Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Raporty i pamiętniki

Opublikowano w Źródła do wojny w Hiszpanii

Wypis z raportu ks. Antoniego Sułkowskiego, pułkownika regimentu 9-go pułku piechoty do Księcia Naczelnego Wodza wojsk polskich z 21 listopada 1809 z Trembaque 

 

Zostawaliśmy spokojnie na dawnych stanowiskach do 19 listopada, za zbliżeniem się nieprzyjaciela w sile wielkiej od gór Sierra Morena zebrała się dywizja Polaków pod Occana. Dnia 10-go jen. Sebastiani z dywizją dragonów jen. Milhaud podciągnął na spotkanie buntowników, wziąwszy z sobą batalion drugi pułku 7-go piechoty pod dowództwem majora Jakubowskiego. Zostawiwszy tenże w oliwach pod Dos - Barios, sam z kawalerią na przodzie atak rozpoczął.

 

 

Przymuszony do ustąpienia przed przeważającą nieprzyjaciela siłą, ścigany natarczywie od jego kawalerii, przez wspomniany batalion, w cofaniu swojem nocnym ogniem zasłoniony został. Rozpocząwszy na nowo atak, przymusił nieprzyjaciela do rozsypki, który do 500 w zabitych i 2 armaty utracił. W nocy tegoż dnia cofnęliśmy się do Aranjuez, stanąwszy na pozycji na wzgórkach przy tem mieście, gdzie do dnia 16-go zostawaliśmy. Złączyliśmy się tegoż dnia z korpusem pierwszym marszałka Victor. Nieprzyjaciel zamyślał przejść Tagus pod Willa Maurique w celu napadnięcia na Madryt. Aby go odciąć od rzeki, gdyby się poważył przeprawić, pociągnęliśmy dnia 17-go bm. do wsi Bayonna (sic!) . Przymuszony nieprzyjaciel tym poruszeniem do cofnięcia się na powrót, zebrał swe siły z 60 tysięcy wojska złożone pod dowództwem generała Arisaga w okolicy Occana. Mając zatem pewność stoczenia z nim bitwy, czwarty i piąty korpus armii zebrał się w Antigolla. Dnia 19-go w następującym porządku ruszyliśmy ku nieprzyjacielowi: dywizja polska w środku pierwszej linii, artyleria i część piechoty 5-go korpusu na prawem, a cała kawaleria z resztą piechoty na lewem naszym skrzydle. Dywizja niemiecka składała w kolumnach drugą linią. W odwodzie armii ciągnął Król Jmc. Katolicki osobiście z całą swoją gwardią i dywizją jen. Dessolle. Stanęliśmy przed nieprzyjacielem w największym porządku, który jak pod Almonacid z stałym odporem przez 3 godziny okrywał gradem kul armatnich i kartaczami szeregi nasze. Nie zmieszało to Polaków, równie jak najmocniejszy ręcznej broni ogień. Widząc nieprzyjaciel niestrwożonych przeciwników, i że od innych kolumn naszych oskrzydlanym być poczynał od strony miasta Occana, a linia nasza z największym zapałem, wsparta artylerią polską i holenderską, naprzód się posuwała, zaczął w nieporządku ustępować z boju i dwie godziny przez nas ścigany 5 do 6000 zabitych na placu zostawił, całą artylerię i bagaże utracił. Gdy jen. Verles, który nami dowodzi, dla słabości zdrowia został w Madrycie, tymczasową komendę jenerałowi Blondeau oddano, lecz ten dla nieświadomości języka raczył mi w tej bitwie dowództwo powierzyć. Szczególne dowody męstwa i rzadkiej przytomności okazali: dowodzący pułkiem 4-tym podpułkownik Zdzitowiecki, 7-mym major Jakubowski, 9-tym podpułkownik Grotowski; także odznaczyli się w 4-tym piechoty kapitan Franciszek Młokosiewicz, komendant 4-go batalionu Bronisz, Ignacy Radzimiński, Bonifacy Kurewski, porucznicy: Osiecki, Ubysz, Wincenty Zembrzycki, Kajetan adiutant major Kalisz, podporucznicy: Brochocki, Zeydlitz, chir. Pierwszej klasy Gregorowicz Karol: podoficerowie i żołnierze: adiutant podoficer Ścibol, sierżant starszy Stawski, Jan Ośmiałowski, Młocki, Mikołaj Turski, Niski, Żółtowski, Otwinowski, grenadier Linkiewicz Piotr; w pułku 7-mym piechoty kapitanowie: Pius Korzuchowski, Franciszek Lubowiecki, Longin Kamieński; podporucznik Edward Maykowski; podoficerowie i żołnierze: sierżant starszy Galusiewicz, Roch Tranzakiewicz, Jędrzej Górski, furier grenadier Kurowski, kapral Stanisław Przybyłowski, grenadier fizylierów Piotr Pospieszyński; w pułku 9-tym piechoty kapitanowie: Felix Rymaszewski, Paweł Muchowski, Jędrzej Kowalski, Józef Kownacki; porucznicy, adiutant majorowie: Józef Zboiński, Franciszek Paszkowski,Władysław Dzierżgowski, Maciej Grotowski; podporucznicy: Leon Gutowski, Edward Haumann, Stanisław Jabłoński, chir. trzeciej klasy Koch, Baumann; adiutant podoficerowie: Henryk Bolke, sierżant grenadier Franciszek Skrzycki, Jan Suroliński, Hieronim Rybiński, Wincenty Kubiak (odebrał sztandar nieprzyjacielowi), fizylier Paweł Ciszewski, Stanisław Dąbczyński, woltyżer Jan Zapolski, grenadier Jędrzej Posiłka, fizylier Bartłomiej Lewandowski, dobosz Franciszek Tockiewicz. 

 

Źródło: A. Ostrowski, Życie Tomasza Ostrowskiego, Paryż 1836. 

 

* * * 

 

Wspomnienia ułana pułku pierwszego Legii Nadwiślańskiej, "Biblioteka Warszawska" 1908 

 

Nieprzyjaciel liczny w 70 tysięcy miał zamiar spróbować szczęścia w stanowczej batalii, więc zebrawszy się pod Okania, prawe swoje skrzydło oparł o brzeg Tagos, a lewe o wieś Okanda. Piękna równina jest tej okolicy ozdobą. Odebraliśmy rozkaz przejść na prawy brzeg Tagos i na całą noc wyruszywszy do Aranchuez, mil przeszło 10 zrobiliśmy. 

 

 

Już było po południu, kiedy w ozdobnych ulicach około tego miasta obstąpiła nas piechota polska, częstując czem kto miał. Prosili, aby się pomścić na kawalerii hiszpańskiej, bo ta na patrolach dużo dokuczała. Odpocząwszy z godzinę, wyruszyliśmy wpław przez rzekę, trzymając brygadę z pułkiem szaserów francuskich zawsze pod dowództwem generała Paris. Dywizja dragonów z marszałkiem Mortier i generałem Sebastiani ruszyła za nami, trzymając się wprost traktu ku Okania, a my ruszyliśmy się w lewo popod góry ścieżkami, aby również pokazać się na płaszczyźnie w punkcie środkowym, dla lepszego rozpoznania i siły stanowiska nieprzyjaciela. Wtem generał Paris rozesłał adiutantów, aby ogłosili, że dziś nieprzyjaciel nie ma pardonu. Więc było to hasłem dla każdego wziąć się do posiłku. Gdy pokazała się płaszczyzna i skoro do frontu stanęliśmy, ujrzeliśmy całą płaszczyznę zawaloną kawalerią. Gwardia, karabinierzy trzymali prawe skrzydło nieprzyjaciela. Dziarski kapitan Huppet rozkazał oficerom sprzed plutonów wystąpić do szeregu i oblecić front, zalecając przytomność komendy. Kiedy owej olbrzymiej gwardii front wyruszył do ataku, nieprzyjaciel przybiegłszy przed front dał ognia rzęsisto do nas. Lecz to bynajmniej nie wzruszyło naszego frontu, a kiedy ani krzyk komendy, ani zachęcenia i zaklęcia nie poruszyły Hiszpanów, dzielny dowódca rzucił przed front oręż i odwrócił w tył konia. Było to hasłem dla nas do ataku. Pękł front złamany dzidami, a ścieląc trupem pobojowisko, wkrótce stanęliśmy pod Ocania, mniej bacząc, że jeszcze cała siła nieprzyjaciela pozostała nam w tyle. Szczęściem pierwszem naszem było, że szaserzy wstrzymywali się od atakowania nieprzyjaciela, drugim, że oficer z naszego pułku, Janiszewski, wysłany do marszałka, aby brygada rejterowała, przybiegł raportując, że ułany złamali prawe skrzydło, biją się pod Okania, więc dywizja dragonów, odwrócona z marszu w tył, dostała rozkaz zaatakować nieprzyjaciela. To spostrzegłszy, szaserzy z boku lecieli nam na pomoc, a tak z trzech stron nieprzyjacielska kawaleria złamana, trzy tysiące licząc prawie, w pień wycięta została. Noc zaskoczyła to sławne zwycięstwo, a my cofnęliśmy się w tył, już z piechotą polską spędziliśmy w pobliskiej wiosce wesoły nocleg, ciesząc się, że nam się udało pomścić. 
Nazajutrz, wyruszywszy ze stanowisk, nasz pułk miał zaszczyt wstąpić na plac boju wczorajszy i formować prawe skrzydło, od którego poczynając, liczna kawaleria 4-go i 5-go korpusu formować się zaczęła. Tu dopiero pokazał się smutny obraz zwycięstwa naszego. Cała przestrzeń usłana trupem i rannymi. Ten wnętrzności wyjęte dzidą trzymał przed sobą na rękach, ów czołgając się jak robak po ziemi, prosił o skrócenie cierpień. Było więc zwycięstwo, lecz skutków zwycięstwa nie widziano.  
Skoro cała kawaleria w dwie linie uszykowała się, odezwały się trąby, a był to znak, że dowódca naczelny, marszałek Mortier, zbliża się. Jakoż., rzuciwszy oczyma na plac pobojowiska, zwrócił konia ku nam, a stanąwszy przed frontem, zdjął kapelusz i w te odezwał się słowa: 
- Polacy! Wasze wczorajsze dzieło okryło was nową chwałą. Ciebie, waleczny kapitanie w imię cesarz i króla podnoszę na stopień szefa szwadronu i proszę, abyś mi dał nazwiska tych, co się szczególniej odznaczyli. Huppet odpowiedział: - Wszyscy! - a więc - żadnej nie odebraliśmy nagrody. 
Poczem dywizja piechoty polskiej poza kawalerią przeszła bokiem na prawe skrzydło nieprzyjaciela, oszańcowanego i zamaskowanego z armatami w wąwozie idącym od Okania ku rzece Tagos. Hiszpanie małemi utarczkami sprowadzili dywizję na tę zasadzkę, a sypnąwszy rzęsistym ogniem, kartaczami i z ręcznej broni, całą dywizję rozbili i do odwrotu w nieładzie zmusili. Tu widząc generał książę Sułkowski wieczną niesławę, którą miała się okryć dywizja, wyrwał uciekającemu sztandar, a krzyknąwszy: "Zaniosę im go wraz z waszą sławą!", tak skutecznie zwrócił wszystkich, że obróciwszy się bez komendy i porządku, skoczyli oślep na bagnety, wykłuli Hiszpanów, zabrali armaty i opanowali wąwóz jako główne stanowisko. 
Po tym manewrze kawaleria w ścisłe kolumny uformowana, poza piechotą przeszła na same prawe skrzydło nieprzyjaciela, gdzie niedobitki kawalerii stały. Za zbliżeniem się naszym poszły w rozsypkę, a tym sposobem całą armię oskrzydliliśmy, ale następnie w tyle nieprzyjaciół u głównego punktu wsi Okania stanęliśmy. Wnet piechota broń rzuciła, a tak w ciągu godzin najwięcej sześciu, cała prawie armia hiszpańska dostała się do niewoli. 
Król Józef był obecny tej konkluzji, a okrzyki "Vive Roi Pepo!" - "Niech żyje król Józef!", zapewne były mu przyjemne. 
Tymczasem pułk nasz małą poniósłszy stratę w tej pamiętnej bitwie, dotąd nie wiedział, gdzie się podział generał Paris i co się z nim dzieje. Aż dopiero zabrani do niewoli Hiszpanie odkryli, że on, kiedy my złamaliśmy prawe skrzydło kawalerii, nie oparł się aż o piechotę, pod wsią Okania stojącą. Że już mrok zapadał, staruszek nie sądził może, iż siła mniej niż męstwo i odwaga połączone z zapałem zwyciężają, wziął szereg stojący nieopodal od prawego skrzydła szaserów ułanów hiszpańskich za nasz pułk i sam nieprzyjacielowi wpadł w ręce. Przyprowadzony do naczelnika Hiszpanów i zapytany: "Okrutny, kto cię upoważnił walczyć bez pardonu!", gdy odpowiedział: "Moja w tem była wola" - wtenczas w najwyższym gniewie dumny dowódca rzuca kilka ludwików złotych ułanowi i rozkazuje przeszyć piersi tego czcigodnego wodza już na d grobem i tak stojącego. Znaleziono później ciało jego w piwnicy w Okania, lecz jak pogrzebane? Zapewne jak i inne, bo co do poległych w tej batalii, chociaż ciała były w ziemi pogrzebane, wszakże w parę tygodni tamtędy przejeżdżając, pułkowi wachmistrze starsi do zdania rachunków trimestralnych, niezliczoną liczbę psów, sępów włóczących zwłoki poległych bohaterów, widzieli. Okania, smutny świadek przegranej tak stanowczej batalii, bezludna, posępna kaplica, śród cmentarza stojąca, żałosny widok oczom przedstawiała. 

 

[...] 

 

Po batalii Almonacid, kiedy nieprzyjaciel znów zapędzony został aż do gór Sierra Morena zwanych, rozpołożono wojska dla odpoczynku i przedsięwzięto środki, jak i którędy można się przedrzeć przez te niebotyczne góry do południowej Hiszpanii, najzamożniejszej i najpowolniejszej krainy w tej miejscowości. 
W grudniu roku 1809 przedsięwzięto tę wyprawę, w kilku punktach naraz atakując. Zdawało się, że kawaleria wcale czynna być nie może, gdyż od samego początku góry. Gdy zsiedliśmy z koni, zdawało się nam, iż w przepaść bezdenną, to znów, że do obłoków zbliżamy się. Tak postępowaliśmy, aż nareszcie równiejsze nieco pokazało się położenie, lecz już tuż pod Boleriana zoczyliśmy nieprzyjaciela. Zawołano: "Na koń!" a pod ogniem kartaczowym i ręcznej broni, uformowawszy się, poszliśmy do ataku. Jeżeli gwardia Krasińskiego przez zdobycie baterii na górze Somosierra trudny miała atak, gdy gramolenie się pod skały na baterie zdawało się niepodobnym dla kawalerii, tedy zdobycie baterii na górach Sierra Morena, może nie przewyższającą trudność, ale na pewno równe przynosiło niebezpieczeństwo. Atoli trzeba było zwyciężyć albo zginąć, bo już cofać się nie można było. Przerażony nieprzyjaciel zuchwałością naszą, słabo broniąc, w końcu odbiegłszy armat, rozproszył się po lesie. 

 

* * * 

 

Pamiętniki Jakuba Filipa Kierzkowskiego kapitana wojska francuzkiego, kawalera Krzyża Legii Honorowej, a na ostatku majora wojska polskiego 1831 roku 

 

Przez ciąg pobytu mego lat cztery w Hiszpanii zwiedziłem wszystkie prowincye w całej Hiszpanii, we wszystkich miastach głównych byłem, znalazłem je okazałe i przepełnione ogrodami i pięknemi kościołami, których wieże zdaleka znaczą miasta. Jest to kraj bogaty, wszystko ma niemal lepsze od innych, ale żyć w nim Hiszpanie nie umieją. Niemasz tych wygód dla podróżujących jak we Francyi albo Niemczech, zboża innego nie sieją, tylko samą pszenicę i jęczmień. Groch tak nazwany garwancos jest ziarno większe jak nasz groch, dla koni dużo bobu sieją, bo owsa nie znają. Konie ich piękne, rasy tureckiej, a osobliwie w Andaluzyi. Słomą je pszenną i jęczmienną w miejsce siana paszą. Drzewa oliwne stanowią prawie lasy. Wina po wszystkich prowincyach dużo. Pomarańcz, cytryn, kakao, moc obfita. Bydła mają dużo dzikiego, które w górach się chowa, krów do doju bardzo mało. Masła nie robią tylko zagraniczne kupują, ale i to we flakach, przestarzałe. Przy wielkich miastach maja po kilka krów i te doją rano. Hiszpanie przeto od krowy mleko dojone piją z rogu w srebro oprawnego, tak jakby na lekarstwo. Świń mało widać, i te są gołe, nie mają na sobie szczecin. Wypasają je padłymi końmi, mułami, burykami. Z tej przyczyny mięso nie jest smaczne z wieprzy. Woły dzikie biją na walkach z bykami i mięso z nich rozprzedają jak rzeźnicy w jatkach. Owiec prześliczny mają gatunek, na lato pędzą je w góry, a na zimę spędzają z gór. Folwarki nazywają kurtycho, do których owce pod szopy spędzają na noc. Ptastwa dzikiego na zimę zlatuje się pełno, po polach stadami chodzi, rzeki nigdy nie zamarzają. Przewóz w kraju nie na wozach ale na burykach odbywają. Wino, oliwę, w skórach nazwanych podbaki, po dwie na jednego buryka kładą, dobrze na siodle przywiązując. Nieraz idzie razem dwieście lub trzysta buryków w jednym transporcie.  
Kuchnia ich nie najlepsza. Niemają kucharzy, tylko kobiety trudnią się kuchnią, wszystko na oliwie robią, tak jak na maśle, ponieważ oliwa świeża bardzo dobra, potraw przeto mięsnych nie można rozpoznać czy są na maśle lub na oliwie. Czekolady dużo używają, prawie nią żyją, choć dwadzieścia razy na dzień gotują i z ciastkami lub grzankami jedzą. W rosole musi być koniecznie dwojakie mięso, wołowe i wieprzowe. W Hiszpanii całej tylko jedna religia katolicka panuje, żadnej innej wiary niemasz, i nie pozwalają innym się krzewić. Dawniej było wiele żydostwa, ale to święta inkwizycya wypędziła z kraju. 

 

* * * 

 

"Gazeta Codzienna" 1859, nr 242 

 

"(...) W miasteczku La Guardia stał szczupły oddział Polaków z tegoż pułku (4-go) pod dowództwem młodego podporucznika Kleniewskiego, co zginął śmiercią walecznych pod Almonacid. Wychowany przez bogobojnych rodziców, nie zaniedbał nigdy porannych ani wieczornych pacierzy, które odmawiał ze skruchą i pokorą. Nazajutrz, kiedy zajął to miasteczko, ksiądz szedł do konającego. Kleniewski odkrył głowę i przykląkł. Zdziwiony kapłan stanął jak wryty, zbliżył się do niego i krzyż święty położył nad pochylonym młodzieńcem; lud zebrany spoglądał mniej nienawistnie, wiele kobiet z wyraźnem współczuciem. Kiedy pobożnym zwyczajem za uderzeniem dzwonów kościelnych o siódmej godzinie wieczorem, każdy mieszkaniec przestawał być czynnym, stangreci konie swoje w biegu wstrzymywali, rzemieślnicy przestawali pracy, a każdy pieszo idący stawał na miejscu, zdejmował czapkę lub kapelusz i odmawiał modlitwę wieczorną, po której jeden do drugiego lubo wcale nieznajomy obracał się i przy ukłonie dobrego wieczoru życzył. Kleniewski stojąc na uboczy pod cieniem drzew, wraz ze starym kapralem odmawiali pozdrowienie anielskie. Kapral zdjął kaszkiet, wyjął z niego obrazek Matki Boskiej Częstochowskiej i ten wizerunek położywszy na daszku, z wlepionemi weń oczyma, odprawił pobożnie modlitwę. Nie uszło to baczności mieszkańców. O północy przybiegła do posterunku młoda czarnooka Hiszpanka, która się chciała z oficerem widzieć. Ta ostrzegła Kleniewskiego, z polecenia owego kapłana, co krzyż błogosławieństwa położył na głowie młodego oficera, który jako swoją siostrzenicę wysłał z przestrogą, że silne bandy gerillasów nadciągają w zamiarze napadnięcia niespodzianie oddziału polskiego i w pień wycięcia. Kleniewski wybrał dom murowany oddzielnie stojący, tam się usadowił i obwarował - co ujrzawszy powstańcy nie uderzyli nawet w obawie strat wielkich, bo wiedzieli, że krwawe nastąpi spotkanie i znajdą dzielny opór. Nazajutrz odebrał rozkaz opuszczenia miasteczka i połączenia się z batalionem: udał się wraz z oddziałem do czcigodnego kapłana, pożegnał go czule i podziękował za daną przestrogę (...)."

 

* * * 

 

Porucznik Sztabowski w Hiszpanii

Raport, który publikujemy, o pięknej obronie d'Alcaudette (prowincja Jaen) przez porucznika 2 batalionu 7 pułku piechoty polskiej, adresowany był do marszałka Soulta, księcia Dalmacji, naczelnego dowódcy Armii Południa w Hiszpanii. Nie jest znana data powstania raportu, ale dotyczy on roku 1811.

"W dniu 28 maja, cztery połączone bandy, dowodzone przez niejakiego Pedro L'Alcade w sile ponad 1000 ludzi, wśród których było kilka oddziałów liniowych, zdobyły posterunek w Marlos (prowincja Jaen), broniony przez 40 Polaków i 15 dragonów i skierowały się na Aleaudette, gdzie znajdowało się również 40 Polaków i 15 dragonów pod rozkazami Pana Sztabowskiego, porucznika 7 pułku polskiego, dowódcy placu w Aleaudette.
Ten dzielny oficer ze swoim szczupły garnizonem, czterokrotnie wzywany, by przejść na stronę powstańców, wytrwał 36 godzin oblężenia i najsilniejszej strzelaniny. Wreszcie 31 rano został uwolniony przez garnizon z Jaen i przez kolumnę ruchomą z Campigna. Zabił lub ranił wrogowi, poza Pedrem L'Alcade, przeszło 50 ludzi. Sam stracił podczas długiej i nierównej walki 2 ludzi zabitych i 3 rannych.
Dzień wcześniej Pedro L'Alkade pojmał oficera tego samego pułku, Madalińskiego i doprowadziwszy pod ścianę odciętego garnizonu, by skłonił kolegę do poddania się. Ten, zamiast to spełnić, zaczął krzyczeć do swego kolegi: "Sztabowski, nie poddawaj się! Lepiej umrzeć, niż wpaść w ręce tych łotrów. Oni zabrali mnie do niewoli, inaczej nigdy bym nie znalazł się u nich".
To jest dokładny opis postępowania tych dwóch oficerów, z których ostatni, Madaliński, został wydany 2 czerwca komendantowi jego kolumny, Robinowi.
Mam zaszczyt zwrócić się uprzejmie do jego ekscelencji księcia Dalmacji, aby raczył Pana Sztabowskiego odznaczyć Legia Honorową za jego zasługi.

Gubernator generalny, generał baron Digeon."

("Carnet de la Sabretache" 1911, s. 60 - 61)

 

Dla potrzeb Napoleon.org.pl opracowali:
Michał Swędrowski, Zenobi, Agent FBI