Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Polacy w Hiszpanii - Mogiła Somosierry

Opublikowano w Polacy w Hiszpanii

Artykuł niniejszy jest suplementem do książki p. t. "Somosierra", napisanej wspólnie przeze mnie z Rafałem Małowieckim. Świadomie rezygnuję w nim z przypisów, gdyż problem pochówku poległych w tej bitwie szwoleżerów trudno udokumentować i większość wniosków pośrednio jest wysnuta z dostępnej literatury, co niestety o niczym nie przesądza. Jednakże problem wydaje się na tyle ważny, by podjąć próbę jego omówienia. Postanowiłem też uczcić w ten sposób 205 rocznicę wydarzeń z 30 listopada 1808 roku. Chcę również w tym miejscu podziękować naszemu forumowemu koledze, "dessaixowi', którego niespotykana zdolność poszukiwawcza źródeł ikonograficznych i historycznych znacznie przyczyniła się do opracowania tematu.

Bitwa skończyła się około godziny 13-tej. To znaczy wtedy, gdy przez przesmyk przeszło ostatnie natarcie 3 szwadronu i drogą zaczęły się posuwać kolejne oddziały. Najpierw 96 pułk piechoty a potem kawaleria i sztab z Napoleonem na czele. Ich śladem pospieszyli chirurdzy pod kierunkiem Lareya, by natychmiast udzielić pomocy rannym. Przed posuwającymi się drogą oddziałami roztaczał się typowy krajobraz po bitwie. Aczkolwiek ograniczona przestrzeń i stosunkowo nieduża liczba atakujących powodowały, że skutek walki nie był tak bardzo przerażający jak podczas wielkich bitew, to jednak idący żołnierze widzieli drogę zasłaną "zabitymi szwoleżerami i końmi, oraz rannymi leżącymi a wołającymi: <> tudzież armatami hiszpańskimi, to przewróconymi, to zostawionymi przez pierzchających (...)". Najbardziej przemarsz utrudniała duża liczba zabitych i rannych koni. Można uznać, że żaden z wierzchowców uczestniczących w natarciu nie wyszedł z walki bez szwanku. Wiele z nich prawdopodobnie trzeba było dobić i usunąć na pobocze, spychając w dół z nasypu drogi. Prawdopodobnie wrażenie chaosu potęgowały też wywrócone działa pierwszej baterii, które najbardziej utrudniały przemarsz, gdyż ustawiono je na zakręcie drogi wzdłuż jej bocznej krawędzi. Najwięcej zabitych szwoleżerów leżało na odcinku pomiędzy pozycją wyjściową ataku a pierwszą baterią, w miejscu, gdzie załamał się atak pierwszego plutonu pod dowództwem p.por. Rudowskiego. Dalej poległych było już mniej, ale za to więcej rannych, zarówno ludzi jak i koni. W takim kłębowisku ludzi i zwierząt znaleziono na przykład ciężko rannego kapitana Dziewanowskiego. Wielu ciężko rannych zniesiono do ostatniej baterii i tam oczekiwali na pomoc. Poległych Hiszpanów było raczej niewielu, jeżeli zaś to głównie kanonierów, którzy nie zdążyli pierzchnąć na bok w stronę stromego stoku Cerro de Barancal, gdyż z ich prawej strony atakowała piechota francuska. Tutaj też, na półwzgórzu La Cebollery spoczywały ciała poległych piechurów wyborczej kompanii woltyżerskiej 9 pułku piechoty lekkiej. W samym miasteczku leżało od kilku do kilkunastu ciał zabitych, po części żołnierzy, po części cywilów, a wśród tych ostatnich, w pobliżu kościoła, zwłoki proboszcza Somosierry i Robregordo Don Vincente Burrel de Viu.
Opracowania hiszpańskie obliczają ogólną liczbę poległych Polaków i Francuzów na około 50 ludzi. Warto przypomnieć, że w rzeczywistości poległych bezpośrednio w ataku Polaków było... tylko 13 (3 oficerów i 10 podoficerów i szwoleżerów), a ponieważ natarcie 3. szwadronu praktycznie przyjęło na siebie cały impet obrony, trudno przypuszczać, by ilość zabitych Francuzów była większa. W konsekwencji można przyjąć, że obliczenia hiszpańskie są przesadzone nawet wliczając w nie poległych obrońców przełęczy.
Kiedy Napoleon dotarł wieczorem do Buitrago, gdzie zakończył się pościg za rozbitym korpusem San Juana, wydał rozkaz uzbrojenia płaskowyżu na przedpolu Somosierry fosą i podwójną palisadą oraz sześcioma ze zdobytych dział. Pozycji miał bronić garnizon złożony z 200 do 300 piechurów. Póki co przełęcz została obsadzona przez piechotę z dywizji Ruffina, prawdopodobnie w sile jednej kompanii któregoś z pułków atakujących pozycję 30 listopada (najprawdopodobniej z 9 pułku piechoty lekkiej) pod dowództwem por. Laurenta. Następnego dnia oddział ten został wzmocniony przez 2 batalion 54 pułku piechoty liniowej. Sformowany w ten sposób garnizon zabezpieczał tyły napoleońskiej armii oraz strzegł przeprawy kolejnych oddziałów. Niepewna sytuacja, przynajmniej do czasu zdobycia Madrytu, czyli co najmniej do 3 grudnia, odsuwała na plan dalszy porządkowanie sytuacji na przełęczy, w tym również pogrzebanie poległych. Tak, że "drugiego dnia po bitwie", kiedy dotarł tam adiutant Dezydery Chłapowski, "jeszcze kilkanaście trupów naszych chevaulegerów leżało na śniegu, bo góry Somo-Sierra już śnieg pokrywał". Ponieważ zaś opady śniegu były bardzo obfite, można przypuszczać, że w następnych dniach przykrył on ciała poległych na tyle, że uniemożliwił na dni kilka dokonanie pochówku. Na pewno polegli byli jeszcze nie pochowani w wigilię Bożego Narodzenia, gdy na miejsce przybył Stanisław Girardin i zauważył, że "leżało tam wiele trupów, których nie myślano pochować". Powodem był zapewne śnieg, sięgający "do pół golenia", co dzień później, 25 grudnia, potwierdził polski oficer z 4 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, porucznik Wincenty Hołownia. Zdziwienie może budzić fakt, że w czasie oczekiwania poległych na pogrzeb, Paryż przygotowywał się do uroczystego Te Deum w Katedrze Notre Dame ku czci zwycięstwa pod Espinosą, Burgos, Tudelą i Somosierrą oraz wkroczenia wojsk do Madrytu.



Gorzkie memento - elity świętują, bohaterowie czekają na pogrzeb.

Możliwe, że ciała poległych zostały zebrane z traktu i przetransportowane bliżej przełęczy, na przykład w okolice czwartej baterii w pobliżu stojącej po prawej stronie drogi kaplicy, ale równie dobrze mogły w dalszym ciągu leżeć na poboczu drogi, tam gdzie złożono je zaraz po bitwie, by armia mogła swobodnie przejść do Somosierry i nie rozdeptać ich. Wspomnienia z epoki pełne są opisów porzuconych na drogach zwłok poległych, rozjeżdżanych kołami armat i wozów. Maszerująca armia często pozostawiała za sobą swoisty szlak śmierci, składając na miejscową ludność obowiązek pochowania zabitych, co czyniono albo dobrowolnie, albo pod przymusem. W przypadku Somosierry ukształtowało się przekonanie, że Napoleon doceniając bitewne osiągnięcie Polaków życzył sobie, by w sposób szczególny obejść się z poległymi i zapewnić im pogrzeb z honorami. Wspominał o tym oficer 9 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego, Stanisław Broekere: "Cesarz oddając im cześć, na znak położonych zasług, rozkazał z wielka uroczystością wojenną pochować ich zwłoki w pełnych mundurach po dwóch w jednej trumnie." Nie jest to wykluczone tym bardziej, że od 5 grudnia garnizon Somosierry tworzyli głównie Polacy i oni tez dostali zadanie ufortyfikowania zdobytej pozycji przez wzniesienie fortu, który odtąd będzie nazywany "fortem Polaków".
Przechodząca przez Somosierrę dywizja Księstwa Warszawskiego w sile trzech pułków (4. 7. i 9.) pozostawiła na przełęczy I batalion 4 p.p. pod komendą szefa batalionu Cypriana Zdzitowieckiego oraz kompanię saperów (190 ludzi), dowodzoną przez kapitana Augustyna Schweitzera. Pod nadzorem tych dwóch oficerów dokonano prawdopodobnie pochowania poległych 30 listopada zarówno Polaków jak i Francuzów, i Hiszpanów.
Ceremoniał pogrzebowy ustalały odpowiednie regulaminy. Ponieważ zaś nie przewidywały one żadnych honorów dla zwykłych żołnierzy, można uznać, że osobno pochowano oficerów, podoficerów i szeregowych, choć ze względu na okoliczności i fakt, że pogrzeb dotyczył gwardii, mogło być inaczej. Dla ścisłości warto jednak ustalić ewentualny podział poległych ze względu na stopień wojskowy. Tak więc pod Somosierrą na miejscu poległ jeden porucznik i dwóch podporuczników oraz jeden brygadier i dziewięciu szwoleżerów. Dla poruczników i podporuczników regulamin wojskowy przewidywał asystę i honory oddane przez półoddział, czyli kompanię. Oni też mogli zostać pochowani w innym miejscu niż pozostali. Traktuję to jako hipotezę, którą trzeba uwzględnić w momencie ustalania ewentualnych punktów, gdzie mogą znajdować się groby poległych.
Niestety w czasach napoleońskich z reguły nie przywiązywano nadmiernej wagi do uroczystych pochówków po bitwie. Na ogół armia szła dalej, a grzebaniem poległych zajmowała się miejscowa ludność, często przymuszona do tego przez administrację wojskową. Zabitych chowano najczęściej tam gdzie padli, a w przypadku większej ich ilości tworzono kilka lub kilkanaście masowych grobów. Ciała układano równo jedno obok drugiego, zachowując minimum szacunku dla poległych żołnierzy. Najczęściej jednak byli oni odarci z mundurów i pozbawieni butów, nadzy lub tylko w koszuli. Warstwa ziemi nad nimi miała około 40 cm nie licząc kopca mogilnego na wierzchu. Przy dużej ilości poległych i w porze letniej, ze względów epidemiologicznych i uciążliwość upałów, praca przy pogrzebach trwała również w nocy i odbywała się przy świetle latarń.



"Honneur funebres" na polu bitwy.
Widoczne mogiły, udekorowane sztandarami, rozsiane są po całym polu bitwy, tam gdzie leżeli polegli. Orientacyjna głębokość grobów nie przekracza 1 metra.


Podczas wojny z Rosją w 1812 roku wykształcił się zwyczaj zabezpieczania przed dzikimi zwierzętami ciał w płytkich grobach przez przykrywanie ich pancerzami kirysów i połamaną bronią. Zwykle jednak stosowano to tylko w odniesieniu do dowódców wyższego szczebla. Skrajnie niesprzyjające okoliczności odwrotu spod Moskwy spowodowały również powszechne zaniechanie jakiegokolwiek obyczaju funeralnego, gdy Wielka Armia pozostawiała za sobą ciała poległych oraz zmarłych z mrozu i wycieńczenia żołnierzy, grzebanych potem przez Rosjan w masowych grobach bez zachowania jakiegokolwiek szacunku dla pokonanego wroga. Z pewnością jednak w roku 1808, na początku wojny hiszpańskiej, przestrzegano jeszcze tej humanitarnej zasady, by ciała poległych towarzyszy broni pochować z należnym im szacunkiem. W pamiętnikach polskich uczestników tej wojny odnajdujemy informacje świadczące o wyjątkowej atencji, z jaką żołnierze podchodzili do zapewnienia godziwego pochówku swoim kolegom, bez względu na stopień wojskowy.
Wincenty Płaczkowski, szwoleżer 2. szwadronu, wspominał na przykład o pochowaniu dwóch szeregowych szwoleżerów zamordowanych w Mirandzie de Ebro "wewnątrz kościoła przed wielkim ołtarzem". O okolicznościach śmierci i pogrzebu dwóch innych szwoleżerów, Karwowskiego i Suryna, poległych w Alkala de Henares, czytamy w kilku źródłach. Pisze o nich mianowicie major Dautancourt w swoim dzienniku, Jan Chłopicki w "Pamiętnikach" i Józef Załuski we "Wspomnieniach o pułku jazdy...". Wszyscy pamiętają usypaną "przyjacielskimi dłońmi mogiłę" (Chłopicki), ozdobioną "według możności" (Załuski). Co ciekawsze, "oddział szaserów Gwardii z eskorty marszałka (Bessieresa) domagał się, aby oddać im honory wojskowe" (Dautancourt).
Henryk Brandt natomiast opowiedział historię kapitana Balla z 2. pułku Legii Nadwiślańskiej, który osobiście po jednym ze szturmów Saragossy poszukiwał ciała poległego sierżanta Tomaszewskiego, aby urządzić mu pogrzeb, a "gałązka wawrzynu, którą złożył na jego mogile i wzruszająca przemowa, jaką miał do swoich grenadierów po spuszczeniu ciała do grobu, dawały najlepsze świadectwo tak o kapitanie, jak i o poległym sierżancie".
W kontekście tych paru przykładów łatwo można wyobrazić sobie, że polskie oddziały wkraczające do Somosierry, słysząc o sławie swoich rodaków, chciały w szczególny sposób uhonorować ich ofiarę i urządzić im godny pogrzeb. Niestety nikt ze świadków tego zdarzenia nie pozostawił informacji o jego przebiegu i lokalizacji mogił. Pewne zdziwienie budzi również fakt, że sami szwoleżerowie nie wracali nigdy do tej sprawy i nie przekazali w swoich późniejszych wspomnieniach żadnej refleksji na temat grobów poległych kolegów, mimo parokrotnego przemierzenia szlaku przez Somosierrę. W konsekwencji historycy, piszący o bitwie, skazani byli w tym względzie wyłącznie na domysły.
Pytanie o miejsce pochówku poległych szwoleżerów po raz pierwszy padło chyba w 1965 roku, w artykule Adama Penconka "Oto jest Somosierra", opublikowanym w tygodniku "Stolica". Impulsem do podjęcia tematu była ekranizacja "Popiołów" Żeromskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy. Autor artykułu zamieścił fotografię kapliczki, która, jak pisze, "według miejscowej tradycji była jednym z punktów obrony" i wiadomo, że przed nią zlokalizowana była czwarta bateria armat hiszpańskich. Podobno na małym cmentarzyku z boku kapliczki pochowany został w późniejszym czasie oficer hiszpański, uczestnik bitwy, który po wojnie z Napoleonem osiedlił się w Somosierze i tutaj umarł. Czytamy też, że "według żywej wśród okolicznych mieszkańców tradycji, szwoleżerowie (...) zostali pochowani gdzieś w pobliżu wąwozu, lecz miejsca nie zna nikt".



Zdjęcie z 1965 roku autorstwa J. Bigosińskiego ilustruje, jak może zmieniać się otoczenie obiektów historycznych w okresie 50 lat.

 



Tak wygląda dzisiaj fronton kaplicy Nuestra Seniora de Soledad.

Później nad problemem zastanawiał się Robert Bielecki. W okresie pisania swojej monografii bitwy odwiedził związane z nią historyczne miejsca, w tym oczywiście wspomnianą wcześniej kaplicę Ermita Nuestra Senora de Soledad. Wbrew temu, co pisał Penconek stwierdził, że szwoleżerowie zostali pochowani na małym cmentarzyku przylegającym do kaplicy, ale ich groby zostały jakoby zrównane z ziemią przez Hiszpanów już w roku 1809. Wydaje się to niemożliwe, gdyż w tym czasie w Somosierze przez cały czas stał francuski garnizon. Opisane przez Bieleckiego zniszczenie polskich mogił mogło się jednak zdarzyć po powrocie na tron Ferdynanda VII i ostatecznie, mimo wszystko, taką hipotezę można uznać za słuszną.
Lokalizację mogiły poległych koło kaplicy w pewnym stopniu zaakceptował Andrzej Nieuważny, pisząc: "zabitych Polaków pochowano na szczycie, być może na cmentarzyku bliskim pustelni, którego ślady z czasem się zatarły". Istotną informacją jest tutaj przypomnienie, że w czasach napoleońskich obecna kaplica była tylko leżącym na uboczu, w oddaleniu od pierwszych zabudowań Somosierry, budynkiem pustelni. Nie miała więc charakteru ani reprezentacyjnego, ani sakralnego i choć nazywana była kaplicą podczas bitwy nie kojarzono jej z taką funkcją. Kiedy bowiem Andrzej Niegolewski w korespondencji z Józefem Załuskim próbował przypomnieć sobie topografię pozycji hiszpańskiej na czwartej baterii, pisał: "o kaplicy nie wzmiankuję, gdyż jej nie uważałem, (...) ujrzałem budynki i przy nich zebraną piechotę hiszpańską, lecz czy te budynki były kaplicą, nie wiem (...)". To strategiczne miejsce pojawiło się też w rozkazie Napoleona, wydanym w Buitrago wieczorem po bitwie, by ufortyfikować zdobytą pozycję, a w "kościele (kaplicy) założyć magazyn sucharów, ryżu i innych niezbędnych rzeczy". Potwierdza to tezę, że opuszczona pustelnia-kaplica nie była miejscem godnym pochówku bohaterów, co będzie też miało znaczenie w formułowaniu moich wniosków na temat możliwej lokalizacji grobu szwoleżerów pod Somosierrą.
Moje wątpliwości potwierdza zdanie Janusza Zawodnego, historyka, weterana AK i emigranta ze Stanów Zjednoczonych, który w roku 1999 prowadził własne badania terenowe na polu bitwy, ale nie udało mu się odnaleźć miejsca pochowania szwoleżerów. Jego poszukiwania wspierał proboszcz parafii w Somosierze, ksiądz Jose Medina Pintado, niewątpliwy przyjaciel Polaków i animator pamięci o wydarzeniach z 1808 roku. Wspólne poszukiwania polskiego weterana i hiszpańskiego księdza doprowadziły do wniosku, że "wbrew wielu opiniom, szwoleżerowie nie są pochowani na cmentarzyku koło kościółka, na szczycie przełęczy."
W lokalnej tradycji hiszpańskiej funkcjonuje przekonanie o pochowaniu poległych pod Somosierrą w zbiorowej mogile, na północno-wschodni wzniesieniu przełęczy, na wysokości pomiędzy 1454 a 1460 m n.p.m. Miejsce, określane jako "Los Fosos", opisuje się je jako trapez o powierzchni 3000 m2. W dawnych czasach było tam pastwisko, współcześnie zaś teren został rozparcelowany i podzielony niskimi murkami i szeregami drzew. W 1998 roku po raz pierwszy został poddany badaniom planimetrycznym przy pomocy zdjęć lotniczych. Jedyne odkryte wtedy miejsca wykazujące ślady interwencji człowieka w strukturę gleby okazały się porzuconymi przed laty małymi sadami. Również badania stratygraficzne, przeprowadzone w następnym roku w wielu punktach terenu na głębokości 30 - 70 cm, nie przyniosły rezultatu. Podobnym niepowodzeniem zakończyły się archeologiczne poszukiwania powierzchniowe. Dopiero użycie wykrywacza metalu zakończyło się umiarkowanym sukcesem. Na terenie "Los Fosos" znaleziono 12 obiektów metalowych z różnych okresów historycznych, ale tylko dwa z nich mnożna było powiązać z okresem wojny wyzwoleńczej przeciw Napoleonowi. Był to guzik miedziany, prawdopodobnie pochodzenia angielskiego, z dekoracją roślinną i napisem na rewersie: "TREBLE-STANDARD COLOUR" oraz niewielkich rozmiarów obiekt żelazny niewiadomego przeznaczenia, być może krzesiwo zamka skałkowego lub przyrząd do ostrzenia skałki. Jak na miejsce domniemanej zbiorowej mogiły, wydaje się to bardzo mało. Dodatkowo przeszukano jeszcze teren na północ od interesującego nas miejsca, ale nie znaleziono żadnego obiektu, który można by łączyć z czasami napoleońskimi.
Jesienią 2001 roku badania podjęto na nowo, tym razem przy pomocy metody magnetycznej. Przebadano wtedy powierzchnię 800 m2 i w dwóch miejscach stwierdzono istotne zmiany w strukturze gruntu. W efekcie zaplanowano kontynuację badania całego terenu tą metodą oraz podjęcie na nowo prac archeologicznych. Plany te, jak dotąd, z nieznanych mi przyczyn nie zostały zrealizowane.
Biorąc pod uwagę wartość lokalnej tradycji, która przechowała w pamięci mieszkańców Somosierry nazwę "Los Fosos" w odniesieniu do grobów z okresu napoleońskiego oraz nakład środków na badanie tego miejsca, trudno lekceważyć jego znaczenie w badaniu problemu pochówku szwoleżerów poległych podczas zdobywania przełęczy. Wątpliwości musi budzić jednak niewielka liczba odnalezionych w tym miejscu reliktów przeszłości. Może więc warto zastanowić się nad poprawnością rozumowania zwolenników tezy o lokalizacji zbiorowej mogiły w tym właśnie miejscu.
Hiszpanie lokalizują jego początek w północno-wschodnim skraju wsi za budynkiem stacji paliw, ale wydaje się, ze w 1808 roku ostatnie zabudowania znajdowały się w okolicy kościoła, czyli 200 m bliżej. Z drugiej strony można sobie wyobrazić sytuację, kiedy podczas budowy fortu wykorzystano jakieś istniejące już zagłębienie terenu lub rów i w nim pochowano poległych. Wówczas z kolei należałoby szukać co najmniej 200 m dalej od stacji paliw. Takie rozwiązanie wydaje się bardzo prawdopodobne ze względu na niesprzyjającą pogodę, utrudniającą kopanie, a poza tym było często stosowane jako ułatwienie, zresztą nie tyko podczas wojen napoleońskich. Jedyna wątpliwość, jaka się nasuwa w tym momencie, związana jest z odczuciem, że podobna lokalizacja grobu nie byłaby dość reprezentatywna, jak na pochówek bohaterów, którym chciano oddać szczególną cześć. Może więc pochowano tam tylko część poległych, na przykład Francuzów? Miejsce to byłoby też dogodne do pogrzebania poległych koni, których była spora liczba, bo około 20 do 30.
Drugim hipotetycznym miejscem pochowania poległych były okolice pustelni-kaplicy za czwarta baterią, a właściwie jej częścią, bo druga usytuowana była na wzniesieniu po drugiej stronie drogi, mniej więcej tam, gdzie zbudowano potem "polski fort". Wiemy jednak, że tę lokalizacje zakwestionował zarówno Adam Penconek, jak i Janusz Zawodny oraz ksiądz Jose Pintado, najlepiej zresztą zorientowany w sprawie. Taka możliwość jednak istnieje i można znaleźć argumenty dla jej uzasadnienia. Najważniejszym z nich są rysunki wykonane w 1828 roku przez podróżującego prawdopodobnie do Madrytu Johna Todd'a. Na jednym z nich widoczna jest kaplica od frontu, czyli od strony wsi w kierunku północno-zachodnim. Drugi rysunek przedstawia bok kaplicy w kierunku południowo-zachodnim, czyli od strony, gdzie obecnie znajduje się ogrodzony mały cmentarzyk. W pewnym oddaleniu, jakby większym niż obecny mur cmentarny, usytuowane na niewielkim pagórku stoją trzy krzyże. Trudno oprzeć się wrażeniu, że tak mogło być oznaczone miejsce pochowania poległych w bitwie.



Nie wiem, kim był John Todd, podróżującą w 1829 roku do Madrytu, ale to co zobaczył na przełęczy Somosierry niewiele różniło się od tego, co widzieli polscy szwoleżerowie w 1808 roku.

 



"Mogiła" z trzema krzyżami usytuowana dokładnie w "przekopie" skarpy, która dzisiaj jest znacznie wyższa. Gdyby tam byli pochowani szwoleżerowie, to trzeba ich szukać na głębokości ok. 5 metrów.

Niewątpliwie wykonany z natury rysunek wskazuje na znaczne różnice ukształtowania terenu z tej strony kaplicy, w porównaniu ze stanem obecnym. Mianowicie rozciągający się za murem cmentarza wał ziemny nie wydaje. się tak wysoki jak dzisiaj. Być może, przeprowadzone na dużą skalę prace ziemne, związane z budową przebiegającej w pobliżu autostrady i tunelu, skutkowały przemieszczeniem wybranej przy budowie ziemi tak, by utworzony z niej nasyp tworzył naturalny ekran ochronny, zabezpieczający przed hałasem. Gdyby tak było, to oznaczone na rysunku krzyżami domniemane miejsce pochówku poległych pod Somosierrą znajdowałoby się dokładnie pod tym nasypem. Wcześniej jednak wyraziłem wątpliwość, czy miejsce to w roku 1808 w ogóle mogło być uznane za odpowiednie dla lokalizacji tam grobu Polaków. Wydaje się, że nie. Zwłaszcza, że Napoleon planował urządzić w kaplicy magazyn żywności, a nawet pierwotnie chyba myślał by zlokalizować tam obronny fort, zbudowany potem po przeciwnej stronie drogi. Takich wątpliwości może być więcej, ponieważ jednak lokalizacja mogiły w tym miejscu pojawiła się również w opracowaniu Bieleckiego, można uznać ją za uzasadnioną. Poza tym istnieje jeszcze jedna możliwość uznania takiej właśnie lokalizacji za uzasadnioną.
Jeżeli uznać za prawdziwy pogląd, że kaplica została przekształcona w umocniony punkt obrony z wybitymi w ścianach otworami strzelniczymi a tak zwana czwarta bateria hiszpańska była opatrzona szańcem długości około 40 metrów, to rów powstały po usypaniu szańca doskonale nadawał się na grób. Wystarczyło tylko ułożyć w nim ciała i zasypać wybrana z niego wcześniej ziemią. Wtedy oczywiście domniemana mogiła znajdowałaby się przed tylną ścianą kaplicy od północnego zachodu. Jak widać, zarówno położenie kaplicy poza wsią, jak i ewentualne ułatwienia, wynikające z wcześniejszego oszańcowania tego punktu, przemawiają za uznaniem go za potencjalne miejsce pogrzebania poległych w bitwie. Mimo wszystko jednak trudno mi sobie wyobrazić, by polskie oddziały stacjonujące na przełęczy, przeznaczone do pochowania rodaków, uznały to miejsce za odpowiednie, choć z pewnością było ono lepsze, niż odludny północno-wschodni kraniec wsi. Również dzisiaj okolica nie przedstawia się imponująco. Jeżeli jest tam mogiła Polaków, to może się ona, przynajmniej w części znajdować pod budynkiem magazynu przy tylnej ścianie kaplicy lub pod asfaltową nawierzchnią drogi.



Mniej reprezentacyjne zaplecze kaplicy Nuestra Seniora de Soledad.

 



Miejsce, gdzie mogła stać tzw. czwarta bateria armat hiszpańskich. Od bitwy upłynęło 205 lat, a pod asfaltem może być mogiła szwoleżerów.

Mimo post rewolucyjnego charakteru armii napoleońskiej wiemy, że polscy żołnierze zachowali ogólny szacunek dla wiary chrześcijańskiej i kościelnych obrządków. Należałoby się więc spodziewać, że na miejsce ostatniego spoczynku swoich kolegów, zwłaszcza oficerów, poszukiwać będą miejsca bardziej odpowiedniego, niż sąsiedztwo zrujnowanej kaplicy na pustkowiu. Takim miejscem wydaje się być jedynie sąsiedztwo kościoła. Jak już mówiłem, w 1808 roku zabudowania kościelne stanowiły północno wschodni kraniec wsi, możliwe też ze względów chociażby melioracyjnych otaczały je jakieś rowy lub zagłębienia terenu. Co więcej na planie Somosierry można wskazać miejsce odpowiadające moim wyobrażeniom jako idealne do godnego pogrzebania poległych z honorami "po dwóch w jednej trumnie". Jest to niewielki skwerek położony przed kościołem patrząc z kierunku północnego i przylegający bezpośrednio do głównej jezdni Calle de la Iglesia. Praktycznie miejsce to, umiejscowione w dole poniżej budynku kościoła, można uznać za południowy skraj terenu zwanego "Los Fosos".



Widoczna na planie autostrada A-1 i tunel biegnący w bliskim sąsiedztwie kaplicy Nuestra Seniora de Soledad poważnie zmieniły ukształtowanie terenu na przełęczy Somosierry.

 



Czy tu są pochowani szwoleżerowie?

 



Gdyby żołnierze 4 p.p. Księstwa Warszawskiego chcieli godnie pochować oficerów pułku szwoleżerów gwardii Napoleona, to tylko tu!

Niestety przedstawione hipotetyczne lokalizacje "mogiły Somosierry" ciągle niczego nie wyjaśniają na pewno, choć bardzo możliwe, iż wcale się wzajemnie nie wykluczają. Można bowiem dopuszczać ewentualność, jaką zasugerował Andrzej Nieuważny, pisząc: "polskich grobów mogło być kilkanaście". Osobno mogli być pochowani oficerowie i osobno szeregowi. Może też osobno pochowano Francuzów i osobno Hiszpanów. Teoretycznie możliwe jest również pochowanie zabitych w różnych punktach zdobytego przesmyku, blisko miejsca, gdzie polegli.
Z przedstawionej przeze mnie analizy stanu wiedzy na temat lokalizacji zbiorowej mogiły lub mogił uczestników bitwy pod Somosierrą oraz własnych hipotez wynika jeden smutny wniosek: jak dotąd, tylko Hiszpanie wykazują zainteresowanie problemem. U nas nie powstało żadne rzetelne opracowanie ani nie znalazł się nikt, kto chciałby poświęcić czas i pieniądze na badania lub chociażby popularyzację tematu. Dlatego swoje opracowanie kończę postulatem zorganizowania polskiej wyprawy archeologicznej lub przynajmniej wspartego medialnie rekonesansu naukowo - publicystycznego. Oczekuję w tej kwestii dyskusji i ewentualnych deklaracji wsparcia proponowanego przedsięwzięcia.

Jan Laske – "Zenobi"