Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Austerlitz 2005 - z drugiej strony frontu

Opublikowano w Rekonstrukcje i rekonstruktorzy

Rok 1805 od początku miał jakieś piętno zapowiedzi burzy dziejowej. Jesienią zostaliśmy wysłani do kraju jako tajni werbownicy gen. J. H. Dąbrowskiego. To była oficjalna misja werbowania do polskich legionów, oraz mieliśmy ustalić, jakie jest nastawienie Polaków względem polskich legionów we Włoszech. Dotarliśmy do Warszawy, jak nam się wydawało, bardzo dyskretnie. Po drodze odwiedzaliśmy z poręczenia generała szacowne rody polskich patriotów.
Nasza wizyta w kraju w 1800 r. była radosna - wszędzie wiwatowano. Wszechobecna była nadzieja na powrót legionów do kraju z wolnością, którą lada dzień mieli przynieść za daninę krwi zostawioną we Włoszech. Tym razem było inaczej. Był smutek i żal. Podczas rozmów o Antylach kobiety płakały. Zrozumieliśmy sytuację dopiero po przeczytaniu kopii raportu szpiega francuskiego, który donosił, że Polacy odwrócili się od Francuzów z powodu wysłania legionów na Antyle, a nie do Polski tak jak obiecywał Napoleon. My również wyczuwaliśmy, że wokół nas jest jakaś niepewność. Dopiero ten raport uświadomił nam, że nasza misja w kraju jest zakończona i trzeba wracać zdać sprawę Dąbrowskiemu.
Ruszyliśmy w kierunku Śląska, a konkretnie do miasta Nysa (Neisse), gdzie mieliśmy przejąć paczkę dla generała od jego przyjaciela (jeszcze ze służby w wojsku saskim). W połowie października zostaliśmy schwytani przez pruską żandarmerię i bez żadnych przesłuchań deportowano nas do Austrii, a konkretnie do Brna. Tam w trakcie ciężkich przesłuchań, z zadawanych nam pytań, ustaliśmy ponad wszelką wątpliwość, że zdrajca sprawy legionowej działa w Gdańsku. W Brnie już było widać przygotowania do jakiejś wielkiej batalii i to nam uratowało życie, gdyż potrzebowali żołnierzy.

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

 

Kliknij aby powiększyć Kliknij aby powiększyć

Zostaliśmy wcieleni do 1 granátnickej setiny 59. Infanterie-Regiment Leopold Joseph Maria von Daun i skierowani do Twarożnej ok. 140 km od granicy z Prusami. W jednostce nam się poszczęściło, sierżantem był Polak. Zaaplikował nam podwójną musztrę i stwierdził, że nie jesteśmy panienkami lecz wiarusami świetnie władającymi bagnetem. Ja zostałem od razu kapralem i przypisano mi jeszcze sześciu Polaków, aby ich podciągnąć, bo nie znali języka.
Żałowaliśmy, że nie jesteśmy we Włoszech, bo moglibyśmy zwiać do Dąbrowskiego. Zbliżała się zima. Austriacy i Czesi dostali płaszcze zimowe, a dla nas brakło. Dawało to nam trochę ulgi, bo byliśmy zwolnieni ze służby i przebywaliśmy w koszarach.
1 grudnia zajęliśmy stanowiska na płaskowyżu Prace (w pobliżu Austerlitz). Stała tam moc ruskiego i austriackiego wojska. Szykowała się wielka bitwa. Mówiono, że zwycięstwo mamy pewne - Francuzi po długim marszu nie mieli siły i chęci do walki.
Jednak na drugi dzień okazało się, że Napoleon blefował. Pół dnia wodzowie przestawiali nas to tu, to tam. Za każdym razem nasze szeregi topniały. Wielu żołnierzy z naszego pułku padło w boju lub zostało rannych. Po południu wycofaliśmy się, by kolejny raz przegrupować oddział. Czekaliśmy na rozkaz następnego ataku. Podczas wszystkich działań pilnie obserwowaliśmy naszych przeciwników w poszukiwaniu Polaków. Ciągle obawialiśmy się, że trafimy ziomka. W zwarciu można jeszcze się odezwać i poznać swojaka. Zaczęliśmy marznąć i czekaliśmy na atak. Przed nami była gwardia cesarska. Dziarsko sobie poczynali. W nowych mundurach i z nowymi karabinami siali spustoszenie. Rozbili dwa nasze pułki i teraz staliśmy naprzeciw siebie. Ruszyliśmy do ataku. Skierowano nas na płonący kościół. Mając przed sobą gwardię francuską, wiedzieliśmy, że nie trafimy Polaka. Wystrzeliliśmy i ruszyliśmy do przodu. Francuzi jakby w pośpiechu chcieli nas dopaść. Zwarliśmy się na bagnety. Byliśmy zbyt blisko, aby użyć bagnetu, skrzyżowaliśmy karabiny. I zaczęła się przepychanka. Oni coś tam bulgoczą i nie mogą nas ruszyć. Sprawiło nam satysfakcję, że wkoło narobili spustoszenia, a nam nie dali rady. Wycofaliśmy się (bo groziło mi otoczenie), ale nie ustępując placu.
Wtedy zobaczyłem naszych. Stali pod płonącym kościołem. Ta aureola wielkich języków ognia ponad nimi sprawiała wrażenie, że to Ojczyzna krwawiąca w powstaniu. Ta scena nasycona dymem i krzykami konających żołnierzy wydawała się być prośbą Ojczyzny o powrót na jej łono. To był tylko moment słabości. Nasi stali pod kątem, skierowani tak, że gdyby ruszyli do ataku, to musieliby iść wzdłuż szeregów naszego pułku, co odsłoniłoby ich lewy bok. Nasz pułk został mocno poturbowany przez gwardię, więc chyba dlatego dostaliśmy rozkaz przejścia na lewe skrzydło, aż do wieśniaków oglądających zmagania trzech cesarzy. Gdy tam dotarliśmy bez przeszkód, zobaczyliśmy scenki jak z wycieczki, chłopi oglądali naszą walkę, jak by to był mecz, rzucili nam butelki ze śliwowicą, abyśmy się pokrzepili. I tam już zostaliśmy do podpisania rozejmu.
Na koniec dziękowaliśmy Bogu, że oszczędził nam bratobójstwa. Nasi wszyscy powrócili na kwatery.

St. szerż. c.k. 1 setina 59. pulku
Leopold Joseph Maria von Daun
Marek Szczersk