Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Legiony Polskie - San Domingo

Opublikowano w Armia polska


Polacy na San Domingo

 

Wyspa i jej warunki

 

    W paśmie Wielkich Antyli na morzu Karaibskim, jakby w środku całego pasma wysp dostrzegamy Haiti. W XVIII wieku wyspa ta nosiła nazwę San Domingo, której pamiątką jest dzisiaj nazwa stolicy Dominikany.
Samą wyspę wyróżnia dodatkowo jej ukształtowanie, zdradza je pierwotna, tubylcza nazwa "Kraj Górzysty". Nad całością dominuje masyw Cordilliera Central, z 3175 metrowym szczytem Loma Tina. Na uwagę zasługuje jeszcze w zachodniej części wyspy 2347 m. Massif du Sud. Miedzy tymi masywami rozciągają się żyzne niziny, z największą w dolinie rzeki Artibonite. Ogólna powierzchnia wyspy to 77844 km kwadratowych.
Obecność pasm górskich wpływa znacząco na klimat wyspy, od tropikalnego po umiarkowany (zależnie od wysokości). Opady roczne kształtują się od 300 do 2000 mm rocznie. Temperatury na nizinach bez większych wahań, 25 - 29 stopni Celsjusza, ale wysoko nawet 0 stopni. Pogodę urozmaicają huragany i cyklony między sierpniem a październikiem.
Pod względem zdrowotnym, pozytywem jest bardzo czyste powietrze. Ale po porze deszczowej powstawały bagna i rozlewiska, które przy wysokich temperaturach sprzyjały insektom np. bardzo uciążliwym komarom. Dodatkowo powodowały zjawisko pocenia, a pragnienie zmusza do częstego picia, przy czym wiele strumieni, mimo że czystych, płynąc z gór ma bardzo zimną wodę, przyczyniając się do chorób gardła. Inne zbiorniki często mają wodę nie zdatną do picia. Inne problemy to szybkie psucie się produktów spożywczych, oraz wszędobylskie mrówki, kleszcze, liczne gady i płazy często jadowite.
Dzisiejszy turysta zwykle może śmiać się z niedogodności, mając niezliczone udogodnienia, ale my musimy przenieść się na wyspę sprzed ponad 200 lat, kiedy tropikalne piekło urozmaicał wszędobylski i bezwzględny wróg.

 

 

Przed ekspedycją

 

Pierwsi Francuscy koloniści pojawili się tutaj w 1553 roku, notabene pod kierownictwem Franciszka Le Clerka. Ale nie byli jedynymi Europejczykami. Ostatecznie o losie wyspy zadecydował traktat francusko-hiszpański z 1697 r. Potwierdzony układem z Aranjuz 1777 r. Potwierdzającym władzę Francji nad prawie 28 tyś. km kwadratowych w części zachodniej. Co do ludności kolonii francuskiej, to przybliżona jej liczba w 1789 roku wynosiła 500 tyś. Nie była jednak jednolita. Jako że o bogactwie wyspy decydowała wydajność plantacji, największą grupę ludności stanowili murzyńscy niewolnicy, stanowiący ok. 87%. Jakieś 5,5% to wyzwoleńcy, czyli głównie mieszańcy. Ludność biała, jakieś 40 000 to 7,6%. Podstawowe produkty wyspy, przynoszące wcale znaczne dochody, choć w większości przejmowane przez metropolię, to cukier z trzciny, kawa, bawełna, indygo, kakao. Ale na wyspie produkowano też przetworzone produkty, np. alkohole, w tym rum.
Plantatorzy, szukając nie opodatkowanych zysków chętnie handlowali z kupcami amerykańskimi, hiszpańskimi, czy nawet angielskimi. Zwołanie Stanów Generalnych i dalsze wydarzenia rewolucyjne zwiastowały daleko idące zmiany nie tylko we Francji. Kolonie takie jak San Domingo z niepokojem lub nadzieją czekały na dalsze wydarzenia. Plantatorzy, co nie może dziwić, zainteresowani byli głównie większą samodzielnością gospodarczą kolonii, ale jak ognia bali się przewrotu społecznego, który mógł podważyć podstawy systemu niewolniczego. W większych miastach można było spotkać zwolenników rewolucji, którzy dopuszczali też myśl o zniesieniu niewolnictwa. Mulaci zwani wyzwoleńcami (było wśród nich trochę murzynów), mieli nadzieję na przyznanie praw obywatelskich. Wreszcie niewolnicy, dla których teraz liczyła się już tylko wolność. Jednak Zgromadzenie Kolonii w sierpniu 1791 roku nie dopuściło kolorowych do obywatelstwa, nie godząc się na zmiany. Znamienne tutaj było wystąpienie przywódcy plantatorów, barona de Beavais, który w niewybredny sposób określił mulatów, a murzynów wprost nazwał małpami. Wiadomości o wydarzeniach rozchodziły się też wśród kolorowych, którzy widząc, że niczego bez walki nie zyskają wywołali pierwsze większe powstanie w 1791 roku. Krwawe walki (ok. 2000 zabitych białych), zakończono porozumieniem i amnestią, ale wielu powstańców nie złożyło broni i z górskich kryjówek atakowali plantacje, często dla zwykłego rabunku. Powstanie przyniosło decyzje o rozwiązaniu starego Zgromadzenia Kolonii i w marcu 1792 roku przyznanie pełni praw obywatelskich mieszkańcom wyspy.
Zgilotynowanie Ludwika XVI stało się powodem nie tylko niepokojów na wyspie, ale także interwencji zbrojnej Wielkiej Brytanii, Holandii i Hiszpanii. Ci ostatni wkraczają na wyspę poparci przez część murzyńskich powstańców, ale i royaliści oddali się pod opiekę Hiszpanom. By ratować sytuację, Santhonax, przywódca republikanów, próbował dogadać się z powstańcami umożliwiając im wkroczenie do Cap Francais, przy czym nie obyło się bez ofiar. I wreszcie 29 sierpnia 1793r. ogłosił zniesienie niewolnictwa. Teraz dzięki poparciu murzynów odzyskano obszary zajęte przez Hiszpanów, którzy ostatecznie wycofali się z walk przeciw Francji w 1795 roku. A dla plantatorów ostatnią szansą stali się Anglicy. Ich ekspedycja na wyspę rozpoczęła się już 18 sierpnia 1793r. Gen. Whyte zdobył w czerwcu 1794 Port au Prince i dużą część wyspy, ale radość była przedwczesna. Anglikom cała impreza zbytnio się nie opłacała. Gdy musieli walczyć z połączonymi siłami murzynów mulatów i Francuzów ostatecznie poprosili o rozejm 30 kwietnia 1798 roku. W całym okresie walk stracili 54 tysiące ludzi (z powodu żółtej febry do 12000) i 10 mln. funtów. Smutne, że zwycięskich Francuzów ta lekcja wiele nie nauczyła.
Co do sił, które przyczyniły się do zwycięstwa, najważniejszym z murzyńskich przywódców był już wtedy Franciszek Toussaint-Louverture, wnuk wodza Arradów z Konga. Początkowo walczył po stronie Hiszpanów, lecz gdy Francja potwierdziła wolność murzynów 4 lutego 1794 roku, wyrżnął hiszpańską załogę Marmelade i ze stopniem generała brygady przeszedł na jej stronę. Drugą siłą byli mulaci dowodzeni przez gen. Rigaud. Ci dwaj wodzowie walczyli także między sobą, a Francuzi po pokonaniu Anglików próbowali wygrać jednego przeciw drugiemu. Lecz z rozgrywek tych najsilniejszy wyszedł Toussaint-Louverture. Gdy dodatkowo w 1800 roku podbił hiszpańską część wyspy, znosząc tam niewolnictwo, on zaczął rozdawać karty. 5 lutego 1801 roku kazał wybrać 7 białych i 3 mulatów do Centralnego Zgromadzenia, ale i tak wiadomo było, że sam podejmuje decyzje. W lipcu nie czekając na opinię Paryża ogłosił konstytucję wyspy, sobie przyznając funkcję dożywotniego generalnego gubernatora, z władzą jak I Konsul we Francji. Metropolia uznając to za akt wrogi, skreśliła go z listy generałów.
Wyspa doznała ogromnych strat, jedna trzecia mieszkańców San Domingo wyginęła, zniszczeniu uległa większość plantacji. Co prawda Toussaint-Louverture dbał o rozwój gospodarczy, ale np. produkcja kawy to tylko 56% stanu sprzed rewolucji, a z innymi towarami było jeszcze gorzej. A przecież coraz bardziej stawało się jasne, że następstwem powstałej sytuacji będzie zbrojna interwencja.

 

 

Ekspedycja generała Leclerca

 

Nominacje dowódcy ekspedycji podpisał Bonaparte 24 października, wyznaczając własnego szwagra, gen Wiktora Emanuela Leclerca, męża Pauliny. Dowódca opracował plan akcji, a w tym czasie trwały przygotowania do wyprawy, której główną bazą był Brest. Przewidziano do niej 21 883 żołnierzy, ale kiedy ruszano na przełomie listopada/grudnia 1801 roku, na pokładach statków znalazło się ich 14 283. Nie ulega wątpliwości, że przy doborze oficerów na tę wyprawę, kierowano się stosunkiem do I Konsula. W pierwszej kolejności oddelegowano oficerów o wyraźnie republikańskich poglądach. W sztabie Leclerca znalazło się 5 gen. Dyw. i 9 gen. Bryg. Na wyprawę zabrano też wygnanych wcześniej z wyspy generałów mulackich, Rigauda i Petiona. Flotą w składzie 32 liniowców, 22 fregat i korwet, dowodził admirał Ludwik Villaret-Joyese.
Wyruszono 14 grudnia 1801 roku i dotarto na miejsce w styczniu następnego roku. Tutaj Leclerc próbował przekonać murzyńskich dowódców do podporządkowania się. Gdy przekonał się, że nic nie wskóra, wydał rozkaz lądowania i zdobycia Fort Dauphin. Następnie sam Leclerc zajął 6 lutego Cap Francais. W okresie lutego oddziały francuskie zajęły większość ważnych miast, ale nie zdołano rozbić armii murzyńskiej. Toussaint-Louverture odmówił złożenia broni w zamian za przywrócenie do służby, dlatego 17 lutego wyjęto go spod prawa, wraz z gen. Christophe. Podjęto atak na ich pozycje w górach, ale nie uzyskano rozstrzygnięcia. Mimo dotychczasowych sukcesów, Leclerc był zaniepokojony, bo straty sięgały już 5 000 żołnierzy. Dodatkowo rozpoczęły się działania partyzanckie małych partii murzyńskich, nie uznających niczyjego zwierzchnictwa.
W kwietniu 1802 roku wyraźnym sukcesem było przejście gen. Christophe'a na stronę Francuzów. 1 maja, po potwierdzeniu amnestii i wolności murzynów to samo zrobił Toussaint-Louverture. Potwierdzono jego stopień generalski i wysłano go do plantacji Ennery. Jednak obawa o jego popularność spowodowała, że Leclerc nakazał 7 czerwca go aresztować i osadzić w cytadeli Joux, gdzie zmarł 7 kwietnia 1803 roku.
Wyspa była znów wyniszczona, dla ratowania produkcji Leclerc wydał 30 czerwca dekret o przymusie pracy i wiele innych zarządzeń gospodarczych, np. dotyczących handlu z amerykańskimi kupcami. Opanowanie sytuacji przyczyniło się też do licznego powrotu białych na wyspę. Problem agrarne, jak i obawa przed powrotem niewolnictwa stały się powodem wznowienia powstania na przełomie sierpnia/września 1802 roku. Od nowa narastało okrucieństwo po obu stronach, lecz dla Francuzów dodatkowym problemem stały się straty wynikające z chorób, np. żółtej febry i dyzenterii. O dramatycznej sytuacji świadczą raporty Leclerca do I Konsula. W październiku pisał, że wyjściem z sytuacji było by wybicie wszystkich murzyńskich mężczyzn powyżej 12 roku życia. Problemem była też demoralizacja przetrzebionych oddziałów francuskich. Posiłki z Francji stały się konieczne.

 

 

Polacy wysłani na San Domingo

Pierwszym Polakiem wysłanym na San Domingo był gen. bryg. Władysław Jabłonowski (znamienity dawniej ród, miał w swych szeregach hetmanów). Wysłano go na własną prośbę w maju 1802 roku, delegując do sztabu gen. Leclerca.. W sierpniu powierzono mu akcje likwidacji powstania w Departamencie Północnym. W trakcie wykonywania powierzonych sobie zadań Jabłonowski zachorował na żółtą febrę i szybko, 29 września 1802 roku zmarł. Warto wspomnieć jeszcze jego adiutanta, kpt. Konstantego Przebendowskiego, który mając wysokie kwalifikacje, został dołączony do sztabu, a 6 listopada 1803 roku w stopniu szefa szwadronu mianowany adiutantem naczelnego wodza gen. Rochambeau.
Latem 1802 roku Bonaparte planował wysłanie posiłków na San Domingo, listy Leclerca nie nastrajały optymizmem i wiadomo było, że bez szybkiego wsparcia ekspedycja może się zakończyć fiaskiem. Liczbę sił określono na 5 generałów (Jabłonowski już pojechał) i 9008 żołnierzy i oficerów. Do ekspedycji wyznaczono także Polaków z 3 półbrygady Legii Naddunajskiej, stacjonującej wtedy w Livorno. Zniechęceni służbą we Włoszech legioniści, przyjęli decyzję o ekspedycji obojętnie, choć część oficerów złożyła dymisje (robili to też wcześniej). Decyzję za to protestował w Mediolanie Dąbrowski, znający cel wyprawy. Nie zgodził się jednak z propozycją przeprowadzenia oddziałów polskich do Turcji, skąd miały by wyruszyć na ziemię polskie i po zajęciu Kamieńca Podolskiego wywołać powstanie.
Na czele jednostki, przemianowanej 22 grudnia 1801 r. na 113 półbrygadę francuską, po dymisji Stanisława Fiszera, stanął Francuz Fortunat Bernard. Choć stan jednostki miał wynosić 96 oficerów i 3138 żołnierzy, nie był pełny i na wyprawę ruszyło ogółem 2810 Polaków. Zaopatrzono ich w przewidzianą ilość pożywienia, dodatkowe stroje kolonialne, wypłacono żołd. Na pokładach 12 statków przewozowych wypłynęli 17 maja 1802r. Po postojach w Hiszpanii ruszono na Antyle 23 -25 lipca 1802 i dotarto na miejsce 2 września.
Drugim polskim rzutem na San Domingo była 2 półbrygady Legii Naddunajskiej, także przemianowana na 114 półbrygadę francuską, a jej dowódcą był płk. Aksamitowski. (Co ciekawe początkowo proponowano 1 półbrygadzie, ale jej szef Grabiński dzięki dobrym znajomością doprowadził do zmiany decyzji). I Konsul uznając znaczenie tej kolonii, w listopadzie 1802 roku podjął decyzję o wysłaniu kolejnych posiłków. Przewidziano ich liczbę na 12 138 żołnierzy. Tym razem poważnym problemem mogła być dezercja, ponieważ wiedziano już wtedy o stratach i warunkach walk na wyspie. Znowu odezwały się głosy sprzeciwu wśród polskiej emigracji, ale ponownie Dąbrowski nie zdecydował się na jakąś akcję. W grudniu jednostkę przesunięto do Reggio, gdzie zebrano 83 oficerów i 2587 żołnierzy (liczba ta wzrosła po dołączeniu rekonwalescentów). Po przejściu do Parmy, 16 grudnia ogłoszono przemianowanie na 114 półbrygadę francuską i ogłoszono podniesienie żołdu, co poprawiło nastroje. Niestety nie przeprowadzono wymiany karabinów, które były w opłakanym stanie Potem poszła pod Genuę, gdzie 24 stycznia 1803 roku załadowano pierwszą grupę na okręty z eskadry kontradmirała Jakuba Bedouta. Ogółem około 1960 żołnierzy, którzy wypłynęli 27 stycznia. 13 lutego zaokrętowano 475 żołnierzy, czyli ruszyło około 2460 ludzi, plus dodatkowo szebek "L'Eole" z 60 spóźnionymi Polakami z obu półbrygad. Do celu okręty docierały oddzielnie w marcu 1803 roku.
Dane liczbowe nie są pełne, dodatkowo różne źródła różnią się liczbami, a poza tym nie są pewne straty w podróży. Opierając się na podanych wyżej liczbach można przyjąć, że na wyspę ruszyło łącznie 5270 Polaków.

Warunki podróży

 

Przyglądając się warunkom podróży w XV - XIX wieku, ze zdumieniem zastanawiamy się, co za szaleńcy decydowali się na takie ryzyko. Nasze zdumienie budzi nie tylko podejmowane ryzyko, ale także koszmar warunków życia na i pod pokładem. Oglądając kinowy przebój "Tytanik", nawet w scenach z dolnych pokładów nie zobaczymy prawdziwego obrazu wspomnianych podróży.
Wyprawa na San Domingo musiała na progu XIX w. trwać co najmniej 40 dni, a pamiętajmy, że transporty wojskowe ładowane były do oporu i jedynie oficerowie mogli liczyć na znośne warunki przeprawy, w kilkuosobowych kajutach.
Gdy w 1802 roku szykowano do drogi 113 półbrygadę, jej Rada Administracyjna monitowała władzę by zapewnić oddziałom odpowiednie warunki. Po pierwsze dla lepszego przystosowania do klimatu wyspy, lądowanie powinno mieć miejsce w początkach września, transport specjalnymi okrętami na 300-400 ludzi z wentylowanymi kabinami, a nie na okrętach wojennych. Do tego odpowiednia żywność i opieka medyczna. Jedynie ten ostatni postulat został (przypadkowo) spełniony. Ciasno zaokrętowani żołnierze nie dostali nawet hamaków i upychano ich " do oporu". Racje żywnościowe w wyniku samowoli intendentury zostały zmniejszone, a mała ilość warzyw nie mogła przeszkodzić szkorbutowi. Zaokrętowanie 113 odbyło się spokojnie już 14 maja, jednak już na początku morze upomniało się o ofiarę w burzy 15-16 . Ostatecznie wypłynięto 17 maja i znowu dostano się w strefę burzy. Rozproszona flota zebrała się pod Gibraltarem i skierowała do Kadyksu. "Zaledwo flotylla z przystani Livorno wypłynęła, okropna wszczęła się burza(...) okręt(...) rozbił się o skały w bliskości wieży morskiej San-Vincenzo i ze 180 ludzi zaledwie sześćdziesięciu kilku wyratować się zdołało(...)" - Relacje oficerów 113 półbrygady K. Luxa i P. Wierzbickiego (Bielecki R., Tyszka A. - Dał nam przykład Bonaparte. Kraków 1984. s.97-105.). Warto dodać, że kilkanaście dni pobytu w Kadyksie, było chwilą wytchnienia tylko dla oficerów. Gdy ci mieli okazję zwiedzać miasto, a nawet opuścić ekspedycje, żołnierzom został kołyszący pokład i smród portu. Jedynym urozmaiceniem mógł być widok stojącego niedaleko największego liniowca floty hiszpańskiej, 140 działowego "La Santissima Trinidad". Z portu wypłynięto około 25 lipca. Gdy z początkiem sierpnia okręty stanęły z powodu braku wiatru, ograniczono racje wody, która i tak była zepsuta i nabrała żółtawego koloru. By przeciwdziałać upałom, zezwolono na morską kąpiel, gdy kilku pływaków padło ofiarą rekinów, wyznaczeni żołnierze mieli w razie czego strzelać do nieznanych morskich istot. Potem dopłynięto do zwrotnika raka, gdzie urządzono zaślubiny z morzem dla żołnierzy. Były to nieliczne chwile, gdy można było się zabawić i zapomnieć o trudach podróży. Dopłynięto 2 września, po 108 dnach na ciasnych pokładach. O warunkach może świadczyć fakt, że do lazaretów prosto z pokładów trafiło 10 oficerów i 432 żołnierzy.
Podróż 114 też nie była usłana różami. Wysłano po nich trzy liniowce "L'Argonaute", "Le Fougeux", Le Heros", ale mimo upychania, nie były w stanie zabrać całej półbrygady. 25 stycznia na pokładach znalazło się ok.1950 żołnierzy, mimo, że miejsca obliczano na 1800. Pogorszyło to warunki i stan lądujących oddziałów. Resztę wpakowano na fregatę i korwetę, łącznie jakieś 480 ludzi. I tym razem morskie burze dały się mocno we znaki. Przyczyniły się też do tego, że okręty płynęły do celu oddzielnie. By zająć czymś żołnierzy, organizowano dla nich kurs obsługi dział okrętowych, wachty, prace porządkowe i inne. Ale nie zmieniało to faktu, że koszmarna i głodna podróż była tylko wstępem do okropności San Domingo.

 

 

Walki Polaków na San Domingo

 

Leclerc, a po jego śmierci na febrę (nocą 2 listopada 1802 roku), Rochambeau z utęsknieniem czekali na każde posiłki. Natłok zadań w połączeniu z ogromnymi stratami powodowały, że bez czasu na aklimatyzację, oddziały praktycznie z okrętów szły do walki. Francuscy dowódcy mieli o Polakach jak najlepsze mniemanie, znając ich czyny we Włoszech, czy na teatrze Niemieckim. Niestety, doświadczenia walk europejskich nie mogły się przydać na wyspie, gdzie przeciwnik stosował inną taktykę. Szczególnie było to widać podczas akcji zwalczania nieregularnych band. Polacy nie walczyli jednak jako cała jednostka. Bataliony były przydzielone do różnych ugrupowań, a dodatkowo wydzielano mniejsze oddziały do konkretnych zadań. Np. akcja kpt. Grotowskiego, któremu udało się dostarczyć zaopatrzenie do oblężonego Marmelade. Cały czas istniało zagrożenie, brak poczucia bezpieczeństwa. Dobrze obrazuje to zdrada 31 października 1802 mulackich oddziałów Petiona i Clarvaux, w sile 2500 ludzi. Batalion Wodzińskiego został otoczony i przebijał się z ciężkimi stratami. Dalsze walki batalionu powiększyły straty, znowu zdrada części oddziałów kolonialnych komplikowało sytuację. Np. odcięte kompanie broniące się w wolno stojącym budynku, zostały podpalone. W ten sposób z 984 żołnierzy I batalionu, po dwóch miesiącach walk pod bronią zostało ok. 150. Rok później stwierdzono, że z batalionu zostało przy życiu raptem 20 ludzi.
II batalion Bolesty, wyładowany w Mole Saint Nicolas w sile 701 ludzi, z czego część oczywiście od razu szpital, ruszył w ramach ekspedycji do Departamentu Zachodniego, a następnie Południowego. Wzięli tu udział w walkach o odzyskanie kontroli nad ważniejszymi miejscowościami i stanowili ich załogi. Pojawia się tu kontrowersyjna sprawa wybicia 400 ludzi batalionu kolonialnego w Saint Marc. Cała sprawa miała związek ze wzmiankowanymi wcześniej aktami zdrady i zdradą gen Dessalines 17 października. Murzyni, którzy do apelu wystąpili bez broni, zostali otoczeni i wykłuci przez pozostałe oddziały z załogi. Padło też podejrzenie na Polaków, których w mieście było ponad 100. W polskiej historiografii problem ten wywołał gorącą dyskusje.
III batalion w sile 634 ludzi lądował w Borgne, na zachód od Cap Francais i od razu zasilił dywizję gen. Brunet. Polacy zostali włączeni do akcji pacyfikacji masywu północnego i ochrony szlaków. Np. ok. 14 października bronili przedpola miasteczka Limbe, i zostali odrzuceni do zabudowań, gdzie w kontrataku zdobyli działo. Nie przerwało to jednak murzyńskich ataków, przy ich ciągłym naporze, walki w tym rejonie zakończyły się porażką Francuzów. III batalion doznał ogromnych strat i 9 listopada po ewakuacji do Cap Francais obliczano go na 98 zdrowych i 178 chorych. 1 grudnia 1802 jego resztki włączono do 31 półbrygady francuskiej.
Od listopada główny wysiłek Francuski był skierowany na obronę ważniejszych baz. Wszędzie groziły ataki oddziałów partyzanckich, co uniemożliwiało bez posiłków z Europy, podjęcie działań ofensywnych. Polacy walczyli jako części składowe wymieszanych związków bojowych. Tak na przykład grupa żołnierzy II batalionu pod dowództwem kpt. D. Dziurbasa skutecznie broniła Mole Saint Nicolas, na pamiątkę jeden z fortów nazwano imieniem polskiego kapitana. W styczniu 1803 murzyni zajęli szpital pod Cap Francais, mordując ok. 1600 pacjentów i obsługę, zginęło wtedy kilkudziesięciu Polaków. Podobne wypadki miały miejsce w lutym na wysepce Tortuga. Względną stabilność sytuacji przekreśliło rozprzestrzenienie się powstania na Dep. Południowy w marcu 1803r. Jedyną nadzieją dla opanowania sytuacji, wydawały się znaczne posiłki z Francji. Na samej wyspie pod bronią zostawało jeszcze ok. 11 000 ludzi, ale straty wzrastały, szczególnie że nasiliły się zachorowania na febrę. Dla 113 półbrygady straty były tak poważne, że z końcem marca myślano o jej skreśleniu z ewidencji.
114 półbrygada jak wspomniano przybyła na wyspę etapami. Pojawienie się nowych jednostek, gen. Rochambeau chciał wykorzystać do podjęcia ofensywy. I batalionowi w sile 400 ludzi wspartych jednostkami gwardii narodowej, powierzono główne zadanie oczyszczenia równiny Torbeck z powstańców. II batalion miał iść w kolumnie z zadaniem osłony wybrzeża. A III b. w kolejnej. Cała akcja z powodu braku synchronizacji nie przyniosła efektów, a I kolumna, w tym Polacy, doznała poważnych strat i wycofała się. III batalion w sile 649 żołnierzy ruszył 11 kwietnia, ale od razu problemy z żółtą febrą wstrzymały akcję. Kilka dni później ruszono pod nowym dowództwem i w górzystym obszarze zaatakowano umocnione pozycje powstańców gen. Ferru, po obejściu zmuszając ich do odwrotu. Ale akcja była kontynuowana i po nieudanym boju o kolejne przeszkody 27 kwietnia podjęto odwrót. Kolejna kolumna ruszyła do akcji pod dowództwem wiernego Francji murzyńskiego gen. Laplume. W jej składzie szli Polacy z I batalionu Małachowskiego. Ale brak współpracy i zgrania z innymi kolumnami spowodował, że po licznych perypetiach musiała się wycofać, uznając za sukces brak poważnych strat. 28 kwietnia rozpoczęły się także działania pod Cayes, które próbowali zdobyć powstańcy. Miasta bronili także Polacy ze 114 i dzięki dobrej postawie obrońców, atakującym zadano duże straty. Radość z sukcesu przyćmiewał jednak fakt, że febra powodowała większe straty, od kul przeciwnika. Podobnie ciężkie chwile przeżywała załoga Jacmel, także z Polakami w składzie. Dalsze walki w obronie umocnionych punktów w maju i czerwcu 1803 roku powodowały coraz większe straty. O tym jak ciężkie panowały warunki i powodowały narastanie przygnębienia, niech świadczy fakt samobójczej śmierci powszechnie szanowanego szefa batalionu Ignacego Jasińskiego 22 czerwca.
Nie rokująca nadziei sytuacja, została pogorszona dodatkowo przystąpieniem Anglii do wojny, w maju 1803. Praktycznie kontakt z metropolią został zerwany, a oblężone porty były teraz blokowane i ostrzeliwane z morza. Zaczął panować głód. 1 sierpnia, dowódca obrony Jeremie gen. Fressinet, podjął decyzję o opuszczeniu pozycji, przy jednoczesnym pozostawieniu niczego nie spodziewającej się załogi polskiej cytadeli. Uciekinierzy w większości trafili do Angielskiej niewoli, a pozostawieni 140 Polaków i grupa Francuzów 5 sierpnia kapitulowali. Na szczęście gen. Ferru, mając bardzo dobre mniemanie o Polakach, pozwolił im odpłynąć na Kubę. 12 października kapituluje przed Anglikami Cayes, kilka dni wcześniej Port au Prince. 30 listopada kapitulował sam głównodowodzący gen. Rochambeau, oddając powstańcom Cap Francais, sam zatrzymany przez Angielski "Bellerophon" (ten sam, na którego pokładzie smutną podróż odbył Napoleon).

 

 

Niedobitki z piekielnej wyspy

Los Polaków i Francuzów biorących udział w tej ekspedycji, może wydać się nam tragiczny. Ale ci, którym udało się przeżyć mieli przed sobą ciernistą, równie koszmarną drogę, na końcu której często czekała śmierć.
Duża część nieszczęsnych jeńców znalazła się w niewoli Angielskiej. Tych przewożono na Jamajkę, gdzie w miarę wzrostu ilości przybywających (do 7000), traktowano ich coraz gorzej, co przyznają nawet angielscy historycy. Dopuszczono się złamania porozumień kapitulacyjnych, odbierano osobiste rzeczy, zdzierano mundury i pogarszały się warunki lokalowe i pożywienie. Szeregowi często przymusem wcielano do regimentów angielskich. Oficerów osadzono w Spanishtown i Kingston, gdzie z czasem posiadający środki na podróż, zostali zwolnieni na parol. Szeregowcy, nie mający szansy na zwolnienie znaleźli się w ciężkim położeniu. Podzielono ich na: ciężko rannych i chorych odesłanych do USA pod opiekę francuskiego konsula w Charlestonie. Ogółem 36, odesłanych potem do Francji. Lżej ranni i chorzy zostali w niewoli w szpitalu, gdzie umierali lub mogli wrócić do zdrowia. Trzecia grupa jako zdolna do służby wojskowej 1)a odesłana do Anglii. Tu z braku miejsca w więzieniach osadzono ich na "pontonach", czyli wycofanych z czynnej służby okrętach. Okropne warunki bytowe powodowały dużą śmiertelność. Stąd pojawienie się werbowników mogło być szansą na przeżycie. Gdy samo to nie skutkowało, starano się przekonać opornych biciem i szczególnym traktowaniem. Szacuje się, że w ten sposób na brytyjską służbę trafiło ok. 1000 legionistów, głównie do 60 regimentu, który brał później udział w walkach w Hiszpanii. Pozostali jeńcy znaleźli się w różnych miejscach Wysp Brytyjskich, z czego przebywało tam jeszcze w 1814 roku 6 oficerów, 72 żołnierzy polskich.
Innym miejscem, gdzie wśród uchodźców z San Domingo znaleźli się Polacy, była hiszpańska Kuba. Wylądowało tu ok. 40 legionistów z załogi Jeremie, a w październiku 1803 ok. 50 z oddziałem gen. Lavalette z Port au Prince. Na mocy umowy generał ten utrzymywał żołnierzy w przygotowanych obozach na koszt Francji, ale ograniczono w ten sposób swobodę poruszania się i do pobliskiej Hawany udawali się tylko posiadający własne środki. W grudniu dołączyła do nich grupa gen. Noailles, a w niej ok. 80 Polaków. W sumie w obozie Baracoa znalazła się grupa 200 legionistów z oficerami, na czele kpt. Berensdorff. Warto zanotować fakt udziału tego oficera i ok. 20 Polaków w akcji gen. Noaillesa, w wyniku której abordażowano brytyjską korwetę i doprowadzono ją do Hawany. Trzecia grupa to żołnierze, którzy znaleźli się we wschodniej części San Domingo, której stolicę Santo Domingo, Francuzi zajęli 21 lutego 1802. Dowodził tu gen. Perichon, z północnej części wyspy wycofał się gen. Ferrand, który w grudniu 1803 miał jeszcze 800 ludzi, w tym 75 Polaków. Ten drugi był zdecydowany bronić miasta, do czego starannie się przygotował tworząc umocnione punkty. Bardzo liczono tutaj na pomoc oddziałów z Kuby, jednak mimo takich planów nie doszło do niej. Warto dodać, że korzystając z baz w tej części wyspy rozpoczęto akcję korsarską. Wśród kaprów było kilkunastu Polaków, np. szef batalionu Kobylański, szef batalionu Blumer (późniejszy generał), ppor. Lux. Atak powstańców na Santao Domingo rozpoczął się 6 marca 1805. Obrońcy dokonywali częstych wycieczek i doczekali się przybycia francuskiej flotylli z posiłkami (Piemontczycy). Mimo tych sukcesów choroby powodowały wykruszanie się obrońców. Po wielu perypetiach ostatni obrońcy Santo Domingo kapitulowali 8 lipca 1809 roku przed oddziałami hiszpańskimi. W ich szeregach było jeszcze ok. 40 Polaków. Warto dodać, że niektórzy w 1807 roku, np. Lux i Wierzbicki otrzymali pozwolenie na powrót do Europy i rozpoczęli służbę w armii Księstwa Warszawskiego.
Przez cały okres walk na San Domingo Polacy wracali do Francji. Najczęściej ranni i ciężko chorzy, często też pozbawieni dowództwa oficerowie. Pod koniec 1803 roku w Paryżu zebrało się 12 oficerów 113 półbrygady. W 1805 w obozie Chalons-sur-Marne wśród 65 polskich oficerów, było 52 przybyłych z wyspy, ogólnie doliczono się 136 którym udało się wrócić. Niestety szeregowcy nie mieli tyle szczęścia, oblicza się, że przeżyć i wrócić mogło ich około 300. Do tego można dodać 150, którzy walcząc w szeregach angielskich w Hiszpanii, przeszli z powrotem do swoich. Warto też dodać, że w 1815 roku, w czasie wojny angielsko-amerykańskiej, w trakcie walk o Nowy Orlean, z szeregów angielskich zdezerterowało do kilkunastu Polaków, prawdopodobnie dawnych jeńców z San Domingo. Oblicza się, że na Antylach pozostało do 600 Polaków. Wśród nich tacy, którzy poszli na służbę murzynów.
To nie była Polska wojna. San Domingo stało się grobem dwóch jednostek polskich i wyraźną rysą na polsko - francuskim braterstwie hartowanym w ogniu wojen napoleońskich. Rysą która nie zachwiała jednak nie zachwiała lojalnością wobec jedynego sojusznika. To był jeszcze jeden straszny, ale konieczny koszt polskiej niepodległości, co dobrze rozumieli Ci, którzy po powrocie wracali do szeregów. Im wszystkim należy się nasza pamięć.

Opracował: Miłosz Korczyk

Polecamy książkę: 

BARWA WOJSKA RZECZYPOSPOLITEJ OBOJGA NARODÓW W XVIII WIEKU ORAZ LEGIONÓW POLSKICH 1797-1807