Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Andrzej Nieuważny, Nauka po napoleońsku, czyli rozmyślania na dwustulecie liceum.

Opublikowano w Miscellanea

We Francji, nawet jeśli pominiemy (a można je pominąć?), słodkie dla lokalnej dziś potęgi wspomnienie hegemonii i chwały (Austerlitz, Jena, francuskie orły nad i za Niemnem, itd.), spadek po epoce napoleońskiej jest zadziwiająco żywotny. Prefekci w departamentach, organizacja policji paryskiej, nowoczesna biurokracja, Rada Państwa, Bank Francji, frank (choć od 1 stycznia zastąpiony przez euro), prawo cywilne, Legia Honorowa, oraz wiele innych instytucji, przetrwały do progu XXI wieku...

Liceum Bonaparte - obecnie Liceum Condorect - dziedziniec wewnętrzny (istnieje do dzisiaj)


    Po objęciu władzy w 1799 r. Napoleon zamierzał bowiem nie tylko zakończyć wojny toczone od siedmiu lat na zewnątrz i wewnątrz kraju, który od 1789 r. przeżył siedem systemów rządów (i otrzymywał czwartą konstytucję!), czy też reanimować zrujnowaną gospodarkę. Przekonany, iż Rewolucja zniszczyła struktury społeczne, dyktator postanowił zbudować nowe społeczeństwo i nową hierarchię (tworząc m.in. tzw. szlachtę Cesarstwa łączącą stare rody z ludźmi nowych zasług, zwłaszcza wojskowymi). Stawiając rodzaj "grubej kreski" na pokoleniu podzielonym rewolucyjnym dramatem, postanowił wykształcić i wychować dla państwa nieskażone sporami młode pokolenie w myśl zasady: odciąć przeszłość by wstrząsnąć przyszłością. Dla niej więc kształcono m.in. w odziedziczonej po Republice paryskiej Politechnice, która "zmilitaryzowana" i oddana pod komendę oficerów, dawać miała potrzebnych armii artylerzystów i saperów, a dopiero następnie inżynierów do służby cywilnej. Do dziś zresztą widzimy umundurowanych studentów (i studentki!) Politechniki defilujących 14 lipca po Polach Elizejskich. Równocześnie, na Politechnice skupiono najwybitniejszych uczonych i dopuszczono do studiów przedstawicieli niefrancuskich departamentów Cesarstwa: Włochów, Ilyryjczyków, Holendrów.

Licealista w mundurze

U progu Rewolucji, która zniszczyła powszechne szkoły katolickie, 53% Francuzów i 73% Francuzek nie potrafiło czytać. W Cesarstwie 900 tys. uczniów obojga płci uczyło się w zaledwie 31 tys. gminnych szkół podstawowych. Ich sukcesem było obniżenie analfabetyzmu do 46 i 53 %, państwo jednak bardziej troszczyło się o wprowadzony w 1806 r. katechizm, z którego na lekcji religii uczono obowiązków wobec cesarza.
    Pepinierą oddanych państwu elit miało bowiem stać się dopiero szkolnictwo średnie. Wychowanie - mawiał Napoleon - ma charakter tyleż moralny, co polityczny. Celem jego jest przywiązanie do rządu pokolenia wschodzącego i pokolenie zstępującego; przywiązanie ojców przez dzieci i dzieci przez ojców, zbudowanie czegoś w rodzaju publicznego ojcostwa. Dekret z maja 1802 r. powołał licea, w których umundurowani profesorowie (obowiązkowo bezżenni) uczyli umundurowanych uczniów w systemie wojskowych niemal rang, kar i nagród. Po wojskowemu ćwiczono ciała, by umysły łatwiej ogarniały wpajane zasady, oraz języki raczej klasyczne niż żywe i nauki ścisłe bardziej niż historię czy geografię, które w przyszłych inżynierach, czy oficerach mogłyby jedynie rozbudzać niepotrzebne refleksje.
    Idea państwowego nauczania była jednak świeża, a doświadczenia lat Rewolucji uczyły ostrożności. Choć licea powołano dla elity pieniądza i, na drugim miejscu, elity zasłużonych, z natury ostrożne wobec autorytarnego państwa mieszczaństwo wolało posyłać synów do szkół mniej zideologizowanych. Mimo nacisków i stypendiów (już w 1802 r. bezpłatną naukę gwarantowano co czwartemu licealiście), jeszcze w 1809 r. w 80 liceach było tylko 27 575 uczniów (głównie z rodzin urzędniczych i wojskowych), wobec 27 710 pobierających nauki w szkołach prywatnych i religijnych. Zauważmy też niewielką jak na dzisiejsze standardy liczbę uczniów w 30-milionowym kraju i brak szkół średnich dla kobiet, które miały uczyć się "szydełkować" i przygotowywać się do bycia żoną.
    Rozwiązaniem "niespójności" w nauczaniu stać się miał założony w 1806 r. Uniwersytet cesarski, któremu dekrety z 1808 r. i 1811 r. oddały monopol kształcenia chłopców dla państwa na obywateli przywiązanych do swej religii, swego władcy, swej ojczyzny, oraz swej rodziny. Znaczący był też wybór na wielkiego mistrza laickiej kongregacji, jaką miał być obejmujący wszystkie szczeble edukacji Uniwersytet, publicysty Fontanesa a nie chemika Fourcroya. Wielki mistrz, otoczony był 10 radcami dożywotnio mianowanymi przez cesarza (a faktycznie przez siebie) oraz 20 radcami wybieranymi na rok przez inspektorów generalnych (nadzorowali licea), dziekanów i profesorów. Uniwersytet podzielony został na akademie (wciąż istnieją!), z mianowanymi na 5 lat rektorami na czele. Zarządzali oni wraz z 10 radcami i kilkoma inspektorami, liceami, gimnazjami i szkołami gminnymi z jednej strony, a z drugiej autonomicznymi w odróżnieniu od dawnych uniwersytetów Wydziałami (Facultés) : humanistycznymi, nauk ścisłych, prawa, medycyny i teologii. Uniwersytet oznaczał bowiem całość edukacji państwowej. Wbrew Napoleonowi, który oczekiwał militaryzacji kształcenia i skoncentrowania go na sprawach praktycznych i wojennych, Fontanes - dotychczasowy serwilista, promował edukację pretensjonalną i klasyczną w formie, a opartą na walorach moralnych i religijnych. Następował mniej lub bardziej jawny powrót duchowieństwa do nauczania, a klęski późnych lat Cesarstwa mogły tylko osłabiać pozycję władzy. Próba monopolu poniosła klęskę.

Fasada Liceum Bonaparte (zniszczona)


    Współcześni i potomni nie szczędzili krytyki polityce Napoleona wobec edukacji, oraz kultury i sztuki, podkreślając mechanistyczną i utylitarną wizję cesarza, oraz nadmierną rolę państwa jako wszechobecnego cenzora. Jednak nawet krytycy musieli przyznać, że ten sam system, który ograniczał wolną myśl i starał się kontrolować życie obywateli, przyczynił się do rozkwitu już przodującej za czasów Rewolucji francuskiej nauki. Powodów było wiele, a jednym z nich z był podziw Bonapartego - prawdziwego dziecka Oświecenia, dla nauki jako dla motoru postępu technicznego, który z jednej strony prowadzić miał obywateli ku szczęśliwszemu bytowi, a z drugiej przydawać prestiżu i realnej potęgi oświeconemu despocie. A, że działania polityczne poczynają się w umysłach rządzących (czy trzeba to przypominać dzisiejszym decydentom od nakładów na naukę?), warto przytoczyć fragment listu, którym 28-letni, opromieniony świeżą sławą zwycięstw we Włoszech Bonaparte polecał w Paryżu swego szefa sztabu, gen. Berthiera i wybitnego matematyka Gasparda Monge`a (1746 - 1818): Przyjmijcie z równą wytwornością wybitnego generała i uczonego fizyka. Obaj oni uświetniają ojczyznę i rozsławiają imię Francuza na świecie. Przypomnijmy, iż jeszcze przed objęciem władzy generał stanął, wraz z Mongem i Bertholetem, na czele Instytutu Egipskiego, a zwłaszcza jego członkowstwo sekcji mechaniki Instytutu, w której oddawał się dywagacjom na temat odległych od polityki równań różniczkowych ledwo w trzy dni po zamachu stanu. I nawet jeśli z czasem aktywność Napoleona w pracach sekcji zamarła, to utrzymanie jego pensji jako członka Instytutu na czele cywilnej listy płac symbolizowało przynależność do korporacji uczonych i wagę, jaką do niej przywiązywał. Świadczy o tym i list napisany w 1812 r. do Laplace`a z Witebska, w którym wódz prowadzący na drugim końcu Europy gigantyczne operacje wojenne, wyraża żal, iż nie miał czasu zapoznać się z najnowszą pracą uczonego o teorii prawdopodobieństwa...
    Pierwszą zasadą polityki wobec nauki była jej użyteczność, co odpowiadało zresztą poglądom samych naukowców. Użyteczności nauki nie pojmowano jedynie jako bezpośrednich zastosowań w przemyśle, lecz dostrzegano też jej wagę przy ustalaniu praw fundamentalnych, a także rolę pedagogiczną. Używanie nauki oznaczało zaś, oczywiście, używanie samych naukowców, których talent i autorytet służył niepewnej wciąż władzy, a ona w zamian obsypywała ich zaszczytami. Stanowiący promil społeczeństwa uczeni, np. chemik Berthollet, stanowili siódmą część Senatu (cesarz mawiał, iż to dobre miejsce dla ludzi, którzy skończyli karierę lub chcą pisać książki, a senator zarabiał od pięciu do dziesięciu razy więcej od profesora uniwersytetu), kilku, w tym Laplace i chemik Chaptal pełniło funkcje ministerialne. Napoleon stworzył więc mecenat, który przekraczając dawne, ściśle naukowe ramy, wprowadzał uczonych w politykę i życie społeczne. Państwo ułatwiało też zakładanie stowarzyszeń naukowych i specjalistycznych periodyków, co wraz z finansowaniem etatów pozwalało tworzyć pierwsze pokolenie zawodowych naukowców.
    Rywalizacja z Anglią, z którą Francja była w stanie ciągłej niemal wojny, stymulowała zainteresowanie państwa nauką i jej praktycznym zastosowaniem. O ile Napoleon zaakceptował przyznanie nagrody Instytutu dla Anglika Davyego (1813) za prace nad elektrycznością i pozwolił na jego przyjazd, to równocześnie rozkazał zbudować na Politechnice baterię większą od tej, jaką dysponował londyński Royal Institution. Ducha rywalizacji, tak z Brytyjczykami, jak pośród uczonych francuskich, Cesarstwo pobudzało m.in. stypendiami i premiami: Jacqard dostał wysoką stałą pensję za swoją maszynę do tkania jedwabiu, ogłaszano kolejne wysoko premiowane konkursy na potrzebne państwu odkrycia techniczne, czy medyczne. Dekretami i obietnicą nagród nie można stworzyć wynalazków, ale - i Napoleon tego dowiódł - można pobudzić uczonych do intensywnych badań.
    Polityka Cesarstwa wobec nauki zachwycała jednych (już po Waterloo angielski matematyk Babbage zalecał przyjęcie modelu od pokonanego przeciwnika), a oburzała innych, jak poetę Lamartine`a, który tak uchwycił działania dyktatora: Była to uniwersalna liga studiów matematycznych przeciw myśli i poezji. Jedynie liczby były dozwolone, honorowane, ochraniane i opłacane. A ponieważ liczba nie mędrkuje, [...] jest doskonałym biernym narzędziem tyranii, które nigdy nie pyta, do czego jest użyte. [...] Matematyka była łańcuchem pętającym ludzką myśl.
    Historyk stosunków między władzą a nauką może zastanawiać się, czy bez napoleońskiej dyktatury Gay-Lussac nie odkryłby praw rządzących gazami, Laplace nie posunąłby badań nad prawdopodobiństwem, a Pinel nie zrewolucjonizowałby postępowania z chorymi psychicznie, którym zdjęto łańcuchy i zaaplikowano kurację. Nie ulega jednak wątpliwości, że poza spektakularnymi gestami reżymu finansującego badania i ujmującego ich postępy w szczegółowych statystykach, dostrzec możemy powiązanie uczonych z gospodarką, obronnością i polityką społeczną (zwalczanie chorób!), a więc początki nowoczesnej polityki wobec nauki.

Liceum we wspomnieniach Charlesa de Rémusat:

 

  "College jest szkołą wszystkiego. Mowi się, że człowiek tu uczy się życia z innymi. Nie ma więc nihil humani, jakiego by tu nie uczono. Już mówiłem, że moim pierwszym wrażeniem było prostactwo wielu kolegów. Byłem, jak to się mówiło, dobrze wychowany i nie brak mi było gustu. Język liceum daleki był od wygładzonego. Zwyczaj przeklinania był tu powszechny. I to mnie uderzyło na początku. Najgrubsze słowa padały bez szczególnej złości, czy zacietrzewienia. Na ile potrzeba przystosowałem się do miejscowego stylu, by nie wyglądać na świętoszka. Bardzo zależało mi na tym, by być takim jak wszyscy, a zwłaszcza, by nie być uważanym za nieśmiałego lub pogardliwego paniczyka, głupiego i zdegustowanego. Zauważyłem też dość wcześnie, że to, co można byłoby nazwać ideą moralną, ideą obowiązku, odgrywało jedynie bardzo małą rolę w młodej społeczności, której byłem członkiem. Władza nie była ani szanowana, ani nie bano się jej, choć ulegano przed jej siłą. Panowała dyscyplina prawie wojskowa, która jednak, jak każda taka dyscyplina przyjęta była jako fakt dokonany, a nie wyraz prawa, i starano się jej ulegać jedynie tam, gdzie nie można było inaczej. "Nasz wychowawca to nasz wróg". Ta dewiza była w powszechnym użyciu. Posłuszeństwo miało więc charakter jedynie powierzchowny. Duch się jej nie poddawał. Między wychowawcami, a uczniami trwał permanentny stan wojenny. Wśród tych pierwszych wielu nienawidzono, lub kpiono z nich, żaden nie był lubiany. Choćby pozory prób przypodobania się im, lub mówienia o nich pochlebnie i z szacunkiem, byłyby źle widziane. Wydaje mi się, że na okręcie, lub nawet w więzieniu, uczucia majtków dla oficerów czy więźniów dla strażników, nie były odległe od tego, co czuło wobec zwierzchników nasze podporządkowane im bractwo. Każdy chwyt był dozwolony, by ujść ich nadzorowi poza jedynie tymi sposobami, które mogłyby zbyt zaszkodzić przestępcy. Oczywiste, że nie wolno było nigdy powiedzieć prawdy, jeśli mogłaby ona narazić kolegę. Byłoby to donosicielstwo, "kapowanie", jak wówczas mówiono, a tego nie wybaczano. Nie należało im mówić prawdy nawet przy mniej znaczących okazjach. W stosunkach z nimi kłamstwo było prawem. Oni zresztą spodziewali się tego, nie byli zszokowani, i nie karali za nie. W gruncie rzeczy bowiem zależało im tylko na pewnym porządku rzeczy, na jego zewnętrznej stronie. Żaden ład moralny, żaden obowiązek, czy uczucie nie wnikały w nasze stosunki z przełożonymi. Nie okazywali nam szacunku, i z wzajemnością. Nic nie przypominało stosunków rodzinnych, czy władzy ojcowskiej którą - jak to się często mówi - zastępuje władza wychowawcy. Aczkolwiek nie oczekiwałem tego, uderzające było, iż od razu to zobaczyłem. Łatwo dostosowałem się do zasad, bałem się tylko kar; nie byłem bezczelny wobec wychowawców i uchodziłem za dobrego ucznia.
    Można mniemać, iż ten stan odzwierciedlał epokę, a także rozedrgane i długo nie trzymane w ryzach społeczeństwo, które zostało siłą zebrane w formę udającą porządek pod pałką despotyzmu. Można powiedzieć, że samo Cesarstwo było mniej władzą niż policją. Dodam, że w tak dużym organizmie nie można było mieć, zwłaszcza w tej epoce; wystarczającego personelu nadzorującego, o ile nie wymagano od niego jedynie zalet dobrych podoficerów, a nie daru zdobywania posłuszeństwa przez pozyskanie miłości. Wiem, że poźniej i za Restauracji, a jeszcze bardziej po niej, pojawiła się szacowna intencja zwiększenia w szkołach publicznych udziału właściwej edukacji kosztem dyscypliny wojskowej. Bardziej zajmowano się uczuciami wychowawców i uczniów. Chciano więcej władzy ojcowskiej a mniej ślepego posłuszeństwa. Pochwalam wysiłki podjęte w tym kierunku i myślę, że coś tam udało się osiągnąć, jednak nie za wiele; nie przesadzałbym w ocenie osiągniętego postępu. Wydaje mi się, że w życiu tych wielkich pensjonatów nazywanych we Francji college'ami, są rzeczy, których zmienić nie można".

 

Andrzej Nieuważny
OSEN WSH Pułtusk