Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Bitwa nad Berezyną 1812

Opublikowano w Bitwy epoki napoleońskiej

Przeprawa przez Berezynę to najważniejszy etap odwrotu Wielkiej Armii spod Moskwy. Trwała cztery dni - od 26 do 29 listopada - a uczestniczyło w niej ok. 50 tys. żołnierzy i maruderów. Nigdy jeszcze w jednym miejscu i czasie nie nagromadziło się tyle bohaterstwa i tchórzostwa, cierpień i poświęcenia, współczucia i dobroci dla bliźniego, a równocześnie podłości i samolubstwa.
To, co w tych dramatycznych dniach końca listopada 1812 roku działo się nad Berezyną w pobliżu Studzianki, najlepiej oddał pewien anonimowy rysownik, bez wątpienia uczestnik tych niezwykłych wydarzeń. Jego akwarela, uderzająca autentyzmem, przechowywana dziś w paryskim Muzeum Armii, jest znakomitym reportażem z miejsca przeprawy.
 Oto Berezyną, szeroko rozlana, po której płyną wielkie kawały kry. Przez rzekę przerzucono dwa mosty: lewy dla artylerii i taborów, a prawy, nieco słabszy, dla piechoty. Mosty są zatłoczone do granic możliwości, idzie przez nie zbity tłum maruderów. Nikt nie pilnuje porządku, nie widać, aby przy wjazdach stały jakieś posterunki żandarmerii. Przed mostami, na szerokości kilkuset metrów, kłębi się wielki, bezładny tłum żołnierzy i oderwańców. Nie ma tu ani jednego zwartego oddziału, który zachowałby szyk marszowy. Przez tłum zmierzają ku lewemu mostowi wozy taborowe, zapewne wypełnione rannymi albo bagażami.
 Na pierwszym planie widać kilkadziesiąt takich wozów z wyprzęgniętymi końmi. Pojazdy te najwyraźniej porzucono i chyba już zrabowano. Przez rzekę, nie mogąc doczekać się swojej kolejki, próbują przeprawić się maruderzy. Płyną między wielkimi kawałkami lodu, niektórzy rozpaczliwie walczą z prądem. Dla niejednego taka przeprawa oznacza śmierć, bo wystarczy przebywać w wodzie przez kilka minut, aby nabawić się zapalenia płuc.
 Nic dziwnego, że ci, którzy zdołali przedostać się na prawy brzeg, biegną teraz ku płonącym zabudowaniom wioski Bryły, by tam ogrzać się przy ogniu. Artysta narysował całą grupę takich grzejących się żołnierzy z rękami uniesionymi ku górze jakby w geście rozpaczy. Ci, co ogrzali się już i podsuszyli, biegną teraz ku rzece, gdzie wzdłuż jej prawego brzegu idą w stronę Ziembina rozbitkowie Wielkiej Armii.
W całym tym rysunku obejmującym kilkaset postaci, a mającym wyobrażać kilkadziesiąt tysięcy ludzi, jeden tylko oddział zachował porządek. To kompania pontonierów ustawiona na prawym brzegu, frontem do rzeki, ze swymi wozami i dwoma doboszami, którzy zgodnie z regulaminem zajęli miejsca na prawym skrzydle i teraz, ze stoickim spokojem, siedzą na bębnach, czekając, co będzie dalej...
 Ponieważ Cziczagow nie przejawiał żadnej aktywności, a Kutuzow wciąż znajdował się daleko od Berezyny, Napoleon już 27 listopada rano zorientował się, że przeprawa zakończy się pomyślnie. Dlatego też dostrzegł szansę stoczenia bitwy nad rzeką i podjęcia próby rozbicia Armii Dunajskiej. Gdyby udało się tego dokonać, to kampania zakończyłaby się taktycznym sukcesem, który można byłoby wykorzystać propagandowo i w ten sposób przesłonić tragedię odwrotu spod Moskwy. Oto, dlaczego cesarz zaczął gromadzić na prawym brzegu rzeki te wszystkie oddziały, które zachowały jeszcze wartość bojową. Bitwę z Cziczagowem zamierzał rozegrać 28 listopada. Był pewien, że skoro most w Borysowie jest zerwany, to nie zdąży mu przyjść z pomocą Kutuzow ani nawet awangarda Miłoradowicza.
 Plany cesarza częściowo pokrzyżował Wittgenstein, którego armia pojawiła się wieczorem 27 listopada w rejonie Borysowa. Rosjanie wzięli do niewoli pod miastem dywizję piechoty gen. Partouneaux oraz brygadę jazdy gen. Delaitre, które pobłądziły w ciemnościach i zamiast do Studzianki pomaszerowały na północny wschód. W takiej sytuacji, kiedy było już wiadome, że Rosjanie dotrą 28 listopada rano w okolice przeprawy, Napoleon postanowił zostawić tam 9 korpus Victora, aby trzymał jak najdłużej mosty i związał walką Wittgensteina.
 Już w nocy z 27 na 28 listopada cesarz uformował swe wojska do bitwy na prawym brzegu. Miała ona rozegrać się pod wioską Stachów, na drodze prowadzącej z Ziembina do Borysowa. Warunki terenowe - gęsty sosnowy las - przesądzały, że artylerii można było użyć tylko na piaszczystej drodze i to zaledwie 2 dział równocześnie, bo na więcej nie pozwalała szerokość traktu. W pierwszej linii stanęły dywizje generałów Alberta, Maisona i Merle'a z 2 korpusu Oudinota (łącznie 3 200 ludzi), do których jako odwód dołączono 400 żołnierzy z 3 korpusu pod rozkazami szefa sztabu gen. Louisa Goure'go. Drugą linię stanowiły natomiast oddziały polskie oddane pod komendę Neya. Była to 17 dywizja gen. Dąbrowskiego (ok. 2 850 ludzi), 5 korpus gen. Zajączka (ok. l 200) i Legia Naddunajska (ok. l 800). W trzeciej linii stanął natomiast l korpus Davouta (ok. l 200), 4 korpus kawalerii rezerwowej złożony z pułków polskich (ok. 100), piechota młodej gwardii pod rozkazami Mortiera (ok. 1500) oraz piechota starej gwardii pod komendą Lefebvrea (ok. 3 500). Do tego dochodziła jeszcze kawaleria gwardii i dywizji liniowych w łącznej sile ok. 4 300 szabel. Większość z tych kawalerzystów stanowili Polacy.
 Bitwę pod Stachowem rozpoczęła wczesnym rankiem 13 rota artylerii konnej kapitana Iwana Amoldiego, ustawiona na drodze z Ziembina do Borysowa. Piechota rosyjska ruszyła do szturmu przez sosnowy las, ale wkrótce utknęła, zatrzymana ogniem żołnierzy Oudinota. Walka odbywała się właściwie bez kontroli dowódców i przemieniła w dziesiątki pojedynków, w tym także na bagnety. Już w pierwszej fazie bitwy swą 22 ranę odniósł marszałek Oudinot i od tej pory ogólną komendę sprawował Ney. Bitwa toczyła się ze zmiennym szczęściem, raz jedna, to znowu druga strona zyskiwała nieco terenu. Szczególnie groźny był ogień rosyjskiej artylerii, bo pociski uderzając w stare sosny odłamywały pnie i konary, które raniły stojącą w pobliżu piechotę. To właśnie wtedy został ciężko ranny w nogę armatnim pociskiem toczącym się po zamarzniętej ziemi gen. Józef Zajączek. Czterej oficerowie jego sztabu: Mieroszewski, Sobański, Szymański i Krasiński, wzięli go na nosze sporządzone z karabinów i gałęzi, by odnieść na tyły. Generał, podając rękę znajomym, żegnał się z nimi:
 - Jużem dziś wszystko moje dokończył!
 Zaniesiono go do kwatery głównej w wiosce Zaniwki, gdzie naczelny chirurg gwardii, Dominique Larrey, amputował mu nogę w kolanie. Napoleon zainteresował się losem generała i wręczył mu nawet 5 tys. franków, które ten rozdał częściowo pomiędzy żołnierzy i oficerów.
Dowództwo nad 5 korpusem objął teraz gen. Dąbrowski. Na rozkaz Neya poprowadził Polaków do generalnego szturmu na pozycje rosyjskie. Uderzenie było tak silne, że Dąbrowski zdołał odzyskać teren utracony przez Oudinota i zepchnąć przeciwnika aż pod rozległe piaszczyste wzgórze, gdzie stało kilkanaście rosyjskich armat. W chwili, gdy wydawało się, że polscy żołnierze zagarną tę baterię, otworzyła ona ogień kartaczami, zmuszając Dąbrowskiego do pośpiesznego odwrotu. Rozpoczęła się teraz najostrzejsza faza bitwy. Ciężko ranny dostał się do niewoli dowódca 17 pułku piechoty pułkownik Józef Homowski. Ranni byli: dowódca l pułku Kazimierz Małachowski, 3 - Ignacy Blumer oraz 6 - Julian Sierawski. Ranny Dąbrowski, osłabiony upływem krwi, oddał komendę gen. Kniaziewiczowi.
 Rosjanie w pościgu za Polakami dotarli niemal do wioski Zaniwki. Tu udało się oficerom uporządkować nieco piechotę i zebrać 300 ludzi z różnych pułków, by wraz z Legią Nadwiślańską podjąć przeciwnatarcie. Sytuację uratowała kawaleria polska i francuska, która wykonała wspaniałą szarżę. Las był rzadki, sosny stare, gałęzie zaczynały się wysoko, a więc nie przeszkadzały jeźdźcom w pędzie. Uderzenie francuskich kirasjerów i polskich ułanów było tak niespodziewane, że rosyjska piechota idąca nie w kolumnach, ale w szyku luźnym, "podała natychmiast tyły". Nieprzyjaciel gwałtownie wycofywał się aż na pozycje wyjściowe ścigany, rąbany i kłuty przez jazdę Wielkiej Armii. Kiedy stopniowo wygasł impet tej szarży, na Polaków i Francuzów uderzyła rosyjska kawaleria pod wodzą Czaplica. Obie strony poniosły poważne straty. Ranny został adiutant cesarza, gen. Józef Kossakowski, prowadzący resztki żandarmów litewskich, a także dowódca 15 pułku ułanów pułkownik Augustyn Trzecieski. Gen. Karol Kniaziewicz, "już zsiadłszy z konia, rozstawiał szyki na spoczynek, gdy odbijająca się od ziemi kula uderzyła go w prawą nogę i kostkę strzaskała". Komendę nad 5 korpusem objął czwarty już tego dnia dowódca, gen. Izydor Krasiński.
 Bitwa pod Stachowem była wyjątkowo krwawa. Obie strony poniosły znaczne straty. Pole walki dosłownie usłane zostało rannymi, których nie było czym opatrzyć. Olbrzymia większość z nich spędziła następną noc w śniegu na 20-stopniowym mrozie. Do rana zmarło więc z upływu krwi, zimna i głodu ok. 2 tys. ludzi. Do niewoli dostało się kilkuset Polaków i Francuzów. Zagarnięto też wielu jeńców rosyjskich - raporty mówią nawet o 2 tys. - ale trzeba ich było zostawić w Zaniwkach, po prostu z braku ludzi do pilnowania.
 Jeszcze w czasie bitwy pod Stachowem Napoleon skierował drogą na Wilno resztki korpusów Davouta, Junota i ks. Eugeniusza. Wywołało to fatalne wrażenie wśród żołnierzy polskich, którzy wzięli na siebie główny ciężar zmagań z Rosjanami. Dąbrowski swą relację o walkach nad Berezyną kończy gorzkim stwierdzeniem: "Tymczasem cesarz z gwardią i resztą wojska francuskiego puścił się traktem wileńskim, walczących tylko Polaków za sobą zostawując." Andrzej Daleki, prosty żołnierz z 9 pułku piechoty, stwierdza:
 "Francuzi zawsze, gdy im ciężko szło, nas posyłali. Kiedy przyszło nacierać na nieprzyjaciela, to nas naprzód postawili, a kiedy armia rejterować musiała, to nas w tyle zostawiano. Zawsze tam, gdzie największe niebezpieczeństwo."

Źródło: R. Bielecki, Marszałek Ney