Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Saragossa 1808-1809

Opublikowano w Bibliteka wojny w Hiszpanii

WIĘCEJ NIŻ WSTĘP...
(FRAGMENT)




Typowy wstęp do opisu oblężeń Saragossy w roku 1808 i 1809 mógłby rozpoczynać się takim na przykład zdaniem:
"Saragossa - Siempre Heroica. Ta nazwa-symbol nieobca jest nikomu, kto ma chociażby nikłe nawet pojęcie o historii powszechnej. Zawiera w sobie opowieść o jednej z pierwszych w dziejach Europy wojnie totalnej, kiedy starły się ze sobą nie nacje, walczące o swoje interesy, a ludność i wojsko jednej z prowincji hiszpańskich z ideologią noszącą wprawdzie na sztandarach hasła postępu, lecz kojarzoną z zaborem wartości podstawowej, jaką jest niepodległość".

Jednak tak zacząć nie mogę. Bo nie chcę ani być niewolnikiem legendy napoleońskiej, ani nie dostrzegać w ofiarnej obronie stolicy Aragonii obłędnego pęknięcia, spowodowanego, jak mi się wydaje, wykorzystaniem patriotyzmu zwykłych ludzi do celów politycznych, które niekoniecznie im miały służyć. Ta nieuczciwość, żeby nie powiedzieć podłość niestety zbyt często przebija przez karty historii, która opowiadana z różnych punktów widzenia, tworzy obraz dziejów "obiektywny" dla tych, którzy ją opowiadają, choć za każdym razem inny, gdy spojrzeć z punktu widzenia "drugiej strony". A potem, po okresie panowania tych "prawd historycznych", okazuje się, że ulegaliśmy manipulacji i wypaczeniom.
Obiegowy osąd wydarzeń pod Saragossą w latach 1808 i 1809 jest następujący. Armia napoleońska wysłana za Pireneje przez swojego władcę Napoleona I, owładniętego nieposkromioną chęcią podboju Europy, w brutalny sposób starała się narzucić obce panowanie Hiszpanom. Król i arystokracja skompromitowały się, przyjmując postawę kapitulancką, a jedynie garstka patriotów poparta spontanicznym ludowym powstaniem, na czele z duchowieństwem, postanowiła stawić bezpardonowy opór. Obie walczące strony zaczęły stosować skrajną przemoc. Hiszpanie napadali małe oddziały francuskie, dążąc do unicestwienia jak największej liczby najeźdźców. Żołnierze, którzy wpadli w ręce powstańców, zwykle byli mordowani przy pomocy najstraszniejszych metod. Francuzi odpowiadali odwetem - pacyfikacją wsi i miasteczek i publicznymi egzekucjami. Kraj wyniszczony był przez rabunki i rekwizycje. W końcu udawało się narzucić okupacyjne prawo, ale na peryferiach szalała guerilla - "mała wojna", a rozrzucone po całej Hiszpanii garnizony traciły swoich ludzi w nieustannych utarczkach. Sytuację komplikowała obecność na Półwyspie Iberyjskim armii brytyjskiej, która jako sojusznik Hiszpanów przejęła główny ciężar walki z Francuzami, ale dla mieszkańców bywała równie uciążliwa jak okupanci. Na tym tle Saragossa była symbolem bezwzględnego nieposłuszeństwa najeźdźcom i przykładem patriotyzmu i bohaterstwa. Dwukrotnie oblegana, przeciwstawiała się niezwyciężonej dotąd armii napoleońskiej, co głównie było zasługą jej mieszkańców dzielnie wspierających wojsko zebrane przez José Palafoxa. Wśród tych wydarzeń tragiczną rolę do odegrania mieli polscy sojusznicy Napoleona. Biorący udział w obu oblężeniach żołnierze Legii Nadwiślańskiej - piechota i kawaleria - sami będąc niewolnikami pozbawionymi ojczyzny, narzucali jarzmo niewoli obcemu narodowi. Wychowani na szczytnym haśle legionów Dąbrowskiego: "Ludzie wolni są braćmi", oddani na żołd francuski, pełnili rolę najemników. Walczyli dzielnie i honorowo, ale w złej sprawie...
Można by dalej ciągnąć ten wywód, chłostać się oskarżeniami lub usprawiedliwiać i nie osiągnąć niczego, brnąc w jałową dyskusję. Najlepiej też problem jakoś spłycić, wycofać się, nie dyskutować. Taka jest nasza historia. Tam, gdzie nie możemy lub nie chcemy jasno powiedzieć, że byliśmy dobrzy lub źli, wycofujemy się na "z góry upatrzone pozycje". Tak omijamy też problem Saragossy. A jeżeli już chcemy mówić o udziale Polaków w wojnie hiszpańskiej, to najlepiej wspomnieć Somosierrę - tu mamy swoją bohaterską legendę, której nie musimy się wstydzić i z której jesteśmy dumni! Saragossę lepiej przemilczeć. Dowodem niech będzie proste zestawienie dwóch fragmentów z dwóch przekrojowych opracowań historycznych:
1. "Przejście przez "rdzeń pacierzowy" Hiszpanii, tj. góry Guadarrama wąwozem Samosierra (sic!), otwierającym drogę na Madryt, zdobył dla armii Napoleona 30 listopada 1808 r., świetną szarżą polski szwadron lekkiej kawalerii gwardii (szwoleżerów). Heroizm nadludzki (L. Madelin), bohaterski atak (Ballesteros y Beretta), okupiony blisko połową zabitych lub ciężko rannych, doprowadził do zdobycia w ciągu 8 minut 2,5 km trudnego i górzystego terenu, bronionego przez 16 dział" .
"Pozostali w Hiszpanii marszałkowie, zwykle niezgodni ze sobą, również nie mogli jej ujarzmić, natrafiając prawie wszędzie na fanatyczny , nie liczący się z ofiarami opór (np. ośmiomiesięczne oblężenie Saragossy, podczas którego zginęło ok. 40 000 ludzi)" .
2. "30 listopada 1808 r. brawurowa szarża polskich szwoleżerów dowodzonych przez Jana Kozietulskiego przełamała pozycje hiszpańskie w wąwozie Samosierry [sic!] w Górach Guadarrama i otworzyła drogę do Madrytu" .
"Postępy francuskich wojsk hamowała zacięta, wielomiesięczna obrona Saragossy (w jej oblężeniu brały udział pułki nadwiślańskie) i Gerony, bez opanowania których Francuzi nie mogli ustanowić swej kontroli nad Aragonią i Katalonią" .
W efekcie do dziś nie mamy w naszej historiografii ani pełnego opisu oblężeń Saragossy, ani rzetelnego omówienia udziału w nim Polaków. Paradoksalnie ostatnie poważne dzieło na ten temat w języku polskim powstało w... 1819 roku. 195 lat temu! Wyszło spod pióra uczestnika wydarzeń, Józefa Mrozińskiego, wtedy kapitana, dowódcy kompanii fizylierów 1. pułku Legii Nadwiślańskiej, a później generała i uczonego, autora pierwszego polskiego podręcznika gramatyki. Dzieło niezwykłe w swojej rzetelności i dokładności, polemiczne w stosunku do dwóch bezwzględnie pierwszych opracowań tematu, hiszpańskiego Manuela Cavallero i francuskiego Josepha Rogniata, ale trochę to jednak za mało.
Dlaczego tak trudno pisać o Saragossie? Dlaczego trudniej jeszcze pisać o Saragossie Polakowi? Aby odpowiedzieć na te pytania, muszę posłużyć się prowokacyjną analogią. To jest tak, jakby historyk niemiecki miał pisać o udziale Niemców w walce przeciwko powstaniu warszawskiemu 1944 roku. Kiedy wie, że walka ta była niesprawiedliwa i barbarzyńska, ale jednak czuje potrzebę docenienia męstwa żołnierzy niemieckich, walczących ofiarnie za tę niesłuszną sprawę. Już słyszę, jak na moją głowę sypią się gromy, bo szarganie u nas tzw. świętości nigdy nie było, nie jest i nie będzie tolerowane, a utarte schematy i poglądy, uświęcone różnymi autorytetami, mogą być powtarzane do końca świata w nieskończoność. Uproszczenie, schemat, stereotyp bardzo nam odpowiadają, bo po co burzyć to, co jest uładzone i odpowiada naszemu pojęciu prawdy. Znalezienie zaś prawdy o oblężeniu i obronie Saragossy należy niestety do trudnych zadań, podobnie jak znalezienie prawdy o powstaniu warszawskim. Problem ten może wyjaśnić jeszcze jedna analogia.
Kiedy pisałem swoje opracowanie historii oblężeń Saragossy, rozwijały się tragiczne wydarzenia na Ukrainie i sfilmowane sceny z Mariupola przypomniały naocznie, czym jest wojna. Zobaczyliśmy przemoc i śmierć, brutalne traktowanie jeńców i dramat ludności cywilnej... Dlatego nie wiem, czy pisząc o Saragossie, mam prawo pisać z podziwem dla wojsk napoleońskich, tej wielonarodowej armii, która była pewna, że walcząc o Saragossę ma rację, i że pokonanie upartego przeciwnika tej racji służy. Ale niestety nie wiem też, czy druga strona jest godna podziwu, z niejasnymi politycznie i moralnie motywami swojego "nieposłuszeństwa". Reporterka obecna w Mariupolu, po rozmowie z podzielonymi przez wojnę ludźmi, stwierdziła: "Jak w każdej wojnie, każda ze stron ma swoją prawdę". To zdanie dedykuję odbiorcom mojej pracy i proszę, by sami rozgraniczyli sobie te prawdy, gdyż ja tego zrobić nie potrafię.
Moją świadomość epoki napoleońskiej ukształtowały czasy, w których żyło moje pokolenie oraz osobiste zainteresowanie i pasja. Pasja ta rodziła się stopniowo z pierwszych "napoleońskich" lektur: Kozietulskiego i innych Mariana Brandysa i Popiołów Stefana Żeromskiego - w tej właśnie kolejności. Gatunek i materia tych książek są oczywiście różne, ale łączy je jedno: podejrzliwe podejście do utrwalonych schematów odczytywania wydarzeń epoki.
W przypadku reportażu historycznego Mariana Brandysa polemiczne spojrzenie na czasy napoleońskie wynikało z niechęci do rozwijanej w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia teorii "bohaterszczyzny", której personalną egzemplifikacją miała być postawa dowódcy szwadronu szwoleżerów atakującego pozycje Somosierry Jana Leona Hipolita Kozietulskiego. Tę postawę od nazwiska bohatera ataku określano jako "kozietulszczyznę", czyli brawurową fanfaronadę sprzeczną z racjami narodowymi i kondotierstwo, co miało być swoistą socjalistyczną odmianą krytyki legendy Napoleona i jego czasów, a także upowszechnieniem jej czarnej wersji. Brandys uporał się z krzywdzącym Kozietulskiego mitem i w oparciu o nieznane dotąd archiwalia nakreślił prawdziwy portret człowieka uwikłanego w wielkie wydarzenia historyczne.
Podobnie Stefan Żeromski, na początku XX stulecia, występował w Popiołach przeciwko pesymistycznej interpretacji polskiej historii, upowszechnianej przez tzw. krakowską szkołę historyczną. Z jej teoriami rozprawiali się wtedy młodzi historycy ze szkoły Tadeusza Korzona z najwybitniejszym spośród nich, Szymonem Askenazym. Pojawienie się nowego spojrzenia na dzieje porozbiorowe i zwłaszcza czasy napoleońskie wzmacniały okazje rocznicowe 100-lecia kolejnych wydarzeń z czasów, kiedy Polacy masowo włączali się w napoleońską epopeję. Na tle niemalże masowo pisanych wtedy powieści historycznych o czasach Napoleona Popioły były dziełem wyjątkowym i niezwykłym. Nie wdając się w szczegóły, wystarczy stwierdzić, że ich autorowi udało się pogodzić oba bieguny interpretacji losów Polaków na przełomie XVIII i XIX wieku: pesymistyczny i optymistyczny. Z dziejów tych wydobył wszystko, co mogło rodzić czarną legendę Napoleona - nędzę legionów, ich zagładę na San Domingo, potworności wojny hiszpańskiej i zdobywanie Saragossy, ale wynikające stąd zwątpienia potrafił rozjaśnić wizją rodzenia się nowej nadziei i aktywności po klęskach rozbiorów oraz wiarę, że "Polacy mogą się wybić na niepodległość".
Z perspektywy obecnej książki o Saragossie oczywiście ważniejsze są dla mnie Popioły. Dopiero po ich lekturze szukałem dokładniejszych informacji o wojnie w Hiszpanii i poznałem wszystkie źródła, z których korzystał Żeromski. Szczególnie niezwykły był dla mnie opis szturmu do miasta podczas pierwszego oblężenia 4 sierpnia 1808 roku. Brawurowa nonszalancja Krzysztofa Cedry, "ułana z wciętą talią", zaplątanego pośród nacierających piechurów Legii Nadwiślańskiej, jego rycerska postawa wobec młodej Hiszpanki i zdawałoby się sentymentalny, sprzeczny z realiami powrót "na miejsce zbrodni", zwieńczony gestem obrzucenia śpiącej "doncelli" różami, mimo wszystko tchną jakąś wyjątkową prawdą o tamtych pełnych sprzeczności wydarzeniach znad Ebro. Przyjęta przez Żeromskiego interpretacja dziejów wywołała atak krytyków, którzy przede wszystkim zarzucali pisarzowi "rozwydrzoną wyobraźnię", zaś zaczęta przez nich dyskusja na temat sensu udziału Polaków w wojnach napoleońskich odżyła później po ekranizacji powieści przez Andrzeja Wajdę. Wtedy też powróciła dyskusja o "bohaterszczyźnie". Tak naprawdę nie wymyślili jej "towarzysze" z PRL-u, zaczęła się bowiem dużo wcześniej. Może nawet w czasach romantyzmu, może jako pierwszy dyskutował z nią Słowacki w "Kordianie", choć jeszcze zjawiska tak nie nazywał. Potem wskazałbym Tadeusza Boya-Żeleńskiego, który swoje wątpliwości wyraził bonmotem: "Wszędzie, gdzie go nie było potrzeba, wszędzie się polski ułan pchał". Dość że w tym krytycznym duchu wypowiedział się Wajda w ekranizacji "Popiołów" i tak był też zrozumiany. Przez jednych chwalony, przez innych potępiany. Dla mnie jego propozycja filmowa jest nieprawdziwa, sztuczna jak "żywe obrazy" z wyraźnie dorobioną tezą. Niestety była to propozycja sugestywna i opiniotwórcza. Do dziś wielu ocenia epokę Napoleona przez pryzmat Popiołów, oczywiście Wajdy, nie Żeromskiego. Czyli krytycznie i niestety stereotypowo. Szkoda, bo mimo wszystko oddalamy się od prawdy! Wracam do Saragossy, bo mam się zmierzyć z tym arcytrudnym tematem i zanim do tego przystąpię, muszę (chcę) wyrazić tu wszystkie nękające mnie wątpliwości.
Kiedy armia napoleońska podeszła pod Saragossę, miała nadzieję, że sama sława zdobywców Europy, którzy pokonali już dwóch cesarzy i jednego króla, otworzy jej bramy miasta. W swoim marszu nie napotkali żadnych poważnych sił, które mogłyby im stanąć na drodze, a Saragossa nie była twierdzą. Trudno więc tylko lekkomyślnością generała Lefebvre-Desnouettesa, dowodzącego zresztą niewielkimi siłami, tłumaczyć próbę zdobycia miasta z marszu, gdyż realnie wydawało się to możliwe. Tymczasem próba ta została powstrzymana głównie przez ludność cywilną, a wśród walczących były też kobiety i młodzi chłopcy, żeby nie powiedzieć dzieci. Łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo musiało to zaskoczyć atakujących. Przecież walka z cywilami nie była w tych czasach czymś powszechnym i naturalnym, a bitwy rozstrzygały się zwykle pomiędzy regularnymi armiami. Zresztą nigdy później coś podobnego nie powtórzyło się już na terenie Hiszpanii. Trudno zatem zrozumieć, dlaczego mieszkańcy Saragossy zdecydowali się zapłacić tak wielką cenę, walcząc nie tylko w obronie swojego miasta, ale i w obronie zdegenerowanej władzy Burbonów hiszpańskich. Mimo wszystko trudno mi uwierzyć w nagłe obudzenie się narodowej świadomości Aragończyków. Było to raczej wyzwolenie jakichś zabobonnych uczuć wrogości do obcych i lęku tkwiącego w poczuciu zagrożenia wartości religijnych. W podsycaniu tych uczuć nie lekceważyłbym roli duchowieństwa, które faktycznie mogło czuć się najbardziej zagrożone gwałtownymi zmianami, bo armia francuska ciągle jeszcze kojarzyła się z rewolucją.
Trzeba też podkreślić, że dwa oblężenia Saragossy poważnie różniły się od siebie. W pierwszym przeważały siły ochotnicze i spontaniczny udział mieszkańców. W drugim mieszkańcy pełnili już rolę drugorzędną i wzywani byli tylko w momentach krytycznych, by wesprzeć wojsko, co mogło mieć również znaczenie taktyczne, gdyż udział w walce cywilów, a zwłaszcza kobiet działał na regularne wojsko francuskie deprymująco. Poza tym udział cywili nie był już tak niezbędny, pamiętajmy bowiem, że w drugim oblężeniu w murach Saragossy zgromadzono pokaźne siły ponad 30 tys. wojska. Zresztą w tym fakcie też tkwi tajemnica. Wydaje się, że tak wielka armia mogłaby z powodzeniem walczyć w polu, podczas gdy zamykanie jej w obleganym mieście wygląda na szaleństwo.
W końcu bezpardonowa walka w murach Saragossy przybierała formę barbarzyństwa, a liczba ofiar wśród ludności cywilnej budzi przerażenie. Niewątpliwie mamy tu do czynienia ze straszną zbrodnią. Kto ponosi winę za tę zbrodnię? Nie mam odwagi tego dociekać. [...]

Przypisy:

1. M. Żywczyński, Historia powszechna 1789-1870, Warszawa 1975, s. 148-149.
2. Ibidem, s. 149.
3. T. Miłkowski, T. Machcewicz, Historia Hiszpanii, Wrocław 1998, s. 236.
4. Ibidem, s. 236.