Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Bitwa pod Jeną 1806

Opublikowano w Bitwy epoki napoleońskiej

Prusy, Prusy Fryderyka Wielkiego, wojny siedmioletniej, Rosbachu, Leuthen i Śląska, zaczęły się wreszcie budzić ze snu. Ci Francuzi zanadto sobie pozwalali i to tylko dlatego, że udało im się raz czy dwa razy pobić Austriaków, których wszyscy zawsze bili. Czas najwyższy, aby prawdziwi żołnierze dali im nauczkę. W całej Europie nie było wojska, które wytrzymywałoby porównanie z żelazną piechotą pruską, spuścizną po Fryderyku, prowadzoną przez generałów weteranów, którzy służyli pod rozkazami tego wielkiego króla. Wprawdzie Ulm i Austerlitz były pewnego rodzaju niespodzianką, ale te zwycięstwa były odniesione nad zniewieściałymi Austriakami i barbarzyńskimi Rosjanami. Więc we wrześniu 1806 roku Prusy wypowiedziały wojnę Francji i z Berlina rozeszły się po całym kraju rozkazy mobilizacyjne. Mobilizacja nie odbyła się tak szybko i gładko, jak się spodziewano, lecz mimo wszystko wystawiono 150 000 niezwyciężonych żołnierzy i w początkach października 1806 roku zgromadzono ich w pobliżu Weimaru, na północ od lesistych wzgórz Turyngii.
   W chwili wypowiedzenia wojny Francuzi byli na leżach w południowych Niemczech, wypoczywając po straszliwych trudach 1805 roku. Z siedmiu korpusów spod Ulmu znajdowało się tam sześć (Marmont z drugim korpusem był wówczas w Dalmacji) w ogólnej sile 170 000 ludzi. Z Paryża wysłano pośpiesznie rozstawnymi końmi 20 000 gwardii. Lannes wciąż jeszcze dąsał się w Gaskonii i pod jego nieobecność dowództwo nad piątym korpusem sprawował stary Lefebvre.
   W pierwszych dniach października Davout musiał zarzucić tańczenie walca, której to rozrywce oddawał się z wielkim zamiłowaniem, gdyż armia ruszyła w pochód. Wtedy po raz pierwszy Napoleon wprowadził szyk zwany czasem "bataillon carre" czasem zaś formacją czworoboku. Olbrzymi wachlarz lekkiej kawalerii jechał na czele armii, zbierając wiadomości o siłach wroga i uniemożliwiając mu pracę wywiadowczą, gdy tymczasem czworobok maszerował z tyłu na przestrzeni około 100 kilometrów, o ile możności różnymi drogami. Całe piękno tego szyku polegało na tym, że w jednej chwili wojska mogły zwrócić się frontem w dowolnym kierunku. W ten sposób, jeśli na przykład kawaleria dała znać, że nieprzyjaciel znajduje się po lewej stronie, każda jednostka zwracała się na lewo. Wtedy oddziały znajdujące się dotychczas na lewym skrzydle były na przedzie, te, które były przedtem na przedzie, stawały się prawym skrzydłem, to zaś, co było rezerwą, stawało się skrzydłem lewym.
   Dwudziestego ósmego września 1806 roku cesarz przybył z Paryża do Moguncji i objął naczelne dowództwo nad armią. Przybył w sam czas. Nawet najwięksi ludzie popełniają błędy. Napoleon zaś popełnił ten błąd, że czasowo dał naczelne dowództwo Berthierowi, zupełnie o tym zapomniał, dał je później Muratowi i o tym zapomniał również. Przez pewien czas dwaj marszałkowie, z których każdy był przekonany, że jest naczelnym wodzem, wydawali sprzeczne rozkazy. Ponadto Napoleon sądził, że znajdzie Berthiera w Moguncji, lecz z jakiegoś powodu szefa sztabu tam nie było. Cesarz przeto sam zasiadł do pracy i pracował bez przerwy tak długo, jak nigdy w całym swoim życiu. Chociaż tylko co przybył z Paryża i w swym powozie pracował niemal nieprzerwanie w ciągu trzydziestu sześciu godzin, zasiadł w południe 29 września do pisania i dyktowania rozkazów i pracował tak do drugiego października rano, drzemiąc tylko godzinę co pewien czas. Ale w końcu nawet mózg Napoleona zaczął odczuwać znużenie i ostatnie jego rozkazy były często niezrozumiałe. W ten sposób w ciągu czterech pierwszych dni jenajskiej kampanii nieszczęśliwi dowódcy korpusów otrzymywali trzy różne serie rozkazów, zawsze ze sobą sprzecznych i często niezrozumiałych. Piątego października wszystko zaczęło się wyjaśniać i uporządkowywać. Tego dnia przybył wreszcie Lannes - w najlepszym usposobieniu - i jakby nic nie zaszło, odebrał swój korpus od Lefebvre'a. Dla starego Lefebvre'a praca stawała się już ponad siły, więc Napoleon taktownie napisał do niego: "Cesarz, chcąc mieć Pana bliżej przy sobie, powierza Panu dowództwo nad dywizją swej gwardii". Poczciwy stary Lefebvre był tak uradowany z tej nominacji, jak w dniu zamachu Brumaire'a z otrzymania szabli z Egiptu. Lannes wybrał Victora na swojego szefa sztabu. Victor był dawnym towarzyszem broni Bonapartego w Tulonie oraz Lannes'a pod Montebello i Marengo. On i Marmont byli dwoma generałami, którzy najwięcej ze wszystkich gniewali się o to, że nie zostali marszałkami.
   Ósmego października Wielka Armia ruszyła w pochód poprzez lasy Turyngii. Tej jesieni pogoda była piękna i nawet straszna ulewa trzydziestego września nie popsuła dróg spieczonych przez długotrwałe upały, jeno przybiła pył. Koła armat turkotały po twardej nawierzchni dróg. Okolica obfitowała w żywność dla ludzi i w paszę dla koni, więc 190 000 żołnierzy, wesołych i mających zupełne zaufanie do swego wodza, że pobije nawet słynną pruską piechotę, z łatwością robiło 25 do 30 kilometrów dziennie. Lannes w ciągu pięciu dni przeciętnie przebywał po 25 kilometrów dziennie i w tym czasie stoczył trzy potyczki, Davout przeszedł 85 kilometrów w ciągu czterdziestu ośmiu godzin. Trzynastego października 1806 roku pierwsza część zadania była już wypełniona, gdyż cesarz zgrupował całą swą armię przeciw lewemu skrzydłu pruskiemu tak szybko i cicho, jak to uczynił przed rokiem przeciw skrzydłu Macka. Pozostawało tylko pobić Prusaków.
   Dzięki szybkim marszom kampania, podobnie jak pod Ulmem, została wygrana, zanim padł jeden strzał, i nawet błędy popełnione przez Francuzów nie mogły już uratować Prusaków. W dniu bowiem bitwy Francuzi popełnili szereg błędów. Sam Napoleon nie miał dokładnego pojęcia, gdzie znajduje się nieprzyjaciel i jakie są jego siły. Wiedział tylko, że Prusacy są gdzieś przed nim i że rankiem następnego dnia, 14 października, trzeba ich zaatakować. W ciągu nocy poprzedzającej bitwę korpus Lannes'a i gwardia cesarska zajęły małą wyżynę Landgrafenberg pod Jena i stanęły tu tak zwartym szykiem, że żołnierze dotykali się wzajemnie ramionami i tornistrami. Tak zbita masa ludzi powinna była być zmieciona przez pruską artylerię z chwilą, gdy się dostatecznie rozwidniło. Lecz przypadkiem ranek 14 października był mglisty, Francuzi nie zostali spostrzeżeni przez Prusaków i przeto bez żadnej z ich strony przeszkody mogli się rozwinąć. Było to wyjątkowe ich szczęście. Następny błąd popełnił Ney. Otrzymał on rozkaz, aby swój szósty korpus uszykował pomiędzy Lannes'em w środku a Soultem na prawym skrzydle, lecz, najwidoczniej, nie przeczytał dokładnie rozkazu. Główne siły szóstego korpusu po całodziennym marszu we mgle i ciemności doszły do Jeny dopiero o świcie i awangarda korpusu pod wodzą młodego Colberta znalazła się poza korpusem Lannes'a. Sam Ney, który noc spędził na rozpoznawaniu okolicy z Napoleonem, Lannes'em i Berthierem, z niecierpliwością oczekiwał na swe wojska w pobliżu Landgrafenbergu. Godziny bowiem mijały - i zdawało się, że Lannes walczy sam i zyska niepodzielną sławę, wojsk zaś Neya nie było. O dziesiątej rano Ney już nie mógł wytrzymać dłużej męki oczekiwania. Znalazł wreszcie we mgle oddział Colberta i na jego czele pośpieszył na linię walczących. Ale rudy marszałek był tak niecierpliwy, że zamiast dokładnie przeczytać rozkaz, jak rozjuszony byk rzucił się tam, gdzie wrzała najbliższa walka. Znalazł się na lewym skrzydle Lannes'a, pomiędzy nim i Augereau, a nie tam, gdzie być był powinien, w przerwie pomiędzy Lannes'em a Soultem. Dalej było jeszcze gorzej, nie tylko bowiem z garścią swoich żołnierzy zaatakował wroga w złym miejscu, lecz i zapędził się zbyt daleko. Nagle mgła się rozwiała i o strzał muszkietu zobaczył przed sobą zwarte szeregi pruskiej piechoty.
   "Nawarzyliśmy piwa" - powiedział Ney do Colberta wzruszając ramionami - "musimy je wypić". Dwaj kawalerzyści poprowadzili desperacką szarżę i udało im się przebić przez zastępy wrogów. Tymczasem główny korpus Neya przybył z Jeny i nie mógł znaleźć swego dowódcy. Dopiero po kilku godzinach jednemu z adiutantów przyszło do głowy szukać Neya tam, gdzie powinni go byli szukać od razu, to znaczy na linii walki.
   O pierwszej po południu Soult na prawym skrzydle obszedł lewe skrzydło Prusaków, piechota Neya była już na swoim stanowisku, kawaleria Murata stała za gwardią, Augereau z łatwością utrzymywał Niemców na lewym skrzydle. Według wyrażenia Napoleona "bitwa dojrzała". Cała linia francuska zaczęła przeć naprzód, w dwie godziny później, około trzeciej po południu, nie było już pruskich batalionów na polu walki i Murat rozpoczął pościg. Ale plan Napoleona rozbicia Prusaków nie polegał jedynie na zaatakowaniu ich na wąskim odcinku frontu pod Jena. Napoleon chciał nie tylko pobić armię pruską, lecz zniweczyć ją zupełnie. W planie jego leżało, aby w czasie, gdy toczyła się bitwa pod Jena, korpus Bernadotte'a obszedł przez Dornburg lewe skrzydło Prusaków, Davout zaś miał zrobić jeszcze większy łuk i przez Naumburg zająć Prusakom tyły. W ten sposób nieprzyjaciel rozbity na Landgrafenbergu miałby do czynienia z 50 000 świeżego żołnierza na swym lewym skrzydle i tyłach. Ostatni rozkaz wysłany przez Napoleona Davoutowi brzmiał: "Idź przez Naumburg. Jeśli Bernadotte jest z tobą, możecie iść razem, lecz sądzę, że on już zajął pozycję w Dornburgu". Bernadotte był istotnie z Davoutem i widział ten rozkaz, lecz postanowił trzymać się swego poprzedniego rozkazu i iść do Dornburga. Pod jednym jednak względem Napoleon się mylił. Gdy po bitwie pod Jena zasiadł, jako wzorowy małżonek, do pisania listu do Józefiny i donosił jej o odniesionym nad Prusakami zwycięstwie, zupełnie nie przeczuwał, że wcale nie miał do czynienia z głównymi siłami pruskimi.

Źródło: A. G. Macdonell, Napoleon i jego marszałkowie