Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Harry Smith, AUTOBIOGRAFIA

Opublikowano w Źródła do wojny w Hiszpanii

(wybór)1

Rozdział 2: Z sir Johnem Moore'em. Bitwa pod Coruną 1808-9

Henry George Wakelyn Smith, używający imienia "Harry", urodził się 28 czerwca 1787 r. w Whittlesey (wg niektórych opracowań w 1788 r.) w rodzinie chirurga. Wstąpił do armii w 1805 r. i jako podporucznik (second lieutenant) znalazł się w batalionie 95-ego pułku strzelców. W 1806 r. wyruszył na wojnę do Ameryki Południowej i w 1807 r. walczył pod Monte Video i Buenos Aires gdzie trafił do niewoli, z której zwolniła go niefortunna dla Brytyjczyków konwencja zawarta przez gen. Whitelocka. W 1808 r. walczył w Hiszpanii pod dowództwem Moore'a. Powrócił na półwysep w 1809 r. by walczyć do 1814 r. Wziął udział m. in. w bitwie pod Fuentes de Oňoro oraz oblężeniach Ciudad Rodrigo i Badajoz. Walczył pod Salamancą, Vitorią, Orthez i Tuluzą. Wojnę półwyspową zakończył w randze kapitana. W Badajoz spotkał i ocalił swą przyszłą żonę Juanę Marię de los Dolores de Léon. Ich związek to jeden z najsłynniejszych romansów epoki. Po zakończeniu wojny półwyspowej wyruszył walczyć w Ameryce Północnej. Wziął udział w bitwie pod Bladensburgiem i zdobyciu Waszyngtonu. Po krótkim pobycie w Anglii wrócił by walczyć pod Nowym Orleanem. Następnie wziął udział w kampanii 1815 r. pod dowództwem Wellingtona. Po okresie wojen napoleońskich walczył w Afryce Południowej i Indiach. Uzyskał stopień generała i tytuł baroneta (za zwycięstwo w bitwie pod Aliwal w wojnie z Sikhami). W 1847 r. został gubernatorem w Afryce Południowej (Cape Colony). Harrego Smitha i jego żonę uhonorowano w Afryce Południowej nadając trzem miastom nazwy: Aliwal North, Harrismith i Ladysmith. Zmarł w dniu 12 października 1860 r. Na temat H. Smitha czyt.: J. H. Lehmann, Remember you are an Englishman: A Biography of Sir Harry Smith, 1787 - 1860, Londyn 1977, A. L. Harington, Sir Harry Smith, Blundering Hero, Cape Town 1980 oraz biogramy w słownikach m. in. D. C. Chandler, Dictionary of the Napoleonic Wars, Londyn 1979 oraz Ph. J. Haythornthwaite, Who was who in the Napoleonic Wars, Londyn 1998. Dla miłośników literatury pięknej powieść historyczna: G. Heyer, The Spanish Bride, Londyn 1940 (przyp. tłum.).

***



Pozostałem na tej szczęśliwej ziemi ojców mych 2 przez dwa miesiące, kiedy to otrzymałem rozkaz dołączenia do pułku stacjonującego wówczas w Colchester. Chociaż było tam wielu młodszych oficerów wyższych rangą ode mnie, to ja, dla moich starań za granicą jako adiutanta, zdobyłem sobie dowództwo kompanii. To była decyzja mojego życzliwego i drogiego przyjaciela pułkownika Beckwith'a, którego będę mieć okazję często wymieniać w tych wspomnieniach, nigdy bez uczuć przywiązania i wdzięczności. Kompania znajdowała się w opłakanym stanie kiedy ją otrzymałem, a jak mi powiedział pułkownik Beckwith, była to przyczyna, dla której mi ją oddał. Otrzymałem wtedy patent oficerski dla mojego brata Toma, który dostał nominację przed kilkoma innymi kandydatami.

Latem3 1808 roku 10.000 ludzi pod dowództwem sir J. Moore'a otrzymało rozkaz wyruszenia do Szwecji. Trzy kompanie z brygady strzelców4 pod komendą majora Gilmoura miały stanowić część ekspedycji. Dzięki wielkim staraniom zostałem mianowany adiutantem tego oddziału. Pomaszerowaliśmy do Harwich aby się zaokrętować. Kiedy flota się zebrała, staliśmy kilka dni na kotwicy na redzie przy Yarmouth. Z silnym wiatrem flota przybyła do Geteborga (7 maja). Port w tym miejscu był najpiękniejszy. Armia nigdy nie wylądowała, ale żołnierze ćwiczyli opuszczanie okrętu i okrętowanie się z użyciem płaskodennych łodzi. Rywalizowałem z trzema pułkami: 95-ym, 43-im i 52-im, bijąc je o cztery cale po przeskoczeniu 19 stóp i 4 cali.

W tym okresie Napoleon ogłosił swoją niesprawiedliwą inwazję Hiszpanii i armia sir Johna Moore'a dostała rozkaz pożeglowania i połączenia się z siłami zbierającymi się na wybrzeżu Portugalii w celu wyrzucenia armii Junota z Lizbony. Przy zbliżaniu się do ujścia Mondego spotkaliśmy fregatę, która poinformowała nas, że armia sir Artura Wellesleya wylądowała w Mondego i że mamy żeglować do Peniche i tam wylądować.

Rozegrała się Bitwa pod Vimeiro (21 sierpnia 1808) i konwencja była w toku. Armia sir Johna Moore'a wylądowała dzień lub dwa po bitwie i zajęła przyczółki. Trzy kompanie, których adiutantem byłem dołączyły do pułkownika Beckwitha i dowództwa pułku, a mnie przydzielono do kompanii kapitana O'Hare'a (młodsi oficerowie Smith, W. Eeles, Eaton).

Po zaokrętowaniu francuskiej armii, dla pomocy Hiszpanom sformowano armię pod dowództwem sir Johna Moore'a, która ruszyła ku granicy do Alemtejo.

95-y pułk kwaterował w Villa Viciosa w wytwornym pałacu. Zająłem śliczny mały pokój z własną klatką schodową zwaną Hallem Sprawiedliwości. Zostałem wysłany przez Edwarda Pageta w celu zbadania fortu Xuramenha i przygotowania raportu o nim, a także brodów na Gwadianie i innych miejsc w pobliżu ważnej twierdzy Badajos.

Jesienią tego roku (1808) armia sir Johna Moore'a ruszyła do Salamanki. Jako że mówiłem po hiszpańsku, pułkownik Beckwith rozkazał mi codziennie jechać przed pułkiem i pomagać kwatermistrzowi w wyszukiwaniu kwater i prowiantu w różnych miastach, w trakcie czego spotykały mnie różne przygody.

Armia zebrała się w Salamance i nigdy Anglia nie zebrała korpusu tak zorganizowanego i świetnego wojska jak armia sir Johna Moore'a, której przeznaczeniem było okryć się i chwałą i niesławą, doświadczyć zwycięstwa i nieszczęścia. Całość tej kampanii jest zbyt zręcznie opisana przez Napiera abym ja się nad nią rozwodził.

Powiem tylko, że nigdy żadna jednostka nie wyróżniła się podczas tego całego odwrotu tak jak moi drodzy, starzy Strzelcy. Od ostrego ataku na naszą straż tylną pod Calcavellos (3 stycznia 1809), gdzie się szczególnie wyróżniłem, aż do bitwy pod Coruną, byliśmy codziennie zaangażowani w walkę z pełnym wigoru i prącym do przodu nieprzyjacielem, odbywając najbardziej długie marsze (37 mil jednego dnia).

Ogień strzelców zawsze chronił kolumnę niepokojoną przez nieprzyjaciela. Ale scen pijaństwa, buntu i nieporządku w części reszty armii, których świadkiem była nasza dywizja rezerwowa nie wypada opisywać. Doprawdy, czymś okropnym i rozdzierającym serce było widzieć armię, tak cudowną w Salamance, tak całkowicie zdezorganizowaną za wyjątkiem rezerwy pod dowództwem czcigodnego Pageta i brygady gwardii. Kawaleria została prawie spieszona, kłębił się tłum dezerterów i maruderów. Ale ci sami, jak żołnierze, pobili jeszcze Francuzów pod Coruną (16 stycznia). Armia zaokrętowała się następnego dnia.

Nigdy nie zapomnę eksplozji fortecy wysadzonej przez nas w powietrze - opisu tego nie można sobie wyobrazić. Oh, w jakim okropnym stanie byliśmy! Straciliśmy nasz bagaż w Calcavellos i przez trzy tygodnie nie mieliśmy żadnych ubrań poza tymi na grzbiecie. Byliśmy ledwo okryci i zjadało nas robactwo, a większość cierpiała na malarię i dyzenterię. Każdy był jak żywy, ciągle aktywny szkielet.

Po zaokrętowaniu się wielu zapadło w sen na swoich okrętach i nie budziło się przez trzy dni i noce, aż w czasie wichury dotarliśmy do Portsmouth (21 stycznia). Byłem tak wychudzony, że pułkownik Beckwith, którego serdeczność dorównywała grzmotowi jego głosu, spotkawszy mnie w gospodzie "George" ryknął: "Kim ty, u diabła, jesteś? Duchem? Pakuj swój plecak i to szybko, co tam, u diabła, masz, wsiadaj do powozu i ruszaj do domu ojca. Wkrótce będę potrzebować znów takich zuchów jak ty i zajmę się twoim urlopem."

Pojąłem w lot i nagi, niezdolny do ruchu i pokryty robactwem dotarłem do domu, gdzie najłaskawszy z ojców i najbardziej oddana z matek wkrótce przywrócili mnie do zdrowia.

PRZYPISY

1. Harry Smith rozpoczął pisać swoją autobiografię w Glasgow w 1824 r. Wkrótce pracę przerwał i kontynuował dopiero latem 1844 r. podczas pobytu w Indiach. Jej oryginalny tytuł brzmiał "Różne anegdoty i zdarzenia mego życia" (Various Anecdotes and Events of my Life). Po śmierci autora rękopis znajdował się w posiadaniu generała sir Edwarda A. Holdicha, przyjaciela i dawnego adiutanta. Rękopis do druku przygotował i wydał (w wydawnictwie John Murray w Londynie) w 2 voluminach w 1901 r. krewny sir Harry'ego - George Charles Moore Smith. Z uwagi na wynikające z pośpiechu wuja omyłki i niedokładności, zwłaszcza w zakresie nazw miejsc, dat i nazwisk oraz niedokonanie korekty autorskiej G.C. Moore Smith dokonał własnej znaczącej korekty, m.in. uzupełnił tekst o daty wydarzeń, które umieścił w nawiasach. Uprościł składnię. Sporządził także przypisy korygujące niektóre błędy autora. Edycję uzupełnił dodatkiem o ostatnim okresie życia autora. Wkrótce po pierwszym wydaniu ukazały się kolejne. W 1909 r. wydano odrębny wolumin obejmujący wyłącznie okres do 1819 r. W 1999 r. wydawnictwo Constable wznowiło tę skróconą edycję pod tytułem The Autobiography of Sir Harry Smith 1787 - 1819. A classic story of love and war, a wstęp napisał Ph. J. Haythornthwaite.

2. W listopadzie 1807 r. H. Smith powrócił do Anglii z wojny w Ameryce Południowej (przyp. tłum.).

3. Wiosną - G. C. Moore Smith.

4. Rifle Brigade (przyp. tłum.).

Rozdział 3: Z powrotem na półwyspie pod dowództwem sir Arthura Wellesley'a 1809

Po dwóch miesiącach dołączyłem do pułku w Hythe. Z Hythe pomaszerowaliśmy do Dover, gdzie wsiedliśmy na statki zmierzające do Lizbony (25-ego maja) aby dołączyć do armii księcia.1 Po wylądowaniu w Lizbonie, rozpoczęliśmy marsz do Talavery.

W czasie tego bardzo długiego marszu generał Crauford wydawał rozkazy marszowe dla swojej brygady obejmującej pułki 43-i, 52-i i 95-y, każdy w sile 1000 ludzi z górą. Egzekwował te rozkazy rygorystycznie (jak to wtedy wyglądało), ale tą drogą i tymi środkami wprowadził organizację i dyscyplinę dzięki, którym jednostka uzyskała późniejszą sławę jako "Lekka Dywizja".

Odbyliśmy kilka długich, dokuczliwych marszów w nadmiernym upale. Podczas ostatnich dwudziestu ośmiu godzin maszerowaliśmy z Oropesy do Talavery. Był to dystans czternastu mil hiszpańskich (56 mil). Nasi żołnierze nieśli swoje ciężkie plecaki, strzelcy osiemdziesiąt ładunków amunicji. Ale bitwa pod Talaverą już grzmiała w naszych uszach i wzbudziła w brygadzie zapał, który odrzucał wszelką myśl o zmęczeniu.

Dotarliśmy na pobojowisko w dzień po bitwie (29 lipca), witani jak półbogowie przez wszystkich walecznych herosów, którzy odnieśli takie zwycięstwo. Niezwłocznie wysunęliśmy forpoczty i niektórzy ze strzelców powstrzymali wroga w ciężkich utarczkach. Pole bitwy było dosłownie zasłane zabitymi i konającymi. Ciała zaczynały się rozkładać i odór był tak potworny, że podjęto próbę zebrania zwłok i ich spalenia. Wówczas jednak rozszedł się odór, który wielu dosłownie przyprawił o chorobę. Żołnierze nie byli zadowoleni ze sposobu w jaki potraktowania ciał ich martwych towarzyszy i dalszych prób zaniechano.

Po naszym pobycie w Talaverze (29 lipca - 3 sierpnia) podczas, którego niemal nas zagłodzono, armia rozpoczęła odwrót, przechodząc przez most w Arzobispo w najlepszym żołnierskim porządku, a nasza brygada stanowiła straż tylną.

Armia zatrzymała się w Deleytosa, a lekka brygada pozostała w takiej pozycji aby strzec mostu w Almaraz. Tam przez trzy tygodnie prawie umieraliśmy z głodu, a nasza pozycja zyskała nazwę "Doby Hill".2

Maszerowaliśmy każdego wieczoru i biwakowaliśmy tak aby zajmować przeprawę przez Tag, a o świcie wracaliśmy na nasze wzgórze. Miodu było mnóstwo, ale powodował dyzenterię. Mój prowiant - kompanii Leacha (Leach, Smith, Dayton, Bob Beckwith) - nie był tak strasznie nieświeży jak naszych sąsiadów. Mieliśmy trochę bilonu i, jako że umiałem mówić po hiszpańsku, wjeżdżałem w linie wojsk hiszpańskich gdzie mogłem zawsze kupić parę bochenków chleba po bardzo wygórowanej cenie.

Z tym i z kilkoma wynędzniałymi, zagłodzonymi kozami żyliśmy znośnie, jak na żołnierzy w ciężkich czasach. Armia wycofała się na leże - dowództwo do Badajoz, a nasza dywizja (do której dołączono brygadę sir Rufane'a Donkina, pułki 45, 87 i 88) do Campo Mayor (11 września), gdzie choroba i śmierć pojawiły się w okropnym rozmiarze.

W chwili dotarcia do granicy z Portugalią, w Castello de Vidi było mnóstwo wina i każdy napełnił swój bukłak. W okresie, w którym przebywaliśmy w Campo Mayor (11 września - 12 grudnia) czcigodny kapitan James Stewart i ja otrzymaliśmy kilka świetnych chartów. Ciągle wyruszaliśmy gonić zwierzynę i strzelać i nigdy nawet przed dzień nie chorowaliśmy, a wielu spośród naszych bardziej "osiadłych" towarzyszy ogarniało strapienie. Siedmiu kolejnych ludzi z kompani Leslie'a zmarło zimą tego roku.

W czasie pobytu w Campo Mayor ozdrowieńcy z mojej lekkiej brygady otrzymali rozkaz udania się do naszej starej fortecy zwanej Onguala, na samą granicę portugalską, naprzeciwko Abuchuchu na granicy hiszpańskiej. Było to czterdziestu lub pięćdziesięciu osłabionych ludzi. W brygadzie byłem pierwszy do służby i wysłano mnie jako dowódcę wraz z porucznikiem Rentallem z 52-ego pułku i moim bratem Tomem, który był chory. Znałem dobrze okolicę, jako że urządziliśmy tam kilka polowań z nagonką, ustrzelając czerwonego jelenia i dziki. Dlatego wkrótce, jak się zorganizowałem w roli dowódcy, wielu towarzyszy przybywało z Campo Mayor aby zjeść ze mną śniadanie i polować cały dzień. Któregoś razu, gdy przybyli Jack Moloy, Considine i kilku innych i wybyliśmy, wpadliśmy na obozowisko bandy rozbójników i przemytników. Nawoływaliśmy i wrzeszczeliśmy jakby armia była obok nas. Rozbójnicy wskoczyli na konie i zostawili w naszych rękach zbójeckie sakwy i inne rzeczy, ale spostrzegłszy ilu nas było i widząc, że nie wystrzeliliśmy (gdyż mieliśmy tylko kilka guzików strzelców zerwanych z mojej kurtki), sami, będąc nieźle uzbrojeni, prędko zmusili nas do odwrotu.

To wydarzenie, po tym jak moi przyjaciele wrócili do Campo Mayor, wprawiło mnie w takie zakłopotanie, że zasięgnąłem języka o tych szubrawcach i upewniłem się, że była ich dwudziestu pod dowództwem Katalończyka i sieli przerażenie w okolicy. Niezwłocznie posłałem po mojego sierżanta (żołnierza w każdym znaczeniu tego słowa) aby sprawdzić ilu ozdrowieńców zdolnych do marszu mógł wybrać.

Wrócił wkrótce. On, dziesięciu ludzi, ja, Rentall i mój chory brat Tom (który chciał iść) stanowiło moją armię. Dostałem przewodnika, ustaliłem, że było siedem kryjówek tych bandytów i wyruszyłem. Trafiliśmy na małą kapliczkę (jakich wiele stających samotnie znajduje się we wszystkich krajach rzymsko-katolickich), obok której stała wielka stajnia. Zbliżając się, usłyszeliśmy wystrzał, a następnie donośne i wulgarne krzyki, co dało nam do zrozumienia, że nasi poranni znajomi byli w zasięgu ręki. Tak więc Pat Nann i ja podczołgaliśmy się aby się rozejrzeć. Odkryliśmy, że wszyscy kompani znajdowali się w długiej stajni, brama ze sztachet była zamknięta, a zwyczajowy wartownik stał z bronią w rękach.

Krzątali się wokół, palili ogień, a jeden z nich o wyglądzie dandysa ciął ostrym sztyletem tytoń na cygaro Pat i ja wróciliśmy do oddziału i poczyniliśmy zarządzenia co do ataku, upewniając się uprzednio, że stajnia nie miała tylnich drzwi. Wtedy, po cichu, ustawiłem naszych ludzi w szeregu. Rentall sprzeciwiał się bardzo atakowi, na co mój brat zbeształ go niezgorzej, szepcząc obelgi, a nasi ludzie ruszyli na bramę.

Wartownik za raz nas zobaczył i wypalił, ale nikogo nie trafił. Brama była mocno osadzona i wytrzymała dwie próby forsowania. Bandyci byli tak zdziwieni, że nie spróbowali uciec konno, chociaż ich broń stała równo oparta o podpory dachu stajni. Wzięliśmy dwunastu bandytów wraz z dowódcą - przystojniakiem, konie etc. Jego sztylet wysłałem memu drogiemu ojcu. Następnego dnia posłałem jeńców do Campo Mayor. Sam zaś pogalopowałem przodem, przeszyty strachem, że generał Crauford mnie zbeszta.

Jednakże mój czyn uwolnienia sąsiedztwa od gniazda rozbójników spotkał się z wielkim uznaniem. A dowódca rozbójników i pięciu jego ludzi (będących Hiszpanami) zostali wysłani do Badajos i, wobec rozpoznania w nich starych przestępców, skazani na dożywotnie galery. Reszta otrzymała łagodniejsze kary.

Moi ludzie otrzymali nagrodę po czterdzieści dolarów hiszpańskich na głowę. Była to kwota, za którą sprzedałem konie. Sam za czterdzieści dolarów kupiłem świetnego konia dowódcy. Ludzie chcieli żebym go zatrzymał jako mój udział, ale się nie zgodziłem. Doktor Robb, nasz chirurg, dał sześćdziesiąt hiszpańskich dolarów za karą klacz. Tak zakończyła się Bitwa z Bandytami.

PRZYPISY

1. W tym okresie A. Wellesley nie był jeszcze księciem. Tytuł ten (duke) został mu nadany w dniu 3 maja 1814 r. - zob. R. Holmes, Wellington. The Iron Duke, Londyn 1996, str. 198 (przyp. tłum.).
2. Nazwa pochodzi od robienia przez żołnierzy ciasta na chleb z zbieranej w okolicy kukurydzy (przyp. tłum).

Rozdział 4: Kampania 1810 - Pierwszy niemiecki pułk huzarów

Zimą tego roku (12 grudnia 1809) ruszyliśmy ku północnej granicy Portugalii. Pomaszerowaliśmy w kierunku Almeidy i zostaliśmy rozkwaterowani w wioskach leżących za nią - Alameda, Villa de Lobos, Fequenas, niedaleko od Douro.

Tutaj też dobrze się strzelało i polowało, ale idylla nie była mi dana. Weszliśmy do Hiszpanii (19 marca 1810) i w Barba del Puerto przeprowadziliśmy wspaniały nocny atak, w którym bardzo wyróżnił się pułkownik Beckwith.

W Villa de Cierno generał Crauford dał mi oddział złożony z sierżanta i dwunastu huzarów (z 1-ego niemieckiego pułku) aby iść na prawo pomiędzy jednostki armii francuskiej, która ruszyła na Ciudad Rodrigo, a następnie wycofała się. Wiele razy, z powodu naszej śmiałości, moi huzarzy i ja o włos unikaliśmy nieszczęścia. Nigdy nie spędziliśmy dwóch nocy w tym samym miejscu. Pewnej nocy w Villa de Cierno dwóch stojących na czujce (Polaków na świetnych koniach) zdezerterowało do nieprzyjaciela. Stary sierżant, zacny żołnierz podszedł do mnie zdenerwowany.

"Oh mein Gott, wstać i wskoczyć na swojego konia; ona z pewnością zaraz tu będzie."

Byłem na wpół śpiący, z wodzami w ręku, i ryknąłem: "Kim u diabła jest ona?"

"Franzosen, mein Herr. Dwie s...s szelmy zdezerterowały." Tak więc wycofaliśmy się na tył wioski i siedząc na koniach przez resztę nocy, spodziewając się w każdej chwili, że słabość naszego oddziału spowoduje próbę odcięcia nas. O brzasku dojrzeliśmy pięćdziesięciu francuskich dragonów kierujących się ku przeciwnej stronie brodu. Natychmiast dorwałem padre i alcalde (księdza i sołtysa) i kazałem im zebrać stu mieszkańców wioski, każdy na ramieniu z długim drągiem, za pomocą którego kieruje wozem ciągniętym przez wołu i pługiem, i który oczywiście z daleka przypominałby bagnet.

Wieśniaków tych ustawiłem w dwóch grupach za dwoma wzgórzami, tak aby przez wroga mogły być zobaczone same "bagnety". Następnie wraz z moim sierżantem i dziesięcioma huzarami (dwóch uprzednio zdezerterowało) ruszyłem na spotkanie z wrogiem, wpierw jeżdżąc do tyłu i do przodu za wzgórzem aby oszukać go co do mojej siły.

Francuzi przerzucili przez rzekę około połowy swych sił. Natychmiast ruszyłem ku nim galopem w najśmielszy sposób i utarczką powstrzymałem ich ruch. Wróg dał się oszukać i szybko się cofnął, a ja, ku radości tych wszystkich biednych ludzi, ocaliłem wioskę od niemiłosiernego splądrowania.

W tamtym czasie generał Crauford trzymał oficerów na dwóch lub trzech najbardziej wysuniętych pikietach wyposażonych w latarnie. Mieli oni rozkaz obserwować wroga przez lunety, a w razie jakiegokolwiek ruchu raportować lub zapalić latarnię. Pełniłem taką służbę w raczej odległym miejscu, na najbardziej w lewo wysuniętej z naszych forpoczt. Była to pikieta I-ego niemieckiego pułku huzarów. Żołnierze ci byli tak wprawni i uważni, że dostrzegali gołym okiem patrol lub oddział wroga, który był ledwo dostrzegalny przez lunetę. Pod wieczór winien był przybyć mój służący z obiadem dla mnie (gdyż nam, oficerom na czujce, nie wolno było zabrać niczego oprócz konia i lunety), ale musiał zgubić drogę. Jako że mój apetyt wyostrzyło całodzienne czuwanie, począłem zerkać do tyłu, sprzecznie z zasadą należytej czujności na pikiecie.

Pyta: "Po co Mynheer tak duzo patzez do tyl?". Odparłem szybko: "Huzarze, was zmieniają co dwie godziny. Ja jestem tu od świtu, piekielnie głodny i wyglądam mojego służącego z obiadem." "Biedny mlodienz, ale nietz to". "Nic dla was" odpowiedziałem "ale dla mnie dużo".

"Zobaczysz, panie. Zsiądę z konia, a pan wsiądzie albo Francuz przyjdzie, gdy nie widzieć dobrze czujki." Znając zwyczajową przezorność tych Niemców, podejrzewałem co zamierzał. Zsiadł, a ja wszedłem na czujkę. Z wielką skwapliwością. Odpiął od siodła swój tornister i wyjął z niego kawałek boczku (podtrzymywałem małe ognisko z patyków i krzaków wokół), z zawiniątka nieco kawy i cukru, a z chlebaka trochę sucharów. Rozłożył na trawie czysty ręcznik wraz z nożem, widelcem i małym cynowym kubkiem. W manierce - naczyniu do gotowania miał wodę.

Zrobił mi kubek kawy, pokroił trochę boczku, przypiekł go w żarze i w dziesięć minut kawa, boczek i suchary były gotowe, wyglądając tak czysto jak w londyńskiej tawernie.

Potem mówi "Zsiadać". Sam wsiada, mówiąc "Można jeść. Fsyztko co bedzie kciec to schnaps." Rzuciłem się i nigdy żaden posiłek nie smakował mi w połowie jak ten; apetyt miałem doskonały. Pomysłowa, szybka i przezorna pomoc tego huzara dołączyła do wielu doświadczonych przeze mnie przykładów zachowania tego pułku, dzięki którym był on uznawany za to czym był rzeczywiście - za wzór do naśladowania.

Wkrótce potem przybył mój służący. Zawartość jego chlebaka przekazałem mojemu uprzejmemu przyjacielowi huzarowi wraz z połową butelki wina, na co stwierdził on: "Ach, to być tobre; schanps robić przyjemnie", a znów mój służący zaoferował mu swój tornister.
Nieźle się ubawiłem obserwując krótkie spojrzenia, które huzar rzucał na mnie i na mój posiłek. Żaden pies szczurołapa przy wlocie kanału nie patrzył czujniej na to co przed nim niż ten wartownik. W trakcie całej mojej służby nigdy się bardziej nie ubawiłem i nic nie mogło być bardziej bezinteresowne niż zachowanie tego huzara, którego nigdy nie zapomniałem.

Rozdział 5: Kampania 1810 - Bitwa nad Coa

Wkrótce po tym Francuzi otoczyli Ciudad Rodrigo i rozpoczęli regularne oblężenie. Lekka Dywizja (w skład której wchodziły trzy pułki: 43-i, 52-i i dwa bataliony strzelców, 1-y i 3-i pułk portugalskich caçadores, ten drugi pod dowództwem Eldera, wielce znamienitego oficera strzelców), 1-y pułk huzarów, 14-y pułk lekkich dragonów, 16-y pułk lekkich dragonów zajmowała Gallegos, Exejo etc. Nasza najdalej wysunięta forpoczta była w Marialva, na drodze do Ciudad Rodrigo. Podczas całego oblężenia mieliśmy niezliczone alarmy, a w Marialva kilka ostrych utarczek, ale dyspozycje Crauforda były tak zdatne, że nigdy nie straciliśmy nawet czujki.  
 

 

Francuzi mieli zwyczaj patrolować rejon po drugiej stronie Agueda kawalerią i piechotą w sile około 30 dragonów i 200 piechurów. Generał Crauford zdecydował przechwycić jeden z tych patroli (10 lipca) i wyruszył z kawalerią, 1-ym pułkiem huzarów, 14-ym i 16-ym pułkiem lekkich dragonów i Lekką Dywizją. Można teraz pytać czy było konieczne wyciągać taką siłę aby przechwycić taki mały oddział. Z pewnością tak. Wróg mógł bowiem przekroczyć Agueda dla wsparcia patroli. Przesunięto nas we wskazane miejsce, piechota została zatrzymana, część kawalerii ruszyła do przodu. O szarówce pojawiły się patrole wroga, dragoni nieco wysunięci przed piechotę. Patrol był prowadzony nieostrożnie (nie jak nasz 1-y pułk huzarów) i dragoni zostali schwytani w jednej chwili. Piechota cofnęła się na wzniesienie powyżej brodu i uformowała czworobok. Crauford rozkazał kawalerii ich zaatakować i wykonano kilka dobrych szarż, ale Francuzi stali nieporuszeni, a trupy koni przed nimi stały się obroną. Nasza kawaleria nie zrobiła najmniejszego wyłomu. Crauford nie ruszył żadnego z nas. Szarże kawalerii wstrzymano na kilka sekund - pola wokół porastała wysoka kukurydza. Elegancki dowódca zakomenderował: "Sauve qui peut"1. W jednej chwili wszyscy się rozproszyli i pobiegli przez stojącą kukurydzę ku brzegom rzeki, ratując się bez strat w ludziach. Oficer dostał awans po powrocie do swojego obozu. 
 

 

Nasze straty były bardzo poważne. Zginął biedny pułkownik Talbot dowodzący 14-ym pułkiem i wielu ludzi. Ja i Stewart, adiutant z brygady strzelców, poprosiliśmy o pozwolenie pójścia do przodu i wszystko widzieliśmy. W rzeczywistości, wszystko było w zasięgu wzroku całej dywizji. Gdyby ruszono choćby dwie nasze kompanie aby zagrozić brodowi, nieprzyjaciel złożyłby broń. Takie wojowanie jak tego poranka wpisało się do annałów tego, co na wojnie nie może mieć miejsca. 
 

 

Kiedy przebywaliśmy w wiosce o nazwie Valde Mula, w sąsiedztwie Fortu Poczęcie, to doskonałe małe dzieło zostało wysadzone w powietrze (21 lipca). Była to najbardziej akuratna fortyfikacja jaką kiedykolwiek widziałem (poza następnie widzianym Moro w Hawanie), a robota murarska była pięknie wykończona.  
 

 

Po upadku Ciudad Rodrigo, które wspaniale się broniło, nasza przednia linia cofnęła się do Dos Casas i przed Almeida mieliśmy świetną potyczkę z Francuzami, w której wielce wyróżnili się Krauchenberg z 1 pułku huzarów i McDonald z królewskiej artylerii. Trzeci pułk Caçadores był tego dnia w ogniu i dzielnie się sprawił. Po tym, nasze wysunięte forpoczty zostały cofnięte do poza Dos Casas aby osłaniać Almeida. Kiedy Massena gotował swoją armię do najazdu na Portugalię i oblężenia Almeida, mieliśmy codziennie alarm i częste utarczki. Generał Crauford także różnorodnymi fortelami stawiał całą francuską armię pod bronią.  
 

 

Wczesnym rankiem 24-ego lipca (tej nocy byłem na pikiecie z Leach'em i moją kompanią), nieprzyjaciel ruszył naprzód z 40.000 ludzi. Naszym siłom, tj. jednej brygadzie artylerii konnej, trzem pułkom jazdy i pięciu piechoty, Książe rozkazał pozostać, jak długo to będzie możliwe, na prawym brzegu Coa, w miejscu gdzie znajdował się most na rzece na drodze z Almeida w kierunku Portugalii do Celerico i Pinhel, ustawiając się pomiędzy fortecą i mostem, tak aby przejść na drugi brzeg tak szybko jak nieprzyjaciel pojawi się w sile. Zamiast tak uczynić Crauford zajął pozycję na prawo od Almeida i cała nasza siła, za wyjątkiem pułkownika Beckwith'a zostałaby poświęcona. Na szczęście spadła ulewa, co uczyniło Coa nieprzekraczalną poza mostem, który był w naszym posiadaniu, a nieprzyjaciel skoncentrował swoje siły na uderzeniu na most. 
 

 

Podczas wojny półwyspowej nigdy nie było bardziej zaciętego starcia. 43-i pułk stracił 17 oficerów i 150 żołnierzy, mój pułk 10 oficerów i 140 żołnierzy. Kiedy przebyliśmy most mój oddział stanowił straż tylną całości i w natarciu aby odepchnąć nieprzyjaciela (z którym często całkowicie się mieszaliśmy) mój brat Tom i ja zostaliśmy obaj poważnie ranni, a major Macleod, szlachetny towarzysz, zabity później pod Badajos, wsadził mnie na swojego konia, inaczej zostałbym schwytany. Nieprzyjaciel poczynił kilka prób przejścia, ale stary Alister Cameron, kapitan brygady strzelców, ustawił swoją kompanię w zrujnowanym domu, który górował nad mostem i wielce przyczynił się do zapobieżenia przejściu nieprzyjaciela, który poczynił kilka świetnych prób. Most dosłownie zapełnił się trupami nieprzyjaciół, z których zrobili sobie oni zasłonę. Tego dnia, kiedy odwożono mnie rannego na tyły po raz pierwszy spotkałem mojego drogiego przyjaciela Willa Havelocka, późniejszego mojego pomocnika, który świeżo z Anglii, w eleganckim czako i kurtce, dołączył do 43-go. Rana była bardzo bolesna, gdyż kula utkwiła mi w kostce. Odesłano nas do Pinhel gdzie 3-a dywizja była oddalona od terenu działań o 7 mil. Sir Thomas Picton potraktował nas rannych po królewsku.  
 

 

Ranni zostali odesłani na tyły, aby w Pinhel dostać się na pokład statków na Mondego. Zbierając środki transportu dla rannych, przyprowadzono lektykę niesioną przez dwa muły, stanowiącą własność jakiś panów z okolicy i, na szczęście dla mnie, byłem jedyną osobą, która mogła w niej jechać. Kładąc nogę na jednym siedzeniu a siedząc na drugim, jechałem całkiem wygodnie w porównaniu do tych nieszczęśników na ohydnych wozach ciągniętych przez woły, którzy cierpieli od rozdzierającego bólu, a wśród nich był mój biedny brat Tom, poważnie ranny nad kolanem. Ta krótka historia pokaże jakimi dzikimi ludźmi byliśmy w tamtych dniach. W czasie jednego postoju uciekły woły George'a Simmonsa (z 1-ego pułku strzelców). Jako że byłem rzecznikiem, dowodzący chirurg przyszedł do mnie w wielkiej rozpaczy. Posłałem po sołtysa i naprawdę zawiązałem linę aby go powiesić, gdyby nie załatwił pary wołów (gdyby Książe W. dowiedział się, to by mnie powiesił). Jednakże, woły się pojawiły i wyruszyliśmy. Woły nie były jednak ułożone, pognały z biednym George'em i prawie wytrząsły go na śmierć, gdyż był poważnie raniony przez całą grubość uda. Jednakże dostaliśmy się do Pinchel (3 lipca) i stamtąd spłynęliśmy łodziami w dół Mondego, schodząc na brzeg każdej nocy. Właściciel jednego domu był wobec nas bardzo butny i porucznik Pratt ze strzelców, postrzelony w szyję, strasznie się zdenerwował. Jego tętnica szyjna musiała być naruszona, gdyż wystrzelił z niej strumień krwi i skonał w kilka sekund ku naszemu przerażeniu, bo był to świetny towarzysz. Na tym samym łóżku ze mną był kapitan Hull z 43-ego pułku z podobną raną. Nigdy nie widziałem człowieka mającego takiego pietra. 
 

 

Po naszym dotarciu do ujścia Mondego wsadzono nas na pokład transportowca. Na statku był ze mną dzielny mały oficer z 14-ego pułku lekkich dragonów, ciężko ranny, później z jego uda wyszła francuska kula 6-o funtowa2. Po przybyciu do Lizbony (7 sierpnia) dostaliśmy kwaterę w Buenos Ayres, biedny Tom i ja, z okropnym bólem, w nędznym, pustym domu. Jednakże, mieliśmy książki i, choć cierpiąc, jakoś nam szło. Ale noga Toma była w tak okropnym stanie, że został odesłany do domu. Rana George'a Simmonsa zagoiła się. Moja kula ulokowała się w kostce, podzieliwszy częściowo ścięgno Achillesa. Jednakże, usłyszeliśmy, że armia wycofała się za słynne linie Torres Vedras i nic nie mogło nam lepiej posłużyć jak tylko powrót do pułku, tak że nasi medyczni bohaterowie bardzo niechętnie wysłali nas do Belem do oddziału rekonwalescentów, którym dowodził pułkownik Tucker z 29-ego pułku, dość bystry człowiek. Kiedy ja, George Simmons i Charlie Eeles (z 3-ego batalionu), który właśnie przybył chory z Kadyksu, stawiliśmy się do jego dyspozycji aby wyrazić pragnienie dołączenia, rzekł on "Oh, na pewno, ale musi wam zostać powierzona służba z rekonwalescentami udającymi się w głąb kraju." Kulałem i nie mogłem maszerować. George Simmons cwałował o kulach, a Charlie Eeles był bardzo chory. Jednakże, iść lub nie iść, tym sposobem przydzielono nas do 600 huncwotów z każdego pułku armii dowodzonych przez "długiego" majora Ironmongera z 88 pułku (później sławnego z Almeidy, kiedy to zbiegł garnizon). Wyruszyliśmy w dzień (7 października). Pierwszego dnia marszu udawał, że słabnie. George Simmons, chirurg z wykształcenia, zwyczajnie wylał na niego wiadro wody. Słabość mu przeszła, ale nie chęć powrotu; i, niech to diabli, dowodzenie spadło na mnie - młodszego oficera, dla którego żołnierze innych jednostek nie mieli wielkiego szacunku i któremu nigdy nie przytrafiło się zadanie utrzymania w ryzach takich sześciuset łotrów. Jednakże miałem znakomitego angielskiego konia, dobrego choć wielce krnąbrnego towarzysza oraz głos jak grzmot. Pierwszy biwak, do którego dotarłem należał do gwardzistów (ci ludzie byli bardzo zdyscyplinowani). Dowodzący oficer mieszkał w chatce. Zameldowałem się. Lało jak z cebra. Wystawił głowę przez okno i powiedziałem: "Panie, mam 150-u ozdrowieńców z pańskiego pułku z Belem." "Oh, proszę posłać po starszego sierżanta", odparł bardzo cicho, "Nie wychodzę w deszcz". Na to ryknąłem: "My, żołnierze Lekkiej Dywizji, nie załatwiamy spraw z sierżantami i nie każe nam się czekać. To są pańscy ludzie, wszyscy oni to jedyni dobrze się sprawujący wśród tych 600 pod moją komendą, a to są ich dokumenty!", rzucając plik papierów i odjechałem galopem ku zdziwieniu ludzi w obejściu. Tego dnia przekazałem lub wysłałem za pomocą podległych mi oficerów wszystkich włóczęgów, którzy mi zostali. Kilku moich własnych ludzi i ja dotarliśmy tej nocy do naszego oddziału w Arruda. Stary Sydney Beckwith, drogi pułkownik, rzekł "Wariat z ciebie chłopcze, że przybywasz tutaj z kulą w nodze. Tańczyć możesz?" "Nie", odparłem, "Ledwo chodzę, ale z wystawionym palcem". "Możesz zostać moim adiutantem?". "Tak, mogę jeździć i jeść", odparłem, na co zaśmiał się, a był dla mnie jak brat, podobnie jak mój stary druh Stewart albo Rutu, jak go zwaliśmy, jego brygadier i prawdziwy adiutant pułku.  
 

 

Tej samej nocy wezwał mnie generał Crauford i rzekł: "Przybyłeś  dzisiaj z Sobral, nieprawdaż, i znasz drogę?", "Wczoraj"  odparłem. "Dobrze, weź swego konia i zawieziesz ten list do Księcia, kiedy będzie gotowy". Nie podobało mi się to zadanie, ale nie powiedziałem niczego o kulach i bólu, który strasznie doskwierał. Przetrzymał mnie godzinę i rzekł: "Nie musisz już czekać, list nie będzie gotowy jeszcze przez jakiś czas i zabierze do mój dyżurny dragon. Czy trudno znaleźć drogę?". Odrzekłem: "Nie, jeśli będzie się trzymać bitej drogi, nie może się zgubić." Biedny dragon wpadł na francuski patrol i dostał się do niewoli. Jakże śmiał się z mojej ucieczki pułkownik Beckwith, kiedy poznaliśmy los tego biedaka! 
 

 

W Arruda każdego dnia maszerowaliśmy o świcie na pozycję na wzgórzach za nami, które zręczność Crauforda uczyniła nie do zdobycia. Cała  Dywizja pracowała. Pewnego dnia kiedy staliśmy w obozie z pułkownikiem Beckwith i zaczęło padać, ujrzeliśmy strzelca toczącego od pobliskiego domu najwyraźniej pustą beczkę po winie. Celowo wbił do środka jedno wieko i wówczas - jako że było to na gwałtownie opadającym w dół zboczu wzgórza - podparł ją kamieniami i, z deszczu, wpełzł do środka. Pułkownik Beckwith powiedział: "Oh, popatrz na tego lenia. Nie wsparł jej nawet w połowie. Kiedy zaśnie i się przekręci, poleci w dół." Nasza ciekawość była wzbudzona i tylko to zajmowało nasz czas; stąd obserwowaliśmy naszego przyjaciela kiedy po dwudziestu minutach beczka z człowiekiem w środku stoczyła się ze wzgórza. Musiał się obrócić co najmniej dwadzieścia razy zanim prędkość wyrzuciła go z jego okrągłego domu z takim impetem, że obrócił się następnie jeszcze kilka razy. 
 

 

Powstrzymanie wybuchu śmiechu było niemożliwe, choć naprawdę myśleliśmy, że zacny jegomość musiał się zranić. Ale kiedy się  poderwał, popatrzył wokół i rzekł: "Nigdy nie miałem żadnej słabości do pustej beczki po winie i niech mnie diabli jeśli kiedykolwiek się zbliżę do jeszcze jednej aby mną zakręciła jak młyn wodny". Jegomość wściekał się jak John Bull, podczas gdy my prawie umieraliśmy ze śmiechu. 
 

 

Kiedy Massena się wycofał, do Lekkiej Dywizji dotarł rozkaz wymarszu w kierunku De Litte, a do Lorda Hilla aby uczynił do samo na prawo od nas w [Vallada ?]. Było mi przeznaczone zanieść tę wiadomość. Była największej wagi i wymagała galopu. Przez Jove miałem dziesięć mil do przebycia aby zdążyć przed zmierzchem i kiedy dotarłem do pozycji Colborne'a, który u Lorda Hilla dowodził brygadą, mysz nie mogła się przecisnąć przez jego umocnienia (później Colborne był moim brygadierem w Lekkiej Dywizji, teraz jest Lordem Seaton). Nigdy nie miałem takiego zadania. Nie mogłem jechać przed umocnieniami - Francuzi się nie wycofali; tak więc wskoczyłem między nie i poprowadziłem mojego szlachetnego angielskiego konia dalej. W końcu dotarłem do Lorda Hilla, który, choć noc, wyruszył natychmiast. Jak dotarłem nocą do mojej Dywizji, nie mam pojęcia, ale koń i jeździec byli skonani. Spektakl wynędzniałych, nieszczęsnych żołnierzy francuskich umierających z głodu na drodze nie jest do opisania.  
 

 

Ruszyliśmy przez Caccas do Vallé nad [Rio Mayor] gdzie nasza dywizja stanęła naprzeciw Santarem. Następnego dnia [20 listopada] przybył Książe i rozkazał naszej dywizji zaatakować Santarem, które po naszej prawej stronie najeżone było zasiekami w trzech lub czterech liniach. Czuliśmy trudność w pokonaniu takich wyniosłości, ale ku południu ruszyliśmy. W sztabie Księcia była rozbieżność opinii co do liczebności nieprzyjaciela - jeden korpus armii czy dwa. Książe doskonale wiedząc, że było ich dwa, a nasz ruch był jednie rekonesansem, zwrócił się do pułkownika Beckwitha: "Beckwith, mój sztab dyskutuje czy w Santarem znajduje się tylko jeden korpus armii czy dwa." "Byłbym zad...ny gdybym wiedział, Panie, ale możesz polegać na tym, zrobienie tych zasieków w jedną noc wymagało dużej liczby." Lord Wellington roześmiał się i rzekł: "Masz rację Beckwith, są tam dwa korpusy armii". Nieprzyjaciel znów się ukazał. Książe, jak miał w zwyczaju, był usatysfakcjonowany naoczną demonstracją i dywizja powróciła na biwak. Tam też pułkownik Beckwith dostał silnego ataku zimnicy. 
 

 

Nasze forpoczty były całkiem ciche, choć wartownicy, francuscy i angielscy, byli na obu krańcach mostu na Rio Mayor a czujki wzdłuż każdego brzegu. Równiny Vallé świetnie nadawały się do jazdy i James Stewart i ja często wyjeżdżaliśmy. Tam dałem mu Moro - mojego słynnego charta hiszpańskiego, najlepszego jakiego świat kiedykolwiek stworzył, z rodowodem jak koń rasy arabskiej, wyhodowanego przez księcia de Monteron; historia tego szlachetnego psa jest zbyt długa, aby ją tu opowiedzieć. Któregoś roku Stewart mi go oddał aby szedł w zawody z psem księcia Wellingtona. aby szedł w zawody z psem księcia Wellingtona. Ale oblężenie Ciudad Rodrigo przerwało opisane zawody. Pułkownik Beckwith udawał się do Lizbony, a dla mnie, jego adiutanta, była to kapitalna okazja aby usunięto mi kulę spod ścięgna Achillesa, w samym stawie. Kulałem bardzo, a ból był często rozdzierający, tak więc czmychnąłem. 
 

 

Wkrótce po przybyciu do Lizbony rozkazano mi udać się do Buenos Ayres by być blisko chirurgów. Zebrała się komisja w składzie: słynny chirurg sztabu Morell, który zajmował się mną przedtem, Higgins i Brownrigg. Zbadali moją nogę. Byłem cały za operacją. Morel i Higgins radzili mi, iż lepiej pozostać ze sztywną ale własną nogą niż z drewnianą, gdyż było późno i rany z Lizbony objęła martwica, tak że rezultat był wątpliwy. Brownrigg powiedział: "Jeśli to byłaby moja noga, kula powinna wyjść." Na co wykrzyknąłem: "Hurra, Brownrigg, pan jest moim lekarzem." Wtedy Morell mówi: "Bardzo dobrze, jeśli jest pan taki spragniony, zrobimy to od razu." Moja odwaga nieco się zmniejszyła, ale podniosłem moją nogę i powiedziałem: "Tu jest, wycinajcie." Minęło pięć minut, rzeczywiście bardzo bolesnych, zanim wyjęto kulę. Była wyszczerbiona, włókna ścięgnowe ją porosły, została w połowie wyjęta, a w połowie wyrwana - po chwili rozdzierającej tortury kiedy wyrywające kleszcze zacisnęły się na niej. Był przy tym Goerge Simmons, którego rana się otworzyła i zobligowała go do udania się do Lizbony. Chirurg potrzebował płótna w czasie operacji, rzekłem więc: "George, podrzyj koszulę", a mój służący podał mu ją. "Nie, szkoda, to dobra koszula.", na co ja nie ... jemu kilku jako że moja noga bolała i parowała z rany długiej na cztery albo pięć cali. Dzięki Bogu Wszechmogącemu i czystej duszy nie przydarzyła się martwica, a zanim rana się zagoiła byłem z pułkiem. Pułkownik Beckwith wyleczył się z zimnicy i dołączył do swojej brygady zanim mogłem się poruszyć, tak więc kiedy wróciłem do Vallé był zadowolony widząc swojego adiutanta. 

PRZYPISY:

1 Fr. "ratuj się kto może" - przyp. tł.
2 Możliwa pomyłka w tekście - przyp. tł.

Rozdział 6: Kampania 1811 roku

Zastałem armię  w ciągłym oczekiwaniu wymarszu, a kapitan mojej kompanii Leach został  chory na tyłach. Rzekłem więc do pułkownika: "Nie wolno mi już  dłużej być pańskim adiutantem, sir. Jakkolwiek wdzięczny jestem, moja kompania mnie potrzebuje." "Ach, teraz możesz trochę chodzić, to mnie opuszczasz! Idź i niech cię ... ale i tak cię kocham za tę chęć." Odszedłem, a następnego dnia pomaszerowaliśmy [6 marca 1811], Massena wycofywał się z Portugalii i stoczyliśmy wiele potyczek. Moja noga, z otwartą raną, bolała i kulałem. Kiedy inni się kładli, siedziałem w siodle, na drogim mi małym hiszpańskim koniu, podarowanym przez Jamesa Stewarta, później zwierzęciu jeszcze większej sławy. 
 

 

W Pombala miałem wraz z moją kompanią ciężką utarczkę [11 marca]. W Redinha moja kompania była w straży przedniej [12 marca], wspierana przez oddział kapitana O'Hare'y. Las przed nami i z prawej pełen był Francuzów. Nadeszły lekkie kompanie 3-ej dywizji. Zapytałem: "Zaatakujecie ten las?" Kapitan z 88-ej lekkiej kompanii, którego znałem roześmiał się na moje pytanie. Powiedziałem bardzo cicho: "Zostaniecie odparci, a kiedy to już się stanie, ruszę na skraj lasu i pomogę wam." Jakże się roześmiał! Moja przepowiednia została wkrótce zweryfikowana: został ranny i zebrany przez moją kompanię, którą poprowadziłem na prawą flankę Francuzów i natychmiast ich zatrzymałem. Posłałem po moje wsparcie - O'Hare'ę aby zbliżył się do mnie. Uparty stary okrutnik odmówił i byłem zmuszony wycofać, mając niepotrzebnie pięciu lub sześciu rannych.  
 

 

Równina przy Redinha to świetne miejsce do pokazów wojskowych i nasze szyki uformowane do ataku na straż tylną Neya były wspaniałe. Nieprzyjaciel miał wiele dział w polu, w wydłużonych liniach, świetny sposób odwrotu na takim terenie, i żadna straż nie wycofała się nigdy w bardziej misternym stylu, a ja wówczas myślałem że nasze natarcie w linii było ciężkie, wolne i nawet w połowie nie tak niszczące jak niszczący byłby atak sąsiadujących kolumn. Nieprzyjaciel musiał wycofać się przez most w wiosce Redinha i my, Strzelcy, mocno naciskaliśmy na jego lewe skrzydło. Francuska piechota w linii, schowana za atalayą1 (lub wieżą) na wzgórzu w tym celu, leżała na ziemi w chwili gdy moja kompania oraz kompania dowodzona przez tego cudownego Strzelca Willie Johnstone'a zbliżyły się na dwadzieścia jardów od niej. Ku naszemu zaskoczeniu, szereg poderwał się, oddał salwę (nie trafili nikogo) i wykonał zwrot. Na nich wszyscy ruszyliśmy jak diabły w regularnym pieszym wyścigu, za wyjątkiem mnie i mojego małego konia Tiny, z którego nie mogłem zsiąść. W pościgu zniósł mnie ze skały wysokiej na dwanaście stóp, dotarliśmy z Johnstonem do mostu i odcięliśmy pół batalionu Francuzów. Rzadko kiedy widziałem tyle legii honorowych w grupie, ale orzeł był zdjęty. Nigdy nie powiedzieliśmy co zrobiliśmy choć mieliśmy zabawę ale to anegdota warta zapisu w Historii Napiera. 
 

 

Ścieraliśmy się z nieprzyjacielem każdego dnia. Następne starcie było w Condesia, kolejne w Casal Nova [14 marca] gdzie mieliśmy potyczkę tak ciężką jak nigdy. My, ludzie Lekkiej Dywizji, mieliśmy pełnię walki jako, że Francuzi musieli utrzymać wioskę aby umożliwić odwrót swojej kolumnie i gdyby zastosowano się do rozkazów Księcia, nasza Dywizja nie powinna była atakować zanim 3-a i 4-a Dywizja znalazły się aż na lewej flance Francuzów. Straciłem tego dnia kilku ludzi, tak jak inne kompanie, a zwłaszcza 52-a. Biedny major Jack Stewart dostał postrzał w płuca i zmarł po trzech dniach, szef sztabu brygady2 Beckwitha porucznik James Stewart został trzy dni później (28 marca koło Freixadas) zabity na tym samym małym angielskim koniu o imieniu Tom; porucznik Strode otrzymał śmiertelną ranę kiedy rozmawiał ze mną itd. Tamtej nocy byłem na pikiecie. Nieprzyjaciel cofał się całą noc, ale jego i nasze czujki były w zasięgu wzroku. O świcie nadeszła gęsta mgła. Brygada Beckwitha, ze nim na czele, dotarła do miejsca gdzie byłem ustawiony. Rzekł on: "Chodź Harry, zbierz swoją kompanię i ustaw się na czele kolumny." W tej chwili przyjechało z powrotem dwóch dragonów z 16-ego pułku i Beckwith zapytał: "Skąd jedziecie?" "Patrolowaliśmy półtorej mili przed czołem i nic nie zobaczyliśmy." "Półtorej mili mój przyjacielu" mówi stary Sydney "w gęstej mgle to chol... długa droga. Dlaczego, Harry, powiedziałeś, że wedety były blisko ciebie." "Jako że są" odparłem "i zostaniesz ostrzelany w chwili kiedy ruszysz naprzód." Nie uszliśmy nawet pięćdziesięciu jardów kiedy rozległo się: "Bach! Bach!" O jak się uśmiał stary Sydney. "Półtorej mili!" Ale mgła była tak gęsta, że nie mogliśmy ruszyć i nieprzyjaciel słysząc naszą kolumnę na swoich tyłach, nienaciskany oddalił się. 
 

 

Po kilku dniach, kiedy zbliżyliśmy się już do francuskiej straży tylnej i mieliśmy ją zaatakować, otrzymano rozkaz ogólny3, ku mojemu zdziwieniu mianujący mnie szefem sztabu brygady dla 2-j Lekkiej Brygady, a nie dla brygady drogiego starego Sydneya. On spodziewał się tego, gdyż wraz z pułkownikiem Pakenhamem (drogim sir Edwardem) próbowali coś dla mnie zrobić z uwagi na moją kulawą nogę. Beckwith mówi: "Teraz przekaż swoją kompanię Laytonowi i wyruszaj natychmiast do pułkownika Drummonda", który dowodził Brygadą. Ledwo dotarłem do niej, a rozpoczęła się taka kanonada, że 52-gi został rozproszony w sposób jakiego nigdy wcześniej nie widziałem, a i później rzadko. Wkrótce wszyscy byliśmy zaangażowani w walkę i zepchnęliśmy Francuzów do i poza rzekę z ciężkimi stratami w zabitych, jeńcach i utopionych. To była bardzo ciężka walka, zakończona tuż przed zmrokiem. Rzekłem do mojego brygadiera: "Czy ma pan jakieś rozkazy co do pikiet, sir?" To był stary gwardzista, najuprzejmiejszy choć i możliwie najdziwniejszy człek. "Proszę pana, panie Smith, jest pan moim szefem sztabu?" "Myślę, że tak, sir". "Zatem powiem panu, że to pański obowiązek wystawić pikiety, a mój to mieć dla pana codziennie choler... dobry obiad." Wkrótce już się rozumieliśmy. On często sam gotował obiad, a ja dowodziłem Brygadą. 
 

 

Nasza kolejna wielka walka, pod Sabugal [3 kwietnia], była gorzka. Nigdy nie zapomnę jak ruszali tego dnia z melodyjnym śpiewem moi starzy przyjaciele z 1-ego niemieckiego pułku huzarów. Sir W. Erskine, krótkowzroczny osioł, dowodził kawalerią i Lekką Dywizją a starliśmy się wręcz z korpusem Reyniera zajmującym mocną pozycję na wzgórzach ponad Sabugal i zaatakowaliśmy kiedy wolą Księcia było abyśmy obeszli ich lewe skrzydło do Quadraseyes, podczas gdy 5-ta, 4-ta i 3 dywizja miały zaatakować od frontu w samo centrum pozycji. Jednakowoż rozpoczęliśmy i nigdy waleczność nie była bardziej manifestowana przez przyjaciela i przeciwnika niż przy tej okazji, a zwłaszcza przez drogiego starego przyjaciela Beckwitha i jego 1-ą Brygdę.  Niektóre działa zdobywano i odbijano kilka razy. Francuski oficer na siwym koniu był bardzo waleczny. Stary Beckwith głosem jak grzmot zaryczał do strzelców: "Zastrzelcie tego jegomościa, zrozumiano?". Za chwilę on i jego koń padli a Sydney wykrzyknął: "Nieszczęsny! Zacnym byłeś człekiem." 
 

 

Mój brygadier, jak wkrótce odkryłem, zostawił mi dowództwo, a ja odprowadziłem oddział i przybyliśmy po nasz znaczny udział w powstrzymaniu Rayniera przed obejściem z lewej brygady Beckwitha. Na szczęście, 5-a dywizja weszła do akcji we właściwym momencie jako że Francuzi wówczas cisnęli nas okropnie. Lekka Dywizja pod krzykiem starego Beckwitha ruszyła do przodu z impetem, którego nic nie mogło powstrzymać; tak zganieni byliśmy, że krew się w nas zagotowała i strasznie odpłaciliśmy nieprzyjacielowi. Taka scena rzezi jaka rozegrała się na jednym wzgórzu przeraziłaby dzisiejszego żołnierza. Noc nadeszła przerażająco wilgotna i 5-a dywizja wraz z Lekką Dywizją została odesłana z powrotem do Sabugal na spoczynek. Miejsce było w opłakanym stanie ale dachy się trzymały, sir W. Gomm, adiutant generalnego kwatermistrza4 5-ej dywizji i ja podzieliliśmy miasto pomiędzy siebie, a nasi biedni ranni leżeli na deszczu i w zimnie całą noc. Następny ranek był ładny, i kiedy słońce wzeszło pomaszerowaliśmy przez pole bitwy. Krew naszych żołnierzy była już chłodna i pięknym było słyszeć wyrazy współczucia dla cierpień licznych konających i rannych wokół nas. Oh wy królowie i uzurpatorzy winniście widzieć te sceny i powściągnąć ambicję! 
 

 

Tego wieczoru [4-ego kwietnia] odbyliśmy długi marsz ku Quadraseyes, ale przez cały dzień nie widzieliśmy śladu nieprzyjaciela, ani też naszej intendentury. Dosłownie konaliśmy z głodu. Ten stary łajdak Picton zajął zaopatrzenie Lekkiej Dywizji dla swojej 3-ej. Jeśli trafił do czyśćca, na co go skazywaliśmy, to ma za swoje. 
 

 

Postępowaliśmy blisko za Francuzami przez granicę, ale nigdy nie doświadczyliśmy prawdziwego uderzenia w nich. Almeida obsadzoną ich wojskami została okrążona przez 5-tą dywizję podczas, gdy Lekka Dywizja ruszyła ku starym liniom, Gallegos, Marialva, Carpio i Espeja. Z francuskiego garnizonu Ciudad Rodrigo nieprzyjaciel częste czynił wypady. Książe odjechał był ku Aletmejo i sir Brent Spences dowodził - zwyczajna stara baba, która dozwalała Francuzom popełniać wszelkiego sortu ekstrawagancje przed naszymi nosami, kiedy nagły ruch z Espeja na ich tyły pokarałby ich. Sir W. Erskine dowodził natarciem kawalerii i Lekkiej Dywizji. 
 

 

Pewnego ranka jadłem śniadanie z sir Williamem Erskine'm, który wraz ze swym sztabem wysłał był mały oddział dla rozpoznania Ciudad Rodrigo. Nieprzyjaciel natychmiast wysłał oddział kawalerii dla sprawdzenia natarcia i wielki spór zdarzył się między sir Williamem a jego szefem administracji5 Macdonaldem o to czy nieprzyjaciel przekroczył w sile jednego czy dwóch szwadronów. W czasie tej dyskusji wszedł ordynans sir Williama, bystry stary dragon6 z 1 pułku niemieckich huzarów. "Ah!" mówi Sr William, "to jest mój stary ordynans; on nam powie. Huzarze, ile szwadronów nieprzyjaciela przekroczyło Agueda tego ranka?" Z ciałem tak sztywnym i wyprostowanym jak posąg i ręką złożoną do salutowania jak w akcie ścinania wroga: "Tylko czterdzieści dziewięć człowiek, nie więcej, ja policzyć go." Śmiano się z obu dyskutantów. 
 

 

Wtedy przydarzyło się okropne nieszczęście ucieczki francuskiego garnizonu Almeidy. Nigdy nie zapomnę zawstydzenia naszych żołnierzy, ani podziwu naszych oficerów dla tak błyskotliwej próby z szansami jak jeden do stu. Mój stary przyjaciel Ironmonger, wtedy u Queens'ów, ten któremu George Simmons wylał prosto w twarz wiadro wody podczas marszu, jak już opisane, z Belem, poważnie zawinił.  
 

 

Armia Masseny szybko dochodziła do siebie. Otrzymali posiłki i gotowali się  do rzucenia wielkiego konwoju z zaopatrzeniem do Ciudad Rodrigo. Do tego koniecznym było aby nas odepchnęli i chwila wydawała się  sposobna jako że zamiarem było ostatecznie wycofać francuską armię do Salamanki i sąsiednich dużych miast, tak by nie można było zażądać obfitych zapasów wymaganych dla Ciudad Rodrigo. W chwili tej Soult urządzał pokaźną demonstrację w Alemtejo i Estramandurze, nasza próba wzięcia Badajoz się nie powiodła a duża część armii ruszyła na południe; była zatem dobra okazja dla Masseny aby wyprzeć nas za Coa. 
 

 

Jednakowoż  drogi Książe Wellington dokonał odważniejszego oglądu sytuacji i skoncentrował swoją armię za Fuentes D'Onoro, gdzie stoczył tę osławioną bitwę, która trwała półtora dnia [5 maja]. Generał Craufurd dołączył do nas tutaj w dniu głównej akcji. Żołnierze przywitali go demonstracją radości. Oficerowie w owym czasie darzyli go niechęcią. Ja nie; mianował mnie swoim adiutantem, choć nie chciałem iść do niego, i zawsze był dla mnie uprzejmy i gościnny. 
 

 

Rankiem tego dnia stary Sydney znów się wyróżnił, gdyż nieprzyjaciel z Poza Velha obszedł naszą prawą flankę i pobił okrutnie naszą kawalerię (14-y pułk lekkich dragonów i pułk królewski) wystawiając przeciwko niej 4000 świeżych ludzi. Nigdy nie było cięższej walki niż te kilka godzin w wiosce Fuentes. Tam zobaczyłem 79-y pułk w ataku na czoło francuskiej kolumny podchodzącej po górę, siedmiu lub ośmiu francuskich oficerów i do 100 żołnierzy przebitych bagnetem, jedyne starcie na bagnety jakiego świadkiem byłem kiedykolwiek. Po bitwie pod Fuentes D'Onoro Francuzi wycofali się nie niepokojeni bo byliśmy zadowoleni z pozbycia się ich. Mieli tak potężną kawalerię, że na otwartej przestrzeni po prostu nie mogliśmy ich niepokoić.  
 

 

W owym czasie prawie cała armia ruszyła do Alemtejo przez Arronchas, gdzie w czasie manewru sir Johna Moore'a na Salamankę miałem dobrą kwaterę, która zajmowałem cztery razy podczas wojny. Uboga rodzina zawsze z radością mnie gościła. W czasie naszego manewru na Alemtejo usłyszeliśmy o krwawej bitwie pod Albuera [16 maja], bardzo krwawym starciu pięknie i wiernie opisanym przez Napiera i wielu z nas pojechało zobaczyć pole, które dobrze oznaczone rzędami zwłok. 
 

 

Muszę  tu wspomnieć o najśmieszniejszym alarmie nocnym jaki się przydarzył Lekkiej Dywizji, pomimo oddalenia o wiele mil od nieprzyjaciela, w trakcie jej marszu do Aletmejo. Stado wołów przegalopowało przez naszych ludzi śpiących na biwaku i przez jakiś czas oficerowie z trudnością przekonywali naszych najlepszych żołnierzy, że nie była to francuska kawaleria. Mój brygadier Drummond spał pod drzewem na swoim małym przenośnym żelaznym stelażu. Światło ogniska ukazało go, ku mojemu rozbawieniu, jak w koszuli (nie za długiej) usiłował wspiąć się na to drzewo. Wezwałem jego straż do szeregu i mężnie zaszarżowałem na nic drogą prowadzącą do naszego obozu, podczas gdy generał Craufurd leżał na plecach i zaśmiewał się, biedak, do histerii. Drummond wkrótce potem zmarł w Guinaldo, na moich rękach, na wstrętne zapalenie gardła, a Craufurd poległ podczas szturmu Ciudad Rodrigo. 
 

 

Podczas tego lata nasza armia była skoncentrowania obserwując Soulta i ani on nas nie zaatakował, ani my jego. Nigdy nie spędziliśmy lata bardziej bezczynnie. Nieprzyjaciel ruszył z Ciudad Rodrigo do Castello Branco czym zagroził naszej lewej flance i linii komutacyjnej przez Tag. Kiedy Soult nie mógł już dłużej wyżywić swojej armii, wycofał się i nasza Lekka Dywizja została nagle przeniesiona do Castello Blanco, a reszta armii następnie na północ. 
 

 

Tej jesieni nasza armia została podzielona i rozlokowana, tak blisko aby można ją żywić, na granice w celu obserwowania Ciudad Rodrigo, którego oblężenie rozważał Książe. Po śmierci generała Drummonda generał dywizji7 Vandeleur został przydzielony do mojej brygady. Był to wytworny dżentelmen w stylu staroirlandzkiego bohatera. Zakwaterowano nas w Martiago, a naszą Dywizję częściowo w El Bodon, a częściwo w Zamora, Guinaldo etc. Była to bardzo upalna jesień ale przy końcu roku, kiedy rozpoczęły się deszcze było świetne polowanie z psami. 
 

 

Tego roku generał  Craufurd, w jednym ze swoich szalonych wybryków, zgłosił, że Lekkiej Dywizji brakuje odzieży etc. i musi zostać odesłana na tyły. Książe rozkazał nam pomaszerować pewnej zimnej nocy przez Agueda do Larade, niedaleko Guinaldo, na jego inspekcję. Wielka scena miała miejsce. Craufurd nie przybył przed tym jak Książe przejechał przed szeregiem. Książe zaśmiał się i rzekł: "Craufurd, spóźniłeś się". "Nie panie, to pan jest przed czasem. Na moim zegarku trzeba polegać." Jechałem wówczas na brązowej klaczy, za którą dałem 120 funtów Charliemu Rowan'owi, którego zrzuciła po tym jak kupił ją od generała Craufurda, gdyż ten nie mógł na niej jeździć. Klacz zaszarżowała na Księcia, ze mną na grzbiecie. "No, no" mówi Książe "Pański koń panuje nad panem". Książe, ku naszej radości, mówi do generała Craufurda: "Nigdy nie widziałem Lekkiej Dywizji lepiej wyglądającej lub bardziej gotowej do służby. Odmaszerować do swoich kwater. Wkrótce będę was potrzebować w akcji". W owym czasie Marmont ruszył do Ciudad Rodrigo z wielkim konwojem zaopatrzenia, zmusił Księcia do zebrania sił i świetne starcie kawalerii z czworobokami piechoty miało miejsce za El Bodon. 
 

 

Mniej więcej w tym czasie, mieliśmy nieco ciężkiego i żmudnego manewrowania, nocnych marszy, etc. W czasie tych ruchów maszerowaliśmy ciemną nocą z Guinaldo i, jako że droga była mokra i daleka od doskonałości, mieliśmy kilka przestojów w kolumnie. Wtedy usłyszałem rozmowę dragona z 16-ego pułku lekkich dragonów z jednym z 1-ego niemieckiego pułku huzarów, z obu ich żaden nie powstrzymał się od składnika stanowiącego przedmiot rozmowy. Dragon z 16-ego pułku: "Słuchaj huzarze, ja to lubię kiedy jest mocny, gorący i słodki z mnóstwem ... a ty jak lubisz?" Huzar: "Ja lubić go surowym." 
 

 

Marmont osiągnąwszy swój cele cofnął się, a my wróciliśmy do naszych starych obozów. Raport Księcia z 29 września z Quadrasies tak szczegółowo opisuje wszystkie te operacje i ukazuje piękno manewrów tak wyraźnie, że mogę ograniczyć się do tego, co wydarzyło się tego wieczoru kiedy brygada generała Pakenhama miała poważną utarczkę w Aldea de Ponte. 
 

 

Czwarta dywizja dostała rozkaz powrotu o zmierzchu, tak samo jak Lekka. Leżałam na biwaku rozmawiając z generałem Craufurdem i Johnem Bellem kiedy nadjechał dragon z pismem generała Cole'a żądającym od Craufurda wysłania oficera w charakterze przewodnika do poprowadzenia o zmierzchu jego dywizji na wzgórza Rendo. Powiedziałem: "Oh, John Bell pojedzie oczywiście." "Nie" mówi John. "Harry Smith najlepiej zna drogę." No i dostałem rozkaz wyjazdu. Zanim dotarłem do Cole'a zrobiło się ciemno. Znalazłem jego dywizję w marszu: wszystko było z nimi w porządku. Zameldowałem się mu - był to pierwszy raz kiedy z nim rozmawiałem. Był z nim pułkownik Brooke, brat "Shannona Brooke'a i jego kwatermistrz generalny. "Oh" mówi Cole. "Wysłany przez Craufurda, nieprawdaż? Zna pan drogę?" My, panowie z Lekkiej Dywizji, byliśmy odpowiednio zuchwali. Odparłem: "Przypuszczam, że nie wysłano by mnie gdybym nie znał." "Uh" mówi Cole czerwony jak papryka. W tym miejscu mogę poczynić uwagę o trudności rozpoznawania dróg nocą nawet jeśli ktoś jest z nimi zaznajomiony. Zapalające się i gasnące ogniska, kraj pokryty wojskiem - takie rzeczy zmieniają oblicze natury i dodają odrobinę niepokoju do tej trudności. Cole, bardzo zaniepokojony człowiek, nieustannie pytał: "Czy pan jest pewien, że zna drogę, sir?" itd. itd. itd. W końcu rzekłem: "Generale Cole, jeśli zostawi mnie pan w spokoju poprowadzę pańską dywizję; jeśli będzie pan jednak odciągać moją uwagę, nie będę w stanie." Był moment niepokoju, przyznaję. Znajdowałem się właśnie w miejscu gdzie mogłem zgubić drogę, wielką drogę, która była blisko. Ruszyłem galopem do przodu aby jej szukać i jakże zły był na mnie generał Cole. Znalazłem drogę jednak i tak szybko jak czoło kolumny dobrze do niej dotarło, rzekłem: "Dobrej nocy, generale" i za chwilę byłem na pełnej szybkości podczas gdy on wołał aby wrócił. Miałem trochę trudności w znalezieniu mojej własnej dywizji, która poruszała się równolegle z resztą sił. Jakże się roześmiał Craufurd kiedy mu opowiedziałem o moim pierwszym spotkaniu z tym gwałtownym Irlandczykiem. Biedny drogi sir Lowry! Później, po bitwie pod Waterloo, byłem jego AQMG, służyłem pod nim jako komendant Cape Castle i Starszy Członek Rady kiedy był gubernatorem i wielokrotnie się śmieliśmy z tego naszego pierwszego poznania.  
 

 

W czasie jednego z naszych przemarszów z Alemtejo na północ, w domu, w Idanha a Nova, w którym generał Drummond i ja kwaterowaliśmy wielce żartobliwy Portugalczyk pokazał na nam coś w rodzaju raportu o Brytyjczykach, tak błędnego, że generał Drummond się roześmiał. Ale Charlie Rowan, nasz szef administracji, (obecnie świetny policjant w Londynie) obiadujący z generałem Drummondem opowiedział tę anegdotę przy stole Księcia w Guinaldo, i zostałem wysłany 150 mil z powrotem aby sprowadzić mojego przyjaciela. Mówiłem po portugalsku tak dobrze jak angielsku. Dlatego też namówiłem naszego bohatera aby mi towarzyszył do Księcia, nie mówiąc dlaczego, ale bardziej nieprzyjemnej podróży, będąc odpowiedzialnym za mojego przyjaciela, całkiem sam i bez służącego etc., nigdy nie miałem i wielce błogosławiłem język Charliego Rowana. Dostarczyłem mojego przyjaciela AG w Guinaldo i miałem dwadzieścia cztery mile aby dołączyć do mojego generała w Robledillo. 

 

Tłumaczenie: ChLasalle