Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Widowisko historyczne "Napoleon w Pułtusku"

Opublikowano w Rekonstrukcje i rekonstruktorzy

"Gdy odbywał przegląd 5 korpusu, żołnierze krzyczeli:
- Papa, chleba!
Nie rozumiał Napoleon, co to jest "chleba", dopiero przywołali kapitana Falkowskiego, aby go po polsku nauczył, jak odpowiedzieć: "nie masz chleba". Nauczył się też prędko tego Napoleon, a gdy wojsko maszerowało koło niego i krzyczeli żołnierze: "Papa, chleba!", on się obraca z uśmiechem i odpowiada im po polsku:
- Nie masz chleba!
Wówczas oczarowani żołnierze krzyczeli:
- Vive l'empereur!"

Taki opis wydarzeń związanych z bitwą pod Pułtuskiem, pozostawił nam Jakub Kierzkowski, oficer sztabu 5 korpusu marszałka Lannes'a, a pięknie o tym opowiedział Andrzej Nieuważny, który komentował przebieg widowiska historycznego "Napoleon w Pułtusku" dla zebranych na najdłuższym w Europie rynku widzów. U schyłku 2002 roku nikt, co prawda, na pułtuskim rynku nie wołał "Papa, chleba", natomiast na pewno nie brakowało okrzyków "Vive l'empereur!"
Sto dziewięćdziesiąt sześć lat po tym, jak wojska marszałka Lannes'a i generała Bennigsena stoczyły ze sobą zacięty bój, 28 grudnia, z inicjatywy Ośrodka Studiów Epoki Napoleońskiej Wyższej Szkoły Humanistycznej i Muzeum Regionalnego w Pułtusku odbyła się impreza mająca przypomnieć o tych wydarzeniach mieszkańcom tego niewielkiego miasta. Po raz pierwszy do Pułtuska - dzięki staraniom Marcina Ochmana z Muzeum Wojska Polskiego - zjechały odziały mundurowe zajmujące się rekonstruowaniem bitew z czasów epoki napoleońskiej. Może jeszcze niezbyt liczne, ale sprawiające dobre wrażenie ze względu na swe wyszkolenie i umundurowanie.
Widowisko rozpoczął wjazd na rynek Szwadronu Pierwszego Pułku Szwoleżerów Gwardii dowodzonych przez Mirosława Miaczyńskiego. Wśród nadspodziewanie licznie zgromadzonej widowni ciechanowskie szwoleżery wzbudziły znaczny podziw, czego nie da się rzec o piechocie z innych grup mundurowych, która z pogardą przyglądała się konnym, od czasu do czasu spluwając ukradkiem. No cóż. Jak widać zaszłości historyczne wciąż nie wygasły.
Dwa wieki temu, Józef Szymanowski, oficer sztabu marszałka Davouta, pisał że do "Piulstuka" - jak zwali Francuzi Pułtusk, "brnęliśmy w błocie po kolana, o którym długi czas wspominali francuscy żołnierze" i "mieliśmy tam dość żywe spotkanie z Moskalami, gdzie im kilka sztuk armat i kilkaset niewolnika zabraliśmy". Realia bitwy, która odbyła się dwieście lat temu i u schyłku 2002 roku różniły się nieco. Błoto, szarugę oraz padający deszcz i śnieg zastąpiła piękna zimowa aura i dający się nieco we znaki mróz. Nie brakło jednak rosyjskiej artylerii (z pułtuskiego Domu Polonii), która głośną kanonadą rozpoczęła bitwę wspierając piechotę stojącą w centrum pułtuskiego rynku ostrzeliwującą zbliżających się wolno francuskich woltyżerów.
"Rosjanie" reprezentowani między innymi przez wojenno - historyczny klub "LIRA" - z Białorusi ruszyli do ataku zagrzewani marszami z epoki, którymi uraczyła zebranych orkiestra ze Słonima pod batutą Mikhaila Kharchanka. Początkowo wojska rosyjskie stawiły bardzo zacięty opór nielicznym jeszcze oddziałom francusko-polskim, jednak w miarę upływu czasu coraz to nowe grupy mundurowe pojawiały się na polu bitwy, zmuszając Rosjan do ustąpienia z wcześniej zajętych pozycji. Szalę zwycięstwa w końcu przeważyły: I Batalion Artyleryi Pieszey Xięstwa Warszawskiego pod dowództwem Piotra Czerepaka, 2 Pułk Piechoty II Batalionu Kompanii Fizylierów pod dowództwem Michała Zaremby, 1 Pułk Piechoty Legii Nadwiślańskiej pod dowództwem Andrzeja Ziółkowskiego, Oddział Legii Nadwiślańskiej pod dowództwem Piotra Zalewskiego oraz Pułk 2 Piechoty Xsięstwa Warszawskiego, Kompania Woltyżerów 2-go Batalionu pod dowództwem Przemysława Decewicza. Zwycięstwo sił francusko-polskich było pełne, choć może nie do końca przekonujące. Zresztą podobnie jak przed laty.
Po bitwie, podczas której nie zabrakło brania jeńców i wynoszenia rannych na tyły, wszyscy niecierpliwie oczekiwali przybycia samego cesarza. Przed frontem budynku, który przed niemal dwustu laty przez kilka dni gościł samego Napoleona zebrali się ustrojeni w ubiory z epoki mieszkańcy Pułtuska i przybyli na widowisko goście. Po chwili oczekiwania, którą wypełniał swymi opowieściami o czasach empire'u Andrzej Nieuważny, zajechał cesarz w asyście ciechanowskich szwoleżerów. Owacyjnie powitany przez zebranych mieszczan pozdrowił z balkonu domu, w którym dano mu gościnę zebranych widzów i wojsko. Pięknie przyjęty przez Burmistrza Pułtuska Wojciecha Dębskiego i władze miejskie dokonał następnie przeglądu wojsk. Okrzykom "Vive l'empereur!" nie było końca.
Po krótkim pobycie w mieście cesarz wsiadł w dwukonny powóz i w towarzystwie marszałka szlachty (dyrektora OSEN Krzysztofa Ostrowskiego), wyjechał z pułtuskiego rynku... A właściwie wyjechać usiłował, bo na przeszkodzie stanęła mu Maria Walewska, która rzuciła się cesarzowi na szyję i za nic nie chciała z Pułtuska wypuścić. Obdarowana kwiatami ustąpiła w końcu, a ta symboliczna scena na długo zapadnie w pamięć mieszkańców miasta. Warto dodać, że w rolę pięknej Polki wcieliła się jedna z pułtuskich licealistek, Kinga Piotrowska, laureatka Konkursu na odtworzenie postaci Marii Walewskiej, którego finał miał miejsce w Pułtusku w połowie grudnia.
Widowisko "Napoleon w Pułtusku" chyba na stałe zagości już w kalendarzu kulturalnym miasta nad Narwią. Jak zgodnie zauważyli organizatorzy tegoroczna impreza wzbudziła znacznie większe zainteresowanie mieszkańców Pułtuska, niż to miało miejsce w roku ubiegłym. Mimo pewnych niedociągnięć organizacyjnych (sama bitwa nasuwała trochę na myśl słynne napoleońskie "Rozpocząć bitwę, a potem się zobaczy...", a kończący imprezę występ gości z Białorusi odbył się niestety bez widowni) impreza okazała się udana. Może jeszcze nie na miarę tych organizowanych w Lipsku, Marengo czy pod Borodino, ale może już za rok?
Na pewno jednak w Pułtusku nikt nie miał powodów wołać: "Papa, chleba!" Organizatorzy uraczyli uczestników i gości bigosem, grzanym piwem oraz obiadem w barze "Okruszek", który chyba po raz pierwszy w swej historii przeżył tak wielki najazd gości. Cóż, na koniec wypada jeszcze rzec: do zobaczenia za rok!

 

Castiglione
Włodzimierz Nabywaniec