Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Wspomnienia Napoleona, Tom 8

Opublikowano w Wspomnienia Napoleona

Tom VIII. Rozdz. I. Jena. 
 

I. Sytuacja przed wybuchem wojny. - II. Zarządzenia Napoleona na kampanię. Pruski plan wojny. Potyczka pod Saalfeld (10 października 1806). - III. Bitwa pod Jeną (14 października). - IV. Bitwa pod Auerstädt. - V. Skutki zwycięstwa. Kontrybucje. - VI. List Napoleona do króla Prus.  
 



I.

Na podstawie traktatu z 15 grudnia 1805 roku Prusy mogły anektować Hanower, ale traktat ten został w Berlinie tylko częściowo ratyfikowany. Ostateczna ratyfikacja stała się powodem do sporów, które ciągnęły się przez większą część 1806 roku. W końcu jednak Prusy zajęły Hanower i wszystko wydawało się być w porządku - gdy nagle wypowiedziana została wojna. Prusy nie zostały jednak sprowokowane przez Francję, lecz porwane przez gorączkową berlińską młodzież i zmylone depeszą swojego paryskiego przedstawiciela markiza Lucchesini; zapewniał on, że na podstawie traktatu wynegocjowanego w Paryżu przez rosyjskiego przedstawiciela hrabiego d'Oubril (traktat pokojowy pomiędzy Francją i Rosją podpisany 20 lipca 1806 roku - przyp. tłum.) Rosja i Francja podjęły zobowiązania, które szkodzą interesom Prus. Ze strachu chwyciły one za broń. Chciały stawić opór równocześnie Rosjanom i Francuzom? Dlaczego nie? Czy w wojnie siedmioletniej nie stawiły czoła Francji, Rosji i Szwecji? Gabinet berliński został jednak natychmiast uspokojony przez cara Rosji, który odrzucił ustalenia swojego pełnomocnika hrabiego d'Oubril i traktatu paryskiego, w którym nawiasem mówiąc, nie było w ogóle mowy o Prusach, nie ratyfikował. Król nastawił się na wojnę przeciwko obu mocarstwom, ale teraz miał do czynienia tylko z Francuzami i miał nawet zapewnienie rosyjskiego wsparcia, nie wątpił w pruskie zwycięstwo.

Wskutek zachowania dworu berlińskiego wojna była nieunikniona. Oczywiście rozpoczęcie wojny z Napoleonem w chwili, kiedy armia francuska wróciła spod Austerlitz, stała jeszcze w sercu Niemiec i była lepiej wyszkolona, niż jakakolwiek wcześniejsza armia, było ze strony Prus wielką nierozwagą. Głównie jednak wielką niekonsekwencją było rzucenie się samemu do wojny, podczas, gdy rok temu, kiedy to Austria, Rosja, Anglia, Szwecja i Neapol byłyby sojusznikami, nie chwycono za broń. Obecnie Austria, wyczerpana ostatnimi wysiłkami i zniechęcona wahaniem Prus, zdecydowana była pozostać w roli obserwatora cudzego nieszczęścia. Rosja, z powodu wycofania swoich wojsk za Wisłę, była znowu oddalona od terenu walki. Anglia była obrażona zajęciem Hanoweru i wypowiedziała Prusom wojnę; Szwecja podążyła za jej przykładem. Jednakże byli przyjaciele Francji, którzy teraz byli wrogo do niej nastawieni, mogli z pewnością liczyć na to, że Anglia pogodzi się z Prusami i wspomoże ją pieniędzmi. Ale Prusy musiały złożyć gabinetowi angielskiemu wyjaśnienie i rozpocząć od oddania Hanoweru, co nawet w przypadku najgorszych stosunków z Francją nigdy nie miałoby miejsca, w każdym razie nie bez odszkodowania.

Rosja pozbyła się  wprawdzie oczywiście swoich wcześniejszych marzeń o wojennej chwale, ale były nadal skłonne, wspólnie z wojskami pruskimi, które darzone były najwyższym zaufaniem, jeszcze raz spróbować szczęścia. Ale by jej armie mogły ponownie przystąpić do wojny, musiało upłynąć kilka miesięcy. Prusy znalazły się same naprzeciw Napoleona. Chciały zaatakować go w październiku 1806 roku w Saksonii, podobnie jak Austriacy zrobili to w październiku 1805 roku, z tą jednak niekorzystną dla Prus różnicą, że Napoleon nie był teraz zbyt oddalony; jego armia nie obozowała nad brzegiem oceanu, stała już w sercu Niemiec i mogła dotrzeć do granicy pruskiej w przeciągu 3 dni. Takie zachowanie Prus tłumaczyć można jedynie fatalnym zaślepieniem.

Zanim Napoleon wyruszył  w pole, wezwał lorda Lauderdale i poinformował go, że jego rodacy powinni lepiej zawrzeć pokój, bo opanuje Prusy w czasie krótszym niż 2 miesiące (James Maitland, 8.lord Lauderdale, 1759-1839, przebywał od 2 sierpnia 1806 roku w Paryżu, gdzie prowadził pertraktacje dotyczące nowego traktatu pokojowego. Po wybuchu wojny, 9 października opuścił Paryż nie osiągając porozumienia - przyp.tłum.). Kraj ten nigdy nie byłby w stanie pokonać go w samotnej walce, być może w sojuszu z Rosją, ale Rosjanie byli za daleko i musieliby maszerować przez 3 miesiące, by dotrzeć do Berlina, który według planów koalicji miał być broniony. Plan cesarza przewidywał zatem rozbicie Prus przed przybyciem Rosjan. Radził angielskiemu przedstawicielowi przyjęcie warunków pokojowych, zanim Prusy, najlepszy przyjaciel Anglii na kontynencie, doznają klęski. Lord Lauderdale przekazał do swojemu ministerstwu odpowiedni raport, popierając zawarcie pokoju, ale angielscy ministrowie byli przeciwni: mieli nadzieję, że król pruski, stojący na czele 100 000 żołnierzy pokona Napoleona i doprowadzi do jego upadku.

Napoleon nie odczuwał  najmniejszego niepokoju z powodu zbliżającej się wojny. Nie znał Prus, bo nigdy nie spotkał się z nimi na polu bitwy; ale tłumaczył sobie, że ci Prusacy, którzy byli tak chwaleni od czasu, gdy zostali jego wrogami, w 1792 roku jeszcze mniej dokonali przeciwko niedoświadczonym Francuzom niż Austriacy; przeciwko znakomitej armii pod jego rozkazami mogą dokonać jeszcze mniej niż przeciwko ówczesnym zebranym w wielkim pośpiechu ochotnikom.  
 

II.

Jeden do dwóch dni wystarczył  Napoleonowi do opracowania swoich planów i wydać wszystkie rozkazy. Miał zwyczaj przez 48 godzin niemal bez przerw dyktować  100 do 200 listów. Ponieważ książę Berthier, normalnie tłumacz jego myśli w związku ze sprawami Związku Reńskiego musiał pozostać w Monachium, użył do tego celu generała Clarke i podyktował mu 18 i 19 września swoje rozkazy. Przewidywał, że 18-20 dni upłynie na próżnej dyskusji z Prusami, a potem niechybnie wybuchnie wojna. Te 20 dni chciał wykorzystać na uzupełnieniu Wielkiej Armii i zaopatrzenie jej we wszystko, co niezbędne.

Rozkazy marszowe zostały tak wydane, że mogły one zostać wykonane w pierwszych dniach października. Napoleon rozkazał marszałkom Ney i Soult połączenia się w księstwie Bayreuth, by utworzyć prawe skrzydło armii; marszałkowie Davout i Bernadotte mieli połączyć się w Bambergu, by stworzyć centrum armii; marszałkowie Lannes i Augereau mieli spotkać się w okolicach Coburga, by działać na lewym skrzydle. W ten sposób skoncentrował swoje siły na granicy Saksonii. Murat otrzymał rozkaz zebrania kawalerii w Würzburgu, gdzie pomaszerowała też gwardia. Wszystkie korpusy miały być 3 albo 4 października na swoich pozycjach. Rozkazano im wyraźnie nie przekraczać granicy Saksonii.

Napoleon wyjechał  w nocy z 24 na 25 września w towarzystwie cesarzowej i Talleyranda, zatrzymał się przez kilka godzin w Metz, by poznać  tamtejszą twierdzę i udał się następnie do Moguncji, gdzie dotarł 28 września. Tam otrzymał wiadomość, że przejeżdżał tamtędy w drodze do Paryża kurier z Berlina, który wiózł ostatnie oświadczenia dworu pruskiego.

Mimo, że Napoleon nie otrzymał od dworu pruskiego żadnej definitywnego oświadczenia, uznał wojnę za wypowiedzianą, jeżeli Prusacy wkroczą do Saksonii. Również w ubiegłym roku wkroczenie Austriaków do Bawarii potraktował jako początek działań wojennych. W tych okolicznościach wojna była już wypowiedziana, bo Prusacy przekroczyli już pod Dreznem Łabę. Siły pruskie podzielone były na dwie części: jedna pod dowództwem księcia Brunszwiku w okolicach Magdeburga, inna pod księciem von Hohenlohe w okolicy Drezna. Armia główna przesunęła się z Magdeburga do Naumburga nad Saale (Soławą), następnie do Erfurtu i w tej chwili znajdowała się w okolicach tego miasta, frontem w Lasie Turyńskim, z lewą flanką osłoniętą stromym brzegiem Soławy. Książę Weimaru na czele silnego oddziału lekkich pułków zajmował wnętrze Lasu i wysyłał rekonesanse na drugi brzeg. Generał Rüchel na czele oddziałów westfalskich tworzył prawe skrzydło armii.

Armię tę, wliczając korpus generała Rüchela, szacować należało na 93 000 ludzi. Druga armia przesunęła się ze Śląska do Saksonii, by skłonić elektora do wzięcia udziału w wojnie. Obiecał on wystawić 20 000 Sasów, jeżeli jego państwa będą bronione przez jedną z tych armii. Te 20 000 Sasów nie stały jeszcze w gotowości, a książę von Hohenlohe pomaszerował w międzyczasie w górę Soławy, by zająć pozycje naprzeciw przełęczy prowadzących z Frankonii do Saksonii. Kontyngent pruski księstwa Bayreuth, dowodzony przez generała Tauenzien, wycofał się przed zbliżającymi oddziałami francuskimi do Schleiz, tworząc w ten sposób awangardę księcia Hohenlohe. Książę dysponował w całości ponad 50 000 ludzi.

To były obie pruskie armie polowe; rezerwę stanowił stacjonujący w Magdeburgu korpus liczący około 15 000 ludzi, stojący pod rozkazami księcia Wirtemberskiego, który był skłócony ze swoją rodziną. Do tego dochodziły jeszcze garnizony nad Odrą i Wisłą, które liczyły około 25 000 ludzi. W ten sposób Prusy po włączeniu Saksonii miały do dyspozycji więcej niż 180-185 000 ludzi, z których w polu było 150 000.

Prusacy byli dzielni, jak zwykle Niemcy, ale od czasu wojny siedmioletniej nie wzięli udziału w żadnej kampanii, bo kampania w Szampanii nie był długa i niezbyt poważna. Ich oddziały nie przeszły też przemian, które dokonane zostały w ostatnich 15 latach w organizacji wojsk europejskich. Przykładali większe znaczenie do posunięć na placu ćwiczeń niż na polu walki. Wlekli ze sobą całą masę bagażu, który już sam tworzył w marszu takie przeszkody, że mógł zniszczyć armię. Duma Prusaków była wielka, głównie wśród oficerów, którą powiększał jeszcze patriotyzm.

Komenda też nie była w najlepszych rękach. Dowództwo naczelne w wojnie przekazano księciu Brunszwiku, uczniowi Fryderyka Wielkiego, który cieszył się wielką sławą. Istnieją znakomitości, które czasami przeznaczone są do zrujnowania państw; nie można im odmówić naczelnego dowództwa, a gdy postawieni zostaną na eksponowanym stanowisku, opinia publiczna, która pod błyszczącą otoczką sławy odkryje wkrótce nieudolność, skrytykuje wybór, wymuszony przecież przez nią samą i swoją krytyką czyni wybrańca jeszcze nieszczęśliwszym. Tak zdarzyło się również w przypadku nominacji księcia Brunszwiku.



Był on człowiekiem bystrego umysłu, ale nie czuł się na siłach sprostać  temu zadaniu. Naczelne dowództwo przyjął ze słabości, by nie dopuścić  do objęcia go przez konkurenta i ugiął się pod jego ciężarem. U boku księcia Brunszwiku znajdował się inny relikt z czasów Fryderyka Wielkiego, marszałek von Möllendorf, który, równie stary jak książę, nie piastował żadnego stanowiska dowódczego i miał służyć jedynie radą. Do słabości staruszków dochodziła jeszcze zarozumiałość młodszych generałów, którzy byli przekonani, że tylko oni mają prawo dowodzić w tej wojnie. Najznaczniejszym wśród nich był książę Hohenlohe, dowódca drugiej armii i jeden z tych niemieckich książąt, którym upadek Rzeszy zabrał ich państwo (Fryderyk Ludwig książę Hohenlohe-Ingelfingen i Hohenlohe-Öhringen, 1746-1818 -przyp. tłum.). Dumny i pełen gorliwości człowiek, swoją sławę odważnego i przedsiębiorczego generała zawdzięczał kilku szczęśliwym potyczkom, które stoczył w czasie wojny 1792 roku. Sława ta, na którą niewiele zasłużył, budziła w nim ambicję uniezależnienia się od głównodowodzącego i kierowania się własnymi inspiracjami. Zwrócił się z taką prośbą do króla, a ten był na tyle słaby, że przyznał mu ograniczoną niezależność, która musiała prowadzić do podziałów i niesubordynacji.

Podczas gdy książę  Brunszwiku chciał stoczyć bitwę za Lasem Turyńskim, gdzie zajmowała stanowiska jego armia, Hohenlohe chciał skierować  wojnę nad górną Soławę (Saale), gdzie były jego pozycje. Ten spór musiał przynieść złe skutki, tym badziej, że byli jeszcze inne gorące głowy, jak generał Rüchel i książę Ludwik ( tak nazywany był za życia powszechnie książę Fryderyk Ludwik Pruski, 1772-1806, który w późniejszych latach, już po jego śmierci, nazwany został nie tylko przez historyków Ludwik Ferdynand - przyp. tłum.), którzy chcieli natychmiast zaatakować, żeby uniemożliwić ewentualne pojednanie Napoleona z Fryderykiem Wilhelmem. 
 

Podczas gdy główna kwatera pruska radziła na temat planów ataku, które wszystkie oparte były na założeniu, że można Napoleona zaskoczyć w dniu 11 października, niespodziewanie dotarła do niej wieść, że tenże dotarł już do Würzburga. Książę Brunszwiku odwołał natychmiast wszystkie plany ofensywne, postanowił trzymać ze wszystkich sił swoje linie obronne na skraju Lasu Turyńskiego i rozkazał księciu Hohenlohe kontynuowanie koncentracji jego armii nad górną Soławą, a generałowi Tauenzien staranną obserwację przełęczy frankońskich. Równocześnie wysłano cesarzowi ultimatum, w którym domagano się dokładnego wyjaśnienia jego postępowania, któremu towarzyszyć miał uspokajający Niemcy krok - a mianowicie odwrót oddziałów francuskich za Ren. Odwrót ten miał rozpocząć się 8 października i zakończyć w określonym dniu!

Gdyby Prusy rzeczywiście chciały pokoju, to nota ta była złym sposobem jego utrzymania. Gdy Napoleon otrzymał 7 października owo pismo, wpadł w wielką złość i niezwłocznie skierował do swojej armii następującą odezwę:

"Żołnierze!

Rozkaz powrotu do Francji został Wam wydany; zbliżyliście się do jej granic o wiele dni marszu; czekano na Was z uroczystościami powitalnymi. Lecz w czasie gdy my pogrążaliśmy się w poczuciu bezpieczeństwa, pod maską przyjaźni i przymierza knuto nowe intrygi. W Berlinie słychać okrzyki wojenne. Od dwóch miesięcy jesteśmy prowokowani w sposób coraz bardziej otwarty. To samo stronnictwo, ten sam duch szaleństwa, które wywołując u nas wewnętrzne niesnaski, zaprowadził Prusaków przed 14 laty do Szampanii, kieruje nimi znowu przy aktualnych zamysłach. Jeżeli nawet nie chcą dziś już zetrzeć z powierzchni ziemi Paryża, to marzą o tym, by zatknąć swe sztandary w stolicach naszych sprzymierzeńców i zerwać nam z czoła wieńce laurowe. Domagają się, byśmy na sam widok ich armii opuścili Niemcy. Szaleńcy! Niech więc wiedzą, że tysiąckrotnie łatwiej zburzyć wielką stolicę, aniżeli pohanbić honor synów wielkiego narodu i jego sprzymierzeńców. Przed 14 laty ich zamiary zostały pokrzyżowane. Na równinach Szampanii spotkała ich klęska, znaleźli tam śmierć i hańbę. Jednak lekcje płynące z doświadczenia zacierają się w pamięci, a istnieją ludzie, u których uczucie nienawiści i zazadrości nigdy nie wygasa.

Żołnierze! Na pewno nie ma wśród Was żadnego, który chciałby powrócić do Francji inaczej niż z honorem. Nie możemy tam wrócić inaczej aniżeli pod łukami triumfalnymi. Czyżbyśmy po to stawiali czoła kaprysom pogody, morzom i pustyniom, czy po to pokonaliśmy kilkakrotnie koalicje europejskie i rozsławiliśmy nasze imię na Wschodzie i Zachodzie, by dziś powracać do ojczyzny jak uciekinierzy, pozostawiając na łasce losu naszych sojuszników i usłyszeć, że orzeł francuski przeraził się widokiem pruskiego orła?

Biada tym, którzy nas wyzywają! Niechże armię pruską spotka ten sam los, co przed czternastoma laty! Niech się nauczą, że łatwo jest powiększać swoją siłę i terytoria, ciesząc się przyjaźnią wielkiego narodu, natomiast rozbudzona w tym narodzie wrogość jest niebezpieczniejsza niż burze na oceanie!" 
 

Następnego dnia, 8 października, Napoleon wydał całej armii rozkaz przekroczenia granicy saskiej, a 3 kolumny, z których ją tworzyły, wyruszyły równocześnie naprzód. Po niewielkiej potyczce pod Schleiz w dniu 9 października, która dostarczyła cesarzowi ku jego zadowoleniu dowód, że kawaleria pruska, mimo, że miała doskonałe konie i potrafiła dobrze jeździć, nie przeraziła jego własnej piechoty i dzielnych kawalerzystów, doszło 10 października pod Saalfeld do poważnego starcia. O świcie tego dnia marszałek Lannes osiągnął wzgórza górujące nad miastem i spostrzegł w dolinie korpus księcia Ludwika Pruskiego, złożonego z 7 000 piechoty i 2 000 kawalerii. Pozycja pruskiego księcia nie była dobrze wybrana. Jego piechota tworzyła lewe skrzydło, opierające się o miasto i Soławę, złożone wyłącznie z kawalerii prawe skrzydło rozciągało się na równinie. W centrum, nad którym górowały zajęte już przez francuską artylerię wzgórza, Prusacy mieli za plecami bagnisty potok, który poniżej miasta Saalfeld wpadał do Soławy i był trudny do przebycia. Ich droga odwrotu była zatem źle zabezpieczona.

Mimo, że Lannes miał  przy sobie tylko dywizję Suchet i 2 pułki lekkiej kawalerii, przystąpił natychmiast do ataku. Piechota pruska nie wytrzymała uderzenia dywizji Sucheta. Ogień artyleryjski ze wzgórz czynił wielkie spustoszenie w pruskich szeregach. Walczący z odwagą godną swoich przodków książę Ludwik spostrzegł szukające schronienia za murami Saalfeld swoje rozbite bataliony. Pospieszył do swojej kawalerii, by zaatakować oba francuskie pułki huzarskie, które w międzyczasie posunęły się naprzód i początkowo nawet odrzucił je. Wkrótce jednak huzarzy zdobyli przewagę i rozpoczęli gwałtowny pościg. U boku księcia poległo dwóch jego adiutantów. Książę, w błyszczącym mundurze, przyozdobionym orderami, został ze wszystkich stron otoczony. Chciał wycofać się, ale jego koń został zatrzymany przez żywopłot. Wachmistrz 10.pułku huzarów, który rozpoznał w nim chyba generała, ale nie księcia, podskoczył do niego z okrzykiem: "Generale, niech Pan się podda!" Książę Ludwik odpowiedział uderzeniem szabli, na co wachmistrz odpowiedział, trafiając księcia prosto w pierś i zrzucając martwego z konia. Ciało zostało rozpoznane i z honorami, należnymi stanowisku poległego, zaniesione do Saalfeld, gdzie wystawiono je w kościele. Oddziały pruskie i saskie, które nie wiedziały dokąd się skierować, szukały ratunku w ucieczce; pozostawiły w rękach zwycięzców 20 armat, 400 poległych i rannych, 1 000 jeńców.

W ten sposób pierwsze uderzenie tej wojny zabiło jednego z głównych jej sprawców. Potyczka pod Saalfeld wprawiła pruską kwaterą główną w największe przerażenie. A przecież był to tylko zwiastun miażdżącego uderzenia, które spaść miało na dumnych Prusaków kilka dni później. 
 

III.

Bitwa pod Jeną  wymazała hańbę Rossbach i po 7 dniach rozstrzygnęła kampanię, która całkowicie uspokoiła wojenne szaleństwo, które opanowało pruskie głowy.

Pozycje, które zajęła armia w dniu 13 października, były następujące:

Wielki Książę  Bergu i marszałek Davout stali ze swoimi korpusami koło Naumburga i wysunęli oddziały w kierunku Halle i Lipska.

Korpus marszałka Bernadotte maszerował w kierunku Dornburga.

Korpus marszałka Lannes stał pod Jeną.

Korpus marszałka Augereau zająl pozycję pod Kahla.

Korpus marszałka Ney'a był w Roda.

Kwatera główna znajdowała się w Gerze, cesarz był w drodze do Jeny.

Korpus marszałka Soulta wyruszył z Gery, by przysunąć się bliżej skrzyżowania dróg z Naumburga i Jeny.

Nieprzyjaciel zajął następujące pozycje:

Król Prus ustalił  początek działań na 9 października. Jego prawe skrzydło miało maszerować w kierunku Frankfurtu, centrum na Würzburg, a lewe skrzydło na Bamberg. Wszystkie dywizje pruskie stały w gotowości, by wykonać ten plan. Ale w międzyczasie armia francuska posunęła się przeciwko pruskiemu lewemu skrzydłu i w przeciągu kilku dni znalazła się w Saalburgu, Lobenstein, Schleiz, Gerze i Naumburgu. W ten sposób armia pruska została zmuszona, by nie zostać okrążoną, do wycofania wszystkich swoich detachements, co zobiła w dniach 9, 10, 11 i 12 października.

13 października stała ona w sile 160 000 ludzi w szyku bojowym pomiędzy Kapellendorf i Auerstädt.

Tego samego dnia, o godzinie 2.30 po południu cesarz dotarł do Jeny. Udał się  do awangardy, ustawionej na niewielkim płaskowyżu i rozpoznał  z ruchów nieprzyjaciela, że ten zamierza w dniu następnym zaatakować, by zająć różne przejścia przez Soławę. Nieprzyjaciel zajmował silną i niemożliwą do zdobycia pozycję wzdłuż szosy prowadzącej z Jeny do Weimaru i sprawiał wrażenie przekonanego, że Francuzi nie są w stanie rozwinąć się na nizinie bez zdobycia tej pozycji. Rzeczywiście, ustawienie armat na tym niewielkim płaskowyżu wydawało się niemożliwym. Ale stało się to możliwe, gdy poświęcono całą noc na wykonanie w skałach nowej drogi, po której artyleria osiągnęła wzniesienie.

Napoleon pełen niecierpliwości nadzorował te prace, osobiście oświetlając miejsce pracy trzymaną w dłoni pochodnią.

Marszałek Davout otrzymał  rozkaz wymarszu z Naumburga, by osłonić wąwóz pod Kösen, jeżeli nieprzyjaciel pomaszerowałby na Naumburg albo pomaszerować do Apoldy, by wyjść na jego tyły, gdy pozostał on na swoich pozycjach.

Korpus Bernadotte'a został przeznaczony do zaatakowania tyłów nieprzyjaciela, gdyby ten skierował się w kierunku Naumburga lub Jeny.

Główne siły kawalerii, które nie dołączyły jeszcze do armii, mogły połączyć się z nią dopiero około południa. Kawaleria gwardii była oddalona jeszcze o 36 godzin drogi, mimo, że maszerowała z Paryża forsownymi marszami. Są jednak na wojnie momenty, w których żadne względy nie mogą zatrzymać wodza przed uprzedzeniem nieprzyjaciela i przystąpienia do natarcia. Dlatego Napoleon rozkazał korpusowi Lannesa, który tworzył awangardę, rozmieścić się w szyku bojowym na płaskowyżu, które nieprzyjaciel wydawał się zaniedbywać, a który leżał bezpośrednio przed jego frontem. Marszałek Lefebvre ustawił gwardię cesarską w czworoboki, a cesarz spędził noc na biwaku pośród tych dzielnych żołnierzy. Nocą ukazał się nadzwyczajny obraz: ognie biwaków obu armii rozświetlały ciemności; jednej z nich rozciągały się na przestrzeni 25 kilometrów, tej drugiej były skoncentrowane wokół jednego punktu, a w obu armiach panował ożywiony ruch i niepokój. Obie armie były oddalone były od siebie tylko na odległość armatniego strzału; forpoczty prawie ocierały się o siebie, a każdy najmniejszy odgłos był słyszany przez stronę przeciwną.

Korpusa Ney'a i Soulta maszerowały przez całą noc. Dywizja Gazana stanęła w 3 liniach po lewej stronie płaskowyża; dywizja Sucheta tworzyła prawe skrzydło; gwardia cesarska zajmowała szczyt wzgórza, a w odstępach między tymi korpusami ustawione były działa. W kierunku miasta i sąsiednich dolin utorowano przejścia, które ułatwiały rozwinięcie oddziałów, które nie znalazły miejsca na płaskowyżu. Był to chyba pierwszy raz, że armia miała tak mało miejsca.

O świcie opadła gęsta mgła. Cesarz przejechał przed liniami i zalecał żołnierzom, by strzegli się pruskiej kawalerii, znanej jako niebezpieczny przeciwnik. Przypominał im, jak rok temu zdobyli Ulm, że armia pruska, jak wówczas austriacka, jest okrążona i odcięta od swoich linii operacjynych i magazynów; że w tej chwili armia pruska nie walczy już o swoją sławę, lecz o zapewnienie sobie odwrotu oraz, że oddziały, które pozwolą ujść armii pruskiej stracą swój honor i reputację. Na słowa te żołnierze odpowiedzieli okrzykami: "Ruszajmy!"

Akcję rozpoczęli strzelcy, już wkrótce rozbrzmiewał gęsty ogień karabinowy. Mimo, że nieprzyjaciel zajmował korzystną pozycję, został  on z niej wyparty, a armia francuska mogła rozwinąć sią na płaskowyżu i sformować szyk bojowy.

Główne siły armii nieprzyjacielskiej, które chciały odczekać rozejście się mgły, dopiero teraz chwyciły za broń. Korpus lewego skrzydła, liczący 50 000 ludzi, wyruszył w kierunku Naumburga, by zająć tamtejsze wąwozy i drogę w dolinie Kösen. Ale ubiegł ich marszałek Davout. Pozostałe 2 korpusy, w sumie 80 000 ludzi, uderzyły na armię francuską, która rozwijała się na wyżynie pod Jeną. Przez 2 godziny mgła okrywała obie armie aż w końcu rozproszyło ją piękne jesienne słońce. Wtedy to przeciwnicy spostrzegli, że są oddaleni od siebie tylko na odległość armatniego strzału. Lewym francuskim skrzydłem, opartym o Kospeda i sąsiednie lasy, dowodził marszałek Augereau. Gwardia cesarska oddzielała go od centrum, które tworzył korpus Lannesa. Prawe skrzydło tworzył korpus marszałka Soulta. Marszałek Ney dysponował tylko częścią swojego korpusu i miał przy sobie tylko 3 000 żołnierzy.

Armia nieprzyjacielska była liczna i dysponowała wyborową kawalerię, jej manewry były szybkie i precyzyjnie wykonane. Cesarz wolałby poczekać jeszcze 2 godziny, by na nową pozycję, którą zajął po porannym ataku, ściągnąć swoje posiłki, a w szczególności kawalerię, ale furia francese wzięla górę.

Ponieważ niektóre bataliony umocniły się we wiosce Hohlstedt, wróg postanowił  je stamtąd znowu wyprzeć. Marszałek Lannes otrzymał rozkaz wysłania do Hohlstedt posiłków. Marszałek Soult w kierunku lasu na prawym skrzydle. Ponieważ prawe skrzydło nieprzyjaciela zagrażało naszemu lewemu skrzydłu, marszałek Augereau otrzymał rozkaz jego odparcia. Nie minęła godzina, a bitwa rozgorzała na wszystkich odcinkach.

Marszałek Soult po 2-godzinnej walce zajął zajął las i ruszył do przodu. W tym momencie dywizje kawalerii rezerwowej zaczęły zajmować pozycje, na pole bitwy dotarły też 2 nowe dywizje korpusu Ney'a. Cesarz przesunął wszystkie oddziały rezerwowe do pierwszej linii, co rozstrzygnęło o zwycięstwie. Nieprzyjaciel został odrzucony na całej linii i zmuszony do odwrotu. Przez pierwszą godzinę odbywał się on w dobrym porządku. Ale gdy Wielki Książę Bergu na czele dywizji dragonów i kirasjerów podjął pościg, odwrót zamienił się w bezładną ucieczkę. Dzielni kawalerzyści, widząc, że zwycięstwo może być odniesione bez ich udziału, rzucali się na wroga wszędzie tam, gdzie tylko go dostrzegali. Ani pruska piechota ani kawaleria nie mogły wytrzymać tego uderzenia; na próżno piechota stawała w czworobokach; 5 pruskich batalionów zostało zniesionych, artyleria, kawaleria, piechota zostały rozbite albo wzięte do niewoli, a Francuzi wtargnęli do Weimaru równocześnie z nieprzyjacielem.

O godzinie 2 po południu na pole bitwy dotarł generał Rüchel na czele liczącego 15 000 ludzi korpusu. Na próżno próbował odważnym atakiem zatrzymać odwrót; jego korpus został porwany przez tłum ucieknierów i a on sam ciężko ranny. 
 

IV.

W tym samym czasie prawe skrzydło armii francuskiej marszałka Davout odniosło zwycięstwo pod Auerstädt.

13 października Davout zajął Naumburg i wszystkie magazyny armii pruskiej; w kwaterze głównej w Weimarze zapanowała panika. Dowództwo pruskiej armii podjęło decyzję  przekroczenia Soławy, pozostawienia samym sobie korpusów generała Blüchera i księcia Weimaru i pomaszerowania do Naumburga, by odbić magazyny. 14 października 60 000 Prusaków rozpoczęło bitwę u wyjścia z wąwozu pod Kösen. Ale dowodzona osobiście przez króla armia została pod Auerstädt zatrzymana i rozbita przez liczący zaledwie 30 000 ludzi 3.korpus.

Bernadotte, dowodzący liczącym 18 000 ludzi korpusem miał rozkaz pomóc marszałkowi Davout bronić wąwozu w pobliżu Kösen i niziny koło Auerstädt. Połowa korpusu Davouta przekroczyła już Soławę, gdy dotarł tam Bernadotte i chciał objąć czoło kolumny. Ale Davout słusznie sprzeciwił się temu; stracono by w ten spsoób drogocenny czas, a poza tym przechodząc przez wąwóz korpusy pomieszałyby się, co mogło być przyczyną wielkiego nieszczęścia. Bernadotte pomaszerował więc na Dornburg i przekroczył Soławę. Davout bardzo żałował utraty 18 000 ludzi Bernadotte'a. Wygrał jednak bitwę i okrył się sławą. Możliwym było oczywiście, że marszałek Davout nie wygrałby bitwy, ale drogi pod Kösen nie pozwoliłby sobie wyrwać; ponieważ dowodził tak wyborową piechotą, potrzebował jedynie 10 000 ludzi by utrzymać wąwóz przez cały dzień. Gdyby jednak mimo wszystko został pokonany, Prusacy nie przeszliby przed nim Soławy; 6 000 Francuzów i 24 armaty wystarczyło, by powstrzymać przeprawę. Gdyby marszałek Davout został wyparty ze swojej pozycji pod Kösen i zmuszony do przekroczenia Soławy, nie miałoby to żadnego wpływu na wynik bitwy pod Jeną. Być może w ten sposób zniszczenie armii pruskiej byłoby jeszcze pewniejsze.

Bernadotte mógł  naprawić swój błąd popełniony pod Dornburgiem, gdyby zaatakował  tyły armii pruskiej, ale robił tylko pozorne manewry i nie oddał  ani jednego strzału. Generałowie, oficerowie i żołnierze byli w najwyższym stopniu oburzeni. Marszałek powinien zostać rozstrzelany; ale cesarz, za wstawiennictwem Berhiera, do którego zwrócił się płacząc Bernadotte i okazał mu litość i skończyło się na krótkim okresie niełaski. Już 18 brumaire'a konspirował on przeciwko Napoleonowi. Mimo tego został bezkarny, a nawet mianowany marszałkiem i księciem Ponte Corvo. Jedynym powodem takich wyróżnień było jego małżeństwo ze szwagierką brata cesarza (Bernadotte był żonaty z Desiree Clary, siostrą żony Józefa Bonaparte - przyp. tłum.). Nigdy nie zajmował ważnego stanowiska dowódczego, nigdy nie wygrał żadnej bitwy i można powiedzieć, że sława, którą sobie wyrobił wywodziła się chyba raczej z gaskońskiej chełpliwości niż z rzeczywistych zasług.

Książę Brunszwiku był słabym generałem. Napoleon był nim bardzo rozczarowany, wierząc początkowo, że jest prawdziwym wodzem. Ale jego sława była niezasłużona; prowadził wojnę w oparciu o stronników, którzy zrobili z niego bohatera. Jego przyjacielami byli Boufflers i inne pięknoduchy; chwalili go na salonach, gdzie powstała jego sława. Książę Brunszwiku wierzył, że Napoleon będzie w defensywie; dlatego przeszedł do ataku. 
 

Krytykowano, że Napoleon skupił swoją armię na wyżynie koło Jeny; ale ten manewr był przemyślany. Augereau i Ney lewym skrzydłem posuwali się traktem; Soult prawym skrzydłem wykonał marsz oskrzydlający. Davout i Bernadotte byli w Naumburgu. Gdyby Lannes został pokonany na wzgórzu Landgrafenberg, gwardia mogłaby utrzymać centrum tak długo, aż nadeszliby Soult i Augereau.

Jena była wspaniałą bitwą, bo w wyniku wykonanych tam przez Napoleona manewrów, dzień ten wywarł piętno na całej kampanii.

Huzarzy i strzelcy konni pokazali w tym dniu odwagę, która zasługuje na najwyższą pochwałę. Kawaleria pruska nigdzie nie mogła im się oprzeć, wszystkie ich ataki na piechotę zakończyły się sukcesem.

Francuska piechota potwierdziła swoją sławę najlepszej na świecie, ale również  kawalerii mógł Napoleon po tej wielkiej bitwie wystawić  świadectwo, że nie ma sobie równej.

Armia pruska wskutek tej klęski utraciła swoje linie operacyjne i odwrotu. Jej straty były ogromne; można przyjąć, że podczas bitwy i na początku odwrotu, licząc poległych, rannych i wziętych do niewoli, straciła połowę swoich pułków.

Francuzi stracili pod Jeną 1 100 poległych i 3 000 rannych; straty pdo Auerstädt były większe. Podczas bitwy panował wśród żołnierzy wielki entuzjazm. Jeżeli przez moment odczuć można było niezdecydowanie, wystarczył okrzyk: "Vive L'Empereur!", by podnieść żołnierzy na duchu. Gdy cesarz, widząc zagrożenie swoich skrzydeł przez kawalerię, w największym tłoku pogalopował, by dokonać zmiany frontu czworoboku, powitały go okrzyki: "Vive L'Empereur!". Gwardia cesarska nie potrafiła ukryć swojego rozczarowania, gdy widziała, że pozostanie bezczynna, a niektórzy wołali: "Naprzód!". Pochodziły one, wykrzyknięte w dobrej wierze, od młodych ochotników, którzy niecierpliwie czekali, by udowodnić swoją odwagę.

Opatrzność miała francuską armię  w tym dniu w swojej opiece. Mimo gwałtownego ognia żaden z wybitnych dowódców nie zginął ani nie został ranny. Marszałek Lannes został muśnięty na piersi kulą armatnią, ale nie odniósł rany. Marszałkowi Davout kula zerwała kapelusz, również jego mundur był podziurawiony w wielu miejscach. Duża część armii francuskiej nawet nie weszła pod Jeną do walki. 
 

V.

Po zwycięstwie pod Jeną cesarz nałożył na różne nieprzyjacielskie państwa następujące kontrybucje:

Zapłacić miały:

państwa elektora Saksonii.................................25 375 000 fr.

księstwo Weimar.................................................2 200 000 fr.

państwa Brunszwik i Wolfenbüttel......................5 655 000 fr.

państwa księcia Nassau, Oranii i Fuldy .............1 300 000 fr.

elektor Hesji-Kassel ...........................................6 000 000 fr.

miasto Erfurt i hrabstwo Blankenhayn .................400 000 fr.

hrabstwo Eichsfeld ..............................................675 000 fr.

miasto Goslar ..............................................200 000 fr.

księstwo Halberstadt .....................................525 000 fr.

Hildesheim ..................................................100 000 fr.

Padeborn ....................................................225 000 fr.

Münster ..............................................................2 500 000 fr.

Tecklenburg i Lidgen ............................................100 000 fr.

hrabstwo Mark ...................................................2 000 000 fr.

księstwa Minden i Ravensberg ........................600 000 fr.

margrabstwo Bayreuth ....................................2 500 000 fr.

państwa króla Prus po lewej stronie Wisły ....100 000 000 fr.

(miasto Berlin miało zapłacić  z tego sumę 10 000 000 fr.)

Hanower ...........................................................9 100 000 fr.

--------------------------------------

W sumie: 159 425 000 fr. 
 

Państwa książąt saskich Coburga, Gothy, księstwa Anhalt, Waldeck i Reuss, które nie wzięły udziału w tej wojnie, nie miały ponieść żadnych jej kosztów.

Wschodnia Fryzja przypadła królowi Holandii, a wszystkie towary angielskie, znalezione w północnych miastach, miały zostać własnością armii francuskiej. W tym celu cesarz wydał rozkaz wiceadmirałowi Decrčs ścigania wszystkich statków pruskich i zarekwirowania tych wszystkich, które znajdują się we francuskich portach.

15 października Wielki Książę Bergu dotarł do Erfurtu, który skapitulował  następnego dnia. W ten sposób w ręce francuskie wpadło 14 000 żołnierzy, wśród nich 6 000 rannych, książę Orański, feldmarszałek Möllendorf, generał-porucznik Larisch, generał-porucznik Grawert, generałowie-majorowie Lossow i Zweifel oraz park artyleryjski liczący 120 armat. 
 

VI.

W odpowiedzi na list króla Prus z dnia 25 września przed bitwą pod Jeną, 12 października, cesarz napisał z Gery list do króla Prus. Pisał w nim:

"Mój bracie, otrzymałem list Waszego Majestatu z dnia 25 września dopiero 7 października. Przykro mi, że Wasz Majestat postawił swój podpis pod tego rodzaju paszkwilem.

Odpowiadam na ten list tylko dlatego, by zapewnić Wasz Majestat, że nie czynię go odpowiedzialnym za jego treść, która tak bardzo zaprzecza charakterowi Waszego Majestatu i honorowi nas obu. Jestem pełen pożałowania i pogardy dla autora tego dzieła. Bezpośrednio po nim otrzymałem list Waszego ministra z 1 października. Zaprasza mnie na spotkanie 8 października. Zachowam się po rycersku: jestem w środku Saksonii. Niech Wasz Majestat mi uwierzy, gdy go zapewnię, że prowadzę ze sobą siły, którym Wasz Majestat nie jest w stanie oprzeć się. Po co przelewać tyle krwi? W jakim celu? Chcę porozmawiać z Waszym Majestatem, tak jk uczyniłem to z carem Aleksandrem 2 dni przed bitwą pod Austerlitz.

Niech Opatrzność sprawi, aby Wasz Majestat nie dał posłuchu zgubnym radom opłacanych albo fanatycznych osobników, którzy są większym wrogiem rządu Waszego Majestatu niż ja, radom, które doprowadziłyby do tak smutnego końca! Sire, od 6 lat byłem Twoim przyjacielem. W żadnym wypadku nie zamierzam wyciągać korzyści z tego rodzaju krętactw, do których posunęli się Twoi doradcy i skłonili Wasz Majestat do popełnienia błędu politycznego, który zdumiał caą Europę i militarnego, którego znaczenie Wasz Majestat wkrótce pozna. Gdyby sytuacja wymagała ode mnie czegoś możliwego, zgodziłbym się; ponieważ jednak Wasz Majestat żąda ode mnie czegoś niehonorowego, mam tylko jedną odpowiedź: między nami panuje stan wojenny, sojusz jest zerwany. Ale dlaczego musimy prowadzić naszych poddanych na rzeź? Nie zależy mi na zwycięstwie, którego ofiarą będzie tyle moich dzieci. Gdybym znajdował się na początku mojej kariery wojskowej i musiał obawiać się zmiennego szczęścia wojennego, moje słowa byłyby nie na miejscu. Sire, Wasz Majestat poniesie klęskę, Wasz Majestat, bez cienia rozsądnego powodu, prowadzi grę, w której stawką jest spokój Waszego Majestatu i egzystencja Jego poddanych. Dzisiaj Wasz Majestat jest jeszcze wielki i władczy, dzisiaj może jeszcze przystąpić do rozmów ze mną - za miesiąc rokowania będą prowadzone na zupełnie innych podstawach. Wasz Majestat dał się porwać w złości do działań, których skutki są do przewidzenia. Wasz Majestat twierdzi, że często oddawał mi przysługi. No dobrze, chcę pokazać, że zachowałem je w pamięci. W rękach Waszego Majestatu leży uchronienie Waszych poddanych od spustoszeń i nędzy wojny. Wasz Majestat może tę zaledwie rozpoczętą wojnę zakończyć i zebrać za to wdzięczność Europy. Jeżeli Wasz Majestat posłucha tych szaleńców, kótrzy przed 14 laty chcieli zdobyć Paryż, tych samych, którzy Waszemu Majestatowi doradzili dziś tę niewiarygodną ofensywę, naród Wasz spotka nieszczęście, które Wasz Majestat nie będzie w stanie uzdrowić. Sire, ja nie mam od Waszego Majestatu nic do wygrania. Nie chcę niczego i nigdy niczego nie chciałem. Ta wojna jest politycznym błędem.

Czuję, że może  potrzebuję słów, które zadziałają na wrażliwość Waszego Majestatu, ale okoliczności wymagają pominięcia wszelkiego upiększania. Mówię, co myślę. Zresztą, niech Wasz Majestat pozwoli mi zauważyć, co nie jest dla Europy żadną tajemnicą, że ludność Francji jest równie odważna i przyzwyczajona do wojny jak poddani Waszego Majestatu, ale trzy razy liczniejsza. Nie mam żadnego powodu do wojny. Niech Wasz Majestat rozkaże temu stadu intrygantów i szaleńców milczenie w obliczu tronu i okazania mu należnego mu szacunku. Niech Wasz Majestat zapewni spokój sobie i swojemu krajowi. Jeżeli Wasz Majestat nie widzi we mnie już swojego sojusznika, to niech widzi przynajmniej ciągle człowieka, którego życzeniem jest unikanie każdej wojny, która dla dobrobytu jego krajów politycznie nie jest nieunikniona oraz przelewu krwi w walce z władcami krajów, których handel, przemysł i polityka nie są wrogie wobec naszego handlu, przemysłu i polityki. Proszę Wasz Majestat, by nie widział w naszych słowach nic innego jak życzenie oszczędzenia mi krwi moich ludzi, a narodowi, który z powodu położenia geograficznego nie może być moim wrogiem, gorzkiej skruchy za chwilowe uniesienie się, które wśród ludów równie łatwo uspokaja się, jak powstaje.

Kończę, błagając Boga, by wziął Was, mój Bracie w swoją świętą i łaskawą opiekę.

Przyjazny brat Waszego Majestatu

Napoleon". 
 

Odpowiedź króla Prus na ten list nadeszła dopiero po bitwie.

 

Tom VIII. Rozdz. II. Berlin. 
 

I. Odwrót armii pruskiej. Zagłada jej poszczególnych części. - II. Napoleon w Poczdamie i Berlinie. - III. Dekret o blokadzie kontynentalnej. - IV. Francja i Anglia; walka o panowanie nad światem. 
  
 



I.

Resztki armii pruskiej, która istniała już tylko w szczątkach, wycofywały się w kierunku Magdeburga. Różne korpusy, które podjęły pościg, nieprzerwanie brały jeńców i zagarniały kolumny amunicji i armat. Davout zdobył dalszych 30 armat, marszałek Soult 3 000 kilogramów mąki; marszałek Bernadotte wziął do niewoli 1 500 jeńców. Armia nieprzyjacielska była tak zdezorientowana, że jej oddziały mieszały się z naszymi, a jeden z batalionów zatrzymał się nawet na biwaku francuskim, zakładając, że zajęty był przez Prusaków.

Napoleonowi robiono wyrzuty, że w owym czasie odnosił się w swoich raportach ostro, prawie okrutnie w stosunku do królowej Elizy Pruskiej. Ale czyż nie miał racji widząc w niej głównego podżegacza do tej nonsensownej wojny? Niech słowa jego Biuletynu rozstrzygną, czy rzeczywiście posunął się za daleko. Pisał w "Monitorze":

"Królowa Prus ponownie została zauważona w pobliżu naszych forpoczt; była w stanie nieopisanego podniecenia. Osiągnęła, co chciała. W dniu przed Jeną odebrała paradę swojego regimentu, podżegając króla i generałów. Chciała przelewu krwi i najcenniejsza krew popłynęła! Obecnie cesarz przebywa w pałacu w Weimarze, gdzie poprzednio przebywała królowa ze swoim dworem. To tutaj wzywała do oporu i podjudzała. Jest kobietą o pięknych rysach twarzy, ale nierozsądną. Jest niezdolna do przewidzenia skutków swoich czynów. Należałoby bardziej pożałować ją niż osądzić, bo jakże musi ona cierpieć na widok nędzy, którą sprowadziła na swój kraj, na króla, jej męża, który uznawany jest ogólnie za żyjącego wyłącznie dla pokoju i dobrobytu swojego ludu człowieka, jakież wyrzuty sumienia musi mieć z powodu swojego postępowania." 
 

W międzyczasie rezerwa księcia Eugeniusza Wirtemberskiego wycofała się w kierunku Halle. Marszałek Davout wkroczył 18 października do Lipska. W tym samym czasie marszałek Bernadotte zaatakował Halle i po godzinnej walce zajął. Rezerwa księcia Eugeniusza Wirtemberskiego została rozbita, a nieprzyjaciel stracił 5 000 jeńców, wśród nich 2 generałów i 3 pułkowników, 4 sztandary i 34 działa. Po potycze pod Halle nie istniał już żaden nienaruszony związek taktyczny nieprzyjaciela. Generałowi Blücherowi udało się na czele 5 000 ludzi przedostać się przez blokującą mu drogę dywizję dragonów generała Kleina. Użył przy tym podstępu, wmawiając generałowi rzekome 6-tygodniowe zawieszenie broni, a ten był tak naiwny, że uwierzył.

Gdy cesarz dotarł w okolice Rossbach (miejsce bitwy w czasie wojny siedmioletniej, która odbyła się 5 listopada 1757 roku, w której król pruski Fryderyk Wielki pobił armię francuską dowodzoną przez Karola de Rohan, księcia de Soubise i sprzymierzoną z nim armię Rzeszy Niemieckiej księcia Saxe-Hilburghausen - przyp. tłum.), odwiedził pole bitwy, a słupy, które stały tam dla upamiętnienia bitwy, kazał wysłać do Paryża. Kwatera główna cesarza znajdowała się 18 października w Merseburgu, a 19. w Halle.

Marszałek Soult ścigał  nieprzyjaciela aż do bram Magdeburga. Prusacy wielokrotnie próbowali zebrać się i stawić opór, ale ciągle zostawali wyparci z zajmowanych pozycji.

W ten sposób pierwsza część kampanii została rozstrzygnięta na korzyść Francuzów. W Saksonii, Westfalii i krajach leżących na zachód od Łaby nie było już żadnych oddziałów pruskich. To, co pozostało z tej świetnej armii, pozbawione było artylerii, bagaży i oficerów i liczyło zaledwie 1/3 stanu początkowego; zniszczone było morale i zaufanie.

Z kwatery głównej w Halle cesarz napisał 19 października do króla Prus, który prosił  o 6-tygodniowe zawieszenie broni, następujący list: 
 

Kwatera cesarska w Halle, 19 października.

Mój Bracie, otrzymałem list Waszego Majestatu i żałuję ogromnie, że mój ostatni list, który posłałem przez mojego oficera ordynansowego, dotarł do Waszych rąk dopiero 13 października i nie mógł zapobiec bitwie z dnia następnego. Każde zawieszenie broni, które dałoby czas Rosjanom, wezwanych przez Wasz Majestat na zimę, byłoby za bardzo sprzeczne z moimi interesami, żebym mógł, mimo mojego życzenia, dla zakończenia nieszczęść i składania w ofierze życia ludzkiego, zgodzić się na nie. W żadnym wypadku nie obawiam się armii rosyjskiej, nie jest dla mnie już żadnym zagrożeniem, poznałem ją w ostatniej kampanii. Ale Wasz Majestat będzie bardziej skarżyć się na ich obecność niż ja. Jedna połowa Waszego kraju będzie terenem działań wojennych i pozna wszystkie nieszczęścia wojny, a druga cierpieć będzie jeszcze bardziej z powodu obecności tych sojuszników. Ciągle będę żałować, że nasze oba narody, które z tylu powodów powinny stać po jednej stronie, wciągnięte zostały w ten bezsensowny spór. Główni podżegacze do wojny byli jej pierwszymi ofiarami. Muszę Waszemu Majestatowi powtórzyć, że z zadowoleniem widziałbym środki i sposoby, które umożliwiłyby odbudowanie między nami starego zaufania i pogodzenie uczuć, którymi darzę Wasz Majestat, z moimi obowiązkami i dobrem mojego narodu, zaagrożonym ostatnio przez czwartą koalicję.

Napoleon" 
 



24 października Napoleon przybył do Poczdamu i zatrzymał się w pałacu Sans-Souci, gdzie przez długi czas przebywał w pokoju Fryderyka Wielkiego; był on jeszcze w tym samym stanie, jak w chwili śmierci wielkiego króla.

Szczególnym zdarzeniem losu było, że cesarz przybył do Poczdamu tego samego dnia, o tej samej godzinie jak rok wcześniej car Rosji w czasie swojej podróży, które miała tak fatalne skutki dla Prus. Od tego momentu królowa przestała interesować się swoim dworem i swoją toaletą i zaczęła mieszać się do kierowania państwem, by zdobyć wpływ na króla i szerzyć wszędzie nienawiść, którą była ogarnięta.

Rozsądnie rozumujący lud pruski widział w podróży cara punkt wyjściowy całego nieszczęścia, które go spotkało. Od tego czasu określona klika robiła wszystko, by popchnąć króla do niechcianej przez niego wojny. 4 listopada 1805 roku miała miejsce słynna przysięga nad grobem wielkiego Fryderyka. Bezpośrednio po tym, dla uczczenia tego wydarzenia, ukazała się rycina, rozpowszechniana przez wszystkie sklepy i pobudzająca do śmiechu nawet spokojnych rodaków. Widoczny jest na niej przystojny car, obok niego królowa, a po jego drugiej stronie król, wznoszący dłoń nad grobem wielkiego Fryderyka; królowa owinięta jest szalem, mniej więcej tak, jak londyńskie ryciny przedstawiają Lady Hamilton; kładzie ona dłoń na sercu i spogląda na cara. To niepojęte, że policja berlińska pozwoliła na rozpowszechnianie takiej żałosnej karykatury. Cień wielkiego króla musiał być oburzony tą skandaliczną karykaturą, jego geniusz towarzyszył ciągle ludowi francuskiemu, który Fryderyk bardzo szanował i o którym kiedyś powiedział, że gdyby on stał na jego czele w Europie nie padłby ani jeden strzał bez jego zezwolenia.

25 października padło Spandau, wskutek czego w ręce Francuzów wpadło 80 dział, duża ilość prochu i żywności oraz

1 200 jeńców. Cesarz natychmiast wydał rozporządzenia, by twierdzę uzbroić  i zaopatrzyć w prowiant, by zapewnić sobie cenną bazę  za swoimi plecami. Podobnie kompletnie wyposażone zostały też Erfurt i Wittenberga. 
 

Tymczasem oddział  pruski, złożony z kawalerii, który opuścił Magdeburg i uciekał  w kierunku Szczecina, dotarł aż do okolic wsi Zehdenick. Tam 26 października dotarł już niezmordowany Wielki Książę  Bergu na czele lekkiej brygady kawalerii generała Lasalle. Dywizje generałów Beaumont i Grouchy nadciągały za nim.

Brygada generał  Lasalle zmusiła oddział nieprzyjaciela do zatrzymania się. Liczył  on 6 000 jeźdźców i tworzył awangardę korpusu księcia Hohenlohe, który maszerował w kierunku Szczecina. Gdy o godzinie 4 po południu dołączyły dywizje dragonów Beaumont i Grouchy, Lasalle zaatakował wroga z odwagą, która odznaczała w tej kampanii francuską kawalerię. Potrójna linia Prusaków została przerwana, nieprzyjaciel ścigany aż do wsi Zehdenick i zapędzony do parowu. Dragoni królowej próbowali się zebrać, ale do atakujących huzarów dołączyli dragoni generała Grouchy, urządzając wielką rzeź wśród Prusaków. Z 6 000 Prusaków część została wpędzona w bagna, 300 pozostało na polu walki, a 700 zostało wziętych do niewoli wraz z końmi, wśród nich dowódca pułku i duża liczba oficerów. Sztandar pułku wpadł w ręce Francuzów. Marszałek Lannes pospieszył by wesprzeć kawalerię, jego kirasjerzy ustawili się w kolumnie na prawym skrzydle, inny korpus pomaszerował w kierunku miasteczka Gransee.

Potyczka kawaleryjska pod Zehdenick jest z militarnego punktu widzenia z tego powodu interesująca, bo stoczona została bez wsparcia piechoty. Pokazała absolutną  przewagę kawalerii francuskiej nad pruską, która najwyżej mając podwójną przewagę liczebną mogła jej stawić czoła.  
 

II.

27 października cesarz uroczyście wjechał do Berlina. Otoczony był przez księcia Neuchâtel, marszałków Davout i Augereau, marszałka pałacu, wielkiego koniuszego i swoich adiutantów. Pochód otwierał marszałek Lefebvre na czele pieszej gwardii cesarskiej. Wzdłuż drogi ustawieni byli kirasjerzy dywizji Nansouty. Cesarz jechał konno pomiędzy grenadierami i strzelcami konnymi. O godzinie 3 po południu dotarł do berlińskiego pałacu, gdzie został przyjęty przez wielkiego marszałka dworu Duroca. Przemarsz obserwowała niesamowita rzesza ludzi. Był piękny dzień. Magistrat stolicy, który został przedstawiony cesarzowi przez komendanta placu generała Hulin, przekazał klucze do miasta. Na jego czele stał generał książę Hatzfeld.

Cesarz wydał rozkaz, by 2 000 najbogatszych obywateli Berlina zgromadziło się w ratuszu, by wybrać z ich grona 60, którzy tworzyć mieli Radą  Miejską. 20 dzielnic miasta wyznaczyć miało po 60 ludzi do straży miejskiej, w całości zatem

1 200 zamożnych obywateli miasta, którzy objąć mieli ochronę stolicy i służbę  policyjną. Do księcia Hatzfelda cesarz powiedział:

"- Niech Pan nie pokazuje mi się na oczy, dziękuję za Pańską służbę, niech Pan wyjedzie do swoich posiadłości."

Następnie cesarz przyjął kanclerza i ministrów króla Prus.

Matka księcia Orańskiego, siostra poprzedniego króla (Wilhelmina Pruska, 1751-1820, wdowa po zmarłym w kwietniu 1806 roku ostatnim stadhouterze Niderlandów, Wilhelmie V Orańskim - przyp. tłum.) leżała chora pomieszczeniach, znajdujących się na górnym piętrze pałacu. Jej sytuacja była bardzo przykra, cały świat zapomniał o niej i pozostawił prawie bez pieniędzy. Kilka dni po jego przybyciu poproszono cesarza zajęcia się nią, ponieważ król haniebnie ją opuścił i nie ma nawet środków na zakup drzewa do ogrzania swoich pokoi. Cesarz posłał jej natychmiast 100 000 franków i odwiedził. Ponadto rozkazał, by zaopatrzono ją odpowiednio do jej pozycji, a sam często ją odwiedzał. Była bardzo wrażliwa na tak uważne traktowanie i z czasem rozwinęło się między nimi coś w rodzaju przyjaźni. Cesarz uwielbiał rozmowy z nią.

Gdy później książę  Orański jako adiutant Wellingtona przebywał w Londynie, napisał  stamtąd kilka listów do swojej matki, w których precyzyjnie opisał jej angielski dom królewski. Listy te zostały posłane przez Hamburg do Berlina. Cesarz z Paryża polecił aresztować agenta, który je przewoził, a listy skonfiskować. Przyjął ich treść do wiadomości i rozkazał ich opublikowanie w "Monitorze". Ale zanim to nastąpiło, otrzymał od matki księcia wzruszający list, w którym prosiła, by zrezygnował z tego, by nie unieszczęśliwiał jej samej i jej syna; prosiła, by przypomniał sobie swój pobyt w Berlinie. Cesarz dał się udobruchać i rozkazał wstrzymanie publikacji. 
 



Cesarz był oburzony postępowaniem księcia Hatzfelda, który nadużył swoje stanowisko prezydenta cywilnej administracji stolicy i wykorzystał je do zapoznania się z sytuacją armii francuskiej i przekazania tych wiadomości nieprzyjacielowi. Zdecydował, że książę ma być postawiony przed sądem wojennym jako zdrajca i szpieg. Książę został aresztowany i zostałby niechybnie skazany na śmierć, bo jego winę jednoznacznie udawadniał przechwycony list skierowany do księcia Hohenlohe. Ale jego żona, córka ministra Schulenburga, rzuciła się cesarzowi do nóg, błagając o łaskę. Nie chciała uwierzyć w winę męża, twierdząc, że ktoś chce go zniesławić. Cesarz odpowiedział jej:

"- Pani zna pismo swojego męża, niech Pani będzie jego sędzią". I przekazał jej przechwycony list. Podczas czytania nieszczęsna kobieta, która była blisko rozwiązania, rozpoznając pismo i winę swojego męża, upadła zemdlona. Cesarz wzruszony jej bólem rzekł do niej:

"- Niech Pani wrzuci ten list do ognia; gdy brak będzie dowodu, mąż Pani nie zostanie skazany."

Ta wzruszająca scena miała miejsce w pobliżu kominka. Księżna nie kazała sobie tych słów powtarzać. Bezpośredno po rozmowie cesarz kazał uwolnić  księcia. 
 



Po błyskotliwej potyczce kawalerii pod Zehdenick Wielki Książę Bergu pomaszerował  na Templin, gdzie znalazł zastawiony dla pruskich generałów i oficerów biesiadny stół. Ponieważ osiągnął Templin przed Hohenlohe, tenże został zmuszony do zmiany swojej marszruty i pomaszerowania w kierunku Prenzlau. Wielki Książę Bergu natychmiast wyruszył na czele dywizji dragonów Beaumont i Grouchy jego śladem, maszerując przez całą noc. Awangarda lekkiej kawalerii generała Lasalle dotarła o świcie do Prenzlau, równocześnie z nieprzyjacielem, ale musiała w obliczu jego przewagi wycofać się. 28 października, o godzinie 9 rano Wielki Książę Bergu dotarł do Prenzlau, gdzie natrafił na maszerującą armię pruską. Nie tracąc czasu rozkazał generałowi Lasalle zaatakowanie nieprzyjaciela na przedmieściach Prenzlau. Atak wspierany był przez generałów Grouchy i Beaumont i ich 6 armat. W tym samym czasie 3 pułki dragonów przekroczyły koło Golmitz rzeczkę nad którą leży Prenzlau (Ucker - przyp. tłum.) i zaatakowały nieprzyjaciela ze skrzydła. Artyleria konna z dogodnej pozycji strzelała z taką pewnością, że szeregi nieprzyjaciela zachwiały się. Moment ten wykorzystał Grouchy do ogólnego ataku. Jego dzielni dragoni wykonali swoje zadanie ze zdecydowaniem i śmiałością doprowadzając na przedmieściach Prenzlau do całkowitego pomieszania nieprzyjacielskiej kawalerii, piechoty i artylerii. Łatwym byłoby wtargnięcie do miasta wraz z nieprzyjacielem, ale Wielki Książę zdecydował się na wysłanie do niego generała Belliard z żądaniem kapitulacji. Ponieważ bramy miasty były już wysadzone w powietrze, książę Hohenlohe, jeden z głównych podżegaczy i inicjatorów tej haniebnej wojny, nie widział żadnego wyjścia z sytuacji i był zmuszony wydać w ręce Francuzów swoich 16 000 gwardzistów i grenadierów, 6 pułków kawalerii, 45 sztandary i 64 zaprzężone armaty. On sam, książę Meklemburgii-Szwerina i kilku generałów zostali wzięci do niewoli. 
 

W ten sposób nic nie pozostało z wielkiej i wspaniałej armii Prus. Królowi pozostało jeszcze około 15 000 żołnierzy, z którymi przeszedł przez Wisłę i 8 000, pod dowództwem Blüchera, którzy ścigani byli przez Wielkiego Księcia Bergu;



10 000 ludzi księcia Weimaru (Karl August, książę Saksonii-Weimaru-Eisenach, 1757-1828 - przyp. tłum.) było w trakcie przekraczania Łaby. Udało się to pod Havelsbergiem, skąd książę pomaszerował w kierunku Rheinsbergu.

29 października o poranku Blücher na czele 7 000 ludzi opuścił Rheinsberg, by uciec w kierunku Szczecina, dokąd jednak skierowali się już marszałek Lannes i Wielki Książę Bergu. Pod Pasewalkiem natrafili na liczącą 6 000 ludzi pruską kolumnę, która została zmuszona do złożenia broni, podczas gdy generał Lasalle, po dotarciu do Szczecina, wezwał twierdzę do kapitulacji. Mimo, że była ona w dobrym stanie, dobrze umocniona i zaprowiantowana, wyposażona w 160 dział i zajęta przez 6 000 wyborowych żołnierzy, to zniechęcenie wywołane zniszczeniem wspaniałej armii pruskiej było zbyt wielkie, żeby załoga myślała o obronie. W ten sposób Szczecin wpadł bez walki w ręce francuskie.

Wskutek tego droga w kierunku Szczecina została dla generała Blüchera i księcia Weimaru zamknięta. Skierowali się więc na lewo, kontynuując swój marsz na północ.

30 października Blücher dotarł do Neustrelitz, skąd próbował osiągnąć Rostock, by w tamtejszym porcie zaokrętować swoje oddziały. Udało mu się połączyć z księciem Weimaru, do którego dołączył  już też Fryderyk Wilhelm, książę Brunszwiku-Oleśnicy. Wszystkie 3 dywizje znajdowały się pod rozkazami generała Blüchera.



Ponieważ jednak, wskutek kombinowanych marszy Wielkiego Księcia Bergu i marszałków Soult i Bernadotte, droga do Rostocka była dla Blüchera również zamknięta, pozostał mu już tylko marsz w kierunku Lubeki, którą osiągnął 5 listopada. Natychmiast przystąpił do umacniania się w mieście, naprawiając w pośpiechu stare mury miejskie i uzbrajając bastiony w działa. Jednak armia francuska deptała mu po piętach; zaatakowanie Blüchera było dla niej nakazem chwili. Generał Drouot na czele 27.pułku piechoty lekkiej oraz 94. i 95.pułku piechoty liniowej z zimną krwią i francuskim zdecydowaniem rzucił się na baterie i wały. Bramy zostały wysadzone, bastiony zdobyte, a miasto wzięte szturmem. Korpus marszałka Bernadotte wtargnął do miasta przez Bramę Zamkową (Burgtor), Soulta przez Bramę Młyńską (Mühlentor). Na próżno Prusacy usiłowali utrzymać się na ulicach, rozpoczęła się straszliwa rzeź, wszystkie ulice i place pokryte były ciałami zabitych i rannych. I tak pozostała generałowi Blücherowi jedynie kapitulacja, wskutek czego reszta pruskiej artylerii, wiele sztandarów i 16 000 jeńców wpadło w ręce francuskie.

Marszałkowi Ney cesarz rozkazał energiczne kontynuowanie oblężenia Magdeburga i nieustanne bombardowanie twierdzy. W tym celu otrzymał on z Wittenbergii 14 dział oblężniczych i 2 moździerze, co przypieczętowało los twierdzy. Ostrzeliwana kulami zapalnymi, które spowodowały wszędzie pożary, twierdza musiała 9 listopada skapitulować; 24 000 piechoty, 6 500 koni, 800 dział oraz kasa wojenna wpadły w ręce zwycięzców.

W Hameln skapitulował  22 listopada generał Lecoq na czele 8 000 ludzi. Liczący 3 000 ludzi garnizon Nienburga poddał się 26 listopada, a ponieważ już 1 listopada jednej jedynej dywizji korpusu Davouta poddał się Kostrzyń, wszystkie pruskie twierdze po tej stronie Wisły znalazły się w posiadaniu Francuzów, armia pruska była rozbita, a kampania  praktycznie zakończona.

W wyniku nieszczęśliwego przebiegu wojny król pruski był zmuszony poprosić cesarza o zawieszenie broni. W tym celu spotkali się ze strony francuskiej Duroc, a ze strony pruskiej Lucchesini i Zastrow i opracowali traktat, który 16 listopada został przez nich podpisany. Marszałek dworu Duroc udał się do Ostródy, gdzie przedłożył królowi traktat do ratyfikacji. Ale król oświadczył, że nie jest już w stanie tego uczynić. W międzyczasie Rosjanie zajęli połowę jego królestwa, jest w pełni od nich uzależniony i niemożliwym dla niego jest dotrzymanie warunków traktatu. Duroc powrócił nie załatwiwszy niczego, a król Prus udał się do Królewca. 
 

III.

W międzyczasie cesarz uświadomił sobie, że mimo wszystkich zwycięstw i sukcesów militarnych nie będzie panem sytuacji, jeżeli nie zakończy knowań Anglii. Anglia musi zostać trafiona. W tym celu 21 listopada opublikował w Berlinie dekret, po którym wiele się spodziewał.

Brzmiał on następująco: 
 

Kwatera cesarska, Berlin, 21 listopada.

My Napoleon, cesarz Francuzów, król Włoch, etc..... oświadczamy, co następuje:

Anglia narusza prawa narodów, uznane ogólnie przez inne narody;

Anglia widzi w każdym poddanym nieprzyjacielskiego państwa wroga, uznając tym samym nie tylko załogi okrętów wojennych, lecz również statków handlowych i kupieckich, agentów handlowych i kupców za jeńców wojennych;

Anglia rozszerza swoje prawa zdobywcy, które odnoszą się tylko do własności państwowej, na statki, towary i własność prywatną;

Anglia narusza prawo blokady, które w rozumieniu wszystkich innych narodów odnosi się tylko do umocnionych miejsc, rozszerzając blokadę na miasta, porty handlowe i ujścia rzek, ogłaszając objęte blokadą miejsca, przed którymi nie znajduje się ani jeden jej okręt wojenny, podczas gdy blokada jakiegoś miejsca tylko wtedy jest efektywna, gdy jest ono tak zablokowane, że nie można się do niego zbliżyć bez narażenia się na niebezpieczeństwo;

Anglia uznaje za zablokowane nawet całe wybrzeża i państwa, które są tak rozciągnięte, że nie wystarczyłyby jej wszystkie zjednoczone siły morskie, by skutecznie je zablokować.

Takie nadużywanie prawa blokady ma tylko jeden cel, utrudnienia kontaktów pomiędzy innymi narodami i zapewnienia handlowi angielskiemu korzyści kosztem handlu wszystkich innych narodów.

Ponieważ taki jest najwyraźniej cel Anglii, każdy, kto na kontynencie rozpowszechnia towary angielskie, jest współwinny.

Zachowanie Anglii, które przypomina najodleglejsze czasy barbarzyńców, przyniosło temu mocarstwu niesamowite korzyści kosztem innych państw.

Wobec nieprzyjaciela należy zastosować tę samą broń, której on używa; jeżeli depcze on wszystkie idee równości i liberalne zwyczaje, które są efektem rozwoju cywilizacji, trzeba zastosować wobec niego te same metody walki.

Dlatego postanowiliśmy zastosować wobec Anglii te same zwyczaje, które ona przyjęła w swoim prawie morskim, tak długo aż Anglia nie uzna tego samego prawa wojennego na lądzie i morzu, które ogranicza się do własności państwowej i chroni własność prywatną i zarządzamy, co następuje: 
 

Artykuł I. Wyspy brytyjskie znajdują się w stanie blokady.

Artykuł II. Każdy handel i każda korespondencja z wyspami brytyjskimi jest zakazana. Wszystkie listy i paczki, które adresowane są do Anglii albo do Anglików lub adresowane są w języku angielskim, zostaną wyłączone z ruchu pocztowego i skonfiskowane.

Artykuł III. Każdy angielski poddany, obojętnie jakiego stanu, zostanie aresztowany, jeżeli wkroczy na obszary zajęte przez oddziały nasze lub naszych sojuszników.

Artykuł IV. Każdy magazyn, każdy towar, w ogóle każda własność, obojętnie jakiego rodzaju, należąca do poddanego angielskiego, zostanie uznana za łup.

Artykuł V. Handel produktami angielskimi jest zakazany. Każdy towar, który należy do Anglii albo pochodzi z jej fabryk lub kolonii, zostanie uznany za łup.

Artykuł VI. Połowa dochodu z konfiskaty towarów i posiadłości uznanych za łup ma być  użyta jako odszkodowanie dla kupców, którzy ponieśli straty z powodu zagarnięcia ich statków handlowych przez okręty angielskie.

Artykuł VII. Statki, które przybywają bezpośrednio z Anglii lub angielskich kolonii albo przebywały tam po opublikowaniu niniejszego dekretu, nie będą wpuszczane do żadnego portu.

Artykuł VIII. Statek, który przedłoży fałszywą deklarację by ominąć te zarządzenia, zostanie zajęty. Statek i ładunek zostaną zarekwirowane, jak gdyby były angielską własnością.

Artykuł IX. Nasz sąd d/s łupów (Conseil des prises) w Paryżu rozstrzygać będzie wszelkie spory, które wyniknąć mogą w realizacji tego dekretu w naszym państwie lub w krajach zajętych przez nasze oddziały. O ile spory dotyczyć będą naszego królestwa Włoch, odpowiedzialny jest nasz sąd d/s łupów w Mediolanie.

Abrtykuł X. O niniejszym dekrecie nasz minister spraw zagranicznych poinformuje królów Hiszpanii, Neapolu, Holandii i Etrurii i innych naszych sojuszników, których poddani, tak jak nasi, są ofiarami niesprawiedliwości i barbarzyństwa angielskiego prawa morskiego.

Artykuł XI. Zobowiązujemy naszych ministrów spraw zagranicznych, wojny, żeglugi, finansów, policji i naczelnego dyrektora poczt, każdego w jego zakresie, do wykonania niniejszego dekretu.

Napoleon 
 

IV.

Ogłaszając ten dekret, nazwany dekretem o blokadzie kontynentalnej, Napoleon kierował się następującymi rozważaniami: spór pomiędzy Anglią i Francją rozwinął się stopniowo do prawdziwej walki na śmierć i życie. Nienawiść Anglii wobec Napoleona osiągnęła swój szczyt; dekrety mediolańskie, jego polityka wobec państwa angielskiego doprowadziły umysły po drugiej stronie Kanału do stanu wrzenia. Ze swojej strony ministrowie angielscy dbali o podgrzewanie atmosfery stosując wszystkie możliwe środki fałszowania i oszustw, by uczynić spór popularnym. Podczas posiedzenia Parlamentu proklamowana została wieczna albo nieustająca wojna. 
 

Pitt panował nad całą polityką europejską; trzymał w swoich rękach los narodów i nadużywał swojej władzy; rozpalił pożogę na całym świecie, a jego imię, jak imię Herostratesa, będzie kojarzone zawsze z płomieniami. Pierwsza iskra, która rozpaliła rewolucję, opór przeciwko życzeniom narodu, a w końcu przerażające zbrodnie, które dokonane zostały w następstwie rewolucji - to wszystko było jego dziełem. Przez 25 lat Europa stała w ogniu, wszystkie kraje zostały wyniszczone, popłynęły strumienie krwi. Anglia, która za to wszystko płaciła, ponosi za to wszystko niesamowitą winę; jak zaraza rozszerzył się system pożyczek, który teraz wysysa szpik wszystkich państw. Wszędzie panuje niezadowolenie i zniechęcenie. I wszystkiemu temu winny jest Pitt. Potomni rozpoznają w nim tego, kim był: okrutnym biczownikiem ludzkości. Ten człowiek, za swoich czasów tak wychwalany, pewnego dnia widziany będzie jeszcze tylko jako geniusz zła. Z pewnością był on przekonany, że chciał i czynił jedynie dobro. Ale noc św.Bartolomeusza miała też swoich pochlebców; papież i kardynałowie odśpiewali za nią uroczyste Te Deum, a wśród wszystkich tych prawych ludzi byli bez wątpienia też tacy, którzy szczerze wierzyli w to, co robią. Ale to co potomni zarzucą Pittowi, to ohydna szkoła, którą pozostawił: jej bezwstydny machiawelizm, jej głęboka niemoralność, zimna prywata, jej pogarda dla stosunków międzyludzkich i sprawiedliwego światopoglądu.

Obojętnie - kasta europejskiej arystokracji ciągle widziała w nim swojego człowieka, być może z prawdziwego podziwu albo wdzięczności, być może tylko z czystego instynktu i współczucia. Rzeczywiście, miał on w sobie coś z Sulli. Jego system prowadził do ujarzmienia ludów i triumfu patrycjuszy. Dla Foxa nie trzeba szukać przykładów w starożytności - on sam musi służyć za wzór, a jego system będzie wcześniej lub później panował na świecie. Z pewnością fakt, że Fox zmarł w momencie, kiedy był najbardziej potrzebny, było wielkim ciosem losu dla cesarza; gdyby żył, stosunki międzypaństwowe przybrałyby inny obrót, sprawa ludów zwyciężyłaby, a w Europie stworzony zostałby nowy porządek.

Napoleon był zawsze zdania, że nienawiść panująca pomiędzy oboma narodami była jedynie efektem braku porozumienia. Gdy z winy admirała Villeneuve plan Napoleona spalił na panewce, m u s i a ł  zapanować pokój. Jak dlugo Fox kierował rokowaniami, obie strony cechowała wola porozumienia. Gdyby Fox żył, od 1806 roku Francja i Anglia związane byłyby ścisłą przyjaźnią. Na nieszczęście dla obu narodów Fox zmarł, a rząd, który po nim nastąpił, podprządkował się niestety człowiekowi, który był cieniem Pitta - Castlereagh.

Krótko mówiąc: Napoleon zawsze chciał pokoju z Anglią, o ile był on do pogodzenia z honorem Francji. By osiągnąć pokój, poniósłby chętnie wszystkie ofiary, które nie naraziłyby godności jego narodu. Napoleon nie miał  wobec Anglii żadnych uprzedzeń, nie czuł do niej nienawiści ani zazdrości. Nie przeszkadzało mu, że Anglia kwitła i była bogata, chciał jedynie, by Francja znajdowała się w takim samym szczęśliwym położeniu. Nie chciał odebrać Anglii trójzęba, jako symbolu panowania na morzach; wymagał jedynie, żeby Anglia szanowała trójkolorowy sztandar na morzu tak, jak robili to na lądzie car Rosji i cesarz Austrii. 
 

W każdym razie Napoleon musiał dopasować wszystkie swoje plany do zaistniałej sytuacji; zrezygnował odtąd z wszelkich operacji dalekomorskich i ryzykownych przedsięwzięć; ograniczył się do ścisłej defensywy aż do zakończenia spraw na kontynencie i rozbudowania swoich sił do tego stopnia, by były w stanie przeprowadzić ostateczne uderzenie. Trzymał więc wszystkie okręty w portach, korzystając ze wszystkich środków, by powiększyć ich ilość, bez narażania ich na kolejne niebezpieczeństwa; wszystkie były przygotowywane na przyszłe zwycięstwa.

Żegluga francuska odniosła wielkie straty, większość lepszych marynarzy była w niewoli w Anglii, a wszystkie porty francuskie były blokowane przez siły angielskie, które niezmiernie utrudniały swobodny ruch statków. Cesarz rozkazał budowanie w Bretanii kanałów umożliwiąjących nieprzerwaną żeglugę pomiędzy Bordeaux, Rochefort, Nantes, Holandią, Antwerpią, Cherbourgiem i Brestem i zapewniających w ten sposób zaprowiantowanie wszelkiego rodzaju. Dla Vlissingen planował on budowę wielkiego doku, który byłby w stanie w zimie przyjąć w pełni wyposażoną i gotową do wypłynięcia w ciągu 24 godzin flotę z Antwerpii. Flota ta była rokrocznie przez 4-5 miesięcy zablokowana przez zamarzniętą Szeldę. Ponadto planował on w pobliżu Boulogne budowę wielkiej zapory, podobnej do tej w Cherbourgu, a pomiędzy Cherbourgiem i Brestem koło Ile-ŕ-Bois odpowiednie kotwicowisko; wszystko to, by w zabezpieczyć wolną i bezpieczną żeglugę francuskich okrętów od Antwerpii aż do Brestu. By odbudować braki w marynarzach i zmniejszyć ogromne trudności w ich wyszkoleniu, rozkazał codzienne ćwiczenia młodych rekrutów we wszystkich francuskich portach. Mieli oni zostać zaokrętowani na małe statki, a utworzona z nich flota miała początkowo pływać po Zuidersee; potem mieli zostać rozdzieleni na duże okręty i zastąpieni kolejnymi poborowymi. Okręty miały przeprowadzać codziennie ćwiczenia i, o ile miejsce na to pozwalało, próbne rejsy, a nawet prowadzić z wrogiem wymianę ognia, jeżeli nadarzyłaby się ku temu okazja, ale bez narażania się na większe niebezpieczeństwo.

Francuzi, mimo odniesionych strat, posiadali jeszcze określoną ilość okrętów. Cesarz chciał rocznie liczbę ich zwiększać o 20-25 nowych. Po upływie 4-6 lat cesarz mógł posiadać 200 okrętów wojennych, a być może, jeżeli zaszłaby taka konieczność, 300 po 10 latach. Co znaczył czas, jeżeli mowa była o prowadzeniu wiecznej albo nieustającej wojny, którą wypowiedziano Francji? W miądzyczasie byłyby załatwione wszystkie sprawy na kontynencie, który cały przystąpiłby do francuskiego systemu. W ten sposób cesarz mógłby posłać większą część swojej armii na wybrzeże, by rozpocząć decydującą wojnę. Zaangażowane byłyby wszystkie środki obu państw, a cesarz był przekonany, że gdyby nieprzyjaciel nie ugiął się przed moralną siłą Francji, zostałby zgnieciony jej militarną przewagą.

Cesarz zastanawiał  się nad nową taktykę walki na morzu, do której przenieść chciał swoje doświadczenia z walki na lądzie. Jego linia obronno-zaczepna miała ciągnąć się od przylądka Finistere aż do ujścia Łaby. Zastanawiał się nad trzema korpusami-eskadrami z admirałami na czele, podobnie jak w armii lądowej miał korpusy i dowodzących nimi marszałków; korpus centrum w Cherbourgu jako kwaterze głównej; lewego skrzydła w Breście, a prawego w Antwerpii; mniejsze dywizje rozdzieliłby na skrajne punkty, w Rochefort i Ferrol, na wyspie Texel i u ujścia Łaby, by mieć możliwość obejścia skrzydeł nieprzyjaciela. Wszystkie te punkty miały łączyć liczne stacje pośrednie, dzięki którym dowodzący admirałowie za pomocą telegrafu optycznego pozostaliby w ciągłym kontakcie.

Co mogłaby zdziałać  Anglia podczas trwania francuskich przygotowań i powiększania floty? Kontynuować blokadę portów? Francuzi z satysfakcją obserwowaliby, jak Anglicy zmuszeni byliby zwiększyć ilość patroli i ciągle utrzymywać przed francuskim wybrzeżem 100 do 150 okrętów narażonych na igraszki pogody, niebezpieczeństwo rozbicia na rafach i inne niebezpieczeństwa, podczas gdy Francuzi, gdyby zjawiska pogodowe albo błędy admirałów sprowadziły jakieś nieprzewidziane katastrofy, co w przeciągu czasu nie było do wykluczenia, mieliby po swojej stronie wszystkie szanse na sukces. Co za przewagę mieliby Francuzi, czekający wypoczęci i dobrze uzbrojeni na taki moment, zawsze gotowi do podniesienia żagli i rozpoczęcia wojny!

Gdyby po zakończeniu przygotowań nadszedł decydujący moment, a Anglicy, w obawie o swoje wyspy, ściągnęliby do obrony swoich portów wojennych w Plymouth, Portmouth i na Tamizie swoje okręty, mogłyby je zaatakować 3 francuskie eskadry z Brestu, Cherbourga i Antwerpii, podczas gdy eskadry skrzydłowe dokonałyby obejścia wokół Irlandii i Szkocji.

Gdyby jednak, dumne ze swoich zdolności i zdecydowane do walki angielskie okręty pozostałyby skoncentrowane na morzu, doszłoby do decydującej bitwy, której wyboru czasu, miejsca i pory roku dokonaliby Francuzi; cesarz nazywał ją swoją bitwą pod Akcjum, w której Francuzi, gdyby zostali pokonani, doznali jedynie niewielkich strat, ale nieprzyjaciel, pokonany, przestałby egzystować. Ale triumf, zdaniem cesarza, byłby na pewno po stronie 40 milionów Francuzów przeciwko tylko 20 milionom Anglików.

 

Tom VIII. Rozdz. III. Eylau. Friedland. Tylża. 
 

I. Wkroczenie do Polski. Bitwa pod Pułtuskiem. - II. Sprawa odbudowy państwa polskiego. - III. Bitwa pod Eylau. - IV. Bitwa pod Friedlandem. - V. Rokowania w Tylży. Car Aleksander, król Fryderyk Wilhelm, królowa Luiza. - VI. Traktat pokojowy z Tylży. - VII. Nagrody. 
 

I.

W trakcie pobytu Napoleona w Berlinie obie strony podjęły wysiłki nad doprowadzeniem do pokoju albo przynajmniej do zawieszenia broni. Ale rokowania nie doprowadziły do żadnego wyniku, ponieważ król Prus nie chciał zgodzić się na uzgodnione już warunki, które postawił Napoleon i które odpowiadały rzeczywistej sytuacji, a co więcej, zdawał się na pomoc Rosjan, którzy w międzyczasie w sile 100 000 ludzi zbliżyli się, a nawet częściowo przekroczyli granicę jego państwa. Dlatego było zrozumiałym, że cesarz postanowił kontynuować wojnę i wykorzystać odniesione już zwycięstwa. Już na początku listopada korpusy Davouta, Lannesa i Augereau wraz z samodzielnymi dywizjami kawalerii ruszyły w kierunku Wisły. 4 listopada Davout z nieopisanym entuzjazmem został powitany w Poznaniu przez wyzwolonych Polaków.

Polskie terytoria nie były traktowane jako zdobyty kraj i były zwolnione od wszelkich kontrybucji; za wszystko, co potrzebne było armii francuskiej, płacono gotówką. A mieszkańcy Polski usilnie starali się dostarczyć wszystkie konieczne środki żywności; nawiasem mówiąc, wkraczające oddziały znalazły napełnione pruskie kasy państwowe, dzięki czemu korpusowi Davouta niczego nie brakowało. W przeciwieństwie do niego korpusy Lannesa i Augereau musiały posuwać w bardzo ubogich okolicach, których mieszkańcy, częściowo Niemcy, częściowo Polacy prawie nie odróżniali się od bydła i tylko w niewielkim stopniu angażowali się w te doniosłe wydarzenia. 28 listopada korpus Davouta i kawaleria Wielkiego Księcia Bergu zajęły Warszawę.

W drugiej linii postępowały korpusy Ney'a, Bernadotte'a i Soulta. Kraj pomiędzy Łabą  i Odrą został zajęty przez nowo utworzony korpus marszałka Mortier; książę Hieronim z bawarskimi i wirtemberskimi pułkami skierował się na Śląsk i okrążył 7 listopada twierdzę Głogów, która poddała się 2 grudnia. Polacy rozpoczęli tworzenie narodowych Legii, oddanych pod francuskie dowództwo; ponadto nad Wisłę dotarł saski kontyngent i w ten sposób Napoleon, który 25 listopada dotarł z Berlina do Poznania, dysponował siłami liczącymi ponad 200 000 ludzi. Prusacy mieli zaledwie 25 000 ludzi, z których tylko około połowa była zdolna wystąpić na otwartym polu; druga połowa stacjonowała w Gdańsku i Grudziądzu. 25 000 Prusaków zajmowało twierdze śląskie.

Rosjanie zbliżali się  w 3 korpusach; generał Bennigsen dotarł na czele 60 000 ludzi nad Wisłę w połowie listopada. Buxhövden na czele 40 000 zjawił się tam na początku grudnia od strony Litwy, a generał Essen z 20 000 ludzi znad Dunaju w połowie grudnia.

19 grudnia Napoleon na czele swojej gwardii przybył do Warszawy, po czym natychmiast rozpoczęła się ofensywa francuskich wojsk. 26 grudnia marszałek Lannes, dysponując zaledwie 18 000 natrafił pod Pułtuskiem na 4 rosyjskie dywizje w sile 43 000 ludzi. Mimo tego przez cały dzień stawiał czoła ponad dwa razy liczniejszemu przeciwnikowi, nacierając aż ciemność zakończyła bitwę. Generał Bennigsen wykorzystał noc, by wycofać swoją armię przez mosty w Pułtusku. Francuzi stracili 1 500 ludzi, Rosjanie więcej niż dwa razy tyle w zabitych i rannych oraz 2 000 jeńców.

Tego samego dnia na odcinku ponad 100 kilometrów wszędzie miały miejsce starcia, które dla Rosjan skończyły się stratą ponad 20 000 żołnierzy; ponadto z ich szeregów zdezerterowało wielu Polaków. Korpus pruski generała L'Estocq stoczył pod Soldau potyczkę, która potwierdziła jego dzielność; ale po 4 daremnych atakach na bagnety musiał się wycofać. Armia francuska nieprzerwanie parła naprzód; w dniu tym straciła jednak około 5 000 ludzi. 
 

II.

Cesarzowi robiono wyrzuty, że nie uczynił wystarczająco dużo dla Polski. A przecież  było wręcz odwrotnie, uczynił dla niej za dużo. Dobrze rozpoczął tę sprawę; chciał odtworzyć całą Polskę. Po bitwie pod Austerlitz udało mu się dwa z uczestniczących w rozbiorach mocarstwa, Prusy i Austrię skłonić do ustępstw; w stosunku do trzeciego mocarstwa, Rosji, wszystkie wysiłki spaliły na panewce.

Napoleon chciał  odtworzyć królestwo polskie, bo był to jedyny sposób zatamowania niesamowitej rosyjskiej potęgi, która groziła w przyszłości zalaniem Europy. Car Aleksander nie chciał podążyć za przykładem swojego ojca Pawła i skierować swój wzrok w kierunku Indii, by zdobyć jej bogactwa i znaleźć zajęcie dla swoich niezliczonych hord Kozaków, Kałmuków i innych barbarzyńców, które znalazły upodobanie w luksusie krajów europejskich i był zmuszony napaść na południową Europę, by zapobiec rewolucji w Rosji.

Gdyby udało mu się  harmonijnie stopić Polskę z Rosją i pogodzić  Polaków z rosyjskim panowaniem, wszystko musiałoby ugiąć się pod jej jarzmem. Europa, a w szczególności Anglia, będzie żałować, że nie odbudowała niezależnej od Rosji Polski, lecz w czasie Kongresu Wiedeńskiego zrobiła z tego kraju rosyjską prowincję; ale gabinet angielski był zaślepiony nienawiścią do Napoleona. Robił błąd za błędem; gdyby na Kongresie podpisano pokój z Napoleonem, w Europie panowałby dziś spokój, a duch rewolucyjny nie wstrząsałby wszystkimi tronami. We Francji byłby on zdławiony i trzymany w ryzach przez nowy porządek. 
 

Na jednym z balów  Napoleon zobaczył po raz pierwszy piękną panią Walewską; dla generała Bertrand i jednego z adiutantów marszałka Berthier, Louis de Périgord, znajomość ta była niespodziewaną i dla nich samych niewytłumaczalną przyczyną otrzymanych przy brzmieniu skrzypiec rozkazów, które wysyłały ich w daleką podróż. Nie mieli pojęcia, że umysł Napoleona zaprzątała hrabina Walewska, a jego myśli krążyły wokół niej jak motyle. Kilka razy cesarz spostrzegł, że wspomniani oficerowie stają mu na drodze, szczególnie Louis de Périgord. To zdenerwowało go w końcu tak, że rzekł do marszałka Berthier, by natychmiast wysłał swojego adiutanta po wiadomości do stojącego na Pasłęką VI.korpusu. Od Bertranda Napoleon oczekiwał, że będzie bardziej przenikliwy. Ale piękne oczy hrabiny oślepiły generała. Nie odstępował jej ani na chwilę. Podczas kolacji tak pochylił się nad oparciem jej krzesła, że końcówki jego akselbantów dotknęły podziwianych przez Napoleona jej różowo-białych pleców. Zniecierpliwiony w najwyższym stopniu cesarz wziął go za ramię, pociągnął do okiennej niszy i dał mu rozkaz, by bezzwłocznie udał się do kwatery głównej księcia Hieronima i przygotował raport o stanie prac oblężniczych pod Wrocławiem. Biedak jeszcze nie odjechał, a cesarzowi już zrobiło mu się go żal; przywołałby go bez wątpienia z powrotem, gdyby w tym samym momencie nie pomyślał, że jego obecność u boku księcia Hieronima może być przydatna. 
 



III.

Po bitwie pod Pułtuskiem głównodowodzący armii rosyjskiej Bennigsen pomaszerował w kierunku dolnej Wisły, by zaatakować stojącego w Elblągu marszałka Bernadotte. Napoleon wyruszył z Warszawy 25 stycznia 1807 roku, skoncentrował swoją armię pod Wielbarkiem i pomaszerował przeciwko lewemu skrzydłu Rosjan, zamierzając zepchnąć je do Mierzei Wiślanej. Ziemia pokryta była śniegiem i lodem. Armia Bennigsena była mocno zagrożona, francuskie oddziały stały już za jej plecami. Wtedy to Kozacy złapali jednego z oficerów sztabu generalnego, którego książę Neuchatel, marszałek Berthier wysłał do marszałka Bernadotte'a. Znalezione przy nim depesze zdradziły francuski manewr. Bennigsen przestraszył się i w pośpiechu skierował się w kierunku Olsztyna, który jednak, by uniknąć bitwy, jeszcze tej samej nocy opuścił. Francuzi podjęli żwawy pościg. Pod Deppen Bennigsen kazał pruskiemu generałowi Yorckowi przekroczyć Pasłękę i pomaszerować do Ornety. Cesarz rozkazał marszałkowi Ney ścigać go na czele VI.korpusu. Gdyby tego nie zrobił, Yorck mógłby zaatakować od tyłu lewe skrzydło armii francuskiej, które, po odbyciu kilku potyczek, dotarło 7 lutego do Eylau. Generał Bennigsen zgromadził w Eylau duże siły; zaatakował go marszałek Soult na czele IV.korpusu i po zażartej walce, która skończyła się dopiero o godzinie 11 wieczorem, zdobył miasto.

Marszałek Davout z III.korpusem maszerował na prawym skrzydle przeciwko stojącej nad Łyną kolumnie rosyjskiej; miał obejść lewe skrzydło linii nieprzyjacielskiej. Cesarz założył swoją kwaterę w Eylau; IV.korpus biwakował przed miastem i po obu jego stronach; w drugiej linii stała gwardia, w trzeciej VII.korpus i ciężka kawaleria rezerwowa. Następnego dnia o świcie Rosjanie rozpoczęli bitwę; chcieli zdobyć szturmem Eylau, zostali jednak odparci. Ich ataki pozbawione były całkowicie szans na powodzenie, bo poprzedniego dnia nie mogli oprzeć się nawet atakowi samego IV.korpusu, a teraz przed nimi stały korpusy marszałków Soulta i Augereau, gwardia i rezerwa kawalerii. Bitwa była dla Francuzów bardzo krwawa, przez 2 dni stracili 18 000 ludzi, ale nieprzyjaciel jeszcze więcej. Zarzut robiony marszałkowi Augereau, że nie jest dobrym taktykiem i nie potrafi nawet kierować korpusem liczącym 12-15 000, jest bezpodstawny. Cesarz znajdował się na wieży kościelnej w Eylau i widział przechodzący obok VII.korpus. Nie tworzył on zwartej kolumny, bo w deszczu kul było to niemożliwe; ale korpus posuwał się w doskonałym szyku bitewnym; skrzydła obu dywizji osłaniane były przez kolumny maszerujące plutonami. Śnieg padał wielkimi płatami i właśnie w tym momencie ograniczył bardzo widoczność. W efekcie tego Augereau obrał niewłaściwy kierunek i jego korpus poniósł straty większe niż cała reszta armii.



W dniu po bitwie, czyli 9 lutego, Rosjanie nie byli w stanie ponowić natarcia, bo już 8 lutego o godzinie 5 po południu opuścili pole bitwy, które zajęte zostało przez francuski III.korpus, a rankiem 9 lutego zebrali niedobitki swojej armii pod murami leżącego 27 kilometrów od pola bitwy Królewca; pozostawili na łaskę losu wszystkich swoich rannych i część swojej artylerii. Ale nawet gdyby armia rosyjska pozostała na polu bitwy i rankiem dnia następnego ponowiła swój atak, jej wysiłki i tak nie przyniosłyby sukcesu, bo w przeciągu nocy na pole bitwy dotarły nie biorące dotychczas w niej udziału korpusy marszałków Ney i Bernadotte. Jak Rosjanie, którzy byli już pobici, mogli odnieść zwycięstwo nad wzmocnioną 6 dywizjami armią francuską? Już w dniu bitwy zostaliby całkowicie rozbici, gdyby nie wsparcie części korpusu pruskiego.

Po bitwie armia francuska zajęła pozycję nad Pasłęką, by osłonić oblężenie Gdańska. Po jego kapitulacji miasto to zostało bazą dla wszystkich operacji, które poprzedziły bitwę pod Friedlandem. 
 



IV.

Kwatery zimowe w Polsce nie oznaczały dla armii francuskiej żadnego komfortu. Pierwsze dni zakwaterowania w lasach i bagnach przy mokrej pogodzie były dla żołnierzy trudne do zniesienia. Gdyby zimno było dotkliwsze, żołnierze, którzy w lasach osłonieni byli od wiatru, cierpieliby mniej od mrozu aniżeli z powodu przenikliwej wilgoci, która rozmiękczała grunt i czyniła wszystko trudnym i uciążliwym. Wszystko to jednak z biegiem czasu poprawiło się, szczególnie od momentu gdy włączono do pracy prowizoryczny rząd polski w Warszawie. Polacy, z których do tej pory było niewiele pożytku, musieli dostarczyć teraz wszystko, co potrzebne. Środki żywności łatwo można było zakupić za gotówkę za pośrednictwem żydowskich kupców, w których rękach skoncentrowany był cały handel w tej okolicy; przede wszystkim wiedzieli oni jak przekupić austriackich strażników granicznych. Prowiant transportowano statkami do Warszawy, Torunia i Kwidzynia, a stamtąd częściowo wozami pułkowymi, częściowo wozami chłopskimi przewożony był do Ostródy, gdzie Napoleon miał przez kilka miesięcy swoją kwaterę główną i gdzie wkrótce zgromadził wiele milionów porcji chleba, ryżu, wódki i wina. Najdotkliwiej dawał się we znaki niedomiar wina; sytuacja poprawiła się po zdobyciu Gdańska, w którego piwnicach leżakowało kilka milionów butelek.

Nawiasem mówiąc  żołnierze potrafili sobie w pewnym stopniu sami poradzić; odnaleźli dużo schowanej żywności i dlatego mogli czekać na przybycie uzupełnienia. Pułki nie biwakowały już na polach i w lasach, lecz mieszkały we wioskach - była to dla nich wielka poprawa po 5 miesiącach, od października do lutego, mieszkania przede wszystkim w szałasach. Forpoczty miały baraki, na które drzewo dostarczyły liczne okoliczne lasy.



Napoleon, pozostając między swoimi żołnierzami, dał im przykład wyrzeczeń,. Dlatego miał podstawy do następującej odpowiedzi przesłanej bratu Józefowi, skarżącemu się na cierpienia Armii Italii:

"- Oficerowie i sztab od dwóch, niektórzy nawet od czterech miesięcy, nie zdejmowali z siebie ubrań; ja sam od 14 dni nie zdejmowałem butów. Stoimy w śniegu i błocie, bez wina, bez wódki, bez chleba, odżywiamy się jedynie ziemniakami i mięsem; wykonujemy długie marsze i kontrmarsze, nie znajdując ulgi, walcząc zazwyczaj bagnetem w deszczu kartaczy. Dlatego złym żartem jest porównywanie miejsc, gdzie zamieszkujemy z pięknym Neapolem, gdzie nie brakuje wina, chleba, towarzystwa, ba, nawet kobiet. Po obróceniu w gruzy królestwa pruskiego, walczymy przeciwko resztkom jego armii, przeciwko Rosjanom, Kałmukom, Kozakom i innym narodom Północy. Poznaliśmy wszystkie okropności wojny. W wyniku tych wszystkich wysiłków cały świat jest mniej lub bardziej chory; jednak ja sam nigdy nie czułem się lepiej; nawet przybrałem na wadze." 
 
 

26 maja padła twierdza Gdańsk, którą jej dowódca, feldmarszałek Kalckreuth, bronił  honorowo jeszcze przez 51 dni od wykopania francuskich okopów; był  uczniem Fryderyka Wielkiego i za swoją odważną obronę  otrzymał od Napoleona prawo do honorowego opuszczenia twierdzy, pod warunkiem, że jego oddziały przez rok nie będą walczyć przeciwko Francji. Ale z 18 000 ludzi, które miał Kalckreuth, twierdzę opuściło jedynie 7 000; pozostali zginęli, zostali wzięci do niewoli albo zdezertowali.

Napoleon postanowił  10 czerwca ruszyć naprzód, by pomaszerować w dół  Łyny i odciąć Rosjan od Królewca i zepchnąć ich w kierunku Niemna; wydał rozkaz, że każdy korpus ma zaopatrzyć się  w zapas chleba i sucharów na 14 dni. Podczas gdy on przygotowywał się do wznowienia działań wojennych, Rosjanie wyprzedzili go o 5 dni. Generał Bennigsen obiecał carowi błyskotliwie pomścić upadek Gdańska. Nawiasem mówiąc nazywał sam siebie zwycięzcą spod Pułtuska i Eylau. Pod Lidzbarkiem, walcząc przeciwko marszałkowi Soult, odniósł podobne "zwycięstwo", które podobnie jak jego wszystkie zwycięstwa zakończyło się odwrotem i opuszczeniem obozu.

12 czerwca cesarz przeniósł  swoją kwaterę do Iławy Pruskiej (Eylau). Lód i śnieg stopniały, przyroda przywdziała świąteczną szatę. 13 czerwca Wielki Książę Bergu ruszył w kierunku Królewca, marszałek Davout podążył za nim, by dać mu wsparcie. Marszałek Soult podążył w kierunku Krzyżborka (Kreuzburg), marszałek Lannes w kierunku Domnowa (Domnau), a marszałkowie Ney i Mortier do Lampasków (Lampasch).

Tymczasem generał  Latour-Maubourg ścigał ariergardę nieprzyjaciela. Rosjanie musieli porzucić swoich rannych, oddać Bartoszyce (Bartenstein) i wycofać się wzdłuż prawego brzegu Łyny w kierunku Sępopola (Schippenbeil). Gdy wiadomość o tym dotarła do cesarza, wydał on natychmiast rozkaz wyruszenia. Przywołał do siebie korpusy Ney'a, Lannesa i Mortiera, gwardię cesarską i I.korpus generała Victora i pomaszerował na Friedland. Wielki Książę Bergu, Soult i Davout operowali pod Królewcem.

13 czerwca 9.pułk huzarów wkroczył do Friedlandu, został jednak stamtąd wyparty przez liczącą 3 000 ludzi nieprzyjacielską kawalerię.

14 czerwca nieprzyjaciel wyruszył przez most we Friedlandzie, o godzinie 3 nad ranem padły pierwsze strzały.

"- To szczęśliwy dzień dla nas - zawołał cesarz - to rocznica bitwy pod Marengo."

Pierwsi zostali wciągnięci w walkę Lannes i Mortier, wspierani przez dywizję dragonów generała Grouchy i kirasjerów generała Nansouty. Zatrzymali oni nieprzyjaciela, który nie dotarł dalej niż do wsi Posthenen. Rosjanie, sądząc, że mają przed sobą tylko jeden korpus w sile 15 000 ludzi, chcieli utorować sobie drogę w kierunku Królewca. Walczono przez cały dzień. Francuska i saska kawaleria przeprowadziły cały szereg natarć, w czasie których zabrano nieprzyjacielowi 4 armaty.

O godzinie 5 po południu poszczególne korpusy zajęły swoje pozycje, na prawym skrzydle marszałek Ney, w centrum marszałek Lannes, a na lewym marszałek Mortier. Korpus generała Victora i gwardia stały w odwodzie.

W międzyczasie cała nieprzyjacielska armia stanęła w szyku bojowym. Jej lewe skrzydło opierało się o miasto Friedland, a prawe rozciągało się na długości 6 kilometrów.

Po przeprowadzeniu rekonesansu pozycji cesarz zdecydował się na natychmiastowe zdobycie miasta. Dokonał niespodziewanej zmiany frontu, przesunął prawe skrzydło do przodu i rozkazał rozpoczęcie ataku natarciem skrajnego prawego skrzydła.

O godzinie 5.30 korpus marszałka Ney i dywizja generała Marchand rozpoczęły marsz w kierunku wieży kościelnej. Dywizja generała Bisson wspierała lewe skrzydło. Gdy nieprzyjaciel spostrzegł, że marszałek Ney opuścił zarośla, w którym poprzednio zajęło pozycję jego prawe skrzydło, oskrzydlił go swoją kawalerią i chmarą Kozaków. Dywizja dragonów generała Latour-Maubourga rozpoznała niebezpieczeństwo, pospieszyła galopem na prawe skrzydło, wykonała kontratak i odrzuciła nieprzyjacielską kawalerię. W tym samym czasie generał Victor wysunął przed swoje centrum baterię złożoną z 30 armat, która pod dowództwem Senarmonta zadała wrogowi straszliwe straty. Wszystkie posunięcia, dokonywane przez wojska rosyjskie, okazały się daremne. Marszałek Ney atakował z typowym dla niego zdecydowaniem i zimną krwią, kierując osobiście najdrobniejszymi ruchami swoich oddziałów, swoją postawą dawał przykład swojemu korpusowi, który przyzwyczajony był już do wyróżniania się wśród innych korpusów. Liczne kolumny nieprzyjacielskie, które zaatakowały jego prawe skrzydło, zostało odparte bagnetami i zepchnięte do Łyny. Tysiące zginęły, tylko niewielu uratowało się przepływając rzekę. Lewe skrzydło marszałka Ney dotarło tymczasem do wąwozu otaczającego miasto Friedland. Stały tam zaczajone rosyjskie gwardie cesarskie konna i piesza. Zaatakowały one odważnie skrzydło korpusu, które na moment zachwiało się; ale dywizja Duponta, tworząca prawe skrzydło odwodów, czuwała i zaatakowała carską gwardię, odrzuciła ją, dokonując w jej szeregach straszliwej masakry.

Aby obronić Friedland nieprzyjaciel był zmuszony wprawdzić do walki swoje rezerwy oraz wycofać niektóre korpusy z centrum. Daremny wysiłek! Miasto zostało wzięte szturmem, a jego ulice zasłane poległymi i rannymi.

Ponieważ uderzenie nieprzyjaciela przeciwko prawemu skrzydłu armii francuskiej nie przyniosło efektu, podjął on próbę przebicia jej centrum. Napotkał tam korpus marszałka Lannes i został przyjęty, jak należało oczekiwać po nim samym i dzielnych dywizjach Oudinota i Verdiera.

Wszystkie ataki wrogiej piechoty i kawalerii nie zatrzymały marszu francuskich kolumn. Daremna okazała się brawura Rosjan, niczego nie osiągnęli, znajdując śmierć na francuskich bagnetach.

Teraz zaatakował  marszałek Mortier, który przez cały dzień trwał z zimną  krwią na prawym skrzydle. Ruszył do przodu, wspierany przez fizylierów gwardii generała Savary.

Gwardia cesarska i 2 dywizje odwodu I.korpusu nie weszły do walki. Wszystkie rodzaje broni, kawaleria, piechota i artyleria biły się wspaniale.

Pole bitwy przedstawiało przerażający widok. Nie będzie przesady, jeżeli oceni się  straty Rosjan na 15-18 000 zabitych. Francuzi stracili tylko 500 zabitych i mniej niż 3 000 rannych. 80 armat, wielka ilość jaszczy i liczne sztandary padły łupem zwycięzców. 25 rosyjskich generałów zginęło, zostało rannych lub wziętych do niewoli. Rosyjska kawaleria poniosła ogromne straty.

Pościg trwał do godziny 11 wieczorem. Nieprzyjaciel próbował w nocy przeprawić się przez liczne brody na Łynie, nazajutrz znaleziono porzucone wszędzie jaszcze, armaty i wozy.

Bitwa pod Friedlandem godna jest, by postawić ją na równi z bitwami pod Marengo, Austerlitz i Jeną. Również tutaj nieprzyjaciel był liczny, miał piękną i silną kawalerię i bił się z wielką odwagą.

Rankiem 15 czerwca, gdy nieprzyjaciel próbował się zebrać i kontynuował  swój odwrót na prawym brzegu Łyny, armia francuska manewrowała na lewym brzegu rzeki, dążąc do odcięcia go od Królewca.

Gdy wiadomość o bitwie pod Friedlandem rozpowszechniła się, nieprzyjaciel poddał Królewiec. Marszałek Soult mógł więc zająć miasto, gdzie zgromadzone były liczne zapasy. Poza kilkoma tysiącami cetnarów zboża znaleziono tam cały sprzęt wojenny dostarczony Rosji przez Anglię, między innymi 160 000 karabinów, które nie były jeszcze rozpakowane. W szpitalach leżało 20 000 rannych Rosjan i Prusaków.

Można przyjąć, że od rozpoczęcia działań wojennych 5 czerwca nieprzyjaciel stracił około 60 000 zabitych, rannych, wziętych do niewoli i wykluczonych z walki. Ponadto stracił część swojej artylerii, prawie całą amunicję i wszystkie magazyny założone na odcinku ponad 150 kilometrów. Rzadko armia francuska odniosła tak wielkie sukcesy przy tak niewielkich stratach. 
 



V.

Wojna była skończona. Prusakom i Rosjanom nie pozostało nic innego, jak przyjęcie pokojowych warunków Napoleona. Jako miejsce ostatecznych rokowań wybrano położone nad Niemnem miasto Tylża.

25 czerwca o godzinie 1 po południu cesarz, w towarzystwie Wielkiego Księcia Bergu, księcia Neuchâtel, marszałka Bessieres, wielkiego marszałka dworu Duroca i Wielkiego Koniuszego Caulaincourta, wstąpił na pokład łodzi, która stała gotowa na brzegu Niemna. Ta zawiozła ich do stojącej na środku rzeki tratwy, na której generał Lariboisičre przygotował coś w rodzaju pawilonu. Obok stała druga tratwa, na której był namiot dla świty. W tym samym czasie z innego brzegu wypłynęła łódź, w której znajdował się car Aleksander, Wielki Książę Konstanty, generał Bennigsen, generał Uwarow, książę Łabanow i pierwszy adiutant cara, hrabia de Lieven.

Obie łodzie dobiły do tratwy w tym samym czasie. Obaj cesarze wstąpili na tratwę  i objęli się. Potem weszli do salonu, w którym spędzili 2 godziny. Następnie przed oblicze obu cesarzy dopuszczono ich świty. Car w uprzejmy sposób rozmawiał z francuskimi generałami, podczas gdy Napoleon wdał się w długą rozmowę z Wielkim Księciem Konstantym i generałem Bennigsenem.

Po zakończeniu rozmowy obaj cesarze wsiedli do swoich łodzi i odpłynęli. Na obu brzegach wielkie tłumy żołnierzy obu armii były świadkami tej sceny.

Efekt rozmowy był  zadowalający. Natychmiast po jej zakończeniu do francuskiej kwatery przybył książę Łabanow, gdzie uzgodniono, że połowa Tylży zostanie zdemilitaryzowana, wyznaczono miejsce zamieszkania dla cara i jego dworu oraz wyznaczono część miasta, która miała znaleźć się pod kontrolą rosyjskiej gwardii. 
 



Bezpośrednio po przybyciu cesarz udał się z wizytą do królowej Prus. Królowa Luiza była bardzo piękna, pozbawioną już jednak wdzięków pierwszej młodości.

Natychmiast rozpoczęła w wysoce patetycznym tonie mówić o sprawie pruskiej.

"- Prusy - mówiła - były zaślepione swoją potęgą. Odważyły się wystąpić przeciwko bohaterowi, sprzeciwić się woli Francji i odrzuciły jej cenną przyjaźń! Zostały za to ciężko ukarane! ... Sława Fryderyka Wielkiego, pamięć o nim i spadek uczyniły Prusy zbyt pewne siebie, co doprowadziło do ich ruiny!"

Prosiła, naciskała, błagała. Szczególnie Magdeburg leżał jej na sercu. Cesarz bronił się, jak mógł. Na szczęście dołączył do nich król. Królowa spojrzała na niego znacząco, nie potrafiąc ukryć złego humoru wywołanego tym zakłóceniem. Król wmieszał się do rozmowy, zepsuł wszystko i wybawił cesarza z kłopotliwej sytuacji.

Cesarz zaprosił  królową na obiad; użyła ona wszystkich sposobów, by go do siebie przekonać, wytężyła cały intelekt - a była bardzo inteligentna - rozwinęła całą gamę swoich wdzięków, jej całą kokieterię, cały powab. Ale cesarz był zdecydowany nie zachwiać się i ustąpić. Pilnował się, by nie wyrzec nieostrożnego słowa, które byłoby wiążące, pilnował się tym bardziej, że czuł na sobie wzrok Aleksandra.

By sprawę zakończyć, cesarz w końcu zmienił ton na ostrzejszy i stwierdził,  że kobiecy wdzięk nie może mieć wpływu na losy narodu. Zażądał natychmiastowego podpisania traktatu, co też nastąpiło. W ten sposób efektem rozmowy z królową było tylko przyspieszenie zakończenia pertraktacji, które ciągnęłyby się być może jeszcze przez 8 albo 14 dni. Następnego dnia królowa dowiedziała się o podpisaniu traktatu, co wyprowadziło ją z równowagi. Zalała się łzami i nie chciała cesarza więcej widzieć. Odmówiła przyjęcia zaproszenia na drugi obiad. Aleksander chcąc ją przekonać do zmiany postanowienia, osobiście ją odwiedził, ale nie chciała ona o niczym słyszeć, głośno oskarżając cesarza o złamanie danego jej słowa. Aleksander, który był obecny przy wszystkich rozmowach, zaprotestował przeciwko tym zarzutom i rzekł:

"- Napoleon niczego nie obiecał; jeżeli Pani udowodni mi coś przeciwnego, zobowiązuję się wezwać go jako człowieka honoru do dotrzymania słowa, a on to uczyni, tego jestem pewien."

"- Ale on dał mi do zrozumienia, że ...."



"- Nie - odparł Aleksander - nie może mu Pani niczego zarzucić."

W końcu zdecydowała się pojawić na obiedzie. Napoleon, który nie potrzebował bronić się, podwoił w stosunku do niej swoją uprzejmość. Początkowo grała rolę obrażonej kokietki. Po zakończeniu obiadu cesarz podał jej ramię i odprowadził do powozu. Pośrodku schodów Luiza zatrzymała go, uścisnęła mu dłoń i powiedziała wzruszonym głosem:

"- Być to może, że bohater stulecia i historii, którego miałam szczęście oglądać z bliska nie zaspokoił mnie, nie dał mi możliwości przekonania go o moim oddaniu na całe życie!"

- Madame - odparł  uroczyście sesarz - niech Pani mnie oskarża, ale winna jest moja zła gwiazda."

Tymi słowami pożegnał  się z nią.

Królowa poprosiła o przywołanie marszałka dworu Duroca, którego bardzo poważała. Łykając  łzy powiedziała do niego:

"- Oh! Jak okrutnie mnie w tym domu rozczarowano."

Królowa Prus była niewątpliwie bardzo zdolną osobą, wykształconą i zręczną, od 10 lat była rzeczywistym władcą Prus. Mimo subtelności i wykwintności cesarza panowała cały czas nad rozmową, wiedząc, jak nią pokierować. Powracała często, może nawet za często do nurtującego ją tematu, ale w tak godny sposób, że nie można było na nią gniewać się. Sprawa była też dla niej zbyt ważna, a czasu było niewiele. 
 

Król Prus nie mógł  wybaczyć naruszenia przez wojsko francuskie należącego do Prus terytorium Ansbach. Pomijając inne, ważniejsze sprawy, wracał ciągle do tego punktu, chcąc udowodnić cesarzowi, że rzeczywiście naruszył suwerenność jego państwa. Był wprawdzie w błędzie, ale jego przekonanie nacechowane było szczerością.

Napoleon zarzucał  sobie potem, że popełnił błąd przyjmując w Tylży króla Prus. Początkowo chciał go odprawić; nie musiałby wtedy być powściągliwy i otrzymałby Śląsk; odstąpiłby go Saksonii i być może zmienił jego los. Później zarzucano cesarzowi, że podpisując traktat w Tylży, wydał Europę Rosji. Jednak jak bardzo byłby podziwiany, gdyby wyprawa do Moskwy udała się, a on pokazałby, że właśnie przez ten traktat zjednoczona Europa zdobyła władzę nad Rosjanami! Bo w stosunku do Niemców miał wielkie plany... ale ponieważ plan nie powiódł się, nie miał racji: t o ma być sprawiedliwość! 
 

Prawie codziennie obaj cesarze i król, który jednak tak źle się prezentował,  że Prusacy jawnie się go wstydzili, wyjeżdżali konno. Napoleon galopował pomiędzy oboma, ale król z trudem mógł nadążyć.

Po powrocie do pałacu, obaj cesarze zeskakiwali z koni i ręka w rękę wkraczali na schody. Ponieważ Napoleon pełnił honory domu, nie mógł do niego wejść przed królem, dlatego obaj cesarze często byli zmuszeni czekać na niego, moknąc na deszczu; przedstawienie, które na widzach nie robiło dobrego wrażenia.

Ta niezdarność była tym bardziej widoczna, bo Aleksander był pełen wdzięku i mógł  się mierzyć z każdym paryskim lwem salonowym. Car tak często miał dość swojego towarzysza, który ciągle był zasmucony, że pod byle pozorami uciekał od jego towarzystwa i spotykał się później przy herbacie z Napoleonem; obaj cesarze niekiedy do północy albo dłużej spędzali czas na rozmowie.

Gdy pruska para królewska chciała się pożegnać, car poprosił, by Napoleon umyślnie opóźnił jej wyjazd i zatrzymał króla w Tylży, podczas gdy on wyjechałby z królową na przejażdżkę. Król nie mógł wyjechać zanim Napoleon nie złożył mu wizyty pożegnalnej. Ten kazał na siebie 8 albo 10 godzin czekać; król kazał mu przekazać, że zwalnia go z obowiązku złożenia wizyty; ale cesarz odpowiedział, że zależy mu, by go jeszcze raz zobaczyć. Nawiasem mówiąc Napoleon był przekonany, że Aleksandra łączy z królową wyłącznie głęboka przyjaźń, z zachowaniem honoru i dobrych obyczajów. 
 

Wrogowie zarzucali cesarzowi, że potraktował królowę Luizę z największym okrucieństwem i jest winny jej śmierci. To oczywiście wymysł. Cesarz okazywał królowej zawsze największą uwagę i poważanie, nikt nie szanował jej bardziej niż on. Prawdopodobnie wielka troska, którą musiała odczuwać z powodu tragicznej sytuacji jej męża i jej ojczyzny oraz ból z powodu poniesionych strat przyspieszyły jej śmierć. Ale to nie była wina cesarza. Dlaczego król wypowiedział mu wojnę?

Być może największym błędem Napoleona było, że nie zdetronizował króla Prus, gdy było to takie  łatwe. Powinien był odebrać Prusom nie tylko Poznań, ale również Śląsk i oddać go Saksonii; jasnym było bowiem, że król Prus i jego lud zostali za bardzo poniżeni, by nie wykorzystać pierwszej nadarzającej się okazji do zemsty. Ale gdyby osłabił Prusy, dał ludowi liberalną konstytucję i uwolnił chłopów spod jarzma pańszczyzny, usunąłby wszelkie niebezpieczeństwo. 
 

VI.

7 lipca zawarto w Tylży traktat pokojowy; 8 lipca został on podpisany. Ustalenia były trojakiego rodzaju.

Po pierwsze: jawny traktat pomiędzy Francją i Rosją i jawny traktat pomiędzy Francją i Prusami. Po drugie: tajne artykuły do obu traktatów. Po trzecie: tajny traktat obronno-zaczepny pomiędzy Francją i Rosją.

Oba jawne traktaty zawierały następujące postanowienia:

- król Prus z szacunku, którym darzy go car Rosji, otrzyma z powrotem Stare Prusy, Pomorze, Brandenburgię i Śląsk;

- odstąpi Francji wszystkie terytoria na zachód od Łaby, z których po włączeniu byłego elektoratu Hesji utworzone zostanie dla Hieronima Bonaparte królestwo Westfalii;

- odstąpi Poznań  i Warszawę, z których utworzone zostanie państwo polskie i oddane pod władanie królowi Saksonii.

- Rosja i Prusy uznają  Ludwika Bonaparte jako króla Holandii;

- Józefa Bonaparte jako króla Neapolu;

- Hieronima Bonaparte jako króla Westfalii;

- uznają konstytucję  Związku Reńskiego i wszystkich państw utworzonych przez Napoleona;

- książętom Meklemburgii i Oldenburga oddane zostaną ich państwa; będą one jednak, dla zachowania ciągłości blokady kontynentalnej, zajęte przez wojska francuskie;

- Rosja wystąpi jako pośrednik, by doprowadzić do pokoju pomiędzy Francją i Anglią;

- Francja pośredniczyć  będzie w zawarciu pokoju pomiędzy Rosją i Turcją. 
 

Tajne artykuły do obu traktatów zawierały następujące postanowienia:

- Francja otrzyma zatokę Kotoru i Siedem Wysp Jońskich;

- gdy tylko Burboni neapolitańscy zostaną odszkodowani Balearami albo Kretą, Józef zostanie uznany jako król Obojga Sycylii;

- jeżeli Hanower włączony zostanie do królestwa Westfalii, Prusy otrzymają jako rekompensatę na lewym brzegu Łaby terytorium zamieszkane przez 300-400 000 ludzi.

Tajny układ, najważniejszy ze wszystkich, zobowiązywał Rosję i Francję do wspólnego działania we wszystkich sprawach; w każdej przyszłej wojnie miały one połączyć swoje siły morskie i lądowe; wspólnie podnieść broń przeciwko Anglii, jeżeli nie zaaprobuje ona zaproponowanych warunków. To samo dotyczyło Turcji, której w takim przypadku odebrane miały być jej europejskie prowincje z wyjątkiem Konstantynopola i Rumelii. Oba mocarstwa zobowiązywały się wspólnie wezwać Danię, Szwecję, Portugalię i Austrię do uznania polityki Francji i Rosji - to znaczy do wypowiedzienia wojny Anglii. 
 

Car Aleksander całkowicie porzucił swojego pruskiego sojusznika. Mógłby zapewnić  mu określone odszkodowanie za poniesione straty, ale musiałby w tym celu poświęcić swoich własnych krewnych, książęta Meklemburgii i Oldenburga, których terytoria powiększyłyby państwo pruskie na północ i w kierunku Bałtyku. Król Prus miałby ponadto prawo do wyrzeczenia się sojuszu ze Szwecją i zagarnięciu Stralsundu i Pomorza Przedniego. Napoleon nie sprzeciwiłby się tym przyrostom terytorialnym. Ale Aleksander już wystarczająco cierpiał z powodu przygnębienia swojego pruskiego sojusznika; nie chciał jeszcze słyszeć skarg i zarzutów w swojej własnej rodzinie.

Gdy tylko nieszczęśliwa pruska rodzina królewska wyjechała, car dał upust swojemu entuzjazmowi. Był pokonany, że jego armia obroniła swój honor i zamiast po tylu klęskach doznać strat, zdobył przekonanie iż  jest w stanie zrealizować projekty swojej babki Katarzyny. Wszystko leżało w jego rękach; mógł bowiem wstawiennictwo Rosji u Angli podobnie jak pośrednictwo Francji w kontaktach z Portą według własnego uznania wykorzystać do uzyskania pokoju lub wywołania wojny. To jedno pośrednictwo musiało przynieść mu Finlandię to drugie księstwa naddunajskie.

Obaj nowi sojusznicy wzajemnie przyrzekali sobie zachowanie dozgonnej przyjaźni, otwartość we wzajemnych stosunkach i ponowne spotkanie w bliskiej przyszłości.

9 lipca 1807 roku miała miejsce uroczysta wymiana dokumentów ratyfikacyjnych. Napoleon, przystrojony wielką wstęgą orderu św. Andrzeja, udał się do kwatery cara, który, otoczony swoją gwardią, przepasany był wielką wstęgą Legii Honorowej. Po wymianie dokumentów ratyfikacyjnych, obaj cesarze wsiedli na konie, by pokazać się swoim wojskom. Napoleon poprosił, by wystąpili najdzielniejsi żołnierze rosyjskiej gwardii cesarskiej i własnoręcznie udekorował ich krzyżami Legii Honorowej. Po długiej rozmowie z carem, odprowadził go na brzeg Niemna. Tutaj cesarze objęli się jeszcze raz. Napoleon czekał na brzegu, aż jego nowy przyjaciel wylądował na drugim brzegu. 
 

VII.

Generałom, którzy wyróżnili się  w kampaniach 1806 i 1807 roku, przyznane zostały donacje w nowo utworzonym i oddanym pod władzę Saksonii Wielkim Księstwie Warszawskim, których wartość po przeprowadzonym oszacowaniu wynosiła, jak następuje:

- w departamencie poznańskim:

generałowi dywizji Grouchy ..... 550 000 fr.

generałowi dywizji Victor ..... 1 070 000 fr.

marszałkowi Soult ..... 1 400 000 fr.

- w departamencie kaliskim:

marszałkowi Lannes .......... 2 600 000 fr.

generałowi brygady Mouton ..... 900 000 fr.

generałowi dywizji Marchand..... 700 000 fr.

generałowi dywizji Friant ..... 700 000 fr.

- w departamencie warszawskim:

marszałkowi Davout ........ 4 800 000 fr.

generałowi dywizji Legrand ..... 350 000 fr.

generałowi dywizji Bertrand ..... 1 090 000 fr.

- w departamencie płockim:

marszałkowi Ney ........... 500 000 fr.

generałowi dywizji Belliard ..... 670 000 fr.

marszałkowi Massena ........... 850 000 fr.

generałowi dywizji Nansouty ..... 200 000 fr.

marszałkowi Bernadotte ......... 900 000 fr.

- w departamenice bydgoskim:

generałowi dywizji Saint-Hilaire ..... 800 000 fr.

generałowi dywizji Savary ..... 860 000 fr.

generałowi dywizji Walther ..... 600 000 fr.

marszałkowi Bessičres .... 1 050 000 fr.

generalnemi inspektorowi artylerii Songis ........ 350 000 fr.

generałowi dywizji Suchet ..... 430 000 fr.

generałowi dywizji Lariboisičre ..... 450 000 fr.

marszałkowi Mortier ........... 720 000 fr.

marszałkowi Berthier .......... 1 600 000 fr.

generałowi dywizji Chasseloup-Laubat ..... 650 000 fr.

generałowi dywizji Dupont ..... 6000 000 fr.

W sumie zatem ponad 26 milionów franków.

 

Tom VIII. Rozdz. IV. Erfurt 
 

I. Niezadowolenie dworu w St. Petersburgu z sojuszu z Francją.  - II. Podróż cara do Erfurtu. - III. Przyjaźń cezarów. - IV. Wycieczka do Weimaru i Jeny. - V. Nowy traktat pomiędzy Francją i Rosją.  
 

I.

Nie trwało długo, a towarzystwo na dworze w Petersburgu zaczęło krytykować sojusz z Francją. Napoleon, który dzięki  depeszom Caulaincourta, informującego z największą skrupulatnością o swoich codziennych rozmowach z carem Aleksandrem, był dokładnie poinformowany o wydarzeniach na dworze petersburskim, podjął w końcu decyzję zorganizowania spotkania. Niemożliwością było spełnienie wszystkich życzeń cara bez narażenia spokoju Europy; Napoleon był jednak przekonany, że nadszedł czas zajęcia się przynajmniej ich częścią.

Niezależnie od korzyści z osobistego spotkania z młodym carem, przekonanie się, co leży mu na sercu i przywiązania go do siebie jakimś ważnym ustępstwem, takie polityczne spotkanie przed obliczem całej Europy było wielkim, pobudzającym wyobraźnię spektaklem, namacalnym dowodem sojuszu, który należało nie tylko utrwalić i umocnić, lecz również uczynić tak widocznym, by wpoić lęk wrogom francuskiego cesarstwa. 
 



Napoleon posłał  kuriera do Caulaincourta z upoważnieniem wyrażenia zgody na uroczyste spotkanie z carem Aleksandrem. Ten zaproponował spotkanie pod koniec września; Napoleon termin ten, który też mu odpowiadał, przyjął. Aleksander zażyczył sobie na miejsce spotkania albo Weimar, gdzie rezydowała jego siostra (wielka księżna Maria, 1786-1859, żona wielkiego księcia weimarskiego Karola Fryderyka - przyp. tłum.) albo Erfurt, gdzie obie strony miałyby większą swobodę. Napoleon zdecydował się na Erfurt, który po podzieleniu Niemiec pozostał w jego rękach i który nie oddał jeszcze żadnemu władcy Związku Reńskiego. Po ogólnym ustaleniu czasu i miejsca spotkania, cesarz pozostawił Aleksandrowi troskę o ustalenie dnia i godziny i zarządził wszystko, by nadać spotkaniu pożądanego blasku.

Nad Renem stacjonowały jeszcze oddziały gwardii cesarskiej. Napoleon posłał do Erfurtu wspaniały batalion grenadierów swojej gwardii. Rozkazał z pułków znajdujących się w marszu powrotnym z Niemiec wybranie jednego pułku piechoty lekkiej, pułku huzarów oraz jednego pułku kirasjerów i skierowania ich również do Erfurtu, by stanowiły straż honorową podczas spotkania suwerenów. Posłał urzędników swojego dworu i najwspanialsze części umeblowania, by bogato i okazale wyposażyć nimi największe domy miasta i dostosować do potrzeb wysokich osobistości, które w nich zamieszkają. Wyraził życzenie, by również sztuka francuska uświetniła spotkanie i rozkazał administracji teatrów wysłania tam najlepszych aktorów francuskich, w tym Talmy, by wystawić w Erfurcie "Cynnę", "Andromachę", "Mahometa" i "Króla Edypa". Komedie wykluczył, mimo, że cenił nieśmiertelne dzieła Moliera tak wysoko, jak na to zasługiwały; ale był zdania, że w Niemczech nie będą one zrozumiane. Należało Niemcom pokazać piękno i wspaniałość dzieł dramatycznych; są oni zdolni łatwiej je pojąć niż wniknąć w głębię dzieł Moliera. - Zarządził ten przepych, bo chciał, by Francja zaimponowała światu swoją cywilizacją tak samo, jak zrobiła to swoim orężem.

 

II.

Wroga sojuszowi partia w Petersburgu cieszyła się niezmiernie z trudności, które Francja napotkała w Hiszpanii i narzekając głośno na trudności rosyjskiego handlu, krytykowała spotkanie w Erfurcie. Szczególnie austriacki ambasador pozwalał sobie na wypowiedzi, którym należało położyć kres. Dwór cesarzowej-matki tylko z oporem wstrzymywał się od krytyki, ale uczynił to dopiero na formalne życzenie Aleksandra. W ostatnim momencie, w obliczu niebezpieczeństw grożących jej synowi, o których była całkowicie przekonana, cesarzowa-matka wypowiedziała głośno swoje obawy, zarzucając Rumiancewowi, że prowadzi Aleksandra do zguby i ostrzegając iż w Erfurcie spotkać może cara to, co spotkało nieszczęsnych władców Hiszpanii w Bajonnie.

Aleksander nie zwracał  najmniejszej uwagi na te przestrogi, wyruszył ze swoim bratem i niektórymi adiutantami (Rumiancew i Caulaincourt wyjechali już wcześniej) z Petersburga, podróżując pocztą prosto i szybko. Uzgodniono, że Napoleon, ponieważ Erfurt należał do niego, zajmie się organizacją tego wielkiego spotkania, a rola Aleksandra ograniczy się do przybycia w towarzystwie jego oficerów. Podróżował on prostą kaleszą, szybciej nawet niż najpilniejsi kurierzy. 18 września przebywał w Królewcu, okazując wiele współczucia dla nieszczęścia swojego byłego sojusznika, żyjącego niemalże na granicy nędzy na skraju swojego królestwa, skąd wyruszył następnie bezpośrednio do Weimaru.

Wszędzie tam, gdzie stacjonowały oddziały francuskie, dla młodego władcy przygotowywano wspaniałe przyjęcie. Korpusy armijne stały pod bronią, w galowych mundurach i wołały: niech żyje Aleksander! Niech żyje Napoleon! Aleksander robił przeglądy wojsk, chwalił ich dyscyplinę i wspaniały wygląd pasujący do ich odwagi i oczarowywał swoją uprzejmością i wdziękiem. Napoleon wysłał na jego spotkanie wyniesionego do godności księcia Montebello marszałka Lannesa, by powitał go na granicy Związku Reńskiego. Aleksander obsypał starego wojownika dowodami przychylności i zdobył jego sympatię; bo mimo, że Lannes uparcie trwał przy swoich rewolucyjnych poglądach, to jednak był bardzo podatny na zaszczyty, które zasłużenie na niego spływały.

Aleksander dotarł  25 września do Weimaru, by w gronie tamtejszego, spokrewnionego z nim dworu spędzić czas do 27 września, ustalonego terminu spotkania w Erfurcie.

W międzyczasie Napoleon opuścił Paryż. Towarzyszyła mu wielka liczba generałów i dyplomatów. Niemcy reprezentowane były przez całą masę koronowanych głów; już 26 września do Erfurtu przybył król Saksonii. Mały Erfurt, była własność kościelnego księcia, który podobnie jak Weimar i inne niemieckie miasta-muzea przyzwyczajony był do spokoju, zalany został tłumami oficerów, służącymi w liberiach i ekwipażami. Podczas zwykłego spaceru spotkać można było królów, książąt i innych wielkich, starych i nowych władców. 
 

III.

Napoleon wysłał  do Erfurtu wszystko, co było konieczne, by pod eleganckimi i okazałymi imprezami ukryć powagę spraw. On sam dotarł do Erfurtu 24 września przed południem. Po przyjęciu wszystkich przybyłych z całej okolicy urzędników cywilnych i wojskowych, europejskich dyplomatów i potentatów Związku Reńskiego, po południu wsiadł na konia i otoczony niezliczonym sztabem udał się naprzeciw cara Aleksandra, który przybywał w otwartym powozie z Weimaru. Gdy Napoleon zauważył powóz swojego sojusznika, w wyrazie zniecierpliwienia ruszył galopem. Gdy zbliżyli się do siebie, Napoleon zsiadł z konia, Aleksander wysiadł z powozu i obaj władcy objęli się serdecznie na znak wielkiej radości ze spotkania; radość, która była szczera, bo pomijając fakt, że obaj władcy odczuwali drążącą potrzebę wyjaśnienia swoich spraw, darzyli się wzajemną sympatią.

Po przybyciu do Erfurtu Napoleon przedstawił Aleksandrowi dopuszczone do spotkania osoby, poczynając od królów i książąt, po czym odprowadził go do przeznaczonego dla niego pałacu. Obiady spożywano codziennie u Napoleona, ponieważ to on był gospodarzem spotkania goszczącym władcę Północy. Wieczorem, przy suto zastawionym stole, spotkali się: Napoleon, Aleksander, Wielki Książę Konstanty, król Saksonii, książę Weimaru, książę Wilhelm Pruski, mnóstwo rządzących książąt i wysokich osobistości cywilnych i wojskowych. Miasto było oświetlone, a po posiłku  oglądano tragedię "Cynna" odgrywaną przez najwspanialszych tragicznych aktorów francuskich. Historia mądrego łagodnego cezara, założyciela Cesarstwa Rzymskiego (tragedia "Cynna", napisana przez Corneille'a w 1641 roku, to historia spisku republikańskich patrycjuszy rzymskich przeciwko cesarzowi Augustowi, który po wykryciu przygotowywanego zamachu przebaczył spiskowcom - przyp. tłum.), który rozbroił przeciwników i przeciągnął na swoją stronę, była przedstawieniem, którym Napoleon kazał rozpocząć prezentację francuskiego teatru dramatycznego.  
 

Aleksander i jego ministrowie przybyli do Erfurtu z ambitnymi planami i wielkimi oczekiwaniami. Przygotowano też nowy traktat, który w gruncie rzeczy oznaczałby podział  Turcji pomiędzy Francję i Rosję. Francja otrzymałaby Egipt i Syrię, Rosja Rumelię. Pod znakiem zapytania stało, kto dostałby Konstantynopol. Ale Napoleon nie chciał podpisać tego traktatu. Zdawał sobie bowiem sprawę, że Rosja znalazłaby w Grekach zamieszkujących Konstantynopol i Rumelię wiernych sojuszników, podczas gdy on w przyznanych mu krajach nie znalazłby ani jednego poddanego na którego mógłby liczyć. Gdyby Rosja uzbroiła Greków to potrzebowałaby tylko kilka własnych pułków, by trzymać Konstantynopol w szachu.

Ale jeszcze inne, ważniejsze powody skłoniły Napoleona do zmiany stanowiska: traktat wyznaczałby całkiem nowy podział świata i być może wojnę z Austrią o polskie prowincje. Płonną też stałaby się nadzieja na zawarcie kiedykolwiek pokoju z Anglią, gdyby w wyniku podziału Turcji Francji przypadłyby właśnie te kraje, które Napoleon widział jako obiekty przetargu podczas rokowań na temat pokoju światowego? Gdyby Napoleon włożył na głową koronę Cesarza Zachodu pokój z Anglią stałby się niemożliwym.

W miejsce wspaniałego, ale dla Europy niebezpiecznego marzenia, Napoleon postawił w odniesieniu do Rosji na realistyczny, możliwy natychmiast do realizacji plan. Wszystko, co od miesięcy mówili car Aleksander i Rumiancew (Mikołaj Rumiancew, 1754-1826, polityk rosyjski, w latach 1807-1814 minister spraw zagranicznych cesarstwa Rosji - przyp. tłum.) dowodziło, że mimo ich egzaltowanej nadziei na podział państwa tureckiego, po uwzględnieniu trudności w porozumieniu się, daliby bez trudności odwieźć się od tego planu, gdyby odstąpiono im natychmiast korzystnie dla nich położoną część państwa tureckiego, a mianowicie terytoria leżące nad Dunajem.

W zamian za to Napoleon chciał osiągnąć ścisły sojusz, zarówno na czas pokoju, jaki i wojny, zapewniający bezwarunkowe współdziałanie w działaniach przeciwko Austrii i Rosji. Nawiasem mówiąc, współdziałanie to było nieuniknione, bo odstąpienie przez Napoleona Rosji Mołdawii i Wołoszczyzny było z jego strony podarunkiem, który musiałby poróżnić Aleksandra z Austrią i Anglią.

Postawienie w miejsce gigantycznych, bardzo chimerycznych projektów na konkretny fakt, jakim było podarowanie księstw naddunajskich, pod warunkiem, że nie była to tylko czcza obietnica, lecz dotykalny podarunek, powinno było zadowolić cara. On sam czuł, że byłoby to dla niego najlepsze rozwiązanie; nie oddałby bowiem Francji niczego na wybrzeżu śródziemnomorskim, ani Albanii ani Morei (Peloponez - przyp. tłum.) ani Tesalii ani Macedonii ani Egiptu. Niedołężne, słabe imperium sułtana stawało się w tym momencie łatwym do połknięcia łupem. Obecnie otrzymywano realny podarunek, który w każdym okresie musiał zostać uznany za wspaniały, nie wymagający skruchy ani kłopotliwego rewanżu; bo czy Hiszpania należeć będzie do rodziny Burbonów czy Bonaparte było ważne dla Anglii, ale nie dla Rosji.

Po przyjęciu tego nowego systemu wyrównania Aleksander i Rumiancew rzucili się z bezprzykładnym zapałem do zapewnienia sobie Mołdawii i Wołoszczyzny i chcieli zabrać z Erfurtu nie płonne obietnice, lecz fakty dokonane, które mogliby publicznie  ogłosić po powrocie do Petersburga.

Do tej pory Napoleon tolerował wprawdzie tymczasowe zajęcie przez Rosjan Mołdawii i Wołoszczyzny, ale czynił to nie bez skarg i nie bez dania do zrozumienia, że następstwem tego była przedłużona przez Francuzów okupacja Śląska. O tym nie mogło być teraz dłużej mowy. Francja musiała formalnym traktatem zezwolić na ostateczne zajęcie przez Rosję księstw naddunajskich i nie tylko zobowiązać się do zaaprobowania tej zdobyczy, ale też uzyskać zgodę Turcji, Austrii, a nawet, gdy tylko rozpoczęte zostaną rokowania z tym mocarstwem, Anglii. W efekcie tego porozumienia Rosja miała złamać zawieszenie broni z Turcją i posłać swoje wojska aż do stóp Bałkanów, a po ich przekroczeniu aż do Adrianopola, a nawet, gdyby to było konieczne, do Konstantynopola, by wymusić na Porcie tę ofiarę. Gdyby do konfliktu wmieszała się Austria, wystąpiono by wspólnymi siłami. W stosunku do Anglii trwał stan wojenny, nie trzeba było zatem podejmować żadnej nowej rezolucji.

Po spełnieniu tych życzeń  Aleksandra i Rumiancewa ogarnęła radość granicząca z rozkoszą, bo przed trzema miesiącami o zdobyciu Konstantynopola mogli tylko marzyć. Napoleon osiągnął zatem swój cel.

Oczywiście Aleksander miał za złe Napoleonowi odroczenie jego zasadniczych życzeń; nie wierzył mu, gdy mówił, że w interesie Francji pierwszorzędne znaczenie ma uporządkowanie spraw hiszpańskich. Wierzył, że jest to tylko wybieg ze strony Napoleona. Ale mylił się; cesarz podpisałby przedłożony przez Aleksandra traktat, gdy tylko Hiszpania zostałaby ostatecznie podbita i podporządkowała się jego woli; bo wtedy czułby się wystarczająco silny, by nie obawiać się już niczego ze strony wyznawców wiary grecko-katolickiej. 
 

Erfurt był najniezwyklejszym miejscem spotkania suwerenów wspomnianym przez historię. Do cesarzy Francji i Rosji, Wielkiego Księcia konstantego, księcia Wilhelma Pruskiego, króla Saksonii dołączyli: królowie Bawarii i Wirtembergii, król i królowa Westfalii, książę-prymas i kanclerz Związku Reńskiego, Wielki Książę Badenii z małżonką, Wielki Książę Hesji-Darmstadt, książęta Saksonii-Weimaru, Saksonii-Gotha, Oldenburga, Meklemburgii-Strelitz i Meklemburgii-Szwerinu i całe mnóstwo innym z ich szambelanami i ministrami. Jadali codziennie o cesarza, zajmując miejsce przy jego stole odpowiednio do swojej rangi. Wieczorami odwiedzano teatr, którego salę Napoleon kazał przygotować i przystroić na tę uroczystą okoliczność. Spotkania wieczorne odbywały się u Aleksandra. Napoleon spostrzegł, że Aleksander z powodu słabego słuchu w teatrze nie wszystko słyszał; z tego powodu kazał przygotować w miejscu, gdzie zwykle znajduje się loża orkiestry, estradę, na której ustawiono dla obu cesarzy 2 fotele w taki sposób, by byli oni widoczni przez wszystkich obecnych w teatrze. Po prawej i lewej stały krzesła dla królów. Z tyłu, to znaczy na parterze, miejsca zajmowali książęta, ministrowie i generałowie, co zrodziło często powtarzane słowa, że w Erfurcie przedstawienia odbywały się przed królami siedzącymi na parterze. Przedstawienie "Cynny" już się odbyło, ponadto odegrano jeszcze "Andromachę", "Britannicusa", "Mitridatesa" i "Króla Edypa". Podczas tego ostatniego przedstawienia wydarzyło się osobliwe wydarzenie, które napełniło widzów zdumieniem i radością. Aleksander, bardzo zadowolony z postawy Napoleona dał mu dowód wyjątkowego pochlebstwa. Przy słowach Edypa: "przyjaźń wielkiego człowieka jest darem bogów" Aleksander chwycił dłoń Napoleona i uścisnął ją z taką serdecznością, że poruszył serca wszystkich widzów. Czyn ten wywołał u obecnych powszechną aprobatę.  
 

IV.

Obaj monarchowie byli już 10 dni razem: pozostało już tylko ujęcie warunków ich sojuszu w formie pisemnej. By nie zaćmiewać z każdym dniem serdeczniejszego kontaktu wyjaśnianiem drugorzędnych spraw, obaj władcy postanowili pozostawić troskę o formalne zredagowanie tekstu porozumienia, które zawierać miało ich nowe postanowienia, swoim ministrom Rumiancewowi i Champagny i udali się do Weimaru, gdzie przygotowano dla nich wspaniałe przyjęcie. Rumiancew i Champagny pozostali w Erfurcie, by kłócić się o dokończenie powierzonego im zadania.

Pomiędzy Erfurtem i Weimarem leży las Etterburg. Książę Weimaru kazał tam przygotować dla swoich koronowanych gości kilka eleganckich pawilonów. Pawilony dla cesarzy i królów znajdowały się w środku i były rzeczywiście wspaniałe. Przed tymi pawilonami przejść musiała niezliczona ilość dzikiej zwierzyny, jeleni, danieli, sarn, które nie mogły uciec przed ogniem zaproszonych na to polowanie gości.

W Weimarze oczekiwało obu cesarzy wspaniałe przyjęcie. Na balu, zorganizowanym po wystawnym obiedzie, zebrała się cała śmietanka towarzyska Niemiec. Obecni byli też Goethe i Wieland (Christoph Martin Wieland, 1733-1813, niemiecki poeta i tłumacz, czołowy przedstawiciel niemieckiego Oświecenia - przyp. tłum.). Napoleon opuścił towarzystwo, by w kącie sali porozmawiać z oboma słynnymi niemieckimi poetami. Rozmawiał z nimi o chrześcijaństwie, Tacycie, o okrucieństwie tyranów, których imiona, jak stwierdził śmiejąc się, wypowiada bez obawy i oświadczył, że Tacyt przesadził w czarnych barwach malując obraz swojej epoki.

Po tej długiej rozmowie, w której dał on do zrozumienia obu wielkim poetom, że to dla nich opuścił dostojne towarzystwo, odszedł od nich, a oni czuli się zaszczyceni tak wielkim dowodem uwagi.

Spotkaniu w Erfurcie zawdzięczają oni udekorowanie orderem Legii Honorowej, wyróżnieniem, na które pod każdym względem zasłużyli, a które nie utraciło nic ze swojego blasku po przyznaniu go tak wybitnym ludziom.

Następnego dnia na polu bitwy pod Jeną odbyło się kolejna uroczystość. Zapał w chęci przypodobania się Napoleonowi był tak wielki, że zapomniano być może o własnej godności, przypominając w ten sposób jedną z najstraszniejszych bitew, które Francja wygrała w Niemczech. Na Landgrafenberg, gdzie przed dwoma laty, w nocy z 13 na 14 listopada (rocznica tego wydarzenia była blisko) biwakował Napoleon, ustawiono pawilon. Plan bitwy znajdował się w pawilonie przeznaczonym do przyjęcia gości. Tam też podano śniadanie.

Zanim Napoleon opuścił  wzniesienie, z którego widoczna była Jena, postanowił pozostawić świadectwo swojej dobroczynności. W trakcie bitwy nieszczęsne miasto zostało podpalone granatami. Napoleon ofiarował kwotę 300 000 franków dla tych, którzy wówczas ucierpieli. 
 

V.

Obaj cesarze upoważnili swoich ministrów Rumiancewa i Champagny do dokończenia umowy i 12 października 1808 roku doszli do następującego tajnego porozumienia: 
 

Cesarze Francji i Rosji uroczyście odnawiają swój sojusz i zobowiązują się  współdziałać zarówno w czasach pokoju, jak i wojny.

Każde oświadczenie złożone jednemu z nich ma natychmiast zostać przekazane temu drugiemu, a odpowiedź ma być wspólna i uzgodniona.

Obaj cesarze są  zgodni, by przedłożyć Anglii oficjalny traktat pokojowy, a mianowicie tak bezpośredni i otwarty, by trudno było angielskiemu rządowi go odrzucić.

Podstawą rokowań  ma być uti possidetis (zasada prawa międzynarodowego według której strony prowadzące konflikt wojenny godzą się na jego zakończenie z zachowaniem aktualnego w danym momencie stanu posiadania, a więc na usankcjonowanie wszystkich zdobyczy i strat wojennych - źródło: wikipedia.org).

Francja może zgodzić  się tylko na taki pokój, który zapewniałby carowi Rosji Finlandię, Mołdawię i Wołoszczyznę.

Rosja może przystać  tylko na taki pokój, który Francji, niezależnie od wszystkiego, co już posiada, zapewni koronę Hiszpanii dla króla Józefa.

Bezpośrednio po podpisaniu traktatu Rosja może uczynić wobec Porty konieczne kroki, by otrzymać  na drodze wojny albo traktatu pokojowego prowincje naddunajskie; ale (i to był główny punkt porozumienia) wyposażeni w pełnomocnictwa przedstawiciele i agenci obu partycypujących mocarstw porozumieją się w sprawie sposobu prowadzenia rozmów, by nie zagrozić istniejącej pomiędzy Francją i Portą przyjaźni.

Ponadto, jeżeli Rosja z powodu zajęcia prowincji naddunajskich będzie musiała wystąpić zbrojnie przeciwko Austrii i jeżeli ta zerwie stosunki z Francja z powodu tego, co swojego czasu uczyniła ona we Włoszech albo Hiszpanii, Francja i Rosja wystawią kontyngenty i wspólnie poprowadzą wojnę przeciwko temu mocarstwu.

W końcu, jeżeli efektem konferencji w Erfurcie miała być wojna zamiast pokoju, to obaj cesarze obiecali sobie przed upływem roku spotkać się ponownie. 
 

Spotkanie w Erfurcie spełniło swój cel; obaj cesarze byli zgodni; to było dla świata oczywiste. Aleksander wierzył, że w końcu dostał w swoje ręce Mołdawię i Wołoszczyznę; Napoleon był przekonany, że mocno przywiązał do siebie młodego władcę, przynajmniej tak mocno, by uniemożliwić wszelkie nowe koalicje, wystarczająco mocno, by do następnej wiosny mieć spokój ze strony Austrii. Miał nawet nadzieję, że ten tak oficjalnie zapowiedziany ścisły sojusz pomiędzy oboma największymi mocarstwami na ziemi zaowocuje pokojem światowym. 

Przedstawiciel Austrii, generał Vincent, mimo nieustannych prób zgłębienia tajemnicy umowy, niczego jednak nie osiągnął. Wiedział, że wymieniono wzajemne dowody przyjaźni, wiedział też, że zarysy sojuszu sformułowano w formie traktatu; ale zasadniczej tajemnicy danych sobie obietnic nie znał i przypuszczał więcej niż rzeczywiście osiągnięto. Cesarz przyjął go na pożegnalnej audiencji, ponowił swoje ostrzeżenia i powtórzył, że Austria na zawsze może zostać wykluczona ze spraw europejskich, jeżeli nadal będzie sprawiać wrażenie skłonnej do chwycenia za broń. Napoleon przekazał mu następujący list skierowany do cesarza Franciszka, zawierający wytłumaczenie jego postępowania: 
 

Erfurt, 14 października 1808 roku

Mój Bracie! Dziękuję  Waszemu Cesarskiemu Majestatowi, że był tak uprzejmy i skierował  do mnie list, przekazany mi przez barona Vincenta. Nigdy nie wątpiłem w uczciwe zamysły Waszego Majestatu, ale przez krótką chwilę obawiałem się jednak, że może dojść do ponownego wybuchu działań wojennych między nami. W Wiedniu istnieje partia, która udając trwogę próbuje skłonić cesarski gabinet do zastosowania przemocy, która w swoich skutkach wywołałaby jeszcze większe niż spowodowane wcześniejszymi wojnami nieszczęście. Ode mnie zależało, czy rozparcelować cesarstwo Waszego Majestatu albo przynajmniej ograniczyć jego władzę; ale nie chciałem tego. Czym ono jest obecnie, jest za moim pozwoleniem. To oczywisty dowód na to, że nasze rachunki są zamknięte, że nie chcę niczego od monarchii austriackiej i w każdej chwili jestem gotowy, zagwarantować jej integralność. Nigdy nie uczynię czegoś, co zagrażałoby jej zasadniczym interesom, ale Wasz Majestat nie powinien stawiać pod znakiem zapytania tego, o czym zadecydowało 15 lat wojny. Wasz Majestat musi zakazać każdą proklamację, każdy krok, które wywołałyby wojnę. Taki skutek miałby ostatni pobór rekruta, gdybym musiał obawiać się, że on oraz inne zbrojenia odbywają się w porozumieniu z Rosją.

Rozwiązałem obóz Związku Reńskiego. 100 000 moich żołnierzy maszeruje do Boulogne, by wziąć udział w realizacji moich planów wobec Anglii. Niech Wasz Majestat powstrzyma się od wszelkich zbrojeń, które mogłyby mnie zaniepokoić i odwrócić moją uwagę od Anglii. Po tym, jak miałem to szczęście rozmawiać z Waszym Majestatem i po podpisaniu traktatu w Preszburgu, uznałem nasze sprawy na zawsze za uregulowane i mogę teraz poświęcić moją uwagę wojnie na morzu bez obawy, że będę gdzie indziej niepokojony. Niech Wasz Majestat nie ufa tym, którzy opowiadają o niebezpieczeństwie zagrażającym jego monarchii, zakłócając tym spokój Wasz, Waszej rodziny i Waszego ludu. Ci, którzy tak mówią, są niebezpieczni, oni sami wywołują to niebezpieczeństwo, którego to niby obawiają się.

Otwartym, uczciwym postępowaniem Wasz Majestat uszczęśliwi swój naród i sam cieszyć się  będzie szczęściem, które po tylu niepokojach Wasz Majestat tak musi potrzebować i znajdzie we mnie człowieka, który nigdy nie podejmie niczego, co zagrozić może zasadniczym Waszym interesom. Niech postępowanie Waszego Majestatu będzie wyrazem zaufania, a będzie ono odwzajemnione. W dzisiejszych czasach najlepszą polityką jest otwartość i prawda. Jeżeli coś wzbudzi niepokój Waszego Majestatu, niech się nim ze mną podzieli, a ja rozwieję go natychmmiast. I niech Wasz Majestat pozwoli mi jeszcze na ostatnie słowo: niech Wasz Majestat postępuje zgodnie ze swoimi poglądami, swoimi uczuciami, to wszystko przewyższa zdecydowanie rady Waszych doradców. Proszę Wasz Majestat o pozytywne przyjęcie mojego listu i nie szukanie w nim niczego, co nie miałoby na celu dobra i spokoju Europy i Waszego Majestatu." 
 

Do tego równie uprzejmego jak dumnego listu Napoleon dołączył ponowne formalne żądanie uznania Józefa królem Hiszpanii, bo był to najskuteczniejszy sposób zmuszenia Austrii do wyjawienia jej zamysłów i, albo włączenia jej do swojego systemu albo wprawadzenia w zakłopotanie, z którego wyszłaby jedynie przez szczery pokój lub otwartą wojnę. 
 

Po pożegnaniu się  z cesarzami przybyli do Erfurtu władcy jeden po drugim odjeżdżali. Rankiem 14 października 1808 roku Aleksander i Napoleon, pośrodku przybyłego ze wszystkich stron tłumu i prezentującymi broń oddziałami, dosiedli koni i opuścili Erfurt.

Aleksander i Napoleon rozstawali się poruszeni i w dobrej wierze uścisnęli sobie dłonie. Aleksander udał się przez Weimar do Petersburga, Napoleon przez Erfurt do Paryża. Nie zobaczyli się już nigdy i żaden, nawet jeden, z ich ówczesnych projektów, nie został zrealizowany.

Po powrocie do Erfurtu Napoleon przyjął na audiencji pożegnalnej tych dostojników i książąt, którzy byli jeszcze obecni, kilka godzin później wsiadł do swojego podróżnego powozu i opuścił niepostrzeżenie to małe miasto, które przez krótki czas pozbawione zostało swojego typowego spokoju, by napełnić się nigdy nie widzianym blaskiem oraz zamieszaniem i pogrążyć się później ponownie w przyjaznej ciemności i spokoju. Pozostanie słynne jako miejsce, gdzie odbyło się to wspaniałe widowisko.

 

Tom VIII. Rozdz. V. Hiszpania 
 

I. Ogólne. Charakterystyka hiszpańskich Burbonów i króla Józefa. - II. Przyczyny wmieszania się Napoleona w sprawy hiszpańskie. - III. Listy hiszpańskich Burbonów do Napoleona. - IV. Książę Murat w Hiszpanii. - V. Napoleon w Hiszpanii. - VI. Opuszczenie Półwyspu Iberyjskiego. Traktat z Valençay. - VII. Powrót króla Ferdynanda do ojczyzny. - VIII. Uwagi krytyczne. Massena. Talleyrand. 
 

Uwaga tłumacza: niniejszy rozdział  jest jedynym, który Napoleon w swoich wspomnieniach poświęcił  konfliktowi w Hiszpanii, trwającemu od 1807 roku do 1814 roku i który jeśli nie w decydującym, to jednak w bardzo znacznym stopniu przyczynił się do klęski Napoleona i upadku cesarstwa. Znamiennym jest, że winą za rozpoczęcie konfliktu Napoleon obciąża przede wszystkim Talleyranda, nie szczędząc przy tym również Murata. Zastanawiająca jest też korespondencja własna, na którą powołuje się cesarz, a której istnienie nigdy nie zostało potwierdzone.

I.



Nie ulega wątpliwości, że nieszczęsna wojna hiszpańska w największym stopniu przyczyniła się do upadku cesarza. Zmusiła go do podzielenia jego sił, podwojenia wysiłków i sparaliżowała jego energię. A jednak Półwysep Iberyjski nie mógł zostać pozostawiony wrogim działaniom Anglików albo wydany intrygom i nadziejom Burbonów; ciężar, który wziął na swoje barki, od którego rozpoczęło się jego nieszczęście, był jego przeznaczeniem; Hiszpania stała się ponadto poligonem oddziałów angielskich i cesarz słusznie mówił: "Ja byłem tym, który na Półwyspie Iberyjskim wykształciłem armię angielską." Nawiasem mówiąc, dwór hiszpański nie zasługiwał na to, by obawiać się go. Stosunki obustronne obu nacji były całkowicie obce; na zamku Marrach koło Bajonny cesarz ze zdumieniem spostrzegł, że Karol IV i królowa nawet nie byli w stanie rozpoznać różnicy dzielącej panią de Montmorency i nowe damy dworu; nazwiska tych ostatnich były im bardziej znane, ponieważ wspominane były one w gazetach. Cesarzowa Józefina, która posiadała w tych sprawach szczególne wyczucie taktu, nie mogła wyjść ze zdumienia. Burbonowie poprosili na klęczkach cesarza, by adoptował którąś z młodych dam i uczynił ją księżniczką Asturii. W szczególności wymieniali nazwisko panny de Tascher późniejszej księżny Arenberg (Stephanie Tascher de la Pagerie, 1788-1832, córka Roberta Marguerite de Tascher de la Pagerie i Jeanne Le Roux de Chapelle, kuzynka cesarzowej Józefiny, w 1808 roku poślubiła księcia Prospera Ludwika von Arenberg - przyp. tłum.). Jednak cesarza powstrzymywały przed takim krokiem przyczyny natury osobistej. Przez jakiś czas zastanawiał się nad panną von Rochefoucauld, późniejszej księżną Aldobrandini (Adčle de La Rochefoucauld, 1793-1877, poślubiła w 1809 roku księcia Francois-Cajetana Borghese-Aldobrandini, brata szwagra Napoleona, Camille Borghese - przyp. tłum.), ale porzucił również ten zamysł i nie znalazł nikogo naprawdę mu oddanego, prawdziwej francuskiej patriotki, posiadającej odpowiednie cech charakteru i serca, ktąra mogłaby dostąpić tak wysokiego zaszczytu.

Wydarzenai te udowodniły cesarzowi, że pomylił się w wyborze swoich środków. Było jasne, że w kryzysie, w którym znajdowała się Francja, w walce nowego i starego świata, w konflikcie Francji z resztą Europy, nie można pozostawić Hiszpanii na boku. Musiała przystąpić do blokady kontynentalnej. Tego wymagał interes Francji. Hiszpania, okazała się wrogo nastawiona. Tego Napoleon nie mógł pozostawić bez odpowiedzi.

Liczył na łatwy sukces, tym bardziej, że naród hiszpański pogardzał swoim regentem i domagał się odnowy. Napoleon wierzył, że jest do tego powołany i zdolny dokonania odnowy na drodze pokojowej. Chciał uniknąć przelewu krwi, nawet jedna kropla krwi nie miała splamić oswobodzenia Kastylii! Obalił istniejące władze Hiszpanów, dał im konstytucję i przystąpił, może zbyt optymistycznie, do zastąpienia rządzącej nimi dynastii. Postawił na czele królestwa jednego ze swoich braci, który jednak niestety był wśród Hiszpanów pozbawiony wsparcia. W swoich działaniach Napoleon zważał na nienaruszalność i niezależność Hiszpanii, jej obyczaje i prawa i był przekonany, że czyni jej tym wielkie dobrodziejstwo. Z pewnością niektórzy Hiszpanie byli zadowoleni z przemian, ale ogrom oparł się formie ich przeprowadzenia. Podczas gdy cesarz oczekiwał uznania narodu wydarzyło się coś całkowicie przeciwnego: lud nie rozpoznał jego intencji i widział w jego działaniach tylko zniewagę, czuł się obrażony i wołał o pomstę; wszyscy chwycili za broń.

Niestety w Hiszpanii Napoleon nie znalazł też właściwych pomocników. Spośród generałów, którzy byli w Hiszpanii, wielu zasłużyło na stryczek. Dupont jest winny utraty półwyspu kosztem uratowania własnych bagaży.

Podczas wojny w Hiszpanii król Józef naciskał nieprzerwanie na swojego cesarskiego brata, by działaniami służb celnych zapobiegł wywożeniu pieniędzy z królestwa; wszystkie pieniądze, których zdobycie nie było udokumentowane, miały zostać przekazane do kasy państwowej. Napoleon zwrócił mu uwagę, że wówczas generałowie zamienią swoje łupy na diamenty albo ulokują swoje bogactwa w Anglii; a to prowadzić będzie ich do zdrady. Hiszpania w ten sposób poniosłaby straty, a dynastia napoleońska nic nie zyskała.

Król Józef był  mądrym i znaczącym człowiekiem. Gdyby urodził się w rodzinie panującej historia świata zaliczałaby go do najlepszych królów; ale był złym władcą narodów, który powierzył mu Napoleon. W Neapolu zajmował się tylko zakładaniem ogrodów; w Madrycie jego pierwszą troską było zamienienie w park niezabudowanych terenów rozciągających się od jego pałacu aż do Manzanares. Park jego pałacu Morfontaine był ładniejszy od parku w Saint-Cloud. W Hiszpanii chciał grać rolę wodza; zapomniał, że był królem, a nie głównodowodzącym armii napoleońskich; pomyślał o tym dopiero gdy niebezpieczeństwo zapukało do bram jego pałacu. Gdy sytuacja polityczna wsadziła mu koronę na głowę, przyzwyczajenie do życia towarzyskiego i szczęścia domowego było u niego już za głęboko zakorzenione. 20 razy na dzień zapominał, że jest królem.  
 

II.

Hiszpania od dawna była tematem myśli cesarza. Jej obyczaje, jej podział, jej stare przyzwyczajenia, rozpowszechniona wiara w zabobony jej nieoświeconego ludu były przeszkodami, które należało usunąć, jeżeli chciało się poprowadzić naród hiszpański do odrodzenia. Uczynić go wielkim i silnym można było jedynie przez instytucje konstytucyjne.

W krytycznych momentach, które przechodziła Francja w walce nowych idei stulecia przeciwko starej Europie, Napoleon nie mógł w swojej socjalnej reorganizacji pozostawić Hiszpanii na koniec. Nakazem chwili było wciągnięcie Hiszpanii za wszelką cenę, dobrowolnie lub przemocą, we francuskie przemiany; wymagała tego przyszłość Francji.

Zresztą konieczność ta uzasadniona została stanowiskiem Hiszpanii podczas wojny w Prusach i Polsce. Gdy wówczas widziała ona zagrożenie dla cesarza wypowiedziała sojusz zawarty przez starego króla z Napoleonem. Nie mógł on zapomnieć bezczelnej proklamacji Księcia Pokoju (Manuel de Godoy, 1767-1851, wiodący hiszpański polityk epoki napoleońskiej - przyp.tłum.) i niespodziewanego zaokrętowania 25 000 żołnierzy. Ta zniewaga nie mogła zostać bez kary, zasłużyła na odpowiedź w postaci wypowiedzenia wojny, a cesarz ciągle uważał za wielkie nieszczęście fakt, że nie uczynił tego kroku bezpośrednio po powrocie z Tylży. Nie ulega wątpliwości jak wówczas zakończyłby się ten konflikt. Ale ponieważ wojna przeciwko Prusom kosztowała kraj wiele ofiar, Francja potrzebowała wówczas spokoju.

Naród hiszpański gardził  swoim rządem, głośno domagając się reform. Można było  żywić nadzieję, że mogą one zostać przeprowadzone bez rozlewu krwi; spory w rodzinie królewskiej spowodowały bowiem ogólną jej pogardę, co potwierdziły wydarzenia w Bajonnie.

Konstytucja została dobrowolnie przyjęta i zaprzysiężona przez przedstawicieli wszystkich stanów. (15 czerwca 1808 roku w Bajonnie zebrali się zwołani przez Napoleona przedstawiciele prowincji hiszpańskich - Diputación general , którzy jako Zgromadzenie Narodowe - Junta Nacional - zatwierdzili przygotowany przez stronę francuską projekt nowej konstytucji hiszpańskiej, która opublikowana została 7 lipca 1808 roku w Gaceta de Madrid - przyp.tłum.).

Józef, nowy król Hiszpanii odbierał podczas swojej podróży z Bajonny do Madrytu tylko wyrazy hołdu, słysząc wszędzie jedynie wyrazy ogólnego zadowolenia. Ludność była wdzięczna za oswobodzenie z niewoli przestarzałych form władzy i dumna z szacunku, który cesarz okazywał hiszpańskiemu narodowi. W rzeczywistości król Józef był jedynym Francuzem pośrodku tego ludu, jego otoczenie składało się również wyłącznie z Hiszpanów, jego ministrowie, dworzanie i gwardia przyboczna, wszystko było hiszpańskie.

Konstytucja z Bajonny była dziełem ówczesnych stosunków; wszystko, co w niej było sprzeczne z interesem ludu, zniknęłoby z czasem. Hiszpania przyjęłaby, podobnie jak Polska, Niemcy i Włochy, zasady francuskiego prawa cywilnego, a na czele państwa i jego administracji staliby tylko wartościowi ludzie; różnice w urodzeniu nie odgrywałyby żadnej roli.

Wybór dynastii jest i może być tylko sprawą drugorzędną. Więzy rodzinne mają oczywiście swoją wartość, ale ta jest przemijająca i tak często krytykowana przez historię, że cesarz w swoim wyborze nie kierował się w swoich działaniach więzami rodzinnymi, nawet wtedy, gdy uczynił swoich braci królami Holandii, Westfalii, Neapolu i Hiszpanii. Sadzając ich na tron traktował ich tylko jako swoich przedstawicieli i agentów, których w każdej chwili mógł, zależnie od wymagań ostatecznych ustaleń, wynikających z ogólnego traktatu pokojowego albo odnowy na europejskim kontynencie, odwołać z powrotem do Francji. Osadzenie na tronie hiszpańskim jednego ze swoich braci, co było wynikiem wydarzeń w Bajonnie, nie było zatem jedynie efektem wygórowanej ambicji cesarza, lecz wynikiem intryg hiszpańskich władców, ich sporów rodzinnych i zdradzenia przez nich interesów Hiszpanii.

Pierwsze myśli o wmieszaniu się w sprawy hiszpańskie nasunęły się cesarzowi w Fontainebleau po pokoju w Tylży.

Talleyrand prowadził  właśnie rokowania z wysłannikiem Księcia Pokoju (Izquierdo) na temat podziału Portugalii, co miało być karą dla domu Braganza za podporządkowaniu się poleceniom gabinetu z St.James, gdy wybuchły nieporozumienia pomiędzy królem Karolem IV i jego synem, księciem Asturii. Książę Pokoju zamierzał je wykorzystać. Już od dawna nosił się z zamiarem zrealizowania marzenia księcia Alba o posiadaniu małego, niezależnego księstwa i dlatego domagał się, w nagrodę na okazane Francji oddanie, przekazania mu księstwa Algarve. To był punkt centralny wokół którego toczyły się rokowania. Izquierdo (Eugenio Izquierdo de Ribera y Lezaun, 1745-1813, przyrodnik i dyplomata hiszpański, dyrektor Królewskiej Akademii Historycznej, zaufany Manuela Godoya - przyp. tłum.) który był bardziej przedstawicielem królewskiego faworyta niż starego króla, był w stanie poświęcić wszystko dla realizacji tego punktu.  

Od tej chwili rokowania posuwały się szybko i 27 października 1807 roku podpisano konwencję. Talleyrand oficjalnie poinformował o niej przedstawiciela Portugalii w Paryżu, hrabiego Limę i przekazał mu wypowiedzenie wojny. Druga konwencja, efekt pierwszej, została tego samego dnia podpisana w Fontainebleau; określała ona siły, które wystawione mają być przez oba państwa przeciwko Portugalii. Liczący 30 000 żołnierzy korpus francuski miał pomaszerować, wraz z liczącą 10 000 ludzi dywizją hiszpańską na Lizbonę, a 40 000 Francuzów pomaszerować miało jako rezerwa do Bajonny i pozostać tam w gotowości, by móc pomaszerować w kierunku Portugalii na wypadek wmieszania się Anglii.

W trakcie prowadzenia rokowań Talleyrand nie zaniedbał żadnej okazji, by przypomnieć  cesarzowi dwuznaczne zachowanie madryckiego gabinetu w 1806 roku i osobliwą proklamację Księcia Pokoju z 3 października 1806 roku. Przekazał mu memorandum dotyczące zażaleń Francji wobec Karola IV i jego faworyta i zaproponował mu podjęcie wobec Hiszpanii zdecydowanej decyzji. Mówił: "Istnieje już tylko jedna gałąź rodziny Bourbon, która zasiada na tronie, a mianowicie hiszpańska. Oznacza to zagrożenie za plecami Francji, gdyby doszło do konfliktu w Niemczech. We wszystkich wojnach, które Francja prowadzić będzie na północy albo we Włoszech, ci ostatni Bourbonowie paraliżować będą i odwracać uwagę części jej sił i nieustannie stanowić źródło niepokojów. Podatna na angielskie intrygi i zawsze gotowa, by otworzyć swoje porty dla angielskich towarów i wojsk Hiszpania, zakłócać będzie ciągle wszystkie pokojowe i wojenne plany Francji. Dlatego nadszedł moment, by odebrać tej ostatniej gałęzi Bourbonów tron.

Gdy tylko na tronie Hiszpanii zasiądzie władca z cesarskiego domu, systematyczna budowa cesarstwa będzie zakończona. Teraz, gdy Prusy są rozbite, Rosja wskutek nieszczęśliwej wojny osłabiona brakiem pieniędzy i żołnierzy, Związek Reński umocniony, egzystencja królestwa Włoch zapewniona, a więzy przyjaźni z Orientem zawiązane, Francja nie musi obawiać się niepokojenia przez Austrię. Wasz Majestat ma zatem czas niezbędny, by spróbować i doprowadzić do pozytywnego końca przedsięwzięcie, na które wystarczy jedna kampanii i armia licząca 30 000 żołnierzy określonych w konwencji z 27 października. Armia ta może zostać sformowana i posłana za granicę bez wzbudzania najmniejszego podejrzenia. Hiszpania zaskoczona, z nienawiści do rządu i oczekiwaniu nowej władzy, nie będzie stawiać oporu, lecz powita żołnierzy Waszego Majestatu jak oswobodzicieli..."

Temat ten stał  się tematem codziennych rozmów pomiędzy cesarzem i Talleyrandem, mimo iż Napoleon nie brał poważnie planu zdobycia Hiszpanii armią liczącą jedynie 30 000 ludzi. W międzyczasie jednak miało miejsce wydarzenie, które mogło to umożliwić. Dlatego cesarz wezwał do Fontainebleau marszałka Moncey, który walczył w Pirenejach, by wypytać go o strategiczne punkty od granicy aż do Ebro. 
 

III.

Talleyrand nie przepuścił  żadnej okazji zapewnienia cesarza o swoim bezgranicznym oddaniu i bezgranicznemu uzależnieniu. Nieprzerwanie radził mu osadzenie jednego z braci na tronie hiszpańskim po przegonieniu dynastii bourbońskiej. Jego nacisk na natychmiastowe wykonanie jego planu był oczywiście bez efektów. Bo zamiast wkroczyć do Hiszpanii na czele 30 000 żołnierzy cesarz udał się do Wenecji nie odpowiadając na listy hiszpańskich Bourbonów, którzy błagali go o ingerencję. Te interesujące listy są następującej treści: 
 

Saint-Laurent, 29 października 1807.

"Mój Panie Bracie!

W tej chwili, gdy ja myślałem jedynie o środkach prowadzących do zniszczenia naszego wspólnego nieprzyjaciela i gdy mogłem przyjąć, że wszystkie spiski byłej królowej Neapolu pogrzebane zostały wraz z jej córką, zauważyłem ze wstrętem, który mną wstrząsnął, że zły duch intryg dotarł aż do murów mojego pałacu. Ach! Moje serce krwawi przy opowiadaniu o tym wstrząsającym zamachu! Mój własny syn i przypuszczalny następca tronu zawiązał straszliwy spisek, by pozbawić mnie tronu, zamierzał nawet dokonać czegoś nienaturalnego, przekraczającego wszelkie wyobrażenia, czyhał na życie swojej matki! Zamach tak okropny musi być ukarany z całą surowością prawa. Prawo, które uprawnia go do dziedziczenia tronu, musi zostać anulowane. Na tronie i w moim sercu zastąpi go jeden z jego braci. W chwili obecnej tropię jego wspólników, muszę dotrzeć do korzeni tego wielkiego przestępstwa. Bezzwłocznie poinformuję Waszą Cesarską i Królewską Mość o wynikach śledztwa i dołączam prośbę o wsparcie mnie radami.

Kończę, mój wielki Bracie, prosząc Boga, by miał Wasz Cesarski i Królewski Majestat w swojej świętej i łaskawej opiece.

Karol" 
 

"W Escurialu, 11 października 1807.

Obawa, by nie naprzykrzać  się Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości w jej ważnych zajęciach, powstrzymywała mnie dotychczas od wyrażenia moich najgłębszych uczuć i przynajmniej na piśmie zapewnienia o moim najwyższym szacunku, poważaniu i oddaniu dla bohatera, który postawił w cień wszystkich swoich poprzedników, człowieka, wysłanego przez Opatrzność by uratował Europę od grożącej jej zagłady, jego, który wspiera chwiejące się trony i przynosi narodom pokój i szczęście.

Wspaniały charakter Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości, Jej powściągliwość, Jej dobro wobec nieprzejednanych wrogów budzi we mnie nadzieję, że wyrażone uczucia przyjęte będą jako wynurzenia płynące z serca, które pełne jest prawdziwego podziwu i przyjaźni dla Waszego Majestatu.

Przymusowe położenie, w którym znajduję się, na pewno nie uszło bacznemu oku Waszego Majestatu i było również przyczyną milczenia mojego pióra. W tej chwili zdecydowałem się, w zaufaniu w wielkoduszność Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości, nie tylko okazać uczucia, które żywię dla Waszej osoby, lecz również udać się pod Jej ojcowską opiekę.

Jestem głęboko nieszczęśliwy, zmuszony przez okoliczności, że muszę ukryć dobry uczynek jak przestępstwo; to są skutki dobroci najlepszego z królów!

Pełen szacunku i synowskiej miłości dla tego, któremu zawdzięczam moje życie i który posiada najuczciwsze i naszlachetniejsze serce, z trudem ośmielam się zwrócić uwagę Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości, że właśnie te cechy, które zazwyczaj są tak cenne, służą intrygującym i podstępnym osobom jak narzędzie do przesłonięcia oczu władcy.

Jeżeli ci ludzie, które nas niestety tutaj otaczają, przedstawiliby władcy cechy serca Waszego Majestatu takimi, jakimi ja je znam, z ogromną gorliwością  podjąłby wysiłki umocnienia więzów, które łączą nasze domy! A co byłoby skuteczniejszym środkiem do tego, niż zgoda Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości połączenia mnie z księżniczką Waszego czcigodnego domu? Jest to powszechne życzenie wszystkich poddanych mojego ojca; będzie to również jego życzeniem, mimo intryg małej liczby złośliwców, gdy tylko pozna zamiary Waszego Majestatu. Tylko tego sobie życzę. Ale nie odpowiadać będzie to otaczającym mojego ojca zausznikom, co mnie bardzo martwi.

Tylko pozytywna odpowiedź  Waszego Majestatu może te intrygi powstrzymać, otworzyć oczy moim ukochanym rodzicom, uszczęśliwć nas i równocześnie stworzyć podstawy dobrobytu mojego narodu.

Cały świat będzie podziwiać Waszą Cesarską i Królewską Mość, jeżeli raczy Ona połączyć mnie ze swoją rodziną  i usunąć wszystkie istniejące problemy.

Taka oznaka dobroci Waszego Majestatu byłaby mi o tyle potrzebniejsza, bo ja z mojej strony nie mogę uczynić żadnego ruchu bez zarzutu obrazy ojcowskiego autorytetu. Pozostaje mi jedynie, jak dotychczas, odrzucanie wszystkich proponowanych związków, bez względu na osobę, jeżeli nie otrzyma ona akceptacji Waszego Majestatu, z którego jedynie rąk przyjmę moją przyszłą małżonkę.

Tego szczęścia oczekuję  od łaski Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości i proszę Boga, by zachował jeszcze długo Ją przy życiu.

Pisane własnoręcznie, podpisane i przypieczętowane moim herbem w Escurialu 11 października 1807 roku,

Oddany sługa i brat Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości

Ferdynand" 

(list ten, wraz z innym, adresowanym do ambasadora francuskiego w Madrycie, Beauharnais, wysłany został dopiero 20 października i dotarł do Paryża 27 albo 28 tegoż miesiąca - przyp. tłum.). 
 

IV.

Wojska francuskie pod dowóddztwem księcia Murata przekroczyły Pireneje i, zgodnie z postanowieniami z Fontainebleau, wkroczyły do Hiszpanii. Sytuację skomplikowały jednak nieprzewidziane okoliczności. Francuski ambasador Beauharnais (Francois de Beauharnais, 1756-1823, brat Aleksandra, pierwszego męża cesarzowej Józefiny, od 1806 roku ambasador Francji w Hiszpanii - przyp.tłum.) zameldował cesarzowi, że Książę Pokoju poradził królowi Karolowi wycofanie się najpierw do Sewilli, a następnie ucieczkę do Meksyku i oddanie półwyspu Anglikom. Tłumaczyć tę radę może jedynie faktem, że książę na drodze okropnej zdrady dowiedział się o przekazanym Napoleonowi przez Talleyranda w Fontainebleau memorandum. Krótko potem nadeszła depesza od Beauharnais z której cesarz dowiedział się o przewrocie pałacowym, w wyniku którego korona dostała się w ręce Ferdynanda. Równocześnie otrzymał od starego króla protest wraz z listem, w którym prosił on cesarza o ochronę i wzywał wszystkie kary niebios na głowę ojcobójcy, księcia Asturii.

Karol IV pisał  21 marca 1808 roku z Aranjuez do cesarza:

" Mój Panie Bracie!

Z pewnością słyszał  Pan o wydarzeniach w Aranjuez i ich skutkach. Wasz Majestat z pewnością widzi we mnie zmuszonego do abdykacji króla, który chce oddać się w ręce innego władcy, jego sojusznika i stanąć całkowicie do jego dyspozycji; tylko on może oddać mu jego szczęście i odbudować spokój jego rodziny i jego wiernych poddanych. Oświadczenie o oddanie korony mojemu synowi złożyłem jedynie zmuszony okolicznościami, przestraszony brzękiem broni i krzykami mojej podburzonej straży przybocznej, które przekonały mnie, że muszę wybierać pomiędzy życiem i śmiercią. Moja śmierć bez wątpienia pociągnęłaby za sobą śmierć królowej! Dlatego byłem zmuszony abdykować. Dzisiaj, uspokojony, zwracam się pełen zaufania we wspaniałomyślność i geniusz tego wielkiego człowieka, który zawsze był moim przyjacielem i poddaję się jego rozstrzygnięciom, obojętnie, co postanowi o losie moim, królowej i Księcia Pokoju. Składam na ręce Waszego Cesarskiego Majestatu protest przeciwko wydarzeniom w Aranjuezie i mojej abdykacji. Ufam całkowicie w dobroć Waszego Majestatu i błagam Boga, że weźmie Wasz Majestat pod swoją świętą i łaskawą opiekę. Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości oddany brat i przyjaciel

Karol" 
 

"Protest

Protestuję i oświadczam, że mój dekret z dnia 19 marca, w którym abdykuję na rzecz mojego syna, jest aktem na mnie wymuszonym i na który wyraziłem tylko dlatego zgodę, by zapobiec większemu nieszczęściu i rozlewowi krwi moich ukochanych poddanych. Z tego powodu należy uznać go za nieważny.

Karol" 
 

29 marca 1808 roku cesarz pisał do Murata:

"Mości Wielki Książę Bergu,

obawiam się, czy nie wprowadza mnie Pan w błąd co do sytuacji w Hiszpanii i czy sam Pan nie pozostaje w błędzie. Wydarzenia z 19 marca w nieprzyjemny sposób skomplikowały sytuację. Jestem bardzo zaniepokojony.

Niech Pan nie sądzi, że zaatakował Pan bezbronny naród i że do podbicia Hiszpanii wystarczy pokazać nasze wojska. Rewolucja z 20 marca pokazała, ile energii drzemie w Hiszpanach. Ma Pan do czynienia z nowym ludem, jest odważny i ogarnięty będzie entuzjazmem ludzi, którzy nie zużyły jeszcze namiętności polityczne.

Panami Hiszpanii są  arystokracja i duchowieństwo. Jeżeli oni zaczną obawiać  się o przywileje i byt to wywołają przeciwko nam powszechne powstanie, które może przeciągnąć wojnę w nieskończoność. Mam stronników, ale jeżeli wystąpię jako zdobywca, mieć ich nie będę.

Książę Pokoju jest znienawidzony, ponieważ obwiniają go, że wydał  Hiszpanię w ręce Francji; to jest powód, którym posłużył  się Ferdynand przywłaszczając sobie tron. Stronnictwo ludu jest najsłabsze.

Książę Asturii nie posiada żadnych cech potrzebnych zwierzchnikowi narodu, co wszakże nie przeszkodzi, żeby z niego zrobiono bohatera, byleby postawić go przeciwko nam. Nie chcę, by dopuszczano się gwałtów względem osób należących do tej rodziny, stanie się znienawidzonym i rozpalenie nienawiści nigdy nie jest przydatne. Hiszpania ma przeszło 100 000 ludzi pod bronią, jest to więcej niż potrzeba do pomyślnego prowadzenia wojny wewnętrznej; rozdzieleni na różne punkty posłużyć mogą za zawiązek ogólnego powstania w całej monarchii przeciwko Francji.

Przedstawiam Panu ogół przeszkód, istnieją jeszcze inne, które sam Pan poznasz.

Anglia nie zaniedba okazji dla przysporzenia nam kłopotów; codzienne wysyła swoje awizo (lekkie, statki pomocnicze, używane często do celów rozpoznawczych - przyp. tłum.) do sił utrzymywanych na wybrzeżach Portugalii i Morzu Śródziemnym, rekrutuje Portugalczyków i Sycylijczyków.

Ponieważ rodzina królewska nie wyjechała do Ameryki, lecz pozostała w Hiszpanii, tylko rewolucja może zmienić stan tego kraju; jest on jednak ze wszystkich krajów Europy do tego najmniej przygotowany. Ludzie, którzy rozpoznali potworne wady tego rządu i anarchię, która zajęła miejsce legalnej władzy są w mniejszości; większość usiłuje z tych wad i anarchii wyciągnąć korzyści.

W interesie mojego cesarstwa mogę zrobić dla Hiszpanii wiele dobrego. Ale jakie są najlepsze do tego środki?

Czy mam iść do Madrytu? Czy mam stać się wielkim protektorem i rozstrzygać  pomiędzy ojcem i synem? Zdaje mi się trudnym pozostawienia Karola IV na tronie; jego rządy i jego faworyt stali się tak niepopularni, że nie utrzymaliby się nawet przez 3 miesiące.

Ferdynand jest wrogiem Francji, dlatego zrobili go królem. Umieszczając go na tronie wyświadczylibyśmy przysługę tym partiom, które od 25 lat pragną zagłady Francji. Spokrewnienie się z nim byłoby słabymi więzami: królowa Elżbieta i inne księżniczki francuskie zginęły nędznie kiedy można je było bezkarnie poświęcić okrutnej zemście. Sądzę, że nie należy spieszyć się i zasięgnąć rady o wydarzeniach. Należy wzmocnić korpusy na granicy Portugalii i czekać.

Nie pochwalam tak szybkiego zajęcia Madrytu przez Waszą Cesarską Wysokość. Nalepało zatrzymać armię 10 mil (45 kilometrów - przyp. tłum.) przed stolicą. Nie miałeś pewności, że lud i urzędy bez oporu uznają Ferdynanda. Książę Pokoju na pewno ma wśród urzędników swoich stronników; on sam oddany jest tradycyjnie staremu królowi, co może mieć swoje skutki. Pańskie wejście do Madrytu zaniepokoiło Hiszpanów i potężnie przysłużyło się Ferdynandowi. Rozkazałem Savary jechać do starego króla i przypatrzyć się, co się dzieje; on porozmawia z Waszą Cesarską Mością. Ja postanowię później, co należy przedsięwziąć, teraz sądzę, że muszę polecić Panu co następuje:

Zaprosi mnie Pan na spotkanie z Ferdynandem dopiero wtedy, kiedy uznamy iż sytuacja wymaga uznania go królem Hiszpanii. Niech Pan będzie uprzejmy wobec króla, królowej i księcia Godoya, wymaga od innych i sam okazuje im te same honory, jak dawniej. Niech Pan postępuje tak, żeby Hiszpanie nie mogli się domyślić, co zamierzam; nie przyjdzie to Panu trudno, bo ja sam jeszcze tego nie wiem.

Niech Pan da do zrozumienia szlachcie i duchowieństwu, że jeśliby Francja musiała wmieszać  się w sprawy Hiszpanii, ich przywileje i swobody będą poszanowane. Powiesz im, że cesarz życzy sobie udoskonalenia instytucji politycznych w Hiszpanii, że ją zbliżyć do stanu cywilizacji europejskiej i oswobodzić od rządu faworytów. Nie Pan mówi urzędników i mieszczanom, ludziom światłym, że Hiszpania potrzebuje odnowy rządu; że potrzebuje praw zabezpieczających obywateli od samowoli feudali, instytucji ożywiających przemysł, rolnictwo i sztukę. Odmaluj przed nimi życie w spokoju i dostatku w jakim żyje Francja, pomimo wojen, w które była wplątana; przedstaw blask religii przywróconej przeze mnie konkordatem z papieżem. Niech Pan przedstawi im korzyści, które mogą osiągnąć z odrodzenia politycznego: porządek i pokój wewnętrzny i potęgę zewnętrzną. Taki powinien być duch Pana słów i pism. Niech Pan nie przyspiesza żadnego kroku. Ja mogę czekać w Bajonnie, mogę przejść przez Pireneje i wzmocniwszy się od strony Portugalii z tamtej strony poprowadzić wojnę.

Ja pomyślę o pańskich własnych interesach, niech Pan sam się nimi nie zajmuje. Portugalia pozostaje w mojej dyspozycji i niech żadne osobiste plany nie zajmują Pana i nie wpływają na Pana postępowanie. To zaszkodziłoby mnie, a tym bardziej Panu. Za prędko realizujesz instrukcje z dnia 14 marca. Marsz, jaki nakazujesz generałowi Dupont jest zbyt pospieszny; z powodu wypadków 19 marca trzeba zmienić instrukcje. Wydasz nowe rozporządzenia; instrukcje odbierzesz Pan od mojego ministra spraw zagranicznych.

Rozkazuję utrzymanie surowej dyscypliny; żadnej łaski dla najmniejszych nawet przewinień. Ludności należy okazywać najwyższe względy; przede wszystkim szanować należy kościoły i klasztory.

Wojsko ma unikać  wszelkiego spotkania bądź z korpusami hiszpańskimi bądź  z pojednyczymi oddziałami, ani jedna ani druga strona nie powinna odpalić  ani jednego strzału.

Niech Solano przejdzie Badajoz, miej go Pan na oku; niech Pan sam wytyczy marszruty mojej armii w ten sposób, by zawsze znajdowały się w odległości kilku kilometrów od korpusów hiszpańskich. Wybuch wojny zniweczyłby wszystko.

Rozstrzygnięcie losów Hiszpanii należy do polityki i dyplomacji. Polecam Panu unikać  wszelkich konfliktów z Solano oraz innymi generałami i gubernatorami hiszpańskimi.

Codziennie będziesz mi Pan wysyłać dwie sztafety; w przypadku ważniejszych wydarzeń  wyślesz oficerów ordynansowych. Odeślij mi natychmiast szambelana de Torunon, który wręczy Tobie tą depeszę, ze szczegółowym raportem.

Napoleon" 
 

Uwaga tłumacza:

Powyższy list, który po raz pierwszy ukazał się  drukiem w dziele "Memorial de Sainte-Helene"  Emmanuela Las Cases, wymaga pewnego komentarza. Jak zgodnie twierdzą  Adolf Thiers ("Historya Konsulatu i Cesarstwa") oraz Jean Tulard ("Murat") został on sfałszowany. Ten pierwszy wierzył jednak w jego autentyczność i uznawał, że list ten był wprawdzie napisany, lecz nigdy nie został wysłany. Tezie ten zaprzecza Tulard pisząc: "...niepodważalnym dowodem na to jest sprzeczność z innymi dokumentami, brak jakichkolwiek odniesień do niego w całej reszcie cesarskiej korespondencji oraz jego niespotykany styl".

A oto co pisze na jego temat Thiers:

"List (...) był z mojej strony przedmiotem licznych śledzeń dla stwierdzenia jego autentyczności, o której często miałem wątpliwość. Powiem, jakie miałem powody do zaprzeczenia naprzód tej autentyczności i stanowcze pobudki moje do uwierzenia w nią, po drobiazgowych porównanaich z których w tym przedmiocie nabrałem zupełnego przekonania.

Wprzód nim będę  mówił o autentyczności niniejszego listu winienem powiedzieć  słówko o znaczeniu, jakie mu nadać  pragną. Chcą widzieć w tem dowód, że Napoleon nie pochwalał nic z tego, co zaszło w Hiszpanii, że wszystko zrobiono mimo jego wiedzy, wbrew jego woli, przez nierozważną lekkomyślność Murata, przez niecierpliwą jego ambicję. Jest to fałszywy wywód, gdyż wiliją dnia w którym ten list był napisany, nazajutrz i przez cały czas następny Napoleon pisał długi szereg listów rozkazujących słowo w słowo Muratowi, to wszystko, co było wykonane; i kiedy ten natchniony przez wypadki, wziął jaką rzecz na siebie, pokazało się, że Napoleon rozkazywał mu też same rzeczy z Paryża lub Bajonny. (....) Na pierwszy rzut oka, list tak jest przedziwny myślą i wysłowieniem, że nie wątpimy iż jest dziełem samego Napoleona. On sam istotnie pisał takim tonem o wielkich sprawach politycznych i wojennych. Takież wrażenie uczynił ten list na wszystkich pisarzach co się zaprzątali dotąd Napoleonem. Ale ci pisarze, nie znając nic wcale albo prawie nic prawdziwych dokumentów, nie mogli być jak ja uderzeni sprzecznościami, które wspomniany list zawiera z innemi szczegółami historycznymi i nawet nie podawali bynajmniej w wątpliwość jego autentyczności. Naprzód ten list w jawnej zostaje sprzeczności ze wszystkim, co porzedza i co następuje potem. Jedni datowali go 27, drudzy 29 marca. Tymczasem, z dnia 27, z dnia 30 są listy Napoleona mówiące zupełnie przeciwnie, to jest pochwalają Murata za wszystko, nie tylko pochwalają, ale polecają wejście do Madrytu, przepisują plan, według którego opanowano całą królewską rodzinę hiszpańską. Wreszcie jest to jedyny list w ogromnej korespondencji, który zostaje w sprzeczności z postępowaniem Murata, nakazanem przez Napoleona. (...) Co większa: list cesarza, z którego dalej umieszczamy wyciąg, wylicza wszystkie listy pisane w tamtych dniach, a wcale tego nei wymienia, o którym mowa. Przyjechawszy do Bordeaux i przypominając jeden po drugim listy, kolejno pisane do Murata, mówi: "odebrałem twój list z dnia 3 o północy, z którego widzę żeś odebrał mój list pisany dnia 27 marca. List z dnia 30 i Savary, który musiał już przyjechać, lepiej Ci jeszcze poznać dadzą moje zamiary." A więc ani słowa o liście z dnia 29. Jak przypuścić, aby go nie wyliczył, gdyby był napisany, zwłaszcza list zaprzeczający wszystkiemu, co rozkazał dnia 27 i 30? Musiałby przynajmniej wspomnieć o nim, oświadczając, że uważać należy go za niebyły. (...) Tak więc sprzeczność tego listu ze wszystkiem co poprzedza i następuje, brak jego w archiwum Luwru, milczenie Napoleona, milczenie Murata w tym przedmiocie, zrodziły we mnie powątpiewanie o jego autentyczności, a przynajmniej przekonały mnie, że nie był wręczony.

Teraz oto jakim sposobem jego autentyczność udowodniona została w moich oczach i jak nabrałem przekonania, że był napisany, ale nie wręczony. Że jest Napoleona wątpić nie mogę; i ile razy go odczytywałem, a czytałem może dwadzieścia razy, coraz o tem więcej się przekonywałem. Fałszerze mogą naśladować styl, ale nie umieją naśladować myśli; nade wszystko trzeba było, żeby się znajdowali pośród wypadków, aby potrafili z taką dokładnością mówić o odjeździe generała Savary, o poleceniu danemu panu de Tournon i o mnóstwie innych okoliczności, jakich pełno w tym liście. Jest w nim mianowicie jeden szczegół, który nadaje mu w oczach moich autentyczność zupełną, szczegół ten następujący: Napoleon mówi Muratowi: "Za nadto spieszysz się w instrukcyach danych generałowi Dupont." Istotnie są instrukcje z dnia 14 dane generałowi Dupont, które zasługują na wyrzuty, jakei Napoleon im czyni ze stanowiska obranego w tej chwili; gdyż, posuwając zbyt spiesznie generała Dupont na przód, Murat wystawiał tył armii na zamachy hiszpańskiego generała Taranco, odwołanego z Portugalii rozkazem Księcia Pokoju. Fałszerze nie mogli wiedzeić o tym szczególe, który nie może być wiadomym, chyba po najtroskliwszem przeczytaniu rozkazów wojskowych Napoleona. Dodaję, że ten szczegół przekonywa także iż fałszerzem nie moży być sam Napoleon, jakoby próbujący na wyspie Świętej Heleny sfabrykować list na usprawiedliwienie siebie z najcięższego błędu swego panowania; bo, pominąwszy to iż zanadto wiele miał pychy iżby działać w taki sposób, gdyż nie chciał nawet usprawiedliwić się kłamstwem ze śmierci księcia d'Enghien, niepodobieństwo, żeby wymyślił tę okoliczność rozkazów z dnia 14, ponieważ nie miał na wyspie Świętej Heleny dokumentów z Luwru; (....)

List więc, oprócz stylu, nosi na sobie dowód autentyczności ...." 

(źródło: A.Thiers "Historya Konsulatu i Cesarstwa, t IV., wydanie polskie Warszawa 1850). 
 
 
 

V.

Wydarzenia z Bajonny były efektem sytuacji stworzonej przez obalenie starego króla. Karol IV przekazał cesarzowi wszystkie swoje prawa, Ferdynand zrezygnował  ze swoich; utworzona została junta, której zadaniem było opracowanie i przedyskutowanie konstytucji, na podstawie której cesarski brat Józef zasiąść miał na tronie w Madrycie. Hiszpańscy grandowie nie tylko z radością przyjęli najwyższe stanowiska na dworze, lecz z zapałem ubiegali się o nie.

Po rozmowach w Erfurcie car Aleksander oddał Napoleonowi południe Europy do jego dyspozycji. Dlatego cesarz zdecydował się samemu stanąć na czele Armii Hiszpanii, by unicestwić angielskie machinacje i złamać  pobudzony nimi opór Hiszpanów.

Przekroczył Pireneje na czele 60 000 doświadczonych żołnierzy. Były to korpusy dowodzone przez marszałków Lannes, Soult i Ney oraz gwardia. Ale ku jego największemu zdumieniu, by dotrzeć do Madrytu, cesarz musiał najpierw walczyć i mimo zwycięstw pod Tudelą, Espinosą, Burgos i Somosierrą stolica przez 2 dni wzbraniała się z otworzyć swoje bramy.

Im łatwiejszym przedstawiał  opanowanie Hiszpanii Talleyrand w swoim memorandum z Fontainebleau, tym bardziej w zawziętym oporze Hiszpanów Napoleon postrzegał coraz większe zagrożenie dla przyszłości cesarstwa. Talleyrand nie mógł ukryć swojej zadawnionej nienawiści i cieszył się już z korzyści, które osiągnie z przyszłych niepowodzeń i rozczarowań opinii publicznej. W jego salonach słychać było wszelkiego rodzaju zarzuty dotyczące nienasyconego zapału wojennego cesarza i jego żądzy władzy. Miano mu za złe, że odrzuca wszystkie dobre rady; Talleyrand już dawno przepowiedział przebieg wydarzeń i w nagrodę za swoje przemyślane zachowanie i zdolność przewidywania musiał złożyć tekę ministra spraw zagranicznych, co uczynił jednak tym chętniej, gdy dostrzegł niemożność powstrzymania cesarza od dążenia ku zgubie. Intrygi salonowe tworzyły opinie partii, a partie zatruwały opinię publiczną. Policja informowała cesarza o tym niepokojącym rozwoju sytuacji, która wywoływała jego złość. Powinien był opublikować memorandum z Fontainebleau w "Monitorze", ale cesarz uznał to za niegodne jego osoby. 
 

Po zreorganizowaniu rządu w Madrycie i podporządkowaniu sobie prowincji północnych cesarz postanowił pomaszerować w kierunku Kadyksu. Wtedy to jednak otrzymał wiadomość o angielskiej armii generała Moore. Maszerowała ona w kierunku Valladolid, by przeciąć cesarzowi jego linie operacyjne i komunikację z Francją.

Dlatego cesarz musiał zwrócić się w jego stronę. Gdy tylko generał Moore dowiedział się o zbliżaniu się cesarza, przystąpił do odwrotu. Wojska cesarskie zostały powstrzymane podczas przekraczania gór Guadarrama przez trwającą 24 godziny burzę i biwakowały każdego wieczoru w obozie opuszczonym rano przez Anglików.

W Astordze do cesarza dotarł kurier z Paryża, który dostarczył złowieszcze wieści o koncentracji Austriaków nad Innem i przygotowaniu magazynów. Trwając w swojej starej nienawiści uznali oni, w obliczu wydarzeń w Hiszpanii, że nadeszła godzina zemsty i postanowili przystąpić do ofensywy. Poza tym cesarz został poinformowany przez arcykanclerza o przygotowywanym spisku, mogącym lada chwila wybuchnąć. Zgodnie z porozumieniami grupy wpływowych senatorów ustalono już obsadę nowego ministerstwa, na których czele znalazły się nazwiska Laplace, Tracy i Garat. Raport Clementa de Ris informował o wszystkich szczegółach organizacji nowego ministerstwa; wszystko było tak przygotowane, jak, nawiasem mówiąc, później, w 1814 roku, wykonano.

Te wiadmości były niezwykle istotne i wymagały natychmiastowego wyjazdu cesarza do Paryża. Nie zwlekał on ani sekundy i przekazał dowództwo nad armią  marszałkowi Soult. Już w 1805 roku Anglia podjudziła Austrię  przeciwko Francji, by odwrócić jej uwagę od planu desantu na Anglię. W 1809 roku zastosowano tę samą metodę, by doprowadzić do odwrócenia uwagi cesarza od Hiszpanii.

Cesarz musiał zrezygnować  z planu całkowitego podporządkowania sobie Hiszpanii. W tym celu zamierzał  pierwotnie pomaszerować z Coruny do Portugalii, stamtąd do Kadyksu, by wrócić później do Madrytu! Z wszystkiego tego musiał teraz zrezygnować.

Cesarz przybył  do Paryża kilka godzin przed gońcem, który miał poinformować  o jego przybyciu.

W niedzielę, 29 stycznia 1809 roku. W pierwszą niedzielę po swoim powrocie cesarz przyjął podczas porannej audiencji dostojników cesarstwa, ministrów, Wielkiego Kanclerza Legii Honorowej, prezydium Senatu i innych. Przed tym licznym zgromadzeniem cesarz wezwał Talleyranda do złożenia wyjaśnień. Przypomniał mu memorandum z Fontainebleau i jego nacisk na wmieszanie się w sprawy hiszpańskie.

"- Nie robię Panu - powiedział cesarz - żadnych wyrzutów o to, ponieważ ja sam później postępowałem według tych rad w niewłaściwym do tego czasie. Co panu zarzucam to fakt, że zmienił Pan swoją opinię w czasie, gdy odwróciło się od nas szczęście. Przypisuje Pan sobie jako zasługę dawanie mi rad, które są przeciwne do tych, którymi mnie Pan przez 6 tygodni zasypywał i za których wykonanie teraz mnie obciąża. Ja wiem wszystko, potrafię też wszystko zapomnieć. Ale jeżeli ktoś reprezentuje interesy, które są przeciwstawne moim, jeżeli intryguje przeciwko mnie, to musi też posiadać odwagę złożenia urzędu, który jest tak blisko związany z moją osobą."

Talleyrand milczał. Pojął, że jego następca został już mianowany. Tak było rzeczywiście, dwie godziny później pan Montesquiou miał w kieszeni nominację na to wysokie stanowisko!

Uwaga tłumacza:

powyższy tekst może sugerować,  że podczas wspomnianej rozmowy, po fiasku planu szybkiego opanowania Hiszpanii, Napoleon pozbawił Talleyranda stanowiska ministra spraw zagranicznych cesarstwa. Uczynił to jednak już 9 sierpnia 1807 roku, a następcą Talleyranda został Jean-Baptiste de Nompere de Champagny. W powyższym fragmencie chodzi o zwolnienie Talleyranda ze stanowiska Wielkiego Szambelana, na które nominowany został 11 lipca 1804 roku. Na stanowisko to Napoleon powołał wtedy księcia Elisabeth-Pierre de Montesquiou-Fezenac. 
 

VI.

Gdy niepowodzenia kampanii rosyjskiej zmusiły cesarza do skierowania armii francuskich z Hiszpanii nad Ren, książę Bassano (Hugues-Bernard Maret, 1763-1839 - przyp. tłum.), który był wówczas sekretarzem stanu, poradził cesarzowi ukończenie dwóch spraw, które mogły okazać się niebezpieczne. Miał oddać papieża Rzymianom, co uspokoiłoby wielu fanatyków oraz odesłać Ferdynanda do Hiszpanii, co ukróciłoby wpływy Kortezów i zwolniło dla Francji 100 000 doświadczonych żołnierzy. Takie uspokojenie na południu Europy przyczyniłoby się do zakończenia okropnej wojny na północy.

Niestety cesarz posłuchał tylko pierwszej części te rady i podpisał w Fontainebleau konkordat (25 stycznia 1813 roku - przyp. tłum.). Odnośnie Hiszpanii nie potrafił zrezygnować z sukcesów, których słusznie mógł się spodziewać wskutek ponoszonych tam od 1808 roku ofiar. W 1809 roku, kiedy wrogie demonstracje Austrii zmusiły cesarza do przekazania sterów działań królowi Józefowi i marszałkom, Hiszpania była państwem podporządkowanym. W czasie krótszym niż 3 miesiące 4 hiszpańskie armie w sile 160 000 ludzi były pobite i rozbite; Madryt i Saragossa były w rękach Francuzów, a armia angielska, po odniesieniu ogromnych strat, zmuszona do zaokrętowania.

Ale cesarz powinien był  pomyśleć o przemianach, które od tego czasu zaszły na półwyspie. Anglia dokonała ogromnych wysiłków, kontynuując je nieprzerwanie, marnując swoich żołnierzy i pieniądze.

Hiszpania jest z 3 stron otoczona przez morze i dlatego Anglicy mogli z łatwością  wysadzić  niespodziewanie wojska w Zatoce Biskajskiej, pod Walencją i Kadyksem.

Cesarz nie działał w Hiszpanii zbyt pospiesznie, lecz po jego wyjeździe zrobiono błąd zbyt powolnego działania. Gdyby mógł pozostać tylko kilka miesięcy dłużej, zająłby Lizbonę i Kadyks, pogodził stronnictwa i uspokoił cały kraj. Wojna partyzancka rozpoczęła się dopiero w rok po jego wyjeździe, spowodowana nieporządkiem, nadużyciami i rabunkami; winni ich byli marszałkowie, mimo najsurowszego zakazu Napoleona. Powinien on był dla przykładu kazać rozstrzelać największego wśród nich rozbójnika, marszałka Soult. Korpus marszałka Suchet, które zajmował królestwo Walencji nigdy nie cierpiał niedostatku, bo marszałek twardą ręką kierował administracją, podatki były regularnie płacone, a wojna była tam prowadzona mniej więcej tak, jak w Niemczech; wszystko dlatego, że Suchet sam dawał dobry przykład, postępował zgodnie z prawem i potrafił utrzymać dyscyplinę swoich wojsk. Gdyby inni marszałkowie postępowali tak samo, wojna ograniczyłaby się do bitewnych pól. 
 

Hiszpania po 5 latach zaciętych zmagań została stracona. Wojna prowadzona była nie tylko przeciwko dzielnej ludności, lecz także przeciwko portugalsko-angielskiej armii, która miała takie samo doświadczenie, jak francuska. Trudno zrozumieć złe manewry i strategiczne błędy, które doprowadziły do porażek pod Talaverą, Salamanką i Vittorią oraz kapitulacji pod Baylen! Powodem nie mógł być brak twierdz, bo armia francuska była w posiadaniu wszystkich. Prawdą jest, że Hiszpanie stawili Francuzom taki sam energiczny i pełen determinacji opór, jak swego czasu Rzymianom. Podbite ludy podporządkują się tylko wtedy swojemu zwycięzcy, jeżeli ten zrozumie, że można je poskromić tylko wprowadzając system łączący polityczną łagodność i surowość oraz zespolenie armii. Nic z tego nie wydarzyło się w Hiszpanii.

Gdyby cesarz zadowoliłby się nad Ebro obsadzeniem wojskiem punktów strategicznych zamiast pomaszerować na Somosierrę, Madryt i Benevent, by przegonić Anglików, to mimo zwycięstw pod Vittorią, Espinosą i Burgos, po dwóch miesiącach stanęłoby przed nim 200 000 Anglików, Portugalczyków i Hiszpanów, a armia francuska zostałaby wyparta za Pireneje.

Po odjeździe cesarza pościg za Anglikami prowadzony był osowiale i powolnie. Po zaokrętowaniu oddziałów angielskich marszałek Soult powinien był pomaszerować  na Lizbonę, Kadyks i Walencję, a polityce pozostałby jedynie akt końcowy. Jasnym jest, że gdyby nie austriackie wypowiedzenie wojny, a cesarz pozostałby jeszcze 4 miesiące w Hiszpanii, wszystko miałoby szczęśliwy koniec. Obecność cesarza była konieczna wszędzie tam, gdzie niezbędnym było odniesienie zwycięstwa. To był właśnie słaby punkt w jego pancerzu. Ani jeden z jego dowódców nie dorósł do dowodzenia dużymi związkami taktycznymi.

Po nieszczęśliwej bitwie pod Lipskiem w interesie Francji było bezzwłoczne zakończenie spraw hiszpańskich. Dlatego cesarz wysłał księcia San Carlosa (Jose Miguel de Carvajal, książę San Carlos, 1771-1828 - przyp. tłum.) do Valençay, by przekazał Ferdynandowi swoje życzenie przeprowadzenia rozmów na temat jego powrotu do Hiszpanii. Ponadto polecił hrabiemu Laforet (Antoine Rene Mathurin, hrabia de Laforet, 1756-1846, polityk francuski, między innymi konsul generalny Francji w Stanach Zjednoczonych, minister spraw zagranicznych po abdykacji Napoleona - przyp. tłum.) udania się potajemnie pod nazwiskiem Don del Bosco do Valençay, by podpisał z Ferdynandem traktat dający mu koronę i wolność. 
 

Ferdynand VII przebywał  w Valençay w posiadłości księcia Talleyranda, usytuowanej pośrodku najwspanialej we Francji położonego wielkiego lasu. Wraz z nim przebywali tam jego brat i stryj. Nie był otoczony posterunkami, miał własnych dworzan i służących i otrzymywał wszystko, czego chciał. Mógł poruszać się na obszarze wielu mil kwadratowych, polować i wyjeżdżać na spacer. Oprócz 72 000 franków, które skarb francuski płacił rocznie za wynajmowanie zamku Valençay, król Ferdynand otrzymywał na swoje utrzymanie 1,5 miliona franków rocznie. Pisał regularnie raz w miesiącu do Napoleona i równie regularnie otrzymywał odpowiedź. 15 sierpnia i w dniu imienin cesarzowej nigdy nie zapomniał o iluminacji zamkowego parku i rozdaniu jałmużny. Wielokrotnie prosił cesarza o pozwolenie udania się do Paryża; podróż ta była jednak z roku na rok przesuwana. Prosił też cesarza o przyjęcie jako syna i oddaniu mu ręki francuskiej księżniczki. Miał do dyspozycji bardzo okazałą bibliotekę i często przyjmował odwiedziny okolicznej arystokracji oraz paryskich przemysłowców i kupców, którzy informowali go o bieżących wydarzeniach. Przez długi czas utrzymywał teatr, w którym gościnnie występowali paryscy artyści; jednak pod wpływem swojego spowiednika po pewnym czasie zespół teatralny rozwiązał.

Jego ojciec, król Karol IV i jego matka, królowa przez długi czas zamieszkiwali zamek w Compičgne; stamtąd przenieśli się do Marsylii, a później do Rzymu, gdzie zamieszkali w pałacu księcia Borghese. Otrzymywali rocznie 3 miliony franków. Siostra Ferdynanda, królowa Etrurii Maria Luiza, wzięła największy udział w hiszpańskich przemianach; jej korespondencja z Muratem, który wówczas dowodził w Hiszpanii, jest bardzo dziwna. Była ona stronniczką matki i odegrała dużą rolę w madryckich wydarzeniach. Przez długi czas zamieszkiwała w Nicei, skąd prowadziła potajemną korespondencję z dowódcami angielskiej floty śródziemnomorskiej. Gdy Napoleon dowiedział się, że życzy sobie opuszczenia Francji, kazał jej odpowiedzieć, że z przyjemnością widziałby, gdyby udała się do Anglii, na Sycylię albo do innego europejskiego kraju. Księżniczka nie odgrywała bowiem w jego planach żadnej roli, a jej wyjazd oszczędziłby skarbu państwa pół miliona rocznie. 
 

Ferdynand często oświadczał,  że chętniej przebywa w Valençay niż w Hiszpanii z Kortezami. Ale gdy jednak Napoleon zaproponował mu powrót na tron, nie wahał się ani chwili. Traktat był opracowany w krótkim czasie: królowi nie postawiono żadnych warunków, bo przecież nie można nazwać warunkiem iż musiał zobowiązać się, że poczynione w czasie jego nieobecności sprzedaże dóbr narodowych miały zachować swoją ważność i nie wolno mu prześladować nikogo, kto w tym czasie zajmował oficjalne stanowisko. Ferdynand oświadczył z całą stanowczością, że chce zachować taką sytuację, jaką zastanie po swoim powrocie i chce panować jako konsytucyjny monarcha. Natychmaist po podpisaniu traktatu (11 grudnia 1813 roku - przyp. tłum.) wystąpił ponownie z propozycją połączenia go więzami małżeńskimi z domem cesarskim. Życzenie to nie zostało spełnione, ale też nie odrzucone. W odpowiedzi usłyszał, że jeszcze nie nadszedł odpowiedni moment. Gdy Ferdynand będzie już zasiadał na hiszpańskim tronie i wystąpi ponownie z podobnym wnioskiem, zostanie on należycie rozpatrzony.

Rozmowy na temat traktatu z Valençay prowadzono w całkowitej tajemnicy. Ważnym było, by nie dowiedzieli się o tym Anglicy; pokrzyżowaliby oni w Hiszpanii plan, który miał na celu uwolnienie stacjonującej w Hiszpanii armii, by mogła na czas przybyć do Szampanii i wziąć udział w kampanii 1814 roku.

Wydarzenia, które rozgrywały się wówczas w Paryżu przyjęły jednak inny obrót. Stronnictwo, które dążyło do obalenia Napoleona, wyśledziło prowadzone rokowania. Próbowano przekonać cesarza, że ze względu na jego sławę nie może pozwolić sobie na rezygnację z Hiszpanii i czyniono wysiłki mające na celu wstrzymanie podpisanie traktatu. Gdy to nie udało się, stronnictwo to opublikowało treść traktatu i próbowało wszelkich intryg, by wstrzymać wyjazd Ferdynanda i opóźnić w ten sposób powrót Armii Hiszpanii do Francji. Ferdynand miał opuścić Valençay w listopadzie 1813 roku; w rzeczywistości przekroczył Pireneje dopiero w marcu 1814 roku! 
 

VII.

Marszałek Suchet pisał  do cesarza, że na pierwszą wiadomość o podpisaniu traktatu z Valençay i uwolnieniu króla członkowie Junty, którzy uważali to za swoją zasługę, oświadczyli, że udadzą się w stronę granicy, by być pierwszymi, którzy powitają konstytucyjnego władcę na hiszpańskiej ziemi. Ale opóźnienie jego przybycia wywołało nieufność i zrezygnowali ze swojego zamiaru.

Książę San Carlos, wysłannik króla Ferdynanda, został chłodno przyjęty przez Juntę w Madrycie. Gdy przyjęto do wiadomości zlecone mu zadania, zapytano, co robił, gdy Hiszpanie przelewali krew za swojego króla i narażali się na trudy, upokorzenia i niebezpieczeństwa. Zarzucono mu, że spędzał czas na przyjemnościach, luksus, w którym żył w Paryżu i jego rozrzutność, nawet jego miłostki! Wysłannnikowi odpowiedziano, że Ferdynand zostanie uznany królem po złożeniu przez niego przysięgi przed Kortezami; do tego momentu oddawane mu będą w Hiszpanii tylko honory przysługujące księciu Asturii; ponadto wydane zostaną rozkazy, by od Burgos na każdej stacji pocztowej na króla czekała licząca 60 ludzi eskorta, a urzędnikom wydane zostaną dyspozycje dotyczące odpowiedniego postępowania.

Z podobnym zadaniem jak książę San Carlos zostali wysłani z Valençay do Madrytu kolejno generał Elliot i siostrzeniec byłego ministra wojny w rządzie Józefa generała O'Farrila, Zayas. Zostali przyjęci ze strony junty z tą samą wyniosłością i wielkim lekceważeniem. Generałowie Elliotowi wyrzucano klęskę pod Walencją. Przewidywano, że generał Elliot i Zayas nie będą długo już cieszyć się łaską króla, gdy ten nasiąknie duchem Junty.

Ferdynand przybył  19 marca do Perpignan, a 22 do francuskiej kwatery głównej w Figuera, gdzie zamierzał odczekać na powrót Elliota i Zayasa. Wszystkie jego mowy świadczyły, jak wielkie jest jego poczucie wdzięczności dla Junty, Kortezów i narodu. Chciał rządzić wyłącznie zgodnie z prawem, które zwycięski naród sam dla siebie ustanowił. Pytał też marszałka Suchet o jego opinię odnośnie brzmienia proklamacji królewskiej, która miała uspokoić jego wiernych poddanych i przedstawić im jego uczciwe zamierzenia. Marszałek w pełni zaaprobował tekst odezwy, która zawierała najszczersze zamiary, radząc jedynie królowi, kierując się przesadzonym uczuciem taktu, by wyraźniej podkreślił zasługi armii hiszpańskiej.

Marszałek Suchet dziennie składał raporty cesarzowi o wszystkim, co robił Ferdynand, a Napoleon był w najwyższym stopniu zdziwiony szlachetnością jego działań i zamysłów. Żałował bardzo, że nie uznał go w Bajonnie królem, gdy dowiedział się, że Ferdynand jest zdecydowany zrzucić jarzmo Kortezów. W drodze do Madrytu Ferdynand zamierzał zatrzymać się w Saragossie, by swoją obecnością w ruinach tego wielkiego i słynnego miasta oddać swoim wiernym poddanym hołd okazanej przez nich odwadze. Na wszystkei strony rozesłani zostali gońcy, by wezwać chłopów do tłumnego złożenia hołdu podczas przejazdu króla. Ferdynand upajał się tym zachwytem, który w szczególnym natężeniu wybuchł w Saragossie. Od tego momentu z jego zachowania zniknął rozsądek. Junta zauważyła grożące jej niebezpieczeństwo. W międzyczasie jednak generał Elliot na rozkaz króla zebrał około 10 000 oddanych królowi ludzi. Zmusił do ucieczki wierne Juncie bataliony, a Ferdynand wkroczył jako zwycięzca do Madrytu. Kontrewolucja odniosła sukces, a na tronie Filipa V zasiadł znowu władca absolutny.

Ferdynand nieustannie podkreślał swoją skrajną niechęć wobec Kortezów. Hiszpanie jeszcze przez długi czas żałowali utraty nadanej im w Bajonnie konstytucji. Gdyby została ona utrzymama, w sprawach cywlinych nie rozstrzygałyby więcej sądy kościelne, w sprawach wewnętrznych obalone zostałyby wszelkie ograniczenia i bariery. Dobra narodowe nie leżałyby odłogiem, nieobrabiane i nie wykorzystane dla państwa i ludu. Hiszpanie mieliby arystokrację bez praw feudalnych; nikt nie byłby zwolniony z płacenia podatków i opłat powszechnych; to byłby dzisiaj inny naród!

Gdyby cesarz traktat z Valençay ratyfikował w dniu jego podpisania przez Ferdynanda, Hiszpania byłaby uratowana, a cesarstwo wyszłoby ze swojej walki przeciwko królowi z łaski Bożej jako zwycięzca!  
 

VIII.

Massena popełnił  wielkie głupstwo, nie obchodząc pozycji pod Bussaco, a przecież  to właśnie on tak doskonale znał wojnę w górach; ale czuł on osobistą urazę do Wellingtona. Pisał  do Napoleona, że weźmie do niewoli tego błazna; jak bardzo mylił się w swoim zapamiętaniu w ocenie wartości stojącego przed nim przeciwnika. Gdy Napoleon otrzymał jego list, rozpoznał natychmiast głupotę takiego osądu i przepowiedział porażkę Masseny. W pośpiechu wysłał mu dokładne rozkazy, zwracając mu uwagę na fałszywy osąd i skreślił mu plan manewru, który powinien wykonać, by odnieść zwycięstwo. Ale gdy jego rozkazy dotarły na miejsce było już za późno; odległość była zbyt wielka! W ten sam sposób popełniali głupstwa wszyscy zastępcy Napoleona; gdzie Napoleon nie był osobiście obecny, tam armia jego była pokonywana.

Massena byłby usprawiedliwiony, gdyby w dniu dotarcia do Torres Vedras natychmiast zaatakował  angielskie linie. Byłoby to jednak zbyt szybkie działanie; do przeprowadzenia rekonesansu pozycji, które chce się zaatakować, potrzeba bowiem czasu; niepojętym jest jednak fakt, że w liniach, których rekonesans Massena przeprowadził, rozciągniętych na odległość 36 kilometrów, nie znalazł ani jednego słabego punktu! I jak mógł stracić bezczynnie cały miesiąc? Usadowił się wygodnie w Santarem i nie uczynił najmniejszego wysiłku, by połączyć się z Soultem. Pozycje pod Santarem Wellington mógł łatwo obejść. Gdyby Napoleon był na miejscu Wellingtona, wykorzystałby tę możliwość; Massena pozostał na swojej pozycji z czystej próżności. Gdy w końcu w marcu (1811 roku - przyp. tłum.) zdecydował się na opuszczenie Portugalii powinien był wycofać się w kierunku Coimbry, tam umocnić i czekać! 
 

Gdy Napoleon, po powtórnym wyrażeniu Talleyrandowi swojego niezadowolenia zrozumiał, że jest on niepoprawny, a jego machinacje rzucają złe światło na jego rząd, zabrał mu w końcu tekę ministra. Ale Talleyrand był szczwanym lisem i wiedział, jak złagodzić ten cios. Udało mu się, mimo, że nie miał już w rękach kierownictwa spraw zagranicznych, wejść w 1808 roku w skład delegacji jadącej do Erfurtu w charakterze Wielkiego Szambelana. Podczas pobytu w Erfurcie przeforsował małżeństwo swojego bratanka z młodą księżniczką Kurlandii.

Krótko później zapadł  na chorobę wszystkich ministrów, którzy popadli w niełaskę: knowania i próbował na wszelkie możliwe sposoby utworzyć nowe ministerstwo odpowiadające jego interesom.

Mianowanie hrabiego Montesquiou pierwszym ministrem zakończyło te działania, ale uraziło śmiertelnie jego ambicję.

Talleyrand potrafił zarobić na wszystkim pieniądze i miał rzeczywiście wielki talent do spekulacji giełdowych. Jest udowodnionym, że sprzedał określone pisma Anglikom - nic ważnego, jedynie listy o drugorzędnym znaczeniu. Poinformowano go, że za każdy taki dokument otrzyma 1 000 luidorów. Książę Benewentu nie był człowiekiem wybitnym, unikał pracy, ale posiadał talent nie mówiąc nic i nie dając żadnych rad zmuszania innych do mówienia. By komuś być pomocnym dobrą radą, trzeba czuć do niego sympatię, a Talleyrand myślał jedynie o własnej korzyści. Nawet najbardziej korzystna dla państwa sprawa, jeżeli nie przynosiła mu korzyści, była odsuwana na bok. Można powiedzieć, że Talleyrand był personifikacją niemoralności. Trudno było znaleźć człowieka, którego w głębi swojego serca byłby bardziej nikczemny. Talleyrand potrafił milczeć i posiadał umiejętność opanowania do tego stopnia mimiki twarzy, że nie zdradazła jego myśli; ponadto miał jeszcze jedną, ważną zaletę: potrafił mianowicie nie spać do 3 nad ranem, co dla polityka jest bardzo przydatną cechą; o tej późnej porze mógł przywoływać do siebie ludzi na rozmowy bez wiedzy innych. 
 

Podczas pobytu Napoleona w Bajonnie miała miejsce mała intryga pałacowa której celem było doprowadzenie młodej lektorki do jego łoża.

Jednak gdy cesarz od generalnego dyrektora poczt Lavalette dowiedział się, że jest ona dziennie pouczana przez swoją matkę, co ma czynić, by zwrócić na siebie uwagę władcy, odesłał ją natychmiast do Paryża. Instrukcje te zawierały najdrobniejsze, budzące odrazę szczegóły. Była to obrzydliwa, bardzo obrzydliwa intryga, której autorem był Talleyrand.

Talleyrand miał  zawsze w zanadrzu tuzin metres dla cesarza!

 

Tom VIII. Rozdz. VI. Wojna 1809 roku. 
 

Część pierwsza.

Kampania w Bawarii. Essling.

I. Rozpoczęcie kampanii. Bitwa pod Abensberg (20 kwietnia). - II. Bitwa pod Eckmühl (22 kwietnia). Zajęcie Regensburga. - III. Przekroczenie Dunaju pod Wiedniem. - IV. Bitwa pod Aspern i Essling (21 i 22 kwietnia). - V. Odwrót na wyspę Lobau.  
 

I.

Problemy, które Napoleon napotkał w Hiszpanii, skłoniły gabinet wiedeński do pomyślenia choć raz o swoim narodzie. Rząd w Wiedniu wierzył, że potrafi złamać francuską potęgę jeżeli wezwie ludu do powszechnej walki. Równocześnie angielskie złoto dawało możliwość wystawienia licznych armii w Niemczech i Włoszech. Napoleon był zmuszony do przerwania swojego zwycięskiego marszu w Hiszpanii i pospieszenia do Niemiec, by skierować wszystkie siły, którymi dysponował, przeciwko Austrii. Ani przez moment nie wątpił w zwycięstwo, ale nowa wojna wybuchła w niekorzystnym dla niego okresie; w decydującej walce na kontynencie z gabinetem z St.James, podbicie Austrii było jedynie sprawą drugorzędną.

Po wymijającej, danej w "wiedeńskim stylu", odpowiedzi Wiednia na skargę Francji odnośnie austriackich zbrojeń, Napoleon skoncentrował kontyngenty Związku Reńskiego i zażądał od gabinetu wiedeńskiego wstrzymania przygotowań do wojny. Ćwierć miliona żołnierzy francuskich przebywało w Hiszpanii; w Dalmacji i pod Moguncją stacjonowało w sumie około 30 000; bawarskie, wirtemberskie i saskie pułki przebywały w obozach ćwiczebnych. W północnych Niemczech pod dowództwem Davouta stało 60 000 ludzi, w południowych, pod dowództwem Oudinota 30 000. Powołanie w 1809 roku rekrutów, przewidzianych do wcielenia w 1810 roku, na co zezwolił na wniosek cesarza Senat, powiększyło liczebność armii francuskiej w południowych Niemczech do 200 000 ludzi, którzy w kwietniu byli gotowi do walki.

Armia austriacka liczyła około 400 000 ludzi, którzy jednak mieli wystąpić jednocześnie przeciwko Bawarii, Włochom i Polsce. Na bawarskim teatrze wojny, na którym zapaść miało rozstrzygnięcie, cesarz austriacki miał  od początku przynajmniej o połowę więcej żołnierzy.



Armia austriacka przekroczyła 9 kwietnia Inn; w ten sposób rozpoczęły się działania wojenne i tym samym Austria wypowiedziała wojnę Francji, jej sojusznikom i Związkowi Reńskiemu.

Armia francuska i jej sojusznicy zajmowali następujące pozycje:

- korpus Davouta pod Regensburgiem

- korpus Masseny pod Ulm

- korpus Oudinota pod Augsburgiem

- kwatera główna znajdowała się w Strasburgu

- z trzech dywizji bawarskich:

pierwsza, dowodzona przez następcę tronu, pod Monachium, druga, pod generałem Deroy, pod Landshut, trzecia, pod generałem Wrede, pod Straubing; wszystkie trzy podporządkowane były marszałkowi Lefebvre;

- dywizja wirtemberska pod Heidenheim

- wojska saskie pod murami Drezna

- korpus Księstwa Warszawskiego, dowodzony przez księcia Poniatowskiego, pod Warszawą. 
 

10 kwietnia Austriacy okrążyli Passau, bronionego przez jeden z bawarskich batalionów; podobnie Kufstein. Oba manewry przeprowadzone zostały bez oddania jednego strzału.

Dwór bawarski opuścił  Monachium i udał się do Dillingen, dywizja bawarska, która stała pod Landshut, pomaszerowała do Achdorf, leżącego na lewym brzegu Isary.

Dywizja generała Wrede pomaszerowała do Neustadt. Marszałek Massena opuścił Ulm i udał się do Augsburga.

Od 10 do 16 kwietnia armia nieprzyjacielska posunęła się od Innu aż do Isary. Niewielki potyczki kawalerii zakończyły się pomyślnie dla Bawarczyków. 16 kwietnia pod Pfaffenhofen bawarskie 2. i 3.pułk szwoleżerów natknęły się na pułki huzarów von Stipsicz i dragonów von Rosenberg i rozbiły je. W tym samym czasie nieprzyjaciel dotarł do Landshut. Mimo, że przekroczył już most, bawarska dywizja generała Deroya stawiła zacięty opór. Ponieważ jednak zagroziły jej inne nieprzyjacielskie kolumny, które pod Moosburg i Freising przekroczyły Isarę, musiała ona wycofać się w kierunku pozycji dywizji generała Wrede, co przeprowadzone zostało w największym porządku. W ten sposób armia bawarska skoncentrowała się pod Neustadt.

12 kwietnia cesarz za pośrednictwem telegrafu optycznego otrzymał wiadomość o przekroczeniu przez armię austriacką Innu. Natychmiast opuścił Paryż i 16 kwietnia, o godzinie 3 nad ranem przybył do Ludwigsburga. Wieczorem tego samego dnia dotarł do Dillingen, gdzie spotkał króla Bawarii, któremu obiecał, że w ciągu 14 dni wprowadzi go z powrotem do jego stolicy, a afront, który go spotkał, pomści przez uczynienie go potężniejszym niż był którykolwiek z jego przodków.

17 kwietnia, o godzinie 2 nad ranem cesarz przybył do Donauwörth, gdzie udała się  kwatera główna i natychmiast wydał stosowne zarządzenia.

18 kwietnia kwaterę główną przeniesiono do Ingolstadt. Następnego dnia o świcie generał Oudinot, który wyruszył z Augsburga, natrafił pod Pfaffenhofen na 3-4 000 Austriaków, których zaatakował i rozproszył.

Massena dotarł  17 kwietnia ze swoim korpusem do Pfaffenhofen, marszałek Davout zbliżał się do Augsburga. Cesarz zamierzał wymanewrować nieprzyjaciela, który wyruszył z Ingolstadt i zaatakować go w chwili, gdy ten byłby przekonany, że sam jest stroną atakującą. Dlatego pomaszerował w kierunku Regensburga (Ratyzbony).

19 kwietnia Davout ruszył  dwoma kolumnami. Dywizje Moranda i Gudina tworzyły jego prawe skrzydło, dywizje St.Hilaire'a i Frianta lewe. Koło wioski Peising natrafiono na nieprzyjaciela, który był liczniejszy, ale mniej odważny i w ten sposób kampania rozpoczęła się znaczącym sukcesem. Generał St.Hilaire, wspomagany przez generała Frianta, rozbił wszystko, co stanęło na jego drodze, zajął pozycje nieprzyjaciela, zadając mu wielkie straty w zabitych i rannych oraz biorąc 600-700 jeńców. 57.pułk potwierdził swoją sławę. Przed 16 laty otrzymał on we Włoszech przydomek Straszliwy (La terrible) i potwierdził go teraz, zmuszając do ucieczki 6 pułków austriackich.

Na lewym skrzydle o godzinie 2 po południu generał Morand napotkał jedną z austriackich dywizji, którą zaatakował od czoła, podczas gdy Lefebvre na czele korpusu bawarskiego, który nadszedł od Abensbergu, zaatakował od tyłu. Dywizja austriacka już wkrótce porzuciła swoje pozycje, tracąc setki zabitych i wziętych do niewoli. Przed zapadnięciem zmroku korpus marszałka Lefebvre połączył się z marszałkiem Davout.

Nieszczęśni żołnierze austriaccy, których przy dźwiękach werbli i fanfar przyprowadzono z Wiednia i którym wmawiano, że na ziemi niemieckiej nie ma żadnej armii francuskiej, że będą mieli do czynienia jedynie z Bawarczykami i Wirtemberczykami, byli przerażeni na widok weteranów, których przyzwyczajeni byli uważać za swoich mistrzów i rozzłoszczeni na swoich oficerów, którzy wprowadzili ich w błąd.

Straty francuskie były niewielkie w porównaniu do strat wroga, który stracił przede wszystkim wielu oficerów, którzy musieli stawać w pierwszym szeregu, by pociągnąć za sobą żołnierzy.

Teraz cesarz postanowił  wystąpić przeciwko korpusom arcyksięcia Ludwika i generała Hillera, liczących w sumie 60 000 żołnierzy.

20 kwietnia pomaszerował  w kierunku Abensbergu, rozkazując marszałkowi Davout trzymanie w szachu korpusów Hohenzollerna, Rosenberga i Lichtensteina, podczas gdy sam, na czele dywizji Moranda i Gudina, Bawarczyków i Wirtemberczyków zamierzał  zaatakować frontalnie armię arcyksięcia Ludwika i generała Hillera. Równocześnie polecił marszałkowi Massenie marsz przez Freising, przejście na tyły nieprzyjaciela i przecięcie jego linii komunikacyjnych. Dywizje Moranda i Frianta tworzyły lewe skrzydło i podlegały rozkazom marszałka Lannesa. W tym dniu cesarz zdecydował się walczyć na czele Bawarczyków i Wirtemberczyków. Rozkazał oficerom obu korpusów utworzenie kręgu i wygłosił do nich następującą przemowę:

- "Przychodzę  do Was nie jako cesarz Francuzów, lecz jako protektor Waszej ojczyzny i Związku Reńskiego. Bawarczycy! Dzisiaj walczycie sami przeciwko Austriakom. Ani jeden Francuz nie stoi w pierwszym szeregu, Francuzi tworzą odwód, a nieprzyjaciel nic nie wie o ich obecności. W Waszej dzielności pokładam całe moje zaufanie. Poszerzyłem granice Waszego państwa, ale widzę, że nie uczyniłem jeszcze wystarczająco. W przyszłości uczynię Was tak wielkimi, że prowadząc wojnę z Austrią nie będziecie potrzebowali mojej pomocy. Od 200 lat sztandary bawarskie, pod osłoną Francji, opierają się Austrii. Jesteśmy w drodze do Wiednia, gdzie ukaramy Austrię za wszystko zło, które uczyniła Waszej ojczyźnie. Austria chciała podzielić Wasze państwo na miniaturowe księstewka, poróżnić Was i wcielić do swoich regimentów.

Bawarczycy! To ostatnia wojna, które musicie stoczyć z Waszym wrogiem; zaatakujcie go swoimi bagnetami i zniszczcie!" 
 

Przemówienie, wygłoszone przez cesarza po francusku, tłumaczył na niemiecki bawarski następca tronu. Do Wirtemberczyków Napoleon mówił o zwycięstwach, które odnieśli nad Austriakami, gdy służyli w armii pruskiej i o ostatnich sukcesach w kampanii śląskiej. Przemówienia te zrobiły oczekiwane wrażenie.

Następnie cesarz dał  sygnał do ataku; dostosował ruchy wojsk do specyficznego charakteru tych oddziałów. Generał von Wrede, wówczas dzielny oficer bawarski, znajdujący się na przedmieściu Siegenburga, zaatakował stojącą przed nim austriacką dywizję, a dowodzący Wirtemberczykami generał Vandamme, uderzył na jej prawe skrzydło. Marszałek Lefebvre z dywizjami bawarskiego następcy tronu i generała Deroy pomaszerował w kierunku wsi Neuhausen, by wyjść na drogę wiodącą z Abensbergu do Landshut. Lannes na czele swoich dwóch dywizji zmiótł skrajne lewe skrzydło nieprzyjaciela, popędził przed sobą i pomaszerował w kierunku Rohr i Rottenburga. We wszystkich punktach rozgorzała zacięta wymiana ognia armatniego. Nieprzyjaciel, zaskoczony tymi posunięciami, nie stawiał oporu dłużej niż przez godzinę, po czym przystąpił do odwrotu. Rezultatem tego starcia, które francusko-bawarsko-wirtemberską armię kosztowało tylko niewiele ofiar, było zdobycie 8 sztandarów, 12 armat i 18 000 jeńców.

Ponieważ bitwa pod Abensberg odsłoniła skrzydło armii austriackiej, cesarz 21 kwietnia o świcie wyruszył na Landshut. Bessičres zaatakował nieprzyjacielską kawalerię na nizinie przed Landshut i zmusił ją do odwrotu.

Generał dywizji Mouton rozkazał grenadierom 17.pułku, który maszerował  na czele kolumny, przekroczenie biegiem stojącego w ogniu prowadzącego do miasta mostu. Pożar nie stanowił dla żołnierzy żadnej przeszkody, most został zajęty, a 17.pułk wdarł się do miasta. Odrzuconego nieprzyjaciela zaatakowali żołnierze marszałka Masseny, który zbliżył się prawym brzegiem rzeki. W ten sposób Landshut było dla wroga stracone, a poniesione przy tym przez niego straty to 30 armat, 9 000 jeńców, 60 zaprzężonych wozów amunicyjnych, wspaniały sprzęt mostowy i wielkie magazyny. Kurierów, adiutantów głównodowodzącego arcyksięcia Karola, którzy ku swojemu zdumieniu napotkali w Landshut nieprzyjaciela, spotkał ten sam los: wszyscy zostali wzięci do niewoli.

Gdy cesarz maszerował  na Landshut napotkał marszałka Bessičres, który wycofywał  się. Napoleon rozkazał mu posuwanie się naprzód; marszałek zaprotestował twierdząc, że nieprzyjaciel jest zbyt silny. Napoleon zawołał: "Naprzód!" i Bessičres ruszył. Gdy nieprzyjaciel spostrzegł jego ruch, uznał go silniejszym, niż był w rzeczywistości i przystąpił do odwrotu. Tak dzieje się na wojnie. Żołnierzom nie wolno liczyć nieprzyjaciela, ale musi robić to dowódca! Ale o zwycięstwie bardziej decyduje siła moralna niż liczebność. Z tym musi dowódca liczyć się. 
 

II.

Podczas gdy bitwa pod Abensbergiem oraz walki o Landshut przyniosły tak znaczące rezultaty, arcyksiążę Karol połączył się z dowodzonym przez generała Kollowratha korpusem czeskim i odniósł pod Regensburgiem niewielki sukces. 1 000 żołnierzy 65.pułku, pozostawionych, by strzegli mostu w Regensburgu, nie otrzymało rozkazu wycofania się. Ci dzielni żołnierze, okrążeni przez armię austriacką, musieli po zużyciu całej swojej amunicji poddać się. Wydarzenie to dotknęło cesarza do żywego. Przysiągł sobie, że w przeciągu 24 godzin ulicami Regensburga popłynie austriacka krew, mszcząc afront uczyniony jego armii!

W tym samym czasie marszałkowie Davout i Lefebvre trzymali w szachu korpusy Rosenberga, Hohenzollerna i Lichtensteina. Nie było czasu do stracenia. Rankiem 22 kwietnia cesarz wyruszył z Landshut na czele obu dywizji marszałka Lannesa, korpusu Masseny, dywizji kirasjerów Nansouty i Saint-Sulpice oraz dywizji wirtemberskiej. O godzinie 2 po południu znalazł się naprzeciw Eckmühl, gdzie pozycje zajęły 4 korpusy armii austriackiej w sile 110 000 ludzi pod dowództwem arcyksięcia Karola. Marszałek Lannes na czele dywizji Gudina obszedł na lewym skrzydle jego pozycje. Gdy rozległ się sygnał do ataku, do natarcia ruszyły korpusy Davouta i Lefebvre oraz dywizja lekkiej kawalerii generała Montbrun. Można było wówczas ujrzeć jeden z najpiękniejszych widoków, jaki można zobaczyć na wojnie; 110 000 żołnierzy atakowanych równocześnie ze wszystkich stron i spychanych sukcesywnie ze wszystkich zajmowanych pozycji. Szczegółowy opis wszystkich wydarzeń bitwy byłby zbyt długi; wystarczy powiedzieć, że Austriacy zostali zmuszeni do całkowitego odwrotu w całkowitym chaosie, tracąc wiele armat i tysiące jeńców. Podczas gwałtownego ataku na wroga okrył się chwałą 10.pułk lekkiej piechoty z dywizji Saint-Hilaire; Austriacy zostali wyparci z lasu otaczającego Regensburg, zepchnięci na nizinę i rozproszeni przez francuską kawalerię. Wtedy do walki weszła silna i liczna kawaleria austriacka, by osłonić odwrót swojej piechoty. Jej prawe skrzydło zaatakowała dywizja Saint-Sulpice, lewe dywizja Nansouty; szeregi austriackich dragonów i kirasjerów zmieszały się; ponad 300 kirasjerów dostało się do niewoli. Zapadła noc.

Francuscy kirasjerzy kontynuowali swój marsz w kierunku Regensburga. Dywizja Nansouty natknęła się na będącą w odwrocie nieprzyjacielską kolumnę, zaatakowała ją i wzięła do niewoli. Składała się ona z 3 węgierskich batalionów liczących 1 500 ludzi.

Podczas ataku dywizji generała Saint-Sulpice na inny czworobok omal do niewoli nie dostał  się arcyksiążę Karol; swój ratunek zawdzięczał  on wyłącznie rączości swojego wierzchowca. Czworobok został  stratowany, kto nie poległ, dostał się do niewoli. W końcu ciemności wstrzymały dalszy pościg. W bitwie pod Eckmühl wzięła udział tylko około połowa sił francuskich. Armia austriacka, zażarcie ścigana, przez całą noc uciekała. Pułki podzieliły się na małe grupy, wszędzie panowało okropne zamieszanie. Wszyscy ranni, większa część artylerii, 15 sztandarów i 20 000 jeńców wpadło w ręce francuskie. Największą sławą okryli się kirasjerzy.

Pod Eckmühl Napoleon został lekko ranny; wcześniej był już dwukrotnie raniony. Jedna z ran pozostawiła głęboką bliznę powyżej lewego kolana. Pochodziła ona z pierwszej kampanii we Włoszech, a rana była wówczas tak poważna, że lekarze przez długi czas zastanawiali się, czy nie dokonać amputacji. Gdy Napoleon bywał ranny, ukrywał to przez wojskiem, by go nie zniechęcić. Pod Eckmühl został ranny w stopę. Podczas oblężenia Akki angielska bomba padła u jego stóp. Dwaj żołnierze chwycili go w objęcia, by osłonić go przed eksplozją. Nastąpił wybuch. Wszyscy trzej pokryci zostali ziemią i wpadli do powstałego w wyniku eksplozji leja i tylko jeden z żołnierzy został ranny. Napoleon mianował obu oficerami. Jeden z nich - generał Daumesnil - stracił pod Moskwą nogę i był dowódcą Vincennes, gdy cesarz opuścił Paryż. Gdy Rosjanie wezwali go do poddania się, odpowiedział, że podda twierdzę, gdy Rosjanie oddadzą mu nogą straconą pod Moskwą (Napoleon myli się w tym miejscu, Pierre-Yviex Daumesnil, 1777-1832, utracił prawą nogę w wyniku rany odniesionej w bitwie pod Wagram, w kampanii rosyjskiej nie wziął udziału. W latach 1812-1814 był komendantem Vincennes, a wspomnianą odpowiedź udzielił w 1814 roku Austriakom - przyp. tłum.).

Nawiasem mówiąc, cesarz był częściej ratowany przez oficerów i żołnierzy, którzy w momencie największego niebezpieczeństwa rzucali się przed niego. Tak było pod Arcole, gdy jego adiutant, pułkownik Muiron osłonił go podczas ataku swoim ciałem i odebrał cios, który przeznaczony był dla Napoleona. Padł martwy u stóp Napoleona, opryskując go swoją krwią, oddając swoje życie dla ratowania głównodowodzącego. Oddanie żołnierzy dla Napoleona było bezprzykładne. Nawet w najnieszczęśliwszych chwilach, umierając, żołnierze nie mieli na ustach ani jednego słowa skargi lub pretensji; nigdy żaden z wodzów nie miał pod swoją komendą wierniejszych żołnierzy. Tracili oni ostatnią kroplę krwi z okrzykiem na ustach: Vive l'Empereur! 
 

O świcie 23 kwietnia kontynuowano marsz na Regensburg; awangardę tworzyły dywizja Gudina i dywizje kirasjerów Nansouty i Saint-Sulpice. Już wkrótce zauważono nieprzyjacielską  kawalerię, która sprawiała  wrażenie, że przygotowuje się do obrony dojść do miasta. Kirasjerzy francuscy przypuścili kolejno 3 ataki, w których byli stroną zwycięską. Austriacka kawaleria została rozniesiona na szablach; 8 000 w popłochu zbiegło za Dunaj. W międzyczasie francuscy strzelcy podjęli próbą opanowania miasta, w którym austriacki dowódca z nierozumiałych powodów pozostawił 6 pułków, niepotrzebnie poświęconych. Miasto Regensburg otoczone jest znajdującymi się w złym stanie murami, bezwartościowymi fosami i kontrskarpą. Gdy pod miasto dotarła artyleria, utworzono z 12-funtowych armat jedną baterię. Marszałek Lannes znalazł uszkodzony fragment fosy i kazał jednemu ze swoich adiutantów przystawić drabinę, za pomocą której przedostano się najpierw na dno fosy, a potem na jej drugą stronę. Tą drogą Lannes wysłał jeden z batalionów, który dotarł do murów i przez znalezioną furtkę wdarł się miasta. Kto stawił opór, ginął; ponad 8 000 Austriaków dostało się do niewoli. Wskutek chaosu w swoich szeregach nieprzyjaciel nie zdążył zniszczyć mostu i Francuzi dotarli równocześnie z Austriakami na lewy brzeg.

Nieszczęsne miasto, którego obrona była barbarzyństwem, bardzo ucierpiało; przez część  nocy w mieście szalały pożary, ale dzięki wysiłkom generała Moranda i jego żołnierzy ogień udało się opanować i w końcu ugasić.

Straty francuskie we wszystkich bitwach od Abensbergu do Regensburga wyniosły około 1 200 zabitych i 4 000 rannych. Straty wśród oficerów nie były wielkie, ale wśród zabitych byli szef sztabu marszałka Lannes, generał  dywizji Cervoni i generał Hervo, szef sztabu marszałka Davout. Obaj byli dzielnymi, rozważnymi i energicznymi oficerami. 1 000 żołnierzy z 65.pułku, wziętych wcześniej do niewoli, zostało w większości uwolnionych.

Licząca 200 000 żołnierzy armia austriacka prawie w całości wzięła udział w walkach, z wyjątkiem 20 000 generała Bellegarde, który dołączył rankiem po bitwie pod Eckmühl, by być świadkiem zdobycia Regensburga, po czym pospiesznie wycofał się do Czech. Natomiast prawie połowa armii francuskiej nie oddała ani jednego strzału. Szybkie i niespodziewane ruchy armii francuskiej całkowicie zaskoczyły Austriaków, którzy z wysokości wielkich nadziei na zwycięstwo spadli w otchłań bliskiego zwątpieniu przygnębienia. 



 

III.

Po bitwie pod Eckmühl armia francuska pomaszerowała na Wiedeń. W mieście, które przygotowane zostało do obrony, dowodził arcyksiążę Maksymilian. Generał artylerii Lariboisiere ustawił w nocy za jednym z domów przedmieścia złożoną z 30 moździerzy baterię i rozpoczął ostrzał miasta, które następnego dnia otworzyło swoje bramy. Gdyby Wiedeń utrzymał się, operacje przybrałyby inny przebieg; ale mieszkańcy bombardowanej stolicy mają wielki wpływ na jej obronę. Po zdobyciu Wiednia, Napoleonowi wystarczyło do jego obsadzenia 8-10 000 żołnierzy. Cesarz był pewny, że Austriacy nie dopuszczą do zniszczenia swojej stolicy i wystarczyła pogóżka, że garnizon podpali miasto, by utrzymać mieszkańców w ryzach. 
 

W tym czasie arcyksiążę  Karol posunął się lewym brzegiem Dunaju; cesarz postanowił  uprzedzić go i przekroczyć rzekę. Pozycja na prawym brzegu Dunaju była tylko wtedy dogodna, gdy wzmocniona była przyczółkiem na lewym brzegu; w innym przypadku nieprzyjaciel miałby kontrolę nad wszystkimi jposunięciami armii francuskiej. Było to na tyle ważne, że Napoleon był skłonny wycofać się nawet do Enz, gdyby okazało się niemożliwym zdobycia pozycji na lewym brzegu Dunaju. Nie było to jednak łatwe, Dunaj w tym miejscu ma szerokość 1 000 metrów, głębokość 15-30 stóp i wartki nurt. Przekroczenie takiej rzeki w pobliżu silnej armii nieprzyjaciela wymaga dużej zręczności, bo nie wolno zbytnio oddalić się od swoich pozycji w obawie, że nieprzyjaciel, który posiadał 2 pociągi mostowe, sam przekroczy Dunaj i pomaszeruje na Wiedeń. Cesarz postanowił dokonać przeprawy przez rzekę w odległości 9 kilometrów od stolicy; w 1805 roku widział tam stosunkowo dużą wyspę, oddzieloną od prawego brzegu głównym nurtem, a od lewego szeroką na około 90 metrów odnogą (zwaną Schwarze Lackenau i położoną naprzeciw Nussdorf - przyp. tłum.). Gdyby opanował tę wyspę, mógłby się na niej usadowić i zamiast forsować szeroką na 1 000 metrów rzekę, musiałby przebyć jedynie 90-metrową odnogę. 16 maja książę Montebello (Lannes) przerzucił na wyspę 500 ludzi (z 72. i 105.pułku piechoty liniowej wchodzących w skład dywizji gen.Saint-Hilaire - przyp. tłum.); w pobliżu stał generał Bubna na czele 6 000 ludzi (Napoleon popełnił w tym miejscu błąd - akcję wyparcia Francuzów z wyspy przeprowadziły bataliony należące do korpusu generała Hillera, a akcją kierował jego szef sztabu, płk. von Csollich - przyp. tłum.); rzucił się na owych 500 żołnierzy, którzy oczywiście nie mogli stawić skutecznego oporu; część z nich została wzięta do niewoli, pozostali pod osłoną baterii złożonej z 12-funtowych armat i kilku haubic dotarli do łodzi. Po niepowodzeniu tego manewru cesarz wybrał na przekroczenie rzeki wyspę Lobau, leżąca 9 kilometrów poniżej miasta. Od prawego brzegu oddziela ją główny nurt rzeki, od lewego, wąska, szeroka na 100 metrów, odnoga. Cesarz postanowił usadowić się na tej wyspie. Dzięki temu zyskiwał umocniony obóz na lewym brzegu Dunaju i mógł, gdyby arcyksiążę, z zamiarem przejścia przez Dunaj i odcięcia mu linii operacyjnych, pomaszerował w kierunku Krems albo innego miejsca, z wyspy Lobau zaatakować go od tyłu. Generał dywizji Bertrand (Henri-Gratien Bertrand, 1773-1824 - przyp. tłum.) otrzymał rozkaz wybudowania pływającego mostu; 19 maja na wyspę przeszła awangarda i zajęła ją; przed południem 20 maja most był gotowy i armia rozpoczęła forsowanie rzeki. Ale po południu stan wody w Dunaju podniósł się o 3 stopy (około 90 centymetrów - przyp. tłum.), woda zerwała cumy i most został przerwany; kilka godzin później został naprawiony i armia mogła kontynuować przeprawę. Około godziny 6 po południu cesarz polecił budowę kolejnego mostu przez wąską odnogę rzeki. Generał Lasalle na czele 3 000 kawalerii przeszedł do Essling, przeprowadził rekonesans niziny we wszystkich kierunkach i napotkał austriacką kawalerię, z którą stoczył kilka drobnych potyczek. W przeciągu nocy usadowił się on pomiędzy Essling i Grossaspern. Cesarz biwakował na lewym brzegu w pobliżu przyczółka.

O świcie Napoleon udał  się do Essling i Grossaspern i rozstawił korpusy marszałków Lannesa i Masseny. O godzinie 12 w południe poziom wody w Dunaju podniósł się o następne 4 stopy. Wielki most został zerwany; przez rzekę udało się przejść tylko kirasjerom generała Espagne i dywizji kawalerii gwardii generała Nansouty; pozostała kawaleria i rezerwa artylerii musiała pozostać na prawym brzegu. Dwukrotnie w przeciągu dnia generał Bertrand naprawiał most, dwukrotnie został on zerwany. Gdy armia francuska opuściła Wiedeń, Austriacy podpalili wiele statków, by posłać je z nurtem rzeki w kierunku mostu pontonowego.

O godzinie 4 po południu generał Lasalle zameldował cesarzowi o zbliżaniu się armii arcyksięcia. Marszałek Berthier, książę Neuchatel, wspiął się na dzwonnicę kościoła w Essling i wykonał szkic ruchów austriackich kolumn; arcyksiążę atakował prawym skrzydłem Grossaspern, centrum Essling, a lewym skrzydłem Enzersdorf, tworząc w ten sposób półkole wokół Essling. Cesarz rozkazał wycofanie się na wyspę Lobau, pozostawiając 10 000 ludzi w lesie przed małym mostem. Jednak w tym momencie generał Bertrand zameldował, że poziom wody w Dunaju opadł, most jest odbudowany, a artyleria rozpoczyna przeprawę. Ponieważ było już późno, cesarz polecił pozostanie na poprzednich pozycjach; bo gdyby nieprzyjaciel zajął Essling, trudno byłoby je odbić. O godzinie 5 po południu padły pierwsze strzały, a wkrótce rozgorzała ożywiona wymiana armatniego i karabinowego ognia; wszystkie ataki wroga na Grossaspern i Essling zostały odparte, a 25 000 Francuzów przez 3 godziny stawiało opór 100 000 Austriaków. Po ilości ogni na biwakach, które zapłonęły wieczorem, poznano, że w dniu następnym odbędzie się rozstrzygająca bitwa. 
 

IV.

Armia francuska przewyższała armię arcyksięcia o 20 000 ludzi. Nie mogło być wątpliwości, kto będzie zwycięzcą. Ale o północy Dunaj przybrał w zastraszający sposób. Most znowu został zniszczony; dopiero o świcie udało się go odbudować. Teraz przeprawę rozpoczęła gwardia i korpus księcia Reggio (generał Nicolas Oudinot - przyp. tłum.). Pełen nadziei cesarz wsiadł na konia; los domu Habsburgów miał zostać dokonany. Po przybyciu do Essling cesarz rozkazał marszałkowi Lannes przełamanie centrum armii austriackiej; młoda gwardia otrzymała rozkaz przesunięcia się w kierunku Essling, by w decydującej chwili zaatakować nieprzyjacielskie lewe skrzydło, które opierało się o leżące nad odnogą Dunaju miasteczko Enzersdorf. Lannes rozwinął swoje dywizje ze zręcznością i zimną krwią, cechami, które nabył w setkach bitew. Wróg zrozumiał, że nie może pozwolić na przełamanie swojej linii; ale ta była zbyt rozciągnięta. Podczas gdy młoda gwardia maszerowała już przeciwko lewemu skrzydłu nieprzyjaciela, czynił on daremne wysiłki utrzymania swojej linii. Ale zwycięskie wojska zostały zatrzymane: znowu zerwane zostały mosty, wezbrany nurt porwał statki w dół rzeki. Na prawym brzegu pozostała jeszcze połowa kirasjerów, korpus marszałka Davout i cała rezerwa artylerii. To był ciężki cios; ale plan bitwy był tak dokładnie przemyślany, że mimo tych niesprzyjających okoliczności armii nie groziło żadne niebezpieczeństwo; w najgorszym wypadku mogła ponownie zająć pozycje na wyspie Lobau, gdzie była nie do ruszenia. Umocniony obóz był niesamowicie silny, osłaniany od rwącego nurtu odnogi Dunaju szerokim na 100 metrów rowem.

Cesarz wysłał  marszałkom Massena i Lannes rozkaz zatrzymania swoich pułków i zajęcia niepostrzeżenie swoich poprzednich pozycji. Lewe skrzydło Masseny opierało się o środek długiej na 5 kilometrów wsi Grossaspern; Lannes stał pomiędzy Grossaspern i Essling i opierał swoje prawe skrzydło o wspomnianą wieś. Manewr został przeprowadzony jak na Polu Marsowym. Wróg, który już pełen zwątpienia przystąpił do odwrotu, zaskoczony zatrzymał się. Już wkrótce Austriacy dowiedzieli się o zerwaniu mostów, ich centrum zajęło ponownie wcześniejsze pozycje. Była godzina 10 rano. Od tej chwili aż do godziny 4 po południu, czyli przez 6 godzin, 100 000 Austriaków przy wsparciu ognia 400 armat bezskutecznie atakowało 50 000 Francuzów, którzy mieli tylko 100 armat i z powodu braku amunicji musieli oszczędnie strzelać.

Wynik bitwy zależny był od posiadania wioski Essling. Arcyksiążę robił  wszystko, czego wymagała sytuacja; 5-krotnie atakował świeżymi siłami wieś; 5-krotnie został odparty. O godzinie 3 po południu cesarz rozkazał w końcu swojemu adiutantowi, generałowi Rapp i dzielnemu generałowi Mouton stanięcie na czele gwardii, utworzenie 3 kolumn i przypuszczenie szturmu na rezerwy nieprzyjaciela, które przygotowywały się do szóstego natarcia. Zostały one rozbite, zwycięstwo było po stronie Francuzów; arcyksiążę nie miał już żadnych świeżych sił i zatrzymał natarcie. Dokładnie o godzinie 4 po południu przerwano ogień, a przecież o tej porze roku można walczyć do godziny 10 wieczorem.

Stara gwardia, przy której znajdował się cesarz, przez cały czas stał w szyku, oddalona o karabinowy strzał od Essling, skierowana prawym skrzydłem w kierunku Dunaju, lewym ku Grossaspern. Po południu generał Dorsenne, dowódca grenadierów starej gwardii, za pośrednictwem przypadkowo znajdującego się u jego boku pułkownika Montholona zwrócił się z prośbą do cesarza o zezwolenie do natarcia, by rozstrzygnąć bitwę i zmusić Austriaków do odwrotu. Cesarz odpowiedział mu:

"- Nie! Mnie odpowiada takie zakończenie. Bez mostów i bez armat osiągnęliśmy więcej, niż się spodziewałem. Niech się Pan nie martwi."

Następnie cesarz przeprowadził  inspekcję wyspy Lobau. Obawiał się, że nieprzyjaciel zbuduje most do skrajnego cypla wyspy i przerzuci tam kilka batalionów. Nic nie pozostało z wielkiego mostu, ani jeden ponton nie był na swoim miejscu; w przeciągu 3 dni poziom wody w Dunaju podniósł się o 28 stóp. Niżej położone części wyspy zostały zalane. Cesarz rozkazał armii przekroczenie o o świcie wąskiej odnogi rzeki i rozbicie obozu na wyspie. Korpus marszałka Masseny przeprawił się przez rzekę dopiero o godzinie 12 w południe, nie będąc napastowany przez armię austriacką.

Taki był przebieg bitwy pod Essling. Nie zakończyła się ona wprawdzie zwycięstwem francuskiego oręża, ale nie była też, jak twierdzono, porażką; wystarczyło bowiem zajęcie wyspy Lobau, by zapewnić Francuzom posiadanie Wiednia. Stolicy Austrii nie można byłoby utrzymać, gdyby Francuzi stracili Lobau. Z umocnionego obozu panowali oni nad lewym brzegiem Dunaju. W ciągu 20 dni generał Bertrand wybudował 3 mosty na palach, co było 10 razy trudniejsze i kosztowniejsze niż mosty wybudowane przez Cezara na Renie.

Arcyksiążę uczynił podczas bitwy pod Essling wszystko, co mógł i co powinien. 
 

V.

Podczas trwania bitwy Napoleon przebywał cały czas pomiędzy Essling i Dunajem. Wielokrotnie próbowano skłonić go, by nie narażał swojego życia, ale on nie chciał o tym słyszeć tak długo, jak długo spodziewać się można było nowego ataku. Teraz, gdy wróg ograniczył się do kanonady artyleryjskiej, postanowił on osobiście zrobić rozpoznanie wyspy Lobau, wybrać tam najlepsze miejsce dla armii i wydać polecenia zabezpieczające odwrót. Upewniony o posiadaniu Essling, które zajmowały niedobitki dywizji Boudet i fizylierzy gwardii, kazał zapytać Massenę, czy może liczyć na utrzymanie przez niego Aspern, bo jak długo te dwa punkty były w posiadaniu armii francuskiej, odwrót był zabezpieczony. Massena odpowiedział:

"- Powiedźcie cesarzowi, że trzymać się będę dwie, sześć albo dwadzieścia cztery godziny, jeżeli potrzeba; tak długo, jak wymagać tego będzie ocalenie armii."

Cesarz pospieszył  następnie nad wąską odnogę rzeki płynącą pomiędzy lewym brzegiem i wyspą Lobau. Nawet ona zamieniła się w wielką rzekę, a wrzucone do wody przez wroga kamienie młyńskie poważne zagroziły mostowi. Widok obu brzegów rozdzierał serce. Długie rzędy rannych, częściowo, w miarę możliwości odniesionych na tyły, częściowo wspierających się na ramionach towarzyszy albo leżących na ziemi, czekały na przetransportowanie na wyspę; jeźdźcy bez koni, którzy dla ułatwienia marszu porzucili swoje kirysy; mnóstwo rannych koni, które instynktownie powlokły się do rzeki, by zaspokoić pragnienie; setki połamanych drewnianych wozów; nieopisany chaos i jęki boleści - scena, która ukazała się oczom cesarza i głęboko go poruszyła.



Zsiadł z konia, nabrał dłońmi wody, by odświeżyć twarz i w tym momencie zauważył posłanie z gałęzi, na którym leżał Lannes po amputacji nogi. Natychmiast pospieszył do niego, objął i wyraził nadzieję, że jego rany zaleczą się.

Lannes, bohater na łożu  śmierci, był głęboko poruszony myślą, że już  tak wcześnie dobiega końca jego droga sławy.

Jego ostatnie słowa skierowane do cesarza były:

"- Traci Pan swojego najlepszego przyjaciela i najwierniejszego towarzysza broni. Żegnaj i ratuj armię!"

Napoleon, głęboko poruszony, dosiadł znowu konia.

Lannes pochodził  z Langwedocji. Jako szef batalionu wyróżnił się w kampaniach włoskich 1796 roku, jako generał okrył się sławą w Egipcie, pod Montebello, Marengo, Austerlitz, Jeną, Pułtuskiem, Friedlandem, Tudelą, Saragossą, Eckmühl i Essling, gdzie zmarł śmiercią bohatera. Był rozsądny, ostrożny i dzielny, a w obliczu wroga niezwykle opanowany. Nie nauczono go dobrych manier, wszystko ukształtowało się u niego naturalnie. Żaden inny generał nie dorównywał mu w sztuce kierowania liczącymi 15 000 żołnierzy korpusami. Był jeszcze młody i mógł jeszcze swoje umiejętności udoskonalić, być może zostałby wielkim wodzem.

Saint-Hilaire został  mianowany generałem w 1796 roku pod Castiglione. Cechował go rycerski charakter, był łagodnym i dobrym towarzyszem broni, kochającym swoich bliskich; jego ciało pokryte było bliznami i wiernie towarzyszył Napoleonowi od czasu oblężenia Tulonu (generał Joseph-Louis Saint-Hilaire, 1766-1809, uczestniczył w latach 1796-1809 w kampaniach we Włoszech, Austrii, Prusach i Polsce, w kampanii 1809 roku był dowódcą 3.dywizji piechoty II.korpusu marsz.Lannes, ciężko ranny w bitwie pod Aspern-Essling, zmarł kilka dni później po przewiezieniu do Wiednia - przyp.tłum.). 
 

Napoleon dokładnie oglądnął wyspę i doszedł do wniosku, że w umocnionym obozie na wyspie armia będzie nie do pokonania i znajdzie w nim ochronę aż  do odbudowania mostu. Duża szerokość wyspy umiemożliwiała ostrzał artyleryjski na całym jej obszarze. Użycie wszystkich łodzi z prawego brzegu zapewniało łatwą dostawę żywności i amunicji, zapewniając armii środki do obrony.

Napoleon zwołał  naradę wojenną z udziałem marszałków Massena, Davout i Bessieres, szefa sztabu Berthiera i kilku dowódców korpusów. Prowadzenie takich narad nie było w jego zwyczaju. Ale tym razem potrzebował jej, nie po to, by zasięgnąć rady, lecz udzielić takowej, napełnić swoich dowódców otuchą i uspokoić tych z nich, których ogarnął niepokój.

Spokojnie, przekonywująco, bo wydarzenia były tylko dziełem przypadku, cesarz zażądał  od zebranych oficerów wyrażenia swojej opinii. Wygłoszone w jego obecności mowy przekonały go, że po wydarzeniach minionych dwóch dni niektórzy z jego dowódców skłonni byli do oddania pozycji i wycofania się z powrotem na prawy brzeg rzeki, by połączyć się z resztą armii, nawet pod groźbą utraty wszystkich armat, wszystkich koni artylerii i kawalerii, 12-15 000 rannych i honoru.

Zaledwie pojawiły się  takie propozycje, Napoleon przejął inicjatywę i ze szczerym przekonaniem, popartym pewnością końcowego zwycięstwa wyjaśnił  następującymi słowami zaistniałą sytuację:

Wprawdzie miniony dzień  był ciężki, ale nie może być mowy o porażce; to prawdziwy cud, że udał się uporządkowany odwrót, który trzeba było przeprowadzić, mając za plecami rzekę i po zniszczeniu wszystkich mostów. Odniesiono też wielkie, bolesne straty w poległych i rannych, ale straty wroga były z pewnością o jedną trzecią wyższe; można zatem przyjąć, że Austriacy przez długi okres zachowają spokój, co zapewni czas niezbędny na ściągnięcie maszerującej przez Styrię zwycięskiej Armii Italii oraz licznych zbliżających się z Francji posiłków. Będzie można też zbudować drewniane mosty, solidne jak kamienne i sprowadzające późniejsze przekroczenie nurtu rzeki do prostego manewru. Jego zdaniem nie ma powodu do zniechęcenia i niepokoju. Oczywiście konieczny jest odwrót, ale tylko przez wąską odnogę Dunaju na wyspę Lobau. Tam można będzie odczekać i przygotować na przyszłość. Ruch ten można łatwo przeprowadzić nawet tej nocy, bez narażania się na niebezpieczeństwo i bez straty nawet jednego rannego, jednego konia albo armaty, a zatem bez utraty honoru. W przeciwieństwie do tego manewru całkowite wycofanie się na prawy brzeg oznaczałoby utratę wszystkiego, nawet honoru oręża oraz wyspy Lobau, która była cenną zdobyczą i najlepszym miejscem do przeprawy. Trudnym byłoby po powrocie pokazać się Wiedeńczykom, którzy obrzuciliby swoich zwycięzców słowami pogardy i wezwali arcyksięcia Karola, by wypędził Francuzów ze stolicy. Więc lepiej od razu wycofać się aż do Strasburga. Wtedy książę Eugeniusz, maszerujący w stroną Wiednia, zamiast armii francuskiej zastałby pod austriacką stolicą jedynie nieprzyjaciela i wpadł w pułapkę; przerażeni sojusznicy, w przypływie słabości zdradziliby i zwrócili się przeciwko Francuzom; cesarstwo uległoby zagładzie, a wielkość Francji w przeciągu kilku tygodni zniszczona. A przecież, aby zrealizować jego plan, konieczny jest jeszcze tylko jeden niewielki wysiłek. Massena musiałby utrzymać się do północy w Aspern, potem odmaszerować w kierunku małego mostu, w dniu następnym bronić wyspy Lobau i pod osłoną odnogi Dunaju wyczekiwać na amunicję i prowiant. A gdyby, wbrew wszelkim oczekiwaniom, arcyksiążę Karol otrząsnął się i pomaszerował albo w dół Dunaju w kierunku Preszburga albo w górę rzeki aż do Krems, by podjąć próbę przeprawy na prawy brzeg i oswobodzenia Wiednia, natknąłby się na marszałka Davout i jego 30 000 żołnierzy, którzy z pewnością odparliby 60 000 Austriaków.

- "Massena, Davout - zakończył cesarz - żyjecie i uratujecie armię, okazując się godnym tego, czego już dokonaliście!"

Massena, który często był niezadowolony i gorzko krytykował zbytni pośpiech podczas przeprawy przez Dunaj, poruszony jasnością i energią wywodu, pochwycił dłoń Napoleona i rzekł do niego:

"- Sire, jest Pan wielkm człowiekiem i godnym, by nami dowodzić! Nie wolno nam wycofać się jak tchórze, którzy zostali pokonani. Nie wolno nam utracić miana zwycięzców; ograniczmy się do wycofania za wąską odnogę Dunaju, a ja przysięgam Panu, że utopię każdego Austriaka, który odważy się ją przekroczyć!"

Davout obiecał  pilnować Wiednia i odparcie każdego ataku, który nastąpiłby podczas odbudowy mostów ze strony Preszburga albo Krems.

W wyniku tej rady wojennej serca napełniły się nową nadzieją. Postanowiono, że Massena obejmie dowództwo nad armią i wykorzysta noc na przeprawę  przez odnogę rzeki, podczas gdy Napoleon z Berthier i Davout przekroczy główny nurt i pokieruje najbardziej pilnymi manewrami, czyli wysłaniem na wyspę Lobau zapasów amunicji i prowiantu oraz odbudową dużego mostu. Rozstając się, uczestnicy narady byli uspokojeni, zdecydowani i pełni wzajemnego zaufania. 
 

Pomiędzy godziną 11 i 12 w nocy cesarz, w całkowitej ciemności i wśród niesionych nurtem rzeki zwłok, w chyboczącej łódce kierowanej przez saperów przeprawił się przez Dunaj. Zaledwie wyszedł w Ebersdorf na brzeg, natychmiast wydał pierwsze rozkazy, by zebrać w tym punkcie wszystkie stojące do dyspozycji łodzie, załadować je sucharami, winem, gorzałką, kartaczami i środkami opatrunkowymi i skierować na wyspę.

W tym samym czasie Massena pospieszył do Essling i Aspern, by zarządzić odwrót. Wyczerpany wróg spoczął na zlanym krwią polu bitwy, podczas gdy Francuzi, mimo zmęczenia, znajdując się w krytycznej sytuacji, zmuszeni byli do czuwania i działania. Około północy Massena rozkazał stojącej najbliżej rzeki gwardii, rozpoczęcie odwrotu. Każdy korpus miał przejść przez mały most, zabrać swoich rannych, odprowadzić armaty i pozostawić tylko swoich poległych, których liczba była niestety wysoka. Po gwardii przyszła kolej na ciężką kawalerię. Ponieważ wielu żołnierzy porzuciło swoje kirysy, Massena kazał pozbierać je żołnierzom, którzy stracili swoje konie, by pozostawić wrogowi jak najmniej trofeów. Część lekkiej kawalerii pozostała z fizylierami na stanowiskach, by stworzyć pozory przygotowywania linii obrony w kierunku Aspern i Essling. Korpus za korpusem maszerowały przez most, o świcie 23 maja wszyscy byli bezpieczni. Zmęczony nieprzyjaciel niczego nie zauważył i dopiero gdy o świcie zobaczył znikanie kolejnych forpoczt francuskich, przystąpił do pościgu. Ale czynił to z ociąganiem i bez nacisku.

Massena z kilkoma oficerami swojego sztabu pozostał na lewym brzegu i zamierzał jako ostatni opuścić swój posterunek. Ostrzegano go, by był ostrożny, bo w każdej chwili mógł zostać zaatakowany, a w końcu poproszono go o wycofanie się. Ale Massena nie chciał o tym słyszeć tak długo, jak długo było jeszcze coś do uratowania. Przemierzał w pośpiechu wszystkie stanowiska, by osobiście przekonać się, że nie pozostawiono ani jednego rannego, ani jednej armaty, która mogłaby wpaść w ręce wroga. Dopiero gdy wokół niego zaczęły gwizdać pierwsze kule, wsiadł do ostatniej łodzi i na oczach obserwujących go Austriaków wydał rozkaz do odpłynięcia. 
 

Tak skończyła się  2-dniowa bitwa, jedna z najkrwawszych tego stulecia. Austriacy według własnych informacji stracili 20 000 poległych i rannych, ale należy raczej przyjąć, że ich straty wyniosły 26-27 000 ludzi. Francuzi stracili 15-16 000 żołnierzy.

W tych dwóch dniach arcyksiążę Karol mógł wykonać manewry, których nawet nie spróbował.

Bo w rzeczywistości armia francuska znajdowała się w krytycznej sytuacji, rozdzielona głównym nurtem rzeki, część na wyspie Lobau, część na prawym brzegu Dunaju. Tej okazji arcyksiążę nie miał prawa zmarnować. Bo gdyby nawet niemożliwym było dla niego przekroczenie wąskiej odnogi dzielącej go od Lobau, to przecież mógł spróbować przeprawy poniżej Wiednia, czego Napoleon obawiał się tak bardzo, że pospiesznie podjął środki zabezpieczające.

Gdyby arcyksiążę  Karol pomaszerował do Preszburga, mógłby tam przekroczyć  Dunaj i zaatakować na prawym brzegu marszałka Davout, który mógł wystawić przeciw niemu mniej niż 40 000 ludzi i miałby wielką szansę pokonania Francuzów. Mógł też pomaszerować w górę Dunaju, przywołać do siebie liczącą 25 000 ludzi kawalerię Kolowratha, co podniosłoby stan jego armii do 95 000, przeprawić się pomiędzy Krems i Linz przez Dunaj, rozbić stojących tam pod dowództwem Bernadotte'a Sasów i pojawić się za plecami Napoleona, co mogłoby skończyć się dla armii francuskiej jeszcze większą katastrofą. Ale nic z tego nie uczynił. Dopiero 23 maja poczuł się zwycięzcą dwudniowej bitwy, ale zbyt boleśnie odczuwał skutki zażartej walki, by mieć ochotę na czele zredukowanej o jedną trzecią armii na dalsze manewry. Poza tym po raz pierwszy znalazł się naprzeciw Napoleona, nie będąc pokonanym i przed rozpoczęciem nowych operacji chciał rozkoszować się tym niespodziewanym triumfem.

W wyniku tego po bitwie pod Essling Napoleon bardziej mógł obawiać się konsekwencji moralnych niż szkód materialnych. Nie niepokoił się  tym zbytnio, lecz pisał wszędzie, by uświadomić opinię  publiczną i przedstawić wydarzenia tych dwóch dni pod Essling w odpowiednim świetle; przede wszystkim jednak powziął odpowiednie środki, by naprawić to rzekome niepowodzenie i wyciągnąć z niego w najbliższej przyszłości decydujące korzyści.

 

Tom VIII. Rozdz. VII. Wojna 1809 roku. 
 

Część druga.

Między bitwami.

I. Środki bezpieczeństwa. - II. Zbliżanie się księcia Eugeniusza. - III. Bitwa nad rzeką Raab. - IV. Powstania w Tyrolu i północnych Niemczech. - V. Pozycje wojsk francuskich przed rozstrzygającą bitwą. - VI. Przygotowania do przejścia na prawy brzeg Dunaju.  
 

I.

Pierwsze niebezpieczeństwo, a mianowicie atak na wyspę Lobau, było zażegnane. W przeciągu 36 godzin Massena otrzymał wystarczającą ilość amunicji, by odeprzeć skutecznie każdy atak. Dostarczono również wystarczającą ilość prowiantu, by uchronić żołnierzy od głodowania; na wyspie żyła ponadto wystarczająca liczba jeleni i sarn, by zapewnić oddziałom świeże mięso.

Drugim niebezpieczeństwem była możliwość przejścia Dunaju przez armię austriacką  pod Preszburgiem. Dlatego cesarz zatroszczył się przede wszystkim o korpus marszałka Davout, by był on w stanie skutecznie odeprzeć atak z tej strony.

Z tego powodu kazał  przybyłym w międzyczasie z Boulogne marynarzom gwardii odbudować  połączenie z prawym brzegiem. 25 października udało się, przy pomocy pontonów, których użyto do przeprawy przez odnogę, oraz statków, które znaleziono na brzegach rzeki, wybudować most, po którym przeprawiały się stopniowo pułki dla wzmocnienia korpusu Davouta. Od 27 października z tej strony nie groziło już żadne niebezpieczeństwo, bo marszałek Davout posiadał pod swoimi rozkazami przynajmniej 60 000 ludzi, którzy na prawym brzegu stawić mogli skuteczny opór każdej akcji arcyksięcia.

Po zakończeniu tej operacji Napoleon wysłał Lasalle'a i Marulaza do Heimburga, by na czele 9 pułków kawalerii trzymali w szachu wszystko, co zbliżyłoby się od strony Preszburga. Montbruna wysłał do Ödenburga (obecnie Sopron - przyp. tłum.), by obserwował drogi z Węgier i Włoch, na których mógł pokazać się arcyksiążę Jan, wycofujący się przed księciem Eugeniuszem.

Generał Lauriston na czele Badeńczyków i kawalerii generała Bruyčres, zajmował  pozycje pod Bruck, czekając na maszerującego traktem ze Styrii księcia Eugeniusza. Generał Vandamme z Wirtemberczykami stał pod Krems; tylko marszałek Bernadotte otrzymał rozkaz przesunięcia swojego korpusu w kierunku Wiednia, by wzmocnić tamtejsze siły.



Cały korpus marszałka Masseny pozostawiony został na wyspie Lobau, by pilnować  tego najkorzystniejszego punktu na przeprawę przez Dunaj.

W ten sposób uczynione zostało wszystko, by zapewnić chwilowe bezpieczeństwo armii. O przeprowadzeniu decydującego uderzenia, które zakończyłoby wojnę, nie można było na razie myśleć. Napoleon wyliczył, że na sprowadzenie posiłków, zgromadzenie potrzebnych materiałów i odczekanie na spadek poziomu wody w rzece konieczny będzie cały miesiąc i dopiero pod koniec czerwca lub na początku lipca rozpocząć będzie można ofensywę. Tyle czasu potrzebował, by przygotować swoje operacje i ściągnąć księcia Eugeniusza pod mury Wiednia.

Na początek zajął się sprowadzeniem ze wszystkich stron niezbędnego materiału. Wiedeń był bogaty w drewno, zarządził więc jego transport do Ebersdorf. Robotnicy wiedeńscy skarżyli się na brak pracy; zatrudnił ich więc, opłacając austriackimi pieniędzmi papierowymi, które w nadmiarze znalazł w zdobytych kasach państwowych. Na wyspę Lobau wysłał fachowców, sprowadzając ich nawet pocztą z Francji. Ponadto w oparciu o opracowane w tym celu plany zamówił łodzie różnego rodzaju i wielkości.

Następnie zajął się  wyposażeniem w konie swojej kawalerii, która straciła więcej wierzchowców niż jeźdźców. Nakazał utworzenie dwóch depots, jednego w Bawarii, by gromadzić tam konie zakupione w Niemczech, drugiego na Węgrzech, gdzie zamierzał zakupić konie dla lekkiej kawalerii. Zarządzona rekrutacja we Francji i Włoszech zapewniła mu w przeciągu kilku tygodni 40 000 nowych żołnierzy. W ten sposób wyrównane zostały straty odniesione w bieżącej kampanii.

Decydującym czynnikiem, który miał przyczynić się do wymazania niekorzystnego wrażenia wywołanego bitwą pod Essling i znacznie poprawić morale armii, było połączenie księcia Eugeniusza z Napoleonem. 
 

II.

Wicekról posuwał  się za arcyksięciem Janem drogą z Karyntii, a generał  Macdonald za Ignazem Giulay, wielkorządcą Chorwacji, drogą z Krainy. Pościg ten rozpoczął się już przed bitwą pod Essling i trwał nieprzerwanie. 16 maja książę Eugeniusz dotarł do przełęczy Alp Karnickich, bronionych przez fort Malborghetto, podczas gdy arcyksiążę Jan zajął pozycje po ich drugiej stronie pod Tarvisio.

Z nałożonymi bagnetami Francuzi wtargnęli do wioski Malborghetto i zablokowali kontrolujący drogę fort. Piechota i kawaleria, przeszła przez wieś i dotarła aż do Tarvisio, pozostawiając z tyłu artylerię. Dzięki swojemu zdecydowaniu Eugeniusz wybrnął z tej krytycznej sytuacji. Rozkazał ostrzał fortu, a następnie, mimo trudnego dostępu, przystąpić do jego szturmu. Zakończył się on sukcesem dzięki odwadze żołnierzy, którzy pod ogniem fortecznych armat wspięli się na umocnienia, tracąc jedynie około 200 rannych i poległych. Ten śmiały atak miał miejsce 17 maja. Tego samego dnia armia wraz ze swoją artylerią, która nie miała już na swojej drodze żadnej przeszkody, pomaszerowała w kierunku Tarvisio. Austriacy byli przekonani, że Francuzi nadal pozbawieni są artylerii i zamierzali bronić stromego brzegu rzeki Schlitza. Ale ku swojemu zaskoczeniu zostali zarzuceni przez podbudowanych sukcesem Francuzów gradem kartaczy; stracili 3 000 ludzi i 15 armat.

W tym samym czasie maszerujący drogą z Cividale generał Seras z równą śmiałością zaatakował i zdobył fort Predel.

Ścigany arcyksiążę nie mógł już, jak mu polecono, wycofać się do Górnej Austrii. Nie pozostało mu nic innego, jak skierować się w kierunku Węgier, gdzie przynajmniej miał szansę wykorzystania swoich sił do wzomocnienia arcyksięcia Karola lub zapobieżenia połączeniu się podążającej z Niemiec armii francuskiej z siłami księcia Eugeniusza oraz generałów Macdonalda i Marmonta. Wycofał się w kierunku Graz, by tam oczekiwać na nowe rozkazy brata. Miał do dyspozycji już tylko 15 000 żołnierzy. 10-12 000 odstąpił generałowi Giulay, a 15 000 stracił w trakcie kampanii. Ale liczył na otrzymanie posiłków. Polecił generałowi Chasteler, stojącemu na czele 10 000 ludzi w Tyrolu i generałowi Jellachichowi, który na czele 8-9 000 żołnierzy również tam się wycofał, opuszczenie Tyrolu, przebicie się przez środek armii arcyksięcia Eugeniusza i skierowanie się przez Leoben w kierunku Grazu. Wliczając te siły, liczące 10-12 000 ludzi oddziały Giulaya oraz węgierskich i chorwackich insurgentów miał nadzieję skupić wokół siebie 50-60 000 żołnierzy, co umożliwiłoby mu stawienie czoła nieprzyjacielowi.

Książę Eugeniusz z niecierpliwością maszerował w kierunku Leoben, dążąc do połączenia się z Napoleonem pod Wiedniem. Generał Jellachich, zgodnie z otrzymanymi rozkazami, w wielkim pośpiechu opuścił Tyrol. 25 maja dotarł do St.Michael niedaleko Leoben, podczas gdy książę Eugeniusz znajdował się nieco na prawo w kierunku Grazu. Jellachich, którego Eugeniusz oddzielał od arcyksięcia Jana, nie był w stanie uniknąć starcia. Zajął stanowiska na wzniesieniu koło St.Michael z nadzieją, że korzystne ukształtowanie terenu umożliwi mu stawienie oporu nawet dużo silniejszemu przeciwnikowi. Armia księcia Eugeniusza liczyła 32-33 000 ludzi i była tak upojona zwycięstwami, że nie dopuszczała myśli iż jej marsz może zostać zatrzymany przez 3-krotnie słabszy korpus nieprzyjaciela.

By zaatakować 9 000 ludzi Jellachicha trzeba było przeprawić się przez wąską rzeczkę (Liesing - przyp. tłum.) i wspiąć na wzniesienie. Atak ten przeprowadzono z nadzwyczajną brawurą, mimo ognia karabinów i armat, a pobity Jellachich w przeciągu kilku godzin stracił 2 000 zabitych i rannych oraz 4 000 wziętych do niewoli. Z trudem udało mu się uratować 3 000 żołnierzy, których doprowadził do arcyksięcia Jana.

Jeszcze gorzej wyglądały szanse na połączenie się z arcyksięciem dla Chastelera, bo wszystkie drogi zajęte były przez Francuzów. W obozie austriackim nie wiedziano też, jak potoczy się los Giulaya, który ze swoim korpusem i chorwackimi insurgentami musiał przebić się przez siły Macdonalda i Marmonta. Dlatego arcyksiążę Jan uznał za pożądane zbliżenie się do Węgier. Obsadził załogą twierdzę Graz i pomaszerował w kierunku miasta Raab, pozwalając zwycięskiemu wicekrólowi pomaszerować na Wiedeń, czemu i tak nic nie mogło skutecznie przeszkodzić, gdyż w Bruck stał wysłany na spotkanie Eugeniusza generał Lauriston. Tam właśnie spotkały się francuskie awangardy i tym samym połączenie obu armii francuskich, tak ważne dla kolejnych operacji, stało się faktem dokonanym. 
 

Równie pomyślnie odbywał  się marsz generała Macdonalda z Udine do Lubljany z powierzonymi mu 16-17 000 ludźmi, którzy po drodze zagarnęli wielu jeńców. Przed Lubljaną Macdonald natknął się na umocniony obóz, obsadzony silną załogą. Jego zajęcie wydawało się niemożliwym. Siłami, które miał do dyspozycji, generał obawiał się zaatakować silną pozycję nieprzyjaciela. Z tego też powodu, dążąc do szybkiego połączenia się z księciem Eugeniuszem, zamierzał ominąć przeszkodę, gdy niespodziewanie otrzymał propozycję komendanta obozu do podjęcia rokowań. Generał Macdonald z radością przystał na propozycję, w mgnieniu oka wziął do niewoli 4-5 000 jeńców, zajął wspaniałe umocnienia Lubljany i skierował się oczyszczoną z nieprzyjaciela drogi w kierunku Grazu, gdzie spodziewał się spotkać główne siły Armii Italii (wspomnianym komendantem austriackim był 80-letni feldmarszałek-porucznik Johann von Moitelle - przyp. tłum.). W Grazu zatrzymał się, oczekując na nowe rozkazy wicekróla. 
 

Połączenie obu armii, co wzmocniło siły Napoleona o 45-50 000 ludzi, podczas gdy siły nieprzyjaciela wzrosły jedynie o 15-18 000, dało cesarzowi możliwość odwetu za wydarzenia spod Essling. By wynagrodzić Eugeniusza za odniesione przez niego zwycięstwa, a w szczególności by uświadomić wszystkim korzyści, które przyniosło połączenie armii, udzielił w biuletynie armii swojemu pasierbowi najwyższej pochwały (13 Biuletyn Wielkiej Armii z dnia 28 maja 1809 - przyp. tłum.).

Cesarz dysponował teraz, nie wliczając znajdujących się w drodze posiłków, siłami liczącymi 140 000 żołnierzy i mógł zdecydować się na wydanie po drugiej stronie Dunaju decydującej bitwy. Tym razem postanowił jednak przystąpić do ataku, dopiero gdy brzegi Dunaju połączone będą stabilnymi mostami, a książę Eugeniusz z Macdonaldem oraz Marmont gotowi będą do wzięcia udziału w operacjach pod Wiedniem.

"Masz teraz - pisał do Eugeniusza w jednym z listów - przed sobą rozmaite cele; po pierwsze, dokończenia pościgu za arcyksięciem Janem, by na prawym brzegu Dunaju i na granicy węgierskiej nie pozostały żadne wojska, które mogłyby nas niepokoić w trakcie manewrów pod Wiedniem; po drugie, musisz arcyksięcia przyprzeć do Dunaju i zmusić do przekroczenia Dunaju nie pod Preszburgiem lecz pod Körmend, co uniemożliwi mu wzięcie udziału w nadchodzącej bitwie; po trzecie, odcięcia go od Chastelera, Giulaya i wszystkich tych, którzy mogą przyprowadzić mu posiłki oraz, po czwarte, musisz zająć brzegi rzeki Raab, twierdzę Raab i cytadelę w Grazu, byśmy mieli osłonę od strony Węgier, a Armia Italii miała możliwość niepostrzeżenie pomaszerować na Wiedeń i utworzyć tam jedno ze skrzydeł Wielkiej Armii."

To były główne cele, które Napoleon wpajał księciu Eugeniuszowi. Ponadto polecał  mu zorganizowanie dla siebie oraz Wielkiej Armii dostaw z Węgier dostaw zboża, furażu, bydła rzeźnego i koni.  
 

III.

W Neustadt, a potem, w pierwszych dniach czerwca w Ödenburgu, książę Eugeniusz zarządził  dla swojej armii odpoczynek i skoncentrował wszystkie tworzące ją korpusy oraz przydzielone do niej dywizje i brygady, a mianowcie Lauristona, Colberta i Montbruna. Następnie wyruszył, by znaleźć arcyksięcia Jana i zablokować go pomiędzy własną armią i korpusem marszałka Davout i uniemożliwć mu zaatakowanie generałów Macdonalda i Marmonta. Na wieść, że arcyksiążę znajduje się nad górnym Raabem w okolicach Körmend, pomaszerował w kierunku Guns (obecnie Kőszeg - przyp. tłum.) i Stein-am-Anger (obecnie Szombathely - przyp. tłum.). O swoim posunięciu poinformował Macdonalda, rozkazując mu natychmiastowe połączenie się z nim.

Generał Macdonald przebywał w Grazu, gdzie czekał na Marmonta i próbował  opanować tamtejszą cytadelę. Ponieważ jednak nie posiadał ciężkich dział, musiał ograniczyć się  do zajęcia miasta i zablokowania cytadeli. Gdy otrzymał rozkaz wicekróla, wyruszył natychmiast na czele dywizji Lamarque, dragonów generała Pully, 2 batalionów z dywizji Broussier i większości artylerii. W Grazu pozostawił generała Broussier na czele 8 batalionów, 2 pułków lekkiej kawalerii i 10 armat, by kontynuował operację połączenia z Armią Dalmacji oraz zapobiegł przedostaniu się Austriaków pod dowództwem Chastelera z Tyrolu na Węgry.

Generał Macdonald dotarł 9 czerwca do Körmend i przyłączył do księcia Eugeniusza; po miesięcznym marszu w nieprzyjacielskim kraju obaj ucieszyli się z ponownego spotkania. Ponieważ położenie Broussiera w Grazu nie było bezpieczne, wicekról pozostawił Macdonalda w Papa, by był w stanie przyjść z pomocą zarówno jemu, jak i generałowi Marmont. Sam, na czele swoich 30 000 i 7 000 Lauristona, pomaszerował tropem arcyksięcia w dół Raabu.

Arcyksiążę Jan chętnie realizowałby swój plan samodzielnego operowania na granicy węgierskiej, który przewidywał, po połączeniu się z generałami Chasteler i Giulay, przyłączeniu oddziałów węgierskiej insurekcji, rozbudowanie sił własnych do 50-60 000, rozbicie kolejno korpusów Eugeniusza, Macdonalda i Marmonta, a następnie skierowanie się przeciwko odsłoniętemu prawemu skrzydłu Napoleona.

Ale od głównodowodzącego, arcyksięcia Karola otrzymał on jednak rozkaz zajęcia pozycji za Dunajem, by mógł wziąć udział w wielkiej bitwie, ktróa prędzej albo później musiała się odbyć. Był zatem zmuszony zbliżyć się do Dunaju, czyli pomaszerować w dół rzeki Raab i zbliżyć się do miasta o tej samej nazwie. To umocnione, ale już od dawna zaniedbane i tylko przeciętnie uzbrojone miasto, położone jest niedaleko od ujścia Raabu do Dunaju, pomiędzy Preszburgiem i Körmend. Do miasta przylegał umocniony obóz, co tworzyło dobrą pozycję obronną. Do arcyksięcia Jana dołączył jego brat, palatyn Węgier arcyksiążę Józef (arcyksiążę Józef Antoni, 1776-1843, objął urząd palatyna Węgier w 1795 roku po śmierci brata, arcyksięcia Aleksandra Leopolda - przyp. tłum.) z oddziałami węgierskiej insurekcji. Obaj mogli teraz przeciwstawić Francuzom 40 000 ludzi, z których połowę stanowiły utworzone niedawno na Węgrzech oddziały. W ich skład wchodziło 12 000 piechoty, utworzonej z niemieckiej i węgierskiej ludności oraz 8 000 kawalerii wywodzącej się z szeregów węgierskiej szlachty, nie przyzwyczajonej do surowości wojny. Na czele tych oddziałów obaj arcyksiążęta chcieli jeszcze raz stawić czoła księciu Eugeniuszowi przed wycofaniem się na lewy brzeg Dunaju.

13 czerwca zajęli oni pozycje, które uznali za korzystne. Stanowiska Austriaków, odwróconych plecami do Dunaju, znajdowały się na płaskowyżu, ich prawe skrzydło opierało się o Raab, a lewe było chronione przez rozległe bagna.

Książę Eugeniusz przez cały czas kroczył ich śladem. Oparł swoje lewe skrzydło o rzekę, o które opierało się prawe skrzydło austriackie, a prawe o bagnistą równinę. 14 czerwca około południa wicekról był gotowy do ataku. Naprzeciwko swojego prawego skrzydła, na bagnistej równinie zauważył znakomicie się prezentującą, liczącą 8 000 ludzi węgierską kawalerię. Wspierały ją regularne pułki huzarskie, które wprawdzie nie wyglądały tak wspaniale, ale były otrzaskane w bitwach kampanii włoskiej; całością dowodził generał Mecséry.

Naprzeciw centrum, za zamulonym potokiem, zauważono piechotę Jellachicha i Colloredo, zajmującej bardzo solidnie zbudowane zabudowania folwarku Kismegyer i wieś Szabadhegy. Od tej wsi aż do Raabu, czyli naprzeciw francuskiego lewego skrzydła, zajmowała pozycje piechota Frimonta, tworząca prawe skrzydło Austriaków.

Około południa Francuzi przystąpili do ataku na nieprzyjacielskie pozycje. Ponieważ dywizja generała Seras, która tworzyć miała skraj prawego skrzydła, nie stała jeszcze w linii, generał Montbrun wysunął do przodu swoje 4 pułki lekkiej kawalerii przeprowadzając pod ogniem nieprzyjacielskiej artylerii z zimną krwią manewr, którego nie powstydzono by się na żadnej paradzie. Gdy tylko piechota Serasa znalazła się na wyznaczonej pozycji, Montbrun galopem zaatakował szlachecką kawalerię. Obojętnie, jak wielka byłaby odwaga węgierskiej szlachty, brakowało jej wojennej rutyny i doświadczenia. W obliczu ataku lekkiej kawalerii Montbruna, której żołnierze przyzwyczajeni byli walczyć nawet z kirasjerami, Węgrzy w mgnieniu oka rozbiegli się i odsłonili lewe skrzydło Austriaków.

Regularne pułki huzarskie próbowały przeprowadzić kontratak, ale bez powodzenia, zostały one zmuszone do wycofania się na swoje pozycje wyjściowe.

W tym samym czasie ustawiona w dwie linie dywizja Sarasa zaatakowała zajęty przez Austriaków płaskowyż  i skierowała się przeciwko folwarkowi Kismegyer. Zanim go osiągnęła, dotarła do trudno dostępnego potoku, bronionego przez dzielnych fizylierów. Udało im się jednak przekroczyć go i przystąpić do szturmu czworokątnego budynku, którego ściany wyposażone były w otwory strzelnicze i bronionego przez 1 200 piechurów. Podczas gdy Seras utknął przed tą przeszkodą, do potoku dotarł również Durutte, sforsował go, wspiął się w deszczu karabinowym kul na płaskowyż i zaatakował swoim prawym skrzydłem wieś Szabadhegy, która równocześnie atakowana była przez włoską dywizję generała Severoli. Bitwa toczyła się na całej linii, austriacka artyleria prowadziła morderczy ogień. Książę Eugeniusz, przemierzający pole bitwy z jednego do drugiego końca, ryzykował swoje życie zastępując odwagą brakujące mu jeszcze doświadczenie w dowodzeniu.

Gdy generał Seras zbliżył się na bliską odległość do folwarku Kismegyer, ze wszystkich strzelnic powitała go taka kanonada, że w przeciągu kilku minut 700-800 żołnierzy, w tym 60 oficerów, zaścieliło ziemię. Zaskoczony Seras był zmuszony do wycofania się. Ale gdy jego dzielni żołnierze odzyskali oddech, ze szpadą w dłoni poprowadził ich ponownie na tę straszliwą przeszkodę, z której znowu rozległa się żażarta kanonada. Mimo tego Seras posłał w kierunku budynku swoich saperów z siekierami, by rozbili bramę i z nasadzonymi bagnetami wtargnął do zabudowań, mszcząc na nieszczęsnych obrońcach śmierć swoich żołnierzy.

Po wycięciu kilkuset żołnierzy wroga Seras pomaszerował przeciwko lewemu skrzydłu linii austriackiej, które jeszcze dobrze się trzymało.

We wsi Szabadhegy bitwa była nie mniej zażarta; walczono o każdy dom, odrzucone pułki austriackie były ponownie wprowadzane przez arcyksięcia Jana do boju. W końcu zmasowany atak dywizji generałów Durutte i Severoli oraz pierwszej brygady dywizji generała Puthod doprowadził do zajęcia i utrzymania wioski.

Po zajęciu przez Francuzów obu głównym punktów obrony nieprzyjaciela nadszedł czas na szarżę kawalerii. Montbrun, Grouchy i Colbert ruszyli, by odciąć odwrót Austriaków wycofujących się w kierunku Dunaju. Rozbili kilka czworoboków piechoty i wzięli wielu jeńców. W końcu zostali jednak zatrzymani przez szeregi Austriaków, którzy wycofywali się w dobrym porządku; dzięki temu oraz wskutek i zapadających ciemności odwrót nie zamienił się w katastrofę.

Dzień ten kosztował  Francuzów 2 000 zabitych i rannych; straty austriackie wyniosły 3 000 zabitych i rannych, 2 500 wziętych do niewoli i 2 000 rozproszonych, którzy zbiegli z pola bitwy. Dzięki temu zwycięstwu arcyksiążę Jan i palatyn Węgier arcyksiążę Józef zostali wykluczeni z kampanii oraz dokonane zostało połączenie z siłami generałów Broussier i Marmont.

Generał Broussier, którego pozostawiono w Grazu, narażony zostałby na wielkie niebezpieczeństwo, gdyby jego pułki nie były tak dzielne. Otrzymał on wiadomość, że generał Marmont wkrótce nadejdzie. By przyspieszyć połączenie, wyszedł mu naprzeciw, pozostawiając w Grazu jedynie 2 bataliony 84.pułku. Podczas gdy sam posuwał się prawym brzegiem Muru, wielkorządca Chorwacji Giulay na czele 15 000 żołnierzy, częściowo regularnych oddziałów, częściowo chorwackich insurgentów zaatakował niespodziewanie Graz. Oba stacjonujące tam bataliony dowodzone przez pułkownika Gambin (Jean-Hugues Gambin, 1764-1835, wówczas dowódca 84.pułku piechoty liniowej, w 1811 roku awansowany do stopnia generała brygady - przyp. tłum.) przez 19 godzin bohatersko stawiały opór nieprzyjacielowi. W trakcie ataku na miasto zginęło 1 200 żołnierzy wroga, a 4-5 000 zostało wziętych do niewoli. Pozwoliło to generałowi Broussier na przybycie z pomocą. Wyratował on atakowane bataliony z opresji i rozbił siły Giulaya, zadając im druzgocącą klęskę.

Następnego dnia połączyły się z nim wojska generała Marmont, w sile 10 000 ludzi, ustępujące w armii pod względem wyszkolenia i dzielności jedynie pułkom marszałka Davout, co zapewniło cesarzowi udział wszystkich sił włoskich i dalmackich w dalszej kampanii.

Była to rekompensata za dni przeżyte pod Essling i niezmiernie potrzebne, gdyż nieprzyjaciel wykazywał niespotykaną dotychczas aktywność i próbował wywołać powstania w Tyrolu, Szwabii, Saksonii, Westfalii i Prusach. 
 

IV.

Na pogłoskę o rzekomej porażce pod Essling dwaj Tyrolczycy, Andreas Hofer i major Teimer zeszli w wysokości przełęczy Brenner ogłaszając wybuch powstania, mimo swojego rozczarowania z powodu wycofania z Tyrolu przez rząd austriacki obu korpusów Jellachicha i Chastelera. Ich nienawiść do dynastii bawarskiej zastąpiła wygasającą miłość do dynastii habsburskiej. Bawarski generał Deroy, pozostawiony w osamotnieniu do obrony Innsbrucka, był przez górali, którzy w swoich górach byli niezwykle groźnym przeciwnikiem, tak mocno naciskany, że czuł się zmuszony, również z powodu braku amunicji i żywności, do wycofania się ze swoją dywizją do twierdzy Kufstein. To samo w sobie niezbyt ważne wydarzenie wywołało jednak w Bawarii głębokie poruszenie, a tamtejszy dwór zaczął obawiać się, że będzie musiał powtórnie opuścić Monachium.

Wrzenie zapanowało również  wśród mieszkańców Voralbergu (najbardziej na zachód wysunięta, granicząca ze Szwajcarią prowincja Austrii - przyp. tłum.). Na brzegach jeziora Bodeńskiego, nad górnym Dunajem, a także w całej Szwabii odczuwalne było poruszenie i było oczywistym, że jeżeli Francuzi odniosą znaczniejszą porażkę, ich zaplecze będzie poważnie zagrożone.

Austriacy, którzy jako sprawcy, dokładnie znali powody tego wrzenia, próbowali je jeszcze zwiększyć. Dali księciu Brunszwiku-Oleśnicy (Branschwieg-Oels) środki do utworzenia korpusu złożonego z uciekinierów ze wszystkich niemieckich prowincji, głównie z Prus. Oddali mu ponadto kilka regularnych pułków oraz Landwehrę, tworząc w ten sposób korpus liczący w sumie około 8 000 ludzi. Wymaszerował on z Czech do Saksonii szerząc kłamliwe pogłoski o rzekomym wielkim zwycięstwie Austriaków nad Napoleonem pod Essling. Równocześnie do Frankonii wyruszył inny, liczący 4 000 żołnierzy korpus, by również tam szerzyć podobne pogłoski.

Pierwszy ze wspomnainych korpusów bez użycia broni wkroczył do Drezna, po tym, jak na samą wieść o jego zbliżaniu się, tamtejszy dwór uciekł do Lipska (nieścisłość - król Saksonii wraz ze swoim dworem schronił się we Frankfurcie nad Menem - przyp. tłum.). Drugi z korpusów pomaszerował w kierunku Bayreuth, skąd zamierzał wkroczyć do Turyngii i połączyć się z pierwszym, by wspólnie pod dowództwem generała Kienmayera, wypędzić z Westfalii króla Hieronima. Tenże w strachu zwrócił się do Paryża o przysłanie wzmocnienia, którego jednak nie było, ale jego wołanie o pomoc wywołało określony niepokój.

Pojawienie się  obu kolumn wywołało w Niemczech ożywione poruszenie, ale nie odważono się jeszcze na ogłoszenie powstania. Przykład majora Schilla nikogo nie zainspirował. Ten dzielny sojusznik Austrii, działając wbrew oficjalnym rozkazom swojego rządu, wyruszył na czele korpusu pruskiej kawalerii z Berlina z nadzieją porwania za sobą armii oraz ludności i w wierze, że działa zgodnie z nieujawnionymi intencjami swoich przełożonych, rozpoczął marsz przez Niemcy. Był wszędzie życzliwie przyjmowany, jednak bez jakiegokolwiek odzewu, wyprowadzony z konceptu ostrymi rozkazami wysłanymi z Królewca, zbiegł do Meklemburgii i opanował źle pilnowaną twierdzą Stralsund. Już wkrótce, zaatakowany przez Holendrów i Duńczyków, którzy chcieli dać Napoleonowi dowód swojego przywiązania, dysponując jedynie swoją kawalerią, nie był w stanie obronić twierdzy. Podczas próby ucieczki przez jedną z bram miasta Schill zginął od ciosu szabli holenderskiego kawalerzysty. Nieszczęsny, ofiara nadmiernego patriotyzmu umierając widział zagładę swojego oddziału. To był jedyny rezultat niemieckiego powstania. Ale w Niemczech panował nadal nieżyczliwy Francuzom nastrój i konieczna była tylko jedna oczywista ich klęska, by zastraszone narody na kontynencie skłonić do powstania.

Dlatego cesarzowi zależało bardzo na przeprowadzeniu przeciwko arcyksięciu Karolowi decydującego uderzenia. Przekroczyć Dunaj, rozbić nieprzyjaciela i zniweczyć wszystkie jego zamiary. 
 

V.

Po zwycięstwie księcia Eugeniusza pod Raab, odrzuceniu arcyksiążąt Jana i Józefa za Dunaj i połączeniu się Armii Italii i Dalmacji Napoleonowi pozostało już tylko zapobiegnięcie ponownemu przekroczeniu przez armię arcyksiążąt pod Preszburgiem albo Körmend Dunaju i ich podążeniu śladem francuskich Armii Dalmacji i Italii, gdy te wyruszą do walki pod mury Wiednia. Dlatego polecił marszałkowi Davout zniszczenie mostów w Preszburgu i Körmend, a wicekrólowi rozkazał zajęcie twierdzy Raab.

Pod Preszburgiem Davout napotkał spore trudności, ponieważ generał Bianchi dzielnie bronił tamtejszego mostu. Na groźbę marszałka, że każe zniszczyć miasto, jeżeli most nie zostanie zniszczony, Bianchi odpowiedział, że zachowanie mostu jest niezbędne do obrony austriackiej monarchii i dlatego jest zdecydowany bronić jgo do ostateczności. W odpowiedzi marszałek rozkazał rozpoczęcie bombardowania nieszczęsnego miasta; ponieważ jednak spostrzegł, że jego wysiłki nie przynoszą efektów, zlitował się nad mieszkańcami i zadowolił podjęciem środków, które zapewniłyby zatrzymanie przez 3-4 dni próbującego przeprawy austriackiego korpusu, co wystarczyłoby francuskim wojskom do koncentracji pod murami Wiednia. Polecił wykonanie kilku rzędów umocnień połączonych z umocnionym zamkiem Kittsee, wyspą Schütt (wyspa na Dunaju, w języku czeskim zwana Žitný ostrov - przyp. tłum.) oraz rzeką i twierdzą Raab i obsadził je kilkoma tysiącami żołnierzy.

Twierdza Raab, źle uzbrojona i osadzona liczącym tylko 2 000 ludzi garnizonem, nie mogła długo utrzymać się. Jej oblężenie rozpoczęło się bezpośrednio po bitwie. Po dobrze przeprowadzonym, trwającym kilka dni szturmie, dowodzonym przez generałów Lauriston i Lasalle, dowództwo twierdzy zaproponowało kapitulację, która miała miejsce 22 czerwca. Cesarz natychmiast wydał rozkaz uzbrojenia na nowo twierdzy i przygotowania do obrony. Komendantem twierdzy mianował hrabiego Narbonne, byłego ministra wojny w rządach Ludwika XVI, jednego z ostatnich pozostałych arystokratów francuskich, którzy opowiedzieli się po stronie cesarza.

Następnie cesarz polecił  księciu Eugeniuszowi i generałom Macdonald, Broussier i Marmont utrzymywanie swoich wojsk w stanie gotowym do wymarszu, usunięcia z szeregów chorych i kulawych, zabezpieczenia zaprzęgów i amunicji dla artylerii, przygotowania zapasu sucharów wystarczającego na wyżywnienie przez tydzień podległych im pułków, zebrania stad bydła rzeźnego, które mogłyby podążyć śladem wojsk i przygotowania wszystkiego, co konieczne było, by w przeciągu najwyżej 3 dni dotrzeć do Wiednia. Wymarsz nastąpić miał szybko i w tajemnicy, a nieprzyjaciel zwiedziony pozostawioną niezbyt liczną ariergardą.

Po wydaniu dyspozycji dotyczących tej linii Napoleon zajął się przygotowaniami nad górnym Dunajem, by móc również z tamtej strony równie szybko pomaszerować w kierunku Wiednia oraz w razie konieczności ściągnąć posiłki. Już wcześniej ściągnął do siebie saski korpus księcia Bernadotte i dywizję generała Dupas. Wirtemberczycy i Bawarczycy stali nad górnym Dunajem i zajmowali St.Pölten, Mentern, Enns i Linz. Wirtemberczykami dowodził generał Vandamme. Bawarska dywizja generała Deroy stała w Monachium, Rosenheim i Kufstein, pozostałe dwie, generała Wrede i księcia następcy tronu, w Linz. Napoleon rozkazał marszałkowi Lefebvre, by utrzymywał znakomitą dywizję generała Wrede, która wyposażona była w 24 armaty, w stanie gotowości bojowej; pozostałe miały zabezpieczyć bezpieczeństwo na tyłach wojsk francuskich. 
 

VI.

W ten sposób Napoleon wykorzystał czerwiec na przygotowania do koncentracji wojsk francuskich przed Wiedniem i równocześnie do przygotowania przeprawy przez Dunaj, tym razem tak zorganizowanej, by nie wydarzyło się podobne nieszczęście jak w dniach bitwy pod Essling. Bo przeprawa przez Dunaj musiała zostać dokonana. Pozostanie na lewym brzegu rzeki i pozwolenie Austriakom na spokojne operowanie na prawym brzegu oznaczałoby przedłużenie wojny na czas nieokreślony, utratę sławy, zwiększenie szans na niepowodzenie i w końcu wywołanie ogólnego niepokoju we Francji i nawet w całej Europie.

Tak szczęśliwie wybrana przez Napoleona na dokonanie przeprawy wyspa Lobau była jak stworzona do takiej operacji. Przedsięwzięcie to było wprawdzie niezwykle trudne, ale możliwe. By jednak udało się, koniecznym było zabezpieczenie przeprawy armii głównej na wyspę, którą należało przekształcić w wielki, umocniony obóz i rozpoczęcie stamtąd działań umożliwiających przeprawę przez węższą odnogę rzeki przed frontem wroga. Na przygotowania te Napoleon potrzebował 40 dni, od 23 maja do 2 lipca. Most pontonowy przez główny nurt rzeki gotowy był już kilka dni po bitwie pod Essling. Nowe łodzie, powiązane lepszymi linami dawały poczucie bezpieczeństwa. Ale ponieważ nadal istniała groźba podniesienia się poziomu wody, cesarz postanowił wybudować dodatkowy most na palach. W Wiedniu były wystarczające zapasy drewna, do którego transportu użyto koni artylerii. Po dotarciu do wąskiego odgałęzienia Dunaju drewno spławiano aż do Ebersdorf, gdzie użyte zostało do budowy mostu. Do Ebersdorf dostarczono również liczne tratwy znajdujące się w Wiedniu. Po około 3 tygodniach na wodzie widocznych było 60 słupów przewyższających najwyższy notowany stan wody, na których ułożono szeroki pomost po którym przeprawić mogła się dowolna ilość artylerii i kawalerii. Kilkaset metrów poniżej tego mostu umocniono stary most pontonowy, który służyć miał do przeprawy piechoty, by zapewnić równoczesne przejście przez rzekę wszystkich gatunków broni.

Wystawiono jeszcze jedną  budowlę, a mianowicie powyżej mostów wbito głęboko w dno rzeki rząd grubych pali, które przecinały rzekę na skos i chronić  miały oba mosty przed uszkodzeniem przez rzucone w nurt obiekty. Ponadto Napoleon zarządził pilnowanie mostów przez marynarzy gwardii krążących na łodziach powyżej palisady i wyławianie z nurtu płynących nim przedmiotów. W ten sposób udało się cesarzowi stworzyć stabilne połączenie pomiędzy prawym brzegiem rzeki i wyspą Lobau.

Teraz należało przygotować  umocniony obóz, by w przypadku ataku nieprzyjaciela na wyspę  nie być narażonym na niebezpieczeństwo. Cesarz kazał przygotować  na wyspie drogi z mostami ponad przecinającymi wyspę kanałami, założyć magazyny prochu, wybudować piece do pieczenia chleba i dostarczyć tysiące sztuk bydła. Na koniec kazał przetransportować na wyspę wielkie ilości doskonałego wina, pochodzącego z piwnic wiedeńskiej arystokracji. Wszystkie drogi oświetlone były umocnionymi na słupach latarniami, ułatwiającymi poruszanie się po wyspie w nocy.

Teraz pozostało już  tylko przeprowadzenie ostatniej i najcięższej operacji: sforsowanie wąskiej odnogi Dunaju w obliczu czujnego, poinformowanego w międzyczasie o obecności Francuzów na wyspie, wroga. Nie było do pomyślenia, by dokonać tego z użytego wcześniej punktu, bo po pierwsze Austriacy zbudowali naprzeciw niego umocnienia rojące się od armatnich luf, a po drugie brak było tam przestrzeni na rozwinięcie szyków przez większą armię.

Dlatego Napoleon dążył  do znalezienia innego miejsca, zachowując jednak pozory iż zamierza dokonać przeprawy w tym samym punkcie. Wąska odnoga rzeki, którą trzeba było sforsować, zmienia na krańcu wyspy swój kierunek i łączy się pod kątem prostym z głównym nurtem. Dokonując w tym punkcie przeprawy ląduje się na nizinie umożliwiającej rozwinięcie szyków dużej armii. To tutaj właśnie Napoleon postanowił dokonać przeprawy, w miejscu leżącym pomiędzy wsią Enzerdsdorf i lasem.

Znajdujące się  w miejscu, gdzie odnowa wpada do głównego nurtu małe wyspy kazał połączyć między sobą i z wyspą Lobau stałymi mostami i naszpikować armatami dużego kalibru. Miały one, w ilości 109, osłaniać ogniem wszystkie punkty przeprawy. Armaty pochodziły z wiedeńskiego arsenału.

Niezależnie od zgromadzonego do osłony przeprawy sprzętu artyleryjskego, Napoleon, by przyspieszyć  akcję, sięgnął po zupełnie nowe rozwiązania. Chciał, by w przeciągu kilku minut odnogę rzeki sforsowało kilka tysięcy żołnierzy, którzy mieli zaatakować i rozbić austriackie forpoczty; w ciągu następnych 2 godzin do nieprzyjacielskiego brzegu dotrzeć miało 50 000 ludzi i wydać bitwę, a przez następne 4-5 godzin przeprawić się 150 000 żołnierzy, 40 000 koni i 600 dział, którzy przypieczętowaliby los austriackiej monarchii. Nigdy dotychczas nie zaplanowano i przeprowadzono takiego manewru z takim rozmachem.

W tym celu cesarz kazał  wybudować wielkie tratwy, mieszczące po 300 żołnierzy i, by osłonić oddziały przed ogniem karabinowym, wyposażyć  je w ruchome ekrany, które równocześnie, po ich spuszczeniu na dół, służyć miały do zejścia na ląd. Każdy korpus otrzymał 5 takich tratew, co pozwoliło utworzyć liczącą 1 500 żołnierzy awangardę, która mogła zostać w całości niespodziewanie wysadzona w jednym punkcie przeprawy.

Ponadto cesarz chciał, by w tym samym momencie i z taką samą szybkością  co awangarda, na drugi brzeg przeprawiła się jedna z kolumn piechoty. W tym celu wynalazł most całkiem nowego typu. Składał  się on z połączonych ze sobą wcześniej belkami łodzi. Most ten przetransportowany miał być wzdłuż brzegu aż do miejsca przeznaczenia, w którym jeden z jego końców miał zostać przymocowany do brzegu, a drugi puszczony luźno z prądem rzeki, który spowodowałby jego obrócenie i zbliżenie swobodnego końca do przeciwległego brzegu, do którego zostałby przytwierdzony przez znajdujących się na nim żołnierzy.

By umożliwić równoczesną  przeprawę 3 korpusów: Masseny, Oudinot i Davouta, Napoleon zlecił  budowę 4 mostów, dwóch łyżwowych, jednego pontonowego i jednego zamontowanego na tratwach; ten ostatni służyć miał do przeprawy artylerii i kawalerii.

Napoleon prawie codziennie udawał się z Schönbrunn do Ebersdorfu, nadzorował, dyrygował  i udoskonalał wykonywane na jego polecenie budowle i przy prawie każdej wizycie wprowadzał w życie nowe idee. Wiedeńczycy, na których oczach odbywały się te przygotowania, burzyli się potajemnie i gdyby nie byli w ryzach tej potężnej armii, w końcu jednak zbuntowaliby się. Bo chociaż byli oni posłuszni i przyjaźni, to jednak byli patriotami godnymi wielkiego narodu. Ale Napoleon starał się ich uspokoić. Dyscyplina była zachowywana z całą surowością. Zabronione było używanie obrażających Austriaków słów; każde wykroczenie było natychmiast karane. Ponieważ panował niedostatek żywności, cesarz kazał z Węgier sprowadzić zboże i bydło rzeźne, dzięki czemu życie w Wiedniu nie było w czasie wojny droższe niż zwykle. Utrzymanie porządku pozostawił mieszkańcom, którzy utworzyli liczącą 6 000 ludzi milicję. Biednym, którzy byli bezrobotni, dał pracę po godziwych płacach, zatrudniając ich nie tylko w służbie armii, ale również przy upiększaniu Wiednia.

 

Tom VIII. Rozdz. VIII. Wojna 1809 roku. 
 

Część trzecia.

Wagram.

I. Przygotowania do rozstrzygającej bitwy. - II. Bitwa. - III. Pościg. Potyczka pod Znaim. - IV. Rokowania pokojowe. - V. Traktat pokojowy z Wiednia. - VI. Krytyczna retrospekcja wojny 1809 roku. -VII. Plany nowej organizacji Europy.  
 

I.

1 lipca wszystko było gotowe i cesarz przeniósł swoją kwaterę główną  z pałacu Schönbrunn na wyspę Lobau. Rozkazał, by wszystkie pułki skoncentrowały się tam w dniu 3 lipca, w nocy z 4 na 5 dokonały przeprawy i 5 albo 6 zaatakowały nieprzyjaciela. Przybycia Armii Italii spodziewał się 4 lipca o świcie, Armii Dalmacji i armii bawarskiej, zgodnie z wysłanymi rozkazami, 5 lipca. Sasi, którzy do Wiednia przybyli przed kilkoma dniami, przeprawili się z dywizją generała Dupas wraz z pierwszymi oddziałami na wyspę Lobau. Korpusy były wypoczęte, dobrze wyposażone i w dobrych nastrojach. Artyleria była skompletowana. Po skoncentrowaniu wszystkich pułków cesarz dysponował siłą 150 000 ludzi, wśród nich 26 000 kawalerii i 12 000 artylerii posiadającej 550 dział; niesamowita siła, jakiej Napoleon nigdy dotychczas nie zebrał na jednym polu bitwy. Miał też przy sobie niezwyciężonego Massenę, zawziętego Davouta, popędliwego Oudinota, nieustraszonego Macdonalda i wielu innych, którzy płonęli chęcią opłacenia własną krwią triumfu francuskiego oręża.



Po przybyciu na wyspę  Lobau Napoleona ogarnął niepokój; na podstawie pewnych symptomów nabrał bowiem przekonania, że arcyksiążę Karol zamierza wycofać się w kierunku Preszburga. By rozwiać swoje wątpliwości dokonał śmiałego posunięcia, które wyjaśniło mu plany austriackiego dowódcy i miało zmylić tego ostatniego co do właściwego miejsca przeprawy. Wydał rozkaz dywizji Legrand przeprawienia się po zapadnięciu zmroku po moście przez odnogę Dunaju i opanowania przeciwległego brzegu. Most został wybudowany w przeciągu 2 godzin. Dywizja pospiesznie przeszła przez odnogę Dunaju i przedarła się przez rozległe zarośla pomiędzy Aspern i Essling. Po wzięciu kilku jeńców i zabiciu kilku żołnierzy wroga, ściągnęli na siebie trwający aż do świtu wzmożony ogień nieprzyjacielskich redut, którego intensywność nie pozostawiała wątpliwości co do obecności w tym miejscu głównych sił austriackich. Teraz Napoelon był już przekonany, że wkrótce na naddunajskiej nizinie rozstrzygną się losy kampanii.

Rzeczywiście, arcyksiążę  zajmował pozycje na wzniesieniach pod Wagram, targany tysiącami pomysłów, nie mogąc się jednak zdecydować na realizację  któregokolwiek. A przecież nieodzownym było zrobienie dwóch rzeczy: umocnienie pozycji tak, by były one niezdobywalne dla przeciwnika oraz skoncentrowanie w jednym miejscu wszystkich sił, którymi dysponowała monarchia. Na szczęście żadnego z tych posunięć nie przeprowadził. Umocnił wprawdzie szańcami Aspern, Essling i Enzersdorf, ale poza tym ograniczył się jedynie do wybudowania w pobliżu miejsca zwanego "Białym Domem" szańca polowego wyposażonego w 6 armat i obsadzenia załogą leżącego pośrodku zarośli zameczku Sachsengang. Nawet przez moment nie przeszło mu przez głowę, że pułki francuskie mogą zaatakować z prawej strony, co było podstawą opracowywanego przez cesarza od 40 dni planu.

Nizina, nieznacznie wznosząca się, rozciągała się na odległość około 2 mil; za nią  rozpoczynały się wzniesienia ciągnące się od Neusiedel do Wagram, u których podnóża przepływał szeroki i głęboki, bagnisty strumień Russbach. Właśnie za nim arcyksiążę rozmieścił swoje, liczące 75 000 żołnierzy, siły główne. Na takim terenie mógł z łatwością przygotować umocnienia, których nie zdobyłaby żadna armia, nawet francuska.

Arcyksiążę nie skoncentrował również wokół siebie wszystkich podległych mu wojsk, by uzyskać w dniu bitwy przewagę liczebną  nad swoim przeciwnikiem. Koncentracja wojsk francuskich nie umknęła jego uwadze, ale nie wyciągnął z niej żadnych wniosków. Ściągnął pod Wagram jedynie korpus Kolowratha z Linzu, co wzmocniło jego siły o 20 000 ludzi. Ale pozostawił około 12 000 żołnierzy nad górnym Dunajem, arcyksięcia Jana w Preszburgu, generała Chastelera na czele 7-8 000 na Węgrzech oraz arcyksięcia Ferdynanda w Polsce, który na czele liczącego 30-35 000 ludzi korpusu prowadził zupełnie bezcelową kampanię. Gdyby skoncentrował wokół siebie wszystkie te siły mógłby przeciwko 140 000 Francuzów wystawić armię liczącą 200 000 ludzi, z których 80 000 zajmowało niezdobywalne pozycje.

Ponieważ nic takiego nie wydarzyło się, arcyksiążę Karol dysponował sześcioma korpusami w sile 140 000 ludzi i 400 armat, które rozstawione były na wzniesieniach pomiędzy Neusiedel i Wagram. Gdy arcyksiążę  usłyszał kanonadę skierowaną przeciwko dywizji Legranda, ruszył swoje pułki, przekonany, że w tym właśnie miejscu dokonana zostanie przeprawa. Rozkazał generałowi Klenau obsadzenie umocnień pomiędzy Aspern i Essling całym VII.korpusem, gdy tymczasem najbardziej zagrożone miejsce, nizina leżąca na prawo od wyspy, mała reduta "Białego Domu" i położony u zbiegu obu odnóg Dunaju zagajnik, strzeżone były tylko przez zwykłą awangardą. I., II. i IV. korpus zajęły pozycje wzdłuż linii przebiegającej za Aspern i Essling. 1 i 2 lipca arcyksiążę pozostał na tych pozycjach. Ponieważ jednak Francuzi nie nadchodzili, a nie chciał pozostawić swoich pułków w panującym upale na nizinie, wycofał je później z powrotem na poprzednie pozycje, pozostawiając jedynie awangardę generała Nordmanna pomiędzy Enzersdorf i "Białym Domem" oraz korpus generała Klenaua na szańcach w Essling i Aspern.

3 lipca pułki francuskie nieprzerwanie przeprawiały się przez duży most na wyspę. Poinformowany o tym arcyksiążę rozkazał 4 lipca artylerii rozstawionej w Aspern i Essling ostrzał wyspy. Ponieważ jednak nie dysponował tam ciężkimi działami, była to mało skuteczna kanonada.

O świcie 4 lipca pod osłoną lasów naprzeciw Enzersdorf ustawił się korpus marszałka Masseny, nieco z tyłu, naprzeciw "Białego Domu", marszałka Davout, a Oudinota przed lasem położonym u zbiegu odnóg rzeki.

O godzinie 9 wieczorem korpus Oudinota rozpoczął przeprawę, osłaniany przez flotyllę  marynarzy gwardii dowodzonej przez pułkownika Baste. Noc była ciemna, niebo pokryte było gęstymi, burzowymi chmurami. Wylądowano, usunięto czaty nieprzyjacielskiej awangardy generała Nordmanna i zajęto redutę "Białego Domu". Wszystko to trwało niespełna kwadrans i kosztowało Francuzów stratę tylko kilku ludzi. Teraz sforsowała rzekę reszta dywizji generała Tharreau (1.dywizja grenadierów należąca do II.korpusu gen.Oudinot - przyp. tłum.). Następnie dostarczono na miejsce przygotowany materiał do budowy mostu i po 2 godzinach mógł dokonać przeprawy cały korpus generała Oudinot.

O godzinie 11 ruszył  ze swoim korpusem Massena, podczas gdy należąca do jego korpusu dywizja Legranda znajdowała się już po drugiej stronie. Austriackie forpoczty, mimo zaciętego ognia, zostały odrzucone. W międzyczasie zwolniono liny mocujące koniec pływającego mostu, który nakierowany prądem rzeki ustawił się w poprzek nurtu. W przeciągu 15-20 minut most był zacumowany i gotowy do użytku. Natychmiast, zanim Austriacy zdążyli rzucić naprzeciw następującym Francuzom silniejsze oddziały, przeprawiły się po nim pułki Masseny.

Saperzy pracowali pod nieustającym ogniem, nie przerywając ani na chwilę pracy. Z jednego z kanałów wyspy, który żołnierze nazwali kanałem Aleksandra i w którym prowadzone były wszystkie prace, przetransportowano most pontonowy i most zbudowany na tratwach. Ten pierwszy przeznaczony był dla piechoty marszałka Davout, ten drugi dla artylerii i kawalerii korpusów Masseny i Davouta. Oba miały być w ciągu 4-5 godzin gotowe.

Teraz cesarz wydał  rozkaz rozpoczęcia ostrzału artyleryjskiego, kierując ogień  na Enzersdorf, by wróg nie mógł wykorzystać miasteczka jako punktu oparcia. Następnie, pragnąc gwałtownością ostrzału wywołać popłoch w szeregach nieprzyjaciela, kazał równocześnie obsypać kartaczami równinę oraz miejsce pierwotnej przeprawy. Powietrze wypełnił huk wystrzałów109 armat najciężkiego kalibru. Na drugim brzegu w szyku bojowym stało już 70 000 żołnierzy; oni sami byli w stanie stawić opór pułkom arcyksięcia. Jako następny do przeprawy przygotowywał się Bernadotte na czele Sasów i gwardii cesarskiej. Naprzód posuwały się również przybyłe w nocy Armie Italii i Dalmacji oraz dywizja bawarska. Wszystko doskonale układało się.

Z grzmotami Napoleona zmieszały się wkrótce grzmoty burzy wiszącej w powietrzu od zmroku i która teraz strugami deszczu i gradu zalewała wkraczających do boju żołnierzy. Powietrze przecinały pioruny, a w przerwach rozświetlały je bomby i granaty padające na płonący Enzersdorf.

Napoleon galopował  z jednego końca brzegu do drugiego, kierując wszystkim ze spokojem i opanowaniem. Nieprzerwanie trwała przeprawa kolejnych pułków, które biegiem przekraczały mosty, a żołnierze, gdy tylko spotykali cesarza nakładali czaka na bagnety i krzyczeli: "Niech żyje cesarz !" 
 

II.

Gdy świt około godziny 4 rozświetlił brzegi rzeki, zaskoczonym oczom obu armii ukazał  się imponujący widok. Burza skończyła się. W promieniach wschodzącego słońca zabłysły ostrza tysięcy bagnetów i hełmów. Po prawej stronie na nizinę wdzierał się Oudinot, podczas gdy jego ariergarda zacięcie ostrzeliwała zameczek Sachsengang. Po lewej Massena atakował płonące jeszcze miasteczko Enzersdorf. Przestrzeń pomiędzy oboma korpusami wypełniał przeprawiony w komplecie korpus Bernadotte'a. Na mostach przeprawiała się artyleria, kawaleria i gwardia cesarska.

Maasena i Oudinot rozpoczęli natarcie. Ten pierwszy zaatakował szturmem płonący Enzersdorf i wziął do niewoli wszystkich, którzy nie polegli; ten drugi zajął zameczek Sachsengang; w ten sposób na skrzydłach armii nie było już żadnego dla niej zagrożenia. Mogła rozwinąć się na nizinie, naprzeciw pozycji arcyksięcia i wydać mu bitwę u podnóża wzniesień Wagram.

Austriacki książę  był niesamowicie rozczarowany rozwojem sytuacji. Wszystkie jego zarządzenia podyktowane były przypuszczeniem, że Francuzi użyją  do przeprawy ponownie tego samego miejsca, nie był przygotowany na taką niespodziankę. Nie pozostało mu więc nic innego, jak wycofanie awangardy i korpusu Klenaua, bo w przeciwnym razie zostałyby odcięte w Aspern i Essling. Stał na wzniesieniu w towarzystwie swojego brata cesarza meldując mu, że Francuzi wprawdzie dokonali przeprawy, ale dopuścił do tego tylko dlatego, by móc silnym uderzeniem zepchnąć ich do rzeki. Na to cesarz odpowiedział:

"- Dobrze, tylko nie wpuść ich zbyt wielu".

W celu zabezpieczenia mostów - a było ich teraz w sumie siedem - cesarz rozkazał wykonanie takiej samej ilości zabezpieczonych faszyną i workami z piaskiem przyczółków mostowych, powierzając ochronę wyspy bardzo zdolnemu i doświadczonemu w działaniach obronnych oficerowi, generałowi Reynier.

Następnie rozpoczął rozwijanie swoich wojsk na równinie, opierając lewe, nieruchome skrzydło o Enzersdorf i Dunaj, prawym zbliżając się do Wagram, wykonując tym samym zwrot frontu. W pierwszej linii na lewym skrzydle stał korpus Masseny, w centrum Oudinota, na prawym skrzydle Davouta; w drugiej: Bernadotte na lewym skrzydle, Marmont i Wrede w centrum, Armia Italii na prawym skrzydle. Za nimi, jako rezerwa, stanęli kirasjerzy i gwardia cesarska. Artyleria, przemieszana z piechotą, zajęła pozycje przed poszczególnymi korpusami. Pozostałe oddziały kawalerii, huzarzy, strzelcy i dragoni tworzyły osłonę skrzydeł. Napoleon przebywał w centrum, spokojny i pewny zwycięstwa.

W obliczu rozwijającej się jak wachlarz armii francuskiej nieprzyjaciel wycofał  się na wzniesienia Wagram. Klenau przez Leopoldau wycofał  się w kierunku Stammesdorf i Gerasdorf.

W trakcie rozwijania się armii artyleria francuska nieustannie prowadziła ogień; kawaleria, gdy tylko mogła, atakowała austriacką jazdę  i ariergardę piechoty. Na swojej drodze korpus Davouta zajął szturmem wioskę Rutzendorf, biorąc do niewoli kilkuset jeńców, a dywizja generała Dupas zdobyła wieś Raschdorf. Kawaleria austriacka próbowała tam wprawdzie wesprzeć swoją piechotę, ale została z impetem odrzucona przez saskich kirasjerów prowadzonych przez generała Gerard. Massena zaatakował od tyłu Aspern i Essling, zajmując obie miejscowości.

W ten sposób zniszczone zostały wszystkie punkty oporu wroga, któremu nie pozostało nic innego, jak spróbować odebrać Francuzom nizinę i przystąpić  następnego dnia do rozstrzygającej bitwy.

5 lipca o godzinie 6 wieczorem Francuzi stanęli naprzeciw wzniesień Wagram. Do tego momentu stracili oni jedynie kilkuset ludzi, podczas gdy około 2 000 Austriaków było niezdolnych do dalszej walki, a 3 000 dostało się do niewoli.

Lewe skrzydło Austriaków, w sile około 75 000 żołnierzy, stało pomiędzy Neusiedel i Wagram, opierając się o Russbach. Na skraju tego skrzydła przebywał książę von Rosenberg z awangardą generała Nordmanna i liczną kawalerią; koło Baumersdorf stał korpus księcia Hohenzollerna, a w kierunku centrum, pod Wagram, stanowiska zajmował korpus Bellegarde'a, przy którym znajdowała się też główna kwatera arcyksięcia. W tym miejscu strumień Russbach zmienia swój kierunek i w dalszym swoim biegu nie dawał już osłony austriackim pozycjom. W centrum stała też austriacka rezerwa złożona z grenadierów i kirasjerów; na prawym skrzydle, pomiędzy Gerasdorf, Stammersdorf i Dunajem stanęły III.korpus dowodzony przez generała Kolowratha, IV. generała Klenaua i V. księcia Reuss.

Napoleon spostrzegł  oczywiście natychmiast, że nieprzyjacielskie centrum było najsłabszym ogniwem tego szyku i postanowił osiągnąć swój cel jeszcze tego samego wieczoru, co pozwoliłoby mu na uniknięcie niepotrzebnego rozlewu krwi w dniu następnym. Miał nadzieję na rozbicie centrum nieprzyjaciela zmasowanym atakiem na płaskowyż Wagram i zmuszenia w ten sposób do wycofania się rozpołowionej armii austriackiej.

Zgodnie z tym planem wraz z zapadnięciem zmroku do natarcia na tę pozycję ruszyli Bernadotte z Sasami i dywizją generała Dupas, Macdonald i Grenier z dwoma dywizjami Armii Italii oraz cały korpus generała Oudinot. Oudinot ostrzelał Baumersdorf i próbował wyprzeć ze swoich pozycji przyczółki Hohenzollerna, które w strumieniu Russbach miały doskonałą osłonę. Bernadotte rzucił się na Wagram, które zajął, ale nie na tyle, by móc posunąć się dalej. W środku kolumny Dupas i Macdonald dotarli aż do Russbach. Z okrzykiem na ustach: "Niech żyje cesarz" żołnierze rzucili się w wody strumienia, w których wielu utonęło. Pozostali przeprawili się na drugi brzeg i mimo gradu kul karabinowych i kartaczy wspięli się na zbocze płaskowyża.

Oba dzielne regimenty generała Dupas (5.pułk piechoty lekkiej i 19.pułk piechoty liniowej - przyp. tłum.) przekroczyły linię baraków austriackiego obozu i rzuciły się na ustawionych w czworoboki Austriaków. 5.pułk rozbił czworobok, zdobywając jego sztandar. Atak ten wspierał 19.pułk oraz 2 przydzielone do dywizji saskie bataliony grenadierów von Radeloff i von Metzsch.

Linia austriacka była już prawie przerwana, gdy nagle z tyłu odezwały się strzały, które wywołały popłoch w szeregach atakujących. Oddali je szturmujący płaskowyż żołnierze Armii Italii, którzy pomylili Sasów z Austriakami. Ten nieoczekiwany atak od tyłu zachwiał szeregami Sasów. Zaczęli się ono wycofywać, odpowiadając na ogień kolumn Macdonalda i Greniera. Ich piechurzy, mając za plecami zajęty jeszcze przez Hohenzollerna Baumersdorf, poczuli się wzięci w dwa ognie i wpadli w zamieszanie, które ciemności wkrótce zamieniły w popłoch. Przestraszeni Sasi wraz z Francuzami rzucili się do panicznej ucieczki w dół płaskowyża. Dupas, który pozostał jedynie z oboma francuskimi pułkami, naciskany ze wszystkich stron, był w końcu zmuszony do przystąpienia do odwrotu. Oudinot wstrzymał swój atak na Baumersdorf, a Bernadotte opuścił Wagram, by zbliżyć się do Aderklaa. Atak zakończył się niepowodzeniem i kosztował dywizję Dupasa utratę 1 000 ludzi, a Armię Italii kilka tysięcy zabłąkanych, którzy powrócili jednak wkrótce do korpusu, odnalezieni przez wysłaną za nimi kawalerię.

Napoleon rozkazał  wszystkim swoim korpusom rozbić biwaki na ich ostatnich pozycjach. Żołnierze położyli się spać owinięci w płaszcze. Posiłek stanowiły suchary i koniak. Sam cesarz spędził tę noc - już trzecią, którą spędził na czuwaniu - przy jednym z ognisk na naradach ze swoimi dowódcami, którym dokładnie wyjaśnił swój plan. Rozkazał im, by o świcie wszystkie pułki były w stanie gotowości, ale zanim przystąpią do akcji, miały odczekać ruchy Austriaków, by we właściwym punkcie wykonać atak, który zada armii austriackiej ostateczny cios.

Podczas gdy we francuskim obozie wszyscy głęboko spali, po stronie austriackiej wszyscy byli w ruchu, oddziały męczyły się w marszach korygujących źle zajęte pozycje i wykonując nakazane przez arcyksięcia przemarsze.  
 

6 lipca 1809 roku o godzinie 4 nad ranem wymiana ognia rozpoczęła się najpierw na austriackim lewym skrzydle i prawym francuskim. Książę von Rosenberg zszedł  z wyżyn Neusiedel, przekroczył Russbach nacierając na Grosshofen i Glinzendorf. Ustawieni za naturalnymi umocnieniami Francuzi przywitali Austriaków skutecznym ogniem, zadając im duże straty. Napoleon, który słyszał wymianę strzałów i zauważył atakujące kolumny, natychmiast wysłał kilka baterii dla wzmocnienia pozycji; przybyły one w samą porę, bo Austriacy zdążyli już zająć Grosshofen. Również generał Puthod podążył w tę stronę i przy wsparciu artylerii udało mu się wyprzeć Austriaków z wioski; musieli oni wycofać się aż do Russbach. Inne kolumny też nie miały więcej szczęścia, również one musiały wycofać się do brzegów strumienia.

W tym czasie wymiana strzałów prowadzona była już na całej długości rozciągniętego na 3 mile frontu, wzdłuż którego stało naprzeciw siebie 300 000 ludzi i 1 100 armat.

Napoleon, który zauważył,  że następujące ze wszystkich stron natarcie nieprzyjaciela prowadzone jest bez żadnego planu, był zdania, że należy zająć wzgórza Neusiedel, czyli punkt, w którym mogłoby nastąpić połączenie sił arcyksięcia Karola z siłami arcyksięcia Jana, gdyby ten pospieszył mu na pomoc. Zadanie to zlecił marszałkowi Davout, który otrzymał rozkaz zaatakowania dywizjami Gudin i Puthod czoła płaskowyża, a dywizjami Morand i Friant jego boków.

Zaledwie rozkazy te dotarły do marszałka Davout, gdy przed Napoleonem zaczęli pojawiać się  wysłani przez Massenę i Bernadotte'a adiutanci, by zameldować o niepomyślnym początku bitwy na lewym skrzydle i w centrum, prosząc równocześnie o przybycie cesarza i przysłanie wsparcia.

Na pozycjach tych rozgorzała w międzyczasie zacięta walka. Bernadotte został zaatakowany przez kolumny Bellegarde'a, jego Sasi nie byli w stanie stawić oporu tak intensywnemu natarciu. Dlatego Bernadotte musiał wycofać się.

W tym samym 4 słabe dywizje Masseny, liczące najwyżej 18 000 ludzi, zostały na lewym skrzydle zmuszone przez 60 000 Klenaua i Kolowratha do odwrotu i zajęcia zbyt rozciągniętych pozycji. Massena, cierpiący z powodu bolesnego upadku z konia przed kilkoma dniami, dowodził siedząc obłożony kompresami w otwartym powozie. Na pomoc pospieszył generał Molitor, połączył się z dywizją generała Carra Saint-Cyr, ale 10 000 żołnierzy nie było w stanie odeprzeć natarcia 45 000 żołnierzy nieprzyjaciela i Francuzi musieli wycofać się.

Tak wyglądała sytuacja o godzinie 9 rano, kiedy zameldowano o tym Napoleonowi. Spokojny o prawe skrzydło, gdzie Davout właśnie wykonywał wydane mu rozkazy, natychmiast udał się w otoczeniu sztabu na zagrożone pozycje. Uspokoił zdenerwowanego Bernadotte'a i pospieszył do kaleszy Masseny stojącej pośród świszczących kul - akurat w momencie, kiedy austriaccy grenadierzy, podbudowani obecnością arcyksięcia Karola, który stanął na ich czele, odebrali znów dywizji Carra Saint-Cyra Aderklaa i parli naprzód. Z kierunku padających strzałów można było wywnioskować, że Boudet (4.dywizja piechoty 4.korpusu marsz. Masseny - przyp. tłum.) został bardzo daleko zepchnięty w tył, a prawe skrzydło arcyksięcia dociera do Dunaju. Nadeszły nawet meldunki, że Boudet utracił całą swoją artylerię i wyparty został aż do Aspern. Cesarz rozkazał natychmiastowe przybycie artylerii gwardii. Na miejsce walki dotarł też właśnie generał Wrede na czele 26 bawarskich armat i poprosił o zezwolenie na wzięcie udziału w tym manewrze, na co otrzymał zgodę Napoleona. Równocześnie cesarz kazał wezwać generała Macdonalda z trzema dywizjami Armii Italii, fizylierów i grenadierów konnych gwardii oraz 6 pułków kirasjerów generała Nansouty. Ich zadaniem miało być przełamanie bagnetami i szablami nieprzyjacielskiego centrum, gdy zacznie się ono chwiać pod ogniem 100 francuskich armat. W tym samym czasie, na rozkaz cesarza, kolumna Masseny, złożona z dywizji Carra Saint-Cyr, Molitora i Legranda, pospieszyć miała na pomoc dywizji Boudeta i w zwartych kolumnach, w ogniu oddziałów Klenaua i Kolowratha, wykonać marsz oskrzydlający do Aspern.

Wszystkie rozkazy cesarza zostały dokładnie wykonane. 100 armat Lauristona nieprzerwanie ostrzeliwały podwójną linię austriacką, obrzucając ją gradem kul; już wkrótce nieprzyjacielska artyleria została zmuszona do milczenia. W tym momencie dotarł na pozycje nieustraszony Macdonald. W deszczu kul przystąpił do natarcia, idąc na czele swoich pułków bez wahania wyrówynał rzednące szeregi, dając swoją postawą przykład żołnierzom.

"- Co za dzielny człowiek! - wykrzyknął kilkakrotnie Napoleon.

Niespodziewanie do ataku ruszył na czele swojej ciężkiej kawalerii książę Jan von Lichtenstein, rzucając się na piechotę. która zwartą kolumną nacierała na austriackie centrum. Macdonald natychmiast kazał utworzyć czworobok i odwrócił front obu kolumn bocznych, tworząc 3 linie ogniowe. Ziemia zadrżała pod kopytami austriackich kirasjerów, lecz przywitani zmasowaną salwą, zostali zmuszeni do odwrotu w kierunku własnej piechoty, szerząc panikę w jej szeregach. Tym samym załamał się nieprzyjacielski atak na lewe skrzydło i centrum Francuzów, co pozbawiło arcyksięcia nadziei na zepchnięcie przeciwnika do Dunaju i zmusiło do wycofania się ze zdobytego terenu. Niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Massena przystąpił znowu do ofensywy przeciwko pułkom Klenaua i Kolowratha, Boudet uporządkował swoje szeregi. Lasalle i Marulaz na czele kawalerii przeprowadzali błyskotliwe szarże, podczas których jednak Lasalle został trafiony kulą karabinową i zginął bohaterską śmiercią w obliczu uciekającego nieprzyjaciela.

Prawe skrzydło Austriaków było zmuszony przyłączyć się do odwrotu swojego centrum. Gdyby teraz marszałek Davout był w stanie zrealizować wydany mu rozkaz i na lewym skrzydle odebrać nieprzyjacielowi Neusiedel, bitwa byłaby rozstrzygnięta. Napoleon niecierpliwie kierował swój wzrok w kierunku czworokątnej wieży górującej nad wioską Neusiedel. Czekał tylko na postęp na tym kierunku, by posłać Oudinota w kierunku Wagram. Gdyby arcyksiążę Jan jednak dotarł na pole bitwy, cesarz miałby do dyspozycji jeszcze połowę Armii Italii, korpus Marmonta, stara gwardia i Bawarczycy.

Zaufanie, jakim Napoleon darzył Davouta i tym razem było uzasadnione. Dywizjami Montbruna i Grouchy przygotował on przeprawę przez Russbach, a następnie posłał dywizje Moranda i Frianta do szturmu na płaskowyż. Książę  Rosenberg próbował bronić pozycji, ale ogień muszkietów nie powstrzymał Moranda. Ponieważ na płaskowyż wspięła się też brygada generała Gilly z dywizji Frianta i zaatakowała bagnetami Austriaków, oddziały Rosenberga zmuszone zostały do odwrotu. Teraz Davout poprowadził do walki pozostawione przed Russbach dywizje Puthod i Gudina. Puthod skierował się w kierunku Neusiedel, wtargnął do wioski i po zaciętej walce zmusił wroga do odwrotu. W tym samym czasie Gudin pod morderczym ogniem wspiął się na płaskowyż, podczas gdy Friant zajął teren za plecami księcia Rosenberga.

Gdy Napoleon zobaczył  walki w okolicach wieży na szczycie, nie miał już wątpliwości, że wygra bitwę. Przekazał tę dobrą wiadomość Massenie, księciu Eugeniuszowi i generałowi Macdonaldowi i wysłał Oudinota w kierunku Baumersdorf i Wagram. Oudinot wykonał swoje zadanie, połączył się na płaskowyżu z dywizją Gudina i wziął udział wraz z pułkami Davouta w oczyszczaniu płaskowyża.

Była godzina 3 po połudnu. Ponieważ arcyksiążę Karol zaczął się obawiać  iż zostanie odcięty od drogi na Morawy, wydał rozkaz odwrotu. Tak zakończyła się ta bitwa trwająca od godziny 4 rano aż do 4 po południu. 
 

Po bitwie pokazały się  niespodziewanie czołówki armii księcia Jana, który w końcu dotarł  na miejsce, zbliżając się za plecami Francuzów pod Siebenbrunn do pola bitwy.

Napoleon, odpoczywający w cieniu piramidy ustawionej z bębnów, natychmiast dosiadł konia. Już zamierzał wysłać przeciwko arcyksięciu nieużyte dotychczas w bitwie pułki, gdy spostrzegł, że austriackie oddziały znikają za horyzontem i niebezpieczeństwo oddala się. Arcyksiążę rozpoznał, że zjawił się za późno.

Efekty bitwy pod Wagram były ogromne. Zginęło albo zostało rannych około 24 000 Austriaków, wśród nich generałowie Nordmann, d'Aspre, Vukassowich, Vescay, Rouvray, Nostiz, Hessen-Homburg i Merville, 12 000 dostało się do niewoli. Francuzi stracili 15-18 000 zabitych i rannych. Armia broniąca monarchii austriackiej była pokonana i niezdolna do dalszej walki! Sukces był niezmierzony i musiał zakończyć wojnę. Mając do dyspozycji 12 000 arcyksięcia Jana i 80 000, które pozostały jeszcze arcyksięciu Karolowi, Austriacy nie mogli kontynuować w nieskończoność wojny. Jedyna nadzieja pozostała w wycofaniu się w możliwie dobrze wybraną prowincję, ochłonięcia tam i próbie wynegocjonowania najkorzystniejszych warunków pokojowych.

Tak cesarz oceniał  wynik bitwy pod Wagram i dążył do tego, by zakończenie działań  wojennych prowadziło do pokoju, którego warunki byłyby przez niego dyktowane.

Nie myślał więcej już, jak planował to po pierwszych wspaniałych zwycięstwach w Bawarii, o pozbawieniu Habsburgów tronu. Ale jego zamiarem było ukaranie ich przez jak największe osłabienie i rozbicie rodzącego się w Europie oporu. 
 



III.

Pościg za nieprzyjacielem tego samego dnia nie był możliwy. Armia miała zbyt dużo punktów do pilnowania, składała się z wielu nowych pułków, a w starych służyło zbyt wielu młodych żołnierzy, by można było wymagać od nich nadludzkich czynów.

7 lipca cesarz rozbił  swoją kwaterę w Wolkersdorf. Dzień ten poświęcony był rannym i uzupełnieniu amunicji i żywności. Pułki, które nie wzięły udziału w bitwie, przede wszystkim wspaniały korpus Marmonta i Bawarczycy generała Wrede, wysłane zostały w pościg za nieprzyjacielem, który wycofywał się drogą w kierunku Moraw. Massena, na czele dywizji Legranda i Molitora, które najmniej ucierpiały w bitwie, otrzymał rozkaz obserwacji traktu z Czech, prowadzącego przez Stockerau i Znaim.

8 lipca panowała zupełna nieświadomość, którą z dróg wybrali Austriacy. Ponieważ  cesarz odwrót w kierunku Moraw uważał za prawdopodobny, posłał Davouta śladem Marmonta. Tym samym liczące 45 000 ludzi siły francuskie były w stanie stawić czoła całej armii arcyksięcia Karola. Za Masseną Napoleon posłał generała Macdonalda, podczas gdy on sam na czele gwardii, kirasjerami generała Nansouty i młodymi pułkami Oudinota pozostał jeszcze przez 24 godziny w Wolkersdorf, by mieć czas na zdobyciu wiadomości, którą z dróg odwrotu wybrał arcyksiążę.

Arcyksiążę wybrał, nie wiadomo z jakiego powodu, Czechy jako cel swojego odwrotu i posuwał  się traktem w kierunku Znaim, który w dalszym swoim przebiegu prowadzi przez Iglau (Jihlava - przyp. tłum.) do Pragi.

9 lipca Marmontowi, który na drodze w kierunku Moraw ścigał wycofującego się księcia Rosenberga, zameldowano, że austriacki dowódca skręcił w lewo, kierując się tym samym w kierunku Czech. Marmomt natychmiast podjął właściwą decyzję, uczynił to samo i pomaszerował przez Laa w kierunku Znaim tak szybko, że natknął się tam na 60 000 Austriaków przeprawiających się pospiesznie mostem na drugi brzeg rzeki Taya. Mając do dyspozycji jedynie 10 000 ludzi nie był w stanie zagrodzić drogi dużo silniejszym Austriakom bez narażenia się na atak z ich strony.

Zdecydował się  więc na zajęcie oddzielającego go od doliny w której leży Znaim parowu i leżącej poniżej wsi Teswitz, skąd mógł prowadzić  ostrzał artyleryjski mostu. Ponieważ jego centrum osłonięte było przez parów, lewe skrzydło rzeką Taya, a prawe przez silnie obsadzone folwarki i zarośla, mógł skutecznie zakłócać ogniem przeprawę nieprzyjaciela przez most, nie będąc narażonym na niebezpieczeństwo zaatakowania przez Austriaków. Natychmiast też zameldował casarzowi o swojej sytuacji.

Pod wieczór kanonada z lewej strony zapowiedziała zbliżanie się Masseny. Napoleon był zatem poinformowany i należało spodziewać się jego nadejścia. Generał Marmont był uspokojony, tym bardziej, że hrabia Bellegarde zaproponował mu już zawieszenie broni. Przysłanego parlamentariusza wysłał do cesarza.

11 lipca Austriacy kontynuowali swój marsz przed linią Marmonta, który z Teswitz ostrzeliwał  ich kartaczami, podczas gdy Massena, ścigający księcia Reuss, około południa dotarł do rzeki Taya. O tej samej porze do kwatery Marmonta przybył cesarz.

We wszystkich punktach prowadzone były zażarte walki, że wszystkich stron Francuzi zbliżali się do mostu, zmierzając do okrążenia Austriaków, którzy ze swojej strony stawiali zacięty opór.

W tym czasie u cesarza zjawił się książę Jan von Lichtenstein z prośbą o zawieszenie broni, zaręczając słowem honoru, że po jego zawarciu natychmiast rozpoczną się rozmowy pokojowe. W rękach cesarza leżało zgotowanie armii austriackiej straszliwego losu, ale jego duma była zaspokojona, wyraził więc zgodę na zawieszenie broni, którego warunki natychmiast ustalili Berthier ze strony francuskiej i reprezentujący Austriaków Wimpffen.

Dzień ten kosztował  Francuzów 2 000 zabitych i rannych; Austriacy stracili 3 000, 5-6 000 dostało się do niewoli. Było to ostatnie zwycięstwo, koronujące godnie tę wspaniałą kampanię.

Zawieszenie broni podpisane zostało z datą 12 lipca o północy w Znaim. Aż do ustalenia warunków traktatu pokojowego w rękach cesarza pozostały wszystkie austriackie terytoria przez które przemaszerowały jego wojska, tzn. ponad jedna trzecia cesarstwa. Wyraził zgodę na miesięczny rozejm z 14-dniowym wypowiedzeniem w przypadku zerwania rokowań. Warunki były twarde, ale Austriacy musieli je przyjąć - i przyjęli.   
 

IV.

Napoleon, po przyjęciu komplementów arcyksięcia Karola odjechał do Schönbrunn, by zrobić wszystko dla osiągnięcia pokoju albo ostatnim, krótkim wysiłkiem zakończyć wojnę. W sierpniu można było zakończyć rokowania albo przygotować wszystko, by przeprowadzoną we wrześniu ostatnią kampanią zakończyć istnienie dynastii habsburskiej. Dlatego Napoleon zarządził nowe zbrojenia, jak gdyby niczego jeszcze nie osiągnął i należało pomścić poniesione klęski, a nie wykorzystać politycznie odniesione zwycięstwa.

Wśród wielu prac, które go zajmowały, nie zapomniał o nagrodach dla wyróżnionych. Generał Oudinot, który znakomicie zastąpił marszałka Lannesa na stanowisku dowódcy 2.korpusu, generał Marmont, który wykonał śmiały marsz z Dalmacji, i generał Macdonald, który we Włoszech i pod Wagram wykazał się rzadką odwagą i doświadczeniem wojennym, zostali mianowani marszałkami. Korpusom i rannym wypłacone zostały gratyfikacje. Ale wśród dowodów wdzięczności i hojności znalazł się też akt surowości, który spotkał Bernadotte'a.

Bezpośrednio przed bitwą  i w na jej początku Sasi opuścili swoje pozycje i wycofali się; byli najgorszymi żołnierzami w całej armii. Wicekról Eugeniusz znajdował się w znajdującym się w centrum linii wzniesieniu, skąd mógł obserwować wszystkie ruchy na lewym skrzydle. Zauważy wtedy, że Sasi wycofali się w chaosie. 20 minut później przybył do niego galopem jeden z oficerów sztabu głównego, wołając;

"- Posyła mnie książę Pontecorvo, by przekazać, że jest stracony, jeżeli nie otrzyma pomocy. Jego kawaleria jeszcze się trzyma, ale piechota jest rozbita."

Można sobie wyobrazić  zdziwienie wszystkich, kiedy w dniu po bitwie książę Pontecorvo (Bernadotte), wbrew wszelkim zwyczajom, wydał adresowany do Sasów rozkaz dzienny, w którym nazwał ich kolumną odlaną ze spiżu. Cesarz natchmiast odebrał mu dowództwo korpusu i odesłał do Paryża.

Załącznik tłumacza:

Odesłaniu Bernadotte'a towarzyszył rozkaz dzienny cesarza, w którym cytowany jest wspomniany rozkaz dzienny marszałka.

Obóz cesarski w Schönnbrunn

5 sierpnia 1809 roku

Jego cesarska mość wyraża niezadowolenie z postępowania marszałka księcia Pontecorvo, który w dniu 7 lipca wydał w Leopoldau rozkaz dzienny następującej treści, zamieszczony równocześnie we wszystkich gazetach.

Żołnierze Saksonii! W dniu 5 lipca 7-8 000 spośród Was przebiło się przez centrum armii nieprzyjacielskiej i skierowało się w kierunku Deutsch-Wagram, mimo oporu stawianego przez 40 000 nieprzyjaciół wspomaganych ogniem 50 armat. Biliście się aż do północy i spędziliście noc na biwaku pośród austriackich szeregów.

6 lipca rozpoczęliście walkę prowadzoną z tym samy uporem i mimo spustoszeń, jakie siała artyleria wroga, Wasze kolumny, które pozostały przy życiu, stały w miejscu jak odlane ze spiżu. Wielki Napoleon widział Wasze oddanie. Zalicza Was do swoich bohaterów.

Żołnierze Saksonii! Stan żołnierski polega na wypełnianiu obowiązków. Wy spełniliście Wasze w sposób godny.

Na biwaku pod Leopoldau, dnia 7 lipca 1809 roku.

Marszałek Cesarstwa, dowódca 9.korpusu, Bernadotte. 
 

Niezależnie od tego, że to Jego Cesarska Mość dowodzi osobiście armią, to tylko cesarzowi przysługuje prawo uznania, na jaki tytuł do sławy ktoś sobie zasłużył.

Jego Cesarska Mość zawdzięcza powodzenie swoich wypraw wojennych żołnierzom francuskim, a nie żadnym cudzoziemcom. Rozkaz dzienny księcia Pontecorvo, zmierzający ku temu, by niezbyt bitne oddziały wojska nabrały o sobie fałszywego mniemania, jest sprzeczny z prawdą, z polityką i honorem narodu. Sukces odniesiony w dniu 5 lipca zawdzięczamy korpusom marszałka księcia Rivoli i Oudinota, które przebiły się przez centrum wroga, podczas gdy korpus księcia Auerstaedt otaczał jego lewe skrzydło.

Korpus księcia Pontecorvo nie stał jak "odlany ze spiżu"; on pierwszy cofnął się. Jego Cesarska Mość był zmuszony osłaniać  go korpusemi wicekróla, dywizjami Broussiera i Lamarque'a dowodzonymi przez marszałka Macdonalda, dywizjami kawalerii pod rozkazami generała Nansouty oraz częścią kawalerii gwardii. To temu marszałkowi i jego oddziałom należy się pochwała, której książę Pontecorvo sam sobie udziela.

Jego Cesarska Mość pragnie, by ten dowód jego niezadowolenia służył jako przestroga, aby żaden marszałek nie przypisywał sobie praw do chwały, która przypada innym. Jego Cesarska Mość nakazuje jednak, aby niniejszy rozkaz dzienny, mogący zranić armię saską, choć jej żołnierze wiedzą dobrze, że nie zasługują na pochwały, którymi się ich obsypuje, pozostał tajny i był rozesłany tylko do marszałków dowodzących korpusami armii." 
 

Powyższy fragment wspomnień Napoleona, pomniejszający zasługi i wartość armii saskiej, wzbudził po ich opublikowaniu wielkie oburzenie w Saksonii. Zajmujący w latach 1810-1813 stanowisko szefa sztabu generalnego tego państwa, generał Wilhelm Friedrich von Gersdorff wystosował list protestacyjny do wydawcy wspomnień, generała Gourgaud. Ten jednak podtrzymał wyrażoną w tekście opinię. By wyjaśnić stosunek Napoleona do armii saskiej Gourgaud powołał się na jej zachowanie w czasie bitwy pod Lipskiem pisząc między innymi: "... można zrozumieć chyba złość Napoleona. Że Sasi odsunęli się od niego - jak to już wcześniej uczynili Bawarczycy - nie wywołałoby u niego raczej tego uczucia. Ale w krytycznym momencie bitwy nie tylko opuścili swoje stanowiska i zmienili front, czym spowodowali powstanie w linii francuskiej dużej luki, ale natychmiast też otworzyli ogień do swoich dotychczasowych towarzyszy broni. Takie postępowanie zaprzecza wszelkim zasadom moralnym." 
 

Gdy Bernadotte dotarł  do Paryża został on przez mnistra wojny, który zakładał,  że powrót spowodowany był powodami zdrowotnymi, wysłał  go do Antwerpii, gdzie Bernadotte wiele mówił i pisał, jak gdyby nic się nie wydarzyło. 
 

Ponieważ Napoleon był świadom, że nieustanną czujnością wywrze większy nacisk na rokowania pokojowe niż wszystkie wysiłki jego przedstawicieli odwiedzał swoje obozy w Górnej Austrii, na Morawach i Węgrzech. Na miejsce spotkania przedstawicieli obu mocarstw wybrano miasto Altenburg.

Do tego małego miasta położonego pomiędzy Raab i Komornem, oddalonego o kilka mil od zamku Dotis dokąd udał się cesarz Franciszek po bitwie pod Wagram, udał się Champagny. Miał polecenie  przyjęcia za punkt wyjściowy rokowań zasady uti possidetis, to znaczy przekazania Francji zajętych przez nią terenów, przy czym Austria miała otrzymać możliwość wolnego wyboru terytoriów, które zostaną jej zwrócone pod warunkiem, że zrekompensuje je odstąpieniem równorzędnych. W ten sposób straciłaby około 9 milionów poddanych, czyli ponad jedną trzecią swojego państwa, co oznaczałoby jej zagładę. To był jednak tylko punkt wyjścia do rozpoczęcia rokowań.

Rokowania rozpoczęły się w momencie, gdy do Austrii dotarła wiadomość, że sprawy fracuskie w Hiszpanii zaczęły przybierać korzystniejszy obrót, a angielska wyprawa na Walcheren zakończyła się niepowodzeniem. Oczywiście przeciągano rozpoczęcie rozmów aż do uzyskania pewności, że ekspedycja nie przyniosła niczego poza straceniem przez Anglię kilku tysięcy żołnierzy i wielu milionów, a Napoleon pokonał kolejną armię.

Cesarz Franciszek polecił  swojemu ambasadorowi w Paryżu, Metternichowi rozpoczęcie rokowań  z Champagny (Jean-Baptiste de Nompere de Champagny, 1756-1834, francuski dyplomata, od 1807 roku minister spraw zagranicznych cesarstwa - przyp. tłum.), dając mu do pomocy w wyjaśnieniu wszystkich wojskowych szczegółów oraz spraw związanych z regulacją granic szefa sztabu armii austriackiej hrabiego von Nugenta (Laval hrabia Nugent von Westmeath, 1777-1862, austriacki generał irlandzkiego pochodzenia, w 1809 roku szef sztabu armii arcyksięcia Jana - przyp. tłum.).

Pierwsze rozmowy odbyły się pod koniec sierpnia, ponad miesiąc po potyczce pod Znaim i podpisaniu zawieszenia broni; tak długo trwało zebranie pełnomocników i opracowanie dla nich instrukcji. Obie strony chętnie zgodziły się na przedłużenie rozejmu, bo nikomu nie zależało na szybkim zakończeniu konfliktu. Ani Napoleonowi, który żył na koszt Austrii i czekał na przybycie posiłków ani Austrii, która mimo, że ponosiła koszty francuskiej okupacji, to jednak chciała najpierw zebrać nowe siły i odczekać efektów angielskiego ataku na Walcheren.

Odpowiadając na pierwsze żądania Champagny Metternich stwierdził, że jeżeli Austria poważnie potraktowałaby te propozycje to pozostałoby jej tylko przygotowanie się do dalszej zaciętej walki. Osiągnięcie na ich podstawie pokoju byłoby niemożliwe. Smutny i zniechęcony Metternich przyznał, że traktuje te rokowania tylko za zasłonę dymną i w gruncie rzeczy jest przekonany, że Napoleon pragnie kontynuacji wojny.

Champagny zaprzeczył  temu stwierdzeniu mówiąc, że cesarz pragnie pokoju, jednak chce mieć  z niego takie korzyści, jakich słusznie może spodziewać się po odniesionych sukcesach.

"- Skąd więc - zapytał Metternich - takie niemożliwe do przyjęcia warunki wstępne?"

Należało zlikwidować  tę przeszkodę, dlatego Napoleon, zadowolony z wyników akcji pod Walcheren, które chciał wykorzystać do osiągnięcia korzystnych warunków pokojowych, upoważnił Champagny do pójścia na ustępstwa i zasygnalizowania, że Francja byłaby być może zadowolona z 4-5 milionów nowych poddanych. W odpowiedzi Metternich poskarżył się na stosowane przez Napoleona metody osiągnięcia pokoju; według niego cesarz zmierzał do traktatu wymuszonego, okrutnego i wytargowanego zamiast wspaniałomyślnego, zapewniającego na długie lata spokój i prowadzącego do ogólnego pokoju.

Po przedstawieniu warunków przez Francję Austriacy musieli albo ujawnić swoje stanowisko albo zerwać rozmowy. Dalsza zwłoka była niemożliwa. Siły Napoleona powiększały się z dnia na dzień; ekspedycja na Walcheren nie przyniosła żadnych innych efektów, jak ogłoszenie nowych poborów; Rosja w końcu ujawniła swoje stanowisko, wysyłając Czernyszewa z listami do Napoleona i cesarza Franciszka. Car oświadczał w nich, że nie wyśle do Altenburga żadnych przedstawicieli i pozostawi Francji prowadzenie rokowań; sobie pozostawi swobodę wyboru przyjęcia lub odrzucenia ich rezultatów. Cesarzowi Franciszkowi radził podporządkowanie się, a Napoleonowi złagodzenie swoich żądań. Tego ostatniego prosił też oficjalnie, by pod nazwą Wielkiego Księstwa Warszawskiego nie ogłosił odrodzenia Polski.

Zakładając, że sojusz z Rosją nie zostanie zerwany, Napoleon mógł więc robić, co chciał, a Austria nie mogła liczyć na  poparcie Rosji.

Ponieważ rokowania rwały się, a winę za to przypisywano powolnym i pokrętnym dyplomatom, cesarz Franciszek, by nawiązać bezpośredni kontakt z Napoleonem, zdecydował się na wysłanie do Schönbrunn swojego adiutanta, hrabiego Bubnę, wojskowego znanego z wielkiej mądrości. Później postawił u jego boku jeszcze ksIęcia Lichtenstein.

7 września Bubna udał  się do kwatery głównej Napoleona. Ten przyjął go przyjaźnie i łaskawie i rozmawiał z nim z otwartością, którą można było uznać za niebezpieczną, gdyby nie fakt, że Napoleon znajdował się w sytuacji nie wymagającej sztuki dyplomacji.

Po długiej, pełnej zaufania rozmowie cesarz obdarzył generała kosztownym podarunkiem i zwolnił, pełnego wdzięczności i skłonnego do poparcia w Dotis natychmiastowego podpisania traktatu pokojowego, kosztem poniesienia większych ofiar aniżeli to początkowo dopuszczano.   
 

V.

27 września Lichtenstein i Bubna przybyli ponownie do Schönbrunn, gdzie zostali przyjęci przez Napoleona nadzwyczaj uprzejmie. Dali mu do zrozumienia, że są upoważnieni do przyjęcia jego warunków. Po wizycie w dniu 30 września wraz z pełnomocnikami w teatrze Napoleon zaprosił ich do swojego gabinetu, gdzie przedstawił im główny zarys traktatu.

W końcu ustalono jego ostateczną wersję. Tylko dwa bardzo ważne punkty pozostały jeszcze do załatwienia - zmniejszenie armii austriackiej i sprawa odszkodowań  wojennych. Napoleon domagał się, by w przyszłości Austria ograniczyła swą armię do 150 000 ludzi i zapłaciła natychmiast następne 100 milionów kontrybucji, kolejną ratę 200-milionowych kontrybucji, których Francja zażądała po bitwie pod Wagram, a z których zapłacono dopiero 50 milionów. Pełnomocnicy nie byli upoważnieni do rokowań w tych sprawach i poprosili o zwłokę. By jednak złagodzić poniżający wydźwięk tych warunków, zgodzono się, że ograniczenie liczebne armii austriackiej obowiązywać będzie tylko w czasie trwania wojny na morzu, by w ten sposób odebrać Anglii sojusznika na kontynencie. Napoleon wyraził zgodę na natychmiastowe opuszczenie zdobytych terenów, o ile w krótkim czasie przekazanych zostanie 100 milionów kontrybucji. W następnych dniach Bubna miał postarać się, by w Dotis wyrażono zgodę na te warunki.

Miano nadzieję osiągnięcia celu w przeciągu następnych kilku dni, ale do 8 października nie osiągnięto porozumienia. Cesarz stracił w końcu cierpliwość i nakazał Champagny wysłanie ultimatum nie dopuszczającego żadnych wymówek.

W odpowiedzi 14 października Lichtenstein i Champagny podpisali w końcu traktat pokojowy, tak zwany traktat z Schönbrunn, już czwarty od 1792 roku.

Traktat obejmował  również wszystkich sojuszników Austrii. W jego wyniku Austria odstępowała: we Włoszech Villach, Krajno i prawy brzeg Sawy aż  do granicy tureckiej; Bawarii dolinę Innu wzdłuż linii prowadzącej od Efferding aż do Salzburga; w Polsce Księstwu Warszawskiemu Nową Galicję wraz z powiatem zamojskim, a Rosji powiaty Sołkiew i Złoczów. Tajny artykuł zawierał zobowiązanie Austrii, że aż do zakończenia wojny na morzu nie wzmocni ona swojej armii powyżej liczby 150 000 żołnierzy oraz pokrycia w postaci odszkodowania w wysokości 85 milionów franków długów austriackich prowincji, z tego 30 milionów w gotówce do dnia opuszczenia przez Francuzów Wiednia. Na ratyfikację traktatu przeznaczono tylko 6 dni.

Po podpisaniu tego podwójnego traktatu Napoleona wypełniła radość, zwolnił Bubnę i Lichtensteina, obsypując ich dowodami szacunku i rozkazał natychmiast obwieścić podpisanie pokoju armatnimi salutami. To był udany podstęp, bo tym samym rząd austriacki nie mógł oczekującego z utęsknieniem pokoju ludu wiedeńskiego później rozczarować odmową ratyfikacji traktatu. Do tego podstępu Napoleon dołączył jeszcze następny, opuszczając natychmiast Wiedeń i pozostawiając troskę wycofania armii marszałkowi Berthier. Natychmiast przygotował rozkazy, które wynikały z podpisanego traktatu. Następnie wyjechał, nie odczekując odpowiedzi z Dotis, by uniemożliwić odmowę ratyfikacji, bo nieprawdopodobnym było, by jego śladem wysłani zostali przedstawiciele austriaccy, aby zakomunikować mu zerwanie pokoju. Wycofanie wojsk francuskich rozpocząć miało się natychmiast po ratyfikacji traktatu. W trakcie odwrotu wysadzone miały zostać w powietrze umocnienia Wiednia, Brna, Raab, Grazu i Klagenfurtu, żałosny podarunek pożegnalny dla Austriaków, ale odpowiadający wojennym zwyczajom.

Podczas gdy Napoleon wyjeżdżał żegnany szpalerem wiwatującej gwardii, dwór austriacki w Dotis w akcie zwątpienia przyjął podpisany w Wiedniu traktat. Tak często wyśmiewani za swoją powolność politycy mścili się teraz na wojskowych i zarzucali im, że dali się okpić. Mimo sławy, którą Lichtenstein pokrył się w czasie ostatniej kampanii, mimo względów, którymi cieszył się Bubna, obaj popadli w pewnym sensie w niełaskę i zostali odesłani do armii. Równocześnie jednak przyjęto traktat, by nie rozpocząć nowej wojny z Napoleonem, a ludowi austriackiemu nie odebrać dopiero co darowanego pokoju, który mu już wcześniej zakomunikował Napoleon. Wymiana aktów ratyfikacyjnych odbyła się 20 października.

Napoleon natychmiast polecił księciu Berthier, który czekał tylko na sygnał  do rozpoczęcia wycofywania wojsk, wydanie następujących rozkazów: marszałkowi Oudinot, który zajmował Wiedeń, do opuszczenia miasta i podążenia śladem gwardii traktem w kierunku Salzburga; marszałkowi Davout do przemieszczenia się z Brna do Wiednia; marszałkowi Massena do przesunięcia się ze Znaim do Krems; marszałkowi Marmont pomaszerowania z Krems przez St.Pölten do Lublany; w końcu księciu Eugeniuszowi do przystąpienia do marszu powrotnego do Włoch, który prowadzić miał przez Oldenburg i Leoben.

I podczas gdy Wiedeńczycy spoglądali w kierunku wychodzących z miasta oddziałów, z bólem rejestrowali odgłosy eksplozji, które obwieszczały im zniszczenie miejskich murów.  
 

VI.

Po zwycięstwach w Bawarii cesarz mógł podążyć śladem Austriaków do Czech; ale oznaczałoby to wycofanie się w kierunku Pragi, a Napoleon nie miał zamiaru prowadzić długiej wojny. Myślał raczej o rozdzieleniu trzech koron; z innej strony sensownym było zachowanie tej znaczącej potęgi, by wykorzystać ją w grze przeciwko Rosji. Jednak bez porażki pod Aspern Napoleon zniszczyłby monarchię austriacką; ale w bitwie pod Aspern zapłacił wysoką cenę i dlatego zrezygnował ze swojego planu. Po wkroczeniu do Wiednia zaczął się obawiać, że arcyksiążę Karol, który stał na lewym brzegu Dunaju, podąży w kierunku Linzu; zmusiłby tym Napoleona do opuszczenia stolicy. Casarz chciał mieć most na Dunaju, by móc podążyć śladem arcyksięcia, gdy tylko ten wykona jakikolwiek ruch. To było powodem dlaczego cesarz natychmiast po przybyciu do Wiednia zajął wyspę Lobau; w ten sposób opanował Dunaj. Później wystarczyło przekroczyć tylko jedną odnogę rzeki, która nie była szersza od Sekwany. Cesarz popełnił błąd zbyt powolnego przerzucenia na wyspę całej swojej armii. Niespodziewanie podniesienie się poziomu wód Dunaju spowodowało zerwanie mostu.

Napoleon był niewystarczająco poinformowany i nie wiedział, że zebrała się tam cała armia austriacka. Po rozpoznaniu pola bitwy, najchętniej oparłby się o Dunaj za Essling, bo nie miał wystarczających sił do utrzymania się równocześnie w Enzersdorf, Aspern i Essling; ale wiedział, że pozycja w Essling była zbyt ważna, by ją oddać bez walki. Miał nadzieję, że Davout przybędzie już 22 i zajmie brzeg Dunaju aż do Enzersdorf. W nocy z 21 na 22 maja Napoleon poważnie brał pod uwagę ponowne wycofanie się na wyspę Lobau; ale na moście panował taki bałagan, że manerw taki uznał za niemożliwy. Powiedział A, więc musiał teraz powiedzić też B. Błędem było zbudowanie tylko jednego mostu przez węższą odnogę Dunaju. Nie można twierdzić, że cesarz poniósł pod Aspern porażkę. Nieprzyjaciel poniósł tak duże straty, że nie odważył się na powtórzenie ataku. Obaj przeciwnicy lizali swoje ciężkie rany. Napoleon nie powinien był nakazać odtransportowanie pływającego mostu łączącego wyspę Lobau z prawym brzegiem Dunaju i pozostawić w zaroślach wyspy jedynie 8-10 000 żołnierzy; bo sytuacja początkowo, gdy cała armia francuska stała stłoczona na wyspie, była rzeczywiście krytyczna.

Przed bitwą pod Wagram Napoleon obawiał się, że arcyksiążę Karol skieruje się w kierunku Linzu; budziło to w nim wielki niepokój,, bo mosty były dopiero w budowie. Kazał wybudować nowy, a mianowicie w miejscu gdzie znajdował się most w trakcie bitwy pod Aspern; chciał w ten sposób ściągnąć w to miejsce siły nieprzyjaciela. Austriacy byli przekonani, że mysz wyjdzie z tej samej dziury, do której weszła; budowali szaniec za szańcem. Podczas przeprawy przez Dunaj Napoleon zamierzał stworzyć wielkie zamieszanie i uniemożliwić Austriaków ustawienie się w szyku bojowym. Austriacy są dobrymi żołnierzami w walce w linii, ale gdy zaatakuje się ich w marszu, nie potrafią ani szybko ani dobrze manerwrować.

Davout za bardzo nadłożył  drogi, Bernadotte na czele Sasów maszerował zbyt wolno; dlatego Austriakom udało się zająć przewidziane pozycje. Ich linia była dużo bardziej rozciągnięta niż francuska, mimo, że liczebnie byli wyraźnie słabsi. Napoleon pozostawił wolną przestrzeń pomiędzy swoim lewym skrzydłem i Dunajem, ale miał duże rezerwy. Zamierzał rozbić lewe skrzydło austriackie. Austriacy ze swojej strony okrążyli armię francuską z lewej strony, wdzierając się w pozostawioną przez Francuzów lukę. W tym momencie Napoleon rzucił do ataku swoje odwody, czym zagroził nieprzyjacielskiemu prawemu skrzydłu wepchnięciem do Dunaju. Jak wyjaśnił później książę Schwarzenberg to właśnie ten manewr skłonił Austriaków do odwrotu, a nie skutki ognia słynnej wielkiej baterii artylerii gwardii. W rzeczywistości Austriacy dysponowali równie silną artylerią. 
 

VII.

Jednym z najwspanialszych pomysłów cesarza było geograficzne połączenie tych ludów Europy, które wskutek rewolucji lub działań politycznych zostały rozdzielone lub rozbite. Chciał zjednoczyć w jedno państwo 30 milionów Francuzów, 15 milionów Włochów i 30 milionów Niemców. Za to wielkie dzieło byłby przez stulecia wychwalany przez następne pokolenia! Gdyby ludy Europy zostały w ten prosty sposób zjednoczone, można by zająć się fantazyjnym pomysłem stworzenia idealnej cywilizacji; dopiero w takiej sytuacji możliwym byłoby wprowadzenie wszędzie tego samego prawa, tych samych zasad, poglądów i wspólnych interesów. Być może wtedy, przy pomocy powszechnego uświadomienia, spełniłoby się marzenie amerykańskiego kongresu albo greckiego Amfiktionu i otworzyło wielkiej europejskiej wspólnocie ludów nowe możliwości rozwoju. Co za wspaniała perspektywa!

Zjednoczenie Francuzów było już dokonane; Hiszpanów na ukończeniu. Ale cesarz nie podporządkował sobie Hiszpanów, można nawet powiedzieć, że nie potrafił ich sobie podporządkować. Ale w rzeczywistości byli prawie podporządkowani; bo w momencie, gdy wyrywali się spod francuskiego panowania, Kortezy w Kadyksie rozpoczęły tajne rokowania z Napoleonem. Wolność przyniósł im nie ich opór, nie zwycięstwa Anglików, lecz błędy Napoleona i klęska poniesiona na wschodzie. Nikt nie zaprzeczy, że cesarz zakończyłby osobiście chaos w Hiszpanii, gdyby Austriacy poczekali jeszcze 4 miesiące z wypowiedzeniem wojny; rząd hiszpański umocniłby się, umysły uspokoiłyby się, a różne partie pogodziły ze sobą. W przeciągu 3-4 lat w kraju tym panowałby spokój, zwarty naród wspólnie dążyłby do osiągnięcia dobrobytu.

Jeśli chodzi o 30 milionów Włochów to można powiedzieć, że ich stopienie było już  daleko zaawansowane; musieli tylko czekać; z każdym dniem coraz bardziej zrównywały się zasady i prawodawstwo, dojrzewała zgodność myśli i uczuć, ten trwały i nierozerwalny łącznik ludzkich wspólnot. Zjednoczenie Piemontu, Parmy, Toskanii i Rzymu z Francją było już tylko kwestią czasu. Jego jedynym celem miało być nadzorowanie i umacnianie uczuć narodowych.

Co mogłyby uczynić  wszystkie narody północy, gdyby całe południe Europy znalazło się  w trwałym, opartym na jedności poglądów, uczuć i interesów związku? Uderzałyby w taką przeszkodę jak głową w mur!....

Zjednoczenie Niemiec wymagało czasu. Dlatego cesarz, mimo, że uważał iż Niemcy dojrzeli do utworzenia jednego państwa, spróbował najpierw zredukować  ich niesamowitą wielopaństwowość. Cesarz rozumiał charakter Niemców i był zdumiony, że książęta niemieccy tak bardzo w tym względzie mylili się. Był zawsze zdania, że z łatwością mógłby panować nad 30 milionami zjednoczonych Niemców, gdyby przyszedł na świat jako niemiecki książę; był przekonany, że Niemcy, gdyby tylko raz wybrali go swoim władcą, nigdy by go nie opuścili! Obojętnie, cesarz wiedział, że zjednoczenie Niemiec wkrótce nastąpi; prędzej albo później doprowadzą do tego okoliczności; początek był zrobiony. By utrzymać równowagę w Europie i swoją władzę widział tylko jedną możliwość: zjednoczenie największych ludów w trwałym związku. A władca, który pierwszy szczerze wystąpi w interesie wszystkich narodów, będzie stał na czele Europy i będzie mógł wszystko przedsięwziąć.

 

Tom VIII. Rozdz. IX. Sprawy rodzinne. 
 

I. Geneza rozwodu z Józefiną.  - II. Postanowienie ponownego małżeństwa i wydarzenia związane z rozwodem. - III. Ślub z Marią Luizą. Przyjęcie u księcia Schwarzenberga. - IV. Maria Luiza i Józefina. Otoczenie młodej cesarzowej. - V. Ludwik i Hortensja. - VI. "Dynastia Bernadotte". 
 

I.

W trakcie trwania zamętu w Hiszpanii ministra policji niepokoiła częstość i długość rozmów, które cesarz prowadził z Talleyrandem; wmówił on sobie, że Napoleon zamierza się rozwieść i poślubić jedną  z sióstr cara Aleksandra. Postanowił, że przyczyni się do rozwiązania tej sprawy, w której cesarz, sądząc z ciągnących się w czasie rozważań, najwyraźniej był pełen wątpliwości; był bowiem przekonany, że w ten sposób powiększy swoje wpływy na koszt swojego konkurenta.

Zwrócił się  bezpośrednio do cesarzowej Józefiny, dając jej do zrozumienia, że interes Francji wymaga narodzin następcy tronu; podkreślił,  że cesarzowa zaćmiłaby chwałą wszystkie kobiety, gdyby zdecydowała się na poniesienie takiej wielkodusznej ofiary. Przydało się Fouche, że cesarzowa oczywiście wierzyła, iż żaden minister nie zagaiłby w ten sposób bez upoważnienia Napoleona i dlatego udało mu się zdobyć nad nią taką władzę, że mógł nawet odważyć się na przedłożenie jej projektu listu do prezydenta Senatu, w którym cesarzowa zaproponowała, iż dla dobra ojczyzny zrezygnuje z tytułu cesarzowej i wyrazi zgodę na rozwód. Józefina stawiała tylko słaby opór, przesunęła jednak podpisanie listu na następny dzień.



Jedna z jej dam dworu, pani de Remusat zdecydowała się na odważny uczynek. Była mądrą kobietą, która słusznie nie miała ochoty na zamianę uprzywilejowanej pozycji zaufanej cesarzowej na stanowisko damy dwory odtrąconej księżnej. Odczekała aż cesarz opuści swój gabinet i wkroczyła do jego sypialni w momencie, gdy zamierzał udać się na spoczynek. Była godzina 1 w nocy. Wiek damy uwalniał ją od wszelkich podejrzeń (Claire Elisabeth de Remusat, 1780-1821, miała wówczas 29 lat! - przyp. tłum.). Jej przybycie obudziło ciekawość cesarza; przyjął ją i, ku swemu ogromnemu zdumieniu, dowiedział się, że zamierza rozstać się ze swoją żoną! Natychmiast udał się do Józefiny i uspokoił ją zapewnieniem, że jeżeli interes państwa kiedykolwiek zmusi go do rozwiązania ich małżeństwa, to ona będzie pierwszą, która się o tym dowie. Napoleon dotrzymał słowa.

Cesarz opuścił  Paryż nie widząc się z Fouche, ale kazał go ostrzec, by nie mieszał się w inne niż policyjne sprawy i rozkazał  mu, by zadbał o uciszenie rozszerzanych przez paryską policję  plotek o rozwodzie. 
 

Józefina była Napoleonowi zawsze bardzo oddana. Gdy udawał się w podróż, zawsze chciała mu towarzyszyć. Używała wszystkich możliwych wybiegów, by osiągnąć swój cel. Nie odstraszały jej ani zmęczenie ani wyrzeczenia ani niewygody, żadna podróż nie była jej za daleka, w dzień i w nocy zawsze była gotowa podążyć za Napoleonem, który najczęściej dawał się przekonać. Żyła przede wszystkim dla szczęścia cesarza i była jego najlepszą przyjaciółką, za co on z kolei była jej bardzo wdzięczny, zachowując ją w przyszłości w jak najlepszej pamięci.

Denerwowała go tylko jej rozrzutność. Potrafił dobrze liczyć i zgodnie ze swoim charakterem prędzej wolał podarować milion niż przyglądać  się, jak marnowane jest 100 000 franków. Gdyby cesarzowa choć  w niewielkim stopniu hamowała się, z łatwością mogłaby pozostawić 50-60 milionów swoim spadkobiercom - tak duże były sumy podarowane jej przez Napoleona.

Innym powodem zmartwienia był fakt, że cesarzowa Józefina nie mogła podarować mu potomka. Z politycznego punktu widzenia potrzebował syna, który uszczęśliwiłby go bezgranicznie i wniósł szczęście do jego domu.

Gdyby urodziła mu syna, nigdy nie wkroczyłby na kwietnik, który zakrywał przepaść; nigdy nie utraciłby swojego tronu. Potomek umocniłby jego szczęście domowe i zakończyłby zazdrość cesarzowej, którą nieustannie dręczyła małżonka. Józefina przewidywała, co nastąpi i była niepocieszona z powodu swojej bezpłodności. Czuła, że bezdzietne małżeństwo jest czymś niekompletnym; ponieważ nie mogła mieć więcej dzieci, nie powinna była wychodzić za mąż. Im wyżej wspinała się na społecznej drabinie, tym większy ogarniał ją niepokój. Zwracała się do wszystkich lekarzy i niekiedy nawet ogarniała ją złudna nadzieja. Gdy spostrzegła, że wszystko jest daremne, ośmieliła się nawet skłonić cesarza do politycznego oszustwa!

Nawiasem mówiąc istniały dwie możliwości uniknięcia rozwodu: synów miał brat Napoleona Ludwik. Cesarzowa miała syna z pierwszego małżeństwa; Napoleon kochał  go jak własne dziecko. Mógł przejąć wychowanie synów króla Ludwika. Decyzją Senatu obwołani zostali następcami tronu, a wiek cesarza uzasadniał nadzieję, że w chwili jego śmierci będą już znani francuskiemu społeczeństwu i uznani przez nie za godnych zostania następcami Napoleona, gdyby Ludwik i Józef już nie żyli. Wicekról Eugeniusz zdał już egzamin jako generał i administrator. Mieszkańcy Włoch oddali mu już sprawiedliwość. Francuzi kochali go i z żalem przyjęli wyłączenie go z sukcesji tronu. Jego matka często wywierała nacisk na cesarza, by uznał go swoim następcą; plan ten stał sią prawie jej idee fixe. Według prawa cywilnego Eugeniusz był bezpośrednim spadkobiercą Napoleona, zbędne było więc dokonywanie zmian w Ustawach Organicznych Senatu. Ale gdyby Eugeniusz został następcą, powstałaby nowa dynastia, bo ojcostwo przez adopcję jest jedynie prawną fikcją, którą zdrowy rozsądek ludu nigdy by nie uznał. Czwarta dynastia miałaby krew rodziny Beaurharnais, a nie Napoleona.

Gdy cesarz podjął decyzję  i zakomunikował Józefinie, że pragnie rozwodu, zastosowała ona wszystkie możliwe łzawe manewry. Ale Napoleon musiał pozostać wierny zasadzie, że na pierwszym miejscu stoi interes państwa. Gdyby dla dobra państwa zmuszony był posłać na śmierć 50 000 ludzi, to żałowałby oczywiście tego, ale postąpiłby tak, jak nakazywałby mu obowiązek. Dlatego nie troszcząc sią o jej łzy rzekł do Józefiny:

"- Uczynisz to dobrowolnie czy nie? Ja jestem zdecydowany!"

Następnego dnia poleciła przekazać cesarzowi, że wyraża zgodę. Ale gdy Napoleon prowadził  ją do stołu, wzniosła rozpaczliwy okrzyk i straciła przytomność. 
 

II.

Po unieważnieniu przez Senat małżeństwa Napoleona władze kościelne Paryża rozpoczęły nakazane przez Kościół katolicki dochodzenie i również unieważniły małżeństwo. Stolica Apostolska wysunęła roszczenia, by w tej sprawie móc wyrazić swoją opinię, ale duchowni francuscy orzekli jednogłośnie, że jest to niezgodne z przywilejami posiadanymi przez kościół galikański; również władca jest przed Bogiem tylko człowiekiem i podlega prawodawstwu swojego biskupa. Przed zawarciem związku małżeńskiego Napoleona z austriacką księżniczką sprawą tą musiał zająć się również arcybiskup Wiednia. Dlatego przekazane zostało mu orzeczenie paryskich władz kościelnych, które potwierdził i umocnił w oficjalnym oświadczeniu.

Rozwód Napoleona wywołał  wielkie poruszenie. O względy dworu cesarskiego, najpotężniejszego w Europie, starały się wszystkie panujące dwory. Z przyczyn politycznych w grę wchodziły trzy księżniczki: rosyjska, austriacka i saska.

Z Rosją rozpoczęto na ten temat oficjalne rokowania. Już w Erfurcie car Aleksander poruszył w kilku zdaniach ten temat.

Hrabia Narbonne pisał  do ministra policji Fouche, że podczas swojego przejazdu przez Wiedeń  został w tej sprawie delikatnie zagadnięty; wyciągnął z tego wniosek, że dwór wiedeński przychylnie przyjąłby małżeństwo austriackiej arcyksiężniczki z Napoleonem. Ale cesarz nie mógł podjąć żadnych oficjalnych kroków nie znając stanowiska cara Aleksandra. Kazał wypytać austriackiego ambasadora w Paryżu, księcia Schwarzenberga, a te prywatne rokowania były tak zgrabnie prowadzone, że wszystko, co zostało powiedziane, było wiążące jedynie dla austriackiego ambasadora. Celem takiego postępowania, z punktu widzenia cesarza, było zabezpieczenie się na wypadek, gdyby małżeństwo z siostrą cara stanęło pod znakiem zapytania. A problemy rzeczywiście pojawiły się: w gronie rodziny carskiej w Petersburgu panowała niezgodność poglądów. Car Aleksander sprawiał wrażenie nie mającego żadnych zastrzeżeń; wymagał jedynie, by dla wielkiej księżny, gdyby miała zostać żoną Napoleona, urządzono w pałacu Tuilleries kaplicę pozwalając jej na zachowanie religii prawosławnej. Na ten temat prowadzone były rozmowy, a cesarz czekał jedynie na odpowiedź z Petersburga, by podjąć decyzję. Odpowiedź nadeszła. Napoleon upewnił się, że ambasador, niezależnie od posiadania lub nieposiadania instrukcji, bez żadnych zastrzeżeń poprze projekt małżeństwa, gdy będzie o nim mowa. Książę Schwarzenberg był na polowaniu; wysłano jego śladem kuriera i ambasador pospiesznie powrócił do Paryża, by czekać na ostateczną decyzję.



Na godzinę 4 po południu zwołana została tajna rada, na której, po przeczytaniu depesz z Petersburga, przystąpiono do wyboru odpowiedniej kandydatki; zdania były podzielone: wszystkie księżniczki, saska, austriacka i rosyjska, znalazły swoich zwolenników. Ale większość opowiedziała się za austriacką kandydatką; decydującym czynnikiem było pragnienie utrzymania pokoju światowego. Zwracano uwagę, że ze wszystkich potęg europejskich, właśnie Austrię najbardziej niepokoją działania francuskie; planowany związek z domem Habsburgów rozwiałby chmury zwątpienia; byłby rękojmią długotrwałego pokoju i odbudowałby zaufanie.

O godzinie 6 wieczorem Napoleon zlecił księciu Eugeniuszowi udanie się do księcia Schwarzenberga i złożenia mu odpowiedniej propozycji, z zachowaniem wszystkich przyjętych form. Równocześnie minister spraw zagranicznych otrzymał pełnomocnictwo do podpisania traktatu małżeńskiego z arcyksiężniczką Marią Luizą. Jako wzór służyć miał traktat podpisany przez Ludwika XVI z Marią Antoniną.

O godzinie 7 wieczorem książę Eugeniusz złożył raport ze swojej misji. W przeciągu tego samego wieczora podpisany został traktat małżeński. Marszałek Berthier, książę Neuchatel, wysłany został do Wiednia, by przekazać w ogólnie przyjętej, uroczystej formie, oficjalne oświadczyny. W czasie uroczystości zaślubin w Wiedniu Napoleona reprezentował arcyksiążę Karol. Na ślubie, który odbył się w Paryżu, cesarza Franciszka reprezentował austriacki arcyksiążę, Wielki Książę Würzburga, późniejszy książę Toskanii. 
 

W czasie, gdy przeprowadzany był rozwód z Józefiną do Paryża przybyła córka brata Napoleona, Lucjana, zatrzymując się u matki cesarza. Była osobą o bystrym umyśle, krytykującą wszystko. Jej wyzywające zachowanie zwróciło uwagę cesarza. Zasięgnął informacji i dowiedział się od swojej siostry Karoliny, królowej Neapolu, że cała rodzina dążyła do wydania jej za mąż za cesarza. Napoleon odrzucił ten pomysł: była jego bratannicą i popełniłby kazirodztwo. 
 

Rozwód cesarzowej Józefiny jest czymś jednorazowym w swoim rodzaju w historii świata. Dla obojga małżonków był wielką ofiarą, która jednak z powodów politycznych musiała zostać poniesiona. Małżeństwo uznawane było we Francji jako związek cywilny i Święty Sakrament; do jego rozwiązania konieczna była współpraca organów cywilnych i kościelnych. Organem cywilnym, rozstrzygającym o rozwiązaniu związku małżeńskiego cesarza, był Senat. Oboje małżonkowie na jego posiedzeniu ogłosili swoją zgodę na rozwód. Ceremonię przeprowadzono w budynkach Tuileries; była w najwyższym stopniu wzruszająca, wszystkim obecnym płynęły łzy z oczu. Po stwierdzeniu przez arcykanclerza obopólnej zgody, Senat orzekł rozwód cesarskiej pary. Cesarzowa opuściła Tuileries i udała się do Malmaison. Wszystkie meble pokojów cesarza w tym małym, ale zachwycająco pięknym pałacyku, pozostały na swoim miejscu. Józefina otrzymała ponadto majątek Navarre i roczny zasiłek w wysokości 2 milionów, który w większości przeznaczała na popieranie artystów i wspomaganie potrzebujących. Malmaison położone jest o 3 godziny jazdy od Paryża i godzinę od Saint-Cloud. Cesarzowa mieszkała tam nieprzerwanie przez następne lata. W przeciągu tych pięciu lat trzy albo cztery razy przyjęła cesarza. Cały dwór regularnie ją odwiedzał. Gdy do Paryża wkroczyli alianci, często odwiedzali ją cesarz Franciszek, król Prus i szczególnie często car Aleksander.

Jej syn, wicekról Eugeniusz, został przez Napoleona adoptowany; cesarz przeznaczył go na swojego następcę we Włoszech w przypadku, gdyby nadal pozostał  bez prawowitego spadkobiercy. Eugeniusz traktowany był jak włoski książę krwi. Roczne wynagrodzenie, jakie otrzymywał z posiadłości cesarskich, szacuje się na 25 milionów.

W 1806 roku poślubił  najstarszą córkę króla Bawarii, piękną i ujmującą  księżniczkę. 

Kuzynka Józefiny, Stefanie de Beauharnais, wyszła w 1806 roku za mąż za następcę tronu Wielkiego Księstwa Badenii. Inna kuzynka poślubiła księcia Arenberg, z jednej z najznamienitszych rodzin Belgii i suwerennego księcia niemieckiego. Jeżeli ten związek nie był tak szczęśliwy, jak wyżej wspomniany, to winna temu była księżna. Książę był dowódcą pułku strzelców (Cheveau-légers du duc d'Arenberg, pułk utworzony w Belgii w 1806 roku; jego organizatorem i pierwszym dowódcą był książę Prosper-Louis d'Arenberg, 1784-1861, który na stanowisku dowódcy pozostał również po przekształceniu pułku w 1808 roku w 27.pułk strzelców konnych - przyp. tłum.) ; wyróżnił się w Hiszpanii, gdzie dostał się do niewoli angielskiej ( podczas walk pod Arroyo del Molinos 29 października 1811 - przyp. tłum.). Napoleon przypisywał temu małżeństwu określoną rolę. Zamierzał uczynić księcia d'Arenberg gubernatorem Belgii i urządzić mu dwór w Brukseli, by dać Belgom nowy dowód swojej troski. W tym celu za swoje prywatne pieniądze kupił od księcia Sachsen-Teschen pałac Laeken i kazał wspaniale go urządzić.

Trzecia kuzynka cesarzowej mogła zostać królową Hiszpanii i żoną Ferdynanda VII, który zabiegał o jej rękę. 
 

III.

Gdy Napoleon koło Compičgne po raz pierwszy spotkał swoją narzeczoną, arcyksiężniczkę  Marię Luizę, z którą był już poślubiony za pośrednictwem prokurenta w Wiedniu, kazał zatrzymać swój powóz, bo nie chciał, by jego przyszła żona wiedziała, że to on. Ale królowa Neapolu (Karolina Bonaparte, 1772-1839, siostra Napoleona - przyp. tłum.), która siedziała obok niej, zawołała:

"- Tam stoi cesarz."

Napoleon wskoczył  do berlinki i ucałował swoją narzeczoną. To biedne dziecko nauczyło się na pamięć długiej mowy, którą miało wygłosić  klęcząc przed cesarzem. Takie polecenie księżniczka otrzymała w Wiedniu. Cesarz Franciszek rzekł do niej:

"- Gdy tylko zostaniesz sama z cesarzem Napoleonem, będziesz robiła, co ci powie. Będziesz posłuszna mu we wszystkim, czego będzie od ciebie żądać".

Cesarz zapytał  Metternicha i biskupa Nantes, czy może spędzić z nią noc pod jednym dachem; rozwiali oni jego wątpliwości, zapewniając go, że Maria Luiza nie jest już arcyksiężniczką, lecz cesarzową.

Ślub cywilny odbył się w Saint-Cloud, a kościelny w wielkiej Sali Muzeum Napoleona (Luwr - przyp. tłum.). Pięciu albo sześciu kardynałów (w rzeczywistości było ich 13 - przyp. tłum.), którzy obecni byli na ślubie w Saint-Cloud, oświadczyło niespodziewanie, że ze względu na Ojca Świętego, bez którego obecności nie może odbyć się ślub koronowanych głów, nie wezmą udziału w uroczystościach kościelnych. Francuscy biskupi i większość kardynałów z wielkim oburzeniem odrzuciła takie stanowisko; również papież wyraził dezaprobatę wobec zachowania kardynałów, którzy zostali wydaleni z Paryża. Nazwano ich "czarnymi kardynałami" ponieważ na pewien czas Stolica Apostolska zabroniła im noszenia purpury.

Inne przekonanie reprezentował  biskup Nantes (de Voisins). To on dzięki swojej mądrości, głębokiej moralności i daleko idącej cierpliwości zrobił z cesarza dobrego katolika. Maria Luiza, której było spowiednikiem, zapytała go pewnego dnia o obowiązkowe zachowanie postu w piątek.

"- Przy czyim stole spożywa Pani posiłek?"

"- Przy stole cesarza" - padła odpowiedź.

"- Czy zajmuje Pani główne miejsce?"

"- Nie".

"- Nie ma Pani zatem żadnego wpływu?"

"- Nie".

"- Czy cesarz spożywa w piątki potrawy postne?"

"- Nie".

"- Niech więc Pani podporządkuje się i nie wywołuje sporu. Pani pierwszym obowiązkiem jest posłuszeństwo i okazanie cesarzowi szacunku. Niech Pani innymi środkami przypodoba się Panu Bogu."

W ten sam sposób postąpił, gdy odradzał Marii Luizie spowiedź powszechną, do której próbowano ją skłonić przed Wielkanocą. Co byłoby, gdyby zasięgnęła rady nie u niego, lecz zapytała jakiegoś fanatyka? W cesarskim domu wybuchłby wielki spór i zapanowała niezgoda!

Z okazji zaślubin odbyły się wspaniałe uroczystości. Ambasador austriacki, książę Schwarzenberg, wydał w imieniu swojego władcy wielkie przyjęcie. W tym celu kazał w parku ambasady wybudować z drewna salę balową. Gdy bal był już w pełni, zapaliły się zasłony z gazy; w mgnieniu oka cała sala stała w ogniu. Napoleon podał Marii Luizie ramię i powoli wyszedł. Książę Schwarzenberg nie odstąpił boku cesarzowej aż ta odjechała do Saint-Cloud. Cesarz pozostał aż do świtu w ogrodzie. Żywiołu nie dało się poskromić, pochłonął wszystko. W ogniu zginęło kilka osób. Tragicznie zginęła szwagierka księcia Schwarzenberga, z domu księżniczka Arenberg. Udało się jej opuścić salę; ale niespokojna o los jednego z jej dzieci zawróciła i udusiła się w dymie, gdy usiłowała wydostać się przez drzwi prowadzące do wnętrza pałacu. Następnego dnia znaleziono jej spalone szczątki. Ciężko ranny został też ambasador rosyjski, książę Kurakin.

Przyjęcie u Schwarzeberga, urządzone na cześć ślubu Napoleona z arcyksiężniczką  Marią Luizą, miało fatalne skutki dla dyplomatów, z których wielu zginęło w płomieniach; kilka lat później cesarz został obalony właśnie przez dyplomatów. Gdy wybuchnął pożar, przeszła mu przez głowę myśl, że jest dla niego zły omen. Dlatego ucieszył się, gdy dzień po bitwie pod Dreznem zameldowano mu, że książę Schwarzenberg poległ. Nie żeby życzył temu biednemu człowiekowi śmierci! Ale spadł kamień z serca, bo pomyślał, że pożar w ambasadzie był złą wróżbą dla Schwarzenberga, a nie dla niego (informacja o śmierci księcia Schwarzenberga w bitwie była fałszywa - przyp. tłum.).

Gdy w 1770 roku władze Paryża zorganizowały wielki festyn dla uczczenia zaślubin Ludwika XVI z Marią Antoniną, w tłoku 200 osób zostało zepchniętych do rowów Pól Elizejskich i zginęło. Gdy później król i Maria Antonina ponieśli śmierć na szafocie, przypomniano sobie to straszne wydarzenie, widząc w tym zły znak; bo przecież rewolucja wywołana została głównie w wyniku wzburzenia w stolicy. Dlatego można zrozumieć, że nieszczęście, które wydarzyło się podczas przyjęcia wydanego w podobnych okolicznościach, które również służyło połączeniu domów panujących Francji i Austrii, też przyjęte zostało jako zły omen. I rzeczywiście - nieszczęście Francji należy przypisać jedynie i wyłącznie wiarołomności Austrii. 
 

Nawiasem mówiąc, Napoleon miał też własne idee małżeństwa. W przypadku, gdyby otrzymał odmowne odpowiedzi od Austrii i Rosji, zamierzał poślubić pochodzącą ze starej arystokracji Francuzkę. Taki miał w zasadzie zamiar, od którego jego ministrowie z trudem go odwiedli, przytaczając powody polityczne. Cesarz byłby dumny i cieszyłby się, gdyby mógł rozszerzyć drzewa genealogiczne starych francuskich rodzin i oddać ich córki obcym suwerenom, którzy by go o to poprosili. Ale nikt nie rozumiał intencji cesarza.

Z pewnością cesarz uczyniłby słusznie, gdyby jego wybór padł na Francuzkę! Francja była wystarczająco duża, jej władca wystarczająco potężny, by musiał on zabiegać o względy innych państw. Nawiasem mówiąc, nawet najściślejsze powinowactwo nie stoi ponad interesami państwowymi; powstaje zatem pytanie, czy związanie się z najpotężniejszymi domami panującymi przynosi korzyści; cesarzowi z pewnością przyniosło jedynie nieszczęście i zgubę. 
 

Społeczeństwo szczerze ucieszyła wiadomość o ponownym małżeństwie cesarza. Kilka dni po podjęciu przez niego decyzji zapytał on jednego ze swoich ministrów, księcia Decrčs:

"- Ludzie są zatem zadowoleni z mojego ponownego małżeństwa?"

"- Tak jest, Sire, bardzo."

"- Rozumiem; wszyscy mają nadzieję, że lew zaśnie."

"- Prawdą mówiąc, Sire, wszyscy na to trochę liczymy."

"- Hm - odparł Napoleon po krótkim namyśle - mylicie się! Groźnemu lwu nie należy robić wyrzutów! Być może sen byłby mu tak samo miły, jak każdemu innemu. Ale czy Pan nie widzi, że ja, który pozornie ciągle atakuję, w rzeczywistości nie czynię nic innego, tylko bronię się?" 
 

IV.

Maria Luiza była czarującym dzieckiem. Nigdy nie kłamała, zawsze trzymała się na uboczu, nawet ludziom, którymi gardziła, pokazywała przyjazne oblicze. W Wiedniu przygotowano ją, by ministrom, których nie znosiła, pokazywała uprzejmy wyraz twarzy. Gdy chciała pieniędzy, prosiła cesarza i była zachwycona, gdy dał jej 100 000 franków. Cesarzowa Józefina nigdy nie żądała pieniędzy, za to robiła milionowe długi.

Maria Luiza z całą powagą wierzyła, że Józefina jest starą kobietą; pewnego Napoleon powiedział dnia  do tej ostatniej:

"- Ona zakłada, że jesteś starą kobietą. Gdy Cię zobaczy, zaleje się łzami i będę zmuszony Cię odesłać. To już nie czasy Henryka IV, żebyś musiała nieść jej tren."

Gdy rokowania na temat ślubu doprowadziły do porozumienia, cesarz Franciszek posłał Napoleonowi kasetę z papierami, które dokumentowały, że Napoleon jest potomkiem książąt Florencji. Śmiejąc się, Napoleon powiedział do księcia Metternicha:

"- Wierzy Pan, że będę zajmować się takimi bzdurami? Założywszy, że to prawda, jakie znaczenie może to mieć dla mnie? Książęta Florencji nie zajmowali tak wysokiej pozycji jak cesarz Niemiec. Nie będę poddanym mojego teścia. Jestem przekonany, że jestem jemu równy. Nawiasem mówiąc, moja arystokratyczne pochodzenie wywodzi się od Montenotte. Niech Pan zabierze z powrotem te papiery!"

Scena ta ubawiła Metternicha.

Maria Luiza kochała cesarza, chciała być zawsze u jego boku. Zrobiłaby dobrze, gdyby udała się z nim na Elbę. Ale nieustannie przypominano jej, że jej ciotka, Maria Antonina, została zgilotynowana.

Józefina chętnie spotkałaby się z Marią Luzią i zobaczyła króla Rzymu, często mówiła o nich z wielkim zainteresowaniem. Maria Luiza ze swojej strony bardzo lubiła Eugeniusza i Hortensję, ale była zazdrosna o Józefinę. Kiedyś cesarz chciał ją zabrać do Malmaison, ale cesarzowa na tę propozycję zalała się łzami. Wprawdzie nie zabraniała cesarzowi odwiedzin, ale nie chciała o nich nic wiedzieć, a gdy dowiadywała się o takim zamiarze, na wszelkie sposoby próbowała odwieść cesarza od wyjazdu i nie odstępowała go ani na krok. Cesarz, widząc, że wyjazdy te zasmucały ją, z czasem prawie całkowicie z nich zrezygnował. Ale gdy do nich dochodziło, przyjmowany był ze łzami i różnorakimi zarzutami. Józefina nieustannie przytaczała mu przykład żony Henryka IV, która wprawdzie rozwiedziona, przebywała na dworze i nawet wzięła udział w koronacji (Małgorzata de Valois, 1553-1615, pierwsza żona króla Francji Henryka IV, po unieważnieniu małżeństwa zachowała tytuł królowej i po kilkuletniej przerwie powróciła do Paryża. Była zaprzyjaźniona z drugą żoną Henryka IV, Marią Medycejską, była obecna w bazylice Saint-Denis podczas jej koronacji i zajmowała się nawet wychowywaniem jej dzieci - przyp. tłum.).

Otoczenie cesarzowej Marii Luizy nie było dobrze dobrane. Konkretnie mówiąc, nieszczęściem było, że jej pierwszą damą dworu była nieustannie intrygująca pani Lannes, księżna Montebello.

Cesarz uczyniłby lepiej, gdyby przydzielił swojej młodej żonie panią de Beauveau albo panią de Mortemart jak damy dworu. One nie dążyłyby do uzyskania wpływów na cesarzową, co oszczędziłoby cesarzowi wiele zmartwień.

Wybierając księżnę  Montebello cesarz wziął wzgląd na armię; ale nie miał takiej potrzeby. Ponadto chciał w ten sposób uhonorować wdowę starego przyjaciela Lannesa, który poniósł śmierć na polu bitwy.

Maira Luiza chętniej otaczała się nową arystokracją. Habsburgowie mają  o sobie bardzo wysokie mniemanie, uważając, że w stosunku do nich wszyscy inni stoją na tym samym, dużo niższym poziomie.

Przez długi czas była mowa o zastąpieniu marszałka pałacu Duroca generałem Flahaut. Ale cesarz nie zrobił tego. Nie dlatego, że Flahaut był za młody na takie stanowisko, lecz z powodu jego sławy podrywacza i jego matki, pani de Souza, która angażowała się we wszystkie paryskie intrygi. Cesarz obawiał się jej złego wpływu i miał jej za złe kawał, który mu zrobiła, gdy jej mąż, nikt nie wie w jaki sposób, otrzymał tytuł ambasadora Portugalii w Rosji. (Adelaide de Flahaut, 1761-1836, matka generała Charlesa Flahaut - ojcem był, jak się powszechnie uznaje, Talleyrand, którego kochanką Adelaide była w ostatnich latach panowania Ludwika XVI. Po zgilotynowaniu w 1793 roku jej pierwszego męża, hrabiego Alexandre de Flahaut de Billarderie, przebywała na emigracji w Anglii, a po powrocie do Francji poślubiła w 1802 roku ministra pełnomocnego Portugalii w Paryżu Jose Maria de Souza-Bothello. W 1804 roku otrzymał on tytuł ambasadora Portugalii w Rosji, z którego jednak w 1805 roku zrezygnował, przebywając na stałe w Paryżu. Adelaide zajmowała się również pisarstwem. Spod jej pióra pochodzi m.in. napisana w 1794 roku nowela "Adele de Senange" - przyp. tłum.). Była zaprzyjaźniona z cesarzową i kochanką Talleyranda. Pewnego dnia odwiedziła ona cesarza w Malmaison i oświadczyła:

"- Wyjeżdżam do Petersburga jako żona portugalskiego ambasadora. Dwór portugalski nie ma żadnych wspólnych interesów z Rosją, wierzę zatem, że nie uchybię moim obowiązkom żony ambasadora Jego Królewskiej Mości, jeżeli zaoferuję Panu, jeżeli Pan sobie ich życzy, moje usługi. Jestem dobrą Francuzką i byłabym szczęśliwa, gdybym przydała się jako agentka na dworze rosyjskiego cara, gdzie przewija się tylu znaczących dyplomatów. Jestem przekonana, że potrafię oddać w Petersburgu wielkie usługi. Ale do tego celu koniecznym byłoby, bym prowadziła tam dom na poziomie  wyższym, niż pozwala na to mój osobisty majątek i dochody mojego męża."

Krótko mówiąc, nudziła cesarza swoim świergotaniem niczym Adele de Senange tak bardzo, że wyraził on zgodę na płacenie jej 150 000 franków rocznie, wręczając też nakaz wypłaty w takiej wysokości za pierwszy rok. Dwa dni później cesarz pracował z Estčves. W międzyczasie zastanowił się i zmienił zdanie. Polecił swojemu rozmówcy by, pod pozorem braku polecenia od cesarza, nie zrealizował przedłożonego mu nakazu wypłaty. Estčves przerwał mu:

"- Ale ja już przedwczoraj dokonałem wypłaty."

"- Jak to?" - zapytał zaskoczony cesarz i dowiedział się, że pani de Souza natychmiast po opuszczeniu Malmaison, przed udaniem się do domu, najpierw kazała sobie wypłacić 150 000 franków. Cesarz nie wierzył, by w ogóle miała zamiar wyjechać do Rosji. Jeżeli Flahaut nie miałby takiej matki, zostałby zapewne mianowany Wielkim Marszałkiem Pałacu, bo cesarz darzył go dużą sympatią. Był uzdolniony, dzielny i potrafił oczarować ludzi. Po tym zdarzeniu cesarz wielokrotnie spotykał panią de Souza, która w jego obecności, mimo, że miała się pod kontrolą, okazywała pewną dozę niepewności. Cesarz często próbował żartem zemścić się, ale nigdy ani słowem nie wspomniał jej odwiedzin w Malmaison. 
 

V.

Brat cesarski Ludwik, od czasu kiedy został królem Holandii, miał zwyczaj podkreślać,  że chce być dobrym Holendrem. Oddał się całkowicie w ramiona partii angielskiej, ułatwiał przemyt i paktował z wrogami Francji. Trzeba było nieustannie nadzorować go i grozić. Za nieustępliwym uporem próbował ukryć słabość swojego charakteru; dziecinny żart uważał za bohaterski czyn i porzucił swój tron. Wobec cesarza wygłaszał żałosne mowy, mówił o jego niezaspokojonej ambicji, nieznośnej woli panowania itd. Co pozostało cesarzowi innego? Miał pozostawić Holandię wrogom Francji? Miał posadzić na tronie nowego króla? Mógł od niego oczekiwać czegoś więcej niż od własnego brata? Połączył więc Holandię z Francją, dokonując czynu, który wywarł na Europie najgorsze wrażenie i przyczynił się do późniejszego nieszczęścia Francji.



Po powrocie cesarza z Elby Ludwik napisał mu z Rzymu długi list, w którym postawił  warunki swojego powrotu do cesarza. Nazwał ten list traktatem. Cesarz odpowiedział mu, że nie jest w stanie podpisać z nim traktatu. Jest jego bratem i jeżeli przybędzie, zostanie przyjęty z otwartymi ramionami. Jednym z warunków Ludwika było wyrażenie zgody na rozwód z Hortensją. Cesarz kazał mu odpowiedzieć, że jest to sprzeczne zarówno ze statutem rodziny cesarskiej, jak i z polityką, moralnością i stanowiskiem opinii publicznej.

Być może wytłumaczeniem dziwactw króla Ludwika jest jego smutne dzieciństwo. Już w młodych latach ciężko chorował, co z pewnością nie pozostało bez wpływu na stan jego psychiki. Niemalże uległby tej chorobie, wyzdrowiał tylko częściowo, skutkiem czego było wiele dolegliwości, między innymi jednostronny paraliż.

Ludwik był dzieckiem zmanierowanym lekturą dzieł Jean-Jacquesa (Rousseau - przyp. tłum.). Ze swoją żoną żył tylko przez kilka miesięcy w zgodzie. Wina leżała po obu stronach: pożądanie z jego strony, lekkomyślność po stronie Hortensji. A przecież zawarli małżeństwo z miłości, do którego dążyła przede wszystkim Józefina. Cesarz ze swojej strony chętniej widziałby związek Ludwika z inną rodziną, przez pewien czas myślał o bratannicy Talleyranda (Françoise Xavičre Mélanie de Talleyrand-Périgord, 1785-1863 - przyp. tłum.), która później została panią de Noailles.

O związku Napoleona z Hortensją krążyły najżałośniejsze plotki, twierdzono nawet, że cesarz jest ojcem jej najstarszego syna. Taki haniebny związek nie był w charakterze cesarza, nie miał potrzeby zaspakajać w taki nienaturalny i absurdalny sposób swojej namiętności, skoro u jego stóp w Tuileries leżały wszystkie piękności cesarstwa. Ludwik wiedział zapewne, że nie było ani krzty prawdy w tych plotkach, ale mimo wszystko urażały one jego miłość własną i przy różnych okazjach jego dziwaczny charakter skłaniał go do wspominania o nich.

W każdym razie Hortensja, tak dobra, szlachetna i oddana mężowi osoba, wyrządziła swojemu mężowi, co musiał, mimo całej swojej do niej przyjaźni, Napoleon przyznać, wiele krzywdy. Ludwik miał osobliwy charakter i był  nieznośnym człowiekiem. Ale kochał swoją żonę i temu uczuciu powinna ona była podporządkować wszystko inne. Powinna była mieć na uwadze wielkie sprawy, o które toczyła się gra i wspierać męża. Gdyby tak było, podążyłaby za nim do Holandii, była szczęśliwa i oszczędziłaby sobie wiele trosk. A Ludwik nie uciekłby z Amsterdamu, cesarz nie byłby zmuszony wcielić Holandii do Francji, dokonać aktu, który w dużym stopniu przyczynił się do jego upadku. Tak wiele potoczyłoby się inaczej! 
 

VI.

W momecie objęcia rządów Napoleon nie miał większego wroga niż król Szwecji Gustaw IV. Chciał on odgrywać rolę wielkiego Gustawa Adolfa. Przemierzał Niemcy, by podburzyć je przeciwko Napoleonowi. Po nieszczęściu, jakie spotkało księcia d'Enghien, przysiągł, że osobiście go pomści. Gdy król Prus przyjął Legię Honorową, Gustaw IV odesłał mu Order Orła Czarnego; nie pominął niczego, by pokazać swoją nienawiść wobec Napoleona. Ale los ukarał go; stracił koronę w wyniku spisku i został wydalony z ojczyzny. Wszyscy byli przeciwko niemu, wina zatem musiała leżeć po jego stronie. Zgoda, nie było dla niego żadnego usprawiedliwienia, być może był chory umysłowo; ale jedno jest niepojęte i bezprzykładne: w krytycznym momencie ani jedna szabla nie podniosła się w jego obronie.

Był zabawką  Anglików, którzy go oszukiwali i wykorzystywali do swoich celów, odrzucony przez swoich, pogardzony przez wszystkich, król podjął decyzję usunięcia się w cień i zniknięcia w tłumie.



Po bitwie pod Lipskiem Gustaw napisał do cesarza, że jest wprawdzie jego wrogiem, ale już od dawna podziwia go i darzy sympatią; jest on tym władcą, na którego może się najmniej poskarżyć; nieszczęście cesarza pozwala mu teraz na ujawnienie swoich uczuć; prosi zatem o azyl we Francji i o stanowisko adiutanta u boku cesarza. Cesarz był poruszony tą prośbą, ale nie był przekonany, czy może ją spełnić. Gdyby przyjął króla, jego honor nakazałby mu wystąpić w jego obronie. Ponieważ nie był już jednak panem świata, dlatego w zainteresowaniu cesarza Gustawem ludzie o ograniczonym horyzoncie widzieliby jedynie wyraz zemsty wobec Bernadotte'a; poza tym, byłoby niekonsekwentne z jego strony i niezgodne z jego pryncypiami, gdyby ujął się za królem, którego odrzucił naród, podczas gdy on sam został właśnie przez naród osadzony na tronie. Krótko mówiąc, obawiał się nowych komplikacji i postanowił milczeć. Kazał odpowiedzieć Gustawowi, że wysoko ceni sobie jego propozycję i jest nią poruszony, ale interes Francji zabrania mu działania według własnych uczuć i zmusza nawet w tej chwili do odmowy udzielenia azylu. Zresztą Gustaw myli się, jeżeli przypisuje cesarzowi inne uczucia niż szczere życzenie mu powodzenia i szczęścia.

Po usunięciu Gustawa Szwedzi, by zapewnić sobie poparcie Francji, poprosili Napoleona o zaproponowanie im nowego króla. Przez moment mowa była o wicekrólu Eugeniuszu; ale musiałby on zmienić religię, co w mniemaniu cesarza nie odpowiadało godności jego i członków jego rodziny. Nie widział też w takim kroku żadnej korzyści politycznej, która usprawiedliwiałaby czyn naruszający etykę. Jednak chętnie widziałby na tronie szwedzkim Francuza, chociaż dla poparcia jego polityki i w interesie Francji najkorzystniejszym byłoby, gdyby na króla Szwecji wybrany został król Danii, co dałoby Napoleonowi władzę nad Szwecją.

Wybór Szwedów padł  na marszałka Bernadotte, księcia Pontecorvo, który, po długich rokowaniach prowadzonych ze strony Szwecji przez hrabiego Wrede, został wybrany następcą tronu szwedzkiego. Napoleon wyraził swoją zgodę, bo uważał, że pani Bernadotte, która była szwagierką Józefa, zasłużyła na podniesienie do rangi królowej. Była ona córką największego kupca Marsylii i początkowo przyrzeczona generałowi Duphot, który został w 1797 roku zamordowany w Rzymie. Z powodu tego związku marszałkowi Bernadotte wybaczane były też ciągle jego błędy, a nadanie mu tytułu księcia Pontecorvo miało na celu podniesienie jego żony do stanu odpowiadającego pozycji jej szwagra Józefa.

Cesarzowi pochlebiało też chyba, że jeden z marszałków cesarstwa zasiądzie na tronie królewskim. Bernadotte przed wyjazdem z Paryża otrzymał nawet kilka milionów z prywatnej szkatuły cesarza, by mógł w Szwecji wystąpić z odpowiednim przepychem.

Bernadotte urodził  się w rodzinie katolickiej. Wyrzekł się tej wiary i przeszedł na protestantyzm. Wielu ludzi postąpiłoby tak samo, ale właśnie różnica religii była przyczyną, że królem Szwecji nie został Eugeniusz de Beauharnais. Jego żona, księżniczka bawarska, nigdy nie pogodziłaby się ze zmianą wiary. Desirée, królowa Szwecji, zachowała wiarę katolicką.

Bernadotte pokazywał  wielką uniżoność, poprosił cesarza o zezwolenie i, nie mogąc ukryć swojego niepokoju, stwierdził, że przyjmie koronę tylko w przypadku, gdy będzie to zgodne z wolą Napoleona.

Cesarz, sam wybrany przez naród, nie mógł przeciwstawić się woli innego narodu. W tym właśnie sensie odpowiedział marszałkowi Bernadotte, którego zachowanie obrazowało strach, z którym oczekiwał orzeczenia Napoleona, który dodał, że Bernadotte powinien wykorzystać ten szczęśliwy przypadek; nie wtrąca się do jego wyboru, ale Bernadotte ma jego zgodę i najlepsze życzenia. Mówiąc to cesarz miał nieprzyjemne przeczucie; widział w Bernadotte żmiję, którą wychował własną piersią; marszałek zawsze utrzymywał kontakty z wrogami cesarza, musiał być ciągle obserwowany. W przyszłości Bernadotte rzeczywiście okaże się jednym z głównych sprawców upadku Napoleona; przekazał wrogom tajemnicę napoleońskiej polityki i klucz do francuskiej taktyki; on był tym, który pokazał im drogę do świętej ziemi ojczystej! Nadaremnie usprawiedliwiał się, że on, będąc następcą tronu Szwecji, może być tylko Szwedem - banalna fraza rozumiana jedynie przez ludzi o niewielkiej ambicji. Gdy poślubia się kobietę, nie opuszcza się własnej matki, a tym bardziej nie wbija się jej noża w piersi i rozdziera wnętrzności. W swoim zaćmieniu Bernadotte poświęcił swoją nową i starą ojczyznę, swoją własną chwałę, swoją władzę, sprawę narodów i los świata! Za ten błąd będzie musiał jeszcze drogo zapłacić. Zaledwie osiągnął to, do czego zmierzał, a już zaczynał odczuwać złe skutki swojego wyboru; mówi się, że już żałuje (Bernadotte zasiadł na tronie szwedzkim w czasie pobytu Napoleona na wyspie Św.Heleny, a więc w czasie, kiedy pisane były niniejsze wspomnienia. Jego koronacja na króla Szwecji odbyła się 11 maja 1818 roku w Sztokholmie - przyp. tłum.). Ale jeszcze nie odpokutował. Jest teraz jedynym wywodzącym się z ludu władcą; ale czegoś takiego nie pozostawia się bez kary; to byłoby zbyt niebezpieczny przykład.

O Bernadotte! On, Francuz, miał los świata w swoich rękach! Gdyby jego zdolność osądzania i charakter były do tego zdolne, mógłby przywrócić blask swojej nowej ojczyźnie. Mógłby odzyskać Finlandię i stanąć pod Petersburgiem jeszcze przed wkroczeniem cesarza do Moskwy. Ale od takiego rozwiązania był daleki, kierował się jedynie osobistymi motywami, słuchał jedynie głosu swojej własnej próżności. Fakt politycznego sojuszu z carem wszystkich Rosjan zawrócił mu w głowie; byłemu jakobinowi pochlebiało, że kadzili mu legalni władcy. Dano mu nawet do zrozumienia, że gdyby zdecydował się na rozwód, mógłby ożenić się z jedną z sióstr cara! Jeden z francuskich książąt wyraził nawet swoje zadowolenie, że prowncja Béarn jest wspólną kolebką obu rodzin. Rodziny Bernadotte! 
 

Niektórzy twierdzą,  że Bernadotte później poczuł skruchę; ale było już  za późno, nieszczęście już wydarzyło się. Faktem jest, że później czuł się śmiertelnie upokorzony nastrojem panującym w kręgu rodziny napoleońskiej. Wtedy spadły mu łuski z oczu; w swoim zaślepieniu kierował się tylko swoją ambicją i próżnością. Dziwnym zbiegem okoliczności jego syn, który po nim powołany został przez Skandynawów na tron, nosił skandynawskie imię Oskar! A jednak nie było w tym nic nadzwyczajnego, los zaskakuje często ludzi swoimi zadziwiającymi przypadkami, bo nie znają oni tajnych, choć całkiem naturalnych przyczyn, które je spowodowały. Imię Oskar zaproponował sam Napoleon jako ojciec chrzestny, w okresie, kiedy fascynował go Osjan.

 

Tom VIII. Rozdz. X. 1812. 
 

I. Przyczyny wojny z Rosją.  - II. Zbrojenia i sojusze. - III. Wkroczenie do Rosji. Czy można było uniknąć wojny? Sprawa polska. - IV. Bitwa pod Smoleńskiem. - V. Od Smoleńska do Moskwy. Borodino. - VI. Pożar Moskwy. -VII. Odwrót. Bitwa nad Berezyną. -VII. Uwagi krytyczne na temat odwrotu. - IX. Straty odniesione w wojnie rosyjskiej. 
 



I.

Wojna pomiędzy Francją  i Rosją zapowiadała się powoli już od kilku lat. W 1809 roku Rosja nie przysłała na czas korpusu na wojnę z Austrią, a Napoleon nie ratyfikował traktatu, w którym zobowiązywał się do nieodbudowania Polski; aneksja Holandii i licznych krajów niemieckich, przede wszystkim wypędzenie Piotra Fryderyka, księcia Oldenburga, co zraniło cara Aleksandra jako głowę rodziny Oldenburg, było głównymi przyczynami, które, po bezskutecznych rokowaniach, doprowadziły do wojny 1812 roku.

Ale zajęcie księstwa Oldenburga nie nastąpiło na rozkaz cesarza; nakazał je książę  Eckmühl (Davout), człowiek nieco popędliwy i posiadający policyjne skłonności. Podejrzewał on, że księstwo jest magazynem towarów angielskich i stamtąd, mimo 80 000 żołnierzy i urzędników celnych, prowadzony jest ożywiony handel z Niemcami. To złościło go; zakładając, że czyni po myśli cesarza, zajął lekkimi oddziałami wybrzeże Oldenburga. Przypuszczał zapewne, że cesarz odmówi mu pozwolenia na taki brak szacunku dla księżnej z carsko-rosyjskiej rodziny, ale miał nadzieję, że Napoleon przyjmie w milczeniu fakty dokonane, tym bardziej, że korzyści z nich leżały jak na dłoni. Książę Eckmühl był przekonany, że któregoś dnai zostanie królem Polski. Wcześniej otrzymał od cesarza donacje w Polsce w wysokości 200 000 franków, co umocniło go w jego przekonaniu. Dlatego oczywistym było, że jego ambicja skłaniała go do czynów, które wywołać mogły spór cesarza z dworem w Petersburgu.

Cesarz w najostrzejszych słowach potępił naruszenie granic księstwa Oldenburg. Był  zdecydowany, mimo ogromnych korzyści, jakie przyniosła aneksja księstwa francuskiemu przemysłowi, zarządzić wycofanie wojsk, ale powstrzymała go od tego posunięcia utrzymana w formie groźby rosyjska nota. Domagano się w niej w ramach rekompensaty za zajęcie wybrzeża oldenburskiego natychmiastowego opuszczenia Gdańska i oddanie go Rosji. Wykluczało to jakiekolwiek przyjazne porozumienie. Gdy w grę wchodził honor Francji, cesarz nie mógł, choć przyszło mu to ciężko, potępić postępowania Davouta. Gdyby Rosja nie zachowała się tak wrogo, otrzymałaby zadośćuczynienie, bo w gruncie rzeczy cesarzowi obojętnym był przemyt angielskich towarów przez Oldenburg; zawsze można było je skonfiskować.

Pod koniec 1810 roku Rosja całkowicie zmieniła swoją polityczną orientację; wpływy angielskie zaczęły zyskiwać na znaczeniu, ukaz carski zezwolił na nawiązanie kontaktów handlowych, co Napoleon przyjął jako przerwanie blokady kontynentalnej. W lutym 1811 roku 5 dywizji rosyjskich opuściło Bałkany i pospiesznym marszem skierowało się w kierunku Polski.

Gdy armie rosyjskie skoncentrowały się, Rosja uznała zachowanie pozorów za zbyteczne i wystąpiła z notą protestującą przeciwko postępowaniu Francji, którą natychmiast rozesłano do wszystkich rządów.

Francuzi nie zaniedbali żadnego środka, by doprowadzić do pojednania. Ale gdy spostrzegli, że wszystko jest na próżno, a wojna jest nieunikniona, rozpoczęli starannie się do niej przygotowywać. 
 

II.

Garnizon Gdańska został  wzmocniony do 20 000 ludzi. Rozpoczęto wysyłanie tam zapasów wszelkiego rodzaju, armat, karabinów, amunicji, pociągów mostowych itd., a korpusowi inżynieryjnemu dano do dyspozycji znaczne sumy na umocnienie miasta. Armia została postawiona w stan gotowości. Uzupełniono stany kawalerii, artylerii, pociągów artyleryjskich i transportowych.

W kwietniu I. Korpus Wielkiej Armii skierował się w kierunku Odry, II. w kierunku Łaby, III. w kierunku Dolnej Łaby, a IV. opuścił Weronę i pomaszerował przez Tyrol na Śląsk. Gwardia opuściła Paryż.

22 kwietnia car Rosji objął dowództwo armii, opuścił Petersburg i przeniósł  swoją kwaterę do Wilna. Na początku maja I. Korpus dotarł  do Elbląga i Malborka, drugi osiągnął Wisłę pod Kwidzyniem, III. Toruń, IV. i VI. Płock; V. Korpus zgromadził się pod Warszawą, VIII. na prawo od niej, a VII. pod Puławami.

9 maja cesarz opuścił  Saint-Cloud, przekroczył 13 maja Ren, 29 Łabę, a 6 czerwca Wisłę. Po drodze zatrzymał się na dłużej w Dreźnie, gdzie jeszcze raz zgromadziła się duża liczba niemieckich królów i książąt. 7 czerwca przybył do Gdańska, gdzie przebywał do 11 czerwca, wydając rozkazy dotyczące dalszych posunięć armii i ochrony wybrzeża. Od 13 do 16 czerwca przebywał w Królewcu, 17 i 18 w Insterburgu, a 19 przybył do Gumbinnen (obecnie odpowiednio Czerniachowsk i Gussew - przyp. tłum.), gdzie przebywał do 21 zajmując się stanem zaprowiantowania armii. 
 

Dwór austriacki nie zakłócał planów Napoleona, lecz opowiedział się  po jego stronie. Na podstawie tajnym artykułów podpisanego w Paryża traktatu, był on zobowiązany do wystawienia, dla wsparcia operującej przeciwko Rosji Wielkiej Armii, liczącego 30 000 żołnierzy kontyngentu. Ponadto, oprócz opublikowanych uzgodnień traktatu, istniały jeszcze następujące artykuły tajne, regulujące układ obu mocarstw w nadchodzącej wojnie:

Artykuł I. Austria nie jest zobowiązana do wystawienia przewidzianych artykułem IV traktatu wojsk, jeżeli Francja prowadzić będzie wojnę z Anglią  lub za Pirenejami.

Artykuł II. W przypadku wybuchu wojny pomiędzy Francją i Rosją, Austria zobowiązana jest do wystawienia przewidzianych artykułami IV i V traktatu korpusu pomocniczego. Ma on natychmiast wyruszyć i od 1 maja stanąć w garnizonach, których położenie umożliwiałoby mu w przeciągu 14 dni skoncentrowanie się we Lwowie. Wspomniany korpus wyposażony ma być w podwójną ilość amunicji i niezbędną do transportowania prowiantu na 20 dni ilość środków transportowych.

Artykuł III. Ze swojej srony Jego Majestat cesarz Napoleon wyda wszystkie zarządzenia, by w tym samym czasie rozpocząć wszystkimi stojącymi do jego dyspozycji siłami operacje przeciwko Rosji.

Artykuł IV. Pomocniczy korpus austriacki ma składać się z trzech dywizji piechoty i jednej dywizji kawalerii. Jego dowództwo sprawować ma wybrany przez cesarza Austrii austriacki generał. Zajmie on pozycje wzdłuż wyznaczonej przez cesarza Francuzów linii i będzie podlegać jego bezpośrednim rozkazom. Nie może on jednak zostać rozdzielony i tworzyć ma jedną całość. W kraju nieprzyjaciela zapewnione mu będzie zaopatrzenie na identycznych jak dla armii francuskiej zasadach, bez zmiany zawartych w austriackich regulaminach szczegółowych przepisów wyżywienia. Zdobyte na wrogu sztandary i trofea są jego własnością.

Artykuł V. W przypadku, gdyby w wyniku wojny Francji z Rosją odbudowane zostało królestwo polskie, cesarzowi Austrii zagwarantowane jest pozostawienie pod jego władzą Galicji.

Artykuł VI. W przypadku, gdyby cesarz Austrii wyraził chęć oddania części Galicji zjednoczonej Polsce w zamian za Prowincje Ilyryjskie, cesarz Francuzów zobowiązuje się do wyrażenia zgody na tę zamianę. Wielkość odstąpionej części Galicji określona zostanie na podstawie liczby ludności, zajmowanego obszaru i dochodu, tak aby podczas szacowania obiektów wymiany decydujący wpływ miała nie tylko wielkość, lecz rzeczywista wartość.

Artykuł VII. W przypadku szczęśliwego zakończenia wojny cesarz Francuzów zobowiązuje się do wypłacenia cesarzowi Austrii odszkodowania wojennego i zapewnienia przyrostu terytorialnego, które miałyby być nie tylko odszkodowaniem za poniesione ofiary, lecz być równocześnie symbolem trwałego sojuszu obu władców.

Artykuł VIII. Jeżeli na skutek zobowiązań Austrii wobec Francji zostanie ona zagrożona przez Rosję, cesarz Francuzów potraktuje to jak atak na jego osobę i przystąpi natychmaist do działań wojennych.

Artykuł IX. Porta zostanie zaproszona do przystąpienia do niniejszego sojuszu.

Artykuł X. Niniejsze artykuły zostaną przez obie strony potraktowane jako tajne.

Artykuł XI. Mają  one tę samą moc prawną, jak gdyby stanowiły część traktatu sojuszniczego, muszą zostać ratyfikowane, a odpowiednie dokumenty wymienione w tym samym czasie i miejscu, co dokumenty wspomnianego traktatu.

Ustalone i podpisane w Paryżu, 14 marca 1812 roku. 
 

Podobny traktat podpisany został 24 lutego pomiędzy Francją i Prusami.

W tym samym miesiącu Napoleon postanowił wysłać Talleyranda do Drezna, a stamtąd, jako nadzwyczajnego wysłannika, do Warszawy. Zamiarem cesarza było przygotowanie powstania w Polsce. Zlecenie tak niezwykle ważnej misji przyniosła byłemu ministrowi spraw zagranicznych różne dowody życzliwości, w miesiącach marzec i kwiecień cesarz do późnej nocy prowadził z nim rozmowy. Ale właśnie wtedy cesarz dowiedział się od swojego przedstawiciela w Wiedniu, że krążą tam niepokojące obserwatorów i giełdę plotki, jakoby księciu Beneventu (Talleyrand) otwarto na Warszawę kredyt w wysokości 100 000 koron (600 000 franków). Napoleon był z powodu nieostrożności Talleyranda, która mogła obudzić czujność Rosji, tak oburzony, że nie posłał go ani do Drezna ani z misją do Warszawy. Talleyrand był z tego powodu bardzo urażony i rozczarowany, tym bardziej iż marzył o odtworzeniu księstwa Kurlandii i oddaniu go jego bratankowi, żonatemu z księżną Kurlandii, damą dworu cesarzowej. 
 

Siły rosyjskie były następująco rozstawione: 1.Armia Zachodnia, 127 000 pod dowództwem Barclaya de Tolly, mająca swą kwaterę główną w Wilnie, stała wzdłuż Niemna aż do Grodna; 2.Armia Zachodnia, 37 000 ludzi dowodzonych przez Bagrationa stała pod Słonimem, a Armia Rezerwowa, licząca 30 000 żołnierzy i dowodzona przez Tormasowa, pod Łuckiem. Należący do 1.Armii korpus Wittgensteina zajmował pozycje na prawym skrzydle i był przeznaczony do osłony Rygi. Lotny korpus pod dowództwem Płatowa, tworzony przez 16 pułków kozackich, stacjonował w Grodnie. Pod koniec września dołączyła do Tormasowa licząca 53 000 ludzi Armia Dunaju dowodzona przez Kutuzowa, który też objął naczelne dowództwo armii głównej.

Siły Napoleona składały się z gwardii, 10 korpusów i 4 korpusów kawalerii, w sumie 460 000 ludzi, z których główna część, 232 000, dowodzone przez Napoleona, zebrana była nad Niemnem w okolicach Kowna, podczas gdy licząca 72 000 armia księcia Eugeniusza zajmowała pozycje dalej z tyłu pod Kalwarią, a armia króla Westfalii, 89 000 żołnierzy maszerowała w kierunku Grodna; lewe skrzydło tworzył X. Korpus w sile 32 000 ludzi, wśród nich 20 000 Prusaków, który, dowodzony przez Macdonalda, stał pod Tylżą; prawe skrzydło, tworzone przez austriacki korpus pomocniczy księcia Schwarzenberga, stało pod Siedlcami.

Plan Napoleona przewidywał  wsunięcie się siłami głównymi pomiędzy główne armie rosyjskie i zmuszenie ich kolejno do przyjęcia bitwy, następnie szybki marsz na Moskwę, by tam podyktować Rosjanom warunki traktatu pokojowego. Car Aleksander zaakceptował plan operacyjny generała von Phulla, którego ideą przewodnią było unikanie rozstrzygającej bitwy i wycofanie się w głąb kraju do umocnionych obozów. 
 

III.

22 czerwca cesarz wydał  w Wołkowyszkach proklamację do armii:

"Żołnierze!

Rozpoczęła się  druga wojna polska. Pierwsza zakończyła się pod Friedlandem i Tylżą.  W Tylży Rosja zaprzysięgła Francji wieczne przymierze i wojnę z Anglią. Dziś łamie swoją przysięgę! Odmawia wytłumaczenia się ze swojego zadziwiającego zachowania, jeżeli francuskie orły nie wycofają się za Ren, przez co pozostawilibyśmy naszych sprzymierzeńców na łaskę nieprzyjaciela. Rosja ulega swemu losowi, jej przeznaczenie musi dopełnić się. Czyżby uważała, że zniewieścieliśmy? Czyżbyśmy nie byli już żołnierzami spod Austerlitz? Każe nam wybierać między utratą honoru a wojną: nasz wybór nie może budzić wątpliwości. Ruszajmy zatem! Przekroczymy Niemen i przeniesiemy wojnę do kraju nieprzyjaciela. Druga wojna polska przyniesie orężu francuskiemu chwałę, podobnie jak przyniosła ją pierwsza. Ale pokój, który w końcu zawrzemy, zapewni nam gwarancje i położy kres temu złowrogiemu wpływowi, jaki od 50 lat Rosja wywiera na sprawy Europy.

Napoelon" 
 

24 czerwca Francuzi rozpoczęli przeprawę przez Niemen i nie napotykając znaczniejszego oporu wkroczyli 28 do Wilna. Murat na czele części kawalerii i 3 dywizji piechoty ścigał rosyjską 1.Armię Zachodnią wycofującą się w kierunku Dźwiny; Davout wyruszył na Mińsk, by odciąć Bagrationa, przeciwko którego czołu postępować miał król Westfalii, od 1.Armii Zachodniej.

Napoleon nie chciał  wojny z Rosją, ale rosyjski ambasador Kurakin przekazał notę z pogróżkami z powodu obecności wojsk Davouta w Hamburgu. Bassano i Champagny byli przeciętnymi ministrami, nie rozpoznali powodów podyktowania tej noty; bezpośrednio z Kurakinem Napoleon rozmawiać nie mógł. Ministrowie wmawiali cesarzowi, że nota jest wypowiedzeniem wojny; twierdzili, że Rosja odwołała kilka dywizji z Mołdawii i atakiem na Warszawę rozpocznie wojnę. Kurakin groził i zażądał paszportów; w końcu Napoleon też uwierzył, że Rosja dąży do wojny. Ostatnią próbą utrzymania pokoju było wysłanie Lauristona do przebywającego w Wilnie Aleksandra; generał nie został nawet przyjęty.

Prawdziwą przyczyną  kampanii rosyjskiej było małżeństwo cesarza z Marią Luizą. Oczywiście nie powinien był do niej przystępować po otrzymaniu w Dreźnie wiadomości, że Szwecja i Turcja nie staną po jego stronie. Wysłał z Drezna do Rosji hrabiego Narbonne, ale i ta misja nie przyniosła rezultatów. To wszystko utwierdziło cesarza w przekonaniu, że Rosja pragnie wojny; dlatego przekroczył Niemen. 
 

Napoleon kontynuował  ofensywę; wierzył w poparcie Austrii i Prus, bo Austria po ślubie Marii Luizy dążyła do wojny, a Prusy do powiększenia swojego terytorium. Ale marsz Napoleona był zbyt pospieszny; powinien był on pozostać przez rok nad Niemnem i w Prusach, dać swoim wojskom wypocząć i zorganizować nowe pułki. Powinien był to zrobić również po to, by całkowicie ogołocić Prusy z zapasów. Jego pułki były zmęczone długimi marszami, które zmuszone były wykonać, by dotrzeć nad Niemen.

W gruncie rzeczy, obaj, Napoleon i Aleksander, zamierzali jedynie zastraszyć stronę  przeciwnika, bez zamiaru rozpoczęcia walk. Jak chętnie cesarz uniknąłby tej wojny! Jak niewiele ochoty miał na nią Aleksander!

Romancew, utrzymujący kontakty z Paryżem, zapewniał cara Aleksandra, że nadszedł  korzystny moment, a Napoleon poniesie każdą ofiarę, by tylko uniknąć wojny. Utwierdził cara w przekonaniu, że wystarczy tylko wykazać się zdecydowaniem i przemówić stanowczym głosem, by skłonić Napoleona do ustępstw. Gdańsk przypadłby Rosji jako odszkodowanie za Oldenburg, a w Europie zdobyłaby ona najwyższe poszanowanie.

To były główne powody przemieszczenia rosyjskich armii i bezczelnego ultimatum księcia Kurakina, który najwyraźniej nie był wtajemniczony i który, z powodu ograniczonego umysłu, zbyt dosłownie wziął przysłane mu instrukcje. Ta sama pycha, ta sama metoda były powodem odmowy przyjęcia Lauristona w Wilnie. Na dodatek nowa dyplomacja francuska nie dorosła do swoich zadań; francuscy dyplomaci, którzy aktualnie kierowali polityką we Francji, nie mieli ani kontaktów ani powiązań rodzinnych z dyplomatami innych krajów i byli odizolowani pośród osobistości, z którymi obcowanie wymagało sporych umiejętności. Gdyby cesarz powierzył urząd ministra spraw zagranicznych któremuś ze starych arystokratów, znaczącej, doświadczonej osobie, odgadłaby ona właściwie wszystkie niuanse podczas rozmów i nie doszłoby do wojny. Talleyrand byłby może do tego zdolny, ale dyplomaci nowej szkoły nie dorośli do takich zadań. Napoleon nie mógł sam wszystkiego rozpoznać, jego godność nie pozwalała mu na osobiste wmieszanie się, zdany był jedynie na pisemne raporty, które informowały go tylko do pewnego stopnia, nie dając obrazu całości sytuacji.

Zaledwie wojna rozpoczęła się, gdy sytuacja wyklarowała się i nieprzyjaciel ujawnił  swoje rzeczywiste uczucia. Po 3 albo 4 dniach, car Aleksander, przerażony sukcesami cesarza, wysłał oficera, by przekazać Napoleonowi, że gotów jest do rokowań, gdy tylko armia francuska opuści zajęte tereny i wycofa się za Niemen. Jednak Napoleon, zaślepiony odniesionymi sukcesami, uznał to za podstęp; zaskoczył przecież armię rosyjską i odrzucił w nieładzie; Bagration był odcięty i praktycznie skazany na zagładę, więc samowolnie nasuwała się myśl, że Rosja pragnie jedynie zyskać na czasie, by móc połączyć swoje armie. Gdyby cesarz wierzył w dobre intencje Aleksandra, z pewnością przychyliłby się do jego życzenia, wycofał swoje pułki za Niemen, a Aleksander nie przekroczyłby Dźwiny.

Ale kości zostały rzucone i Napoleon maszerował w głąb Rosji na czele 400 000 żołnierzy, których śladem podążało kolejnych 200 000. Należy jeszcze raz podkreślić:

Napoleon rozpoczął kampanię rosyjską wbrew swojej woli. Rozumiał doskonale, że najpierw wyleczony musi być wrzód zżerający Hiszpanię, zanim zdecyduje się na oddaloną o 2 000 kilometrów od francuskiej granicy straszliwą wojnę. Wysyłając swojego adiutanta, hrabiego Narbonne, by w ostatnim momencie podać rękę do zgody i zaproponować spotkanie, które przywróciłoby dobre stosunki między nimi, dał carowi Aleksandrowi dowód swojej niechęci do prowadzenia wojny przeciwko niemu i ujawnił swoje szczere pragnienie utrzymania braterskiego przymierza zawartego w Erfurcie. Ale Aleksander odmówił przyjęcia zarówno Narbonne, jak i wysłanego później Lauristona.

Nie było winą  cesarza, że misja carskiego adiutanta nie przywróciła pokoju (30 czerwca przybył do przebywającego w Wilnie Napoleona wysłany przez Aleksandra rosyjski minister policji, Aleksander Bałaszow - przyp. tłum.). Wręcz przeciwnie, cesarz zaproponował, że osobiście poprowadzi rozmowy pokojowe z Aleksandrem w ogłoszonym miastem neutralnym Wilnie; armia francuska miałaby wycofać się za Niemen, a rosyjska za Dźwinę; warunkiem Napoleona było, że Aleksander obieca przystąpienie do blokady kontynentalnej, co rozwiązałoby wszystkie problemy. Gdyby więc Aleksander tylko chciał, pokój mógł zostać zawarty, ale musiał ugiąć się przed wolą bojarów i miał związane ręce. Bojarzy chcieli wojny za wszelką cenę; blokada kontynentalna zrujnowała ich, bo nie mogli eksportować do Anglii łoju, konopi i miedzi.

Cesarz był świadomy trudności ekspedycji do Rosji. Na wsparcie polskiej armii na początku 1812 roku nie mógł liczyć; w tym czasie Polska i jej potęga istniały tylko w wyobraźni! Ale liczył na wierność cesarza Franciszka. Więzy rodzinne były dla cesarza zawsze święte, w jego rozumieniu zerwanie ich oznaczało splamienie honoru i zranienie najświętszych uczuć ludzkich. Na Prusy mógł liczyć tylko do czasu, gdy odnosić będzie zwycięstwa. A że zwycięstwo musi zostać okupione wielkim wysiłkiem, to było dla niego oczywistym. W 1807 roku poznał wartość armii rosyjskiej i zrozumiał, że należy mieć nadzieję, że francuskie idee będą miały przynajmniej niewielki wpływ na te półdzikie hordy. Nie zapomniał jeszcze odpowiedzi udzielonej mu przez polskich chłopów pańszczyźnianych, gdy obiecywał im wolność:

"- Tak, my chcielibyśmy wolności, ale kto będzie nas wtedy żywić, ubierać i zapewni dach nad głową?"

Napoleon kochał polskich żołnierzy, ale przede wszystkim kochał Francję i nigdy w życiu nie rozpocząłby z Rosją wojny służącej tylko i jedynie interesom polskiej arystokracji i mającej wynieść Poniatowskiego na tron polski. Oczywiście, Polska była naturalnym buforem pomiędzy Rosją i zachodnią Europą, ale do odrodzenia Polski z Galicją i dostępem do Bałtyku należało dążyć środkami dyplomatycznymi, a nie drogą wojny. Car Rosji oswoił się z tą myślą w Erfurcie i obiecał, że wymieni swoje polskie prowincje za Konstantynopol.

Cesarz zamierzał  odbudować Polskę jako konieczny i potężny bastion przeciwko nienasyconej ambicji cara. Po bitwie pod Jeną, której następstwem było załamanie się monarchii pruskiej, która swoją potęgę  zawdzięczała zwycięstwom Fryderyka Wielkiego, cesarza zaprzątały dwa pytania: czy ma Prusy całkowicie zniszczyć? Albo czy wykorzystać chwilowe pokorne nastawienie pruskiego króla, zacnego i bardzo cenionego człowieka i przywiązać go do siebie uczuciem wdzięczności? Dla realizacji swoich celów cesarz potrzebował pruskich prowincji: Saksonii, Westfalii, Frankonii i Magdeburga. Czy osiągnąłby swój cel ofiarując za odstąpienie tych prowincji królowi pruskiemu korony polskiej? Byłaby to pociecha dla króla za utracone prowincje, bo będąc królem Prus i Polski byłby potężniejszy niż był przed bitwą pod Jeną. Austria nie mogłaby odmówić wymiany Galicji za Prowincje Illyryjskie. W ten sposób możliwe byłoby odrodzenie Polski. W tym duchu zlecił markizowi Lucchesini i generałowi von Zastrow rozpoczęcie rozmów, polecając równocześnie wypytanie Kościuszki o wartość pomocy, której mogliby udzielić sami Polacy, gdyby doszło do konieczności odzyskania niepodległości z bronią w ręku. W tym samym celu zlecił ważne zadania Dąbrowskiemu i Zajączkowi.

Ku jego wielkiemu rozczarowaniu - nikt nie cenił rycerskości Polaków wyżej niż cesarz - Polacy całkowicie zawiedli i nie podjęli jego wezwania.  
 



IV.

Marsz marszałka Davout na Mińsk, Borysow i Mohylew rozdzielił armie Barclaya de Tolly i Bagrationa i zmusił tego pierwszego do wycofania się przez Witebsk w kierunku Smoleńska, gdzie nastąpiło dopiero połączenie z Bagrationem. Ten ostatni skierował się następnie na czele 180 000 ludzi w kierunku Witebska gotów do wydania bitwy armii francuskiej; ale Napoleon wykonał wspaniały manewr, będący powtórzeniem manewru wykonanego w 1809 roku pod    Landshut; zasłonięty kompleksem leśnym obszedł lewe skrzydło Rosjan, przekroczył Dniepr i pomaszerował na Smoleńsk, gdzie dotarł 24 godziny przed wycofującymi się w wielkim pośpiechu armiami rosyjskimi. Tego dnia miasto broniła z wielkim szczęściem licząca 15 000 ludzi dywizja, co dało Barclayowi czas na przybycie do Smoleńska. Gdyby Francuzi szturmem zdobyli Smoleńsk, mogliby przekroczyć Dniepr i zaatakować od tyłu znajdujące się w nieładzie armie rosyjskie. Atak wprawdzie nie powiódł się, ale cały manewr przyniósł korzyść w postaci bitwy pod Smoleńskiem.

Armię francuska cierpiała na znużenie i braki w zaopatrzeniu; dlatego Napoleon zarządził  odpoczynek, zajęcie kwater i sprowadzenie z tyłów żywności, zgromadzonych w twierdzach nad Wisłą, Gdańsku, Toruniu, Modlinie i Pradze oraz nad Dźwiną w Kownie, Grodnie, Wilnie i Mińsku. Głównym magazynem podczas marszu na Moskwę był Smoleńsk. W odstępach 8 dni marszu organizowane były umocnione bazy; wszystkie stacje pocztowe wyposażone zostały w stanowiska strzeleckie i otoczone niewielkimi szańcami. Każda z tych stacji obsadzona została tylko jedną kompanią piechoty i jedną armatą, ale zapewniło to łączność do tego stopnia, że w czasie całej kampanii nie przechwycony został przez nieprzyjaciela żaden kurier lub transport. Już na początku sierpnia Napoleon podjął ponownie operacje i do 14 sierpnia skoncentrował na zachód od Smoleńska całą armię główną.

Z Krasnego cesarz pomaszerował  w kierunku Smoleńska, licząc, że w ciągu najbliższych dwóch dni otrzyma możliwość stoczenia walnej bitwy. Awangarda stoczyła już 14 sierpnia bitwę, w wyniku której zniszczona została 24. dywizja rosyjska, a w ręce Francuzów wpadło 8 armat i 1 200 - 1 500 jeńców. Armia rosyjska otrzymała rozkaz wydania pod Smoleńskiem bitwy, ale gdy 17 sierpnia Napoleon zarządził atak na miasto, zabrakło jej odwagi. W efekcie szturmu nieprzyjaciel stracił 3-4 000 zabitych i 10 000 rannych, podczas gdy pułki francuskie odniosły jedynie nieznaczne straty, cierpiąc jednak bardzo z powodu panującego upału. Armia rosyjska, rozczarowana swoimi dowódcami i zniechęcona, kontynuowała odwrót w kierunku Moskwy.  
 

V.

Po zajęciu Smoleńska Napoleon nie mógł pozbyć się posępnych myśli. W odbywającej się kampanii, która z jego punktu widzenia była ostatnią i rozstrzygającą, o ile zakończyłaby się pomyślnie, nie udało mu się jeszcze decydujące uderzenie, a jego najwspanialsze manewry nie zapobiegły wycofaniu się zjednoczonych armii rosyjskich traktem wiodącym w kierunku Moskwy. Nieprzyjaciel był jednak wszędzie pobity, po Smoleńsku również pod Walutyną Górą. Bez odbycia rozstrzygającej bitwy został wyparty znad Niemna aż do Dniepru i Dźwiny, a liczba jego zabitych i rannych żołnierzy była trzykrotnie wyższa od strat francuskich. Ale nadal brak było błyskotliwych sukcesów, tak typowych dla francuskiego oręża, właśnie w chwili, gdy tak bardzo były potrzebne, by trzymać w ryzach tak wiele wrogich ludów, których ziemie trzeba było zająć i sojuszników, których wierność była nieodzowna. Osiągnięcia kampanii był wprawdzie znaczne, ale brakowało czegoś błyskotliwego, co umocniłoby aureolę władzy cesarza. Takie uczucie targały cesarzem, który odczuwał dotkliwy ból, że jest zmuszony przenieść wojnę w głąb Rosji.

Cesarz pozwolił  swoim pułkom na kilka dni odpoczynku. Przed rozpoczęciem marszu na Moskwę zależało mu bowiem na wyjaśnieniu sytuacji. Dlatego Murat i Davout otrzymali rozkaz ruszenia śladem nieprzyjaciela w celu rozpoznania jego zamiarów. Kilka dni później posłał ich śladem marszałka Ney. W międzyczasie ze wszystkich stron zaczęły nadchodzić dobre wiadomości. 3 sierpnia połączyli się Sasi i Austriacy, wspólnie wyparli Rosjan z licznych przesmyków i wyparli w kierunku Kobrynia i Pińska. Książę Schwarzenberg 12 sierpnia zaatakował ich pod Gorodecznem, gdzie na czele 36 000 ludzi zajmował pozycje generał Tormasow i zmusił do odwrotu; w bitwie tej dzielnie walczyli zarówno Austriacy, jak i Niemcy.

Również na lewym skrzydle generał Saint-Cyr odniósł wspaniałe zwycięstwo pod Połockiem, które przyniosło mu buławę marszałkowską.

Oba te zwycięstwa zapewniły bezpieczeństwo francuskim skrzydłom i umożliwiły armii głównej dalszy marsz naprzód.

W tym samym czasie Murat i Davout deptali po piętach ustępującym Rosjanom. Wycofywali się  oni w dobrym porządku i wszystko wskazywało, że w korzystnym dla nich momencie zdecydują się na bitwę.

Dwór rosyjski i arystokracja, zmartwieni pustoszeniem rosyjskich prowincji, głośno domagali się  stoczenia bitwy. Barclay de Tolly chciał stoczyć ją  już nad Dźwiną, ale nie zdążył na czas połączyć się z Bagrationem. Pomaszerował więc w kierunku Smoleńska; ale kontrmanewr Napoleona zniweczył jego plany i musiał wycofać się na Dorohobuż, gdzie zamierzał wydać bitwę. Ale gdy tam dotarł, zabrakło mu zdecydowania i wycofał się do Wiaźmy. Gdy również tam nie podjął walki, został przez zniecierpliwiony dwór carski zastąpiony przez Kutuzowa, który objął stanowisko dowódcy 29 sierpnia. Kutuzow był przekonany, że nie uczyni nic lepszego niż wydanie bitwy na wybornej pozycji nad rzeką Moskwa. Miał rację, bo gdyby wygrał bitwę, zostałby ogłoszony zbawcą ojczyzny. Ale bitwę przegrał; tym samym Moskwa była stracona.

Po zwycięstwie pod Smoleńskiem Junot mógł 19 sierpnia pod Walutyną Górą odciąć rosyjską ariergardę, ale nie potrafił zdecydować  się na natarcie. Trwanie na zajmowanych pozycjach próbował później wytłumaczyć zapadającymi ciemnościami. Jeszcze tej samej nocy cesarz odebrał mu dowództwo (stwierdzenie niezgodne z prawdą - Junot zachował dowództwo VIII. Korpusu do końca kampanii - przyp. tłum.).

Książę Abrantes, generał Junot, otrzymał od cesarza wielkie bogactwo. Otrzymane przez niego w podarunku wielkie sumy przekraczają granice wyobraźni. Ponieważ jednak trwonił bezsensownie posiadane pieniądze, prowadząc często hulaszczy tryb życia, tkwił nieprzerwanie w długach. Zdarzało się, że po zbyt obfitym śniadaniu, z szablą w dłoni atakował jakiegoś nieszczęśnika, domagającego się zwrotu swoich pieniędzy wierzyciela i wyrzucał go ze swojego okazałego paryskiego pałacu. Gdy pojawiał się przed cesarzem, zawsze był w jakiś tarapatach. Otrzymywał wtedy wielką reprymendę, ale również pieniądze. Miał ambicję podróżowania równie szybko, jak cesarz; miał swoje własne stacje wymiany zaprzęgów, trzymał setki koni i inne, podobne głupstwa.

Jego żona uważała się za grecką księżniczkę z dynastii Komnenów; to samo wmówiono również Junot, co skłoniło go do poślubienia jej. Jej rodzina mieszkała na Korsyce w bliskim sąsiedztwie rodziny Bonaparte; była winna cesarzowej-matce wdzięczność za niejedną przysługę.

Po powrocie z Rosji cesarz odebrał Junot stanowisko gubernatora Paryża i posłał do Wenecji. Lecz już niedługo potem złagodził tę karę, mianując generała gubernatorem Prowincji Iliryjskich. Ale Junot tak bardzo wziął sobie do serca niełaskę Napoleona, że obserwowane już od pewnego czasu zaburzenia psychiczne doprowadziły go do szaleństwa. Trzeba było chronić go przed samym sobą i ściągnąć z powrotem do ojczyzny, gdzie krótko potem, w swoim rodzinnym domu, zginął po samookaleczeniu okropną śmiercią. 
 

VI.

W międzyczasie Napoleon wyruszył ze Smoleńska i na czele całej artylerii i tysięcy załadowanych żywnością wozów transportowych pociągnął śladem awangardy. Panował wielki upał. Pułki maszerowały przez zieloną równinę wygodną, szeroką drogą obsadzoną po bokach brzozami

"- Na Moskwę! - wołali żołnierze - na Moskwę." I podążali za swoim cesarzem, jak kiedyś  żołnierze macedońscy za Aleksandrem Wielkim do Babilonu.

31 sierpnia wyruszono z Wiaźmy do Gżacka. Wszyscy mieli nadzieję, że Rosjanie zatrzymają  się pod Carewo Zajmiszcze, ale również tam, podobnie jak pod Dorohobużem i Wiaźmą, nie zajęli oni pozycji do bitwy. Ale do cesarza dotarły meldunki, że nieprzyjaciel przyjmie bitwę za Gżackiem. Pogoda uległa w międzyczasie zmianie, padało nieprzerwanie, a drogi zmieniły się w grzęzawiska; pułki tylko z wielkim wysiłkiem mogły posuwać się naprzód.

4 września na niebie pojawiło się słońce, a ostre powietrze wkrótce wysuszyło drogi. Maszerowano aż pod Gridniewo, a następnego dnia kontynuowano marsz w kierunku nizin Borodino. Wszystkie okoliczne wioski były opuszczone i spalone. Tylko w klasztorze Kołockoje przebywało jeszcze kilku mnichów.

Napoleon zatrzymał  się, by przyjrzeć się nizinie. Przecinający ją potok, Kołocza, płynął prosto w kierunku Borodino, następnie skręcał  w prawo, opływając dość strome zbocza i wpływał do Moskwy. Zbocza obsadzone były wojskiem i działami. Wzgórza ciągnęły się dalej w prawo od potoku, były tam jednak mniej strome, a u nich podnóża znajdowały się niewielkie jary.

Linia wojsk rosyjskich ciągnęła się wzdłuż tych wzniesień, a tam, gdzie pozycja była słabiej chroniona, nieprzyjaciel przygotował umocnione szańce. Staranność ich wykonania świadczyła, że Rosjanie mają zamiar tutaj stoczyć bitwę.

Jedna z redut była bardziej wysunięta od pozostałych. Napoleon postanowił natychmiast ją zaatakować, by móc bez przeszkód ustawić na nizinie wojska do bitwy. Zadanie jej zdobycia powierzył Muratowi i generałowi Compans. W ogniu nieprzyjacielskich kul Francuzi szybko i sprawnie posuwali się naprzód. Dzięki podwójnemu oskrzydleniu szaniec wkrótce wpadł w ich ręce.

Napoleon postanowił  dać swoim pułkom dzień odpoczynku i jak gdyby umówiono się, również Rosjanie pozostali w bezruchu, nie oddając ani jednego strzału karabinowego.



Po odliczeniu strat poniesionych w czasie marszu ze Smoleńska armia francuska liczyła jeszcze 127 000 napełnionych optymizmem i zapałem bojowników. Artyleria posiadała 580 dział.

Ze swojej strony armia rosyjska gotowa była stawić zacięty opór i prędzej zginąć niż ustąpić. Liczyła 120 000 ludzi w oddziałach regularnych oraz 20 000 Kozaków i moskiewskiej milicji.

7 września o godz.7 rano na prawym skrzydle rozbrzmiały pierwsze strzały armatnie. Natychmiast cisza nocna ustąpiła okropnemu zgiełkowi, a długa linia ognia i dymu oznaczyła linie obu armii.

Podczas gdy 120 armat ostrzeliwało Rosjan, a na prawym skrzydle Davout i Ney postępowali naprzód, na lewym skrzydle książę Eugeniusz skierował  się w kierunku Borodino, skąd po zażartej walki wyparł  Rosjan. To był początek straszliwej bitwy, trwającej cały dzień i w swojej okropności nie mającej równej. Po obu stronach walczono z ogromną zaciętością; Francuzi chcieli potwierdzić sławę swojego oręża, Rosjanie przysięgli wymazać hańbę ciągłego wycofywania się, zwyciężyć albo zginąć. Walczono ze zmiennym szczęściem, wioski i szańce były zdobywane i odzyskiwane, czworoboki rozbijane, a kawaleria przeprowadzała krwawe szarże. W wielu punktach trwała straszliwa walka. Ziemia drżała od wybuchów armatnich pocisków i ruchów ogromnej masy kawalerii. Nigdy dotąd armia francuska nie przeżyła czegoś podobnego.

Około godziny 3 po południu Napoleon rozkazał zajęcie Wielkiej Reduty (nazwanej przez Rosjan Redutą Rajewskiego - przyp. tłum.) w środku linii rosyjskiej. Gdyby to się udało, bitwa byłaby rozstrzygnięta. Murat i Ney skierowali ogień 200 armat na rosyjskie centrum. Gdy linie rosyjskie zdawały się być wystarczająco rozrzedzone, Murat poprowadził atak kawalerii. Książę Eugeniusz stanął na czele piechoty, wykorzystał bitewny zgiełk oraz obłoki dymu i wspiął się na umocnienia reduty w tym samym momencie, gdy francuscy kirasjerzy starli się z rosyjską gwardią konną.

Cała armia francuska, tworząc załamaną linię, wzięła okropnie zdziesiątkowaną  armią rosyjską w zionące ogniem ramiona trójkąta. Pod niesamowitym ogniem kartaczy Rosjanie powoli zaczęli się cofać, opierając się o las pod Psarewem. Tam stanęli, stojąc nieruchomo w deszczu kul.

W tym momencie bitwa była niewątpliwie wygrana, bo wszystkie punkty pola bitwy były w rękach francuskich. Ale dzień jeszcze nie skończył się i gdyby dokonano świeżymi siłami ostatniego wysiłku, armia rosyjska poniosłaby ostateczną klęskę. Tymi siłami mogła być gwardia, 18 000 ludzi, którzy nie wzięli jeszcze udziału w walce. Ale Napoleon, mimo nacisku jego dowódców, nie chciał o tym nic słyszeć. Był chory, przez cały dzień męczył go gwałtowny katar, a masakra, która nawet dla niego nie miała sobie równej, przeraziła go. Na naciski swoich oficerów odpowiadał:

"- Nie chcę narazić na zagładę moją gwardię. 4 000 mil od Francji nie wysyła się w bój ostatniej rezerwy."

Nakazał następnie uformowanie całej posiadanej artylerii i otwarcie ognia na stojących Rosjan. Przez kilka godzin 400 armat ostrzeliwało rosyjskie szeregi, które niewzruszone utrzymywały swoją linię i nawet tysiące poległych ich nie zachwiało.

W końcu zachód słońca zakończył tę masakrę i pułki mogły wypocząć; żołnierze biwakowali na polu bitwy.

Wschód słońca odsłonił  budzący zgrozę obraz. Pole bitwy było tak gęsto pokryte poległymi i rannymi, jak jeszcze nigdy dotąd w historii. Na ziemi leżało około 90 000 ludzi.

Staty Francuzów wyniosły 9-10 000 poległych i 20-21 000 rannych, czyli w sumie około 30 000 było niezdolnych do walki; Rosjanie przyznali się do straty 60 000 żołnierzy. Rannych zostało 47 francuskich generałów i 37 pułkowników. Ale droga na Moskwę była otwarta, w tamtą stronę wycofali się Rosjanie ścigani przez posuwających się naprzód Francuzów.

Bitwa nad Moskwą  była najcięższą, najbardziej chwalebną i najsłynniejszą  bitwą, którzy stoczyli Galowie w dalekiej i bliższej przeszłości. Rosjanie są nadzwyczaj odważnymi żołnierzami. Ich cała armia była skoncentrowana, liczyła w sumie 170 000 ludzi. Kutuzow wykazał się dużymi zdolnościami wybierając tę bardzo mocną pozycję, cała przewaga była po jego stronie, miał przewagę w piechocie, artylerii i kawalerii, osłaniała go duża ilość szańców i redut; a jednak został pobity! Wszystko zależy od wodza, on jest głową, on jest najważniejszy w armii; to nie armia rzymska podbiła Galię, lecz Cezar; to nie armia Kartaginy wywołała trwogę Republiki Rzymskiej, lecz Hannibal; to nie Macedończycy podbili wszystkie narody aż do Indusu, lecz Aleksander; sztandary francuskie zawiały od Wezery po Inn nie dzięki armii, lecz dokonał tego Turenne; to nie armia pruska broniła przez 7 lat swojego kraju przeciwko agresji 3 wielkich europejskich mocarstw, lecz Fryderyk Wielki!

Nieustraszeni bohaterzy Murat, Ney, Poniatowski zdobyli wielką sławę! Jak wielkie i chwalebne czyny wojenne wydarzyły się tego dnia: zdecydowany atak kirasjerów, którzy rozbili nieprzyjacielską artylerię, a kanonierów rozsiekali na ich armatach, bohaterska śmierć Montbruna i Caulaincourta, dzielność francuskich kanonierów, którzy, stojąc na otwartym polu, stawili czoła przeważającej sile zajmującej chronione pozycje nieprzyjacielskiej artylerii oraz bohaterska postawa piechoty, która w najkrytyczniejszym momencie, gdy sama potrzebowała dodania odwagi, wołała do swojego wodza:

"- Bądź spokojny! Twoi żołnierze przysięgli, że dziś zwyciężą, więc zwyciężą." 
 

Kutuzow zwołał  pod murami Moskwy naradę wojenną, na której postanowiono oddanie miasta i kontynuowanie odwrotu drogą na Włodzimierz. Postanowiono w ciszy w nocy z 13 na 14 września przeciągnąć przez Moskwę.



Poinformowano o tym gubernatora Roztopczyna, pełnego dzikiej namiętności Rosjanina, który nienawidził Francuzów z całego serca. Przepełniony nienawiścią nie chciał on pozwolić, by w Moskwie pozostał choć jeden Rosjanin, dlatego rozkazał wszystkim mieszkańcom natychmiastowe opuszczenie miasta. Ale chciał jeszcze więcej; zamierzał pozostawić Francuzom tylko popioły. Nie powiedział nikomu o swoim zamiarze, ale pozostawił w jednym ze swoich ogrodów mnóstwo palnych materiałów. Godzinę przed opuszczeniem miasta wybrał na wspólników i realizatorów swojego planu przestępców z moskiewskich więzień. Uwolnił ich i polecił potajemnie podpalić miasto. Wyjeżdżając zabrał ze sobą wszystkie środki gaśnicze. 
 

VII.

Podczas gdy w mieście przebywali jeszcze ostatni Rosjanie, na okolicznych wzgórzach pojawili się pierwsi Francuzi. Byli wprawdzie wynędzniali i wychudzeni, wielu z nich było rannych, ale gdy ujrzeli błyszczącą stolicę Moskali, zapomnieli o swoich cierpieniach. Wielu z nich było już pod piramidami, na brzegach Jordanu, w Rzymie, Mediolanie, Madrycie, Wiedniu i Berlinie, a teraz drżeli z radości widzącą leżącą u ich stóp Moskwę. Wypełniała ich radosna nadzieja znalezienia tam w końcu wypoczynku, pożywienia i przypuszczalnie pokoju. Nie mogli nasycić się magicznym widokiem lśniącym tysiącem kolorów, błyszczących złotem kopuł górujących nad miastem, urzeczywistniającym wszystko, co opowiadały o cudach Azji bajki Okcydentu.

Również Napoleon był poruszony widokiem, który ujrzały jego oczy i nie mógł  obronić się przed wzruszeniem.

Murat otrzymał  rozkaz jak najszybszego wkroczenia do miasta, by zapobiec zamieszkom. Otoczony swoim sztabem i oddziałem kawalerii wjechał na ulice miasta; ale wszędzie było tak pusto, jak gdyby wkraczał do miasta śmierci.

Armia rozbiła na noc biwak, nie ciesząc się na zbytek, który jej obiecano.

O godzinie 9 rano przez miasto przeciągnął Kutuzow ze swoim sztabem, o 1 po południu wkroczyła tam francuska awangarda.

Dowódca rosyjskiej ariergardy (gen. Michaił Miłoradowicz - przyp. tłum.) poprosił o pozwolenie swobodnego przemaszerowania przez miasto, co zostało mu zapewnione; po dotarciu do Kremla Francuzi natknęli się na opór podjudzonego przez podstępnego gubernatora motłochu, który jednak szybko został przełamany. 10 000 rosyjskich żołnierzy, którzy w różnych kątach miasta próbowali plądrowania, zostało w następnych dniach ujętych i odprowadzonych do niewoli; należeli oni do najstarszych, najlepszych pułków.

Rankiem 15 września Napoleon wkroczył do Moskwy na czele zwycięskich legionów, ale przejeżdżał przez wyludnione miasto i po raz pierwszy jego żołnierze, wkraczając do stolicy państwa, mieli tylko siebie za świadków swojej chwały. Robiło to posępne i przytłaczające wrażenie. Po dotarciu do Kremla Napoleon wspiął się na wieżę wielkiego Iwana, by z jej szczytu podziwiać swoją wspaniałą zdobycz, leżącą nad powoli płynącą Moskwą. Ale z przepychem miasta kontrastowała niezwykła i posępna cisza, która nastała w miejsce tętniącego życia, które jeszcze dzień wcześniej wypełniało to jedno z największych miast świata.

Armia została rozdzielona na kwatery w mieście, gwardię zakwaterowano na Kremlu i jego okolicy. Domy były pełne żywności, co zaspokoiło pierwsze potrzeby armii, a oficerowie znaleźli w pałacach nawet najbardziej wyrafinowany luksus.

Francuzi wkroczyli tak szybko, że nic nie zostało rozgrabione. Właściciele tak szybko uciekali, że na toaletkach dam znaleziono diamenty i klejnoty. Wielu pisało później, że uciekli, bo w pierwszym momencie ogarnęła ich panika, że chcieli ujść niebezpiecznej soldatesce, pozostawiając swój majątek, wierząc w lojalność zwycięzców, za co po powrocie pragnęli podziękować.

Żywiono więc nadzieję na dostatnie życie w Moskwie, na rychły pokój, a gdyby wojna przedłużyła się, na wygodne kwatery zimowe.

W dzień po wkroczeniu niespodziewanie nad dużym budynkiem, gdzie znajdowały się spirytuoza, uniósł się słup dymu i ognia. Niemalże w tym samym momencie z niezwykłą intensywnością wybuch pożar kompleksu budynków zwanego "bazarem". Znajdowały się w nim magazyny najbogatszych towarów orientalnych, dywany perskie, cukier, kawa, herbata i doskonałe wina. Próbowano ratować, co się dało, ale nie udało się zapanować nad ogniem. Jakby było tego jeszcze mało, w nocy z 15 na 16 września nad Moskwą przeszła wichura i rozniosła ogień na drewniane zabudowania z taką szybkością, że trudno znaleźć słowa na jej opisanie. Wkrótce całe miasto stało w ogniu.

Nawet najwspanialszy poeta nie potrafiłby znaleźć właściwych słów, by opisać  wspaniałego widoku płonącej Moskwy; opis pożaru Troi nie mógł  równać się z szalejącym właśnie w Moskwie pożarem. Miasto było zbudowane z drewna, wiatr zbyt gwałtowny, brak sikawek, jednym słowem, miasto było jednym morzem ognia.

Mieszczaństwo Moskwy było dalekie od tego, by planować taki zamach. To właśnie oni wydali Francuzom 300-400 więźniów, którzy zbiegli z więzień  i podpalili miasto. Źle zna Rosję ten, kto wierzy, że jej ludność wzięła udział w walkach. Wsie zamieszkują chłopi pańszczyźniani; ich panowie obawiali się iż podniosą bunt i popędzili ich jak stada bydła albo baranów w głąb krraju. Chłopi pańszczyźniani byli Francuzom bardzo życzliwi, oczekując, że przyniosą im wolność. Zamieszkujące małe miasteczka mieszczaństwo i uwolnieni chłopi byli skłonni stanąć na czele powstania przeciwko arystokracji. Z tego powodu Rosjanie postanowili spalić wszystkie miasta, które znajdowały się na drodze marszu walczących armii. Mimo oporu mieszkańców Kozacy, wrogowie Moskali, z przyjemnością podpalali miasteczka i wsie.

Wokół Kozaków zrobiono dużo wrzawy; porównywano ich też z węgierską insurekcją. Hm, węgierska kawaleria, którą widzieliśmy w latach 1797, 1805 i 1809, była żałosna. Dobre imię tych lekkich oddziałów za czasów cesarzowej Marii Teresy było wynikiem ich dobrej organizacji, a przede wszystkim ich liczebności. Twierdzenie, że tego typu oddziały przewyższały huzarów feldmarszałka Wurmsera, dragonów generała Latour albo księcia Jana, jest dość dziwaczne. Ani węgierska insurekcja ani Kozacy nie tworzyli nigdy awangardy austriackiej lub rosyjskiej armii, bo pod nazwą awangardy lub ariergardy rozumiane są oddziały, które potrafią wykonywać regulaminowe manewry. Rosjanie stawiają pułk wyszkolonych Kozaków na równi z trzema pułkami Kozaków niewyszkolonych. Te luźne oddziały nie mają żadnej wartości bojowej, a mimo to Kozak jest pięknym męzczyzną, dobrym jeźdźcem, zręcznym, cwanym i niestrudzonym. Nigdy nie wchodzi do domu, nigdy nie śpi w łóżku; zmienia o zachodzie słońca miejsce swojego biwaku, by nie spędzić nocy w miejscu, gdzie mógłby być obserwowany przez nieprzyjaciela.

Nawiasem mówiąc, Moskwa została splądrowana przez rosyjskie pospólstwo, a nie przez żołnierzy francuskich, nie mówiąc już o tym, że mogło to nastąpić na rozkaz albo za przyzwoleniem cesarza. Jedynym miastem, które Napoleon pozwolił splądrować, była Pavia. Obiecał swoim żołnierzom swobodę grabieży przez 24 godziny. Ale już po 3 godzinach nie mógł jej znieść i wydał rozkaz zaprzestania rabunków. Miał przy sobie jedynie 1 200 ludzi; krzyki mieszkańców zagłuszały wszystko i docierały do jego uszu. Gdyby miał 20 000 żołnierzy, czyniony przez nich zgiełk zagłuszyłby skargi mieszkańców. Na szczęście w tej sprawie polityka zgodna jest z moralnością, uznając grabież za niegodziwość. Nieraz zwracano się do Napoleona z prośbą o wynagrodzenie żołnierzy zezwoleniem na plądrowanie; wydałby je, gdyby widział w tym korzyść. Ale nic nie jest odpowiedniejsze do nadwerężenia i zdemoralizowania armii. Gdy żołnierz może rabować, nie utrzymuje dyscypliny; wzbogaci się zrabowanymi rzeczami, natychmiast przestaje być dobrym żołnierzem; nie chce więcej walczyć. Nawiasem mówiąc, grabież nie odpowiada francuskiemu charakterowi: nasz żołnierz nie ma złego serca, gdy przemija jego złość, przychodzi do siebie. Niemożliwym byłoby dla francuskich żołnierzy przez 24 godziny grabić i łupić. Wielu z nich poświęciłoby swoje ostatnie godziny na złagodzenie cierpień, które sami zadali w pierwszych godzinach. Na kwaterach wyrzucają sobie nawzajem popełnione czyny, a ci, którzy dopuścili się czynów niegodnych, są z całą surowością karceni. 
 

Drugiego dnia, oszczędzony do tej pory Kreml, znalazł się w niebezpieczeństwie. Iskry, które padały pomiędzy zgromadzone tam zapasy artylerii, mogły spowodować ich zapalenie. Ponadto na dziedzińcach Kremla stało ponad 100 wozów amunicyjnych, a w arsenale znajdowało się kilka tysięcy funtów prochu. Należało spodziewać się katastrofy, Napoleon mógł wylecieć w powietrze wraz z całym pałacem cara. Dłuższy pobyt tam stał się niemożliwym, dlatego cesarz z ciężkim sercem uległ w końcu naleganiom swoich oficerów i zdecydował się wraz z przestraszoną armią na opuszczenie miasta, w którym trudno było nawet oddychać. Przeniósł swoją siedzibę do zamku Pietrowskoje, położonego o milę za miastem na trakcie wiodącym do Petersburga. Miasto płonęło aż do 18 września, kiedy to spadł nagły, gwałtowny deszcz i ugasił pożary. Kreml ocalał, a wraz z nim około jedna piąta miasta.

19 września Napoleon, przygnębiony tym okropnym wydarzeniem, wrócił do Moskwy. Zobaczył  tam, napisane na oczernionych murach zamienionych w zgliszcza pałaców, słowa: "żadnego pokoju .... wojna aż do ostatniej kropli krwi."

W dniach 15, 16 i 17 września dowódca rosyjskiej ariergardy wiele mówił o pokoju, że nie należy do siebie strzelać, ponieważ walki i tak nie będą kontynuowane. Pomaszerował on drogą w kierunku Kołomny, a francuskie posterunki zajęły most na Moskwie, 20 kilometrów za Moskwą. Z traktu kołomnieńskiego armia rosyjska, odchodząc w odległości 30 ruchem flankowym miasto, polnymi drogami osiągnęła trakt do Kaługi. Wiejący wiatr napędzał chmury czarnego dymu z palącego się miasta. Według wypowiedzi rosyjskich oficerów, na twarzach żołnierzy, którzy maszerowali w grobowym milczeniu, malowało się głębokie przygnębienie.

Gdy zorientowano się  w kierunku marszu nieprzyjaciela marszałek Bessierčs udał się  na czele korpusu obserwacyjnego w kierunku Desny, podczas gdy król  Neapolu podążył początkowo śladem wroga aż do Podolska, by następnie skierować się na jego tyły, by odciąć go od Kaługi. Mimo, że król miał przy sobie tylko awangardę, nieprzyjaciel nie oparł mu się i po krótkiej, zwycięskiej dla francuskiej awangardy walce opuścił przygotowane szańce i wycofał się na odległość 25 kilometrów.

Ponieważ zamiarem cesarza było zmuszenie wroga do opuszczenia umocnionego obozu i odrzucenie go o kilka dni marszu, by móc w spokoju wybrać kwatery zimowe, rozkazał awangardzie zajęcie pozycji za Winkowem, by przesłoniła wrogowi ruchy francuskiej armii. Od czasu, gdy Moskwa przestała istnieć, planem cesarza było albo całkowite opuszczenie tych zgliszczy albo obsadzenie jedynie Kremla liczącą 3 000 ludzi załogą. Ale nawet po renowacji, niemożliwym było utrzymanie Kremla takimi siłami przez 20 albo 30 dni. Posiadanie Kremla nie zapewniała armii żadnych korzyści, wbrew przeciwnie, było przeszkodą. Ochrona Moskwy przed maruderami i rabusiami wymagała obecności tam przynajmniej 20 000 żołnierzy. Poza tym miasto było już tylko brudną i niezdrową kloaką, do której odważali się wejść tylko najnędzniejsi z 200 000 wymarzniętych, wygłodzonych i błądzących w okolicznych lasach, by znaleźć w ruinach jakieś przydatne przedmioty lub w ogrodach resztki warzyw i nie miało większego sensu, by dla miejsca, które nie miało żadnego znaczenia politycznego ani militarnego, ponosić jakiekolwiek ofiary.

Dlatego cesarz, po zapewnieniu ochrony dla części miejskich magazynów i ewakuacji pozostałych, nakazał marszałkowi Mortier zaminowanie Kremla i wysadzenie go 23 października, o godzinie 2 w nocy, w powietrze. Arsenał, koszary i magazyny oraz stary pałac, symbol pamiętający czasy założenia monarchii rosyjskiej, pierwsza siedziba carów, zostały zniszczone.

Napoleon wyznaczył dzień 24 października na wymarsz w kierunku Dźwiny, by zbliżyć się do Petersburga i Wilna. Z 4 000 kamiennych domów pozostało jedynie 200, a z 8 000 drewninaych tylko 500. Cesarzowi proponowano, by odpłacił Rosjanom tą samą monetą i spalił resztę miasta oraz otaczające je wioski i rezydencje arystokracji. Radzono mu, by utworzył 4 kolumny liczące po 2 000 ludzi, by podpaliły wszystko, co znajdowało się w promieniu 100 kilometrów. Nauczyłoby to Rosjan prowadzenia wojny zgodnie z regułami, a nie na sposób tatarski; gdyby podpalili później choć jeden dom lub wioskę należało w odpowiedzi spalić 100. Ale cesarz wzbraniał się przed sięgnięciem do takich środków, które powiększyłoby jedynie nędzę ludności. Wśród 9 000 właścicieli, których dobra zostałyby spalone, było być może jedynie 100 zwolenników Roztopczyna, a więc 8 900 niewinnych zostałoby zrujnowanych, a 200 000 biednych, niewinnych chłopów pańszczyźnianych pozbawionych zostałoby środków do życia. Cesarz ograniczył się jedynie, zgodnie z wojennym zwyczajem, do zniszczenia obiektów wojskowych, nie naruszając własności prywatnej ludności, która już i tak dość ucierpiała wskutek okropności wojny. 
 

Gdyby Moskwa nie została spalona, cesarz założyby tam swoją kwaterę zimową  i pozostałby spokojnie ze swoją armią pośrodku wrogiej ludności, jak załoga okrętu zablokowana przez lód. We Francji brak byłoby w tym czasie wiadomości od niego, ale, jak to już często bywało, sprawy poprowadziłby w imieniu cesarza Cambacérčs i wszystko potoczyłoby się utartym szlakiem. Zima uśpiłaby wszystko, cały świat, przyjaciół i wrogów, a z nastaniem wiosny cesarz zaatakowałby nieprzyjaciela, pobił go i podporządkował sobie Rosję. Ale car Aleksander nie dopuściłby, by do tego doszło, uznałby wszystkie warunki cesarza, zostałby podpisany traktat pokojowy, a Francja w końcu mogłaby rozkoszować się owocami zwycięstwa! A od czego to wszystko zależało? Od przypadku. Gdyby natura nie była przeciwko cesarzowi, wszystko skończyłoby się szczęśliwie. Ruszył w pole by walczyć przeciwko wojsku, ale wobec ognia i zimna był bezsilny! Los był silniejszy niiż on, co za nieszczęście dla Francji i Europy! Gdyby cesarz miał możliwość podpisania w Moskwie pokoju, działania wojenne byłyby zakończone, a w konsekwencji zapanowałby spokój. Jakie nowe horyzonty zostałyby tym samym otwarte, jakie nowe możliwości dla ogólnego dobrobytu i rozwoju. Powstałby ogólny system europejski, jego organizacja byłaby tylko sprawą czasu! Zjednoczona Europa miałaby jednolite podstawy i pryncypia, jednolite prawo, jeden europejski Sąd Kasacyjny, który zlikwidowałby wszystkie pomyłki, jedną walutę, jednolity system miar i wag itd., itd. Wkrótce Europejczycy byliby jednym narodem, a każdy, gdziekolwiek by się udał, wszędzie czułby się jak we wspólnej ojczyźnie.

Cesarz dążyłby do wolnej żeglugi dla wszystkich narodów nie tylko na wszystkich morzach świata, ale również na wszystkich rzekach; armie zostałyby zredukowane do gwardii władców.

Po powrocie do Francji, na łono wielkiej, wspaniałej, spokojnej i pełnej chwały ojczyzny, Napoleon ogłosiłby nienaruszalność granic; w przyszłości wojna prowadzona byłaby jedynie w celach obronnych; każde powiększenie terytorium traktowane byłoby jako antynarodowe; dyktatura Napoleona zostałaby zakończona, a władzę przejąłby jego konstytucyjny rząd. Jego syn, po osiągnięciu pełnoletności, zostałby współwładcą.

Paryż byłby stolicą  świata! Wszystkie narody zazdrościłyby Francuzom.

Swoją starość Napoleon spędziłby podróżując powoli w towarzystwie swojej małżonki i przygotowującego się do objęcia rządów syna do każdego zakątka ojczyzny, przyjmując zażalenia, rekompensując niesprawiedliwość, pozostawiając wszędzie pomniki swojej dobroczynności.

Takie były marzenia Napoleona! 
 

VIII.

Napoleon był, w obliczu ogromnych sukcesów, które odniosło francuskie oręże, przekonany, że po zajęciu Moskwy jego propozycje pokojowe zostaną przyjęte z radością.

Był rozczarowany do bólu, a podczas gdy oczekiwał na reakcję, mijał cenny czas, który w zupełności wystarczyłby do przeprowadzenia bezpiecznego odwrotu.

Niespodziewany atak Rosjan wyjaśnił Napoleonowi ich rzeczywiste zamiary.

Wyjazd w dniu 5 października generała Lauriston do rosyjskiej głównej kwatery odnowił kontakty pomiędzy awangardami obu armii, które tolerowały się i nie atakowały nawzajem bez wypowiedzenia tego cichego zawieszenia broni przynajmniej 3 godziny wcześniej. Ale 18 października (pod Winkowem nad rzeką Czerniszną - przyp. tłum.), o godzinie 7 rano 4 000 Kozaków wypadło z oddalonego o połowę armatniego strzału lasu i rzuciło się na lewe skrzydło francuskiej awangardy generała Sebastiani, który nie wystawił nawet posterunków, a którego kawaleria, mając rozkulbaczone konie, właśnie rozdzielała mąkę, zaskoczona została okrzykiem "hurra" Rosjan. Dopiero kilometr dalej potrafiła się zebrać. W międzyczasie nieprzyjaciel wdarł się w powstałą lukę i zdobył 12 dział i 65 wozów.

Śladem Kozaków postępowała regularna kawaleria nieprzyjaciela i 2 kolumny piechoty, dążąc do osiągnięcia przed Francuzami lasu i wąwozu pod Woronowem. Ale król Neapolu czuwał. Skoczył na konia, stanął na czele swoich pułków i w 10 albo 12 szarżach rozbił nieprzyjacielską kawalerię. Następnie rzucił się na złożoną z 6 batalionów rosyjską dywizję dowodzoną przez generała Mellera i rozbił ją. Została ona niemalże w całości wybita, a jej dowódca poległ.

W tym samym czasie Poniatowski skutecznie odrzucił inną rosyjską dywizję, przy czym od karabinowej kuli zginął polski generał Fiszer.

Nieprzyjaciel nie tylko odniósł większe niż Francuzi straty, ale okrył się  jeszcze hańbą pogwałcenia panującego między awangardami zawieszenia broni. Francuzi stracili 800 poległych, rannych i wziętych do niewoli, nieprzyjaciel dwa razy tyle. Do niewoli dostało się wielu rosyjskich oficerów, a dwaj generałowie polegli (w rzeczywistości poległ jedynie gen. Baggowut, wspomniany wcześniej gen.Meller-Zakomelski był tylko ranny - przyp. tłum.) . Król Neapolu udowodnił w tym dniu, co znaczą przytomność umysłu, odwaga i wojenne doświadczenie.

W wyniku tych wypadków Napoleon nie zwlekał więcej i następnego dnia, 19 października przystąpił do odwrotu w kierunku południowo-zachodnim. Ale potyczka pod Małojarosławcem w dniu 24 października zmusiła go do zmiany kierunku marszu, który zbliżył się do drogi w kierunku Smoleńska, tej samej, którą wojska francuskie maszerowały do Moskwy. Mimo tego nastrój wśród żołnierzy, którzy zabrali z Moskwy niesamowite łupy, był znakomity. O okropnościach zimy nikt nie myślał.

Nawet Rosjanie byli zdziwieni panującą od 3 tygodni pogodą; wyglądało, jak gdyby do Rosji przeniesione zostało słońce z Fontainebleau. Armia znajdowała się w bogatym kraju, który porównać można z najlepszymi okolicami Francji i Niemiec.

Ładna pogoda trwała aż do 6 listopada, wszystkie manewry armii zostały skutecznie przeprowadzone. Ale 7 listopada niespodziewanie zrobiło się zimno. Od tego momentu armia każdej nocy traciła setki koni, które zamarzały na biwakach. Na swoim prawym skrzydle armia francuska miała za przeciwnika rosyjską armię Wołynia (armia gen. Cziczagowa - przyp. tłum.) i była tym samym zmuszona do zrezygnowania z linii operacyjnej w kierunku Mińska i jako centrum swojego odwrotu przyjąć kierunek na Warszawę. Cesarz dowiedział się o tej zmianie 9 listopada w Smoleńsku i natychmiast zrozumiał zamiary wroga. Mimo, że był świadom trudności, jakie napotka w marszu o tej porze roku, w nowej sytuacji nie mógł pozwolić sobie ani na chwilę zwłoki. Wyruszył 13 listopada ze Smoleńska  z nadzieją dotarcia przed nieprzyjacielem do Mińska albo przynajmniej do Berezyny. 16 armia dotarła do Krasnoje. Zimno było z dnia na dzień dotkliwsze. 14, 15 i 16 listopada temperatura spadła do 28 stopni poniżej zera; drogi pokryte były gołoledzią, konie kawalerii, artylerii i taborów, szczególnie francuskie i niemieckie, padały w nocy już nie setkami ale tysiącami. W przeciągu kilku dni armia francuska straciła ponad 30 000 koni, co spowodowało, że przestały istnieć kawaleria i artyleria, a wiele armat, wozów amunicyjnych i transportujących zapasy żywności musiało zostać zniszczonych.

Armia, która jeszcze 6 listopada tak dumnie się prezentowała, 8 dni później, 14 listopada, pozbawiona swojej kawalerii, artylerii i zapasów, była nie do poznania. Bez kawalerii niemożliwe były rekonesanse, bez artylerii i amunicji nie można wygrać żadnej bitwy ani bez obaw w bezruchu oczekiwać nieprzyjaciela. Trzeba było dalej maszerować, by odbić się od nieprzyjaciela i zapobiec okrążeniu; wszystko to bez kawalerii, która mogłaby dokonywać rozpoznania i utrzymać łączność pomiędzy kolumnami. Trudności te oraz mróz sprawiły, że sytuacja armii była zła. Ludzie, którzy nie byli wystarczająco zahartowani, by stawić czoła zmiennym kolejom fortuny, byli wytrąceni z równowagi, opuściły ich wesołość i dobry humor i nie oczekiwali niczego innego poza nieszczęściami i katastrofami; ci, którzy, którzy wznosili się ponad wszystko, zachowali równowagę i w piętrzących się trudnościach widzieli jedynie nowe okazje do zdobycia sławy.

Nieprzyjaciel, widząc na drogach ślady tej straszliwych opresji, w jakich znajdowała się  armia francuska, próbował je wykorzystać. Atakował nieustannie poszczególne kolumny oddziałami swoich Kozaków, którzy na podobieństwo żyjących na pustyni Arabów, porywali wozy transportowe i amunicyjne, które odłączyły się albo pozostały z tyłu. Ta godna pogardy rosyjska jazda, która potrafiła tylko wrzeszczeć i nie była w stanie przebić się przez kompanię woltyżerów, w tych tragicznych okolicznościach stała się straszliwym przeciwnikiem. Gdy jednak próbowała zdziałać coś poważniejszego, drogo za to płaciła. Kozacy próbowali stanąć na drodze księcia Eugeniusza, zostali przez niego jednak rozbici i z dużymi stratami odparci.



Marszałek Ney, który na czele 3 000 ludzi tworzył ariergardę i wysadził  w powietrze wały obronne Smoleńska, został podczas tej akcji okrążony; dzięki odwadze, która zawsze go cechowała, potrafił  się jednak wydostać z tej krytycznej sytuacji. Utrzymawszy nieprzyjaciela przez cały dzień 18 listopada na odległość, dokonał w nocy zwrotu na prawe skrzydło, przekroczył Dniepr, niwecząc plany wroga. 19 listopada armia francuska przekroczyła pod Orszą Dniepr, a armia rosyjska, zmęczona i zniechęcona poniesionymi stratami, zaprzestała dalszych prób ataku.

Rosyjska armia wołyńska od 16 listopada zaczęła się kierować na Mińsk i dalej na Borysów, gdzie na czele 3 000 ludzi bronił przyczółka mostowego generał Dąbrowski. 23 listopada został on zmuszony do opuszczenia tej pozycji, w wyniku czego nieprzyjaciel, którego awangardą dowodził generał Lambert, przekroczył Berezynę i skierował się na Bobrujsk. W tym samym czasie marszałek Oudinot na czele II. Korpusu pospiesznie maszerował z Czarei w kierunku Berezyny, by zabezpieczyć przeprawę. 24 listopada, 20 kilometrów za Borysowem natknął się na dywizję Lamberta, zaatakował ją i pobił, zmuszając do wycofania się na prawy brzeg Berezyny, biorąc przy tym 2 000 jeńców, 6 armat i 600 wozów bagażowych. Nieprzyjaciel uratował się tylko dzięki spaleniu długiego na 300 sążni (ok. 600 metrów) mostu.

Ale nieprzyjaciel zajął w międzyczasie wszystkie inne przeprawy przez szeroką na na 40 sążni (80 metrów) Berezynę. Jej brzegi tworzą szerokie na 600 metrów bagna, tworzące naturalną, trudną do przebycia przeszkodę. Ponadto woda niosła ze sobą znaczną ilość kry. Nieprzyjacielski dowódca rozmieścił swoje 4 dywizje w 4 różnych punktach, w których, jak przypuszczał, armia francuska będzie chciała przeprawić się.

26 listopada o świcie cesarz, po wprowadzeniu dzień wcześniej nieprzyjaciela różnymi pozornymi manewrami w błąd, udał się do wsi Studzianka, gdzie, mimo obecności i przed oczami rosyjskiej dywizji, rozkazał  wybudowanie dwóch mostów. Marszałek Oudinot zaatakował nieprzyjaciela, przez 2 godziny pędził przed sobą i odrzucił aż do przyczółka mostowego pod Borysowem. 26 i 27 listopada armia francuska przeprawiła się przez rzekę, z wyjątkiem jednej brygady dywizji generała Partouneaux, która tworzyła ariergardę i miała zadanie spalenia mostów. Maszerując straciła z oczu inne brygady oraz dowódcę swojej dywizji. Wszelkie poszukiwania okazały się bezowocne. Później dowiedziano się, że brygada ta, zamiast na lewo, pomaszerowała na prawo i w ciemnościach natknęła się na rosyjski biwak, przyjmując, że rozbili go Francuzi. Została otoczona i wzięta do niewoli (była to 3.brygada 12.dywizji piechoty gen. Billarda. Podobny los spotkał niedługo później pozostałe brygady tej dywizji dowodzone przez generałów Camus i Blanmont, samego dowódcę dywizji gen. Partouneaux oraz brygadę kawalerii gen. Delaitre - przyp. tłum.).



Ta fatalna pomyłka kosztowała armię francuską utratę 2 000 żołnierzy, 300 koni i 3 armat. Gdy 28 listopada cała armia była już za rzeką, marszałek Victor zajął przyczółek mostowy na lewym brzegu, podczas gdy marszałek Oudinot i cała armia znajdowali się na prawym.

Po oddaniu przez Francuzów Borysowa rosyjskie armie Dźwiny i Wołynia połączyły się i rozpoczęły przygotowania do ataku. O świcie 28 listopada marszałek Oudinot posłał cesarzowi meldunek, że jest atakowany, pół godziny później taki sam meldunek przysłał marszałek Victor. Cała armia chwyciła za broń. Marszałek Ney zajął stanowiska za Oudinot. Rozgorzała ożywiona walka. Wróg usiłował okrążyć francuskie prawe skrzydło, czemu zapobiegły jednak szarże 4. i 5. pułku kirasjerów. Równocześnie przeciwko nieprzyjacielskiemu centrum wystąpiła w lesie Legia Nadwiślańska, rozbijając je. Dzielni kirasjerzy rozbili jeden po drugim 6 czworoboków piechoty i przepędzili przybyłą jej na pomoc nieprzyjacielską kawalerię. 6 000 jeńców, 2 sztandary i 6 armat wpadły w ręce francuskie.

Dzień 29 listopada armia francuska spędziła na polu bitwy. Cesarz miał do wyboru dwie drogi, jedną na Mińsk, a drugą na Wilno. Pierwszy  prowadzi przez lasy i bagna, wykluczonym było, by armia znalazła tam pożywienie. W przeciwieństwie do niej droga na Wilno przebiega przez kraj uprawny. Armia, pozbawiona kawalerii i amunicji, potwornie zmęczona 50-dniowym marszem, ciągnąca ze sobą chorych i rannych, musiała przede wszystkim dotrzeć do swoich magazynów. 30 listopada kwatera główna znajdowała się w Plechczennicy, 1 grudnia w Stajkach, a 3 w Mołodecznie, gdzie do armii dotarły pierwsze transporty z Wilna. Ranni oficerowie i żołnierze oraz wszystko, co przeszkadzało w ruchach armii, zostało wysłane do Wilna.

Pierwszą koniecznością  było przywrócenie w armii dyscypliny, przeorganizowanie i wyposażenie na nowo kawalerii i artylerii. Wszystko było w wystarczającej ilości w Wilnie, 20 000 koni i sprzęt wojenny.

Kawaleria tak ucierpiała, że zebrano wszystkich oficerów posiadających jeszcze konie i utworzono z nich 4 szwadrony po 150 ludzi każdy. Szefami szwadronów byli generałowie, pułkownicy objęli służbę podoficerów (chodzi tutaj o utworzony 23 albo 24 listopada Escadron sacré, którego dowództwo objął gen.Grouchy - przyp. tłum.)

Uwaga tłumacza:

Powyższy fragment pochodzi z 29. biuletynu wielkiej Armii wydanego 3 grudnia 1812 roku, który kończy się słynnym zdaniem: "Stan zdrowai Jego Cesarskiej Mości nigdy nie był lepszy." 
 

Nigdy nie będzie można poznać dokładnej historia kampanii rosyjskiej, bo z jednej strony Rosjanie nie napisali na jej temat albo nic albo zbyt dużo kłamstw, a z drugiej, ponieważ Francuzi z prawdziwą namiętnością  pomniejszyli  i oczernili swoją chwałę. Być może któregoś dnia jakiś Anglik albo Niemiec, który uczestniczył w kampanii, napisze o niej; wtedy wszyscy dowiedzą się, że była to najwspanialsza i najzręczniej rozegrana ze wszystkich prowadzonych przez Napoleona kampanii. 

Podczas kampanii nie wpadł w ręce nieprzyjaciela ani jeden transport, ani jeden kurier w drodze z Moguncji do Moskwy nie został wzięty do niewoli; nie było dnia, żeby do armii nie dotarły wieści z Francji; Paryż  nawet przez 24 godziny nie był pozbawiony wiadomości o armii. W bitwie pod Smoleńskiem oddano ponad 60 000 strzałów armatnich, nad Moskwą dwa razy tyle; zużycie amunicji było znaczne, a jednak, gdy armia opuszczała Moskwę, każda armata mogła oddać 350 strzałów; posiadano taki nadmiar amunicji i proc, że na Kremlu spalono 500 z nich i unieszkodliwiono 60 000 karabinów wraz z kilkoma tysiącami funtów prochu. Dzięki dowodzącym artylerią generałom Lariboisičre i Eblé nigdy nie brakowało amunicji.

Eblé, który prowadził  budową mostów na Berezynie oddał wielkie zasługi, był rzeczywiście niezwykłym człowiekiem (gen. Jean-Baptiste Eblé, 1758-1812, był w kampanii 1812 roku dowódcą pontonierów Wielkiej Armii, zmarł z wyczerpania 31 grudnia w Królewcu - przyp. tłum.).

Sukces kampanii rosyjskiej wisiał na jednym włosku. Wszyscy rozsądni Rosjanie, nawet Aleksander, mogą mieć na ten temat tylko jedną opinię. To nie siła i wysiłki Rosjan pokonały cesarza, lecz niekorzystne zrządzenia losu: pożar Moskwy, wywołany intrygami; sroga zima i wcześniejsze niż zwykle wystąpienie srogiego mrozu; fałszywe meldunki, podstępne intrygi, zdrada, głupota i wiele innych, które być może dopiero w przyszłości zostaną właściwie zrozumiane, sprowadziły katastrofę. Cesarzowi można jedynie dwie rzeczy zarzucić: pod względem dyplomatycznym, że podjął się tego wielkiego przedsięwzięcia mając przeciwko sobie dwa rządy; pod względem wojskowym, że pozostawił za swoimi plecami dwie armie, które po najmniejszym niepowodzeniu przeszły na stronę wroga. Wszystko zjednoczyło się przeciw cesarzowi w tej dziwnej wojnie, której on wcale nie chciał i wcale nie planował; wciągnęły go w nią fatalne okoliczności, a los dokonał reszty!

Podczas odwrotu po wyjściu z Wiaźmy cesarz dowiedział się o zbliżaniu rosyjskiej armii południowej. Zamierzał wracać do Smoleńska przez Kaługę; na tej drodze znaleziono by niezbędną żywność. Turcy, gdy dowiedzieli się o wkroczeniu Francuzów do Moskwy, przepowiedzieli, że armię wykończy mróz. Plan Napoleona przewidywał zajęcie kwater zimowych w Smoleńsku; nie rozsiałby żołnierzy po wsiach, lecz umieścił w barakach. W Witebsku istniały wielkie magazyny; cesarz, nie mogąc się zdecydować, ociągał się w Smoleńsku z przekroczeniem Dniepru, by pomaszerować w tamtym kierunku. Przed przybyciem do Borysowa nad Berezyną przez pewien moment zastanawiał się, czy nie skierować korpusów Victora i Oudinot przeciwko rosyjskiej armii północnej Wittgensteina, by uniemożliwić jej połączenie z armią Cziczagowa. Miał wystarczająco dużo czasu; Kutuzow podążał za nim w dużej odległości i był jeszcze oddalony o 10 dni marszu.

Gdyby w tym momencie był sierpień, a nie listopad, armia mogłaby pomaszerować  na Petersburg; wycofała się do Smoleńska nie dlatego, że była pobita - była zawsze zwycięska - lecz by przezimować w Polsce, Gdy było lato, to ani Kutuzow ani Cziczagow nie zbliżyliby się do armii francuskiej, bo oznaczałoby to ich pewną zagładę.

Odwrót do Polski był  zrozumiały, nie było niczego bardziej naturalnego, jak zatrzymanie się właśnie tam. Do Smoleńska armia przebywała w okolicach, gdzie cesarzowi sprzyjano tak samo, jak we Francji. Lud i władze były mu życzliwe, można było tam zarządzić pobór rekruta i zdobyć konie i żywność. Gdyby w 1812 roku mróz nie nastał 14 dni wcześniej niż zwykle, armia osiągnęłaby Smoleńsk bez strat. Wiadomym było, że w tamtych okolicach w grudniu i styczniu panuje wielki mróz, ale na podstawie notowań temperatur ostatnich 20 lat można było założyć, że nie spadnie ona poniżej 6 stopni poniżej zera. Gdyby ten straszliwy mróz nastał przynajmniej 3 dni później, odwrót odbyłby się w całkowitym porządku, ale utrata w wyniku zimna 30 000 koni miało druzgocące skutki, bo pozostawione musiały zostać wozy, którymi transportowano prowiant i wszystko, co konieczne jest armii. Padła również większość koni artylerii i kawalerii, cała służba była zdezorganizowana, ten tłum, który ciągnął w kierunku Wilna, nie był już armią.

W oddaleniu dwóch dni marszu od Wilna resztki armii nie miały już czego się obawiać. Dlatego cesarz uznał za słuszne, by odjechać do Paryża. Tylko stamtąd mógł wywrzeć nacisk na Prusaków i Austriaków. Gdyby zwlekał, mógłby mu zostać zablokowany przejazd przez te kraje. Opuścił więc armię, przekazując dowództwo królowi Neapolu (Murat) i marszałkowi Berthier. Gwardia była wówczas jeszcze kompletna, a armia liczyła ponad 80 000 ludzi, nie licząc korpusu księcia Tarentu (X. Korpus marszałka Macdonalda - przyp. tłum.), który zajmował pozycje nad Dźwiną. W Wilnie było jedzenia w nadmiarze. Zgodnie z raportem, który złożono podczas jego przejazdu, było tam 4 miliony racji mąki, 4,6 milionów racji mięsa, 9 milionów racji wina lub wódki; znaczne zapasy amunicji i mundurów. Gdyby cesarz pozostał przy armii albo przekazał dowództwo posłusznemu księciu Eugeniuszowi, armia nigdy nie opuściłaby Wilna. Ale dano się zastraszyć kilku Kozakom i opuszczono w nocy miasto. Dopiero od tego momentu datują się wielkie straty, jakie poniosła armia; nieszczęściem losu był to krytyczny moment, w którym konieczna była obecność Napoleona zarówno przy armii, jak i w Paryżu. Nie mógł przewidzieć, że w Wilnie nie wykonane zostaną jego polecenia.

Nieszczęsne wydarzenia kampanii rosyjskiej były efektem pożaru Moskwy i zbyt wczesnego nastania zimy.

Cesarz obawiał  się, że ewentualnie może nie mieć możliwości powrotu do Francji, dlatego nie poprowadził armii osobiście do Wilna i Niemiec. Nie chciał narazić się na takie niebezpieczeństwo, dlatego szybko i zuchwale przejechał samotnie przez Niemcy. Na Śląsku omal nie został złapany, gdy pewnego dnia podczas jazdy uszkodzone zostały sanie; ale na szczęście Prusacy zaczęli naradzać się zamiast działać. Postąpili z nim jak Sasi z Karolem XII w podobnych okolicznościach, co skłoniło tegoż do zażartowania podczas jego ucieczki z Drezna: "Zobaczycie, jutro będziecie naradzać się, czy nie lepiej było mnie wczoraj pojmać".

Szaleństwem byłoby, gdyby cesarz po wszystkich katastrofach, które wydarzyły się  podczas odwrotu spod Moskwy, pozostał przy armii. Prusy wypowiedziałyby mu wojnę 2 miesiące wcześniej i jest więcej niż pewne, że Austria postąpiłaby za ich przykładem; cesarz miałby odcięte wszystkie połączenia z Francją; wszędzie, w każdym kącie zawiązywane byłyby spiski, sojusznicy zmieniliby strony. Armia i cesarstwo byłyby stracone. Obecność Napoleona w Paryżu, jego osobiste wezwanie, umożliwiły mu ponowne stanięcie nad Łabą na czele 300 000 ludzi.

Cesarz popełnił  wielki błąd przekazując przy swoim odjeździe dowództwo Muratowi, który w istniejących okolicznościach był człowiekiem najmniej zdolnym do skutecznego działania. Berthier nie byłyby lepszy. Cesarz powinien był przekazać armię wicekrólowi Eugeniuszowi, który był wprawdzie uparty, ale przynajmniej wykonałby rozkazy. Napoleon polecił wycofywanie się krótkimi etapami; ale armia pokonywała dziennie 45 kilometrów. Gdyby Murat, po przybyciu do Wilna rozbił obóz p r z e d  miastem, wydał to same polecenie wszystkim innym dowódcom korpusów i rozdzielił około 30 dobrych oficerów wzdłuż linii obrony, zebrałby 100 000 żołnierzy. Mógłby utrzymać się w Wilnie przez całą zimę. Pobity Murat był największym tchórzem; dobry był tylko w ogniu. Wszedł do Wilna i zapanował chaos. Nie miał wchodzić do miasta, lecz biwakować przed nim. W mieście znajdowały się ogromne magazyny.

Cesarz zrobił wielki błąd nie każąc otoczyć Wilna palisadą i około 15 szańcami, jak pod Dreznem. Ale rozkazał przygotować umocniony obóz; jest winą cesarza, że tego nie nie zrobiono; obowiązkiem głównodowodzącego jest zapewnienie sobie posłuszeństwa!

Murat popełnił  tak wielkie błędy, bo chciał nocować w pałacu; potrzebował  luksusu, kobiet, uczty Lukullusa. Zabrał na kampanię kucharza Roberta i kazał mu na biwaku nakrywać stół, jak gdyby mieszkał w pałacu Elysee. Gdy Rosjanie wzięli Roberta do niewoli, miał on na sobie jedwabne pończochy, wyszywany frak ochmistrza i szpadę u boku; myśleli, że jest jednym z dowodzących generałów. To wielka wada dowódcy, jeżeli nie potrafi poskromić swoich namiętności i słabostek; z tego powodu życie może stracić tysiące ludzi. Pod tym względem wszyscy dowódcy Napoleona zasłużyli na rozstrzelanie; nie było wśród nich żadnego, który by na to nie zasłużył; z powodu ich łapczywości i grabieży utracona została Hiszpania. Wykluczyć z tego grona należa Suchet; ten zachowywał się wzorowo.

Nawet wśród pokrytych śniegiem i lodem pól Rosji Murat nie pozbył się swojej próżności, przywiązując wielką wagę do swego ubioru; żołnierze nazywali go król Franconi
 

Do pospiesznego powrotu do Paryża skłoniła dodatkowo Napoleona ważna wiadomość, którą  otrzymał w Wilnie; podczas pobytu Napoleona w Moskwie, w Paryżu miał miejsce słynny zamach Maleta. Była to karykatura późniejszego powrotu Napoleona z Elby. Więzień stanu ucieka z więzienia, aresztuje prefekta i nawet ministra policji. Ci, którzy z przyzwyczajenia wszędzie widzą spisek, dali się zakneblować jak cierpliwe owieczki! Prefekt Paryża (Nicolas Frochot, 1761-1828, po powrocie Napoleona do Paryża usunięty ze stanowiska - przyp.tłum.), zazwyczaj bardzo gorliwy i oddany cesarzowi, podporządkował się bez oporu zarządzeniom nowego ministra. Zamachowcy mianowali nowych ministrów, którzy w dobrej wierze natychmiast założyli ministerialne fraki, udając się w nich na wizyty, podczas gdy ludzie, którzy ich mianowali, już znowu siedzieli w więzieniu! Mieszkańcy stolicy następnego poranka dowiedzieli się o nocnej maskaradzie, nie doznając z jej powodów najmniejszych niedogodności.

Taki zamach nie mógł  mieć w żadnych okolicznościach trwałego powodzenia. Nawet gdyby udał się, już po kilku godzinach musiał samoistnie załamać się. Zamachowcy zmuszeni byliby jeszcze w czasie jego trwania do ukrycia się. Cesarza w całej tej historii poruszył nie sam przestępczy akt, lecz łatwość, z jaką jego najwierniejsi zwolennicy i współpracownicy stali się współwinnymi. Gdy cesarz powrócił do Paryża, z całą niewinnością opowiedziano mu z całą szczegółowością przebieg wydarzeń. Ich uczestnicy z naiwnością przyznali się, jak łatwo dali się złapać na lep i zdawali się oczekiwać, że cesarz wspólnie z nimi cieszyć się będzie ze szczęśliwego zakończenia. Ani jeden nie opowiadał o stawieniu najmniejszego oporu. Odnosiło się wrażenie, że nikt o nim nawet nie myślał; wszyscy przyzwyczajeni byli do rewolucji i przemian; dlatego każdy był gotowy na zmiany i skłonny do dopasowania się do nowych okoliczności. Dlatego miny wszystkich wydłużyły się, gdy cesarz surowym tonem powiedział:

"- To wspaniale, moi Panowie! Myślicie, historia jest zakończona i wszystko jest znowu dobrze! Mówicie, że wierzyliście, że poległem. Nie mam nic przeciwko takiemu stwierdzeniu; mogliście w to wierzyć. Ale co z królem Rzymu, moim synem? Co z Waszymi przysięgami, nie tylko mnie, lecz również jemu złożonymi? Zaczynam obawiać się o przyszłość." 
 

Napoleon postanowił  ukarać kogoś dla przykładu, żeby jego ludzie przynajmniej w przyszłości mieli się przed nim na baczności. Los padł  na biednego Frochot, prefekta Paryża, który bez wątpienia był bardzo oddany cesarzowi. Ale na proste wezwanie jednego z tych błaznów gorliwie kazał przygotować dla nowego rządu salę posiedzeń, zamiast, jak wymagało jego stanowisko, stawić opór i w ostateczności umrzeć na swoim posterunku! 
 

Cesarz chciał armię pozostawić w Wilnie, by mogła tam odpocząć i zreorganizować się. Mała ilość wiosek na zachód od tego miasta i straszliwe zimno aż do 26 stopni poniżej zera, skłoniły króla Neapolu do szukania kwater po tej stronie Niemna. Linia Niemna zajęta była przez marszałka Macdonalda. Dywizje Heudeleta i Loisona stały pomiędzy Niemnem i Królewcem, gdzie znajdowała się kwatera główna armii i gwardii cesarskiej.

17 dywizji, tworzących I., II., III., IV. i IX. korpus stały pod dowództwem wicekróla Eugeniusza, marszałków Davout, Mortier, Ney i Victora w Elblągu, Malborku, Toruniu oraz bogatych i urodzajnych okolicach tych miast. Korpus księcia Schwarzenberga miał za zadanie osłanianie Warszawy, podczas gdy Bawarczycy zbierali się pod Płockiem, a Wirtemberczycy koło Poznania. Gdańsk, Elbląg, Królewiec, Toruń i Modlin posiadały w pełni wyposażone depots. Sam Gdańsk mógł dostarczyć poszczególnym korpusom 300 dział polowych.

Istniała zatem możliwość, dzięki tym zapasom, wyrównania strat liczącej, mimo wszystkich ciosów, których doznała, jeszcze 200 000 ludzi Wielkiej Armii i mogła być ona, jak życzył sobie cesarz, jeszcze potężniejsza niż poprzednio. W tym celu zebrał już 40 batalionów nad Odrą, gdzie zajęły one kwatery zimowe. Dołączyć miały do nich pułki generała Grenier, które maszerowały z Włoch i dotarły już do Bawarii. Wszystkie te bataliony tworzyli doświadczeni weterani. 84 bataliony, tworzone przez liczących 22-28 lat żołnierzy, już od roku stały pod bronią i koncentrowały się pod Hamburgiem, by utworzyć Korpus Obserwacyjny Łaby. Kolejnych 40 batalionów, które zgromadziły się pod Weroną, mogły dotrzeć nad Odrę w marcu. Z 70-80 batalionów, które stacjonowały w Erfurcie, Wesel i Moguncji tworzono nad Renem 1. i 2. Korpus Obserwacyjny.

Cesarz mógł zatem, nie osłabiając liczącej 260 000 ludzi armii w Hiszpanii i, niezależnie od Wielkiej Armii, liczyć na kolejnych 200 batalionów, tworzonych przez Francuzów i w przeważającej części złożonych z doświadczonych oddziałów, które w marcu mogły stanąć nad Odrą i Łabą gotowe do walki.

Mając do dyspozycji takie siły, dochód narodowy w wysokości 1,1 miliarda franków i wiernych sojuszników cesarz mógł zrezygnować z obciążenia swojego narodu nowymi podatkami i nowym poborem.

Ta korzystna sytuacja zmieniła się błyskawicznie po zdradzie generała Yorcka, który ze swoim pruskim korpusem przeszedł na stronę wroga. Prusy złożyły wprawdzie cesarzowi uspokajające zapewnienia wierności, ale nie zmieniało to faktu, że armia pruska opowiedziała się po stronie nieprzyjaciela. Bezpośrednimi skutkami tego wydarzenia była konieczność wycofania się króla Neapolu za Wisłę i przeniesienie działań na teren Niemiec i otwarcie bram zdradzie i anarchii.

Dlatego cesarz został  zmuszony do powołania w szeregi 100 000 francuskiej rezerwy oraz przeprowadzenia w lutym nadzwyczajnego poboru obejmującego poborowych 1814 roku.

Napoleon mógł  zebrać maksymalnie 600 000 żołnierzy. Ludność jego cesarstwa liczyła 40 milionów, dwa razy więcej niż za czasów Ludwika XIV, którego armia liczyła łącznie z marynarką 500 000 ludzi. Nie należy sądzić, że powołani zostali wszyscy poborowi, tylko część ich trafiła do szeregów. Był to podstęp, mający na celu zmylenie nieprzyjaciela co do liczebności armii.

Z tego samego powodu Napoleon w Egipcie polecił wszystkim swoim dowódcom, by wielkości wszystkich dostaw umundurowania, broni etc. były w rozkazach dziennych o 1/3 zawyżane. Tak samo postępowano w czasie kampanii włoskich lat 1796 i 1797.

Żaden pobór nie był przeprowadzany przez cesarza bez odpowiedniego dekretu, przedkładanego najpierw Senatowi, następnie przesyłanego do sprawdzenia przez specjalną komisję i w oparciu o jej raport, dyskutowanego. Głosowanie nad nim był tajne i następowało za pomocą białych i czarnych kul. Przyjęcie dekretu było więc dowodem, że senatorzy przekonani byli o konieczności nowego poboru, a cały naród dzielił to przekonanie, bo jak długo Anglia odmawiała uznania praw i swobody Francji na morzu, odmawiała oddania jej kolonii i kontynuowała wojnę, tak długo naród gotów był do każdej ofiary. 
 

Łatwo można by udowodnić, że ze wszystkich europejskich mocarstw Francja straciła najmniej. Hiszpania, na którą spadło tyle katastrof, w stosunku do liczby ludności poniosła większe straty niż Francja. Należy pamiętać, ile ludzi straciła Aragonia w samej tylko Saragossie; liczebność armii austriackich, rozbitych w 1800 roku pod Marengo i Hohenlinden, w 1805 roku pod Ulm i Austerlitz, pod Eckmühl, Wagram i Aspern w 1809 roku była w rażącym stopniu niewspółmierna do liczby ludności. W kampaniach tych, za wyjątkiem kampanii 1800 roku, u boku armii francuskiej walczyły kontyngenty bawarskie, wirtemberskie, saskie, polskie i włoskie, stanowiąc nie mniej niż połowę sił; drugą połowę maszerujących pod cesarskimi orłami stanowili w jednej trzeciej Holendrzy, Belgowie, mieszkańcy departamentów nadreńskich, Piemontu, Genui, Toskanii i Rzymu. Prusy straciły zaraz na początku kampanii 1806 roku całą swoją armię, 250-300 000 ludzi; w liczbie tej jest oczywiście spora ilość wziętych do niewoli.

Straty francuskie w Rosji były znaczne, ale jednak nie tak wielkie, jak powszechnie przyjęte. Wisłę przekroczyło 400 000 ludzi; tylko 160 000 z nich pomaszerowało przez Smoleńsk na Moskwę; 240 000 ludzi pozostało jako odwody nad Wisłą, Wołgą i Dźwiną, a mianowicie: korpus księcia Tarentu (Macdonald), księcia Reggio (Oudinot), księcia Belluno (Victor), hrabiego Saint-Cyra, hrabiego Reyniera, księcia Schwarzenberga, dywizja Loisona w Wilnie, dywizja Dąbrowskiego pod Borysowem, dywizja generała Durutte pod Warszawą. Połowę owych 400 000 stanowili Austriacy, Prusacy, Sasi, Polacy, Bawarczycy, Wirtemberczycy, Badeńczycy, Hesi, mieszkańcy księstwa Bergu, Westfalczycy i Meklemburczycy, Hiszpanie, Włosi i Neapolitańczycy. Właściwa armia cesarska złożona była w jednej trzeciej z Holendrów, Belgów, mieszkańców Nadrenii, Piemontu, Genui, Szwajcarów, Rzymian, mieszkańców 32.okręgu wojskowego: Bremy, Hamburga itd. Zaledwie 140 000 ludzi używało języka francuskiego Kampania rosyjska kosztowała rdzenną Francję życie 50 000 obywateli.

Armia rosyjska straciła w różnych bitwach stoczonych podczas jej odwrotu z Wilna w kierunku Moskwy 4 razy więcej ludzi niż armia francuska. Wskutek pożaru Moskwy życie straciło 100 000 Rosjan, którzy w okolicznych lasach zmarli z głodu i zimna. W czasie marszu od Moskwy aż nad Odrę armia rosyjska poniosła w wyniku niesprzyjających warunków klimatycznych identyczne straty jak francuska. W momencie wkroczenia do Wilna liczyła ona 50 000 ludzi, w Kaliszu mniej niż 18 000; można zatem powiedzieć, że straty Rosji w tej kampanii była 6-krotnie wyższe niż Francji.

Straty Anglii w Indiach, Holandii, Buenos Aires, na San Domingo, Egipcie i Ameryce wykraczają  poza granice wyobraźni. Zawsze wierzono, że Anglia oszczędza swoich żołnierzy; w rzeczywistości było wręcz przeciwnie, wykorzystywano ich do granic wytrzymałości w czasie ryzykownych ekspedycji, bezsensownych ataków i w niezdrowym klimacie kolonii.

Reasumując można powiedzieć,  że Francja straciła w przeciągu 15 lat mniej żołnierzy niż  pozostałe mocarstwa Europy; to tłumaczy, dlaczego liczba jej ludności po 1800 roku tak znacznie powiększyła się. Tylko głupota i nienawiść próbuje wmówić Europie, że Francja w 1814 roku nie miała już ani ludzi ani koni, że jej rolnictwo i finanse były zrujnowane, ludność żyła w skrajnej nędzy, a na polach widzieć można było jedynie starców, kobiety i dzieci. Francja była wówczas najbogatszym krajem świata, dysponowała większą ilością pieniędzy niż cała Europa razem wzięta!  
 

KONIEC TOMU ÓSMEGO