Zarówno w ciągu dnia, jak i w nocy robiono wszystko, by pomóc rannym, ale większość domów, które stały w pobliżu pola bitwy spłonęła, dlatego też wiele punktów opatrunkowych znajdowało się wprost pod gołym niebem. Jeńców było niewielu. Rosjanie wykazywali niebywałą odwagę - kiedy zostali zmuszeni do odwrotu, robili to w dość uporządkowany sposób. Nie udawało nam się wywołać chaosu w ich szeregach: gromiła ich nasza artyleria, piechota nadziewała na bagnety, a mimo to bardzo trudno było ruszyć Rosjan z miejsca. Umierali godnie i bardzo powoli ustępowali nam pola. Nigdy wcześniej w historii cesarskich kampanii nieprzyjaciel nie został poddany tak zaciekłemu i długotrwałemu atakowi, ale też i nigdy wcześniej nie bronił się z tak niewyobrażalnym uporem. Jak wspominałem, Cesarz nie mógł się nadziwić, że przy tak zmasowanym, odważnym ataku, podczas którego przejęliśmy dwie reduty, udało się wziąć do niewoli tylko kilku jeńców. Wiele razy wypytywał też oficerów dostarczających mu meldunki z pola walki, gdzie są jeńcy, którzy powinni byli wpaść w nasze ręce. Czasami nawet posyłał kogoś aby sprawdził, czy aby na pewno nie wzięto jeńców. Zwycięstwo bez trofeów nie zadowalało go. W czasie bitwy kilka razy zwracał się do mnie i do księcia Neuchâtel, mówiąc:
- Rosjanie dają się zabijać, ale nie sposób wziąć ich żywcem. Są jak cytadele, które można zburzyć tylko za pomocą armat. Dlatego też nasze sprawy nie posuwają się naprzód.
Nocą stało się oczywiste, że Rosjanie wycofują się, więc nasza armia otrzymała rozkaz, by ruszyć za nimi w pościg. Za dnia można było spotkać już tylko Kozaków, a i to dopiero w odległości dwóch lig od pola bitwy. Nieprzyjaciel zabrał ze sobą zdecydowaną większość swoich rannych, a nam pozostali tylko ci jeńcy, o których już wspominałem oraz 12 dział zdobytych w Wielkiej Reducie przez mego brata, plus dwa albo może trzy inne, które wpadły w nasze ręce podczas pierwszego ataku.
Rankiem Cesarz objechał pole bitwy69. Z troską w głosie rozkazał, by zebrać wszystkich rannych, Rosjan i Francuzów, i przenieść ich do punktów opatrunkowych. Nie widziałem, by kiedykolwiek wcześniej ziemia była tak gęsto usłana trupami. Na wzniesieniu, za wsią, która znalazła się w zasięgu bitwy, leżeli polegli żołnierze Litewskiego i Izmajłowskiego Gwardyjskiego Pułku, które znalazły się pod silnym ostrzałem naszej artylerii. Cesarz bardzo skrupulatnie badał nawet najmniejsze zakamarki pobojowiska, obejrzał stanowiska poszczególnych korpusów i przeszkody, jakie przyszło im pokonywać. Rozkazał by ze szczegółami opowiedziano mu wszystko, co w danym miejscu się wydarzyło. Jak zwykle był bardzo entuzjastycznie witany przez żołnierzy, którym nie szczędził pochwał, otuchy i słów pokrzepienia.
Nie mogę nie wspomnieć o pewnym fakcie, który pokazuje, ile tak naprawdę kosztowała nas ta bitwa. Podjechawszy do drugiej reduty, która dopiero co została zdobyta, Cesarz zobaczył tam 60-80 żołnierzy piechoty w towarzystwie czterech, a być może pięciu oficerów, którzy w szyku bojowym zgodnie z otrzymanym wcześniej rozkazem wciąż tkwili na swoich pozycjach. Cesarz, zdziwiony, że oddział tu pozostał, podczas kiedy wszystkie inne już dawno poszły dalej, zapytał dowódcę, dlaczego nie ruszają się z miejsca.
- Dostałem taki rozkaz - odpowiedział dowódca.
- Dołączcie do swojego pułku - rozkazał mu Cesarz.
- Jest tutaj - odpowiedział oficer, wskazując na wykopy i rowy reduty.
Cesarz, nie rozumiejąc co chce on przez to powiedzieć, zapytał ponownie:
- Pytam, gdzie jest wasz pułk? Dołączcie do niego.
- Jest właśnie tutaj - odparł ponownie oficer, po czym, zirytowany, że Cesarz go nie rozumie, ponownie wskazał wokół siebie.
Stojący obok młody oficer wysunął się do przodu i wyjaśnił, że pułk, któremu dopiero w czasie drugiego ataku udało się zdobyć redutę, rzucił się do walki z takim poświęceniem, że pozostała z niego tylko ta oto garstka, reszta padła pod gradem armatnich pocisków. Śmiałkowie ci, nie wyłączając pułkownika, leżeli teraz martwi wokół reduty, na wałach i wewnątrz umocnień, które zdobyli podczas pierwszego ataku, lecz nie zdołali ich utrzymać.
Cesarz dokładnie obejrzał wszystkie fortyfikacje opuszczone przez Rosjan. Nie potrafię wprost wyrazić tego, co czułem chodząc po miejscu zroszonym krwią mojego biednego brata. Nie wiem, czy honory oddane mu choćby nawet przez całą Wielką Armię byłyby w stanie mnie pocieszyć.
Po zakończeniu tej wizytacji Napoleon popędził w stronę straży przedniej. Zgodnie z meldunkami otrzymanymi rano od Króla Neapolu, w miejscu, gdzie jeszcze wczoraj stała armia rosyjska, teraz można było dostrzec tylko Kozaków. Udało nam się zgarnąć kilku maruderów, jednak nieprzyjaciel nie pozostawił ani jednego zaprzęgu.
Murat liczył na przejście przez Możajsk i nawet namawiał Cesarza, by wieczorem właśnie tam rozmieścił Kwaterę Główną; gdy jednak marszałek znalazł się w okolicach miasta, przekonał się, że wróg trzyma się tam mocno, a nawet dysponuje piechotą i dość liczną kawalerią. Wyruszyliśmy w drogę dość późno. Zbliżał się wieczór, więc musieliśmy przerwać marsz, jako że nie mogliśmy się zorientować, jak rozmieszczone są nieprzyjacielskie pozycje. Napoleon zatrzymał się we wsi pod Możajskiem, który pod osłoną nocy został opuszczony przez Rosjan. Nasze wojska weszły tam o świcie70, natomiast Cesarz przybył koło południa. Był bardzo zmartwiony - mimo wygranej bitwy, sprawy w Rosji nie układały się najlepiej. Teraz Cesarz przypomniał sobie, że i w Hiszpanii nie dzieje się dobrze. Widok korpusów, które spotykał, był bardziej niż przygnębiający, ich liczebność wyraźnie się zmniejszyła. Drogo kosztowało go to zwycięstwo. Rosjanie, tak jak poprzednio, wycofywali się nie pozostawiając za sobą niczego, a Cesarz coraz bardziej uświadamiał sobie, że ta krwawa bitwa tak naprawdę nie spowodowała żadnych znaczących zmian w układzie sił. I chociaż nadal bardzo uśmiechała mu się perspektywa wkroczenia do Moskwy, to jakież to wszystko miało znaczenie, skoro armia rosyjska nadal nie została ostatecznie rozgromiona? Całe otoczenie dostrzegało zmartwienie Cesarza, choć ten wiele razy zapewniał:
- W Moskwie czeka nas pokój. Rosyjskim wielmożom wiele da do myślenia, kiedy zobaczą, że jesteśmy gospodarzami w ich stolicy, a gdybym jeszcze dał wolność chłopom, to utraciliby oni swoją pozycję w państwie. Tak jak bitwa otworzy oczy mojemu bratu Aleksandrowi, tak zdobycie Moskwy otworzy oczy jego senatowi.
Wszystko to było wypowiedziane po to, by wywołać w otoczeniu określony nastrój i odwrócić nasze myśli od rozpamiętywania poniesionych strat. Podczas spotkania z księciem Neuchâtel - jedyną osobą, z którą rozmawiał po bitwie - Cesarz, sądząc po tym, co przekazał mi książę, wydawał się być bardzo zatroskany i wielokrotnie miał powtarzać, że choć obie strony mordują się nawzajem, do niczego to nie prowadzi. Żadnych jeńców, żadnych wymiernych trofeów - oto co najbardziej denerwowało Napoleona. Wiedząc, że nieprzyjaciel wkrótce otrzyma kolejne posiłki złożone z powołanych pod broń nowych korpusów które nie zdążyły jeszcze dołączyć do armii, Cesarz pocieszał się myślą o nowej bitwie, którą Kutuzow wyda mu zapewne zanim podda stolicę. Bonaparte uważał, że jego pozycja będzie wówczas tym pewniejsza, że w jednej ręce będzie trzymał szablę, a w drugiej przedstawione przez nieprzyjaciela pokojowe propozycje.
Zdaniem księcia Neuchâtel, Cesarz tak bardzo skłaniał się teraz ku pokojowym negocjacjom, że gdyby nie chęć podniesienia swojego prestiżu przez wybór miejsca na ich podpisanie, to kampania mogłaby się zakończyć nawet w Możajsku. Cesarz był zdecydowany wkroczyć do Moskwy, spędzić tam tydzień, a następnie wrócić do Smoleńska. Nie zakładał jednak, że nieprzyjaciel może oddać stolicę nie stoczywszy kolejnej bitwy, uważał, że Rosjanie będą próbowali bronić Moskwy na drodze albo negocjacji, albo zdecydowanych działań obronnych. Bonaparte tylko raz wystąpił ze stwierdzeniem, że siłą otworzy bramy miasta - aż do takiego stopnia był przekonany, że jego obecne działania doprowadzą jeśli nie do wstępnych rozmów pokojowych, to przynajmniej do zawieszenia broni, a w konsekwencji do pokoju. Mówił:
- Skrzyżowaliśmy szpady: w oczach całego świata honor został uratowany, a Rosjanie narobili sobie wystarczająco dużo kłopotów, bym teraz żądał od nich jakiegoś zadośćuczynienia. Nie będą zabiegać, bym po raz wtóry złożył im wizytę, a i ja nie zamierzam wracać pod Borodino.
Przyznaję, że trudno było mi uwierzyć, żeby Cesarz, nawet w imię swoich autentycznych interesów, mógł poważnie rozważać myśl o poniechaniu Moskwy, skoro stał już u jej wrót. Kiedy wspominaliśmy z księciem Neuchâtel nasze rozmowy w Witebsku i w innych miejscach, a także dyskusje z Cesarzem, książę stwierdził, że gdyby Cesarz miał zaczynać wszystko od początku, to nie podchodziłby tak blisko do Moskwy. Obecnie, owszem, jest on nastawiony pokojowo i gdy tylko pojawią się propozycje negocjacji, to natychmiast je przyjmie, ponieważ chce wyjść z tej sprawy z honorem.
Książę Neuchâtel nie unikał dyskusji na temat możliwych następstw tej wojny. Śmierć mojego nieszczęsnego brata wyostrzyła tylko moje smutne przeczucia, które książę również podzielał - obecne zamierzenia Cesarza stanowiły tylko efekt bieżących trudności i znikały pod wpływem jakichś choćby drobnych sukcesów. Niepowodzenia w Hiszpanii i bolesne rezultaty ostatniej bitwy całkowicie tłumaczyły umiar, który charakteryzował wtedy Cesarza. Jeśli chodzi o nas, to wszyscy uważaliśmy, że nie ma innego sposobu, by zakończyć tę wojnę, jak opuścić Moskwę w ciągu 48 godzin od momentu wkroczenia (pod warunkiem, że nieprzyjaciel podda miasto) i powrócić do Witebska.
Cesarz pozostawał w Możajsku jeszcze 11 i 12 września. Był chory71, zmartwiony i przyjmował tylko przejeżdżających przez Możajsk marszałków. Choć miasto nie było spalone, to i tak pozostało w nim niewielu mieszkańców. Cesarz łudził się, że Rosjanie porzucili już metodę spalonej ziemi i natychmiast dopatrzył się w tym dobrego znaku na przyszłość - zapowiedzi rychłego pokoju. Tymczasem odwrót Rosjan przebiegał tak jak dotychczas: nadal nie zostawiali po sobie choćby jednego gwoździa. Cesarz poświęcił te dwa dni na jak najlepsze zorganizowanie szpitala, do którego przeniesiono większość rannych.
Jak już wspomniałem, brakowało nam materiałów opatrunkowych, ale oddani i pełni zapału sanitariusze i intendenci robili więcej niż można się było spodziewać. Mimo tego sporo rannych pozostawało w okolicy pola bitwy w lichych barakach. Tym, którzy przeżyli, brakowało wszystkiego. Niełatwo sobie wyobrazić jak wielkie były to braki, skoro nasze szpitale były w opłakanym stanie już w Witebsku. Ponieważ przez cały czas byliśmy w pochodzie, nasza sytuacja nie polepszyła się ani o jotę. Co prawda Cesarz rozkazał ministrowi odpowiedzialnemu za zaopatrzenie przysłać nam chirurgów i żywność, decydując się tym samym na wydatki, które ów minister sugerował już dawno temu, a których Cesarz zamierzał uniknąć, licząc na skorzystanie z zasobów nieprzyjacielskiego kraju, jak to bywało podczas innych kampanii. W efekcie zjawiło się kilku nowych chirurgów, ale materiałów opatrunkowych, których tak nam brakowało, nadal nie było. Nie mogliśmy się ich też spodziewać w najbliższym czasie, ponieważ za Niemnem brakowało środków transportu. Cały Możajsk został teraz zamieniony w jeden wielki szpital. Generałowie, oficerowie, prości żołnierze - wszyscy kierowali się tam w poszukiwaniu medycznej pomocy, której nikt nie był w stanie im udzielić. Żołnierze rozjechali się po wsiach, usiłując zdobyć choć trochę mięsa i chleba.
Marsz trwał do 11 września. Marszałek Ney, który szedł ze strażą przednią, znajdował się na drodze moskiewskiej, jakieś pięć lig od Możajska. Król Neapolu był nieco dalej. Cesarz wstrzymał przemarsz, by dać wojskom okazję do odpoczynku, chciał też skoncentrować swoje siły na wypadek, gdyby miało dojść do kolejnej bitwy. Jednak 13 września, kiedy znów ruszyliśmy, Cesarz po raz kolejny zatrzymał wszystkie kolumny. Nasza kawaleria była tak wycieńczona, że zwiadowcy nie byli w stanie działać zbyt daleko, przez co niewiele wiedzieliśmy o ruchach nieprzyjaciela. Wobec wątpliwości odnośnie kierunku, w jakim posuwa się Kutuzow, Cesarz zarządził postój. Martwił się też o nasze prawe skrzydło, na którym znajdowały się wojska księcia Poniatowskiego, ponieważ dawno nie miał od niego żadnych informacji. Napoleon obawiał się, że być może Kutuzow wykorzystał naszą przerwę na odpoczynek i rzucił wojska w tamtym kierunku, chcąc w ten sposób zapobiec naszemu wejściu do stolicy lub choćby opóźnić je do momentu, kiedy dotrą nowe rozkazy z Petersburga. Na podstawie tych właśnie przypuszczeń Cesarz doszedł do wniosku, że nieprzyjaciel najpewniej chce nam przedstawić pokojowe propozycje i jednocześnie wydać kolejną bitwę.
Król Neapolu dostał rozkaz by przeprowadzić dokładny zwiad kałuskiej drogi. W końcu jednak Cesarz uspokoił się i mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Bardzo ucieszył się na wieść, że obciążony rannymi nieprzyjaciel wlecze się wraz z taborami moskiewską drogą, gdzie wznoszone są umocnienia, co zapowiada kolejne starcie. Jednak już wieczorem prysły te nadzieje, ponieważ Cesarz zdał sobie sprawę, że jego straż przednia i tak stoi już prawie u bram miasta. Jednak w żaden sposób nie mógł pojąć, dlaczego nieprzyjaciel podąża w kierunku Moskwy, skoro nie zamierza stawić nam czoła. 12 września Cesarska Kwatera Główna została przeniesiona do Zwieriewa, a dzień później ulokowano ją w pięknym pałacu w Małej Wiaźmie, przejętym dzień wcześniej przez Króla Neapolu. Jak powiedział mi książę Neuchâtel, Cesarz był bardzo zdziwiony, że do Murata nie dotarły jeszcze żadne sygnały od nieprzyjaciela, który nie przedsięwziął żadnych działań obronnych - a przecież do Rosjan z pewnością już dołączyli rekruci i pospolite ruszenie. Bonaparte doszedł więc do wniosku - którym się z nami podzielił - że armia rosyjska poniosła o wiele cięższe straty niż to sobie w Moskwie wyobrażają, wobec czego nie będzie ona już w stanie kontynuować dalej kampanii. Od czasu bitwy pod Borodino Cesarz rzadko rozmawiał ze swoją świtą; sprawiał wrażenie przybitego.
Kiedy 14 września o dziesiątej rano Napoleon znajdował się na górującym nad Moskwą wzniesieniu zwanym Worobiowymi Górami, dotarła do niego krótka notka od Murata, który donosił, że miasto zostało ewakuowane, a przybyły w charakterze parlamentariusza oficer ze sztabu generalnego poprosił o wstrzymanie działań wojennych do czasu, aż armia rosyjska opuści jego mury. Cesarz zgodził się na to, lecz jednocześnie rozkazał Królowi, by deptał nieprzyjacielowi po piętach i pogonił go tak daleko, jak tylko się da, dopóki nasze wojska nie podejdą do rogatek Moskwy. Polecił mu także unikać wejścia do miasta i jeżeli to będzie możliwe, by obszedł je bokiem. Poprosił też Króla, by przysłał delegację władz miejskich pod bramę, którą Cesarz zamierzał wjechać do rosyjskiej stolicy. Jak stwierdził Bonaparte, miała ona być dla mieszkańców gwarantem ich bezpieczeństwa. Wkrótce potem rozkazał generałowi Durosnelowi, mianowanego właśnie gubernatorem Moskwy, by zebrał odpowiednią ilość doborowej żandarmerii i po wkroczeniu do miasta zajął państwowe budynki oraz zaprowadził porządek. Szczególną uwagę kazał właśnie zwrócić na porządek i ochronę Kremla. Napoleon prosił też, by na bieżąco go o wszystkim informować. Polecił także, by przyśpieszył przybycie delegacji władz miasta, którą miał zorganizować Król Neapolu.
Gubiąc się w domysłach dlaczego wciąż nie ma żądanej delegacji i dlaczego nie docierają do niego żadne wiadomości, Cesarz w południe podjechał do rogatek Moskwy i zsiadł z konia. Jego zniecierpliwienie rosło. Co chwilę wysyłał kolejnych oficerów i wypytywał o delegację władz, bądź przedstawicieli szacownych mieszkańców. W końcu nadeszły meldunki od Króla Neapolu i generała Durosnela. Obaj nie znaleźli nie tylko żadnych przedstawicieli władz miasta, ale i nikogo ze znaczniejszych mieszkańców. Wszyscy uciekli. Moskwa była pustynią, w której można było tylko spotkać co najwyżej obdartych nędzarzy.

* * * * * * * * * * * * * * * * * *

PRZYPISY:

1. Insterburg - miasto w Prusach Wschodnich (polska nazwa: Wystruć), obecnie Czerniachowsk w obwodzie Kaliningradzkim w Federacji Rosyjskiej.

2. Gąbin - wówczas Gumbinnem, miasto w Prusach Wschodnich, obecnie Gusiew w obwodzie Kaliningradzkim w Federacji Rosyjskiej.

3. Caulaincourt robi tu aluzję do intymnych kontaktów między Metternichem a żoną Murata, Karoliną Bonaparte (siostrą Napoleona).

4. Berthier, Aleksander Louis (1753-1815) - książę Neuchâtel i Wagram, szef sztabu generalnego napoleońskiej armii, marszałek Francji (1804 r.). Uczestnik wojny o niepodległość amerykańskich kolonii, w 1789 r. dowodził Gwardią Narodową w Wersalu, w 1796 r. był szefem sztabu armii włoskiej. Od tamtej pory stał się nierozłącznym towarzyszem i współpracownikiem Napoleona. Po ustanowieniu Cesarstwa otrzymał buławę marszałkowską, a następnie odebrane Prusom księstwo Neuchâtel. Po zakończeniu kampanii 1809 r. otrzymał również tytuł księcia Wagram, mimo iż jego zasługi w tej bitwie budziły pewne wątpliwości. Po upadku Napoleona złożył przysięgę Ludwikowi XVIII. W czasie Stu Dni popełnił samobójstwo. Pozostawił pamiętniki.

5. Pantaloni - wenecka postać bufona włoskiej commedia dell' arte: chudy, stary, kochliwy ramol w okularach, noszący ciżmy i obcisłe spodnie-trykoty (przyp. tłum.).

6. Przestarzała forma włoskiego słowa pochodząca od lazzarone - łazik, bezdomny włóczęga neapolitański, żyjący z dorywczych posług albo żebraniny (przyp. tłum.).

7. Hieronim Bonaparte (1784-1860) - młodszy brat Napoleona I. Po zawarciu pokoju w Tylży aż do 1813 r. był królem Westfalii; za czasów II Cesarstwa - marszałek i przewodniczący Senatu.

8. Morand, Karol Antoni (1771-1835) - generał dywizji (1805 r.), hrabia Cesarstwa (1808 r.). Wyróżnił się w bitwie pod Auerstedt. W 1812 r. dowódca I. Dywizji Piechoty I. Korpusu Wielkiej Armii. Ciężko ranny pod Borodino. W czasie bitwy pod Waterloo - adiutant Napoleona.

9. Napoleon przekroczył Niemen 24 czerwca 1812 r.

10. Pułkownik Guéheneuc dowodził 13. Pułkiem Piechoty, który miał za zadanie znalezienie brodu na rzece Wilii. Ponieważ poszukiwania brodu przeciągały się, pułkownik wezwał ochotników, którzy mieli przepłynąć rzekę i przeprowadzić zwiad na drugim brzegu. W ślad za nimi wyruszyli również polscy i francuscy kawalerzyści. Nurt rzeki był bardzo wartki i wielu z nich zaczęło tonąć. Guéheneuc (nie zsiadając z konia) rzucił się wraz z nim do wody i uratował jednego z tonących. Epizod ten - nieco zmieniony - został opisany przez Lwa Tołstoja w "Wojnie i pokoju".

11. Bagration, Piotr Iwanowicz (1765-1812) - książę, generał, okrył się chwałą w wojnach na Kaukazie, z Turcją, Polską, w czasie włoskiej kampanii Suworowa, w kampaniach lat 1805 i 1806-1807. Jeden z najlepszych uczniów Suworowa; gorący zwolennik wojny zaczepnej 1812 r. Zmarł na skutek ran odniesionych w bitwie pod Borodino.

12. Bałaszow, Aleksander Dymitrowicz (1770-1837) - generał - adiutant, w latach 1810-1813 - Minister Policji, w 1812 r. członek komitetu ds. pospolitego ruszenia. 28 czerwca 1812 r. zjawił się w sztabie marszałka Davouta.

13. Kapitan Ségur - przyrodni brat hrabiego Filipa Ségura - adiutanta Napoleona, który opisał historię kampanii rosyjskiej.

14. Na początku kampanii siły rosyjskie składały się z trzech armii: I. Armia Zachodnia pod dowództwem Barclaya de Tolly ze sztabem w Wilnie, II. Armia, pod dowództwem Bagrationa ze sztabem w Wyłkowyszkach. Rezerwowa Obserwacyjna Armia pod dowództwem Tormasowa znajdowała się za Błotami Wołyńskimi. Przeciwko nim skierowane było centrum armii napoleońskiej, które podzielono na dwie części. Jedna z nich składająca się z korpusów Davouta, Oudinota, Neya, Eugeniusza, St.-Cyra, Gwardii pod dowództwem Mortiera i kawalerii pod wodzą Murata, znajdowała się pod bezpośrednim dowództwem Napoleona. Druga część, składająca się z korpusów Poniatowskiego, Reyniera, Vandama i kawalerii Latour Maubourga, była podporządkowana Hieronimowi, Królowi Westfalii. Lewe skrzydło (dowodzone przez Macdonalda) skierowane było na Rygę, a prawe (dowodzone przez Schwarzenberga ) stało nad Bugiem. 26 czerwca I. Armia rosyjska rozpoczęła odwrót do Dryssy, a potem w kierunku Smoleńska. II. Armia otrzymała rozkaz wycofywania się w kierunku Smoleńska, aby tam połączyć się z I. Armią. Natychmiast po przekroczeniu Niemna, Napoleon rozkazał, by Oudinot i Ney ścigali Barclaya de Tolly, Davout miał iść w kierunku Mińska, żeby odciąć Bagrationa od Barclaya.

15. Sapieha, Aleksander (1773-1812), polski literat; w 1812 r. otrzymał od Napoleona tytuł szambelana; członek litewskiej komisji rządowej, powołanej przez Napoleona.

16. Przebywający w Petersburgu Lauriston otrzymał od Napoleona polecenie (list z 20 maja 1812 r.), aby udał się do kwatery Aleksandra i zażądał wyjaśnień. Aleksander odmówił spotkania i nie pozwolił Lauristonowi przyjechać do Wilna.

17. W czasie tego pamiętnego obiadu Bałaszow, odpowiadając na pytanie Napoleona o drogę prowadzącą do Moskwy, podobno wygłosił swoje sławne zdanie, o którym wspomina Tołstoj w "Wojnie i pokoju", a które brzmiało: "Rosjanie, podobnie jak Francuzi, powiadają, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. Można zatem wybrać jakąkolwiek drogę do Moskwy. Karol XII wybrał drogę przez Połtawę".

18. Potyczka między przednimi placówkami a oddziałami z korpusu Wittgensteina zakończyła się klęską Francuzów; wielu z nich dostało się do niewoli.

19. Obóz Warowny Dryssa - fortyfikacje zbudowane według nietrafionego projektu rosyjskiego generała K. Fula, który proponował, by jedna armia rosyjska zajęła silne pozycje w obozie i zatrzymała Napoleona nad Dźwiną, a druga żeby zaatakowała jego linie komunikacyjne. Obóz Warowny Dryssa został porzucony przez Rosjan 2 czerwca z powodu swojej nieprzydatności.

20. Napoleon przybył tu 11 lipca.

21. Bitwa pod Sołtanówką rozegrała się 23 lipca. Niezwykłym bohaterstwem wykazał się generał Rajewski, który wraz ze swoimi synami dowodził kontratakiem.

22. Barclay de Tolly, Michał Bogdanowicz ( 1761-1818) - książę, generał-feldmarszałek. W błyskotliwy sposób zakończył wojnę ze Szwecją w 1809 r., przechodząc po lodzie przez Zatokę Botnicką. Na początku wojny 1812 r. stał na czele I. Armii, ale jako Minister Wojny kierował działaniami wszystkich rosyjskich sił. Był zwolennikiem zwabienia Napoleona w głąb Rosji drogą wycofującej się rosyjskiej armii. Musiał odstąpić dowództwo Kutuzowowi, wkrótce po bitwie pod Borodino został również pozbawiony stanowiska ministerialnego. W czasie kampanii 1813-1814 dowodził połączonymi wojskami rosyjsko-pruskimi.

23. Bitwa pod Bieszenkowiczami miała miejsce 25 lipca. W tej bitwie wojska Murata starły się z Rosjanami osłaniającymi prawe skrzydło Barclaya de Tolly.

24. Bitwa pod Ostrownem rozegrała się 26 lipca.

25. Woltyżerowie - żołnierze lekkiej piechoty, w latach 1804-1871 wykorzystywani byli do działań rozpoznawczych, osłonowych, ubezpieczających oraz do skrytego nękania przeciwnika.

26. Belliard, August Daniel (1769-1832) - generał kawalerii, szef sztabu Murata.

27. Friant, Louis (1758-1829) - hrabia Cesarstwa, generał.

28. Compans, Jan Dominik (1762-1845) - francuski generał, wyróżnił się w bitwie pod Borodino, Budziszynem i pod Lipskiem. W bitwie pod Waterloo dowodził dywizją.

29. Dessaix, Józef Maria (1764-1837) - generał dywizji, ranny w bitwie pod Borodino.

30. Poniatowski, Józef (1763-1813) - polski książę, generał; bratanek Stanisława Augusta. Od 1806 r. walczył po stronie Francji, licząc, że Napoleon odrodzi państwo polskie. W kampanii 1812 r. dowodził V. Korpusem. W 1813 r. opuścił Księstwo Warszawskie, by z resztkami wojska polskiego nadal walczyć u boku Napoleona. Ranny utonął w Elsterze podczas bitwy pod Lipskiem.

31. Lobau, Jerzy (1770-1838) - generał, adiutant Cesarza; wyróżnił się w bitwie pod Austerlitz, Jeną, w Hiszpanii, pod Essling. Podczas kapitulacji Drezna dostał się do niewoli. Brał udział w bitwie pod Waterloo, gdzie również dostał się do niewoli. Za panowania Ludwika Filipa otrzymał tytuł marszałka.

32. Autor ma na myśli swojego młodszego brata - generała Augus ta Caulaincourta (1777-1812), który zginął w bitwie pod Borodino (dowodził szturmem na Wielką Redutę).

33. Wittgenstein, Piotr Christianowicz (1768-1842) - książę, feldmarszałek, dowodził I. Korpusem rosyjskiej armii, osłaniał drogę do Petersburga, z powodzeniem walczył z generałem Oudinotem i generałem St.-Cyrem. Niezdecydowanie Wittgensteina i nieudane działania Cziczagowa pozwoliły Napoleonowi pomyślnie przeprawić się przez Berezynę.

34. Bailly de Monthylon (1776-1850) - hrabia, generał dywizji.

35. Dumas, Mateusz (1753-1837) - hrabia, Minister Wojny Józefa Bonaparte w Neapolu, intendent Wielkiej Armii.

36. Joinville, Louis (1773-1849) - hrabia, główny Komisarz Ordonator Wielkiej Armii.

37. Daru, Piotr Bruno ( 1767-1829) - hrabia, francuski działacz polityczny, pracował w Ministerstwie Wojny, wykonywał różne dyplomatyczne polecenia Napoleona; miał pełnomocnictwa do podpisania pokoju w Pressburgu (dziś Bratysława), Tylży i w Wiedniu; w 1811 r., Główny Intendent Wielkiej Armii.

38. Turenne (1776-1852) - hrabia, szambelan.

39. Sébastiani, Horacy Franciszek (1775-1851) - hrabia, generał, dyplomata, urodzony na Korsyce, Minister Spraw Zagranicznych w czasie Stu Dni, później otrzymał tytuł marszałka.

40. Dalton - generał, dowodził I. Brygadą Dywizji Moranda.

41. Ney, Michał (1769-1815) - diuk Elchingen i Moskwy, marszałek (1804 r.) cieszył się sławą "najdzielniejszego z dzielnych". Błyskotliwie radził sobie podczas odwrotu spod Moskwy, po dezercji Murata uratował resztki francuskiej armii. Za to, że w czasie Stu Dni przeszedł na stronę Napoleona, został rozstrzelany w czasie drugiej Restauracji Bourbonów.

42. Junot, diuk Abrantes (1771-1813) - generał, w czasie kampanii egipskiej i włoskiej był adiutantem Napoleona; w 1807 r. dowodził korpusem w Portugalii i zdobył Lizbonę, za co otrzymał tytuł książęcy. Kiedy zachorował psychicznie, popełnił samobójstwo rzucając się z okna.

43. Chasseloup-Laubat, Franciszek Karol (1754-1833) - hrabia, francuski generał, fortyfikator i inżynier wojskowy.

44. Oficerem tym był hrabia Orłow.

45. Miłoradowocz, Michał Andrejewicz (1771-1825) - hrabia, błyskotliwy generał kawalerii posiadający bogate doświadczenie wojskowe. Dowodził ariergardą rosyjskiej armii (po bitwie pod Borodino), a w czasie pościgu za wycofującą się armią francuską był dowódcą awangardy. Wojskowy gubernator Petersburga. Zginął z ręki Kachowskiego w czasie powstania dekabrystów.

46. Binjon, Louis (1771-1841) - baron, cesarski komisarz na Litwie.

47. Austriacki korpus Schwarzenberga zaatakował 12 sierpnia pod Horodeczną armię generała Tormasowa. Nocą Tormasow wycofał się w stronę Kobrynia. Schwarzenberg ścigał go aż do 29 sierpnia. Wojska Schwarzenberga i Tormasowa zajęły pozycje na przeciwległych brzegach rzeki Styr w okolicach Łucka. Przeciwnicy trwali tam aż do września, gdy Tormasow połączył swoje siły z nadciągającą armią Cziczagowa i odepchnął Schwarzenberga w okolice Brześcia.

48. Konstanty Pawłowicz (1779-1831) - Wielki Książę, młodszy brat Aleksandra I. Uczestnik kampanii Suworowa, od 1814 r. faktyczny namiestnik Królestwa Polskiego. Zawarł morganatyczny związek małżeński z Polką Joanną Grudzińską i zrzekł się praw do tronu na rzecz Mikołaja Pawłowicza, co stało się pośrednim powodem wybuchu powstania Dekabrystów w 1825 r.

49. Bellune - Perrin Wiktor (1764-1841) - książę, w 1804 r. otrzymał tytuł marszałka, podobnie jak Ney i Davout brał udział w wojnach Rewolucji, następnie brał udział w wielu kampaniach Napoleona. Bez większych sukcesów prowadził walki nad Dźwiną w wojnie 1812 r.

50. St.-Cyr, Heyeres Gouvion (1764-1830) - marszałek, hrabia Cesarstwa. Utalentowany strateg. W czasie wojen Republiki jako oficer sztabowy zwrócił na siebie uwagę dzięki spostrzegawczości, doskonałej pamięci wzrokowej i umiejętności rysowania map i szkiców polowych. Wkrótce został generałem. Artystycznie uzdolniony, malował i grał na skrzypcach. Pozostawił po sobie pamiętniki.

51. Orłow, Michał Fiodorowicz (1788-1842) - rosyjski generał-major (1814 r.). Dekabrysta, wyróżnił się w czasie wojny 1812 r., a także w czasie kampanii w latach 1813-1814. Przyjął kapitulację Paryża.

52. Tuczkow, Paweł Aleksejewicz (1775-1858) - rosyjski generał-major (1803 r.), dowodził oddziałami ariergardy II. Korpusu, a także niektórymi oddziałami awangardy I. Armii. Ranny w głowę w czasie bitwy pod Walutyna Górą, 19 sierpnia doprowadzony do kwatery Napoleona.

53. Szwecja i Rosja podpisały traktat, w którym oba państwa wzajemnie składały gwarancje nienaruszalności terytorium, Rosjanie obiecywali też swoją pomoc w realizacji unii z Norwegią, a Szwedzi w zamian zobowiązywali się do wspólnej z Rosją wojny przeciw Francji. "Cesarz domyślił się tego, ponieważ 28 sierpnia w Ĺbo doszło do spotkania Aleksandra I z królem Szwecji" (przyp. Caulaincourta).

54. Kutuzow (Goleniszczew-Kutuzow), Michał (1745-1813) - książę smoleński, generałfeldmarszałek, jeden z najbardziej utalentowanych uczniów Suworowa, uczestnik wojny z Turcją 1811-1812, w czasie której wykazał się jako bardzo zdolny strateg. Pokonał przewyższające go liczebnie wojska tureckiego wezyra i dzięki błyskotliwym dyplomatycznym posunięciom podpisał korzystny dla Rosji pokój. Napoleon wyrażał się o nim w niezwykle ostrych i niesprawiedliwych słowach. Po objęciu przez Kutuzowa naczelnego dowództwa nad rosyjskimi wojskami, Barclay de Tolly dowodził I. Armią, a Bagration II. Armią.

55. Płatow, Matwiej Iwanowicz (1751-1818) - hrabia, generał kawalerii, ataman Wojsk Dońskich, w czasie wojny 1812 r. dowodził Kozakami.

56. W rzeczywistości Miłoradowicz miał tylko 15 000 żołnierzy.

57. Latour-Maubourg, Maria Wiktor Mikołaj de Fay Latour Maubourg (1768-1850) - hrabia, następnie książę, francuski generał, uczestnik kampanii egipskiej, ciężko ranny w bitwie pod Lipskiem (stracił nogę).

58. Bausset-Roguefort, Louis Franciszek Józef (1770-1833) - baron, prefekt pałacu cesarskiego, po obaleniu Napoleona wyjechał wraz z Marią Ludwiką do Wiednia.

59. Gérard, Franciszek (1770-1837) - baron, francuski artysta malarz, autor obrazów o tematyce batalistycznej. Autor "Bitwy pod Austerlitz".

60. Diuk Raguse, August Fryderyk Louis Viesse de Marmont ( 1774-1852) - francuski dowódca i działacz państwowy, marszałek (1809 r.), gubernator illiryjskich prowincji; walczył pod Austerlitz, w Portugalii i pod Lipskiem. W 1814 r. podpisał, razem z Mortierem, kapitulację Paryża. Przystał do Bourbonów i w czasie Stu Dni towarzyszył Ludwikowi XVIII w wyjeździe do Gandawy. Pozostawił pamiętniki.

61. 22 lipca 1812 r. diuk Raguse poniósł dotkliwą klęskę w Hiszpanii w bitwie pod Arapilami.

62. Walka toczyła się między rosyjskimi kirasjerami i 111. Pułkiem Piechoty francuskiej.

63. Było to 6 września.

64. Korpus Poniatowskiego 5 września wspierał działania dywizji Compansa.

65. W rzeczywistości książę Eckmühl (marszałek Davout) wcale nie został ranny - stracił jedynie przytomność, kiedy przygniótł go jego zabity koń.

66. Wielka Reduta była usypana we wsi Borodino, a obsadzona przez 7. Korpus Piechoty generała Rajewskiego, z potężną artylerią w sile 200 armat (stąd nazwa Reduta Rajewskiego).

67. Chodzi o wieś Borodino.

68. W rzeczywistości generał nazywał się Lichaczow.

69. Było to 8 września.

70. Dywizja Frianta wkroczyła do Możajska 9 września.

71. Napoleon prawie stracił głos, nie mógł mówić.