Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Czesław Jankowski, Trakt Napoleoński

Opublikowano w Źródła

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1911, cz. 1.

 



Wasilij Wereszczagin, Odwrót Wielkiej Armii



"Soldats! La seconde guerre de Pologne
est cominencée. La Russie est entrainée
par la fatalité. Ses destins doivent s'accomplir."

Napoleon do armii swojej,
przekraczającej Niemen w czerwcu 1812 r.

1. DAWNIEJ I DZIŚ.

Jest na Litwie stary, odwieczny trakt, co stanowił przez całe stulecia główny szlak komunikacyjny między Wilnem, leżącem ongi jakby na rubieży środkowej Europy, a dalekim moskiewskim Wschodem kontynentu europejskiego.

Wytknęły go, juści, ręce ludzkie, szeroko rozbiły i brzóz podwójnym lampasem zabezpieczyły od tonięcia w śniegach, to znowu w nieznośnej spiekocie letniej - ale ów szlak, na wieki wieczne pamiętny, ubiły, by tak rzec, dzieje, przewalając się po nim z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód, jak ruch nieustanny wydarzeń, kształtujących niepospolite dzieje ogromnego kraju.

Na pozór - ot! - trakt, jak widać, znaczny, gdyż rozwinęłyby się na nim gładko choćby dwie pary landar staroświeckich, niechybnie niegdyś "pocztowy", ale - ale małoż to dziś tu i ówdzie "traktów pocztowych"... dogorywa! Stare vestigia temporis acti, na które gwiżdżą dzisiejsze bystrolotne a wygodne koleje. Stare widownie nieludzkich udręczeń, piachów i wertepów, gór i grud, mostów dziurawych i długich, długich godzin nudy, wlokącej się, jak znużone konie, pchające się zwolna naprzód u dyszla ciężkiej, rozkołatanej bryki...

Stary, zapomniany, o powykruszanych brzozach, "pocztowy gościniec", jak się mówi w stronach rodzinnych króla Jagiełły, Kościuszki i Mickiewicza. Cóż ciekawego? A niechże leży sobie i trwa do czasu "Zjadła" go kolej żelazna Libawo-Romeńska, co poszła niemal równolegle do starego traktu i ściągnęła zeń na szyny swoje wszystek ruch. Stary gościniec pocztowy! A któżby się tam dziś tłukł po nim! Hej' hej!'... partykularną stał się dróżką; z etatu spadł; zdegradowany został; trwa już tylko "z łaski", dla wygody ot tej "kałamaszki" chłopskiej, ciągnącej się, jak mucha mizerna, po wielkopańskiej ongi drodze, której zabrakło jaśnie panów. Szerokim pasem puściła się trawka po obu stronach gościńca i nikt jej nie rozjedzie, bo drogi dość, aż nadto dość dla rzadkich przejezdnych, dla "furmanek" ze zbożem lub drzewem, dla jakiegoś szlachciury, pchającego się o jednym koniu z zaścianka do zaścianka lub na "kiermasz" do miasteczka.

A jednak ten sponiewierany, pozostawiony na Bożej łasce, gdzieniegdzie już tylko gęściej ogromnemi brzozami szumiący wielki trakt pocztowy, łączący Mińsk, względnie niegdyś Moskwę, z Wilnem to... ruina, czyliż nie równie pełna wspomnień i nastrojów, jak niejedne, słynące u świata malownicze zwaliska! I czyliż ty, odwieczny trakcie, jeden z najpamiętniejszych, nie masz tak dobrze własnych dziejów swoich, jak niejeden kasztel lub zamek, starannie przechowywany bynajmniej nie tylko dla piękności swych architektonicznych, ale jako relikwia z czasów - co nigdy, nigdy już nie wrócą?

I ty, stary trakcie, takiś jest milczący na pozór, jak każda ruina. Wiesz ty wiele i pamiętasz - a milczysz. Milczysz. Komużbyś ty dziś co opowiadał szumem swoich starych brzóz, tu i ówdzie pobitych piorunami? Komuż ty zakłębisz się kurzawą, układającą się przedziwnie w duchów korowody? Któż dziś szlakiem twoim - nikomu niepotrzebnym - powlecze się, nie sarkając na piachy, wyboje i nudę, lecz owszem, rad, że może puścić wodze myślom wzdłuż pasma twego, wijącego się falistym gruntem w dal, ku Wilnu, a puścić je po całej okolicznej ziemi, tak pełnej wspomnień i pamiątek? Temu dziwakowi-włóczędze ty, stary trakcie, opowiesz dzieje swoje...

Wzorzyste to dzieje, pełne szczęku i brzęku, migotania i blasku, huku burz i błyskania błyskawic.

Tędy to, okrążywszy Wilno lub trzymając je w szachu znaczną siłą, parło się dawno, dawno temu, zuchwałe Krzyżactwo w głąb dzielnic Litwy Olgierdowej i tędy cofało się w popłochu z krwawych pobojowisk napowrót na leże swoje. Tędy przybyła z Moskwy na tron wielkoksiążęcy wileński dostojna zakładniczka zgody i przyjaźni między Moskwą a Wilnem, narzeczona Aleksandra Jagiellończyka, spotykana uroczyście w podwileńskiej Niemieży. Tędy w półtorasta lat potem, za nieszczęsnego panowania Jana Kazimierza, wylały się na Litwę wojska cara moskiewskiego, pustosząc kraj po Wilno i dalej. Po starym tym, wieczystym, zda się, jak sama przyroda, trakcie historycznym manewrowały pułki i szwadrony kościuszkowskie, usiłując przebić obręcz żelazną, opasującą Wilno. U traktu tego: Miedniki, zwane "królewskimi", z wielkim, ocalałym cudem do dziś dnia czworobokiem ruin zamku, w którym przebywał Olgierd a gościł raz - nieproszony! - wielki mistrz krzyżacki Konrad Zonner von Rothenstein, gdzie potem wychowywał się królewicz Kazimierz święty pod dozorem Długosza i gdzie życia dokonał. U traktu tego lato spędzał w Kamiennym Łohu Piotr Skarga, a w Rukojniach żył i zamknął na zawsze powieki jeden z najzasłużeńszych obywateli kraju, Paweł Ksawery Brzostowski, referendarz litewski. U tego traktu powstały w Zalesiu "polonezy" Ogińskiego a w Borejkowszczyźnie najcudniejsze strofy Syrokomli. U tego traktu, w karczmie, Krzyżówką zwanej, na tradycyjnym popasie, trzy mile od Oszmiany a cztery od Wilna, pojmany został w r. 1838 Konarski...

I wszystko to, wszystko, a i wiele jeszcze, wiele, przeciągnęło szlakiem tym, jak mgły porankowe, jak mgły o zmierzchu i jak mgły - rozwiało się wszystko, zczezło, przepadło.



Auguste Raffet, Nocna rewia



I wciąż hulają zamiecie śnieżne po starym zapomnianym trakcie; wciąż, gdy przyjdzie lato, w słonecznych blaskach stoi; wciąż to zielenią się, to złocą wzdłuż jego wstęgi "pola zasiane zbożem rozmaitem"... Jeno cisza - wielka cisza zalega dokoła. Czasem skrzypnie koło kałamaszki lub, zerwawszy się z brzozy, ptak czarny, ciężko lecąc, skrzydłami załopoce.

Lasy, przepyszne, głębokie lasy litewskie ciągnęły się ongi milami całemi wzdłuż traktu, osobliwie na najbardziej "historycznej" jego przestrzeni, między Mołodecznem a Wilnem. Dziś niema ich. Gdzieniedzie tylko, pod wielkopańskiem jeszcze do dziś dnia Zalesiem ostały się ich resztki. Lasy też, jak czasy dawne, poschodziły z widowni. Jak czasy dawne, barbarzyńsko powyrębywane.

Goły leży trakt sędziwy na ogromnej przestrzeni. Im bliżej Wilna, tem rzadsze sterczą oszywające go brzozy, znaczące bieg szlaku. Leży nietknięty, w całej swej szerokości - jak przed wiekami. Tam, w głębi ziemi, pod wstęgą starego traktu, może nie przestały jeszcze rozbrzmiewać tętenty kopyt... Lecz my już nie słyszymy tego dalekiego, podziemnego, zamierającego grania ech.

Cisza, przejmująca do głębi cisza.

Dziesiątek wiorst starego traktu wzięto niedawno pod szosę, gdy z Oszmiany via Żuprany uczyniono "zachodnio-europejską" komunikacyę między miastem powiatowem a stacyą Soły kolei żelaznej. Dziesiątek wiorst starego traktu zmodernizowano, ani słowa... Szparciej lecą bryczki pocztowe, suną się żwawo "dyliżanse" z całem mrowiem wędrownego Izraela, wozy, suto wyładowane, wożą tam i z powrotem "towary"; próbowano już nawet, jak słyszę, puścić automobil dla wygody "pasażerów", jadących z kolei. Ruch! Ale może dobrze się stało, że tylko na dziesięciu-jedenastu wiorstach zakłócono spokój starej, sfatygowanej drodze. I że zatarto tylko na nieznacznej przestrzeni sporo jej charakteru, jej typu...

Dawne stacye pocztowe, oczywiście, poznikały bez śladu. Któżby dziś wlókł się pocztą, mając komunikacyę kolejową, równoległą: Wilno-Mińsk! Tylko ze Smorgoń, dziś znacznego ogniska fabrycznego, zwanego nawet z emfazą litewskim Manchesterem, dla uniknięcia przesiadań się z wagonu na bryczkę, jeżdżą dziś jeszcze ci i owi prosto do Oszmiany, do powiatowego miasta - pocztą. Na tej właśnie przestrzeni trakt wcale jeszcze bujnie olamowany podwójnym szpalerem brzóz, mosty do znacznego stopnia pewne... . Jedziesz - "obcujesz z przyrodą" lub dobrą sanną, nakiwawszy "jemszczykowi", puszczasz się (we własnej wyobraźni) z wichrem w zawody... W takt bije dzwonek pęknięty... Bije w ciszę - w ciszę latem, w ciszę zimą... Konie biegną same... Woźnica śpi na zabój. Wymijać nie ma kogo.

Podnieś głowę, podróżny człowiecze! W górę, w górę! i pilnie rozejrzyj się po niebie. Popatrz, czy nie ujrzysz czasem... orłów, co, jak wieść niesie, tędy właśnie, traktem tym leciały. Jeśli zaś ich nie dostrzeżesz, nie poczytuj sobie za bajbardzo. Orły to były "napoleońskie" i dostrzedz ich już tylko można - oczyma duszy.

Tak! Na tym pamiątkowym zabytku ogromnej przestrzeni czasu, na trakcie tym cyfrę swoją położył na ostatek sam Napoleon Bonaparte, gdy, dokonawszy zajęcia Moskwy a nie zwyciężywszy Rosyi, w tragicznym odwrocie swoim "dwunastego roku", po niebywałej katastrofie na Berezynie, dopadł w Mołodecznie wielkiego traktu i popędził nim sam ku Wilnu i dalej, a w ślad za nim tymże traktem pobrnęła okostniała na mrozie straszliwym, jak widm przerażających tłum, zmasakrowana jego armia, nie armia, świta, nie świta, jakiej świat nie widział. Armia? Świta? Nie. To za pędzącym do Paryża Napoleonem tu, po tym trakcie, goniła upiorna tłuszcza - Eumeid. Wyjąc i okrwawioemi wymachując łachmanami...

I tych kilkanaście dni grudniowych przeciągania epopei napoleońskiej traktem na zawsze historycznym, od Mołodeczna do Wilna, przypieczętowało niejako wszystko to, czego w ciągu wieków widownią był i ten szlak i ten kraj. I kraj na wieki wieczne przepojony został, jak murawa rosą, wspomnieniami napoleońskimi, a szlak "napoleońskim" począł zwać się traktem.

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1911, cz. 2.

 


Mapka schematyczna traktu "napoleońskiego"
od Mołodeczna do Wilna



2. NA ZAKRĘCIE DZIEJOWYM.

Plan kampanii rosyjskiej Napoleona był tak prosty, jak ogromną była widownia, na której ów plan miał być urzeczywistniony. Trzykroć stotysięczna armia główna miała, przekroczywszy Niemen, rozbić kolejno centrum oraz oba skrzydła linii obronnej rosyjskiej, rozciągniętej nieopatrznie od Rosień na Żmudzi do Łucka na Wołyniu, a następnie wzmocniona jeszcze przybyłemi rezerwami, o sile przeszło dwustu tysięcy ludzi, ruszyć na Moskwę, zdobyć ją i dokonać zdania się Rosyi na łaskę i niełaskę... ostatniego z wielkich, nadludzkich zdobywców świata!

Naówczas miało ze wszystkich krajów i państw Europy powstać nowe Imperium Romanum, kolosalniejsze nawet, niż starożytnych cezarów. I miało rozrastać się dalej po kontynencie najpierw Azyi niezmierzonej - aż, objąwszy amerykańskie lądy i morza, miały granice wschodnie imperyum napoleońskiego zbiedz się z granicami zachodniemi - nad Sekwaną! Opasany zostałby glob ziemski i spięta klamra wszechświatowego panowania wszechmocną dłonią władcy świata.

Z mirażem tym bajecznym przed oczyma ruszył Napoleon w maju l8l2-go roku z Paryża przez Drezno i Poznań na linię bojową, aby - skinąć. Przybył i dał znak. Na znak ten olbrzymie masy armii najezdniczej drgnęły, rozkołysały się, chrzęstem ogromnym szczęknęły i posunęły się naprzód. Miało się juz ku końcowi czerwca. Stojący kwaterą w Wilnie cesarz Aleksander, mający za sobą zaledwie l20.000 wojska pod komendą Barclaya de Tolly, 37.000 pod Bagrationem i 46.000 Tormasowa, posłał do Napoleona swego adjutanta, proponując zażegnanie rozlewu krwi układami pokojowymi. Napoleon odpisał cesarzowi: "Sam Bóg nie odrobi tego, co się stało!"

Cesarz Aleksander odjechał z Wilna do Święcian a stamtąd do Moskwy, gdzie stanął w końcu lipca; zabawił dni ośm i wrócił do Petersburga. Tymczasem, w miarę posuwania się naprzód armii napoleońskiej, cała linia wojsk rosyjskich jęła cofać się w głąb kraju...

I oto Napoleon jest już własną osobą w Witebsku. Dobra połać Rosyi zachodniej zdobyta. Ryga wzięta i opiera się o nią lewe skrzydło armii; centr linii bojowej w Witebsku, Davout z pierwszym korpusem w Orszy, a Poniatowski w Mohylowie. Z tyłu: wielkie magazyny z nagromadzonymi prowiantami i amunicyą w Gdańsku, Wilnie, Mińsku zasilają prawidłowo armię, a książę Bassano rezyduje w Wilnie w charakterze cesarskiego wielkorządcy Litwy, otoczony dworem iście monarszym, komunikuje pełnomocnikom państw europejskich rozkazy, otrzymywane od Napoleona, i czuwa nad potrzebami wojsk na linii bojowej, wzmacniając je wciąż posiłkami nadążających nieustannie rezerw. Przed linią bojową - manewrujące nieudolnie wojska rosyjskie, bez naczelnego wodza, którym dopiero ma zostać Kutuzow, "stary lis Północy", planowo tylko cofające się, cofające - na Moskwę. Do walnej rozprawy nie przyszło. Upragnione wielkie zwycięstwo, mające oszołomić raz jeszcze świat - nie odniesione. Rozstrzygająca wielka wygrana bitwa nie uczyniła jeszcze... zbytecznym tryumfalnego wjazdu do Moskwy. Do Moskwy! Warta gra takiego momentu. Cesarz Napoleon lubi miewać w swojem życiu chwile upajającej apoteozy...

Teraz jednak ma przed sobą nie tylko zmiatające z pola, wyzywające pościg "hordy" Barclaya de Tolly. Ma przed sobą długą drogę do Moskwy o brzasku już jesieni. A czy starczy jesieni dla dokonania pełnego dzieła? Zima... Podbiegunowy kraj!... A tam za sobą zostawił cesarz Hiszpanię - nie zdobytą jeszcze, i Prusy - niepewne i Austryę zdradliwą. I czy nie poprzestać na razie na tem, co się dokonało? Jednem pociągnięciem pióra można wskrzesić Polskę samodzielną - ogromną. I położyć ją na progu Rosyi, jako granitowy zadatek przyszłych podbojów dalszych. Natenczas ten cały bogaty kraj, świeżo zajęty, da znakomite leże dla najogromniejszej nawet armii choćby przez siedm długich miesięcy najcięższej zimy. A gdy znów wiosna się ukaże, znajdzie się ta armia znów na progu Rosyi. Wypoczęta, silna, niezwyciężona! I dokona się - reszty. Jeżeli wogóle odważy się cesarz Aleksander patrzeć przez zimę całą na taką potęgę, wyczekującą u granic jego państwa - na słońce wiosenne. Tylko na wiosenne słońce!

Faktem jest, że Napoleon, zająwszy Witebsk, chciał przerwać kampanię i zazimować z całą armią swoją na Litwie i Białej Rusi. Pod groźbą natychmiastowego ruszenia się naprzód, skłaniałby ku woli swej Aleksandra I. Zorganizowałby wskrzeszoną Polskę. Dwór arcymonarszy miałby in partibus, w Witebsku. Rządziłby Europą z Witebska. Czasowo. Nie nowina dla niego rządzić dłużej lub krócej Europą z obozowego biwaku! Z Witebska uczyniłby w lot ogromny, jakiego świat nie widział, obóz ufortyfikowany. Sprowadziłby z Paryża do Witebska artystów Komedyi Francuskiej... Ambasadorom dawałby audyencye... Jak w Tuileriach, St. Cloud lub w każdej innej rezydencyi swojej.

Dyktował taki plan - rozum. Obalił ów plan temperament zdobywcy. Na "martwej" linii Ryga-Witebsk-Mohylów wytrwał Napoleon zaledwie dni czternaście. Zarządzenia poczynił dla siedmiomiesięcznego popasu; kazał nawet zbić kamienice, "zasłaniające" witebski "pałac cesarski", aby nawet witebska rezydencya imperatora prezentowała się jak najokazalej. I nie wytrzymał. Rwało go ku Moskwie. Bezczynność nie dawała mu spokoju. Po czternastu dniach walki wewnętrznej i debat w z generałami, po czternastu dniach gorączkowego oczekiwania na "znak życia" ze strony cesarza Aleksandra, na ponowne propozycye pokojowe, Napoleon zdecydował się: iść dalej! Dalej...dalej... ku rozwiązaniu olbrzymiej imprezy! Na poranku 10-go sierpnia na rozkaz naczelnego wodza, dany z Witebska, podniosły się orły napoleońskie od Rygi do Mohylowa i, przodując niezliczonym wojskom wszelkiej broni, popłynęły zwolna naprzód.

Rubikonem kampanii l8l2-go roku nie był Niemen, była nim Dźwina.

Dopiero przekroczywszy Dźwinę, wszedł Napoleon na fatalny zakręt dziejowy, co miał niebawem w spalonej i zdewastowanej Moskwie dać zwrot - całej epopei napoleońskiej. Ze szczytów ku katastrofom tragicznego finału.

I stało się, co stać się musiało. Nieodbudowana Polska zamigotała, błysła i zgasła i rozpadła się, jak cały unitarny system Europy, stworzony nie przez wytrawnego polityka, tylko przez genialny umysł militarny. Namiętność wojskowa skruszyła nawet tak wzorowe organizacye... geograficzne, jak napoleońskie. Namiętność wojskowa zagnała Napoleona do Moskwy, gdzie jego zacięty opór rozbił się o zaciętość cesarza Aleksandra, sekundowaną znakomicie przez mrozy 30 stopniowe i przez "chłopski rozum" Kutuzowa. To, czego się nie zrobiło w Witebsku, nie było już sposobu uczynić w Moskwie. O spędzeniu zimy w Moskwie i mowy być nie mogło. Trzeba było dać hasło odwrotu. A namiętność wojskowa, której Francya pozwoliła opanować siebie i w której oszołomieniu poddała się z niebywałym entuzyazmem Napoleonowi, zaczęła już powoli wygasać. I w samym cesarzu Francuzów i, co fatalniejsze, we Francyi samej. Francyi zaczął już ciążyć - despotyzm, cięższy, niż autokratyzm przedrewolucyjnych Burbonów. Po opuszczeniu Moskwy raz jeszcze furor wojskowy "boga wojny" cisnął piorunami i rozpalił się pod Małym Jarosławcem; ale już odtąd odwrót cały jest jednem wielkiem, rozpacznem wydostawaniem się z grozą przejmujących tarapatów. Napoleon sam ma już tylko jedną myśl: zlikwidować, zlikwidować co rychlej fatalną imprezę. Mniejsza już teraz: strat więcej lub mniej! Niech tam szczątki rozbitej armii, obłamki zdruzgotanego narzędzia, topią się z kretesem w śniegach i wertepach "przeklętego kraju". Ratować trzeba jedno tylko już teraz: przyszłość! Przyszłość władzy, panowania i - Francyi.

Trzeba cesarzowi wracać co tchu - do Paryża. Niech się łamią mosty na Berezynie pod tłumami rozbitków, skazanych tak lub owak na zagładę. Byle wyrwał się cesarz z tej matni i przybył do Paryża - w porę jeszcze!

Pędzi. A okrutnemi bezdrożami, a krajem spustoszonym. Byle co rychlej dobić się do stron "przyjaźniejszych"; byle wydostać się na trakt wileński!... Wilno!... Wilno!... Świadectwa współczesne jednozgodne są w malowaniu gwałtownego parcia się całej w odwrocie rozbitej armii napoleońskiej ku Wilnu. Byle co rychlej dostać się do pierwszego miasta, gdzieby się czuło nad głową bezpieczny dach i ciepło jakby już ojczystego ogniska.

Z Moskwy wypadło armii wziąć odwrót nie w najprostszym na Wilno, kierunku ale jakby łukiem na północ nieco; dopiero od Pleszczenic dano zwrot na południe, przedzierając się najkrótszą drogą ku Mołodecznu, na szeroki trakt.

Dnia 29-go listopada stał Napoleon kwaterą w Kamieniu, otoczony silnie przetrzebionymi regimentami gwardyi. Ney obozował w Ziembinie; ks. Eugeniusz Beauharnais i marszałek Davout z awangardą w Pleszczenicach. Nazajutrz linia odwrotu przesunęła się tak, że cesarz już jest w Pleszczenicach a awangarda armii w Niestanowiczach; dnia 1-go grudnia Napoleon popasa w Stajkach, poprzedzony awangardą, używającą krótkiego wczasu w linii; nareszcie - po marszu niemiłosiernie uciążliwym i forsownym, gdyż chodziło o dotarcie do Mołodeczna przed oddziałami wojsk rosyjskich, manewrujących nieustannie po szerokiej wkrąg okolicy, zwala się awangarda, a tuż za nią gwardya, eskortująca cesarza, do Mołodeczna. Licha, mała mieścina, ale na trakcie, na wielkim trakcie wileńskim.

Opodal miasteczka pałac mołodeczański, rezydencya dóbr ks. Michała Ogińskiego, pustką stoi. Książę Michał, były podskarbi - daleko. W Petersburgu bawi i wespół z ks. Lubeckim i Wawrzeckim pomaga sekretarzowi stanu, Szyszkowowi, redagować ukaz cesarski, dający pełną amnestyę Polakom, skompromitowanym podczas zajęcia Litwy i Białej Rusi przez armię napoleońską... I podczas gdy były podskarbi konferuje z Szyszkowem, składa memoryały cesarzowi Aleksandrowi i raz po raz dopuszczany jest do bezpośredniego komunikowania się z monarchą rosyjskim - Napoleon rozkwaterowuje się w jego mołodeczańskim pałacu, podejmowany tam z czołobitną ostentacyą przez administracyę dóbr książęcych...

Takie już to czasy były...


Mołodeczno. Fot. Czesław Jankowski



I w pałacu mołodeczańskim (którego już, niestety, śladu nie pozostało, po dwóch pożarach) pisze Napoleon historyczny swój biuletyn 29-ty, odsłaniający całą grozę klęski, poniesionej w wyprawie na Rosyę... Podczas gdy straszliwa wichura grudniowa jakby ciska zewsząd i zgarnia w Mołodeczno resztki armii, jakiej świat nie widział, podczas gdy w zasypane śniegami miasteczko wpiera się i rozsadza je tłum oszalały od mrozu i głodu, podczas gdy poprzez szum zamieci biją w okna głuche huki armat Ney'a i marszałka księcia de Belluno, płoszących i powstrzymujących heroicznie nacierające na centrum odwrotu pułki Czaplica i Czyczagowa...

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 3.

 


Michał Kleofas Ogiński



3. NA ZIEMI POLSKIEJ.

Dotarłszy do Mołodeczna, zwaliła się tragiczna katabasis napoleońska z powrotem na ziemię "polską" - jak wówczas zwano wszystek bez wyjątku obszar b. Rzeczypospolitej.

Nie było to jeszcze wybrnięcie z położenia nad wszelki wyraz krytycznego i nie można było spodziewać się żadnego sukursu od "ludu", choćby najlepiej usposobionego dla armii francuskiej, nawet sromotnie rozbitej; była to jednak zawsze ulga znaczna. Kraj usiany był zagrodami i zaściankami szlacheckimi, z pod których strzech słano przecie od lat wielu pod sztandary napoleońskie najzapaleńszych ochotników; w wioskach pańszczyźnianych dworów polskich, gęsto sąsiadujących z sobą, nie było obawy natknięcia się na żywiołowe odruchy sfanatyzowanego "wojną narodową" ludu włościańskiego z Rosyi środkowej. Chłop białoruski, z natury łagodny i spokojny, nie oryentował się, juści, najkompletniej w żadnych zgoła prądach politycznych ówczesnych i na to, co się dokoła dzieje, patrzył, jak na troje dziwów z bajki-niebajki; ale mowy być o tem nie mogło, aby na własną rękę rzucił się bronić najrodzeńszej nawet chudoby swojej od "maruderów", "furażerów", lub "kwatermistrzów" choćby niewiedzieć jak odziczałego wojska, którego generałów i oficerów rozkwaterowywano ze wszystkimi honorami po dworach. Wśród wyższych sfer społeczeństwa miejscowego, to jest wśród najzamożniejszego ziemiaństwa, nurtowały wprawdzie tu i ówdzie prądy antynapoleońskie, "trzymające" z popularnym cesarzem Aleksandrem, oczekujące wzorem Czartoryskiego, Czackiego, Śniadeckiego ziszczenia najdroższych narodu nadziei od nikogo innego, jeno od potężnego "przyjaciela księcia Adama", ale gra cała ówczesnej naszej "partyi ruskiej" odbywała się, hen, daleko na parkietach salonów petersburskich lub po magnackich pałacach warszawskich i między Wilnem a Mińskiem nie strąciła jednego włosa z głowy żadnemu - "najezdnikowi". Gdyż nawet przed upiorną, bezładną, obdartą i zgłodniałą tłuszczą pobitej i rozproszonej armii Napoleona leciał wciąż jeszcze krajem "polskim" blask nieprzepartego uroku "boga wojny" i ów urok, pomoc na pozór tak słaba, nieobliczony dał sukurs odwrotowi wielkiej armii, wydostającej się resztkami już sił z bezprzykładnych tarapatów przegranej kampanii. Generał Marbot w pamiętnikach swoich kładzie na czele błędów, popełnionych przez Napoleona w 12-ym roku, to, iż przemieszał bataliony i brygady francuskie oddziałami wojsk aliantów swoich. C'éiait - woła Marbot - affaiblir un vin généreux en y męant de l'eau bourbeusei. Dzięki jednak rozsianiu po całej armii np. takich "cudzoziemców", jak Polaków, miano na całej linii pochodu na Moskwę znakomitych wywiadowców, porozumiewających się biegle z ludnością miejscową, a podczas ostatnich etapów odwrotu miano w owych Polakach - "cudzoziemcach" nieoceniony łącznik z terenem najcięższej już przeprawy. Nie biorąc oczywiście w rachubę - krwi polskiej, przelewanej hojnie podczas całej kampanii, i lanc oraz szabel polskich, co wytrwały niezłomnie przy "małym kapralu" nie tylko w doli, ale i w niedoli. I w wąwozach gór hiszpańskich - i na mostach Berezyny - i pod Lipskiem - i w wygnańczem osamotnieniu na Elbie...

Zawsze i wszędzie. Usque ad finem.


Dwór w Zalesiu



Nogą stąpił Napoleon na ziemię "polską" w odwrocie z pod Moskwy na terytoryum ogromnych dóbr magnackich tak zwanego "hrabstwa" mołodeczańskiego. Właśnie przed samem wybuchnięciem wojny rozpoczęto, na instancyę księcia Michała Kleofasa Ogińskiego, komasowanie całej fortuny szacowanej, mniej więcej, na 25 milionów złotych polskich, i oczyszczanie jej z długów. Specyalna komisya miała zatwierdzić ostateczną t. zw. komplanacyę. Ks. Michał Kleofas, b. podskarbi, za udział w insurekcyi kościuszkowskiej miał wzbroniony powrót do kraju; ziemskie jego dobra uległy konfiskacie. Dopiero starania ks. Adama Czartoryskiego u cesarza Aleksandra I wyjednały w r. 1802 zdjęcie konfiskaty i kasatę banicyi. Ks. Michał Kleofas wrócił do kraju i w charakterze, czasowo, administratora dóbr własnych oraz hetmana i kuchmistrza Ogińskich zajął się zaprowadzeniem ładu i porządku w niezmiernie zawikłanych interesach majątkowych. Przerwało mu tę akcyę wybuchnięcie wojny. Ks. Ogiński oddał się całkowicie robocie politycznej, polegającej na "odczarowaniu" ziemiańskiej szlachty polskiej na Litwie i Białej Rusi z pod uroku napoleońskiego i zwróceniu wszystkich jej nadziei w stronę cesarza Aleksandra.


Kamień pamiątkowy w parku w Zalesiu



Tymczasem zaś rozległe ziemskie posiadłości, któremi b. podskarbi władał faktycznie, nie tylko "hrabstwo" mołodeczańskie, ale i leżące opodal: Hanuta, Raków, Ilia, jak niemniej Zalesie, wegetowały czekając na lepsze a przedewszystkiem spokojniejsze czasy. Osobistą rezydencyę miał ks. Ogiński od roku 1802 nie w Mołodecznie, jeno w Zalesiu, w Mołodecznie zaś przebywał od czasu do czasu, otaczający się dziwaczną etykietą, bezżenny, zniedołężniały stryj ks. Michała Kleofasa, ostatni kuchmistrz litewski, Franciszek Ksawery Ogiński, wojewodzic trocki, nie mieszający się atoli do zarządzania dobrami, któremi rozporządzał się, jak swoją własnością domniemany spadkobierca, ks. Michał Kleofas. Napoleon, jak się rzekło, nie zastał w pałacu mołodeczańskim ani jednego, ani drugiego "gospodarza". Rozlokował się atoli w pałacu, jak u siebie, i zabawił w nim godzin ośmnaście.

Opodal dworu leżące miasteczko nie było chyba rozleglejsze, niż obecnie. Jednopiętrowe domy drewniane dzisiejsze, mizerne, przepełnione żydostwem, przypominają niewątpliwie zabudowania miasteczkowe z czasów napoleońskich. Jedyne dwie ulice chyba tylko poszerzono... Znikł natomiast kościół... W środku obszernego rynku wznosi się cerkiew. Znikła też, słynna swego czasu, szkoła polska, z której wyszli w połowie ubiegłego stulecia: oryentalista, zasłużony profesor uniwersytetu petersburskiego, Antoni Muchliński, oraz niepospolity krytyk, Aleksander Tyszyński. Dziś w murach byłej szkoły mieści się seminaryum nauczycielskie. Nie szukać śladu ani zamku obronnego kniaziów Zbaraskich, ani śladu przebywania W 1389 r. Dymitra Korybuta, księcia Nowogrodu Siewierskiego, co w Mołodocznie hołd składał Jagielle, ani śladu pobytów kanclerza Lwa Sapiehy, dziedzica swego czasu Mołodoczna, ani rezydencyi burzliwego podskarbiego, Michała Kociełła, do którego Mołodoczno z kolei należało... Skrzyżowanie się w Mołodocznie nawet dwóch linii kolejowych, Libawo-Romeńskiej i Bałagoje-Siedleckiej, nie przyczyniło się w najmniejszej mierze do jakiegokolwiek rozkwitu małej, lichej mieściny. Nawet podupadła jako punkt handlowy, obsługujący ongi okoliczne dwory i dworki.

Równina dokoła, niemal pustynna od trzypolówek gospodarki chłopskiej. Piaski... Wielkie dobra mołodeczańskie poszły w r. 1832 pod eksdywizyę; rozebrali je częściami Tyszkiewiczowie, Łopacińscy, Morawscy, Juszyńscy. Dziś główne fundum własnością jest Michała hr. Tyszkiewicza, dziedzica Wołożyna, przebywającego stale w Paryżu.

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 4.

 


Smorgonie



4.

Podczas gdy wojsko paliło domy drewniane miasteczka, aby ogrzać się przy tych improwizowanych ogniskach, Napoleon czytał depesze, nadesłane mu z Francyi. Spalił ich wiele i zabrał się do redagowania historycznego 29-go biuletynu, co miał niebawem ujawnić "urzędownie" wobec całego świata ogrom katastrofy i który, miał przybyć do Paryża wcześniej, niż... wieść głucha o tem, co się w Rosyi stało.

Dzień był pogodny, jasny, względnie nie do zbytku mroźny. Czyczagow z kozakami swymi, nie zdążywszy przeciąć Napoleonowi drogi do Mołodeczna, dopadł doń już po opanowaniu miasteczka i dworu przez wojsko francuskie, ale rozbił biwaki za wielkimi moczarami, leżącymi o jakieś ćwierć mili za Mołodecznem. Przez te moczary, rzeczkę i staw, niedostatecznie zamarznięte, nie było sposobu zaatakować Francuzów. zażywających popasu i wypoczynku w Mołodecznie. Dopiero w nocy mróz wzmógł się gwałtownie, bagna stężały i artylerya Czyczagowa ruszyła naprzód po lodzie i grudach, krzepnących znakomicie pod mrozem 20-stopniowym. Ale już Napoleona w Mołodecznie nie było... Pociski armat rosyjskich osypały dwór mołodeczański, ale salwy natychmiast wstrzymano, nie wyrządziwszy szkody nawet Bogu ducha winnym zabudowaniom gospodarskim.

Tymczasem zaś w pokoju, zajmowanym przez cesarza, obawiano się rozpalić piec, aby nie dymił, i rozłożono tylko ogień na kominie. Do komina przysunięto kanapę i przespał się na niej "władca Europy", w płaszcz owinięty. Nazajutrz po wyjeździe cesarza Francuzów spostrzeżono na kominie napis ołówkiem: Napoléon I. W kilka dni później nocował w tymże pokoju mołodeczańskiego pałacu Kutuzow i do autografu Napoleona dopisał: ...et dernier.

Wczesnym rankiem 4-go grudnia nadciągnął do Mołodeczna, naciskany przez Czaplica, marszałek Victor książę Belluno ze szczątkami dziewiątego korpusu - około 4,000 żołnierza. Książę Beauharnais, wice-król włoski, otrzymał rozkaz wysłania w dalszą drogę ku Wilnu skarbu cesarskiego oraz rannych i chorych, zaś gwardya cesarza posunęła się zwolna przez Marków i Lebiedziew ku Bienicy, gdzie cesarz miał popasać. Furgony, wiozące skarb oraz rannych, zaatakowali między Lebiedziewem a Bienicą kozacy, stanowiący przednią straż oddziału Lańskiego, ale zostali odparci. Cudem uszli niewoli jadący na zaatakowanych furgonach ranni włoscy generałowie Pino i Fontana.

Domniemanie po tej właśnie potyczce, dość zawziętej, pozostały u traktu, między Mołodocznem a Lebiedziewem liczne kurhany, co nawet nazwę swoją dały miejscowości, lecz dziś już poznikały niemal doszczętnie. Zresztą potyczek stoczono w okolicach Mołodeczna wiele, a mróz dziesiątkował i wojska francuskie i wojska rosyjskie. Ogiński pisze w pamiętnikach swoich, że podczas postoju w Mołodecznie "padło" kilka tysięcy ludzi. Dodajmy, że pod wieczór 4-go grudnia nadciągnęli pod Mołodeczno Ney i Maison z resztkami swoich korpusów. Pędzący za nimi Czaplic natarł na kilkuset, padających z głodu i chłodu Francuzów, ci jednak dzielny dawszy odpór armatami, zdążyli dopaść do Mołodeczna i połączyć się tam z oddziałem marszałka Victora. Wywiązała się w samem już Mołodecznie formalna batalia. Walczono - jak wyraża się Séur - nie o żaden honor, jeno o... dach nad głową. Dopiero jednak około południa wojska rosyjskie zostały z miasteczka wyparte, cofnęły się do okolicznych wiosek i tam rozkwaterowały się. A mróz ciął taki, że mowy już nie było o walce ani zaczepnej, ani odpornej. Podczas batalii Napoleona już w Mołodecznie nie było. O dziewiątej rano 4-go grudnia puścił się w dalszą drogę - zboczywszy nieco z traktu - przez Lebiedziew i Marków do Bienicy. Marszałek Victor, po stoczeniu bitwy z oddziałami Czaplica, zbierał się natychmiast ruszać dalej; rozkaz cesarski wstrzymał go i powierzył mu dowództwo nad aryegardą, a wezwał natomiast niezwłocznie Neya do Smorgoń. Już bowiem w Mołodecznie, po odczytaniu depesz paryskich, zdecydował się cesarz ostatecznie opuścić armię i wracać co tchu do Francyi. Zakomunikował swoje postanowienie marszałkom Berthierowi i Durocowi oraz generałowi Daru, przedyskutował z nimi wszystkie "za" i "przeciw", protesty uciszył i Caulaincourtowi dał rozkaz przygotowywania w sekrecie odjazdu. Odjazd miał nastąpić ze Smorgoń. Mniej więcej o południu 5-go grudnia stanął Napoleon kwaterą w Bienicy.

W Bienicy, podobnie jak w Mołodecznie, gościł Napoleon pod nieobecność "pana domu". Dziedzic rozległych włości, Michał Kazimierz Kociełł, ostatni potomek magnackiego rodu, któremu ojciec, Tadeusz Kociełł, starosta oszmiański i markowski, generał-major wojsk litewskich, wydzielił był Bienicę sukcesyą jeszcze za życia, unikał nie tylko brania udziału w zawierusze 1812-go roku, ale schodził jej nawet oględnie z drogi. Odjechał do majątku niedawno zmarłego młodszego brata, Józefa, pułkownika b. wojsk polskich, do Horodziłłowa, bardziej na południu sytuowanego i niezagrożonego przez inwazyę francuską, i tam zbierał się oczekiwać na zapanowanie w kraju... świętego spokoju. Dziedzic bienicki, aczkolwiek liczący lat dopiero czterdzieści kilka, aczkolwiek weteran wojsk kościuszkowskich w randze rotmistrza kawaleryi narodowej, a swojego czasu piastujący urząd wcale uciążliwy jenerał-majora powiatu oszmiańskiego, schorzały był i sterany przedwcześnie. Rychło też, w początkach wiosny roku następnego 1813-go życia dokonał w odziedziczonym po bracie Józefpolu, w pobliżu wspomnianego Horodziłłowa, i na bezżennym Michale Kazimierzu wygasł prastary ród Kociełłów, osobliwie pamiętny w dziejach naszych narodowych z racyi marszałkowania przez kasztelana i podskarbiego Kociełła kołu szlacheckiemu, którego formalnie "pospolite ruszenie", liczące do dwudziestu tysięcy głów, stoczyło w r. 1700 sromotną bitwę pod Olkienikami z adherentami i wojskiem Sapiehów.

Napoleon zastał w Bienicy dwór obszerny i wygodny rezydencyonalny, wystawiony przed stu laty z okładem przez tegoż kasztelana-zawadyakę, a w pobliżu wielkopańskiej rezydencyi wznosił się kościół okazały, również fundacyj najhistoryczniejszego z Kociełłów herbu Pelikan.

Kościoła w Bienicy istnieją już tylko ruiny. Po roku 1863 obrócono go na cerkiew; pożar wynikł we wnętrzu: nabożeństw zaniechano i cerkiew pustką stoi. Pod posadzką znajduje się obszerny sklep grobowy, gdzie stały trumny kociełłowskie, których śladu już niema. Przy kościele stał niegdyś klasztor o grubych murach i potężnych sklepieniach. Rozpadający się w gruzy gmach - uprzątnięto powoli. Same dobra bienickie po wygaśnięciu Kociełłów przeszły na Abramowiczów, a zaś jedna z Abramowiczówien wniosła je niebawem wianem Kazimierzowi Szwykowskiemu, sekretarzowi ostatniej ambasady naszej przy dworze pruskim, i tym rzeczy składem przeszła Bienica, znacznie przedażami, taksami i procesami uszczuplona, w posiadanie dzisiejszych jej dziedziców, Szwykowskich.

Jeżeli jednak sama majętność jest dziś już tylko cieniem tego, czem była sto lat temu, natomiast stary dwór bienicki stanowi do dziś dnia bardzo piękny i szacowny okaz pańskiej z XVIII wieku rezydencyi wiejskiej. Pokoi dwadzieścia kilka; sień ogromna o ceglanej posadzce prowadzi do obszernej sali z występującemi ze ścian półkolumienkami; pokoje o wysokich sufitach; tu i owdzie jeszcze piece na nóżkach. Lewy narożny pokój przechował na ścianach freski z w. XVIII, festony kwiatów i owoców, wijące się wśród sielankowych krajobrazów i grup. W prawem skrzydle umieszcza tradycya miejscowa pokój historyczny, w którym noc spędził Napoleon. Świta cesarza noclegowała na przeciwległem skrzydle i bawiła się uwiecznianiem nazwisk swoich na drzwiach sypialni. Drzwi te pamiątkowe, niestety, uległy zniszczeniu...

Krótki popas w Bienicy obrócił cesarz - o ile wnosić wolno - na ostateczne zredagowanie biuletynu, naszkicowanego w Mołodecznie. Ważyć przecie i rozważać trzeba było każdy wyraz...

Do Mołodeczna przywiózł był cesarzowi z Paryża członek Rady stanu, de Forget, szczegółową relacyę o wybuchnięciu i stłumieniu bezczelnie śmiałego spisku generała Maleta. Więc do tego doszło? Takie rozprzężenie zapanowało w samej nawet stolicy na głuche jeszcze tylko wieści o jakiemś tam niepowodzeniu oręża francuskiego? Nie do wiary! Malet w ciągu jednej nocy zdołał "opanować" Paryż i - uwięził samego ministra policyi. Wszakże to niesłychane! Aresztowano Maleta, rozstrzelano go wraz z dwunastu towarzyszami... Rozumie się! Ale cóż za demoralizujący Francyę... wypadek! Na dobitkę ten Malet zachowywał się przed lufami karabinów, jak bohater. Sam komenderował: Joue!... Feu! I dopiero druga salwa powaliła go. Puszczono 150 kul i rannych musiano - dobijać. Paryż o tem mówi... Francya śpiewa po cichu piosenki o Malecie... Ludność Paryża spadła w ciągu pół roku z 600,000 głów do 530,000, jak wykazał spis świeżo dokonany...

Noc. W narożnym pokoju bienickiego dworu cesarz czuwa jeszcze. Nie wołał sekretarza. Sam pisze. Ręka kreśli na papierze bajeczne hieroglify, a oczy cesarza utkwione - w Europę. Biegną wyrazy - przekreślane, to przywracane w brzmieniu jeszcze oględniejszem.

..."Byliśmy zmuszeni zniszczyć znaczną część armat i amunicyi. Il fallait marcher pour ne pas ętre contraint ŕ une bataille, que le défaut de munitions nous empéchait de désirer..."

Tak niech będzie! Nie pożądaliśmy bitwy jedynie dlatego, że brakło nam - amunicyi.

..."Ranni, furgony etc., wszystko, co mogłoby utrudniać pochód armii, skierowane zostało na Wilno. Wojsko potrzebuje przedewszystkiem wypoczynku. Cesarz znajdował się wciąż w pośrodku swojej gwardyi. Jego Cesarska Mość, zadowolona z ducha panującego wśród tego wojska wyborowego, gotowa była udać się z gwardyą wszędzie, gdzieby wymagały tego okoliczności; lecz okoliczności składały się zawsze tak, iż sama obecność gwardyi wystarczała i prowadzić gwardyi w ogień konieczności nie było..." Pauza. Oczy cesarza schodzą z szerokich widnokręgów myśli. Wpatrują się przez chwilę w nakreślone pismo; ręka cofa się i przenosi pióro na odstęp nowy.

I dopisuje cesarz ostatnie słowa dwudziestego dziewiątego biuletynu:

"La santé de la Majesté n'a jamais été meilleure".

Okres ten wywoła we Francyi, w świecie całym zdumienie. Będą go jeszcze całe pokolenia komentowały jako bezprzykładny odruch: pychy i upjenia. Może... Lecz okres niech zostanie. Wszak gdy pod Austerlitzem potknął się o kamień koń cesarza i omal że jeźdźca nie zrzucił, rzekł on, Napoleon, do świty swojej: "Pomyśleć tylko, że ten kamień mógł zmienić postać świata!" No, i nikomu nie przyszło do głowy... dziwić się, że on, Napoleon, tak powiedział.

Dopalają się świece w ciężkim srebrnym kandelabrze, znaczonym herbami Kociełłów, dobytym ze skarbczyka na stół - cesarski. Cesarz klasnął w dłonie i skinął tylko głową ku drzwiom, w których zamigotał wzorzysty kaftan Rustana.

Wszedł sekretarz. On teraz pisze, a cesarz chodzi szparko po pokoju i dyktuje. Dyktuje sam komentarz, którym tekst 29-go biuletynu ma opatrzyć paryski urzędowy "Monitor" (Moniteur), ogłaszając nadesłany przez cesarza dokument.

- Pisz pan!... Ten biuletyn powinien wzbudzić zachwyt najwyższy dla niewyczerpanej mocy... Przekreśl pan!... dla stoicyzmu oraz geniuszu J. Ces. Mości. Mało kart dziejów starożytnych i nowoczesnych może równać się z tym wiekopomnym biuletynem pod względem wspaniałości, szlachetności oraz wagi. Jest to dokument historyczny pierwszorzędny. Ksenofont i Cezar napisali jeden "Odwrót dziesięciu tysięcy", drugi "Komentarze". Z pod ręki Napoleona wyszedł "Dwudziesty dziewiąty biuletyn".

W narożnym pokoju bienickiego dworu, jak w świetlicy "Wesela" Wyspiańskiego - pełno mar, widm i wyczarowanych postaci. Tylko, że widma to i mary nie z czasów dawno przeminionych, jeno gromadzą się i tężeją widma czasów, co... nastać mają niebawem. I czasy te właśnie kształtuje i tworzy ten, którego rozkazu przywykły słuchać dzieje...

 

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 5.

 


Kościół w Smorgoniach, u traktu "napoleońskiego", fundowany przez Zenowiczów (obecnie cerkiew), jakim był w r. 1812. Kopia obrazu, malowanego z natury w r. 1850 przez K. Rusieckiego



IV. ZE SMORGOŃ DO WILNA.

Wolno jechał Napoleon z Bienicy do Smorgoń. Opuściwszy Bienicę o 9 rano dn. 5-go grudnia, stanął tegoż dnia w Smorgoniach dopiero o 2-ej po południu, czyli, że nawet jeśli, zamiast jechać krótszą drogą "partykularną" na Ponizie, wydostano się, jak należy przypuszczać, z powrotem u wsi Saskiewicze na szeroki trakt pocztowy, to i tak jeszcze nie wyda się chyba szybkiem przebycie wiorst mniej więcej dwudziestu w ciągu godzin pięciu.

Smorgonie, dziś miasteczko, a ongi miasto i dwór, gdzie miał rozegrać się jeden z najpamiętniejszych epizodów kampanii rosyjskiej, mianowicie opuszczenie armii przez naczelnego wodza, zdobyły sobie popularność bynajmniej nie z racyj tego właśnie momentu w dziejach swoich. Rozsławiły Smorgonie na kraj cały, ba, nawet poza kraju granicami: "akademia" i obwarzanki! Tak zwana żartobliwie "akademia" była to szkoła, erygowana przez ks. Karola Radziwiłła Panie Kochanku - dla "uczonych" niedźwiedzi. Krążyły o niej wręcz legendowe opowieści. Dziś żaden już niedźwiedź nie wykonywa w Smorgoniach tanecznych egzercycyi na rozpalonych blachach; nie sztyftują się już tam żadne zaprzęgi niedźwiedzie ku uciesze magnata nieświeskiego... Nie wychodzi tylko z obiegu przysłowiowe wyrażanie się: Uczony, jak akademik smorgoński! Rywalizowały zaś z rozgłosem smorgońskich niedźwiedzi smorgońskie obwarzanki. Początkowo wyrabiano je tylko w Smorgoniach, jak np. słynne pierniki wyłącznie w Butrymańcach. Dziś - wciąż jeszcze zalewają Litwę całą i Białoruś obwarzanki "smorgońskie, ale oprócz nazwy nic nie mające wspólnego ze Smorgoniami. Jak "szwedzkie" zapałki, co Szwecyi nigdy nie widziały. I faktycznie z całej przeszłości Smorgoń jedyną już dziś pozostałością są chyba nieśmiertelne - obwarzanki smorgońskie...

A rezydowali niegdyś w Smorgoniach Despotowie z Bratoszyna Zenowiczowie, ród starożytny, wywodzący się z pnia udzielnych książąt - despotów - serbskich, ród ojczyźnie naszej zasłużony, jak mało który, w radzie i w boju. Senatorskie zajmowali krzesła, buławy piastowali, doniosłe odprawiali poselstwa - początkowo żarliwi katolicy, następnie z "dysydentów" naszych jedni z najdzielniejszych. Jerzy z Bratoszyna Zenowicz, kasztelan połocki i smoleński, odbiegłszy od wiary ojców, zbór ewangielicki w Smorgoniach fundował i pochować w nim siebie rozkazał. "Tieło moje gresznoje - pisał w testamencie - małżonka moja pani Ganna Słuszczanka, pocztiwie pogreb uczyniwszy, w kostiele smorgojnskim, tam, gdie tieła prodkow moich pochowany sut (Zbór przerobiony został z kościoła katolickiego, wzniesionego w r. 1505 przez dziada Jerzego Zenowicza) pochowati majet obyczajem ewanielikow..." W Smorgoniach miał rezydencyę swoją Krzysztof Deszpot Zenowicz, jak zaczynali pisać siebie Zonowiczowie, wojewoda brześciański, którego szlachetna i niepospolita postać za mało ma blasku w dziejach naszych. On to był komisarzem, prowadzącym układy między Polską a domem austryackim, po wzięciu do niewoli arcyksięcia Maksymiliana pod Byczyną. W Smorgoniach założył szkołę; niemałą bibliotekę zgromadził, a gorliwy ewangielik, umierając w r. 1614, pozywał w testamencie swoim na sąd Boga każdego, ktoby poważył się zbór w Smorgoniach wyznaniu ewangielickiemu odebrać. Niestety! - uczynił to już syn rodzony kasztelana, też Krzysztof, wojak zawołany, co na czele własnej chorągwi husarskiej padł śmiercią bohaterską pod Chocimem. Ów właśnie dziedzic Smorgoń pojednał się z wiarą katolicką, nawet sam różne pisma oraz wiersze dowcipne przeciw dysydentom układał i zbór ewangielicki kazał na kościół przerobić. Dziś kopuła cerkiewna pokryła i były kościół i były zbór...

Za dziedzictwa Zenowiczów popasał i noc spędził w Smorgoniach dnia 20 sierpnia 1609 r. król Zygmunt III, ciągnąc na wyprawę przeciwko Moskwie. Gościli też następnie w Smorgoniach, w sto lat później, król Stanisław Leszczyński i król szwedzki, Karol XII, w lutym 1708 r. Przeszło miesiąc bawili w Smorgoniach obaj zaliantowani monarchowie: król szwedzki, gromadząc rozproszone wojska swego oddziały, król polski - werbując stronników. W Smorgoniach wypracowany został plan dalszej wspólnej akcyj i zawarty był traktat z pełnomocnikami Mazepy.

Tymczasem zaś przeszły Smorgonie wianem w dom Radziwiłłów; dobra przestały być rezydencyonalnemi; cały ich splendor zgasł. W samym początku ubiegłego wieku kupili je Ogińscy i odstąpili w drodze układów rodzinnych Przeździeckim, a pierwszym Przeździeckim, właścicielem Smorgoń, był hr. Karol, który natychmiast pośpieszył wskrzesić wielkopańską w Smorgoniach rezydencyę. W jego też rezydencyonalnym pałacu stanął kwaterą przybyły z Bienicy Napoleon.

Karol hr. Przeździecki, za wkroczeniem Napoleona w granice Rosyi, rzucił się z zapałem do szeregów wojsk litewskich. Utworzono wówczas w Wilnie pięć pułków piechoty i kawaleryi. Przeździecki otrzymał dowództwo jednego z pułków kawaleryi i odbył całą kampanię rosyjską, odznaczywszy się chlubnie podczas przeprawy przez Berezynę. Odpasawszy szablę, osiadł na stałe w Smorgoniach i jął gospodarzyć nie tylko z właściwą mu energią, ale i niepospolitą umiejętnością.

Do późnego wieku dziarski i rzeźki, rycerski dla dam, popularny wśród sąsiadów, uczynny, serdeczny, ruchliwy, z kresą przez twarz, zawołany gospodarz, typowy "napoleonista", położył wielkie zasługi dla kultury rolnej w kraju. W Smorgoniach nadto założył fabrykę powozów, rozpowszechnionych bardzo swojego czasu, a zwanych "berlinkami". Słynęły: smorgońska stadnina oraz bydło Przeździeckiego hodowli. Dwór roił się od autentycznych ukraińskich kozaków, którymi hr. Karol otaczać się lubił.

Sądzono mu też było odegrać wybitną rolę w insurekcyi 1830-go roku. Na wieść o opanowaniu Oszmiany przez Zienkowicza, stawi Przeździecki we trzy dni w Smorgoniach swoich na nogi cały oddział kawaleryi w pełnem umundurowaniu. Przybywa z Oszmiany organizator tamtejszego powstania, Józef Zienkowicz, staje na czele 320 kawalerzystów smorgońskich i traktem "napoleońskim" rusza do Oszmiany. Wyprzedza go pocztą Przeździecki i spotyka wchodzący do Oszmiany oddział. Natychmiast nazwano owych kawalerzystów Przeździeckiego "desperatami" i nazwa się utarła. Dał do niej powód ubiór - niepospolity.

Krótki czarny surdut; na stojącym kołnierzu dwie białe, nad skrzyżowanemi piszczelami, trupie główki; takaż na lewej piersi; po jednej na rękawach; na obu piersiach naszyte białe żebra; na głowie kask czarny z trupią czaszką; pas biały z pistoletami; szabla przy boku. W następstwie przyoblekł jeszcze Zienkowicz oddział smorgońskich "desperatów" w płaszcze ponsowe.


Dwór w Bienicy. Wygląd obecny. Rysował z natury N. Podberski



Nastąpiło uroczyste podpisanie w Oszmianie aktu powstania. Naczelnikiem siły zbrojnej obwołano Karola Przeździeckiego, który niebawem z 2.500 żołnierza pociągnął na Mińsk, aby tam wywołać ruch. Tymczasem jednak wojska rosyjskie, dowodzone przez generała Ostroszczenkę, zajęły Oszmianę i puściły się w pogoń za oddziałem Przeździeckiego. Stoczone zostały tu i ówdzie potyczki; oddział pobity rozproszył się, a sam Przeździecki uszedł na Żmudź, gdzie walczył pod rozkazami Giełguda w randze pułkownika. Z korpusem Giełguda przeszedł w granice Prus i życie zakończył w Królewcu na wiosnę 1832-go roku. Smorgonie uległy konfiskacie na rzecz skarbu. Rezydencya, dwór - znikły bez śladu.

 

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 6.

 


Lebiedziew współczesny: rynek w miasteczku i wjazd do dworu. Przez Lebiedziew przejeżdżał Napoleon po drodze z Mołodeczna do Bienicy.



Smorgonie dzisiejsze to miasteczko u linii kolei Libawo-Romeńskiej, pospolite, zażydowione, ale przemysłowe i handlowe, jak mało które na Litwie i Białej Rusi. To Łódź litewska, tylko że przemysł i handel w Smorgoniach dzisiejszych stoją nie na wyrobach lnianych i bawełnianych, ale na garbarstwie. Do stu garbarń wyrabia przeważnie t. zw. "hamburski" towar. Miasteczko liczy do 18.000 mieszkańców, z których chrześcijanie stanowią zaledwie 30 proc. Cerkwie dwie przerobione z kościołów, zamkniętych w 1866 roku. Lat temu pięć otrzymano pozwolenie na wzniesienie kościoła katolickiego, który się atoli dotąd jeszcze buduje. Zważywszy na szybkie i pokaźne rozwijanie się miasteczka, jako ogniska przemysłu i handlu, istnieje projekt przeniesienia miasta powiatowego z Oszmiany do Smorgoń.

Dla Napoleona Smorgonie były nie tylko popasem, ale i placówką organizacyi wojennej. Miał posterunek swój w Smorgoniach: francuski commissaire de guerre, oficer rangi wyższej, mający przy boku swoim deputata z ramienia obywateli miejscowych, Łokuciewskiego. W Smorgoniach był etap furażów i żywności, któremi zasilano armię. Nie musiało tych zapasów być wiele, w każdym jednak razie postój dla okazałej jeszcze gwardyi cesarskiej oraz dla generalicyi, którą był cesarz wezwał do Smorgoń, mógł być właśnie w Smorgoniach najwygodniejszy. Że jednak wielkie rozprzężenie panowało już nie tylko na takich, jak Smorgonie, posterunkach, ale i w całej organizacyi wojennej, mamy dowód bodaj w tym jednym fakcie, że o przybyciu Napoleona do Smorgoń nic nie wiedziano - w Oszmianie, gdzie była podprefektura francuska. Podprefektem z nominacyi cesarza był Żaba, marszałkujący powiatowi oszmiańskiemu z wyboru szlachty.

Stanąwszy ze sztabem naczelnym we dworze, zwołał natychmiast Napoleon radę wojenną. Posilono się najpierw za stołem cesarskim, poczem książę Eugeniusz Beauharnais odczytał na głos 29-ty biuletyn. Sam zaś cesarz oznajmił w krótkich słowach, że postanowił opuścić armię i jak najśpieszniej podążyć do Paryża.

- Jadę natychmiast - mówił. - Obecność moja we Francyi nieodzowna. Austryę i Prusy utrzymam w posłuszeństwie tylko ja - stanąwszy na czele nowej armii dwustotysięcznej. Wiedzą już o mojem postanowieniu Berthier i Duroc. Podzielają moje poglądy. Murat obejmie po moim odjeździe naczelne dowództwo. Wierzę, że rozkazy jego tak będą słuchane, jak moje, i że zgoda przykładna panować będzie!

Był już ciemny wieczór. Cesarz wysłuchał raportu przybyłego z Wilna do Smorgoń generała Hogendorpa, czasowego wojennego naczelnika, gouverneur militaire na Litwę; ostatnie wydawał rozporządzenia generałowi Daru, obejmującemu administracyjną władzę w cofającej się armii; zbijał nasuwające się marszałkom wątpliwości co do potrzeby tak nagłego odjazdu cesarza; był przystępny i łaskawy, nawet uprzejmy. Wreszcie, na po żegnanie - uściskał i ucałował otaczających go marszałków i generałów.

Wezwano do cesarza porucznika polskich szwoleżerów gwardyi, Stanisława Wąsowicza, stojącego popasem w karczmie miasteczkowej wespół z wielu Polakami, trzymającymi się własnej kompanii. A byli wśród nich i Dominik ks. Radziwiłł i Eustachy ks. Sanguszko, Wincenty hr. Krasiński, Ludwik Pac, Józef hr. Kossakowski. Cesarz kazał Wąsowiczowi zbierać się natychmiast w drogę. Towarzyszyć ma cesarzowi do Wilna... Wąsowicz pobiegł do karczmy po płaszcz, a gdy wrócił co tchu do kwatery cesarskiej, zastał już przed bramą zaprzężoną karetę i sanki.


Woltyżer gwardii napoleońskiej. Według litografii Charleta.



Była wieczorna godzina ósma. Jak wiadomo z wielu opisów, mających za podstawę pamiętnik Wąsowicza, wyruszyły ze Smorgoń trzy karety. W pierwszej jechał cesarz z wielkim koniuszym Caulaincourtem księciem Vincenzy i mamelukiem Rustanem na koźle, w drugiej wielki marszałek Duroc ks. Friaulu i adjutant cesarski, generał Mouton hr. Lobau, w trzeciej pułkownik szaserów konnych gwardyi generał hr. Lefebvre-Desnouëttes z kamerdynerem cesarskim i dwoma służącymi. Wyprzedzał ciężkie pojazdy cesarskie Wąsowicz, jadący w lekkich saniach z cesarskim berejterem Amodru i przybył też do Oszmiany na godzinę przed Napoleonem.

Posuwano się naprzód wolno, szerokim traktem, wysadzonym brzozami, przecinającym głębokie lasy. W karecie cesarz, otulony sutem futrem, powleczonem zielonym aksamitem, spiętem na piersiach, z węgierska, taśmami, w czapie ciepłej też aksamitnej, futrem lamowanej, uszatej - spał.

Za cesarzem wlokła się, usypując drogi trupami, paląc wszystko po drodze, szeroko rozsypana, szarpana na flankach przez kozaków, rozprzężona ostatecznie armia. Pobita, wycieńczona, smagana mrozami, dobywająca się resztkami sił z zasp i zamieci śnieżnych. Cesarz spał...

Droga była względnie bezpieczna; nic nie wiedziano o tem, że właśnie tegoż wieczora zaatakował znaczny oddział wojsk Siesławina - Oszmianę, ku której zbliżał się orszak cesarski, i jechano wolno. Ciężkie zresztą karety utrudniały szybsze poruszanie się naprzód. Pomknął tylko żwawiej Wąsowicz w lekkich saniach i znikł z oczu...

Dajmy na chwilę zamilknąć - pamiętnikarzom i przez jedną, krótką chwilę uprzytomnijmy sobie tylko sam historyczny moment znajdowania się hen gdzieś na bezludziu zapadłego kąta, co go nie każdy na mapie Europy odszuka, takiej postaci - jak Napoleon! Wyobraźmy sobie jakiegoś szlachetkę zaściankowego, wlokącego się nocą traktem smorgońskim i spotykającego nagle trzy suto eskortowane karoce... Zjeżdża z drogi, zapada w zaspę śnieżną, koń siadł w śnieg po grzbiet, sam brat szlachcic w śniegu po uszy, ale oczy wybałuszył, jak nigdy w życiu!

I gdyby mu tak kto krzyknął: "Sam cesarz Napoleon jedzie!" Jezus Marya! A tożby brat-szlachcic zdrętwiał, jak piorunem rażony, i przeciągnęłoby wszystko mimo niego, chrzęszcząc i łoskocząc i błyskając ogniami latarń i czerniąc się widmowo wśród śnieżnej bieli, a onby nieruchomy, nie czując targania konia, tkwił wciąż jeszcze w zaspie i patrzał... patrzał... za oddalającym się, niebywałym, nie do pojęcia korowodem. A teraz wyobraźmy sobie, że cesarz ocknął się na chwilę w karecie od nagłego jej przechylenia się i przez pół na jawie, przez pół we śnie ma jakby jasnowidzenie. I że ten kraj, po którym się posuwa, przestał być dla niego na moment jeden tylko terenem strategicznego manewru...

Co ujrzałby Napoleon "przed oczyma duszy?"

Na krótką chwilę stańmy się my oczyma jego duszy. Zwróćmy się twarzą akurat w kierunku z północy na południe i z traktu smorgońskiego wytężmy wzrok przed siebie. I znajdziemy się nagle nie w zapadłym, zaiste, kącie, co go dopiero "gwiazda napoleońska" rozświecić przyszła.

Patrzmy, a dopatrzymy.

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 7.

 


Napoleon Orda. Ruiny zamku w Krewie



HISTORYCZNE TŁO OBRAZU.

Posuwająca się zwolna nocą grudniową po trakcie smorgońskim ku Oszmianie ciężka landara, wioząca w śnie pogrążonego bohatera z pod Piramid i Jeny, wielkiego nad-człowieka XIX stulecia, defilowała mimo jakby historycznej panoramy o spłowiałych już pod niepamięcią ludzką barwach i konturach, a jednak uchwytnych doskonale dla - zadumy, sięgającej tak przedziwnie w dalekie, bardzo dalekie czasy poprzez współczesnych widowisk ruch i gwar. Po niwie zaiste niepowszedniej żłobił się pamiętny odtąd na zawsze napoleoński szlak... Wytężywszy - a nie nadmiernie! - wzrok pamięci na staj jakby kilka zaledwie od widowni napoleońskiej przeprawy przez b. województwo wileńskie, ujrzałoby się majaczące hen tam w dali wschodnio-południowej zarysy jakichś wielkich, zwaliskowych murów, nie na górze wznoszących się żadnej, jeno starym, bardzo starym obyczajem osiadłych przeciwnie w dolinowe zagłębienie falistej okolicy. W jednym rogu potężnego czworoboku sterczy jeszcze szczerbata kwadratowa baszta, a raczej podnosi się jeszcze w gorę na kilkanaście łokci ciężka i niezłomna kamienna jej podstawa, a zaś dotąd w groźnych jej rozwalinach widnieją tu i ówdzie otwory okien gotyckich, a pod nimi, u samych fundamentów, spostrzeże się zawalone kamieniami wejście do jakiegoś podziemnego lochu.

I dziś jeszcze, gdy kto z ludzi miasteczkowych - (gdyż liche miasteczko osypało dokoła ruiny) - lub kto z przejezdnych znajdzie się przypadkiem w ponurą noc jesienną opodal tej upiornej baszty z tajemniczym, ziejącym pod nią lochem, żegna się i pomyka śpieszniej, nie oglądając się za siebie.

Krewskiego to zamku ruiny.

Do Krewa to, dawno temu, nieskończenie dawno, kazał był Jagiełło odesłać z Wilna okutego w kajdany stryja swego, Kiejstuta, i wrzucić go do wieży więziennej warownego zamku. I tam, w onym lochu podziemnym, którego wylot majaczy dotąd poprzez złomy i zielska, piątej nocy po przybyciu do Krewa, Kiejstut, książę trocki, wcielenie ideałów i tradycyi Litwy pogańskiej, uduszony został z rozkazu Jagiełłowego. Powalili żywe bożyszcze narodu i zadali mu cios śmiertelny wielkoksiążęcy pokojowi: Proksza, Mostew, Kuczyk i Lisica. Jako to zapisane jest w latopisie supraślskim następującemi słowy: " I tamo w Krewie piatyja noszczi kniazia welikoho Kestutija udawili komorniki Jahajłowy: Proksza, szto wodu dawał jemu, a byli inyi: Mostew brat a Kuczik a Lisica żibientaj. Takow konec stałsia jemu, kniaziu wielikomu Kestutiju..."

Kiejstut padł. Z nim razem ginie stara Litwa pogańska, dualizm władzy wielkoksiążęcej ustaje, Jagiełło jest panem samowładnym i może państwo swoje skierować na jakie mu się podoba tory.

Tak w pół tysiąca lat potem, nocą, w przekopach fortecznych zamku Vincennes, zamordowany został książę d'Enghien z rozkazu innego możnowładcy, aby pogasły nawet iskry przelotne wszelkiego we Francyi legitymizmu i aby żadne starofrancuskie tradycye monarchiczne nie bróździły już więcej imperatorowi, co wiedzie Francyę na tory - dotąd jej nieznane! I czyś ty, imperatorze, z karocy swej, wyruszającej ze Smorgoń, nie miał wzroku utkwionego - w Krewo? Nie! Tyś dojrzeć nie mógł widmowej baszty krewskiej, gdzie w chrapliwym jęku Kiejstuta skonała stara Litwa. Za daleko - dla ludzkiego wzroku! Ale dla myśli ludzkiej - tak blizko! Aleś ty, imperatorze, nie wpatrywał się w stronę Krewa ani oczyma, ani myślą. I ty dopiero aż po Waterloo, gdy generałowie zaklinać cię będą, abyś raz jeszcze spróbował szczęścia, rzucisz ręką i głową i zawołasz: "Nie! Nie! Gwiazda moja zgasła. J'ai mécontenté le peuple! Narodu ściągnąłem na siebie gniew!"

A ziemia, godna... Napoleona, dźwigała go w odwrocie z pod Moskwy! Na ziemi tej - tak, na odległość jakich mil paru od widowni żegnania się z armią cesarza - dokonany przecie był - przed wiekami - akt potężnej wagi dla całego wschodu Europy, jeżeli nie dla całej Europy.

A działo się to znowuż na zamku w Krewie, w dzień Wniebowzięcia Maryi Panny, w sierpniu 1385 roku. W dniu tym Jagiełło przyjmował w czas owej rezydencyi swojej krewskiej poselstwo z Polski, cześnika krakowskiego Włodka z Ogrodzieńca, kasztelana zawichostskiego Mikołaja Bogoryę, Krystyna z Ostrowa i innych dygnitarzy, i mając przy boku swoim książąt krwi wielkoksiążęcej: Witolda, Skirgiełłę, Korybuta i Langwenia, podpisał wiekopomny układ, wiążący Litwę z Polską. Zobowiązał się litewskie i ruskie ziemie na czasy wiecznie do państwa polskiego przyłączyć, terras suas Lithuaniae et Russiae Coronae Regni Poloniae perpetuo applicare.

Nie w Horodle, nie w Lublinie rzecz się stała... jeno - o czem pamięć zatarła się powoli - unia Polski i Litwy dokonana była faktycznie w Krewie. Opodal - "napoleońskiego" traktu. Na ziemi, zwanej do dziś dnia oszmiańską od starodawnej nazwy powiatu, a która też - aby użyć nieco tylko śmielszej hiperboli - i Jagiellonów nam wydała. Jagiellonów? Być-że to może? Nie inaczej! Rzućmy okiem na pierwszą lepszą szczegółową mapę. W okolicy Krewa znajdziemy snadnie - Holszany. Holszany? No, więc - co? A oto... to, że z tych to właśnie Holszan, z prastarego gniazda udzielnych kniaziów Holszańskich, zwanych Algimuntowiczami, wziął bezdzietny król Władysław Jagiełło czwartą zonę, Sońkę (Zofię), z której doczekał się szczęśliwie potomstwa. Księżniczka Holszańska, królowa polska, pani, jak pisał o niej Długosz, rzadkiej pobożności, ale zarazem i niepospolitej... rozrzutniości, wyniosłego serca a niestałego umysłu, była tedy... matką Jagiellonów. Tak, tak!... Umysł, ochotny do mistyczno-metafizycznych dociekań, skłonny byłby do upatrywania nadprzyrodzonego zrządzenia w przeciąganiu Napoleona akurat przez widownię tak pełną najdostojniejszych wspomnień i tradycyi. Czemu właśnie wypadła mu tędy droga? Zaiste chyba dlatego, że imperatora nie prowadzić przecie jakimiś z pod ciemnej gwiazdy zakamarkami. Tedy imperatora wiódł Los naprawdę wielkim, naprawdę wielkopańskim traktem... Jak przystało!

A wybiegłszy z pod Smorgoń względnie niedaleko, mogła lotniejsza nieco imaginacya zaznać zaiste wrażeń wcale suggestyjnych, krążąc po takich miejscowościach okolicznych, jak np. Łosk, Boruny, Bijuciszki, zatrzymując się na chwilę wzdłuż samego traktu napoleońskiego na Sołach, Żupranach, Krakówce...1)

Gdy mimo Sół przejeżdżał Napoleon, odbywała się właśnie egzdywizya tej wcale pokaźnej ziemskiej fortuny imćpana Stanisława Poźniaka, a samo fundum obejmowali w posiadanie najuciążliwsi kredytorowie, Sobańscy.

***


Nad miasteczkiem górował kościół, odbudowany przez Poźniaków na miejscu spalonego podczas zaciętej pod Sołami potyczki wojsk kościuszkowskich z rosyjskimi, a był to już trzeci z kolei kościół erygowany w Sołach, gdzie już kościół "rzymski" wznosił się w 1544 roku, gdzie kościół stawiał powtórnie Janusz Kiszka, wojewoda połocki, ostatni z rodu słynnych magnatów, dziedzic ongi Sół. Dziś dobra solskie, przeszedłszy różnie losu koleje, lat temu 30-40-tu kipiące jeszcze życiem towarzyskiem całego okolicznego ziemiaństwa polskiego, własnością są obecnie generała Iwanowa. Na równinie, przeciętej linią kolejową, co też i trakt napoleoński krzyżuje w tem miejscu, widnieje z daleka nad drobnem miasteczkiem kościół drewniany, co go (czwarty z kolei) wzniósł nieszczęsnej pamięci prałat Żyliński, głośny swojego czasu administrator wileńskiej Ostrejbramy i renegat, podczas przebywania swego na probostwie w Sołach. Kiszkowie... Poźniakowie... wojska kościuszkowskie... Napoleon... prałat Żyliński... gospodarka, bardzo staranna, generała Iwanowa... Zaiste! Czegóż nie znaleźć na małym nawet skrawku ziemi - u napoleońskiego traktu!

A patrzmy jeszcze dokoła. - patrzmy.

Oto poniżej historycznej Bienicy - Łosk, dziś duża wioska, rzucona między kotliny kilku gliniastych wzgórz. Jeno bystrzejsze i wprawniejsze oko spostrzeże tuż u wioski, sypane ręką ludzką, stare "horodyszcze", gdzie musiała wznosić się przed wiekami jakaś okazała rezydencya.

I była to istotnie rezydencya nie byle jaka, gdyż "kniahini Łoskiej", Anny, wdowy po Korybutowiczu z pnia Olgierdowego, księciu na Nowogrodzie Siewierskim. Niektórzy historycy dowodzą uparcie, że już w połowie XV wieku wygaśli byli do cna Korybutowicze vel Korbutowicze. Nie spierajmy się. Mogła przecież Kniahini Anna przeżyć... ród cały męża swego łącznie z nim razem i w 1480 roku wznieść w Łosku kościół. Prawda? Co jednak godniejsze przypomnienia, to to, że krajczy litewski, Jan Kiszka, założył w Łosku drukarnię, co podczas istnienia swego do roku mniej więcej 1587 zdążyła wytłoczyć i w świat puścić ilość niemałą dzieł kalwińskich i socyniańskich. Z drukarni w Łosku wyszły dzieła niektóre Andrzeja Wolana, przekład Nowego Testamentu, dokonany przez Budnego. Drukarnia w Łosku nie tylko oddała wielkie usługi "heretykom" litewskim; była to ważna swojego czasu placówka umysłowego ruchu na kraj cały...

A sam Andrzej Wolan, najżarliwszy krzewiciel kalwinizmu na Litwie, autor znakomitego dzieła "De libertate politica", gdzież pisał swoje głośne polemiki ze Skargą i Jezuitami, gdzież spędził większą część pracowitego żywota, gdzież poseł cesarski gościł "pod strzechą" Wolana i gdzież Wolan życia dokonał?

Przebiegnijmy znów oczami okolice napoleońskiego traktu, a znajdziemy opodal Krewa - Bijuciszki. W tych to Bijuciszkach, niedużej posiadłości ziemskiej pod Borunami, rezydencyę swoją miał Andrzej Wolan i przyjmował tam najwybitniejszych jednowierców, iście pielgrzymujących z kraju i zagranicy - do znanych swojego czasu całemu światu Bijuciszek.

Wyszły Bijuciszki z rąk Wolanów dopiero w polowie XVIII wieku.

A Boruny? Czyliż wspomnienia A. E. Odyńca nic sięgają roku 1812-go? Szkoły boruńskie, które tylu uczniami swoimi najsprawiedliwiej szczycić się mogły, szkoły unieśmiertelnione we "wspomnieniach" Odyńca i w "Obrazach" Chodźki, dawno istnieć przestały. Kościół obrócono na cerkiew, lecz ostał się kształt dawny wspaniałego gmachu. Obraz cudowny Matki Boskiej Boruńskiej pozostał w cerkwi nieruszony z miejsca i lud rzymsko-katolicki teraz, jak dawniej, pielgrzymki doń odbywa...

Wróćmy na trakt napoleoński.

Karoca cesarska musiała już dotrzeć do Żupran i, zażywszy krótkiego popasu na połowie drogi, sunie się dalej ku Oszmianie...

Żuprany, na jedenastej od Oszmiany wiorście, dziś małe miasteczko z folwarkiem opodal, będącym atynencyą dóbr Nowosiółkowskich hr. Czapskiego, stanowiły przed wiekami nader pokaźną własność ziemską, nadaną jeszcze w 1407 roku przez Witolda wojewodzie wileńskiemu, magnatowi nielada, Wojciechowi Moniwidowi vel Montwidowi. W Radziwiłłów przeszły władanie w jakie sto lat potem i pod aktoratem radziwiłłowskim były jedną z najmocniejszych placówek wyznania helweckiego na Litwie. Zbór kalwiński, istniejący już w Żupranach od 1595 roku, przetrwał do początku XIX wieku. Wogóle w tej stronie kraju biegł szlak napoleoński na sporej przestrzeni byłemi ziemiami dysydenckich polskich możnowładców, jako żeśmy mijali zbory ewangielickie w Lebiedziowie i w Smorgoniach, mijamy oto zbór żuprański, a i za Oszmianą jeszcze przemkniemy się pobrzeżem byłego dziedzictwa Dorohostajskich, rezydujących niegdyś w tak zwanej Murowanej Oszmianie. Za czasów radziwiłłowskich nosiły Żuprany imponującą nazwę: "hrabstwo Żuprańskie", o którego rozległości da miarę ocenienie tych dóbr w roku mniej więcej 1815-ym - Sześćset tysięcy złotych polskich. Gorliwą otaczał Żuprany opieką Bogusław Radziwiłł, głowa swojego czasu kalwinów litewskich, aczkolwiek jako rezydujący w Królewcu (z urzędu swego generalnego księstwa Pruskiego gubernatora) rzadko tylko mógł zajrzeć w te strony. Żuprany zresztą puszczane były w zastaw, a że się o oną zastawę ubiegano, nie zdziwi się nikt, zważywszy np., że od zahipotekowanej na Żupranach sumy 91.500 złotych miał w 1750 roku któryś z zastawników 23.000 złotych rocznego dochodu prawie że netto, albowiem chłopstwo, siedzące na 795 włókach "hrabstwa", dostarczało panu zastawnikowi w ciągu roku ekonomicznego 25.037 robotników obojej płci. Tedy wnosić wolno, że nawet spustoszenie Żupran przez wojska Karola XII w roku 1702 musieli sobie pp. zastawnicy sowicie powetować.

"O Żupranach to referro - pisał w marcu 1702 roku administrator żuprański, imć pan Trzebiński, do kaznodziei zboru ewangielickiego w Słucku - że już i pisać i mówić i radzić o nich nie można, bo afflictio afflictionem sequitur, gdyż nie dość, że były radicer spustoszone i lokacyą chorągwi węgierskiej piechoty obciążone i niemal do końca ścieśnione, ale jeszcze wydano z Żupran 5000 złp. na chorągiew wołoską, której sam rotmistrz, niejakowyś pan Pisarzewski, tam z niemałą asytencyą zjechawszy, do ostatka wszystko zrujnował i cokolwiek trzymało się w chatach ludzi - rozproszył. My tu w ustawicznych zostawając trwogach i na takowe patrząc dawastacye, musimy ingemiscere. Ach, Domine Jesu, in quae nos reservasti tempora!"

A jakżeby jeszcze boleściwiej jęknął imć pan Trzebiński, jeśliby dożył roku 1812-go i napoleońskich wojsk na Żuprany inwazyi!

_________________
1) mapkę traktu napoleońskiego podaliśmy w zeszycie "Tygodnika" z dnia 23 grudnia 1911 roku

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 8.

 


Dominik Radziwiłł wg litografii Duruy'a



W dobie inwazyi francuskiej na Żuprany były już te dobra, wciąż "hrabstwem" zwane, w posiadaniu - Czapskich tym rzeczy składem, że przyrodnia siostra ks. Radziwiłła Panie Kochanku, Weronika, wniosła Żuprany wespół z innemi dobrami wianem mężowi swemu, Franciszkowi Stanisławowi von Hutten-Czapskiemu, wojewodzie chełmińskiemu, senatorowi, następnie żarliwemu konfederatowi barskiemu, przyjacielowi i stronnikowi księcia "Panie Kochanku". Objął atoli w posiadanie swoje hrabstwo Żuprańskie dopiero syn Stanisława Franciszka, hrabia Karol Czapski, w rok mniej więcej przed wtargnięciem Napoleona do Rosyi, to jest w maju 1811 roku. Wydzielił mu posag matczyny, doszedłszy do pełnoletności, ostatni w prostej linii ordynat nieświeski, Dominik książę Radziwiłł. Przejeżdżał tedy Napoleon w grudniu 1812-go roku przez Żuprany, co tylko wyszłe z posiadania majora gwardyi cesarskiej. z którym przed chwilą obcował w Smorgoniach, ile że ks. Dominik kampanię roku l8l2-go odbył całą w szeregach wojsk napoleońskich i niemal stale w pobliżu znajdował się cesarza, a zaś dlatego nowy dziedzic Żupran nie powitał "na swoim gruncie" popasającego w miasteczku Napoleona, że Karol hr. Czapski, mianowany przez cesarza dyrektorem skarbu departamentu mińskiego (taką nazwę otrzymała w r. 1812 gubernia mińska), znajdował się w Głębokiem. Tam, w głównej czasowo kwaterze Napoleona, pozostała kasa i przewiezienie jej z Głębokiego do Warszawy powierzył był cesarz hr. Czapskiemu, którą to misyę dziedzic Żupran, pomimo trudności i niebezpieczeństw, dopełnił szczęśliwie.

Co zaś do Dominika ks. Radziwiłła, to niepospolity ów młodzian, słusznie zwany "Krezusem litewskim" pełen ognia i życia, serdeczny, rozrzutny a awanturniczej odwagi, po życiu iście szalonem rehabilitujący się pełną ofiarą mienia i życia "dla ojczyzny", po chlubnem odbyciu kampanii 1812-go roku, wytrwał, jak wiadomo, niezłomnie pod sztandarami napoleońskimi i, ranami okryty pod Hanau, życia zaledwie rozpoczętego dokonał jesienią roku 1813-go w małej mieścinie francuskiej Lantheron, dokąd go był przewiózł towarzysz broni i wierny druh, generał Wincenty Krasiński.

Zaś Karol hr. Czapski po zawierusze napoleońskiej zajął się gorliwie urządzeniem ziemskiej fortuny swojej. Nie w Żupranach, ale w poblizkim folwarku Nowosiółki założył wielkopańską rezydencyę, okraszoną następnie przez wnuka jego, hr. Adama, okazałym pałacem (gdzie dziś hr. Czapscy stale przebywają), a w miasteczku zaczął wznosić kościół, którego budowę atoli ukończył dopiero niedawno Adam hr. Czapski. Sam hr. Karol, podczas gdy pod-żupańskie Nowosiółki "powstawały", mieszkał stale w innych dobrach swoich, w Stankowie, w gub. mińskiej, marszałkował szlachcie powiatu mińskiego, a przez lat kilkanaście sprawował urząd kuratora szkół guberni mińskiej.

Cofające się na Wilno wojska napoleońskie zdewastowały Żuprany chyba może gorzej jeszcze, niż szwedzko-polskie w roku 1702. Spalono ogółem budowli tak we dworze, jak po wioskach, przeszło sto ośmdziesiąt, a według obliczenia hr. Czapskiego, którego zaraz na wstępie do dziedzictwa Żupran spotkała tak dotkliwa katastrofa majątkowa, szkód i strat wyrządziła w hrabstwie Żuprańskiem nawała francuska na sumę ogromną 54.000 rb. Miały się też w Żupranach w grudniu roku 1812-go rozgrywać sceny okropne. Ségur w swoim pamiętnikowym opisie kampanii rosyjskiej opowiada, że właśnie w Żupranach ("ŕ Joupranouď") zmarznięci do kości żołnierze francuscy zapalali domy, aby się rozgrzać przy tych improwizowanych ogniskach. "Blask płomieni - pisze - zwabiał nieszczęśliwych, których siła mrozu i ból rozdrażniły aż do szaleństwa; przybiegali, jak opętani, zgrzytając zębami i wybuchając piekielnym śmiechem i - rzucali się w ogniska, ginąc tam w konwulsyach straszliwych. Ich zgłodniali towarzysze patrzyli na to bez zgrozy. Niektórzy porywali z ognia oszpecone okrutnie i nadpalone ciała i - co prawdą jest, nie ulegającą zaprzeczeniu - nieśli do ust tę obrzydliwą strawę". Nie chce temu szczegółowi dać wiary Marbot, utrzymując, iż żołnierze napoleońscy nie potrzebowali wcale zapamiętywać się aż do... ludożerstwa, albowiem, zwłaszcza po wkroczeniu cofającej się armii na terytoryum Litwy - jadła i żywności nie brakło. Prawda - pisze - że książę Bassano i generał Hogendorp zaprowiantowali przedewszystkiem Wilno, troszcząc się mniej o składy żywności gdzie indziej, ale dowódcy poszczególnych oddziałów wojska urządzali na własną rękę wyprawy w okolicę po żywność i furaż, tak zwane marandes armées, obławiając się znakomicie...


Trakt Napoleoński między Żupranami a Oszmianą



Że z drugiej strony cofająca się w nieładzie armia nie była z dostateczną energią napastowana przez oddziały wojska rosyjskiego, uwijające się przed nią, za nią i po flankach, przypisać należy srogości mrozów. Dochodziły do 30 stopni Reaumura! Nietylko ludzie, ale i konie odmawiały posłuszeństwa.

Cytowany już de Laugier, oficer gwardyi księcia Eugeniusza Beauharnais, opowiada w pamiętniku swoim, że ciągnący za Napoleonem ze Smorgoń do Oszmiany książę wice-król włoski popasał w Żupranach, rozkwaterowawszy się w kościele (oczywiście w zborze ewangielickim, gdyż w r. 1812 istniała w Żupranach tylko marna kapliczka rzymsko-katolicka, drewniana). Dokonany apel wykazał, że z całego korpusu ks. Eugeniusza pozostało 500-600 żołnierza zdolnego wlec się dalej... Żony pułkownika Dubois oraz pewnego komisarza wojennego z dywizyi generała Pino, co z Paryża przybyły do Moskwy, jechały teraz z powrotetn z cofającą się armią. Wyprawiono je ze Smorgoń w saniach, w dobrych futrach i otulone - sianem. W Żupranach pułkownik i komisarz wybiegają na spotkanie żon. Patrzą: zmarzły!. W saniach jadą dwa skostniałe trupy.


Żuprany. Trakt Napoleoński miasteczko przecina, zwraca się na dalszym planie nieco w prawo, wysadzany tu i owdzie jeszcze brzozami i biegnie ku Smorgoniom. Na lewo kościół, wzniesiony sumptem hr. Czapskich



Inny "obrazek" kreśli w pamiętniku swoim J. Karczewski, przebywający w Oszmianie akurat podczas przejazdu Napoleona, późniejszy obrońca i pełnomocnik Stefanii ks. Radziwiłłówny w procesie jej o dobra posagowe. W Oszmianie - jak się wyżej napomknęło - nic nie wiedziano, nawet w samej podprefekturze, o klęsce armii, o cofaniu się jej w opłakanym stanie i o przybyciu już do Smorgoń Napoleona. Budziły tylko "sensacyę" przejeżdżające raz po raz przez Oszmianę "figury" - zdawało się - tylko... ucieszne! "Tak np. - opowiada Karczewski - razu jednego, w końcu listopada, spostrzegliśmy wjeżdżającą w ulicę Żuprańską karetę dziwnej wielkości. Staroświecka, poszóstna, bardzo wysoka, biało malowana. Szła, zdaje się, własną siłą, gdyż ledwie znać było dwoje koników włościańskich, którymi kierował tajemniczo żołnierz siedzący pud kozłem (prowincyonalizm litewski, zamiast: "pod kozłami") na skręcie, poganiając je po francusku albo też po włosku, to jest, zamiast ćwiczenia, porąc prętem w zadek, od czego te nieszczęśliwe stworzenia w czasie gorącym toczone były przez robaki, mnożące się w ranach. Słowem, mieliśmy arcypiękny przykład zagranicznej cywilizacyi... Wciągnąwszy się tedy na rynek, stanął, wylazł z pod kozłów, otworzył portyerę, z której wylazł ogromny mężczyzna, odziany w jubkę kobiety rosyjskiej, której stan był mu pod pachami. Powyciągawszy się trochę, ten pan kareciany kazał żołnierzowi kupić kilka obwarzanków i, wlazłszy z nimi do karety, ruszył dalej drogą ku Wilnu. Śmieliśmy się, bo nie wiedzieliśmy, co to znaczy".

Inny obrazek.

"Tuż przed Napoleonem - opowiada Karczewski - uciekał ks. Jóżef Poniatowski. Będący wówczas w Oszmianie pułkownik Paszkowski, znajomy księcia, wziąwszy nas z sobą, poszedł do niego. Widzieliśmy tedy tego bohatera, ale w stanie bardzo smutnym. Miał głowę zawiązaną i rękę na temblaku. Był już dość siwy, a od spracowania i niewczasów mocno osłabiony i pożółkły. Nimeśmy doszli do niego, lokującego się w domu Chądzyńskiego, na lewej ręce, w długim przedpokoju, leżało na podłodze wielu młodych oficerów, towarzyszących księciu, jako ks. Sanguszko i inni. Zmęczeni nagłym biegiem w czas zimny, dopadłszy kwatery ciepłej, jak kto mógł, ulokował się i smacznie zasypiali na gołej podłodze. Paszkowski, pogadawszy na osobności z księciem, pożegnał go razem z nami i odszedł, a książę ze świtą swoją niebawem ruszył dalej".

Po przejechaniu Napoleona przez Oszmianę, gdy gruchnęła wieść o tem, co się dzieje, Karczewski schronił się na wieś, w okolicę, do pod-oszmiańskich swoich Bieniun.

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 9.

 


Jerzy Kossak, Odwrót.



Widać z pamiętnika Karczewskiego, jak obu stronami traktu napoleońskiego płynął odwrót armii francuskiej i jak przez zimę jeszcze całą przeciągały krajem to bandy maruderów, to oddziały wojsk rosyjskich, tropiące niedobitków.

Raz po raz zazierali do Bieniun kozacy, "trzęsąc" dwór i szukając Francuzów, to znowuż tylko dla rozgrzania się i posilenia. Wielu z nich proponowało nabycie bardzo nieraz pokaźnego "łupu", z którym kozak nic wiedział, co czynić. I radby go wymienił na rubli kilka, które mu się bardziej przydadzą. Tak np. opowiada Karczewski, że pewien kozak chciał mu raz zbyć za 15 rubli "niemały futeralik, napełniony samymi brylantami". Niestety jednak, w zdewastowanych Bieniunach kasa gospodarcza domu tak pusta była z kretesem, jak jego śpichlerz i śpiżarnia...

"Dnia pewnego wieczorem - zapisuje Karczewski - nadjechało trzech kozaków. Jeden z nich, pokiereszowany, z roztrzepaną od blizn brodą, będąc pół pijany, był bardzo złośliwy. Nie złażąc z konia, wywołał mię z izby, a nałajawszy się do woli, kazał kozakom zrewidować mój dom, azali nie przechowuję w nim Francuzów. Kozacy, przechodząc mimo mnie, szepnęli do ucha, żebym się nie trwożył, a przygotował dla oficera butelkę wódki, to on się ułagodzi. Był to człek złośliwy i pijący, ale, jak o nim umówili kozacy, "chrabryj". Jakoż po obejrzeniu domu i nie znalezieniu Francuzów, oficer zsiadł z konia i zabrał się nocować. Postawiłem przed nim gorzałkę, siedliśmy za stołem, a on mi w poufałości pokazał bardzo piękne brzytwy. Siedm sztuk było zwirowanych, w złotej oprawie i w futeraliku. Podobały mi się tak dalece, żem mu zaproponował, aby mnie one sprzedał. Odpowiedział mi, że chętnieby to uczynił ale musi z nich zrobić prezent dla adjutanta pułkowego. Dałem mu więc spokój. Wtem pociągnął mię ktoś za połę. Była to służąca z piekarni (prowincyonalizm litewski; ma znaczyć - z izby, gdzie jada a czasem i sypia czeladź). Wzywała mię, abym tam szedł. Poszedłem i jakiż okropny znalazłem widok! Przy 30 stopniach mrozu człowiek nagi, mający tylko na sobie majtki płócienne i jakieś na nogach z onucz (szmaty płócienne, zastępujące skarpetki lub pończochy) opięcie, stojąc przy piekarnianym piecu, trzymał w objęciu słup jego i na zbliżających się kłapał zębami. Człowiek nie stary, dość przystojny, z czarnym włosem na głowie i takiemiż oczyma... Wraz tedy powróciwszy do mego kozaka, prosiłem, aby obaczył, jakie nasze położenie, kiedy mimowolnie w domach naszych mieć musimy Francuzów. Posłał swoich kozaków obejrzeć nieszczęśliwego. W majtkach znaleźli i zabrali u niego kilka napoleondorów. Nie wiem, co z nim zrobili, gdyż mię tegoż czasu spotkał drugi ambaras." "Była w starym domku kuchnia, od sieni ścianą oddzielona, z wejściem od tyłu. Dano mi wiedzieć, że tam przyszedł raniony żołnierz polski. Pobiegłem do niego i aktualnie (prowincyonalizm litewski; ma znaczyć rzeczywiście, istotnie) znalazłem okropnie ranionego, gdyż mu nawet jelita wychodziły. Zapytałem, co się z nim stanie, kiedy za ścianą są kozaki? Odpowiedział, że mi nie zrobi kłopotu, tylko prosi opatrzyć ranę. Opatrzyłem tedy kompresami ranę. Dałem dla okrycia się jakiś worek, będący pod ręką, i wyprawiłem tylnemi drzwiami. Co się z nim stało? Bogu wiadomo. Znajdowano wiosną wiele trupów po jamach warzywnych (dla przechowywania warzyw przez zimę) we wsi - i gdzież ich jeszcze nie było!"

A senator Ogiński, wracając do swego Zalesia traktem Napoleońskim wczesną wiosną roku 1814, oglądał jeszcze - we dwa lata bez mała po przejściu Francuzów: wioski całkiem bezludne, po części spalone, dwory zrabowane i porujnowane, resztki kości ludzkich walające się po krzakach, tu i ówdzie po rowach przydrożnych - trupy, zasypane tylko ziemią, ówdzie sterty popalonych ciał.

Nie, - pisze - zgoła żadnej nie było przesady w opowiadaniach tych, co świadkami byli nieszczęsnego odwrotu! Kraj, którym jechałem, jeszcze wyglądał, jak pustynia.. Le pays que je traversais prisentait le tableau d'un désert.


Stanisław Dunin-Wąsowicz



Z OSZMIANY DO WILNA.

Do Oszmiany przybył Napoleon o północy z 5-go na 6-ty grudnia, w mróz siarczysty. Nie spodziewano się go. Tem mniej, iż co tylko zaatakowane było miasteczko przez silny oddział kawaleryi Siesławina. W utarczce atoli nie brał udziału garnizon oszmiański, złożony z Niemców, pod dowództwem generała rodem z Niemiec południowych. Odparli szturm na Oszmianę ułani polscy, znajdujący się akurat w okolicy, a, dokonawszy dzieła, stanęli kwaterą w mieście, wzmacniając załogę, aby mogła stawić czoło ponownemu targnięciu się Siesławina na Oszmianę. Tymczasem zaś wojska rosyjskie rozłożyły się obozowiskami i czatami po całej okolicy, ześrodkowawszy główne siły pod Nowosiadami, wioską tuż w pobliżu Oszmiany.


Gajdziewicze, typowa "okolica" szlachcica-włościanina w pobliżu Traktu Napoleońskiego w okolicy Żupran.



Zastał tedy Napoleon całą załogę pod bronią, a na rynku, pomimo głębokiej już nocy i ostrego mrozu, stojące trzy szwadrony ułanów, dowodzonych przez Ignacego Stokowskiego. Gdy pierwsze oszołomienie, na widok cesarza, minęło i gdy dowiedziano się, że w drodze jest do Wilna, rzucono się błagać, aby przynajmniej noc spędził w Oszmianie, nie narażając się na podróż nocną, gdyż droga niepewna, a wzdłuż jej gęsto rozsiane biwaki rosyjskie. Napoleon namyślał się krótko. Zdecydował się jechać natychmiast dalej. Kazał tylko zmienić konie u powozów, oraz zluzować eskortujących go od Smorgoń strzelców konnych. Karocę cesarską i cały korowód podróżny otoczyli ułani polscy Stokowskiego, z nim samym na czele, a w liczbie 266 koni. Wąsowicz w pamiętniku swoim notuje, że cesarz kazał na kozieł swej karety siąść generałowi Lefebyre-Desnouettes i mamelukowi Roustanowi, że sam podał im parę pistoletów i rzekł:

- W razie niebezpieczeństwa, nie dajcie mnię wziąć do niewoli. Zabijcie mię! Tuez-moi!

- Wasza Cesarska Mość - podchwycił Wąsowicz - pozwoli mi powtórzyć jej słowa polskim ułanom?

- I owszem!

Gdy zaś Wąsowicz przetłómaczył na głos ułanom słowa cesarskie, rumor stał się wśrod nich nieopisany i huknęły dokoła zapewnienia, że dadzą siebie porąbać co do nogi, a nikogo do cesarza nie dopuszczą.

I wśród okrzyków Vive l'Empereur! korowód ruszył.

Napoleon wiedział, co czyni, nie usłuchawszy zaklinań szefa załogi oszmiańskiej, aby zaniechał dalszej podróży. Liczył na osłonę nocy i na obezwładniający mróz. Noc, aczkolwiek nielitościwie mroźna, była ciemna. Trzy karety, przodujące im sanie i eskorta przemykały się traktem - niepostrzeżone. Wśród głębokiej ciszy słychać było dalekie głosy nieprzyjacielskich forpoczt i pikiet; błyskały tu i owdzie rozsiane wzdłuż drogi ognie biwakowe, ale mróz przykuwał czaty nieprzyjacielskie do ogni roznieconych w polu; kozacy spali na posterunkach, zawinąwszy się w kożuchy, obezwładnieni, zesztywniali. Raz po raz ktoś z eskorty cesarskiej zwalał się z konia, jak kłoda; marzły konie same. Dwaj energiczni ludzie, których cesarz na kozły karety swej posadził, z pistoletami w ręku, czuwali przytomnie, nie spuszczając z oka okolicy...

 

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 10.

 


Oszmiana



Trakt z Oszmiany ku Wilnu biegnie początkowo po względnej równinie, tedy jechano możliwie szybko, nie przebywszy jednak więcej nad wiorst dwadzieścia w ciągu godzin czterech do pięciu. Zaczynało już mieć się na brzask, gdy dojechano do Równego Pola. Niebezpieczeństwo było szczęśliwie przebyte. W Równem Polu stał już oddział gwardyi konnej włoskiej pod dowództwem księcia Rocca-Romano i Włosi zmienili ułanów polskich, towarzyszących cesarzowi. Zmienili? Nie. Chyba: zajęli ich miejsce. z 266 bowiem ułanów, eskortujących korowód cesarski, pozostało tylko - 36-ciu. Ci... wytrzymali. Reszta - zwaliła się z koni po drodze, rażona mrozem nie do zniesienia.

Gdy cesarz, popasawszy jak najkrócej, odjechał, Stokowski z niepełną czterdziestką ułanów swoich ruszył z ogołoconego z furażów i żywności Równego Pola, w bok z traktu, do Taboryszek, znacznej majętności Ważyńskich, i tam zażył dobrze zasłużonego popasu. W szafach bibliotecznych w Taboryszkach walają się do dziś dnia całe pęki "bon'ów", wystawianych przez Stokowskiego na furaż i żywność... Francyi niespłacone weksle!

Akurat zaś, gdy Napoleon docierał o świcie do Miednik na 25 wiorście od Oszmiany, Siesławin przypuścił do Oszmiany ponowny szturm i zajął ją. Gdyby wówczas znajdował się tam nocujący w mieście Napoleon, nasuwa się mimowoli przypuszczenie, że, pomimo wzięcia udziału ułanów Stokowskiego w bronieniu cesarza, kto wie, czy nie byłaby się stała Oszmiana widownią faktu historycznego nieobliczalnej doniosłości: wzięcia w niewolę lub uśmiercenia Napoleona...

Tymczasem jednak był już Napoleon w Miednikach i przyjmował raport przybyłego tam z Wilna na spotkanie cesarza ministra spraw zagranicznych, księcia Bassano. Świt czerwienił osypane śniegiem zwaliska miednickiego zamku, wznoszące się opodal traktu.

Za cesarzem wlokła się, usypując drogi trupami, paląc wszystko po drodze, szeroko rozsypana, szarpana na flankach przez kozaków, rozprzężona ostatecznie armia. Pobita, wycieńczona, smagana mrozami, dobywająca się resztkami sił z zasp i zamieci śnieżnych.

* *


A przeciągała ta nawałnica, śladami wielkiego swego dowódcy, po względnie świeżych jeszcze, innych wojennych operacyi terenie.

Dawno-ż to było? Niedawno, lat temu zaledwie ośmnaście manewrowały wszak między Równem Polem a Sołami wojska kościuszkowskie, odparte od Mińska przez oddziały Benningsena, Diejewa, Krorringa i Cycyanowa, i cofające się zwolna na Wilno. W Równem Polu stał obozem generał Jasiński i w Równem Polu otrzymał wiadomość o nominowaniu przez Kościuszkę szefem sił zbrojnych na Litwie Wielhorskiego. Ambitnego, młodego generała ubodła ta nominacya, jak wyrządzony mu osobiście despekt. Porwał się tedy świetnym hazardem pokazać Kościuszce, jak błędnie postąpił, przenosząc Wielhorskiego nad niego, Jasińskiego, co przecie powstanie na Litwie wywołał i dotąd tak chlubnie mu przewodził. Zwija tedy obóz w Równem Polu i rusza traktem ku Oszmianie, którą zająwszy o świcie 26-go czerwca (l794), niezwłocznie głębokimi lasami podżuprańskimi posuwa się ku Sołom i atakuje leżące tam obozem wojsko Benningsena i Zubowa. Walczono zajadle pięć godzin dokoła miasteczka spalonego i zajętego nareszcie przez kosynierów. W chwili jednak osiągnięcia tej przewagi zjawiły się na placu boju rezerwy rosyjskie i Jasiński, nie mogąc prowadzić w ogień raz jeszcze wojska, co, przeszedłszy bez wypoczynku pięć mil, biło się przez pięć godzin, a dobę całą nic w ustach nie miało, dał rozkaz cofnięcia się.

Odwrót z pod Sół ku Wilnu nastąpił już jednak nie na Oszmianę, tylko t. zw. traktem Czarnym, na Szumsk.


Krzyż u drogi opodal Traktu Napoleońskiego



Równopol, względnie nieduża posiadłość ziemska, był i za czasów kościuszkowskich i za napoleońskich czasów w posiadaniu Zienkowiczów, tych samych, z których gniazda wyszedł wspomniany przy innej okoliczności waleczny organizator insurekcyi oszmiańskiej roku 1830-go, Józef Zienkowicz. Dwór w Równem Polu, w którym podczas zmieniania się eskorty popasał chwil zaledwie kilka Napoleon, a w którym rychło potem popasał nieco dłużej wice-król włoski, ks. Beauharnais, leży opodal traktu i żadną miarą nie zasługiwał na nazwę "château", jaką go pamiętnikarze honorują. Od Zienkowiczów nabył Równopol w r. l8l9 Jędrzej Śniadecki, znakomity profesor uniwersytetu wileńskiego, o którym nie tylko powiedziano, że władał wzorowym językiem literackim polskim, ale że był jednym z największych fizyologów pierwszej połowy XIX stulecia. W Śniadeckich też ręku był Równopol do czasów niemal ostatnich.

W Murowanej Oszmianie - dziś średniego obszaru majętność - po której też przeciągał równolegle traktu odwrót napoleoński, spoczywają w ziemi praojców prochy Krzysztofa Dorohostajskiego, męża wytwornej w naukach biegłości, słynnego magnata i wojownika, autora "Hippiki", co w założonej przez ojca w Murowanej Oszmianie drukarni wiele dzieł znamienitych wytłoczyć kazał, aby wspomnieć tylko o "Cenzurze" Salinarusa z 1615 roku. Wzorem przodków, był marszałek wielki litewski gorliwym kalwinem. Dziś w Murowanej Oszmianie nie szukać śladu ani zboru, ani dworu, ani grobowca jednego z nielicznych dawnych Polaków, jaśniejących blaskiem kultury naprawdę - europejskiej.

* *


Cesarza Napoleona straciliśmy z oczu w Miednikach. Krótko tam bawił; dał tylko wytchnąć zmordowanym koniom u karocy, z której wysiadł Caulaincourt, ustępując miejsca swego księciu Bassano. Nie zajeżdżano na popas ani do dworu, ani do przestronnej karczmy miednickiej, jednej z najokazalszych swojego czasu po drodze z Oszmiany do Wilna. Cały korowód cesarski zatrzymał się na trakcie i zażywał krótkiego wytchnienia o staj kilka od zwalisk zamku, zwróconych ku traktowi północną linią swego potężnego czworoboku.

Miał tedy ów epizod miednicki wielkiej tragedyi napoleońskiej godne dekoracyjne tło. Za kulisy dla spotkania się Napoleona ze swym ministrem spraw zagranicznych na trakcie wileńskim służyły mury - autentyczne - miednickiego zamku! Ułożył się - ze zrządzenia losu - istny "żywy obraz" historyczny. Ujrzy go kiedyś niewątpliwie w wyobraźni swej malarz-artysta i w wiernej rekonstrukcyi pokaże nam tę scenę w malarskiej plastyki odtworzeniu dosadniej i sugestyjniej, niżbym uczynić to potrafił ja - z piórem w ręku.

I niech się śpieszy malarz-artysta, pragnący własnemi jeszcze oczyma oglądać zabytki i szczątki czasów dawno przeminionych, vestigia temporis acti, gdyż wspaniałe, pamiątkowe zwaliska zamku miednickiego rozsypują się już w gruzy, nie strzeżone, nie podtrzymywane przez nikogo...

Troszczy się o nie chyba tylko - Żyd, dzierżawiący ogród fruktowy, rosnący w obrębie murów, gdyż czworobok ich służy dziś za... ogrodzenie miednickiemu sadowi. Pokruszona baszta narożna sterczy jeszcze wyniośle; gnieżdżą się na jej wierzchołku z roku na rok bociany; czas zachował jeszcze gotycki rysunek połowy jednego okna i architektonicznych szczegółów nieco.

 

 

TRAKT NAPOLEOŃSKI
Tygodnik Ilustrowany 1912, cz. 11.


Napoleon Orda, Ruiny zamku w Miednikach


Ogromna fosa, otaczająca niegdyś zamek miednicki, porosła dziś lasem olch, osin, czeremch, topoli, krzaków rozmaitych - i dokoła murów, z trzech stron, utworzyła się przecudna promenada, gdzie roje ptactwa trzepocą się latem i świergocą, deszcz słoneczny rozpyla się po zroszonej zieleni, a poprzez liście tu i owdzie prześwieca malownicza czerwień ruin...

Opiewają legendy, że lat temu niewiedzieć ile jakieś plemię olbrzymów czy nawet bogów budowało jednocześnie zamek w Miednikach i zamek w Krewie i że przerzucało sobie kielnie i młoty z Krewa do Miednik i z Miednik do Krewa.

Faktem zaś jest, że mistrz krzyżacki, Konrad Zolner von Rothenstein, zapuściwszy się najazdem potężnym w r. 1385 aż pod Oszmianę, tu, w Miednikach, stał przez czas dłuższy wielkim obozem i wyprawiał świetne turnieje oraz uczty. Potem zaś w r. 1402 raz jeszcze gościli w Miednikach Krzyżacy pod dowództwem wielkiego komtura, Wilhelma z Helfensteinu. Na zamku w Miednikach przebywali latem synowie króla Kazimierza Jagiellończyka z nauczycielem swym, Długoszem; w Miednikach umierał święty królewicz Kazimierz i z Miednik do katedry wileńskiej przewieziono relikwie zwłok jego w 1636 roku. Rezydencyonalna atoli świetność Miednik nie trwała długo. Zamek opustoszał już w pierwszej połowie XVI wieku i stawał się powoli coraz bardziej malowniczą - ruiną. Gdyby wzrok ludzki takie żłobił rysy na martwych przedmiotach, jak nieraz wpija się w ludzką duszę, tedy na zwaliskach miednickiego zamku zostawiłyby ślad swój - oczy Napoleona. Lecz oczy te uderzyły tylko przelotnem spojrzeniem w prastare mury, pamiętające Krzyżaków, prześliznęły się po nich, może... zdumione i - wzrok cesarski już biegł naprzód, naprzód przed siebie, ku Wilnu, i dalej tam, ku Paryżowi.

Prastare zamczysko puściło mimo siebie - i tego potentata. I znów zapadło, głuche i samotne, w dumę swoich dum. Co mu do chwili nawet takich odwiedzin! Widziało przecie przepływające po ziemi tej - stulecia.

Napoleon kazał księciu Bassano zająć miejsce obok siebie w karecie i jechał dalej, słuchając jego relacyi o zawikłanej sytuacyi politycznej. Książę Bassano rezydował bez przerwy od lipca w Wilnie, otoczony istnym sztabem dyplomatycznych pełnomocników aliantów cesarskich, i komunikował się nieustannie - z całą Europą. Cenna tedy była jego relacya dla cesarza i nie musiała dłużyć się obu droga z Miednik do Wilna. Mijano zaś niebawem (z Miednik do Wilna wiorst niepełnych trzydzieści) byłe dobra jednego z najzasłużeńszych obywateli kraju, Rukojnie, dziedzictwo i miejsce zgonu referendarza litewskiego, Pawła Ksawerego Brzostowskiego; mijano Niemieżę, znaną całej Litwie z osad swoich prastarych tatarskich, upamiętnioną pobytem króla Jana Kazimierza i umową, zawartą przezeń w Niemieży z carem Aleksym Michajłowiczem; mijano wzniesiony na wzgórzu pod Niemieżą pomnik nad zwłokami niewiedzieć dlaczego tu właśnie pochowanego generała Diejewa, co za czasów insurekcyi kościuszkowskiej padł trupem podczas szturmowania przez Rosyan Ostrejbramy wileńskiej... Wpierw zaś jeszcze nieco kareta, wioząca Napoleona i jego ministra, zsuwała się w sporą kotlinę między dwoma dość stromemi górami, mijając - o wiorstę niespełna od traktu - miejscowość, mającą w lat mniej niż pięćdziesiąt potem zasłynąć - nie tylko na Litwę całą. Miejscowość ta zowie się: Borejkowszczyzna.

Gdy osiadał tam "na dzierżawie" Syrokomla, marny folwark tyszkiewiczowski miał trzy włóki obszaru. Pola piaszczyste nie widywały nigdy urodzaju. Urodzaj by tylko zawsze - w tece poety.

Nie mój to domek, nie moja gleba, Choć chleb mi rodzi przez lato; Moim jest tylko ten błękit nieba, Co się unosi nad chatą... Tutaj dni moje spokojnie płyną, Mam chleba, soli, kwiatów do syta, I dobry człowiek czasem gościną Do mnie zawita. W cichej ustroni żyćby niezgorzej Wśród gęstych dębów, jabłoni, gruszy - Och, gdyby tylko jeden dar Boży: Spokojność duszy!

A wespół z Syrokomlą gospodarzył jako "doradca agronomiczny" - Wincenty Korotyński, ówczesny tłómacz Bérangera i autor zbioru poezyi lirycznych "Czem chata bogata". Rezydencyę miał w budynku, gdzie mieściła się "czeladnia" i "piekarnia", w izdebce narożnej z cudnym z okna widokiem na zielony wielki parów, na faliste wzgórza, na uroczy swojski krajobraz. U okna rosło rozłożyste drzewo, zastępujące w lecie firanki a zimą osłonę od wiatru.


Oszmiana, ul. Żuprańska


I u traktu napoleońskiego, u zbroczonego krwią szlaku rozbitej wojennej imprezy, zakwitały cicho i ulatywały w świat, pełne poezyj i przedziwnej serdeczności, nieśmiertelne odtąd "gawędy" wioskowego lirnika - o "Starych wrotach", o "Kęsie chleba", nie zliczyć wszystkich!... A w izbie ladajakiej poety przesiadywali, lub w sadzie u stołu z prostego kamienia młyńskiego gwarzyli poobiednią, lipcową porą, lub wychodzili na przechadzkę - na "napoleoński" trakt poblizki goście najmilsi a stali Borejkowszczyzny, bracia poety po piórze, sercu i umyśle: Odyniec i Pług, Eustachy Tyszkiewicz i Stanisław Moniuszko, Horajn, Chodźko...

Bo puścić tylko w tej stronie traktem napoleońskim wyobraźnię nieco lotniejszą, a nie pójdzie szlakiem tym karoca cesarska: luzem i samotna. Pomkną przodem i krzyżackie płaszcze i chorągwie pancerne i regimenty liniowe pułkowników kościuszkowskich, zamajaczy świetlana postać królewicza i złotoustego Skargi, co tyle razy z letniej rezydencyj swojej w Kamiennym Łogu tędy do Wilna drogę odbywał, a na oddalający się korowód cesarza Francuzów patrzeć będą w zamyśleniu ze wzgórza pod Borejkowszczyzną: Syrokomla i Moniuszko...

* * *

Dotarłszy szczęśliwie do Wilna, Napoleon do miasta nie wjeżdżał. Nie leżało w jego widokach, aby wieść o jego odjeździe do Francyi uderzyła piorunem w miasto, gdzie rozbita armia spodziewała się znaleźć popasowe schronienie i "gorące" przyjęcie. Okrążył tedy Wilno, nie domyślające się nawet co zaszło, i, spożywszy na przedmieściu śniadanie, pomknął dalej przez Kowno, Maryampol, Łomżę do Warszawy.

Tymczasem ku Wilnu nadciągały bezładnym tłumem... widma zdziesiątkowanych, wynędzniałych, zgłodniałych, skostniałych wojsk. Parły się zaś ku miastu, jak ku bezpiecznemu portowi nie tylko wielkim traktem, ale i okolicznemi drogami wszystkiemi, w rozsypce, staczając utarczki z napastującą pojedyńcze oddziały konnicą rosyjską, z trudem opanowywane komendą "naczelnego wodza", Murata.

Sam Murat posuwał się naprzód śladami cesarza, ze Smorgoń przez Oszmianę i rozbił główną swoją kwaterę w Miednikach. Do Miednik też niebawem ściągnęły resztki dywizyj Loisona i korpusu Ney'a. Przybył też de Wrede z Bawarczykami od strony Niemenczyna silnie naciskany przez podjazdy Wittgensteina. Puszczając przodem walące ku Wilnu oddziały wojska, całkiem rozprzężone, utworzył Murat z niedobitków Loisona, de Wrede'go i Ney'a aryergardę, mającą odwrót armii - osłaniać. Komendę nad tą aryergardą, złożoną z jakich sześciu mniej więcej tysięcy żołnierza różnej broni, objął Ney i, jak zwykle, spisał się bohatersko.

Podczas gdy do Wilna stłaczało się mrowie oszalałe z głodu i chłodu, szerząc po mieście straszliwą panikę, zasypując ulice i podwórza domów rannymi, pijanymi i trupami, Ney cofał się we względnym porządku, powstrzymując iście nadludzko ataki Czyczagowa. Pod Rukojniami przyszło nawet do zaciętej batalii.

Ale, gdy waleczna ta kohorta "wielkiej armii" dotarta nareszcie sama do upragnionego Wilna, odpływały już z miasta co tchu wojska francuskie; Murat wiódł je na Kowno, jadąc z Berthierem w saniach, podczas gdy konno lub pieszo prowadzili poszczególne oddziały książę Beauharnais, Davout, Lefebvre, Mortier, Bessičres. Był dzień dziesiąty grudnia. O wiorst kilka od Wilna wparto się we wzgórza Ponarskie - zamiast je obejść - i na tych fatalnych wzgórzach nastąpiła katastrofa, jedna z najsromotniejszych w całej kampanii. Wozy i sanie, wiozące bagaż, amunicyę a przedewszystkiem "skarb" armii, nie mogły po gołoledzi wspiąć się na wzgórza i zatarasowały względnie nieduży wąwóz.

Wszystkie oddziały cofającego się wojska stłoczyły się bezładną masą w wąwóz...

Tymczasem Ney z aryergardą, stopniałą już do 3000 ludzi, ścigany przez wojska rosyjskie, zdążył tylko przejść przez miasto, do którego, goniąc przed sobą Ney'a, wpadli kozacy Płatowa, zajmując Wilno, biorąc w niewolę 14.000 rannych i bezwładnych Francuzów, co ruszyć się z miasta nie mogli, zagarniając 140 francuskich armat. Ney rzucił się na trakt kowieński i dogonił armię pod Ponarami, właśnie w chwili, gdy dziać się tam zaczęły rzeczy, urągające wszelkiemu opisowi. Kufry i skrzynie, zawierające kasę armii, powypadały z sań i powózek i porozbijały się. Popłynęło z nich szerokimi strumieniami złoto. Żołnierze porzucili broń i jęli - rabować. Żaden rozkaz nie miał mocy nad nimi. Nie powstrzymał ich nawet huk dział Ney'a, odstrzeliwającego się po opuszczeniu Wilna i nacieranego przez oddziały rosyjskie, wysłane za nim w pogoń z miasta. Huk tylko kanonady wywołał pod Ponarami nieopisany popłoch. Nie przerwał jednak rabunku gdy nadbiegł Ney, gdy posypały się kule, gdy doskoczyli i do Ponar kozacy, - rabowano jeszcze. W popłochu! Powiadadają, że kozacy, zaniechawszy kłucia i rąbania Francuzów, też rzucili się zgarniać napoleondory. I tak walczono i rabowano dopóki - jak notuje Ségur - nie znikło... dziewięć milionów franków w srebrze i złocie. Nie stracił przytomności tylko Ney. Wsiadł na karki kozaków i po zaciętej walce zmusił ich do odwrotu. Wówczas dopiero zdołał Murat wywikłać armię z Ponarskiego wąwozu, wyprowadzić ją na wzgórza i puścić dalej traktem na Kowno. Ney zaś, sprawiwszy oddział swój w szyk bojowy, znowu stanął w aryergardzie i pociągnął za Muratem, osłaniając odwrót aż do Jewja. Od Wiazmy do Jewja trwał na najfatalniejszym posterunku: w aryergardzie, wytrzymującej cały impet pościgu. I wytrwał! Z honorem i bohaterstwem, co po wieczne czasy opromieniać będą Ney'a imię 1)

Taki epizod ostatni odwrotu "wielkiej armii" rozegrał się na trakcie napoleońskim. We dwa dni potem przybył do zajętego przez wojska rosyjskie Wilna feldmarszałek książę Kutuzow, wódz naczelny całej ówczesnej siły zbrojnej Rosyi. Przybywał - pisze Szylder - do kraju dobrze sobie znanego, bo przed laty zajmował stanowisko litewskiego gubernatora wojennego. Ludność Wilna przyjęła wodza-tryumfatora entuzyastycznie; posypały się ody i przemówienia powitalne. Na scenie w teatrze zajaśniał transparentowy wizerunek Kutuzowa z nadpisem u góry: "Zbawcy ojczyzny". Napoleon był - daleko.

K O N I E C.


__________________________
1) Marbot w pamiętnikach swoich tłumaczy, że sam Ney kazał rozbić skrzynie, zawierające kasę, aby rozchwytali ją żołnierze francuscy, gdyż była niemal pewność, że kasa dostanie się w ręce Rosyan. I - pochwala to zarządzenie Ney'a, któremu jednak inni historycy wiary nie dają.

Czesław Jankowski