Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Pamiętniki Kajetana Koźmiana

Opublikowano w Źródła

 

Pamiętniki Kajetana Koźmiana
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


CZTEREM
PRZYJACIOŁOM OJCA
POZOSTAŁYM JESZCZE NA TEJ ZIEM
SPELNIAJĄC PRZEDZGONNE ŻYCZENIE JEGO
WINCENTEMU Hr. KRASIŃSKIEMU,
FRANCISZKOWI MORAWSKIEMU,
FRANCISZKOWI WEŻYKOWI,
ANDRZEJOWI Hr. ZAMOJSKIEMU
SYN POŚWIĘCA.



Księstwo Warszawskie w r. 1806. -
Galicja Zachodnia w r. 1809. - Rząd Centralny.


Zawód gorących pragnień, obszernych i niecierpliwych nadziei, przez utworzenie traktatem tylżyckim Księstwa Warszawskiego w miejsce spodziewanej Polski, zdziwił, zasmucił i obruszył kołysane ufnością w słowo Napoleona Polaków umysły. Konstytucja dla tego drobnego księstwa, przez Stanisława Potockiego za wyrazami samego cesarza na kolanie z pośpiechem kreślona, niema w niej reprezentacja narodowa, rozgałęziona kosztowna administracja, kodeks Napoleona za prawo, wojsko liczne, lecz na niestosowną do ubóstwa kraju stopę francuską płatne, ogromne sumy banków berlińskich połowę wartości a nawet całkiem po zniżeniu ceny ziemi, dobra właścicieli obciążające, na skarb cesarza zabrane, na koniec dobra rządowe, po większej części między marszałków francuskich rozdzielone i z pod władzy rządu krajowego wyjęte, powiększyły użalenia i smutki. Jeżeli wybór króla saskiego na władcę małą cząstkę spełnionych życzeń zaspokajał, obecność i władza prokonsula francuskiego w sobie marszałka Davout, rozłożone liczne wojska francuskie, w wymaganiach niepodobnych do zaspokojenia nienasycone, upokarzającym czyniły ten szczupły dar i zwiększały utyskiwania. Nowa ta organizacja kraju, przy wyborze nie wszędzie trafnym departamentowych naczelników, nie przyłożyła się do złagodzenia powszechnych zniechęceń. Niektórzy z nich szarfą francuską dumni, woleli być niezręcznymi Francuzami jak wyrozumiałymi współziomkami. Bogate ich szaty natrząsającym się z nędzy powszechnej widokiem raziły zubożałych mieszkańców, budziły w podłych i chciwych zazdrość, w skromnych nienawiść i skargi. Prócz tego jak w każdych wielkich wzruszeniach zbiegać się zwykła jak na plac połowu łakoma łupu i korzyści, a chciwa wyniesienia się rzesza. Tak księstwu warszawskiemu dostarczyła Galicja swoich półmędrków a Włochy swoich wychodźców i włóczęgów a mniemanych prześladowanych patriotów, których nikt z kraju polskiego nie wypędzał, ale właściwe niespokojnym umysłom awanturnictwo za granicę uniosło. Nieproszeni ci opiekunowie losów Polski czepiając się legionów, tworzyli projekty jej ratunku, wołali do opuszczonego przez siebie kraju o składki, zwodzili niebacznych, narażali na prześladowania nieostrożnych, a uzyskane ofiary własnym marnotrawstwem trawili. Jedynemu zaś istotnemu reprezentantowi Polski Dąbrowskiemu za odrzucenie ich projektów potwarzą się odpłacali. Utrudniali sprawę Polski niesnaskami i niezgodą, a charakter narodu w oczach obcych zohydzali. Pierwsi i drudzy dla znajomości języka francuskiego w początkowym odmęcie zapełniając pod Komisją Rządzącą opuszczone przez urzędników pruskich biura, już zawód urzędniczy poczytali za swoje dziedzictwo, i do wyższych miejsc z obecnych zasług rościli prawo. Przy stałej organizacji nieumieszczeni, lub umieszczeni nie według życzeń zarozumiałej miłości własnej i próżności przybrali postać pokrzywdzonych patriotów, roznosili użalenia i potwarze, zohydzali rząd, namawiali do oporu, jątrzyli i wciągali w swoje sidła zacnych, ale łatwowiernych miłośników ojczyzny, a z powszechnej wady narodowej skłonniejszych opierać się i przyganiać jak słuchać. Wodzowie też legionów polskich przywiedli niemałą liczbę zasłużonych żołnierzy, którzy już przez wiek i osłabione trudami siły do oręża niezdatni, wołali o nagrodę zasług swoich lub ran w ostatniej wojnie poniesionych, wołali o miejsca i urzędy, których zabrakło. Król oblężony prośbami, chociaż sam żadnego dochodu ze skarbu nie pobierał, jednych z własnej szkatuły wspomagał, drugim pensje z ubogiego skarbu wyznaczał, zdolniejszych na rządców dóbr narodowych lub strażników lasów skarbowych zalecał. Niektórym dzierżawy dóbr z względnym wymiarkowaniem dochodów wypuścić kazał, z których oni marnując na zbytki intraty, nic nie wnosząc, ubożyli skarb a wszelki przymus, surowość, cierpliwość samą jak niewdzięczność wyrzucając, łączyli się z powyższego rodzaju patriotami i liczbę malkontentów powiększali.

Wojsko też acz zyskanymi świeżo laurami chlubne, nie uszło zarzutu. Ubiorem i duchem więcej francuskie niż narodowe, nie wiedzieć czy sławę wojowników, z którymi się zbratało, czy ich uciążliwe wymagania, nadużycia i przewodzenia więcej pokochało. Wodzowie polscy pobłażając, własnym przykładem upoważniać zdawali się to, z czego ich w podbitych obcych krajach prawo zwycięstwa wymawiało, a co im nałóg do własnej ojczyzny przeniesiony miłem uczynił. Mianowanie księcia Józefa Poniatowskiego na ministra wojny i powrócenie mu stopnia, jaki przed podziałem Polski posiadał, acz nie ubliżało ani sławie ani godności narodu, przecież przez porównanie jego przeszłości pod rządem pruskim i miękkości życia w Warszawie, gdy legiony polskie dobijały się ojczyzny, nie podobało się powszechnej a uprzedzonej przeciw niemu opinii, i wydawało się krzywdą wodzów pod sztandarami Napoleona za granicą osiwiałych, a chociaż krzywdą nie było, obrazą się stało. Zajączek od dawna domowi Poniatowskich nieprzyjazny, a do narodu za niesłuszne posądzenia w powstaniu Kościuszki żywiący urazy, wzbraniał się znaków francuskich zamienić na polskie. Zmuszony rozkazem Napoleona przyjął dowództwo pod Poniatowskim z jawną niechęcią i oporem, i nienawiści nie zmienił. Dąbrowski poddał się otwarcie, lecz skrycie truł ufność wojska. Poniatowski miał zwierzchność, Dąbrowski przychylność i władzę. Ta nieufność wojska, ta niejedność między nimi a obywatelstwem, przy powszechnej a wzrastającej po kraju nędzy, jątrzyła rozdrażnione nią umysły mieszkańców. Daremnie Osiński, Wężyk, Woronicz, Niemcewicz, swymi penami, Towarzystwo Przyjaciół Nauk mowami, tenże Wężyk i Osiński teatralnymi patriotycznymi sztukami, budzili zapał. Gasł on jak płomień z nietrwałego włókna zwłaszcza, że byli i tacy, którzy go studzili, jak Molski swoimi szyderczymi wierszami.
Po domach, więc prywatnych, w towarzystwach, wzmagały się narzekania skargi i obwiniania. Poduszczali je pozostali na miejscach po rządzie pruskim urzędnicy ukrytą wierność dla swego rządu dobrze taić umiejący, a przy każdej sposobności zdradzający się w swojej tęsknocie i nietracący nadziei odzyskania panowania nad tym krajem. Źle wam było pod rządem pruskim w dostatkach, w mnóstwie pieniędzy i swobodnych zbytkach, czy lepiej teraz przy mniemanej ojczyźnie w nędzy i upokorzeniu? Te były ich słowa na ulice między zniecierpliwioną publiczność puszczane, aż na koniec te skargi, te wyrzekania przeniosły się do izby pierwszego sejmu w głosach Godlewskiego posła mariampolskiego, który stan kraju i ducha mieszkańców w obrębie dotąd jedynie granic jego znany, niebacznie jawnym w Europie uczynił. Tak, co dotąd tylko wnosili obcy, w to chętnie uwierzyli. Na tych wiadomościach opierała się proklamacja arcyksięcia Ferdynanda przy napadzie na księstwo warszawskie do mieszkańców wydana: Łączcie się zemną, a powrócę wam utracone szczęście, któregoście pod legalnym rządem używali. Chwała charakterowi narodowemu i obudzonemu przez prawych i gorliwych mężów zapałowi, że się wódz nieprzyjacielski zawiódł.
Przyłączenie Galicji do Księstwa wspomogło go ziemią, ludnością, wojskiem, duchem, nie wspomogło zamożnością. Sama wyniszczona z zasobów, nie przyniosła zubożonemu skarbowi jak papierowe pieniądze połowę wartości tracące. Znikł z obiegu kruszec a spichlerze wypróżnione, trzody bydła i koni wyniszczone ofiarami na wojnę, raczej potrzebowały wsparcia jak żeby go udzielić mogły. Jedna tylko połowa kopalni soli w Wieliczce, żelaza i cynku w Suchedniowie, niejaki dawała zasiłek. Za to nowa organizacja kraju i wojska, zbyt kosztowna samem mnóstwem urzędników cywilnych i wojskowych narażała na nowe wydatki. Prócz tego Galicja przychodząc do Księstwa przyniosła z sobą w sercach niejaką urazę, którą zarozumiałość wojska, niezręczność rządu warszawskiego ściągnęła, a postępowanie jego urzędników wysyłanych do Galicji rozjątrzyło. Przy wejściu wojsk polskich do tej części kraju rząd tymczasowy dla niej, w miarę postępu układał się w Klimontowicach u Ignacego Potockiego, marszałka niegdyś W. Ks. Litewskiego, męża z rozumu i patriotyzmu powszechnie wielbionego. Gen. Aleksander Rożniecki idący w przedniej straży, przez siostrę swoją, żonę Jana Potockiego brata jego, z nim spowinowacony, pierwszy mu tam hołd oddał i naradził się z nim o sposobie urządzenia kraju przez oręż zajmowanego. Z tych narad wypadło, aby w niepewności utrzymania się przy zdobyczy nie wzruszać z gruntu porządku, zatrzymać urzędników austriackich na miejscach, gdzieżby ci pozostać chcieli, dodać im tylko urzędników z Polaków, aby ci strzegli ich postępowania, a wezwaniom wchodzącego austriackiego wojska skwapliwiej zadość czynili. Urzędnicy też austriaccy odebrali od swego rządu ostrzeżenie, aby na przypadek ukazania się jakowego oddziału wojsk polskich nie przerażali się chwilowym a w wojnie zwykłym wypadkiem, posad swoich nie odstępowali, kasy tylko usuwali w bezpieczne miejsca. Lecz postrach poprzedzający hufce polskie, kilku huzarów węgierskich, ranionych w potyczce, uchodząc przez Lublin taką trwogę rozniosło, iż wkrótce wszystkie drogi w kraju napełniły się wozami napchanymi żonami, dziećmi i bagażami przelękłych oficjalistów cywilnych i wojskowych, uchodzących ku Zamościowi, twierdzy, w której dowodził Pulsky [Ferdinand Pulszky, w 1813 jako gen.-maj. dowodził brygadą na froncie włoskim - przyp.MK.], waleczny austriacki pułkownik. Ta wędrówka tych, którzy co dopiero rządzili krajem, wyjadła przed oczami wiejskich mieszkańców rzeczywiste wieści, które wprawdzie do nich dochodziły, lecz które tylko sobie nawzajem w cichym szeptaniu udzielali. Natychmiast ledwie nie wszyscy właściciele między Bugiem a Wisłą mieszkający zbiegać się zaczęli do Lublina, i napełniając miasto samą przytomnością swoją i gromadnym skupianiem się po ulicach, oraz nieznaną dotąd śmiałością rozmów, zdradzającą się radością na twarzach, trwożyli urzędników austriackich. Szczególna była wtenczas postać Lublina. Z jednej strony wesołe, z drugiej blade i smutne twarze. U rządzących bojaźń i przerażenie, u rządzonych niejaka wyższość, u mniej wykształconych natrząsanie. Po biurach administracyjnych i sądowych wielu było młodych Polaków. Ci w jednej chwili ujrzeli się panami swoich zwierzchników. Jedni z bojaźni prześladowania, drudzy dla usłania sobie drogi w spodziewanym nowym porządku, wielu z czystego patriotyzmu, łączyło się z obywatelami. Donosili oni im co się działo między Niemcami, a do biur wróciwszy wyżebranych u obywateli wieści udzielali z pewnym rodzajem łaski tym, których niedawno byli podwładnymi. Napełniony też był Lublin jak każde miasto rozmaitego rodzaju próżniaczą i na grze i rozpuście marnotrawiącą na bruku czas młodzieżą. Między nią widu było jeszcze z rewolucji Kościuszki z wojska i cywilności rozbitków, równie jak z konfederacji targowickiej zohydzonych wprawdzie u dobrych Polaków, lecz sposobem życia w jedno ogniwo połączonych próżniaków. Ci, przybrawszy płaszcz patriotyzmu, jedni od drugich koleją protegowani, wypierali się samych siebie i z wystudzonym z miłości kraju i cnoty sercem zabiegali u obywateli za swoim znaczeniem. Na czele obywatelstwa lubelskiego znajdowało się wtedy dwóch mężów prawych i zacnych, których powszechnie poważanie i wziętość otaczały. Franciszek Grabowski, za czasów dawnej Polski podkomorzy i podstarosta krasnystawski, za Księstwa Warszawskiego radca stanu, a za nowego królestwa senator wojewoda, i Joachim Owidzki, dziedzic Jabłonny, siostrzeniec Wybickiego, wychowaniec i ulubieniec Andrzeja ordynata Zamojskiego, ex-kanclerza wielkiego koronnego, pełnomocny zarządca ordynacji Zamojskich u wdowy pozostałej Konstancji z książąt Czartoryskich z linii Koreckiej, mąż oświecony, prawy, gorący patriota, długiem mieszkaniem pod rządem austriackim w Zamościu z systematem rządu oswojony i obszerne związki z urzędnikami austriackimi mający. Był on przyjacielem barona Mandorfa będącego w owej chwili Kreis-Kapitanem cyrkułu lubelskiego, człowieka zacnego, łagodnego, sprawiedliwego, na którego zwierzchnicze rządy nie mieli obywatele przyczyny się użalać. Lecz Mandorf acz nie miał sobie nic do wyrzucenia, lękał się o swoją rodzinę a nawet o siebie, aby obcy narodowi a zatem nie miły, za krzywdy przez rząd jego wyrządzone Polakom, nie został ofiarą nienawiści. Te obawy powierzył ze łzami sędziwy starzec Owidzkiemu a zaręczeniem jego charakteru zaspokojony, pozostał na miejscu. Taki był stan Lublina w owej niespodzianej i ważnej chwili, gdy czterech ułanów polskich ukazało się na Krakowskiem Przedmieściu, którzy otoczeni zbiegowiskiem ludu przebiegłszy miasto i ujrzawszy się bezpiecznymi, stanęli przed domem prezydenta miasta i wezwali go aby się udał do pułkownika już stojącego przed miastem. Tym pułkownikiem był Dziewanowski, żołnierz z legionów waleczny, po części literat, człowiek prawy, lecz z charakteru nieco kapryśny i obraźliwy. Do niego, więc na czele deputacji miejskiej wyszedł prezydent miasta niejaki Władych, Niemiec z rodu, niedawno urzędnik sądowy, mający w mieście posiadłość po żonie Polce i mówiący zrozumiale po polsku. Ten składając pułkownikowi klucze miasta, wśród zaręczenia, że wojsko bezpiecznie do miasta wejść może, upraszał o bezpieczeństwo dla własności i mieszkańców. Obraził się tym Dziewanowski i odrzekł do niego z żywością: Znać, że nie jesteś Polakiem; gdyby do mnie wyszedł był rodak, podałby mi rękę, i uścisnęlibyśmy się nawzajem. Wiedz, że nie przychodzimy łupić waszych własności, lecz odbierać naszą, nie idziemy ciemiężyć ziomków, lecz ich z pod waszego jarzma uwolnić. Idź i powiedz twoim rodakom, że mogą bezpieczni zostać w mieście. Włos im z głowy nie spadnie. Lecz biada tym, którzyby się nie wyrzekli z nieprzyjaciółmi naszymi stosunków i chcieli szkodzić Polakom. Obejmuję ten kraj w imieniu Napoleona, który w tej chwili panuje z Wiednia. Blady prezydent powrócił do miasta, a nim mógł udzielić wiadomości swoim współurzędnikom, Dziewanowski z pułkiem swoim wszedł na krakowskie przedmieście wśród ludu okrzyków. Szczególny to był widok spozierać na wszystkie okna i balkony, napełnione kobietami, które powiewały chustkami i wchodzące wojsko wiwatami witały, a między niemi córki i żony obcych urzędników, za którymi kryli się smutni ojcowie i mężowie. Dziewanowski już miał listę osób udzieloną sobie przez Rożnieckiego i wezwał obranych obywateli do zasiadania w urzędzie obok zatrzymanych urzędników niemieckich. Grabowski podkomorzy, X. Józef Koźmian (młodszy brat autora pamiętników, ówczesny kanonik lubelski, za Kongresówki biskup kujawsko-pomorskiego i senator), Joachim Owidzki, ja i brat mój Wincenty, przydani zostaliśmy do zwierzchności cyrkularnej. Dziewanowski ruszył zaraz ku Zamościowi zapowiedziawszy przybycie głównego korpusu księcia Józefa Poniatowskiego. Jakoż w kilka dni zbliżył się ten korpus dwoma traktami, to jest od Markuszewa i Lubartowa. Wspomnieć muszę, jaka jest w ludzie wiejskim miłość i przywiązanie do ziomków. Pod Lubartowem orało kilkadziesiąt pługów na niwie, około której traktem przechodziły wojska polskie z muzyką i śpiewem marszu Dąbrowskiego. Nagłe to i niespodziewane widowisko, zwłaszcza, gdy oracze usłyszeli mowę polską i ujrzeli barwy narodowe, w takie uniesienie wprawiło orzących, że wszyscy parobcy porzucili pługi i wmieszali się dobrowolnie w szeregi narodowe, i tak z przypiętymi gałązkami do miasta radośnie weszli, i wszyscy z własnej ochoty zaciągnęli się. Coś podobnego trafiło się przed parą laty w Bełżycach, w miasteczku na trakcie krakowskim położonym. W r. 1806 w kampanii między Napoleonem a Prusami, kilku zbiegów francuskich ukazało się w tym mieście. Wieśniacy zgromadzeni na targ odpoczywającym w gospodzie ciekawie się przypatrywali, a gdy się dowiedzieli od Żyda, że to są Francuzi, i że idą pieszo ku Lwowu nie tylko ich uczęstowali, lecz własnymi furmankami odstawili do Kraśnika.

Za parę dni wkroczył książe Józef Poniatowski ze swoim szczupłym korpusem do miasta [14 maja 1809 - przyp.MK.]. Radość i uniesienie mieszkańców nie dały spostrzec sił drobnych. Więcej patrzano na barwy narodowe, na postacie i ubiory, niż na liczbę. Rozważniejsi atoli dostrzegli jej a choć nie stygli na duchu, uczuli konieczność najśpieszniejszego zbrojenia się. Wieści puszczone, że dywizja Sokolnickiego obróciła się drugą stroną Wisły ku Sandomierzowi, że inny oddział inną droga posuwa się ku Zamościowi, że gen. Zajączek pod Jedlińskiem zachodzi drogę arcyksięciu cofającemu się z Warszawy ku Wiedniowi, do którego już wszedł Napoleon [13 maja, dzień wcześniej generał O'Reilly podpisał kapitulację miasta - przyp.MK.], krzepiły umysły; wszyscy jednak czuli, że los tej prowincji i wojska polskiego zawisł jedynie od oręża Napoleona w Wiedniu. Stały też wojska rosyjskie nad Bugiem pod komendą gen. Gorczakowa [Aleksander Gorczakow - przyp.MK]. Książe Józef wysłał do jenerała rosyjskiego gońca w celu porozumienia się o wspólne działanie, lubo wołał był i pragnął nie potrzebować tej pomocy. Miasto i obywatele dali wielki bal dla wodza w domu na Korcach. Książe Józef zaszczycił go obecnością swoją, był uprzejmy, wesoły. Zaczął bal nie pomnę, z jaką Niemką, tańcował z kilkoma, co już do reszty zawróciło Niemkom głowy. Niemieccy urzędnicy mieli ten takt, że nie byli.
Nazajutrz wszyscy dodani urzędnicy Polacy i wielu obywateli udało się do kwatery księcia. Gdy wszedł do nas, wystąpił do niego w dawnym ubiorze i mundurze polskim województwa lubelskiego, Józef Podhorodeński, mieszkający w Pliszczynie pod Lublinem, dawny mecenas trybunału, a pod ten czas ziemianin i właściciel kilku wiosek. Ten zabrawszy głos rzeki do księcia: Odzyskujemy ojczyznę, do której wzdychaliśmy, wszyscy wszystko winniśmy dla niej poświęcić. Racz W. Książęca Mość przyjąć ode mnie dla niej 150 jeźdźców z końmi, których natychmiast własnym kosztem wystawię. Nie chcę żadnego stopnia. Dozwól tylko Książę, abym przy boku jego, jako ochotnik, osobą moją mógł walczyć. Uścisnął Książe Podhorodeńskiego, a wśród oddanej sprawiedliwości patriotyzmowi dodał: Będziemy mieli ojczyznę, skoro mamy takich obywateli. Następnie Joachim Owidzki oświadczywszy imieniem rodaków gotowość do wszelkich ofiar, gdy rzekł: Powołamy wszystkich mieszkańców do broni, cała ludność pochwyci kosy i piki i wesprzemy wojsko, na to Książe odpowiedział: Buduję się z zapału, lecz mamy skuteczniejszą broń niż kosy i piki, mając Napoleona i jego potęgę, on nie lubi tego rodzaju powstania, nie wzmiankujcie, więc panowie o nim, zbrójmy się regularnie, skwapliwie, ale bez gwałtownych wzruszeń. Generał Hebdowski, szef mego sztabu, którego zostawiłem, objawi panom moje żądania. Przez niego będziem wiedzieć o sobie. Żegnając nas uprzejmie obrócił się do Owidzkiego i mnie i rzekł: Proszę panów za sobą. Gdyśmy się sami z nim znaleźli w jego pokoju, tak się do nas odezwał: Nie zawiodłem się na duchu mieszkańców województwa lubelskiego, nie zawiodę się na patrjotyzmie całej Galicyi, z ktorego pomocą mam nadzieję ją oswobodzić. Lecz chcąc wywiązać się zacnym i szlachetnym mieszkańcom tego kraju, uchybiłbym honorowi i charakterowi memu, gdybym z całą otwartością żołnierza z nimi nie postąpił i cokolwiek przed nimi ukrywał. Dam, więc dowód ufności w ten patrjotyzm, z którego się buduję, i niczego przed panami nie zataję. Wyznam, więc bardzo szczerze, że wojsko moje jest nieliczne i słabe. Na hazard rzuciłem się w Galicyą. Arcyksiąże Ferdynant jest mocny. Los nasz zawisł od powodzenia cesarza. Niemam pewnej wiadomości o nowej bitwie pod Wiedniem, lecz wnoszę, że arcyksiąże cofnie się z księstwa warszawskiego bądź dla ratowania Galicyi, bądź dla wsparcia głównej armii. Cofając się, czyli z rozkazu, czy z planu, może zaczepić o Galicyą, może przejść przez Wisłę. W razie tego chwilowego wypadku cierpiałbym i wyrzucałbym sobie gdybym tak gorliwych obywateli naraził na pomstę. Z tej przyczyny życzę unikać wszystkich nadzwyczajnych zapałów, robić wszystko skwapliwie, lecz jakby z przymusu. Dla tego wszystkie moje rozkazy, wszystkie nominacye kazałem wydawać pod groźbą śmierci, aby w razie chwilowego nieszczęścia mieliście się czem złożyć i bronić. Unikajcie i niedozwalajcie prześladowania Niemców, pomnąc, że mają u siebie naszych zakładników w Warszawie. Mówię do obywateli oświeonych i do dobrych Polaków. Raczcie zachować moje wyznanie w tajemnicy, aby wyjawienie nie ostudziło ducha. Kierujcie nim tak, aby nie ustawaj, a na przygody jak najmniej osoby narażał.To wyznanie księcia tak szlachetne powiększyło w nas uwielbienie dla niego. Owidzki niemo się zasmucił, lecz wkrótce ducha nabrał, ufając w gwiazdę Napoleona, wierząc ślepo w rozsiewane najniepodobniejsze wieści, na koniec w ostatni ratunek udania się do Rosji pod opiekę sprzymierzonego z Napoleonem wojska.

Wyszedł książę Józef ku Zamościowi. Na szpicy jego wojska jechał obywatel Podhorodeński w pąsowym kontuszu z złocistą ładownicą przez piersi. Pułkownik Nowicki, jadący obok księcia, rzekł: To jest szlachcic wariat. Jak rak czerwony w kontuszu. Pierwsza kula z fortecy zabije go. Mój kochany (rzekł książę), gdybyśmy mieli więcej takich wariatów, Polska by stała. W istocie samej, ton Podhorodeński był człowiek prawy, śmiały w mówieniu prawdy, obywatel rządny, gorliwy Polak, serce miał szlachetne, lecz głowę nieco zamętem rażoną.
Po upływie dni kilku napełniły Lublin radością wiadomości od wojska i z Warszawy. Arcyksiążę Ferdynand opuścił stolicę Księstwa, a rząd polski z Torunia wrócił do niej. Zamość szturmem wzięty [odpowiednio - 1, 8 czerwca i 20 maja, Rada Stanu wracała z Tykocina nie z Torunia - przyp.MK.]. Ułatwił jego wzięcie Domański, rządca ordynacji, przystawieniem drabin. Pułkownik Pulsky bronił się walecznie, lecz garnizon, złożony z samych prawie rekrutów galicyjskich, do 3000 wynoszący, rozstawiony na wałach, gdy ujrzał Polaków wdzierających się na mury, podawał im bagnety i wciągał do fortecy.

 

Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 2
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Księstwo Warszawskie od roku 1810 
 

     Gdy już zaczęto z Warszawy urządzać Galicję zachodnią przyłączoną do Księstwa Warszawskiego, i już mianowano prefektów i podprefektów oddaliłem się z grona komisji lubelskiej na wieś, nie spodziewając się i nie życząc sobie być użytym w nowym porządku rzeczy. Po nie bardzo przyjemnej pracy, wśród rujnowanego domowego gospodarstwa, chciałem poświęcić się rolnictwu i wychowaniu jedynego syna, gdy odebrałem od mego brata, podówczas już infułata zamojskiego z Warszawy wiadomość, że przez Radę stanu księstwa warszawskiego podany zostałem na referendarza, i że mnie ten urząd nie minie, gdyż wybór jest poparty przez byłego prezesa rządu centralnego bawiącego podówczas w Dreźnie, a szczególniej przez Tadeusza Matusewicza i cały rząd centralny już w osobach swoich wcielony w Radę stanu. Nie dogadzało to wszystkim moim zamiarom, prócz wyżej wyrażonych powodów, miałem niektóre prace literackie do wykończenia, jako to tłumaczenie bukolików Wergiliusza, elegii Tybulla, a nawet już pierwszy wątek zasnułem na Ziemiaństwo Polskie. Zdawało mi się, że autor tego rodzaju poematu, powinien mieć ciągle naturę przed oczyma i przedmiot do którego zachęcać zamyśla ; lecz to wszystko i przyjemność wiejskiego życia za podrzędne uważając w porównaniu z obowiązkami umyśliłem poświęcić się na ten gorzki zawód jakim jest urzędowanie publiczne w Polsce. Jakoż wkrótce odebrałem nominację i wezwanie stawienia się dla wykonania przysięgi. Wyjechałem więc sam do Warszawy w nadziei, że tam otrzymam urlop na czas jaki. Mając pisać o Księstwie Warszawskim w którym, byłem urzędnikiem, trudno mi będzie ustrzec się mówienia o sobie. Znam jak to rzuca podejrzenie na pisma, jakie posądzenie na autora. Wielu pisarzy znakomitych tak obcych jak naszych wpadło w tę wadę, która ich pisma zrobiła dla czytających ckliwymi i obudziła nieufność do ich opowiadań choćby najprawdziwszych. Przedsięwziąłem więc unikać ile możności wspomnień o sobie, jednak tam, gdzie, byłem czynnym aktorem nie będzie mi podobnym, z zupełną ścisłością dopełnić przedsięwzięcia. Nie chcę i nie myślę udawać się za więcej znaczącego niż nim byłem, takie znaczenie jakie mi urząd nadawał, miało bardzo wielu ludzi; przecież bywały sprawy i wydarzenia publiczne, w których czynniejszym od innych byłem członkiem lub bliższym świadkiem, lub poufniejszym towarzyszem tych co naczelnie kierowali rzeczą publiczną. Utrzymuję z sumiennością nie uprzedzonego, że Rada Stanu Księstwa warszawskiego w osobach, które ją składały, była prawdziwą treścią tego wszystkiego co tylko naród miał w sobie najcnotliwszego, równie przez talenta jak przez czysty patriotyzm najznakomitszego. To samo mogę powiedzieć o Senacie, iż równie cnota, powaga, zacność nie odróżniały go od Rady Stanu. 
 

Rada stanu Księstwa Warszawskiego 

 


Stanisław Potocki

 Prezesem tego politycznego ciała był Stanisław Potocki, mąż uczony, wielki miłośnik nauk i najcelniejszego wykształcenia; przez wielkie i długie doświadczenie, przez  piastowanie pierwszych w kraju za Rzeczypospolitej Polskiej dostojności znający i umiejący prowadzić liczne i drażliwe zgromadzenia. Nikt nad niego zdolniejszym na prezesa nie był, nikt go w tym miejscu zastąpić by nie potrafił. Przytomny, baczny, wymowny, bystro pojmujący toczące się sprawy, cierpliwy a zawsze grzeczny, umiał piastować godność tej najważniejszej instytucji. Nie wiem prawdziwie, czy łatwiej jest kierować głupimi czy mądrymi ludźmi. Z mądrymi podobno trudniejsza jest sprawa, ileż pretensji, ile próżności, jaka drażliwa miłość własna, jak nie łatwy przystęp do nich najjaśniejszej prawdzie i najsłuszniejszemu przekonaniu. Przecież Potocki te wszystkie sprzeczne żywioły unosić, łagodzić, skłaniać, zniewalać porywającą wymową i trafnością umiał. Posiadał on rzadki dar godzenia zdań, i to do tego stopnia, że gdy po skończonych sporach wszystkie przeciwne zdania w jednym obrazie wystawiał i z nich większości sąd wyprowadzał,  ci za których przekonaniem skłonił się silną w mowie jego wynajdowali podporę, a tych których opinii nie potwierdzał,  tak usprawiedliwiał powody, tyle ich sam wynajdował, że obie strony zadowolone chętnie do zgody przychodziły. Nigdy nie używał powagi, zawsze perswazji  uprzejmej i do przekonania trafiającej. W licznym gronie nie podobna było wymagać równych zdolności; większa  część członków była takich których miło było słuchać  i uczyć się od nich, ci bez koniecznej potrzeby nie mówili ale najczęściej ci głos zabierali, którzy milczeć byli powinni.  Niejeden miał oświecony umysł, serce prawe, pojęcie łatwe, ale mu natura łatwego się wysłowienia odmówiła, przecież nie raz miłość własna wyprowadziła go na plac nie równej walki z ludźmi utalentowanymi i wymownymi. Przy każdej rozprawie najwięcej mówił Staszic, najczęściej i prawie zawsze Kochanowski. Obydwom niedostawało daru wysłowienia, lecz Staszic, choć  z trudnością się tłumaczył, wiedział zawsze czego chciał, i stawał się zrozumiałym. Kochanowski spór wiodąc wikłał się, i częstokroć zabrawszy większą połowę czasu,  tak się sam mnóstwem nie wyjaśnionych myśli zabałamucił, iż nie spostrzegł że przeciw czemu spierał się, tego właśnie wbrew samemu sobie dowodził. Ja sam w początkach sprawowania mego urzędu, szanując w nim wiek i doświadczenie, a nie znając namiętnej słabości gadulstwa i sprzeczania się, nie raz podług Jego opinii poprawiając redakcję referatu lub projektu, musiałem prawie cały mazać, a przy końcu powrócić do zmazanych artykułów, pod jego dyktowaniem słowo w słowo je umieszczając, dopiero ostrzeżony przez moich kolegów, a zwłaszcza przez Matusewicza, skwapliwie moja cierpliwość zmieniłem i uniknąłem podwójnej pracy.

     Każdy z ministrów był na swoim miejscu, i ze zdolności i z talentów i z gorliwości i ze znajomości swego przedmiotu.


Feliks Łubieński

     Łubieński minister sprawiedliwości, w znacznej części powszechności krajowej obudził przeciw sobie niechęć i uprzedzenia za niektóre nadużycia w urzędowaniu, a szczególniej za wytoczenie sprawy przeciwko Dominikowi Kuczyńskiemu do sądu kryminalnego za ubliżenie powadze ministra (o czym niżej jako referent tej sprawy mówić będę) za skwapliwe wprowadzenie kodeksu francuskiego w miejscu praw polskich, które była komisja rządząca przywróciła, na koniec za osadzenie dykasterii i biura swego, ex-urzędnikami pruskimi Polakami wprawdzie, ale którzy najmniejszego wyobrażenia o dawnej Polsce, o jej instytucjach, o charakterze narodowym, o obyczajach klas z których się składała nie mieli, przeciw wszystkiemu co polskie, z wychowania w szkołach niemieckich jedni nienawiść, drudzy przesadzone uprzedzenie wynieśli. Łubieński przecież był mężem oświeconym, wspierającym talenta i zdolności, gorliwym o dobro publiczne, pracowity, regularny, czynny, pojmujący dobrze ważność swego urzędu, lecz że nie był uczonym prawnikiem, często stawał się igrzyskiem a czasem ofiarą niezręcznych rad i wpływu swoich uczonych w prawnictwie pruskim podwładnych moralistów. Co tylko od niego pochodziło, już w Radzie Stanu budziło podejrzenie i nieufność. Nie lubiono go, bądź że mu zazdroszczono łask i względów które posiadał u króla, bądź nie cierpiano przewagi jaką wywierał na szafunek sprawiedliwości w kraju; pobożność jego uważano za hipokryzją, której wstęp jego do pobożnego króla przypisywano. Być może, iż on nie miał w postępowaniu dość uwagi i ostrożności na drażliwość opinii publicznej, nieugiętość jego charakteru unosiła go może czasem za szranki niepodległości sądownictwa; przecież mimo tych usterek których naturze ludzkiej, a więcej jeszcze rozdrażnionej miłości własnej ustrzec się trudno, na obmowy i potwarze którymi go ścigano, na zarzuty fałszywej i przesadzonej pobożności, jezuityzmu i obłudnego nabożeństwa nie zasłużył. Najlepszej mu dostarczyli obrony synowie jego, których sześciu w swych zasadach na posługi krajowe wychował. Wszyscy równie w zawodzie wojskowym jak cywilnym prawi i oświeceni ludzie, gorliwi patrioci, zacni urzędnicy, w domowym życiu przykładni, a córki będące wzorem żon i matek. Najmłodszy z synów Henryk, tak surowo potępiany za zarząd banku polskiego, nie zasłużył na to potępienie. Można mu zarzucić zbytnią śmiałość pomysłów, niebaczność, nadto niespokojną ruchliwość umysłu i skłonność do złudzeń, skutki wrodzonych genialnych, lecz nie dość hamowanych zdolności, skutki żyłki stryjów jego Potockiego, starościca guzowskiego i Ogińskiego [mowa tu o Antonim Protazym Potockim i Michale Kleofasie Ogińskim - przyp.MK], która go popchnęła do przedsięwzięć przemysłowych zbyt ryzykownych, i której stał się ofiarą, lecz szlachetności celów, zamiarów i czystego się poświęcenia się ofiarą, lecz szlachetności celów, zamiarów i czystego się poświęcenia dla kraju odmówić mu nie można. Bank na nim nic nie stracił, oddał cały swój majątek na jego wynagrodzenie, i, wynagrodził, zubożał ale przy czystości sumienia i jak Polak i jak chrześcijanin pozostał. Wracając do ministra Łubieńskiego dodam, że gdy dokazano tego iż w nowym porządku rzeczy za Królestwa Polskiego użytym nie został, usunięcie się jego do Guzowa, nie nastręczanie się do urzędu, który mu tyle goryczy przyniósł, z godnością i z powagą zgodzenie się z prywatnym życiem, utrata znaczenia i wpływu bez żalu i smutku, samo życie przez lat trzydzieści przeszło prowadzone w sposobie patriarchalnym, wśród czci i poszanowania licznej tak starszej jak młodszej rodziny, są i będą odpowiedzią i dowodem, że nie był tak szkodliwym ministrem jak go pewna opinia ogłaszała, a był zawsze cnotliwym, znakomitym z talentów i charakteru mężem. Ja sam wyznać muszę, iż wchodząc w urzędowanie za Księstwa Warszawskiego z obmów i nienawiści po domach prywatnych rozsianych uprzedziłem się był przeciw niemu; lecz dziś gdy z zimną krwią już o będącym w grobie mówić mi przychodzi, gdy przypominam sobie jego postępowanie, wyjąwszy sprawy Kuczyńskiego w której za daleko urazą się uniósł, wyznać powinienem, iż jego czynnemu urzędowaniu, wyborowi zdatnych ludzi na urzędy, wiele wydział sprawiedliwości zawdzięczał, i jego jest zasługą, że się dotąd utrzymywał w porządku, i jakby duchem jego ożywiony za powszechnym nie poszedł zepsuciem. Mówiąc tu o Łubieńskim muszę dla ludzi publicznych umieścić uwagę, jakim gdy są prawi i zacni należy się chronić od uprzedzeń, w rozbiorze materii krajowych nie na to baczyć potrzeba, kto wnosi, kto podaje, lecz co podaje i wnosi, inaczej bylibyśmy podobni do tego chorego który odpycha zdrowiące i doświadczone lekarstwo, dla tego jedynie, że lekarz jego ufności nie wzbudza.

     W Księstwie Warszawskim zubożonym i wyniszczonym, dobra ziemskie sumami bajońskimi i prywatnymi długami obciążone, przy zupełnym niedostatku brzęczącej monety do tej bezcenności przyszły, że własność milionowej wartości na licytacjach publicznych za parę kroć sto tysięcy złotych, a więc za czwartą część istotnej ceny, w ręce Żydów i Prusaków przechodziła. Było obowiązkiem ministra skarbu szukać środków zaradzenia tej klęsce pod względem tak finansowym jak politycznym, lecz ten owszem widział w tym, bliską poprawę finansów krajowych, gdy dobra ziemskie dotąd w opłaceniu podatków zawodne, z rąk zrujnowanych właścicieli przejdą w ręce możnych i dostatnich kapitalistów, widział i środek podniesienia gospodarstwa krajowego. Kapitaliści też, tandeciarze, teoretycy ekonomii politycznej wołali głośno: rządowi jedno, czy Żyd czy szlachcic posiada ziemię byleby podatki płacił, lecz i właściciele wywłaszczeni nie zaniedbali głosu żalu i narzekania podnosić do króla: Ofiarami naszemi, krwią i majątkiem zasłużyliśmy u Napoleona na ten szczupły kawałek ziemi polskiej, takiej że to doczekaliśmy się nagrody od tej ojczyzny którąśmy rękami naszemi dzwignęli, że nas z siedzib przodków naszych wypędzać dozwala i oddaje w ręce łupiezców, liwerantów, magazynierów wojska, którzy nieprawemi zyskami panoszyli się, w chwili w której my krew lali, i majątki nasze poświęcali. Naszaż wina, że te majątki spustoszyła wojna? obce wojska uniesposobiły do dalszych ofiar, a dokonały zniszczenia bezcenność zboża, i drogość pieniędzy to jest lichwa. Co do mnie powiem moje przekonanie, biada krajowi, w którym najwyższe urzędy posiadaliby ludzie nie mający własności gruntowej. Choćby oni byli najrozumniejsi i najzdolniejsi, nie mając przy pomysłach swoich, tego praktycznego przestrzegacza, który ich własnym ich cierpieniem ostrzega, często się z najlepszymi chęciami na błędne ścieżki rzucą. Tylko ci wyrozumiewają boleści drugich którzy sami boleli lub boleją. Łubieński był z tych liczby. Potomek znakomitej i dobrze zasłużonej w Polsce rodziny, cenił w sobie i w drugich pochodzenie. Nie obojętną dla niego było rzeczą, żeby w miejscu Zamojskich i Potockich obywatelstwo polskie zmieniło się na Berków i Szmulów; posiadał majątek czynił z niego dla ojczyzny ofiary, zubożał jak drudzy, miał liczne potomstwo, wszystkie cierpienia ziomków jako wspólne i jego rodzinie obijały się o jego duszę. Oświeconym więc umysłem objął położenie kraju, nie tylko pod względem pomyślności finansowej, lecz i pod ważniejszym bo politycznym, i od którego spełnienie wszystkich nadziei Polski lub ich zawód zależał. Wiedział on dobrze, jaki wstręt do Księstwa Warszawskiego sprawiły na Litwie, Wołyniu i Ukrainie, nienarodowe instytucje, wczesne wprowadzenie kodeksu, nędza i ubóstwo tegoż księstwa; zrobił więc sam sobie zapytanie, czego by się ten kraj nowo dzwigniony mógł spodziewać od tych prowincji, gdyby wywłaszczeni posiadacze ziemscy przesłali do nich głos narzekania i żalu, gdyby ujrzały jako wychodźców najgorliwszych patriotów, bo tacy najwięcej zniszczonymi byli, i na tych najliczniej rzuciła się czereda zbogaconych ich łupami Izraelitów i lichwiarzów. Łubieński więc pierwszy, wiedzący dobrze jak w podobnym położeniu po siedmioletniej wojnie dźwignęły się Prusy landszaftą, to jest systematem kredytowym, a mając przy boku swoim ex-pruskich urzędników, dobrze z tą materią oswojonych, wygotował w swoim wydziale projekt na zasadach pruskich dobrze wyrachowany i taki królowi podał. Król przyjął go, i rozkazał wnieść pod dyskusję Rady stanu. Lecz ledwie się wieść rozeszła, przerażeni nim kapitaliści, lichwiarze, facjendarze, Żydzi którzy mieli hipotekowane sumy, zawrzeli obawą, i wrzask powszechny wzniecili, i na członków Rady stanu wpłynęli. Pierwszy Okołow, ów Okołow potwór i wyrzut towarzystwa, któremu osobny artykuł poświęcę, Okołow owa trąba brukowa, całą piersią będącą stekiem wszystkich bezeceństw, wylał przeciw projektowi obelgi. Widział on bowiem swój projekt zniszczony nabycia dóbr Radziwiłłowskich, na których swoje kradzieże na usługach tego domu zebrane ubezpieczył. Jako finansista, bo był, dyrektorem skarbu, tocząc się od domu do domu, przeraził swymi wnioskami kapitalistów, a szczególniej Dominika Kuczyńskiego, prześladowanego przez ministra, dwóch milionowego pana, który te miliony miał zabezpieczone na dobrach braci swoich, nabywców jego ziemskiego majątku. Kuczyński więc podniósł głos z dwojakiego powodu, z obawy straty i przez nienawiść ministra. Opinia więc brukowa przedarta się do Rady Stanu, a niechęć dla ministra przystęp jej ułatwiła. Rada Stanu składała się wprawdzie z właścicieli zadłużonych, lecz miała także w łonie swoim kapitalistów czyste posiadających fortuny, jakimi był Staszic, Kochanowski. Linowski miał kapitały, nie miał własności ziemskiej. Chociaż więc większość byłaby za projektem, przekonanie osób drętwiła delikatność własnego położenia, a podejrzenie przeciw ministrowi, że nie z powodu dobra powszechnego, lecz z powodu osobistego interesu wydźwignienia siebie z długów wnosi projekt, przeciwnym argumentom przystęp ułatwiła. Ten więc projekt winą delikatności jednych, winą interesu osobistego drugich, a niechęci do ministra wszystkich został tylko projektem, i jako świadectwo troskliwości ministra o dobro publiczne jako prawo, lecz jako projekt wpisany został do dziennika praw Księstwa Warszawskiego. Wprawdzie jeden tylko zarzut słuszny przeciw niemu czynić można było, to jest, że za wcześnie i bez poprzedzenia go koniecznymi urządzeniami wniesionym został, jako to utworzeniem banku krajowego, zapasem gotowizny, bądź przez pożyczkę, bądź przez oszczędność w skarbie zebranym. W stanie bowiem ówczesnym Księstwa, gdzie ani papierowej monety, ani jakiej bądź kruszcowej prócz zdawkowej i to pruskiej lichej i mało wartej nie było, czymże biorący listy zastawne byliby opłacali procenta i amortyzacją, kiedy nawet z podatków uiszczać się regularnie nie byli w możności. Była więc słuszna obawa daremności acz zbawiennego środka, i zupełnej ruiny kapitalistów, w razie nieuniknionym znacznego spadnięcia listów zastawnych; i ta to obawa bezstronnego i dla dobra kraju zawsze poświęcającego się Staszica nieprzyjacielem tego projektu uczyniła. Przecież pierwsza zasługa, bo pierwsza inicjatywa tego środka należy się Łubieńskiemu, jak wina obojętności ministrowi skarbu, który się z nim nie zniósł, i od którego projekt ten powinien był pochodzić. Gdy Matusewicz objął ministerstwo skarbu, na przygotowanie zapasów na wojnę 1812 roku, zaciągnął pożyczkę we Francji w domu Lafitte, lepszym uporządkowaniem skarbu nagromadził jakiekolwiek zasoby, bilety bankowe stworzył, lecz to wszystko nieszczęścia wojny pochłonęły. Po jej ukończeniu gdy kraj pod berłem cesarza Aleksandra odetchnął, gdy wojsko formując się przeszło na żołd skarbu państwa rosyjskiego, gdy przychód króla 7 milionów rocznie, jak to było za króla saskiego, tak i wtenczas nietknięty w skarbie pozostał, i na podniesienie kraju z nędzy, przeznaczenie z rąk dobroczynnego monarchy odebrał, Matusewicz podniósł projekt Łubieńskiego, ulepszył i wniósł do Rady Stanu, lecz i w tym czasie z większą jeszcze siłą, złością i potwarzą powstali kapitaliści zasiadający w Radzie. Okołow bezecny Okołow nienawistny Matusewiczowi (powiem pod jego osobą powody) podburzył Linowskiego, Kochanowskiego, trafił do senatora Nowosilcowa komisarza cesarskiego przy rządzie Królestwa także mu nie przychylnego. Rozgłoszono fałszywie, że ten projekt jest zrobiony dla domu Czartoryskich i dla samego Matusewicza. że kosztem kredytorów chcą się wydobyć z długów. Dość było tego podejrzenia dla namiestnika zawsze nie przyjaznego Czartoryskim, aby się stał przeciwnikiem projektu. Staszic też bardzo poważany od tegoż, nie zapomniał czynić przełożeń, i w Radzie Stanu silnie się opierać; przeto powtórnie spadł zbawienny projekt winą tych, którzy osobisty swój interes zwykli przekładać nad publiczne dobro. Nie można tego zarzucić Staszicowi, rzuciwszy okiem na jego ofiary, na wszystko co poświęcił dla kraju i dla ludzkości. Czystość  jego przekonania była niepodejrzana, lecz to przekonanie było błędnym, obłąkała go podejrzliwość o czystość zamiarów drugich, bo sam sobie tylko ją przyznawał. Oszczędny i skąpy dla siebie, hojny dla kraju, wszystkich miał za marnotrawców i ruinę majątków nie ofiarom dla kraju, które jego nie zubożyły, lecz nie poprawionej wadzie szlachty, której nienawidził przypisywał.

     Kapitaliści samolubni, którzy przyczynili się do odrzucenia projektu wkrótce skarani zostali, gdy stan królestwa, bezcenność dóbr i produktów ziemi, zawód w dochodach skarbowych, krzyki właścicieli nagabywanych przez wierzycieli, wywołały moratorium, lekarstwo gorsze od choroby. Dopiero książę Ksawery Lubecki zostawszy ministrem skarbu a istotnie namiestnikiem, wsparty ufnością cesarza, wniósł ten projekt systematu kredytowego, przewagą swoją utrzymał, i wieniec dobroczyńcy kraju, o który się dwóch ministrów kusiło pozyskał. Sic vos non vobis[łac. tak więc wy pracujecie nie dla siebie - przyp.MK]. Bo jakkolwiek bądź, pierwszy pomysł tej instytucji zawsze do Łubieńskiego należy. Dodam gdy o nim mówię, iż miał rzadką tęgość charakteru, a szczególniej odwagę cywilną, którą niewiele Polaków poszczycić się może. Łatwiej wystawiamy pierś na nieprzyjacielskie kule jak na wrzaski gminne, groźby władzy, lub zmarszczenie czoła możnych. W dwóch zdarzeniach ten minister okazał w wysokim stopniu te dwa przymioty - opowiem te zdarzenia.

     Kodeks francuski kryminalny przepisywał wyraźnie, iż wojskowy popełniający gwałt lub zbrodnię, nie w służbie, nie pod bronią, lecz extra służby powinien być oddany przez władzę wojskową sądom kryminalno-cywilnym po ukaranie. Zdarzyło się, iż kapitan od ułanów Maszkiewicz stojący garnizonem w miasteczku Grójcu stał się acz po pijanemu zabójcą młynarza z Wilczejgóry, wsi radcy stanu Michała Kochanowskiego. Kazał on przyprowadzonego do siebie jak zwierze na postronku, za to, że sobie nie dał zabrać fury, na której mąkę do miasteczka przywiózł, bić żołnierzom kijami na śmierć; a wobec podprefekta w ubiorze urzędowym reklamującego przeciw temu gwałtowi, czołgającego się u nóg jego młynarza tak silnie kopnął w głowę nogą uzbrojoną w ostrogę, że ten do mózgu skaleczony w kilka godzin skonał. Podprefekt widząc pospólstwo Grójca zburzone, i bojąc się krwawej sceny między wojskiem i ludem, zebrał narodową gwardię, i szwadron burzliwego wojska do opuszczenia miasta zmusił, sam zaś zrobiwszy protokół zabójstwa, do ministra policji, wojny i sprawiedliwości raport przesłał. Zabójstwo było jawne, gwałt gorszący, prawo wyraźne, oczekiwano więc surowego ukarania, o które właściciel Wilczejgóry, radca stanu Kochanowski głos do wszystkich trzech ministrów podniósł. Lecz niestety książę Józef Poniatowski, zawsze skłonny brać stronę wojska, któremu wiele pobłażał, już uprzedzony przychylnie został za winowajcą przez kobiety i adiutantów swoich. Wyznaczył więc wprawdzie komisję do wyśledzenia prawdy, lecz ta komisja najfałszywsze i przeciw prawdzie zeznanie namówionych świadków poparłszy, przekupnym świadectwem lekarzy wojskowych, iż śmierć młynarza nastąpiła w skutek apopleksji ze zbytniego użycia trunku, opinią swoją uniewinniła Maszkiewicza. Książę Józef opierając się na tej indagacji ukarał go kilkodniowym aresztem, a ministrowi sprawiedliwości wydania go pod sąd cywilny odmówił. Minister więc Łubieński w tej inkwizycji cywilnej sprzecznej z wojskową, i w tej niezgodności zdania z ministrem wojny wniósł spór jurysdykcyjny do Rady stanu, mimo nieukontentowania księcia Józefa utrzymał go, a król go potwierdził, i Maszkiewicz miał być wydany władzy cywilnej, gdy wojna r. 1812 zniweczyła skutek tego postanowienia. Krok ten Łubieńskiego tym więcej tęgości jego charakteru winien być przypisany, że w owych chwilach aby narazić sobie księcia Józefa i wojsko nie mało było potrzeba odwagi, nie przez obawę zemsty tego księcia, której on w szlachetnym sercu swoim zdolny nie był, lecz że przyjaznych jego pozbawić się chęci, a tym bardziej urazę jego na siebie ściągnąć, jeżeli się nie stawało przewinieniem, było wstydem.

     Drugie jeszcze następujące wspomnę wydarzenie. Może nie wszystkim jest wiadomo, że w r. 1812 gdy już zmrożone wojska francuskie cofały się, a wojska rosyjskie od Niemna weszły do Księstwa Warszawskiego, cesarz Aleksander wydal proklamację do narodu polskiego, w której zachęcając Polaków do łączenia się z sobą, przyrzekał im wskrzeszenie Polski, konstytucję i instytucje narodowe. Ta odezwa acz przez policją nie puszczona do Warszawy, przedarła się jednak do rządu i do ministerstwa. Przysłał ją przez emisariusza swego generał rosyjski Czaplic, Polak, znany dobrze, w Warszawie i w kraju, przysłał ją mówię Mostowskiemu, Matuszewiczowi ministrom, i z nimi wszedł za pośrednictwem tego emisariusza w rozmowę i porozumienie się. Imieniem cesarza przyrzekał spełnienie wszystkich najusilniejszych żądań Polaków, byleby wojsko polskie pod dowództwem księcia Józefa będące, oderwało się od Napoleona i pozostało w kraju. Nie śmiano księciu czynić tej propozycji, książę więc cofnął się z wojskiem bardzo szczupłym do Krakowa. Wkrótce za nim pospieszyć musiały rząd, Rada Generalna Konfederacji, ministrowie; i w Krakowie jako władze usadowiły się. Warszawę objęły wojska rosyjskie, i rząd tam tymczasowy ustanowiony został, w nim pod przewodnictwem generała Łanskoja zasiadło trzech Polaków, książę Adam Czartoryski, Wawrzecki i książę Ksawery Lubecki, należał także do niego Nowosilcow dzielący wówczas wyobrażenia i przekonanie księcia Czartoryskiego, i w poufałej żyjący z nim zażyłości. Ponieważ Napoleon ruszył wszystkie kohorty francuskie, i nowe starcie się w Niemczech na wiosnę przygotowywał, ponieważ tylko jedne Prusy odskoczyły były od koalicji francuskiej i odstąpiły resztę sprzymierzonych i sama Austria trzymała się jeszcze Napoleona, wiele na tym zależało cesarzowi Aleksandrowi aby w Polakach oderwać od niego najwierniejszych i najwaleczniejszych sprzymierzeńców, których choć siły uszczuplonymi były, mogły się znacznie wzmocnić w Krakowie, jak się to stało; a przy tym odstąpienie naczelnego i ulubionego wodza od sprawy francuskiej pociągnęłoby za sobą odstąpienie lub zachwianie się innych wodzów którzy w szeregach w obozie Napoleona jeszcze pozostali. Ile skrytych było starań aby się to stać mogło, o tyle była gorliwą czynność ministra francuskiego Bignona, aby się to nie ziściło, zwłaszcza że już w Krakowie biegały tajemne polityczne pisma, a szczególniej jedno które generałowi Krupińskiemu przypisywano, dowodzące, że Napoleon nigdy zamiaru wskrzeszenia Polski nie miał i zawsze ją był gotów poświęcić, że teraz w nieszczęściu błąd swój poznaje, lecz co już raz opuścił tego w żaden sposób dokazać nie jest w stanie, że Polacy sami o sobie myśleć powinni, i wybrać sposób zbawienia który im opatrzność nastręcza. Zgodnie więc z duchem tego pisma nie śmiem twierdzić, czy rząd tymczasowy warszawski w którym zasiadał książę Adam Czartoryski, czy sam książę z natchnienia cesarza wysłał Józefa Szaniawskiego ex-prokuratora przy Sądzie Kasacyjnym Księstwa, a później pełnomocnika ordynacji zamojskiej, któremu się jako wiadomy toku wszystkich spraw księstwa nie wiem czy szczęśliwie, czy nieszczęśliwie nastręczył, wysłał mówię do Krakowa, gdzie P. Zamojski prezydował w Radzie Generalnej Konfederacji, dla wyjawienia i jemu i innym przyjaciołom zamiarów i żądania cesarza, a razem dla wyrozumienia i namówienia umysłów. Szaniawski nie znalazł przystępu do księcia, jedynie panu Zamojskiemu i Linowskiemu powierzył swoją misję, a spostrzegłszy, że przez władze francuskie zaczyna być uważanym, nic nie sprawiwszy odjechał. Lecz wkrótce w tym celu stawiła się w Krakowie ważniejsza osoba, która natychmiast wszystkich oczy na siebie zwróciła, a całą czynność dyplomacji i policji francuskiej obudziła. Tą osobą, tym wysłannikiem był książę Antoni Radziwiłł znany w kraju i zagranicą, spokrewniony przez żonę z dworem pruskim lubiony przez cesarza Aleksandra, a poufały przyjaciel księcia Józefa Poniatowskiego. Ten ledwie zjechał do hotelu, natychmiast Bignon, rezydent francuski wezwał w imieniu Napoleona i pod osobistą odpowiedzialnością ministra policji Ignacego Sobolewskiego o przyaresztowanie go bezzwłoczne, i zatrzymanie aż do odpowiedzi Napoleona, któremu natychmiast raport zdaje. Sobolewski chciał się odnieść do Rady Ministrów, lecz zagrożony odpowiedzialnością i lękając się posądzenia o wspólnictwo w tych zabiegach, przystawił straż wojskową księciu Radziwiłłowi, a rzecz całą bez zwłoki wniósł na zgromadzoną Radę Ministrów. Rezydent francuski Bignon przyszedł na nią i powtórzył swoje żądanie. Sam prezes Rady Ministrów i wszyscy przytomni ministrowie znaleźli się w trudnym i drażliwym położeniu, gdyż lubo się już odzierali na nowe nadzieje, i niektórzy już w ciche umowy wchodzili, podejrzenia jednak uniknąć chcieli, bo jeszcze z narażenia się Napoleonowi niebezpieczeństwo było i bliskie i pewne. Wszyscy więc nie wyłączając księcia skłonniejsi byli ulec ministrowi francuskiemu. Jeden Łubieński głos podniósł naganą dla ministra policji, że bez upoważnienia Rady Ministrów, bez żadnych wyjawionych powodów zatrzymał pod strażą znakomitego obywatela dwóch krajów, wjeżdżającego do Krakowa za paszportem. Jeżeli jest podejrzany mówił, nie trzeba było wpuszczać go do kraju, jeżeli dopiero tu podejrzenie ściągnął, potrzeba go przekonać wprzódy a nie prześladować. To zatrzymanie nie tylko jest niesprawiedliwe lecz i niepolityczne, może wywołać ze strony rządu rosyjskiego i pruskiego, pod których władzą i opieką uchodząc z Warszawy nasze rodziny zostawiliśmy. Ośmielił więc swoim silnym obstawaniem Radę Ministrów, i zniewolił do umiarkowania rezydenta francuskiego, a tak książę Radziwiłł z poleceniem wyjazdu bez zwłoki z Krakowa, uwolnionym został. Nieprzyjaźni ministrowi Łubieńskiemu, w tym jego tak śmiałym kroku, chcieli tylko upatrywać zręczność otworzenia sobie wstępu do nowego a przewidywanego porządku rzeczy. Ja skłonniejszy jestem przyznać to jego odwadze cywilnej, wierności obowiązkom ministra sprawiedliwości, i czystej dla dobra publicznego gorliwości, gdyż aż do ostatka przy królu saskim i Napoleonie pozostał, prawie ostatni do cesarza Aleksandra przystąpił, i później w rządzie Królestwa umieszczenia nie znalazł, lub znaleźć nie chciał.


Jan Paweł Łuszczewski

     Minister spraw wewnętrznych Jan Paweł Łuszczewski, którego na tym urzędzie zastałem, był człowiekiem wielkich zdolności i niepospolitych talentów, przy tym mąż prawy, pracowity, gorliwy, i w prowadzeniu spraw publicznych jeszcze za Rzeczypospolitej polskiej wprawny. Był on sekretarzem sejmu konstytucyjnego, po rewolucji Kościuszki gospodarował na wsi, i prace wiejskie przedzielał literaturą którą miłował. Wezwany na sekretarza przez Komisją Rządzącą pod Napoleonem przy wyborze ministrów przez króla saskiego dobrze mu zalecony, otrzymał nominacją na ministra spraw wewnętrznych, od czego wymówić się pragnął, i wymawiał się, lecz na koniec naleganiom uległ. Jego zasługą pierwsza organizacja tak polityczna jak administracyjna księstwa, chciał ją zupełnie zastosować do konstytucji, i zrobił ją zbyt francuską, zbyt rozdrobnioną, i zbyt kosztowną. Z pracy i z zdolności był na swoim miejscu, lecz pomocników miał albo zbyt miernych, albo zupełnie niezdatnych. Wybrał on ich albowiem sobie, albo raczej nie mógł uniknąć nie wybrać z swoich sąsiadów i przyjaciół, w prywatnym życiu zbyt z nim spoufalonych, co potem zwierzchnictwo jego, i ster nad nimi krępowało. Czuł on to, i dla tego prawie wszystkich własną pracą wyręczał. Wszystkie projekty nie tylko sam pisał, wszystkie przedstawienia sam układał aż do najmniejszej redakcji, bo miał szlachetną ambicję, aby z jego biura pisma godne roztrząsania Rady Stanu wychodziły, a nie miał w nim żadnego podobnego talentu, jakie nagromadzał koło siebie Łubieński. Przychodził na Radę Stanu zawsze dobrze przygotowany, łatwo i jasno mówił, zwięzło i bez gadatliwości się tłumaczył, nie zapalał się, nie upierał, lecz przekonywał. Miał też szacunek i poważanie.


Jan Węgleński

     Minister skarbu Węgleński Jan bez znakomitych talentów, bez odznaczających zdolności szczególną miał trafność, a z nią talent podobania się tym, którzy go bliżej znali, lubiony był w Radzie Stanu a przyganiany w publiczności. Józef Czartoryski stolnik W. księstwa litewskiego, pan rzadkich przymiotów, prawy, rządny, oświecony, oszczędny dla siebie, hojny dla kraju, wielki gospodarz, u którego zięcia Jana Potockiego starościca szczerzeckiego mieszkającego w Boćkach na Podlasiu był Węgleński pełnomocnym rządcą, zdziwiony wyniesieniem go na ministra zwykł był mawiać: Jeżeli pan Węgleński tak zarządzi skarbem publicznym, jak zarządził interes sami zięcia mojego i jego brata, że dotąd oba niewiedzą co mają i czy mają, skarb się wkrótce bankrutem ujrzy. Znałem ja Węgleńskiego Jana w młodości mojej, znałem gdy kończył szkoły w Zamościu, równie jak brata jego sławnego adwokata lwowskiego nie z talentów, nie z nauki, lecz z owej Pochulanki pod Lwowem, wiejskiego jego domku, z którego trząsał sądownictwem i kaził obyczaje młodzieży. Widziałem obydwóch na chwilę w palestrze lubelskiej, potem znikli mi z oczu. W kilka lat po rewolucji Kościuszki, będąc u mojej siostry na Podlasiu w sąsiedztwie Boćków, usłyszałem wielkie pochwały niejakiego pana Budzyńskiego świeżo przybyłego z legionów włoskich, który zarządzał boćkowskimi dobrami, zakładał fabryki, sprowadzał cudzoziemców, zgoła na kształt zagranicznego przemysłu przerabiał dobra; a że był nieograniczonym pełnomocnikiem i czynił to zaciąganymi co rok sumami, a razem dostarczał na wystawne życie młodemu małżeństwu pieniędzy, myślano błędnie że potrafił stworzyć intraty, póki się na koniec łatwy do odgadnieni sekret talentu nie wyjaśnił. Stąd dopóki ten sekret odkryty, nie był, reputacją, i w sąsiedztwie wziętość i naśladowanie. Był on prawie wyrocznią okolicy, miał dość oświecenia, ogłady, wiadomości i umiał się dobrze uwiedzionym pozorami sprzedać. Spostrzegłszy go w Boćkach, przypomniałem sobie rysy mi znajome, lecz że go znałem młodym i w sukni polskiej z czupryną, tu zaś go ujrzałem człowieka czterdziestoletniego w sukni francuskiej i w ufryzowanej peruce, nie domyślałem się tajemnicy. Młodzież jednak, która go otaczała i słuchała jego opowiadań podróży po cudzych krajach, o walkach legionów polskich o udziale jaki miał w sprawie Polski za granicą, zawsze w sposobie mistycznego patriotyzmu udzielanych, wnosiła czy się domyślała, że pod imieniem Budzyńskiego ukrywa się przed podejrzliwością pruską jakaś ważna osoba i tym podejrzeniem i mnie natchnęła. Ten mniemany Budzyński widząc z swego zarządu zachwiany kredyt i korzystając z wejścia wojsk francuskich do Prus, odkrył się dopiero Węgleński Janowi Potockiemu i Feliksowi jego bratu, lub też odkryć się pozwolił i w imię patriotyzmu otrzymał nie tylko uwolnienie od obowiązków, lecz otrzymał rekomendację do Stanisława Potockiego przeważnego podówczas członka Komisji Rządzącej. Ten go zalecił Dębowskiemu kasztelanowi czechowskiemu zarządzającemu skarbem Księstwa Warszawskiego, który potem został ministrem skarbu. Dębowski uprzedzony o jego zdolnościach mianował go pierwszym konsyliarzem swego ministerium, wkrótce potem zszedł z tego świata, a Węgleński przybrawszy sobie za dyrektora skarbu Okołowa, który udawał bezczelnie wielkiego finansistę zarządzał finansami kraju bez tytułu ministra, następnie jednak za wpływem Stanisława Potockiego otrzymał nominację na ministra. Otóż tego pana Budzyńskiego zastałem Węgleńskim i ministrem, lubionym w Radzie Stanu, ujmującym wszystkich, umiejącym się podobać przez patriotyzm i przyjemność form powierzchownych, ścisła złączonego przyjaźnią z Linowskim i z Ignacym Sobolewskim; lecz mimo dobrych jego chęci, ani zdolności, ani talenta jego nie mogły wydołać smutnemu położeniu finansów krajowych. Zawód w funduszach na wypłatę tak wojska jak administracji krajowej był ciągły i wielki, każdy z ministrów wołał o pieniądze na utrzymanie swego wydziału, pensje urzędników zalegały, a że w dolegliwych razach skłonniejsi jesteśmy obwiniać na sterze rzeczy publicznej stojących niż zgłębiać okoliczności, powszechne narzekania zaczęły odstręczać od niego umysły publiczności. Zarzucano mu zbytnią słabość i uległość dla swych podwładnych, tych opieszałość lub niewierność może niekiedy nie bez przyczyny i w tej bolesnej kraju chorobie szukano w myśli na złe rosnące innego lekarza, zwłaszcza że się odkryły niedbałości i malwersacje, o których pod Okołowem powiem. Dodać tu muszę, że o ile Węgleński miał przyjaciół w osobach i urzędnikach składających administrację Księstwa przed polaczeniem Galicji, o tyle nabył niechętnych i nieprzyjaznych w urzędnikach z Galicji do Rady Stanu przybyłych. Nie przebaczano mu owego ubliżenia Rządowi Centralnemu przez delegowanie do jego rozwiązania Franciszka Grzymały i Franciszka Węgleńskiego brata jego. Pan Zamojski będąc w Dreźnie u króla, umiał mu otworzyć oczy na złą administrację skarbu i natchnąć ufnością do Tadeusza Matusewicza męża rzadkich zdolności, znakomitych talentów, niezmordowanej gorliwości, nieskażonej prawości charakteru. Zastałem więc Węgleńskiego już chwiejącym się na swoim urzędzie, nawet zniechęconym. Projekta, które wnosił na Radę Stanu, przełożenia dołączone do nich nie nosiły cechy porządnego wyrobienia rachunki często były mylnie podsumowane, mnie samemu zdarzyło się parę razy odkryć ważne pomyłki, winą to było niedbałości jego wydziału rachunkowego, na który zbyt się ufnością swoją spuszczał; nie użyłem tego będąc referentem w Radzie Stanu, lecz go ostrzegłem, przekonał mnie o prostej omyłce, kazał poprawić, przyganił swemu biurowi, a szczególniej Powalskiemu, za delikatność zaś moją i ufność w charakterze oświadczył mi swoją wdzięczną przyjaźń i tej mi zawsze dawał dowody, w obydwóch kolejach swego urzędowania, tak za Księstwa Warszawskiego jak za Królestwa Polskiego. Był on dobrym Polakiem, gorliwym urzędnikiem i obywatelem i dał tego dowód w śmiałem narażeniu się wielkiemu księciu. Z początku drugiego swego zawodu pobłażał marnotrawstwu namiestnika i dostarczał mu pieniędzy. Gdy wypłata żołdu dla wojska przeszła na skarb Królestwa, ścisnął dłoń, szukał w oszczędnościach funduszu, gdy ten nie wystarczał i naglono go o postawieni skarbu w odpowiednim stanie potrzebom, przez nałożenie nowych podatków, a nawet namiestnik celem ujęcia go wyrobił dla niego 150,000 złotych gratyfikacji z ubogiego skarbu, czym opinią o nim osłabił, jednak nowych podatków nie wniósł i nie nałożył. Lecz zbyt śmiały i niebezpieczny krok dla siebie zrobił, podanym przełożeniem, iż nie widzi przy niemożności i ubóstwie kraju innego sposobu ratunku jak zmniejszenie wojska o dziesięć tysięcy. Czym wielkiego księcia obraził, a ujrzawszy go zagniewanego podziękował za urząd i otrzymawszy po bracie Franciszku piękny majątek w Hrubieszowskiem, tam spokojnie życia dokonał. Ja mu w jego urzędowaniu cztery winy wyrzucę.

  1. Nie podanie pierwszego budżetu zastrzeżonego w konstytucji i fałszywe wytłumaczenie wyraźnego pod tym względem artykułu konstytucji, do czego jako wygodnej rzeczy dla samowolności ministrów, Mostowski radą swoją nie obojętnie wpływał, a co potem u następcy jego ministra faworyta, a rządu samowładnego wychowańca stało się źródłem niesłychanych nadużyć.
  2. Wyjednanie ministerstwa sprawiedliwości bratu swemu Franciszkowi Węgleńskiemu ex-adwokatowi lwowskiemu, słynnemu z hulaszczego i mniej moralnego życia.
  3. Przyjęcie znacznej gratyfikacji.
  4. Przyjaźń i znoszenie w ministerium Okołowa, którego jednak oddalić musiał, gdy publicznie na przemycaniu towarów, jako dyrektor skarbu schwytany został.
Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 3
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Minister wojny Józef książę Poniatowski 
 

     Książę Józef Poniatowski nadto jest głośny, nadto znany światu abym potrzebował długo się nad jego zasługami i sławą rozciągać. Podały go wiecznej pamięci Europy i Polski ważniejsze jak moje pióra. Żyje i żyć będzie w popiersiach, obrazach i rycinach, miał żyć w posągu na który cała Polska się złożyła, już był ulany, już miał być postawiony. Niestety! i tej tak zaszczytnej pamiątki i jego i nas nieszczęśliwe wypadki pozbawiły, ale dzieje obce i narodowe uratują sławę jego od niepamięci.

     Bóg nigdy nie stworzył piękniejszej duszy, ani natura nie odziała jej powabniejszą i szlachetniejszą postawą, nad tę jaką miał książę Poniatowski; był w nim prawdziwy ideał rycerza z wszystkimi wdziękami, z całym urokiem zacności, szlachetności, uprzejmości, męstwa, dobroci, a razem godności, które się w jego wejrzeniu, w jego twarzy, w jego każdym ruchu malowały. Nie dziw więc, że w młodości był psuty przez kobiety, a w męskim wieku miał szacunek, miłość i uwielbienie współziomków bo na nie zarabiać umiał. Jak minister wojny nie był na swoim miejscu, pracy umysłowej i mozolnej nie był zdolny, dla niego koń, szabla, plac boju, lub przynajmniej obroty wojska były najulubieńszym zatrudnieniem, tego się uczył za młodu w szkole rycerskiej, do tego w służbie austriackiej w młodzieńczym wieku nawykł. Będąc jednym z najlepszych i najzręczniejszych jeźdźców Polski, najpiękniejszym był na czele szeregów, gdy wypuścił koniowi wędzidło i na przedzie w czapce ułańskiej na bok na głowie opuszczonej pędził. Nie zrównał się on zapewne talentami, naukami, ani Tarnowskiemu, ani Zamojskiemu, Żółkiewskiemu, Chodkiewiczowi, Sobieskiemu, którzy razem jak wodzowie i jak mężowie polityczni i wojsku i narodowi z chwałą przewodzili, lecz świetnością odwagi żadnemu nie ustępował. Był to wódz rycerz z innych czasów, podobniejszy do Bayardów, Kondeuszów, Tureniuszów. Rzecz szczególna, wychowany acz w Polsce, lecz po zagranicznemu, tłumaczący się łatwiej zagranicznymi językami jak narodowym, w służbie austriackiej kilka młodych lat przepędziwszy, już w wojnie tureckiej pod Sabaczem dawszy dowody świetnej waleczności i niebezpiecznie ranny, za wzorem dawnych Polaków, prócz ogłady nic zagranicznego do kraju nie przyniósł. Polak z Polakami po polsku przestawać lubił, otaczał się najznakomitszą młodzieżą dzielił ich zabawy, zalety, wady, słabości i te mu się prawie w nałóg i naturę obróciły tak że król stryj jego widząc iż to towarzystwo często go do nieprzystojnych płochości unosi, nieraz mu gorzkie robił wyrzuty. Podczas sejmu konstytucyjnego założył się, że na koniu całą Warszawę w dzień biały obnażony przejedzie i dobrawszy sobie towarzyszów Ignacego Hryniewieckiego i podobno Sanguszkę, dokazał tego ze zgorszeniem wielu, spławiwszy pierwej konie w Wiśle. Miał wzór do tej płochości w stryju swoim ex-podkomorzym koronnym Poniatowskim, który po ulicach Warszawy obwoził w karecie nagą aktorkę, sławną Józefkę, którą potem za Józefa Zapolskiego wydał [mowa tu o Kazimierzu Poniatowskim i jego kochance Józefie Bodachowskiej - przyp.MK]. Trzy były podczas sejmu konstytucyjnego najpiękniejsze młode kobiety w Warszawie, Kossowska podskarbina koronna Bielińska z domu, urodzona z Sanguszkowej, Rozalia księżna Lubomirska z domu Chodkiewiczówna, która później pod gilotyną w Paryżu życie straciła i Julia Potocka z domu księżniczka Lubomirska urodzona z Czartoryskiej. Te wszystkie i wiele innych, dobijały się o serce księcia Józefa. Na jego święto zebrały się raz pod Blachą, przekupiły kamerdynera, że je wpuścił w niebytności księcia do jego sypialnego pokoju, i w nim kwiatami łóżko jego uwieńczyły. Gdy w tym książę niespodzianie nadjechał z swoją faworytą aktorką Sitańską i wszedł do pokoju. Spotkanie to nie bardzo było dla obydwóch stron przyjemne. Niemcewicz w swojej komedii "Powrót posła" wystawił Szarmantskiego eleganta warszawskiego. Wiersze które on czytał, a które każdy ma w pamięci zaczynały się od tych słów: 
 
 


Książę Józef Poniatowski

     Gdy szambelan do butów srebrne przypiął kolce,

     I przed pałac zajechać kazał kariolce. 
 
 

     A że książę Józef był pierwszym elegantem Warszawy, był celem westchnień wszystkich kobiet, jeździł po Warszawie w ostrogach, w pięknej j kariolce, pysznymi końmi i sam się powoził, publiczność do niego stosowała te wiersze. Gdy się książę o tym dowiedział, zajechał przed dom posła inflandzkiego, przymusił go wsiąść z sobą do kariolki, obwiózł go po Warszawie pod oknami wszystkich kobiet, i tak się zemścił.

     W roku 1791 mianowany przez króla naczelnym wodzem części wojska przeznaczonego odpierać nieprzyjaciół na Ukrainie, otoczył się najwaleczniejszą młodzieżą rycerską, jako to Mokronowskim, Wielohorskim, towarzyszami oręża w służbie austriackiej, miał też jenerała Kościuszkę pod swoim dowództwem. Lubo od króla wahającego się już między konfederacją targowicką a sejmem i konstytucją 3 maja, dla nierozdrażnienia imperatorowej Katarzyny, z którą już był korespondencję prowadził, odebrał rozkaz nie wdawania się w stanowczą bitwę i cofania się ku stolicy przed nacierającymi siłami, przecież on czuciem szlachetnym honoru i osobistą odwagą wiedziony, każdy odwrót krwawym bojem i dzielnym oporem oznaczył i aż pod Markuszow w ciągłych starciach się cofał: gdzie wybrawszy plac do bitwy i naradziwszy się z wodzami chciał stanowczą walkę wydać; wzywał nawet króla do obozu, a widząc wahanie się jego i- przewidując na jaki krok się odważy, pierwszy myśl powziął wpaść do Warszawy na czele odważnego rycerstwa, uwieść króla do obozu, bitwę z Rosjanami stoczyć, w razie jej przegrania cofać się ku Krakowu, a stamtąd do Austrii aby udać się pod jej opiekę za przykładem Jana Kazimierza. Kto wie czy byłby nie uratował tym krokiem króla od hańby, kraju od zguby. Lecz gdy się namyśla w przedsięwzięciu, król tymczasem przystąpił do konfederacji targowickiej i armisticium z wojskiem rosyjskim zawrzeć mu kazał. Uczucia jego w tej okoliczności malują się w liście do króla pisanym pełnym oburzenia i wyrzutów. Acz posłuszny woli stryja, zatrzymał ogłoszenie rozkazu, a jako młody i gorący, ostatni raz już nie jako wódz lecz jako żołnierz chciał użyć oręża. "Zróbmy sobie polowanie na Kozaków," odezwał się do otaczającej go młodzieży i zaraz znalazł ochotników. Na czele więc brygady kawalerii uderzył na nacierające pułki kozackie, gnał ich przed sobą aż pod Garbów, gdzie go naprowadzili na ukrytych po zbożach strzelców, gdy ci się okazali i razić zaczęli jego szeregi, a Kozacy z większym tłumem do walki powrócili, uchodzić musiał w rozsypce. Generał inspektor kawalerii młody Iliński zginął obok niego skłuty spisami, jego samego tylko dzielność konia przesadzającego płoty uratowała. Po tej nieroztropnej rozprawie, podpisał zawieszenie broni w Markuszowie, żałując wojska i żałowany od niego wyjechał do Wiednia, i tam przerwę czasu między konfederacją targowicką, a powstaniem Kościuszki przetrwał. Lecz skoro Kościuszko podniósł oręż, zaraz po bitwie racławickiej, a raczej nieszczęśliwej pod Szczekocinami, przybiegł do obozu naczelnika z prośbą, aby ten, któremu on niedawno dowodził pod swoje go dowództwo przyjął, jako chcącego życie na jakim bądź stopniu za ojczyznę położyć. Umiał Kościuszko ocenić tak wzniosłej duszy i szlachetnego poświęcenia się dowód, i powierzył mu oddział wojska, który miał baterii szwedzkich pod Warszawą bronić. Bronił je walecznie, lecz jednej nocy oddaliwszy się do Warszawy, jak mówiono do swojej ukochanej Sitańskiej, naraził na stratę okopy. Prusacy z Rosjanami wpadli na nie i zdobyli. W rozpaczy błagał Kościuszkę aby mu pozwolił odzyskać je, jakoż z pomocą Dąbrowskiego narażając się pierwszy na śmierć odzyskaj, lecz u wodzów na długi czas płochością naraziwszy swoją sławę, opinii naprawić nie mógł. Po upadku rewolucji Kościuszki udał się znowu do Wiednia, i tam zamieszkał, a po abdykacji króla odebrawszy z rąk Pawła I na dziedzictwo starostwo bogusławskie na Ukrainie, i część dóbr stołowych króla klucz Zyple wrócił do Warszawy już pod panowaniem pruskim będącej. Mieszkał w pałacu pod Blachą, szanowany od rządu pruskiego, lecz od brukowej publiczności z samego nazwiska nie lubiony. Życie też jego nie odpowiadało wymaganiom patriotów, udzielał się tylko wyższym i wykształconym towarzystwom. Dom jego chociaż zawsze otwarty dla młodzieży polskiej, nie był przystępny dla wszystkich, między dawnymi towarzyszami broni czynił z wychowania wybór; przybrał sobie za towarzyszkę i gospodynią domu swego francuską emigrantkę znakomitego urodzenia panią Vauban nie młodą już i przesądami arystokratycznymi napojoną. Stąd najwięcej cudzoziemcy doznawali gościnności, z Polaków ci tylko, których ogłada i doskonała znajomość języka francuskiego zalecała. Stąd zabawy, rozrywki, teatr tylko w językach zagranicznych, polski musiał się schronić do gabinetu samego księcia, do poufałych tylko przy lulkach i żartobliwych rozmów. Pomnę, byłem wtenczas w Warszawie kiedy się wszczął spór między teatrem polskim a francuskim i włoskim, które protegowali książę Józef i Stanisław Potocki. Loże na teatrze polskim były prawie puste, gorszyła się z tego publiczność, cierpiał i narzekał Bogusławski, Osiński Ludwik, którego wtenczas wyborne tłumaczenia Corneille'a i Woltera grywano, i który właśnie kochał się w córce Bogusławskiego, był równie obrażony. Jeden tylko Stanisław Sołtyk, ex-podstoli koronny i żona jego wspierali teatr narodowy. Towarzystwo Przyjaciół Nauk, które się za zezwoleniem rządu zawiązało, a którego najczynniejszymi członkami byli Staszic, Kopczyński i Franciszek Dmochowski, ile możności wpływ swój wywierało. Przyszło więc do sporu na pióra między opinią arystokratyczną cudzoziemską, a demokratyczną polska. Osiński sub ignoto [łac. jako nieznany, tu: pod nieznanym nazwiskiem - przyp.MK]  napisał wiersze pochwalne dla publiczności narodowej, uszczypliwe dla wspierających cudzoziemszczyznę, które zakończały te dwa wiersze: 
 
 

     Jeszcze Polak po polsku i pisze i czyta,

     Bo nie cała Warszawa jest blachą pokryta. 
 
 

     Stanisław Potocki wspierający teatr francuski, lecz nie wyrzekający się polskiego, chcąc godzić ten spór umieścił w gazecie artykuł podający w śmieszność tych, którzy protekcją użyczaną teatrowi francuskiemu za ważną przeszkodę do wzrostu sceny narodowej rozgłaszali, i dał śmieszną sztuczkę własnego utworu na teatr polski w tym celu napisaną. Że w liczbie obrońców tegoż teatru był Franciszek Dmochowski znany pisarz, literat, wierszopis, więc tenże odpisał Stanisławowi Potockiemu z surową krytyką jego sztuki. Potocki puścił między publiczność kilka wierszy epigramatycznych na Dmochowskiego, w których tymi szczególniej dotknął go słowy: 
 
 

     Nie wielka z strony mojej byłaby ofiara

     Końcem mojego pióra pogromić pijara. 
 
 

     Na to Dmochowski odpisał zjadliwym wierszem.  
 
 

     O sąd i smak na koniec nie będę się spierał,

     Taki z ciebie literat, jakiś był jenerał. 
 
 

     Ten bryzg żółci nie godny tym więcej Dmochowskiego, że twierdzenie fałszywe, bo jeżeli Potocki nie był dobrym generałem co pod Mirem okazało się prawdą, był niewątpliwie jednym z najznakomitszych owego czasu z obszernej nauki, z sądu i smaku literatem. Przecież ta cudzoziemszczyzna zagnieżdżona pod Blachą więcej była winą emigrantki francuskiej niż książęca Józefa. On nigdy nie unikał rodaków; dawnych towarzyszów broni, przyjaciół młodości społeczność lubił. Mokronowscy, Wielohorscy, Potoccy, Bielińscy, Sapiehowie, nie wychodzili z jego domu. Byli to patrioci ale wychowaniem wykształceni; ci co nie mieli tej zalety czując się upośledzonymi brak swego wykształcenia na brak patriotyzmu księcia Józefa składali. Nie przyłożyła się też do zjednania mu przychylnej od tego rodzaju ludzi opinii, bytność królestwa pruskich w Warszawie. Książę Józef z swego urodzenia i położenia musiał się przedstawić dworowi, i od królestwa z tych samych powodów równie jak z osobistych przymiotów, z odróżniającymi względami przyjęty został. Grzeczny i zalotny nie wiem czy z natchnienia dworu czy z własnej chęci przykładał się do uprzyjemnienia chwil pięknej królowy, dawał dla niej fety i bale na których z nią tańcował. Przy odjeździe królestwa otrzymał oznaki ich ukontentowania i ozdobiony został Orderem Orła Czarnego; dość przyczyn do potępienia go przez gorących nierozważnych patriotów, którzy nie umieją wyrozumiewać różnego od swego położenia i wymagają częstokroć tego, czego by sami nie uczynili gdyby się w tym położeniu znaleźli, sądzą z błahych pozorów o cnocie i patriotyzmie zacnych i szlachetnych ludzi bo nie umieją zajrzeć w serce, a rękojmie z przeszłości za nic ważą, bo sami ich nie mają.

     Książę Józef Poniatowski nie zrozumiany od nich i obmawiany z świadectwem które mu dawały jego wewnętrzne dla Polski uczucia, nie odmienił swego sposobu życia aż do wojny między Francją a Prusami. Gdy Napoleon stanął w Poznaniu, gubernator Warszawy generał pruski Köhler, ten Köhler wzór rządców w podbitych krajach, któremu uwolniona już od panowania pruskiego Warszawa w dowód wdzięczności swojej wznieść pomnik zamierzała, odjeżdżając z Warszawy z rozkazu króla pruskiego oddał zwierzchnictwo nad nią księciu Poniatowskiemu. Ten podjął się go przez miłość niesprawiedliwej względem niego Warszawy, aby charakterem rządcy wybranego przez sprzymierzeńca cesarza Aleksandra zasłonić to miasto nie od postępującego wojska francuskiego, lecz od cofających się wojsk rosyjskich, które rozjątrzone najmniejsze poruszenie miasta mogło było wsiąść za pozór do zemsty, którą wrzało. I to mu wzięto za złe; i mało było tak rozważnych ludzi aby zdołało prawdziwą oznaczyć cechą tę szlachetną odwagę narażenia się zbyt skwapliwemu i gorącemu patriotyzmowi dla ocalenia współziomków którą sam Napoleon ocenił. Przeprowadziwszy wojska rosyjskie przez most praski udał się z kluczami miasta przeciw postępującemu ku Warszawie z przednią strażą generałowi Mitaud [pomyłka Koźmiana, do Warszawy wkroczył generał Edouard-Jean-Baptiste Milhaud - przyp.MK], i wprowadziwszy go do miasta wrócił pod Blachę, i zaraz ubiór dawny generała polskiego przybrał, w nim powitał Murata podówczas księcia Bergu i Klewii, a wzajemne spojrzenie dwóch podobnych do siebie rycerzy ścisłą między nimi zawiązało przyjaźń. Wkrótce nadciągnął Napoleon, nastąpiły przedstawienia najznakomitszych osób "Gdzie są wasi magnaci Czartoryscy, Lubomirscy, Potoccy" zapytał. Wystąpił książę Józef, i już uprzedzonemu o nim przez Murata z swojej rycerskiej i pełnej godności postawy tak się podobał, iż go w myśli swojej na głównego dowódcę wojsk polskich przeznaczył. "Wasz książę Józef ma prawdziwą postać królewskiego potomka"; mówił do wielu. Talleyrand minister spraw zagranicznych Napoleona szczęśliwy był spotkać w Warszawie pod Blachą emigrantkę francuską z dawnej arystokracji, z której sam pochodził, szczęśliwy był że znalazł się w jej i w księcia obcowaniu w żywiole swoich nawyknień. Uczęszczał więc pod Blachę. Gdy Napoleon mianował czy polecił mianować księcia Józefa dowódcą i organizatorem siły zbrojnej kraju, nadspodziewanie publicznej opinii, gdyż ta ten stopień generałowi Dąbrowskiemu jako dowódcy Legionów Polskich słusznie przeznaczała, obrażona publiczność to jego wyniesienie nad Dąbrowskiego nie jego zaletom, nie widokom i przekonaniu Napoleona, lecz intrygom pani Vauban, Talleyranda i księcia Bergu, i tych wpływowi do Napoleona przyznawała. Objęcie tego stopnia ciernistym stało się na niejaki czas dla księcia, i przez urazę Dąbrowskiego, i przez nieprzyjaźń Zajączka zawsze nieprzychylnego imieniowi Poniatowskich, i przez niechęć i nieukontentowanie innych dowódców niższych i wyższych równie z legionów włoskich do kraju przybyłych, jak też z rewolucji kościuszkowskiej pozostałych. Gdy więc Dąbrowski już walczył z swoimi pułkami, w Wielkopolsce zebranymi obok wojsk francuskich pod Tczewem a później pod Frydlandem, Poniatowski w Warszawie organizował wojsko, i na plac boju wysyłał. Po traktacie tylżyckim i ogłoszeniu Księstwa warszawskiego, król saski mianował go najwyższym dowódcą trzydziesto-tysięcznego wojska i razem ministrem wojny. Trzecią cześć tego wojska zaraz Napoleon dla niedostatku skarbu księstwa przyjął na swój żołd i wyprawił do Hiszpanii. Książę Józef acz dowódca wojska polskiego ulegał atoli rozkazom marszałka Davout, na którego Napoleon całą władzę wojskową i policyjną w sprawach Księstwa zlał. W roku 1809 w rozpoczętej wojnie między Francją i Austrią, po oddaleniu się marszałka Davout z wojskiem francuskim i saskim do Wielkiej Armii, zostawiony wraz z Księstwem Warszawskim sam sobie, znalazł się w przykrym i trudnym położeniu wśród nieprzychylnych sobie wodzów, nie ufającego i szemrającego wojska, z szczupłymi i ledwie kilkanaście tysięcy wynoszącymi siłami, bez dostatecznej artylerii i dział. Ledwie wyprosiwszy u króla saskiego baterię artylerii której pozostać przy nim na krótki czas król dozwolił, miał on zasłaniać Księstwo przeciw przeważnym czterdzieści tysięcy wyborowego wojska liczącym siłom arcyksięcia Ferdynanda grożącego napadem od Krakowa. Znał książę Józef, że to położenie jego było tryumfem dla urażonych na niego wodzów, umiał go nie tylko zrobić krótkim, ale jeszcze na swoją sławę obrócić. Zwołał więc radę wojenną. Na niej radzono mu, aby bez bitwy poświęcił stolicę, cofnął się z wojskiem i z rządem ku Toruniowi, lecz on po przeczytaniu proklamacji arcyksięcia Ferdynanda, którą ten książę oparł na przekonaniu, że Polacy znienawidziwszy rząd Napoleona teraz w złym razie opuszczeni od niego chętnie do dawnego położenia swego powrócą, zawieść więc to mniemanie i uniknąć posądzenia Napoleona zamierzył, i raczej zginąć z szczupłą garstką wojska jak wydać stolicę bez rozpaczliwego starcia. Wyszedł więc z tą garstką pod Raszyn. Po tej jego determinacji Dąbrowski, który wprzódy nie wiem czyli szczere czyli nieszczere dawał mu rady, zapomniawszy osobistej niechęci jak dobry Polak w wyrobieniu planu bitwy usłużył mu szczerością, lecz zostawił go jego waleczności, sam w Warszawie gotując na wsparcie odwodową siłę. Ani naród ani wojsko nie zawiodło się na osobistej waleczności i na rycerskich zdolnościach Poniatowskiego. Stoczył morderczą bitwę pod Raszynem, w której i własną odwagą i zręcznymi obrotami zadziwił dziesięć razy potężniejszego nieprzyjaciela, a szacunek dla siebie wraz z obawą wraził w niego. Książę Ferdynand wykonywający plany rady wojennej wiedeńskiej związane obrotami z główną armią działającą w Bawarii, i chcąc jak najprędzej posiąść Warszawę dla podania ręki Schillowi, partyzantowi podburzającemu do powstania Prusy, pierwszy sie do niego odezwał o kapitulacją Warszawy. Poniatowski podał warunki korzystne dla kraju i stolicy, bo zachowawszy okopana. Pragę, zostawił sobie plac do działania na prawym brzegu Wisły, przyjął je książę Ferdynand, później się spostrzegł na co Galicję wystawił. Poniatowski więc cofnął się z garstką wojska, Pragę obsadził, rząd wyprawił do Torunia, lecz w cofaniu się doznał gorzkich za dobrodziejstwo wyrzutów. Podburzone przez duchy niespokojne pospólstwo wołało na przejeżdżającego: Na szubienicę zdrajców co nas nieprzyjacielowi wydali i ledwie od przywitania go kamieniami wstrzymali się. Pewny swego szlachetnego i zbawczego czynu zniósł wrzaski z pogodą czoła jaką nadaje świadectwo sumienia z prawego dopełnienia powinności, i głos ocalonego honoru, umiał już wtedy z doświadczenia Malignum spernere vulgo [łac. Lekceważyć złośliwości tłumu - przyp.MK]. Książę Ferdynand wysłał za nim oddział wojska z artylerią, aby w razie zwrócenia się jego ku Galicji, przeszedłszy Wisłę pod Górą zastąpił mu drogę i zabrał. Okopał się pod Górą jenerał austriacki w celu postawienia mostu. Poniatowski kazał na niego napaść Sokolnickiemu, a gdy zręcznością i odwagą tego generała okopy pod Górą w nocy bagnetem zdobyte zostały, książę Józef wyprawiwszy Dąbrowskiego do Wielkopolski, Zajączka w Radomskie, sam śmiały plan rozwinął, i rzucił się z kilkoma tysiącami ludzi w Galicją, czym razem i siebie uratował, i odrętwił nie tylko szczególne księcia Ferdynanda działania, lecz samemu Napoleonowi zatrzymanemu w z ciężkim postępie przez zerwanie mostów na Dunaju stal się pomocą. Wszedłszy do Galicji wrzącej zapałem i witającej go jako zbawcę, przez rzadką szlachetność duszy nie stracił z uwagi swego i współziomków położenia. Opisałem wyżej jak się znalazł w Galicji, jak korzystając z zapału mieszkańców dla uratowania wojska, księstwa i Polski przed doświadczonymi patriotami, swego i ich niebezpiecznego położenia nie taił; owszem z zacną szczerością rycerską wyjawił, jakie środki osłonienia ziomków od prześladowania w razie nie udania się wyprawy przedsięwziął, jak jej dał rękojmią amnestii w objęciu kraju pod zdobycz orłów Napoleona.

Sunt sua praemia laudi [łac. Niech zasłużona sława zyskuje właściwą sobie nagrodę - przyp.MK]. Opatrzność tyle szlachetności nie mogła zostawić bez chwały, bez nagrody. I kiedy postępy samego Napoleona, ramionami wezbranego Dunaju pod Wiedniem uwięziła, bohatera polskiego kazała wziąć fortunie za rękę i umiatać przed nim od zwycięstwa do zwycięstwa drogę, że wkrótce jak to wyżej opisałem stał się zdobywcą Galicji. Opowiedziałem wyżej i niebezpieczeństwa w jakich się znajdował, i waleczność z jaką je przemógł aż do tryumfalnego wejścia do Krakowa, tu opisując rysy jego charakteru jako wodza i zwycięzcy nie opuszczę tego com z ust Marcina Badeniego znanego w całej Polsce z rzadkiego rozsądku i nieposzlakowanej prawości usłyszał. Wypiszę tu jego własne słowa: 
 
 


Bitwa pod Raszynem

     "Po rozwiązaniu centralnego rządu mówił mi, udałem się do Krakowa dla złożenia uszanowania księciu Poniatowskiemu i powinszowania mu zwycięstw. Zastałem go zasmuconego. Panie Marcinie rzekł do mnie, w wielkim jestem kłopocie. Stoję tu na czele trzydziestu kilku tysięcy wojska, nie mam grosza w kasie. Tutejsze kasy cyrkularne puste, Księstwo warszawskie nic mi nie nadsyła; wojsko zaczyna być nieukontentowane, może się w nim rozprząc karność i rozprzężona uczynić je uciążliwym krajowi, zlituj się i zaradź temu. Zastanowiwszy się rzekłem: Nie ma innego sposobu w tej nagłości jak użyć- znacznych depozytów sądowych, które do dwóch milionów po kasach foralnych wynoszą, książę możesz ten rozkaz wydać, a potem wezwać skarb Księstwa Warszawskiego aby je zwrócił. Jakiegoż to są rodzaju sumy ? zapytał książę. Są to po większej części sumy wdów i sierot. Na to moje wyjawienie (słowa są własne Badeniego) rumieniec dziewiczego wstydu wystąpił na całą twarz księcia, zapłonił się jak panna, załamał ręce i rzekł do mnie: Panie Marcinie, przebóg przyjaciel mój jesteś! a na co mnie namawiasz. Ja człowiek honoru miałbym się tykać grosza wdów i sierot, choćby z głodu umrzeć ja tego nie uczynię. Na te słowa jego z żywością wyrzeczone taki mnie razem wstyd samego siebie i ku niemu cześć i uwielbienie ogarnęły, że gotów byłem do nóg mu upaść. Uchwyciłem go za rękę, chciałem ucałować, wyrwał ją. Otóż rzekłem będą  i pieniądze i książę nie tkniesz się funduszów wdów i sierot. A to jakim sposobem zapytał. Odrzekłem: Ja, książę Henryk Lubomirski prefekt, panowie Wodziccy i jeszcze się znajdą tacy co na swoje dobra weźmiemy te depozytowe sumy, przecież będą miały bezpieczeństwo, pożyczmy Księstwu i w jednym roku oddamy kasom. Uściskał mnie książę i rzekł: Kiedy tak to się nie gniewani i przyjmę, ale z rąk waszych."

 
 

     Gdy po traktacie wiedeńskim i objęciu przez królasaskiego prowincji galicyjskich wracał z wojskiem doWarszawy, która jak wprzódy kamieniami obrzucić gochciała, tak w tej chwili unosiła się czcią i uwielbieniemku jego osobie, i na jego przyjęcie tryumfalną bramęwystawiła; on wiodąc trzydzieści kilka tysięcy najpiękniejszegoi we wszystko opatrzonego wojska, w miejscu tychpięciu czy ośmiu tysięcy ocalonych pod Raszynem; na

czele kolumny otoczony świetnym sztabem zbliżył się do bramy, a słysząc okrzyki i klaskania zgromadzonego tłumu, zastanowił się, spojrzał na bramę w trofea przystrojoną, uskoczył wraz z sztabem na bok, zawołał na kolumnę marsz, a gdy ta weszła pod bramę, on ją objechał i minął, i dopiero za nią na czele wojska stanął, bądź to była skromność, bądź słuszna wzgarda poklasku tych dłoni które kamieniami na niego miotać chciały, zawsze jest wzniosłej duszy znamieniem.

     W tym czy w następnym roku wojsko całe chciało dać dowód czci swojej dla ulubionego wodza, i wszyscy dowódcy i podwładni wyprawili wielką składkową ucztę.

W murach pałacu saskiego bronią, chorągwiami i trofeami zwycięstwa ozdobiono przysionki i sale, postawiono na wysokim podnóżu popiersie księcia uwieńczone laurami. Generał Sokolnicki wezwał mnie do dania napisu pod to popiersie, naprędce taki ułożyłem, który umieszczono: 
 
 

     Tak luby jak Germanik bratnim pułkom w Rzymie,

     Z podobnych jego zwycięstw odbierz jego imię,

     A gdy znów wzniesiesz oręż na obronę ziomków

     Wśród zwycięstw nowych, nowych nabędziesz przydomków. 
 
 

     Książę Józef w czasie sprawowania przeze mnie urzędu referendarza w Radzie Stanu, jako wódz naczelny trudnił się najwięcej ćwiczeniem wojska prawie codziennie na dziedzińcu saskim, a liczniejszych szeregów pod Wolą. Jako minister wojny rzadko kiedy bywał na posiedzeniach rady, wydział jego prowadził generał Hebdowski, dobry administrator a razem oświecony człowiek i literat, dopomagał mu pułkownik Rautenstrauch, pierwszy miał pretensję do czystości stylu polskiego, drugi do francuskiego, oba pisali poprawnie. Projekta dla wojska w biurze księcia dobrze bywały wypracowane. Książę dwa lub trzy razy najwięcej na rok przynosił je sam na Radę Stanu, powszechnie wchodził z nimi do sali z teką pod pachą, i to wśród rozpoczętego posiedzenia i toczących się rozpraw. Takie było ku niemu uszanowanie, iż gdy się ukazał, prezes Rady Stanisław Potocki i wszyscy członkowie ruszali się z miejsc swoich na jego powitanie, to samo działo się gdy odchodził. Przy wejściu ministrowie wskazywali mu miejsce przed sobą, lecz on go nic przyjmował i siadał na właściwym ministra wojny; między ministrem skarbu i policji. Ministrem policji był Aleksander Potocki cześnikiewicz koronny, który często wśród rozpraw zasypiał, raz tak zasnął, że chrapać zaczął. Książę Józef budząc go z uśmiechem rzekł do niego: Ministrze spać można, ale chrapać się nie godzi. Zwykle słuchając dyskusji, które dla niego były i obce i ckliwe, brał pióro i rysował sobie różne karykatury, nie tracił jednak z uwagi tego nad czym się spierano. Spytany o zdanie, zawsze prawie zaczynał od tych słów: Ja w moim głupim rozumie sądzę i powiedział zdanie tak trafne, tak jasno, krótko, w prostym i dobitnym sposobie wysłowione, że najbieglejszych członków zadziwił. Co rzekł Tacyt o Agrykoli to słusznie do Poniatowskiego stosować można, iż mylnie "niektórzy mniemają iż umysłom rycerskim brak zwykle przenikliwości. On bowiem wrodzoną roztropnością między mężami rady zawsze umiał snadnie i właściwie działać. Przytomny gdy raz wszedłszy na Radę Stanu zastał żywy spór między członkami Rady a ministrem sprawiedliwości Łubieńskim o reskrypt jego wydany do sądu w sprawie Dominika Kuczyńskiego, który on jako tłumaczący artykuł prawa i uwłaczający niepodległości sądownictwa zaskarżył. Bronił się minister i odpierając wyrzuty skończył tłomaczenie tymi słowy: Sądziłem, że jako stróżowi prawa przystało mi w ten sposób objaśnić sądom drogę postępowania. Na to odezwał się książę Józef: Co w tym razie to stróż przepalił w piecu. Toczyła się sprawa w sądzie kasacyjnym Rady Stanu magno motu [łac. z wielkim rozruchem - przyp.MK] Szymanowskiej rejentowej koronnej, znanej powszechnie z intryg i z zabiegów sądowych i pieniaczych. Książę nigdy na sądzie kasacyjnym nie bywał, niespodziewane jego zjawienie się zadziwiło wszystkich. Syn Szymanowkiej był w sztabie księcia; matka naprzykrzona i niezbyta z domu przyjaznego rodowi Poniatowskich wymodliła obecność księcia, pewna że według jej wystawienia dobrej strony swej sprawy, jako niby za uciśnioną wdową książę da swoją kreskę. Tymczasem sprawa była z cudzoziemcem najgorsza a nawet w najwyższym stopnia gorsząca i obrażająca wszelkie wyobrażenie sprawiedliwości. Dla osobliwości warto o niej nawiasem wspomnieć równie jak o intrydze pieniaczki. Szymanowska sprzedała dobra Kaski cudzoziemcowi Holendrowi, zawarła z nim urzędowy kontrakt, wzięła znaczny zadatek, przy wypłacie reszty kapitału obowiązała się dobra oddać. Tymczasem spostrzegłszy, że mogłaby więcej za te dobra dostać; powtórną uczyniła sprzedaż niejakiemu Błociszewskiemu za znaczniejszą sumę. Cudzoziemiec pozwał ją o nie dotrzymanie kontraktu i resztę umówionej sumy złożył. Błociszewski zatrzymał swoją wypłatę do skończenia sprawy; ale w sądach Szymanowska tak nabiegała, adwokaci tak wykrętnie wystawili rzecz , że z mocy jakiegoś artykułu prawa nakazano cudzoziemcowi przysiąc co myślał wtedy gdy kontrakt podpisywał. Czy że artykuł kontraktu zaręcza mu konieczne dotrzymanie sprzedaży przez Szymanowską, lub też w razie nie dotrzymania dawał mu prawo do odebrania zadatku. Cudzoziemiec naturalnie w dobrej wierze, nie rozumiejący języka polskiego zaprzysiągł co myślał. Otóż stąd sprawa kryminalna. Szymanowska pozwała go do kryminalnego sądu, przekonano go niby brzmieniem artykułu, że miał tylko wyraźne prawo do Vadium [łac. kaucja - przyp.MK] i skazano biednego cudzoziemca za mniemane krzywoprzysięstwo a istotnie za niezrozumienie języka polskiego na więzienie. A tak biedny cudzoziemiec został bez pieniędzy, bez dóbr, za wdanie się z pieniaczami polskimi więzienie zyskał, zgryzł się i umarł. Sukcesor jego Holender wywołał sprawę do Sądu Kasacyjnego, ale Szymanowska i w Sądzie Kasacyjnym natręctwem, udanym płaczem i związkami umiała ująć lub uprzedzić najczystszych ludzi. Za synem ministra sprawiedliwości Łubieńskim Piotrem była Szymanowska, stąd rejentowej wstęp do ministra. Rządkowski, radca stanu, człowiek prawy i wymowny, dawny plenipotent i przyjaciel męża jej rejenta koronnego trzymał jej stronę. Stanisław Potocki, prezes Sądu Kasacyjnego, stosunkami przyjaźni i literackimi związany był z Szymanowskimi , a stąd i jego poparcie. Od niego zależało wyznaczenie referendarza na referenta. Wyznaczył z natchnienia Łubieńskiego, młodszego Wyczechowskiego z powodu, że akta po większej części były pisane w języku niemieckim, i że w sądach kryminalnych sądziła się sprawa według kodeksu pruskiego. Wyczechowski człowiek jak go znano znakomitych zdolności i biegłości w prawie zręcznie, uczenie wystawił sprawę, opierając się jedynie na formach, jednak w tym jego referacie widać było sztukę usiłującą ukryć prawdę, która przez siatkę rzuconej zasłony przezierała. Prokurator równie jak Wyczechowski z biura ministra sprawiedliwości, i z jego zalecenia przez króla mianowany wnioski uczynił za odrzuceniem rekursu nieszczęśliwego cudzoziemca. Sprawa Szymanowskiej zdawała się wygraną. Chciał jakieś spostrzeżenia swoje robić Franciszek Grabowski, radca stanu, który za Królestwa Polskiego został senatorem wojewodą, ale będący koło niego Rządkowski wątpliwości jego szeptaniem do ucha zbijał. Siedząc na przeciw obydwóch nachyliłem się przez stół ku Grabowskiemu i rzekłem: Dać pieniędzy na dobra, stracić je, dóbr nie mieć i jeszcze pójść do kozy za to i umrzeć, mniemam że sąd taki nie zrobi honoru dykasteriom naszym za granicą. Te słowa Grabowskiego jakby ze snu obudziły, a Staszic blisko siedzący już brwi nadstawił. Grabowski był człowiekiem niezmiernie prawym i sumiennym, jako dawny mecenas znał zasady prawa, mówił logicznie i jasno, nie był nigdy skwapliwym do wyjawienia zdania póki się gruntownie o rzeczy nie przekonał, znał jurystów wybiegi a nawet niewierności w wystawianiu istotnego stanu sprawy, dla tego referatom nie wierzył, ale zawsze po ich wysłuchaniu brał akta, czytał i sprawdzał. Prosił więc i teraz o akta, a ledwie kontrakt sprzedaży przeczytał i porównał go z dekretami sądowymi odezwał się a to jest rzecz inna, i jak adwokat tak jasno, dobitnie krzywdę cudzoziemca wystawił, że cała Rada na referującego obruszyła się. Zaczęła się więc dyskusja żwawa. Wyczechowski nie dotrzymał placu. Gdy przyszło do wetowania ledwie czterech członków wraz z Łubieńskim ministrem dało kreski za Szymanowską, wielka większość była za skasowaniem wyroków. Gdy w tej kolej przyszło księciu Józefowi dać wotum, dał kreskę przeciw Szymanowskiej, ale zarazem odezwał się z szczerością: miała mnie po co prosić żebym przyszedł na posiedzenie. Ta otwartość i to zdanie, czyż nie okazywało dowodnie szlachetnej i czystej jego duszy. Ja na tym posiedzeniu to zarobiłem, że mi Rządkowski powiedział: Tyś szatanie pokusił Grabowskiego. Sekret wyniósł się aż do Szymanowskiej, a obrażona pieniaczka biegając od domu do domu z żalami wszędzie dodawała: niech lepiej pan Koźmian wiersze pisze a nie peroruje w Radzie stanu. W tym także czasie chwyciła się głów młodzieży jakaś mania pisania w języku francuskim epigramatów i satyr szczególniej na kobiety najwięcej wzięte w wyższym towarzystwie, nie oszczędzano i mężczyzn. Nazwano te pisma złośliwe w obieg puszczane katalogami. Płochy dowcip znalazł w nich obszerne pole dla szyderstwa i obmowy, zawstydzał jednych, obrażał wielu, rozśmieszał wszystkich. Nie pominięto w tych wybrykach jałowego dowcipu nawet księcia Józefa, a szczególniej pani Czosnowskiej , z którą ścisłe związki jego nikomu tajne nie były. Stąd skargi do księcia na oficerów jego sztabu, a szczególniej na jednego, który nie tylko pisał te katalogi, ale się z nich jeszcze przechwalał. Książę przeczytawszy je wobec całego swego sztabu, kazał wystąpić obwinionemu swemu adiutantowi i rzekł do niego z gniewem: "Dziękuj Bogu, żeś mnie umieścił w twoim podłym i nikczemnym paszkwilu, inaczej wobec całego mego sztabu byłbym ci kazał szlify obedrzeć.

     Byłem przytomny na placu Saskim gdy wychodziła na wojnę roku 1812 dywizja jenerała Kniaziewicza. Książę Józef odbywszy jej, przegląd kazał się otoczyć swemu sztabowi, wszystkim wyższym i niższym dowódcom i rzekł do nich donośnym głosem: Idziemy walczyć pod sztandarami Cesarza towarzysze broni! pamiętajcie przechodząc granice Księstwa, że wstępujecie na ojczystą ziemię, nieście oręż mściwy nieprzyjaciołom, opiekuńczy współziomkom, idziemy nie podbijać lecz uwalniać, dość tego dla Polaków, niech żyje Cesarz! Gdy wyszedł ostatni za dywizjami, którymi naczelnie dowodził król westfalski Hieronim, który przez przydługie bawienie w Warszawie na kąpielach w winie i w mleku, spóźnił ruchy swojego skrzydła, mówiono nam, że Napoleon unosił się gniewem przeciw księciu Józefowi. Wnosić można, iż król westfalski swoją winę w części na księcia Józefa przerzucił, lecz Napoleon odjąwszy królowi westfalskiemu dowództwo, wkrótce wyszedł z błędu. Po krwawym zdobyciu Smoleńska do którego z nie małą stratą wojska polskie się przyczyniły, wrócił mu swoje poważanie i ufność, której on przez tę kilkomiesięczną kampanią pod Możajskiem a szczególniej pod Moskwą z chwałą odpowiedział. W cofaniu się głównej armii z uszczuplonymi siłami zasłaniał wojska francuskie. Berezynę przebywszy szczęśliwie wśród zimy, wśród zmarzłych Francuzów, ostatki swoich hufców aż do Warszawy doprowadził. Krótko w niej spoczął i wojsku zdezorganizowanemu krótkiego dozwolił spoczynku, Skoro Rosjanie ścigający Francuzów zbliżyli się ku Warszawie, a rząd Księstwa i Konfederacja Królestwa, a raczej jej Rada wezwana przez Pradta ambasadora francuskiego do ogłoszenia pospolitego ruszenia została, przyjął pod swoje dowództwo ośmiu marszałków departamentowych. Książę Eustachy Sanguszko przytomny wtenczas w Warszawie, starał się usilnie o jeden z tych stopni i otrzymał. Już podówczas przez ręce Czaplica jenerała rosyjskiego prowadzącego przednią straż od Bugu przedarła się proklamacja cesarza Aleksandra do Polaków zwiastująca Polsce nowego jej losu opiekuna. Już Mostowski, Matusewicz, Sobolewski ministrowie weszli z jenerałem Czaplicem w porozumienie. Matusewicz który dla mnie nic tajnego nie miał, zobowiązawszy mnie do zachowania tajemnicy, gdyśmy rozmawiali o wspólnych naszych z Francuzami nieszczęściach dobył tej proklamacji, przeczytał i dodał: Cóż mówisz na te nowe nadzieje? Odpowiedziałem: Trzymać się jednej strony, Napoleon ostatnich sił dobędzie, Austria córki nie odstąpi, może więc jeszcze odniesie zwycięstwo i po zwycięstwie pokój zawrze, a przy pokoju jako zmiennych i niewdzięcznych odstąpi. Matusewicz odpowiedział: Mój kochany, Austria szczerze mu nie pomagała i nie pomoże, tu zmowa musi już być powszechna, poświęci córkę dla upokorzenia Francji, i dla wydźwignienia siebie, a przy tym Napoleon nigdy nie chciał szczerze wskrzeszenia Polski, i tyle nas dźwigał i łudził o ile byliśmy mu potrzebni do jego niepojętych zamiarów i planów. My dla Polski, dla ojczyzny przelewaliśmy krew i ofiary ponosili, nie zaś dla Francji. Ktokolwiek nam tę Polskę szczerze daje powinniśmy z nim trzymać. Cesarz Aleksander dawną i stałą ma myśl wskrzeszenia jej , jest to monarcha szlachetny i wspaniały. Nie wiem czyli ci panowie udzielili tego sekretu księciu Józefowi, lecz wątpię. Rozeszliśmy się, lecz ta rozmowa dała mi powód do myślenia, zasmuciłem się. Badeni Marcin, mój od serca przyjaciel równie jak Matusewicz spostrzegłszy to: Jakąż masz zgryzotę zagadnął mnie. Jemu jednemu powierzyłem moje obawy. Wysłuchawszy mnie rzekł: Jeszcze raz nas oszukają. Gdy mu wystawiłem, że ginący deski rozbitego okrętu się chwyta, rzekł: Polacy powinniby w suplikacjach do Boga dodać: od powietrza, głodu, ognia, wojny i wskrzesicieli zachowaj nas Panie. Gdy po zbliżeniu się Rosjan do Warszawy, rząd, Rada Konfederacji i książę Józef z szczątkami wojska udali się do Krakowa, i Rząd Tymczasowy dla Księstwa Warszawskiego w połowie z Polaków, w połowie z Rosjan złożony rozpoczął urzędowanie w skutek zamiarów cesarza Aleksandra ciągnęły się skryte dalsze negocjacje, aby wojsko polskie odjąć Napoleonowi, mniej może dla osłabienia jego sił, którym ta garstka pozostałych szeregów niewiele przynosiła pomocy, jak dla zadania ciosu opinii, jaką jeszcze wywierał a razem bolesnej mu rany odstąpieniem najwierniejszych jego sprzymierzeńców, którym i inni pozostali przy nim zachęceni by zostali do podobnego kroku. Wysłany więc został w tym celu do Krakowa plenipotent ordynacji zamojskiej, Józef Kalasanty Szaniawski z oświadczeniem od Rządu Tymczasowego z Warszawy, że byleby książę Józef zatrzymał się z szczątkami wojska w Krakowie i nie dążył za rozkazami Napoleona, cesarz zostawi mu obręb kraju, który sobie sam zakreśli, i ten obręb wojskom swoim szanować każe. Jakeśmy to wyżej wspomnieli Szaniawski czy nie śmiał, czy nie chciał znaleźć przystępu do księcia Józefa odjechał nic nie wskórawszy. Książę Józef zbroił się, ćwiczył wojsko, i czekał na rozkazy cesarza Napoleona, który poruszył z gruntu całą Francję, i do Niemiec przeciw sprzymierzonym ku Dreznu dążył. Ambasada francuska na której czele był Bignon już podzierała Polaków, i dla odwrócenia umysłów od rozbierania przyszłych losów i zastanawiania się nad niemi wymyślała zabawy, publiczność krakowską zachęcała do nich, zgoła Kraków tonął w festynach , roztargnieniach, ucztach i tańcach, gdy z wałów jego ledwie nie widzieć można było forpoczty i pikiety kozackie. Między tymi licznymi ucztami odznaczył się bal przez miasto Kraków dany w Sukiennicach na uczczenie księcia Józefa w dzień jego imienin, wspaniały i liczny, ten jeden mógł być usprawiedliwionym. Znajdowałem się na jednej z uczt u Bignona, gdy właśnie przed kilku dniami przyszła wiadomość, że król neapolitański Murat odstąpił Napoleona i w dalszej wojnie neutralnym się oświadczył. Bignon gospodarz uczty posadził księcia Józefa przy sobie i wśród rozmowy zapytał go dość głośno, co sądzi o niegodnym postępku króla neapolitańskiego. Książe odpowiedział, iż zadziwiony i zgorszony jest wraz z wszystkimi, lecz jak zna króla neapolitańskiego nim go potępi, woli mniemać, że nie jest zdrajcą, lecz że cesarz przez swoją politykę kazał mu się samemu ratowac na chwilę, aby i króla i Królestwo Neapolitańskie zachować dla niego, na ostatek dodał: Wnoszę że król musiał się znaleźć względem swego narodu w takim położeniu, że zmuszonym się widział pójść za nim. Gdy Bignon z żywością zaczął mówić, że żadne powody nie mogą wymówić zdrady względem cesarza, któremu jako swemu dobroczyńcy wszystko winien, wszystko ma wiec poświęcić był obowiązany wdzięcznością i honorem, książę Poniatowski odpowiedział mu te słowa, które do nas dobiegły: Biję czołem przed wielkością i potęgą cesarza, lecz gdyby po mnie wymagał kroku przeciwnego ocaleniu mojej ojczyzny me mógłbym mu byś posłusznym. Na te słowa głuche nastało milczenie ale razem z uśmiechem potwierdzenia na wszystkich ustach. Bignon spuścił oczy, i zapewne powziął podejrzenie, czyli do ucha księcia już nie doszły namowy, z którymi się był zjawił Szaniawski a potem książę Antoni Radziwiłł, a z którymi może przystęp do niego znalazł Stanisław Grabowski, wszelkie zbierane wiadomości donoszący mu, mając bowiem swoją tajną policją z samych Polaków złożoną nie podobna, aby o zabiegach rosyjskich i rozpoczętych w tym duchu porozumieniach nie wiedział. Przecież książę Józef to podejrzliwe jego mniemanie wkrótce zawstydził. Nadeszła ważna chwila. Rosjanie nie mogąc nic wyjednać u księcia Józefa, zbliżyli się pod Kraków. Rząd, Konfederacja i ambasada musiały szukać schronienia w Galicji, wojsko zbierało się za rozkazem Napoleona do wychodu ku Czechom. Linowski radca stanu, członek Konfederacji a osobisty przyjaciel i księcia Józefa i księcia Adama Czartoryskiego i już przekonany, że dla uratowania Polski nie zostaje innego środka, jak rzucić się z ufnością w ręce nowego opiekuna, którego szczerości uzierał rękojmią w osobie księcia Adama Czartoryskiego, nadaremnie przez dni kilkanaście swoją logiką, wymową i patriotyzmem starał się wywierać wpływ na księcia. Ten mu odpowiedział: Konfederacja i władze cywilne niech robią co chcą, król na nie rządy kraju zdał, lecz wojsko poddał pod rozporządzenie Cesarza, króla więc tylko i Napoleona słucham rozkazów, w politykę się nie wdaję, jak żołnierz honoru swego strzegę. Dnia którego już miał wychodzić z Krakowa, przyszedł do niego Linowski rano, zastał go w łóżku. Cóż rzekł książę wychodzisz, porzucasz nas i ojczyznę, zastanów się jeszcze raz czy nie zepsujesz naszej sprawy, i nie narazisz siebie, wojska i Ojczyzny na zgubę? Książę odpowiedział mu z żywością: Słuchaj , widzisz te pistolety które koło mnie leżą, dziś je w nocy dwa razy miałem w ręku, chciałem sobie w łeb strzelić aby wyjść z tak trudnego położenia, ale na koniec wziąłem determinację, nie odstąpię Napoleona. - Więc książę odstępujesz ojczyzny zarzucił mu Linowski, on z żywym wzruszeniem odrzekł: Nie chcę i ojczyzny kosztem honoru nabytej. To mi opowiadał sam Linowski, któremu choć się nie powiodły namowy, z największą czcią i szacunkiem o nim się wyrażał, i mówił: żałować go trzeba, a uwielbiać i szanować należy. Wiadomy jest każdemu jego koniec. Przerżnął się do Napoleona przez kraj mu nieprzyjazny. Walczył pod Lipskiem, został marszałkiem francuskim, bez ukontentowania ten stopień przyjął. Spotkał go jednak przy uzyskaniu tej godności ten zaszczyt , iż wszyscy marszałkowie francuscy zebrani podziękowali Napoleonowi, że ich grono tak znakomitym wodzem zaszczycił. Czwartego dnia tej okropnej pod Lipskiem bitwy dwa razy raniony z konia nie zsiadł, cofał się za wojskiem francuskim ze szczątkami swojej kolumny, zastawszy most na Elsterze wysadzony, nie zostawało mu jak się poddać , tak mu radzono, bo już żadnego możebnego środka nie zostawało. Rzeka była błotnista, głęboka, brzegi jej wysokie, on sam osłabiony ranami, koń prawie bez tchu, widząc zbliżających się nieprzyjaciół dobył raz ostatni oręża i wyrzekłszy te pamiętne słowa: Bóg mi powierzył honor Polaków, jemu samemu go oddam rzucił się w rzekę, już dopływał brzegu, Blechamp, jego adjutant, Francuz, skoczywszy za nim w wodę, chwytał go za ręce, niestety obaj utonęli.


Bitwa pod Lipskiem

     Tak zakończył żywot godny pióra Plutarcha. Odebrał też cześć jaka tak szczytnemu wyznawcy i ofierze rycerskiego honoru należała. Naród cały zapłakał. Okryła serca żałoba. Swoi i obcy, sprzymierzeni i nieprzyjaciele ubiegali się w złożeniu hołdu pamięci i sławie jego. Wojsko osierocone po ulubionym wodzu wyprawiło mu pogrzebowy obchód w Sedan. Franciszek Morawski pułkownik wezwany na tłumacza powszechnego żalu, w wymownym, rzewnym i pełnym gorącego czucia przemówieniu, złożył nieśmiertelny wieniec jego cnotom, świetnym zasługom, i szlachetnej śmierci. Wodzowie polscy wystawili mu skromny pomnik na brzegu rzeki, na który ciało jego wydobyto. Cesarz Aleksander ceniący wszystko co świetne, szlachetne i wzniosłe nawet w nieprzyjacielu, na prośbę narodu i wojska polskiego dozwolił ciało jego sprowadzić do Krakowa, które uczczone wspaniałym pogrzebem złożone ,zostało w grobie królów polskich przy trumnie Sobieskiego. Warszawa nie była ostatnia we współubieganiu się o zaszczyt należenia do hołdu poległemu obrońcy kraju i ostatniemu potomkowi królewskiemu. Na tym bolesnym i uroczystym obchodzie, na którym nie tylko cała ludność Warszawy, lecz i Wielki książę Konstanty, i obecni w stolicy wodzowie rosyjscy znajdowali się, przemówił Aleksander Linowski z zwykłą sobie treściwą, ognistą, rzewną i śmiałą wymową. Obróciwszy się on do Rosjan zakończył mowę swoją tymi wyrazami, które w pamięci wszystkich utkwiły: Rosjanie! Gdy odtąd przeznaczeniem naszym zostało pod wspólnym wspaniałego monarchy połączyć się z wami berłem, pamiętajcie żeśmy godni być waszą bracią; nie zdolni na niewolników. Ta śmiała prawda stała się godną i bohatera i narodu, i mówcy, i czasów cesarza Aleksandra, bo przypomniała Trajana i Pliniusza.

     Gdybym był zdolnym dać moim współziomkom wierny obraz Józefa Poniatowskiego ze wszystkimi jego wzniosłymi zaletami umysłu i serca równie jak z słabościami nieoddzielnymi od natury ludzkiej, które przecież w ludziach wyższych nie zawsze są zawadą do ich przeznaczenia, a częstokroć bywają podnietą do najszlachetniejszych i najznakomitszych czynów, szukałbym w tym pomocy u starożytnych pisarzów i biografów. W tym jasnym i przejrzystym źródle wszystkich zaszczytów i znakomitości rodu ludzkiego, mimo przedziału wieków, różności ludów, ich wyobrażeń, obyczajów i wiary religijnej, odbijają się podobieństwa charakterów szczególnych osób odbijają się mówię rysy powszechne i wspólne twarzy całej ludzkości. Może bym wiec w Poniatowskim odkrył równie wielkie przymioty jak zalotne skłonności Alcybiadesa, może bym znalazł w nim zdolności Scypiona Afrykańskiego do pokonania w sobie najtrudniejszej do zwalczenia namiętności serca ludzkiego, bo czego dopiął Rzymianin przez niezrównaną miłość ubóstwionej przez siebie cnoty, Poniatowski w jego położeniu dokazałby tego triumfu nad sobą przez zamiłowanie rycerskiego honoru, który czym innym nie jest tylko najszlachetniejszą treścią najszlachetniejszej cnoty. Może bym przechodząc do bliższych czasów wyśledził w nim niektóre rysy zalet i uczuć Kondeusza, Tureniusza a szczególniej Bayarda. Z naszymi narodowymi wodzami trudniejsze bym miał porównanie, umiejętnością sztuki wojennej nie był od nich pośledniejszy, a miłością ojczyzny i osobistą walecznością najcelniejszym wyrównał; w innych czasach wśród poniżonego narodu działał i poważnej ich sędziwości nie doczekał, był wprawdzie najwyższym wodzem, lecz nie miał stopnia współwładcy króla i narodu, jaki tamci w urzędach hetmanów piastowali. Raz tylko sam działał pod rozkazami największego bohatera świata, lecz udział w chwale Napoleona stał się równym udziałowi wielu naszych i obcych wodzów. Z rodzaju waleczności i męstwa najwięcej się zbliżył do Stefana Czarnieckiego, bo tak jak on lubił łączyć stopień żołnierza ze stopniem wodza. Jak on pragnął osobiście walczyć, wystawiać się na niebezpieczeństwa i płacić je krwią swoją. I narażał się nie raz tak jak się wodzowi narażać nie przystało. Wiem, że wśród ognia walki zazdrościł placu tym, którzy się z nieprzyjacielem pierś z piersią , ręka z ręką spotykali. Żołnierz polski i dowódcy na błysk jego pałasza patrzyli jak ich przodkowie na połysk szczerbca Chrobrego, lub Batorego szabli. Pióro chwiejące się u jego czapki było to białą Henryka IV kitą. Żaden wódz ani z obcych ani z narodowych nie dopiął takiego stopnia miłości w wojsku, jaką nasze ku niemu pałało. Czarnieckiego kochano, lecz się jego surowości bano. Poniatowski samą czystą miłością, którą sobie za sprężynę w postępowaniu do prowadzenia serc i umysłów wybrał, wiódł do sławy swoje szeregi. Kochano go mniej dla tego że pobłażał, jak dla tego, że się nigdy nie gniewał i nie mścił, słuchano go przez bojaźń zasmucenia go. Kochano go szczerze i z tej także przyczyny, że każdy podwładny rycerz widział w nim wyobraziciela charakteru narodowego, a zatem w nim uzierał samego siebie, co pochlebiało równie miłości własnej jak narodowej. Gdy który z nich co szlachetnego zamyślał o nim wiedział, że Poniatowski jego mniemania nie zawiedzie, a nie raz go już czynem uprzedził. Gdy go zaś sądzę z stopnia na którym się urodził, z tej miłości którą sobie zjednał, z tego żalu po nim powszechnego, długiego, bolesnego tym mocniej się przekonywam, że go słusznie porównałem z Germanikiem. Istotnie był to Germanik polski, którego cały obóz, cały Rzym opłakiwał, przeciw którego popiołom cała ludność stolicy świata ze łzami i wyrzekaniem wyległa, gdy urnę w której zamknięte były jego popioły cnotliwa Agrypina do grobu cezarów niosła. Warszawa i Polska widziała taki sam obchód.

 

Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 4
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Dalszy ciąg w Radzie Stanu Księstwa Warszawskiego

      
 Wracam do Rady Stanu Księstwa Warszawskiego, stanąłem był na ministrze wojny. Minister policji Aleksander Potocki cześnikiewicz koronny winien był swój urząd nie tyle zdolnościom, jak protekcji Stanisława Potockiego prezesa rady, i Ostrowskiego ex-podskarbiego, który po Stanisławie Małachowskim jako najzasłużeńszy i najstarszy prezydował senatowi. Aleksandra Potockiego syn był zięciem Ostrowskiego, którego  
pierwsza żona była Ledóchowska,  że zaś w najzacniejsze serce wkrada się nepotyzm, więc przy poparciu prezesa senatu i Potocki został ministrem i Ledóchowski wojewodzie czernichowski otrzymał przy nim miejsce konsyliarza, i on to wraz z Glińskim, który za Stanisława Augusta pracował przy Mniszchu marszałku wielkim koronnym w wydziale policji, rządził za Księstwa tą gałęzią administracji. Minister mało o czym wiedział, przecież był to człowiek prawy, nie bez oświecenia. Na Rady Stanu posiedzeniach najczęściej jak to już powiedziałem drzemał.


Aleksander Potocki

     Powtórzę, że jak Senat Księstwa Warszawskiego, tak i Rada Stanu co do wyboru osób była treścią tego wszystkiego co tylko kraj miał w sobie najznakomitszego z cnoty, światła, talentów, nauki, patriotyzmu, rozumu i doświadczenia. Do grona takiego należeć młodszemu nieco, było nie tylko zaszczytem, ale i szkołą. Jeden duch szlachetny, jedno dążenie, jedno przekonanie, jedna gorliwość dobrze służenia krajowi i dobrze radzenia królowi, ożywiała wszystkich. Zgoda, szacunek wzajemny, wzajemne przekonanie o prawości zamiarów łączyły wszystkich, żadnej lichej emulacji, którą zazdrość wyprowadza, chyba szlachetne współubieganie się kto lepiej krajowi usłuży nazwiemy emulacją. Były różnice talentów zdolności, mniejszego lub większego doświadczenia, niebyło zazdrości. Oddawano sobie sprawiedliwość i wspierano się wzajemnie. Tej przykładnej jedności nawet nieszczęśliwa sprawa Kuczyńskiego nie naruszyła. Wszyscy byli przejęci oburzeniem za niesłuszne prześladowanie prawego i zacnego obywatela, wszyscy potępiali postępowanie ministra, choć mu przyznawali znakomite zdolności, gorliwy patriotyzm i rzadką pracowitość. Chociaż nie mieszkającemu w stolicy wieśniakowi, a później prowincjonalnemu urzędnikowi, wszyscy członkowie Rady Stanu znani byli, jedni osobiście, inni z reputacji, która się o nich z Sejmu konstytucyjnego po kraju rozchodziła. Gdy przybyłem do Warszawy wezwany na urząd referendarza, zacząłem naturalnie od odwiedzin wszystkich członków grono Rady Stanu składających. Jak oni mnie, tak ja im nie byłem obcym. Przyjęcie miłe na mnie zrobiło wrażenie i odebrałem od prezesa wezwanie stawienia się na sesji dla wykonania przysięgi. Przybyłem więc na wyznaczoną godzinę, gdy mnie wpuszczono do sali posiedzeń, zastałem wszystkich członków stojących i prezesa trzymającego krzyż w ręku. Przybliżyłem się, więc do uklęknięcia, prezes stuknął w stół i przemówił do mnie w tak uprzejmych, w tak pochlebnych wyrazach, iż mnie to niespodziewane powitanie jako nieprzygotowanego do takiego przyjęcia i nie wprawnego do mówienia ex abrupto [łac. niespodziewanie - przyp.MK] zmieszało. Ledwie byłem zdolny kilką słowami zająkliwością nieskładnymi podziękować. Nie byłem kontent z siebie, wniosłem sobie albowiem, że jak w młodym człowieku pomieszanie idzie na karb skromności, tak w dojrzałym jakim ja byłem poczytanym będzie za nieudolność. Fałszywy jednak zrobiłem sobie wniosek. Członkowie Rady Stanu nieśmiałość moją wzięli za hołd oddany swojej wyższości, wymowniejszy niż ten, który się łatwymi usty wypłaca. Dano mi to zaraz uczuć oświadczeniami przyjaźni i szacunku. Radca stanu Matuszewicz szczególniej dla mnie przychylny, oświadczył mi, iż potrzeba ażebym się przedstawił ministrowi francuskiemu Serra, z którym łączył go wzajemny szacunek. Jakoż nazajutrz o umówionej godzinie zawiózł mnie na ulicę Miodową, podówczas nazywaną ulicą Napoleona do pałacu Teperowskiego [mowa tu o pałacu Teppera-Dückerta, od 1808 mieścił się tam wyszukany Hotel Drezdeński - przyp.MK]; skoro nas zameldowano, wyszedł skwapliwie minister i gdy mu Matuszewicz powiedział kto jestem, wziął mnie za rękę i odezwał się po polsku do mnie akcentem cudzoziemskim lecz wyraźnym, "Nie byliśmy bez ojczyzny, bo nam zostały Puławy" był to jeden z wierszy moich, które do starego księcia generała Czartoryskiego w imieniu kadetów przez niego wychowanych, na żądanie generała Sokolnickiego napisałem. Zaczął zaraz baron Serra rozmowę o literaturze, o poezji, o moich odach, o autorach naszych, o poetach i ofiarował mi swoją broszurkę łacińską, w której opisał prawdziwie po tacytowsku wojnę Napoleona z Prusami. Tak był oczytany w Tacycie, iż całkowite frazy tego rzymskiego dziejopisa znaleźć można w tym piśmie. Serra był Włoch rodem, wielki wielbiciel Napoleona, literat uczony i pałający z całym ogniem Włocha miłością nauk. Lat miał blisko 50, wysokiej postawy, twarzy czerwonawej, rysów na niej wydatnych, w ruchach nieco niezgraby, jakimi są powszechnie ludzie oddani nauce i ciągłemu nad nią ślęczeniu. Nosił suknie jedwabiem haftowane, kroju dworskiego używanego na dworze Napoleona; lubił szczególniej towarzystwo literatów i poetów. Udzielał się i celniejszym społeczeństwom płci nadobnej. Uczęszczał do domu na Grzybowie Gutakowskich, do PP. Stanisławowstwa Potockich i do wojewody Kickiego. Do niektórych dam wiersze pisał. Z literatów, których do siebie zapraszał, cenił Kopczyńskiego, z poetów Osińskiego i Wężyka, któremu przyznawał znakomity talent. Cenił rozum i naukę księcia Adama Czartoryskiego, przy każdej sposobności głośno wyznawał cześć i uwielbienie dla rozumu i talentów Matuszewicza. Ja jego dla mnie przychylność winienem był uprzedzeniu jakie zrobił Matuszewicz, może nieco moim odom, które miały szczęście podobać mu się, a najwięcej niejakiemu oczytaniu się w Tacycie, którego on na pamięć umiał i o którym rozmawiać lubił.

     Jakkolwiek Rada Stanu Księstwa Warszawskiego była co do osób najcelniejszym zbiorem tego wszystkiego czego ważna ta instytucja wymagała, były w niej jednak różnice i stopniowanie zdolności i talentów, były różnice charakterów, które wpływały na jej rozprawy. Pierwszeństwo należało się bez wątpienia Potockiemu i Matuszewiczowi, oba byli oświeceniem, nauką i wymową równi, lecz Stanisław Potocki był już wyczerpany wiekiem, Matuszewicz był w całej sile umysłu i rzadkiego talentu wymowy, tym on szczególniej celował, że go miara nigdy nie odstąpiła. Linowski Aleksander miał- znakomite zdolności, wymowę jędrną, silną pod piórem, mniej płynną w ustach, charakteru był żywego, drażliwego i częstokroć nie umiejącego się powściągnąć, obrażał się i obrażał łatwo. Badeni Marcin, który żył z nim poufale i jak Krakowianin Krakowianina znał dobrze w publicznym i prywatnym życiu, a trafnym słowem wady malować umiał , nazywał go Szorstkim. Przecież równie jak inni, którzy go znali oceniał jego znakomite przymioty i zasługi. Woronicz był jednym z najcnotliwszych i najcelniejszych członków. Gdym go wspomniał, obszerniejszą mu kartę poświęcę i hołd jego pamięci złożę. 
 
 

     Jan Paweł (herbu Pawęża) Woronicz



      
 Woronicz z czucia swego, ze sposobu myślenia z nauki,  z dzieł nadto jest znany żeby moje pióro dodać mu  co, lub ująć potrafiło. Po jego pochwale w Towarzystwie Przyjaciół Nauk przez księcia Adama Czartoryskiego z mistrzowskim ocenieniem jego cnót i talentów wyrzeczonej, cóż jeszcze pozostało do powiedzenia o nim. Przedmioty, które się toczyły w Radzie Stanu pojmował jak człowiek  oświecony i najlepszy Polak, lecz był to w całej rozciągłości  kapłan lewita, z wszystkimi swymi talentami i przymiotami, z całą poezją duszy i umysłu, religii i kapłaństwa.  Ciągle jęczał nad upodleniem Kościoła w Polsce, przekonanym będąc, że świetność kościoła łączy się niestarganym węzłem z świetnością kraju i narodu. Ciągle więc marzył o wiekach ubiegłych Jagiellońskich i Wazowskich, uwielbiał Napoleona jako wskrzesiciela Polski, nienawidził jego instytucji i supremacji świeckiej nad Kościołem, a wzdrygał się na samo wspomnienie bezbożności wojsk jego. Czuły, rzewny, moralny, radby był od razu przerobić narodowe obyczaje, a raczej wrócić je do karbów, w których przodkowie do potęgi i sławy doszli. Wszystkie przez politykę lub konieczność wymagane ofiary, skoro nie miały na celu ulżenia ludowi, uważał za szkodliwe i zabronione, radby był Kościołowi, duchowieństwu wrócić dawną powagę, znaczenie, zamożność, i jak mówił sposobność pomagania krajowi. Mawiał do nas: "Pókiście szanowali własność najświętszą, własność obowiązkową ołtarzy, ofiary pobożności, dostatki biskupów i duchowieństwa; Pókiście się nie tknęli tego czegoście nie dali. darów królów waszych i pobożnych przodków, Bóg was wznosił w potęgę i chwałę. Gdyście w sejmie konstytucyjnym targnęli się świętokradczą ręką na dziedzictwo św. Piotra, Bóg się od was odwrócił, a jak wy rozszarpaliście między siebie dostatki i majątki świeckiego duchowieństwa i zakonnego, tak Bóg zesłał sąsiadów aby waszą ziemię rozebrali". Przy każdej więc dyskusji przemawiał rzewnie, przemawiał za ubogą ludnością, za moralnością i sprawiedliwością, wszystkie polityczne i ekonomiczne widoki uważał za podrzędne, nie mogąc przystać do otaczających go wyobrażeń, przykładem i mową młodszych nie zrażał lecz nawracał. Rzucił się więc myślą i duszą w przeszłość, z nią przestawał, ją uwielbiał, jej powrotu pragnął. Imaginacja jego gorąca poetyzowała przed nim tę przeszłość, zasłaniała wady i błędy, w marzeniach cnotliwych i pobożnych wystawiała mu jak Eden Polski, z którego nieposłuszne dzieci wygnanymi zostały. Pełen Bożego ducha, pełen poezji religijnej, ukarmiony Pismem Świętem i pieniami wyniosłymi jego proroków, był to prawdziwy Jeremiasz polski, w samych swoich płaczach i narzekaniach narodowy poeta i prorok wołający na lud obłąkany; Veh tibi Jerusalem, veh tibi Betsabee [łac. Biada Tobie Jerozolimo, biada Tobie Batszebo - przyp.MK]. Jeden zawsze i ten sam w Radzie Stanu, w sejmie, w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, w skromnym probostwie Powsina, później na biskupstwie krakowskim i na stolicy kościoła jak arcybiskup warszawski i Prymas Królestwa, tymi samymi pamiątkami przeszłości zdobił swój mały ogródek i szczupły domek plebana w Powsinie, jakie później rysował i wybijał na ścianach pałacu biskupiego w Krakowie. Jeden czy na ambonie czy w towarzystwie, jednymi żalami nad religią i ojczyzną rozrzewniał wszystkich i zajmował. Czas zbywający od publicznych posług trawił w Powsinie, i częściej opuścił Radę Stanu jak ołtarz, ambonę i szkółkę swoją, sam młodzieży wiejskiej dawał nauki, sam ją przysposabiał do przykazań religijnych i miłość ojczyzny w nią wszczepiał. Szczególną mnie zaszczycał przyjaźnią, bo wchodziłem w jego świętobliwe i najzacniejsze uczucia. Nigdy nie minąłem jego domu, przejeżdżając w bliskości, czasem poświęciłem mu nie jeden dzień wolny. Z radością obwodził też mnie po ogrodzie, wskazywał narodowe pomniki, a o literaturze, szczególniej o poezji rozmawiać lubił. "Nie każdego - nie raz rzekł do mnie, - oprowadzam tutaj, nie przed każdym spowiadam się z moich marzeń. Nie jeden z teraźniejszej młodzieży z uśmiechającym politowaniem patrzyłby na te drobiazgi porównywając je z Wilanowem, lecz każdy według możności tworzy sobie to co lubi." Gdy mnie prowadził do swojej szkółki i ujrzałem jak dzieci wiejskie cisnęły się do ucałowania mu ręki, rzekłem: "Ksiądz radca stanu praktykuje słowa Chrystusa sinite pawulos ventre ad me [łac. dopuśćcie dziatkom przychodzić do mnie - przyp.MK] - Tu jestem pasterzem tej trzódki, - odpowiadał - trzeba pilnować aby te niewinne jagniątka nie wyrosły na kozłów - Ale nie wszyscy to robią - uważałem. Odrzekł: Nie wszyscy bo nie mogą, lub nie umieją, a nie mogą i nie umieją jedni przez ubóstwo, drudzy przez zniechęcenie, widząc utraconą wziętość i poważanie nieindywidualne, ale całego swego świętego stanu. Któż się to teraz ciśnie do stanu upodlonego i prawie znienawidzonego, jaką chęć do niego wynoszą z teraźniejszych szkół, na których czele są różnowiercy. Wikarego trudno znaleźć zgodnego, wszyscy porzucają nowicjaty, szkoły duchowne dla wojska, wymiera ten stan i wkrótce, skona. No (tę sylabę było jego zwyczajem powtarzać) przyprowadź mnie swego Jędrusia, niech mu tę pamiątki pokażę, czuwaj nad nim aby się nie zaraził powszechną teraz obyczajów skazą, prowadź go gdy podrośnie w dobre towarzystwa, a szczególniej do domu kasztelanowej połonieckiej, jest to święta pani, tam ujrzy obraz domów naszych prababek:" Szczególniej on uwielbiał dom tej prawdziwie świętobliwej pani, miał pociąg do domu księcia generała Czartoryskiego i córki jego pani Zamojskiej. Pana Stanisława Potockiego i samej był stałym i wdzięcznym przyjacielem, lecz wyobrażenia religijne tego domu, -- raziły jego przekonanie. Wspomnę tu, co go zniechęciło do Francuzów i osób przejmujących ich obyczaje.

     W roku 1806 był właśnie na obiedzie u kasztelanowej Połonieckiej, gdy generał francuski Mitaud [rzecz jasna gen. Milhaud - przyp.MK] po ustąpieniu Prusaków i Rosjan wchodził do Warszawy. Szeregi wojsk napoleońskich rozciągnęły się przez cały Nowy Świat aż za Dom Pijarski, w którym kasztelanowa mieszkała. Dzień był jesienny, wietrzny i ostry, żołnierze zmarzli postawiwszy broń w kozły, drżeli od zimna i bili w ręce. Gdy to z okna spostrzegł Woronicz zawołał do kasztelanowej: "Matko dobrodziejko! Zaradź temu, każ pokrzepić tych zbawców naszych nim na kwatery ich rozprowadzą, O czemuż nie jestem w domu, może i przed moim mieszkaniem to samo się dzieje, pospieszam im otworzyć moją piwnicę i obmyśleć wygody." Kasztelanowa kazała zaraz wynieść kilka koszów wina i częstować żołnierzy, a Woronicz do swego mieszkania na kanonią pospieszył. Lecz przyjechawszy zastał dom odbity, goście zbrojni nie czekali na gospodarza, rozłożyli się z bronią, z fajkami po apartamentach, pełno wszędzie bagażów i dymu. Na łożu Woronicza leżał oficer w zmokłym ubiorze, gdy Woronicz przystąpił do niego i niełatwą francuszczyzną zaczął go przepraszać za swoją nieobecność, oficer jakiś prostak i złego charakteru, krzyknął na niego: "Ja tu jestem gospodarzeni, a ty moim sługą, zdejm mi buty." i Woronicz nie chcąc się narażać na gwałtowność żołdacką, ściągnąć mu musiał buty, a sam wynieść się do jednego z kanoników, póki nie wykwaterowano i to nie bez trudności napastnego gościa. Nieraz wyprowadzaliśmy go na opowiadanie tej sceny, z niezagojonym uczuciem żalu, poetycznie ją opowiadał. "Miarkujcie sobie - mówił.  - Ja kapłan Chrystusa, ja przychodzę do katolików i muszę tymi rękami którymi Boga piastuję, ściągać buty zabryzgane błotem bezbożnikowi, błoto z nóg jego mieszać z krwią przenajświętszą Syna Bożego. O Tatarzy! O Turcy nie śmieliby się na to odważyć" i gdy to mówił jeszcze miał łzy w oku. Opowiadał on nam czasem swoje zdarzenie podczas rewolucji Kościuszki. Był on podówczas audytorem przy biskupie lubelskim Skarszewskim, uwięzionym i wkrótce jako zdrajca kraju osądzonym; położenie więc jego było przykrym a nawet niebezpiecznym. Mówił nam: "Zważcie sobie co to jest gmin, jak się zwykł odpłacać tym nawet co mu dobrodziejstwa wyświadczą. Zasmucony losem mego biskupa, szedłem wieczorem przez ulicę Rymarską, gdy usłyszałem płacz i narzekanie w szczupłym i nędznym domku. Zbliżyłem się na podwórze, wybiegła do mnie zapłakana kobieta z kilkorgiem dzieci w podartych koszulach, wołając: Ojcze duchowny ratuj nas. Przeszedłszy przez próg, znalazłem się w domu stolarza napełnionym rozmaitymi sprzętami porządnie wykończonymi, cóż wam jest, zapytałem, ja tu nie widzę biedy. Odpowiedziała kobieta płacząc, byliśmy zamożnymi rewolucja wtrąciła nas w ostatnią nędzę, nic z tych meblów sprzedać nie można, mamy na długach znaczne zaległości, nikt nie płaci. Mąż mój chodzi od domu do domu nie może nic wydobyć, teraz wyszedł z swego mieszkania, dzieci głodne płaczą, a kawałka chleba niema, poratuj nas czym możesz, lub kup co z tych sprzętów, lub daj na ich zastaw. Żaden z mebli które oglądałem nie był dla mnie przydatny. Co miałem przy sobie, kilkadziesiąt złotych, dałem jak jałmużnę i żegnając ją rzekłem, Przyślij do mnie męża rozmówię się z nim, może mu znajdę robotę lub kupca. Nazajutrz stawił się przede mną człowiek wynędzniały, rzucił mi się do nóg i rzekł: Jestem ten stolarz, którego wczoraj szlachetną litością uratowałeś od rozpaczy i wystawił mi swój stan. Zapytałem go w jakim sposobie mógłbym mu być pomocnym, odpowiedział: gdybym miał zarobek lub moje. wierzytelności odebrał, lub co sprzedał, nie potrzebowałbym wsparcia. - Otóż będziesz miał zarobek., kupuję u ciebie szafę, spytałem ile kosztuje i bez targu zapłaciłem. Zrób mi drugą, nieco większą na książki, ale porządną i powiedz jej cenę. Zażądał 200 złotych, zaliczyłem połowę i zapytałem na kiedy gotowa będzie. Za dwie niedzieli odstawię ją, odpowiedział. Minęło trzy razy dwie niedziele nie dostawił, myślałem że umarł. Wstąpiłem więc do niego przechodząc koło jego domu, zastałem go śpiącego, żona powiedziała mi, że dopiero co z warty wrócił. Gdy się zapytałem o szafę, przebudzony tłumaczył się, że z powodu służby wojskowej nie miał chwili wolnej, lecz że niezwłocznie weźmie się do roboty, minęło znowu dwie niedziele szafy nie było, posłałem służącego przypomnieć zobowiązanie, służący wyłajany został, na koniec przystawił szafę, ale tak lichą, tak nikczemną, tak niezgrabnie zrobioną, że ledwie by się do kuchni przydała. Gdy mu zacząłem robić wyrzuty i o nieregularność i o lichą robotę, gdy dodałem że takim postępowaniem kredyt sobie psuje i odstręcza kupujących, odpowiedział z gniewem i hardo. Dziękuj jegomość Panu Bogu, że masz z uczciwym człowiekiem do czynienia, od innego majstra i takiej byś nie dostał. - Ale ja za taką lichą robotę tyle płacić nie mogę ile za dobrą i ozdobną. - Licha czy nie licha, ja lepiej wiem co warta odrzekł zuchwalec niech mnie jego mość nie bawi i dopłaci, bo nie mam czasu na targi. Widząc jego gniew i zuchwałość, rad nie rad dopłaciłem do 200 złotych i rzekłem, Więcej nie chcę mieć z tobą do czynienia. W kilka dni potem idąc zrnierzchaniem przez ulicę Rymarską, uczułem się razem nagle przez silną dłoń pochwyconym za kark z krzykiem, A tuś hultaju popie! Coś mi to nauki dawał i nie chciałeś mi płacić za moją robotę, poczekaj będziesz tu wisiał obok twego biskupa. Po głosie, po twarzy i po tym co wyrzekł poznałem mego stolarza, przecież nadchodzący ludzie stropili go, odchodząc groził mi jeszcze palcem i słowy: Poczekaj popie. Przyszedłszy do siebie, rozmyślałem czy warto mieć litość nad tego rodzaju ludźmi." Dla tego też gdy się dowiedział Woronicz, że pospólstwo Kuczyńskiego na krześle nosiło przed gmachem sądowym, rzekł: "Niech im tylko przestanie bułek i kiełbas kupować to go powieszą."

     Woronicz między ministrami najwięcej czcił księcia Józefa z jego męstwa i szlachetności. Łubieńskiego ministra cenił pobożność i patriarchalność życia, mnie samego zachęcał do bywania w jego domu i sam tam uczęszczał, lubił tę całą rodzinę. Morawskiego Józefa referendarza, zdolnościom i chęciom oddawał słusznie sprawiedliwość, po Morawskim Franciszku bracie jego, z niektórych jego ognistych wierszy znakomitego poetę krajowi wróżył i nie zawiódł się. Badeniego rozsądek i trafność zdania, Grabowskiego Franciszka radcy stanu, kasztelana potem wojewody prawość i pobożność niezmiernie szacował. Wężyka i talent, i zacność charakteru i żywość uczuć wysoko cenił. Staszica nie lubił, nie mógł mu nigdy przebaczyć, że niezmazany charakter starł z siebie i tym duchowieństwo zgorszył. Pobożność, moralność i obyczaje polskie, uważał za zasadę i grunt towarzystwa, inne zalety za pozłotę tylko. Familie historyczne przenosił nad nowe, dla tego dla Małachowskich z powodu Stanisława Małachowskiego, dla Zamojskich z powodu Jana i Jędrzeja, okazywał widoczne poszanowanie. Ostrowskiego wojewodę, chociaż ten z drobnej szlachty pochodził, dla jego zasług na podskarbstwie nadwornym, prawości i przywiązania do kraju poważał i do domu jego uczęszczał. Wybickiego acz najlepszego Polaka, dla jego rewolucyjnego entuzjazmu i nieprzychylności dla duchowieństwa, związków nie szukał. Książę Adam Czartoryski po śmierci Gawrońskiego biskupa krakowskiego, natchnął go cesarzowi Aleksandrowi na następcę, jakoż podany do Rzymu otrzymał nad swoje spodziewanie nominację, nie chętnie ją przyjął, raz dla tego że się oddalał w diecezję sobie nieznaną, drugi raz, że wiedział, iż przy szczupłych dochodach tego biskupstwa w pomiar dawnej świetności biskupów krakowskich i książąt siewierskich, godności tego stopnia, którą wystawna pompa dawniej otaczała nie wydoła. Objął to biskupstwo i znalazł je w gorszym stanie niż się spodziewał. Pałac biskupi spustoszały, długi i zaległe podatki obciążające posiadane przez zeszłego biskupa dobra, w pensji oddane dobra szczupłą bo tylko 100 000 złotych czyniące intratę, a więc niedostateczną na niezliczone do tego dostojeństwa przywiązane wydatki. Gdy w swojej imaginacji przypominał sobie dawnych biskupów, ich znaczenie, ich świetność, ich milionowe dochody, jęknął boleśnie nad tą różnicą. Tej wzniosłej i poetycznej duszy zdawało się, że imię swoje upośledzi, podejmując się stanąć na tym stopniu w postaci Gawrońskiego nie Sołtyka. Biedził się, więc przez parę lat z projektami rozległymi podniesienia tej dostojności i z niemożnością. Przedsięwziął więc przedstawić rządowi swoje położenie i obudzić w nim współczucie nie za swoją osobą, lecz za godnością biskupstwa krakowskiego. W tym celu z napisanym wymownie memoriałem przyjechał do Warszawy. Sprawa ta tyczyła się najwięcej ministra skarbu, którym podówczas był Tadeusz Matuszewicz, poparcie zaś zależało od ministra oświecenia i obrządków religijnych Stanisława Potockiego, lecz na nim mimo związków przyjaźni, nie mógł liczyć biskup krakowski, gdyż Potocki poduchowne dostatki garnął na korzyść szkół i oświecenia publicznego, a znany był z nieprzyjaznego dla duchowieństwa usposobienia. Udał się więc wprost do ministra skarbu, z którym się nawzajem wysoko szacowali, i który przez żonę Przebendowską z domu, związany był z wielu krakowskimi rodzinami. Matuszewicz wysłuchawszy cierpliwie jego żalów, rzekł mu: "Dla krakowskiego biskupstwa nic zrobić nie można, bo trzebaby wzruszać zapadłe prawa i konstytucję, i narazić się na podobne reklamacje innych biskupstw, a szanowny biskupie! Nadto jesteś dobrym Polakiem, abyś od ubogiego skarbu bez władzy prawodawczej żądał w tym sposobie jakiej zmiany, lecz czują to, że co się nie da zrobić dla biskupa, da się i powinno się wykonać dla Woronicza, lecz nie taję, że do tej mojej dobrej chęci będzie przeszkoda u namiestnika, a ja nie mam u niego ufności. Będę mówił z panem Stanisławem Potockim, aby przysposobił namiestnika, który jako napoleoński żołnierz i nasiąkły uprzedzeniami przeciw duchowieństwu nie lubi tego stanu. Prócz tego zna niezamożność skarbu, grosza odejmować fabrykom, miastom, zapomogom, drogom bitym, a nawet i mniej potrzebnym wydatkom nie zechce." Odjechał Woronicz od ministra niezadowolony lecz przynajmniej z niejaką nadzieją. Zastępowałem wtenczas w komisji skarbu jednego członka z wydziału. Minister skarbu przywoławszy mnie, opowiedział mi rozmowę swoją z biskupem krakowskim, i dodał: "Trzeba coś zrobić dla tego zacnego człowieka, w nim jest zaszczyt polskiego Kościoła, nauk i oświecenia; weź jego przedstawienie i wygotuj przełożenie do namiestnika, nawykł on do ciebie, utoruj drogę Woroniczowi, lecz i jego skłoń żeby ograniczył swoje żądania; trzeba coś uczynić dla niego, bo on tak boleśnie swoje położenie czuje, że umrze, a wtedy większą poniesiemy stratę." Zająłem się więc gorliwie poleceniem ministra i wprost udałem się do Woronicza, gdy mnie ujrzał uścisnął mnie, mówiąc: "Wybierałem się do ciebie, no losy moje masz złożone w swoje ręce, dowiedziawszy się, że ci minister powierzył mój memoriał ucieszyłem się, przecież ty nie będziesz przeciw duchowieństwu i przyjacielowi." Przyszedłem, odpowiedziałem, ucałować rękę naszego biskupa i prosić o błogosławieństwo. "Co ty mówisz biskupa, to biskupek mały, drobny, obdarty, pozbawiony wszelkich sposobów utrzymania dostojności tego tak świetnego niegdyś stopnia" i zaczął dalej rozwodzić żale. Sprawa była z śledziennym, rozżalonym, pełnym poetycznej imaginacji, lecz oświeconym, dobrym, łagodnym, nie interesowanym dla swojej osoby, umiejącym się poświęcić dla dobra publicznego mężem, łatwo więc go skłoniłem do umiarkowania jego żądań; "Wszystko - rzekłem - co tylko będzie można zrobi się dla biskupa krakowskiego, bo na stolicy krakowskiej nie Gamrat zasiada, a co się zrobi dla Woronicza, to się w jego ręku obróci dla dostojeństwa jego diecezji." Odpowiedział mi: "I ty widzę zarażasz się, pamiętasz o Gamracie, a nie pamiętasz o Oleśnickich, Krasińskich, Gembickich, Małachowskich, Sołtykach, co przeciw Tatarom, przeciw Szwedom, przeciw opryszkom karpackim z kościelnych dostatków uzbrojonymi hufcami zastawiali Polskę, za wiarę i ojczyznę prześladowanie i więzy znosili. - Inne - rzekłem - nastały czasy, stolica duchowieństwa krakowskiego równie lub większej obecnie nabędzie sławy od imienia., cnót, talentów i wymowy Woronicza, niż od oręża i dostatków tamtych. - Zbyt o mnie dobrze trzymasz, boś mój przyjaciel - odpowiedział, ale wierzaj mi w niedostatku ręce opadają, a język się plącze." Zapytałem go, czy był u namiestnika. "Nie zastałem go - odrzekł - lub może zastałem, a nie przyjął mnie, bilet tylko złożyłem. - Niechże ksiądz biskup zatrzyma się z osobistą wizytą aż ja ostrzegę." Nazajutrz udałem się do generała Kosseckiego, który acz sceptyk i dla stanu duchownego dzielący opinią wówczas panującą i system francuski, osoby w tym stanie odznaczające się oświeceniem, talentami i nauką cenił i poważał, nie wiele więc miałem z nim trudności w skłonieniu jego przychylności dla Woronicza, szanował on go, a muszę mu oddać sprawiedliwość, iż na ważnym swoim urzędzie nikomu nie szkodził, a gdy się przekonał o słuszności żądań, radą wspierał i gorliwie pomagał. Od generała udałem się do namiestnika, wchodząc spotkałem się w pierwszym pokoju z wychodzącym Okołowem [dokładniej Jerzy Woyna-Okołow - przyp.MK]. który zwykle przychodził bawić Zajączka bufonadami, plotkami i szyderstwem z osób i z spraw, każdemu byle cokolwiek znaczącemu umiał jakąś śmieszność przypiąć i nią rozśmieszyć starego kalekę. Mijając mnie, zatrzymał się i zapytał: "Czy widziałeś Jeremiasza krakowskiego?  - Jakiego Jeremiasza? - A tego nieśmiertelnego płaksę Woronicza. Uroiło się w głowie poetycznej popa, żeby zostać księciem siewierskim, niech więc z Austriakami wojnę prowadzi; co za duma i chciwość klechy! Nie dość dla niego sto tysięcy pensji, ja bym mu połowę odjął, małoż nazbierał z opactwa łędzkiego i z innych prałatur, otóż to wasi biskupi, chciwość w nich i egoizm, u nas tego niema." (Okołow był bowiem kalwinem). Z tych kilku słów powziąłem podejrzenie, czy podobnymi słowy nie popisywał się przed namiestnikiem i nie zawiodłem się, ledwie wspomniałem że mamy biskupa krakowskiego w Warszawie, odpowiedział namiestnik: "Wiem, powiadał mi Okołow z jakimi śmiesznymi pretensjami przyjechał, słyszę że płacze, jęczy i narzeka, to jest dawny śledziennik, on z niczego kontent nie będzie. Po co przyjął biskupstwo, niech je złoży, Gawroński obchodzi się tymi dochodami, dla czegóż się niema Woronicz obejść." "Ale jakże też Gawronski zostawił to biskupstwo, odpowiedziałem: "Dobra, pałac, kościoły, wszystko w zaniedbaniu, byłem ja w Krakowie przy jego śmierci, opowiadał mi Badeni jego rząd i życie, poniżył on tę dostojność, nie można się dziwić, że Woronicz pragnąłby ją podnieść, a potrafi byleby miał o czym. - Ja jego nie wiele znam szanuję go z jego patriotyzmu i talentów - rzekł Zajączek - ale w czymże rząd Królestwa pomóc może, niech go Rzeczpospolita wesprze. - Ale on jest biskupem i sekatorem polskim od cesarza mianowanym, - odparłem - mieszka na krawędzi Galicji gdzie biskupi są lepiej uposażeni. Do godności tak wielkiego monarchy jakim jest cesarz Aleksander, należy aby jego biskup nie miał przynajmniej pośledniejszej od drugich reprezentacji. - Niech więc idzie w drodze łaski do cesarza - odrzekł namiestnik. - Skarb Królestwa pieniędzy mu dać nie może, bo i nie ma i na potrzebniejsze rzeczy wydać je musi. - - Nie jest mniej potrzebną - odrzekłem - wystawność w Krakowie, nie może się bez niej obejść tak dla religijnych jak dla politycznych powodów. Jest to miasto zamieszkałe przez kobiety pobożne i przez zamożnych duchownych przyzwyczajonych do nabożeństw wystawnych, jest teraz pod wpływem trzech opiekunów, dwóch niemieckich, jednego polskiego, każdy będzie łożył starania aby ducha mieszkańców do siebie przyciągnąć, to miasto było przez lat kilkanaście pod rządem austriackim, niepodobna ażeby tam i przez handel i przez stosunki sąsiedztwa nie było w niektórych zniemczałych mieszkańcach dawnej przychylności. Wiele na tym zależy i dla nas, aby tam utrzymywać ducha prawdziwie polskiego i patriotycznego, trzeba ażeby ta mała rzeczpospolita czuła się zawsze częścią Królestwa Polskiego, nikt nie jest zdolniejszy skuteczniej przyłożyć się do tego, jak biskup diecezjalny przez wpływ na duchowieństwo i na pobożnych mieszkańców, nikt pewniej nie przyłoży się jak Woronicz rozkrzewiając swoje własne i gorące dla Polski uczucia. Przy tym nominowanym będąc od króla polskiego i będąc senatorem Królestwa, powinien objawiać tę przewagę, którą ma i mieć winien nasz monarcha." Te uwagi zastanowiły namiestnika i rzekł do mnie: "Masz po części przyczynę, cesarz sam zrobić może jak chce, ja mu przeszkadzać nie będę. - Nie dość nie przeszkadzać - dodałem: - trzeba pomóc, cesarz bez opinii swego namiestnika nic nie zrobi, odeślę po nią biskupa prośbę, czy nie lepiej będzie przedstawić cesarzowi i poprzeć. - Niech więc poda swój wniosek minister skarbu, lecz ja żadnego wielkiego wydatku nie poprę." Tak więc skłoniwszy namiestnika, opowiedziałem ministrowi i Woroniczowi moją rozmowę i dodałem, że jest czas teraz oddać wizytę namiestnikowi. Pojechał więc do niego, przyjęty został z uprzejmością zwykłą księciu Zajączkowi, rozmawiał z nim, wysłuchał, wszedł w jego zażalenie i żegnając się, rzekł: "Pamiętaj mości księże biskupie żeśmy ubodzy, ułóż się z ministrem skarbu, ja słuszne żądanie poprę moim wstawieniem się." Jakoż dotrzymał słowa, układ ministra skarbu z biskupem krakowskim potwierdzony przez cesarza został. Dano mu jego 100 000 złotych kompetencji w połowie w dobrach, w połowie gotowizną, umorzono zaległości, spłacono długi, dobra umiarkowanie wyrachowawszy intratę wypuszczono, i na kilka lat od ciężarów uwolniono. Ta pomoc wynosiła do 200 000 złotych. Odjechał acz nie zupełnie zadowolony, lecz przynajmniej uspokojony.

     Jak dochodów tych użył w Krakowie, wiadomo całemu krajowi. Wylał się z całą gorliwością kapłana, najlepszego Polaka, z całą imaginacją poety na wskrzeszenie narodowych pamiątek szczególniej w swoim mieszkaniu; wywnętrzył się z wszystkimi swymi talentami na sławę ambony, na wystawę nabożeństwa, bez jego osobistego błogosławieństwa, bez jego rzewnego przemówienia, często bez wiersza, żaden ślub żaden akt znakomitszych rodzin nie odbył się. Czczony, kochany, wielbiony udzielając się koleją, Rzeczypospolitej i Królestwu, w sędziwiejącym wieku jak drugi Skarga kazał, nauczał, pocieszał, gdy po śmierci Skarszewskiego wyniesiony na arcybiskupstwo warszawskie odstąpić musiał z żalem ulubionej przez siebie diecezji. Atoli w Warszawie pocieszał się i dawnymi wspomnieniami i odnowieniem dawniej zawiązanych stosunków przyjaźni w duchownym i świeckim towarzystwie. Uczęszczał na posiedzenia Towarzystwa Przyjaciół Nauk i w ten swój dawny żywioł rzucił się. Pracował dla Kościoła, dla nauk; rozpoczęte przez siebie dwa poematy Lechiadę i Jagiellonidę przezierał, lecz nie mógł się namyśleć które miał ukończyć. Czytywał wyjątki poufałym przyjaciołom i plan swój opowiadał, za obszerny na jego wiek, za trudny przez samą ciemną epokę. Gdyśmy mu wystawiali, że do pierwszej epopei wszystko stwarzać musi, że w gminie nawet nie znajdzie śladów mitologii owych czasów, że z Lecha nigdy nie zrobi bohatera epicznego rzekł: "Czuję, że mi trudno idzie i zacząłem Jagiellonidę." Gdyśmy go pytali czy przedmiotem tej epopei będzie zaszczepienie religii chrześcijańskiej w Litwie, i połączenie Litwy z Koroną, a więc wystawienie miłości i ofiary Jadwigi, uśmiechał się i mówił: "Jeszcze się zastanowić potrzeba co przedsięwziąć i jak przedsięwziąć, ale dla czegożby poważna epopeja wiała koniecznie wymagać miłości." Odpowiadaliśmy raz dla tego, że miłość jest najtrudniejszą namiętnością do zwalczenia, walka z nią dostarcza rzewnych i ulubionych sercu ludzkiemu wrażeń. Że słabości tej nie tylko się ród ludzki nie wypiera, lecz nie sądzi aby upodlającą była, gdy ją w największych bohaterach znajduje, i tym bohaterom wtenczas wyższość przyznaje gdy ją pokonać umieją.. Na koniec idzie tu o zachwycenie wszystkich, a kobiety składają połowę rodzaju ludzkiego, i przez tę słabość nad silniejszymi od siebie istotami panują, podobają więc sobie w jej obrazach. Przyznawał poeta słuszność tych uwag, lecz nie wiem czyli byłby je usłuchał, i czyli obrazu miłości ziemskiej byłaby się jego ręka kapłańska dotknęła. Czytał on mi kilka razy wyjątki urywkowo pisane z Lechiady, wszędzie było widać ogień Woronicza, wiersz Naruszewiczowski, znać było jego szkołę co do wyrażeń czasem niesmakownych, wersyfikacja wzniosła i gładka często łatwymi i pospolitymi końcówkami osłabiona. Wśród tych przyjacielskich rozmów, wśród ciągłych wspomnień dawnej Polski, przypomniał sobie obiady czwartkowe u Stanisława Augusta, wskrzesił je u siebie, i koleją zapraszał miłośników nauk i celujących autorów. Na tych obiadach stół bywał okrywany naczyniami szklanymi, na których wyryte były popiersia starożytnych mędrców, filozofów, mówców, poetów greckich, rzymskich i polskich. Przed Osińskim powszechnie stawiano kieliszek z Horacjuszem, przed Niemcewiczem z Eurypidesem, z Ezopem albo Fedrem, przed Brodzińskim z Janem Kochanowskim, i tak przed każdym z odpowiednim jego talentowi wieszczem lub pisarzem. Z dawnych narodowych poetów najwięcej Woronicz cenił Kochanowskiego i Sarbiewskiego, ze współczesnych mu Naruszewicza, Trembeckiego, Krasickiego, Osińskiego, Felińskiego i Wężyka. Gdy będąc jeszcze kanonikiem warszawskim i radcą stanu przeczytał za Księstwa Warszawskiego Napoleidę poema całe w dytyrambach Franciszka Morawskiego ogniste, silne, lecz jak zwykle młodego poety przesadne i w myślach nieco zawikłane, unosił się przede mną nad jego pięknością, a gdy z ust moich usłyszał krytykę rzekł: "To jest młody człowiek, wiek uhamuje zbytni zapęd, a poezja zostanie bo jest już w duszy. Łatwiej ogień przygasić jak go bez zarzewia wzniecić. Wierzaj mi ten młody człowiek będzie znakomitym poetą" i zgadł.

     Powszechnie rzewność, smętność i narzekania Woronicza przypisywano jego cierpieniu na śledzionę. Ja mniemam, że losy kraju naszego, te przejścia z świetności do nadziei, z nadziei do przepaści i znowu do odżycia, czego był uczestnikiem i świadkiem, na tej czułej, zacnej, i czystą miłością kraju gorejącej duszy, wycisnęły piętno ciągłych cierpień, i charakter jego w narzekający, płaczliwy zmieniło. Pismo święte, w które się wczytał, prorocy którymi się karmił, nie dostarczyły mu pociech, ale łez. Słyszałem od Józefa Morawskiego referendarza, którego on lubił i cenił, iż raz zastał go nad wierszami z obwiązaną głową serwetą białą zmaczaną w gorącem winie. "Czy księdza radcę stanu głowa boli - zapytał Morawski - Nie - odpowiedział - ale tym sposobem budzę w sobie imaginację, aby wydołała moim uczuciom i boleściom serca", i przeczytał mu świeży poetyczny utwór żalów nad nieszczęściami i upadkiem kraju, w którym silne gromy rzucał na nieprzyjaciół jego. Gdy Morawski znalazł je za mocne "Młody jesteś - odpowiedział z żywością  - nie widziałeś tego co ja, jak z tych okien (i wskazał na Zamek Królewski) cudzoziemiec w kubraku pogwizdując wyrzucał na śmiecie sprzęty z sali obrad narodowych."

     Jakkolwiek bądź jeżeli tę żałość i rzewność Woronicza którymi wszystkie pisma wierszem i prozą zaprawiał, przynajmniej w części przypisać należało jego fizycznej chorobie, tak jak dziś wielu u jednego z młodych poetów bolesne jego treny cierpiącemu jego zdrowiu przyznaje, któżby z Polaków czystą miłością kraju pałających nie życzył, aby ich obu choroba zaraźliwą się stała.

     Woronicz nie jako rymotwórca, lecz jako liryk, jako prawdziwy narodowy biblijny i religijny poeta, ma miejsce zasłużone między celnymi poetami, a może nawet wszystkich duchem z niebios natchnionego wieszcza przewyższa; lecz zasługą swoją i sławą otrzymał palmę pierwszeństwa z wymowy kaznodziejskiej, którą ze Skargą się zrównał, a czasem prześcignął. Najzacniejszy, najgorętszy, najszlachetniejszy Polak i kapłan jak drugi Skarga moc i potęgę wymowy czerpał z serca i z przekonania. Umysł nakarmiony pismem świętem, wzniosłymi proroków wróżbami, słodyczą ewangeliczną, ozdobiony głęboką znajomością wzorów i dziejów narodowych, posługiwał mu do jędrnego wybicia najwznioślejszych myśli. W ziemiaństwie moim wspomniałem go pod nazwiskiem Fenelona, tu dodam, że w wymowie jego łączyła się słodycz, rzewność i poezja Fenelona, bez jego teologiczno-mistycznych i romansowych zaciekań z mocą, z potęgą biblijną Bossieta, i przez styl i przez myśli bliższym był drugiego jak pierwszego. Ale pocóż mam go porównywać do którego bądź ze swoich lub obcych pisarzy, mówców i poetów, był on sam sobą, w porównaniu ze swoimi najpodobniejszy do Skargi we wszystkich swoich polityczno-religijnych mowach i kazaniach, nim przesiąkły przez niego wykarmiony, lecz w swoich tworach treściwszy, jędrniejszy, i nigdzie tyle rozwlekły.

     Woroniczowi na rok przed zgonem danym było przewodniczyć obrzędowi koronacji króla polskiego. -- Wkrótce potem zapadłszy na zdrowiu udał się do wód, skąd wracając umarł w Wiedniu. Zwłoki jego sprowadzono do Warszawy. Książę Adam Czartoryski w Towarzystwie Przyjaciół Nauk, na publicznym posiedzeniu rzewnym i wymownym głosem uczcił rocznicę jego śmierci, w którym mistrzowskim piórem, i tym samem uczuciem które Woronicza ożywiało dał wierny obraz jego, najcnotliwszy obywatel i kapłan otrzymał zaszczyt być chwalonym przez tego, który w cnocie i poświęceniu równego nie ma. Umarł Woronicz w czas. Bóg za nagrodę cnót jego oszczędził mu bolesnych dla serca jego widoków, nie widział nieszczęść kraju, nie widział upadku Rzeczypospolitej Krakowskiej, nie widział wypadków roku 1847 i tylu klęsk które nawiedziły ziemię naszą, na koniec nie doczekał pogorzeliska Krakowa, a w nim pałacu biskupiego i zagładzenia wszystkich swoich pomników i pamiątek którymi umiewał uwiecznić gorące swoje dla Polski uczucia. W chwilach mego wiejskiego życia pod jego wizerunkiem, na który z nieukojonym żalem spoglądam umieściłem napis, który wierszem w krótkich słowach to wyraził com tu obszerniej o nim powiedział.

     Zapędziłem się mimowolnie i pod Woroniczem równie jak pod Poniatowskim, niech się stanie moją wymówką ten sam powód przy kapłanie, który mnie uniósł przy rycerzu.

 

Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 5
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Józef Wielhorski generał wojsk polskich, dowódca legionu oblężonego w Mantui przez Wurmsera, wraz z głównie dowodzącym generałem francuskim w tej twierdzy, protestujący przeciw kapitulacji i zabrany w niewolę przez Austriaków, radca stanu i dyrektor komisji żywności wojska polskiego, był synem Michała kuchmistrza koronnego, urodzonym z Ogińskiej siostry hetmana wielkiego litewskiego. Wychowany przez ojca, posła od konfederacji barskiej do Paryża, i kilka lat zamieszkałego we Francji, będącego w bliskich stosunkach zażyłości z Janem Jakubem Rousseau, który na jego żądanie napisał dzieło polityczne o sposobach ratowania Polski, żyjącego w związkach z encyklopedystami, i który wsławionego wówczas Mablego sprowadził do Polski i osadził w dobrach swoich na Wołyniu w Orochowie, aby mu powierzyć wykształcenie trzech synów swoich, Józef Wielhorski pod takim ojcem i pod takim mistrzem wraz z braćmi swymi wykształcił się na celującego oświatą i ogładą towarzyską człowieka. Wszyscy z postaci przystojni, nawet urodziwi, pałający duchem rycerskim w ścisłej byli przyjaźni z księciem Józefem Poniatowskim. Józef radca stanu, zdarł zdrowie zupełnie i przez nadużycia młodości, i przez trudy wojenne, podagra go złamała tak, że na kulach chodzić musiał, a później na krześle przynoszono go na posiedzenia Rady Stanu.


Józef Wielhorski

Już będąc nagabany tą bolesną chorobą ożenił się w Krakowskiem z młodą i piękną panną Salomeą Dembińską starościanką wolbromską, bogatą dziedziczką, siostrą rodzona, żony Tadeusza Czackiego starosty nowogrodzkiego. Gdy ojciec majątek zadłużył i stracił, synom tylko posag matki Ogińskiej pozostał. Oświecony, zacny, utalentowany, językiem francuskim mówiący jak narodowym co (wówczas było dość rzadkie), znający doskonale Francję, i wiedzący sekret czym Francuzów z ich zarozumiałości i fałszywego o innych narodach wyobrażenia spychać, nader był pomocnym i pożytecznym we wszystkich z nimi o wymagania sporach i zatargach. Francuzi uważali go, bo śmiały, a razem więcej jak wielu z nich ogładzony, nie dał sobie nic narzucać. Z natury charakteru żywego a nawet popędliwego łatwo się gniewał i unosił, i w rozprawach w Radzie Stanu bywał często ostrym i cierpkim. Nie lubił metafizyki niemieckiej uczniów szkoły pruskiej, nie lubił pedanterii Staszica, miłości własnej Linowskiego, próżności Stanisława Potockiego prezesa Rady Ministrów, gadulstwa Kochanowskiego, a przy każdej dyskusji spierał się z nimi na podstawie ich wad, którym przymawiał, i ich zdaniu ufność odejmował; lecz że dobrze znano jego serce i wychowanie dalekie od chęci ubliżenia komukolwiek, liczono to na rachunek jego poufałości z jaką żył ze wszystkimi prawymi ludźmi. Matuszewicza, Woronicza, Sobolewskiego, Badeniego niezmiernie szacował, i zdanie ich uważał. Ci wynaleźli na niego sposób, iż skoro się zapalił i unosić zaczął, którykolwiek z nich a szczególniej Matuszewicz odzywał się do niego: "Jeszcze nie dość za mało, więcej potrzeba." Wtedy zaczął się śmiać z siebie samego, i do rozpraw wracał, lub odstępował swego zdania, gdyż uporu nie miał w sobie. Jakoż ta żywość jego i drażliwość była skutkiem cierpień podagrycznych, które niemiłosiernie go dręczyły. Dla tej bolesnej niemocy nawet jego wydział żywności wojska nie szedł tak jakby pod tak prawym, gorliwym i nieskażonym urzędnikiem życzyć i spodziewać się należało. Podwładni jego acz zdatni pozwalali sobie nadużyć lub na nie przez szpary patrzyli, grzeszyli albo zaniedbaniem, albo pobłażaniem. Wielhorski często po kilka niedziel w łóżku podagrą dręczony nie mógł wszędzie użyczać bacznego oka, nie mógł osobiście zwiedzać magazynów, przestawać musiał często na fałszywych raportach, Skarg do niego nie dopuszczano, wybuchnęły więc z gwałtownością na sejmie roku 1811, i mimo księcia Józefa obrony, mimo chęci rządu, król chcąc zaspokoić zażalenie, i potrzebując zezwolenia sejmu na nowe podatki, zgodził się na skasowanie dyrekcji żywności. Zniósł on to upokorzenie mężnie, nawet z pogodą czoła, jak człowiek prawy, czystego sumienia i nie mający sobie nic do wyrzucenia prócz choroby.

     Nikt od niego śmielej prawdy nie mówił, czy niższym czy wyższym. Byłem z całą Radą Stanu świadkiem następującego wydarzenia. Gdy w roku 1812 miał się zebrać sejm konfederacki pod laską księcia Adama Czartoryskiego generała ziem podolskich, król saski książę warszawski władzę swoją królewską względem Księstwa Warszawskiego przelał na Radę Stanu tegoż Księstwa. Hrabia Senft-Pilsach [dokładniej Friedrich Christian Ludwig hrabia Senfft von Pilsach - przyp.MK] minister interesów zagranicznych zjechał przed sejmem do Warszawy. Podczas jego bytności wypadł jakiś publiczny obchód w kościele św. Jana, na którym i on miał się znajdować. Pan Stanisław Potocki wniósł wątpliwość na Radę Stanu, jakie mu miejsce w kościele wyznaczyć. Wielhorski pierwszy się odezwał: "Naturalnie i jako gościowi, i jako cudzoziemcowi, i jako ministrowi interesów zagranicznych naszego króla i jako wiemy przychylnemu Polakom, i cenionemu od Napoleona pierwsze przed Radą Stanu. Jeżeli on uzna to miejsce za zbyteczne dla siebie to go nie przyjmie, jeżeli przyjmie to nie będzie żadnego ubliżenia ni nam ni jemu." Pan Potocki odrzekł na to: "Ale ja jako mający charakter przez prezydencją w Radzie Stanu, na którą król przelał swoją władzę, charakter wice-króla powinienem zachować mój pierwszy stopień. - Nie jesteś W Pan ni królem ni wice-królem - odparł Wielhorski - jesteś prezesem Rady, na którą król przelał władzę rządzenia tym krajem. Rada cała jest wice-królem, a rozumiem, że w tym razie ministrowi spraw zagranicznych pierwsze miejsce przeznaczyć a przynajmniej ofiarować należy." Rada przystała na zdanie Wielhorskiego. Gdyśmy się nazajutrz zgromadzili do kościoła, Senat zajął miejsca po prawej stronie stalów kościoła, Rada stanu po lewej, referendarze siedli za Radą stanu, pierwsze miejsce próżne zostało dla Senft-Pilsacha, który gdy się opóźniał z przybyciem, pan Stanisław pierwsze zajął miejsce. Wśród nabożeństwa wszedł hrabia Senft-Pilsach do kościoła, w ubiorze uroczystym swego urzędu, w orderach, w trzewikach i pończochach. Prefekt warszawski Nakwaski wprowadził go między stalle aż do pana Stanisława, który czyli się zapomniał, lub też swego zdania o pierwszeństwo nie odmienił, wstawszy z krzesła zamiast usunąć się wskazał Senftowi drugie miejsce, wtenczas ten minister stanąwszy przed panem Stanisławem rzekł głośno: Monsieur le Comte je céde ma plac a l'âge, au mérite jamais â la vanité [fr. Panie hrabio, ustępuję moje miejsce wiekowi, zasłudze, nigdy próżności - przyp.MK] to rzekłszy siadł na drugim krześle. Po ukończonym nabożeństwie, gdy Senft wyszedł, a utworzyło się koło z Senatu i z Rady Stanu pan Stanisław odezwał się do nas: "Czego się ten Niemiec rozgniewał, zdaje mi się żem mu nie uchybił." Wielhorski odrzekł: "Dostałeś W Pan czegoś szukał, Senft zgadł W Pana słabość." Na sprawie Kuczyńskiego czytano długi i nudny referat publicznie, pan Stanisław z początku słuchał potem znudzony podparł się łokciami o stół i zadrzemał, nie ocknął się aż po wnioskach prokuratora. Wypadało na niego, jak to zwykle z wielką trafnością zwykł był robić, treść rzeczy sumarycznie wystawić, tą razą odezwał się: "Ja prawdziwie z tak długiego referatu nie mogę nic pojąć, i nie rozumiem jakie są powody do skasowania wyroku. - Jakżeś W Pan mógł co pojąć kiedyś W Pan spał, my cośmy słuchali wiemy o co idzie - rzekł Wielhorski i w krótkości z trafnością powiedział swoje zdanie. Po sejmie konfederackim mianowany zastępcą ministra wojny trudnił się uzbrojeniem, lecz nieszczęściem dla niego i dla kraju uderzony o łóżko chorobą, częściej go pilnując, nie mógł użyczyć sprawie ojczystej tej sprężystości która go charakteryzowała. Zarzucano mu, iż Ludwika Kropińskiego, literata i poetę przyjaciela swego, który w rewolucji Kościuszki był niskim oficerem, i na Pradze kilkunastu ranami okryty z pod trupów wyciągnięty do życia przywróconym został, zrobił nie tylko generałem, lecz dowództwo jego powierzył świeżo z rezerw i z nowych zaciągów zbierający się na odparcie generała rosyjskiego Czernyszewa korpus. Twierdzono bowiem, że Kropiński nie tyle i tak sprężyście działał jak tego wymagały nagłe wypadki wojenne. Zasiadając Wielhorski w radzie administracyjnej ówczesnej, która ulegać musiała wpływowi Pradta arcybiskupa mechlińskiego, ambasadora Napoleona, i która nie mogła dość znaleźć środków na zaspokojenie wymagań generała Dutaillis komendanta Warszawy, nader był pożytecznym i pomocnym, znając dobrze administrację francuską, i uważanym będąc dobrze przez Francuzów. Gdzie wymowa ani Matuszewicza ani Potockiego nie pomogła, jego śmiałe stawienie się, energiczny sposób tłumaczenia się i znajomość charakterów francuskich, nie dająca sobie nic bez przyczyny narzucać wyjednywała. Pradt w dziele swoim o swym poselstwie do Polski, trzech wspomniał Polaków odznaczających się według opinii jego rozumem, cnotą, patriotyzmem i charakterem, Potockiego, Matuszewicza, a szczególniej Wielhorskiego. Przed zajęciem przez Rosjan Warszawy udał się z całym rządem do Krakowa, tam pomagał księciu Józefowi w zebraniu nowych i dawnych szeregów, i gdy rząd, wojsko, Konfederacja schroniła się do Galicji, odjechał do Paryża. Tam po abdykacji Napoleona przedstawiony cesarzowi Aleksandrowi i W. księciu Konstantemu, z swojej ogłady, z swojego sposobu rozumowania, z żywości dowcipu i z śmiałości niezmiernie się im podobał. Skutkiem tego wrażenia, które na W. księciu uczynił mimo zdartych sił został w Królestwie Polskim ministrem wojny. Piastował ten urząd lat kilka z powodzeniem, bo umiał unosić nieunoszony W. księcia charakter, ulegał, ale linii za którą się podłość zaczynała, nie przekroczył. "Wiedział kiedy przełożenia czynić i jak czynić. Często wesołością, dowcipem, żartami to wyrobił, czegoby się nieudało najsilniejszemu rozumowi. Przecież nie uszedł zarzutu od wojska nieukontentowanego z wprowadzonej karności, i od tych młodych, niedoświadczonych, lub udających stoicyzm umysłów, które, że same działać nie umieją, nieudolność swoją obmową drugich okrywają. Zamknął jednak wszystkim usta Wielhorski, bo piastował urząd tylko, póki postępowanie i sumienie mógł pogodzić z dobrem kraju, z uszanowaniem dla instytucji narodowych, z charakterem prawego męża i dobrego Polaka. Ulegał i nie odstępował miejsca, aby nie otworzyć placu czyhającej na niego podłości, lecz skoro tej podłości od niego zaczęto wymagać, stanął. w obronie konstytucji z nieugiętą duszą, podziękował za urząd i dał z siebie przykład, który nie znalazł naśladowców, poświęcając wszystkie zaszczyty, łaski, nadzieje dalszego wyniesienia, czego żaden z ministrów nie zrobił. Po czym wyjechał do majątku żony odłożonego i zrujnowanego unosząc szacunek i żal powszechny.

     Ignacy Sobolewski w kolei przez jakie przechodziła Polska sekretarz Komisji Rządzącej, następnie sekretarz w Radzie Stanu Księstwa Warszawskiego, potem radca stanu, minister policji, za Królestwa Polskiego minister sekretarz stanu, na koniec minister sprawiedliwości, był najdoskonalszym reprezentantem każdego z tych urzędów, których nigdy nie szukał, ale do których był życzony, szukany, wybrany dla swoich zdolności, obszernej nauki, światła i umiarkowania. Od żadnego z członków Rady Stanu nie był pośledniejszym ani w tych wszystkich zaletach ani w patriotyzmie, chyba w wymowie od Matuszewieza i Linowskiego, od wszystkich był wyższym, w nauce ekonomii politycznej, w sztuce administracji kraju, bo się tym przedmiotom szczególniej oddawał w czasie swoich podróży za granicą po Anglii i Francji, i ciągle się w nich czytaniem dzieł najświeższych i najcelniejszych doskonalił. Wyższym był jeszcze rzadką w tak uzdolnionym mężu skromnością, którą do nieufności w sobie posuwał.


Ignacy Sobolewski

Matuszewicz sam, tak umiarkowany w rozprawach, czasem się przeciw bałamuctwu Kochanowskiego, przeciw teoriom i uporowi Staszica zapalał, Sobolewski się nigdy nie wyrywał i nie rozprawiał, zapytany bez pretensji do wymowy rozbierał rzecz doskonale, nie obrażał niczyjego zdania, i nie czuł się obrażonym nieprzyjęciem swego, chętnie odstępował. Był też niezmiernie z swego sądu poważany, a z osoby szanowany i kochany. Dobry ojciec, mąż, obywatel, urzędnik, Polak, równie prywatnym jak publicznym życiem zjednał sobie powszechny szacunek i uważanie. Lubił wiejskie życie, wolne dni od urzędowej pracy poświęcał gospodarstwu i rolnictwu. Żadnej ambicji, żadnej żądzy znaczenia, błyszczenia, zacietrania drugich nie dostrzegło się w nim nigdy. Takim był jak radca stanu, takim na ministerstwach w kraju i na dworze. Mąż nieposzlakowanej cnoty, i dobrze pojętego patriotyzmu, z Matuszewiczem żył w najściślejszej przyjaźni. Staszic znał się na nim i utrzymywał z nim poufałą zażyłość, sam trudny Linowski w zgodzie i dobrej harmonii z nim zostawał. Książę Józef Poniatowski lubił go i poważał, książę Adam Czartoryski za natchnieniem Matuszewicza po ogłoszeniu Królestwa Polskiego, i nadaniu mu konstytucji podał go na urząd ministra sekretarza stanu, niższy stopień od innych ministeryów. Przyjął go nie bez ofiary, bo oświeconym rozumem wiedział na jak trudne i śliskie wchodził stopnie. Dał się jednak nakłonić i poświęcił się, gdy cesarz Aleksander wrażał ufność swoich najlepszych dla narodu polskiego chęciach, i jako uczeń Laharpa pojmował zasady instytucji liberalnych, które sam z przekonania własnego krajowi nadał. Sobolewski umiał sobie zjednać zaufanie tego monarchy, nawet cesarz upodobał go sobie, bo poznał w nim człowieka stanu, który bystrym rozsądkiem pojął położenie swoje i cesarza. Jak Polak miał on dobrego ostrzegacza i poplecznika w ministrze spraw zagranicznych Capodistrias [dokładniej Ioannis Antonios Kapodistrias - przyp.MK], który go dobrze obznajmił z polityką cesarza nieoddzielającą, nigdy interesów Polski od interesów swego wielkiego państwa, i Polskę stworzoną przez siebie i obdarzoną, chciał mieć dogodnym narzędziem do spełnienia liberalnych swoich widoków dla świata, aby przez nie tym pewniej wpływem swoim na Europę, potęgę Rosji podniósł i ugruntował. Sobolewski i tym się umiał podobać cesarzowi, że skromny, dyskretny, przezorny, poznał dobrze charakter narodu rosyjskiego, zazdroszczący Polakom łask przez cesarza na nich wylanych. Ani więc chełpliwością, ani wystawnością życia, ani jakimi bądź wymaganiami nie obrażał drażliwości tego narodu, a szczególniej możnych rodzin, które tron otaczały. Umiał więc bez ubliżenia godności utrzymywać braterstwo, którego zaszczepienia cesarz sobie życzył. Cesarz Aleksander sam prawie prowadził dyplomacją, i własnym często piórem nią kierował, jak w rozmowie poufnej zdawał się być szczerym i otwartym, tak w dyplomatycznych i rządowych zniesieniach używać lubił stylu mglistego, wątpliwego, i często dwuznacznego, zgoła nie zawsze i nie od każdego przeniknionym być chciał. Sobolewski jasno i wyraźnie piszący, wkrótce wyćwiczył się w stylu swojego cesarza, i umiał trafić i w jego myśli, a czasem w życzenie ażeby nie być zupełnie pojętym. Stąd namiestnik Królestwa żołnierz otwarty, i pragnący wiedzieć wyraźnie jakie są chęci i żądania cesarza, aby im tym pewniej zadość uczynić, nie raz narzekał na dwuznaczny styl Sobolewskiego; tak że tym urzędowym korespondencjom musiał w pomoc przychodzić prywatnymi komentarzami w listach do ministrów, objawiając to poufnie, co się pod urzędowymi wyrazami kryło. Dopóki cesarz Aleksander czy przez intrygi obce, czy też istotnie przez spiski i zmowy Karbonarych we Włoszech, towarzystw tajemnych w Niemczech, i przez objawiające się podobnych wyobrażeń oznaki w młodych głowach w Polsce, nie odstręczył się od swoich liberalnych zasad, Sobolewskiego zawód był łatwym, lecz gdy po kongresie werońskim [czwarty i ostatni kongres państw Świętego Przymierza zorganizowany w Weronie w 1821 - przyp.MK] ściślej złączywszy się z sąsiednimi mocarstwami cofnął się z tej drogi którą iść zamierzył, Sobolewskiego położenie trudniejszym się stało, przez zmianę cesarza z jednej, przez drażliwość polskich umysłów z drugiej strony. Uchylenie się też ministra Capodistrias od zarządu spraw zewnętrznych, a powołanie do niego hrabiego Nesselrode, acz nie zupełnie pozbawiło go rady, pozbawiło przychylnej podpory, chociaż zawsze ostrożny, uważany i baczny utrzymywał się w ciągłej ufności cesarza, przecież z biegiem nieszczęśliwych okoliczności, wydarzył się na drodze jego nieunikniony szkopuł, który go z dalszego toru strącił. Zdarzenie było następujące: Wielki książę Konstanty po odkryciu spisku Łukasińskiego, w który wielu wojskowych zawikłanymi się znalazło, po przekonaniu się o współczuciu wojska i mieszkańców, które surowość kary wywołała, patrząc na wzburzenie młodzieży szkolnej, na pisma publiczne liberalizmem tchnące pod piórem Brunona Kicińskiego i Skomorowskiego powziął podejrzenie o knowaniu jakiegoś ogólnego przeciw Rosji spisku, i zażądał od cesarza władzy nieograniczonej pouvoir discrétionnaire [fr. władza nieokreślona, tu: nie ograniczona przepisami - przyp.MK], nie ręcząc aby bez tej władzy mógł utrzymać porządek i grożąc, że bez niej porzuci Polskę. Cesarz odebrawszy to żądanie, w chwili w której wiele mu zależało na nieodstręczeniu wielkiego księcia od mieszkania w Polsce i zajmowania się wojskiem polskim, znalazł się w bardzo trudnym położeniu. Wezwawszy więc Sobolewskiego, i oddając mu W. księcia żądanie, oświadczył mu, iż chciałby dogodzić bratu, bez ubliżenia jednak instytucjom nadanym przez siebie Królestwu. Sobolewski spostrzegł zaraz iż się to pogodzić nie da, w kraju w którym wyraźny artykuł konstytucji zaręczył zachowanie kardynalnego prawa. Neminem captivabimus nisi iure victum [łac. nikogo nie uwięzimy bez wyroku sądowego - przyp.MK] i raczej w razie jeżeli obawy W. księcia są. uzasadnione o czym wiedzieć nie może, a będąc pewnym że z każdego nierozważnego wybuchu więcej wynikało niebezpieczeństwa dla Polski niż dla Rosji, był za zawieszeniem na czas konstytucji, jak za jej zgwałceniem. Cesarz rozkazał mu szukać środków w ograniczeniu żądanej przez wielkiego księcia władzy, w sposobie o ile tylko można dogadzającym W. księcia chęci, a ubliżającym jak najmniej przepisom konstytucji. Sobolewski ułożył to nadanie władzy wymieniając przypadki, w których jedynie mogło nastąpić przytrzymanie osoby, a po jej przytrzymaniu sądowe postępowanie według konstytucji zastrzegł. Cesarz przeczytał, rozważył, jak słyszałem poprawił i przesłać równie W. księciu jak namiestnikowi zalecił. Ledwie to nadacie W. książę odebrał, uniesiony gniewem, że bezwarunkowej nie otrzymał władzy, przywołał namiestnika, miotał na Sobolewskiego gromy i groźby, jego redakcji i udziałowi przypisał zaprowadzenie zmian w cesarskim postanowieniu, ledwie go o podzielanie ducha, którego chciał poskromić nie obwiniał. Zakazał więc ogłoszenia, i z całą żywością swego charakteru odesłał cesarzowi nieprzyjęte przez siebie nadanie. Jak się z sobą wytłumaczyli bracia, nie jest mi wiadomym. Rzeczy zostały in statu quo aż do przybycia cesarza do Warszawy. Sobolewski pierwej zjechał, a gdy przyszedł powitać wielkiego księcia, ten w najwyższym uniesieniu, wobec wielu generałów i różnych innych osób gorzkie i groźne uczynił mu wyrzuty, w słowach twardych i ostrych. Sobolewski z zwykłą słodyczą i z skromnością odpowiedział "iż starał się jak mógł najlepiej wypełnić wolę cesarza, przyznałby się do niezręcznej może i niestosownej redakcji, gdyby jej był cesarz nie rozważył i nie potwierdził." Tym nieukontentowaniem W. księcia zmartwił się i zasmucił Sobolewski, czekał jednak z spokojnością, azali cesarz który dowiedział się o przejściu jakie miał z W. księciem, nie okaże mu łaskawym słowem chęci wynagrodzenia mu tej przykrości. Lecz cesarz przy pierwszym stawieniu się Sobolewskiego nie tylko nic mu o niej nie wspomniał, lecz jeszcze jakieś zasępienie się okazał; bądź że cała ta sprawa była mu nieprzyjemną, bądź że nie tyle redakcja mu nie dogadzała, jak to wyjawienie Sobolewskiego, że przez niego potwierdzoną została, i że wolałby był aby on wziął na siebie całą winę dla oszczędzenia mu nieprzyjemności. Domyślił się więc Sobolewski położenia rzeczy, wiedział że usuwając się na zawsze, wystawi się na nieukontentowanie cesarza, obrał więc środek prosić o urlop kilkomiesięczny dla poratowania zdrowia. Cesarz nie tylko chętnie zezwolił, lecz wypogodził czoło, jak gdybyby chciał dać poznać, że tej ofiary potrzeba było dla przywrócenia dobrej harmonii między cesarskimi braćmi. Uścisnął więc Sobolewskiego z oświadczeniem swojej najwyższej przychylności, i dodał: "Dajże mi kogo na następcę, z któregobym i ja i brat był kontent." Sobolewski wspomniał Stefana Grabowskiego radcę stanu, generała brygady, zasiadającego w komisji wojny, a przez ten stopień podległego W. księciu. Cesarz przyjął go, i W. książę usunięcie się Sobolewskiego i mianowanie Grabowskiego uważał jakby odniesiony tryumf. Podróżował, więc Sobolewski, i był tyle szczęśliwym, że uniknął wielu nieprzyjemności. Opłakał on w cichości śmierć cesarza Aleksandra, a po śmierci Badeniego mianowany ministrem sprawiedliwości, ze zwykłą sobie prawością i zdolnością sprawował ten urząd. W roku 1830 wyjechał do wód, i przedłużywszy swój pobyt za granicą, nie był przytomny wybuchowi, który i ojczyznę i rodzinę jego w otchłań wepchnął. W lat potem parę za pierwszej bytności cesarza Mikołaja w Warszawie, ukazał się tamże, słyszałem iż z początku był przyjęty obojętnie, nawet zimno, bo nie wiedziano jaką ma opinią i wziętość u panującego. Koło rodzinne na Grzybowie i kilku przyjaciół było jego schronieniem i pociechą. Doświadczył czego wszyscy ludzie znakomici zasługą doświadczyli, od tego rodzaju czcicieli fortuny, którzy za jej promieniem cześć swoją od jednego do drugiego przenoszą. Jedni nie wiedzieli jak go witać, inni zimno i ostrożnie do niego przystępowali, inni go unikali. Mąż mądry śmiał się w duszy, i oszczędzał im zakłopotania. Sam poszedł na publiczne posłuchanie i wmieszał się w tłum nie wysuwając się swoim skromnym zwyczajem naprzód. Wieleż to przed nim stało, nowych wielkiej jasności znaczeń, wieluż ludzi którzy za czasów cesarza Aleksandra na spojrzenie jego przy drzwiach czekali. Ci sami z wysokości swojej nie spojrzeli na niego. Cesarz obchodząc spostrzegł w tłumie dawnego ministra, zbliżył się, uchwycił za rękę, uścisnął i rozmawiać z nim zaczął, następnie do stołu swego wezwał. Otóż od tej chwili, zacząwszy od najwyższych osób do najniższych, współubiegano się w czci i w uszanowaniu dla niego. Nie nowe to rzeczy, tak było i będzie zawsze. Znajdujemy między ludźmi więcej podłych jak zacnych; Sobolewski przechodził przez wielkie nieszczęścia. W Petersburgu stracił ulubioną córkę jedynaczkę, piękną i najlepiej wychowaną, i w Warszawie w młodzieńczym wieku syna. Stracił żonę, którą kochał i szanował, stracił za granicą syna drugiego, wielkiej zacności i zdolności. Pozostał mu tylko najstarszy syn Józef równie zacny, oświecony i najstaranniej wykształcony. On miał nieszczęście pochować w obcym kraju ojca, którego w lat siedemdziesiąt przechodzącym wieku ciosy krajowe i domowe straty złamały i do grobu wtrąciły.
 
Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 6
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Marcin Badeni 

     W gronie Rady Stanu, trzech zasiadało radców, którzy jeszcze strój narodowy polski zachowali, to jest Marcin Badeni Krakowianin, Rządkowski Mazur i Franciszek Grabowski dawniej podstarosta krasnostawski, a za Królestwa Polskiego kasztelan i później wojewoda. Ci dwaj ostatni jeszcze nawet golone głowy zatrzymali. Byli to dawni prawnicy polscy, biegli w woluminach legum i w sprawach krajowych, nader pożyteczni rządowi Księstwa, a szczególniej Radzie Stanu, która razem składała Sąd Kasacyjny, do której więc przychodziły czasem sprawy początkiem i swoim czasów jeszcze Rzeczypospolitej Polskiej sięgające, a zatem dawnym prawom polskim podległe. O nich nowe pokolenie słabe miało wyobrażenie, a wychowańcy rządu austriackiego i pruskiego żadnego.

     Marcin Badeni nie obcy żadnym przedmiotom pod rozbiór Rady Stanu przychodzącym, był tak znakomitym mężem z cnoty, z prawości, z rozsądku i dowcipu, iż należy o nim jako o wspólniku prac, i jako o przyjacielu obszerniej pomówię. Kto by go chciał dokładniej poznać w życiu jego publicznym, niech raczy przeczytać mowę moją na obrzędzie pogrzebu jego z urzędu miana. Nie moja wina jeżeli się tam znalazły pochwały, ten mąż to sprawił, że same proste opowiadanie czynów jego mieć może ten pozór. Badeni pod kontuszem, bez znajomości obcych języków, bez nauki był prawdziwym geniuszem w swoim rodzaju. Co innym mozolna praca, nauka i prawidłowe oczytanie nadaje, on otrzymał z przyrodzenia, to jest dowcip, przenikliwość, rozsądek, trafność sądu, wielkie i długie doświadczenie, a wśród niego bystre zapatrywanie się i zgłębianie rzeczy i ludzi. Żyjąc na dworze Stanisława Augusta, tymi zaletami umysł swój zbogacił. Ciągłe przebywanie z najznakomitszymi ludźmi kraju, tak szczęśliwe wyprowadziło skutki na polor i ogładę jego osoby, iż powszechnym zdaniem za najgrzeczniejszego pod szatą polską był miany, i w przysłowie narodowe obróciło się "grzeczny jak Badeni" co i Niemcewicz w pismach swoich powtórzył. Dowcip miał tak trafny, z taką zręcznością i delikatnością go używał, iż czy w publicznych, czy w prywatnych posiedzeniach, nieraz nim zabawił, rozśmieszył, a nigdy nikogo nie obraził. Mało gdzie bywał z powodu zatrudnień urzędowych, lubił swój dom, swój obiad i towarzystwo kilku dobranych przyjaciół, wszędzie był zapraszany, żądany, i mówiono jak o fecie jakiej zebranie, na którym się znajdował. Dom wojewody Ostrowskiego powszechnie nawiedzał wieczorami, do domu kasztelanowej połanieckiej na obiad zaproszenia nie odmówił i czasem w nim wieczór, przepędził. Zawsze miły, żartobliwy, wiele miał do mówienia o ludziach i sprawach wieku, gusta, wszystkich znał, z wszystkimi żył, o wszystkich dobrze mógł sądzić. Gdy w obecności jego mówiono po francusku, chociaż po niektórych słowach bystrością rozumu domyślał się o czym mowa, przez ciekawość atoli nieraz się zapytał przyjaciela o czym mówiono, nieraz nawet żalił się na siebie, że się tego języka nie nauczył. "Wprawdzie wzniósłbym się był może wysoko, a może i tak wysoko jakbym sobie nie życzył ze znajomością tego języka" mawiał do nas, i zaraz przytaczał anegdotę następującą: "Po rewolucji Kościuszki wysłany byłem przez księcia Stanisława Poniatowskiego [chodzi o bratanka króla, wielkiego podskarbiego litewskiego - przyp. MK] do Petersburga; powracając przejeżdżałem przez Rygę gdzie mieszkał generał Igiestrom [dokładniej Osip Andriejewicz Igelström, wojskowy i dyplomata, w latach 1793-1794 rosyjski minister pełnomocny w Polsce - przyp.MK], którego cesarzowa Katarzyna za powstanie warszawskie usunęła od dowództwa i Rygę mu na mieszkanie przeznaczyła; uwiadomiony o moim przejeździe wezwał mnie na obiad do siebie, i wszedł ze mną w rozmowę o niedawnych wypadkach, żalił się szczególniej na niesprawiedliwość i intrygę moich współziomków Padłem ofiarą - rzekł - mojej ufności w osobach które mnie zdradziły, oskarżono mnie przed monarchinią o zbytnią surowość względem Polaków, i o rozdrażnienie ich ducha. Nie byłem tak surowy jak tego rozkazy imperatorowy wymagały, może zasłużyłem przez to na niełaskę monarchini, lecz nie na nienawiść Polaków; przecież mnie potępiają i szkalują; wymawiałem moich ziomków, i wszedłem z nim w rozbiór przyczyn, które i zawiązały i przyspieszyły powstanie. Zgoła wdaliśmy się w rozprawę polityczną. Rozmawialiśmy ja językiem polskim, on rosyjskim, gdy przyszło do pożegnania rzekł do mnie: Jaka to szkoda że Waćpan nie umiesz po francusku, byłbyś był pewnie na te trudne czasy zdolnym króla ministrem. - I byłbym wisiał odpowiedziałem zaczął się śmiać do rozpuku z mej odpowiedzi i rzekł: Masz przyczynę, wysokie stopnie są w takich czasach niebezpieczne, szczęśliwy kto ich nie pragnie."

     W Bejscach trawiliśmy chwile nader swobodne póki Konfederacji Generalnej, od której się już był książę Adam Czartoryski generał ziem podolskich marszałek jej oddalił do Sieniawy, nie powołał na posiedzenia wice-prezes Rady Stanisław ordynat Zamojski. Badeni okazywał nam swoje gospodarstwo, swoje piękne zabudowania. Majętność swoją ozdobił pięknym domem, raczej pałacem przez architekta Kubickiego porządkiem włoskim z kolumnami wystawionym, i do fortuny właściciela szczelnie przymierzonym, na którego przyczółek sam Badeni dał napis: Praca darzy spoczynkiem. Gdyśmy podziwiali jego piękny i obszerny majątek, rzekł do nas: "Los mi wprawdzie posłużył, mało mając po rodzkach, przyszedłem do znakomitego majątku teraz mi do dwukroć sto tysięcy złotych przynoszącego, winienem go szczęśliwym zdarzeniom, sobie samemu, a wielką część i początek jego, książęciu Stanisławowi Poniatowskiemu podskarbiemu wielkiemu koronnemu synowcowi królewskiemu, który posługi moje wiernie i szczerze dopełnione, z królewską wspaniałością i hojnością wynagrodził. Dobre czasy, popłata zboża powiększyły go. Wielu zazdrosnych dziwi się skąd do tak znakomitego mienia przyszedłem, wiedzą że zarządzałem dobrami stołowymi króla, które książę Stanisław dzierżawą trzymał. Może mnie posądzają że szedłem drogą ubitą, przez tylu niewiernych wyręczycieli w interesach panów. Wytłumaczę się przez dokumenta, skąd i jak sama fortuna do mnie przyszła. Wiecie że brat mój rodzony rejent koronny zostawał przy królu Stanisławie w jego gabinecie. Widząc iż król ciągle szarpany w dochodach z dóbr swoich stołowych, to przez Tyzenhauza, to przez następcę jego Rzewuskiego marszałka, żali się i w ciągłym będąc niedostatku szuka człowieka któremu by mógł powierzyć dozór administracji tych dóbr, brat więc mój nastręczył mnie królowi, to zbliżyło mnie do osoby Stanisława Augusta, i do jego rodziny. Była to właśnie chwila, w której król zaproponował synowcowi swemu, aby przyjąwszy na siebie wszystkie ciężary, wydatki, pensje i t. d. te dobra obciążające, wziął je bądź w administrację, bądź w dzierżawę, zarządzał niemi jak mu się podoba, wszystkich zysków poszukiwał dla siebie, byleby królowi do szkatułki jego na potoczne wydatki sto tysięcy czerwonych złotych wypłacał. Książę się wahał, ale chcąc wiedzieć z dokładnością, ile może królowi dochodu bez swojej straty zapewnić, użył mnie do zwiedzenia i do wybadania intraty tych dóbr. Zwiedziwszy, wybadawszy, zaręczyłem księciu z wszelką pewnością, iż płacąc królowi 100 000 dukatów, może mieć niezawodnego dla siebie zysku 50 000 czerwonych złotych, jeżeli gospodarstwo poprawi, z zaniedbania dobra podźwignie, i w niektórych czynsze postanowi. Książę Stanisław już mnie dobrze znając zastanowił się, a potem rzekł do mnie: Podejmże się administracji z zupełną władzą zaprowadzenia wszelkich ulepszeń. Ja na twoje słowo z królem układ zrobię. Jeżeli dasz corocznie bez zawodu 150 000 czerwonych złotych, reszta zysku będzie twoją, lecz musisz mi zaliczyć z góry pierwszą ratę, która do 30 000 dukatów wynosiła. Prosiłem o kilka dni do namysłu, najwięcej chodziło o pieniądze. Obiegłem bankierów, wytłumaczyłem im rzecz, znalazłem kredyt, i przyjąłem administrację i jej warunki. W pierwszych latach mało było zysku za moje trudy, lecz w następnych dochodziły od 100 do 300 000 złotych. Oto macie rejestr, z których się otwarcie i jasno księciu Stanisławowi tłumaczyłem, nie tając zysków. Książę podpisywał rejestr, cieszył się i oceniał moją otwartość, rzetelność i ufność. Po podziale Polski, ekonomie królewskie wpadły pod panowanie rosyjskie, król po abdykacji został na pensji trzech dworów. Skończyła się administracja księcia Stanisława Poniatowskiego, potrzeba było oddać dobra rządowi rosyjskiemu. W tych dobrach były znaczne remanenta zbożowe, składy i zapasy, papiery i akta, jedne do króla, drugie do księcia Stanisława należące. Podałem ich spis księciu Stanisławowi, interes był trudny, mozolny, nawet kosztowny, z oficjalistami rosyjskimi. Książę przejrzawszy akta rzekł do mnie: Jedź oddaj dobra, a bylebym ja był wolny od wszelkich do mnie pretensji, odstępuję ci tych wszystkich remanentów, na koszta bez których się nie obejdzie, na nagrodę twojego dla mnie poświęcenia i pamiątkę mojej wdzięczności. Te remanenta uczyniły kilkakroć sto tysięcy. Stąd te fundusze na kupno Bejsc z przyległościami od Hieronima Sanguszki wojewody wołyńskiego. Stąd nabycie Kołaczkowic, Ruszcy, Branicy i t. d. z których zebrany majątek powiększył się tanim i szczęśliwym kupnem dóbr, drogą, sprzedażą zboża na złoto, a opłacaniem wydatków i podatków bankocetlami." Jakoż dowody tego wystawił przed nasze oczy, dodając: "W miarę wpływów jakie miałem mało zrobiłem, ale nie uwierzycie ile mnie kosztowały ofiary dla nieżyczliwych, dla zazdrosnych, opłaty niewiernych i zdradliwych ludzi, niema szczęścia bez goryczy, z pomyślnością trzeba się kryć przed ludźmi. "

     Gdy oddalał się na jaką parę godzin, bądź na wizytę w sąsiedztwo, bądź na objazd folwarków, czasem mnie brał z sobą, czasem zostawiał, ażebym się nie nudził oddawał mi klucz od biblioteki i archiwum, w którym stare i najważniejsze papiery złożone były. Biblioteka była obok apartamentu syna na drugim piętrze, wszedłszy do niej ze mną rzekł: "Masz francuską i polską, pierwszą nabyłem ryczałtem dla syna, drugą zbierałem dla siebie. Lubisz czytać to cię zostawię póki nie wrócę, potem pokażę ci ważniejsze rzeczy w archiwum." W bibliotece polskiej znalazłem prawie wszystkie ważniejsze dzieła z panowania Stanisława Augusta i kilkanaście kronik i dzieł historycznych dawnych jako to: Długosza, Kromera polskiego i łacińskiego, Bielskiego, Piaseckiego, Łubieńskiego, a nawet dzieła Orzechowskiego, Górnickiego, i niektórych klasyków łacińskich. Biblioteka francuska była liczniejsza, zamykała parę tysięcy książek, ale niekompletnych, i niezalecających się wyborem. Gdy zapytałem go o przyczynę tej niedokładności biblioteki francuskiej, rzekł do mnie: "Ja po francuska nie umiem, kupiłem ją ryczałtem, kupiłem ją za 500 dukatów od pana N. N. jedynie dla tego, aby o mnie źle nie mówił. Patrzaj na tę spinkę, na ten pierścień brylantowy, to nie warte jak sto dukatów, dałem za nie 300 temu samemu przyjacielowi, który mnie obdarzał biblioteką. Wino niby stare, którym was czasem częstuję przy stole, pochodzi z haraczu, który na mnie nałożył. W Krakowie lepszego za mniejsze pieniądze dostanie, lecz Krakowianin, współziomek, przyjaciel, a razem surowy przestrzegacz cudzych czynów, sam tylko sobie przypisujący cnotę delikatności, i nieugiętość duszy, tak sobie płacić każe. "

     Gdy mnie wprowadził do swego archiwum, w którym pliki ogromne papierów i grube wolumina w starożytne okładki oprawne ułożone były, tak rzadkie i nieocenione skarby znalazłem, żem wyjść nie mógł z zadziwienia, pochodziły one z daru księcia Stanisława Poniatowskiego, a wprzód rozrzucone były po gabinetach i archiwach króla, po składach w dobrach stołowych królów polskich. Synowcowie królewscy książę Stanisław i książę Józef, nie dbali o nie, nie znali i nie cenili ich wartości, i pierwszy wraz z remanentami zbożowymi odstąpił je Badeniemu. Znalazłem tam rachunki Bonara z Wieliczki, rejestra ekonomiczne przychodów i wydatków rodziny Jagiellońskiej, przemiary dóbr za Zygmunta Augusta i urządzenia z następnych aż do Stanisława Augusta czasów. Z jego zaś gabinetów nie tylko rozmaite korespondencje i bruliony listów ręką króla pisane do obcych dworów, lecz i korespondencję z partykularnymi. Znalazłem tam memoriały wszystkich prawie województw, w grube wolumina oprawne, i ręką króla parafowane. Na marginesach piórem jego notowane odpowiedzi. Między niemi, dostrzegłem nakreślony plan i myśli do wierszy na Ruinę Jezuitów i na końcu ten napis: kochany Naruchu dziś nakryśli łem coby można napisać na upadek twego zakonu, tak znakomitego i tak powszechnie żałowanego, jeżeli ci się myśli zdają godnemi, odziej je twoim pięknym wierszem. Jakoż porównawszy to tło królewskie z wierszem na Ruinę Jezuitów w dziełach rymowych biskupa smoleńskiego umieszczonym, znalazłem go słowo w słowo zgodnym z rzuconą myślą królewską, a tak dowiedziałem się że rymy tylko do Naruszewicza, myśli i obrazy do uczonego Stanisława Augusta należą. Lecz coś uważniejszego wpadło pod moje oko, kopie korespondencji Stanisława Augusta prowadzonej z Katarzyną po ustanowieniu Konstytucji 3 maja, już nawet z naradzenia się ze strażą przez tą konstytucją do boku królowi dodaną, w której zasiadali marszałek sejmowy Małachowski, Ignacy Potocki, Kołłątaj, Ostrowski itd. Czytałem minutę listu króla własną jego ręką pisaną, mazaną i poprawianą, w którym król już po wypowiedzeniu wojny przez Rosję, i zawiązanie już konfederacji targowickiej starał się imperatorową skłonić do pojednania się z Polską i ofiarował koronę W. księciu Konstantemu. Czytałem i odpis imperatorowy, w którym żaląc się na sejm r. 1788 i na starganie przez niego dawnych związków z Rosją, dziękuje królowi za życzliwą chęć wrócenia do nich, dziękuje za ofiarę, wzywa aby w dowód szczerości swoich oświadczeń przystąpił do konfederacji targowickiej, a potem dopiero negocjacje będą mogły być rozpoczętymi. Odzywa się do światła króla, iż gdy zgłębi obecne położenie obydwóch państw, sam przyzna iż co by się było dało z łatwością i korzyścią, dla obydwóch narodów przy wzajemnej ufności uskutecznić, po tym co nastąpiło na sejmie r. 1788 musi być z rozwagą i z ostrożnością badane nimby przedsięwzięte być mogło. Wiele w tym archiwum znalazłem światła do historii panowania Stanisława Augusta, wiele nabyłem nieznanych mi wiadomości.

     W smutnym położeniu kraju i naszym, trawiliśmy przyjemne chwile w Bejscach, gdy nas odezwa Stanisława ordynata Zamojskiego wice-prezesa Rady Konfederacyjnej Generalnej do Krakowa powołała. Zdziwiło nas wezwanie, i przyjechawszy udaliśmy się zaraz do p. Zamojskiego, ten rzekł: "Musiałem otworzyć posiedzenie Rady Konfederacyjnej na żądanie członków tu przytomnych i naleganiu p. Bignon ministra francuskiego, wiecież w jakim celu? I o co chodzi? O to nasi młodsi koledzy podburzeni przez p. Bignon chcą i wymagają od Rady Konfederacyi, aby odsądziła od czci i honoru księcia Eustachego Sanguszkę jako marszałka konfederacji wojewódzkiej za to, że porzucił służbę i bez wzięcia urlopu lub dymisji, oddalił się z kraju. Książę Eustachy był blisko spokrewniony z p. Zamojskim przez żonę, był wielkim przyjacielem Badeniego, ja i z ojca, i z siebie, i z nim, i z ojcem jego wojewodą wołyńskim, miałem dobrą znajomość, znany był w kraju i z sejmu konstytucyjnego i z rewolucji Kościuszki za jednego z najgorliwszych patriotów i najwaleczniejszych rycerzy. Bardzo był lubiony od księcia Józefa Poniatowskiego, młodość z sobą wspólnie przepędzili; wprawdzie ojciec jego wojewoda wołyński, człowiek zacny, poczciwy, lecz słaby nie znalazł w sobie dość mocy do odmówienia narzuconych sobie przez cesarzową Katarzynę honorów, i przywdział mundur generała-lejtnanta wojsk rosyjskich, co dobrego Polaka syna jego niezmiernie trapiło. Chcąc więc zatrzeć to wspomnienie, skoro ostatnia wojna rosyjska z Francją wybuchła i Królestwo Polskie w Warszawie ogłoszone zostało, książę Eustachy gotował się połączyć się z wojskami narodowymi, skoroby te na Wołyń weszły, a gdy zmienna kolej wojny, w tej stronie kraju nie pozwoliła mu być czynnym, przekradł się do Warszawy i przystąpił do Konfederacji, pragnął ale nie mógł wejść do wojska, gdyż polskie szeregi już walczyły za Dźwiną, doczekał się więc katastrofy Moskwy cofania się wojsk francuskich i wezwania pospolitego ruszenia przez Konfederację Generalną; niebacznie zapragnął być marszałkiem którego departamentu, i przez przyjaciół czynił o to starania u członków Radę Konfederacji składających. Próżno mu odradzał przyjaciel jego Badeni z przyczyny już chwiejących się losów Napoleona i nadziei polskich, próżno mu wystawiał że już niepożytecznie osobę swoją, ojca i ogromny majątek naraża na zgubę, i odejmuje sobie sposobność usłużenia krajowi w pomyślniejszych, gdyby te nadeszły chwilach, próżno mu książę Józef powróciwszy do Warszawy z niedobitkami przemarzłego wojska to samo powtórzył, w szlachetnym, lecz mniej rozważnym zapale wytrwawszy, prosił i otrzymał nominacji na marszałka czyli regimentarza. Ta wiadomość przeraziła gwałtownie ojca jego księcia Hieronima mieszkającego w Sławucie w kraju zajętym przez wojska rosyjskie. Obawa i zgryzota złamały go i nagle umarł. Książę Eustachy dowiedziawszy się o śmierci ojca w trudnym i bolesnym znalazł się położeniu. Z narażeniem osoby swojej, lecz ufny w protekcją księcia Adama Czartoryskiego będącego wtedy na Wołyniu, bez uprzedzenia ks. Józefa Poniatowskiego, pod którego komendę marszałkowie wojewódzcy poddanymi przez Radę Konfederacji zostali, oddalił się z Warszawy i pospieszył na Wołyń do żony i dzieci. Otóż ten krok jego równie nierozważny jak pierwszy, Bignon minister francuski uznał za szkodliwy i zabijający ducha publicznego, o który więcej dbał Napoleon w czasach nieszczęścia jak szczęścia, uważał go nawet jako szkodę przynoszący interesom Polski przez wzniecenie podejrzenia w umyśle cesarza o przychylności do jego osoby i wdzięczności narodu polskiego, które podejrzenie usprawiedliłaby i wzmocniła Rada Generalna pobłażaniem dla winnego. Tymi twierdzeniami przeraził i namówił kilku młodszych członków Rady do uczynienia wniosku, aby sąd na księcia Sanguszkę wyznaczony został, a gdy kara osoby nieobecnego dosięgnąć nie mogła, aby w razie zapadnięcia surowego wyroku, na wizerunku jego spełnioną została. Gdy nam p. Zamojski oświadczył z smutkiem powody zwołania Rady na posiedzenie, w naszym przekonaniu uznaliśmy wniosek niepożytecznym krajowi, a zatem szkodliwy przez niebaczne ohydzanie się przed obcymi, i w tym przekonaniu zeszliśmy się na posiedzenie. Prócz innych powodów tyczących się sławy naszego kraju, i ocalenia honoru zacnego człowieka i dobrego Polaka, który tylko podwójnej nieroztropności stał się winnym, zrobiliśmy sobie uwagę, iż inicjatywa rzeczy nie mogła pochodzić od Napoleona, lecz jest wynalazkiem samego ministra, może w tym razie niedość zręcznego. Napoleon wiedział dobrze że po proklamacjach cesarza Aleksandra, a po jego klęskach duch w sprzymierzeńcach się zachwiał, wiedział ze i w Polsce różne są mniemania i niepewności, przecież w chwilach owych, w których Prusy go odstąpiły, wolał mieć utajone przed światem zachwianie się innych sprzymierzeńców jak głoszone, wolał ażeby mniemano że Polska wierzy w jego losy i wiernie się go trzyma, jak żeby ujrzano że i ona się chwieje. Ale część członków Rady konfederackiej natchniona przez ministra francuskiego już z umówionym zdaniem przyszła na posiedzenie i zaraz po zagajeniu sesji przez p. Zamojskiego jeden z nich wystąpił z wnioskiem wykazującym konieczność sądzenia ks. Sanguszko przez Radę Konfederacji. Ci którzy to zdanie popierali, byli pewni większości. Rada albowiem składała się z ośmiu członków, i z dziewiątego, sekretarza, za wnioskiem oświadczało się pięciu przeciw niemu, p. Zamojski, Gołaszewski biskup, Badeni i ja. Na próżno wystawialiśmy, że jak sama Konfederacja zawiązaną została w celu politycznym, tak aktem swoim tylko władzę polityczną zlała na Radę, że jeżeli przewinienie jest polityczne, Rada mogłaby tylko wnieść oskarżenie lub wezwanie do rządu aby prokuratorowi rozkazał zaskarżyć winnego przed sądem. Gdzież tu jest prokurator? Gdzie sąd kryminalny? Kraj cały wojskami nieprzyjacielskimi zajęty. Zechcesz Rada Konfederacji przywłaszczać sobie moc sądowniczą, której Sejm Konfederacji jej nie użyczył, tak jak nie udzielił mocy rządzenia krajem. Przypuściwszy że Rada wszystkie władze w sobie jednoczy, więc sama sądzić będzie, lub sąd wyznaczy, i wskazać musi w każdym razie podług jakich praw obwiniony marszałek sądzony będzie. Nic nie wskórały nasze uwagi. Rada uważała się za wszechwładną, chociaż Badeni z zwykłym swoim dowcipem nazywał ją tylko kapelą do grania ziomkom marsza. Już wniosek miał przejść pod głosowanie. Poseł Skórzewski, członek Rady, wahał się jeszcze, jego kreska mogła była przeważyć szalę na naszą stronę, gdy mnie przyszła szczęśliwa myśl aby poddać pod sąd Rady następującą uwagę. "Rada w dyskusji obecnej uważała marszałków wojewódzkich za osoby cywilno-polityczne i jedynie podległe jej władzy. Zapomnieliśmy wszyscy, że marszałkowie są osobami wojskowymi i podlegają prawom wojskowym, a gdyby nawet nie uważać ich pod tą postacią, to stali się wojskowym przepisom ulegli, skoro Rada Konfederacji poddała ich pod zwierzchnią komendę wodza naczelnego wraz z całym pospolitym ruszeniem. Nie wiemy więc jakby książę Józef Poniatowski w tym wypadku postąpił sobie. Nie godzi się nam wdzierać się w prawa księcia i w prawa któreśmy na niego zlali. Co by powiedział, gdybyśmy przywłaszczając sobie jogo atrybucję osądzić chcieli którego z jego generałów? Marszałkowie od czasu objęcia nad nimi komendy wodza naczelnego siły zbrojnej, są jenerałami i jedynie jego zwierzchności podlegają, nie tylko więc porządek rzeczy wymaga aby się nie wdzierać w zwierzchność księcia, lecz sama delikatność dla jego osoby radzi, aby bez zapytania go, i bez udziału jego nic przedsiębrać, i nie zabierać się do postanowienia, jest więc moim wnioskiem - dodałem  - aby księcia Józefa dla porozumienia się z nami zaprosić na jutrzejsze posiedzenie." Zamilkli wszyscy, poparli mnie p. Zamojski, Badeni, Gołaszewski, i Linowski znalazł wniosek słusznym, i zadecydowano zaproszenie księcia. Po sesji p. Zamojski i Badeni rzekli do mnie, "Uratowaliśmy Sanguszkę i razem umiarkowanie Rady." Nazajutrz przyszedł na posiedzenie książę Józef. Z obowiązku sekretarza wygotowałem protokół wszystkich sporów i zdań. Wódz naczelny słuchał cierpliwie, na koniec się odezwał: "Kiedy panowie z chlubną dla mnie ufnością szukacie mego zdania, powiem je otwarcie. I tak obcy aż nadto nas szkalowali i szkalują, po co się przed nimi przez własne usta ohydzać bez żadnej dla kraju korzyści. Książę Sanguszko dwa razy nierozważnym się okazał, płocho się podjął marszałkostwa, z większą jeszcze płochością je porzucił. Wszakże mógł się od niego przyzwoicie uwolnić. Byłem jego przyjacielem, miał mój szacunek jako dobry Polak i waleczny żołnierz, ten czyn jego rozłącza nas na zawsze. Jeżeli panowie chcecie przyjąć moje zdanie, przestaniecie na tym, abym ja jako jego zwierzchnik dał mu dymisję, a dam mu ją w sposób taki, że stanie się dla niego dostateczną karą. Kopię jej prześlę Radzie." Gdy Linowski i Skórzewski przystali na zdanie księcia inni non tam libenter quam reverenter zgodzić się musieli, i tak się uspokoiła ta burza grożąca osła wiernym zacnego człowieka, dobrego Polaka, który jeszcze mógł być sprawie krajowej użytecznym, a który tylko stał się winnym niebaczności na porządek służby.

     Kraków był podówczas stolicą małego obrębu Polski do którego się wojsko, rząd, Konfederacja, i wszyscy prawie dobrzy obywatele schronili. A tak Polska miała dwie stolice i dwa rządy. W Warszawie władał Rząd Tymczasowy polsko-rosyjski przez cesarza Aleksandra ustanowiony, W Krakowie rząd polski kierowany i strzeżony przez ministra francuskiego Bignona. A tak rozdzielony kraj między dwóch walczących z sobą opiekunów chwiać się w duchu zaczął, którego z nich losom i oświadczeniom ufać, od którego zbawienia się spodziewać. Znał to minister francuski; żeby więc odwrócić umysły od badania i zastanawiania się nad swoim położeniem, wymyślał rozmaite zabawy, uczty, tańce dla mieszkańców, zachęcał do dawania ich i zapraszania na nie, możniejsze domy naglił aby ożywiały ruch towarzyski, a tak przez trzy miesiące w których wojska polskie zbroiły się w Krakowie, stolica ta w smutnym położeniu kraju, przedstawiła najszczęśliwszą i najweselszą postać. Co dzień obiady, szlichtady, kawalkady, wieczory, bale; co wszystko na umysłach poważniejszych bolesnym uczuciem odbijało przy widoku z wałów czatów, i spis kozackich, prawie o milę od Krakowa dostrzeganych, przy widoku niedostatku kas publicznych, nędzy prostych żołnierzy, nieporządku i nieładu w szpitalach, z których po nocach trupów wywożono i gubiono po drodze, tak iż zdarzyło się, że tancerze powracający z balów w nocy po ciemnych ulicach potykali się na nich. Nie można było żadnymi uwagami i przestrogami, wstrzymać niepojętego szału tej ginącej Jerozolimy, głos rozsądku zagłuszało mnóstwo młodych, urodziwych, strojnych oficerów, nie pewnych dnia jutrzejszego a więc chcących dzień dzisiejszy wesoło przebyć. Podbudzała do tej wesołości wielka liczba pięknych, dobrze wychowanych, córek, wnuczek, wychowanie poważnych i pobożnych matron, które wciągnięte w ten wir przez młodzież przesadzały się w domach swoich na te zabawy, w których brali udział najpoważniejsi mężowie i urzędnicy, dla przypodobania się ministrowi francuskiemu, i dla durzenia ziomków swoją wesołością. Na jednym z wieczorów tańcujących u Małachowskiej wojewodziny krakowskiej, widziałem p. Stanisława Potockiego prezesa Rady Ministrów już wtedy starca skaczącego w kadrylu. Wyznać muszę, iż jeden dom państwa Zamojskich, chociaż się udzielał nie mogącym być uniknionymi zabawom, u siebie żadnych nie dawał. Jakoż nikt mniej jak pani Zamojska nie miała się z czego cieszyć. Dobra Polka już ona za swoje przywiązanie do ojczyzny, miała sobie wzbroniony wraz z mężem wstęp do Galicji, która była dla Polaków jedynym schronieniem od oręża rosyjskiego w obecnej chwili. Ojciec i mąż przewodniczyli w sprawie wspieranej przez cesarza Napoleona, brat zasiadał w Warszawie i prowadził sprawę pod opieką cesarza Aleksandra. Nie wszyscy, więc dzielili to krakowskie odurzenie, szczególniej gorszył się nim Badeni i generał Kniaziewicz. Pierwszy wyrzucał w poufnych rozmowach matronom krakowskim zapomnienie o losach obecnych Polski, ale na próżno, drugi głośno utyskiwał. Raz wpośród smutnej z tego powodu rozmowy, Badeni odezwał się do mnie: "Jest tu was kilku literatów i pisarzów, którzy wojujecie piórem i wiersze piszecie, ruszacie ramionami na te szaleństwa i milczycie, gdyby tu był Molski nie puściłby płazem tego zgorszenia, które charakter nasz narodowy na szyderstwo obcych wystawia, bo pewny jestem że śmieją się z tych zabaw ci sami, którzy do nich zachęcają." Kniaziewicz z większym jeszcze oburzeniem przemówił i naglił, abym kilka wierszy rzucił sub ignoto [łac. jako nieznany, tu: pod nieznanym nazwiskiem - przyp.MK]. "Ale to się nie utai - rzekłem - i ja sekretarz Konfederacji napoleońskiej, wystawię się na naganę i może prześladowanie. - Zmiłuj się - odrzekł ja sam je rozrzucę i utaję." Napisałem więc w duchu satyrycznym kilkanaście wierszy pod tytułem Na tańcujący Kraków, przyniosłem i oddałem generałowi Kniaziewiczowi, on je zapieczętował w list, i kazał sobie lokajowi jakby z poczty warszawskiej oddać, gdyż ja dla odwrócenia posądzeń tok wiersza Molskiego przybrałem. Lokaj oddal list Kniaziewiczowi w przytomności kilku osób. Generał wiersze przeczytał, pozwolił rozpisać kopie, sam je rozdawał, i tak rozbiegły się po mieście. Dopiero się wszczął hałas, wrzawa, gniewy. Szukano w myśli autora, gubiono się w domysłach, przecież z toku wiersza nikt nie wpadł na mnie. Ileż nie zrobiono fałszywych wniosków, przygan, najdziwniejszych zastosowań do osób, podburzono nawet księcia Józefa tym wierszem: 

     Było komu kraj niszczyć, nie ma komu bronić. 

     Co się odnosiło nie do wojska polskiego, lecz do sprzymierzonych Sasów i innych Niemców. Rozdrażnione kobiety stosując niektóre wyrazy do tych, których dotknąć autor nie myślał, kobiety podburzyły młodzież. Otóż mnóstwo wierszopisów krakowskich wystąpiło z satyrami, z odpowiedziami, z przyganami. Najśmieszniejsze były te, które rozwinęły całą erudycją o początku tańców, o wziętości ich u wszystkich narodów, leciały wiersze, wierszydła jak grad; tańce w prawdzie ustały, ale zaczęła się polemika wierszowa, dopiero Franciszek Morawski jędrnym i tęgim wierszem ją zgromił i do milczenia przymusił. Z czytelników moich wierszy, jeden minister Mostowski domyślał się autora, gdy przyszedłem do niego zapytał mnie: Czy czytałem wiersze na tańcujący Kraków? Zacząłem ganić i wiersze, i zamiar mogący obrazić Francuzów. "A wiesz kto je pisał - zapytał mnie - ja wiem albo Molski, albo ty?" Gdy się wypierałem, prosząc aby mnie swoim domysłem nie wystawił na prześladowanie, i twierdziłem, że tok wiersza jest przeciwny memu rzekł: "Kto się chce ukryć nie trudno mu cudzy wiersz naśladować, lecz bądź spokojny sekret zginie między nami." W kilka lat potem gdy mieszkałem w Warszawie dowiedziałem się, że jeden z wierszopisów warszawskich przyznał się do tego wiersza, i wtedy dopiero odkryłem ich autora przed Morawskim.

     Wracam do Badeniego. Mąż ten prawy, cnotliwy, oświecony, rozumny, dowcipny, miły w towarzystwie, acz nieuczony, bo znał tylko historię swego narodu i literaturę ojczystą, używał w całej zupełności powszechnego i zasłużonego poważania i wziętości, wszyscy szukali jego przyjaźni, co szczególniejsza wszyscy najuczeńsi w kraju ludzie ubiegali się o związki z nim poufałe i ścisłe. Czacki, Śniadecki, Karpiński, wszyscy nauczyciele Akademii Krakowskiej utrzymywali z nim stosunki. Znaczeniem swoim u dwora i u możnych wielu pomagał. Karpiński jemu był winien, że w wiosce królewskiej dożywociem sobie nadanej, mógł w spokojnej starości w lutnię trącać. Mało było w kraju wielkich sporów między prywatnymi, żeby do nich na rozjemcę wezwany nie był. Wieluż testamentów nie był egzekutorem? Zgromadzenia u niego odznaczały się wyborem oświeconych i prawych osób, obiady nie wielkie, na które co tydzień poufałych przyjaciół spraszał, ożywiane były to rozmowami o sprawach krajowych, w których żywe spory najczęściej z sobą toczyli Staszic i Linowski, to potocznymi literackimi i naukowymi rozprawami prowadzonymi przez Niemcewicza, Osińskiego, Tarnowskiego, Sierakowskiego. Najprzyjemniejszą zaprawą tych uczt były dowcip, uprzejmość, wesołość gospodarza, który umiał zręcznie i delikatnie drażnić z sobą politycznych i literackich atletów. Niektóra młodzież celniejsza w kraju wzywana na te obiady wiele czerpała wiadomości i nauki, i lepiej się kształciła jak po biurach rządowych. Chociaż Badeni już lat 70 dochodził był silnego zdrowia, humor jego wesoły świadczył o nim. Nie lubił ludzi smutnych i tetryków. Raz przy mnie widząc przyjaciela doktora Szastra [chodzi o Jana Szastera, aptekarza i doktor medycyny, profesora Akademii Krakowskiej - przyp.MK] smutnym i posępnym, bo był cierpiącym, rzekł do niego: "Naśladuj mnie, bądź wesołym a będziesz zdrowym." Odrzekł mu Szaster: "Bądź zdrów a będziesz wesołym." Mimo atoli silnego zdrowia i utrzymywania się nader skromnego w jedzeniu i w piciu, raz na pokojach cesarskich dostał uderzenia krwi do głowy i zawrotu, zatoczył się i o ledwie nie upadł, zaprowadzony przez nas do domu przyszedł do siebie, i jeszcze potem lat kilka zdrowia używał, i podejmował z gorliwością publiczne posługi. Koleją prezes delegacji administracyjnej zastępca ministra skarbu po usunięciu się Matusewicza, zwrócił na siebie szczególne względy cesarza Aleksandra za nagromadzenie funduszów skarbowych. Namiestnik Zajączek niezmiernie go szacował i smakował w jego towarzystwie, a nawet rady jego z ufnością, przyjmował. Kiedy po śmierci ministra sprawiedliwości Franciszka Węgleńskiego zachodziła trudność w wyborze osoby na ten urząd, namiestnik który nienawidził prawników, którymi komisja sprawiedliwości obsadzoną była, nadspodziewanie powziął zamiar dania jej za przewodnika człowieka prawego i zdrowym rozsądkiem prowadzącego się całe życie. Wymawiał się Badeni nieumiejętnością prawa, lecz namiestnik użył wszystkich sposobów skłonienia go "Właśnie - rzekł do niego - potrzebujemy do tej komisji człowieka z zdrowym rozsądkiem, prawością i z jasnym objęciem do prowadzenia ludzi, których nauka wykrętami przeciwnymi sprawiedliwości obłąkuje, a ty właśnie masz ten przymiot." Podjął się Badeni i godnie odpowiedział nowemu powołaniu; zaufał między członkami komisji sprawiedliwości najwięcej Woźnickiemu radcy, ten zacny, oświecony, i dobrze uczony w prawach urzędnik ocenił rozsądek, chęci i prawość swego przewodnika i wspierał go radą. W twardych wypadkach gdy całe prawnictwo nic przeciwko sile mocniejszej władzy nie pomogło, trafność rozsądku Badeniego zasłaniała tę komisję od nieprzyjemności. Razu jednego W. książę rozkazał przywieść przed siebie posła Wincentego Niemojewskiego, który nie zastosował się do wydanych ubliżających członkowi Sejmu rozkazów. Rząd lękał się aby go W. książę nie kazał osadzić w więzieniu po audiencji, minister sprawiedliwości przedstawił go wobec innych ministrów. Gdym przyszedł do ministra spraw wewnętrznych Mostowskiego z zapytaniem co się stało z Niemojewskim, ten mi odpowiedział: "Co to jest prosty i trafny rozsądek, dziś winniśmy kilku słowom Badeniego zapobieżenie gwałtowi, który miał być zadany konstytucji, i oszczędzenie nam najprzykrzejszego położenia, prawdziwie cudu dziś na umyśle W. księcia dokazał." Badeni razu jednego w nocy słysząc hałas na ulicy wstał, i otworzywszy szybę od okna wyjrzał; w kilka godzin dostał nieznośnego bólu głowy. Za użyciem środków lekarskich ta głowa zlała się jakąś skorupiastą materią, tak iż musiał ją jedwabną czapeczką przykrywać, ta nieprzyjemność sprzykrzyła mu się i wezwał doktora Kindzla [dokładniej Filip Franciszek Ksawery Teofil Kinzel lub Kincel - przyp. MK]. Za użyciem przez niego środków głowa się wyłuszczyła, lecz humory czy materia uderzyła na żołądek, stracił apetyt, dostał małej gorączki, i słabnąć zaczął; w kilkanaście dni uczuł w nocy drętwienie nogi lewej i ręki, następnie objawił się paraliż, i już z łóżka nie wstał; gasł powoli przez kilkanaście dni z zupełną przytomnością umysłu, rozmawiając z rodziną i z obecnymi przyjaciółmi. Stałem przy jego łóżku w nogach, przypatrując się z smutkiem spokojnej lecz już śmiertelną bladością powleczonej twarzy jego, gdy rzekł do mnie z uśmiechem: "Cóż ty siwoszu dumasz nad swoim przyjacielem" wyciągnął do mnie rękę, ucałowałem ją, tej nocy skonał na ręku córki Konstantowej Popielowej, którą nadzwyczaj kochał, i która go pielęgnowała w słabości. Na żądanie rodziny acz uciśniony boleścią zrobiłem gwałt memu żalowi, i przy wyprowadzeniu zwłok jego przemówiłem do zgromadzonej publiczności. Przesłałem mowę moją Janowi Śniadeckiemu, odpisał mi zachęcając abym się zatrudnił zebraniem jego przysłowiów, jego dowcipnych spostrzeżeń ucinkowych, a zawsze trafnych i pełnych nauki dla młodszych, oryginalnych wyrażeń, rozrzucone po pamięci całej powszechności, przy pomocy tylko wielu osób, które go zapamiętają mogłyby razem być zebrane. Syn tego nieodżałowanego męża obdarzył mnie jego wizerunkiem sztychowanym, a zdjętym z jego portretu w młodszym wprawdzie wieku odmalowanego, lecz nader co do rysów twarzy i charakteru podobnego. Mam go zawsze przed sobą na mojej ścianie, i umieściłem pod nim następujący napis: 

     Prawy, czynny, gorliwy w całym życia wątka,

     Ziomek przysłowiem zrobił dar jego rozsądku, Świat był dla niego szkołą, ludzie księgozbiorem,

     I bez imienia mędrca stał się mędrców wzorem. 

     Syn wzniósł mu piękny nagrobek w kościele w Bejscach. Słuszny ten i wykształcony człowiek, wiedząc dobrze w jakiej przyjaźni żyłem z ojcem, że byłem powiernikiem wszystkich jego najskrytszych myśli, a nawet trosków domowych, odwiedzał mnie po kilkakrotnie w moim zaciszu wiejskim i nagadać się ze mną nie mógł o nie odżałowanym ojcu. Mnie on osądził najzdolniejszym do dania napisu na nagrobek i razem pomnik pobożności synowskiej; skreśliłem go przyjazną ręką a razem z najściślejszą prawdą.

     Rządkowski i Grabowski oba doskonali, biegli prawnicy w ustawach dawnej Polski, byli arcy-użytecznymi w Sądzie Kasacyjnym, do którego jak wyżej rzekłem przychodziły sprawy z dawnej Rzeczypospolitej Polskiej, i według opisu tych praw sądzone być musiały; praktycznie i jednakowo uczeni, żyli z sobą w ścisłej przyjaźni. Suknią narodową byli sobie podobni, charakterem i reputacją nieco się różnili. Rządkowski nieco przebiegły, czasem był stronny dla spraw przyjacielskich moribus antiquis [łac. starym obyczajem - przyp.MK] jak to pod księciem Józefem w sprawie Szymanowskiej rejentowej koronnej opisałem. Grabowski prawy, sprawiedliwy, religijny i aż do lękliwości sumienny, żadnym względom światowym nigdy się ująć nie dał, a do tych cnót wielkie doświadczenie i znajomość wybiegów prawniczych łączył. Stąd z wielką troskliwością nie tylko spraw słuchał, lecz nie ufając wystawieniom obrońców nie dał zdania póki pism prawników ze złożonymi dowodami pilnym okiem nie sprawdził. Nieugięty w swoim przekonaniu nieraz Sąd Kasacyjny od popełnienia skwapliwością lub ufnością błędu lub niesprawiedliwości zwrócił. Zdarzyło się nieraz, że gdy już sąd ten zabierał się po wnioskach prokuratora do wotowania, Grabowski jeszcze dokumenta czytał, wzywany od zniecierpliwionych członków do dania kreski odpowiadał: "Ja nie dam zdania póki się z dokumentów nie przekonam." Przekonawszy się na drogę sprawiedliwości często sąd naprowadził, nieraz wykrył fałszywe wystawienie rzeczy przez obrońców, i niedbałość w sprawdzaniu dowodów przez prokuratora. Opowiadał mi sam wypadek tego rodzaju, który się wydarzył w trybunale lubelskim, za czasów dawnej Polski, a w którym on jako deputat województwa lubelskiego zasiadał. Toczyła się sprawa wielką forsą między jednym magnatem przemożnym, a biednym jednowioskowym szlachcicem. Grono sędziów składało się po wielkiej części z jurgieltowanych przez tego magnata sędziów wybranych z województw ruskich, w których leżały dobra magnata, i innych z Wielkopolski i z Małopolski ujmowanych ucztami i datkami; ledwie kilku znalazło się ludzi nieskażonych i niepodległych, ci łatwo przewidywali znaczną za magnatem większość. Grabowski z dawnej swej mecenatury przypomniał sobie tę sprawę, gdyż był w niej obrońcą ubogiego szlachcica, i spostrzegł, że ten źle był broniony przez swego nie bardzo zdatnego adwokata, gdyż lepsi wszyscy byli zajęci przez możnego pana, a tu chodziło o drugi zgodny dekret, od którego już nulla redemptio [łac. brak wybawienia - przyp.MK]. Po skończonych induktach na ustępie gdy po krótkiej dyskusji już się zabierać miano do wotowania, Grabowski czytał jeszcze papiery. Zniecierpliwiony trybunał spiesząc się na obiad, który właśnie dawał magnat i naglony przez Achatesów [od mitologicznego przyjaciela Eneasza Achatesa, tu: poprzecznicy, zwolennicy - przyp. MK] jego do głosowania, aby mu przed obiadem dobrą wiadomością o wygranym procesie strawniejszym jedzenie uczynić, zaczął się brać do głosowania. Próżny był opór tych, którzy radzili na kreskę Grabowskiego poczekać, zaczęto wołać na niego: "Niech pan lubelski porzuci czytanie i zdanie swoje powie, gdyż będziemy bez niego wotować. - To jest sprawa dawna, ważna, zawikłana - odparł Grabowski - potrzebuję dłuższego czasu dla powzięcia przekonania, proszę wotowanie odłożyć na popołudniową sesję." Zawołano "Panie marszałku, prosimy o kreski." Jakoż biedny szlachcic znaczną większością głosów, najlepszą sprawę przegrał; lecz Grabowski do wotowania nie należał, nawet na obiad nie poszedł z sali sądowej, i papiery czytał. Gdy się trybunał na poobiednią sesję zgromadzać zaczął. Grabowski się odezwał: "Przeczytałem papiery i przekonałem się, że macie na sumieniu biednego szlachcica, którego wasz wyrok niesprawiedliwy obrał najniesłuszniej z majątku", i wytłumaczył im całą sprawę, a oraz widocznymi dowodami poparł. Trybunał zawstydziwszy się swojej skwapliwości przedsięwziął wnieść na posiedzenie, że gdy wyrok przeczytany i ogłoszony nie był, należy po wytłumaczeniu sprawy przez deputata lubelskiego do nowego wotowania przystąpić; lecz w takim razie według praw organicznych sądownictwa jeden członek przeciwny mógł zatamować rzecz. Jakoż znalazł się śmiały jurgieltnik co stanąwszy opornie nie dopuścił zmiany wyroku, i wyrządzona niesprawiedliwość w swojej mocy została.

     Wiem jeszcze o jednym jego czynie malującym prawość, nieskazitelność jego sumienia. Będąc mecenasem miał w swojej obronie sprawę podobnie ubogiego szlachcica. Sprawa zdawała się jeszcze odległą, kilkanaście ją innych poprzedzało, mógł więc śmiało oddalić się na parę dni z Lublina. Troskliwy jednak, żeby przez jaki nadzwyczajny przypadek sprawa nie przypadła w czasie jego nieobecności, polecił ją nie tylko jednemu z najzdolniejszych dependentów, lecz uprosił jednego z mecenasów aby go wyręczył, prócz tego w każdym razie kazał sobie sztafetą dać znać, gdyby sprawa blisko przywołaną być miała. Odjechał albowiem o sześć mil od Lublina. Właśnie nad wszelkie oczekiwanie sprawa się przysunęła, sztafeta dla spadłych wielkich śniegów spóźniła się, on przemieniając konie, chociaż pojazd porzucił, i jak kurier przedzierał się przez zaspy konno, już na czas nie podążył, i szlachcic mimo przyzwoitej obrony, bo sprawa była wątpliwa, przegrał. Grabowski zgryzł się tym wypadkiem i dręczył się, chociaż sumienie żadnego mu wyrzutu czynić nie mogło, jednak zachorowawszy później gdy testament pisał, przegraną przez szlachcica summę kilkanaście tysięcy wynoszącą z swego majątku zapłacić mu kazał, jakoż wróciwszy potem do zdrowia sam się z niej uiścił. Mało jest a może wcale nie ma prawników z tak delikatnym sumieniem.

     Żył on z Badenim w ścisłej przyjaźni, równi sobie w prawości, równie byli umartwionymi w małżeńskim pożyciu. Znosili oni ciężkie utrapienia życia. Grabowski przez religią aż do śmierci ulegał swemu małżeńskiemu przeznaczeniu. Badeni majętniejszy i mniej cierpliwy okupił się od wspólnego mieszkania udziałem znacznej pensji, jednak nie uwolnił się od wizyt małżonki. Raz wychodząc z Rady Stanu późno, i uchybiwszy obiadu, na który był zaproszony rzekł do Grabowskiego: "Dziś jestem bez obiadu, trzeba gdzieś go w traktierni [tu: jadłodajnia - przyp.MK] poszukać." Grabowski więc zaprosił go na obiad do siebie, z którym go żona jego czekała. Przybyli więc oba do pani Grabowskiej nieuprzedzonej, że jedna osoba więcej siądzie do stołu, za co biedny Grabowski przez cały czas znosić musiał wymówki i łajania. Gdy się obiad skończył gospodarz wziąwszy gościa na bok przepraszał go i tłumaczył zły humor żony, Badeni odpowiedział mu z uśmiechem: "Oddane, to rzeczy, jak moja żona przyjedzie, zaproszę cię na obiad i z lichwą, ci odpłacę."

 

Pamiętniki Kajetana Koźmiana, cz. 7
(wybór)

Dla serwisu opracował: Maciej Kowalczyk


Aleksander Linowski 
 

     Aleksander Linowski był bez wątpienia jednym z najznakomitszych radców stanu równie z rozumu, talentów, wymowy jak patriotyzmu. Jeżeli był niższym w nieprzygotowanej wymowie od Stanisława Potockiego, a szczególniej od Tadeusza Matusewicza, za to był od obydwóch wyższym, treściwszym, jędrniejszym w przygotowanej lub pisanej. Patriotyzm jego był czysty i niepodejrzany, lecz w posługach publicznych umiał sobie wybierać stopnie dogodne jego osobistym interesom, nie dla korzyści uwłaczających szlachetności jego charakteru, lecz przez pewien rodzaj próżności, i zbyt może o sobie wygórowanego zarozumienia. Głosząc zawsze prawidła cnoty, ofiar i poświęcenia, nie zawsze poświęcał swoje widoki osobiste w sposób jakiego od innych wymagał. Zawsze sądził się upokorzonym, gdy kogo bądź z osób bliskich siebie wiekiem choć zasłużeńszych widział przed sobą, ledwie sędziwym starcom wyższe stopnie na urzędach przebaczał. Badeni, który go znał dobrze jako Krakowianina mawiał o nim: "Linowski ma dla innych prawidła, dla siebie ekscepcje."

     W młodości swojej wyszedłszy ze szkół, i odziedziczywszy po ojcu majątek, zaraz z jednowioskowego majątku został posłem na sławny sejm konstytucyjny 1788, połączył się z prawymi i gorliwymi patriotami i odznaczył się wymową. Przybliżył się do dworu, gdy ten po zawarciu aliansu z Prusami, zdawał się szczerze łączyć z narodem, wpływał do tajemnych narad nad ułożeniem Konstytucji 3 maja. Zabrał wtenczas znajomość z Trembeckim, który trzymał berło rymopistwa polskiego, przyniósł mu początkowe próby swoje w poezji, i zyskał od niego zachęcenie w wierszu, który z chlubą w późniejszym wieku powtarzał: 
 

     Niechaj postrach i trwoga w młodych mężach rośnie

     Trzymających w zamknięciu swe żonki zazdrośnie,

     Jeźli z daru z Lampsaku Boga jak z Minerwy,

     Tak silne wziąłeś ciała jak umysłu nerwy. 
 

     Po upadku Konstytucji 3 maja, i zajęciu kraju przez wojska rosyjskie wrócił do swego gniazda w Krakowskie, i w Krakowie zamieszkał, utrzymywał tam ducha narodowego, i przygotowywał ziomków do powstania. On był jednym z tych, którzy wiedzieli, utrzymywali sekret i przysposobili generałowi Kościuszce naczelnictwo siły zbrojnej, i niespodziane przybycie do Krakowa ułatwili. Jego pióra jest akt powstania, manifest do obcych dworów i pierwsze proklamacje do narodu. W nich nie oszczędzał zanadto uszczypliwych i niepolitycznych przeciw dzielącym Polskę monarchom wyrazów, ale w rewolucji i po tak okropnych ranach, trudno było wymagać umiarkowania gdzie wszystko od zapału zależy. W bitwie racławickiej i szczekocińskiej był w sztabie naczelnika w randze rotmistrza kawalerii. Pierwszy raz go ujrzałem w cofaniu się od Szczekocin pod Kozłowiec, gdzie wyprawiony byłem przez komisję lubelską, po przegranej bitwie przez generała Zajączka pod Chełmem. Oddałem Kościuszce ekspedycję na drodze, jechał przy szeregach na małym koniku w sukmance krakowskiej, otoczony generałem Fiszerem, Józefem Dembowskim i Linowskim. W Kozłowcu w małym domku ekonoma, Kościuszko oddał ekspedycję generałowi Fiszer, który mi czekać na odpis rozkazał. Uważałem wielką poufałość między Kościuszką a Linowskim. Pierwszy w mojej przytomności rzekł do drugiego: "Musiało się coś między nimi stać nadzwyczajnego, kiedy za nami nie postępują." Kościuszko potem rzekł do mnie: "Jeżeli Austriacy nie cofną się z kraju, niech się komisja uda do Zamościa, a wkrótce wróci na swoje miejsce." Linowski zapytał mnie o bitwę pod Chełmem, i o generała Zajączka i Wedelfelda. Odpowiedziałem jak generał Zajączek traktował komisję, odrzekł: "On wszędzie przesadzi, ale nie czas teraz skargami i komerażami bawić się, trzeba ducha utrzymywać i bić się." Po zbliżeniu się Kościuszki pod Warszawę, Linowski wszedł do Rady Najwyższej, i jak wyznaczony komisarz zasiadł pod prezydencją generała Zajączka w sądzie, który miał wyrokować o biskupie lubelskim Skarszewskim podkanclerzym, tam skłócił się żywo z tym generałem, który ze zbyt surowym zdaniem wystąpił. Zajączek nienawidzący dworu posądził go o wpływ na niego króla, i wyłączył go z grona sędziów. Linowski ustąpił, lecz wkrótce po upadku rewolucji Kościuszki zemścił się dotkliwie na nim i na Kołłątaju, napisał albowiem i wydrukował małe pisemko lecz ostre i zjadliwe zarzucające tak Kołłątajowi jak Zajączkowi demagogiczne i krwawe zamiary, i jak niebezpiecznych jakobinów, którzy zatruli czystość kościuszkowskiego powstania przed narodem wystawił. Mniej godna zapewne zemsta chociażby się na prawdzie opierała, a którą jedynie drażliwości charakteru Linowskiego przypisać należy.

     W Krakowie pod rządem austriackim pędził życie spokojne. Gospodarstwo wiejskie zdał na braci, sam się oddawał towarzystwu ludzi uczonych. Żył zawsze w najznakomitszym społeczeństwie, nie zapominając jednako dobrym zarządzie fortuny. Uczęszczał do Sieniawy do księstwa generalstwa Czartoryskich, gdzie stale oddychano patriotyzmem, i gdzie się zwykło było zgromadzać najświetniejsze i z wychowania i z ojczystych uczuciów obojej płci towarzystwo. Księżna Maria Wirtemberska jeszcze młoda, piękna, będąca podówczas w rozwodzie z mężem, lubiąca się podobać jak to sama wyznawała, a nader wszystko ofiara swojego przywiązania do kraju, jak była ozdobą tego świetnego towarzystwa, tak była przedmiotem czci powszechnej i westchnień nadaremnych nie jednego z młodych rodaków, Linowski był w ich liczbie, wzdychał i wiersze o niej i do niej pisał. Znam jeden pod tytułem Herbata z winem, które zaprawił delikatną skargą na obojętność księżny. Nie wiem czyli jeszcze podczas sejmu konstytucyjnego, lub czy w tych czasach bywając w Warszawie, zapoznał się z profesorem Łęskim i w młodej urodziwej żonie jego zakochawszy się, rozwiódł ją co było łatwo pod rządem pruskim, ożenił się i już ciągle w Warszawie zamieszkał, prowadząc domowe, skromne i prawie patriarchalne życie. Mało gdzie bywał prócz pod Blachą u księcia Józefa, któremu podobać się a panią Vauban ująć sobie umiał. Żony w świat wyższy nie wprowadził, ona też acz przyzwoite wychowanie odebrała, nie miała żądzy pokazywania się wśród wrzawy stołecznego towarzystwa, ograniczyła się domowym życiem, była dobrą żoną i matką. Mąż ją cenił i stale był do niej przywiązanym, nie tylko był dobrym mężem i ojcem, lecz nad pasierbem opiekę ojcowską rozciągnął, wychował z własnymi dziećmi starannie, przyzwoite utrzymanie zapewnił i zawód zdolnościom otworzył. Dziwić się potrzeba, że człowiek tak znakomitych talentów i już nabytego znaczenia, po wejściu Napoleona żadnego a przynajmniej głośnego nie miał w czasie wejścia wojsk francuskich udziału w sprawach publicznych; nie wiem nawet czyli Napoleonowi był przedstawiony. Bądź będąc obywatelem galicyjskim i mając własność w Krakowskiem nie chciał się narażać, bądź chciał być szukanym i nie szukał, bądź dla szorstkości swojej w obejściu się z wyższymi doznał od nich przeszkody; sądzić o tym nie będę, lecz to mnie zastanawia, że przy organizowaniu Księstwa Warszawskiego, został wybrany razem z Staszicem na referendarza Rady Stanu i przyjął koleżeństwo z młodymi bez znaczenia w kraju będącymi uczniami szkoły pruskiej. Wnosić bym mógł, że znana mi jego wyniosłość dotkliwie na tym cierpiała, gdybym razem nie znał jego czystej miłości kraju. Za pierwszą bytnością króla saskiego w Warszawie w r. 1807 przed sejmem wyniesiony został wspólnie z Staszicem na stopień radcy stanu, i jako mąż znany z wymowy przeznaczony został do obrony przed sejmem projektów rządowych wprzódy dyskutowanych w Radzie Stanu. Na pierwszym wstępie odpowiadając na krytykę tych projektów i popularne zarzuty przez młodego posła Godlewskiego wniesione, zapalił się oburzeniem, że młody poseł śmie mu stawiać czoło "Niech wie - rzekł głośno - poseł mariampolski, że te projekta są pisane przez ludzi, co już w kraju znakomite zasługi z cnoty, patriotyzmu i rozumu położyli, kiedy on jeszcze jak uczeń szkoły przebywał." Na te słowa cała izba po większej części z gorącej i drażliwej młodzieży złożona zawrzała i obruszyła się; zaczęto wołać "Pod sąd, pod sąd za obrazę izby, niech wyjdzie. Pan Linowski, precz z Linowskim." Linowski założywszy ręce stał i rzekł: "Izbie nie myślałem ubliżyć i nie ubliżyłem, do przebłagania się nie zniżę, zabijcie mnie, rozsiekajcie z miejsca się nie ruszę." Próżno mówili i wymawiali go Stanisław Potocki i Woronicz, sejm nie chciał przystąpić do żadnych narad póki Linowski nie wyjdzie; król uwiadomiony o burzy, przysłał ministra sekretarza Brezę i wezwał do siebie Linowskiego, posłuszny królowi, udał się do niego i więcej nie wrócił, to ułagodziło umysły.

     Z sejmu tego wyniknęła sprawa Dominika Kuczyńskiego, z Łubieńskim ministrem, którą niżej opiszę. Linowski był z pierwszych, który wziął obronę prześladowanego obywatela swego podobno szkolnego kolegi i przyjaciela. Nienawidził on przy tym dwóch znakomitych w Radzie Stanu członków: Stanisława Potockiego i Łubieńskiego, pierwszego może przez niejaką zazdrość jego talentów i znaczenia, drugiego dla widocznej łaski królewskiej, którą sobie jednać umiał. Obydwom zawsze się sprzeciwiał w Radzie Stanu, i obydwóch językiem surowym a często uszczypliwym prześladował. Zarzucał on p. Stanisławowi próżność i lekkość, a p. Stanisław dawał mu wzajemnie uczuć zarozumiałość i pychę; ta między nimi nieprzyjaźń trwała aż do śmierci. W początkach Królestwa Polskiego pan Stanisław obrażony obmowami jego, nadto dając się powodować urazie, dał do jednego z dzienników obraz pana Dumnopłaskiego [gazeta gdzie ukazała się karykatura to zapewne Pamiętnik Warszawski, dla którego pisywał Stanisław Kostka Potocki, pan Dumnopłaski to natomiast postać z jego dzieła Podróż do Ciemnogrodu, wydanego w 1820 - przyp.MK], w który rysy charakteru Linowskiego podług swego zdania osądzonego starał się zebrać, tak że publiczność poznała i oryginał i chęć piszącego. Linowski nie miał także przyjaciela w Niemcewiczu; bo obydwa ubiegali się o popularność, ale każdy innymi drogami. Linowski zwykł był stawać w opozycji każdej władzy i każdej znamienitości. Niemcewicz miał swoje nawyknienia, swoje wybrane przedmioty czci lub nienawiści; nie przebaczał on wad nawet przyjaciołom, znał je, szczypał sub ignoto [łac. jako nieznany, tu: pod nieznanym nazwiskiem - przyp.MK], lecz zazdrości ani do możniejszych, ani do więcej utalentowanych nie miał, a że był stałym przyjacielem p. Stanisława Potockiego, dość było powodu do niesprzyjania Linowskiemu. Obydwaj prawi ludzie, dobrzy patrioci, liberalni. Linowski w wyborze przyjaciół był trudny, rzadziej przyciągał niż obrażał, i dla tego nie wielu miał przychylnych. Niemcewicz posiadał powszechną miłość i przyjaźń w płci obojej, nawet ci, których zdarzyło mu się dla niepowściągnionego w wesołości języka obrazić, nie mogli się od związków z nim oderwać, i chętnie mu wybryki jego dowcipu przebaczali. Wiedziano, że to pochodziło z nałogu nie z serca. Przy tym dla swoich cierpień za kraj, dla swojej niepodejrzanej miłości ojczyzny i dla swoich pism literackich, w których zawsze przebijała się miłość kraju swego, obyczajów, języka, a nieuleczona nienawiść do nieprzyjaciół Polski, i wszystkiego co było nienarodowym i cudzoziemskim, był tą potęgą wyobrażającą całą siłę opinii narodowej. Mieć go przeciwko sobie, było jedno co zostać zgubionym w opinii powszechnej.

Po przyłączeniu Galicji Zachodniej do Księstwa Warszawskiego i powiększeniu jego składu przez członków Rządu Centralnego, znaczenie i talenta Tadeusza Matuszewicza przeważyły w kraju znaczenie Linowskiego. Z Matuszewiczem i z Stanisławem Potockim zjednoczyli się wszyscy znakomitsi radcy. Linowski został tylko przy ministrze Węgleńskim, na którego miejsce wkrótce Matusewicz nastąpił. Wygnany przez Węgleńskiego dla złodziejstwa Okołow, i mimo swych starań i zabiegów podłości odepchnięty od Matuszewicza, przeniósł swoją złośliwość i plotki do Linowskiego, a pochlebstwem i obmowami kołysał w nim obrażoną miłość własną, i może zazdrość obudzoną przez wziętość i uwielbienie, które sobie Matuszewicz u Serry ministra francuskiego zjednał, a przez niego oczy Napoleona i króla saskiego na siebie zwrócił. Jakoż wkrótce Matuszewicz do Paryża wezwanym został, tam Napoleonowi śmiało i wymownie wystawił stan kraju. Napoleon polecił mu podać ten obraz na piśmie, a król saski w tym celu wyznaczył deputację z Rady Stanu. Matuszewicz podjął się redakcji takowego przedstawienia i wygotował obszerny do Napoleona raport, w którym przechodząc przez wszystkie gałęzie rządu, okazał nie tylko potrzebę oszczędności w wydatkach, lecz wsparcia kraju pożyczką ze strony cesarza, jeżeli chce ten kraj pomocnym sobie i pożytecznym uczynić. Linowski nie użyty do tej deputacji, skrytą urazę do Matuszewicza powziął. To przełożenie Matuszewicza dało początek do negocjacji o pożyczkę 10 milionów franków u bankiera Lafitte, która wkrótce do skutku przyszła. Nie długo potem książę Józef Poniatowski wysłany został do Paryża od króla dla powinszowania urodzin króla rzymskiego. Po jego powrocie głuche wieści zaczęły się rozchodzić o nieporozumieniu między cesarzem Aleksandrem a Napoleonem. Wojska francuskie walczyły w Hiszpanii; we Francji żaden ruch wojsk dozierać się nie dał, gdy wiadomości z Litwy i Wołynia przychodzące ostrzegały o przybliżaniu się wojsk rosyjskich na całej granicy Księstwa. Nie wiem, czy z rozkazu cesarza, czy też z własnego popędu ostrożności raz już rząd przedsięwziął wszystkie składy, amunicje, broń itd. wywieść do Modlina, lecz ten przestrach okazał się próżnym i zaniechano dalszych przygotowań. Tymczasem minęła zima, a na wiosnę cesarz Aleksander przybył do Wilna, wojska jego w większej sile zgromadzać się zaczęły. Negocjatorowie przewijali się między Paryżem a Wilnem. Generał francuski Marchand ukazał się w Warszawie, wszystko zapowiadało ważne wypadki; wojska polskie organizowały się i ćwiczyły. Generał Kniaziewicz, który od czasów rozwiązania legionów, wprzód mieszkał i ożenił się na Wołyniu, a od r. 1809 osiadł w Warszawie, wezwany został i przyjął komendę jednej dywizji wojska, na koniec sam Napoleon się ruszył i stanął w Poznaniu, wziąwszy do swego pojazdu Wybickiego znanego mu z pierwszej w Polsce wojny, a następnie wezwawszy do siebie ministra Matuszewicza dla objawienia mu swoich względem Polski zamiarów. Przypuścił go więc do stołu swego, i naradzał się z nim, w jakim sposobie ma naród polski objawić swoje do niego prośby o przyjęcie go pod swoją opiekę i wskrzeszenie rozdartej jego ojczyzny. Gdy mu Matuszewicz przekładał, że cały naród gotów jest wziąć się do broni dla wspierania jego zamysłów, i że powstanie skonfederowane w jedno ciało zwyczajem w Polsce używanym i skutecznym, on o rzeczach polskich jedynie z Rhuliera [dokładniej Claude-Carloman de Rulhičre, autor 4-tomowej Histoire de l'anarchie de Pologne - przyp.MK] uprzedzony, że konfederacje w Polsce były powszechnie buntem szlachty lub wojska przeciwko władzy królów rzekł do niego: Je ne veux pas de votre Pospolite [fr. Nie chcę Waszego pospolitego (ruszenia) - przyp.MK]. Po wytłumaczeniu przez Matusewicza, że konfederacje zbawienne bywały przy królach, i że królowie bądź je zawiązywali w wielkich zdarzeniach, bądź do nich przystępowali, zgodził się Napoleon i stanęło, że się sejm pod konfederacją, zawiąże, król do niej przystąpi, wyznaczy Radę Konfederacji i na nią swą władzę przeleje. Ta Rada poda prośbę do Napoleona o wskrzeszenie Królestwa Polskiego, wezwie wszystkie prowincje do powstania i przystąpienia do konfederacji, ducha utrzymywać będzie, nic się nie mieszając w administrację kraju, która przez króla saskiego na Radę Ministrów przelaną została. Dla spełnienia tego układu powrócił Matuszewicz do Warszawy z zaleconym sobie zwołaniem Sejmu, lecz razem z nakazem nie wyjawienia w jakim celu. Ja byłem jednym z pierwszych, którym wyjawił tajemnicę, gdyż mnie przeznaczał na sekretarza Rady Generalnej i z swego wyboru i z życzenia przyszłego marszałka sejmu księcia Adama Czartoryskiego generała ziem podolskich. Zapytany przez Linowskiego co by przywiózł, nie wiem dla czego nie powierzył mu tajemnicy, która wkrótce przebijać się zaczęła. Linowski zbyty od niego ogólnikami rzekł z humorem: "Dla czego się ukrywasz przede mną, wiedziałem, że chcesz zawsze być pierwszym, nie wiedziałem, że pragniesz być jedynym."

     Tu powiem to, o czym należało mi wspomnieć pod Badenim. Gdy się rzeczy wyjawiły i wybierano członków z Sejmu, z Senatu, z Rady Stanu do Rady Konfederacji Generalnej, najzacniejsi ludzie wejść sobie do niej życzyli. Wszystkich umieścić było niepodobno. Mieszkanie Matuszewicza oblężone było przez współubiegających się pretendentów, każdy radby był należeć, przyłożyć się do powstania Polski, a z każdego ciała politycznego skład Rady konfederackich miał mieścić w sobie członków, to jest z Senatu 2, z Izby polskiej 6, z Rady Stanu dwóch i jednego referendarza. Linowski oczywiście pominionym być nie mógł, lecz wybór dwóch radców ważył się między nim, Kochanowskim, Staszicem i innymi. Brat mój podówczas deputowany na Sejm, rozmawiając z Badenim spostrzegł po nim jakieś zasmucenie i niespokojność, i powierzył mi, że Badeniego dręczy niepewność, czy będzie wybranym na członka Rady konfederackiej, czego sobie niezmiernie życzy. "Czemu nie uda się do Matuszewicza" odrzekłem. "Nie chce mieć postaci solicytanta" brat mój odpowiedział. Zdarzyło mi się tego dnia być u ministra Matuszewicza, który jako przyszłemu sekretarzowi Rady, zwierzył się z kłopotu w wyborze osób, gdy przechodził listę członków Rady Stanu, rzekł: "Linowskiego i Kochanowskiego minąć nie można, jako najstarszych radców." Odezwałem się na to: "Mamy stwarzać dawną Polskę czyli nikogo nie będzie w Radzie Konfederacji w polskim ubiorze i z dawnej Polski. - A dziękuję ci, - odrzekł - żeś mi przypomniał Badeniego, jego minąć nie można, i dla jego osoby, i dla jego związków i reputacji w Litwie, a nawet w całej Polsce. Ale cóż zrobić z Kochanowskim?" Pozwoliłem sobie uwagi, że Kochanowski w tej chwili zastępca słabego ministra spraw wewnętrznych Łuszczewskiego, który dogorywa, nie byłby w stanie dwom magistraturom wystarczyć. Wziął więc minister skarbu pióro, i wpisał między kandydatów Badeniego. Będąc zaraz tego wieczora u Badeniego. "Cóżeście tam ułożyli z Matuszewiczem o przyszłej Konfederacji - zapytał mnie - chowacie sekret, więc mi nie powiesz. - Owszem jako członkowi przyszłej Rady konfederackich mogę wszystko wyjawić" odrzekłem. Zerwał się z kanapy, i z największą czułością uścisnąwszy mnie zawołał: "Komuż to winienem, bo Matuszewicz może o mnie nie pamiętał. - Owszem nie mógł cię pominąć i nie pominął, winieneś to panie radco sobie." On odrzekł: "Ja. należenie do tej sprawy czynne, poczytuję sobie za najwyższy zaszczyt, byłbym się sądził upośledzonym, gdyby mnie był minął, biorę go za świadectwo mego przywiązania do kraju, za nagrodę moich zasług od ziomków droższą nad wszystkie dostojeństwa i ordery. Bądźcie pewni mojej wdzięczności." Nigdy nie widziałem weselszego i szczęśliwszego Badeniego jak w tej chwili.

     Gdy po zalimitowaniu Sejmu, Konfederacja rozpoczęła swe posiedzenia przez proklamacje do narodu, akces do niej ze wszystkich stron Polski szybko i licznie przychodziły. Pierwszym jej było czynem wysłanie dwóch deputacji; jednej do Napoleona do Wilna z prośbą o wsparcie jej zamiarów, drugą do króla saskiego o potwierdzenie Konfederacji i przystąpienia do niej. Pierwszej przewodniczył Józef Wybicki wojewoda, drugiej książę Jabłonowski kasztelan. Między posłami dodanymi Wybickiemu młody Aleksandrowicz przebrał się na tę delegacją po polsku. Mylnie napisał ksiądz Pradt ambasador francuski, że adres do Napoleona przez Matuszewicza napisany, był długi i ckliwy, i że on go poprawiał. Byłem przytomny na tym posiedzeniu, na którym redakcja jego rozbieraną była, w obecności ambasadora francuskiego; znalazł on ją odpowiadającą swojemu celowi, dodał tylko iż życzyłby aby silniej było demonstrowane, że istnienie Polski równie jest koniecznym dla Francji, jak dla równowagi europejskiej. Na te uwagi Matuszewicz prosił go, ażeby co sądzi potrzebnym i zgodnym z życzeniem cesarza, raczył dodać; wziął więc do siebie i dodał kilka frazesów, które właśnie przeciwny skutek sprawiły jakiego się ambasador spodziewał. Wybicki skoro ten adres Narodowymi kolorami i pieczęcią, opatrzony w ozdobnej puszce zamknięty okazał Maretowi, a ten zapewne przeczytał go prywatnie cesarzowi, cesarz znalazł go nie po swojej myśli ułożonym, przywołał Wybickiego i rzekł mu: "Adres ten nie jest zgodny z moimi stosunkami politycznymi" i zaraz sam podyktował Wybickiemu taki, jaki był umieszczony w dzienniku konfederackim, i taki sobie publicznie oddać rozkazał. Adres zaś oryginalny z podpisem marszałka i członków Rady, pozostał w kancelarii cesarskiej. Gdy więc Wybicki na posłuchaniu publicznym przeczytał prośbę Rady konfederackich, dał na nią Napoleon tę sławną odpowiedź okraszoną słowami przychylności dla Polaków, przyrzekającą wsparcie z dodatkiem jeżeli, jeżeli, jeżeli. Takie postępowanie cesarza zasmuciło delegatów, lecz Maret przychylny Polakom umiał to politycznie wytłumaczyć, zapewniając, iż wszystko zależy od powodzenia oręża i ducha prowincji polskich pod berłem cesarza Aleksandra będących, który mu się niepewnym zdawał.

     W Radzie Konfederacji Generalnej duch panował najlepszy, z tą tylko różnicą, że zacząwszy od sędziwego starca księcia Adama Czartoryskiego członkowie senatu, radcy stanu i dwóch posłów (Antoni) Łubieński i (Fryderyk) Skórzewski pragnęli się ściśle trzymać aktu Konfederacji, i do rządu wcale się nie mieszać, trzech zaś posłów Antoni Ostrowski, Franciszek Wężyk i ksiądz (Karol) Skórkowski, wymagało od rządu, aby konfederacją jako najwyższą narodową władzę zawiadamiał ciągle o swych czynnościach. Z tymi członkami łączył się często Linowski, a nawet był ich naczelnikiem i pod tym względem często stawał w opozycji większości; żądza bowiem popularyzowania się, a razem przewodzenia była jego słabością. Wkrótce zawiązany w Litwie Rząd Tymczasowy przysłał przez delegatów swoich akces do Konfederacji. Na czele tej deputacji był Jelski sędziwy w stroju polskim i znamienity obywatel. Na publicznym z tego powodu obchodzie w kościele św. Jana po mowie księcia marszałka, zabrał głos Aleksander Linowski przygotowany, wymowny, w którym śmiało utyskując na nowe i nienarodowe formy uciskające Polskę wyraził życzenie i nadzieję Konfederacji w mądrości cesarza, że powstającej Polsce dozwoli wrócić do właściwych sobie i narodowych instytucji. Było to powiedziane dla Litwinów, nawykłych do polskich praw pod rządem cesarza Aleksandra i lękających się kodeksu francuskiego. Znaleziono ją pod pewnym względem niepolityczną i mogącą nie podobać się cesarzowi. Ambasador francuski zażądał jej i kazał ją sobie wytłumaczyć. Pan Broglie za rządu parlamentarnego par Francji, i za Ludwika Filipa minister spraw zagranicznych przez krótki czas bawienia w Warszawie tyle się nauczył, języka polskiego, że był w stanie to tłumaczenie pod okiem Linowskiego dobrze posiadającego język francuski przedsięwziąć, i przenieść w nie całą świetność wymowy oryginału. Linowski wydziwić się nie mógł bystrości pojęcia młodego audytora, który już wtedy przynosił wróżby znakomitego pisarza i męża stanu.

     Gdy wkrótce ze zmianą pomyślności oręża, rząd i Rada Konfederacji przeniosła się do Krakowa, Linowski nie wiedział, że przed tym wyjazdem zrobione zostały propozycje i oświadczenia cesarza Aleksandra stworzenia Polski. Ja wiedziałem, gdyż mi minister Matuszewicz te obietnice i odezwę cesarza rosyjskiego pod sekretem powierzył, lecz w Krakowie już one przestały być tajemnicą, i Linowski zwątpił aby Napoleon mógł, a nawet żeby chciał szczerze utworzyć Polskę, odstąpił więc młodych kolegów jeszcze łudzonych przez ministra francuskiego Bignona, jak to wyraziłem pod księciem Józefem Poniatowskim i pod Badenirn. Gdy książę Józef wyszedł z wojskiem do Czech, Konfederacja zalimitowawszy swoje posiedzenia, rozjechała się. Linowski udał się do Warszawy i przez związki swoje z księciem Adamem Czartoryskim do znaczenia w nowym porządku rzeczy torował sobie drogę, zbliżył się więc do członków Rządu Tymczasowego, a szczególniej do Nowosilcowa, którego dobremu dla Polski usposobieniu wszyscy wtenczas wierzyli, i zaczął wpływać radami na przyszłe urządzenie Królestwa Polskiego. Gdy cesarz Aleksander wyjeżdżał na kongres do Wiednia, bawił parę dni w Puławach, Linowski był mu przedstawiony przez księcia. Widząc się ze mną w Warszawie, mówił do mnie z wielką, ufnością i pochwałami Nowosilcowa, uważał go za najprzychylniejszego z Rosjan sprawie polskiej i żałował, że go cesarz Aleksander nie wziął z sobą na kongres, rzekł: "Czego książę Adam nie będzie śmiał zrobić, Nowosilcow gotów jest przedsięwziąć. On by raczej wykroił wojnę Rosji z nieprzyjaciółmi Polski, niżby zezwolił, żeby najmniejszą część oderwali od niej, i Polska cała by powstała pod berłem władcy Rosji." W przerwie między traktatem wiedeńskim a ogłoszeniem konstytucji, należał do wszystkich deputacji przygotowujących projekta do urządzenia Królestwa według zasad przyszłej konstytucji. Powołany do Puław, gdzie cesarz Aleksander był zjechał, należał wraz z księciem Adamem Czartoryskim, Nowosilcowem i Ludwikiem Platerem do narad nad przyszłą konstytucją według zasad już wprzód położonych; kiedy potem w jej wykonaniu znalazły się niejasności lub wątpliwości liczne, jakby jakie furtki dla władzy, ja mu mówiłem "Wszakże należałeś do jej ułożenia." Lecz on składał winę na redakcję Platera. Nie wiem czyli Plater układał tekst francuski, lecz wiem, że na polski ją tłumaczył. Mnie się zdaje, że do redakcji oryginału najczynniej wpływał Nowosilcow. Przy mianowaniu osób na urzędy, władze Królestwa Polskiego składające, Linowski został mianowany w komisji spraw wewnętrznych dyrektorem generalnym policji z dodaniem dyrekcji poczt po śmierci Sartoriusza [dokładniej Ernest Sartorius de Schwarzenfeld - przyp.MK], urząd korzystny i znaczący, lecz nie mógł się on zgodzić z ministrem spraw wewnętrznych Mostowskim. Mostowski czuł się na swoim miejscu i przez podwładnych w niczym krępowanym być nie lubił; Linowski zaś najmniej był stworzonym do uległości, i nie mógł nigdy zapomnieć, że w dawnej Polsce na jednej linii mieścił się z Mostowskim. Był więc raczej natrętnym doradcą a często jawnym krytykiem niż podwładnym. Stąd Mostowski przemyśliwał jakby go z tego miejsca usunąć, okoliczności posłużyły mu do tego. Powiedziałem wyżej jak Linowski swoją uporczywą nieuległością naraził księcia Adama W. księciu Konstantemu, i może przyłożył się mimowolnie do powodów, które usunęły księcia Czartoryskiego od namiestnikostwa. Sam też ściągnął na siebie osobiście nieukontentowanie W. księcia. W. książę jednemu z przejeżdżających książąt krwi przeznaczył mieszkanie w apartamentach na poczcie, które Linowski zajmował, może przez jakąś niechęć do Linowskiego, wyniesionego przez księcia Czartoryskiego. Linowski biorąc za wymówkę, że nie może rugować z mieszkania oficjalistów pocztowych, kas i archiwów, i usuwając się od odpowiedzialności za szkody i zatrzymanie służby pocztowej, stropił W. księcia z jego żądania, lecz gniewu i urazy nie uniknął.

     Linowski w czasie swego urzędowania powiedział dwie mowy odznaczające się silnym jego słowem, jędrnym jak wyżej powiedziałem. Pierwszą na publicznym obchodzie po księciu Józefie Poniatowskim, drugą na pogrzebie Tomasza Ostrowskiego, prezesa Senatu, którego dom upodobał sobie, i gdzie dla swego rozumu był lubiony od całej rodziny. Napisał on i wiersze do Imperatorowej Matki uwielbiające tę, która dała pokojodawcę Europie, które ona z uprzejmością przyjęła.

     W trudnym się on znalazł położeniu po nominowaniu generała Zajączka namiestnikiem, raz jako protegowany przez księcia Adama, którego równie jak wszystkich Czartoryskich nienawidził Zajączek, po wtóre dla owej książeczki przepełnionej żółcią, napisanej po rewolucji Kościuszki przeciw Zajączkowi i Kołłątajowi. Znalazł on jednak sposób zbliżenia się do namiestnika, to przez Węgleńskiego Jana ministra za Księstwa Warszawskiego, to przez Okołowa protegowanego przez siebie, którego płaskie bufonady bawiły namiestnika, a który za rekomendacją. Nowosilcowa, któremu znaczną sumę pożyczył, znalazł wstęp do domu Zajączka, i na niejaki czas umysł starca opanował, znalazł mówię sposób przejednania sobie namiestnika do tego stopnia, iż jego przysługi przyjmował, a w towarzystwie znajdował upodobanie. Często on żartów dozwalał sobie z Okołowa, które starego kalekę bawiły, te przecież żarty niespodzianie i niewinnie pozbawiły go urzędu i wygodnego miejsca, a to z następującego wydarzenia: Razu jednego w obecności Węgleńskiego i Linowskiego wszedł Okołow do namiestnika. A że zaraz skoro się ukazał zaczynały się bufonady lub plotki, które ta brukowa trąba roznosiła, namiestnik zapytał go: "Cóż mi przynosisz Kalwinie?" (tak on zawsze zwykł był nazywać swego domowego bufona). "Oto mości książę, idę z parady wojskowej. Co to za nierozwaga w naszych Polaczkach, cesarz był na paradzie. Cóż książę powiesz na to, wszyscyśmy stali z odkrytymi głowami, gdy spojrzę koło siebie, a tu jakiś szubrawiec czy szlachciura wąsaty z nakrytą głową, ani myśli zdjąć czapki; mówię: Widzisz, że cesarz przechodzi, odkryj głowę. On spojrzał na mnie, jakby się chciał kłócić, nie wiele myśląc podniosłem laskę, i zrzuciłem mu czapkę z głowy. - Cóż ci na to powiedział - zapytał namiestnik? - Cóż miał powiedzieć, podniósł czapkę z ziemi i odszedł. - Nie rób tego drugi raz, bo by mógł cię skrzywdzić, lub wyzwać i wyprawiłbyś scenę w obecności cesarza, za którą byś pewnie z rozkazu W. Księcia w kozie siedział." Zamilkł i zmieszał się Okołow. Spostrzegłszy jego pomieszanie Węgleński i Linowski drażnili go żartami, bawił się niemi namiestnik. "Uważałeś książę jak pomieszany wyszedł Kalwin, albo się chwali i kłamie, albo też żałuje tego co zrobił i boi się; trzeba mu wypłatać sztukę, żeby na jaw wyszło, albo kłamstwo albo tchórzostwo. Ja pod zmyślonym nazwiskiem wyzwę go na pojedynek, a ujrzy książę, że albo tu przyleci zasapany po protekcją księcia, lub się będzie musiał zawstydzić kłamstwa. - Zróbcie to - odpowiedział namiestnik - a zabawimy się z Kalwina, bo bezczelnie dozwala sobie durzyć wszystkich.'' Jakoż Linowski kazał nieznajomą ręką napisać list do Okołowa w słowach: Mości panie Okołów, miałeś zuchwalstwo zrzucić mi czapkę z głowy na publicznej paradzie, dodałeś do niej bezczelność i przechwalałeś się nią po domach. Spodziewam się, że znajdziesz odwagę dać mi tłumaczenie w sposobie przez ludzi honoru używanym. Czekam więc Waćpana za rogatkami jerozolimskimi, gdzie o godzinie czwartej rano udaję się z przyjaciółmi mymi; wybór broni Waćanu zostawię, palną i ostrą przywiozę z sobą. N. N. szlachcic i obywatel mazowiecki. List ten posłany, gdy rąk Okołowa doszedł tak go przestraszył, że jak sam potem opowiadał ledwie apopleksji nie dostał, lecz tchórzostwo inną zupełnie drogę do ratunku wybrało, jakiej się nie spodziewali autorowie żartu. Okołow zamiast udać się do namiestnika, pobiegł ze skargą do Nowosilcowa, ten z raportem pospieszył do W. księcia, który go zaniósł do cesarza, i w mgnieniu oka cała policja rosyjska, i Rożnieckiego w ruch wprowadzona w celu odkrycia wyzywającego. Żandarmeria obsadziła wszystkie ulice dotykające do rogatek jerozolimskich. Namiestnik nieuwiadomiony o tym policyjnym poruszeniu, wezwany do cesarza, zagadniony został czy wie o pojedynku, i czy policja przedsięwzięła środki przeszkadzające? Namiestnikowi żart, którego dozwolił wyszedł z pamięci, dopiero go sobie przypomniał gdy cesarz wymienił Okołowa, przyznał się wie do mistyfikacji, i podając w śmieszność Okołowa przez niezręczność czyli zapomnienie wymienił Linowskiego. Cesarz na to odpowiedział: "Żart wprawdzie niewinny, lecz ze strony dyrektora policji w każdej chwili, a tym więcej w mojej przytomności naganny, nie chcę na czele policji krajowej urzędnika, który sobie takiej płochości dozwala." Jakoż rozkazał ministrowi sekretarzowi stanu Sobolewskiemu wygotować dymisję, podpisał ją, i tą z wielkim zadziwieniem wszystkich, z tryumfem dla Okołowa, po odjeździe cesarza Linowskiemu wraz z nominacją na kasztelana do Senatu dla nieokazania zupełnej niełaski wręczoną została. Mostowski jeden był kontent, że tym sposobem pozbył się go z grona radców zasiadających w komisji spraw wewnętrznych. Nie można jednak mniemać aby sam powód powyższy sprowadził dymisję, Linowski, jak wyżej rzekłem już razy kilka ściągnął na siebie urazę W. księcia, dodawszy do tego nieukontowanie Mostowskiego z swoich dwóch radców często mu opornych Linowskiego i Gliszczyńskiego wnosić należy, że szukano tylko pozoru jakiego do oddalenia obydwóch, i chwycono się pierwszego wydarzenia. Jakoż W. książę już miał w myśli nadać miejsce Linowskiego po swojej chęci Sumińskiemu radcy prefektury płockiej, synowi wojewody dawnego partyzanta dworu rosyjskiego i matki intrygantki zalotnej za Stanisława Augusta, który to (Antoni) Sumiński podczas odwiedzin W. księcia u garnizonu płockiego, podobać mu się umiał, i uległości woli jego dawał rękojmią. Po usunięciu Linowskiego wkrótce los podobny spotkał Gliszczyńskiego, następnie Kochanowskiego radcę stanu, gdy ten przez skrewnienie swoje przez żonę z namiestnikiem, przez dawną poufałość i przyjaźń jako z Zajączkiem, stał mu się natrętnym w radach, i często opornym w zgromadzeniu Rady Stanu. Następnie i Matuszewicz minister skarbu wyszedł z rządu. Zrażony ciągłym sprzeciwianiem się przez namiestnika. projektom wnoszonym przez niego, a szczególniej mianowaniem Okołowa do komisji skarbu na radcę stanu dyrektora generalnego dóbr i lasów rządowych, owego pogardzonego od wszystkich, na publicznej kradzieży schwytanego i oddalonego ze służby złodzieja, podziękował za urząd, i tylko kasztelanem dla upokorzenia go mianowany został, tak że potem w przysłowie się obróciło to powiedzenie gdy który z radców stanu, bądź w komisji bądź w Radzie Stanu stawał śmiało przy konstytucji: Pójdziesz w kasztelany. Dodać tu muszę, że kiedy tak znakomitemu ze wszech względów mężowi wyrzucaliśmy drażliwość, jaką okazał odstępując rzeczy publicznej w tak ważnym przedmiocie jakim jest skarb, rzekł do nas: "Wiecie, że jak zawsze tak i w tym porządku rzeczy chciałem się poświęcić na usługi kraju, pozostać na tym miejscu miałabym nawet osobiste powody, los mego syna, którego oddałem do gabinetu pana Capodistrias, zawisł od łaski cesarza. Znosiłem więc z cierpliwością wszystkie upośledzenia, upokorzenia, a nawet prześladowania jako pokutę za moje przeszłe znaczenie. Nie wolno mi nawet było nic dobrego dla kraju przedsięwziąć, zaraz zawiść, zazdrość, nienawiść stawały mi na drodze, i najzbawienniejszym moim chęciom potwarzą osoby mojej przeszkody stawiały. Wniosłem projekt systematu kredytowego, spowarzono mnie, że dla dogodzenia interesom Czartoryskich i własnemu kraj listami zastawnymi zarażam, spadł przez nienawiść namiestnika do Czartoryskich i do mnie, spadł przez obmowy i rozdmuchanie podejrzenia przez Okołowa, którego z domu Radziwiłłów wypędziłem. Przecież cierpiąc zostałem na miejscu. Lecz kiedy teraz sadzają obok mnie jako kontrolera moich czynności, tego złodzieja Okołowa, przekonywam się widocznie, że ranie chcą się pozbyć. Okołow to jest smród, koło tego gnoju siedzieć, byłoby ostatnią podłością."

     Ci dwaj znakomici talentami ludzie Matuszewicz i Linowski różną drogą szli w życiu publicznym; zawsze atoli prostą i szlachetną, różną gdy obrani z czynnego znaczenia weszli do Senatu. Matuszewicz zawsze umiarkowany, skromny, nieobrażający nikogo swoją wyższością, umiejący wybierać przyjaciół i uprzejmością jednający sobie powszechne poważanie i wziętość, nie zstąpił z tego toru w postępowaniu z rządem, który mu się tak źle odpłacił. Linowski z żywą urazą wszedł zaraz do opozycji, i w Senacie i na sejmach stanął w brew projektom rządowym i przewodniczył tak w tym politycznym ciele jak w prywatnych towarzystwach surowej krytyce wszystkich czynności rządu. Oto jest tego dowód. Matuszewicz wkrótce po otrzymanej dymisji na pierwszym sejmie wybrany na czele deputacji do przedstawienia cesarzowi przyjętego przez Senat projektu rzekł w mowie swojej: "Najjaśniejszy panie! szczęśliwi jesteśmy waszą cesarską mością królem naszym, szczęśliwi z instytucji wspaniałością, duszy WCkrólewskiej mości narodowi naszemu nadanych, przynosimy przed tron twój wraz z jej owocem uczucia nieśmiertelnej wdzięczności. Królu nasz! podbiłeś serca nasze wspaniałą dobroczynnością, wdzięczność naszą i uwielbienie najdalszym pokoleniom przekażemy." Linowski zaś przeciwnie na następnym sejmie podburzywszy Senat do odrzucenia projektu najzbawienniejszego organizacji Sądu Sejmowego, i wymową swoją przez dwie sesje spierając się z członkami Rady broniącymi projektu, to jest z Platerem i ze mną, w zapale wymowy rzekł w obecności całej publiczności, wyrzucając rządowi ubliżenia konstytucji: "Gdyby mi wolno było z niepodległym głosem przybliżyć się do tronu cesarza, rzekłbym: Panie odbierz konstytucję, lub ją każ ściśle zachowywać." Projekt dla tego utrzymanym w Senacie został, lecz spadł w izbie poselskiej. Tak nierównie znosili swoje upokorzenie, lecz obydwóch zdrowie jednocześnie chwiać się zaczęło. Matuszewicza z słabości nóg i piersi, której zaród na najwyższym stopniu znaczenia jego pod Napoleonem już się objawił. Cierpienie moralne, boleść ranionej duszy przyczyniły się do nadwerężenia zdrowia Linowskiego. Pierwszy rzucił się na łono religii, chwile swobodnego próżnowania dzielił między literaturę, którą lubił, wieś, którą, ogrodem i pomnikiem poświęconym żonie swojej Przebendowskiej z domu ozdobił, zajął się szczególniej tłumaczeniem dzieła Tomasza z Kempis O naśladowaniu Chrystusa, które wybornym stylem na język polski przelał, i wyjechawszy do wód dla poratowania zdrowia, w Bolonii życie na ręku przyjaciela swego księcia Adama Czartoryskiego zakończył. Linowski nie taił się z pewnym rodzajem nieukontentowania, mało gdzie bywając ograniczył się domowym życiem. Oddał się wychowaniu dzieci, które kochał, nie zaniedbywał literatury, której był miłośnikiem, pisał i poufałym przyjaciołom swoje utwory czytywał, narzekał na czasy i ludzi, na niesprawiedliwość sobie wyrządzoną, nie oszczędzał w uszczypliwych ucinkach swoich przyjaciół i nieprzyjaciół. Czasem zapraszał na wieczory familijne, które dla swojej młodzieży dawał, i tak czas dzieląc, którego już sprawy urzędowania nie zapełniały, zapadłszy na lekką słabość nagle i niespodziewanie życie zakończył. Pierwszy był powszechnie żałowany, drugi od swojej rodziny nader słusznie, i od kilku wiernych mu przyjaciół, w których byłem liczbie. Dla mnie albowiem był z szczególnymi względami, i ja ceniłem całą jego wartość nie zrażając się tym, co może innych miłość własną raziło. Mówiono bowiem o nim, że to jest jeż, którego skoro się nie głaszcze zaraz kolce nadstawia. Rzecz szczególna, że protegowany przez niego Okołow, który mu całe życie pochlebiał, po śmierci pierwszy go z dumy i miłości własnej obgadywał, ale on tak i z namiestnikiem postąpił. Dodać jeszcze winienem, iż Aleksander Linowski otrzymał zaszczytny dowód ufności księcia Józefa Poniatowskiego, gdy na egzekutora testamentu jego, przez niego wybrany został.

     Co do referendarzów stanu, tych zastałem wszystkich zdolnych i gorliwych, jako to Karola Wojdę, Onufrego Wyczechowskiego, Józefa Morawskiego, (Jana) Stawiskiego. Maksymilian Lewicki sekretarz Rządu Centralnego wraz ze mną powiększył ich grono. Wojda pierwszy z porządku referendarz był człowiekiem uczonym, w administracji pruskiej i francuskiej biegłym, francuskim, a szczególniej niemieckim językiem łatwiej władający, aniżeli polskim, gdyż przez długie bawienie za granicą odwykł był od niego, zostając w sztabie generała Moreau; tłumaczył się jednak po polsku usty i piórem jasno i zwięźle. Onufry Wyczechowski szkół pruskich wychowaniec zdatny, lecz obyczajom, instytucjom a szczególniej wyobrażeniom umysłów polskich obcy, nie przypadał do smaku członkom Rady Stanu, Łubieńskiemu ministrowi tylko był dogodnym. Stąd jego przedstawienia jako pruskim duchem tchnące zawsze podzierano, a że będąc młodym zwykł się był spierać z starszymi, nie lubiono go. Jakoż wkrótce minister Łubieński wyniósł go na prezesa sądu, a na jego miejsce wyjednał nominację dla brata jego młodszego bardzo zdatnego pod względem prawnictwa, i mającego niepospolity talent tłumaczenia się. Józef Morawski znakomitym umysłem obdarzony, zacny, najlepszy Polak, mimo wielkich zdolności, że był zięciem ministra sprawiedliwości już nie obudzał takiej ufności na jaką zasługiwał. Uprzedzenia przeciw teściowi jego powzięte rozciągały stronne umysły może i do niego, tym więcej, że wówczas okazywał się gorliwym uczniem filozofii Kanta, i często swoje przedstawienia myślami i stylem tchnącym szkołą niemiecką zaprawiał. Stawiski przez czas urzędowania swego mało dał dowodów zdolności, gdyż pracy unikał. Lewicki Maksymilian znany i dobry austriacki prawnik, a w wyobrażeniach swoich więcej niemiecki jak polski urzędnik, chociaż w duszy i sercu najlepszy Polak, jasno widział, jasno pisał, lecz przez wygórowaną staranność dokładności tak długo i rozwlekle, że ta niezręczna dokładność mordując uwagę słuchających nudotą sama siebie truła; dodajmy do tego, że w czytaniu ton miał tak jednostajny, tak przewlekający, iż samego Staszica tak zawsze bystro słuchającego przedstawień nieraz uśpiła, skąd często komiczna wynikła scena, dla niepowtarzania której Staszic albo stojący słuchał, albo unikał siadać przy tym Morfeuszu. Razu jednego Staszic słuchając zbyt długiego referatu zaczął drzemać, i wszedł w walkę z przemagającym snem, wstawał, marszczył brwi, zażywał tabakę, lecz sen go zwalczył, gdy się skończyło czytanie, po sesji rzekł do członków: "Nie będę siadał przy tym monotonicznym czytelniku, lub proszę, aby kto inny jego pisma czytał, bo ja tonu jego głosu znieść nie mogę."

     Stanisław Grabowski był sekretarzem Rady Stanu, uczony, pełen wiadomości, nadzwyczajną pamięcią celujący, ciągle roztargniony naukami i polityką, która była jego namiętnością, najmniej zdatny był do urzędu, który wymagał ciągłej uwagi, rozsądku i trafności w redakcji spraw toczących się. (Ignacy) Szczurowski sekretarz protokolista nie uczony, lecz nie tyle roztargniony, miał rzadki talent nagradzać to czego Grabowskiemu brakowało, w jasnym i treściwym wyrażeniu zdań szczególnych członków przy dyskusjach. Oddać atoli muszę sprawiedliwość Stanisławowi Grabowskiemu, iż czując swoją pod tym względem nieudolność ważniejszych decyzji redakcją zwykł był pokazywać referendarzom i ich rady i poprawki chętnie przyjmował.

     Najpierwszy, jak pomnę, padł na mnie referat w interesie Stanisława Grabowskiego sekretarza Rady Stanu ze skarbem tego Księstwa, do którego rozpoznania już zastałem wyznaczoną deputacja z radców stanu Woronicza, Grabowskiego. Rządkowskiego; do tej więc deputacji dodany byłem, i ta powierzyła mi wygotowanie referatu. Interes przez ministra skarbu Węgleńskiego wniesiony był następujący.

Król Stanisław August, lubo zrzekł się rozdawnictwa starostw na sejmie, za co darem dostał dziedzictwem na Ukrainie cztery największe starostwa białocerkiewskie, chmielnickie, bogusławskie i kaniowskie. Po abdykacji korony wydał z pewnych obowiązujących go względów Stanisławowi Grabowskiemu antydatowany przywilej na starostwo nad Bugiem położone zwane Krzywowierzba do 40 000 złotych dochodu przynoszące. Gdy po objęciu Galicji przez rząd austriacki Stanisław Grabowski przez noty podawane do tego rządu zabierał się do objęcia w posesję tych dóbr, rząd austriacki rozpoznawszy jego pretensje, uznał przywilej za nielegalny, odsunął go i dobra Krzywowierzba inkamerował do dóbr rządowych. W wojnie między Austrią i cesarzem Napoleonem, gdy książę Józef Poniatowski zawojował Galicję obie w imieniu Napoleona, i razem niemi wojskowo i cywilnie zarządzał, Stanisław Grabowski wznowił swoją prośbę do księcia o utrzymanie siebie przy przywileju i oddanie sobie Krzywowierzby przez rząd austriacki, jakby nieprawnie zaprzeczonej. Książę Józef wiadomy powodów i związków Grabowskiego z królem, i skłonny dotrzymać stryja swego woli, rozkazał rządowi centralnemu Galicji powrócić dobra Grabowskiemu wprawdzie tylko w posiadanie, zostawując ostateczne rozporządzenie legalności pretensji przyszłemu prawemu rządowi. Rozkaz księcia wypełnionym został, a gdy po traktacie preszburskim Galicja do Księstwa przyłączoną została, i rząd legalny rozpoczął swoje czynności, minister skarbu Węgleński uczynił wniosek do króla saskiego o odzyskanie Krzywowierzby, a król rozpoznanie całego interesu przesłał do rozbioru i opinii Rady Stanu. W deputacji więc w tym celu wyznaczonej, tak dla osobistego położenia Grabowskiego jako też dla związków jego z królem i z księciem Józefem znalazłem więcej skłonności za Grabowskim, niż skarbem, ofiara zdawała się być niewielką, a pod każdym względem patriotyczną. Woronicz szczególniej najlepszego serca mąż popierał ją, i już był na korzyść Grabowskiego wygotował referat, gdy przyszło do rozbioru jego w deputacji, w tym rozbiorze pokazała się cała nielegalność pretensji. Król saski może udarować Grabowskiego dobrami, może mu wyświadczyć inną łaskę, lecz gdy się nas pyta o prawność przywileju nie możemy sumiennie w porównaniu z prawami polskimi i austriackimi, a oraz świeżym zastrzeżeniem w traktacie status quo legalności mu przyznać, przy tym nie sam pan Grabowski jest w tym przypadku, naruszenie tej legalności może skarb narazić na niesłychane reklamacje i zubożyć go, a przy tym traktat preszburski zastrzega w całości zatrzymanie tego co rząd austriacki nadał lub odebrał, spadkobierca nie może nadwerężać urządzeń swego jurisdatora. Takie były radców stanu prawne powody, i mimo próśb i wymowy Woronicza odebrałem polecenie wygotować na tych zasadach referat; gdy go wniosłem na Radę Stanu podpisany przez wszystkich członków a nawet Woronicza, chociaż za Grabowskim o pewne względy wnosili głos Stanisław Potocki i Woronicz, przedstawienie opinii jednozgodne Rady Stanu w duchu referatu przesłane zostało królowi. Grabowski jako sekretarz Rady Stanu przeczytawszy to przedstawienie w kancelarii, przy ekspedycji załączył swój memoriał do króla, w którym oskarżył referenta o niezgłębienie rzeczy, o naciąganie dowodów i argumentów, zgoła o fałszywe wystawienie interesu i wprowadzenie w błędną opinią członków Rady. Król ubocznymi instancjami zniewolony zwrócił przedstawienie do Rady Stanu z poleceniem powtórnego rozbioru rzeczy, a jakby za powód do tego zlecenia przyłączył memoriał Grabowskiego. Gdy to Rada Stanu odebrała, oburzono się na ten krok nierozważny i płochy sekretarza, a ja za każdym wyrazem oskarżenia czułem odzywający się wstręt i odrazę od zawodu publicznego, w którym tak niemiłosiernie i niesłusznie przywitany zostałem. Oświadczyłem Radzie prośbę aby mi się pozwoliła usunąć od dalszego należenia do tego interesu. Lecz Rada stanu biorąc krzywdę moją, za ubliżenie sobie pośrednio, i obwinienie siebie przed królem, przywołała Stanisława Grabowskiego, jego równie nieprawne jak ubliżające zwierzchniej nad sobą magistraturze, a zatem zasługujące na dymisję postępowanie naganiła, a po powtórnym rozbiorze rzeczy, stanąwszy niezachwiana przy swojej opinii, mnie na powtórnego jej redaktora wyznaczyła. Ułożyłem więc przedstawienie w wyrazach umiarkowanych, więcej wymawiające krok Grabowskiego, niż obwiniające, dotknąłem nawet, że jeżeli sprawa Grabowskiego według praw i sprawiedliwości inaczej rozstrzygnioną być nie powinna, osoba jego i położenie zasługuje na względy, którym tylko łaskawość króla zadość uczynić może. Byli między członkami Rady Stanu tacy, którzy zbyt oburzeni nie dopuszczali ze strony Rady Stanu tego rodzaju napomknienia, lecz większość zgodziła się na nie; jakoż król stosownie do opinii Rady Stanu dobra na skarb zająć kazał a Grabowskiemu wyznaczył ze skarbu 18 000 złotych dożywotniej pensji, to jest połowę tego co dobra czynić mogły. Nagrodzony zostałem za doświadczoną przykrość przyjaźnią członków Rady Stanu spokrewnionych z Grabowskim, on zaś zaspokojony pensją, i wszedłszy w siebie, sam zbliżył się do mnie z usprawiedliwieniem się z nierozważnego kroku. Stłumiłem w sercu urazę, wróciłem mu przyjazne uczucie, którego od niego nawzajem w różnych politycznych naszego kraju przygodach doświadczyłem. Ten najlepszego serca, rzadkiej uprzejmości człowiek, zawsze gotowy do przyjacielskich usług i wszystkich sobie ujmować pragnący, nikomu chyba sobie przez niesłychane marnotrawstwo szkodliwy, lecz lekkiego i płochego umysłu, wyniesiony potem losem na najwyższe urzędy, był jednym z tych którzy mi dawali dowody stałej przychylności. Kiedy po wypadkach roku 1831 wszedł w związki i w znaczenie w nowym porządku rzeczy, gdy mnie ukrytego w domowej zaciszy wielu się zaparło, lub z góry na mnie spoglądało, on mnie z rzadką uprzejmością pomagał w wyjednaniu paszportów dla mnie i dla syna, w czasach w których jako bliskich epoki rewolucyjnej, z trudnością je można było uzyskać.