Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Kampania 1806

Opublikowano w Kampanie 1792-1815

Prusy, Prusy Fryderyka Wielkiego, wojny siedmioletniej, Rosbachu, Leuthen i Śląska, zaczęły się wreszcie budzić ze snu. Ci Francuzi zanadto sobie pozwalali i to tylko dlatego, że udało im się raz czy dwa razy pobić Austriaków, których wszyscy zawsze bili. Czas najwyższy, aby prawdziwi żołnierze dali im nauczkę.

Archibald Macdonell

Dlaczego Fryderyk Wilhelm III
poszedł na wojnę z Napoleonem?

Lekka piechota pruska   Dwór pruski sądził, że Francja opłaci jego neutralność w czasie wojny z III koalicją w 1805 roku zgodą na anektowanie Hanoweru. To dopiero dwulicowość! Należy tutaj pamiętać, że gdyby Napoleonowi podwinęła się noga pod Austerlitz, to już miałby Prusy na karku. I cesarz wiedział o tym. Nie spieszył się więc z konkretnymi decyzjami w sprawie Hanoweru, a wręcz przeciwnie. Utworzenie Związku Reńskiego pod protektoratem Napoleona uderzyło w dumę Berlina jak obuchem. Pragnąc jako tako udobruchać Fryderyka Wilhelma III i osłabić jego obawy, Paryż rozwinął przed nim perspektywę utworzenia konfederacji germańskiej z państw nie należących do Związku Reńskiego, co torowałoby Hohenzollernom drogę do cesarskiej korony. Napoleon sprytnie sugerował dworowi pruskiemu utrzymanie równowagi sił w Niemczech, poprzez równorzędne istnienie dwóch bloków politycznych, jednego pod francuskim, a drugiego pod pruskim protektoratem.
Wahania w Berlinie dodatkowo umacniała niepewna postawa Petersburga, który mimo klęski pod Austerlitz nie podpisał nadal z Francją formalnego pokoju. Aleksander I szykując się do wojny z Turcją i poszukując nowych nabytków terytorialnych na Bałkanach i Bliskim Wschodzie nie był specjalnie zainteresowany nową awanturą wojenną z Napoleona. Myślał nawet poważnie, aby się z nim dogadać. Na Kremlu istniała jednak bardzo silna partia antynapoleońska, która poczęła roztaczać przez carem koszmarną wizję Rosji wyrzuconej z Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli ta zaakceptuje dotychczasowe zdobycze Francji na kontynencie. Usiłując wysondować stanowisko Paryża w tej sprawie Aleksander I zainicjował delikatne rozmowy między obu stronami. Kontakty te przyjęto w Anglii z przerażeniem. Również tutaj partia wojny zdominowała scenę polityczną w kraju. Ministrowie w Londynie nie widzieli w pokoju interesu dla Anglii i parli do utworzenia nowej koalicji antyfrancuskiej. A przy okazji chcieli przeciąć jakiekolwiek kontakty Paryża z Petersburgiem, czego piekielnie obawiano się na dworze angielskim.
Aby sprowokować chwiejne do tej pory Prusy do wojny z Napoleonem, dyplomacja angielska nie omieszkała poinformować Berlina, że rząd francuski za cenę ogólnego pokoju ofiarował Anglii Hanower. Reakcja Fryderyka Wilhelma III była do przewidzenia. Uznał, że został oszukany, a jego kraj wyprowadzony w pole. Upragniony Hanower, stawał się teraz w rękach Bonapartego przedmiotem transakcji wymiennej z Londynem, za który chciał kupić dla siebie pokój. Poczucie goryczy i poniżenia było w Berlinie powszechne. Prusy, które tak się przyczaiły podczas ostatniej wojny, tyle mogły poczynić szkód Napoleonowi, gdyby czynnie wystąpiły przeciwko niemu, nie skorzystały z sytuacji licząc, że uwzględni się je przy podziale zdobyczy wojennej i będą partycypować w porządkowaniu spraw niemieckich. A tu nic podobnego... Prusy wychodziły z pustymi rękoma. Rozwścieczony monarcha pruski zapragnął wojny, zbrojnego rewanżu za tę hańbę.
Jakie miał szanse? Całkiem spore. Udało mu się bowiem sfinalizować sojusz z Aleksandrem I, który postanowił pomóc Prusom, podejmując ryzyko nowej wojny z Napoleonem, mimo że już był uwikłany w wojnę z Turcją. Dwór pruski mógł także liczyć na pomoc finansową Anglii, z którą postanowił się porozumieć w sprawie spornego Hanoweru. Londyn z ulgą przyjął nastroje antyfrancuskie w Berlinie i gotów był dać pieniądze Prusom na wojnę z Francją.
Dlaczego jednak Fryderyk Wilhelm III zdecydował się na takie ryzyko? Być może kierowała nim urażona duma i ambicja, poczucie, że stoi na czele armii utworzonej przez samego Fryderyka II Wielkiego, armii uchodzącej za najlepszą w Europie. Kogo to tej pory gromił Napoleon? Tchórzliwych, różnoplemiennych Austriaków? Barbarzyńskich Turków i egipskich Mameluków? Słabych Włochów? Rosjan - takich samych barbarzyńców jak Turcy i Mamelucy? Czy sława jego nie rozproszy się jak dym, gdy spotka się z armią Fryderyka II? Ten Napoleon za dużo sobie pozwalał i to tylko dlatego, że udało mu się raz czy dwa razy pobić Austriaków, którzy "dostawanie batów" mieli już zakodowane we krwi. Czas najwyższy aby najlepsi żołnierze Europy dali mu nauczkę. Takie to opinie powszechnie dominowały w całych Prusach.
A jaka była ta ówczesna armia pruska? Przede wszystkim odbijała się w niej jak w lustrze cała pańszczyźniana struktura państwa. W korpusie oficerskim mógł służyć tylko szlachcic, zaś rangę generała osiągano na starość lub dzięki protekcji i wysokiemu pochodzeniu. Stan chłopski i mieszczański był zobowiązany do służby wojskowej tylko jako szeregowcy. W praktyce jednak do armii trafiali tylko najbiedniejsi, którzy nie mogli się wykupić, całkowicie obojętni na los kraju. W dodatku po trzecim rozbiorze Polski przeszło 40% mieszkańców państwa stanowili Polacy i taki sam procent mieli w pruskiej armii. Chłopi - żołnierze narodowości niemieckiej także nie mieli przywiązania do państwa, które uciskało ich podatkami, pańszczyzną i ciężką, dwudziestoletnią służbą wojskową. Nie była to armia narodowa, ale feudalna, podpierająca się na kapralskim kiju, gdzie żołnierza - chłopa do posłuszeństwa skłaniał tylko strach przed oficerem - szlachcicem. Przeciętny żołnierz pruski doskonale wiedział, że nie może być mowy o polepszeniu jego losu, choćby bił się ofiarnie i po bohatersku. Jego obowiązek mógł być tylko jeden - niewolnicze posłuszeństwo wobec władzy państwowej.
W strukturze organizacyjnej armii pruskiej, bardzo nowoczesnej w połowie XVIII wieku, pojawiły się niebezpieczne rysy: zabrakło Fryderyka II, zamiast którego komendę sprawował nieudolny książę Karol Wilhelm Brunszwicki i inne utytułowane miernoty w generalskich rangach. Nadal taktyka pruska hołdowała doktrynie wojennej z czasów fryderycjańskich. Dominował przestarzały szyk linearny, do natarcia prowadzono armię głębokimi kolumnami batalionowymi. Nie znano bowiem powszechnego w armii francuskiej szyki rozproszonego, tyraliery. Artyleria pruska dysponowała bronią przestarzałą technicznie, zaś umiejętność użycia zmasowanego ognia artyleryjskiego była ograniczona. Nie znano takich związków taktycznych jak dywizja. Obowiązującym związkiem tego typu była brygada. Sam marsz pruskiej armii był ślamazarny i nieudolny, z nadmiernie rozciągniętymi kolumnami i wlokącym się z tyłu taborem. Tych słabości generałowie pruscy oczywiście nie dostrzegali. Dopiero Napoleon miał je obnażyć w całej rozciągłości.
Z dniem 1 października Fryderyk Wilhelm III skierował pod adresem Napoleona ultimatum z terminem do 8 października (cesarz odebrał je dopiero 7 października). Co w nim było? Żądanie usunięcia armii francuskiej z krajów niemieckich za linię Renu i zgoda na utworzenie konfederacji państw północnoniemieckich pod protektoratem Prus. To był akt wypowiedzenia wojny.

Reakcja Napoleona

Parada przed cesarzem   Napoleon chyba nie docenił determinacji pruskiego monarchy, prowadzącego dotychczas tak kunktatorską politykę, i nie spodziewał się wybuchu wojny tak szybko. Tymczasem Fryderyk Wilhelm III już do 9 sierpnia postawił swoją armię w stan pogotowia, a następnie ogłosił mobilizację rekruta. Ultimatum Berlina dotarło do cesarza w Bambergu, gdzie zajęty był rozlokowaniem części swoich korpusów w Niemczech. Brak ostrożności, rozwagi i rozumu rządu pruskiego był wręcz zdumiewający. Co prawda Prusacy mogli liczyć na pomoc Rosjan, ale sytuacja Aleksandra I była inna obecnie niż rok temu. Wtedy miał wolne ręce, teraz rozpoczynał wojnę z Turcją i był zmuszony prowadzić wojnę na dwa fronty. Prowokując Napoleona, Fryderyk Wilhelm III musiał przecież brać pod uwagę, że nim nadciągną rosyjskie posiłki, będzie musiał rozegrać pierwszą kampanię z napoleońską armią bez żadnej pomocy. Decyzja dworu pruskiego o wypowiedzeniu wojny Paryżowi była bardzo lekkomyślna. Korpusy Napoleona stały przecież w sercu Niemiec, nie były jeszcze ewakuowane do Francji, a to bardzo usprawniało francuskiemu dowództwu swobodę manewru. Napoleon nie musiał dokonywać ponownie koncentracji armii przeciwko Prusom, mógł zapomnieć o konieczności długich i wyczerpujących marszów, jak w wojnie poprzedniej, gdy ściągał korpusy znad kanału La Manche.
Sztab Napoleona był doskonale poinformowany o planach wojennych Prus i choć był zaskoczony takim obrotem sprawy, zareagował szybko i zdecydowanie. Mógł liczyć, że w krótkim czasie zmobilizuje około 200-tysięczną armię. Dotychczasowym teatrem bitew napoleońskich były północne Włochy, dolina Dunaju i Morawy. Teraz główny prolog nowej wojny miał być rozegrany w Turyngii, a następnie na ziemiach polskich.
Plan Napoleona przewidywał rozbicie armii pruskiej, nim nadejdzie rosyjska odsiecz. W tym celu cesarz skierował swoje korpusy spoza osłony Lasu Turyńskiego i Frankońskiego, przenosząc generalną bitwę do Turyngii. Wybrał drogę przez Las Frankoński, ponieważ był to najkrótszy szlak prowadzący na Berlin. Szybki upadek stolicy miał zdruzgotać psychicznie Prusaków. Chciał także oszołomić pruskie dowództwo szybkością i gwałtownością manewrów. W planie jego leżało przebicie się na tyły pruskiej armii i odcięcie jej od Berlina. To miało zmusić ją do przyjęcia bitwy z odwróconym frontem. Narzucając konfrontację w takich okolicznościach Napoleon osiągał dodatkowy efekt psychologiczny. Chodziło o to, aby żołnierze pruscy w czasie bitwy mieli przekonanie, że już są odcięci od tyłów, od reszty kraju i stolicy. Rozpoczynając tzw. manewr jenajski, jeden z najbardziej błyskotliwych w swojej karierze wojskowej, cesarz nie przewidywał nawet, że przejdzie on jego najśmielsze oczekiwania. Zaszedł dalej, niż planował!

Pierwsze kroki wojenne

Bitwa pod Prenzlau   Głównym celem dowództwa pruskiego było odcięcie napoleońskich korpusów stacjonujących w Bawarii od połączeń z Francją. W tym celu około 200-tysięczna armia pruska przekroczyła w dniu 2 października Łabę pod Dreznem i Magdeburgiem, a następnie ruszyła na południowy - zachód trzema mniejszymi armiami, maszerującymi od siebie w odległości około 50 kilometrów. 75-tysięczna armia centralna pod rozkazami księcia Karola Wilhelma Brunszwickiego ruszyła przez Lipsk i Naumburg w stronę Erfurtu. Tutaj też przebywali ze świtą król Fryderyk Wilhelm III i królowa Luiza. Idąca na prawym skrzydle, 50-tysięczna armia gen. Ernsta von Ruchela szła przez Nordhausen ku Eisenach. Z kolei na lewym skrzydle, 55-tysięczna armia księcia Hohenlohe parła w stronę Zwickau. Forpocztę całej armii pruskiej tworzyły dwa korpusy - pruski gen. Ludwika Ferdynanda, który miał przekroczyć Soławę pod Saalfeld, i saski gen. Bolesława Tauentiena, który miał sforsować tę rzekę w Saalburgu. W odwodzie, pod Halle, stał 20-tysięczny korpus księcia wirtemberskiego.
Napoleon, przewidujący wybuch wojny z Prusami, choć miał nadzieję, że nie dojdzie do niej tak szybko, sprawnie skoncentrował w Bawarii 166-tysięczną armię, w tym 128 tysięcy piechoty, 28 tysięcy konnicy, 10 tysięcy kanonierów oraz 256 armat. Te 166 tysięcy miało być stopniowo uzupełnianych 50 tysiącami rekrutów, powołanych pod broń niedawno i intensywnie szkolonych na tyłach frontu. W tym czasie dodatkowych 70 tysięcy napoleońskich żołnierzy stacjonowało we Włoszech, a drugie tyle - w innych rozległych posiadłościach cesarstwa. W dniu 2 października Napoleon przybył do Wurzburga, zaś 6 października objął komendę nad armią w Bambergu. Dwa dni później armia napoleońska wkroczyła do sprzymierzonej z Prusami Saksonii kierując się na północny - wschód ku Łabie. Podzielona była na trzy mniejsze, autonomiczne armie, zgodnie z prawem: "armie mają maszerować osobno, ale bić się razem". Front maszerujących armii francuskich nie przekraczał 70 kilometrów, podczas gdy wlokące się armie pruskie były rozciągnięte na aż 150 kilometrach. W tej sytuacji każdy z korpusów francuskich mógł w dowolnej chwili przyjść sobie z odsieczą, bo odległość miedzy nimi nie przekraczała pół dnia marszu, podczas gdy armie pruskie były od siebie praktycznie odizolowane.
W centrum frontu, spod Bambergu przez Kronach i Lobenstein, posuwały się 1. korpus marsz. Jean Bernadotte'a, 3. korpus marsz. Louisa Davouta, korpus konny marsz. Joachima Murata i gwardia cesarska marsz. Jean Bessieres'a. Miały one przekroczyć rzekę Soławę pod Saalburgiem. Na lewym skrzydle, 5. korpus marsz. Jean Lannes'a i 7. korpus marsz. Pierre Augereau maszerowały z Bambergu przez Koburg i Grafenthal na Saalfeld, gdzie miały przeprawić się przez Soławę. I w końcu na prawym skrzydle szły 4. korpus marsz. Nicolasa Soulta i 6. korpus marsz. Michela Neya. Spod Bayreuth poprzez Hof miały dotrzeć do Plauen. Tempo marszu miało tutaj kolosalne znaczenie. Chodziło o to, by dopaść armię pruską w Saksonii i rozbić ją, nim z kierunku Śląska nadciągną rosyjskie posiłki. Ponieważ tabory zostały ograniczone do minimum, korpusy francuskie maszerowały kolumnami nie przekraczającymi 8 kilometrów długości. Było to o tyle istotne, że w czasie marszu przez Las Turyński, poszczególne korpusy były od siebie w naturalny sposób odizolowane i w razie konieczności nie mogłyby pospieszyć sobie na odsiecz. Jednocześnie każda z posuwających się dywizji przyjęła szyk czworoboku batalionowego, by w dowolnej chwili móc stawić czoło Prusakom, gdyby ci pojawili nagle się pojawili. Tempo marszu było także imponujące - średnio 25 do 30 kilometrów dziennie.
W dniu 9 października doszło do pierwszej potyczki francusko-pruskiej, pod Schleitz. Korpus Murata posiłkowany żołnierzami z korpusu Bernadotte'a rozbił w błyskawicznym uderzeniu 9-tysięczną forpocztę korpusu Tauentziena. Następnego dnia Francuzi ponownie starli się z Prusakami, tym razem na poważniej. Korpus Lannes'a podszedł pod miasto Saalfeld, gdzie stał prawie 10-tysięczny korpus księcia Ludwika Ferdynanda, który przekroczył rzekę Salę, by stanąć na drodze kolumnom francuskim. I stanął. Natknął się jednak na dwa napoleońskie korpusy, Lannes'a i Augereau, rozporządzające w sumie aż 41 tysiącami piechoty i konnicy. Lannes uderzył frontalnie, zaś dywizja gen. Louisa Sucheta należąca do korpusu Augereau, przeszła przez pobliski las, przebijając się na prawe skrzydło Prusaków. Korpus księcia Ludwika rozpaczliwe bronił się przez dwie godziny, w końcu jednak rzucił się do ucieczki w kierunku miasta, pozostawiając na pobojowisku prawie 1 tysiąc poległych i rannych, oraz blisko 2 tysiące jeńców. Sam książę, do niedawna jeden z najgłośniejszych krzykaczy w Berlinie na rzecz wojny, padł na polu bitwy.
Tym samym Napoleon mógł bezpiecznie przekroczyć Soławę, która do tej pory osłaniała pruską armię od południa. Armia francuska, dotąd maszerująca przez Las Frankoński ku północy, teraz skręciła na zachód. Napoleon nie orientował się jednak dokładnie, gdzie w tym momencie jest główna armia pruska. Przypuszczał, że jest skoncentrowana w okolicach miejscowości Weimar, by stamtąd ruszyć w drogę powrotną w stronę Berlina. Sądził, że 15 października dane mu będzie stoczyć walną bitwę pod murami miasta. Cesarz natychmiast pchnął korpusy Bernadotte'a, Davouta i Murata w północ, w kierunku miasta Halle, aby odciąć Prusakom drogę odwrotu do stolicy. Natomiast korpusy Neya, Lannes'a i Augereau oraz gwardię cesarską osobiście poprowadził w kierunku Jeny.
Tymczasem resztki rozbitego pod Saalfeld korpusu księcia Ludwika połączyły się z armią księcia Hohenlohe, stojącą pod Jeną. Z kolei książę Karol Wilhelm Brunszwicki, stojący na czele głównej armii w okolicy Weimaru, na informacje o porażkach pod Schleitz i Saalfeld, natychmiast przerwał marsz na zachód, dając sygnał do generalnego odwrotu na wschód, ku Naumburgowi, aby nie dać się Francuzom odciąć od Berlina. Nie dane jednak było mu tam dotrzeć.

Bitwy pod Jeną i Auerstädt
(14 października 1806 roku)

Kliknij aby powiększyć   Aby osiągnąć Łabę i oskrzydlić rozrzuconą w Turyngii armię pruską, należało najpierw sforsować rzekę Saalę, dopływ Łaby, a następnie utworzyć przyczółki na jej drugim brzegu. Najdogodniejsze miejsca znajdowały się w miejscowościach Koesen i Kahla. Pierwszą z nich obsadził Davout, a drugą Lannes i Augereau. Ci ostatni maszerując lewym brzegiem Saali wkroczyli do Jeny, a w dalszej kolejności osiągnęli Landgraffenberg. Wieczorem 13 października Napoleon wjechał do Jeny i z wysokości jednego z okolicznych wzgórz ujrzał potężną armię pruską księcia Hohenlohe, posuwającą się w drogę powrotną ku Weimarowi. Hohenlohe wiedział, że armia francuska wkroczyła do Jeny, ale nie przypuszczał, że prowadzi ją osobiście Napoleon z siłami głównymi. W nocy z 13 na 14 października pruski książę zatrzymał armię na drodze i niespodziewanie dla francuskiego cesarza postanowił wydać mu walną bitwę.
Napoleon sądził, że stoi naprzeciwko głównej armii pruskiej. Dlatego też skupił pod Jeną gros sił - korpusy Neya, Soulta, Lannes'a i Augereau oraz korpus Murata i gwardię cesarską - w sumie około 56 tysięcy żołnierzy. Natomiast korpus Davouta, który z Koesen przesunął się pod Naumburg, miał maszerować w kierunku Auerstädt, aby zajść nieświadomych Prusaków od tyłu. Dodatkowo korpus Bernadotte'a został skierowany w stronę Dornburga nad Saalą, posuwając się doliną rzeki wprost na Naumburg (gdzie stał Davout), miał uchwycić tamtejszy węzeł komunikacyjny prowadzący ku Lipskowi i Magdeburgowi. Ponieważ Bonaparte nie znał dokładnego położenia sił pruskich, polecił marszałkowi nasłuchiwanie odgłosu kanonady artyleryjskiej. Miało to być sygnałem, aby ruszyć na odsiecz samotnemu korpusowi Davouta.
Tymczasem armia pruska w momencie rozpoczynającej się kampanii wojennej daleka była od koncentracji, którą tak sprawnie i błyskawicznie przeprowadził Napoleon. Pod Eisenach, najdalej wysforowany na zachód, stał korpus gen. Gebharda von Blüchera, w okolicy Gothy - korpus gen. Ernsta von Ruchela zaś w centrum, pod Erfurtem - korpus księcia Karola Wilhelma Brunszwickiego. W sumie te trzy korpusy dawały pruskiemu księciu około 60,5-tysięczną armię. Najdalej na wschód, pod Jeną stacjonowała 45-tysięczna armia księcia Hohenlohe. Należy też pamiętać, że pod rozkazami księcia wirtemberskiego w Magdeburgu stał 20-tysięczny korpus, a na Śląsku w tamtejszych twierdzach rozlokowanych było około 25 tysięcy pruskich żołnierzy. Dowództwo pruskie rozporządzało więc mniej więcej 150-tysięczną armią, ale na skutek nieudolności i opieszałości, nie udało się Prusakom skoncentrować jej w jednym miejscu, tak że w bitwach generalnych w Turyngii biło się najwyżej 100 tysięcy żołnierzy pruskich.
Napoleon poinformowany o obecności pruskiej armii na drodze z Jeny do Weimaru, sądził początkowo, że ma do czynienia tylko z pruską forpocztą. Postanowił więc przyspieszyć bitwę już na ranek 14 października, obawiając się, że Prusacy mu uciekną. Gęsta mgła powodowała, że obie strony nie miały pojęcia, jakimi siłami dysponuje rywal. O godz. 6 rano korpusy Lannes'a i Augereau uderzyły na korpus Tauentziena, osłaniający armię księcia Hohenlohe od wschodu. Pozostawiony sam sobie korpus pruski po trzech godzinach zaciętej bitwy ustąpił kilka kilometrów na zachód, dając w ten sposób Napoleonowi pole, na którym mógł rozwinąć siły główne.
Tymczasem w okolicy Naumburga 26-tysięczny korpus Davouta przekroczył pod Koesen rzekę Soławę. Podchodząc pod miasteczko Hassenhausen, jego forpoczta - dywizja gen. Charlesa Gudina - natknęła się na korpus Blüchera. O miasteczko rozgorzały teraz ciężkie walki, w której Blücher chcąc odepchnąć Gudina, angażował stopniowo prawie cały korpus. Francuska piechota utrzymała się jednak do godz. 8.30, kiedy nadeszły posiłki - dywizja piechoty gen. Louisa Frianta i dywizja kawalerii gen. Jean Viallannesa. Blücher, który nie był w stanie sforsować potężnych czworoboków dywizji Gudina i Frianta musiał oddać pole i ustąpić na Eckartsbergę.
W okolicach Jeny Napoleon kontynuował natarcie, sukcesywnie rozwijając najlepsze dywizje z korpusów Soulta, Lannes'a, Augereau, Neya i Murata, całkowicie tym samym krepując ruchy księcia Hohenlohe. Na początek Soult wymierzył silny cios korpusowi gen. Hotzendorfa, odrzucając go na miasteczko Stobra. Forpoczta korpusu Neya, która nadeszła akurat na pole bitwy, z marszu uderzyła na korpus gen. Zeschwitza, powodując automatycznie generalną ofensywę reszty francuskich korpusów. Tauentzien doczekał się co prawda odsieczy od księcia Hohenlohe, ale pruskie przeciwnatarcie zostało przeprowadzone bardzo opieszale i nieudolnie. Sztywne linie piechoty pruskiej, posuwające się "schodami" ku liniom francuskim stanowiły idealny cel dla rozproszonych tyralier napoleońskich. Hohenlohe rozkazał, aby 25-tysięczny korpus gen. Grawerta przejął pałeczkę po krwawiącym korpusie Tauentziena. Nim jednak pomoc nadeszła, regimenty Tauentziena zostały już zdziesiątkowane i wyczerpane poczęły oddawać pole. W tej sytuacji książe wydał nowy rozkaz - cała armia miała ustąpić nieco do tyłu i obsadzić nowe linie obrony.
W międzyczasie trwała zaciekła bitwa o miasteczko Hassenhausen. Davout trzymał się mocno, wobec czego książę Karol Wilhelm Brunszwicki pchnął do natarcia kolejną dywizję - księcia orańskiego. W tym decydującym momencie około godz. 10 nadciągnęła z pomocą dywizja gen. Charlesa Moranda, która gwałtownym uderzeniem na bagnety odrzuciła pruską piechotę. Książę brunszwicki został śmiertelnie ranny. Komendę po nim przejął z konieczności sam Fryderyk Wilhelm III. Król sądząc, że korpus Davouta jest jedynie forpocztą sił głównych Napoleona, wydał czym prędzej rozkaz do odwrotu.
Tymczasem pod Jeną armia księcia Hohenlohe, jak zaczarowana trzymająca się taktyki fryderycjańskiej, przez dwie godziny stała nieporuszenie pod morderczym ogniem francuskiej artylerii, który raz za razem wyrywał w niej krwawe luki. Książę podjął próbę odbicia miasteczka Vierzehn - Heiligen z rąk korpusu Neya, jednak marszałek nie ustąpił ani o krok. W tej sytuacji Hohenlohe rozkazał podpalić je ogniem artyleryjskim. Kiedy dywizja gen. Louisa Saint - Hilaire'a należąca do korpusu Soulta poczęła obchodzić lewe skrzydło pruskie, książę ponownie dał sygnał do odwrotu na zachód.
Hohenlohe liczył jeszcze na pomoc 22-tysięcznego korpusu gen. Ernsta von Ruchela, stojącego pod Weimarem. Ruchel był jednak oddalony o 6 kilometrów, a tymczasem nadeszły kolejne posiłki francuskie w postaci dalszej części korpusu Neya oraz dywizji kirasjerów gen. Jeana Hautpola i dywizji dragonów gen. Kleina z korpusu Murata (ok. 3,5 tys. szabel). Gdy w końcu korpus Ruchela przybył na pole bitwy, armia księcia Hohenlohe była już rozbita. Jej lewe skrzydło zostało rozerwane przez ciężką konnicę Murata, a centrum zdziesiątkowane i odrzucone na zachód przez kombinowane uderzenia frontalne korpusów Lannes'a i Neya. Następnie Ney i Augereau odcięli i pochwycili w pułapkę saski korpus Tauentziena niedaleko urwiska Multhal. Sasi mogli zrobić tylko jedną rzecz - skapitulować. I tak też zrobili. Kiedy Ruchel nadszedł na pobojowisko, natychmiast spadło na niego uderzenie dywizji kirasjerów Saint - Hillaire'a. Z najwyższym trudem udało mu się na chwilę przyhamować francuskie natarcie. Kiedy jednak nadeszła dywizja dragonów Kleina los pruskiego korpusu dopełnił się. Zdziesiątkowany i rozbity został po prostu rozerwany na strzępy. O godz. 15 armia pruska, a raczej to co nie pozostało, rzuciła się do panicznej ucieczki, zaś godzinę później uciekinierzy dotarli do miasteczka Ilm, gdzie rozpoczęły się masowe kapitulacje przed francuskimi forpocztami konnymi, które ruszyły w pościg za rejterującymi Prusakami.
W tym samym czasie osamotniony Davout, widząc że armia pruska cofa się na rozkaz króla, uderzył na miasteczko Tauschwitz i Rehhausen, skąd odrzucił korpusy gen. Schmettau'a i Wartelnslebena, biorąc do niewoli pierwszy tysiąc pruskich żołnierzy. Fryderyk Wilhelm III miał jeszcze pod komendą korpus gen. Friedricha von Kalkreutha. Nim jednak ten ruszył się z miejsca od frontu uderzyła na niego dywizja Gudina, zaś piechota Frianta już rozpoczęła manewr oskrzydlający. W tych okolicznościach o godz. 16 król wydał rozkaz generalnego odwrotu w kierunku Weimaru, licząc na to, że następnego dnia ze świeżymi posiłkami księcia Hohenlohe (monarcha nic nie wiedział o Jenie), będzie mógł zrewanżować się Francuzom za tę porażkę. Wieczorem doszło jednak do smutnego spotkania pobitej armii króla i rozbitków z armii Hohenlohe. Jakakolwiek nadzieja prysła ostatecznie. Słynna niegdyś dyscyplina pruskiego żołnierza pękła jak bańka mydlana. Teraz każdy myślał tylko o ucieczce.
Przez cały ten czas korpus Bernadotte'a stał bezczynnie między Davoutem i Napoleonem. Mimo, że Bernadotte słyszał kanonadę artyleryjską nie udzielił pomocy marszałkowi, choć znajdował się tylko 10 kilometrów od pola bitwy. Wbrew rozkazowi cesarza. Gdyby to uczynił, klęska pruskiej armii byłaby całkowita, zaś straty francuskie dużo mniejsze. Dlaczego tego nie uczynił? Dlatego, że nie lubił Davouta i nie chciał, by ewentualne laury spadły na jego kolegę. Bernadotte nie stanął przed sądem polowym, chociaż powinien. Minęły już jednak czasy rewolucji, gdy za mniejsze przewinienia spadały generalskie głowy. Natomiast Napoleon pozazdrościł Davoutowi triumfu, przekraczającego nawet jego osiągnięcia spod Jeny. Cesarz stwierdził później, że bitwa pod Auerstädt była tylko częścią walnej bitwy pod Jeną. Wiemy oczywiście, że to nie prawda. Armia pruska została rozgromiona w dwóch równocześnie i niezależnie od siebie stoczonych bitwach.
Pod Jeną 56-tysięczna armia Napoleona rozbiła doszczętnie 72-tysięczną armię księcia Hohenlohe. Ponad 12 tysięcy Prusaków poległo lub zostało rannych, a przeszło 15 tysięcy pomaszerowało do francuskiej niewoli. Zdobycz wojenna była również imponująca - 200 armat i 30 sztandarów. Z kolei pod Auerstädt wiktoria Davouta była jeszcze bardziej przekonywująca, praktycznie bitwa ta przesądziła o losie wojny. Tutaj 28 tysięcy napoleońskich żołnierzy pokonało i zmusiło do odwrotu około 60 tysięcy żołnierzy pruskich - ponad 13 tysięcy poległych i rannych oraz przeszło 3 tysiące jeńców, a także 115 armat. Koszt jednak tej bitwy to trzecia część korpusu Davouta, głównie z racji bezczynności Bernadotte'a.
Bitwy pod Jeną i Auerstädt przesądziły o przebiegu kampanii jesiennej 1806 roku. Od tego momentu miał się rozpocząć pościg za rozbitą armią pruską, która będzie teraz kapitulować całymi regimentami i dywizjami. Po klęsce Austriaków pod Marengo w czerwcu 1800 roku, Bonaparte nie myślał nawet o pościgu z uwagi na przemęczenie armii (przecież prawie przegrał te bitwę), zaś w grudniu 1805 roku pod Austerlitz pokonani Rosjanie mogli ujść Napoleonowi, który nie odważył się na ryzykowany pościg 750 kilometrów od Renu. Teraz jednak, Ren był niedaleko, a armia francuska nie przemęczyła się specjalnie gromiąc Prusaków. W tej sytuacji cesarz mógł rzucić do największego w historii pościgu całą swoją armię, a przerażona Europa miała ujrzeć wojnę napoleońską w całej jej krasie.

Rozpad pruskiej armii i upadek Berlina

Kapitulacja Blüchera   Bez wątpliwości, nikt w Europie nie spodziewał się tak druzgocącej klęski Prus, w tak krótkim czasie - zaledwie sześć dni po wkroczeniu Napoleona do Saksonii. Pruska para królewska porzuciła armię i uciekła do Prus Wschodnich. Książę Hohenlohe, nie przyjmując do wiadomości myśli o kapitulacji i licząc na pomoc Aleksandra I, podjął desperacką próbę uratowania choćby części rozbitków spod Jeny. Sądził, że uda mu się ponownie skoncentrować resztę armii pod Magdeburgiem, pod osłoną tej najsilniejszej z pruskich twierdz. Mimo fatalnego stanu dróg, rozmiękłych po ulewnych deszczach, w ciągu pięciu dni nieprzerwanego marszu pokonał aż 200 kilometrów i dotarł do Magdeburga. Był to niewątpliwy sukces, biorąc pod uwagę, że książę miał pod rozkazami około 20 tysięcy żołnierzy pochodzących z różnych rozbitych lub rozproszonych regimentów i dywizji, prawie nieuzbrojonych, zdemoralizowanych i niekarnych. Upadek morale przyczynił się jednak do tego, że bez udziału Francuzów, niedobitki pruskiej armii topniały z każdym dniem. Prawdziwą plagą stali się maruderzy, których setki codzienne przechwytywały francuskie forpoczty z korpusu Murata.
Tymczasem 16 października w Erfurcie skapitulowała 14-tysięczna dywizja księcia orańskiego, a raczej jej resztki po klęsce spod Auerstädt. Uciekający na północ korpus Blüchera został przechwycony pod Weissensee przez konnicę Murata (dywizję dragonów gen. Kleina i dywizję huzarów gen. Antoine Lassalle'a). Zaklinając się na "oficerski honor", pruski generał bezczelnie oświadczył francuskiemu dowództwu, że został już podpisany rozejm. Była to podobna sztuczka, jaką posłużył się Kutuzow pod Hollabrun oraz Francuzi odbierając Austriakom mosty na Dunaju, tuż po upadku Wiednia. Blef poskutkował. Blücherowi udało się uciec z matni i następnego dnia podał rękę gen. Friedrichowi von Kalkreuth stojącemu ze swym korpusem pod Greussen. Tutaj jednak dopadł ich korpus Soulta, który jednak nie miał dość sił, aby poradzić sobie z dwoma pruskimi korpusami na raz. Ta nierozstrzygnięta potyczka pozwoliła Prusakom ponownie oderwać się od francuskiego pościgu.
Teraz Napoleon przystąpił do realizacji ostatecznego planu rzucenia Prus na kolana. Polegał on na jednoczesnym pościgu wzdłuż Saali, który miało uwieńczyć sforsowanie środkowej Łaby, siedząc Prusakom na plecach, wyprzedzić ich w wyścigu do Berlina oraz odciąć od Odry i możliwości ucieczki na Śląsk, pod rosyjską opiekę. Zgodnie z rozkazem napoleońska armia ruszyła w kilku kolumnach na północ kraju, na froncie między dolną Łabą i Odrą.
Korpus Davouta maszerował na prawym skrzydle armii. Spod Auerstädt dotarł z dniem 18 października do Lipska, a następnie przez Duben i Wittenbergię ruszył wprost na Berlin. Soult pędził przed sobą Blüchera aż pod Magdeburg, gdzie miejsce w sztafecie przejął Ney. Korpus Bernadotte'a, który do tej pory miał "urlop", ruszył przez Querfurt na Halle, gdzie dopadł 18-tysięczny korpus księcia wirtemberskiego. 17 października 6-tysięczna dywizja gen. Pierre Duponta uderzyła na miasto, odrzucając trzykrotnie silniejszy korpus pruski na Magdeburg. W dalszym pościgu na miejscu Bernadotte'a stanęli Lannes i Augereau, tradycyjnie już służący razem. W chwili gdy niedobitki księcia Hohenlohe schroniły się w Magdeburgu, obaj marszałkowie już obsadzili mosty na Łabie, po czym ruszyli forsownym marszem bezpośrednio na Berlin. Jako pierwszy do pruskiej stolicy 24 października wkroczył triumfalnie korpus Davouta - była to nagroda Napoleona za Auerstädt. Tego samego dnia forpoczta Murata (dywizja huzarów gen. Antoine Lasalle'a) stanęła w pobliżu Charlottenburga. W dniu 27 października do Berlina przybył osobiście Napoleon w asyście cesarskiej gwardii.
Książę Hohenlohe, chcąc przynajmniej część ocalałej armii połączyć z nadciągającymi Rosjanami, podzielił swoją 70-tysięczną armię na dwa duże korpusy. 24-tysięczny pozostawił w Magdeburgu, gdzie miał przystopować francuski pościg, zaś sam z 45-tysięcznym korpusem ruszył w kierunku Prenzlau i Szczecina, w nadziei przedostania się do Prus Wschodnich.
Udało mu się ominąć niezbyt energicznego Bernadotte'a (Napoleon powinien go usunąć już dawno) i 26 października dotrzeć pod Zehdenick, skąd już było tylko 80 kilometrów do Odry. Tu jednak dopadła go dywizja Lasalle'a z korpusu Murata, która w ciągu ostatniej doby pokonała aż 65 kilometrów. Francuski generał był jednak zbyt słaby, aby "chwycić za kark" całą armię księcia Hohenlohe. Mimo przygniatającej dysproporcji sił, Lasalle rzucił jednak wyzwanie pruskiemu księciu. Doszło do niezwykłej bitwy, w której jedna dywizja francuskiej konnicy okazała się dużo silniejsza niż ktokolwiek mógł się tego spodziewać. A już na pewno nie Prusacy. Lasalle bronił się tak twardo i nieustępliwie, że Hohenlohe zamiast maszerować z armią na wschód, musiał ruszyć na północ, ku Templinowi. W dniu 27 października armię pruską przechwyciła kolejna francuska dywizja huzarów - gen. Edouarda Milhauda. Hohenlohe schronił się szybko za murami Prenzlau, ale już następnego dnia forteca została okrążona przez dywizję Lasalle'a i konnicę Murata. W tej sytuacji 10 tysięcy pruskich żołnierzy z 64 armatami i 45 sztandarami z ochotą pomaszerowało do francuskiej niewoli. 30 października dywizja Milhauda dopadła pod Pasewalk 6-tysięczną dywizję pruską z 36 sztandarami, która bez sprzeciwu oddała się do niewoli. Przy takim nastawieniu pruskich żołnierzy z całej armii księcia Hohenlohe w krótkim czasie pozostał tylko 25-tysięczny korpus Blüchera.
Beznadziejna panika ogarnęła nagle i jednocześnie generałów, oficerów i prostych żołnierzy ginącej armii pruskiej. Słynna kiedyś karność pruska znikła bez śladu; Prusacy tysiącami oddawali się do francuskiej niewoli. Upadek ducha był tak masowy, że nawet Francuzom wydawało się to czymś niepojętym. Nie byli to ci sami krzykacze, którzy jeszcze dwa tygodnie temu tak hardo i pewnie chcieli skończyć z Napoleonem.
Tymczasem dywizja Lasalle'a, skierowana z rekonesansem pod Loecknitz, dotarła 30 października z podjazdami aż pod Szczecin. Miasta bronił silny 5,5-tysięczny garnizon pruski z 120 armatami, przygotowany do długotrwałej obrony. Francuski generał, mając tylko 700 szabel i ani jednej armaty, wezwał dowództwo twierdzy do kapitulacji i po kilku godzinach pertraktacji forteca... skapitulowała. Dowiedziawszy się o tym, Lannes natychmiast przerzucił tam dywizję gen. Claparede'a, która obsadziła miasto.
Kiedy twierdze w Prenzlau i Szczecinie padły bez jednego strzału, niedobitki korpusu Blüchera (w sumie ok. 20 tysięcy żołnierzy) ruszyły w kierunku zachodnim, w stronę Bałtyku. Prusacy mieli nadzieję, że w którymś z portów stoi angielska eskadra i pomoże im w ewakuacji do Prus Wschodnich. Jednak 1 listopada dopadły ich pod Waren forpoczty korpusów Soulta i Bernadotte'a. Tego samego dnia konnica Murata wkroczyła do Rostocku. Ponieważ dywizja gen Anne Jean Savary'ego odbiła już Wismar, Blücherowi pozostała tylko Lubeka, jako jedyny port, gdzie mogła nadejść angielska pomoc. Dalej była już granica duńska, ale rząd w Kopenhadze obawiający się Napoleona, kategorycznie zabronił armii pruskiej wkroczenia na duńskie terytorium. Tak na marginesie, to nawet gdyby Blücher chciał szukać ratunku poza granicami kraju, nic by to mu nie pomogło, gdyż obaj marszałkowie natychmiast ruszyliby w ślad za nim.
W ciągu czterech dni nieprzerwanej rejterady korpus Blüchera pokonał aż 120 kilometrów i dotarłszy do Lubeki, zamknął się za jej murami. Ostateczna klęska była już tylko kwestią czasu. 5 listopada korpusy Bernadotte'a, Soulta i Murata przypuściły gwałtowny szturm ma miasto. Po zaciętych walkach ulicznych, w których poległo, zostało rannych lub dostało się do francuskiej niewoli około 5 tysięcy pruskich żołnierzy, marszałkowie odrzucili Blüchera z miasta. Dwa dni później jednak, na równinie pod Lubeką, pod Schwartau, ocalałe, 15-tysięczne resztki korpusu Blüchera zostały okrążone i zmuszone do kapitulacji.
W tym samym czasie korpusy Davouta i Augereau stanęły nad Odrą, podchodząc pod mury twierdzy Kostrzyn. Francuscy marszałkowie do tego stopnia przywykli już do nieprawdopodobnej demoralizacji pruskiej armii, że pod miasto podeszły tylko cztery kompanie piechoty bez artylerii, zaś francuski oficer dumnie oświadczył, że domaga się kapitulacji, nawet dla pozoru nie czyniąc żadnych przygotowań do oblężenia. Reakcja Kostrzyna była natychmiastowa - cztery tysiące pruskich żołnierzy... pomaszerowało do francuskiej niewoli, bez jednego strzału.
Ta seria panicznych kapitulacji najsilniejszych nawet twierdz pruskich zakończyła się ciekawą historią zdobycia Magdeburga, historią, w która nawet cesarz od razu nie chciał uwierzyć, gdy mu o niej zameldowano.
Magdeburg, jedyna jeszcze nie zdobyta, potężnie ufortyfikowana twierdza, obsadzona była przez równie silny, 25-tysięczny garnizon pruski pod rozkazami gen. Friedricha Kleista. Po kapitulacji Blüchera pod Schwartau, pod miasto podszedł 18-tysięczny korpus Neya bez ciężkiej artylerii. Marszałek zaproponował pruskiemu generałowi honorową kapitulację, jednak ten odmówił. Wobec tego Ney rozkazał "zbombardowanie" fortecy ogniem lekkiej artylerii. Ogień ten nie mógł spowodować w twierdzy żadnych szkód, ale poskutkował od razu. 7 listopada Kleist podpisał rozejm, a następnego dnia skapitulował. Później zachowanie to było tłumaczone, bezsensownością kontynuowania obrony w obliczu upadku niemal wszystkich pruskich twierdz na zachód od Odry, a także... prośbą ludności cywilnej, chcącej uniknąć ofiar podczas oblężenia. I Kleist uległ tym namowom.
Kiedy nadeszła informacja o kapitulacji Magdeburga, Napoleon, Francja i reszta Europy pojęli ostatecznie, że Prusy przestały istnieć. W ciągu 39 dni kampanii błyskawicznej dumna niegdyś armia pruska została starta na proch. O rozmiarach pogromu niech świadczy fakt, że Murat napisał do Napoleona, iż wojna skończyła się, ponieważ zabrakło przeciwnika. Do francuskiej niewoli pomaszerowało ponad 140 tysięcy pruskich żołnierzy, a około 60 tysięcy poległo lub została rannych, w tym 25 tysięcy pod Jeną i Auerstädt. 250 pruskich sztandarów zostało przetransportowanych do Francji, jako zdobycz wojenna. Pruskie twierdze, poza Gdańskiem, w stanie nietkniętym skapitulowały, niejednokrotnie w upokarzający sposób. Ocalały tylko drobne garnizony na Śląsku, Pomorzu Zachodnim i w Prusach Wschodnich. Jako jedyny z całej pruskiej armii uratował się z pogromu kilkunastotysięczny korpus gen. Lestocqa stojący nad środkową Wisłą.

Klęska Prus i dekret o blokadzie kontynentalnej

Napoleon przy grobie Fryderyka Wielkiego

  Fryderyk Wilhelm III z królową Luizą Augustą i resztką dworu, ukryli się w końcu w Kłajpedzie w Prusach Wschodnich, na kresach państwa. Nadzieje na pokój lub rozejm rozwiały się, gdy Napoleon przedstawił jego warunki.
W ciągu swojej długiej kariery wojskowej, nigdy przedtem, ani nigdy potem nie udało się Napoleonowi dokonać tego, co osiągnął w czasie tych pięciu tygodni jesieni 1806 roku. W ciągu miesiąca - jeśli liczyć od początku wojny (8 października) - cesarz rzucił na kolana jedno z czterech istniejących wtedy głównych mocarstw europejskich, z którymi dotychczas musiał się liczyć. Nigdy jeszcze nie rozgromił nikogo tak szybko i tak doszczętnie.
Z takim upadkiem ducha, jaki przejawił pruski rząd i pruscy generałowie, z taką kompletną rezygnacją po pierwszych klęskach, z tak szybko ujawnioną uległością ludności cywilnej, Napoleon spotkał się po raz pierwszy. Mamelucy w Egipcie bronili się zacięcie, tak samo jak Austriacy we Włoszech. Rosjanie bili się naprawdę po bohatersku, a nawet niektóre regimenty carskie były pod Austerlitz tak nieugięte, że zdobyły sobie uznanie cesarza. Tymczasem armia pruska szczycąca się tradycjami Fryderyka II, kraj posiadający najsprawniejszą w Europie administrację, kraj o kulturze nie ustępującej nikomu na kontynencie - nagle staje się obojętną i zrezygnowaną masą, niekontrolowaną przez nikogo.
Tymczasem Napoleon wkraczając do stolicy Hohenzollernów nie zapomniał o swoim głównym przeciwniku, o finansowym twórcy kolejnych koalicji antyfrancuskich - Anglii. Nie mogąc jednak dosięgnąć Londynu bezpośrednio, postanowił rzucić go na kolana przy użyciu nowej broni; broni ekonomicznej. Toteż już 21 listopada 1806 roku podpisał w Berlinie dekret o blokadzie kontynentalnej. Zgodnie z jego postanowieniami jakiekolwiek kontakty handlowe z Anglią były surowo zabronione, zaś angielskie towary i statki z tą chwilą podlegały bezwarunkowej konfiskacie.
Co było szczególnie charakterystycznego w dokumencie berlińskim? Przecież już w czasach rewolucji Komitet Bezpieczeństwa Publicznego wydał w 1793 roku podobny dokument, a trzy lata później potwierdził go Dyrektoriat. Dopiero jednak Napoleon uznał go za doskonały oręż gospodarczy w wojnie z Anglią, a jednocześnie szansę rozwoju ekonomicznego samej Francji (już bez największego konkurenta) na rynkach europejskich. Pierwszy krok tego typu należał do... Anglii, która 16 maja 1806 roku ogłosiła blokadę morską kontrolowanej przez Francję Europy - "Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie".
Blokada kontynentalna Anglii mogła dać konkretne wyniki tylko wtedy, gdyby cała Europa została objęta władzą Napoleona lub pozostawała pod jego kontrolą. Gdyby choć jedno państwo okazało się niesłowne i nawiązało stosunki handlowe z Londynem, cały dekret pozostałby martwą literą, gdyż przez ten jeden oporny kraj towary angielskie i tak mogłyby docierać do innych europejskich odbiorców.
Dalszy tok rozumowania jest jasny: skoro tylko ścisłe przestrzeganie blokady przez kraje europejskie od Bałtyku do Adriatyku może rzucić Anglię na kolana, należy władzy Paryża podporządkować całą Europę, a w pierwszym rzędzie przejąć kontrolę na europejskimi portami, aby francuskie służby celne pilnowały porządku i eliminowały kontrabandę.
Napoleon przewidział skutki blokady i logiczny wniosek jego rozumowania był jeden: należy w dalszym ciągu kontynuować tak pomyślnie rozpoczętą politykę podboju kontynentu europejskiego, a wtedy będą szanse na całkowite urzeczywistnienie planu blokady kontynentalnej. Cesarz wiedział też, że tylko siłą, lecz strachem i przymusem można narzucić rządom europejskim przestrzeganie przepisów dekretu berlińskiego. Sprawa była tym bardziej skomplikowana, że na odsiecz pokonanym Prusom już spieszyła Rosja. Napoleona i jego armię czekała więc kolejna, najkrwawsza z dotychczasowych kampanii, która miała być rozegrana na zimowych polach bitew dawnego państwa polskiego.

 

Opracował: Szymon Jagodziński