Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Pamiętniki Józefa Rudnickiego

Opublikowano w Źródła do wojny w Hiszpanii

Pamiętniki Józefa Rudnickiego, zawarte w "Piśmie Zbiorowym Wileńskim na rok 1862"
ss. 39-66


s.39

W roku 1805 w czasie wojny Pruss z Francją, wówczas gdy wszystka młodzież do wojska polskiego, nowo-formującego się, zaciągała się, ja do takowych w mieście Kaliszu przystałem. jenerał Skórzewski podówczas organizator wojska polskiego, powstającego w departamencie Kaliskim, w krótkim przeciągu czasu mej służby, zanominował mnie podporucznikiem do półku strzelców generała S t o k o w s k i e g o, w mieście Wieluniu formującego się; ścisłe dopełnianie rozkazów i pierwsza wyprawa na Prusaków pod miasto Byczynę, zjednały mi szacunek Generała, a chęci połączone z patryotyzmem uczyniły mnie niezłym instruktorem świeżo zaciągnionych żołnierzy, za co przy końcu roku 1806 awansowałem na porucznika.
Książe Józef Poniatowski jenerał dywizyi 1-ej, już ogłoszonego Księstwa Warszawskiego, jako minister wojny rozkazał półkowi jenerała Stokowskiego śpiesznie przybyć do Warszawy; tenże jenerał gdy nie mógł się bez poprzednich zasług wojskowych utrzymać przy stopniu jenerała, zażądał dymiksji; wraz z wydaniem mu jej, półk strzelców rozebrany i wcielony do dywizji 1-ej został. Ja dostałem się do półku 2-go piechoty liniowej, którym podówczas dowodził Stanisław P o t o c k i hrabia.

s.40

Armja Francuzka po batalii w roku 1807 pod miastem Pułtuskiem, śpiesznym krokiem w stare-Prusy dążyła i wówczas to odebrał rozkaz od ministra wojny tak półk 2-gi jak i 4-ty piechoty, aby po jednym bataljonie wykomenderowali w marsz pod fortecę Grudziądz. Bataljony z półku 2-go pod komendą szefa Żymirskiego, w którym ja porucznikiem zostawałem i z 4-go pod komendą Zdzitowieckiego, wyruszyły z Warszawy w miesiącu kwietniu 1807 roku. Maszerowaliśmy po lewej stronie rzeki Wisły na miasto Toruń, które szczycić się nie przestanie z urodzenia się tam, sławnego w świecie astronoma Kopernika; urodził on się w r. 1472, w domu rodziców swoich, który po dziś dzień stoi jeszcze niezrujnowany. Toruń leży na prawym brzegu Wisły, jest on staroświecko pobudowany, lecz przytem dosyć piękny. Im bliżej dochodzimy do Grudziądza tym więcej nas zachwycały na Żuławach piękne wioski, dobrze uprawne pola i obfite łąki; nakoniec przybyliśmy pod fortecę, która leży na prawym brzegu Wisły i liczy się do rzędu pierwszego; zupełnie ukończoną została w r. 1776. Miasto zaś tego nazwiska leży opodal od twierdzy, przy którym płynie rzeka Osa; jest całkiem zamurowane, czyste i piękne. Rozlokowano nas po wsiach przyległych do twierdzy, bronionej wówczas przez Prusaków pod dowództwem jenerała Curbie zostającej; mała liczba Francuzów, pułk piechoty księstwa Hessendarmsztadzkiego i nasze dwa polskie bataljony, blokować rozpoczęły warowną i trudną do zdobycia twierdzę. Częste wycieczki na nas przez Prusaków czynione, lubo zawsze z wielką ich stratą odparte, jednakże nie dozwalały nam momentu spokojnego; jeden tylko zapał, z jakim młodzi nasi wojownicy podówczas walczyli, sił i męztwa nam dodawał. Przez kopanie parapetów coraz zbliżaliśmy się pod fortecę, a po dwumiesięcznej pracy i ścisłej blokadzie, wtenczas właśnie kiedy na wały sprowadzono mozolnie ciężkie działa a wojsko było z zapałem w pogotowiu do szturmu, nadeszła wiadomość o zawartym w mieście Tylży, po nad rzeką Niemnem, pokoju. Skoro tylko działanie wojenne ustało, odebraliśmy rozkaz udania się staremi Prusami na Litwę; a kiedyśmy już minęli miasto Nikolaiken i wielkie jezioro Spirdyńskie, powrócić nam do stolicy polskiej polecono.
Po odbyciu tej dla nas szczęśliwej kampanji, powróciliśmy do Warszawy w miesiącu sierpniu 1807 r. Półkowi 4-mu rozkazano zająć na garnizon miasto Płock a 2-mu w Warszawie pozostać. Po kilkotygodniowym tu pobycie, z korzyścią tranzloko-

s.41

wałem się z 2-go do 4-go półku piechoty, pewnym będąc zostania w nim adjutantem bataljonowym. Starannie wypełniane rozkazy władz wyższych, zjednały mnie szacunek kolegów i szczególną przyjaźń szefa bataljonu, na przedstawienie którego na dniu 13 października 1807 r. adjutantem majorem zanominowany zostałem. Półkownik hrabia Feliks Potocki, dowódzca półku, do którego świeżo przybyłem, odebrał w miesiącu kwietniu 1808 r. rozkaz przymaszerowania z półkiem do Warszawy. Skorośmy tylko w stolicy stanęli, zaczęły chodzić pogłoski, że półk 4-ty wymaszeruje do Prus celem zajęcia twierdzy Kistryna; pogłoski te codziennie się mocniej stwierdzały, nakoniec marszałek państwa francuzkiego Książe Auersztat Davoust, zapytał się półkownika Potockiego, czyliby był gotów wymaszerować za granicę, gdyby na to odebrał rozkaz cesarski, tenże odpowiedział, że wszędzie gdzie go tylko los Polski wyśle, chętnie życie swoje wraz z półkiem poniesie. Polecono naprzód półk nasz wzmocnić do 300 głów, później rozdano nam wszelkie rekwizyta do marszu potrzebne, a kiedy już wszystko do drogi było gotowe odebraliśmy rozkaz maszerowania nie do Kistryna, jak to poprzednio sądzono, lecz w dalszą drogę, bo aż do Hiszpanji. Na kilka tygodni przed wymaszerowaniem zapadłem w ciężką słabość, która mnie nie dozwoliła wraz z półkiem w kraje obce maszerować, lecz wkrótce za pozyskaniem cokolwiek zdrowia, udałem się do jenerała Biegańskiego ówczasowego szefa sztabu z prośbą uzyskania rozkazu, pocztą gonienia, już maszerującego półku; wprawdzie wydano mi kartę drożną, lecz zarazem i rozkaz zabrania z sobą żołnierzy wyszłych z łazaretu. Przyzwyczajony do pełnienia święcie rozkazów władz wyższych, spiesznie uregulowawszy wszystko co tylko do dalekiej drogi potrzebnem być mogło, w dniu 9 września 1808 r. na czele oddziału złożonego z kilku podoficerów i 106 żołnierzy, z Warszawy do Hiszpanji wymaszerowałem.
Przeszedłszy szczęśliwie kraj polski, po kilkudniowym marszu przez kraj pruski, do miasta Frankfortu leżącego nad rzeką Odrą przybyłem. Miasto to jest dosyć piękne, lecz tylko podczas jarmarków ludne; stąd do kraju saskiego wkroczyłem. Państwo to szczycić się powinno z zaprowadzonego porządku; czystości, bezpieczeństwa, dogodnych dróg i mostów, fabryk i wszelkiego rodzaju rękodzielni. Szczególniej celują tu fabryki porcelany, płótna, bawełnianych wyrobów, nici i t.d. wpraw-

s.42

dzie Saksonja nie posiada żadnego portu, jednakże jest krajem do którego, celem handlu, z różnych narodów ludzie przybywają. Za przybyciem mojem pod miasto Torgau, przechodziłem szczególnie zadziwienia godny most, na rzece Elbie będący: jest on z drzewa wraz z dachem postawiony, przez co przejeżdżającemu zdaje się jakby pod baldachimem Elbę przebywał; stąd przybyłem do m. Lipska; leży ono nad rzeką Elster, jest dosyć duże i piękne, było kiedyś ufortyfikowane, dziś wały jego służą tylko do spaceru. Chcąc zwiedzić prócz miasta, pięknie pozakładane po przedmieściach ogrody, udałem się z gospodarzem moim użyć tej miłej przechadzki; po dwugodzinnym spacerze, wracając do mieszkania mego, zastałem przed nim adjutanta placu na mnie czekającego; za zbliżeniem oświadczył mi, że żołnierz z pod mojej komendy zabił kobietę przy nadziei będącą, że już jest aresztowanym, i że sam gubernator mówić ze mną o tym wypadku pragnie. Nim jednak do niego udałem się, spiesznie pobiegłem na miejsce popełnionej zbrodni, gdzie rzeczywiście znalazłem kobietę zabitą, która przed skonaniem wydała na świat dziecko nieżywe. -- Po wybadaniu ścisłem tak żołnierza jak i strony świadczącej, pokazało się że żołnierz nieposiadający języka niemieckiego, żądał od gospodyni kwatery swojej, posłania, lecz że to żądanie jestami tylko wskazywał, sądziła gospodyni że ma myśl nieprzyzwoitą a pasjonatką będąc z natury, uderzyła go butelką napełnioną wódką w głowę i zadała mu dość znaczną ranę. Oskarżony jak twierdził niewinnie zraniony, uniesiony pierwszą passją uderzył ją tak silnie w brzuch nogą, że się aż wywrócić musiała, padając na ziemię, powtórnie uderzyła się silnie o pieniek, przez co w największych boleściach wydała na świat dziecko nieżywe i sama w przeciągu czasu jednej godziny żyć przestała. Po zniesieniu się z gubernatorem i rozważeniu, że czyn morderczy wynikł jedynie z passji niepohamowanej kobiety, napisaliśmy do kraju stosowne raporta, a przy oddziale Francuzów, właśnie w tym czasie do Warszawy maszerujących, winowajcę celem odniesienia kary należnej odesłaliśmy (jeżeli na nią zasłużył).
Następnie wymaszerowałem z Lipska do miasta Sax-Gota; leży ono nad rzeką Liną i jest stolicą udzielnego księcia; w środku samego miasta na dość znacznem wzniesieniu, stoi pałac panującego, za którym jest ogród jeden z najpyszniejszych w Saksonji; w tym tu pałacu są umieszczone wszystkie kraju tego dykasterje i prócz nich zajmuje znaczne skrzydło

s.43

bibljoteka złożona z 500,000 dzieł, mieści on zarazem mieszkanie panującego, arsenał, zbiór medali, i różne inne rzeczy warte widzenia. Stąd wszedłem w księstwo Wejmarskie a za przybyciem do miasta Ejzenach, które leży przy rzece Nissie i liczy ludności do 14,000, udałem się na wysoką górę przy samem mieście będącą, na którą godzinę czasu iść trzeba było; na szczycie jej stoi zamek nazwany Wartburg: w nim to Luter Marcin rozkrzewiał i nauczał wyznania swego. W środku gmachu tego stoją wszelkiego rodzaju zbroje, tak one są (szczególnie pałasze) ciężkie, ze żaden z tegoczesnych ludzi robić niemi nie jest w stanie. Wszystkie ściany pałacu tego są nazwiskami tych pokryte, co te miejsce zwiedzali, a oprócz podpisów wielu panujących, jest za szkłem podpis cesarza Piotra Wielkiego.
Po kilkudniowym stąd marszu, przybyłem w dniu 14 października 1808 roku pod miasto Erfurt, w tym to samym dniu, kiedy po ukończonym tu kongresie, cesarz Napoleon otoczony królami i wielu książętami udzielnymi, przy biciu z armat odprowadzał cesarza Aleksandra wyjeżdżającego do miasta Wejmar. Miasto Erfurt leży przy rzece Garze, jest pysznie pobudowane, do 30 tysięcy ludności w sobie liczące, znaczna liczba kamienic stoi na palach, pod któremi szumny bieg czystej rzeki przyjemny widok, a miastu użytek, sprawia. Zwiedziłem tu dzwon znacznej wielkości bo 276 centnarów ważący, w proporcji objętości serce jego jest tak grube jak sześcio funtowa armata; odlany on i zawieszony w dzwonnicy kościoła został r. 1497. Stąd wszedłem w księstwa Nassau, Hessenkassel, Slichtern; w tych tu państwach, miasta są staroświeckim sposobem pobudowane, mieszkańcy zaś w nich są zuchwali i tak złą niemczyzną mówiący, że ich zaledwo zrodzony w Austrji lub Prusiech, niemiec, zrozumieć może; kobiety zaś z białemi zębami są tu tak rzadkie do widzenia, jak śnieg na równinach podczas wielkiego upału, gardła mają niemal wszystkie rozdęte: przypisują tu tę chorobę wodzie niezdrowej. Przemaszerowawszy te małe księstwa, w których co mila drogi, to inny rząd, inne pieniądze, odmienne wojska, nakoniec przybyłem do miasta Hanau, w nim znalazłem wielką już odmianę tak w czystości jak i porządku; leży ono nad brzegiem rzeki Menu: jest pięknie i regularnie pobudowane, lecz nieładne. Stąd na miasto Offenbach do księcia udzielnego Hessenhomburga należące maszerując, w którem prócz wielu

s.44

fabryk, jest największa tabaki, do wielkiego miasta Frankfurtu przybyłem. Miasto to leży już prawie przy ujściu rzeki Menu: prócz swej wielkości jest najnowszym sposobem pobudowane; pomimo rozlicznych w nim gmachów, ratusz przy placu Rosmarkt stojący, jest miasta tego osobliwością; ma on w sobie wielkie w kolumnady sale, w nich to podczas koronacji cesarzy austrjackich, magnaci państwa tego ustawiają złote serwisa na widok publiczny i w nich festyny się odbywają. Miasto to prócz tego iż jest koronacyjnym, jest również sławnem z walnych dwa razy do roku jarmarków. -- Od miasta Offenbach i wsi 0berat, do Frankfurtu, są przy drodze rozliczne domy, znaczne ogrody i winnice, te to dwa miasta formują jedno wielkie i wspaniałe miasto. Znaczna część mieszkańców Frankfortu jest wyznania mojżeszowego, lecz tych sposób życia i ubiór, w niczem się od innych wyznań nie różni, tylko przykazaniem do drzwi każdego domu izraelity przybitem. Prowadzą oni tu znaczne interessa, a handel wszelkich towarów li tylko w ich rękach spoczywa. Stąd przybyłem do miasta i mocnej fortecy Moguncji. Twierdza ta leży na lewym brzegu rzeki Renu, wówczas należała do Francji: dowodził nią marszałek państwa Kelerman książę Valmy; liczy ona się do pierwszego rzędu fortec, z jednej strony oblewa ją bystra rzeka Ren a z drugiej ogromnemi baterjami i fossami jest obwarowana. Miasto same w sobie jest wielkie, lecz nieczyste, a ulice ma tak ważkie i kręte, że trudno przez nie przejechać można. Most na Renie jest na łyżwach postawiony, ma on 2,100 stóp długości. Na prawym brzegu rzeki Renu stoi miasto lubo niewielkie lecz za to czyste, nazwane Kassel; dotyka ono aż do mostu Mogunckiego i razem z Moguncją liczą ludności do 40,000.
Już tu nie w niemieckim, lecz tylko w francuzkim języku potrzeba było porobić listy płacy, obliczenia się z urzędnikami francuzkimi za stołowe pieniądze, obuwie dla oddziału i t.d. Lubo to z trudnością dla mnie nieobeznanego przyszło, jednakże wspomniawszy na przysłowie polskie "że chcącemu nie masz nic trudnego." dokładniem wszystko porobił, przez co postawiłem się w możności dalej przez Francję oddział mój prowadzić. Dozwolono mi tu dni kilka wypocząć; po upływie których porobiwszy wszelkie przygotowania do dalszego marszu, wszedłem znowu w księstwo Hessendarmsztadzkie, Cwajbryk, w końcu stanąłem w mieście Trewier, stołecznem księstwa Trewierskiego. Dzień jeden tu tylko spoczywałem, maszerując

s.45

dalej na rożne małe miasteczka, do miasta i wielkiej fortecy Luksenburga przybyłem. Twierdza ta jest w samych skałach kuta, bagnami otoczona, leży ona przy rzece Alizond czyli Els: miasto liczy w sobie do 20 tysięcy mieszkańców, prócz garnizonu. Stąd wkroczyłem w stare granice Francji, a maszerując na miasto ufortyfikowane Longvi, Momedi, które są przedmurzem od strony Niemiec, do dość dużego miasta Sedan przybyłem. Miasto to odznacza się czystością i porządkiem, a ludność jego składają prawie sami fabrykujący sukno; pomimo rozlicznych tu fabryk, największa jest z nich Brencura, u którego za kilka miljonów złotych polskich sukna gotowego znaleść można.
Za wejściem w granicę francuzką rozpoczął się tu lubo porządny kwaterunek, jednakże dla strudzonego marszem żołnierza nader uciążliwy, albowiem żołnierz przyniósłszy gospodarzowi bilet na kwaterę, zwykle prowadzonym zostaje do najętej przez właściciela domu oberży, a tam lubo zastaje czyste i porządnie usłane łóżko, biały jak śnieg ręcznik, wodę i pantofle drewniane sabo zwane, jednakże prócz tego żadnego zasiłku nie uzyska, musi go sobie sam kupić i aż nadto drogo zapłacić. Nie masz we Francji ludzkości, ani też gościnności nam Polakom wrodzonej. Trafiało się czasem stanąć kwaterą u takiego gospodarza, co również był kiedyś wojskowym, przebywając on w różnych krajach, wymagał tam należnej dla siebie wygody; takowy powróciwszy do kraju swego, najczęściej z nabytkiem zyskanym w obcych narodach, stał się martwym na trudy współkolegi swego i zapomniał o należnej dla niego ludzkości.
Bardzo wielu żołnierzy, pozostawionych tu w lazaretach przy zakładzie legji Nadwiślańskiej, ze mną się złączyło, tak dalece, że wychodząc z Sedan przeszło 400 głów w oddziale moim liczyłem. Stąd maszerując na miasto Mezieur i Szarlewile do wielkiego i koronacyjnego miasta Reims przybyłem; zwykle tu królowie francuzcy, prócz jednego Napoleona, koronowali się. Katedra, w której te wielkie ceremonje odbywają się, jest wielką gotycką budową, tak, że do kilku tysięcy ludzi w sobie mieścić może. Mieszkańcy miasta tego są zamożni , weseli i najwięcej o waleczności swych ziomków mówić zwykli. Reims leży nad rzeką Vesle, w polach bardzo obfitych w dobre wina. Posuwając się w głąb prowincji Szampanji uważałem, że tu lasów nie ma, w miejsce drzewa, wypalają

s.46

z ziemi czarnej rodzaj cegieł torfem zwany i te im służą za opał; do swędu, jaki torf wydaje, trzeba być przyzwyczajonym, nienawykłemu sprawia mocny ból głowy i często większej słabości przyczyną się staje. Cała ta prowincja ma podostatkiem różnego rodzaju wina, najlepsze jest z okolic miast Aii, Eperne, Szalon i Troa. Przechodząc przez miasto Chalons, które leży przy rzece Marn, do kapitalnego miasta Troies de Champagne przybyłem. Miasto to jest wielkie, leży nad rzeką Sekwaną, staroświeckim sposobem pobudowane, ulice ma w sobie tak ciasne, że dwa powozy nigdy się z sobą minąć nie mogą; zresztą prócz natłoku ludzi i kościoła Św. Piotra, który jest ozdobą miasta tego, nie masz tu nic więcej do widzenia. Po kilku dniach marszu, przybyłem do wielkiego i pierwszego rzędu miasta Orleanu, leży ono przy rzece Loara fundowane przez cesarza Marka Aureljusza, do 40 tysięcy ludzi dziś w sobie liczyć może; jest bardzo pięknie pobudowane. Teatr do rzędu pierwszego jest zaliczony, most na rzece jest z surowego kamienia zbudowany, latarniami bronzowemi przyozdobiony a prócz statui Karola VII-o i Joanny d'Arc na moście będących, stoi kolos w środku wielkiego placu, na marmurowym postumencie z brązu lana jest dziewica Orleańska Joanna d'Arc. W tablach bronzowych jest opis historyczny zwycięztwa przez nią odniesionego nad wojskiem angielskiem pod murami miasta w roku 1429. W dniu przybycia mojego do Orleanu, nadjechał z Paryża porucznik Parys. Oficer ten pozostawiony przez półkownika Potockiego celem załatwienia interesów półkowych, przyniósł mnie rozkaz od ministra wojny, abym dopótąd z Orleanu nie wychodził, dopókąd nie nadejdzie tu oddział z różnych polskich półków również do Hiszpanji maszerujący, a co może za dni 14 nastąpi. Kilkoma numerami starszemu ode mnie porucznikowi zdałem nad oddziałem komendę a sam będąc tak blizko stolicy najpierwszej w Europie, śpiesznie do niej udałem się. Dyliżansem jechał razem ze mną oficer z gwardyi cesarskiej, ten po zaprzyjaźnieniu się ze mną przyrzekł oprowadzić mnie po miejscach wartych widzenia. Z wielką niecierpliwością patrzałem na toczące się koła dyliżansu a mijając liczne wioski, w nich pięknie pobudowane letnie pałace, nakoniec wjechaliśmy na nieskończenie długie przedmieście, a po kilko-godzinnej jeździe stanęliśmy przecie w Paryżu.
Dyliżans zajechał do oberży amerykańskiej w blizkości placu La Victoire będącej, tu zająłem wraz z oficerem

s.47

Gwardji numer jeden, a po chwilowym tylko spoczynku wspólnie udaliśmy się meldować komendantowi placu. Za powrotem do oberży mój mentor prosił mnie, abym tylko jedną godzinę czasu na niego poczekał, po której przyrzekł powrócić i mnie zabrać z sobą; dotrzymał on słowa, lecz się mocno zadziwił, żem dotąd nie był po cywilnemu ubrany; najprzód oświecił mnie, że w Paryżu ci tylko oficerowie mundury noszą, którzy są na służbie, powtóre posłał swego służącego do pałacu zwanego Paleais-Royal po ubiór dla mnie cywilny a nie wyszło pół godziny czasu powrócił służący i przyniósł cały strój cywilny dla mnie tak dogodny, jak gdybym go tak umyślnie robić polecił. Po przebraniu się, udaliśmy się naprzód do wzwyż rzeczonego pałacu. Gmach ten jest czworokątno podługowaty, na kilka piątr wzniesiony, na dziedzińcu drzewami są powysadzane aleje, pomiędzy któremi nieustannie niezliczona liczba ludzi spaceruje. Wewnątrz tego pałacu w około są arkady szerokie a w nich najbogatsze sklepy, banki, wekslarze, różnego rodzaju rzemieślnicy, oberże, kawiarnie, gry publiczne; największa z nich tak nazwana Rouges et noire przynosząca rządowi kilka miljonów franków rocznego dochodu, słowem w tym tu wielkim gmachu wszystko się mieści co tylko do dobrego i rozkosznego życia potrzebnym być może. Dawniej gmach ten był mieszkaniem królów, dziś jest siedliskiem wszelkiej rozkoszy i zbytku. Wstąpiliśmy na śniadanie do restauracji Verego jednej z najsławniejszych; zastaliśmy tu salę jadalną gustownie ustrojoną, pomimo rozlicznych stołów i stolików, stał postument nakształt tronu zrobiony, na którym siedziała piękna kobieta rachunek utrzymująca, garsonowie byli wyświeżeni, wygorsowani, podawali potrawy w srebrnych naczyniach, u spodu spirytusem palących się; nie tylko znaleźliśmy wykwintność w potrawach, ale nawet i w zdawaniu reszty: na zapytanie nasze wiele się należy, pobiegł garson do pani utrzymującej rachunek a ta podała mu na srebrnej tacy tak pięknie napisaną należytość, jak gdyby z rąk najlepszego sztycharza wyszła. Po zapłaceniu więcej nad żądanie, przyniósł nam wprawdzie garson na tacy resztę, lecz zdala ją tylko pokazał, ukłonił się i odszedł, otóż i nowy sposób wyłudzenia pieniędzy za należną usługę. W następnym dniu udaliśmy się do pałacu Luksemburg, tam gdzie jest najsławniejsza w świecie galerja obrazów. -- Napoleon podbijając różne narody, zabierał z nich oryginalne najsławniejszych mistrzów malowidła i tu je umieszczać zalecił. Nad oglądaniem

s.48

tych arcydzieł sztuki malarskiej zeszło nam aż do objadowej pory; mój kolega zaprowadził mnie znów do restauracji w suterenach będącej; spuściwszy się po kilkunastu schodach na dół, znaleźliśmy obszerną salę zwierciadłowe ściany mającą, zasiedliśmy do stołu, przy którym już do 60 osób siedziało, a przez odbijanie w zwierciadłach drugie tyle mnożyło; czystość bielizny stołowej, szybka usługa, smak potraw, wino do stołu na dyskrecją stawiane, muzyka wyborna, wszystko to nęciło, gości a pomnażało dochód gospodarza. Obiad w tej restauracji nie był droższy nad trzy franki od osoby czyli złotych polskich cztery groszy 24. We wszystkich restauracjach (prócz Paryża) zwykle kobiety do stołów usługują, a że żadnych zasług od swych pryncypałów nie biorą i przeciwnie, za to że im dozwalają służyć, stosownie do umowy swym panom płacą, takowe to kobiety po skończonym obiedzie lub kolacji, z talerzem w ręku w około gości chodzą, a ci im podług upodobania za usługę płacą. Wieczorem udaliśmy się do teatru wielkiej opery; teatr ten jest obszernym, tak iż siedząc w loży po jednej stronie, trudno rozpoznać można po drugiej osoby siedzące. Dokładna gra aktorów, czysto wyrobione głosy, zgrabni tancerze, prędka zmiana dekoracji, najwyborniejsza orkiestra złożona z najpierwszych wirtuozów płatnych po kilkanaście tysięcy franków rocznie, w zachwycenie każdego wprowadza. Paryż liczy 800,000 ludności stałej, prócz garnizonu i cudzoziemców czasowo tu bawiących, a jednakże miasto dodaje tej operze, kilkakroć sto tysięcy franków rocznie, na wystawne jej utrzymanie. Po godzinie 11-ej wyszliśmy z opery i jeszcze raz wprowadzony zostałem do Palais Royal, zastałem go tak oświeconym, jak gdyby naród, po wielkiem jakiem zwycięztwie luminacją palił, weszliśmy do kawiarni Milles Colonnes (tysiąc kolumn) zwanej; prócz bocznych pięknie urządzonych pokoików, jest tu sala w same kolumny pobudowana, zwierciadłowe ściany mająca, których to kolumn przez odbicie się w zwierciadłach tysiąc naliczyć można i stąd to salą tysiąc kolumn nazwaną została. Zastaliśmy tu kilkaset osób tak mężczyzn jak i kobiet, chłodnikami i innemi trunkami zajętych; z prawej strony sali, prawdziwie jak królowa na tronie, siedziała cud piękności kobieta, wystrojona, wybrylantowana, mnóstwem wazonów z kwiatami i światłem woskowem obstawiona, była to gospodyni domu utrzymująca rachunki i dozierająca w sali ogólnego porządku, nazywano ją La belle Lemognadere, jak twierdzono podówczas, była ona jedną z naj-

s.49

piękniejszych kobiet francuzkiej stolicy. O godzinie dopiero pierwszej po północy wróciliśmy do naszego mieszkania. Po trzy-godzinnym zaledwie spoczynku, rozpoczęły się krzyki po ulicach niesłychane: tu chrapliwym głosem woła kobieta, "zieleniny, zieleniny kupcie"; tu rzeźnik mając na wozie mięso, przez psów ciągnione, zatrzymuje się przed każdym domem i donośnym głosem krzyczy: "mięsa kupić, mięsa"; tutaj znowu woziwoda, wioząc beczkę na małym wózku, krzyczy nielitościwie: "wody, wody" i takową na konewki sprzedaje; tu "chleba", tu ,,mleka" i tym podobnie krzycząc, spoczynku nikomu nie dają; jeszcze się jedne chrapliwe głosy nie uciszyły, to znowu drugie jeszcze donośniejsze słyszeć się dają; małe chłopaki, biegając po ulicach, wrzeszczą z całego gardła: "kupcie panowie, kupcie, batalję wygraną za dwa sou" -- rozumie się, że doniesienia sprzedają. Dopiero o godzinie 11-ej przedpołudniem uciszać się ta wrzawa zaczyna, bowiem każdy, czyli to ubogi, czyli bogaty, zabiera się do śniadania a la fourchette zwanego; i my też podobnie udaliśmy się do oberży przy ulicy St. Honore wówczas egzystującej; wykwintności wprawdzie takiej jak u Verego nie znaleźliśmy, lecz za to smak potraw i wyborne wino Bordo było daleko lepsze; stąd udaliśmy się do pałacu Louvre, w którym jest najpierwsze w świecie muzeum. Na oglądaniu tam przepysznych arcydzieł, zeszło nam aż do obiadu, dla zmiany poszliśmy do restauracji przy ulicy Bulwary, obok chińskich kąpieli będącej; po skończonym wybornym obiedzie, idąc celem zwiedzenia pałacu Tuilerij, mieszkania cesarza Napoleona, zastałem przy każdym rogu ulicy mnóstwo porządnych ludzi, powodem tego były gry, jako to lewki, koście, loteryjki i t. d. Francuzi bawią się jak małe dzieci, byle co ich zajmie, i są stąd uradowani; uważałem z pilnością, iż w niektórych miejscach okrążono chłopca, który przywiązawszy sobie nos woskowy i uczepiwszy kawał kolorowej szmaty do kija, wywijając nim, improwizował, opowiadał jakim sposobem i gdzie batalja wygraną została, ile nieprzyjaciołom Francuzi krajów i bogactw zabrali. Taki to mówca, otoczony najporządniejszemi mieszkańcami pierwszej w Europie stolicy, odbierał częste oklaski i hojne wynagrodzenia. Naśmiawszy się z amatorów podobnego głupstwa, przed pałac Tuilerij przybyliśmy. Gmach ten jest staroświecko, lecz aż nazbyt obszernie zbudowany; dziedzińce ma wielkie, sztachetami na fundamencie ciosowym ogrodzone, przed wchodem do tego gmachu stała brama znacznie wysoka, była ona

s.50

podówczas z samych N pobudowana, na niej stały cztery konie, zaprzężone do wozu tryumfalnego, z bronzu lane, były one arcydziełem weneckiej roboty. W r. 1806, po zawojowaniu Prus, Napoleon rozkazał ten wóz z końmi z Berlina do Paryża sprowadzić. Z tyłu tego pałacu jest ogród przyozdobiony pysznemi posągami bronzowemi, kaskadami, altanami. Ogród ten założony został przez sławnego botanika Le Notre, dotyka on do placu, na którym stał posąg Ludwika XV. Za tym placem zaczyna się przechadzka, polami Elizejskiemi nazwana a ciągnąca się aż do lasku Bulońskiego. Z prawej strony widzieć się daje rzeka Sekwana, a na niej granitowe mosty tak dawne, jak i po zwycięztwach stawiane; najładniejszy z nich jest cały żelazny, zwany Austerlicki. Mieliśmy jeszcze wielką chęć zwiedzić mieszkanie wewnętrzne cesarskie, lecz nam to dozwolonem nie zostało. Stąd udaliśmy się do teatru francuzkiego, w którym wyborna gra aktorów rzetelnie mnie zabawiła. Ażeśmy byli dnia tego dosyć sfatygowani, udaliśmy się wcześniej jak zwykle do spoczynku. Skoro tylko dzień zajaśniał, mój kolega rozpoczął układać plan codziennego zwiedzania bibljotek, po zwykłem śniadaniu udaliśmy się naprzód do bibljoteki królewskiej przy ulicy Richelieu będącej; niezliczona liczba dzieł, wzorowy porządek, czystość i wolność czytania każdego dnia, zaszczyt temu narodowi przynosi. Po wcześniejszym jak zwykle obiedzie, poszliśmy zwiedzić bibljotekę Mazarini zwaną, przy placu Beux-arts będącą, w której również wolność czytania każdemu jest dozwoloną. Wieczorem, dla zmiany, poszliśmy do teatru Odeon, a po skończonej sztuce dość miernej, udaliśmy się na spoczynek. Tylko co dnieć zaczęło, odebrałem z placu kommendanta Paryża, rozkaz udania się z powrótem do Orleanu, bowiem oddział zebranych tu Polaków już wymaszerował tam, utraciłem więc przez to sposobność widzenia jeszcze niezliczonych a cudownych rzeczy, lecz dopełniając rozkazów władz wyższych, zmuszony zostałem najpyszniejszą w świecie stolicę opuścić. Serdeczne uściskania były podziękowaniem zacnemu oficerowi gwardji za jego fatygę i uprzejmość, a wówczas kiedy mi życzył szczęśliwego odbycia trudnej kampanji, dyliżans ruszył ze mną z Paryża do Orleanu. Przybyłem tu w dzień świąteczny, uważałem z pilnością jak Francuzi w święto bawić się zwykli; zbierają się oni po za miastem na trawnikach, zwykle pod lipami i tam tańczą czyli skaczą jak kozy: niektórzy w drewnianych trzewikach kontradansa skaczą, często

s.51

spektatorowie pomieszają się tak z tańcującemi, iż nic widzieć ani słyszeć nie można, prócz opasłego skrzypaka, który zwykle na beczce lub drzewie siedząc, zmiany figur ogłasza. Po skończonym tańcu roznoszą kobietom syder, jabłecznik, a ten im służy za lody. W tym to mieście co rok dnia 8-go maja bywa wielka uroczystość z powodu oswobodzenia go z rąk angielskich w r. 1429 przez sławną dziewicę orleańską Joannę d'Arc, która po wygraniu kilku znacznych bitew, nakoniec w niewolę zabrana, w mieście Rouen stolicy Burgundji, d. 30 maja 1431 roku spaloną została.
Zauważałem i to, że o ile w dużych miastach widzieć można rozwiązłego życia, o tyle skromności w każdem miasteczku i wiosce znaleźć można.
Rolnicy z dwóch klass ludzi składają się: z właścicieli i dzierżawców; ostatni pomimo ciężkich prac, zbyt nędzne życie prowadzą: i tak parobek wychodzący w pole na robotę, dostaje na śniadanie kawałek chleba, wprawdzie pszennego i na nim gruszkę lub trochę powideł; z tym to posiłkiem pracuje on aż do godziny 5-tej w wieczór, wówczas wraca do domu na obiad, który zwykle składa się z zupy cebulowej, zaprawnej oliwą i trochę grochu szablastego, jedną małą szperką słoniny okraszonego: smażona owa słoninka tyle miejsca w misie zajmuje, ile wiórek na wielkim oceanie; wolno mu jest do tego napić się najczęściej kwaśnego sydru, i z tem to uraczeniem dla strawności, spać się kładzie.
Nadszedł też dzień wymarszu mego z Orleanu, polecono nam, z znacznie już powiększonym oddziałem, udać się na miasta Poitiers, Tours, do wielkiego miasta Bordeaux. Przybywszy nad rzekę Garonnę, na której, dla bystrości i niestałego gruntu, mostu postawić nie mogą i tylko promami ludzi i wszelkie towary przewożą, co utrudza komunikacją z miastem tak wielkiem, -- bulwar z ciosowego kamienia dzieli rzekę od miasta, na którym najnowszym gustem postawione domy i przepyszne pałace, cudowny widok każdemu sprawiają. Miasto to uważać można za najpiękniejsze i najhandlowniejsze a przez to najbogatsze w całej Francji; domów ma przeszło ośm tysięcy a ludności 150,000; ma w sobie akademją, a dom wielkiej giełdy jest jego ozdobą; dzieli się ono na stare i nowe miasto. W nowem stoi, przy obszernej ulicy alejami wysadzanej, teatr, który tak z pięknej budowy, jako i z dobrych aktorów śpiewaków,

s.52

mało co wielkiej operze paryzkiej ustępuje. Oberże, wszelkiego rodzaju zabawy, gry publiczne, cukiernie, restauracje, są tu do najwyższego stopnia wykwintne. Wino tu zrodzone jest dosyć drogie, bo za jedną butelkę prawdziwego Bordeaux płaciłem franków trzy, czyli złotych polskich cztery, groszy dwadzieścia cztery. Sławne są tu szynki i wszelkiego rodzaju wędliny. Wódki wyrabiane w tem mieście, wcale gdańskim nic ustępują. Szalupy i brygantyny z morza Oceanu Wielkiego, pod sam bulwar przypływają, przez co mnóstwo cudzoziemców do miasta codziennie przybywa i ruch w niem, i tak wielki, pomnaża. Rzeka Garonna co każdą dobę do 20 łokci przybiera i na powrót opada, cud ten natury jak wiadomo nazywa się flux et reflux. Przyjemnie jest tu wojażującemu patrzeć na mnóstwo w porcie stojących statków, które, z przybytkiem wody z oceanu w stronę jej biegu same się obracają, a z ubytkiem jej, napowrót kierunek swój biorą. Można tu kilka tysięcy ludzi w porcie pracujących widzieć, którzy jak mrówki od rana do ciemnej nocy ładowaniem i barkowaniem towarów są zajęci. Gubernator tutejszy, zebrawszy kilka bataljonów wojska z różnych narodów, za półkami pozostałych, do których i nasz oddział wcielił, rozkazał do Hiszpanji maszerować. Wkroczyliśmy najprzód w prowincją Gaskonji, a przybywszy do miasta Dax, które leży przy rzece Adour, z podziwieniem patrzałem na wytryskujące tu źródło, z którego tak gorąca siarczana woda wybucha, iż w niej rzeźnicy wieprze oparzają. Natłok ludzi z Francji, Włoch i Hiszpanji bywa tu ogromny, celem poratowania zdrowia, tak jest źródło to wielce pomocnem. Gaskonję można śmiało stepami Francji nazwać; nie masz w niej dobrych dróg, zwykle w całym tym kraju bitych, ani pięknych miast i wygód podróżującym potrzebnych, -- bagna tylko i gdzie niegdzie w polach chróst mały jest tej części kraju ozdobą.
Z podziwieniem patrzałem tu na ubiór chłopów i zaprzęgę wołów. Włościanin ma na sobie suknię bez żadnego kroju; dwa bryty ordynaryjnego sukna, zwykle koloru kapucyńskiego, w kupę są zszyte a po obu stronach są pozostawione otwory, przez które gołe ręce wyścibiają. Suknia ta jest tak długą, że kostek u nóg dojrzeć nie można, przez co czyni ona ruch człowieka niezgrabnym; głowy przykrywają czapką, nazwaną montera, która jest zrobioną w podobieństwie do grzyba dużego i jest ich całą ozdobą. Zaprząg zaś wołów, jest następujący: radło lub wóz ciągną woły rogami, a chłop nie popędza, jak się zwykle

s.53

wszędzie dzieje, tylko idzie przed niemi, trzymając w ręku długi pręcik na końcu cieniuchnym żelazem okuty: tym to pręcikiem, gdy chce, aby woły prędzej w prawo lub w lewo udały się, kole je przez swe ramię i komenderuje gdzie się obrócić mają. Minąwszy przecie tę francuzką pustynię, stanęliśmy w pogranicznem mieście i fortecy Bajonnie. Twierdza ta jest od strony Hiszpanji mocno ufortyfikowana, a miasto w pośród niej jest dosyć duże, piękne i handlowne, szczególnie wełną hiszpańską. Rzeka sławna, nazwana Nive, przepływa środkiem miasta, łączy się z rzeką Adourem i obiedwie stanowią port dosyć dogodny. Na artylerją nasze marszowe bataljony były obowiązane czekać tu dni 8: przez przeciąg tego czasu cały polski oddział stanął we wsi zwanej Biarriz nad samym brzegiem morskim oceanu leżącej. Początkowo słuch nasz trudno mógł i nawyknąć do huku, jaki tu morze wydaje: bałwany, odbijając się o skały brzeżne, taki grzmot sprawiają, jak gdyby bajaljonami ognia dawano a w odległości wydawało się, jak gdyby ogień karabinowy nieustannie był czynnym. Tu to pierwszy. raz w mem życiu puściłem się statkiem rybackim na wielki ocean i przez czas trzygodzinny na takowym zostawałem i to bez szkodzenia zdrowiu mojemu, czego jednak żaden z mych kolegów dokazać nie był w stanie.
Po upływie dniu 8-u wyruszyliśmy na miasto Saint-Jean de Luce jeszcze do Francji należące, a minąwszy most na małym graniczącym strumyku będący , do miasta Yrun pierwszego w Hiszpanji przybyliśmy, dnia zaś następnego w mieście Toloza stanęliśmy. Miasto to leży w prowincji Biskai, w której mówią językiem Basque tak trudnym, że nawet rodowici Hiszpanie zrozumieć go nie mogą. Tu już znaleźliśmy wielką zmianę od wszystkich dotąd widzianych przez nas krajów. Naprzód miasto Tuluza jest brudne, ulice ma w sobie tak ciasne, że parą koni zaledwie przez nie przejechać można a domy choć wprawdzie są z kamienia murowane, jednakże żadnej powierzchownej piękności nie mają, każde okno jest kratą żelazną obwarowane, słowem nie do miasta, lecz do jakiegoś ścisłego więzienia jest podobne. Mieszkańcy tej prowinncji twierdzą, że są wszyscy najdawniejszą szlachtą hiszpańską, która wielkie prerogatywy w tym kraju posiada. Stąd zaczęliśmy przechodzić góry, prawie najwyższe w Europie, Pireneje; są one tak nad powierzchnią morza wzniesione, że ich często chmury przecinają a na wierzchołkach przepaścistych skał śnieg leży zlo-

s.54

dowaciały, którego nigdy słońce nie topi; po tych tu urwiskach kozy dzikie, zwykle koloru blado-żółtego, z szybkością błyskawicy biegają. Ogromne bryły skał, pochyło przy trakcie sterczące, grożą człowiekowi zupełną zagładą jego, słowem w tych tu olbrzymich skałach jest potężny strach z największą rozkoszą człowieka. Dwie zaś góry, pierwsza Montperdu druga Maladetta, wznoszą się po nad powierzchnię morza o 1700 sążni. Pomimo, że kilka mil drogi po tych krętych skałach w górę iść trzeba było, jednakże przykrzyć się droga ta w żaden sposób nam nie mogła, z powodu szerokiego wybrukowanego traktu i miłego uroku i patrzenia na rozrzucone domki, ogrody, po wierzchołkach skał będące. Takie są tu zakręty w trakcie bitym, że z góry patrząc, zdaje się, że jedni naprzód idą a drudzy na powrót schodzą, lubo wszyscy ci sami naprzód tylko postępują. W przechodzie tak górzystym nic się tak nie przykrzy, jak nieznośne piszczenie tutejszych wozów, piszczą one z powodu następującego. Oś, na której koło beż szczebli siedzi, jest czworograniasta a dopiero pod spodem wozu okrągła, ta okrągłość obraca się wraz z kołem w kabłąku do spodu woza umocowanym i ztąd wynika, że im się więcej na takowy woz ładuje, tem więcej ciężarem do osi przyciska i piszczy, tak dalece, że to nieznośne piszczenie w odległości mili drogi słyszeć się daje. Nakoniec weszliśmy na szczyt góry Montperdu zwanej, a za spuszczeniem się na równinę do miasta Victoria przybyliśmy. Od tego to miasta zaczyna się dopiero mowa kastylijska czyli prawdziwa hiszpańska. Victoria jest miastem dość dużem, lecz równie jak w Tuluzie ulice ma w sobie zbyt ciasne, które podczas wielkich upałów, od marca aż do października nielitościwie tu dokuczających, zaciągnięte ma z dachu jednej strony ulicy na drugą płótna, i te chronią mieszkańców od skwaru słonecznego. Natrafiłem tu na dzień świąteczny, w którym z podziwieniem patrzałem na próżniacką zabawę Hiszpanów; ze średniej klassy ludzie i chłopi wybierają najstarszą osobę z familji, ta siada przed progiem domu swego na ziemi, bierze pomiędzy swoje nogi drugą osobę, ta trzecią, czwartą i t. d. wszystkie te osoby, nie żenując się przechodniów, porozpuszczają swoje długie włosy i tak od południa aż do ciemnej nocy jedni drugich czeszą. Stąd maszerując na miasto Miranda, przy którem płynie największa rzeka w Hiszpanji Ebro, do Miasta Burgos przybyliśmy. Miasto te, chociaż staroświecko pobudowane, jednakże ma w sobie większe domy i place, jak dotąd przez nas

s.55

były widziane, leży przy rzece Arlanson. Na miesiąc czasu przed przyjściem tu naszem, pod samem miastem stoczył batalję, na czele wojska swego, sam Napoleon, przeciw wojsku angielskiemu, dowodzonemu przez jenerała Welesley, dziś Wellingtona. Po zwykłem na stronie Francuzów zwycięztwie, rozkazał Napoleon gwardji swojej pieszej, aby otoczyła katedrę i nie dozwoliła zwycięzcom linjowym niszczyć tego tak świętego i pysznego przybytku. Katedra ta jest w bogactwa znacznie obfita a oprócz tych ma jeszcze rzadki w świecie organ; w wielkim ołtarzu jest Pan Jezus mozajkowy, za arcydzieło przez znawców uznany. Świątynia ta jest tak obszerna, że kilka tysięcy osób w sobie wygodnie pomieścić może. Niektórzy Polacy z gwardji Krasińskiego Wincentego, zwiedzili o pół mili drogi stąd sławny Panteon, do którego w dawnych wojnach jenerał francuzki nazwiskiem Tieubolt, sprowadził z klasztoru Benedyktynów Św. Piotra de Cordoba, popioły sławnego Cyda i żony jego. Z Burgos, maszerując na różne małe miasteczka, do dużego miasta Valladolid przybyliśmy. Leży ono przy rzece Pisuerga w prowincji Starej Kastylji, mieszkańców liczy w sobie 30,000; dawniej królowie Kastylscy rezydowali tu w zamku, po dziś dzień jeszcze w dobrym stanie będącym.
Valladolid jest miastem dużem i pięknem; placów publicznych ma kilka znacznej obszerności, a bogactwa mieszczące się w kościołach są nader wielkiej wartości; jest ono największem i najhandlowniejszem na trakcie głównym z Francji do Hiszpanji środkowej, czyli do stolicy Madrytu. Są tu wielkie składy wełny z najlepszych merynosów zbierane, po które przybywają, i kupują kupcy angielscy i francuzcy; wyrabiają oni w swych krajach z niej sukno i takowe napowrót drogo Hiszpanom sprzedają. Pochodzi to z wrodzonej gnuśności tutejszych mieszkańców, bo kraj ten pomimo tego, że wszystko posiada, co tylko do dobrego życia i odzienia ludziom potrzebnem być może, przez brak industrji i szczerej chęci, wysyła miljony piastrów w obce kraje za płody, których aż nadto w swoim posiada. Dostałem tu kwaterę u jednego z pierwszych obywateli nazwiskiem Don Antonio Diaz de Rivera, ten przecie wiedząc, że Polacy są prawowierni chrześcijanie, zaprosił mnie na wieczorną zabawę. Za przybyciem mojem do sali, zastałem już licznie zebraną jego familję a prócz niej księdza, którego majordomo nazywano, bowiem w całym tym kraju usilnie się starają, aby przy każdej familji był taki majordomo czyli przy-

s.56

jacielski doradca i nauczyciel religji katolickiej. Skoro do stołu zastawiono, zbliżył się najprzód ów ksiądz i pobłogosławił modlitwą zastawione potrawy, później zajął miejsce obok najpiękniejszej córki gospodarza: najprzód dano na stół potrawę gaspacio, jest to chłodnik, który się składa z zimnej wody zabielonej tartym czosnkiem, z surowych w kostkę nakrajanych ogórków i siekanego białego chleba; na drugie danie postawiono potrawę zwaną la-ola czyli ola-podrida, potrawa ta gotuje się w dużym kociołku, mieści w sobie wołowe, baranie i wieprzowe mięso, kury, kiełbasy, groch cukrowy i wszelkiego rodzaju zieleniny; massa z mięsiwa tego wydaje rosół tak mocny jako buljon; mięsiwa zaś każde sosem oliwnym z odmiennemi przyprawami polane, stanowią najwyborniejsze dla nich jadło. Co do mnie, to tą razą dane na stół wyborne konfitury, ciasta, i różnego rodzaju wety, dość posiliły zgłodniały mój żołądek. Powód, dla którego w tym kraju wszystkie potrawy oliwą są za-prawne, jest ten, że tu masła wcale nie mają, przychodzi ono czasami do portów tutejszych z Hollandji i Anglji, naładowane w kiszkach wołowych i baranich, które na łokcie i inne miary sprzedają.
Po dwóch dniach spoczynku wymaszerowaliśmy w góry Somosierskie, w których do miasta Segovji przybyliśmy. Miasto to nie jest zbyt wielkie, lecz pięknie na wysokiej skale pobudowane; na najwyższej stoi zamek nazwany Oleazar, z pod którego biją ze skał gwałtownym pędem kaskady, i tu obijając się o ułomki gór, szum zadziwiający czynią. Segovia od Rzymian czyli Celtiberów zbudowana i nazwana Segubia, pobudowana ona jest w ciasnych i krętych ulicach, po nad dwiema rzekami Erezmie i Clamores; przy pierwszej stoi pięknie zbudowana mennica, która najwydatniejsze pieniądze wybija; w całem tem mieście żadnej studni nie ma, tylko przez sam środek miasta ciągnie się wodociąg, jeszcze za panowania tu Rzymian postawiony. Murowany on jest z samego ciosowego kamienia, ołowiem zalewanego, ma trzy tysiące kroków długości a fundamentalnych arkad 177. Wierzchem tego wodociągu płynie z gór odległych cynowemi rynnami czysta i najzdrowsza woda; te rynny mające kommunikację z rurami w arkach będącemi, najświeższej wody każdemu domowi dostarczają.
Pierwszy to raz z wielkiem podziwieniem patrzaliśmy na ten cudowny wodociąg, który nas łatwo przekonał, że w owym

s.57

czasie kiedy tu Rzymianie panowali, było aż nadto wybornych architektów i mularzy. Wodociąg ten już przez ciąg lat dwóch tysięcy istnieje, a żadnemu uszkodzeniu dotąd nie uległ. Jeszcześmy tu jeden zamek wart widzenia zwiedzili, nazwany on jest Oleazar, w nim to dawniej królowie mieszkali, dziś służy za więzienie przestępcom politycznym, sławnym on jest z osadzenia w nim Idziego - Blas.
Stąd zaczęliśmy przechodzić góry Somosierskie, których pasma łączą się z górami Sierramoreńskiemi, odległemi stąd o mil polskich 30. Na tych tu górach rzadko kiedy śnieg lub lód topnieje, przez co klimat w tych stronach jest najniezdrówszy; w dzień zeszedłszy cokolwiek na równiny, słońce tak dokucza , że aż oddech w człowieku tamuje, w wieczór zaś i w nocy takie zimno bywa, że bez dobrej odzieży trudno wytrzymać. Przeszedłszy te wielkie lodowate góry i małe mniej znaczące miasteczka, do stołecznego miasta Madrytu przybyliśmy.
Madryt jest miastem wielkiem i pięknie zabudowanem. Wjazd do niego ze wszystkich stron alejami wysadzony, stoi na pięknej równinie, prawie w samym środku całego królestwa, w około górami opasany, płaszczyznę przecina rzeka Manzanares. Ulice niektóre są tu dosyć szerokie, kamienice na trzy i cztery piętra wzniesione. Pałac królewski, lubo staroświeckim gustem zbudowany, jednakże z obszernej jego budowy, poznać można, że jest królów katolickich mieszkaniem; leży on nad brzegiem rzeki Manzanares, wyrestaurowany został za panowania Karola III roku 1734; w tym gmachu, prócz mnóstwa przepysznych apartamentów, alabastrów, jest sala tronowa nazwana Los Reinos, w niej są lustra tak wielkie, jakich w żadnej stolicy Europy nie znajdzie, schody do tego rezydencjonalnego pałacu, korytarze i przedsionki są ozdobione malowidłami sławnych malarzy Rubensa, Korredźia i t. p. W środku tego gmachu, stoi budowla nazwana Armeria, w której są zachowane miecze najsławniejszych rycerzy, jako to Pelagjusza, Rolanda, Cyda i Franciszka I, walczącego pod Pawją, niemniej zawiera w sobie mnóstwo strzał, maszyn, pierwszych wynalazków karabinów i muszkietów. Madryt ma kościołów i klasztorów sto trzydzieście i trzy, największy i najwspanialszy z nich jest Panny Maryi, nazwany Nuestra Seniora de Atocha; koszar ma kilka murowanych, największe z nich są przerobione z pałacu królewskiego a dziś nazwane

s.58

Bon-Retiro, w tyle tych koszar jest ogród, w nim stoi posąg króla hiszpańskiego Filipa drugiego; ten posąg jest z bronzu lany, monarcha siedzi na koniu wspiętym na dwóch tylnych nogach, strój rzymski jego, mankiety nakształt koronki odlane, cugle, gors od koszuli i siatka na koniu są mistrzowskiej roboty, szkoda, że tak piękny posąg w tak niedogodnem i ukrytem miejscu stoi. W tych tu koszarach można wygodnie kilka półków pomieścić, a prócz tego w oficynach jest fabryka porcelany. Do tego gmachu dotyka ulica zwana Prado, jest to spacer publiczny alejami po obu stronach wysadzony, w środku alabastrowemi fontannami przyozdobiony, których wraz z figurami jest 17; każdego pogodnego dnia wieczorem, można na tym tu spacerze kilkanaście tysięcy ludzi z różnych klass widzieć. Bocznemi alejami spostrzegać się dają karety i konno jadący, uważałem, że karety są tu jeszcze staroświeckim sposobem pobudowane, po sześć i ośm mułów do każdej zaprzęgają. Muły te poubierane były w siatki, przy łbach miały kokardy i pióra, po których warty poznają godność jadącego; w środku zaś pierwszej pary biegnie człowiek nakształt laufra ubrany, ten trzymając rękoma musztuki, w miarę poganiania wraz z mułami leci. Kobiety są tu powszechnie piękne, wzrost ich jest nieco mniejszy jak w innych prowincjach a pomimo najostrzejszej religji są Madrylenie (tak ich Hiszpanie zowią) do najwyższego stopnia rozpustne. Tu w Madrycie tylko pierwsza klassa ludzi nosi się tak jak zwykle w innych stolicach, klassę zaś drugą i trzecią rozpoznać można po ubiorach następujących: Mieszczanie noszą płaszcze pąsowe, końcem takowych owijają szyję, a kapelusze z tak dużemi rondami noszą, że się największemu przetakowi polskiemu zrównać mogą, nawet księża w takowych kapeluszach chodzą. Klassa zaś rzemieślnicza i wyrobnicy, noszą płaszcze koloru kapucyńskiego, na głowie mają czapki nazwane monteri, które są czarnemi kutasikami przyozdobione: najwięcej jest takich, co swoje długie włosy w siatki kolorowe chowają, każdy z nich opasuje się pasem włóczkowym koloru pąsowego lub zielonego, do trzewików przypinają kamasze skórzane wysokie aż do kolan, kamasze te zapinane są na srebrne wypukłe guziki.
Co do mężczyzn, to ci twarze mają brunatne, oliwkowe, ponure, jednakże obejście ich jest w ogóle uprzejme, nigdy nie pominą przechodzącego lub podróżnego, niepowitawszy go słowami: Dios guarda a ustet, Vaia ustet con Dios

s.59

Cavalero, co znaczy ,,niech was Bóg strzeże, Bóg z wami niech będzie panie kawalerze." Kobiety są tu wszystkie piękne, bo oprócz zgrabnych swych figur, nogi mają nadzwyczaj małe a przy białem ciele, włosy i oczy jak heban czarne; ubiór ich, kiedy do miasta lub kościoła idą, jest podobnym ubiorowi zakonnic. Suknie noszą czarne, raczej morowe, nazwane Basquinias, w staniku i na rękawach, mają dużo frenzli i kutasików jedwabnych a obrąbek u wierzchniej sukni ma w sobie szrót zaszyty, który ciężarem swym ociągając suknię, wykształca im figury. Każda ma twarz welonem zasłoniętą, jednakże, jak się to zwykle wszędzie dzieje, ta co jest piękniejszą rzadszym welonem twarz okrywa.
Hiszpanka nigdy głowy swej przed nikim nie uchyli, jeżeli spotka kogo znajomego, podówczas trzymając zwykle w ręku wachlarz, tym kilka razy poruszy i to jest oznaką grzecznego powitania. Mężczyźni szczególną grzeczność w paleniu sygar zachowują, najprzód każdy z nich ma przy sobie tabakierkę, w której chowa kilka kawałków tłustego i mocno ubitego tytuniu, chcąc sygaro zapalić kraje dużym nożem, zwykle przy sobie noszonym, ów tłusty tytuń na najdrobniejsze kawałki, później w przysposobione do tego papierki wsypuje go, zakręca, i tak przez siebie zrobione sygaro zapala, gdy spotka kogo niepalącego, pyta się: "chcesz pan palić, to proszę", jeżeli tamten nie podziękuje słowami: "graciias, non me gusto aura de fumor", to jest: "dziękuję nie mam chęci teraz palenia" wyjmuje natychmiast z ust swoich sygaro i zapytanemu oddaje, ten podobnież postępuje, więc nim się sygaro dopali w kilku ustach tym sposobem być może. Nawet i damy z klass wyższych palą tu sygara, są one delikatną słomką powleczone i nazwane Pakitas.
Uważałem tu z pilnością, że każdego dnia o godzinie 7-ej w wieczór, bić zaczynają w dzwony, na który to znak cały Madryt, składający się z 13 parafij i 160,000 ludności, przestaje być czynnym. Stangreci konie swoje w biegu wstrzymują, rzemieślnicy pracować przestają, a każdy pieszo idący staje na miejscu jak wryty, zdejmuje czapkę lub kapelusz i odmawia modlitwę wieczorną zwaną la Oracion, po skończeniu takowej, jeden do drugiego lub wcale nieznajomego obraca się i przy ukłonie dobrego wieczoru życzy.
Hiszpanja ma ludności przeszło jedenaście miljonów: z pomiędzy tej liczby pewno narachować można do miljona przez

s.60

próżniactwo żebraków, ci ludzie siadając zwykle w miastach, przy każdym rogu ulicy i wtórując na fałszywie nastrojonej gitarze, przez niewiadomość fałszywie tłumaczą przechodniom tajemnice wiary, wyłudzając za tę niewłaściwą posługę niesłuszną nagrodę. Dnia 3 mego tu pobytu poszedłem zwiedzić gabinet naturalny przy ulicy Alkala będący, ulica ta, jest tak szeroka, jak rzadko w jakiej stolicy znaleźć można, po obu stronach przepysznemi pałacami przyozdobiona, przy niej prócz gabinetu naturalnego stoi wielki marmurowy pałac, należący do Don Manuela Godoj, Principe del pao, księcia pokoju, który to książę z prostego grenadjera doszedł do godności książęcej i ożenił się z synowicą króla swego; tenże sam książę po śmierci żony swojej, zostawił majątku sto ośm miljonów plastrów. Był on za młodu ubogim szlachcicem, urodzonym w mieście Badajoz, biegłą grą na gitarze i przyjemnym śpiewem, potrafił podobać się królowej, przez co Karol IV wcielił go do swojej przybocznej gwardji; w roku zaś 1787 został adjutantem, wkrótce jenerałem, księciem Alcadia, kawalerem orderu Karola III i złotego runa, pierwszym ministrem i pierwszym grandem hiszpańskim. Gabinet tutejszy zajmuje kilkanaście sal, w których prócz pięknie ustawionych, szczególnych w świecie rzeczy, i bogactwa się mieszczą. Widziałem tu ogromne bryły złota z ziemi wydobytego, wielkości głowy człowieka, wielkie perły, drogie podarunki ludów podbitej Ameryki, prezenta państwa Chin, Persji, Turcji i t. d. Jest tu w krosnach jeszcze chustka koloru pąsowego warta zastanowienia; jak opis twierdził, leżała ona przez ciąg lat 200 w ziemi, a od wydobycia jej liczą lat 80, jest ona zupełnie całą a kolor jej jeszcze tak świeży, jak gdyby ją dziś najświeższemi farbami malarza malował. Ten, do kogo należało pokazywać wszystkie osobliwości, wskazał mi naprzód dwa landszafty opodal wiszące i prosił, abym powiedział mu co one oznaczać mogą; widząc mnóstwo wież kościelnych i innych gmachów, nadto kilka mostów po nad rzeką będących oświadczyłem mu, że nic innego wyobrażać nie mogą jak tylko miasto jakieś przez dobrego artystę wymalowane, wówczas przybliżył się wraz ze mną do owych landszaftów, a nic innego niedostrzegłem jak tylko kamień naturalny rozmaite kolory w sobie zawierający, w ramy osadzony; widząc moje prawdziwe ukontentowanie, wskazał mi bębenek podobny do przetaka, składał on się z łyka obciągnionego skórą, niewiadomą z jakiegoby zwierza być mogła, w okrągłem tem łyku były gdzie niegdzie

s.61

blaszki brzęk z siebie wydające, przy tym, jak nazwę, przetaku, wisiała pałka zwykle do tołombasów używana; Hiszpan wziąwszy ją w rękę prosił mnie, abym się cokolwiek oddalił, gdym to uczynił, dotknął się dość lekko nią w skórę, a natychmiast wydała ona z siebie grzmot tak silny i zadziwiający, że zdawało mi się jak gdyby rzeczywiście z obłoków pochodził. Po stopniowem uciszeniu się dozwolił mnie obejrzeć ten osobliwy instrument, w którym nic więcej nad łyka, skóry i blaszek mosiężnych nie znalazłem. Okaziciel oświadczył mi, że gdyby kto z całej siły w tę skórę uderzył, niezawodnie by słuch postradał. Następnie wprowadzony zostałem do sal mineralogji, zoologji, malarstwa. Jedna z tychże sal ma w środku kościotrupa ze zwierza mammuta, któren jest raz jeszcze większy od wielkiego słonia. Najwięcej się ubawiłem w sali, w której są starannie zachowane zbroje i ubiory wszystkich ludów Ameryki i Indyj. Stąd udałem się do kawiarni nadzwyczaj obszernej, pod nazwą Fuente del Oro (fontanny złotej), jest to jedna z największych kawiarń tej stolicy, do kilkaset osób w sobie pomieścić może, które najwięcej czarną kawę i czekoladę piją. Za nadejściem wieczora udałem się do teatru "los Canos de Peral", w nim Włochy opery grywają, całą sztukę odśpiewali wybornie, lecz za to orkiestra w połowie paryzkiej wyrównać nie mogła. Prócz powyżej rzeczonego teatru są tu jeszcze dwa, Opery hiszpańskiej zwany Crux i trzeci komiczny "Teatro del Principe" (teatr książęcy.) Najpryncypalniejsze tańce tego narodu są "Volero, Fantango i Sorongo." Gdy tańczą, nie dotykają się rąk kobiet, tylko opodal od siebie lubieżnie skaczą, na swych palcach u rąk mają klekotki złotemi kutasikami przyozdobione, któremi w takt z muzyką klekoczą. W tańcach, szczególnie w Volero jest największą ich sztuką wybijać takt piętami w podłogę, co z wielką zręcznością wykonywają, a wówczas gdy para tańczących ma upaść w objęcia swoje, nagle muzyka ustaje, jest to największą zręcznością, aby w tej samej pozycji, gdy muzyka grać przestała, pozostać, aż do czasu w którym się na nowo rozpocznie.
Madryt ma w sobie placów publicznych dwadzieścia i trzy, prócz małych mniej znaczących; największe z nich są nazwane Plasa del Sol (Plac Słońca) drugi Plasa Major (Plac główny) a trzeci Plasa dela Sevada (Plac jęczmienny); na gawędę i palenie sygar schodzą się Hiszpanie zwykle o bardzo rannej porze na Plac słońca. Bram ma piętnaście; najgu-
s.62

stowniejszej architektury są bramy Alcala i Toledańska: zwiedzając je, przybyłem do pysznego mostu Toledańskiego na rzece Manzanares, przez Filipa drugiego postawionego, celem przypatrzenia się biegowi wody. Most ten jest z ciosowego kamienia, kosztem dość znacznym wzniesiony.
Co do religji, to prócz katolickiej żadna inna nie jest tu cierpiana ani też przez rząd tolerowana. Szlachta jest tu niesłusznie do najwyższego stopnia dumna, bowiem rzadko który mówi jakim obcym językiem a całą ich nauką jest pamiętać nazwiska przodków swoich i nakoniec wiedzieć niektóre wyjątki z pisma świętego. Gospodarz, u którego stałem na kwaterze, był kiedyś Grandem hiszpańskim. Grandów takowych w tym kraju było dawniej trzy klassy; pierwsza, choć w sali tronowej, w przytomności monarchy swego, kapeluszy nie zdejmowała; druga, mówiąc do króla, zdjąć je była obowiązaną, a trzecia ciągle z odkrytą głową stać była powinna.
Nakoniec, po ośmiodniowym tu spoczynku, wyruszyłem do miasta Toledo; przechodząc drogą z Madrytu do Toledo, był wiatr tak mocny, że się zaledwie na nogach utrzymać można było; wiatr ten podnosi z sobą drobny kamienny pyłek a ten jest na oczy bardzo szkodliwym. W Toledo stanąłem dnia 11 lutego 1809 roku; zastałem tu małą armję polską podówczas pod komendą jenerała dywizji, para Francji Valansa zostającą, która składała się z półku 4-o, 7-o i 9-o piechoty. Komenderowali półkownicy: 4-m hrabia Felix Potocki; 7-m Sobolewski; 9-m książę Antoni Sułkowski. Kompanją artyllerji i saperów kapitan Kamiński, półkiem 7-m hułanów półkownik Konopka. Rzeczone półki wcielone były do korpusu czwartego wielkiej armii francuzkiej, którym dowodził jenerał dywizyi Sebastiani. Nakoniec przecie po pięciomiesięcznym moim marszu, złączyłem się z pólkiem, w którym adjutantem-majorem byłem.
Miasto Toledo, leży na prawym brzegu rzeki Tagu, pobudowane jest na znacznie wysokich skałach, jest ono o mil 10 od Madrytu odległe, kościołów ma w sobie prawie tyle, co domów prywatnych, przez nieustanne dzwonienie, śpiewanie przy processjach, momentu spoczynku człowiekowi nie dają. Że zaś kwaterą stałem u kanonika nazwiskiem Don Pedro Ximenes, zapytałem się go przeto, dla czego w jednem mieście tyle jest kościołów i księży? "Niech to waćpana nie dziwi, odpowiedział, że tu zaledwie 10-ta część domów należy do mieszkańców prywatnych i że 9-ta jest własnością księży, znaczna już liczba po dziś dzień

s.63

księży ubyła w Hiszpanji, bo za panowania Filipa II-go liczono w kraju naszym 58 arcybiskupów, 680 biskupów, 11,000 klasztorów męzkich i żeńskich, 31,000 księży mszalnych, 200,000 kleryków i nakoniec 400,000 mnichów i mniszek. Przeto gdyby ta liczba nie była zmniejszoną, niebyłoby i jednego domu prywatnego w tem tu niewielkiem mieście."
Ulice są tu nadzwyczajnie wązkie i kręte a domy na różnych pagórkach stawiane nieregularnem go czynią. Na jednym z tutejszych kościołów nazwanym Sant Juan de los Rejes, zewnątrz tego pozawieszali Hiszpanie bardzo znaczną liczbę kajdan, na pamiątkę odzyskania na Maurach miasta Toledo i rozkucia z więzów swych rodaków. Arcybiskupstwo Toledańskie jest z całej Hiszpanji najkorzystniejsze. Arcybiskup tutejszy jest Prymasem królestwa katolickiego i najbogatszym w świecie biskupem, ma on 350,000, dukatów rocznego dochodu, kapituła jest tak bogatą, że sam papież i król są pierwszemi jej kanonikami. Katedra, która za panowania tu Maurów była meczetem i przeciw miej pałac arcybiskupa, są przecudowną architekturą zbudowane; zakrystja i kaplica rzeczonej katedry są przyozdobione malowidłami wielkich mistrzów, Rubensa, Van-Dyka, Tintoretta, a w jednej z nich są groby tak czterech królów Kastylji jako i kardynała Mendozy. Sukienka Matki Boskiej, którą Arcybiskup rejterując się przed wojskiem francuzkiem uwiózł z sobą do miasta Sevilli, kosztowała jak twierdzili tutejsi wyższego stopnia księża, ośm miljonów realów, czyli trzy miljony kilkakroć stotysięcy złotych polskich.
W Toledo nie zastałem półku 1-go, drugi tylko bataljon półku 4-go. Pierwszy, w którym adjutantem-majorem byłem, pomaszerował do królestwa Leonu, a że przyprowadziłem sto kilkunastu ludzi należących do 1-go bataljonu a wyszłych z łazaretu, zastałem tu drugie tyle, z tego powodu polecił mi półkownik Potocki, abym dopóty tym zakładem kommenderował, dopóki oba bataljony nie połączą się. Od tej to daty na czele przeszło dwóchset ludzi rozpocząłem toczyć boje, na ziemi Gonzalów i Cydów. Jenerał hiszpański nazwiskiem Venegas z korpusem dwunasto-tysięcznym zaczął się zbliżać pod Toledo; w ten moment wyruszył korpus nasz przeciwko nieprzyjaciela, a w dniu 20 lutego1809 roku rozpoczęła się potyczka pod wsią Moro; pobici Hiszpanie zrejterowali się pod miasteczko Consiegra, gdy i stamtąd z wielką stratą cofnąć się musieli, Francuzi wpadłszy do miasta za uciekającym nieprzyjacielem, rozpoczęli gwałty i ra-

s.64

bunki czynić. Tu patrzałem na nieszczęście, jakie wojna mieszkańcom przynosi, płynęła tu krew może i bezbronnych obywateli, a w domach i klasztorach, w płomieniach już będących, wszelkie bezprawia miejsce miały. Żołnierz francuzki był podówczas w zwyczaju waleczny, lecz mało mając wpojonej subordynacji, łatwo potrafił w kilku godzinach czasu dosyć spore miasteczko w perzynę obrócić. Słusznie waleczny półkownik Godebski w swym Grenadjerze następne wiersze napisał:

"Większy ten u mnie, co dwa wywiódł szczepy,
Niż ten co tysiąc miast zamienił w stepy;
Z czyich rąk piękny gaj się zazielenił,
Niż ten co pola krwią ludzką zrumienił,
A ten co jednę łzę otarł sierocie
Większy nad tego co zadziwił krocie."

Dla zbyt słabych sił naszych, cofnęliśmy się napowrót do miasta Toledo; lecz skoro półki francuzkie do korpusu 4-go należące z nami się złączyły, zaraz wyruszyliśmy przeciwko nieprzyjaciół tym samym traktem na Consiegra aż ku miastu Cuidat-Real, przed którem to miastem, na dobrych pozycjach zastaliśmy korpus hiszpański na nas czekający, a lubo był od naszego liczniejszym, jednakże przez dobre rozporządzenie jenerała Sebastjaniego, po cztero-godzinnej batalji w dniu 27 marca 1809 roku pobici i rozpędzeni Hiszpanie zostali. Cofali się oni w największym nieładzie na miasto Almagro, w którem rezyduje przeorysza orderu damskiego Calatrava i na S-ta Cruse, aż w góry Sierramoreńskie. Goniąc ich dniem i nocą, zabraliśmy im znaczną liczbę niewolników, mnóstwo ammunicji i bagaży. Zapędziwszy ich aż w same góry Sierramoreńskie, pewni będąc, iż nie tak prędko nieprzyjaciel działać zaczepnie rozpocznie, z pod wsi Elvizi polecono nam w głąb prowincji Manchy maszerować. Dywizja nasza stanęła we wsi Manzenares, nad strumieniem tegoż nazwiska. Zwykle w Hiszpanji wioski są wielkie, a w nich domy z kamienia pobudowane i na piętra wzniesione, muszą być obszerne, kiedy w jednej stanęła cała nasza dywizja, a każdy oficer miał mieszkanie dosyć przyzwoite. Staliśmy tu spokojnie przez przeciąg trzech miesięcy. W tej prowincji nie masz gór; miasta i wioski stoją na pięknych równinach, w polach dla ocalenia zboża od słońca, które tu piecze nielitościwie, co tysiąc kroków porobione są studnie, przy nich

s.65

duże koła a do tych poprzywiązywane garnki gliniane. Przy tej studni jest dyszel, do którego zaprzęgają osła a ten, chodząc ciągle w około, wyciąga garnkami owemi wodę i w zagony ją rozlewa. Po wtóre w każdej bruździe co 40 kroków pozasadzane są drzewa oliwne, a te cieniem swoim również od słońca zboże chroniąc, podwójną korzyść kmiotkom przynoszą. W całej Hiszpanji innego zboża nie sieją, jak jęczmień i pszenicę; jęczmieniem koni i muły pasą a z pszenicy chleb robią. Młócenie zboża odbywa się tu szczególnym a następującym sposobem. Na dużem klepisku niepokrytem dachem, zboże w koło układają, na to zboże wtaczają kloc drzewa, który ma w koło siebie powbijane ostre krzemienie; jest on tak urządzony jak maszyna do zrównania placu jakiego; do tego kloca zaprzęgają 4-ry muły lub konie, te chodząc obok siebie wokoło, obracają kloc, a ten ciężarem swoim, krzemieniami i kopytami końskiemi zboże młóci; to pewna, że z takiego młócenia słoma prosta nigdy nie wyjdzie; pogruchotana na kawałki służy im na sieczkę, którą dla swej nieregularności w siatkach umyślnie do tego robionych sprzedają. Merynosy wysyłają właściciele w góry Somosierskie i Sierramoreńskie, gdzie się polnym rozmarynem pasą. Trafiało się nieraz, że wojska zagarniały całe trzody takowych i na żywność po 20 i 30 dukatów sztukę wartującą żołnierzom rozdawały. W Manchy wina czerwonego jest podostatkiem, najmocniejsze jest z pod wsi Waldepenias, tak jest esencjonalne, ze lejąc go na ogień, pali się jak spirytus. (*).

(*) W tej że samej wsi po szefie Broniczu, stanął na posterunku z kompanją jedną i 10 dragonami kapitan Zdziennicki; ten dowiedziawszy się, że kilka tysięcy Hiszpanów, pod wieś przez niego zajętą żbliia się, odważnie z tak małą siłą przeciwko nieprzyjaciołom w pole wymaszerowął; lecz przekonawszy się o niemożności stoczenia bitwy nazad do wsi Alaurin zrejterował się. Wszystkie domy znalazł mocno pozamykane, a bryganci rzęsisto strzelając do środka wsi cisnęli się, w tąkiem położeniu rzeczy waleczny kapitan rozkazał żołnierzom swoim drzwi domu jednego wysadzić i oddziałem go swoim zająć; że zaś domy murowane we wsiach mają i piętra, w takowych kompanję swoją po oknach rozstawił z zaleceniem, aby żaden ładunek napróżno nie był wystrzelony. W tym bryganci rynek zajęli i o zdobycie domu, w którym był kapitan Zdziennicki, kilka razy kusili się, lecz żołnierze słuchając swego dowódzcy za każdem zbliżeniem się ich kilkudziesiąt trupem kładli. Widząc Hiszpanie niemożność zdobycia domu tego, wystali mocny oddział z palnemi materjałami, aby go, profitując z ciemnej nocy, podpalili. Udało się Hiszpanom dom zapalić, lecz waleczny kapitan nic na tem nie stracił, mur do drugiego domu wybić kazał i tam się na nowo bronił; skoro się gubernator Malagi dowiedział, że hiszpanie Zdziennickiego oddział atakują, zaraz z kawalerją tam się udał, Hiszpanie nie czekając złych skutków podpaliwszy kilka domów, w których się mężnie polski oddział bronił, w góry się wynieśli, a waleczny kapitan z tryumfem wytrzymawszy oblężenie przez godzin 48, ze swemi się złączył, w nagrodę czego krzyżem legji honorowej ozdobiony został.

s.66


Pamiętniki Józefa Rudnickiego, zawarte w "Piśmie Zbiorowym Wileńskim na rok 1862"
ss. 67-90


Nim się bataljon pierwszy z resztą półku połączył, z miasta Toledo maszerował do nas podporucznik Pęczkowski; napadnięty on został przez Brygantów (tak bowiem nazywano powstańców hiszpańskich) w miasteczku Konsiegra i tam haniebnie zamordowany. Pierwszy to był oficer z półku 4-go, co nie na polu bitwy, ale zdradziecko życia pozbawiony został. Po trzymiesięcznem staniu tu naszem, rozkazano nam się cofnąć za rzekę Gwadjanę, gdzie się batalion 1-szy, w którym adjutantem-mąjorem byłem, z nami połączył. W owym czasie półkownik nasz Feliks Potocki opuścił Hiszpanją i spiesznie do Polski powrócił. Gromajor czyli podpółkownik Wierzbiński objął po nim nad nami komendę. Armja angielska pod dowództwem jenerała Velesley zebrała się w prowincji Salamanka, przeciwko której stanął marszałek Victor. Ogólną komendę korpusu objął marszałek państwa francuzkiego Jourdan Pod miastem Talavera de la Reina stali Anglicy na dobrych pozycjach uszykowani. Armja francuzka w dniu 27 lipca l809 r. rozpoczęła krwawą i zaciętą batalję. Dywizja nasza, śpiesznie w pomoc bijącym się dążyła, jednakże dopiero w dniu 28 lipca; pod Talavere przybyła.
Miasto to leży przy rzece Tagu w kraju bardzo żyznym; skorośmy tylko most przeszli rozkazano nam w środek zaciętego boju maszerować; kommisarz francuzki do dywizji polskiej przykomenderowany sprzeciwił się temu rozkazowi, z powodu, że suchary w furgonach będące, dotąd na półki polskie rozdzielone nie zostały. Jenerał-adjutant króla, na wniosek kommisarza odwrócił się do dywizji niemieckiej, złożonej z wojsk hessendarmsztadzkich, Badenów i im w miejsce nasze za sobą maszerować polecił. Skorośmy suchary rozebrali, w kolumnach zaczęliśmy się posuwać pod góry ugarnirowane artyllerją i wojskiem angielskiem; w tym marszu spostrzegliśmy rejteradę dywizji niemieckiej, z której szczątki tylko do nas się cofnęły; podsunęliśmy się jak można było najbliżej gór, i tu w ramię broń trzymając aż do ciemnej nocy, stać nam polecono. W dniu tym kommisarz wojenny i suchary uratowały dywizję naszą, która byłaby podobnież jak niemiecka przez przemagającą siłę zniszczona. Z planu ogólnego wypadało marszałkowi Victor czekać na połączenie się Soulta, N e y a i Sebastianiego, lecz ten chcąc sam działać, w dniu 27 niepotrzebnie batalję rozpoczął, a dopiero dnia 28 lipca rzeczone korpusy w pomoc armji bijącej się przybyć mogły, przez co batalja ze strony naszej przegraną została. Tru-

s.67

pa padło dziesięć tysięcy a nierównie było więcej ranionych, którzy ż powodu cofania się w niewolą zabrani zostali. Jenerał angielski Velesley za wygraną tu batalję, został vice-hrabią Wellington de Talavera. Rejterada nasza nie tak jeszcze z przegranej batalji, jak z dowiedzenia się, że jenerał hiszpański Venegos postępuje w 30 tysięcy wojska ku Madrytowi, nastąpiła. W największym porządku przybyliśmy pod miasto Toledo, jenerał Sebastjani z całym swym korpusem udał się pod miasto Aranjuez a szefowi Zdzitowieckiemu, w którego bataljdnie zostawałem, polecił zostać z bataljonem w Toledo, celem bronienia mostu na rzece Tagu będącego. Bramy zatarasowaliśmy kamieniami i przy każdej kompanją jednę postawiliśmy, po tej pracy następnego dnia, to jest 3-go sierpnia 1809 r. przybył korpus hiszpański pod komendą wzwyż rzeczonego jenerała Venegas pod Toledo, lecz gdy zastał je mocno obwarowanem i obsadzonem nie tylko naszym bataljonem ale i bataljonem z półku 7-go piechoty polskiej, rozpoczął traktować z nami o poddanie się, przyrzekając jak najdogodniejszą kapitulację; żadnej propozycji nie przyjęliśmy i byliśmy gotowi bronić mostu choćby ostatnim żołnierzem naszym. Oblężenie przy mocnem strzelaniu trwało od 3-go do 9-go sierpnia 1809 r. W przeciągu tego czasu jenerał Sebastjani porujnować kazał mosty na rzece Tagu pod Aranjuez będące, a obsadziwszy na dobrych pozycjach swoje wojska, zatrzymał, Hiszpanów z licznym korpusem do stolicy dążących. W czasie tej blokady upały były wielkie, bo do 32° ciepła dochodzące, podczas takowych upałów chłodzą się Hiszpanie następującym sposobem. W każdym domu jest podwórko w czworobok zabudowane, ma ono posadzkę polewaną, taką jak na piecach w Polsce widzimy; ten czworobok za pociągnieniem sznurów pokrywa się płótnem, w rogu takowego podwórza jest pompa, z której pompując wodę posadzkę polewają i przez to ziębią. Skoro jest już dobrze polaną, zasiada cała familja gospodarza w około i pije trunek agras zwany, jest to sok z niedojrzałych winogron z wodą i cukrem rozpuszczony, nakoniec lodem zziębiony. Trunek ten ma smak wyborny i zdrowiu nieszkodzący. W porze zaś słotnej, zimnej, prawie pokój każdy jeżeli nie tureckim, to przynajmniej z cienkiej słomy w bardzo piękne desenie zrobionym kobiercem wysłany bywa, na środku takowego pokoju, stoi miedziane płytkie naczynie, nazwane brasero, naczynie to jest od spodu napełnione żarzącemi węglami a z wierzchu przysypane popiołem; w czasach słotnych i zimnych, zbierają się Hiszpanie na Tertu-

s.68

lje, to jest na zabawę, w około niego zasiadają i grzeją się. Takowy opał chociażby najlepiej był urządzony, zawsze jednak wydaje z siebie przykry swąd i staje się zdrowiu bardzo szkodliwym. Zatamowanie wszelkiego handlu i niedowóz żywności do miasta, chociaż to tylko przez dni 6 trwało, w wielką niespokojność tak mieszkańców świeckich jak i duchownych wprawiło, przez co jawnie się z tem oświadczali, że miasto musi być wojskom ich wydane; lecz się inaczej stało, bo w nocy z 9 na 10 sierpnia nadeszła pod bramę szpica naszej kawalerji, z rozkazem głównokomenderującego korpusem, aby skoro tylko dnieć zacznie, bramy od miasta pootwierać i na nieprzyjaciela blokującego śmiało uderzyć. W mgnieniu oka żołnierze zatarasowane bramy pootwierali i we wszystkich punktach nieprzyjaciół zaatakowali, którzy rejterując się do głównego swego korpusu, nie oparli się aż o dwie godzin drogi pod miasteczkiem Almanasid. Rozwinął się też i nasz korpus pod rzeczonem miastem, a dnia następnego to jest 11 sierpnia 1809 roku, ze świtem rozpoczęła się krwawa i pamiętna stratą tylu walecznych Polaków bitwa. Ogień działowy, pisk koni, krzyk wojska, połączony z trąbą wzywającą do boju, objawił nam zaciętą i krwawą batalję. Do godziny 9-ej z rana stała dywizja nasza pod laskiem w ramię broń trzymając, komenderowana przez jenerała francuzkiego nazwiskiem Verley; po 9-ej odbraliśmy rozkaz wzięcia wysokiej góry obsadzonej liczną artyllerją i regularnem wojskiem hiszpańskiem. Szybkim krokiem, pomimo rzęsistego ognia wpadliśmy, na pierwszy pagórek, spychając nieprzyjaciół z wyższej pozycji, tam nienasycona śmierć, zabrawszy nam już kilkunastu oficerów, wyrywa jeszcze walecznego i wielce utalentowanego półkownika Sobolewskiego, komendanta półku 7-go piechoty linjowej, który uderzony będąc kulą karabinową w piersi, padając na ziemię, te ostatnie słowa do towarzyszów broni przemówił: >>Nic to dzieci, naprzód! naprzód! szczęśliwe będę miał skonanie, kiedy was ujrzę na wierzchołku skały zwycięzcami.<< Jak lwy drapieżne, wpadamy na Hiszpanów, bagnetami łamiemy ich roty i stajemy się panami pozycji w dniu tym najważniejszej. Ujrzał nas Sobolewski na szczycie skał i w ten moment ducha wyzionął.
Słusznie temu walecznemu rycerzowi Kantorbery Tymowski w odzie swej następne wiersze napisał:
"Mąż nieuległy w boju, nieugięty w cnocie,
Polskiej pod Almanasid przywodził piechocie,
s.69

Dzielną ręką zwycięztwa sam przeważył szale,
I śmiertelny zdał życie nieśmiertelnej chwale."

Przed wieczorem korpus już rozbity przez nas rozpoczął z resztkami w największym nieładzie rejteradę, lecz i to mu się nie udało, bo marszałek Victor zaszedł im ze swym. korpusem drogę, wziął tył i całą artyllerją, niemniej 4 tysiące niewolnika, nie licząc w to rannych, zabrał. W tej batalji w dywizji naszej zabici zostali oficerowie jak następuje:

Z półku 4-go podporucznik Kleniewski.
Z półku 7-go półkownik Sobolewski, szef bataljonu Łuba, kapitan Wiśniewski, porucznicy: Sielski, Tomicki i Gajewski. Podporucznicy Wilkotarski i Urbanowski.
Z półku 9-go Szef bataljonu Sielski, kapitanowie: Zalewski, Stoblewski i porucznik Gurzyński.

My pozostali przy życiu, jakąż nagrodę odebraliśmy z księstwa warszawskiego za odniesione tu zwycięztwo? oto w miejsce z chlubą poległych w boju oficerów, nasyłano z Polski innych, a ci nam zabierali stopnie, krwią naszą tylokrotnie rozlaną zasłużone. Przysłanych z ojczyzny do Hiszpanji samych sztabsoficerów nazwiska są następujące: półkownik Cichocki, półkownik Tremo, półkownik Dembiński, półkownik Woliński. Nie tylko sztabsoficerów, ale nawet subalternów kilku nam narzucono; ta niesprawiedliwość zmusiła niejednego umierać dla dobra kraju swego, w tym samym stopniu, w jakim go opuścił. Francuzi sobie przypisali wygraną batalję, obsypano ich krzyżami, poawansowano, a nam nawet pochwały w pismach publicznych żałowano!
Później przez ciąg dwumiesięczny manewrowaliśmy to po prowincji Manchy, to po Toledo. Razu jednego stanął nasz bataljon w miasteczku Tembleye, a ja dostałem kwaterę u księdza proboszcza; skórom się tylko ulokował, poleciłem usługującemu żołnierzowi, aby jak zwykle i tą razą zgotował co do posiłku, a że ten dotąd bardzo mało mówił po hiszpańsku, tłumaczył się przeto jak mu się najlepiej zdawało. Wziął duży nóż w rękę, poszedł z nim do kuchni i kucharce rozkazał sobie dać kurę, pokazując, że ją chce zarżnąć i z niej rosół zgotować. Hiszpanka ujrzawszy w ręku nóż i usłyszawszy żądanie żołnierza, krzyczeć nielitościwie ratunku poczęła. Na ten nieznośny hałas wypadam z mojego mieszkania i pytam się o powód jej żalu; na klęczkach

s.70

z płaczem błagać mnie poczęła, abym darować raczył życie najlepszemu z całych okolic księdzu, dodając, że chętnie chce dać wszystko co tylko w domu posiada, byleby można przy życiu zachować najlepszego Kury; okazało się, iż ta była niezrozumiałóść pomiędzy Polakiem a Hiszpanką, że kura nazywa się po hiszpańsku galina a proboszcz nazywa się Kura. Straszono i zapewniono kucharkę, że Polacy żywcem ludzi jedzą; stąd wniosła, że i ja zjeść księdza w rosole postanowiłem. Dopiero po wytłumaczeniu jej, że galina nazywa się po polsku kura, i że jej tylko żądałem celem zgotowania rosołu, a myśli nawet nie miałem spokojnego księdza zamordować, płakać z ukontentowania poczęła, później tyle naniosła drobiu, dobrego wina, że nie tylko ja, ksiądz proboszcz, ale nawet i usługujący uraczeni zostali. Przez ciąg stania w okolicach Tembleye i miasteczka la Guardia, rada centralna hiszpańska w mieście Kadyksie podówczas będąca, z pomocą Anglji, uchwaliła, aby jak najśpieszniej wystawić 80 tysięcy świeżego wojska, które gdy skompletowane zostało, powierzyła go jenerałowi Arizaga. Z prowincij Andaluzji i Extremadury rozpoczął ten jenerał wojenne działania. Przed tak licznym korpusem po trzeci raz zmuszeni zostaliśmy cofnąć się aż pod miasto Ocania. Gdy noc pod miastem przebyć mieliśmy, porozstawiano zwykłe poczty, o godzinie 11 -ej w nocy rozkazano nam jak najciszej warty pościągać i rejterować się do miasta Aranjuez, wszystko dopełnionem zostało prócz jednej warty, z półku naszego złożonej, z podporucznikiem Mejer, jednego podoficera i dwunastu żołnierzy, których adjutant-major Kalisz, jako mający służbę wówczas nie mógł w ciemnej nocy wynaleźć. Rzeczony podporucznik stał na swym poczcie blisko traktu głównego, na zbliżenie się kawalerji nieprzyjacielskiej, donośnym głosem szyldwach jego wołał: halte! qui vit, wówczas kawalerja wstrzymała się i zaraportowała wyższej swej władzy, że Francuzi stoją jeszcze na miejscu i tak aż do brzasku dnia, armją nieprzyjacielską wstrzymywał, nakoniec gdy już cokolwiek dnieć poczęło a nie ujrzał obok siebie żadnego pocztu swojego, pomiarkowawszy, że sam jeden na polu zapomniany został, czwałem ze swoimi ludźmi miasto Ocania przebiegł i niestraciwszy ani jednego żołnierza do korpusu naszego przybył. Wypadek ten jak z jednej strony przyniósł chlubę podporucznikowi Mejer, tak z drugiej hańbę dla kawalerji nieprzyjacielskiej, że się gruntownie o rejteradzie naszej nie przekonała i dozwoliła, aby 15 żołnierzy wstrzymało pochód tak znacznej

s.71

armji. Miasto Aranjuez jest od Madrytu odlegle o mil 4 i pół, pobudowane najnowszym i najgustowniejszym sposobem, jest ono letnią rezydencją królów hiszpańskich. Dwa pałace nad rzeką Tagiem postawione a do monarchy należące, są bardzo kosztownie stawione, w środku nich widziałem bardzo wiele bogatych i przecudownych rzeczy. Droga rzymska z Madrytu do Aranjuez zrobiona, rozpoczętą została za panowania Ferdynanda szóstego; każda mila tej drogi kosztowała trzy miljony realów.
Jenerał Sebastjani, skoro tylko na lewy brzeg rzeki Tagu korpus swój przeprowadził, mosty porujnować polecił i czekał na przybycie korpusu marszałka Mortier, księcia Trevizo. Półk nasz postawiony został przed pałacem królewskim, a gdy już warty porozstawiano, każdy z oficerów za nadejściem nocy, szukał miejsca dogodnego do spoczynku; pootwierano nam królewskie pokoje, w których na przepysznie aksamitem wybitych ugalonowanych łóżkach i sofach prawdziwieśmy po królewsku noc tę spokojnie przespali. Lecz za to za przybyciem korpusu marszałka Mortier księcia Treviso, nie jeden z nas na polu Ocania wiecznym snem uśpionym został. Skoro się tylko wojska nasze połączyły, napowrót przeszliśmy rzekę a utarczki z nieprzyjacielem zaraz się rozpoczęły. W bliskości miasta Ocania dwa szwadrony z półku 7-go lansjerów polskich, pod komendą kapitana Jupe, przechodziły lasek oliwny celem zrekognoskowania pozycji nieprzyjacielskiej, kiedy już na równe pole wjechać mieli, ujrzeli całą massę kawalerji hiszpańskiej do boju się szykującą. Nie stracił waleczny kapitan momentu czasu i odwagi, z największą determinacją przemówił do swoich podkomendnych: "z Bogiem naprzód, za mną!" z nadstawionymi chorągiewkami czwałem rzucili się Polacy na 10 kroć silniejszego nieprzyjaciela; do wrodzonego męztwa pomogły chorągiewki, których konie hiszpańskie nigdy nie widząc, pierzchać i łamać porządek poczęły: korzystał jeden z najwaleczniejszych kapitanów, w historji godzien być zamieszczonym, Jupe, z nieładu jaki uczynił w szeregach nieprzyjacielskich i sam srodek tak licznych kolumn przełamał. Jenerał Francuzki nazwiskiem Paris, assekurujący we dwa półki huzarów Jupemu, w pomoc walecznym Polakom przybył i do rozbicia i zdemontowania nieprzyjaciół wielce się przyłożył; lecz nad samym już wieczorem dnia 18 listopada 1809 roku zapędziwszy się za uchodzącym nieprzyjacielem, przez dragonów hiszpańskich rozsiekanym został. Kapitan zaś Jupe na czele niezwalczonych hułanów polskich, szczęśliwie pędząc przed sobą mnóstwo nie-

s.72

wolników i koni, do armji naszej powrócił, gdzie na drugi dzień na polu walnej bitwy szefem szwadronu i oficerem legji honorowej przez marszałka Morthier księcia Trevizo ogłoszonym został.
Noc ciemna nie dozwoliła dalszego wojennego działania, lecz skoro tylko świtać poczęło, dnia 19 listopada 1809 roku, rozkazano nam stanąć w paradzie do batalji. Pod miastem Ocania stał korpus 80-tysięczny Hiszpanów w największym porządku ustawiony. Na rozleglej równinie przeciętej wielkim parowem, widać było księży z krzyżami, wojsko do boju zachęcających, a ciągłe dzwonienie w mieście oznajmiało, że się modły odbywają o odniesienie nad nami zwycięztwa. Poprzednio po całym kraju rozrzucali duchowni odezwy do swych rodaków, iżby ci od lat 14 do 60 wieku łączyli się pod znaki krzyża czerwonego, ogłaszając wojnę tę za religijną, która odpuszczać miała grzechy, tak jak niegdyś w ziemi świętej obiecywano, stąd wynikło, że nietylko z wojskiem ale z całym ich narodem bić się nam i krew rozlewać potrzeba było. Marszałek Morthier, mając tu nad trzema korpusami ogólną komendę, z brzaskiem dnia, jeżdżąc przed kolumnami, wydawał swe polecenia do wojska, które jakby do wielkiej parady z rozwiniętemi chorągwiami niecierpliwie zaczęcia morderczego boju czekało. W środku naszej armji stało 60 sztuk armat, z których gdy razem ognia dano, na wszystkich punktach jednocześnie bić się rozpoczęto. Linją rezerwową komenderował sam król Józef Napoleon. Nieprzyjaciel, sypiąc rzęsiście ogniem, z początku śmiało na nas nacierał, wtenczas to, gdy się dywizja nasza z nadstawionym bagnetem naprzód posunęła, książę Sułkowski dowódca półku 9-go piechoty, chcąc zachęcić swych rodaków do krwawej walki, porwał podchorążemu Orła polskiego, podniósł go w górę i te pamiętne do nas przemówił słowa: "Wiara! To godło i ten orzeł co nad głowami waszemi widzicie, poprowadzą nas dziś do pewnego zwycięztwa, naprzód za mną, a Bóg nas wspierać będzie." Hiszpanie widzący, iż im niepodobna przełamać kolumny śmiało naprzód postępujące, z początku wahać się a następnie i cofać się poczęli; wtenczas to kawalerja francuzka na cofających się wypadła i okropną rzeź sprawiała. O godzinie trzeciej rano batalją rozpoczęliśmy, a o 4-ej z południa wygraliśmy ją zupełnie. Trupa padło tak z naszej jako i z nieprzyjacielskiej strony do dwunastu tysięcy a nierównie więcej było ranionych, niewolnika zabraliśmy ośmaście tysięcy, mnóstwo armat, ammunicji, chorągwi w ręce francuzkie się dostało.

s.73

Nie tylko trofea były naszą zdobyczą, ale nadto cała trupa teatralna, na pewno już z miasta Sewilli do Madrytu jadąca przy ich armji, w ręce się nasze dostała. W dniu tym niepłonne powiedział słowa książę Sułkowski, bo rzeczywiście wówczas kiedy dywizja polska naprzód do boju maszerowała, orzeł biały bujał nad głowami naszemi.
Przed wieczorem defilowali niewolnicy przed królem hiszpańskim Józefem, wołając: "niech żyje prawy nasz monarcha Napoleon, któremu tu na wierność przysięgamy". Ńiedotrzymywali oni nigdy przysięgi, bo skoro ich tylko do półków króla Józefa zaciągnięto i ubrano, całemi kompanjami napowrót do powstańców zmykali. Stąd to poszło, że patryoci Ferdynanda VII prawego swego króla ubiorczym kapitanem króla Józefa nazywali. Zaraz po skończonej batalji, korpus marszałka Morthier udał się ku prowincji Salamance, króla Józefa napowrót do Madrytu a nasz gnał za niedobitkami po czwarty raz w prowincją Manche. Podług zwyczaju Francuzi sobie tylko wygraną batalji przypisali, rozdano im dekoracje, awanse, dotacje i t. d. a dla nas pozostał smutek patrzeć na rannych i poległych bez nagrody rodaków. W tej batalji prócz rannych, zabici zostali oficerowie:

Z półku 4-go porucznik Zambrzycki w skutek odniesionych ran zmarł w Madrycie.
Z półku 7-go kapitan Sieraszewski.
Porucznik Gałązkiewicz.
Adjutant podo. Michalski.
Z półku 9-go kapitan Rudnicki.
Porucznik Rowiński.
" Leśniewski.

Korpus jenerała Sebastjaniego po zagnaniu reszty niedobitków aż w góry Sierramoreńskie, na powrót się w prowincji Manchy rozlokował; do tej prowincji codziennie wojsko francuzkie przybywało a kiedy już kilka korpusów skoncentrowano, wówczas polecono nam przechodzić góry Sierramorena zwane. Pasmo tych gór ciągnie się o mil dwadzieścia, w których sławny intendent Jan Olavides chcąc te skały zaludnić, sprowadził znacznym kosztem 6 tysięcy Szwabów i Niderlandczyków, którzy prócz wiosek, założyli za panowania Karola III-go miasto Karolinę; po dziś dzień odznacza się ono czystością, bogactwem i zwykłą rodowitym Niemcom industrją.
Prawem skrzydłem dowodził naczelny wódz wojska w Hi-

s.74

szpanji zostającego marszałek Soult, książę Dalmacji; środkiem armji sam król Józef a lewem naczelnik korpusu 4 jenerał Sebastjani.
Jedność i punktualne wypełnianie rozkazów naczelnego wodza, dopomogły nam do przejścia pasm tych gór, które natura twierdzą prawie nie do zdobycia uczyniła; przemaszerowaliśmy do pierwszej wysokiej góry, ugarnirowanej artyllerją i licznym wojskiem hiszpańskiem, lecz i tę pomimo znacznego rozlewu krwi zdobyliśmy a zapał w wojsku i chęć dostania się do najobfitszych prowincij Andaluzji i Grenady, lżejszemi te trudy i znoje uczyniły. Środek armji i prawe skrzydło w równi z nami naprzód postępowało, przecinając kommunikację do łączenia się nieprzyjaciół, że zaś deszcz lał ulewny a Hiszpanie byli znękani i do niewygód takich nie nawykli, przeto całą dywizję piechoty bez wystrzału półk 7-my kawalerji polskiej wraz z francuzką w niewolę zabrał. Przez dziewięć dni drapać się byliśmy przymuszeni po skałach dzikim rozmarynem porosłych, prowadzono nas ścieżkami po takich krętych zaroślach, przez które ich własne wojska nigdy nie przechodziły. Pasma tych skał ciągną się aż do miast Uvedie i Bajesie: przecie po tych trudnych bez należytej żywności przejściach, ujrzeliśmy dwa wzwyż rzeczone miasta o dobrą godzinę drogi jedno od drugiego odległe. Główny sztab z wojskiem francuzkiem zajął miasto Bajese a naszej dywizji wraz z kawalerją polecono zająć miasto Uvede. W sam dzień 1-go święta Bożego Narodzenia dnia 25 grudnia 1809 roku, trzech nas adjutantów-majorów, dwóch płatników, dwóch adjutantów podoficerów i dwóch lansynjerów, udało się do miasta Uvede celem przed nadejściem dywizji, ulokowania jej w temże mieście. Na pół drogi postrzegamy dwudziestu kilku dragonów nieprzyjacielskich, przeciwko nam jadących; jedną myślą natchnieni dobywamy pałaszy, raptownieśmy konno na nich uderzyli i do złożenia broni zmusili; był to oddział błąkającego się wojska a niebronienie się jego pochodziło z ciągłego naszego zwycięztwa. Dezarmowanych jeden tylko hułan do głównej kwatery odprowadził a my do przeznaczonego nam miasta zbliżać się zaczęliśmy. Rada municypalna na czele mając alkaldego (prezydenta) przeciwko nam wyszła i z wielkiemi ceremonjami kilku nas oficerów do miasta wprowadziła. Po obu stronach ulic, któremi przejeżdżaliśmy pootwierane były okna a w nich stojące kobiety powiewały chustkami rozmaitego koloru, lud zaś w massie zebrany, donośnie wołał: "niech; żyje prawy monarcha Napoleon; niech żyje familja jego!"

s.75

Po rozlokowaniu dywizji, ta dopiero w godzinę czasu po nas, w paradzie do miasta weszła.
Dozwolono nam tu dni kilka wypocząć, w którym to czasie przed kilku dniami zaawansowany z kapitana na majora czyli szefa bataljonu Kożuchowski do półku 7-go piechoty, zbyt będąc już słabym, z żalem kolegów życie zakończył. W nocy Wyruszyliśmy pod miasto Hain a po małej utarczce i tu nam się nieprzyjaciel nie oparł. Jenerał Sebastjani pozostawił w tem mieście półk 7-my piechoty polskiej a zresztą pędził nieprzyjaciół pod miasto Alcala-Real, pobici i tu Hiszpanie pod miasto Grenadę cofać się poczęli. Alcala-Real jest dość duże, pięknie zbudowane, leży przy rzece Henil, w kraju bardzo żyznym i obfitym w dobre wino. Za przybyciem naszem do miasteczka Santa-fe, (świętej wiary) dostrzegliśmy, że hiszpański korpus wziął kierunek ku miastu Maladze, nasz zaś pozostał tu celem zdobycia wielkiego miasta Grenady. Miasteczko Santa-fe leży przy rzece Henil odległe od Granady o półtory godziny drogi, założone ono zostało przez króla kastylijskiego Ferdynanda i żonę jego Izabellę, a to na pamiątkę, że na tem polu stało wojsko hiszpańskie blokujące Grenadę w r. 1491-ym. Ferdynand przez dziewięć miesięcy trzymał w blokadzie Maurów stolicę; nakoniec zmusił króla maurytańskiego, zwanego Abouaboulach do zwrócenia mu miasta, które przez lat 782 pod panowaniem Maurów zostawało. Skoro się tylko wojska korpusu naszego na polach pod miastem rozwinęły, w ten moment wyszedł gubernator na czele znacznej liczby urzędników i na srebrnej tacy klucze od miasta wodzowi naszemu oddał. Postrach ciągłego zwycięztwa to zrobił, żeśmy bez wystrzału przy odgłosie muzyk i radośnem wołaniu mieszkańców "niech żyje król Józef-Napoleon" zajęli niegdyś przybylców Maurów stolicę. Polecono nam tu dni kilka wypoczywać; w ciągu tego czasu staraliśmy się powziąść dokładne wiadomości tak o mieście jak i o sławnym rządców maurytańskich pałacu, nazwanym Alhambra, który raz widząc łatwo się przekonywa człowiek o bogactwie i wielkości wówczas monarchów afrykańskich.
Miasto Grenada leży u stóp góry zwanej Sierra-Nevada nad dwoma rzekami pierwszej Henil drugiej Darro; było dawniej stołecznem królestwa Grenady, jest wielkie i przeszło 60 tysięcy mieszkańców w sobie liczące. Dzieli się na cztery części, pierwsza nazywa się Grenada, druga Alhambra, trzecia Abresina, czwarta Antie voruole; w pierwszej w wspa-

s.76

niałym kościele katedralnym są pochowane zwłoki Ferdynanda króla Kastylji i żony jego Izabelli. Miasto pobudowane na znacznem wzgórku, ulice ma po większej części jak zwykle w Hiszpanji ciasne i kręte, a domy w znacznej liczbie są pobudowane architekturą maurytańską. Lecz za to przedmieścia i jego okolice są cudownej piękności; z jednej strony od gór zwanych Cartama płyną źródła, te dzieląc się na różne strumyki przedzierają się przez pomarańczowe lasy i do fontan publicznych wpływają. Ud strony zaś prowincji Murcji na dominującej górze nad Grenadą, stoi pałac ósmym cudem świata zwać się mogący, postawiony za panowania tu króla maurytańskiego, zwanego Alhambra i przez niego nazwanym Alhambra, nazwisko to oznaczać ma w języku arabskim pałac czerwony. Kilkunastu nas oficerów udało się z przewodnikiem, bez którego zbłądzić można w tym Alhambry wielkim labiryncie, zwiedzić ten cudowny Maurów gmach. Droga z miasta do niego była kiedyś alejami wysadzona a wchodzi się do niego bramą z północy nazwaną sądową. Pierwszy dziedziniec jest czworokątno-podługowaty, przepysznym gankiem podpartym alabastrowemi kolumnami ozdobionym, w środku tego dziedzińca jest sadzawka czyli wodozbiór, wycembrowany białym marmurem a nazwany Mezuar, sto trzydzieści stóp długi; z tego dziedzińca wychodzi się do drugiego nazwanego Lwim, również w około z gankiem białemi marmurowemi słupami podpartym, te kolumny nieco śpiczaste, są po dwie a gdzie niegdzie i po trzy, łącznie spojone; sufit ganku tego i sztukaterje złotem i lazurem wyrabiane, są arcydziełem mistrzów ówczesnych. Mijając ten dziedziniec okazuje się nadzwyczaj wielki pałac, maurytańską strukturą zbudowany, wchodzi się naprzód po kilku marmurowych schodach do sali audjencionalnej, nazwanej salą Abenceragów, przed którą jest w podłodze płytko wkopana marmurowa wanna, przy której dawni rządcy maurytańscy swym niewolnikom a nawet i krewnym za przekroczenia głowy ścinać kazali. Dalej wchodzi się do pokojów, sufitów wcale nie mających, tylko wieżowym sposobem w górę ciągnących się. Niektóre ściany są najwyborniejszą mozajką pokryte, którą to pracę niezliczonemi summami opłacać musiano. Każde okno ma 24 łokcie długości, lecz że są zbyt wązkie, przeto nie są proporcjonalne. Między rozlicznemi pokojami, celują szczególnie mieszkania kobiet maurytańskich, z których wchodzi się do łazien różnemi marmurowemi wannami przyozdobionych. Spojrzawszy z tych pokoi, w którą stronę bądź, widać u stóp gmachu tego miasto jak na dłoni, -- tak jest wznie-

s.77

siony nad powierzchnię Grenady, że najmniejszy ruch uczyniony, przed okiem tu będącego ukryć się nie może. Lat teraz liczą 338 jak król Ferdynand odzyskał na Maurach Grenadę a od postawienia pałacu tego już upłynęło lat 700, tylko dla tego, że go nie zajmują na mieszkania, cokolwiek uszkodzeniu już ulega. Nakoniec promenady, ogrody pozasadzane pomarańczami, cytrynami, granatami i figami, na górze tu znajdujące się, w zachwycenie człowieka widzącego je wprowadzają. W blizkości Grenady są góry Alpuharas zwane, z których przy dniu pogodnym własnem okiem widzieć można fortecę Gibraltar i brzegi Afryki odległe stąd o mil 30-ci. Za powrotem naszym do miasta, zastaliśmy już korpus gotów do wymarszu; jenerał Sebastjani zostawił część wojska swego w Grenadzie a z resztą korpusu spiesznie na miasto Loha a do miasta Antigery dążył. Nieprzyjaciel zrejterował się pod mury miasta portowego Malagi. W blizkości Antigery jest fontanna nazwana Fuente de la piedra, z której woda jest wielce pomocną cierpiącym na kamień. Po przebyciu dosyć znacznych skał, w południową porę spostrzegliśmy korpus hiszpański na polu do Malagi należącem uszykowany do boju; w kolumnach ściśniętych posuwać się zaczęty wojska nasze, a po kilkunastu strzałach armatnich, Hiszpanie w największym nieładzie, do miast się cisnęli. Kilka bataljonów strzelców tak francuzkich jako i naszych, torowali drogę korpusowi do miasta, tylko spojeni Hiszpanie pozasadzali się w różnych zakątach ulic i tak nadzwyczaj ciasnych, nawet i w niektórych domach, i ci ciągle strzelając drogę nam do wejścia w środek miasta tamowali; nakoniec woltyżery bagnetami pijanych wykłuli i drogę do wejścia korpusowi oczyścili. Jak to zwykle, tak i tą razą Francuzi zaraz za wejściem do środka miasta Malagi, rozpoczęli rabunki, gwałty i wszelkie przykładu nie mające bezprawia; od godziny 7-ej w wieczór aż do 4-ej z rana trwały nieprawne i nieludzkie zabawy! Wrzawa wojska biegającego z pochodniami zapalonemi, kagańcami, po wszystkich ulicach, jęki, szlochanie mieszkańców, z utraty dzieci im najmilszych, wystawiały noc ostateczną. Żołnierze francuzcy poodbijali zakony, powyprowadzali z nich zakonnice a będąc już dobrze pijanemi, przy ogromnych ogniskach w środku dużego rynku porozpalanych, kontradansa im z sobą tańczyć kazali. Jednem słowem miasto bardzo piękne, portowe, bogate, w przeciągu 9-ciu godzin czasu, wszelkiemu bezprawiu uległo. Zmordowany będąc częstem jeżdżeniem z rozkazami do bataljonu stojącego w odwodzie o ćwierć mili od miasta, powróciwszy do Malagi już po północy, szukać

s.78

zacząłem w bocznych ulicach wraz z dwoma grenadjerami zakątka, w którym mógłbym choć jedną godzinę spokojnie odpocząć. Ulica w którą udałem się, była również zapełniona żołnierzami plondrującemi domy, które już do szczętu były zrabowane; jużem się z niej w inną miał udać, w tem słyszę głos mieszkańca błagającego o darowanie mu życia. Wjeżdżam do domu tego i zastaję klęczącego starca, któremu kilku pijanych żołnierzy za to, że im już nie był w stanie pieniędzy ofiarować, życie koniecznie odebrać pragnęli. Za mojem zleceniem, dwaj grenadjerowie do eskorty mnie przydani, pijanych z domu powypędzali, dom mocno zamknęli a przez to niewinnego mieszkańca od nieochybnej śmierci wybawili. Po dwugodzinnym spoczynku słyszę trąby i bębny, wzywające do szeregów żołnierzy, biegnę na plac główny i dowiaduję się, że jenerał głównokomenderujący rozkazał mocnym oddziałom za miastem w odwodzie stojącym patrole czynić, żołnierzy pijanych aresztować i wszelką spokojność miastu przywrócić. Znaczna część mieszkańców Malagi przed przybyciem tu naszem udała się na rozmaitego rodzaju statki w porcie tutejszym będące a dopiero po przywróceniu spokojności, napowrót do miasta przybywała, między temi była żona i dzieci gospodarza, u którego noc pierwszą w tem mieście przepędziłem. Polecił Don-Juan-Pedro Paganino, tak się nazywał ów starzec, u którego już za biletem na kwaterze stałem, sporządzić dobry objad, na który zaproszono mnie; przy stole o niczem więcej, jak o wczorajszej rabunkowej nocy rozmaite rzeczy gospodarz rozpowiadał, twierdził on, że siedm razy zmieniali się u niego żołnierze, a za każdym razem wymagali pieniędzy lub innych kosztowności, dodając że: "właśnie wtenczas, kiedy mi największe niebezpieczeństwo utraty życia groziło, (wskazując na mnie) ten wybawiciel na ratunek mój przybył i życie dla was tak drogie ocalił." Płacz żony i dzieci z ukontentowania pochodzący, był dla mnie aż nadto wielką nagrodą, lecz się tu inaczej stać miało: bo przy końcu obiadu postawiono na stół talerz porcelanowy białą serwetą przykryty; gospodarz z wielką nieśmiałością wniósł prośbę, abym go przyjąć raczył. Sądząc, że to są pieczone kasztany dla ciepła serwetą przykryte, takowy przyjąłem, lecz jakież było moje podziwienie, kiedy podniósłszy serwetę, w miejscu kasztanów, ujrzałem pełen talerz sztuk złota ośmiodukatowego; odsunęłem go na środek stołu a niepokazując najmniejszego gniewu, zwolna wyprowadzać z błędu Hiszpana począłem. Oświadczając mu, że czyń mój w domu jego nie dlatego był zrobiony, aby za niego złotem być zapłaconym i że

s.79

źle musiał być o polskim narodzie uprzedzonym, skoro krok obowiązku pieniędzmi nagrodzić zamyślał. Zdumiony i zawstydzony gospodarz, po tysiąc razy o przebaczenie prosić mnie począł, tłómacząc się, że go tak w obejściu się z Francuzami nauczono; w końcu spory kielich 60-cio letniej malagi przyjaźń naszą wzmocnił i urazę zupełnie darował.
Miasto Malaga jest pięknie zbudowane, portowe, znacznie handlowe; port i przystań ma wygodne, ludności liczy przeszło 36 tysięcy; kościołów ma 25, z których katedralny jest ozdobą miasta. Morze śródziemne obijając się o ciosowy kamienny port, pod samem miastem płynie; jest ono tak spokojne, że byle nie podczas burzy, to najmniejszym statkiem po niem płynąć można; mieszkańcy tutejsi są żywi, weseli i dla tego, że tu z różnych narodów są konsulowie zamieszkali, więcej jak gdzieindziej oświeceni. Teatr jest tu lubo mały, lecz gustownie urządzony; aktorowie są nieźli, a baletnicy są tak doskonali, że gdyby tylko chęci nabrali zwiedzenia obcych krajów i w nich nabyli gustu, staliby się pierwszymi tancerzami w Europie. Od strony miasta Grenady na wysokiej górze, przy samem mieście będącej stoi zamek dosyć mocno ufortyfikowany, którego Hiszpanie przy wejściu naszem do Malagi nie bronili. Za panowania tu Maurów zbudowany i nazwany Gibraltaro, od strony zaś fortecy Gibraltaru pola są pokryte winnicami i laskami pomarańczowemi i cytrynowemi. Półk 4-ty komenderowany przez podpółkownika Wierzbińskiego, który gdy do Polski powrócił, zdał nad nim komendę podpółkownikówi Zdzitowieckiemu, ten z chlubą dowodził tym półkiem aż do czasu przybycia z Polski narzuconego nam półkownika Waleńskiego, który objąwszy komendę nad półkiem, starał się najusilniej pozbyć Zdzitowieckiego, jako domniemanego swego nieprzyjaciela, co też i dokazał; rzeczony (a przez nas lubiony) Zdzitowiecki, udał się do Francji, gdzie mu w mieście B o r d e a u x dano nad zakładami polskiemi komendę; odtąd ciągle pod dowództwem Waleńskiego zostawać byliśmy obowiązani. W przeciągu 18 miesięcy stania w Maladze, lubo wychodziliśmy na różne wojenne wyprawy, jednakże zawsze nam do Malagi powracać kazano, w tych to wyprawach poginęli oficerowie z dywizji naszej:

Z półku 4-go podporucznik Gizler zabity pod Veles-Malagą;
Porucznik Kraśnik zabity pod Gausen.
Z półku 7-go porucznik Madaliński zabity w górach Ronda.

s.80

Z półku 9-go szef bataljonu Jasiński zabity pod miastem Utrera.
Porucznik Laroze również.
Kapitan Górski zabity w górach Ronda, i
Porucznik Kamiński.

Tu do Malagi nadeszła moja nominacja na kapitana, podpisana w Warszawie dnia 10 listopada 1810 r. Z powodu awansu tego, wielką fetę wyprawił mój gospodarz, który od początku mego tu przybycia tyle sobie pracy zadał, iż w każdem miejscu do któregom się udał, celem kupienia sobie czego potrzebnego, wszędzie mnie jednemi słowy odpowiadano: "Toma uste si, lo gusta, es pogado" (proszę przyjąć, jeżeli się podoba, bo już zapłacono). Ogrody w około Malagi są wielkie, wszystkie są oparkanione zielem zwanem igos-cjumbos, które korzenie ma tak kręte i krzew wybujały, że płot z nich wyrosły z wielką trudnością przebyć się daje. Grubość liścia ziela tego, jest tak jak dłoń człowieka, rośnie na tem liściu frukt tak duży i podłużny jak gruszka, lecz tyle ma na sobie cieniuchnych kolców, że go gołą ręką w żaden sposób zerwać nie można. Hiszpanie zrywają go przez grubą rękawiczkę, lecz śmiesznym i szczególnym sposobem jedzą. Jeden siada na stołku i trzyma usta ciągłe otwarte, drugi w grubych rękawiczkach nożem przekrawa mdły frukt igos-ciumbos i w otwartą gębę pierwszemu wrzuca; ten sok łyka tak jak indyk kluski i ciągle zimną wodą popija. Za naszem tu przybyciem ostrzegali nas Hiszpanie, abyśmy jedząc ten frukt, wina po nim nie pili, bo w żołądku przez wino surowieje i bez ratunku truje.
Gubernator prowincji Malagi, półkownik półku 9-go, książę Sułkowski, odebrał polecenie powrócić do Polski, a w miejsce jego przybył z Grenady półkownik sztabu Berton. Po niejakim czasie jego tu pobytu, dano mu znać., że komendant powstańców nazwiskiem Valdivia poprzecinał wszelką kommunikację z głównokomenderującym w całej Hiszpanji marszałkiem Soult, i że do Sewilli, gdzie stał główną kwaterą rzeczony marszałek, żaden kurjer od nas dojść nie może. W takiem położeniu rzeczy półkownik Berton zabrawszy cały garnizon miasta Malagi i jego okolic z sobą, spiesznie przeciw nieprzyjaciołom wyruszył. Po różnych, małych utarczkach zajęliśmy miasto Ronda główne siedlisko brygantów, z którego to miasta cofnęli się powstańcy w najniedostępniejsze góry i skały. Sam zaś Valdivia ze swą kawalerją na mułach, wiedząc, że Malaga została ogołocona z wojska fran-

s.81

cuzkiego, dniem i nocą maszerując zajął, kontrybucje wielkie nakazał i w zakład dotrzymania nakazanego haraczu, pierwszych urzędników żony poaresztował.
Miasto Ronda leży na znacznie wysokiej skale, która jest w połowie tak przeciętą, jak gdyby ją piłą przekrojono, co zapewne nastąpiło w skutek podziemnego wstrząśnienia; przez tę rozpadlinę stanowiącą sam środek miasta, dwanaście sążni szerokości mającą, postawiony jest most o dwóch arkadach z twardego granitu ołowiem zalewanego. Most ten jest po obu stronach pięknym gankiem żelaznym przyozdobiony, a rozpadlina formuje tak głęboki wąwóz, jakiegom dotąd w żadnym kraju nie widział.
Skoro się tylko jenerał Sebastjani, stojący główną kwaterą w Grenadzie, dowiedział, że oddział brygantów zajął miasto Malagę, wysłał natychmiast kilka półków kawalerji i nam jak najśpieszniej powrócić do Malagi polecił. Kawalerja francuzka w sam czas do miasta wpadła, mnóstwo zbrojnych brygantów wysiekła i naczelnika ich Valdivie do ucieczki zmusiła; nakoniec i kobiety wolność odzyskały, a za powrotem naszym, po przywróceniu mieszkańcom spokojności, rozpoczęły się zaraz bale i inne zabawy. W tym to właśnie czasie, wykomenderowanym został kapitan z półku 4go piechoty Młokosiewicz, w sto pięćdziesiąt ludzi, celem zajęcia i bronienia w razie potrzeby forteczki nazwanej po hiszpańsku Fuengerola (Fanherola). Mały ten zamek leży między Malagą a Gibraltarem przy brzegu morza Śródziemnego, odległy od Malagi o 8 mil drogi. Anglicy dowiedziawszy się, że mała liczba żołnierzy polskich broni zamku tego, a że im pod tą cytadelą najdogodniej było barkować i towary swoje bez cła w głąb kraju hiszpańskiego wysyłać, przeznaczyli swego jenerała Blayney w cztery tysiące wojska prócz brygantów, z 6-ma sztuk armat i zlecili mu zdobyć, koniecznie im podówczas potrzebną Fanherolę. Od świtu dnia 14 października 1810 roku, do ciemnej nocy bombardowano tak z morza jak z lądu do tej małej twierdzy i po kilkakroć razy wzywano Młokosiewicza do poddania się. Propozycje te waleczny kapitan ciągle odrzucał i mężnie broniąc się, przystępu do zamku niedozwalał. W tem kiedy słońce dzienne czarnym kirem się pokryło, a następnie noc ciemna szturmu nieprzyjaciołom dopuścić już nie dozwoliła, nakoniec kiedy już strzelanie zupełnie ustało i Anglicy, niezwyczajni na lądzie, twardym snem zasnęli, wtenczas to porucznik z półku 4go Eustachy Hełmicki, stojąc na obserwacji w mieście Mijas o milę drogi od Fan-

s.82

heroli odległego, chcąc przekonać się czyli zamek wziętym już nie został, zwłaszcza nie słysząc żadnych w porze nocnej strzałów, razem w zamiarze dania, jeżeli być może, Młokosiewiczowi pomocy, jak i zdania gubernatorowi Malagi dokładnego w tej mierze raportu, udał się ze swym oddziałem kamienistą wązką drożyną, po której się woda z gór na dolinę sączyła, celem dotarcia jak można było najbliżej fortecy. Noc ciemna przeprowadziła go środkiem śpiących Anglików aż pod mury Fanheroli, przez co oddział swój złożony z 60 walecznych żołnierzy, przed świtem z oddziałem Młokosiewicza połączył. Dnia następnego, to jest 15 października 1810, tenże waleczny porucznik wziąwszy z sobą 90 żołnierzy na ochotników, z bagnetem w ręku na usypaną baterję przez Anglików, obsadzoną sześcioma sztuk armat i mocnym bataljonem, pod okiem ich wodza lorda Blayney, z wrodzoną odwagą uderzył i jak mężnemu Polakowi przystoi, takową zdobył. Podoficer Zakrzewski, zbyt jeszcze podówczas młody, z kilkoma żołnierzami dostawszy się. do armat nieprzyjacielskich, szybko je w stronę skupiających się obrócił i dając ognia, życia ich własnemi kulami pozbawiał. Do tego jeszcze szef bataljonu z półku naszego Ignacy Bronisz, przybywszy ze swego posterunku z miasteczka Alaurin, do miasta Mijas, skąd dostrzegł, że oddziały Młokosiewicza i Hełmickiego zostają w niebezpieczeństwie, w 200 żołnierzy z półku 4go księstwa Warszawskiego i 80 dragonów z półku 21 Francuzów, na miejsce bijących się w pomoc im w sam czas przybył, z oddziałami kapitana Młokosiewicza i porucznika Hełmickiego połączył się i do kompletnego w dniu tym zwycięztwa wielce się przyłożył.
Prócz wielu zabitych, rannych, w morzu potopionych Anglików, samego jenerała lorda Blayney, naczelnie tą wyprawą dowodzącego, kilkunastu oficerów wyższych i niższych stopni, przeszło 400 żołnierzy i sześć sztuk armat, waleczni Polacy na placu boju zabrali. Za odznaczenie się w tej akcji, oficerowie następne nagrody uzyskali: Szef bataljonu Bronisz, kapitan Młokosiewicz, porucznicy Osiecki i Peti zostali ozdobieni krzyżami legji honorowej, ranny zaś porucznik Hełmicki, który najwięcej męztwa w bitwie pod Fanherola okazał, awansował na stopień kapitana i mężne piersi jego krzyżem legji honorowej ozdobione zostały. My zaś powróciliśmy z wyprawy w góry Gibraltarskie. Razu jednego w służbie udać się musiałem między godziną 12 a 1 z północy do koszar półkowych, saper mnie towarzyszył tylko; w blizkości będąc już takowych, wy-

s.83

padło na nas z bocznej ulicy 8 brygantów; saper dobył pałasza a ja krucicy, którą ciągle nabitą przy sobie nosiłem, lecz widząc że zbrojni ludzie śmiało na nas nacierają, chcąc, aby warta nasza spiesznie pod broń stanęła, po za siebie wystrzeliłem i w tem do koszar nadbiegłem; tu już pod zasłoną swoich żołnierzy, na bandytów nacierać począłem, lecz ci w różne zakąty ulic rozpierzchli się; jednego tylko z tej bandy dostrzegł podoficer, że się o mur domu opiera, z bagnetem w ręku na niego natarł i żywcem go w ręce moje oddał. Poleciłem go naprzód do koszar odprowadzić a stąd pod mocną strażą do rządcy miasta odesłać. Pierwszy Alcaldi wybadawszy go skąd i z jaką bandą do miasta przybył, stosując się do ustaw rządowych, które nakazywały, aby z bronią w ręku schwytanego bryganta, natychmiast śmiercią ukarać, na powieszenie go skazał a wyrok na nim natychmiast wykonanym został. Podobne egzekucje często się po rozmaitych garnizonowych miastach wydarzały, a mistrzów sprawiedliwości w całym kraju zaledwie kilku było, przeto następnym sposobem Francuzi wyroki wykonywali. Delinkwenta prowadzili na pierwsze piątro pierwszego lepszego domu, do ganku żelaznego w każdym domu będącego, prowadzili również z nim schwytanego na ulicy pierwszego lepszego ubogiego i tego pod razami kolbowemi przymuszali do założenia stryczka na szyję delinkwentowi, koniec takowego mocno do ganku przywiązawszy, zepchnąć go i kręgi mu skręcić przymuszali. Tym to sposobem nie wyłączając księży, tysiące ludzi ginęło.
Przy każdej ekspedycji wojennej, uważałem, że wojna w dwojakim tu względzie prowadzoną była, wojsko walczyło z zapałem, nie szukając innej korzyści, jak tylko sławy, przeciwnie zaś intendenci korpusów, kommisarze wojenni, magazynjery, poburzali naczelników do wybierania kontrybucij, czem uciemiężali wielu niewinnych obywateli, która to kontrybucja po największej części w ręce się ich dostawała. Ta to klassa ludzi burzyła umysły spokojnych po większej części Hiszpanów, którzy przyprowadzeni do ostateczności, wysyłali swe żony i dzieci w niedostępne miejsca, a sami zasadzali się z bronią w ręku po skałach i trudnych przeprawach, skąd za zbrodnie wzwyż rzeczonych niesubordynowanych złoczyńców, krew naszą rozlewali.
Jenerał Hiszpański Valesteros, zebrawszy w różnych prowincjach do sześciu tysięcy wojska regularnego i do tego znaczną liczbę powstańców i górali, miasto Ronda i jego okolice zajął, nakoniec podbiciem całej prowincji Malagi zagrażał,

s.84

W takiem położeniu rzeczy marszałek Soult wysłał z Sewilli dywizją jenerała Gudinot, a naszemu półkowi 4-mu polecił Malagę opuścić, brzegów morza Śródziemnego ciągle się trzymać i na nieprzyjaciela od strony miasta Marveli uderzyć. Skoro się mieszkańcy Malagi dowiedzieli, że zapewne już ostatni raz garnizon ten opuszczamy, ze szczeremi łzami po bratersku nas żegnali; rozstanie się moje z Don-Juanem-Pedrem-Paganino było nader czułe, a kiedym już dosiadł konia, błogosławiąc powodzeniom moim, z założonemi rękoma jak martwy na mój odjazd patrzył. Oddziały półków 7 i 9-go polskie, zajęły miejsce nasze, reszta tych półków pozostała w mieście Granadzie i jego okolicach. Po dwóch dniach marszu przybyliśmy do miasta Marveli, nieprzyjaciel rozpoczął cofać się w stronę Gibraltaru, my zaś złączywszy się z półkiem 32-m lekkiej piechoty, aż do miasta Himenes de la frontera postąpiliśmy; jest ono o mil cztery od Gibraltaru odległe, tu się miała z nami połączyć dywizja z Sewilli wysłana, lecz dla trudnej przeprawy czyli też opieszałości, na dzień oznaczony nie przybyła; mieszkańcy tutejsi pozostawiwszy domy swoje otworem, za korpusem Valesterosa wynieśli się. Przenocowaliśmy tutaj dosyć spokojnie, lecz nadedniem, nie mogąc się doczekać tylokrotnie rzeczonej dywizji, naprzód jeszcze ku Gibraltarowi maszerować postanowiliśmy. Skoro tylko kolumny z miasta się ruszyły, natychmiast Hiszpanie atakować i oskrzydlać nas poczęli. Kiedy się już rzęsisty ogień rozpoczął, jenerał francuzki brygadą tą komenderujący, rozkazał półkownikowi Wolińskiemu z półkiem w środek nieprzyjaciół uderzyć i przez to drogę na góry utorować; tylko wytrawnemu męztwu żołnierza przypisać tu należy, żeśmy Hiszpanów przełamali i pierwszą górę cierniem porosłą zajęli. Nakoniec weszliśmy w takie zarośla, w których zapewne nigdy noga ludzka nie postała. Hiszpanie w przechodach górzystych przy rzęsistym ogniu śmiało biegli za nami, lecz za to każdą pozycję przez nas im pozostawioną, krwią swoją opłacali a wówczas gdy natarczywie na kompanją kapitana Zdziennickiego nacierali, półkownik Woliński, mając już nieco zmysły pomieszane, sam z małą liczbą woltyżerów pod komendą kapitana Radzimińskiego zostających, na sześćkroć silniejszych nieprzyjaciół uderzył i przez tę w nie swojem miejscu odwagę, Radzimińskiego życia pozbawił i sam się w niewolą dostał. Nakoniec po trudnych przez zarośla przejściach przez niewolników hiszpańskich pod karą śmierci zmuszonych, do głó-

s.85

wnego traktu doprowadzeni zostaliśmy. Tu już wolniej maszerując, nad rankiem do miasta Arcos, gdzie był garnizon francuzki, przybyliśmy. W tej niepotrzebnej bitwie, utraciliśmy kapitana Radzimińskiego, kilku rannych tak ze strony francuzkiej jak i naszej oficerów i przeszło 200 żołnierzy.
Miasto Arcos leży na znacznie wysokiej skale, u spodu której płynie rzeka Gvadaleta, stąd przybyliśmy do miasta Mediny-Sidonii, w którem przecie złączyliśmy się z dywizją tak długo oczekiwaną. Po dniowym tylko tu spoczynku i nasyceniu się rzadkim stąd widokiem i pozycją,, na powrót pod Gibraltar udać się nam kazano, jenerał Valesteros obawiając się stoczyć z nami na równem polu batalji, zrejterował się aż pod samą twierdzę Gibraltar, my zaś po najtrudniejszych przeprawach miasto Sant-Roye zajęliśmy. Miasto to leży o dwie godziny drogi od Gibraltaru, awangarda nasza wraz z lekką kawalerją stanęła na ostatniej górze przed tą twierdzą, nazwanej Morelia, korpus zaś cały rozlokowany został na polu zwanem Campo de Gibraltar. Jenerał nieprzyjacielski cofnął swój korpus aż pod bramy fortecy, do której i jemu Anglicy wstępu wzbronili, jednakże baterjami swemi siły jego zasłaniali, przez co zniszczyć go w żaden sposób się nie dało. Z góry Moreny patrzyliśmy własnem okiem nie tylko na najwarowniejszą w świecie twierdzę Gibraltar, ale i na miasto Ceuta, za cieśniną morską na gruncie Afryki leżące.
Gibraltar leży na ziemi hiszpańskiej, zyskany raz przez Anglików w r. 1783 dotąd w ich mocy pozostaje. Twierdza ta jest skałą zadziwiającą, obszerną i bardzo wysoką, bo na 1418 stóp nad powierzchnię ziemi w morzach Śródziemnym i Oceanie wyrosła. Morza te łączą się przy grzbiecie jej i formują dwumilową cieśninę, nadto dzielą Europę od Afryki.
Przed wynalezieniem Ameryki, twierdzili Hiszpanie, że tu słońce zmordowane dziennem światłem, przybywa spoczywać i że przy tej górze niezawodny jest koniec świata. Od strony zaś lądu tej tu olbrzymiej twierdzy, są baterje w skałach wykute i tyle w nich mieści się armat, że gdyby ze wszystkich razem dano ognia, nie byłoby kawałka ziemi na ćwierć mili przed fortecą będącej, w którenby kula nieuderzyła. Miasteczko Gibraltar leży u spodu skały przy Oceanie, jest nie wielkie i prawie przez samych angielskich żydów zamieszkałe.
Że jenerała Valesteros w żaden sposób z pod twierdzy wyrugować nie było można, a przekonany był dowodzący wypra-

s.86

wą francuzką, że tylko z jego winy dozwolił nieprzyjacielowi wycofać się aż pod bramy do wzięcia niepodobnej fortecy, nadto gdy brak żywności dokuczać nam zaczął, po 10 dniach stania tu naszego, odwrotny marsz na miasta Arcos, Medina-Sidonia, Utrera rozpoczęliśmy, nakoniec przymaszerowaliśmy do wielkiego miasta Sewilli. Jenerał Gudinot udał się do marszałka Soulta główną kwaterą tu stojącego, celem zdania raportu z odbytej wyprawy. Marszałek będąc już uwiadomionym, że ta się nieudała a to jedynie z winy niedołężnego jenerała, łajać go począł, z oświadczeniem, że zda monarsze swemu raport, w którym całą winę z utraty tylu ludzi jemu przypisze. Zmartwiony tem jenerał dywizji Gudinot powrócił do swego mieszkania, testament napisał i z wziętego od warty naszej karabina w łeb sobie wypalił.
Dozwolono nam tu dni 7-m odpoczywać, w ciągu tego czasu starałem się wywiedzieć o mieście największem w całej Hiszpanji. Musi być w oczach Hiszpanów najpiękniejsze, najlepsze, najbogatsze: kiedy o niem takie przysłowie mają: "Kogo Bóg kocha, temu daje na mieszkanie Sewillę, a kto miasta tego nie widział, ten o żadnej piękności miast mówić nic korzystnego nie może." Zanadto ich duma w tym względzie unosi, bo chociaż Sewilla jest miastem pięknem i obszernem, ma przecież w sobie ulice ciasne i kręte, co go znacznie oszpeca. Ludności liczą tu teraz do 150,000. Przez sam prawie środek miasta płynie rzeka Guadalquivir, w której jak twierdzą, są żyły w gruncie jej srebrne a nawet i w niektórych miejscach złote. Most kamienny na tej rzece jest fundamentalnie i gustownie postawiony. Największe i najpiękniejsze przedmieście nazywa się Trajana. Pomiędzy rozlicznemu kościołami, celuje tu katedra, która tak ze swej odwiecznej budowy, i z swej obszerności jest arcy-sławną. Ma ona 240 stóp długości, a 150 szerokości, wchodów do niej jest dziewięć a okien długich różnokolorowych ma ośmdziesiąt. Ołtarzy ma w sobie ośmdziesiąt i dwa a bogactwa na nich miljony przechodzą. Obraz Św. Antoniego Padewskiego, dzieło Murilla, jest arcy-piękny. Zaręczali mi tu księża, że w przeciągu godzin sześciu, do pięćset mszy się odprawia. Ta świątynia po kościele ś. Piotra w Rzymie, jest największą ze wszystkich chrześcijańskich kościołów w całym świecie. Na najwyższej kościoła tego wieży, w miejscu krzyża, stoi posąg wyobrażający Wiarę, w jednym ręku trzyma palmową gałązkę a w dru-

s.87

giej sztandar; zarazem ten posąg wskazuje zmianę wiatru, nazwany la giralda. Arcybiskup tutejszy ma 200,000 piastrów rocznego dochodu. Pierwszy zegar wieżowy w Hiszpanji zrobiony, umieszczony został w przytomności Henryka III w wieży tego kościoła w r. 1400. Publiczność tutejsza jest więcej jak w innych miastach hiszpańskich fabrykami i rękodzielniami zajęta. Największa teraz fabryka jest tu czerwonej tabaki, dwadzieścia ośm młynów obraca dwieście mułów, a ludzi zajętych skręcaniem, zwijaniem i pakowaniem, pracuje w niej codziennie dwa tysiące. Kolor czerwony nadają jej za pomocą ochry, a dochód z niej li tylko do monarchy panującego jest przywiązany. Prócz tej fabryki, jest tu mnóstwo warsztatów jedwab przędzących, przy których około 15 tysięcy robotników pracuje. Za czasu panowania tu Maurów, Sewilla liczyła czterykroć sto tysięcy mieszkańców, zmniejszenie się tej ludności rozpoczęło się za panowania tu Filipa III, który w r.1609 rozkazał aby w przeciągu dni 30-tu, pięćkroć sto tysięcy Maurów Hiszpanją, pomimo spokojnego zachowania się, opuściło, a odtąd ludność Sewilli zmniejszać się poczęła. Wielka promenada, nazwana Almeida, przyozdobiona jest dwoma posągami; Herkulesa i Juljusza Cezara, restauratora miasta tego; prócz tego trzy piękne fontanny zdobią ten spacer publiczny. Sewillą zbudowana była przez Fenicjan i nazwana Hispolis. Widziałem tu avieduc (wodopłyn) nazwany Los Canos de Carmona, długi na mil tutejszych leguas sześć, jeszcze za panowania tu Maurów stawiany; przez częste i. długie wojny, nadto brak dochodów w skarbie, nie jest dotąd w należnym porządku utrzymywany, lecz jego z ciosowego kamienia na ołów zalewanego fundamentalną budowa, sławę ówczesnym władcom dotąd przynosi. W liczbie 150,000 tysięcy mieszkańców w Sewilli najmniej 30,000 księży się mieści, którzy prócz odbywania częstej służby kościelnej, ciągle się po ulicach kręcą, gdy jaką osobę pominąć mąją, słowa następujące mówią: "Ale Maria" (Zdrowaś Marja) na co odpowiedzieć przechodzący powinien: ,,purissima sen pecado" (czysta bez grzechu).
Za nadejściem święta, mieszkańcy tutejsi cisnąć się poczęli w porze przedwieczornej do wielkiego amfiteatru, w którym Toros (walka byków), rozpocząć się miała; lubom już nieraz tę ich zabawkę widział, pewnym będąc, że w czasie takiej zabawy teatr pustym bywa i ja na walkę byków się udałem. Zastałem do sześciu tysięcy ludzi w amfiteatrze, 240 stóp wewnętrz-

s.88

nej szerokości mającym; ta jak śmiało rzec mogę, dzika zabawa, rozpoczęła się następującym sposobem. Na plac obszerny wypuszczono wołu dzikiego, przez dni kilkanaście w ciemnym lochu trzymanego. Skoro go tylko publiczność na wzniosłych miejscach siedząca ujrzała, zaraz rozpoczęła świstać, w ręce klaskać i hałasować; wół odurzony latał jak wściekły, tarzał się w piasku i pienił, wówczas wypadł do niego Hiszpan lekko ubrany zwany Alguasiles; wół spostrzegłszy go na placu, w największym pędzie do niego leciał i wtenczas kiedy go rogami przebić usiłował, nachyliwszy ku temu swe ostre rogi, Hiszpan go przeskoczył i w miejsce bezpieczne się schronił, tak coraz inny Alguasiles powtarzając, ostatni przeskakując wołu, utkwił mu w karku dwa fajerwerkami zaprawne sztylety, które gdy pękać zaczęły, do najwyższego stopnia drażliwość wołu przywiodły. Natenczas wyszedł przeciwko niego bogato ubrany Matador (zabijacz), w prawym ręku trzymał prosty rapier czyli miecz, a w lewym ponsową chorągiewkę; po trzykroć ukłoniwszy się i odebrawszy od publiczności rzęsiste oklaski, śmiało na wołu uderzył i ilekroć razy ten rogami go przebić zamyślał, tyle razy nadstawiał mu chorągiewki, o którą się tylko rogi usuwały, nakoniec nie mając już chorągiewki, wtenczas właśnie kiedy zdawało się, że go wół rogami nieochybnie rozedrze, wepchnął mu pomiędzy łopatki swój rapier a wół padając przy jego kolanach, życie zakończył. Podówczas cała publiczność krzyczeć zaczęła "brawo valiente Matador" (brawo waleczny zabijaczu). Wtem zajechały cztery muły bogato ubrane, które z wielkim tryumfem przy radosnym krzyku całej publiczności, wołu z placu boju uwiozły. Później drugiego wołu wyprowadzono, na którego jeździec konny, trzymając l a n s ę silnie w prawym ręku, uderzył, i wtenczas kiedy wół w pędzie ku niemu zbliżał się, tak mu silnie w łopatkę lansę wepchnął, że wół jak wryty na miejscu stanął, lecz gdy to po kilka razy powtarzał, lansa mu się usunęła a wówczas wół obalając na ziemię jeźdźca Dycadoresa, konia rogami przebił i gdyby nie spieszny i śmiały ratunek przez Matadora udzielony, byłby dzirydarza wół na śmierć zatratował. Temu tu wypadkowi rzęsiste oklaski publiczność dawała i z ukontentowaniem, że wół zwalczył człowieka, do swych mieszkań wróciła.
Nakoniec odebrał półk nasz rozkaz maszerować w assekuracji znacznej ammunicji aż do pogranicznej twierdzy Badajoz. Uważałem, że prowincja Andaluzji, a szczególnie około miast Se-

s.89

willi, Corduby i Malagi różni się od innych co do budowli domów, w nich bowiem dostrzedz jeszcze można piętno Maurytańskiego smaku. Drogi publiczne, które tu nie od zbyt dawnego czasu są urządzone, zaszczyt tej prowincji przynoszą; jednakże zjechawszy z traktu głównego, widzieć się dają kamieniste i wąziuchne, po których zapewne żadne dotąd bryki ani też powozy nie przechodziły. Prowincja ta posiada, prócz wszelkich potrzeb do życia i odzieży, cudownie piękne konie, tak gładką szerść na sobie mające, że zdaje się jakby najlepszym aksamitem obszyte były; nadto mają one żywość arabską i niesłychaną łatwość poznania głosu pana swego. Wszelkie podróże odbywają Hiszpanie na osłach, a to z powodów następujących: pierwsze, że stworzenia w chodzie niewiele zginają kolana, prawie nie trzęsą; po drugie, że nadto są wytrzymałe na trudy i noszenie wielkich ciężarów a to przy bardzo umiarkowanej żywności, bowiem garstka słomy jęczmiennej może wystarczyć na wyżywienie dzienne tego to pracowitego stworzenia. Damy nawet podróże na nich odbywają i siadają bokiem na przypasowane do osła siodło, które ma wygodną poręcz i parasol chroniący od skwaru słonecznego. Karawany takie, lubo są po części śmieszne, lecz wojażującym bardzo dogodne. Mało tu znajdzie amatorów zwiedzania, nie mówię już obcych krajów, ale nawet swych własnych prowincij, wtenczas tylko wojażują gdy ich monarcha jako magnatów na urzęda grandów do stolicy wzywa, inaczej dla swej rozrywki Hiszpana wojażującego w żadnym kraju nikt nie obaczy.
Szczęśliwie przeprowadziliśmy przez prowincję Extremadurę amunicję, a za przybyciem do wsi Albueri oglądaliśmy pozycję, z której marszałek Soult zniósł armję hiszpańską pod komendą jenerała lorda Beresford, Kastaniosa, Valesterosa i Blacka podówczas zostającą. W tej tu batalji półk 7-my hułanów polskich cudów waleczności dokazywał. Po czterogodzinnym marszu przybyliśmy do fortecy Badajoz. Twierdza ta leży przy rzece Gwadjanie, na samej granicy królestwa portugalskiego.. Rozpoczęła się tu uprzykrzająca służba garnizonowa, która niszczyła żołnierzy naszych a brak żywności śmiertelność znaczną nam zadawał, tak dalece było jej mało, że zaledwie jedna racja żołnierska, oficerowi się na dzień dostawała. Po przebyciu dwu miesięcznej dokuczającej tu służby i poczynionych częstych wycieczkach w kraj portugalski, celem wyszukania jakiejkolwiek żywności, przybiegł kurjer z Sewilli i przywiózł

s.90

nam rozkaz opuszczenia tego ostatniego w Hiszpanji garnizonu i udania się na powrót w prowincją Estremadurę aż do miasta Safra. Doniósł nam zarazem najpomyślniejszą dla nas nowinę, że napowrót do Polski maszerować mamy. Z jakim pośpiechem udaliśmy się pożegnać jenerała dywizji, nazwiskiem Filipou, gubernatora twierdzy i z jaką prędkością półk był gotów do marszu, to tylko ten uczuć zdoła, kto tak jak my oddalony od swej rodzinnej ziemi, kiedyś mógł doświadczył lub doświadczać tego będzie. Dosyć na tem, że po odebraniu rozkazu, we dwie godziny czasu byliśmy już za wałami twierdzy. Ranni, chorzy uciekali z lazaretu a łączyli się z nami, celem prędkiego oglądania raz jeszcze ojczyzny swojej. Tu się skończyły nasze czteroletnie krwawe boje i nieznośne trudy po kraju, w którym prócz politycznych wygnańców nie ma śladu, żeby kiedy zbrojni Polacy chodzili.

Pamiętniki Józefa Rudnickiego, zawarte w "Piśmie Zbiorowym Wileńskim na rok 1862"
ss. 90-125


Wymarsz nasz z Badajoz był prawdziwie zastosowany do przysłowia polskiego "chłodno, głodno i do domu daleko". Uszliśmy już więcej jak mil sześć a jeszcze z powodu zniszczenia tej prowincji żadnej żywności wynaleźć nie mogliśmy; nakoniec stanęliśmy przecie w mieście Safra. W tym tu garnizonie stał jenerał w służbie francuzkiej zostający Dębowski Maciej, który w moment przybycia tu naszego najprzód żywność zgłodniałym żołnierzom rozdać polecił a później cały korpus oficerów jako swych rodaków na obiad do siebie zaprosił. W mieście tym odbywaliśmy służbę przez ciąg dni 30-tu, w końcu odebrał jenerał Dębowski polecenie wyprawienia półku naszego jak najśpieszniej do Madrytu. Przy wydanym rozkazie oświadczył nam, że z pewnością został zawiadomiony, że wszystkie półki polskie w Hiszpanji dotąd zostające do ojczyzny swej powrócą, i że on nazwałby się najszczęśliwszym, gdyby mógł wraz z nami na ziemię ojczystą pośpieszyć. W kilku miesiącach czasu, dowiedzieliśmy się, że chęci jego mogły były być spełnione, odebrał on rozkaz udania się do Polski, lecz nieszczęście jego mieć chciało, iż w mieście Burgos już blizko granicy francuzkiej, poróżnił się z jenerałem komendantem miasta tego i z tymże w pojedynku od strzału pistoletowego życie zakończył.
My zaś, mijając szybko różne miasteczka, do miasta Xeres przybyliśmy. Okolice jego słyną z posiadania wina tegoż nazwiska, które kolor ma tak biały, że wina tego od wody rozróżnić nie można. Nakoniec po kilkunastu dniach marszu, mijając prowincją Manchę, do Madrytu przybyliśmy. W tej stolicy dano nam

s.91

tysiąc niewolników, których konwojować do Francji polecono. Za nami maszerował półk 9-ty półkownika Cichockiego a za nim półk 7-my półkownika Tremo. Nie przykrzyły nam się, z Madrytu do Francji, trudne, o zbyt szczupłych racjach żywności, marsze, bo wystawiając sobie, że wkrótce ujrzemy ojczyznę i rodziny nasze, wszystkie te trudy lżejszemi nam się zdały. Półk 4 i 9 szczęśliwie stanął na ziemi francuzkiej, półk zaś 7-my blizko już będąc granicy pod wsią Salinas w wąwozach pirenejskich zaatakowany przez korpus powstańców jenerała Mini został. Raptowne napadnięcie i z wszech stron strzelanie daleko liczniejszych brygantów zmusiło półk 7 do cofnięcia się aż do małego blokhauzu, w którym Francuzi na posterunku stali, jednakże pomimo znacznej straty napowrót się sformował i w kolumnach z bagnetem w ręku wąwozy przebył. Stratę poniósł półk ten następującą: Prócz odbitych, w niewolę prowadzonych jeńców jenerała Mini, zabici zostali porucznicy Sztabowski i Dębowski, niemniej kilku oficerów w niewolę Hiszpanom się i dostało. Poległych w tej akcji podoficerów i żołnierzy było 136-ciu. W Bajonie odebrano od nas niewolników a nam spiesznie na miasto Bordeaux do miasta Sedan maszerować kazano. Tu się złączyły półki 4, 7, i 9-ty, niemniej artyllerja i sapery, które objął w komendę jenerał dywizji Girard. Maszerując stąd na różne miasta francuzkie, później niemieckie, z początkiem czerwca 1812 r. weszliśmy do miasta Moguncji nad rzeką Renem i tak dalej maszerując prawie bez spoczynków w Berlinie stanęliśmy.
Stał tu podówczas główną kwaterą marszałek państwa francuzkiego Victor, książę de Belun, naczelnik 9-go korpusu wielkiej armji, do którego to korpusu i naszą dywizję wcielono. Pozwolono nam tu dni kilka wypocząć; w ciągu tego czasu z pilnością uważałem na to jednostajnie pobudowane miasto, jest ono wprawdzie piękne, lecz w urozmaiceniu budowli oka ludzkiego nie bawi. Zamek królewski, dziś przez panującego niezamieszkały, jest zbyt staroświeckim sposobem zbudowany. Monarcha teraźniejszy mieszka w niewielkim pałacu przy ulicy Unter den Linden stojącym. Sam środek miasta przecina rzeka Spreja, na której są mosty kamienne: najpyszniejszy z nich jest wprost ulicy Koenigs-Strasse. Teatr stoi tu na obszernym placu, gustownie i kosztownie zbudowany; akademja jest tu z dobrych professorów sławna a uczęszczających do niej uczniów liczą blizko tysiąca.
Domy inwalidów i mennicy zdobią tę stolicę; nakoniec ogrody,

s.92

spacery, jakiemi są Sans-Souci i inne, są to w najlepszym guście pozakładane. Po wypoczęciu rozkazano nam maszerować na miasto Sztetyn do Gdańska. Miasto to, leżące przy ujściu rzeki Wisły, jest mocno ufortyfikowane a pomimo tego znacznie szczególnie zbożem i drzewem handlowne; stąd do morza Bałtyckiego jest tylko pół mili drogi; -- prócz domu giełdy i niezmiernie wielkich magazynów, nic więcej do widzenia godnego tu niema. Z miasta Gdańska przybyliśmy do miasta Malborga, dziś nazwanego Marienburg. Marszałek Victor zlecił jenerałowi Girard, odesłanie ważnych depeszy do ministra polskiego Wielohorskiego adressowanych, a że półki nasze tak jak i inne przystąpić chciały do związku konfederacji, spisano w tej mierze akces i mnie tak z nim, jak i z depeszami do Warszawy wysłano. Z niewypowiedzianem ukontentowaniem wsiadłszy na bryczkę pocztową, spiesznie do stolicy królestwa a miejsca mego urodzenia dążyłem, tak dalece, żem Malborg opuścił d. 5-go w wieczór a d. 8 sierpnia 1812 r. przede dniem do Warszawy przybyłem. Gazeta Warszawska z d. 21 listopada temi słowy przybycie moje doniosła: "Przybył tu z Malborga imci pan Rudnicki kapitan adjutant-major z akcesem do konfederacji półku 4-go piechoty polskiej, który z Hiszpanji powróciwszy, śpieszy zbierać nowe wawrzyny na ziemi ojczystej."
Skorom oddał w ręce ministra wojny papiery missji mojej, zaraz obskoczyli ranie dawni znajomi oficerowie, i dziwić się poczęli, że dotąd w tym samym stopniu zostaję, w jakim kraj swój opuściłem. Zacząłem im wystawiać niemożność awansowania z powodu nasyłanych do Hiszpanji, w miejsce poległych sztabsoficerów, z Polski innych, i że ten powód nie tylko mnie ale i bardzo wielu innych oficerów w tych samych stopniach dotąd zatrzymuje. Jedni szczerze nas żałowali, drudzy ubolewali nad niesprawiedliwością nim wyrządzoną; wtem młody jakiś szef bataljonu, słysząc naszą rozmowę, przybliżył się i w te słowa do mnie mówić zaczął: "Przyznam się panu, że półki wasze powinny były zostawić tu w kraju a szczególnie blizko ministra wojny którego z oficerów, co by tę rzecz inaczej prowadził i o was miał lepsze staranie." Brakło mi wówczas cierpliwości, a lubo starszemu w stopniu, zmuszony byłem dać taką odpowiedź, że wojsko walczące na obcej ziemi z użytkiem dla swej własnej, nie widziało potrzeby płaszczyć się o to, co mu się z prawa należało, dodając, że jeżeli szanowny szef z powyższych względów sztaboficerem został, to mu bynajmniej stopnia jego nie zazdroszczę. Wówczas

s.93

gromajor Wiłucki, kommendant placu, przyznawszy mi słuszność, rozszerzać się z dalszą mową temu niedopieczonemu szefowi nie dozwolił. Trzy dni tylko w mieście rodzinnem bawiłem, bo dnia 12 sierpnia 1812 r. na powrót do Malborga udałem się, lecz tam już korpusu 9-go nie zastałem, wyruszył do miasta Tylży i jego okolic. Półk 4-ty znalazłem w mieście Ragnitz, który w dniu następnym mojego przybycia wymaszerował wraz z całym korpusem, Litwą po nad samą rzeką Niemnem do miasta Kowna. W okolicach miasta tego, w żadnym domu wiejskim, komina ujrzeć nie można, dym uchodzi szparami przy dachu słomianym będącemi. Chcący wejść do takowego zabudowania,, musi się na ziemi położyć a przynajmniej zaraz usiąść, bo w izbie takowej stojąc, oczy by od dymu postradał.
Robaki tak nazwane prusakami, w całej tej prowincji siedlisko swoje założyły, w jednym domu na miljony ich liczyć można: są one czarne, podłużne a wielkość ich równa się chrabąszczom.
Po kilko-dniowym marszu, do litewskiej stolicy miasta Wilna przybyliśmy. Miasto to dosyć jest piękne i obszerne, pomiędzy kościołami katedra celuje ze swej piękności. -- Akademja tutejsza założona za panowania króla polskiego Stefana Batorego, słynie szczególniej z professorów sztuki lekarskiej.
Po dwu-dniowym tylko spoczynku, maszerując na miasto dosyć spore Mińsk, do miasta obwarowanego Smoleńska przybyliśmy. Smoleńsk, mając bardzo wiele pięknych i massif pobudowanych domów, jest mocnemi murami i bastjonami obwarowany, leży w bardzo pięknej pozycji po nad rzeką Dnieprem. Na miesiąc czasu przed przybyciem tu naszem Polacy szturmem go wzięli, mnóstwo jeszcze trupów po przedmieściach leżało nie pochowanych. Rozkazano nam ich na kupy zbierać i tak stosami palić. Przed wymarszem ze Smoleńska przybył pocztą wprost z miasta Kadyxu półkownik Woliński, w zamian z niewoli Hiszpańskiej uwolniony, który mając już zmysły pomieszane, przez swe dziwne rozkazy i nam głowy pozawracać zamyślał. Z jego powrotem odebraliśmy rozkaz maszerowania z całym korpusem 9-m do miasta Połocka. Skorośmy do miasta Czaśnik przybyli, uwiadomiono nas, że jenerał rossyjski Witgensztejn z korpusem dość znacznym przeciwko nam postępuje. Wyruszyliśmy przeciwko niego w pole, gdzie się zaraz utarczki rozpoczęły. Półk 4-ty odebrał polecenie zdobycia małego lasku, w którym się strzelcy rossyjscy zasadzili. Wprawdzie wypędziliśmy ich z tej pozycji, zawsze jednak ze stratą kilkadziesiąt naszych żołnie-

s.94

rzy, rannego półkownika Wolińskiego i pod-półkownika Zdzitowieckiego. Później rozkazano dywizji naszej odebrać wieś przez wojska rossyjskie obsadzoną; nieprzyjaciele broniąc jej mężnie, znaczną liczbę żołnierzy i oficerów utracili; wieczorem wieś ta w ręce się nasze dostała, zawsze tak w tym dniu, jak i w upłynionych ze stratą oficerów jak następuje:

Z półku 4-go zabity szef bataljonu Bronisz.
Porucznicy: Rapacki, Brochocki, Kłobukowski, Czarnecki i podporucznik Makowski.
Z półku 7-go zabity kapitan Lubowiedzki.
Z pólku 9-go zabici: Kapitan Malinowski, porucznik Hadecki i podporucznik Swiatłowski. Z rannych umarł tu szef bataljonu Gezler.

Kurjer przybyły przywiózł rozkaz cesarza Napoleona marszałkowi Victor, ażeby żadnej stanowczej bitwy nie staczał, tylko ażeby dopóty manewrował, dopóki rejterująca się już armja francuzka do miasta Orszy nie przybędzie. Z tego powodu przez ciąg dni 15-tu nieustannie pozycje zmienialiśmy; nakoniec za złączeniem się z nami już pobitego korpusu jenerała Gouvion-Saint-Cyr, który przybył z pod miasta Połocka, postanowił marszałek Victor ogólną rejteradę aż do miasta Borysowa rozpocząć. Lubo już wiedzieliśmy o ogólnej rejteradzie armji Napoleona, jednakże o jej zupełnem przez mróz dokuczliwy zniszczeniu, nic nam dotąd nie powiadano; z dobrą jeszcze nadzieją, w jak największym porządku, pomimo, że nam nieprzyjaciel tuż na karku siedział, do miasta Borysowa nad rzekę Berezynę przybyliśmy. Tuśmy się złączyli tylko z nazwiska wielką armją Napoleona! O, jakiż okropny był dla nas widok patrzeć na wojsko przed chwilą przez świat cały uważane za niezwalczone, poubierane w stroje kobiece, księże, siermięgi chłopskie, bez broni i amunicji rejterujące się; twarze tych zgłodniałych rycerzy do cieni tylko ludzkich były podobne z opuszczonemi rękoma. Pierwszy raz w życiu patrzyliśmy na ludzi ubiegających się za kawałkiem końskiego mięsa, które im za posiłek służyć miało. Francuzi przebijali konie od armat a wnętrzności z nich dobywszy, na stęple od broni pakowali i tak posypując prochem przy ogniach, celem pożywienia się, piekli. Napoleon, dowiedziawszy się, że liczny korpus rossyjski pod dowództwem jenerała Czyczagowa z Turcji przybył po nad lewy brzeg rzeki Berezyny, w celu nieprzepuszczenia armji jego do Litwy, sam udał się z gwardją swoją o dwie mile drogi na lewo od miasta Borysowa do wsiów Sembin

s.95

i Studzianki; rozkazał saperom swoim domy w Studziance rozebrać i z nich dwa mosty na rzece Berezynie postawić. Skoro tylko takowe ukończone zostały, natychmiast przeprawiać się gwardjom z liczną artylerją zalecił i na korpus rossyjski łącznie z korpusem jenerała polskiego Zajączka śmiało uderzyć rozkazał. Udało się, lubo ze stratą swej nogi, jenerałowi Zajączek zmusić nieprzyjaciół do cofnięcia się od świeżo postawionych mostów o mil dwie drogi. Tego też tylko Napoleonowi potrzeba było, dniem i nocą armję swoją na lewy brzeg rzeki przeprawiał a naszemu 9-mu korpusowi jeszcze niezrujnowanemu na pozycji pod wsią Studzianką bijącemu się w dniach 27 i 28 listopada 1812 r. bronić przeprawy z prawego brzegu rzeki Berezyny najmocniej zalecił.
Zajęliśmy wzgórza, z których widzieć można było nieszczęśliwą rejteradę. Urzędnicy wojskowi a nawet i z różnych narodów oficerowie z narabowanemi w Moskwie futrami i innemi kosztownemi rzeczami tłoczyli się pomiędzy artyllerją i drogę i tak ciasną pojazdami i bryczkami swemi zapychali; taka to klassa ludzi z bronią w ręku jeszcze idących żołnierzy przekupywała, celem posiadania z nich eskorty, przez co i tak już szczupłe wojsko codziennie się zmniejszało a lubo żandarmerja francuzka przez samego Napoleona przy mostach ciągle przytomnego wzdłuż rozstawiona dla otworzenia drogi rejterującemu się wojsku, spychała z mostów w rzekę karety wraz z ludźmi i końmi, jednakże wzwyż rzeczeni uciekacze w ciżbie przemykali się i drogę rejterującym się kolumnom pojazdami swemi zapychali.
W dniach tych mróz dochodził 28 stopni; mając jeszcze z korpusu naszego wojska przed sobą, bezpiecznie pokładliśmy się na grudzie, lichemi tylko płaszczykami okryci. Noc dnia 27 na 28 listopada przeminęła spokojnie, lecz nad samym rankiem ze wszystkich stron Rossjanie na nas nacierać poczęli. Z największą szybkością porwaliśmy się do broni, z podziwieniem, że dywizja jenerała Partinot przez marszałka Victor na przedzie nas postawiona, bez wystrzału do linji naszej nieprzyjaciół przypuściła. Jenerał kommenderujący dywizją polską Girard, rozkazał z nadstawionym bagnetem na Rossjan uderzyć; udało się nam zmusić nieprzyjaciół do cofania się o staj kilka drogi, w tym to właśnie czasie dowiedzieliśmy się, że dywizja niemiecka pod komendą jenerała Partinota zostająca, cała wraz ze swym niepilnym jenerałem w nocy w niewolę zabrana została. Rossjanie po kilkakroć to nacierając to rejterując, rzęsiście do nas

s.96

z armat ognia dawali. W południową porę, kiedy juz pola trupami zasłane zostały a oficerowie z dywizji naszej polegli:

Z półku 4-go porucznik Sławski, podporucznik Rybicki
i mocno ranny kapitan Zdziennicki.
Z półku 7-go zabici: kapitan Żurawski, porucznicy Krąkowski i Poniatowski; podporucznicy: Antosiewicz i Tobijaszewski.

Wtenczas to kula 12-to-funtowa uderzyła w grenadjera obok mnie stojącego, któremu nogi zupełnie pogruchotawszy, tak blizko moich przebiegła, że od jej impetu padłem na ziemię. Sądząc, że i mnie obiedwie odjęła, kontuzja to tylko mocna była, jednakże gdy żadnej władzy w nogach nieczułem i o swej mocy podnieść się nie byłem w stanie, widząc to pułkownik Woliński rozkazał woltyżerom nosze z karabinów zrobić i mnie za mosty odnieść. Ci żołnierze przedzierali się ze mną przez tłum ludów rannych, bez żadnej pomocy po przed mostami leżących, z których przy nastąpionej eksplozji wysadzenia przez strzały armatnie nieprzyjacielskie znacznej liczby wozów prochowych, do tysiąca życia postradało, a wrzask rannych, pozostałych jeszcze przy tem nędznem życiu, bez pomocy lekarskiej tu leżących, był wrzaskiem dnia sądu ostatecznego. Nakoniec żołnierze przenieśli mnie przecie na lewy brzeg Berezyny, gdzie przy dużem ognisku ciężar swój złożyli, sami zaś jako prawi żołnierze na powrót w miejsce krwawego boju do półku udali się. Leżąc tu przez kilka godzin czasu, z boleścią serca mego patrzeć musiałem na ginących wojowników, którzy z powodu zapełnionych mostów artyllerją, amunicją i t. d. przeprawiać się konno przez Berezynę postanowili, lecz na ich to nieszczęście, rzeka ta pomimo tak silnego mrozu całkiem jeszcze nie stanęła; przez co gdy jeździec konny przebyć ją wpław przedsięwziął, lód brzeżny pod koniem się łamał i w otchłani go Berezyny topił. Byli tu i tacy, którzy dla zbyt wielkiego natłoku, nie mogąc się przez mosty z rąk nieprzyjaciół wycofać, udawali się na wyspy, które poformowały się w Berezynie z pospychanych przez żandarmerją karet, powozów i bryczek. Na taką to niepewną przeprawę rzucało się mnóstwo ludzi i ci w nurtach Berezyny niechybnej swej śmierci szukali. Widziałem niektórych do wpół ciała w wodzie zmarzniętych wołających ze wszystkich sił swoich ratunku, a ten im danym być nie mógł. Słowem nieszczęścia armji francuzkiej przy tej tu rejteradzie na nią spadłe, zapewne tylko z woli Najwyższego dopuszczone zostały. Armja nieprzyjacielska pod wodzą jenerała Kutuzowa, silnie na mo-

s.97

sty przez nasz korpus 9-ty bronione parła. W tym czasie przybył do tego samego ogniska, przed którem leżałem, furgon do dywizji hiszpańskiej należący. Usłyszawszy żołnierzy po hiszpańsku do siebie mówiących wpadłem na myśl profitowania z wydarzonej okazji i zacząłem ich prosić, aby mnie plejzerowanego na furgon z sobą zabrali; uczciwe Hiszpany słysząc mnie ich językiem mówiącego a widząc niemożność moją cofania się, po małej z sobą naradzie, przystali na moje żądanie, w tył furgonu mnie wsadzili i w ten moment w dalszą puścili się drogę.
W drodze nie wiedziałem jakiemi wyrazami mam dziękować tym zacnym wojownikom za wyrwanie mnie z niechybnej niewoli a może i stąd wynikłej śmierci. Nie tylko, że mnie wieźli, ale nadto udzielali szczupłej żywności zaledwie im wystarczającej. Trzeciego dnia naszej jazdy, dojeżdżając już prawie do miasta Mołodeczny, oś nam pękła a razem z nią nadzieja moja dalszego rejterowania się. Hiszpanie powydobywali co było w furgonie najlepszego, na konie poładowali, a mnie przy drodze zostawiwszy, dalej ujechali. Lubo nogi moje nie były jeszcze dobrze wygojone, jednakże najwolniej czołgając się, idąc, do Mołodeczny zawlokłem się. Tu postanowiłem na półk czekać, do którego należałem; przybył wprawdzie półkownik Woliński z resztą niedobitków do miasta, lecz żadnej żywności z sobą nie prowadził, przeto nazajutrz półku już i śladu nie było. Każdy żołnierz maszerował bocznemi drogami a to celem wynalezienia jakiej bądź żywności. W takiem położeniu rzeczy z Mołodeczny wraz z tłumami ludów do różnych narodów należących do miasta Wilna pieszo udałem się. Między Mołodeczną a Wilnem utraciliśmy oficerów:

Z półku 4-go umarł z przeziębienia podporucznik Gąsinowski.
Z półku 7-go z powodu nieznośnych trudów i odniesionych ran zakończył życie szef bataljonu Dedenrot.
Z półku 9-go podporucznik Młocki uderzony kulą w głowę, przez nadzwyczajną siłę swoją, po strzaskaniu takowej, jeszcze kilka kroków naprzód posunął się, padł i skonał.

Przyciśniony głodem, mrozem i boleścią w nogach zwolna krok za krokiem do miasta Wilna dążyłem, przez trzy doby nic w ustach moich nic miałem, już mnie i ostatnie siły opuszczać zaczęły, w tem spostrzegam dragona konno jadącego (co było tu rzeczą bardzo rzadką do widzenia) opakowanego sakwami, posunęłem się przeciwko niego i zacząłem prosić, ażeby mi co do pożywienia, jeżeli posiada, odstąpił. Był to Francuz, a Francuz

s.98

chciwy jak żyd na pieniądze, oświadczył ze wiezie kartofle gotowane i ze skorobym mu luidora zaofiarował, on mnie połowę takowych odstąpi. Bez żadnego namysłu dałem mu napoleondora za blizko półgarnca kartofli, posiliwszy się temi zimnemi, bez soli, kartoflami, śmielej ku miastu i stolicy litewskiej dążyłem. Nakoniec po tylu nieszczęściach, bólu i głodzie, przecie do Wilna przybyłem.
Wilno było podówczas miastem centralnem składów żywności, ubiorów i obuwia, które to artykuły powinni byli przeciw zgłodniałej i nagiej armji rejterującej się, panowie intendenci, kommisarze wojenni spiesznie wysyłać; lecz ci panowie połowę zapasów naprędce sprzedawszy, na pierwszy odgłos rejterada, kozacy! do Francji z nabytkami swojemi pouciekali, a magazyny we wszystko obfite dla wojsk nieprzyjacielskich otworem pozostawiali. A że armja ścigająca nas już blizko Wilna była, przeto dłużej tu nie bawiłem jak godzin 12-cie. Wszystko tu dostać można było, profitując z tego, posiliwszy zgłodniały mój żołądek i nakupiwszy prócz ciepłego ubioru, tyle żywności, ile unieść byłem w stanie, spiesznie na trakt prowadzący do miasta Kowna udałem się. Zaraz za Wilnem jest góra tak wysoka, że pod nią gładko kute konie, żadnej armaty ani też amunicji wyciągnąć nic mogły: to było w części zgubą armji Napoleona, że wszystkie konie gładko były kute, przez co gdy ślizgawica mroźna nastała, konie takowe na niej padały i ciągnąć ciężarów nie były w stanie. Już to od samej rzeki Berezyny żadnej wioski na głównym trakcie nie było; spalonemi one zostały jedynie dlatego, aby się rejterujące wojsko ogrzać przy nich mogło, przez co ani mieszkańców ani domów, prócz nieba i śniegu widzieć nie można było. Nakoniec i do miasta Kowna po nad rzeką Niemnem przybyłem. Tak wielki był tu natłok żołnierzy, że najmniejszego kawałka miejsca w ogrzanej izbie znaleźć dla siebie nie mogłem a zimno niepraktykowane niedozwalało mi dalej maszerować. Na szczęście moje pomiędzy massą żołnierzy postrzegam kaprala z tego samego półku, którego do siebie przywoławszy, prosiłem go, aby mnie w jakiej bądź izbie umieścić mógł: z wielką chęcią zaprowadził mnie do tego samego domu gdzie sam przytułek znalazł a w izdebce dosyć małej pomiędzy Francuzami miejsce i dla siebie znalazłem. Zwinąłem mój kożuch pod głowę i w ten moment w cieple usnąłem. Nad rankiem słyszę strzały armatnie w niezbyt wielkiej od miasta odległości, porywam się z podziwieniem, że nikogo więcej prócz mnie w iz-

s.99

bie juz me było, właśnie w tym czasie wszedł gospodarz domu już w jesiennej porze życia będący i te słowa prędko do mnie wymówił: "Jeżeli waćpanu jest ojczyzna miłą, spiesznie uchodź, bo kozacy już są pod wałami miasta; dowiedziałem się od kaprala w stancji mojej jeszcze będącego, że nogi ranne jego niedozwalają panu rąk nieprzyjaciół uchodzić, postanowiłem przeto dać mu lubo maleńkiego konika lecz dosyć silnego, którego Francuzi sądząc, że nic uciągnąć niezdoła z sobą nie zebrali, każę go do sań zaprządz a kapral powozić pana będzie."
Z największem ukontentowaniem przyjąłem dar tego zacnego patryoty, postawił on mnie w możności rejterowania się dalej. Nie tylko, kazał zaprządz do sań swego małego konika, ale nadto sam wpakował w nie spory kawał słoniny, woreczek kaszy i kożuch do okrycia się; siadając, szczere tylko uściśnienie było nagrodą temu zacnemu obywatelowi. Przebywszy rzekę Niemen już wówczas dobrze zamarzniętą, przybyłem zarazem ostatni punkt nieszczęścia, jakie armja przed chwilą światu całemu imponująca na tej tu ziemi poniosła.
Skorom się ujrzał na lewym brzegu rzeki Niemna, zacząłem rozmyślać czy do Warszawy czyli też w Prusy mam się dalej rejterować, w tem nadszedł do mnie z tego samego półku porucznik Górski, z którym naradziwszy się, wspólnie do Prus udaliśmy się i tak coraz bezpiecznej już jadąc do miasta znacznie dużego Gombinen w starych Prusiech leżącego, szczęśliwie przybyliśmy. O milę drogi od miasta Kowna, dowódca półku 7-go piechoty z dywizji naszej, półkownik Tremo, tak z odniesionych ran, jak i przeziębienia na ziemi ojczystej życie zakończył.
W Gombinen po wszystkich rogach ulic poprzybijane były uwiadomienia, w których miastach korpusy koncentrować się mają, nasz 9-ty przeznaczenie dostał do miasta Marienburga. Zaraz w stronę Malborga udałem się, gdzie w kilku dniach drogi bez żadnego przypadku stanąłem.
Zastałem tu już wice-króla włoskiego Eugenjusza Beauharnais, pod którego dowództwo tą razą szczątki korpusu 9 dostały się. Półk czwarty mając, już znów półkownika Wolińskiego na czele, codziennie liczniejszym się stawał przez przybywanie z Rossji tak oficerów jako i żołnierzy. Nakoniec, gdy już nieprzyjaciel w blizkości się naszej pokazał, vice-król rozpoczął już porządną rejteradę a pod miastem Najsztad (Nowe-miasto) rzekę Wisłę przybyliśmy. Po lewej stronie Wisły nie

s.100

będąc już przez Rossjan ściganemi, do miasta Poznania spokojnie przymaszerowaliśmy. Tu się zaczęły formować z reszty wojska półki i z naszego półku 4-go zrobiono jeden bataljon, do którego ja znów przeznaczony zostałem. Zapewniono nas tu, że świeża armja francuzka z Berlina do nas tu przybędzie i że z nią napowrót do kraju Polskiego wróciemy. Mylne to były pogłoski, bo zamiast do Warszawy, do Berlina rejterować nam się kazano. W tym marszu jenerał rossyjski Czernyszew z korpusem kozackim tak nas zawsze okrążał, że zdawało się jakbyśmy pod jego eskortą tę drogę odbywali.
Zbliżając się pod miasto Landsberg an der Warte nad rzeką Wartą, przed awangardą jechało nas 6-ciu adjutantów-majorów; kiedyśmy już do mostu dojechali, wstrzymałem moich towarzyszów robiąc im uwagę, że bez awangardy do miasta nam wjeżdżać nie można, zwłaszcza, że w ulicy, którą mijać musieliśmy, były okna pootwierane a pełno w nich ciekawych Prusaków widzieć można było. Pięciu z nas było mego zdania, jeden tylko adjutant z baterji arlyllerji francuzkiej, sprzeciwiając się tej ostrożności, sam do miasta się udał, lecz skoro tylko bramę pominął, zaraz wypadł szwadron kozaków, który czwałem przez most lecąc, wolał na nas: "postój Lach nieujdziesz"; niezważając na te ich wołania, na dobrych koniach do awangardy dobiegliśmy a widząc, że komendant przedniej straży zasadził się za dużą stodołą, i że ma przed sobą dwa długie wozy, któremi zapewne drogę za kozakami zatarasuje, jeszcze spieszniej uciekać poczęliśmy i tym sposobem kozaków na równe pole wywabiliśmy. Kawalerja nasza, słysząc strzały, w sam czas nadbiegła, kozacy zaś przed znaczniejszą siłą cofać się tą samą drogą musieli, lecz zastawszy ją zatarasowaną i piechotą naszą obsadzoną z koni pozsiadali i płoty łamać sobie poczęli, aby tym sposobem drogę otworzyć mogli, lecz wzięci we dwa ognie znaczną klęskę w zabitych i rannych ponieśli, nakoniec z resztą niedobitków zaledwie do mostu dostali się.
Jenerał Gerard, tyle nas zganił za udanie się bez wiedzy jego naprzód awangardy, tyle pochwał uzyskał podporucznik Janikowski tą przednią strażą wówczas dowodzący, a miasto Landsberg za to, że nie dało nam znać, iż się w niem kozacy zaczaili, musiało wszystkiego dostarczyć, czego tylko jenerał dla siebie i swego korpusu zażądał. Nakoniec do pruskiej stolicy przybyliśmy. Uszykowano nas tu na wielkim placu, gdzie z rozpalonemi od armat lontami i nabitą bronią całą noc staliśmy.

s.101

Nad rankiem objął po jenerale Gerard, jenerał Bronikowski korpus nasz w komendę i z nim dnia jeszcze tego samego pod miasto Poczdam wymaszerował. Przybywszy pod bramę miasta, rozkazano nam tu stać dopóty, dopóki vice-król Włoski z całym swym korpusem z Berlina po nad rzekę Elbę nie przybędzie. Gubernator letniej rezydencji króla pruskiego, czekając na nasze przybycie okazał jenerałowi Bronikowskiemu zakaz cesarza Napoleona, aby żaden półk z armji jego z bronią w ręku do Poczdamu wejść nie ważył się, a że Prusy dotąd niezadeklarowały się przeciw Francji wojować, słuchając rozkazu najwyższego po przed miastem obóz założyliśmy. Drugiego dnia stania tu naszego udało nam się kilku oficerom zwiedzić tę piękną rezydencję, do której oficerom wstęp nie był wzbroniony.
Naprzód miasto samo w sobie jest piękne, lecz tak nieludne, że rzadko kogo z żyjących widzieć tu na ulicach można. Pałac królewski, a przy nim obszerny plac parady, zdobią to miasto. Ztąd udaliśmy się do kościoła, w którym są chowane zwłoki pruskich monarchów. Kościół ten jest zbyt prosto zbudowany, po prawej stronie od wchodu do niego jest ambona marmurowa pod którą drzwi, z krat żelaznych zrobione, zamykają dwie trumny: pierwsza jest z czarnego marmuru i ta ma w sobie zwłoki ojca Fryderyka Wielkiego, druga ołowiana kryje zwłoki tego wielkiego monarchy. Obie te trumny, stojąc na nizkich postumentach, żadnych ozdób monarchicznych na sobie nie mają. Ztąd udaliśmy się na przedmieście, w którem jest ogród najpyszniejszy ze wszystkich królestwa tego, nazwany Sans-Souci. Jużeśmy byli prawie przy wchodzie do niego, w tem słyszemy bębny w obozie naszym, zwołujące do rot żołnierzy, za powrotem tu naszym zastaliśmy już wszystkich gotowych do marszu. Rozpoczęliśmy cofanie nasze na miasto Beltzig, a po dwóch dniach marszu do miasta i fortecy Wittenberga przybyliśmy. Marszałek państwa francuzkiego Davoust, zebrawszy tu do dwudziestu tysięcy wojska i nas do swego korpusu wcieliwszy, z Wittenberga po lewym brzegu rzeki Elby do miasta Drezna marsz rozpoczął; a za przybyciem naszem do miasta Majzen głównokomenderujący rozkazał mnóstwo snopów słomy pod most podłożyć, a przy wymarszu podpalić; po zniszczeniu jego lubo tylko na palach pobudowanego jednakże znacznie kosztownego, na całą noc do stolicy królów Saskich pomaszerowaliśmy.
Przez ciąg dni 15-tu odbywaliśmy tu służbę nie tylko wewnętrzną, ale i częste rekonesanse o kilka mil ztąd drogi.

s.102

Drezno jest miasto lubo niewielkie, lecz za to bardzo piękne, przy rzece Elbie leżące; przy końcu ulicy zamkowej po lewej stronie widzieć się daje kościół katolicki pysznie zbudowany, a po prawej pałac Bryla z obszernym nad samą Elbą ogrodem, przy którym zaczyna się most o kilkunastu arkadach mocno zmurowanych, ciosowym kamieniem wykładanych. Most ten, prowadzący do przedmieścia nazwanego Nowym-Miastem, do swej piękności ma jeszcze żelazne po obu stronach kraty i na jednym z filarów statuę Pana Jezusa. Przy wchodzie ze starego do nowego miasta na owalowatym placu, stoi kolosalnej wielkości z bronzu lany Elektor saski August II, silnym zwany, który najgrubsze żelaza i mocne podkowy w rękach swoich łamał. Na czworobocznym postumencie, na wspiętym koniu na dwóch tylnych nogach, siedzi Elektor w rzymskim stroju bardzo misternie wyrobiony, tylko jedna peruka przy tym ubiorze jest wcale niestosowną. Kolos ten ukończony i na widok publiczny wystawiony został w r. 1736. W tej stolicy bardzo mało powozów widzieć można. Ludzie tylko poubierani w żółte fraki i stosowane kapelusze, w lektykach za opłatą podobnych sobie ludzi po mieście noszą. Marszałek Davoust rozkazał inżynjerom miny pod most podłożyć i znaczne warty przy tej pracy postawić, a dnia 19 marca 1813 roku za zbliżeniem się wojsk nieprzyjacielskich w powietrze go wysadzić. Skoro tylko kommunikacja z Nowem miastem przerwaną .została, natychmiast wróciliśmy do miasta Majzen, zkąd bataljonowi naszemu do załogi Wittenberga maszerować rozkazano. Garnizon Wittenberga składał się wówczas z bataljonu Francuzów, półku Hollendrów, półku 4-go legji Nadwiślańskiej, trochę artyllerji pieszej i konnej, saperów i naszego bataljonu. Dowodził tą twierdzą jenerał dywizji baron La Poipe, a dwóch oficerów od inżynjerji, w krótkim przeciągu czasu, najwięcej naszemi żołnierzami potrafili fortecę wzmocnić i do obrony przysposobić, nadto most na rzece Elbie drewniany egzystujący, przedmostowemi baterjami zabezpieczyć.
Miasto Wittenberg jest pięknie zamurowane, miało dawniej w sobie wielką akademję, dziś tylko pomniejsze szkoły egzystują. Sławne ono jest tak z dawania nauk jak i wielkich dysput przez Lutra Marcina prowadzonych; pochowany on jest w kościele przy rynku Wittenberga będącym.
Coraz ściślej Prusacy blokować nas zaczęli, a nieustanne ich strzelanie ani chwili spoczynku nam nie dawało, dnia zaś 13 kwietnia 1813 roku, w sam dzień pierwszego Święta Wielkano-

s.103

cnego ze wszystkich stron szturm do fortecy przypuścili. Bomby i granaty, w znacznej liczbie w miasto padały, a kiedy już kilka kamienic ogniem płonęło, wtenczas Prusacy najsilniej działać poczęli; wytrawność tylko naszych żołnierzy i śmiałe postępowanie artyllerji zmusiło Prusaków do zaniechania swego zamiaru i powrócenia ze znaczną stratą na poprzednie swe posterunki.
Odtąd o wzięcie szturmem fortecy więcej się nie kusili, tylko nam wodę czyszczącą kanały zakopali; nie mogąc się bez takowej w twierdzy obejść, z powodu fetoru z kanałów, któryby powietrze w miasto mógł sprowadzić, rozkazał gubernator jenerałowi francuzkiemu Bourdet, wziąść bataljon legji Nadwiślańskiej i nasz księstwa Warszawskiego i pomaszerować o milę drogi, celem odkopania nieodzownie nam potrzebnej wody. W największej cichości przed wieczorem wyszliśmy z miasta, udało się nam wodę odkopać, lecz kiedy ta pracą była już przy końcu, Prusacy otoczyli nas i ze wszystkich stron ognia dawać poczęli; noc tylko ciemna posłużyła nam do przebicia się, jednakże ze stratą kilkudziesięciu ludzi w zabitych nierównie więcej rannych i dwóch w niewolą wziętych to jest szefa bataljonu naszego Zboińskiego i kapitana Szulca z półku 4-go legji Nadwiślańskiej, który z odniesionych tu ran życie zakończył. Gubernator uwiadomiony, że wycieczka napadniętą została, wysłał nam w pomoc jeden bataljon Hollendrów i konną artyllerję z poleceniem cofania się w gruzy na przedmieściu będące i tam, aby przez ukrycie się, nieprzyjaciół za nami goniących zwabić można było. Kolumny pruskie coraz się do nas zbliżały, w tem i dnieć cokolwiek poczęło, skorośmy tylko kolumny ich dojrzeli, polecono nam na nich z artyllerją uderzyć, które po małym oporze haniebnie uciekać poczęły; my ciągle za niemi goniąc, pod zasłoną niepróżnującej w dniu tym artyllerji, całe pole trupami ich pokryliśmy. Nakoniec z wielkim tryumfem na powrót do Wittenberga weszliśmy.
Jenerał baron La Poipe, wymierzając sprawiedliwość oficerom, w dniu tym odwagą się odznaczającym, podał kilkunastu do ozdoby legji honorowej, pomiędzy którymi i ja się znajdowałem, lecz czy szef sztabu armji cesarzowi całej listy nie przedstawił, czyli też cesarz Napoleon wyrywkiem kilku tylko zanominował, to nam nie jest wiadome, to tylko pewna, że z kilkunastu podanych, czterech tylko takową ozdobę dostało. Nie tylko gubernator ale nadto jenerał Bronikowski tu

s.104

w Wittenbergu Polakami dowodzący, podał nas kilku do krzyżów polskich wprost najjaśniejszemu królowi Saskiemu, które zaakordowane zostały, lecz je dopiero za powrotem do ojczyzny w r. 1819 odebraliśmy. Patent na krzyż złoty polski doręczonymi został dnia 1 września 1819 roku za n-rem 491. Wojska sprzymierzone Rossji, Prus i Austrji przeszły rzekę Elbę i zebrały się celem stoczenia wielkiej batalji pod Lutzen. W tym to czasie puścili Prusacy na rzekę Elbę statek, na którym było mnóstwo palnych bomb i granatów i tak czas wyrachowali, że gdy pod most Wittenberski przypłynie, palne materje swój skutek wezmą i most zapalą. Na znak oficera, straż w dniu tym mającego, bataljon nasz jak najśpieszniej w miejsce grożącego niebezpieczeństwa dążył i wszelkie środki na wypadek przybycia statku tego zabezpieczał; wiatr był bardzo wolny, przez co statek ledwie się poruszał, nakoniec mały wietrzyk zapędził go na wysepkę, przy której się wstrzymał. Kompanja jedna wykomenderowana została w celu jak można zatrzymania tej piekielnej maszyny, i kilkunastu żołnierzy udało się ochoczo w wodę i gdy już na ową wyspę wyleźli, linę do statku tego przywiązawszy, silnie go do tej wyspy przymocowali, a po czynie tak odważnym spiesznie do lądu powrócili. W kwadrans czasu po przymocowaniu go, ogień doszedł do prochu i statek ten z wielkim hukiem rozerwał się. Jenerał gubernator przez chlubny dla nas rozkaz dzienny wdzięczność nam swoją okazał, a tym żołnierzom odważnym pieniężne nagrody rozdać polecił.
W kilku dniach po tym wypadku usłyszeliśmy dalekie, bo o 10 mil odległe mocne armatnie strzelanie, które z batalji pod Lutzen pochodziło; a w 48 godzin później ujrzeliśmy kawalerją od strony Lipska jadącą, na czele której jenerał Sebastjani, głównie nami w kompanji Hiszpańskiej dowodzący, do mostu przez nas obronionego przybył i z wyborowemi karabinami gwardji most przeszedł na Prusaków, Wittenberg od strony Berlina oblegających, uderzył. Nieprzyjaciele lubo pobici, jednakże w dobrym jeszcze porządku do miasta Beltzig zrejterowali się. Rozpoczął się też i dowóz żywności do twierdzy przez cztery miesiące ściśle zamkniętej.
Francuzi wygrawszy batalję pod miastem Lutzen, aż pod miasto Bautzen posunęli się, gdzie po stoczonej batalji zawieszenie broni podpisane zostało. W tym to czasie przybył cesarz Napoleon do Wittenberga: a że z fortecy Szpandau po kapitulacji onej, przybyła do nas znaczna liczba Polaków, tak do na-

s.105

szej dywizji jak i do legji Nadwiślańskiej należąca, cesarz Napoleon na błoniach przy rzece Elbie formując różne półki i z naszych trzech 4, 7, 9 sformować rozkazał jeden N.4, niemniej komenderować nim półkownikowi Cichockiemu z fortecy Szpandau przybyłemu polecił. Do tego świeżo sformowanego półku, przeznaczony zostałem już nie jako adjutant kapitan-major, ale jako kapitan z kompanją. W dni kilka czasu odebrał półk rozkaz maszerowania do twierdzy pierwszego rzędu Magdeburga. Z wielkiem ukontentowaniem opuściliśmy ten pracowity dla nas garnizon i na noc do miasta Werlitz przybyliśmy.
Miasto to należy do księcia Dessau, jest tak piękne, jakiego w całych Niemczech nie ma; naprzód leży ono w położenia bardzo korzystnem: trudno tu jest rozpoznać, czy las składa miasto, czyli też miasto jest lasem, to omamienie czynią gustownie pobudowane w lesie pałace, świątynie, przy szerokich ulicach wspaniałe domy, mosty kamienne na przezroczystej wodzie, kaskady i ruiny. Pomiędzy temi wszystkiemi pięknościami celuje świątynia Wenery, słowem miasto czyli ogród Werlitz jest cudem piękności i letnią rezydencją książąt de Dessau.
Stąd przybyliśmy do rezydencjonalnego tychże książąt miasta Dessau. Jest ono niewielkie, lecz czystość w nim i regularnie, w prostych szerokich ulicach stawiane massiv domy przewyższają wszystkie miasta Saksonji. I tak dalej maszerując na małe miasta, do królestwa ówczasowego Westfalji należące, do znakomitej twierdzy Magdeburga przybyliśmy. Rzadko da się widzieć, ażeby tak wielka forteca miała w sobie tak obszerne i piękne miasto; jest ono po trzykroć wodą oblane. Rzeka Elba dzieli się tu na dwie odnogi, a każda z nich po trzykroć wały oblewa, w środku zaś tych odnóg na wyspie wielkiemi baterjami obwarowanej, stoi cytadella grubemi murami opasana, w środku niej są znaczne magazyny i składy prochowe, nadto jest tu kościół katolicki w roku 1780 zupełnie ukończony. Gubernatorem tej tu fortecy był podówczas jenerał dywizji adjutant cesarski le Marona: pełniliśmy tu służbę garnizonową przez ciąg sześciu niedziel; nie będąc blokowanemi, a to przez czas trwania armistycja. Nakoniec dnia 15 sierpnia 1813 roku rozkazano nam napowrót do Wittenberga maszerować; tym samym traktem idąc, w dniu 20 sierpnia 1813 roku do twierdzy przez nas bronionej wróciliśmy. Wkrótce nadeszła tu dywizja jenerała Dąbrowskiego, pod którego komendę i półk nasz oddano.

s.106

Wojska tak nasze jak i nieprzyjacielskie zbierały się w blizkości miasta Berlina i Wittenberga. Jenerał Dąbrowski wysłał naprzód brygadę jenerała Krukowieckiego, do miasta Beltzig i naszemu bataljonowi rozkazał złączyć się z tymże. Kapitan Biliński jednym numerem starszy odemnie, komenderował podówczas bataljonem; wyruszyliśmy w drogę, przewodnik prowadził nas dobrze, bo stosownie do rozkazu do miasta Beltzig. Ja jako więcej obeznany z tutejszemi drogami, perswadowałem Bilińskiemu, że musi być jakaś pomyłka, bo miasto Beltzig leży na pół drogi z Wittenberga do Berlina i że to jest rzeczą niepodobną, aby jenerał Krukowiecki z jedną tylko brygadą tak daleko się naprzód posunął. Odczytaliśmy powtórnie wydany nam rozkaz, w którym rzeczywiście do Beltzig maszerować nam kazano, uszliśmy już mil kilka z tą tylko ostrożnością, że awangarda nasza miała broń nabitą; około jedenastej w nocy, dochodząc do wioski po przewodnika udał się konno porucznik Rokitnicki, którego kozacy zaraz w opłotkach złapali, a "maszyną de kandziug", tak bowiem Francuzi bat kozacki nazywali, zmusili go do powiedzenia prawdy, że nie armja lecz tylko jeden bataljon piechoty naprzód postępuje. Śmiało tedy na nas podczas ciemnej nocy hurmem się rzucili; awangarda sypiąc do nich ognia, dała nam tyle czasu, żeśmy mogli czworobok sformować i nim to całą noc bijąc się rejterowaliśmy. Nakoniec nad rankiem ze stratą tak w zabitych, rannych, jak i w niewolę zebranych, pomiędzy którymi był kapitan Babski i porucznik Rokitnicki napowrót do forpocztów francuzkich powróciliśmy. Zbliżywszy się do dywizji jenerała Dąbrowskiego, ten nie wchodząc w przyczynę całonocnej bitwy, z największym gniewem oświadczył kapitanowi Bilińskiemu, że za niezrozumienie rozkazu i zaalarmowanie armji całej rozstrzelanym zostanie. Biliński nic więcej nad rozkaz piśmienny nie miał i gdy go szefowi okazał przekonano się z mapy, że piszący zamiast napisać: "ma się udać do miasta Biltzig", napisał do miasta Beltzig. Pierwsze leży o półtory godziny drogi od Wittenberga, a drugie o mil sześć na trakcie do Berlina. Jenerał Dąbrowski, po przekonaniu się o niewinności Bilińskiego, od kary go zwolnił, a całą winę swemu szefowi sztabu przypisał. My zaś oficerowie przez pomyłkę jednej litery, utraciliśmy prócz kilku kolegów i kilkudziesiąt żołnierzy, znaczną część naszych bagaży.
Za złączeniem się z brygadą jenerała Krukowieckiego wykomenderowany zostałem z dwoma kompanjami piechoty, celem

s.107

udania się do miasta Guterberg; w assekuracji mojej maszerował szwadron kawalerji polskiej pod komendą szefa szwadronu Łagowskiego będący. Miałem sobie polecone, abym, jeżeli zastanę jaką załogę i to niewielką, takową starał się z miasta wypędzić, militarnie się w mieście obsadzić i wszelką żywność zabrać, później wozami do brygady ją odsyłać. Przymaszerowaliśmy pod Guterberg, o godzinie 9-tej z rana, kawalerja uszykowała się na wzgórzu, a ja zająłem miasto tylko co przez Prusaków opuszczone. Miasto Guterberg jest murem opasane, w którym trzy bramy egzystują, rozprowadziłem sam warty, a widząc, że u bram są duże zamki, poleciłem oficerom, że skoro odbiorą rozkaz cofania się, ażeby bramy zamknęli i klucze od nich z sobą zabrali. Podoficera zaś jednego posłałem na wieżę w ratuszu będącą, celem obserwowania poruszeń nieprzyjacielskich. Gdy to rozporządzenie ułatwione zostało, rozpocząłem żywność z różnych domów zabierać i śpiesznie do swego korpusu odsyłać. O godzinie 3-ej z południa dał mnie podoficer z wieży znak, że liczne kolumny nieprzyjacielskiej kawalerji pod miasto się zbliżają, wyruszyłem natychmiast z miasta i udałem się z kompanjami memi w stronę kawalerji swojej i tam rozkazałem oficerom przy bramach będącym rejterować się. Skoro się tylko ze mną złączyli, rozpocząłem ogólną, wraz ze szwadronem kawalerji rejteradę. Prusacy, nie mogąc się tak prędko do miasta dostać, okrążać go koniecznie musieli, profitowałem przez to na czasie i prawie truchtem wraz z hułanami biegłem; lecz to wszystko było za mało, bo już kawalerja pruska na równe pole wyjeżdżała, rozkazałem wówczas sformować z swoich kompanij czworobok, a szwadron Łagowskiego starał się ile możności zasłaniać go. Lecz sześć szwadronów pruskich kłusem na nas awansować poczęło, wtenczas to z nadstawionemi lancami jeden tylko szwadron polski na sześćkroć liczniejszego nieprzyjaciela uderzył i męztwem go swojem o staj kilka drogi odpędził. Ja zaś, nie tracąc czasu ani momentu, ciągle się w porządku trzymałem; nakoniec przyszła i na mnie kolej bronić się całemu półkowi kawalerji, który pędem swoim rozbić czworobok mój zamyślał, brakło mu tylko męztwa do dopięcia zamiaru; bo po rozpoczęciu przez nas dwuszeregowego ognia, haniebnie uciekać zaczął, a ja znowu rejterować się poczęłem. Nieprzyjaciel całą swą siłą na szwadron polski uderzył, a lubo kapitan Dunin Seweryn ze swym plutonem cudów waleczności dokazywał, jednakże siłą przemogli go, znaczną liczbę żołnierzy wy-

s.108

kłuli i przeszło 4-ch w niewolę zabrali. Kiedy się powtórnie na mnie szykować poczęli, z poza góry słyszeć się dały armatnie strzelania, przez jenerała Krukowieckiego na nieprzyjaciela wymierzone. Massa tej kawalerji zmieniła kierunek a przez to dozwoliła mi złączyć się ze swemi; nim jednak połączenie to nastąpiło, schodząc z góry dostrzegłem, że w małym wąwozie Prusacy zabranych w niewolę hułanów ze wszystkiego, obdzierają, z czworoboku kazałem sformować koło i tak z nadstawionym bagnetem na nich uderzyłem, gdzie bez wystrzału 14-tu konnych Prusaków zabrałem, nadto prawie wszystkich Polaków przed chwilą w niewolę zebranych odbiłem. Utarczka z jenerałem Krukowieckim trwała przez kilka godzin, w którym to czasie kawalerja pruska, goniąc naszą, w opłotki wsi wpadła i tam przez kompanją woltyżerów kapitana Śmigielskiego w tychże na zasadzce będącego, bardzo wielu w zabitych i rannych straciła. Samym już wieczorem Prusacy cofnęli się do miasta Guterberg, a my dowiedziawszy się, że wielka połączona armja tam na noc przybywa, napowrót do Wittenberga wróciliśmy. Na trzeci dzień po tej tu rozprawie, rozpoczęła się pod miastem Guterberg wielka batalja, gdzie armja francuzka przez Prusaków i Szwedów na głowę pobitą została, i odtąd to ciągle nieszczęścia tej armji towarzyszyły. Półkownik Cichocki, mając sobie przez dowódzcę bataljonu, szefa Młokosiewicza, o mojej szczególnej rejteradzie z pod Guttberga doniesionem, nie tylko przez chlubny rozkaz dzienny wdzięczność mi swoją okazał, ale nadto jako czyn nadzwyczajny w stanie mej służby umieścić polecił.
Napoleon, przed wydaniem walnej bitwy, wszystkie mosty na rzece Elbie w mocy swojej posiadał, prócz jednego przez Szwedów pod miastem Dessau postawionego, chcąc i tę kommunikację przeciąć, wysłał korpus nasz, do niego przyłączywszy, pod komendą jenerała Sebastjaniego, prawym brzegiem Elby i rozkazał miasto Dessau koniecznie zdobyć i most tam postawiony do szczętu spalić.
Przed tak znacznym korpusem, Szwedzi wraz z Prusakami spiesznie uchodzić musieli, my też do miasta Dessau przybywszy, most na łyżwach świeżo postawiony spaliwszy, natychmiast odwrotnym marszem pod Wittenbergiem na lewy brzeg Elby dostaliśmy się. Za złączeniem się półku naszego z dywizją jenerała Dąbrowskiego, rozpoczęliśmy manewrować, nieprzyjaciół drażnić, to pod miastem Buterfeld, to pod Hallą, nakoniec udaliśmy się w stronę Lipska, do małego miasteczka Diben, a sko-

s.109

rośmy je tylko minęli, z prawej strony traktu pokazały nam się liczne kolumny nieprzyjacielskie, lecz w dniu tym zaatakowani nie byliśmy i z armją francuzka złączyliśmy się.
Na pięknych i obszernych równinach pod miastem Lipskiem, następnego dnia przybycia tu naszego, to jest dnia 16 października 1813 roku, skoro tylko świtać zaczęło, rozpoczęła się tu wielka batalja od wieków w narodach niepamiętna, bo przeszło 500,000 ludzi, Francuzów, Rossjan, Autryjakow, Szwedów, Prusaków, Polaków i Sasów można tu tylko widzieć z zawziętością bijących się. Huk z przeszło tysiąca sztuk armat ciągle tu czynnych trząsł ziemią, jak liściem już trupami pokrytą i krwią ludzką zroszoną, a liczne wioski w około miasta pozapalane, przerażający widok czyniły. Krzyki zaś różnemi językami zebranych tu narodów, drugie stawianie wieży Babel wystawiały.
Wtem dywizja dragonów austryjackich przeciwko nam postępować zaczęła, lecz czy dla zbyt mocnych czworoboków, czyli też dla innych jakich powodów, na nas nie uderzyła i w stronę armji francuzkiej kierunek swój wzięła. Skoro znikli nam z oczu Austryjacy, rozkazano nam zając wieś Gohlis, na lewo traktu głównego leżącą; dosyć szczęśliwie wygnawszy nieprzyjaciół i zabrawszy im kilka sztuk armat, zajęliśmy ją,; lecz w tym samym czasie liczne ukryte za wsią kolumny strzelców rossyjskich, biegiem na nas awansować poczęły, a lubo rzęsistym ogniem przyjęliśmy ich, jednakże przed tak znaczną siłą uchodzić zostaliśmy zmuszeni. W tem to cofaniu, prócz straty kilku oficerów i znacznej liczby żołnierzy, mocno ranny został szef naszego bataljonu Młokosiewicz. Skorośmy tylko ze wsi na równe pole wyszli, polecono nam na nowo się sformować i naprzód zaawansować, w tem tu posuwaniu się, dowódzca nasz półkownik Cichocki, przestrzelony przez twarz kulą karabinową, na pobojowisko z konia zleciał.
Porucznik Brychczyński i lekarz bataljonu Kęcki półkownika z placu boju do Lipska zawieźli, skąd pierwsza żona jego, dziś za półkownikiem Abramowiczem będąca, za wiedzą teraźniejszego swego męża, rannego w karecie swojej z Lipska do Francji uwiozła. My zaś, bijąc się aż do ciemnej nocy, zawsze w jednej i tej samej pozycji zostawaliśmy. Nad rankiem dnia 17 października 1813 roku po dwugodzinnym morderczym boju, rozkazano nam cofnąć się do wsi Pfaffendorf, a nakoniec aż do bramy tak zwanej Halską i militarnie rozlokować się w ogrodzie po za małym strumykiem będącym. Podpułkownik Dobro-

s.110

gojski, objąwszy półk nasz w komendę, rozkazał mnie i kapitanowi Paszkowskiemu, ażebyśmy z kompanjami naszemi militarnie zajęli dwa domy przy samej bramie i małym moście będące. Obsadziliśmy te domy żołnierzami po piętrach i takeśmy przez cały dzień 17-ty niebijąc się stali; dnia zaś 18 października 1813 r. o godzinie 2-ej z południa sześć kolumn Rossjan z korpusu jenerała rossyjskiego Sakena, wraz z liczną artyllerją z lasu pod bramę posuwać się poczęły, które kulami dużego kalibru do nas strzelając, bramę zabrać i odwrotu armji francuzkiej niedozwólić zamyślali. Lecz skoro się już na wystrzał karabinowy do nas zbliżyli i strzelcy z drągami żelaznemi pod bramę się już przyczołgali, wtenczas to ze wszystkich okien, poddaszów, jak niemniej i półki polskie 2-gi, nasz 4-ty i 14-ty piechoty linjowej w ogrodzie po za wodą stojące, rzęsiście do tych kolumn strzelać poczęli, przez co wyłamać bramy nie mogli i z bardzo znaczną stratą napowrót cofać się poczęli. Jenerał Dąbrowski, profitując z ich cofania się, rozkazał bramę szybko otworzyć i podpółkownikowi Szwerynówi dówódzcy konnej artyllerji za niemi goniąc, kartaczami strzelać. Lasek tylko pod wioską będący zasłonił nieprzyjaciół od zupełnej zguby, zawsze z wielką ich stratą, tu poległ rossyjski jenerał Niewierowski, w dniu tym już nas więcej nie atakowano. Gdyby się było udało stronie przeciwnej wziąć bramę przez nas strzeżoną, byliby jeszcze w dniu 18-m tył zaszli armji francuzkiej, a może i do poddania się zmusili. Lubo z największą dla nas chlubą utrzymaliśmy powierzoną nam pozycję, jednakże tyleśmy przez to osłabli, że dłużej jej bronić niebylibyśmy już w stanie. Noc z 18-go na 19 była jedna z najokropniejszych, bowiem więcej w niej nie było słychać, jak tylko piskliwe trąby i niestrojne bębny, ogłaszające nieszczęśliwą rejteradę. Rano dnia 19-go przybył nam w pomoc jenerał Lariston ze szczątkami swojego korpusu, któremu zlecił jenerał Dąbrowski, aby swem wojskiem obsadził pozycję przez nas dotąd bronioną, Lariston począł perswadować, że nie będzie w stanie z tak małą liczbą wojska pozycji tej utrzymać, lecz jenerał Dąbrowski niezważając na tę perswazją, zakomenderował: korpus na ramię broń i ogrodami rejteradę rozpoczął. Kiedyśmy już wyszli na ulicę prowadzącą do mostu na rzece Elster będącego, ujrzeliśmy tu powtórną Berezyny rejteradę. Wojska francuzkie cisnęły się bez porządku do mostu, przed którym tysiące rannych kończyło życie a armaty, wozy ammunicyjne powywracane formowały góry

s.111

nieprzebyte. Dywizja nasza, widząc niemożność dostania się do mostu, dla natłoku już bezbronnych żołnierzy, zmuszoną została kolbami takowych rozpychać i drogę sobie tem torować. Nakoniec przecie o godzinie 9-ej z rana dostaliśmy się na drugi brzeg rzeki Elster. Maszerując ku miastu Lutzen, po wysadzeniu mostu w powietrze, dowiedzieliśmy się, że książe Poniatowski naczelny wódz wojska Polskiego, marszałek państwa francuzkiego, ugodzony będąc po dwakroć kulami karabinowemi, chcąc jeszcze konno rzekę Elster przepłynąć, w nurtach jej życia dokonał.
Smutek ogarnął nas niesłychany, a lubo mieliśmy słuszny powód żalenia się na niego, jednakże łzy rzewne po nim roniliśmy. Idąc do miasta Sax-Gota z Lutzen, po lewej stronie traktu przy rowie szosowym jest nagrobek skromny lecz pamiętny ze zwycięztwa odniesionego tu przez Szwedów nad Austryjakami; zwycięstwo to przypłacił życiem tak król szwedzki Gustaw Adolf jak i pobity głównie komenderujący ze strony Austrii jenerał Papenheim. Kamień śpiczasty czterema gałązkami obwiedziony jest miejscem, w którem Gustaw Adolf ducha wyzionął,,na tym kamieniu nic więcej jak rok 1612 jest wyrytym.
W czasie lipskiej batalji, Bawary zadeklarowały się walczyć łącznie z monarchami sprzymierzonymi przeciw Francji, w skutek tego, amunicji do nas z Francji idącej nie przepuścili, i to było główną przyczyną rejterowania się naszego. Za przybyciem do miasta Wajsenfeld po nad rzeką Salą, ujrzeliśmy góry nad miastem dominujące a tem bardziej most, który nam przebyć koniecznie potrzeba było, obsadzone licznem wojskiem nieprzyjacielskiem: a tak znów na nowo bić się potrzeba było. Nie szło już o to, aby nieprzyjaciół zwyciężyć, ale o to, żeby sobie drogę do Francji otworzyć. Gwardje stare z nadstawionym bagnetem, nie zważając na plutonowe z gór strzelanie, śmiało naprzód postępowały i po zajęciu pałacu Augustenburg zwanego nieprzyjaciół do cofania się zmusiły, a tem samem przejścia przez rzekę Salę armji swej dozwolili. Ledwie żeśmy jedno przejście ułatwili, aż oto i drugie daleko znaczniejsze okazało się pod miastem Hanau. Już blizko Frankfurtu na Menem zaszedł nam drogę jenerał Wredne z korpusem bawarskim do trzydziestu tysięcy wojska pod okiem francuzkiem wyćwiczonego liczącym. Zaraz rozpoczęli się bić Francuzi z Bawarami, lecz, dla nocy nadchodzącej, ani się naprzód, ani też w tył z lasu nie cofnęli. Nad rankiem sam Napoleon, dobywszy swej szpady z wojskiem jeszcze mu

s.112

pozostałem balalją rozpoczął, w której już nie męztwo Francuzów, lecz tylko rozpacz, szczególnie starej gwardji, do zwycięztwa wiodła; bo lubo korpus bawarski świeży i był nierównie silniejszym i w ammunicją zaopatrzony, jednak pobitym tu został; bo tak w lesie jak i w fossach miasta Hanau do dwunastu tysięcy Bawarów Francuzi trupem położyli, przez co dalszą drogę sobie do Francji zabezpieczyli. W czasie tej batalji półk nasz odebrał rozkaz po prawej stronie rzeki Menu do miasta Frankfurtu maszerować a to w assekuracji skarbu cesarskiego. Szczęśliwieśmy go tu doprowadzili a stojąc noc całą na placu Rosmarkt, kazano nam nocne patrole wysyłać i spokojność miastu zabezpieczać. W nagrodę czego prezydent miasta już nad rankiem nas wszystkich oficerów suto utraktował a żołnierzom żywność i wina podostatkiem rozdać zalecił. Jak to zwykle żołnierz czyni, byle był syt, w godzinę po batalji już o niej nie pamięta, tak też i my tą razą zapomniawszy o trudach i biedzie, ochoczo wypróżnialiśmy butelki Sztajn-Wajnem napełnione, tak dalece, że przy wymarszu z Frankfurtu, nie jeden z ciężką głową do Moguncji iść musiał. Zaledwie uszliśmy mil dwie drogi, aż tu znów trudna przeprawa czekała nas. Most kamienny, przy małem miasteczku, na rzece ważkiej, lecz bystrej będący, Bawarczykowie zrujnowali, który nim zreperowano musieliśmy tu godzin dwadzieścia i cztery czekać. Nakoniec przecie po przebyciu tej ostatniej przeprawy do wielkiej fortecy Moguncji już do Francji należącej przybyliśmy. Dozwolono nam tu dni kilka wypoczywać, lecz ten odpoczynek był dla nas największym ciężarem z powodu, że prócz licznego garnizonu, dla całej armji kwatery dawać tu musiano; nakoniec, gdy tych zabrakło, na gołym bruku bez żywności, nawet i ognia półki leżeć musiały i nasz podobnemu wypadkowi uległ. Dopiero na trzeci dzień żywność rozdano i nam oficerom żołd za miesiąc jeden zapłacono.
Zaraz po Lipskiej batalii, podał jenerał Dąbrowski oficerów w bitwie odznaczających się do krzyżów legji honorowej, na liście podanych ja znów zamieszczony byłem, lecz będąc już tylokrotnie przez różnych jenerałów do takowej ozdoby przedstawianym i teraz nie miałem nadziei uzyskania onej; mylnie tą razą sądziłem, bo cesarz Napoleon na dniu 23 października 1813 roku patent na krzyż legji honorowej dla mnie podpisał a dopiero w Moguncji dnia 2-go listopada doręczonym mnie został. Dnia 4-go listopada 1813 r. wszystkie polskie półki do Moguncji przybyłe, odebrały rozkaz maszerowania do miasta Sedan. Lubo kilka-

s.113

naście rozmaitej broni półków do Sedan przybyło, jednakże więcej nad dwanaście tysięcy nas nie liczono.
Jenerał Dąbrowski, chcąc uczcić zgon ś.p. naczelnego wodza wojsk polskich, księcia Józefa Poniatowskiego, wielki ceremonjalny pogrzeb odbyć tu postanowił. Wybrano do tego kościół przy obszernym placu będący, który czarnem suknem całkiem wewnątrz wybity został, na którem to suknie białemi literami wypisane były bitwy przez ś. p. księcia Poniatowskiego odbyte, W środku kościoła słał katafalk w różne rynsztunki wojskowe przyozdobiony i niezliczonem mnóstwem świateł obstawiony. Po solennem nabożeństwie miał mowę, na pochwałę tak prywatnego życia jak i zawodu wojskowego, półkownik Morawski, po skończeniu której, cały garnizon przed jenerałem Dąbrowskim przedefilował.
Kiedy wojska sprzymierzone rzekę Ren przechodzić zaczęły, wtenczas przybył do nas z Paryża jenerał-adjutant cesarski Flau i w moment swego tu przybycia organizację w wojsku naszem rozpoczął. Na polach Sedańskich dnia 1 stycznia 1814 r. uszykowały się półki polskie do organizacji, gdzie najprzód zformowano kilka półków kawalerji, stosowną artyllerję, nakoniec z wszystkich półków piechoty sformowano jeden pod nazwą Nadwiślański. Półk ten dostał w komendę świeżo awansowany z podpółkownika na półkownika, baron Michał Kosiński. Przy tej organizacji było oniemal tylu oficerów ilu żołnierzy; organizator rozpoczął wybieraćoficerów, z pomiędzy oficerów, gdzie i mnie do półku Nadwiślańskiego przeznaczył. Skoro tylko ta organizacja uzupełnioną została, rozkazano półkowi nadwiślańskiemu maszerować do miasta Compiegne, letniej rezydencji królów francuzkich; zaledwięśmy tu stanęli, nadszedł zaraz rozkaz, abyśmy się udali do miasta i fortecy Soissons. Rozpoczęliśmy tu służbę bardzo trudną, nie mając ani dostatku amunicji ani też armat nieodzownie tu potrzebnych. W takiem położeniu rzeczy gubernator tej twierdzy jenerał Moreau, zarekwirował o nie do arsenału paryzkiego; nadesłano nam wprawdzie kilkadziesiąt sztuk armat i do nich amunicji, lecz cóż kiedy do połowy tych kule nie były kalibrowe, nadto nie było artylerzystów, którzyby z nich strzelać mogli; widząc stąd oczywistą już zdradę, jednakże obsadziliśmy kompanjami bramy i tak oczekiwaliśmy na przybycie nieprzyjaciół.
Napoleon po batalii pod Chateau-Thiery zmusił korpus pruski pod dowództwem jenerała Bluchera będący, do spiesznego cofania się po nad rzekę Aisne, a że na niej już innego mostu nie było, jak tylko w Soissons, przeto party przez armję francuzką

s.114

pod fossy twierdzy przez nas bronionej, w południową porę przybył, a wiedząc, że tylko ośmset Polaków broni tej fortecy, szturm do niej przypuścić rozkazał: lecz gdy Prusacy zwolna takowy przypuszczali, ten przez wycieczkę przez nas uczynioną z dużą ich stratą odpartym został. Przez całą następną noc parlamentarze pruscy do jenerała Moreau jeździli i to wyjednali, iż nad samym rankiem, wtenczas właśnie, kiedyśmy już ze strony francuzkiej armatnie strzały słyszeli, gubernator nasz, nie zebrawszy poprzednio, jak się to dzieje zwykle, kommisji wojskowej, kapitulacją z warunkami zapewne dla siebie dogodnemi podpisał i bramę mocno warowną otworzyć spiesznie polecił. Skoro to nastąpiło, armja pruska wraz z Rossjanami czwałem do mostu biegła, przeszła go i nie oparła się aż na mocnych pozycjach pod miastem Laon. Półk zaś nasz, stosownie do zawartej kapitulacji z bronią w ręku i armatami odprowadzonym został przez półk Baszkirów o milę drogi na trakt do miasta Compiegne, a w kilka godzin po naszym wymarszu Napoleon z armją swoją tam przybył i zaraz wysłał oficera sztabowego w pogoń za jenerałem Moreau, ten go w Compiegne dognawszy, tak jego jak i naszego półkownika Kosińskiego zaaresztował i pod ekskortą do Paryża pod sąd odesłał, półkowi zaś naszemu przysłano polecenie, aby natychmiast z Compiegne do Soissons powracał. Noc całą maszerując, nad rankiem z wielką armją złączyliśmy się, która spiesznie w pogoń za armją pruską pod miasto Laon dążyła. Gdyby kapitan Kawecki, w bramie tej, którą przez zdradę gubernator otworzyć rozkazał, z kompanjami swemi tam stojący, nie usłuchał na ten raz rozkazu zdrajcy gubernatora i bramy nie otworzył, bylibyśmy choć ze znaczną naszą stratą fortecy nie tak łatwo oddali a party Blucher przez znaczniejszą siłę Francuzów, nie mając żadnego mostu do przeprawy, w nurtach rzeki Aisne korpus by swój utracił. Napoleon, nie mogąc spędzić nieprzyjaciół z pozycji przez nich zajętych, z dużą stratą z pod miasta Laon do Soissons powrócił. Wiedząc dobrze, że nie z winy naszej forteca wziętą została, 18-cie krzyżów legji honorowej na półk nasz przeznaczył i do starej swej gwardji przyłączyć nas kazał. Zaraz po wydaniu tej dyspozycji pomaszerowaliśmy do miasta Reims, a że nieprzyjaciel wziął w głąb Francji swój kierunek, przeto znów nazad ruszyliśmy aż do miasta Chalons. Wówczas to armja główna nieprzyjaciół sprzymierzonych pod wodzą rossyjskiego marszałka Barclay de Tolly zostająca, pokazała się pod miastem Ar-sur-Aube: kolumnami przeciwko niej spiesznie po za rzekę postępowaliśmy, w po

s.115

łudniową parę dnia 21 marca 1814 roku rozpoczęła się na pozór wielka batalja. Kawalerja z wszystkich armij sprzymierzonych, w całej swej massie uderzyła na kawalerją francuzką, pomiędzy którą była gwardja hrabi Wincentego Krasińskiego. Po znacznej utarczce, gdy ujrzeli mocne czworoboki piechoty, przy których stał sam cesarz Napoleon, spiesznie się cofnęli; skoro do pozycji swych dobiegli, wówczas rozpoczęła się tylko rzęsista kanonada, która przez godzin kilka nieustannie trwała. W dniu tym wielce nam była użyteczna artyllerja marynarki francuzkiej. Półk nasz, mający na czele podpółkownika Muchowskiego stał w czworoboku, obok mając samego cesarza Napoleona, a choć razu jednego ognia z ręcznej broni nie dał, jednakże kilku oficerów w zabitych, kilku rannych, pomiędzy którymi był podpółkownik Skrzynecki i blizko stu żołnierzy stracił. Nad wieczorem rozkazano nam odebrać nieprzyjaciołom wieś Torsi, której po trzykroć przez kilka godzin czasu Francuzi zdobyć nie mogli, wówczas to mając na czele walecznego podpółkownika Muchowskiego, każdy kapitan ze swoją kompanją przez płoty dążył, a kiedyśmy już prawie do środka doszli a noc nam do tego pomogła, rozpoczęliśmy krzyczeć hura! Dywizja niemiecka, stojąc na małym placu wsi tejże, słysząc wołanie nasze, sądziła, że Rossjanie z drugiej strony do wsi wchodzą, przez co strzelać na nas zupełnie przestała, wołając halt! halt! wir sind ja Freunde, my też ich jako najszczerszych swych przyjaciół bagnetami i kolbami traktować poczęli, tak dalece, że nim się zreflektować zdążyli połowę dywizji tej już trupem usłaliśmy, reszta niedobitków w największym nieładzie cofać się poczęła, za którą śpiesznie awansując, na ważną pozycję po za wieś Torsi dostaliśmy się. Dopiero wtenczas Francuzi za nami cisnąć się do wsi poczęli i już jej więcej nieprzyjaciołom wziąć nie dali. Nad rankiem cesarz Napoleon, zwiedzając pozycje, ujrzał półk nasz stojący w pogotowiu do boju, a wiedząc, że przez nas wieś wzięta szturmem była, przez co mosty na rzece obronione zostały, rozkazał podać sobie listę oficerów i żołnierzy, którzy przy wzięciu jej najmężniej walczyli i tym tak krzyże legji honorowej jak i zjednoczenia zaakordował. Kompanja moja była tak szczęśliwą, że nie tylko ja jako dowódca jej, ale i porucznik Brychczyński i podporucznik Niski ozdobieni krzyżami la Reunion (zjednoczenia) zostaliśmy.
Ozdobą ta ustanowioną została wówczas, kiedy Napoleon Hollandją wcielił do państwa francuzkiego, a w dniu 18 października 1811 roku w Amsterdanie na uposażenie Zjednoczenia

s.116

orderu, składającego się z trzech klass, wyznaczył cesarz Napoleon pięć kroć sto tysięcy franków rocznego dochodu, z nadzwyczajnych dochodów dóbr korony. Członków wielkiego tego krzyża więcej być nie mogło jak dwieście, komandorów tysiąc a kawalerów dziesięć tysięcy.
Dnia 22 marca 1814 roku znikł nam z oczu nieprzyjaciel z pod Ar-sur-Abe a pokazał swój front pod miastem St. Dizier, przeciw którego armja nasza kierunek swój wzięła; po przejściu śpiesznem rzeki Auby, uderzyła kawalerja nasza na korpus jenerała rossyjskiego Wincyngerode, który maskując swoją armję, lubo wiele tak ludzi jak i armat utracił, jednakże nad wieczorem ze swemi się połączył. Manewr to tylko był dobry ze strony sprzymierzonych, bowiem jeden tylko korpus zatrudniał przez cały dzień armję Napoleona a reszta wojska nieprzyjacielskiego prostą drogą do Paryża, stolicy Francji, udała się. Napoleon, spostrzegłszy się, dniem i nocą maszerować całej swej jeszcze pozostałej armji rozkazał, celem uprzedzenia nieprzyjaciół i dostania się wprzódy, niż oni do swojej stolicy.
Szybkością strzały przeszliśmy miasto Troyes de Champagne i bez żadnego spoczynku przybyliśmy do miasta i letniej rezydencji cesarza Fontainebleau, stąd posunęliśmy się jeszcze o mil sześć ku Paryżowi. Lecz tą razą ani śpieszne marsze, ani polecenia gubernatorowi Paryża, marszałkowi Marmont, bronienia choćby ostatnim żołnierzem stolicy, na nic się nie przydały; monarchowie sprzymierzeni z gwardjami swemi, to jest rossyjską, austrjacką i pruską weszli do Paryża.
Skoro się dowiedział jenerał hrabia Krasiński, że stolica Francji już jest przez wojska sprzymierzone zajętą i że żadnego ratunku Napoleonowi dać już Polacy nie są w stanie, polecił nam wszystkim, tu przy armji francuzkiej zostającym, cofnąć się z pod Paryża pod Fontainebleau, i tu tylko jego rozkazów oczekiwać. W tym to właśnie czasie Napoleon rozpoczął traktować o pokój i jenerał Krasiński, chcąc profitować z ostatniej chwili panowania cesarza, polecił nam podać listę wakujących na wyższe stopnie oficerów. Niektórzy oficerowie byli tego zdania, iżby się wstrzymać z podaniem takowej aż półkownik Kosiński z zarzutu w Paryżu się usprawiedliwi i sam jenerałowi takową przedstawi. Nie było tu czasu namyślać się, wszystkie inne półki prócz naszego awanse zyskały a my z łaski deliberujących, w tych samych stopniach pozostać musieliśmy. Tu mnie minął stopień szefa bataljonu od dawna mi się należący.

s.117

Zamiast oczekiwanego pokoju lub przynajmniej zawieszenia broni abdykować obiedwie korony Napoleonowi polecono, które w przytomności wielu swych marszałków i jenerałów z obcych narodów w dniu 4 kwietnia 1814 r. abdykował.
Miasto Fontainebleau jest dosyć duże i pięknie zabudowane, w środku stoi przepyszny zamek, w którym władzcy Francji najczęściej w lecie rezydują. Pałac ten jest sławnym z różnych wypadków, bo najprzód królowa szwedzka Krystyna, mieszkając w tym gmachu, na sali zwanej Jelenią w przytomności wielu osób zamordować kazała swego koniuszego hrabiego Monaldeschi. Za panowania Napoleona i z rozkazu jego więziony był tu papież i w tym to samym pałacu, on, władzca prawie całej Europy, Napoleon Wielki, jakby za karę z niebios mu zesłaną, korony abdykować musiał. W tym to samym dniu wysłał jenerał Krasiński jednego ze swych sztabsoficerów, podpółkownika Zielonkę, do Paryża, celem wyjednania u najjaśniejszego Cesarza Aleksandra I-go, amnestji dla całego korpusu Polskiego we Francji podówczas znajdującego się. Wspaniałomyślny ten monarcha nie tylko, że nam takową udzielić raczył, ale nadto z bronią i armatami pod Paryż przymaszerować polecił. Za nim wymarsz nasz z pod Fontainebleau nastąpił, z boleścią serca naszego patrzeliśmy na tragiczne rozstanie się z armją swoją wielkiego Napoleona. Całował on w przytomności przywiązanych do siebie grenadjerów orły cesarskie, które mu przez lat blizko trzydzieści drogę do zwycięstwa torowały. Nakoniec wybierał się do miejsca swego przeznaczenia, na wyspę Elbę, a my wyruszywszy z Fontainebleau, wolnym pochodem idąc, w dniu 13 kwietnia 1814 roku pod Paryżem stanęliśmy. Rozkazano nam naprzód rószczki zielone na znak jedności po za kaszkiety zakładać, później do miasta Saint-Denis maszerować, skąd cały korpus polski mocny jeszcze do dwunastu tysięcy po wsiach i małych miasteczkach; rozkwaterowany został; ja odebrałem polecenie udania się z półbataljonem do wsi Clichy, o ćwierć mili drogi od Paryża, po nad rzeką Sekwaną leżącej.
Miasto Saint-Denis jest tylko o dwie godzin drogi od Paryżaodległe, samo w sobie jest piękne, we wszystko obfite i nadzwyczaj ludne; a w jednym ze wspaniałych tu kościołów są groby monarchów francuzkich. Korpus nasz dostał się pod szczególne rozkazy Jego Cesarzewiczowskiej Mości, Wielkiego księcia Rossji, Konstantego, który w moment objęcia go, polecił jak najmocniej władzom francuzkim, aby nam wszelką zaległą należy-

s.118

tość, bez najmniejszej zwłoki czasu, zapłacono. Skoro to nastąpiło, rozkazał nam, aby na pole pod St-Denis, w dniu 22 kwietnia 1814 r. do lustracji wystąpić. Pierwszy to raz przejeżdżał po przed szeregami polskiemi następca tronu Rossji, a do defilowania tak dokładnie komenderował, jak gdyby już oddawna nami dowodził.
Zanim się defilada rozpoczęła, rozkazał on zejść się do koła wszystkim oficerom polskim, do których miał mowę w języku francuzkim, o ile tylko spamiętać mogę następującą:
"Cesarz Aleksander a brat mój, polecił mi oświadczyć panom, że wszystko co dotąd zaszło puszczone jest w niepamięć, powrócenie do swej ojczyzny ze wszystkiemi przynależnemi honorami, z bronią w ręku i armatami, zabezpiecza wam dziś posiadane stopnie, płacę, honorowe dekoracje, słowem to wszystko co posiadacie. Zakończył temi słowy: że Cesarz a mój brat pokłada nadzieję, iż odtąd te dwa bratnie narody, jednym i nierozerwanym węzłem spojone na zawsze zostaną."
Później odebraliśmy rozkaz być gotowemi do rewji przez samego Cesarza Aleksandra I-go odbyć się mającej, a dnia 23 kwietnia 1814 r. na polach pod St-Denis stanęliśmy wszyscy w wielkiej paradzie, oczekując przybycia Monarchy Rossji. Przybył on konno z liczną świtą nie tylko z swoich jenerałów, ale i z różnych narodów złożoną. Przy objeździe szeregów, niemal każdego oficera łaskawym swym ukłonem witał.
Mnóstwo ludzi z Paryża przybyło w dzień ten do Saint-Denis, celem widzenia tak prędkiej zmiany losu naszego i podziwienia się nad wspaniałomyślnością, z jaką się obszedł z nami Cesarz Wszech Rossji, władzca podbitego kraju naszego.
Po tej rewji widziałem wjazd ceremonjalny księcia Berry do Paryża. Jechał on konno pomiędzy szeregami wojska, otoczony starcami przywiązanemu dotąd do domu Burbonów; prawie każdy z nich miał na sobie wstęgę św. Ludwika, której to już od lat trzydziestu nie widziano. Za przybyciem całej parady na plac Vendome, wstrzymał książę konia i przeszło kwadrans czasu patrzał na ten olbrzymi kolos, wykazujący tyloletnie ze sławą dla Francji zwycięztwa. Nakoniec zbliżył się do pałacu Tuileries, przed którym całe duchowieństwo, marszałkowie państwa i senat z uniesieniem jako prawego następcę tronu witali.
Kolos, na placu Vendome postawiony, jest z tysiąca dwóch set na polach bitwy nieprzyjaciołom Francji zabranych armat odlany. Postument jego jest czworoboczny, a w wypukłej na

s.119

nim rzeźbie, najwięcej widzieć się dają kaszkiety austryjackie i na nich litery Franz II. Na tym postumencie stoi słup okrągły brązowemi taflami w około obity, na tych to taflach w wypukłej rzeźbie dokładnie widzieć można jenerałów francuzkich na czele wojsk swych walczących i zwyciężających.
W środku tego kolosu jest 177 wygodnych schodów prowadzących do ganku żelaznego, z którego cały Paryż i jego okolice widzieć można. Na samym zaś wierzchołku po nad gankiem stał Napoleon kolosalnej wielkości z bronzu lany, laur dębowy na głowie mający.
Za wejściem wojska sprzymierzonego, publiczność la canaille zwana, chcąc okazać szczere swe do domu Burbónów przywiązanie, założyła wielkie łańcuchy i sznury na głowę, ręce i nogi Napoleonowi i tak go z wielką forsą na bruk ściągnęła.
Widziałem tu również wjazd ceremonjalny Ludwika XVIII. Zaraz od rana strzały armatnie ogłaszały pomyślną nowinę przybycia monarchy, a o godzinie 10-ej wyruszył z wioski w blizkości miasta St-Denis leżącej; jechał w karecie sześciokonnej, w tej samej, w której dawniej na uroczystości Napoleon jeździł. Obok niego siedział książę d'Artois z księżniczką Angouleme. Publiczność paryzka lubiąca jak dzieci małe częste zmiany, uszykowana po obu stronach traktu, na znak swej wielkiej radości, kapelusze w górę rzucała, wołając: "niech żyje król! niech żyją Burboni!"
Nakoniec dnia 55-go zamieszkania tu naszego odebraliśmy rozkaz powrotu do ojczyzny. Mając na czele jenerała Krasińskiego Wincentego, ostatni raz opuściliśmy Paryż dnia 7 czerwca 1814 r. W powrocie z Francji do Polski na dzień spoczynku przybyliśmy do miasta Nancy, które leży po nad rzeką Meurthe.
Całe księstwo Baru i Lotaryngji, król francuzki Ludwik XV, teściowi swemu królowi Leszczyńskiemu w dożywotnią posiadłość oddał; król ten, nieszczęśliwie w Polsce panujący, bogobojne i wielce przykładne życie tu prowadził, miasta Nancy i Luneville do wysokiego stopnia wzbogacił i wyrestaurował. Mnóstwo gmachów, kościołów, mostów w kraju tym kosztem swoim postawił, nauki wspierał, szkoły budował, nakoniec umarł ten monarcha przypadkową śmiercią w r. 1766. Jeszcześmy tu żyjących Francuzów znaleźli, którzy rzewnemi łzami zgon szczodrego króla opłakiwali, mówiąc nam, że ten filozof monar-

s.120

cha wszystkiemi swemi dochodami z biednemi się dzielił i w każdym ucisku ich wspierał.
Korpus nasz ochoczo odbył tu pogrzeb ceremonjalny ś. p. króla Stanisława Leszczyńskiego, a jenerał Sokolnicki kommendant wszystkich oficerów bez wojska do Polski powracających, odzyskał serce tego monarchy, a za przybyciem do Warszawy władzom je kraju polskiego złożył.
Stąd, maszerując dalej pod Fort-Loius, rzekę Ren przebyliśmy. Maszerując coraz dalej dnia 26 lipca 1814 r. do miasta Lipska weszliśmy. Po nad wieczorem udałem się z kilku kolegami do bramy Halskiej, przy której półk nasz, a szczególniej ja z kompanją w czasie batalji Lipskiej broniliśmy wejścia do niej; nie znalazłem tu juz żadnego śladu wojny, wszystkie domy w czasie boju uszkodzone, były już wyrestaurowane, a pola przed rokiem krwią ludzką zbroczone oschły i na nowo zazieleniały. Za powrotem do mego mieszkania, zastałem rozkaz jenerała Krasińskiego, którym polecał mi udanie się natychmiast do miasta Drezna, a to celem doręczenia ekspedycji księciu Repninowi jenerałowi wojsk rossyjskich, gubernatorowi wówczas całej Saksonji, niemniej wyjednania u niego 600 sztuk broni dla tych żołnierzy, którzy bez takowej do ojczyzny wracali. Dopełniając woli wyższej władzy, zaraz dnia następnego do Drezna udałem się, gdzie za doręczeniem wzwyż rzeczonemu księciu jenerała Krasińskiego ekspedycji, tenże dozwolił mi wybrać sobie z arsenału saskiego, tyle ile potrzeba nowej broni; nim mi jednak takową wydano, dni kilka czasu upłynęło, a że tu już było wszystko w największej spokojności, profitowałem przeto z czasu i to com jeszcze w Dreźnie nie widział oglądać poszedłem.
Naprzód pałac królewski, w którym, prócz mieszkania panującego tu króla, są umieszczone drogie skarby, w tak nazwanym sklepie zielonym; nazwisko to dane mu od sali, która przy urządzeniu tu skarbca, była zielono wymalowaną. Każdy z dawnych książąt saskich znaczne summy wydawał na pomnożenie dziś jednego z najbogatszych skarbców w świecie. Pomimo roczlicznych w tym skarbcu bogactw, cudownie ze złota powyrabianych rzeczy, najdroższe są kamienie następujące: wielki Onix przeszło sześć cali wysoki a cztery szeroki. Piękny czeski granat rzadkiej wielkości i wartości, zielony brylant sto sześćdziesiąt karatów ważący, na którego ceny nie ma położonej. Dwór wielkiego Mogoła mający w sobie mnóstwo figur ze złota, emalij, drogiemi kamieniami wysadzonych; dwór ten jest ar-

s.121

cydziełem sztuki jubilerskiej, nad którem kilku jubilerów przez ciąg lat siedmiu pracowało. Napatrzyłem się tu na emaljowane różne rzeczy, wyroby z drzewa hebanowego, kości słoniowej i t. d. wszystkie te bogactwa i piękności zajmują kilka sal obszernych. Zarządziciel tego tu skarbu ma polecenie wpuszczania tak cudzoziemców jak i krajowców nie więcej nad sześć osób i to za opłatą przez rząd postanowioną. W Nowem Mieście zwiedziłem gabinet starożytności w pałacu Japońskim będący; zajmuje on 10 wielkich sal, jedna z pomiędzy tych mieści w sobie same mumje egipskie i ta jest tylko pokazywaną za wyraźnem poleceniem dyrektora gmachu tego. Dziewięć zaś innych, od początku maja aż do końca września, w każdą środę i sobotę widzieć można. W tych salach umieszczone są staroświecką robotą bronzowe i alabastrowe historyczne osoby; pomiędzy niemi stoi porcelana japońska, przecudownemi malowidłami przyozdobiona, krajowa z fabryki Meissen mało co pierwszej ustępuje. Porcelana z fabryk francuzkich podarowana królowi Saskiemu przez Napoleona jest gustownie wypracowana, z pomiędzy niej celują szczególnie dwie wazy, na których wymalowane są wojska francuzkie i ich jenerałowie, marszałkowie najtrafniej oddani.
Kościołów ma Drezno 17 ewangelickich, a jeden katolicki: ten pięknie pobudowany jest po nad rzeką Elbą, a do niego familja królewska gankiem z placu wchodzi. Most kamienny już wyrestaurowany stoi na 17 arkadach, te są z przodu śpiczaste, a z tyłu okrągłe: ma on 355 stóp długości, a na piątym filarze od strony miasta starego postawiony jest krzyż mocno wyzłacany, pod nim na marmurze jest napis: "Joan. Georg II. Elect. aere fudit, Fryd. August Rex ornavit et lapide substruxit."
Po upakowaniu na wozy wydanej mi broni, traktem ku miastu Kotbus z Drezna wyjechałem. Miałem ja polecenie dopóty w Kotbus czekać, dopóki korpus nasz cały nie przybędzie. Trzeciego dnia mego tu przybycia przyjechał z rana jenerał Krasiński, za którym przemaszerowała jedna tylko kompanją woltyżerów, pod komendą kapitana Wolskiego zostająca i kilku konnych gwardzistów. Korpus zaś cały dla lepszej wygody po wsiach pobliskich miastu rozkwaterowany został.
W moment przybycia jenerała udałem się do niego z raportem, żem 600 sztuk broni zupełnie nowej w Dreźnie uzyskał i że takową w ratuszu miasta, aż do przybycia tu korpusu zło-

s.122

żyłem. Polecił wówczas jenerał Krasiński dać wartę z sześciu żołnierzy i jednego podoficera złożoną do pilnowania tejże; skoro to nastąpiło, idąc do mej kwatery, na placu miasta tego zastałem półk piechoty, pruskich szląskich landszturmów, w tym momencie do miasta przybyłej, który mieszkańcy tutejsi bez biletów do domów swych rozebrali i tam jako swych rodaków hojnie podejmowali. Szlązaki, popiwszy się niemiłem okiem patrzeć zaczęli na wojsko polskie do swej ojczyzny powracające, nasamprzód pojedyńczych żołnierzy, a następnie i sztabowych oficerów naszych z jenerałem tu przybyłych zaczepiać poczęli; później zebrała się ich cała banda, która nacierać zaczęła na wartę przezemnie postawioną. Roztropny tej straży podoficer, widząc przewyższającą liczbę pijanych Szlązaków, cofnął szyldwacha wewnątrz ratusza i drzwi żelazne za nim zamknąwszy, mocno zatarasował. Zbuntowane Szlązaki, widząc niemożność dostania się i zrujnowania broni w ratuszu leżącej, krzyczeć po ulicach poczęli: hausen die verfluchte Polen (bij tych przeklętych Polaków). -- Jenerał Krasiński, szłysząc wrzawę w ulicach miasta, wysłał swego adjutanta księcia Radziwiłła, celem dojścia powodu tak niesfornego hałasu. Tylko co się ten Prusakom pokazał, zaraz go obskoczyli i bagnetem rękę mu przebili; widząc to z okna jenerał, wypadł na ulicę w mundurze bez kapelusza, wołając, aby się Niemcy natychmiast rozeszli i spokojności nienaruszali. Rozjuszone pijaki nie zważając na perswazją jenerała, wszyscy się na niego porwali, a jeden z nich ciął go pałaszem w głowę tak silnie, że się zaledwo na nogach utrzymać mógł, byliby go zapewne rozsiekali, gdyby nie warta jego honorowa złożona z jednego podoficera i 12-tu woltyżerów, w pomoc nienadbiegła, rannego do sieni nie uniosła i w progu domu stanąwszy, sześćkroć liczniejszym Szlązakom przystępu nie dała, tak dalece, że jeden woltyżer odniósłszy już kilkadziesiąt ran, jednakże z progu domu jeneralskiego na krok nie odstąpił. W tem też i magistrat, przewidując złe skutki, z mocną wartą obywatelską do mieszkania jenerała nadbiegł i dalszym bezprawiom tamę położył.
Gwardzista zaś jeden konny, przy rozpoczęciu rozruchów wybiegł bramą jeszcze podówczas nie zamkniętą i całemu korpusowi o zaszłym w mieście buncie doniósł. Co do mnie stałem na kwaterze u piekarza w własnym jego domu; spokojny ten obywatel, widząc wszczęte rozruchy w mieście, polecił ludziom swoim mocno drzwi domu zamknąć i pod żadnym względem dopó-

s.123

ki się w mieście nie uspokoi, nikogo do niego nie wpuszczać, sam zaś udał się ze mną na galerją domu swego, skąd każde poruszenie w ulicach widzieć dokładnie mogliśmy. Patrzałem jak plutonami Prusacy bramy obsadzali, a oficerowie zamiast tamowania bezprawia jakie się tu działo, pootwierać kazali wozy ammunicyjne i ostre ładunki pijanemu żołnierstwu rozdawali. W takiem położeniu rzeczy nie mogłem inaczej sądzić, jak tylko, że półk ten landszturmów liczny do trzech tysięcy głów z wyższych rozkazów rewolucją tu wszczyna. Lecz rzecz inny obrót wzięta, bo właśnie wtenczas, kiedym był temi uwagami zajęty, spostrzegłem półki kawalerji naszej czwałem pod miasto pędzące, za któremi artyllerja i półk nasz piechoty pośpieszał. Skoro tylko półk konnej gwardji pod bramą stanął, zażądał przez parlamentarza, ażeby mu bramę otworzono, w przeciwnym razie groził armatniemi strzałami sam ją sobie otworzyć, komendant landszturmów wraz z radnemi miasta, widząc oczywistą swą zgubę na wjazd półkownika Kosińskiego i kilku lansynjerów dozwolił, którzy udawszy się do jenerała błagali go, aby dozwolił pomścić się na tym niesubordynowanym pruskim landszturmie. Nie chciał samowolnie jenerał mścić się nad motłochem zbierańców szlązkich, polecił tylko prezydentowi miasta spisać protokół z niesforności zbuntowanego półku, a półkownikowi ich na klęczkach błagającemu o darowanie winy, rozkazał jak najśpieszniej wraz z półkiem broń na dół bagnetami trzymając, za miasto uchodzić, a tak przecie po odbyciu tylu kampanij, trudów i znoju, i z tej napaści na samej już prawie granicy ojczyzny mojej szczęśliwie wyszedłem.
To jest rzeczą pewną, że gdyby nie forteca Głogowa, o trzy mile stąd nad rzeką Odrą leżąca , którą koniecznie dla mostu korpus nasz przechodzić musiał, byłaby kawalerja polska, powodowana zemstą, półk zbuntowany dognała i co do jednego wycięła. Jenerał Krasiński, przy załączeniu protokołu miasta Kotbus, z raportem wysłał swego sztaboficera tak do króla pruskiego jak i do Wielkiego Księcia Konstantego podówczas w Berlinie znajdującego się. Rezultat z tej niesforności wypadł następujący: większa część oficerów z półku tego landszturmów została destystutowaną, a najwinniejsi do fortec na lat kilka skazani. Z wielką ostrożnością przechodziliśmy przez fortecę Głogowę. Garnizon jej, lękając się odwetu, cały stał pod bronią nabitą na placach i każdych rogach ulicy. Minąwszy tę ostatnią twierdzę na granicy kraju naszego leżącą,

s.124

gdyśmy już na ziemi ojczystej stanęli, wówczas artyllerja nasza sto jeden razy ognia z armat dała. Z sąsiednich probostw księża przeciwko nam powychodzili i modły na polu tak za długie panowanie Cesarza Aleksandra jak i za powracające szczątki wojsk polskich do Boga wznosili. Nakoniec po kilku dniach marszu pod miastem Poznaniem stanęliśmy. Prefekt departamentu Poniński, na czele licznych obywateli przyjmował nas w bramie miasta umyślnie do tej ceremonji postawionej; damy zaś polskie w bieli ubrane, nie tylko w bramie, ale nadto w każdem oknie stały i na przechodzące wojsko Polskie wieńce z różnych kwiatów uwite rzucały, a przez trzy dni trwały tu bale i różnego rodzaju zabawy. Na placach publicznych piekły się całe woły, pozłacane rogi mające, i te przy dostatecznym trunku żołnierzom i pospólstwu rozdawane były. Nakoniec, spokojnie mijając różne małe miasteczka, pod Warszawę przybyliśmy. Pod wsią Wolą prezydent miasta stołecznego Węgrzecki stosowną mową nas witał, na którą w pięknych wyrazach jenerał Krasiński odpowiedział. Po skończonej tej ceremonji, otoczeni będąc niezliczoną liczbą mieszkańców stolicy, w porządku największym do niej wmaszerowaliśmy. Rozstawiono nas po różnych koszarach, a w miesiąc czasu rozpoczęła się musztra stosowna do nowych przepisów; dwa bataljony półku naszego nazwano naprzód instrukcyjnemi, później wzorowemi: z temi czyniliśmy musztry prawie całodzienne w porze słotnej jesiennej, te to trudy już i tak mnie znękanemu zupełnie zdrowie odebrały, tak dalece, że już dalej pracować nie mogłem; nakoniec przyciśniony mocną słabością przez czas sześciu miesięcy w łóżku leżeć musiałem. W tym to właśnie czasie Cesarz Aleksander półk, do któregom należał, gwardją Polską ogłosić polecił; przez słabość moją, a szczególniej dawną nienawiść, dziś półkownika Żymirskiego, nieobjęty zostałem w liczbie oficerów do gwardji przeznaczonych. Za przyjściem cokolwiek do zdrowia, udałem się do jenerała Sieraskiego z żądaniem, aby mnie jako już zdrowszego na powrót do półku, z którym chlubne boje toczyłem, przeznaczyć raczył; całą odpowiedzią było tego jenerała, że nieumieszczenie moje musiało zajść przez jakąś nieprzewidzianą pomyłkę, którą teraz trudno będzie sprostować, zwłaszcza, że wszystkie stopnie w gwardji są już zazajęte. Smutny powróciwszy do stancji ze zmartwienia w powtórną słabość wpadłem; za przyjściem znów cokolwiek do siebie, udałem się do mego jawnego nieprzyjaciela półkownika Ży-

s.125

mirskiego, ówczasowo półkiem gwardji dowodzącego, żądając, aby mnie wydał na piśmie powód, dla którego bez obliczenia się odstąpić kompanji mojej byłem zobowiązany. Po długiem wahaniu się wydał nakoniec świadectwo, któreby koniecznie potępić musiało, a to w słowach następujących:
"Zaświadczam niniejszym, iż imci pan kapitan Rudnicki z półku legji Nadwiślańskiej, będąc w bataljonie wzorowym linjowej piechoty, gdy przy wybraniu oficerów do gwardji umieszczonym nie był, z kontroli bataljonu tego dnia 23 lutego 1815 r. został wypuszczonym."
W tym to samym czasie kiedy chciałem podać prośbę do Jego Cesarskiej Mości, o łaskawe przeznaczenie kommissji celem wykrycia niesprawiedliwości na mnie dokonanej i powrócenia mnie na powrót do praw, jakie mi łaską Monarchy zabezpieczone były, wysadzona została kommissja do rozpoznania zasług i ran, w bojach poniesionych, podług których dla oficerów nieobjętych organizacją wynagrodzenia i wcielenia do korpusów inwalidów i weteranów nastąpić miały.
Zważywszy, że oskarżać starszych jest to już po części siebie samego potępiać, a pewny będąc, że służba moja nadaje mi prawo być w korpusie inwalidów umieszczonym, zaniosłem prośbę do tejże kommissji o umieszczenie mnie w zwyż rzeczonym korpusie. Kommissja rozpoznawcza na zasadzie mych świadectw, do korpusu inwalidów mnie podała, a po zatwierdzeniu takowego podania przez Jego Cesarzewiczowską Mość Wielkiego księcia Rossji Konstantego, naczelnego wodza wojsk Polskich, wcielony zostałem.
Zaraz po wejściu do korpusu wykomenderowany zostałem na członka spisu wojskowego; w tym to czasie kommissja rozpoznawcza sprawdzała listy w różnych czasach podawanych oficerów do krzyżów polskich Virtuti militari zwanych, i takowym, jeżeli prawo niezaprzeczone wykazali, potwierdzała. Pomiędzy wieloma i mnie na skutek podania jenerała Bronikowskiego z twierdzy Wittenberga krzyż złoty orderu Polskiego przyznała, na który patent wydanym mi został pod dniem 1 września 1819 r. za liczbą 491.


Własną moją ręką pisałem w Warszawie dnia 15 maja 1842 roku.
R u d n i c k i J ó z e f, major z komendy inwalidów okręgu 10-go