Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Kampania 1800

Opublikowano w Kampanie 1792-1815

Moje szlachectwo bierze się od Marengo.

Napoleon Bonaparte

Napoleon obejmuje władzę we Francji
(9-10 listopada 1799 r.)

19 Brumaire'a   Bonaparte wyjeżdżał z Egiptu z niezłomnym postanowieniem obalenia niepopularnego Dyrektoriatu i ujęcia steru władzy w swoje ręce. Był to plan bardzo ryzykowny. Targnięcie się na republikę, "postawienie kropki nad rewolucją", było przedsięwzięciem niebezpiecznym nawet dla tego, kto miał za sobą zdobycie Tulonu, kampanię włoską i podbój Egiptu. Rankiem 8 października 1799 roku wielka gra rozpoczęła.
Sytuację we Francji jesienią 1799 roku można scharakteryzować następująco. Klasy posiadające uważały Dyrektoriat za instytucję zbyteczną, wręcz szkodliwą dla ich interesów, natomiast miasta i wsie oceniały władzę panującą jako przedstawiciela reżimu skorumpowanych spekulantów i karierowiczów. Sytuacja w armii też nie było wesoła. Tam ocena rządu była jednoznaczna - to banda podejrzanych osobników, która pozostawia francuskich żołnierzy bez chleba i butów i którzy w ciągu kilku miesięcy utracili to, co w swoim czasie zdobył dla Republiki gen. Napoleon Bonaparte. Coraz częściej przez żołnierskie usta przewijało się nazwisko generała. Grunt dla wojskowej dyktatury był przygotowany.
Po dwóch latach rządów okazało się, że Dyrektoriat stracił społeczne poparcie. Masy francuskiego społeczeństwa były nadmiernie uciskane podatkami, natomiast burżuazja czuła się mocno zaniepokojona nie tylko klęskami Francji w toczącej się wojnie z drugą koalicją, ale także aktywnością opozycji rojalistycznej i jakobińskiej. Potrzebny był ktoś, generał - dyktator, kto zakończy wojnę, poskromi monarchistyczną opozycję, ale i utrzyma silną ręką ówczesny ustrój społeczny dający przewagę burżuazji. Kto mógł być takim dyktatorem? Każdy, tylko nie Burbon.
I oto, gdy sytuacja do rządowego przewrotu dojrzała, do Paryża dotarła informacja, że 9 października 1799 roku do portu we Frejus przybył gen. Napoleon Bonaparte. W drodze do Paryża Bonaparte napotykał wiwatujące na jego cześć tłumy, co utwierdzało go w przekonaniu, że jeśli podejmie próbę przejęcia władzy, spotka się z poparciem Francuzów. Ci, bowiem widzieli w generale gwaranta powrotu "dni chwały" z okresu pierwszej kampanii włoskiej.
W dniu 16 października Napoleon wkroczył do Paryża. Jeszcze tylko trzy tygodnie życia pozostały Dyrektoriatowi, czego ten nie był w ogóle świadomy. Nikt nie domyślał się, że ostateczna rozgrywka o władzę jest tak bliska, że od wojskowej dyktatury pozostały nie tygodnie, lecz dni.
Dla Bonapartego najważniejsza w tych dniach była reakcja stolicy. 20-tysięczny garnizon paryski z entuzjazmem powitał zdobywcę Egiptu i pogromcę armii Mameluków i Turków. W kręgach elit politycznych także panował nastrój niechęci do nieudolnego Dyrektoriatu, a jeszcze bardziej obawa przed fermentem na przedmieściach. Sam generał robił, co w jego mocy, by zbyt szybko nie "pokazać pazurów". Pozornie pozostawał na uboczu, podczas gdy jego zwolennicy szybko pozyskiwali kolejnych sojuszników i sympatyków.
Przyszli poddani uważali swojego przyszłego pana za przypadkowe i wygodne narzędzie do "zrobienia porządku". Paryska finansjera udzielała mu niezbędnej pomoc finansowej. Bonaparte doskonale odegrał rolę człowieka szczerego, prostodusznego, a nawet naiwnego. Wiedział przecież doskonale, że były to ostatnie dni, kiedy mogli z nim rozmawiać jak równy z równym, chodziło tylko o to, aby się tego nie domyślali.
Jak na polu bitwy, tak i w gabinecie Napoleon był zawsze głównodowodzącym. Z niezwykłą zręcznością pokierował przygotowaniami w taki sposób, że nie tylko francuscy żołnierze, ale i mieszkańcy Paryża w pierwszej chwili po przewrocie rządowym byli przekonani, że jest to zwrot w lewo, zwrot który ocalił republikę przed monarchistami.
Zamach stanu, który dał Napoleonowi nieograniczoną władzę we Francji, nazywa się zwykle w skrócie przewrotem 18 brumaire'a (9 listopada), chociaż dzień ten był dopiero początkiem. Decydujące wydarzenia rozegrały się 19 brumaire'a, czyli 10 listopada 1799 roku.
O świcie 9 listopada cała skrupulatnie przygotowana machina Bonapartego ruszyła "z kopyta". Na początek Rada Starszych postanowiła oddać komendę na garnizonem paryskim w ręce generała Napoleona Bonapartego. Powód? Rzekomy spisek jakobiński mający obalić republikę. Co ciekawe, na poranne obrady nie "zaproszono" deputowanych będących w opozycji do Bonapartego. Po prostu "zapomniano" ich o posiedzeniu rady poinformować. Nominacja została natychmiast dostarczona Napoleonowi, który rychło przybył do Tuileries, aby złożyć przysięgę na wierność konstytucji. Teraz podlegały mu wszystkie regimenty stacjonujące w stolicy i teoretycznie był odpowiedzialny za... bezpieczeństwo rządu, który chciał zlikwidować. Prawie równocześnie Dyrektoriat przestał istnieć - na "prośbę" Bonapartego. Następnego dnia spotkały się oba ciała prawodawcze - Rada Starszych i Rada Pięciuset. Początkowo obie były przeciwne zmianie ustroju politycznego. Jednak przewodniczący tej ostatniej... Lucjan Bonaparte wezwał oddanego bratu gen. Joachima Murata, który na czele plutonu grenadierów z nastawionymi bagnetami wkroczył na salę obrad i... rozpędził Radę Pięciuset. Przybita tym Rada Starszych nie oponowała już, lecz czym prędzej powołała nową komisję rządzącą obejmująca trzech konsulów - Emmanuela Sieyesa, Pierre Ducos i Napoleon Bonaparte. Trzech konsulów było pomysłem samego Bonapartego. Nie chciał on jeszcze w tym czasie zostać formalnie jedynym władcą republiki, lecz już wtedy wiedział, że konsulat będzie jego dyktaturą, i z nikim nie będzie dzielił się zdobytą władzą. Już 11 listopada Napoleon został mianowany pierwszym konsulem, zaś trzy lata później konsulem dożywotnim. Francja leżała u stóp generała.
W ten sposób rewolucja francuska po 10 latach dobiegła końca. Zatoczyła pełne koło. Francja, poprzez obaloną monarchię, a potem republikę powróciła z powrotem do monarchii. Ukoronowaniem tego będzie ogłoszenie cesarstwa przez Napoleona pięć lat później, w grudniu 1804 roku.

Nowa wojna o Włochy

Plany wojenne Austrii

Napoleon na Przełęczy św. Bernarda

  Konsekwencje wydarzeń listopadowych nie mogły dotyczyć tylko samej Francji. Doskonale były tego świadome te dwory europejskie, które uwikłane były w wojnę z Republiką Francuską po stronie drugiej koalicji. Teraz było niemal pewne, że Bonaparte po zdobyciu pełnej władzy w państwie wystąpi z polityką zwrotu tych prowincji, które kilka lat temu pozwoliły stworzyć podstawy jego potęgi. Chodziło tu o Włochy. Niebezpieczeństwo nowej wojny - jesienią 1799 roku - ponownie zawisło nad Europą.
Na początek pierwszy konsul spróbował wysondować dyplomatycznie postawę Austrii - odda Italię po dobroci, czy będzie ją trzeba do tego zmusić? Rząd francuski stwierdził przy tym, że podstawą rozmów o pokoju jest przyjęcie postanowień z Campo Formio sprzed trzech lat. Wiedeń nie chciał na to przystać. Dla niego jedynym rozwiązaniem jest przyjęcie stanu posiadania przez obie strony ustalonego po kampanii Suworowa w Italii w 1799 roku. A więc całe północne Włochy miało pozostać przy Austrii. To było nie do przyjęcia przez Francję, a to oznaczało, że polubowne zakończenie konfliktu jest niemożliwe. O to też chodziło rządowi w Wiedniu. Biorąc po uwagę, że Anglia już od kilku lat wypłacała Austrii corocznie około 180 mln franków na zaspokojenie bieżących potrzeb wojskowych, materialne przygotowanie kampanii 1800 roku zostało ukończone. Cesarstwo Habsburskie gorączkowo przygotowywało się do wojny.
Na początku maja 1800 roku Austria zmobilizowała na froncie blisko 300-tysięczną armię. W Niemczech została ześrodkowana 150-tysięczna (w tym 26 tys. doborowej konnicy i 300 armat) Armia Niemiec pod rozkazami gen. Paula Kraya (jednak około 30 tysięcy żołnierzy było zamkniętych w twierdzach rozrzuconych wzdłuż Renu). Druga z cesarskich armii - Włoska - pod dowództwem gen. Michaela Melasa w sile 120 tys. piechoty i konnicy stała w Lombardii w północnej Italii. Ta ostatnia podzielona była na dwie mniejsze armie polowe - 50-tysięczną gen. Kaima w Piemoncie, pilnując dróg ze Szwajcarii do Włoch i 70-tysięczne siły główne Melasa w pobliżu wąwozów apenińskich.
Atutem cesarskiej armii był fakt, że była ona już skoncentrowana na rubieżach wyjściowych do przyszłej kampanii. Odpadała więc konieczność dokonywania męczących przemarszów, które w warunkach prymitywnej komunikacji, niejednokrotnie doprowadzały do rozpraszania się armii europejskich.
Plan kwatery głównej w Wiedniu był następujący. Armia Niemiec miała pełnić funkcję strażnika na linii Renu, zaś główną ofensywę tej kampanii zarezerwowano dla Armii Włoskiej. Po zablokowaniu Genui i jej ewentualnym zdobyciu, armia Melasa miała przekroczyć Apeniny i dotrzeć do Tulonu w południowej Francji. Austriacki sztab przewidywał, że z chwilą przeniesienia kampanii do Prowansji, Bonaparte pozostawi front nad Renem i uda się pospiesznie do południowych departamentów Francji. Po jego nieobecność do ofensywy miała przejść armia Kraya. Gdyby obie operacje powiodły się, pozostająca pod panowaniem francuskim Szwajcaria, po wzięciu jej w kleszcze dwóch cesarskich armii, skazana byłaby na upadek; bez konieczności uciążliwego zdobywania tej alpejskiej twierdzy (pamiętne były tu przykre doświadczenia ubiegłorocznej kampanii w tych górzystym kraju).
Na pierwszy rzut oka plany Wiednia wydawały się jasne, logiczne i możliwe do przeprowadzenia. Ale tylko na pozór. Główny błąd w rozumowaniu tkwił w oczywistym niedocenieniu faktu posiadania przez Francje Szwajcarii. Kraj Honwedów dawał bowiem Napoleonowi wybór: uderzyć przez nią w bok armii Kraya nad Renem, bądź na tyły armii Melasa w Italii. Mówiąc inaczej. Dopóki Szwajcaria znajdowała się pod panowaniem Francji, żaden plan Austrii nie mógł się powieść.
Austriaccy generałowie uważali jednak inaczej. Sądzili, że francuska Armia Renu nie jest w stanie podjąć jakiejkolwiek próby ofensywy na Niemcy mając za rywala taką potęgę jak 150-tysięczną armię Kraya. Po drugie, sztab cesarski absolutnie wykluczał możliwość forsowania przełęczy alpejskich w porze głębokich śniegów i dokonania tym samym dywersji na północnych Włoszech. I po trzecie - najważniejsze - wywiad austriacki wiedział, że zimą 1800 roku Francja poza Armiami Renu i Liguryjską nie ma żadnych innych. 300 tysięcy Austriaków stało przeciwko przeciwko niecałym 250 tysiącom Francuzów. Tak więc Wiedeń był przekonany, że Francja nie ma dość sił by w ogóle myśleć o ofensywie i jedyne na co będzie ją stać to pasywna obrona stanu posiadania.

 

Plany wojenne Bonapartego

  Kiedy 8 maja 1800 roku pierwszy konsul po raz pierwszy od objęcia władzy wyjeżdżał z Paryża na front był świadomy jednej rzeczy. Dalszy los jego dyktatury uzależniony jest od wyniku nowej kampanii przeciwko Austrii. Albo odbierze Austriakom północne Włochy, albo druga koalicja stanie u granic Francji. A to będzie koniec jego kariery.
Napoleon rzadko kiedy przygotowywał szczegółowy plan kampanii wojennej. Nakreślał tylko najważniejsze jej punkty: konkretne cele, chronologiczną (oczywiście przybliżoną) kolejność, której należy się trzymać oraz drogi, którymi będzie kroczyć jego armia. Wojenne troski pochłaniały go całkowicie dopiero w czasie kampanii, kiedy co dzień, a nawet co godzinę wydawał nowe rozkazy, licząc się nie tylko z nakreślonym z góry planem, ale i konkretną sytuacją na froncie, a przede wszystkim z napływającymi regularnie informacjami o ruchach rywala. Napoleon miał zasadę, od której nigdy nie odstępował. Nigdy nie uważał przeciwnika za głupszego od siebie, chyba że sam się o tym przekonał. Liczył się też za każdym razem z tym, że rywal w różnych okolicznościach może postąpić tak, jak postąpiłby on sam na jego miejscu.
Tym razem los mu sprzyjał. Car Rosji Paweł I wycofał się z drugiej koalicji. Tym samym niepokonany gen. Aleksander Suworow pozostawił Italię w rękach swoich nielojalnych austriackich sojuszników. Fakt ten był dla Napoleona bardzo istotny. "Armia baranów, którą prowadzi lew, jest dużo silniejsza od bandy lwów, prowadzonej przez barana" - mawiał później Bonaparte. Rywalem pierwszego konsula był teraz austriacki generał Michael Melas, generał średniej klasy, dokładny wykonawca rozkazów, jeden z tych gorliwych sztabowców, których Napoleon gromił przed i po kampaniach włoskich i którzy po każdej klęsce twierdzili, że zostali pobici "nie według reguł sztuki wojennej".
Tymczasem Napoleon zgodnie ze swoim dogmatem postępował tak, jak gdyby Melas był Napoleonem, gdy tymczasem Melas postępował tak, jak gdyby Napoleon był Melasem.
Jak na wiosnę 1800 roku wyglądała sytuacja na froncie? Francja rzeczywiście miała tylko dwie armie polowe. Główna Armia Renu, 130-tysięczna pod komendą gen. Jean Moreau stała na linii Renu. Należałby jednak odjąć od niej równowartość 30-tysięcznego korpusu rozproszonego w twierdzach nadreńskich. Tak więc w polu Moreau rozporządzał tylko 87 tys. piechoty, 13 tys. konnicy i 116 armatami. Podzielona ona była na cztery korpusy - gen. Claude Lecourbe (25 tys.), Jean Moreau (30 tys.), Laurent Gouvion Saint - Cyr (25 tys.) i Gilles Saint - Suzanne (20 tys.).
W Italii gen. Andre Massena z 47-tysięczną Armią Liguryjską skoncentrował się w okolicach Genui w ramach trzech korpusów - gen. Nicolas Soult (18 tys. żołnierzy w trzech dywizjach), gen. Louis Suchet (13 tys. żołnierzy w trzech dywizjach) i gen. Marie de Garambouville (6 tys. żołnierzy w dwóch dywizjach). Do tego dochodziły jeszcze trzy odwodowe dywizje kawalerii (10 tys. szabel).
W ostatnich dniach zimy 1800 roku we Francji rozpoczęto formowanie pod Dijon nowej armii, tzw. Armii Odwodowej, nazywanej również Rezerwową. Tworzyły ją cztery korpusy - armijny gen. Jean Lannes, Philippe Duhesme i Claude'a Victora oraz konny gen. Joachima Murata - w sumie siedem dywizji piechoty i cztery brygady kawalerii. Dawało to w sumie 42 tysiące piechoty i konnicy oraz 42 armaty. Oficjalnie dowódcą armii był gen. Alexander Berthier, dotychczasowy minister wojny, jednak w rzeczywistości komenda nad armią znajdowała się bezpośrednio w rękach pierwszego konsula.
Plan Napoleona rozegrania nowej kampanii był następujący. Z dwóch granic, na których miała wybuchnąć wojna - z Niemcami i z Włochami - ta pierwsza była frontem głównym, druga natomiast drugorzędnym. Dlaczego? Gdyby armia Moreau została pobita nad Renem, zaś we Włoszech armia Masseny pobiłaby Melasę, to i tak Austriacy mogliby uderzyć na Alzację lub Belgię i stamtąd rozwinąć generalną ofensywę w głąb Francji. W tym czasie armia francuska byłaby pozbawiona pola manewru. Austriaków nie miałby kto zatrzymać. Gdyby natomiast sytuacja się odwróciła i na froncie reńskim zostałaby pobita armia Kraya, zaś Massena doznałby klęski w Italii, to można by się co najwyżej obawiać utraty Genui, inwazji austriackiej w Prowansji i oblężenia Tulonu. Lecz wtedy odwody francuskie schodzące z Szwajcarii w dolinę Padu mogłyby zatrzymać Austriaków w północnych Włoszech i południowej Francji.
Na powyższych rozważaniach Napoleon podparł plan rozegrania kampanii 1800 roku. Decydującą rolę w niej miała odegrać nowo utworzona Armia Odwodowa. Ona miała doprowadzić do rozstrzygnięcia. Na początek Armia Renu miała skoncentrować się w jedną pięść uderzeniową i na dany sygnał przekroczyć Ren, wymierzając silny cios prosto na tyły armii Kraya, odrzucając jej rozproszone dywizje w głąb Rzeszy. Gdy siła ofensywna austriackiej Armii Niemiec uległaby stępieniu przyszłaby kolej na Armię Odwodową, która przez przełęcze alpejskie przedostałaby się do północnych Włoch i przecięła komunikacje armii Melasa z tyłami frontu. Ten plan, jako zbyt ryzykowny, natrafił na sprzeciw gen. Jean Moreau. Bonaparte musiał trochę ustąpić, gdyż Moreau był po nim drugim najbardziej popularnym generałem we francuskiej armii. Korekta planu polegała na tym, że Moreau dostał wolną rękę w sposobie przeprowadzenia kampanii nad Renem. Miał on jednak bezwzględnie odepchnąć armię Kraya do Bawarii i przeciąć jego połączenia z Włochami. Dopiero wtedy Armia Odwodowa miała ruszyć alpejskimi drogami ku Lombardii, by uderzyć na tyły armii Melasa zwróconej frontem ku armii Masseny. Ta z kolei miała ściągnąć na siebie jak największą uwagę Austriaków, aż do czasu ofensywy Moreau w Niemczech i nadejścia odsieczy z strony Bonapartego.
Niestety, Massena z braku czasu nie zdążył w porę skoncentrować całej 47-tysięcznej armii pod Genuą. Sporą jej część pozostawił bowiem w Alpach dla osłony. Na Riwierze rozporządzał tylko 31-tysięczną armią w dwóch korpusach - gen. Nicolasa Soulta pod Genuą i Savoną oraz gen. Louisa Sucheta osłaniającego komunikację z kierunku Nicei i Prowansji. Na tak rozproszoną Armię Liguryjską, 5 kwietnia 1800 roku spadła ofensywa 75-tysięcznej armii Melasa. Nowa wojna o Włochy rozpoczęła się.

Pierwsze potyczki. Oblężenie Genui
(6 kwietnia - 4 czerwca 1800 roku)

  Chociaż Austriacy mieli prawie 2,5-krotną przewagę liczebną ich korpusy były rozproszone praktycznie po całej Lombardii na linii Apeninów. Pod bezpośrednią komendą Melasa stała tylko 50-tysięczna armia. Dodatkowo w Piemoncie i u podnóży przełęczy alpejskich stały dwa korpusy osłonowe - gen. Kaima i Philippe'a Wukassowitcha (w sumie około 25 tys. żołnierzy). Drugie tyle obsadzało twierdze rozrzucone po północnych Włoszech. W stronę Genui zostały skierowane kolejne dwa korpusy pod rozkazami gen. Petera Otta (15 tys.) i księcia Hohenzollerna (10 tys.). Dla sztabu Masseny we Włoszech plany austriackiej ofensywy były jasne - przełamanie frontu w samym jego centrum i odizolowanie korpusów Sucheta i Soulta. W efekcie na całej linii od Genui do rzeki Bormidy rozgorzały zaciekłe walki przypominające natężeniem te z ostatniej kampanii włoskiej (1796-1797). Suchet bronił się w krwawych potyczkach pod Rocca - Barbene, Melogu i Saint - Jacques, zaś Soult stawiał ofiarnie czoła pod Montelegino, Cadiobone i Savony. Przewaga Austriaków była jednak zbyt duża. Front w końcu nie wytrzymał. To, czego tak obawiał się Bonaparte stało się faktem.
Suchet został odepchnięty ku Nicei, zaś Soult musiał przebijać się do Genui. Miasto obsadził teraz ponad 18-tysięczny korpus pod rozkazami gen. Andre Masseny i Nicolasa Soulta. Obaj generałowie mieli związać siły główne armii Melasa do czasu, aż Napoleon przekroczy Alpy i znajdzie się na tyłach Austriaków. Problemem było jednak niedostateczna sytuacja aprowizacyjna armii. Massena świadomy tego postanowił przejąć inicjatywę. Plan polegał na odepchnięciu Austriaków za Apenin Liguryjski i połączeniu się z korpusem Sucheta. To pozwoliłoby zmniejszyć nacisk na Genuę oraz dałoby możliwość lepszego przygotowania miasta do oblężenia. Połączenie się zaś z Suchetem odtworzyłoby przerwany front.
Pierwszą częścią planu pokierował osobiście Massena. 7 kwietnia wyprowadził poza mury miasta dwie kolumny piechoty, która błyskawicznym uderzeniem z różnych stron odrzuciła zaskoczone forpoczty austriackie z powrotem w doliny. Drugą część planu miał poprowadzić Soult z dwoma dywizjami piechoty. Miał on wyjść na spotkanie Sucheta pod Savoną.
Plan Masseny był prosty i brawurowy zarazem. Przewidywał on wymarsz z Genui dwóch kolumn piechoty, które maszerując osobno miały sprowokować Austriaków do podobnego manewru. Wtedy dywizje Masseny i Soulta miały się nagle połączyć, uzyskując liczebną przewagę pozwalająca na rozbicie rozproszonych kolumn austriackich. Operacja ruszyła 9 kwietnia.
Początkowo wszystko potwierdzało rachuby Masseny. Rzeczywiście Melas podzielił korpus Otta na cztery kolumny, z których trzy ruszyły ku korpusowi Soulta, zaś czwarta skierowała się w stronę Masseny. Siły stron kształtowały się jak 4:1 na korzyść armii cesarskiej.
Do pierwszej potyczki doszło pod Aqua - Santa. Choć Soult pobił Austriaków, to jednak zajęło mu to dobrych parę godzin, a to oznaczało bezpowrotną stratę czasu do spotkania z Masseną. Okoliczność ta spowodowała fiasko całej operacji i w efekcie odwrót z powrotem ku Genui. Po kilku dniach wypełnionych drobnymi, choć zaciętymi potyczkami z następującymi na pięty Austriakami obie dywizje francuskie powróciły do miasta. Jedynym, aczkolwiek niebagatelnym sukcesem było około 4 tys. austriackich jeńców. W przyszłości mieli oni odegrać niemałą rolę w rozmowach pokojowych.
Parę najbliższych dni Francuzi wykorzystali na ściąganie prowiantu z okolicznych miasteczek. Dało to żywności na okres 2 tygodnie. Z dniem 19 kwietnia Austriacy ponownie zamknęli pierścień oblężenia. Massena rozporządzał w mieście najwyżej 15-tysięcznym korpusem. Kolejnych kilka tysięcy żołnierzy francuskich przebywało w lazaretach. Miasto zostało odcięte od strony lądu przez 24-tysięczny korpus austriacki gen. Petera Otta, zaś od morza przez angielską eskadrę adm. George Keitha.
Tymczasem Suchet odepchnięty przez Melasa ku Nicei nie był w stanie utrzymać miasta. Austriacy byli po postu szybsi. Maszerując wierzchołkami Alp Nadmorskich wyprzedzili Francuzów, a następnie oskrzydlili. Odwrót był jedynym wyjściem. Na szczęście "odskok" nie był zbyt głęboki. Suchet sprawnie obsadził nową linię obrony na prawym brzegu rzeki Var na całej długości od Morza Liguryjskiego aż do Alp Liguryjskich. Utrzymanie dwóch potężnych twierdz - Montalban i Vintimile - blokujących dalszą, jedyną drogę na zachód, pozwoliło na stabilizację frontu. Dalej Austriacy już się nie posunęli. Front zastygł, zaś aktywność stron ograniczyła się do walk pozycyjnych.
Co prawda Massena deklarował, że utrzyma miasto do ostatniego naboju, jednak to nie brak amunicji stanowił problem, tylko pogarszająca się z dnia na dzień sytuacja żywnościowa. W ciągu kolejnych dwóch tygodni uciążliwych potyczek pod murami miasta ponad 3 tysiące żołnierzy francuskich wylądowało w lazaretach z powodu problemów żołądkowych.
Najcięższy szturm Genua przeżyła 30 kwietnia. Poprzedziła go zmasowana nawała ogniowa austriackiej artylerii wszystkich możliwych kalibrów i ze wszystkich stron. Nawet z morza, gdzie kanonierki artyleryjskie podpłynęły niemal pod same tamy wzbraniające dostępu do portu. Mordercza lawina ognia i stali spadła szczególnie na wzgórze Dwóch Braci, gdzie Francuzi zbudowali dwa duże szańce - Diament i Ostroga. Następnie korpus Otta ruszył do natarcia. Szturm poprowadził hrabia Hohenzollern. Dysponując liczebną przewagą, po krótkiej, lecz zaciekłej wymianie ognia, piechota austriacka zdobyli dużą część wzgórza, jednak nie byli w stanie dobić się do wrót obu szańców. Sukces szturmu był zatem tylko częściowy.
Po sąsiedzku sytuacja przedstawiała się nieco gorzej. Austriacy, po zablokowaniu szańca Richelieu, zdobyli szturmem izolowany i niewykończony jeszcze szaniec Quazzi.
Massena postanowił czym prędzej odbić wzgórze Dwóch Braci i szaniec Quazzi, by przywrócić ciągłość linii obrony. Czołowe natarcie części dywizji gen. Arnauda na Quazzi nie dało efektu. Francuscy grenadierzy zostali zdziesiątkowani zaporowym ogniem karabinowym austriackiej piechoty. W krytycznym momencie z odsieczą przybył sam Massena z dwoma batalionami, które natychmiast rzucił do szturmu na boki szańca. Bitwa rozgorzała z nową siłą. Nagle salwy ucichły. Francuzi i Austriacy stali teraz zbyt blisko siebie, by mogli prowadzić normalny ogień karabinowy. W ruch poszły pięści, bagnety i kamienie. Karabiny pełniły rolę maczugi, a rany nią zadawane były dużo groźniejsze od postrzałowych. W końcu furia nacierających przeważyła nad uporem obrońców. Austriacy oddali szaniec, wypełniony teraz zwałami ciał obu stron.
Korzystając z chwili Massena wydał rozkaz natychmiastowego szturmu na wzgórze Dwóch Braci. Gen. Spital z jedną półbrygadą bez wahania poderwał grenadierów do natarcia. Upadek Quazzi musiał jednak odbić się psychicznie na morale Austriaków, gdyż tym razem szturm nie był tak długotrwały i tak zacięty. Wzgórze powróciło w ręce Francuzów, którzy odbili wszystko co utracili tego dnia.
Całodzienny wysiłek armii Otta poszedł na marne. Powrócił tam, skąd ruszał nad ranem. Bilans dnia był dla Austriaków niewesoły - około 4 tys. żołnierzy, w tym 2,4 tys. poległych i rannych.
W sumie od 5 kwietnia Melas utracił pod Genuą równowartość 15-tysięcznego korpusu, co dowodziło, że Armia Liguryjska spełniła rozkaz Bonapartego - zaabsorbowała siły austriackie w Lombardii.
5 maja do Genui dotarł ostatni transport żywności z zewnątrz. Dało to chleba na kilka najbliższych dni.
Już do końca oblężenia Austriacy nie powtórzyli szturmu z taką zaciętością i zaangażowaniem jak 30 kwietnia. Trwała natomiast niezmiennie tzw. mała wojna pod murami miasta - pojedynki artyleryjskie między obu stronami. Ożywienie przyszło z 10 maja. Tego dnia baterie austriackie zagrzmiały z podwójną mocą. Po ustaniu kanonady Ott przesłał Massenie informację o porażce Sucheta nad Varem, jednak ten nie dał się podejść. W odpowiedzi, jeszcze tego samego dnia z Genui wymaszerowały dwie kolumny piechoty. Pierwsza pod komendą Soulta przebyła w bród rzeczkę Bisagno i oskrzydliła wioskę Monte Ratti. Druga kolumna z gen. Miollisem uderzyła od czoła. Kompletnie zaskoczeni Austriacy podali tyły, pozostawiając na pobojowisku kilkuset poległych oraz 1,5 tys. jeńców. Był to jednak szczyt powodzenia obrońców.
Armia Masseny wykruszała się z każdym dniem. Coraz bardziej doskwierał głód. Aby naruszyć pierścień okrążenia 13 maja Massena postanowił uderzyć na Monte Creto. Lecz świadomy jej roli gen. Peter Ott odpowiednio przygotował się na taką ewentualność. Początkowo wygłodzona piechota francuska z desperacją parła naprzód. Z pomocą Austriakom przyszła jednak... pogoda. Parogodzinna burza z ulewnym deszczem "utopiła" francuskie natarcie. Ott czym prędzej przerzucił posiłki, które poczęły teraz spychać Francuzów w doliny u podnóża Monte Creto. W tym momencie ruszył z odsieczą Soult prowadzący 3. półbrygadę piechoty. Przez moment losy bitwy zawisły na włosku. Lecz nagle o jej wyniku przesądził przypadek. Bijąc się w pierwszej linii, Soult został trafiony kulą karabinową, która strzaskała mu nogę. Następująca piechota austriacka nie pozwoliła podkomendnym generała unieść do z pola bitwy. Tym samym zastępca Masseny i faktyczny wykonawca jego rozkazów dostał się do austriackiej niewoli.
13 maja przyniósł kres dalszym rajdom poza mury miasta. Najgorsze przyszło jednak 20 maja. Tego dnia skończyła się żywność. Nie pozostało już nic. Od tego momentu jedynym ratunkiem stała się szybka odsiecz Napoleona. Tylko nadzieja na nią sprawiała, że Francuzi odrzucali kolejne propozycje poddania miasta.
Tymczasem marsz Bonapartego spowolnił fort Bard. Nie mogąc się doczekać odsieczy pierwszego konsula, z dniem 1 czerwca Massena rozpoczął negocjacje z Austriakami, a trzy dni później został podpisany traktat kapitulacyjny. Co ciekawe, stało się to w momencie, gdy gen. Peter Ott, naglony przez Melasa, szykował się już do zwinięcia oblężenia.
Po 20 maja sytuacja żywnościowa w mieście stała się tragiczna. Po zjedzeniu resztki koni, poczęto żywić się szczurami. Szpitale poczęły wypełniać się chorymi na dyzenterię. Mieszkańcy umierali na ulicach. Zmarły prawie wszystkie małe dzieci. Dodatkowy problem stanowiło kilka tysięcy jeńców austriackich, którzy dostali się do niewoli w czasie walk kwietniowych. Massena zaproponował Ottowi, by ten dostarczył im prowiant. Austriacki generał odrzucił jednak tę propozycję. Bynajmniej nie z braku wiary w zgodne z umowa przeznaczenie żywności. W jego planie tych kilka tysięcy dodatkowych gardeł do wyżywienia przyspieszało tylko wygłodzenie Genui i jej kapitulację. W obawie przed buntem jeńców austriackich, przeżywających straszliwe męki spowodowane głodem, Massena polecił umieścić ich na starych barkach zacumowanych w porcie, a następnie wycelowanie w nich jednej baterii, by powstrzymać umierających przed aktami rozpaczy.
W takich okolicznościach Massena nie miał innego wyjścia. Tak jemu, jak i Austriakom zależało na szybkim podpisaniu umowy kapitulacyjnej. Massenie, którego armia umierała masowo z głodu i Ottowi, który odebrał już rozkaz ze sztabu Melasa o pociągnięciu na nowe miejsce koncentracji. Massena w zamian za poddanie twierdzy, domagał się zgody na swobodny przemarsz z bronią i taborami przez linie austriackie, ostrzegając Otta, że jeśli ten nie zgodzi, wtedy Francuzi przebiją się a miasta siłą. Przeciągające się rozmowy spowodowały, że Ott zmiękł. Wyraził ostatecznie zgodę na wszystko. Ponadto udzielił gwarancji, że roztoczy opiekę medyczną na 4 tysiącami rannych i chorych żołnierzy francuskich. Stosowny dokument został podpisany wieczorem 4 czerwca.
Od rana 5 czerwca resztki Armii Liguryjskiej poczęły opuszczać miasto. Z 18 tysięcy żołnierzy, jaki Massena rozporządzał 6 kwietnia, pozostało mu tylko 8 tysięcy oraz 20 armat. Spośród nich zaledwie 1,5 tys. było zdrowych, reszta chorowała na tyfus. 6 tysięcy żołnierzy poległo lub zmarło z głodu. Z kolei Austriacy pozostawili pod murami miasta około 18 tysięcy poległych, rannych i jeńców.
Tymczasem Ott, po obsadzeniu Genui kilkoma tysiącami ozdrowieńców, czym prędzej ruszył ku Alessandrii. W jego ślady poszedł gen. Elsnitz znad linii rzeki Var, gdzie od kilku tygodni zmagał się z Suchetem. Ten jednak nie pozwolił Austriakom na spokojny odwrót. Po forsownym marszu z 12-tysięcznym korpusem wyprzedził kolumny Elsnitza i zagrodził im drogę w wąwozie Tende. Austriacy nie mieli ochoty na bitwę. Zbyt się spieszyli. Wybrali zatem okrężną, choć trudniejszą drogę przez góry. Po paru dniach przedzierania się górskimi drogami, pośród ustawicznych potyczek z forpocztami Sucheta, Elsnitz przybył na miejsce koncentracji armii w dniu 6 czerwca. Przyprowadził ze sobą tylko 10-tysięczny korpus. Drugie tyle stracił nad Varem i podczas odwrotu.
7 czerwca w okolicach Savony doszło do spotkania Sucheta z Masseną. Po połączeniu z resztkami Armii Liguryjskiej obaj generałowie dysponowali około 20-tysięczną armią. Teoretycznie dużo, w rzeczywistości stan poszczególnych regimentów był opłakany. Morale nadszarpnięte, wyczerpanie fizyczne osiągnęło szczyt. Massena podzielał rozgoryczenie podkomendnych uważających, że Bonaparte ich poświęcił.
Długotrwała obrona Genui była czynem zaiste heroicznym, zaś Massena popisał się tutaj sporym talentem. W dodatku była to kapitulacja jak najbardziej honorowa, gdyż garnizon francuski mógł wymaszerować z miasta z pełnymi honorami, by następnie na linii rzeki Var połączyć się z siłami głównymi Armii Italii. Do przyjścia odsieczy ze strony Bonapartego zabrakło tylko kilku dni. Ten sukces austriackiego oręża obróciły w niwecz przejście Napoleona przez Alpy i wkroczenie jego armii na równiny Lombardii, wprost na tyły Melasa.

Napoleon przekracza Alpy (14-21 maja 1800 roku).
Fort Bard

Armia francuska przekracza Alpy   Ofensywa Melasa w Lombardii zaskoczyła Bonapartego. Nie spodziewał się jej bowiem o tej porze roku (wiosenne roztopy). Jej postępy, okrążenie Masseny w Genui i odepchnięcie Sucheta na linię rzeki Var postawiły przed pierwotnym plan duży znak zapytania. Wystarczy, aby Genua padła - co nie wydawało się niemożliwe - aby Austriacy odzyskali całkowitą swobodę manewru we Włoszech. A wtedy Melas mógł postanowić - czy uderzyć całą potęgą przez Alpy na południe Francji, czy też poczekać na nadejście Armii Odwodowej. Absolutna przewaga liczebna byłaby po jego stronie.
W tej sytuacji Napoleon, po raz trzeci i ostatni, zmienił plan operacyjny. Doceniając rolę czasu, wiedział iż nie może czekać aż Moreau nad Renem umożliwi Armii Odwodowej głęboki przemarsz przez Alpy. Postanowił więc, że natychmiast rozpocznie ona przeprawę przez alpejskie przełęcze, ześrodkuje się ponownie pod Mediolanem, a następnie stanie nieoczekiwanie na tyłach Austriaków blokujących Genuę. Pierwszy konsul musiał się spieszyć, gdyż Massena donosił mu, że wytrzyma najwyżej do 20 maja.
W pierwszych dniach maja forpoczty Armii Odwodowej były już w marszu, docierając do Szwajcarii, odbywając przemarsze głównie bocznymi drogami i w nocy. Jej prawdziwe oblicze było dla austriackiego wywiadu tajemnicą. Rozproszone kolumny francuskie, kierujące się na wschód, mogły uchodzić za posiłki dla Armii Renu, i tak też były traktowane przez Austriaków.
Napoleon wyjechał z Paryża 6 maja. Układając plan kampanii na mapie Bonaparte miał powiedzieć: "Biedny ten pan Melas, przejdzie przez Turyn, cofnie się do Alessandrii. Ja przeprawię się przez rzekę Pad, spotkam się z nim na drodze do Placencji i pobiję go tu, tu..." i położył znaczek imitujący miejsce zaplanowanej bitwy na wiosce San Giuliano, niedaleko której leży inna wioska - Marengo.
Alp miały zostać sforsowane czterema przełęczami. Najkrótszą, choć najtrudniejszą, Przełęczą Świętego Bernarda o wysokości prawie dwóch i pół kilometra miały ruszyć 40-tysięczne siły główne (35 tys. piechoty i 5 tys. konnicy) pod osobistą komendą pierwszego konsula. Przez biegnącą w pobliżu tzw. Małą Górę Świętego Bernarda ruszyła 6-tysięczna dywizja gen. Chabrana, zaś 4-tysięczna dywizja gen. Thurreau'a miała skierować się przez przełęcz Mount Cenis ku Turynowi, zaś 5-tysięczna dywizja gen. Bethencourta miała przekroczyć Alpy przez przełęcz Simplon. Około 55 tysięcy żołnierzy napoleońskich ruszyło teraz w morderczą drogę przez alpejskie przełęcze, tak jak słynny Hannibal dwa tysiące lat temu.
14 maja Napoleon wydał rozkaz do wymarszu. Jako pierwszy ruszył korpus gen. Jean Lannes. Nikogo lepszego Bonaparte nie mógł mianować na dowódcę forpoczty. Sześć półbrygad świetnie wyszkolonego i wyekwipowanego żołnierza torowało teraz drogę całek armii.
Trzaskający mróz, wierzchołki gór pokryte wiecznym śniegiem, zawrotne otchłanie między nogami, obsuwanie się skał, burze śnieżne, noclegi na lodzie - oto warunki w jakich armia Bonapartego miała maszerować przez okrągły tydzień. Gwoli sprawiedliwości rok temu drogą tą maszerowali Rosjanie Suworowa, w równie "miłych" warunkach.
Teraz spadały w przepaście nie słonie bojowe Hannibala, lecz armaty Napoleona. Szczególne problemy z przeprawą mieli francuscy kanonierzy, którzy musieli transportować artylerię w częściach - osobno lawety, osobno lufy. Nie sprawdziły się bowiem specjalne sanie na kółkach. Obciążone ciężarem, wykonywały na oblodzonych dróżkach trudne do przewidzenia manewry, w każdej chwili gotowe runąć w przepaść. Na szczęście, potrzeba jest matką wynalazku. W tym celu sporządzono improwizowane sanie z wydrążonych pni. W tych nietypowych "futerałach" odbywały one dalszą drogę przez alpejskie bezdroża. Niestety, nie znaleziono żadnego nowego sposobu na ich przemieszczanie. Po staremu, rolę "koni roboczych" pełniło teraz kilkudziesięciu żołnierzy do każdej lufy.
16 maja Lannes stanął u wyjścia z gór. Teraz generał miał przygotować wolną drogę na równiny Piemontu, nim nadciągnie reszta armii. Następnej nocy ruszył z forpocztą w stronę miasta Aosta, rozbijając po drodze całkowicie zaskoczony batalion austriacki. Nagle jednak, u wylotu przełęczy w stronę doliny rzeki Aosta Francuzi napotkali na poważną przeszkodę - austriacki fort Bard, obsadzony przez 400 grenadierów z 26 armatami.
Na pierwszy rzut oka ta górska twierdza wydawała się być nie do zdobycia, skutecznie blokując marsz całej armii. Zbudowano go bowiem na samym wierzchołku skały, u podnóża której biegła jedyna droga. Na jej obleganie Napoleon nie miał czasu, postanowił wiec ją obejść. Nie było to takie proste, biorąc pod uwagę, że główna droga biegła dokładnie obok fortu. A austriaccy kanonierzy tylko czekaliby na taki "prezent", gdy rozciągnięte kolumny francuskie przedefilowałyby przed ich bateriami. Lannes, znany z porywczości i niepohamowanego temperamentu, rzucił z marszu kilka kompanii grenadierów do szturmu. Pomimo bardzo silnego ognia artyleryjskiego, piechota francuska przebiła się do miasteczka, jednak ugrzęzła pod murami fortu.
W tej sytuacji Bonaparte rozkazał poszukać bocznych dróg. Problem polegał na tym, że można było nimi przeprowadzić tylko piechotę i część konnicy, ale nie można było tego uczynić z artylerią. Była to raczej ścieżka dla górskich kozic; nie przeszedł tędy do tej pory żaden koń. Czas jednak naglił. Najpierw przystąpiło do roboty 1,5 tys. francuskich saperów, niwelując spadziste zejścia, poszerzając miejsca zbyt wąskie i wykuwając schody w skałach. Austriacy bezsilni, że nie mogą dosięgnąć Francuzów walili nieprzerwanie z całej artylerii, ale raczej na postrach niż ze szkodą. W nocy z 24 na 25 maja kanonierzy prowadzeni przez gen. Alexandra Senarmonta przeciągnęli pod "nosem" fortu ciężką artylerię, wyściełając drogę końskim nawozem, a koła armat owijając słomą, by nie czyniły hałasu na kamieniach! Pozostawiwszy niezdobytą twierdzę za plecami, Bonaparte pozostawił do jej blokowania "zieloną" jeszcze dywizję gen. Chabrana, która stała tam aż do 5 czerwca, a więc do dnia kiedy Bard ostatecznie skapitulował. Opóźnienia jednak nie dało się uniknąć. Armia pierwszego konsula zeszła na równiny Lombardii nieco później niż przewidywały to plany.
W czasie gdy artyleria francuska forsowała górską przeszkodę, Lannes zdobył szturmem 22 maja miasteczko Ivrea, rozbijając tamtejszy 6-tysięczny garnizon austriacki. W ten sposób - zgodnie z planem pierwszego konsula - wyjście na równinę Piemontu zostało utorowane.

Bitwa pod Marengo (14 czerwca 1800 roku)

Jak doszło do bitwy? (manewr Napoleona na Mediolan i Stradellę)

Marengo   Napoleon spadł na Lombardię jak grom z jasnego nieba. Tymczasem Melas postępował w taki sposób, jak gdyby nie był w ogóle świadomy niebezpieczeństwa lub je całkowicie lekceważył. Ów brak czujności austriackiego generała spowodowały głównie uspokajające depesze nadchodzące z Wiednia. Była w nich mowa o "papierowej" armii Napoleona, która rzekomo miała pojawić się na jego tyłach. W tej sytuacji Melas nadal "beztrosko" oblegał Genuę i kontynuował wojnę pozycyjną na linii rzeki Var.
W połowie maja do jego sztabu nadeszły pierwsze meldunki o marszu Bonapartego przez Alpy, ale je zlekceważył. Na wszelki wypadek pozostawił pod Genuą 30-tysięczny korpus Otta, sam zaś z 10-tysięcznym korpusem ruszył ku miastu Coni, gdzie przybył 22 maja. Nadal jednak uważał, że forpoczty Lannesa, które pojawiły się u wylotów alpejskich przełęczy to jedynie dywersja dla odciążenia Genui. Dopiero meldunek donoszący o obecności Napoleona poruszył Melasa.
Kiedy w końcu uświadomił sobie powagę sytuacji, było już za późno na interwencję. Ze 120 tysięcy żołnierzy, jakimi pierwotnie dysponował we Włoszech, 25 tys. stracił pod Genuą i nad rzeką Var, przy czym były to straty krwawe. 30 tysięcy żołnierzy Otta stało pod ciągle nie zdobyta Genuą, 25 tysięcy Elsnitza trwało zaś przy moście na Varze. Do tego jeszcze 12-tysięczny korpus gen. Kaima, mający pilnować wąwozów Suze i Pignerol, po stracie tego pierwszego cofał w stronę Turynu. Gen. Karol Hadick z 9-tysięcznym korpusem ustępował teraz przez korpusem Lannesa. Z kolei na gen. Vukassowitcha, osłaniającego z 10-tysięcznym korpusem wyjścia z wąwozów Simplon i Świętego Gotharda szła teraz cała armia Bonapartego.
Zaistniała sytuacja wymagała od Melasa szybkich rozkazów i jeszcze szybszego ich wykonywania. Lecz ten był już w takim wieku (71 lat!), który skłaniał raczej do długotrwałych rozważań. Dylemat był następujący. Jeśli ruszy natychmiast, może pożegnać się z oblężeniem Genui i utrzymaniem przyczółka na Varze. Dlatego cesarski generał postanowił poczekać na rozwój wydarzeń na froncie.
Tymczasem Napoleon szybko przeanalizował zastałą sytuację. Do wyboru miał teraz trzy możliwości. Po pierwsze, mógł natychmiast ruszyć na Turyn i rozbić koncentrującą się tam dopiero armię Melasa. Po drugie, mógł pomaszerować z odsieczą Genui i odblokować armię Masseny. Trzecim rozwiązaniem były - zgodnie z pierwotnym planem - manewr na tyły Melasa przez marsz na Mediolan.
Pierwsze z nich było najgorsze, ponieważ Melas już teraz miał pod sobą dość pokaźne siły, zaś Bonaparte ryzykowałby bitwę bez drogi odwrotu, gdyż fort Bard ciągle był nie zdobyty. Plan marszu na Genuę miał także ograniczone szanse powodzenia z podobnych powodów - z Austriakami na tyłach i utratą komunikacji z zapleczem materiałowym. To przesądziło o przyjęciu trzeciej koncepcji rozegrania tej kampanii.
Ruch na Mediolan i pełna koncentracja Armii Odwodowej (schodzącej przecież z Alp różnymi drogami) dałaby pierwszemu konsulowi do ręki bez mała 55 tys. piechoty i konnicy. Taka siła pozwalałaby na szachowanie posunięć Melasa w Lombardii, bez dużego ryzyka. Największy jednak sukces w skali strategicznej przynieść mogło szybkie zdobycie Mediolanu, jednej z głównych baz logistycznych armii cesarskiej we Włoszech. Gdyby Melas, co było do przewidzenia, ruszył na Alessandrię, by połączyć się z armią Otta nadciągającą spod Genui, idąc na jego spotkanie i przekraczając Pad, można było uprzedzić go (na jego drodze odwrotu) i stoczyć z nim walną bitwę, w której Francuzi mieliby osłonięte tyły przez rzekę i Mediolan; tymczasem Austriacy ryzykowaliby bitwę z odciętym odwrotem, bez komunikacji z Mantuą i resztą kraju, będąc narażeni na całkowite rozbicie lub upokarzającą kapitulację u stóp Alp. W końcu nawet zdobycie samego Mediolanu, bez walnej bitwy z Melasem, dawało Bonapartemu możliwość odbicia Lombardii, Piemontu, Alp Nadmorskich, Riwiery genueńskiej i odblokowania Genui; byłyby to już korzyści nader pokaźne.
Kierunek mediolański miał tylko jeden mankament. Jego wybór odwlekał moment deblokady Genui o co najmniej 10 dni. Pierwszy konsul miał jednak nadzieję, że samo jego pojawienie się pod Mediolanem, spowoduje odejście Austriaków spod murów Genui i Armia Liguryjska automatycznie odzyska swobodę ruchów.
27 maja armia Napoleona ruszyła w stronę Mediolanu. Marsz miał charakter skrzydłowy, odbywając się w obliczu armii Melasa pospiesznie koncentrującej się w Turynie. Osłonę z tej strony sprawował gen. Jean Lannes, który doskonale spisał się w roli forpoczty w czasie przemarszu przez Alpy. Generał, teraz już nie na czele awangardy, lecz straży bocznej wymaszerował z Aosty 26 maja. Na równinie drogę zastąpił mu 9-tysięczny korpus gen. Karola Hadicka. Rywali rozdzielała mała rzeczka - Chiusella - z małym, kamiennym mostem pośrodku. Lannes od razu pchnął całą brygadę grenadierów do frontalnego uderzenia na most. Napór był tak silny, że nie był w stanie powstrzymać go nawet gęsty ogień austriackiej piechoty i zaporowe bombardowanie artyleryjskie. Jednocześnie kolejna półbrygada francuskiej piechoty pod komendą płk. Maclona sforsował rzekę na północ i południe od mostu, odrzucając z miejsca szarżę konnicy austriackiej gen. Palfy.
Lannes nie tracił czasu. Teraz natarcie francuskie ruszyło już na całej szerokości rzeki. Pośpiech ten jednak spowodował pewne rozluźnienie szyku. Hadick postanowił skorzystać ze sposobności i rzucił całą jazdę do potężnego uderzenia. Piechota Lannes'a zareagowała błyskawicznie. Nadciągającą konnicę Hadicka powitały zwarte czworoboki, które plunęły ścianą ognia i stali z odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów. Efekt był piorunujący. Mur ciał wyrósł błyskawicznie przed frontem francuskich czworoboków. Zdziesiątkowane szwadrony austriackie pospiesznie oddały pole. Nie był to jednak koniec. Hadick jeszcze kilkakrotnie ponawiał wściekłe szarże, lecz za każdym razem rozbijały się one od stalowego muru francuskiej piechoty. W końcu zdziesiątkowani Austriacy dali za wygraną, odchodząc z równiny Piemontu za rzekę.
Tymczasem Lannes przyspieszył marsz. Już 28 maja stanął nad Padem. Austriacy w obawie przed odcięciem dróg odwrotu, rozpoczęli pospieszną ewakuację Turynu. W tym samym czasie do miasta od zachodu zbliżała się dywizja gen. Thurreau spychając przed sobą ariergardę korpusu gen. Kaima. 27 maja do marszu poderwał się korpus gen. Bona Moncey'a, a tuż za nim dywizja gen. Bethencourta.
Bonaparte postanowił teraz oszukać Melasa co do głównego kierunku marszu. Demonstracyjnym przeprawieniem się przez Pad, chciał dać do zrozumienia Melasowi, że chce zdobyć Turyn. Ten dał się nabrać. Dlaczego? Ponieważ taka myśl... była dla niego korzystna. Obrona rzeki siłami nadciągających korpusów Hadicka i Kaima oraz będącymi pod jego komendą - w sumie około 30 tys. żołnierzy - byłaby prosta. Wystarczyła wysadzić w powietrze mosty i niweczyć próby forsowania rzeki przez Bonapartego ogniem ciężkiej artylerii. Do tego nie musiał nawet rezygnować z oblężenia Genui, czy odchodzić znad linii rzeki Var.
Podczas gdy Melas wydawał rozkazy Hadickowi i Kaimowi do obsadzenia linii Padu, Napoleon wykonał nagły zwrot. Lannes, zamiast na Turyn, w górę rzeki, pociągnął nagle w dół, kierując się na Pawię, podczas gdy siły główne Bonapartego ruszyły prosto na Mediolan. Turyn pozostał teraz po jego prawej stronie.
W nocy z 27 na 28 maja konnica Murata z elementami dopiero formowanej dywizji gen. Monniera (na razie tylko trzy bataliony piechoty) - jako nowa forpoczta Armii Odwodowej - wkroczyła do miasteczka Vorcella, na głównej osi marszu Napoleona. 28 maja przybyła dywizja gen. Jean Boudeta, zaś dywizja gen. Louisa Loisona obsadziła pobliskie miasteczko Santia. Przez cały ten czas trwała wytężona praca przy odbudowie spalonego przez Austriaków mostu na rzece Sesia, mimo nękającego ognia cesarskiej artylerii z przeciwległego brzegu.
29 maja dywizje Loisona, Boudeta i Monniera ruszyły przez rzekę. Tym razem przewaga liczebna była po ich stronie. Ariergardy korpusu Vukassowitcha stawiły krótkotrwały opór, po czym odskoczyły. Jeszcze tego samego dnia jazda Murata, depcząc im po piętach, wkroczyła do Novary. Nazajutrz Murat z towarzyszącymi mu dywizjami Loisona i Boudeta (teraz pod ogólną komendą gen. Philiberta Duhesme) osiągnął rzekę Ticino. W tym miejscu rozlewała się ona szerokim nurtem, uniemożliwiając forsowanie w bród.
Na drugim brzegu czekało na nich prawie 8 tysięcy Austriaków z korpusu Vukassowitcha. Błotniste podłoże skutecznie jednak ograniczało pole manewru austriackiej konnicy, z czego Francuzi natychmiast skorzystali. Rankiem 31 maja, francuska piechota rzuciła się przez rzekę na szalupach, prowadzona przez gen. Jean Girarda. Gdyby Austriacy stawili na drugim brzegu rzeki twardy opór, odrzuciliby Francuzów z powrotem - w pierwszej fali popłynęło tylko kilkudziesięciu grenadierów. Na postawie Vukassowitcha odbiła się jednak świadomość obsadzania niesprzyjającej do obrony okolicy. Jazda cesarska po raczej symbolicznej szarży, po prostu odeszła z pola bitwy. Wyczuwając słabość rywala, Girard uderzył na most Turbigo, błyskawicznie zdobywając przyczółek.
Teraz generał wydał rozkaz do obrony. Mając tylko kilkuset grenadierów, nie chciał ryzykować dalszego marszu, zaś utrzymanie przedmościa torowało drogę forpoczcie Murata na Mediolan. Tak więc gra warta była świeczki.
Vukassowitch także był tego świadomy. Po otrząśnięciu się z chwilowej niemocy i uporządkowaniu szeregów, Austriacy uderzyli całą masą 4 tysięcy piechoty na Turbigo. Przez parę godzin piechota Girarda trwała bohatersko pod austriacką nawałą, utrzymując jednak najbliższą okolicę mostu. W międzyczasie bataliony dywizji Monniera przekroczyły rzekę kilka kilometrów w dół jej biegu i po zatoczeniu łuku uderzyły z boku i od tyłu na korpus Vukassowitcha. Porażka Austriaków była całkowita.
1 czerwca armia Napoleona parła już prostą drogą na Mediolan. Dla Vukassowitcha był to ostatni dzwonek. Ryzyko dostania się między trzon Armii Odwodowej a korpus gen. Bona Monceya, schodzącym akurat z Góry Świętego Gotharda, nie pozostawiło mu innego wyboru - natychmiastowa ewakuacja Mediolanu i odwrót za rzekę Addę. Następnego dnia do miasta wkroczył pierwszy konsul entuzjastycznie powitany przez ludność miejscową.
W tym czasie opór austriacki był prawie niedostrzegalny. Dywizje Boudeta i Loisona sforsowały Addę z marszu. Vukassowitch obawiając się odcięcia, zrezygnował bowiem z obsadzenia i obrony brzegu rzeki. Ustępował teraz pospiesznie ku Mantui, licząc iż znajdzie osłonę pod jej murami.
Dzień przed zajęciem Mediolanu, konnica Murata zadudniła po ulicach Pawii, gdzie Francuzi przejęli imponującą zdobycz wojenną, m.in. 300 armat, z których połowa mogła być użyta w polu. Tego dnia Bonaparte odebrał też jeszcze cenniejszą informację - padła w końcu górska twierdza Bard, zaś blokująca ją dywizja Chabrana natychmiast ruszyła w ślad za pierwszym konsulem.
Odwrót Austriaków na południe od Addy pozwolił Monceyowi na przyspieszenie marszu ku Mediolanowi, dokąd dotarł już 2 czerwca. W tym momencie w okolicach miasta Napoleon skupił praktycznie całą Armię Odwodową, w przeciwieństwie do Melasa, który ciągle zbierał swoje rozproszone dywizje.
Ostatnie dni maja ostatecznie przekonały austriackiego generała, że system półśrodków nie sprawdził się. Porażka Hadicka pod Chiusellą dowiodła, że rzucanie słabych odwodów przeciwko armii inwazyjnej - z jednoczesnym pozostawianiem sił głównych do innych celów pod Genuą i nad Varem - nie przyniesie żadnych korzyści. Próba połączenia korpusów Kaima, Hadicka i Vukassowitcha nie powiodła się, zaś schodzący z Góry Świętego Gotharda korpus Monceya unaocznił Melasowi prawdziwą potęgę armii Napoleona i prawdopodobieństwo stoczenia z nim walnej bitwy na południe od Mediolanu. By się do niej przygotować, stary generał podjął 31 maja radykalną decyzję. Polecił Ottowi przerwać oblężenie Genui, zaś Elsnitzowi odejść spod Varu. Obaj mieli natychmiast ruszyć na nowe miejsce koncentracji pod Alessandrią. Leżała ona niemal idealnie w środku koła, którego promienie stanowiły połączenie z Turynem, Mediolanem i Genuą.
Wywiad francuski przekazał rozkazy Melasa tego samego dnia. Pierwszy konsul był zadowolony. To sprzyjało jego planom. W przypadku zwinięcia oblężenia Genui, Austriacy musieliby dostać się pomiędzy Armię Odwodową i Liguryjską. Ich ratunkiem byłby odwrót prawym brzegiem Padu na Placencję. Jedyna droga prowadziła przez Stradellę, zwężenie utworzone przez zejście zboczy górskich w bezpośrednie pobliże rzeki na wysokości Pawii. Bonaparte postanowił zatem odciąć armię Melasa od przejścia na Nizinę Padańską. By to osiągnąć musiał mieć w ręku Stradellę. Na szczęście korpus Lannes - który znowu stawał się forpocztą armii - stał tylko 20 kilometrów od miasteczka. Jednocześnie Murat miał ruszyć w stronę Placencji, aby przejąć tamtejszą przeprawę i uniemożliwić Austriakom przebicie się przez Stradellę, ku której już parł Lannes.
Niebawem jednak położenie Bonapartego miało się skomplikować z powodu upadku Genui. O zdobyciu miasta ani Napoleon, ani Melas nie dowiedzieli się od razu. Upłynęło kilkadziesiąt godzin, nim informacja ta dotarła do obu sztabów. Położenie Melasa nawet wtedy się nie poprawiło. Jego armia ciągle była rozrzucona po całej Lombardii i Piemoncie, w okolicach Genui i Varu. Z około 70-tysięcznej armii tam skierowanych, teraz powracało niespełna 40 tysięcy. Pozostawione w Lombardii korpusy Kaima i Hadicka, zostały rozczłonkowane. Korpus Vukassowitcha można było spisać na straty; odepchnięty za rzekę Mincio i odcięty od sił głównych. Nawet gdyby Melasowi w ciągu paru dni udało się skoncentrować korpusy Otta, Elsnitza, Kaima i Hadicka, miałby pod komendą niemal 75-tysięczną armię. Była to jednak tylko teoria. W praktyce trzeba było pozostawić w twierdzach Piemontu i Ligurii co najmniej 25-tysięczny korpus. A więc pozostawało tylko 50 tysięcy żołnierzy w polu. Oczywiście przy szybkiej koncentracji i braku nowych strat.
Studiując mapę Melas uświadomił sobie jeszcze jedno. Pojawiło się przed nim niebezpieczeństwo odcięcia tyłów i zamknięcia drogi odwrotu do Austrii. Na razie kontrolował cały górny bieg Padu aż do miasta Valence. Mógł więc bez przeszkód przekroczyć rzekę w tym miejscu. Jednak dalszy marsz wystawiałby go na konieczność forsowania obsadzonej już przez Bonapartego rzeki Ticino i wyjścia na jego główną twierdzę - Mediolan. Dlatego Melas odrzucił plan przedzierania się w tym kierunku. Pozostawała druga i ostatnia ewentualność - marsz na Placencję, w celu wydostania się na trakt prowadzący do Mantui; potężnej twierdzy austriackiej panującej nad Niziną Padańską. Mówiąc obrazowo. Placencja mogła odegrać rolę korka od butelki.
Niestety, Melas spóźnił się ze zmianą planów. Napoleon wygrał wyścig do Placencji. Już 5 czerwca korpusy Murata i Lannes równocześnie podjęły próbę przekroczenia Padu. Brak jednak odpowiedniego sprzętu pontonowego nie pozwolił jednak tego dnia na przekroczenie rzeki. Kolejną próbę podjęto nazajutrz. Jako pierwsza ruszyła dywizja gen. Watrina, która utrzymała przyczółek do czasu nadejścia sił głównych Lannes'a, które przeprawiły się kilkaset metrów poniżej. Szlak z Alessandrii do Placencji został w jednym miejscu przerwany. Kiedy Bonaparte dowiedział się o tym, natychmiast pchnął siły główne w tym kierunku.
Tymczasem Murat uderzył na samą Placencję dwoma dywizjami - Boudeta i Monniera. W mieście znajdowało się zaledwie około tysiąca austriackich piechurów z dywizji gen. O'Reilly'ego. Ten okazał się bardzo przedsiębiorczy. Z szańca przedmostowego po lewej stronie Padu utworzył silny bastion z baterią ciężkiej artylerii, zaś piechota ustawiła się wachlarzem wokół szańca. W ten sposób chciał się doczekać odsieczy. Forpoczta Monniera została powitana gęstym ogniem kartaczowym i została odrzucona. Drugi szturm również rozbił się o ścianę ognia austriackiej artylerii. W nocy do miasta przybyły posiłki - O'Reilly przyprowadził kilka szwadronów konnicy. Ponieważ jednak nie było żadnych informacji o nadchodzącej odsieczy, zaś straty już dochodziły do 30 procent, austriacki generał podjął słuszną decyzję o odwrocie - most miał zostać zniszczony.
Murat skorzystał z nadarzającej się okazji i już rankiem 7 czerwca przeprawił poniżej Placencji część dywizji Monniera. Na drugim brzegu nie czekała ona na resztę, lecz natychmiast ruszyła na miasto, na które uderzyła z marszu. Tym razem Austriacy praktycznie oddali Placencję. Było to spowodowane dyrektywą Melasa o pospiesznej koncentracji pod Alessandrią. Ponadto O'Reilly miał do wykonania jeszcze inny rozkaz. Miał stanowić eskortę konwoju z parkiem artyleryjskim jadącym z Alessandrii do Placencji. Z dwojga do wyboru wybrał ratowanie cennej artylerii. I słusznie. Austriacy przejęli konwój przez francuskimi forpocztami, a następnie umiejętnie manewrując między Lannes i Muratem dotarł do Tortony, gdzie pozostawił armaty. Następnie ruszył z dywizją do Alessandrii.
Niestety, nie wszyscy generałowi Melasa wiedzieli o upadku Placencji. Korpus gen. Gottesheima natknął się niespodziewanie na dywizję Boudeta, która dosłownie rozniosła na strzępy austriacką forpocztę. Gottesheim czym prędzej ruszył w drogę powrotną na północ, w stronę Tortony i Alessandrii. W ciągu paru następnych dni, marsz ten doprowadził do niema całkowitego rozproszenia korpusu.
8 czerwca Bonaparte zdobył trzeci punkt przeprawowy na Padzie. Dywizja Loisona zdobyła szturmem Cremonę z nienaruszonym mostem. Rozpaczliwy opór ariergardy z korpusu Vukassowitcha nie uchronił miasta. Austriacy stracili tu niemal 2 tys. poległych i rannych.
W tym momencie, poprzez zajęcie przepraw przez Pad i przecięcie drogi z Alessandrii do Placencji, Napoleon zablokował główną i jednocześnie ostatnią już linię komunikacyjną Melasa. Teraz najważniejsze było przeprawienie sił głównych na drugi brzeg Padu, bowiem było jasne, że Austriacy spróbują odbić dawne połączenie z Mantuą.
8 czerwca do Napoleona dotarła informacja o kapitulacji Genui. Teraz musiał czym prędzej zmienić plan kampanii. Upadek miasta, po pierwsze zneutralizował armię Masseny, dotąd tkwiącą na tyłach Austriaków, po drugie - po ściągnięciu stamtąd korpusu Otta - pozwalała Melasowi osiągnąć liczebną przewagę nad Armią Odwodową, po trzecie zaś zastępowała dowództwu austriackiemu utracone poprzednio linie komunikacyjne.
Napoleon postanowił czym prędzej przyjąć nową taktykę. Jak sam powiedział: "Armia stanęła okrakiem na Padzie, z bezpieczną komunikacją między obu brzegami i tzw. strefą manewrową między Padem, Addą i Ticino. Pozwalało to na stawienie czoła wszystkim możliwościom". Była to zatem ugrupowanie pogotowia strategicznego, na tyłach Austriaków, by nie dopuścić do ich wymknięcia się bez walnej bitwy".
Już 8 czerwca zostały wydane stosowne rozkazy. Z około 55-tysięcznej armii, jaką rozporządzał pierwszy konsul, 30-tysięczne siły główne stanęły w centrum pod Stradellą, 10 tysięcy nad Ticino, 4 tysiące w Mediolanie i Aron i kolejnych 10 tysięcy w okolicach Placencji i Cremony. Dyslokacja ta pozwalała Bonapartemu stojącemu w centrum udzielić natychmiastowej pomocy każdemu ze skrzydeł. Oczywiście pojęcie "natychmiastowy" oznaczało kilku lub kilkudziesięciogodzinny marsz od momentu odebrania prośby o pomoc.
O ile niektórzy historycy zachwycają się przegrupowaniem sił dokonanym przez Bonapartego w dniu 8 czerwca, pisząc o sieci, jaką narzucił na głowę Melasa, o tyle chłodna analiza sytuacji po 8 czerwca zmusza do wniosku dokładnie odwrotnego. W sposób paradoksalny pierwszy konsul wpadł we własną pułapkę. Jak to możliwe? Otóż, w pierwszych dniach czerwca miał on pod Mediolanem wszystkie atuty w ręku; mógł błyskawicznie skoncentrować całą armię w jedną pięść uderzeniową, osiągając bezwzględną przewagę liczebną nad Austriakami. Plan pojmania armii Melasa w sieć zniweczył tę szansę, doprowadzając do niepotrzebnego rozproszenia całek armii. Tym samym Bonaparte sprzeniewierzył się głównemu punktowi stworzonej przez siebie sztuki wojennej - uzyskania liczebnej przewagi na głównym kierunku uderzenia.
Dlaczego tak uczynił? Przewidywał mianowicie, że Austriacy w obawie przed odcięciem linii komunikacyjnych, będą starali się przesunąć armie bardziej na wschód lub południe. Ponieważ możliwości takiego manewru było kilka, Bonaparte postanowił podzielić swoje siły tak, aby zablokować Austriakom większość potencjalnych dróg odwrotu. To tylko jedna z hipotez.
Melas natomiast był w sytuacji odwrotnej. Na początku czerwca jego armia biła się w kompletnym rozproszeniu. Potem jednak stary generał z niezwykłą energią począł koncentrować armię w jednym miejscu.
Skutki tego dały znać o sobie już 9 czerwca. Tego dnia spotkały się bowiem forpoczty Lannes'a i Otta. Pierwszy z nich parł jak gdyby nigdy nic ku Castaggio, a jeśli dopisze szczęście to aż do Voghery. Ku niemu nieuchronnie zbliżał się jednak korpus Otta, który Melas skierował nie na Alessandrię, lecz w kierunku Placencji. Po drodze Ott wchłonął dywizję O'Reilly'ego i niedobitki korpusu Gottesheima. Rankiem 9 czerwca 18 tysięcy Austriaków stanęło pod Castaggio. Lannes osiągnął miasto przed siłami głównymi Otta, jednak prowadził ze sobą tylko 8-tysięczny korpus. Maszerujący tuż za nim 5-tysięczny korpus gen. Claude Victora mógł przybyć dopiero w ciągu paru godzin.
Castaggio położone było w miejscu, gdzie wąwóz między Apeninami i Padem przechodził w obszerną równinę. Tędy prowadziła droga ku Alessandrii.
Obie forpoczty zderzyły się ze sobą o godz. 11.00. Dywizja gen. Watrina wzięła się za bary z dywizją O'Reilly'ego. Do południa trwały zacięte zapasy, jednak żadna ze stron nie okazała się silniejsza. Czołowe uderzenia francuskiej piechoty natrafiały na morderczy ogień kartaczowy austriackiej artylerii ustawionej przy głównej drodze. Kiedy wydawało się już, że Francuzi są bliscy zdobycia drogi, chwiejącą się piechotę O'Reilly'ego podarły posiłki Gottesheima.
Lannes starał się podtrzymać gasnące natarcie, lecz w tym momencie na pole bitwy przybyły siły główne Otta. Dla francuskiego generała stało się jasne, że jeśli odsiecz nie nadejdzie szybko, jego korpus zostanie wybity do nogi. Victor zdążył jednak na czas. Idąca na jego czele dywizja Chambarlhaca uderzyła z marszu. Świeże tyraliery grenadierów podparły spływającą już piechotę Watrina. Bitwa w centrum rozgorzała z nową mocą.
Przełom przyniósł dopiero manewr oskrzydlający Lannes'a. Skorzystał on z faktu, że Ott umieścił główne siły w centrum, osłabiając skrzydła. Potężne uderzenie Victora w ten słaby punkt przyniosło w końcu rozstrzygnięcie. Linie austriackie pękły. W obawie przed odcięciem Ott dał sygnał do odwrotu. Nie zdążył jednak. Schodzące się ramiona Victora, przy ciągłym parciu Lannes'a w centrum, zamknęło kocioł nad 4 tysiącami Austriaków. O godz. 20.00 było po wszystkim. Całodzienna bitwa pod Montebello (choć powinna się nazywać bitwą pod Castaggio) wyrwała z szeregów Otta 3 tysiące poległych i rannych oraz 4 tysiące jeńców wygarniętych z kotła. Francuzów poległo tylko pól tysiąca.
Bitwa pod Montebello, zakończona taktycznym triumfem Lannes'a, w skali operacyjnej nie przyniosła nic nowego. Bo i przynieść nie mogła. Zarówno Ott, jak i Lannes byli bowiem zdani tylko na siebie. Nie mogli liczyć na żadne posiłki, teraz gdy trwała gorączkowa koncentracja obu armii pod Alessandrią i Stradellą. Spotkanie to mogło co najwyżej zakończyć się rozbiciem którejś z forpoczt, ale niczym więcej.
Z uwagi na koncentrację trzonu Armii Odwodowej pod Stradellą 11 czerwca Napoleon rozwinął ją następująco. 6,5-tysięczny korpus Lannes'a z dywizją Watrina i brygadą Mainoniego miał stanąć pod Montebello. Blisko 10-tysięczny korpus Victora z dywizjami Chambarlhaca i Gardanne'a miał pozostawić tę pierwszą pod Stradellą, zaś drugą wysunąć w kierunku Voghery. Sąsiadem Gardanne'a był 5-tysięczny korpus konny Murata. Przybyły 11 czerwca do kwatery głównej gen. Louis Desaix - jeden z bohaterów kampanii egipskiej - skoncentrował się z 8,5-tysięcznym korpusem pod Stradellą, mając pod sobą dywizje Boudeta i Monniera. Mediolan osłaniał 10-tysięczny korpus Monceya z dywizją Lorge'a, legią włoską i posiłkami nadciągającymi znad Renu i z okolic Dijon. Na lewym brzegu Padu pozostały dwie dywizje - Lapoype'a i Chabrana w sile 6,3 tys. grenadierów. Jak widać Napoleon miał pod swoją komenda około 53-tysięczną armię. Jej jądro stanowiła 35-tysięczna pięść, która w ciągu kilku godzin mogła być skoncentrowana do walnej bitwy pod Stradellą.
Tymczasem pobity pod Montebello korpus Otta odskoczył tak szybko, że Lannes stracił kontakt z armią Melasa. Bonaparte począł poważnie brać pod uwagę możliwość generalnego odwrotu Austriaków do Genui i zamknięcia się za jej murami. Wysyłane nieprzerwanie patrole konne potwierdzały czarny scenariusz. Siły główne Melasa ciągle zalegały pod Alessandrią i ani myślały się stamtąd ruszyć. Wobec tego pierwszy konsul postanowił nie czekać. Armia Odwodowa dostała rozkaz wymarszu na ich spotkanie.
12 czerwca nad ranem kolumny francuskie poderwały się do marszu w kierunku Alessandrii. Na prawym skrzydle szedł Lannes, zaś na lewym Victor, a za nimi ciągnął Desaix z Muratem. Jednocześnie ich śladem ruszyła dywizja Lapoype'a z drugiego brzegu. Tego Napoleon ciągle nie był zorientowany w planach Melasa. Dopiero rankiem 13 czerwca potwierdzone zostały informacje, że Austriacy ciągle tkwią pod Alessandrią jak zaczarowani. Teraz pierwszy konsul uświadomił sobie, że Melas chce mu umknąć do Genui, wobec czego polecił przyspieszenie marszu na Alessandrię.
Tego dnia Napoleon podjął brzemienną w skutki decyzję. Przewidując pewny niemal odwrót Melasa, polecił Desaixowi ruszyć z dywizją Boudeta na południe na Sorravallo. Była to droga prowadząca z Alessandrii do Genui. Tam Desaix miał odciąć Austriakom drogę odwrotu. Jednocześnie w przeciwnym kierunku, na północ, na prawy brzeg Padu, została skierowana dywizja Lapoype'a. Ten błąd mógł go drogo kosztować.
Późnym popołudniem dywizja Gardann'a osiągnęła wieś Marengo. W pobliżu dostrzeżono tylko słabe patrole Austriaków. Przypuszczano, że jest to ariergarda Melasa. W rzeczywistości były to patrole dywizji O'Reilly'ego, stanowiącego forpocztę sił głównych Melasa. Gardanne natychmiast uderzył na miasto. Straż przednia O'Reilly'ego stawiła raczej krótki opór, po czym odskoczyła z wsi. Jazda Victora ruszyła teraz na rekonesans, przynosząc dwie ważne informacje: o silnej koncentracji austriackiej artylerii po drugiej stronie rzeki Bormidy i o braku mostu na rzece. Niestety, ta druga informacja nie pokrywała się z prawdą, co potem narodziło błędne przekonanie o nierealności rozwinięcia się armii Melasa na równinie pod Marengo.
Zmierzch 13 czerwca został armię Napoleona w stanie poważnego rozproszenia. Forpoczta Victora stała w pobliżu Marenga, siły główne Bonapartego pod San Giuliano, zaś w odwodzie, pod Monte Curone, stały dywizje Monniera i Lapoype'a - ta ostatnia przywołana już z prawego brzegu Padu. Z 53-tysięcznej armii pozostało Napoleonowi tylko 31,5 tys., jednak ciągle nie było przy nim dywizji Boudeta i Lapoype'a. Tak więc natychmiast mógł rzucić do bitwy tylko 22-tysięczną armię z około 30 armatami.
Tymczasem Melas, początkowo ustępujący ku Genui, zmienił nagle plan i ruszył z armią ku Mantui. Co prawda doceniał korzyści wynikające z odwrotu za górny Pad lub zamknięcia się w Genui, jednak uważał, że honor wojskowy nakazuje mu stoczenie walnej bitwy. Decyzją tą Melas na pewno ratował honor swój i swoich generałów, lecz wystawiał całą armię na niepewny los. W tej chwili stary generał miał pod rozkazami zaledwie trzecią część tej potężnej armii, z którą rozpoczynał włoską kampanię. Dawało to w sumie tylko 31 tysięcy żołnierzy w polu. Atutem była z pewnością bardzo silna artyleria, licząca prawie 200 armat (ponad 6 razy więcej niż Francuzi!) oraz silna liczebnie i bitna konnica.
Położenie armii austriackiej tuż przed bitwą nie było specjalnie dogodne. Jedynie dywizja O'Reilly'ego stanowiąca obsadę małego przedmościa, stała po prawej stronie Bormidy. Reszta była oddzielona od armii francuskiej szerokością rzeki. Faktycznie brakowało podstawy wyjściowej do rozwinięcia generalnego natarcia. Poszczególne dywizje Melasa musiałby rozwijać szyki bojowe dopiero po zejściu z przedmościa, które było połączone z austriackim brzegiem dwoma mostami - tego Bonaparte nie wiedział! W konsekwencji Austriacy mogli rzucić do bitwy od razu całą armię.
Melas postanowił uderzyć trzema kolumnami. Centralną, 20-tysięczną, z korpusami Hadicka, Kaima i Elsnitza, lewoskrzydłową, 8-tysięczną, pod komendą Otta i prawoskrzydłową, tylko 3-tysięczną dywizją O'Reilly'ego. Plan był następujący. O'Reilly przygotowuje grunt pod rozwinięcie głównego natarcia, które miało zdobyć Marengo. Jednocześnie Ott, po przekroczeniu Bormidy miał przeprowadzić manewr oskrzydlający z lewej strony.
Armia Bonapartego była ustawiona w trzy linie bojowe. W pierwszej stał korpus gen. Claude'a Victora (dywizje gen. Dominique Chambarlhaca i Charlesa Gardanne'a) oraz brygada kawalerii gen. Francois Kellermanna. W drugiej linii stanął korpus gen. Jean Lannes'a (dywizja gen. Francois Watrin i brygada gen. Josepha Mainoni) oraz brygady kawalerii gen. Champeaux i Rivauda. W trzeciej linii jako odwód ustawiła się dywizja gen. Monniera i gwardia konsularna.
Do spotkania obu armii, spotkania które miało przesądzić o losach tej kampanii, miało dojść na rozległej równinie między rzeką Serivią a Bormidą, wokół wioski San Giuliano. Marengo, które w tamtych czasach tworzyły trzy domy na krzyż, położone było w pobliżu Bormidy, około 7 kilometrów od pola bitwy. W odległości 3 kilometrów od rzeki przepływał potok Fontanone, wąski, lecz stosunkowo głęboki, o brzegach porośniętych gęstym lasem. Idealna, naturalna linia obrony. Kolosalne znaczenie miała wioska Marengo, zamykająca lewe skrzydło francuskie, poprzez most na Fontanone. Tym samym blokowana była droga z Alessandrii na równinę. Posiadanie tej wioski - tworzącej występ na równinie - pozwoliłoby Austriakom na oskrzydlenie Bonapartego i przesądziło o jego klęsce. Cała okolica poprzecinana była kanałami irygacyjnymi, płotami i drogami. Budynki okolicznych gospodarstw rolnych idealnie zaś nadawały się do obrony. Ukształtowanie pola bitwy sprzyjało więc słabszemu Napoleonowi.
Nie tylko Napoleon, ale cała armia francuska rozumieli powagę sytuacji i możliwość przegranej. Austriacy byli dużo silniejsi (kłaniał się tutaj błąd Bonapartego z rozproszeniem armii) i wypoczęci, nie przemęczeni jak żołnierze francuscy po ciężkim marszu przez Alpy. Cała Europa śledziła w napięciu rozwój wydarzeń we Włoszech. Opozycja monarchistyczna we Francji uważała powrót Burbonów za pewny. Czekała tylko na sygnał z Italii: o śmierci pierwszego konsula lub o klęsce francuskiej armii.

Front nad Renem

Ofensywa Moreau w Niemczech

gen. Moreau

  Zgodnie z planem Bonapartego, forsowanie Alp przez Armię Odwodową miało być odciążone ofensywą Armii Renu gen. Jean Moreau na froncie niemieckim. Już 25 kwietnia, a więc trzy tygodnie przed zaplanowanym przemarszem armii pierwszego konsula, 100-tysięczna armia Moreau przekroczyła Ren na odcinku o szerokości 90 kilometrów. W ciągu kilku kolejnych dni nie doszło do żadnych poważniejszych potyczek z Austriakami, którzy ewidentnie pozostawali bierni. Gen. Paul Kray popełnił tym samym poważny błąd. Nie tylko pozwolił Francuzom na przekroczenie rzeki. Stwarzało to również niebezpieczeństwo odepchnięcia armii Kraya od Alp, a tym samym od armii Melasa w północnych Włoszech.
2 maja Moreau pchnął 25-tysięczny korpus gen. Claude'a Lecourbe'a na Stockach, gdzie stała ariergarda austriacka w postaci 12-tysięcznego korpusu księcia Ludwika Lotaryńskiego osłaniającego tamtejsze magazyny z bronią i amunicją. W dodatku przez miasto przebiegały linie komunikacyjne, które stanowiły zwornik między poszczególnymi korpusami Kraya. Przy dwukrotnej przewadze sił, upadek miasta był tylko kwestią czasu. 3 maja Lecourbe ruszył do szturmu i już następnego dnia Stockach było w jego rękach. Odsiecz korpus księcia Ferdynanda nie zdążyła na czas. Tym samym austriacka Armia Niemiec została odepchnięta od Alp, co miało niebagatelne znaczenie dla Bonapartego przygotowującego się do ich przekroczenia.
W międzyczasie armia Moreau maszerowała na Engen. Tam 4 maja doszło do bezpośredniego spotkania obu generałów - Moreau i Kraya. 25 tysięcy Francuzów przeciwko 40 tysiącom Austriaków. Całodzienne, krwawa bitwa przyniosła porażkę cesarskiemu generałowi - 4 tys. poległych i rannych oraz drugie tyle jeńców. Moreau stracił tylko 2 tys. poległych i rannych. Świadczyło to dobitnie, że z morale po drugiej stronie nie jest najlepiej, jak również to, że Kray nie jest równorzędnym rywalem dla Moreau.
Po porażkach pod Stockach i Engen ruch armii austriackiej odbywał się ku Dunajowi. Kray przed przekroczeniem rzeki podjął jeszcze jedną próbę zatrzymania francuskiej ofensywy. 5 maja okopał się pod Moesskirch, ryglując drogę do rzeki zaporowym ogniem ciężkiej artylerii ustawionej na pobliskim wzgórzu Krumbach. Moreau nie czekał nawet z pełnym rozwinięciem szyku, uderzył z marszu. Bitwa była niezwykle zaciekła i krwawa. W pewnym momencie pojawiła się przed Francuzami możliwość oskrzydlenia Austriaków przez stojący w pobliżu korpus gen. Laurenta Gouviona Saint - Cyra. Niestety, nie zdążył on przybyć na pole bitwy na czas. Moesskirch zostało co prawda zdobyte, jednak nie udało się okrążyć armii Kraya. Straty były dotkliwe po obu stronach - 6 tys. poległych i rannych żołnierzy austriackich plus drugie tyle jeńców oraz 3 tys. żołnierzy francuskich ( poległych i rannych).
Następnego dnia pobity Kray przerzucił armię przez Dunaj pod Sigmaringen. W dniach 9 i 10 maja Austriacy utracili kolejne dwa miasta - magazyny, których usiłowali bronić - Biberach i Memmingen. W tej sytuacji 11 maja Armia Niemiec rozpoczęła odwrót ku twierdzy w Ulm. Jej położenie geograficzne - nad samym Dunajem i u podnóża gór - czyniła niemal nie do zdobycia.
W sztabie francuskim zastanawiano się teraz: jak kontynuować dalszą ofensywę, która tak dobrze się rozwija? Generałowie Laurent Gouvion Saint - Cyr i Michel Ney proponowali natychmiastowy szturm na fortyfikacje twierdzy, by ostatecznie rozgromić armię Kraya i zakończyć kampanię niemiecką. Moreau brał jednak pod uwagę jedną rzecz: co będzie, jak przegra? W ten sytuacji Austriacy odzyskają połączenie z Alpami, co może odbić się na powodzeniu całego manewru Napoleona. Ostatecznie Moreau postawił na taktykę manewrowania.
Plan był prosty. Ruszy jednocześnie na Monachium i Augsburg, co sprowokuje Kraya i wyciągnie go spod murów Ulm, a wtedy pobije go w polu. Plan był mocno ryzykowny. Rozproszenie sił pozwalałoby Austriakom na wymierzenie uderzenia w dowolnie wybrany korpus francuski, nim reszta przyjdzie mu z odsieczą.
Kray skorzystał ze sposobności i już 16 maja 37-tysięczna armia, w tym 12 tys. konnicy pod osobistą komendą Kraya uderzyła pod Erbach w 12-tysięczny korpus gen. Saint - Suzanne'a. Jego rozbicie było tylko kwestią czasu, na szczęście zdążył przybyć z odsieczą korpus Saint - Cyra. Bitwa pozostała więc nierozstrzygnięta i Kray powrócił do Ulm.
Po 20 maja Moreau polecił nasilenie manewrów pozorujących chęć dokonania inwazji na Austrię właściwą. Sądził, że to na pewno wyciągnie Kraya z Ulm. Ten jednak nie dał się sprowokować nawet wtedy, gdy 28 maja doniesiono mu o upadku Augsburga. Był przekonany - i słusznie - iż Moreau nie jest takim głupcem, by ruszyć na Wiedeń, mając za plecami niemal 90-tysięczną armię austriacką. W ostatnich dniach miesiąca ofensywa francuska stopniowo wygasała. Armia Renu rozwinęła się na kwaterach wzdłuż Dunaju. Moreau postanowił teraz poczekać na informacje od Bonapartego, dotyczące rozwoju sytuacji we Włoszech. Ofensywa Moreau spełniła bowiem najistotniejsze rozkazy Napoleona - przekroczyła Ren, odcięła armię Kraya od Bawarii i Tyrolu oraz - rzecz najważniejsza - przecięła jej połączenia przez Alp z armią Melasa w Italii.

 

Bitwa pod Hohenlinden (3 grudnia 1800 roku)

 

  Mimo klęski pod Marengo i utracie północnej Italii Austriacy nie kwapili się do podpisania szybkiego pokoju. Ciągle mieli nadzieję, że losy wojny odwrócą się nad Renem. Nadziei tych nie psuły nawet dwie porażki poniesione przez gen. Pula Kraya w Niemczech - najpierw gen. Jean Moreau pobił go już 19 czerwca, a więc pięć dni po Marengo, pod Hochstadt, na wschód od Ulm, a potem 28 czerwca pod Oberhausen. Cena jaką zapłacił Kray była dymisja - zastąpił go arcyksiążę Jan.
Chociaż po Marengo rząd w Wiedniu zgodził się na rozmowy pokojowe w Luneville, ponieważ jednak Napoleon "bezczelnie" począł domagać się powtórzenia postanowień pokoju z Campo Formio, kończącego pierwszą kampanię włoską, a więc oddania całych Włoch, Austriacy rychło zerwali rozmowy, licząc na rozstrzygnięcie wojny na froncie niemieckim.
W listopadzie 1800 roku 129-tysięczna armia arcyksięcia Jana, w tym ponad 25 tys. konnicy rozpoczęła ofensywę w Bawarii. Jej celem było rozbicie słabszej, ale za to podbudowanej psychicznie 95-tysięcznej armii francuskiej, w tym 17 tys. konnicy pod dowództwem gen. Jean Moreau ześrodkowanej na wschód od Monachium, pod Mattenbott i Hohenlinden. Początkowo szczęście uśmiechało się do Austriaków. 1 grudnia doszło do zaciętej potyczki pod Ampfing, gdzie Moreau musiał uznać przewagę rywala. Jednak arcyksiążę okazał się niezdolny do szybkiej reakcji i nadal kontynuował opieszały marsz w kierunku Monachium. Do walnego spotkania obu armii doszło rankiem 3 grudnia.
Arcyksiążę Jan popełnił tutaj poważny błąd - podzielił swoje siły aż na pięć korpusów (gen. Michaela von Kienmayer, Karla Schwarzenberga, Hansa Reischa i Kollowratha oraz arcyksięcia Ferdynanda), maszerujące jeden za drugim, co doprowadziło do niepotrzebnego ich rozciągnięcia na pięć długich kolumn marszowych. Oś natarcia kierowała się w stronę Mattenbott, gdzie Austriacy spodziewali się zastać główne siły francuskie. Te jednak zostały skoncentrowane dokładnie na prawym skrzydle maszerujących kolumn austriackich pod Hohenlinden, które teraz wystawiały swój bok dokładnie pod lufy francuskiej artylerii. Reszta armii Moreau stała w pobliżu Mattenbott, skutecznie ściągając uwagę arcyksięcia Jana.
Moreau nie popełnił takiego błędu. Podzielił armię na dwie części, skupioną w jedną pięść uderzeniową pod Hohenlinden, z odwodami stojącymi pod Mattenbott. Plan był następujący. Podczas gdy lewe skrzydło pod gen. Grenierem i centrum pod komendą gen. Michela Neya miało przystopować główne siły arcyksięcia Jana, prawe skrzydło prowadzone przez gen. Richepance'a i Decaena, w tym Legia Naddunajska gen. Karola Kniaziewicza miało poprzez las Haag uderzyć prosto w lewe skrzydło Austriaków. Armia francuska dokładnie obsadziła drogę Ebersberg - Hohenlinden - las na północ od Hohenlinden, w centrum pod Hohenlinden, częściowo schowana w lesie Ebersberg i Haag.
Plan arcyksięcia Jana był prosty. Najpierw korpus Kienmayera uderzył na centrum Neya, potem zaś Kollowrath bezpośrednio na Hohenlinden, zaś Reisch na Saint Christoph. Problem był taki, że korpusy Kienmayera i Reischa musiały nacierać przez las Haag, co stawiało je z góry w niekorzystnym położeniu. Jedynie Kollowrath miał czyste podejście.
Kienmayer od razu natknął się na silny korpus Neya, który go przystopował. Ciężkie walki jakie rozgorzały w centrum uświadomiły Austriakom, że tędy natarcie raczej nie przejdzie. W dodatku powtarzające się uderzenia jazdy gen. Emmanuela Grouchy'ego poczęły stopniowo spychać piechotę Kienmayera do tyłu. Jeszcze gorzej poszło jego sąsiadom. Kollowrath i Reisch pogubili się w leśnej gęstwinie, nie mogąc zewrzeć szyków do generalnego natarcia. To stanowiło sygnał dla Moreau do uderzenia oskrzydlającego.
Rozkaz Moreau został wykonany perfekcyjnie. Jego prawe skrzydło przeszło przez pokryty głębokim śniegiem las Ebersberg i potężnym natarciem w lewy bok przecięło zaskoczony korpus Kollowratha na drodze prowadzącej do Mattenbott, odrzucając jednocześnie piechotę Reischa. Pobite dywizje austriackie zostały częściowo odepchnięte ku rzece Inn, a częściowo zepchnięte ku Hohenlinden. To stanowiło sygnał dla Neya i Greniera, którzy teraz rzucili się na ustępujące korpusy arcyksięcia Jana. Kollowrath widząc, że jego korpus prawie nie istnieje dał sygnał na natychmiastowego odwrotu. Reisch nie dostrzegł jednak pogromu Kollowratha i błądząc dalej po lesie, został ostatecznie okrążony i całkowicie rozbity. To ostatecznie przypieczętowało klęskę arcyksięcia. Tylko poświęceniu arcyksięcia Schwarzenberga Austriacy zawdzięczali, że klęska nie była boleśniejsza. Ale i tak pozostawili na pobojowisku 5,5 tys. poległych i rannych, 8,5 tys. we francuskiej niewoli oraz około 100 armat. Triumf Moreau był niezaprzeczalny, przy czym opłacił go tylko stratą 1,8 tys. poległych i rannych.

 

Pokój w Luneville (9 lutego 1801 roku)

  Po klęsce Austriaków Moreau przeszedł do generalnej kontrofensywy i już 9 grudnia przekroczył rzekę Inn, zaś cztery dni później wkroczył do Salzburga. Tym samym Wiedeń znalazł się na linii frontu. O tym, że był już "ostatni dzwonek" na pokój przekonało jeszcze jedno "lanie" we Włoszech. Rankiem 25 grudnia gen. Guillaume Brune, który w sierpniu objął komendę nad Armią Italii, spotkał się nad rzekę Mincio z nowym, a raczej ostatnim w tej kampanii głównodowodzącym armią austriacką gen. Heinrichem Bellegarde. Po dwunastu godzinach zaciętych walk 66 tysięcy Francuzów przebiło sobie drogę przez 50 tysięcy Austriaków stojących nad rzeką, zajmując Weronę. W tej sytuacji już pod koniec dnia arcyksiążę Karol, powołany na miejsce Jana, poprosił o rozejm. Stosowny dokument został pospiesznie podpisany w Steyr. Teraz cesarz Franciszek II sam dążył do jak najszybszego pokoju, byleby francuska armia zatrzymała się - stała już tylko 100 kilometrów od Schoenbrunn, letniej rezydencji cesarza. Cesarstwo Habsburskie musiało uznać się za pokonane.
Stosowny traktat został podpisany w Luneville w Lotaryngii 9 lutego 1801 roku. Tak jak wcześniej chciał tego Napoleon, był on powtórzeniem pokoju z Campo Formio z pewnymi uzupełnieniami. We Włoszech została przywrócona Republika Cisalpińska w Genui, potem przemianowana na Republikę Włoską, i Liguryjska w Lombardii, Wiedeń uznał utworzone przez Bonapartego w Szwajcarii i Holandii republiki (odpowiednio Helwecką i Batawską), zaś Paryż obiecał, że wypłaci odszkodowanie książętom niemieckim, pozbawionym teraz posiadłości nad Renem. Granica nad Renem bowiem miała być odtąd oficjalną granicą między Francją i Rzeszą. Wiedeń musiał więc dodatkowo potwierdzić, że rezygnuje na rzecz Paryża z Belgii i lewego brzegu Renu. Co do owych odszkodowań, to rekompensata ta miała pochodzić od Państwa Kościelnego, zaś gwarantem wykonania tegoż postanowienia była... Francja, a to dawało jej w przyszłości prawo do swobodnego mieszania się w wewnętrzne sprawy państw niemieckich.
Warunki pokoju odbijały główną myśl polityczną Napoleona - umocnienie Francji we Włoszech i nad Renem. Ten plan został wykonany w stu procentach.
W następstwie klęski Austrii, jedynym, a raczej samotnym członkiem koalicji antynapoleońskiej pozostała Anglia. Jednak nawet rząd w Londynie był już zmęczony wyczerpującą i bardzo kosztowną wojną, tym bardziej że obecnie zabrakło sojuszników - wszyscy zostali już pokonani; Rosja, Turcja, a teraz Austria. Kiedy w lutym 1801 roku ustąpił wojowniczy premier William Pitt młodszy, nowy gabinet Henry'ego Addingtona uznał za konieczne przyjęcie proponowanego przez Napoleona, już od prawie dwóch lat, pokoju. Został on podpisany ostatecznie 25 marca 1802 roku w Amiens we Francji. Druga koalicja antynapoleońska przestała istnieć. Po 10 latach nieprzerwanych wojen w Europie w końcu zapanowała cisza.

Opracował: Szymon Jagodziński