Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Wspomnienia Napoleona, Tom 7

Opublikowano w Wspomnienia Napoleona

Tom VII. Rozdz. I: Okres przejściowy. 
 

I. Gwardia konsularna i organizacja dworu. - II. Obwołanie Pierwszego Konsula prezydentem Republiki Włoskiej. - III. Legia Honorowa. - IV. Ogłoszenie Napoleona dożywotnim konsulem.   



I.

Pozycja Pierwszego Konsula czyniła niezbędnym utworzenia dla niego i obu pozostałych konsulów gwardii dworskiej, a dla jego żony książęcego otoczenia.

Gwardia konsularna składała się z 4 batalionów piechoty, każdy po 1 200 ludzi, czyli 2 batalionów grenadierów i 2 batalionów strzelców oraz 2 pułków kawalerii, grenadierów konnych i strzelców konnych. Utworzyli ją najlepsi i najodważniejsi żołnierze armii. Liczna i dobrze wyposażona artyleria uzupełniała gwardię, tworząc prawdziwą dywizję, składającą się ze wszystkich rodzajów broni i liczącą około 6 000 ludzi. Na czele tych wspaniałych oddziałów stał sztab. Każdy batalion miał na swoim czele pułkownika, 2 bataliony - generała brygady. 4 generałów, jeden z piechoty, jeden z kawalerii, jeden z inżynierii i jeden z artylerii dowodzili na zmianę przez dekadę całym korpusem gwardii i pełnili służbę przy Konsulu. Był to wyborowy zastęp, przynależność do niego była nagrodą dla najlepszych żołnierzy za ich dobrą służbę, otaczający rząd odpowiednim blaskiem i stanowiący na polu bitwy niezwyciężoną rezerwę. Jak wszyscy pamiętają pod Marengo batalion grenadierów gwardii konsularnej prawie uratował całą armię. Poza należącym do gwardii konsularnej sztabem Pierwszy Konsul ustanowił gubernatora wojskowego pałacu Tuileries, któremu przydzieleni zostali jako adiutanci dwaj oficerowie sztabu generalnego. Tym gubernatorem został adiutant Duroc.

Nie było żadnego innego, bardziej odpowiedniego oficera, który lepiej nadawałby się do utrzymania porządku w pałacu rządowym, który lepiej odpowiadałby wyobrażeniom Pierwszego Konsula i duchowi czasu. To kompletnie wojskowe otoczenie musiało być złagodzone cywilnymi elementami. Radca stanu Benezech (Pierre Benezech, 1749-1802, w latach 1795-1797 minister spraw wewnętrznych Republiki - przyp.tłum.) był w pierwszych latach odpowiedzialny za organizację audiencji i przyjmowanie z należytym respektem zagranicznych wysłanników i wybitne osobistości, którzy mieli być przyjęci przez konsulów. Później zastąpiło go 4 cywilnych urzędników, którzy nosili tytuł prefekta pałacu.

Madame Bonaparte otrzymała 4 damy dworu, które pomagały czynić honory domu w salonie Pierwszego Konsula. Gdy tylko wieść o przygotowywaniu nowej organizacji pałacu przeniknęła do wiadomości publicznej, nadeszły liczne oferty, nawet od rodzin należących do Ancien Régime. Nie pochodziły one jeszcze od najwyższej arystokracji, która dawniej wypełniała salony Wersalu, dla której chwila podporządkowania jeszcze nie nadeszła. Ale zgłaszały się szanowane rodziny starych czasów, które nie należały do emigrantów i które teraz przyłączyły się do rządu, który swoją potęgą czynił służbę dla niego zaszczytem.

Jako prefektów pałacu (zarządzenie z dnia 12 listopada 1801 roku - przyp. tłum.) Bonaparte wybrał Benezech'a, który piastował już ten urząd, panów Didelot i de Luçay, z dawnej administracji finansowej oraz de Rémusat, zajmującego się dawniej sądownictwem.

Tymi 4 damami dworu, które towarzyszyły Madame Bonaparte były Madame de Luçay, Madame de Talhouet, Madame de Rémusat i Madame de Lauriston. Nawet najbardziej skłonni do oszczerstw ludzie w salonach emigrantów w Paryżu nie mogli mieć żadnych obiekcji odnośnie tego wyboru, a rozsądni, którzy od dworu wymagają jedynie przyzwoitości, nie mogli temu wojskowemu i cywilnemu dworowi niczego zarzucić. Bo przecież pałac głów państwa w republice musi być podobnie jak w monarchii chroniony i otoczony imponującym przepychem; we wnętrzu tego pałacu przebywają wybrani mężczyźni i kobiety, dostojni goście i wybitni obywatele państwa, którzy mają dostęp do najwyższych urzędników Republiki. Dlatego dwór Pierwszego Konsula był imponujący i dostojny. Określonego wdzięku nadawały mu jego żona i siostry, które wszystkie wyróżniały się albo swoim zachowaniam albo intelektem i urodą.

Madame Bonaparte przewyższała je wszystkie dzięki pozycji jako żona Pierwszego Konsula i oczarowywała swoją uprzejmością zarówno Francuzów, jak i obcokrajowców, którzy przybywali do pałacu rządowego. 
 

II.

Nadszedł moment, by drugim ukonstyowaniem Republiki Cisalpińskiej uregulować sprawy Włoch. Talleyrand był przeciwnikiem tego tworu i wskazywał na trudności na drodze tworzenia nowej republiki; powoływał się na Republiki Batawską, Liguryjską, Rzymską i Partenopejską i na problemy z nimi, które były i nadal występowały. Istniało już wystarczająco dużo tych republik-córek Republiki Francuskiej i nie należało tworzyć jeszcze następnych. Proponował utworzenie księstwa albo monarchii podobnej do Etrurii, którą byłoby można oddać w ręce zaprzyjaźnionego i uzależnionego od Francji księcia. Nie byłby przeciwny, by oddać to państwo któremuś z książąt austriackich, np. Wielkiemu Księciu Toskanii, którego należało odszkodować w Niemczech, jeżeli nie uczyniono by tego we Włoszech. Ta niesamowicie mile widziana dla Austrii konstelacja skłoniłaby ją do utrzymania pokoju i w podobnym stopniu zadowoliłaby państwa niemieckie, które w ten sposób miałyby jednego udziałowca mniej, którego należało odszkodować posiadłościami książąt kościelnych. W szczególności podobałoby się to papieżowi, który miał nadzieję, że zwrócone zostaną mu legacje, gdy nie będą one związane obietnicami danymi Republice Cisalpińskiej. Krótko mówiąc, to rozwiązanie znalazłoby uznanie całej Europy, bo nie prowadziłoby do powstania nowej republiki, dawało jedno terytorium więcej do podziału i wykluczało jeszcze jedno państwo będącego pod bezpośrednim panowaniem francuskiej Republiki.

W tym systemie trzeba byłoby jednak zrzec się Piemontu; bo jeżeli nawet Włosi stawiają  Francuzów ponad Niemców, to w gruncie rzeczy nie kochają ani jednych ani drugich, bo jedni i drudzy są im obcy. To naturalne i uzasadnione uczucie, które trzeba respektować. Jeżeli Francuzi chcieliby bronić Włoch, nie dążąc do ich podboju, zdobyliby na zawsze przywiązanie zamiast wywoływać szybkie zmiany nastrojów, których kraj ten tyle razy dawał przykłady od czasu, gdy, rzucany między Francuzami i Niemcami, zmieniał tylko władców. Realizując ten plan nie wolno było oddać Etrurii hiszpańskiemu księciu. Dzięki zjednoczenie Lombardii, Piemontu, księstw Parmy i Modeny, okolic Mantui, legacji i Toskanii powstałoby wspaniałe państwo, rozciągające się od Alp Nadmorskich (Alpes Maritimes) do Adygi, od Szwajcarii aż do Państwa Kościelnego. Łatwym było wydzielić z niego albo w Toskanii albo w Romanii część terytorium i odszkodować papieża, którego uległość nie będzie trwała, o ile nie udzieli mu się prędzej czy później pomocy finansowej. Te różne prowincje należałoby zjednoczyć pod silną władzą federalną, która byłaby w stanie szybko skoncentrować swoje siły i dać naszej armii czas na przyjście z pomocą. Związek pomiędzy tym państwem i Francją musiałby być rzeczywiście bardzo ścisły, bo mogło ono istnieć tylko dzięki Francji, a Francja musiałaby być niezmiennie zainteresowana w jego utrzymaniu.

Liczące 10-12 milionów państwo włoskie, będące w posiadaniu najpiękniejszych granic, opływane przez dwa morza, z określoną perspektywą powiększenia się przy pierwszym, szczęśliwie zakończonym konflikcie o Wenecję i rozszerzeniu się dzięki temu do Alp Julijskich, stanowiących naturalną granicę Włoch, mogłoby później w ramach federacji, pozostawiającej każdemu państwu jego niezależność, wchłonąć nowo ukonstytuowaną Republikę Genueńską, Państwo Kościelne z uwzględnieniem politycznych i religijnych warunków jego istnienia, a w końcu nawet państwo neapolitańskie, po uwolnieniu go od głupiego i krwiożerczego dworu; takie państwo, wraz z zapowiadającym się w przyszłości rozrostem, byłoby zaczątkiem odrodzenia Włoch! 

Nawiasem mówiąc, plan, który obecnie realizowano, nie wykluczał tej pięknej przyszłości, bo Piemont mógł być któregoś dnia oddany państwu włoskiemu, podobnie jak księstwo Parmy, przy spodziewanej, według wszelkiego prawdopodobieństwa, bliskiej śmierci księcia.

Nawet Etruria mogłaby być mu oddana, gdyby to było konieczne. Łatwo więc będzie można plan ten w przyszłości rozwinąć i dlatego konstytuowanie niepodległej Republiki Cisalpińskiej dawało mu pierwsze i szerokie podwaliny. Poza tym lepiej było chyba w tym momencie nie zdradzać planu odrodzenia Włoch, by nie denerwować tym Europy. Ale podzielenie posiadanych wspaniałych prowincji, jak to przewidywała propozycja Talleyranda, by utworzyć małe królestwo i oddać je austriackiemu księciu, oznaczało oddanie Włoch Austrii; książę ten zawsz pozostałby Austriakiem, a lud, którego nadzieje w ten sposób zostałyby w tak niegodny sposób zniweczone, odczuwałby uzasadnioną nienawiść do Francji  i ze złości i zwątpienia mógłby zwrócić się ponownie w stronę Niemców.

Bonaparte, który swoją  pierwsze i być może najwspanialsze laury zdobył wyzwalając Włochy z rąk Austrii, nie mógł popełnić takiego błędu. Zdecydował się na półśrodek, który nie wykluczał niepodległości Włoch, a nawet miał być jej początkiem.

Oddał Republice Cisalpińskiej całą Lombardię aż do Adygi, legacje, księstwo Modeny, jednym słowem wszystko, co otrzymał w wyniku traktatu pokojowego z Campo Formio. Księstwo Parmy pozostało do dyspozycji; Piemont należał w międzyczasie do Francji. W ten sposób ukonstyuowana Republika Cisalpińska liczyła około 5 milionów mieszkańców, mogła bez problemu zebrać 70-80 milionów dochodu i utrzymać armię liczącą 40 000 ludzi, która kosztowała mniej niż połowę dochodów i pozostawiała wystarczająco dużo środków na odpowiednie opłacenie administracji.

Francja, która panowała w północnych i środkowych Włoszech i miała swoje wpływy na południu, mogła w każdej chwili pospieszyć jej na pomoc. Mogła wysyłać mniej jasne rozkazy do Rzymu i Neapolu, które znajdowały tam jednak taki sam posłuch, jak w Turynie albo Mediolanie.

Republice Cisalpińskiej należało dać rząd. Początek uczyniono tworząc tymczasową  władzę, złożoną z 3-osobowej komisji wykonawczej, którą tworzyli Sommariva, Visconti i Ruga oraz Consultę, swojego rodzaju parlament, który jednak nie był zbyt liczny i złożony z oddanych Francji członków. Ten stan rzeczy nie mógł być długo utrzymywany.

Najtrudniejszym ze wszystkich problemów była obsada stanowiska prezydenta. Włochy, rządzące ciągle przez kler albo obcych nie mogły wychować mężów stanu i nie były w stanie wykazać się żadną osobą, wobec której inni zgodziliby się pozostać w tle. Pierwszy Konsul zamierzał w przyszłości pozwolić na nadanie mu tytułu prezydenta i mianować jednego z najwybitniejszych obywateli Włoch wiceprezydentem, przekazując mu prowadzenie spraw, pozostawiając sobie kierownictwo ogólne. Dla początkującej Republiki był to jedyny odpowiedni system rządów. Pozostawiona na łaskę własnych wyborów i włoskiego prezydenta, wkrótce stałaby się, jak statek bez kompasu, zabawką dla wiatrów. Jednak administrowana przez Włochów i kierowana z oddali przez człowieka, który ją stworzył i jeszcze przez długi czas chciał zostać jej obrońcą, miała dobre widoki, być równocześnie niepodległą i dobrze rządzoną.

To wszystko powinno było odbyć się w trakcie imponującej uroczystości, podczas której nowe państwo otrzymałoby swoją konstytucję i nowomianowane władze. Niczego nie mogło zabraknąć podczas tego aktu. Musiał on przemówić do Włoch i równocześnie do całej Europy. Pierwszy Konsul wybrał Lyon na wspaniałe zgromadzenie wszystkich Włochów, bo do Paryża było dla nich za daleko, a dla niego - do Mediolanu.

Pomysł obwołania Napoleona prezydentem Republiki Cisalpińskiej został uznany przez zebranych w Loynie przedstawicieli za znakomity, jednak pod warunkiem, że wiceprezydentem będzie Włoch. Do przyjęcia tego zaszczytu wybrano obywatela Melzi. Po ustaleniu wszystkiego, jeden z członków 30-osobowej komisji złożył odpowiedni wniosek, który został z radością przyjęty i natychmiast zamieniony w projekt dekretu. Nie tracono czasu i już 25 stycznia projekt został przedłożony Consulcie. Przyjęła go z aklamacją i ogłosiła Napoleona prezydentem Republiki Włoskiej. Był to pierwszy wypadek, kiedy oba imiona Napoleon i Bonaparte wystąpiły razem. Generał miał tytuł Pierwszego Konsula Republiki Francuskiej, który połączył z tytułem prezydenta Republiki Włoskiej.

Wysłano do niego delegację, by przekazać mu to życzenie.

Następnego dnia, 26 stycznia, Pierwszy Konsul udał się do sali posiedzeń  Consulty, kościoła specjalnie do tego celu przygotowanego i ustrojonego. Wszystko przebiegało jak podczas posiedzeń z udziałem króla we Francji lub Anglii. Pierwszy Konsul siedział na podium, otoczony swoją rodziną, francuskimi ministrami i licznymi prefektami. Wygłosił w języku włoskim prostą i zwięzłą mowę, w której ogłosił przyjęcie stanowiska, przedstawił swoje poglądy na temat prosperowania rządu, a równocześnie ogłosił o nominacjach zgodnie z życzeniem Consulty. Na koniec mowy rozbrzmiał okrzyk:

"- Niech żyje Bonaparte! Niech żyje Pierwszy Konsul Republiki Francuskiej! Niech żyje prezydent Republiki Włoskiej!"

Następnie przeczytano tekst konstytucji oraz listę obywateli każdego stopnia, którzy zostali wybrani, by wprowadzić ją w życie. Długi okrzyk obwieścił zgodność pomiędzy narodem włoskim i bohaterem, który go oswobodził. Całe posiedzenie było bardzo uroczyste i podniosłe; rozpoczęło istnienie nowej republiki, która odtąd zwać się miała

R e p u b l i k ą   W ł o s k ą.  
 

III.

Przedmiotem prawdziwej troski Pierwszego Konsula był wysoki stopień niezgody pomiędzy ludźmi rewolucji, którym brakowało spójności wewnętrznej i siły na zwalczanie wspólnych wrogów. Gdy stara arystokracja podawała sobie ręce; gdy Wandejczycy, mimo, że wycieńczeni i podporządkowani, związani byli jeszcze w tajnych związkach; gdy duchowni, mimo, że otrzymali już nową konstytucję, nadal tworzyli potężną korporację o nadwyraz wątpliwej sympatii dla rządu; to ludzie, którzy zrobili rewolucję, żyli w niesnaskach i byli nawet, co trzeba przyznać, przez niewdzięczną i wprowadzoną w błąd opinię publiczną, spychani na margines. Zaledwie dopuszczono wolne wybory, natychmiast pojawili się albo nowicjusze, którym nie można było jeszcze powiedzieć ani nic dobrego ani nic złego albo porywczy rewolucjoniści, których idee napawały strachem.

Pierwszy Konsul był  przekonany, że jeżeli pozwoli się na taki rozwój wypadków, wkrótce nie pozostanie nikt z inicjatorów rewolucji i powstanie nowa klasa społeczna, lekko skłaniająca w kierunku monarchii.

Uważał więc za konieczne spowolnienie rozwoju wolnych instytucji i utrzymania przy sterach generacji, która wywołała rewolucję. Niektórzy pokryci krwią ludzie musieli zostać wykluczeni, ale nawet im należało zapewnić zapomnienie ich czynów i zabezpieczyć im utrzymanie. Z tą generacją chciał założyć spokojną, uporządkowaną i wspaniałą warstwę społeczną, której byłby zwierzchnikiem, tworzoną przez jego towarzyszy broni i współpracowników, jeśli ktoś woli, coś w rodzaju arystokracji, ale arystokracji otwartej, do której należeliby ci, którzy położyli już wielkie zasługi oraz ich potomkowie, ale swoje miejsce znaleźliby także ci, którzy wykażą się zasługami w przyszłości. Warstwę tę, utworzoną na wiecznych prawach natury, chciał otoczyć chwałą, upiększyć wszelkimi sposobami, by dla jej własnych korzyści przeciwstawić ją staremu porządkowi, istniejącemu w pamięci emigrantów i oczach Europy. Miał nadzieję na pozyskanie dla siebie nawet emigrantów i zwabić ich perspektywą wysokich stanowisk, jednak tylko pod warunkiem, że będą oddanymi sługami, a nie wyniosłymi protektorami.

To były te idee według których Pierwszy Konsul zaprojektował swój system obywatelskich i militarnych wyróżnień.

Broń honorowa, wynalazek Konwentu, nie była rozwiązaniem, bo nie odpowiadała zwyczajom. Ponadto wywołała nieprzyjemne komplikacje w administracji z powodu podwójnego wynagrodzenia, które jednym przyznawano, a innym odmawiano. Pierwszy Konsul stworzył wojskowy w swojej formie, ale nie tylko dla wojskowych przeznaczony order. Nazwał go Legią Honorową, by wyrazić tym ideę grupy ludzi, którzy poświęcili się służbie honoru i obronie wzniosłych zasad. Order składać miał się z 15 kohort po 15 oficerów wyższych, 20 komandorów, 30 oficerów i 350 legionistów, w sumie 600 osób wszystkich stopni. Przysięga precyzowała, jakiej sprawie należało się poświęcić należąc do Legii Honorowej. Każdy członek obiecywał poświęcić się obronie Republiki, nienaruszalności jej granic, prawom równości i nienaruszalności prawa narodowego. Był to legion, który za sprawę honoru przyjmował obronę zasad i interesów rewolucji. Każdy stopień miał swoje odznaczenie. Oficerowie wyżsi otrzymali wynagrodzenie w wysokości 5 000 franków, komandorzy 2 000, oficerowie 1 000, a prości legioniści 250 franków renty. Miała ona być pokrywana z przyznanych Legii dóbr narodowych. Każda kohorta miała mieć swoją siedzibę w prowincji, w której leżały jej dobra. Wszystkie kohorty podlegać miały 7-osobowej radzie wyższej, do której należeć mieli 3 konsulowie i 4 oficerowie wyżsi, z których pierwszy wybrany miał być przez Senat, drugi przez Ciało Prawodawcze, trzeci przez Trybunat, a czwarty przez Radę Stanu. Zadaniem tak złożonej rady Legii Honorowej miało być administrowanie dobrami Legii i mianowanie nowych członków. Dopełnieniem idei tej instytucji było postanowienie, że zasługi cywilne w administracji, rządzie i nauce, sztuce i literaturze mają być tak samo honorowane, jak zasługi wojskowe. By nawiązać do obecnego stanu, postanowiono, że wszyscy posiadacze broni honorowej zostaną członkami Legii Honorowej, otrzymując stopień odpowiadający ich stanowisku w armii.

Ten nowy twór spotkał  się z gwałtownym oporem. Z jednej strony widziano w nim zakończenie konstytucyjnej równości. Po drugiej strony stali ci, którzy domagali się, by nowy order był czysto wojskowy i przyznawany jedynie w armii. Napoleon wypowiedział się na ten temat w Radzie Stanu w następujący sposób:

"Nie chcę utworzyć rządu pretorianów; nie chcę nagradzać tylko wojskowych; moim zamiarem jest zrównanie wszystkich zasług, postawienie na jednym poziomie zasług prezydenta Konwentu, który stawił opór motłochowi i odwagi Klebera, który poprowadził szturm na twierdzę Saint Jean d'Acre. Mówi się o ograniczeniu konstytucją. Nie należy dać się tak wiązać słowami. Konstytucja miała na celu postanowić o wszystkim, ale nie wszystko się udało. Do nas należy uzupełnienie tego, co brakuje. Zasługi cywilne muszą zostać nagrodzone podobnie, jak wojskowe. Ci, którzy są temu przeciwni, myślą jak barbarzyńcy. Przeciwnicy Legii Honorowej myślą jak barbarzyńcy. To, co nam proponują, jest adoracją brutalnej siły! A sama siła bez rozumu jest niczym. W czasach antycznych najsilnieszy, najodważniejszy był dowódcą; w czasach współczesnych dowódcą jest najrozsądniejszy z odważnych. Gdy byliśmy w Kairze, Egipcjanie nie potrafili zrozumieć, że Kleber, męzczyzna bardzo przystojny, nie był dowódcą. Ale gdy Murad-bej bliżej poznał naszą taktykę, pojął, że tylko ja i nikt inny nie mógł być dowódcą takiej armii. Jeżeli zamierzacie zastrzec nagrody tylko dla najodważniejszych na wojnie, to myślicie jak Egipcjanie. Nawet żołnierze lepiej rozumują. Idźcie na ich biwaki i posłuchajcie ich. Czy wierzycie, że wśród ich oficerów ten, który najlepiej się prezentuje, ma największe poważanie? Nie, najodważniejszy. I czy wierzycie sami, że na ich czele stoi ten, który jest tylko najodważniejszy? Nie ma wątpliwości, że pogardzać będą tym, którego odwaga wzbudzi ich podejrzenia; ale tego, którego uważają za najrozsądniejszego, postawią o wiele wyżej niż najodważniejszego. A wracając do mnie, czy wierzycie, że rządzę Francją tylko dlatego, że uznawany jestem za wielkiego wodza? Nie, rządzę dlatego, bo przypisywane są mi cechy męża stanu i urzędnika. Francja nigdy nie zniesie rządów szabli, a kto w to wierzy, wielce się myli. Musiałoby je poprzedzić 50 lat poniżenia! Francja jest zbyt szlachetnym, zbyt rozumnym krajem, by podporządkować się sile i wprowadzić u siebie adorację siły. Uhonorujmy rozum, pilność, krótko mówiąc, zasługi na polu cywilnym w każdym zawodzie i nagródźmy je w ten sam sposób".

Wbrew wszystkim sprzeciwom Pierwszy Konsul przeforsował swój plan i Legia Honorowa została ustanowiona.

Przyznając Legię  Honorową Napoleon zrobił później osobliwe doświadczenie, które niech będzie opisane w tym miejscu:

Zgodnie z myślą  nagradzania wszystkich rodzajów zasług jednym i tym samym ogólnym wyróżnieniem, cesarz postanowił odznaczyć krzyżem Legii Honorowej aktora Talmę. Uległ jednak wpływom kapryśnych obyczajów i śmiesznych przesądów francuskiego społeczeństwa i postanowił dokonać próby, by przekonać się najpierw, jakie wrażenie wywrze taki krok; przyznał śpiewakowi Crescentiniemu Order Żelaznej Korony. Był to nie-francuski order, a Crescentini obcokrajowcem; akt ten powinien zostać był prawie niezauważony i być najwyżej powodem do żartów. Ale jak bardzo mylił się cesarz! On, który rozdawał według własnego uznania korony, przed którymi nosicielami kłaniano się w pas, nie był w stanie udekorować kogoś zwykłym orderem, jeżeli opinia publiczna była temu przeciwna. Cały Paryż był oburzony, na salonach wymyślano na niego, złośliwości nie miały końca.

Podstawową wprowadzenia tego już wkrótce tak pożądanego orderu była myśl, że honor jest najsilniejszym impulsem moralnym, w szczególności dla żołnierzy. W tej sprawie zdobył Napoleon wcześniej i później liczne przykłady.

Gdy Austriacy rządzili we Włoszech, daremnie próbowali zrobić z Włochów żołnierzy. Natychmiast po rekrutacji dezertowali oni albo uciekali w obliczu nieprzyjaciela przy pierwszym strzale. Po zdobyciu Włoch przez Napoleona rozpoczął on, ku wielkiej radości Austriaków, formowanie włoskich oddziałów, ale z innym wynikiem. Powołał do szeregów wiele tysięcy żołnierzy, którzy bili się z równą Francuzom odwagą, nie opuszczając ich też w chwili nieszczęścia. Co było tego powodem? Cesarz zabronił używania bata i kija, tak cenionych przez Austriaków; awansował wyróżniających się żołnierzy, mianując wielu z nich generałami; zastąpił bicz i strach honorem i rywalizacją.

Po wprowadzeniu w armii francuskiej orłów cesarz rozkazał, by po lewej i prawej jego stronie ciągle znajdowało się 2 podoficerów; żeby nie zapomnieli w ferworze walki o swoim jedynym obowiązku, mieli oni zabronione noszenie szabli; jedyną ich bronią była para pistoletów, by każdemu z nieprzyjaciół, który sięgnąłby po orła, strzelić w łeb. By zdobyć to honorowe miejsce, podoficer musiał udowodnić, że nie potrafi czytać ani pisać. Brzmi to dziwacznie; ale to ograniczenie było efektem głębokiego przemyślenia; żołnierz, który potrafi czytać i pisać, jest wykształcony, może się tym wyróżnić i awansować; ale kto nie potrafi tym się wykazać, może wyróżnić się jedynie nadzwyczajną odwagą. Właśnie takich ludzi potrzebowała armia.

Gdy jeden z pułków stracił w walce swojego orła, Napoleon przemawiając do żołnierzy dał wyraz swojemu oburzeniu, że pozwolili sobie odebrać swój znak. Pewien Gaskończyk zawołał wtedy do cesarza:

- "Ale oni dali się  nabrać; w ich ręce wpadła tylko tyczka, kukułkę schowałem w kieszeni".

I rzeczywiście wyciągnął z kieszeni orła. Żołnierze bardzo często w swobodny sposób odzywali się do cesarza, często zdarzało się nawet, że zwracali się do niego na "ty".

W przededniu bitwy pod Jeną Napoleon w otoczeniu nielicznej świty przeprowadzał  kontrolę posterunków. Jeden z szyldwachów zatrzymał go głośnym przekleństwem: "Tędy nie przejdzie nikt, nawet gdyby był Małym Kapralem".

Gdy rozpoznał,  że przed rzeczywiście stoi Mały Kapral wcale nie był zmieszany, bo intuicja podpowiadała żołnierzom, że cesarz ich lubi i wybaczy rubaszne słowo. 
 

IV.

Od pewnego czasu zastanawiano się we Francji, czy nie obdarzyć jakimś wielkim dowodem wdzięczności człowieka, który w ciągu 2,5 lat wyciągnął kraj z chaosu, pojednał z Europą i kościołem i już prawie całkowicie zorganizował. Uczucie wdzięczności było ogólne i zasłużone. Łatwym było tym uczuciem pokierować tak, by spełniło się ukryte życzenie Pierwszego Konsula zatrzymania dożywotnio powierzonej mu na 10 lat władzy. Doszło do tego, że wszyscy byli co do tego zgodni; za wyjątkiem małej grupy rojalistów albo jakobinów nikt nie chciał przekazania rządów w inne ręce niż generała Bonaparte. Uznano, że nieograniczanie czasowe jego władzy będzie rozwiązaniem najłatwiejszym i nieuniknionym. Przekształcenie tego poglądu w prawo było zatem bardzo łatwe. Wystarczyło tylko jedno słowo, by zaproponowano Pierwszemu Konsulowi suwerenną władzę pod każdym tytułem, w każdej formie, jakiej by sobie życzył. Wystarczyło wybrać dowolną okazję, by wypowiedzieć głośno tą propozycję, by została natychmiast przyjęta.

Generał Bonaparte życzył sobie najwyższej władzy, to było oczywiste. W jego pojęciu wszechwładny przywódca był niezbędny, by dokończyć  rozpoczęte dzieło. W kraju, w którym nic nie ostanie się bez silnej i twórczej władzy, legalnym było dążenie do najwyższej władzy. W społeczeństwie, choć z natury monarchistycznym, które tylko przez przypadek było republikańskie, okrążonym przez wrogów i dlatego skłonne do militaryzmu, nie dającym się inaczej rządzić i obronić niż przez zjednoczone działanie, generał Bonaparte miał rację dążąc do władzy najwyższej, obojętnie pod jakim tytułem. Ale przekonanie do dziedzicznej suwerenności, które nazwane zostałoby cesarstwem lub królestwem było zbyt dużym zuchwalstwem. Być może lepszym rozwiązaniem było osiągnięcie tego celu za pomocą jednego lub kilku stopni pośrednich. Ale można było też, co było wygodnym rozwiązaniem, nie zmieniając tytułu Pierwszego Konsula, dać mu równoważnik dziedzicznej władzy królewskiej: jako konsul dożywotni z prawem wyznaczenia swojego następcy.

Za pomocą kilku zmian w konstytucji, które dało się łatwo przeprowadzić  w Senacie, możliwym było stworzenie rzeczywistej władzy suwerennej pod płaszczem republikańskiego tytułu. Ustalono nawet, że Pierwszy Konsul ma prawo ustalić swojego następcę; ponieważ jednak nie miał on swoich dzieci, jedynie braci i bratanków, najlepszym wyjściem było przyznania mu prawa wybrania spośród nich tego, którego uważał on za najgodniejszego, by zostać jego następcą.

Na ten temat przeprowadzono referendum. 3 577 259 obywateli oddało swój głos, spośród nich 3 568 885 głosowało za ustanowieniem dożywotniego konsulatu, jedynie około 8 000 było przeciw, czyli prawie niezauważalna mniejszość. Jeszcze nigdy dotąd żaden rząd nie otrzymał takiego poparcia.

Na tej podstawie 14 thermidora roku X (2 sierpnia 1802 roku - przyp. tłum.) Senat ogłosił następujący dekret:

Artykuł I: naród francuski mianuje, a Senat ogłasza Napoleona Bonaparte dożywotnim Pierwszym Konsulem.

Artykuł II: posąg bogini pokoju, trzymającej w jednej ręce wieniec laurowy, a w drugiej dekret senatu będzie dla potomnych świadectwem wdzięczności narodu.

Artykuł III: Senat wyrazi Pierwszemu Konsulowi zaufanie, miłość i podziw narodu francuskiego. 
 

Na dostarczony mu przez delegację  Senatu dekret Napoleon odpowiedział na piśmie następującymi słowami:

Paryż, 15 thermidora roku X (3 sierpnia 1802)

Senatorowie!

Życie każdego obywatela należy do ojczyzny! Naród francuski pragnie, żebym moje było mu całkowicie oddane. Posłucham jego woli.

Nowy dowód trwałego zaufania zobowiązuje mnie do oparcia systemu prawnego na instytucjach mających przyszłość.

Dzięki moim wysiłkom, dzięki Waszej współpracy, obywatele senatorowie, dzięki zaufaniu i woli naszego wielkiego narodu będą wolność, równość i dobrobyt Francji chronione przed humorami losu i niepewnością przyszłości. Najwspanialszy z narodów będzie również najszczęśliwszym, bo jest on tego najbardziej godzien, a jego szczęście przyczyni się do szczęścia całej Europy.

W świadomości, dzięki woli Bożej, od którego wszystko pochodzi, że zostałem powołany do przywrócenia na Ziemi sprawiedliwości, porządku i równości, bez strachu usłyszę mój dzwonek śmierci, bo jestem spokojny o opinię przyszłych pokoleń.

Senatorowie! Przyjmijcie moją wdzięczność za Wasz uroczysty akt. Senat zażyczył sobie tego, czego chciał naród francuski. Dzięki temu znalazł się bliżej zadań, które należy jeszcze wykonać dla dobra ojczyzny!

Wypełnia mnie wspaniałe uczucie, bo znalazłem wyraz nadziei w mowie Waszego wspaniałego prezydenta Barthélemy.

Bonaparte 
 

Francja była bardzo zadowolona. Nie urzeczywistniły się ani wszystkie jej obawy ani wszystkie życzenia rodziny Pierwszego Konsula; ale mimo tego dzieliła ona powszechne zadowolenie. Józefina, która ciągle obawiała się,  że jej mąż padnie ofiarą skrytobójczego sztyletu, widząc oddalające się widmo królestwa, zaczęła się uspokajać. Ten rodzaj dziedziczności, w którym pozostawiono głowie państwa wybór swojego następcy był wszystkim, czego sobie życzyła, bo nie miała dzieci z generałem Bonaparte, ale ukochaną córkę, żonę Ludwika Bonaparte, spodziewającą się potomstwa. Życzyła sobie i marzyła o wnuku. Widziała w nim następcę głowy państwa. Jej małżonek zgadzał się z nią.

 

Tom VII. Rozdz. II: II. Cesarska korona. 
 

I. Pertraktacje wstępne. - II. Pertraktacje z dworem papieskim. - III. Podróż papieża do Paryża. - IV. Uroczysta koronacja. - V. Papież Pius w Paryżu; jego starania. - VI. Dwór cesarski. - VII. Stara i nowa arystokracja. - VII. Czarny gabinet. - IX. Sprawy religijne.  



I.

Opinia publiczna i interes państwa francuskiego nagliły, by w miejsce istniejącej już praktycznie monarchii utworzone zostało prawdziwe królestwo.

Ale zanim Napoleon zdecydował  się na to posunięcie, od którego nie miałby już odwrotu, chciał mieć poparcie armii i Europy. W gruncie rzeczy nie wątpił ani w jedną ani w drugą, bo pierwsza była mu wierna, a druga czuła przed nim strach. Ale wymagać od swoich towarzyszy broni uznanie go za swojego suwerena wymagało od nich wielkiej ofiary, bo przelewali krew dla Francji, a nie dla jednego człowieka.

Pierwszy Konsul napisał  do Soulta i tych generałów, których darzył największym zaufaniem i zapytał o ich opinię w sprawie zaproponowanych zmian. Pisał, że jeszcze nie jest zdecydowany, pragnie jedynie dobra Francji i chciałby poznać zdanie dowódców armii. Nie było żadnych wątpliwości odnośnie odpowiedzi; musiały one być jednak świadectwem oddania i porwać swoim przykładem niezdecydowanych i krnąbrnych.

Przychylność ze strony Europy była w gruncie rzeczy też prawdopodobna, ale jednak trochę wątpliwa. Z Anglią toczono wojnę, więc nie należało się nią przejmować. Nowa sytuacja w stosunkach z Rosją stawiała za punkt honoru nie pytanie tego dworu o zdanie. Pozostały zatem jeszcze Hiszpania, Austria, Prusy i kilka innych małych państw. Hiszpania była za słaba, by w ogóle czemukolwiek odmówić, ale przelana krew Burbona d'Enghien nakazywała odczekanie przynajmniej kilku tygodni, zanim zwrócono się do tego państwa.

Ze wszystkich mocarstw Austria okazała się najmniej dotknięta naruszeniem granic niemieckich, a w jej całkowitej obojętności na wszystko, co nie naruszało jej zdobyczy, nie było niczego, czego nie można było oczekiwać od dworu wiedeńskiego. Tylko w sprawach etykiety ten najstarszy i najbardziej utytułowany dwór był drobiazgowy i zazdrosny. Napoleon zdecydował się na tytuł cesarza, bo brzmiał on wspanialej i bardziej wojskowo niż król; ale, jak się wydawało, niełatwym było dla władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego przyjęcie na listę europejskich władców kolejnego cesarza. Prusy były tym państwem, które mimo, że w ostatnim czasie stosunki z tym mocarstwem oziębły, najłatwiej dały się przekonać. Wysłano więc natychmiast kuriera do Berlina z poleceniem dla przedstawiciela Francji Laforesta przeprowadzenia rozmowy z Haugwitzem i rozpoznania, czy Pierwszy Konsul może mieć nadzieję na uznanie przez króla Prus dziedzicznym cesarzem Francuzów. Pytanie to należało postawić w ten sposób, by młodemu królowi pozostawić wybór pomiędzy głęboką wdzięcznością i gorzkim urazem ze strony Francji. Laforest otrzymał rozkaz zatuszowania wszystkich śladów tego kroku w archiwum ambasady. W stosunku do Austrii zastosowano, nie informując Champany (Jean-Baptiste de Nompere de Champany, w latach 1801-1804 ambasador Francji w Wiedniu - przyp. tłum.) i nie odważając się na oficjalny krok, inną metodę: postanowiono wybadać Cobenzla, który za pośrednictwem Talleyranda w niestosowny sposób starał się przypodobać Pierwszemu Konsulowi. Do tego typu rozmowy był Talleyrand jak stworzony. Otrzymał od Cobenzla najbardziej zadawalające odpowiedzi, ale nic pozytywnego. Z tego powodu Pierwszy Konsul był zmuszony odczekać kilka tygodni, zanim zezwolił swoim współpracownikom na ich dalszą pracę nad jego nową pozycją.

Król Prus był  w doskonałym nastroju. Po tym, jak zwrócił się on w stronę Rosji i potajemnie z nią związał, obawiał się on, że uczynił zbyt wiele w tej sprawie i zbyt jawnie okazał swoją dezaprobatę na wydarzenia w Ettenheim. Nic zatem nie było mu milsze, jak dać Pierwszemu Konsulowi dowód osobistej sympatii. Laforest ledwie wypowiedział pierwsze słowa, gdy Haugwitz wpadł mu w słowo i z pośpiechem zapewnił, że król Prus nie ma żadnych skrupułów w uznaniu nowego cesarza Francuzów. Fryderyk Wilhelm oczekuje wprawdzie nagany ze strony niespokojnej kliki otaczającej królową, ale wie, że w interesie jego królestwa leżą dobre stosunki z Pierwszym Konsulem.

23 kwietnia 1804 roku król Prus własnoręcznie napisał list do pana Lucchesini (Girolano Lucchesini, 1751-1825, wówczas poseł nadzwyczajny Prus w Paryżu - przyp. tłum.) o którym poinformowano Pierwszego Konsula i który zawierał najprzyjaźniejsze słowa. "Nie mam żadnych skrupułów - pisał król - upoważnić Pana, gdy tylko nadarzy się do tego okazja, do poświadczenia panu Talleyrand, że ja, po tym, gdy z zadowoleniem przyjąłem przekazanie Pierwszemu Konsulowi dożywotniej władzy, z jeszcze większym aplauzem przyjmę, gdy zaprowadzony jego mądrością i wielkimi czynami porządek umocniony zostanie przekazaniem jego rodzinie dziedzicznej władzy i nie będę robić żadnych trudności w jej uznaniu. Niech Pan doda, że  mam nadzieję iż ten niedwuznaczny dowód mojej przychylności będzie mieć w jego oczach tę samą wartość, którą miałby formalny traktat, ze wszystkimi jego zabezpieczeniami i poręczeniami, dla którego rzeczywiście istnieją podstawy oraz, że żywię nadzieję iż z mojej strony mogę również liczyć na obustronną przyjaźń i zaufanie, które chętnie widziałbym pomiędzy oboma rządami".

Inaczej wyglądało w Wiedniu. Tam myślano tylko o tym, by jak najlepiej wykorzystać dla siebie sytuację. Śmierć księcia d'Enghien, wkroczenie na terytorium niemieckie, wszystko to uważane było za błahostkę. Jedyne, o czym myślano, było odszkodowanie, które zamierzano zażądać w zamian za uznanie nowego cesarza. Najpierw trzeby było uznać Napoleona, mimo złej przysługi, które wyrządzano Rosji, przyznając rządowi francuskiemu nadmierne ustępstwa, bo odmowa równoznaczna była ze znalezieniem się w stanie wojny z Francją, czego nade wszystko, przynajmniej w tej chwili, chciano uniknąć. Ale należało wykorzystać uznanie, przeciągnąć je w czasie, wyciągnąć z niego korzyści, a czas, spędzony na rokowaniach o ustępstwach, przedstawić Rosji jako efekt wynikającej z braku akceptacji gry na zwłokę. To była austriacka polityka i trzeba przyznać, że takie postępowanie było normalne między ludźmi nie darzącymi się zaufaniem.

Od czasu, kiedy partia austriacka została tak dotkliwie osłabiona w Rzeszy, należało się  spodziewać, że przy następnych wyborach Habsburgowie stracą  koronę cesarską. Istniała możliwość zapobieżenia temu. Należało zapewnić domowi habsburskiemu koronę jego państw dziedzicznych i to nie koronę królewską, lecz cesarską, tak że zwierzchnik tego domu pozostałby cesarzem Austrii, gdyby w przyszłości przestał być cesarzem niemieckim. Zażądania takiego zapewnienia od Pierwszego Konsula powierzono Champagny w Wiedniu i Cobenzlowi w Paryżu.

Mimo, że Pierwszy Konsul nie miał wątpliwości co do przekonań innych mocarstw, odpowiedzi napełniły go zadowoleniem. Dworowi pruskiemu okazał największą wdzięczność i przyjaźń. Nie mniej życzliwie podziękował dworowi w Wiedniu i odpowiedział, że nie widzi żadnych trudności z przyznaniem głowie austriackiego domu Habsburgów tytułu cesarskiego.

Ze strony armii Pierwszy Konsul miał pełne poparcie. Konkretnie generał Soult w swoim liście wyraził swoje całkowite poparcie, a w przeciągu 14 dni, które potrzebowano na korespondencję z Berlinem i Wiedniem, nadeszły również listy popierające utworzenie cesarstwa ze wszystkich dużych miast.

W ten sposób pozostały jedynie formalności, w pierwszej linii sposób przeprowadzenia uroczystości koronacyjnych. 
 

II.

Napoleon wpadł  na śmiały pomysł, którego realizacja musiała poruszyć umysły, a jego wstąpienie na tron uczyniłaby jeszcze bardziej nadzwyczajną; postanowił mianowicie dać się namaścić przez samego papieża, sprowadzając go na uroczystości z Rzymu do Paryża. Było to bezprzykładne w 18-wiecznej historii Kościoła. Po raz pierwszy papież miałby opuścić Rzym, by udzielić błogosławieństwa nowemu władcy w jego własnej stolicy.

Zaledwie myśl ta się  zrodziła, Napoleon postanowił podjąć wszelkie środki, przekonania albo zmuszenia Piusa VII do przyjazdu do Paryża. Było to jedno z najtrudniejszych przedsięwzięć. Postanowił skorzystać z usług kardynała Caprary (Giovanni Baptista kardynał Caprara, 1733-1810, od 1801 roku legat papieski w Paryżu - przyp.tłum.), który niezwłocznie napisał do Rzymu, że bez Napoleona zginęłaby religia we Francji, a może nawet w całej Europie. Podzielił się on swoimi zamiarami z arcykanclerzem Cambaceres i wspólnie ustalili sposób postępowania, by dokonać pierwszego ataku na uprzedzenia, zastrzeżenia i gnuśność dworu papieskiego.

Po tym, jak Napoleon osiągnął porozumienie we wszystkim ze swoimi dotychczasowymi kolegami, zaprosił legata papieskiego do Saint Cloud, gdzie rozmawiał z nim w pełnym szacunku, ale i zdecydowania, tonie, tak że kardynałowi nie przyszło do głowy, wypowiedzieć nawet jednego słowa sprzeciwu. Napoleon stwierdził, że zleca mu osobiście skłonienie papieża do przyjazdu do Paryża i odprawienia mszy koronacyjnej; później, gdy będzie pewien iż nie otrzyma odmownej odpowiedzi, wyśle formalne zaproszenie, nie wątpiąc w spełnienie jego prośby, ponieważ Kościół winny jest to jemu i sobie oraz ponieważ nic innego nie może przynieść większej korzyści, jak obecność papieża i połączenie podczas tej uroczystości kościelnego i świeckiego przepychu. Kardynał Caprara wysłał kuriera do Rzymu, a Talleyrand napisał list do kardynała Fesch, by poinformować go o nowych planach i zlecić mu pomoc w pertraktacjach.

Była wiosna. Napoleon chciał, by papież wybrał się w podróż dopiero jesienią. Zamierzał bowiem pomnożyć jeden cud, jakim było ukoronowanie przez papieża przedstawiciela rewolucji francuskiej drugim: ekspedycją  do Anglii, którą przesunął z powodu spisku rojalistycznego i ustanowienia cesarstwa. Wszystkie przygotowania były tak dalece zaawansowane, że nie miał wątpliwości w sukces operacji. Potrzebował najwyżej miesiąca i odpowiedniej pogody. Na czas ekspedycji wyznaczył lipiec albo sierpień. Liczył więc, że w październiku powróci zwycięsko, w posiadaniu nieograniczonej władzy w Europie, by koronować się na początku zimy w rocznicę 18.brumaire'a (9 listopada 1804). 
 

Gdy Pius VII za pośrednictwem nadzwyczajnego kuriera dowiedział się o życzeniu Napoleona, był poruszony i przez długi czas nurtowały go sprzeczne uczucia. Rozumiał chyba, że nadarza się okazja oddania religii nowej przysługi i uzyskania dla niej ustępstw, być może nawet zwrotu bogatych, oderwanych od dziedzictwa Św.Piotra prowincji. Ale co było na przeciwnej szali! Jakie złośliwe opinie z całej Europy! Jakie nieprzyjemności musiałby znieść w środku tej rewolucyjnej, opanowanej duchem filozofii stolicy, zamieszkanej przez najbardziej szyderczy naród na ziemi! Wszystkie te widoki, które naraz otwierały się w duchu tego wrażliwego i drażliwego papieża, tak go zirytowały, że wyraźnie zapadł na zdrowiu. Zausznikiem jego niepokoju, który sam go podzielał, został jego minister i doradca, kardynał Consalvi. Ale obaj w końcu zrozumieli, w szczególności po uświadomieniu listami legata i biskupa Orleanu, że odmowa jest niemożliwa i pod naciskiem kardynała Fescha oraz długim i powtarzających się narad z obecnymi w Rzymie kardynałami zaniechali oporu.

Pius VII oświadczył  więc, że jest gotowy przyjechać, pod warunkiem, że wygłoszona podczas koronacji Napoleona przysięga nie zawierać będzie żadnych heretyckich dogmatów, lecz jedynie tolerowanie innych wyznań; że zostanie wysłuchany, jeżeli wniesie sprzeciw przeciwko pewnym artykułom organicznym i gdy będzie reprezentować interesy Kościoła i Stolicy Apostolskiej (legacje nie zostały wymienione); że nie będą mieli do niego dostępu biskupi, którzy nie uznają zwierzchnictwa Stolicy Apostolskiej, zanim się nie podporządkują; że nie będzie miał kontaktu z ludźmi, którzy żyją niezgodnie z prawami Kościoła (wymieniono wyraźnie żonę ministra spraw zagranicznych Talleyranda); że przebieg ceremonii będzie taki sam, jak podczas koronacji cesarza w Rzymie albo podczas namaszczenia królów Francji przez arcybiskupa Reims; że odbędzie jedynie ceremonia celebrowana przez papieża; że deputacja złożona z 2 francuskich biskupów przekaże zaproszenie, w którym cesarz oświadczy, że zmuszony ważnymi przyczynami do pozostania w swoim państwie oraz w celu porozumienia się z papieżem w sprawach kościelnych prosi go o przybycie do Francji, by poświęcił jego koronę i przeprowadził rokowania na tematy kościelne; że nie zostaną postawione mu żadne żądania oraz że zabezpieczony zostanie jego powrót do Włoch.

Gabinet papieski wyraził  życzenie, by koronację przełożyć na dzień 25 grudnia, rocznicę koronacji Karola Wielkiego, ponieważ papież jest bardzo poruszony i odczuwa potrzebę wyjazdu do Castel Gandolfo, by wypocząć, a ponadto nie może opuścić Rzymu przed uregulowaniem pewnych spraw rządu rzymskiego.

Warunki były do przyjęcia, bo obietnica wysłuchania zastrzeżeń papieża do pewnych artykułów organicznych, do niczego nie zobowiązywała i nie trzeba się  z nimi zgodzić, jeżeli byłyby sprzeczne z zasadami kościoła francuskiego.

Gdy kardynał Fesch otrzymał wieść o zgodzie papieża, oświadczył, że cesarz przejmie koszty podróży, co usunęło z drogi wiele kłopotów dla zbankrutowanego rządu.

Napoleon uznał  zgodę papieża za swoje wielkie zwycięstwo, które przypieczętować  miało jego prawa i usunąć wszelkie pytania dotyczące jego prawowitości. Równocześnie nie chciał pośród tego całego przepychu zrezygnować ze swojej samodzielności ani uczynić niczego, co zaprzeczałoby jego godności oraz podstawowym zasadom jego rządów. Ponieważ kardynał Fesch poinformował go, że wystarczy posłać do papieża wybitnego generała, wysłał generała Caffarelli z zaproszeniem, które sformułował w słowach pewnych godności, a nawet pochlebstwa.

"Ojcze Najświętszy!

Szczęśliwy wpływ na moralność i charakter mojego narodu, jaki miał powrót religii chrześciajńskiej, skłonił mnie, by poprosić Waszą Świętobliwość o danie mi, podczas jednej z najważniejszych okazji w historii świata, nowego dowodu zainteresowania moim losem i tego wielkiego narodu. Proszę Waszą Świętobliwość o przybycie do Paryża i udzielenia religijnych święceń podczas uroczystości namaszczenia i koronacji pierwszego cesarza Francuzów. Blask tej ceremonii rozbłyśnie jaśniej, jeżeli zostanie ona poprowadzona przez Waszą Świętobliwość. Sprowadzi na nas i nasz naród błogosławieństwo Boga, którego zrządzenie kieruje losami państw i rodzin według jego woli.

Waszą Świętobliwość zna moje przychylne nastawienie, które mam dla Niej od dawna i dlatego zrozumie, że ta okazja pozwoli mi dać jej nowe dowody.

Dlatego prosimy Boga, by jeszcze przez długie lata utrzymał Cię, Najświętszy Ojcze, na czele Naszej Matki, Świętego Kościoła.

Wasz pełen szacunku syn

Napoleon" 
 

Do tego listu dołączone były gorące prośby, by papież zechciał przybyć, zamiast 25 grudnia, już w ostatnich dniach listopada. Prawdziwego powodu prośby, by ceremonia odbyła się wcześniej, Napoleon nie wyjawił. Nie było innego, niż przesunięty na grudzień plan lądowania w Anglii.

Generał Caffarelli przybył do Rzymu w nocy z 28 na 29 września. Kardynał Fesch przedstawił go papieżowi, który podjął go po ojcowsku. Pius VII przyjął pismo z rąk generała, ale przeczytał dopiero po audiencji. Po tym, jak przyjął do wiadomości jego treść, nie znajdując w niej żadnej informacji o sprawach kościelnych, jako powodu jego podróży do Francji, opanował go wielki ból i dostał ataku nerwowego, który wzbudził wielki niepokój. Jak wszystkim księciom krwi temu czcigodnemu papieżowi leżały na sercu honor i godność jego korony. Uważał, że zostanie skompromitowany, jeżeli w uzasadnieniu jego podróży zabraknie spraw religijnych. Bardzo go bolało nadane mu przez jego wrogów przezwisko "kapłan Napoleona". Kazał wezwać kardynała Fesch i rzekł do niego:

"- To, co mi dostarczono, to trucizna! Nie odpowiem na taki list i nie pojadę do Paryża, bo nie dotrzymano danego mi słowa."

Kardynał Fesch uspokoił wzburzonego papieża, a nowe rozmowy z kardynałami usunęły ostatnie trudności. Wszyscy rozumieli, że odwrót był niemożliwy i postanowiono, że papież powinien odjechać 2 listopada, by dotrzeć 27 tego miesiąca do Fontainebleau. 
 

III.

O świcie 2 listopada papież, który przekazał całą władzę kardynałowi Consalvi, udał się do Bazyliki św.Piotra, gdzie modlił się  długo, otoczony przez kardynałów, osobistości rzymskie i lud. Następnie wsiadł do powozu i skierował się na trakt w kierunku Viterbo. Przez długi odcinek drogi powozowi papieża towarzyszyli płaczący mieszkańcy dzielnicy Trastevere.

Pius VII życzył  sobie, mimo swojego ubóstwa, zabrania prezentów godnych człowieka, którego zamierzał odwiedzić. Z charakterystycznym dla niego taktem wybrał dwie, wyróżniające się pięknem i znaczeniem antyczne kamee. Jedna z nich przedstawiała Achiilesa, druga Scypiona. Dla cesarzowej przeznaczył antyczne wazy szczególnej piękności. Za radą Talleyranda przywiózł dla dam dworu ogromną ilość różańców.

Podróżował przez Państwo Kościelne, Toskanię, pozdrawiany na całej swojej drodze przez klęczącą ludność włoską. We Florencji został  przyjęty przez owdowiałą właśnie królową Etrurii (Maria Luiza Hiszpańska, 1782-1824, jej mąż, król Ludwik I zmarł 12 maja 1803 roku - przyp.tłum.), która w imieniu syna sprawowała regencję nowoutworzonego przez Napoleona królestwa. Przyjęła ona papieża, jak należało się spodziewać po pobożnej księżniczce hiszpańskiej, dowodami czci i poważania, które go zachwyciły; papież zaczął przychodzić do siebie po swoim wielkim wzburzeniu. Legacje omijał, by swoim pojawieniem się nie okazać aprobaty ich wcielenia do innego niż Państwo Kościelne państwa i podróżował przez Piacenzę, Parmę i Turyn. Nie był jeszcze we Francji, a już towarzyszyli mu francuscy urzędnicy i oddziały i widział, jak stary Menou i oficerowie Armii Italii pełni szacunku pochylają przed nim głowy.

Pius VII stopniowo uspakajał  się i przestał w końcu obawiać się skutków swojej decyzji. Jego droga prowadziła przez Alpy. Podjęto nadzwyczajne środki ostrożności, by podróż jego i towarzyszących mu kardynałów przebiegała bezpiecznie i wygodnie. O wszystko starali się z największą hojnością i nieskończoną gorliwością cesarscy urzędnicy pałacowi. W końcu papież dotarł do Lyonu. Tutaj jego troska przerodziła się w prawdziwą radość. Z Prowansji, Delfinatu, Burgundii napłynęła tłumnie ludność, by zobaczyć boskiego zastępcę na ziemi. Wszystkie narody mają w sercach nieokreślone, ale głębokie uczucie wiary w Boga w sercu. Forma, w jakiej oddaje się cześć temu Bogu, jest mniej ważna, jeżeli tylko jest pełen tradycji i szanowany przez władze.

W Lyonie Pius otrzymał  ponownie list od Napoleona z nowymi słowami podzięki i życzeniami rychłego przybycia do Paryża. Słaby, chorowity i porywczy papież, który, widząc powitanie, nie czuł więcej trudów podróży i sam zaproponował przyspieszenie jej o 2 dni. Opuścił Lyon otoczony takimi samymi oznakami hołdu, jak podczas swojego przybycia, przejechał przez Moulins, Nevers, a na każdej drodze spotykał te same tłumy, czekające na błogosławieństwo głowy Kościoła.

Pius VII miał zatrzymać  się w Fontainebleau. Tak zarządził Napoleon, który chciał  mieć okazję wyjazdu Ojcu Świętemu naprzeciw i umożliwić  mu 2 albo 3 dni odpoczynku na osobności. Na ten dzień, 25 listopada, zarządził polowanie, które kierować miało się w kierunku drogi, którą podróżował papież. Gdy papieska kolumna dotarła do skrzyżowania Saint-Herem, Napoleon skierował w tą stronę swojego wierzchowca i popędził papieżowi na spotkanie. Stanął przed nim i objął. Pius z ciekawością i wewnętrznym wzruszeniem, ujęty powitaniem, przyglądał się temu drugiemu Karolowi Wielkiemu, o którym od kilku lat nieustannie uważał jako narzędzie Boga na ziemi.

Była właśnie południe. Obaj suwerenowie wsiedli do powozu, by udać się do Fontainebleau, a Napoleon ustąpił przy tym papieżowi plac po prawej stronie. Na powitanie Piusa VII na progu pałacu stanęła cesarzowa wraz z ustawionymi w półkole osobistościami państwa i dowódcami armii. Mimo, że papież przyzwyczajony był do rzymskiego przepychu, musiał przyznać, że czegoś tak okazałego jeszcze nie widział. Otoczony przez zgromadzonych udał się do przeznaczonych dla niego apartamentów.

28 listopada, po 3-dniowym odpoczynku, cesarz i papież wsiedli do powozu - papież ponownie siedząc z prawej strony - by udać się do Paryża, gdzie jako mieszkanie papieża przygotowany był pawilon Flora. 
 

IV.

1 grudnia Napoleon skierował  następującą odezwę do Senatu:

"Wstępuję na tron, na który powołała mnie jednogłośna wola Senatu, narodu i armii, z sercem pełnym współczucia dla losu tego narodu, który kiedyś z obozu polowego nazwałem "wielkim".

Od czasu mojej młodości poświęcone mu są wszystkie moje myśli, a dziś chcę  jeszcze dodać, że moja radość albo cierpienie wywodzi się  jedynie ze szczęścia albo nieszczęścia mojego ludu.

Moi następcy będą  długo zasiadać na tym tronie.

W polu będą oni pierwszymi żołnierzami armii, swoje życie ofiarują obronie swojej ojczyzny.

Jako administrator nigdy nie zapomną, że lekceważenie prawa i zachwianie porządku są zawsze następstwem słabości i niepewności panującego księcia.

Wy, senatorowie, których rada i pomoc w najgorszym momentach nigdy mnie nie zawiodła, przekażecie Waszego ducha i Wasze poglądy Waszym następcom. Bądźcie zawsze oparciem i pierwszym doradcą tego tronu, który dla naszego wielkiego państwa jest tak niezbędny." 
 

W niedzielę 2 grudnia, w zimny, ale słoneczny zimowy dzień ze wszystkich stron napłynęła ludność Paryża, by zobaczyć przejazd cesarskiego orszaku. Papież  pojechał przodem, o godzinie 10 rano, długo przed cesarzem, żeby oba orszaki nie przeszkadzały sobie. Towarzyszyli mu liczni duchowni, ubrani w najcenniejsze ornaty oraz oddział gwardii cesarskiej. Ciekawość Paryżan pobudzała szczególnie obecność pewnego abbé, który siedząc na oślicy, trzymając w dłoni krucyfiks jechał do kościoła przed papieżem.

Wokół placu Notre-Dame ustawiono bogato ozdobioną kolumnadę, gdzie schronić mogli się wysiadający ze swoich powozów suwereni i książęta udający się do starej katedry. Pałac arcybiskupa, przystrojony bogactwem, godnym gości, których miał przyjąć, był tak przygotowany, że papież i cesarz mogli tam przez chwilę odpocząć.

Po krótkim odpoczynku papież wkroczył do kościoła, gdzie już od kilku godzin gromadziły się delegacje miast, reprezentanci magistratu i armii, 60 biskupów z orszakami, Senat, Ciało Prawodawcze, Trybunat, Rada Stanu, książęta Nassau, Hesji, Badenii, arcykanclerz Rzeszy Niemieckiej oraz przedstawiciele wszystkich mocarstw. Brama główna kościoła Notre-Dame była zamknięta, bo opierał się o nią cesarski tron. Wchodzono przez wejścia boczne, znajdujące się na obu końcach naw bocznych.

Gdy papież, przed którym niesiono krzyż i symbol następcy św.Piotra, pojawił się  w tej starej katedrze św.Ludwika, obecni podnieśli się z miejsc, a 800 muzyków i śpiewaków rozpoczęło pieśń Tu es Petrus. Wywołało to głębokie wrażenie. Papież szedł wolnym krokiem do ołtarza, gdzie przyklęknął i zajął miejsce na przygotowanym dla niego po prawej stronie ołtarza tronie. 60 prałatów kościoła francuskiego, jeden po drugim, podchodziło, by go pozdrowić. Papież każdego z nich powitał przychylnym spojrzeniem. Następnie rozpoczęło się czekanie na przybycie rodziny cesarskiej.

Kościół Notre-Dame przyozdobiony był z nieporównalnym przepychem. Aksamitne kotary pokryte złotymi pszczołami pokrywały ściany od sklepienia aż do podłogi. U stóp ołtarza stały proste krzesła, na których zasiąść mieli cesarz i cesarzowa przed ich koronacją. W tyle kościoła, naprzeciw ołtarza, stał przeznaczony dla cesarza i jego małżonki potężny tron do którego wiodły 24 stopnie, ustawiony pomiędzy kolumnami, niczym rodzaj monumentu w monumencie. Jak przewidywał zarówno rytuał rzymski, jak i francuski monarcha nie zasiadał na tronie, zanim nie został koronowany przez papieża.

Długo czekano na cesarza. To był jedyny pożałowania godny incydent podczas tej wielkiej uroczystości. Powodem tego opóźnienia była obawa porządkowych uroczystości, że oba orszaki mogą spotkać się w drodze. Cesarz opuścił Tuileries w przeszklonym powozie. Ubrany był w zaprojektowany przez największego malarza epoki i wzorowany na ubiorach XVI-wiecznym strój, krótki płaszcz i beret z piórami. Cesarski płaszcz chciał założyć dopiero w pałacu arcybiskupa krótko przed wejściem do kościoła. W towarzystwie konno jadących marszałków, poprzedzany powozami dostojników, jechał powoli ulicą Saint-Honoré, wzdłuż nabrzeża Sekwany przez plac Notre-Dame, witany radosną wrzawą niezliczonego tłumu.

Po zatrzymaniu się  przed opisanym portalem, Napoleon wysiadł z powozu i udał  się do pałacu arcybiskupa, gdzie założył cesarski płaszcz, wziął koronę i berło; następnie wkroczył do katedry. Wielka korona, zrobiona na wzór korony Karola Wielkiego była niesiona obok niego. On sam miał na głowie tymczasowo tylko koronę cezarów - prosty złoty wieniec laurowy.

Po wejściu przy brzmieniu hucznej muzyki do kościoła, przyklęknął i udał się  w kierunku krzesła, na którym miał zasiąść, zanim zasiądzie na tronie. Korona, berło, szpada i płaszcz zostały położone na ołtarzu. Papież dokonał zwyczajowego namaszczenia na jego czole, jego ramionach i dłoniach, poświęcił szpadę, którą mu przypasał, berło, które mu wręczył i wziął w dłonie koronę. Napoleon obserwował uważnie jego ruchy, wziął bez pośpiechu, ale zdecydowanym ruchem,  koronę z rąk papieża i wsadził sobie na głowę. Ten zrozumiany przez wszystkich gest zrobił niesamowite wrażenie. Następnie Napleon wziął koroną cesarzowej, zbliżył się do klęczącej Józefiny i koronował swoją małżonkę, która uroniła przy tym kilka łez.

Następnie Napoleon udał  się do wielkiego tronu, wstępując po schodach w towarzystwie swoich braci, którzy trzymali końce cesarskiego płaszcza. Teraz, zgodnie z tradycją, do stóp tronu przystąpił papież, udzielił nowemu suwerenowi błogosławieństwa i zaśpiewał słowa, które usłyszał w kościele św.Piotra Karol Wielki, gdy rzymscy duchowni niespodziewanie obwołali go cesarzem zachodu Europy: Vivat in aeternum semper Augustus! Przy tych słowach rozległ się okrzyk z tysiąca gardeł: niech żyje cesarz!, który odbił się echem od kopuły katedry; na zewnątrz rozległ się głos armatnich strzałów i obwieścił całemu Paryżowi o tym, że Napoleon rzeczywiście zgodnie z obowiązującymi formami został koronowany. Arcykanclerz Cambacérčs podał mu tekst przysięgi, jeden z biskupów Ewangelię, a Napoleon, trzymając dłoń na niej wypowiedział słowa przysięgi, która zawierała podstawowe zasady rewolucji francuskiej:

"Przysięgam bronić terytorium Republiki w całym jego wymiarze, przestrzegać postanowień konkordatu i wolności religii, politycznej i obywatelskiej wolności, a także utrzymać nienaruszalność sprzedanych dóbr narodowych; podatki i obciążenia wprowadzać tylko zgodnie z przepisami; zachować instytucję Legii Honorowej; rządzić mając na celu dobrobyt, szczęście i chwałę narodu francuskiego." 
 

V.

Papież był  nadzwyczaj wyrozumiały. Wszystkie piękne kobiety Paryża, nawet takie, którym ze względu na ich złą reputację odmówiono dopuszczenia na cesarski dwór, dostąpiły zaszczytu zbliżenia się do niego i otrzymania jego błogosławieństwa. Panie Hamelin i Talien były często przez niego przyjmowane. Ogólnie mówiąc, duchowni lubią kobiety, a te są im często przydatne, bo wiedzą, jak zakochać ich w sobie. Darowanie grzechów jest wspaniałą ideą! Kto mógłby powiedzieć: "Nigdy nie uwierzę!"

Po koronacji papież  chciał porozmawiać z cesarzem i zamierzał go odwiedzić. Papież zrobił wiele ustępstw. Zmusił się do przybycia do Paryża, zrezygnował z własnoręcznego włożenia cesarzowi korony na głowę i odpuścił mu spowiedź powszechną przed ceremonią. Dlatego liczył na spore wynagrodzenie, marzył o Romanii i legacjach, a teraz zaczynał pojmować, że musi z tego wszystkiego zrezygnować. Zredukował swoje życzenia i prosił tylko o mały dowód łaski, jak powiedział, tylko o podpis cesarza na starym dokumencie, bardzo zużytym kawałku papieru pochodzącym z czasów Ludwika XIV.

- "Proszę o wyświadczenie tej łaski - poprosił - w gruncie rzeczy jest to bez znaczenia."

- "Chętnie Ojcze Święty - odpowiedział cesarz - jeżeli dowiem się, o co chodzi."

Dokument zawierał oświadczenie Ludwika XIV, wymuszonego prawdopodobnie pod koniec jego życia przez Madame de Maintenon albo jego spowiedników, w którym wyraża on swoją dezaprobatę odnośnie pamiętnych artykułów z 1682 roku zawierającego zasady wolności kościoła galikańskiego (22 marca 1682 roku król Ludwik XIV podpisał edykt nakazujący przyjęcie 4 artykułów ustanowionych przez zgromadzenie biskupów francuskich z dnia 9 marca, które negowały nieomylność papieża: 1. Książęta w sprawach doczesnych nie podlegają władzy kościelnej i w żadnym razie nie mogą być złożeni z godności; 2. Papież posiada pełność władzy duchownej, jednak dekrety Soboru Konstancjańskiego dotyczące powagi soborów powszechnych utrzymują nadal swoją moc; 3. Władzę papieską ograniczają kanony, we Francji zaś papież powinien mieć jeszcze na uwadze przepisy i zwyczaje miejscowe; 4. W rzeczach wiary papież ma powagę najwyższą, ale orzeczenia jego nie są nieodmienne, jeżeli nie nastąpi zgoda Kościoła - przyp.tłum.). Cesarz stwierdził złośliwie, że z jego strony nie ma żadnego sprzeciwu, ale musi porozmawiać z biskupami. Papież powtórzył, że sprawa ta nie wymaga aż tylu zabiegów.

- "Nie pokażę nikomu tego podpisu - stwierdził - tak samo, jak Ludwik XIV nigdy go nie pokazał."

- "Po co więc ten podpis - brzmiała odpowiedź cesarza - jeżeli jest on bez znaczenia? Jeżeli jednak znaczenie, to należy się, bym wypytał moich teologów:" 
 

VI.

Dwór cesarza był  pod każdym względem wspanialszy i okazalszy niż wszystko, co dotychczas widziano - mimo tego koszty jego utrzymania były niewiarygodnie dużo niższe niż utrzymanie dworu starego systemu. Ta duża różnicy wynikała z faktu, że nie było żadnych nadużyć, a w rachunkach panował porządek. Jego polowania były równie znakomite, jak za czasów Ludwika XVI i kosztowały cesarza, mimo że wszystko, od łowów z sokołem aż do najmniejszych drobnostek, było na tym samym poziomie, rocznie tylko 400 000 franków, podczas gdy król wydawał na łowy 7 milionów w roku. To samo dotyczy życia na dworze: umiłowanie porządku i rygor Duroca uczyniły cuda. Za czasów królów pałace nie były umeblowane: wszystko, co było potrzebne, przewożono z jednego pałacu do drugiego. Służba nikogo nie interesowała: każdy musiał sam starać się o siebie. Za to w czasach Napoleona każdy, kto pełnił służbę znajdował w przeznaczonym dla niego pokoju wszystko, czego potrzebował i czego sobie życzył takie samo albo lepsze niż we własnym domu.

Stajnia kosztowała cesarza 3 miliony; koń kosztował przeciętnie 3 000 franków rocznie. Paź kosztował 6-8 000 franków rocznie; to były prawdopodobnie najwyższe wydatki; ale ci młodzi ludzie byli też rzeczywiście doskonale wychowani i traktowani. Dlatego najlepsze rodziny cesarstwa słusznie uważały za łaskę przyjęcie ich dzieci na cesarski dwór.

Odnośnie etykiety Napoleon był pierwszym, który rozdzielał służbę honorową  od rzeczywistej. Król nie jest stworzony przez naturę, lecz przez cywilizację. Nigdy nie wolno mu pokazać się nagim, lecz zawsze w ubraniu.

Na oficerów wyższych korony, szambelanów, rycerzy i innych dostojników dworskich cesarz wybrał zarówno ludzi, których zrodziła rewolucja, jak i spóśród starych rodzin arystokratycznych. Ci pierwsi czuli się przeniesieni na zdobyty przez siebie teren, ci drudzy - na teren, który uważali za ponownie zdobyty. Cesarzowi zależało na tym, by w tym pomieszanym świecie wygasła nienawiść i dokonało się przemieszanie. Szybko i bez problemów rozpoznał różnicę w zwyczajach i przyzwyczajeniach: starzy pełnili swoją służbę z większą pilnością i wdziękiem; pani Montmorency upadłaby, by zawiązać cesarzowej trzewiki; dama nowej generacji uczyniłaby to z oporami bojąc się, że zostanie uznana za pokojówkę; taka myśl pani Montmorency nie wpadłaby nawet do głowy. Te honorowe stanowiska nie były wynagradzane, zmuszały nawet do dużych wydatków, ale osoby je zajmujące spędzały dni pod okiem władcy, źródła wszystkich honorów i łask, wszechmocnego pana, który głośno oznajmiał swoje pragnienie udzielenia pomocy każdemu, kto się do niego zwróci.

Za czasów swojego małżeństwa z Marią Luizą Napoleon wybrał dużą ilość szambelanów z pierwszych szeregów starej arystokracji. Z jednej strony chciał w ten sposób udowodnić Europie, że we Francji istnieje już tylko jedna partia, z drugiej, chciał otoczyć cesarzową nosicielami znanych jej już nazwisk. Cesarz zastanawiał się nawet, czy nie wybrać z tego kręgu nawet honorową damę cesarzowej, ale z obawy, że cesarzowa, której charakteru nie znał, opanowana uprzedzeniami swojego pochodzenia oraz by nie dać nowej pożywki zarozumiałości starej arystokracji, zdecydował się na inny wybór.

Od tego czasu aż  do do upadku cesarstwa najstarsze i najszlachetniejsze rodziny pchały się, by zostać przyjęte na cesarski dwór. Ale dlaczego nie miałyby tego robić? Cesarz był panem świata, wyniósł  Francję i Francuzów ponad inne narody; towarzyszyły mu władza, sława i honor, każdy należący do tego kręgu był szczęśliwy. Przynależność do jego otoczenia na wewnątrz i zewnątrz dawało prawo do poszanowania, hołdu i honorów. 
 

Wydatki cesarza na dwór wynosiły milion franków rocznie. Ale z tego na jego potrzeby wydawano tylko 100 franków dziennie. Rzadko brał udział w obiadach, bo nie miał stałych godzin posiłków i nie przerywał dla nich pracy. Ponieważ nikt nie wiedział, kiedy każe podać posiłek, trzeba było być w każdej chwili przygotowanym. Zdarzało się, że co 30 minut pieczono dla niego kurczaka, zużywając tuzin z nich, aż w końcu jeden z nich mógł być mu podany. 
 

Napoleon kładł  nacisk na dobre prowadzenie finansów, poważając wskutek tego Molliena (Nicolas-Francois Mollien, 1758-1850, w latach 1806-1814 minister skarbu - przyp.tłum.), któremu to zadanie było powierzone. Administrował on finansami publicznymi w najprostszy sposób. Wszystko zapisywane było w małym zeszycie, z którego Napoleon w każdej chwili mógł poinformować się o stanie swoich finansów, wydatków, dochodów, oszczędności i stanu kasy.

W swojej piwnicy cesarz miał 400 milionów franków w złocie, o których tylko on wiedział. Informacje o nich egzystowały jedynie w małym zeszycie, nad którym pieczę sprawował jego prywatny skarbnik. Ale nie traktował  on tych pieniędzy jako swoje własne, lecz jako majątek narodowy. W tym sensie zostały one też w czasach niepowodzeń zużyte.

W monetach cesarz więcej niż 2 miliardy zebrał z zagranicy, nie licząc sum, które poszczególni osobnicy zebrali na własny rachunek.

Bardzo nieprzyjemnie poruszyło cesarza postępowanie pana de la Bouillerie, który w 1814 roku odprowadził z Orleanu do Paryża w ręce księcia d'Artois 10 milionów franków będących własnością cesarza, zamiast, co było jego obowiązkiem, dostarczyć je do Fontainebleau. Gdy Napoleon w 1815 roku powrócił, de la Boulliere poprosił o audiencję, by wytłumaczyć się z tego kroku. Z pewnością próbowałby wytłumaczyć się niedoświadczeniem i wiedział chyba, że skończy się na wyrzutach, jeżeli uda mu się osobiście porozmawiać z cesarzem. Ale cesarz odmówił przyjęcia go, bo znał siebie i wiedział, że jest bezsilny wobec próśb. Następca de la Boulliere'a, Esteves postąpiłby inaczej. Był on wiernie oddany cesarzowi i przywiózłby za wszelką cenę skarb do Fonteinebleau albo, zamiast go wydać, zakopałby go, wrzucił do rzeki albo rozdał innym. 
 

Cesarz był prawdopodobnie jedynym władcą europejskim, który nie miał straży przybocznej; przychodzono do niego bezpośrednio, bez przekraczania specjalnej sali. Po przekroczeniu zewnętrznej linii posterunków, można było swobodnie poruszać się po całym pałacu. Wywołało to wielkie zdziwienie cesarzowej Marii Luizy, która nie potrafiła pojąć, że cesarz był praktycznie bezbronny, podczas gdy jej ojciec otoczony było strażą przyboczną. Oczywiście cesarz narażał się przez to często na duże niebezpieczeństwo; znanych jest ponad 30 spisków; a ile pozostało nieodkrytych.

Że Napoleon ze wszystkich niebezpieczeństw wyszedł bez uszczerbku zawdzięczał oprócz szczęśliwej gwieździe określonym osobliwym okolicznościom. I tak na przykład nie miał on regularnych przyzwyczajeń, które byłyby znane, lecz żył pod wpływem własnego humoru. Nadmiar pracy przywiązywał go do jego gabinetu, nigdy nie spożywał posiłków poza pałacem, rzadko chodził do teatru i tylko wtedy, kiedy nie był oczekiwany.

Oba zamachy, kiedy narażony był na największe niebezpieczeństwo przeprowadzili rzeźbiarz Cerachi i Fanatyk z Schönbrunn (Fryderyk Staps - przyp. tłum.).

Cerachi z z kilkoma innymi szaleńcami postanowił zabić Pierwszego Konsula, chcieli zamordować go podczas opuszczania teatralnej loży. Mimo, że Konsul był ostrzeżony udał się jednak do teatru i odważnie przeszedł przez grupę spiskowców, którzy zajęli już swoje posterunki. Pod koniec przedstawienia wszyscy zostali ujęci.

Cerachi był początkowo żarliwym zwolennikiem Napoleona, ale postanowił zgładzić go, gdy tylko dostrzeże w nim tyrana. Był obsypany przez cesarza zaszczytami. Wykonał jego popiersie i starał się za wszelką cenę o otrzymanie pozwolenia na jeszcze jedno posiedzenie, by, jak twierdził, dokonać pewnych poprawek. Ale szczęśliwa gwiazda Napoleona tak pokierowała losem, że nie miał on wówczas nawet chwili czasu. Ponieważ sądził, że przyczyną nalegania Cerachiego były kłopoty finansowe, kazał przekazać mu 6 000 franków. Dziwaczna pomyłka! Cerachi nie miał żadnego innego zamiaru, jak zamordować go podczas posiedzenia!

Spisek został zdradzony przez jednego ze spiskowców, kapitana pułku liniowego. Dziwna gra człowieczego rozumu! Oficer ten nienawidził Napoleona jako konsula, ale uwielbiał go jako generała! Chciał chyba, by został usunięty z tego stanowiska, ale pod żadnym pozorem, żeby został zamordowany. Chciał w Napoleonie uratować tego generała, który biłby nieprzyjaciół i prowadził Francję do sławy i chwały. Spiskowcy śmiali mu się w twarz słysząc jego poglądy. Ale gdy zobaczył, jak w najpoważniejszych zamiarach rozdawane są sztylety, zdradził spisek.

Fanatyk z Schönbrunn był synem protestanckiego pastora z Erfurtu; po bitwie pod Wagram postanowił zamordować cesarza podczas parady na dziedzińcu pałacu Schönbrunn. Udało mu się przedrzeć przez kordon, wystawionych dla trzymania widzów w odpowiedniej odległości, posterunków, ale generał Rapp, który chciał odsunąć go ręką, wyczuł pod jego surdutem twardy przedmiot. Przeszukano go i odkryto, że przedmiotem tym był ostry, dwusieczny nóż o długości 1,5 stopy, zawinięty w gazetę. Napoleon kazał młodzieńca przyprowadzić do siebie. Wytłumaczył on cesarzowi, że chciał go zabić, by zakończył się rozlew krwi. Ten zapytał go, dlaczego nie pomyślał wcześniej, by zabić cesarza Franciszka. Staps odpowiedział, że to byłoby coś całkiem innego; cesarz Austrii był głupcem, którego zastąpiłby inny głupiec. We wszystko, co mówił, wtrącał cytaty z Biblli; był zimnym fanatykiem, a jednak wydawał się być poruszonym, gdy Napoleon zapytał go, czy uczyniłby to jeszcze raz, gdyby został ułaskawiony. Po chwili wahania, Staps odpowiedział:

"- Nie! Pomyślałbym: wypełniłem mój obowiązek, ale Bóg nie chciał tego."

Wypowiadając te słowa nie wyglądał na zmartwionego. Cesarz polecił aresztować go i nie podawać mu jedzenia, a po 24 godzinach wypytał go jeszcze raz. Był to w dalszym ciągu ten sam człowiek. Został rozstrzelany. 
 

Cesarz nie ukrywał,  że jego pałac w stolicy pod pewnymi względami jest niedoskonały; Wersal był z kolei niewygodny dla ministrów i dworzan. Ludwik XIV popełnił błąd wybierając Wersal, mając przecież do wyboru Saint-Germain; ten pałac ze swojej natury był najlepszym mieszkaniem dla francuskich królów. Pod tym względem Napoleon też popełnił błąd; powinien był zrezygnować całkowicie z Compiegne; żałował później, że właśnie tam, a nie w Fontainebleau, miał siedzibę jego dwór. Z architektonicznego punktu widzenia Fontainebleau nie był wprawdzie pięknym pałacem, ale z pewnością doskonale nadającym się na siedzibę władcy. Porównanie królewskich pałaców wszystkich stolic wypadało na korzyść Fontainebleau, który, zarówno pod względem politycznym jak i militarnym, dysponował wszystkimi zaletami. Cesarz żałował wielkich wydatków na pałac w Wersalu, ale przecież były one konieczne, by pałac nie popadł w ruinę. W czasach rewolucji planowano dużą część tego pałacu zburzyć, usunąć środkową część, dzieląc w ten sposób oba skrzydła. To odpowiadałoby cesarzowi, bo utrzymanie tego wielkiego pałacu było kosztowne, a cały gmach zupełnie nieprzydatny. Ale Napoleon też zaczął budować pałac, przeznaczony dla króla Rzymu, mając przy tym plany na przyszłość.

W swoich budowlach cesarz wychodził z innych założeń niż architekci. Nie chciał  wydawać wielkich sum, nie otrzymując natychmiast nic w zamian. Jeżeli zezwolił na wydanie 30 milionów franków na budowę, chciał tę sumę wydać w przeciągu 20 lat, czyli wydać rocznie 1,5 miliona franków. Za te 1,5 miliona chciał jednak już w pierwszym roku zobaczyć rezultat, mieszkanie albo coś innego, małego, ale całkowicie ukończonego. Architekci myśleli inaczej, tego typu postępowanie kłóciło się z ich rozległymi planami. Chcieli oni najpierw wybudować fasadę, która przez długi czas pozostałaby bez użytku, pochłonęłaby ogromne sumy, a po przerwaniu budowy, do niczego nieprzydatną.

Wychodząc z takiego założenia Napoleon dużo osiągnął, mimo politycznych i militarnych przeszkód. Zakupił dla korony meble za 40 milionów, srebra za 400 000 franków, a wiele pałaców poddał restauracji.

Dzięki swojej metodzie postępowania cesarz mógł po wydaniu 500-600 000 franków już w pierwszym roku wprawdzić się do Fontainebleau. W przeciągu następnych lat wydał 6 milionów, z biegiem czasu przeznaczyłby na ten cel jeszcze więcej. Cesarz zwracał baczną uwagę, by wydatki nie były odczuwalne, ale rezultat wieczny.

Gdy cesarz przebywał  w Fontainebleau gościło tam 1 200-1 500 osób, więcej niż 3 000 mogły zostać zaproszone do stołu. Dzięki wprowadzonemu przez Duroca porządkowi wydatki na to nie były zbyt wysokie.

Budynki Wersalu nie podobały się cesarzowi; ale były one i dlatego miały służyć szeroko zakrojonym planom Napoleona. Marzył o tym, by z czasem zrobić z Wersalu coś w rodzaju przedmieścia Paryża, miejscowość wycieczkową dla mieszkańców stolicy; ze wspaniałych ogrodów chciał usunąć pozbawione smaku nimfy i inne barokowe ornamenty i zastąpić je panoramami wszystkich stolic, do których wkroczył jako zwycięzca oraz wszystkich bitew, w których francuski oręż odniósł słynne, pełne chwały zwycięstwa. W ten sposób chciał stworzyć u bram stolicy Europy pomniki francuskich triumfów i narodowej chwały, do których pielgrzymowałyby wszystkie narody świata. 
 

Ogrody cesarskie były pod nadzorem Desmasisa, przyjaciela z lat młodości, który kiedyś  oddał Napoleonowi wielką przysługę. Po oblężeniu Tulonu Napoleon przebywał w Paryżu, tkwiąc w wielkich finansowych kłopotach. Jego matka przebywała wraz z jej wieloma małymi dziećmi w Marsylii, gdzie musiała schronić się w wyniku niepokojów na Korsyce. W wyniku intrygi obywatela Aubry generałowi Bonaparte zatrzymano wypłacanie żołdu; jego cały majątek wynosił 5 franków w asygnatach. Z myślą o samobójstwie udał się na brzeg Sekwany. Nagle zderzył się przypadkowo z ubranym w ubranie robocze męzczyzną, który ku jego zaskoczeniu rzucił mu się na szyję i zawołał:

"- Co? Ty jesteś Napoleon? Tak bardzo się cieszę, że cię spotkałem! Grozi ci jakieś niebezpieczeństwo? Wyglądasz jak szaleniec, który chce odebrać sobie życie!"

Napoleon wszystko mu opowiedział.

"- Nic więcej? - zawołał Desmasis, rozpiął swój ubogi kitel, ściągnął pasek i wcisnął Napoleonowi w dłoń.

"- Tutaj jest 30 000 franków w złocie; weź je i ratuj swoją matkę."

Porwany tym mimowolnym spotkaniem Napoleon wziął złoto, by posłać je swojej matce. Dopiero gdy nic nie zostało, uświadomił sobie, co zrobił. Pospieszył  na miejsce, gdy pozostawił Desmasisa, ale nie zastał go tam. Przez kilka kolejnych dni generał Bonaparte wychodził wczesnym rankiem z domu i wracał dopiero późnym wieczorem, przeszukując wszystkie miejsca, gdzie miał nadzieję spotkać swojego dobroczyńcę. Ale poszukiwania nie przyniosły rezultatu. Również dochodzenia, które zlecił jako Pierwszy Konsul i cesarz, były bezowocne. Dopiero po wielu latach spotkał go przypadkowo i zapytał, co było powodem jego postępowania i dlaczego przez tyle lat nie dał o sobie znaku życia. Desmasis odrzekł, że nie potrzebował tych pieniędzy i dlatego nie żądał ich zwrotu, mimo, że nie miał wątpliwości, że nie byłoby mu to wzięte za złe; obawiał się jedynie, że cesarz wezwałby go z jego odosobnienia, gdzie był szczęśliwy, zajmując się ogrodnictwem. Cesarza kosztowało dużo wysiłku by skłonić go do przyjęcia 30 000 franków jako zwrotu długu. Z wielkim oporem przyjął od cesarza zaproponowaną mu posadę głównego administratora ogrodów cesarskich z rocznym uposażeniem 30 000 franków oraz stopień oficera domu cesarskiego. Również jego brata Napoleon zatrudnił na bardzo godnym stanowisku. 
 

VII.

Arystokracja wcale nie jest sprzeczna z pojęciem równości, jest nawet konieczna dla utrzymania porządku społecznego; żaden porządek społeczny nie może budować na ustawach ziemskich (Napoleon wspomina w tym miejscu projekt ustaw, które przedłożyli rzymskiemu Senatowi bracia Tyberiusz i Gajusz Gracchus w 133 roku p.n.e., proponując rozdanie biednym zagarniętej wcześniej przez bogaczy ziemi, co miało zlikwidować napięcia społeczne w ówczesnym Rzymie. Projekt został odrzucony, a jego twórcy zamordowani - przyp.tłum.): zasada własności i jej przekazywanie przez sprzedaż, darowiznę między żyjącymi albo testament jest podstawową zasadą, która nie sprzeciwia się równości. Z tej zasady wywodzi się też zwyczaj przekazywania z ojca na syna symbolu oddanych państwu zasług. Majątek może być niekiedy zdobyty w niehonorowy i nieuczciwy sposób. Tytuły i wartości zdobyte zasługami dla państwa pochodzą zawsze z czystych i przyzwoitych źródeł, ich przekazywanie potomkom jest więc sprawiedliwe. Gdy Napoleon dużej ilości ludzi rewolucji, zagorzałych zwolenników zasady równości, zadał pytanie, czy wprowadzenie dziedzicznych tytułów zaprzecza tej zasadzie, wszyscy odpowiedzieli "nie".

Utworzeniem narodowej arystokracji Napoleon chciał osiągnąć trzy cele: po pierwsze, pojednać Francję z Europą; po drugie, pojednać starą  i nową Francję; po trzecie zlikwidować w Europie ostatnie resztki arystokracji feudalnej, łącząc idee arystokracji z pojęciem zasług dla państwa, oddzielając jednak wszystkie feudalne podstawy.

Na czele całej Europy stali arystokraci, którzy energicznie bronili się przed rozszerzeniem rewolucji; tworzyli oni przeszkodę, która wszędzie hamowała francuskie wpływy. Musiała ona zostać usunięta, dlatego Napoleon nadał głównym osobom cesarstwa tytuły, które były równe tytułom feudalnym. Sukces był pełny, arystokracja europejska zrezygnowała z oporu przeciwko Francji i spoglądała ze skrytą radością na powstawanie nowej arystokracji, która właśnie dlatego, że była nowa, wydawała się ją naśladować; nie przewidywała następstw systemu francuskiego, którego celem było wykorzenienie arystokracji feudalnej, odwartościowanie jej albo przynajmniej zmuszenie do zdobycia nowych tytułów.

Stara arystokracja Francji, po powrocie od ojczyzny, gdzie odnalazła jeszcze część swoich dóbr, przyjęła ponownie swoje tytuły; uważała się, wprawdzie nie usankcjonowane prawnie, ale de facto bardziej niż kiedykolwiek za warstwę uprzywilejowaną; każde połączenie albo wymieszanie z przywódcami rewolucji wydawało się bardzo trudne; nadanie nowych tytułów usunęło te trudności i już wkrótce nie było żadnej starej rodziny, która nie związałaby się chętnie z nowymi książętami. Nowe były również domy Noailles, Colbert, Louvois, Fleury; ale zaraz po ich powstaniu najstarsze domy arystokratyczne Francji starały się o nawiązanie z nimi kontaktu. W ten sposób umocnione zostały rodziny wywodzące się z rewolucji, a stara i nowa Francja zjednoczona. Napoleon z zamysłem nadał pierwszy tytuł marszałkowi Lefebvre (księcia Gdańska - przyp. tłum.), bo był on prostym żołnierzem, a każdy mieszkaniec Paryża znał go jako sierżanta gwardii francuskiej.

Planem Napoleona było ponadto odtworzenie starej francuskiej arystokracji. Każda rodzina, która wśród swoich przodków miała kardynała, dostojnika królestwa, marszałka Francji, ministra itd. otrzymała prawo o ubieganie się o zezwolenie używania tytułu książęcego; każda rodzina, która wykazać mogła się przodkiem arcybiskupem, ambasadorem, generałem-porucznikiem albo wiceadmirałem mogła używać tytułu hrabiego, a taka, która miała wśród przodków biskupa, marszałka polowego, kontradmirała, członka Rady Stanu - tytuł barona. Tytuły te mogły zostać nadane, jeżeli wnioskujący mógł udowodnić dochód w wysokości 100 000 franków dla książąt, 30 000 franków dla hrabiów i 10 000 franków dla baronów. W ten sposób powstała historyczna arystokracja, łącząca w sobie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, bazująca na zasługach dla państwa a nie na różnicy krwi. Ten wielki plan zmienił charakter arystokracji, która nie istniała już więcej na podstawie średniowiecznych obyczajów, lecz miała swoje źródło w służbie dla państwa, narodu albo władcy. Myśl ta, była podobnie, jak powołanie Legii Honorowej lub Uniwersytetu, skrajnie liberalna; umocniła społeczny porządek i zniszczyła próżną wyniosłość arystokracji; zniszczyła żądzę władzy i podtrzymała godność i równość ludzi. Idea, która wycisnęła piętno na nowym stuleciu.

Napoleon nie forsował  wykonania swojego planu; wierzył, że ma na to przed sobą jeszcze wystarczająco dużo czasu. Często mówił w Radzie Stanu:

"- Potrzebuję 20 lat, by przeprowadzić moje projekty".

Dom księcia de Luynes był centrum Faubourg Saint-Germain. Cesarz wielokrotnie groził  pani de Chevreuse, że nie będzie dłużej znosił jej bezczelności. W końcu, doprowadzony do ostateczności, rzekł do niej:

"- Madame, utwierdzona w swoich średniowiecznych zasadach i naukach, wierzy pani, że jest pani władczynią w swoich posiadłościach; dobrze, w pani więc pojęciu ja jestem panem Francji, a Paryż moją wsią. Ale nie toleruję w niej nikogo, kto mi się nie podoba. Zatem na podstawie pani własnych zasad wydaję wyrok na panią: opuści pani Paryż i nie powróci nigdy z powrotem".

Cesarz postanowił  pozostać w stosunku do niej bezwzględny. Za długo musiał być pobłażliwy, dlatego konieczny był odstraszający innych przykład.

Gdy Napoleon rozpoczynał  na swoim dworze tworzenie służb honorowych, szukał wśród najwybitniejszych osobistości swojej armii odpowiednich nazwisk, które przez blask swojej świeżej chwały zastąpiłyby najdostojniejsze nazwiska starego dworu. Jednak na służbę na dworze wprosiło się dobrowolnie wiele osób z najstarszej arystokracji, na przykład księżna de La Rochefoucauld, księżna de Montmorency, hrabia Béarn i dawny ambasador króla w St. Petersburg, hrabia Ségur. Napoleon musiał te stare nazwiska harmonijnie wpleść w szeregi bohaterów wojen i rewolucji, bo w przeciwnym razie wywołałby niezadowolenie i nieufność w narodzie. Chciał też uciszyć krzykaczy z Armii Renu, przyciągając do siebie najzdolniejszych z nich. Caulaincourt długo służył pod Moreau, dlatego otrzymał zadanie prześwietlenia swoich starych towarzyszy. Pułkownik Préval, dawniej adiutant generalny, który wyróżnił się w kampaniach, był jednym z tych, których Napoleon chciał przekonać do siebie. Dzięki jego pochodzeniu ze starej oficerskiej rodziny, przydatności, dobrego wychowania sprawiał na Napoleonie człowieka szczególnie wartościowego. Caulaincourt otrzymał odpowiedź, że Préval (Claude-Antoine-Hyppolyte Préval, 1776-1857, od 1806 roku generał brygady, uczestnik kampanii lat 1805-1807 - przyp.tłum.) przyjął wszystkie propozycje z pogardą. Nie zdziwiło to Napoleona, bo tak postępował wówczas każdy zaufany Moreau. Był jednak głęboko rozczarowany! Ale Préval, który mimo wszystkich intryg 10 lat później dobrowolnie przyłączył się do cesarza, nie mógł odrzucić składanych mu propozycję, bo nikt mu żadnej propozycji nie zrobił; wręcz przeciwnie, byłby bardzo szczęśliwy z przyjęcia na dwór cesarza. Zarówno z jego, jak i Napoleona strony było godne pożałowania, że przyjęcie do cesarskiego kręgu zostało w tak podstępny sposób uniemożliwione. Generał Préval był prawdopodobnie najlepszym wojskowym organizatorem we Francji, nikt nie znał tak, jak on mechanizmów armii. Jego wojskowe i dyplomatyczne zasługi we Frankfurcie podczas kampanii 1813 roku (w 1813 roku Préval był szefem sztabu marsz.Kellermanna, a następnie komendantem depot kawalerii Wielkiej Armii - przyp. tłum.) były ogromne; wtedy to cesarz zobaczył, co potrafi równie dzielny, co inteligentny generał. - Wskutek podobnych intryg przeszkodzono przez lata Napoleonowi skorzystania z usług Macdonalda, Delmasa, Lecourbe, Carnot i Dessolle.

Cesarz długo zastanawiał  się nad najlepszym sposobem stworzenia dworu. Utrzymywał Cercle w Tuileries, wymagał uczęszczania przez towarzystwo dworskie na przedstawienia teatralne, na których był obecny, organizował wyjazdy do Fontainebleau i podobne. Uczestnictwo w tym wszystkim było uciążliwym przymusem dla jego dworu, a na stare paryskie towarzystwo nie robiło to w najmniejszym stopniu wrażenia. Pomiędzy tymi tak przeciwnymi warstwami istniało jeszcze zbyt nikłe powiązanie wewnętrzne i z tego powodu brak było wzajemnego wpływu. Ale z czasem wszystko to uległoby zamazaniu. W kręgach tych często robiono Napoleonowi wyrzut, że to jego wina iż wieczorne przyjęcia w stolicy tak wcześnie się kończą. Było to zgodne z prawdą i łatwe do wytłumaczenia: członkowie najwyższych urzędów mieli dużo do czynienia i ponieważ rano musieli wcześnie wstawać, byli zmuszeni, wieczorem udać się wcześnie do łóżka.

Nawiasem mówiąc, wydarzeniem, które wprawiło cały Paryż w zdumienie i dokonało, możnaby powiedzieć, rewolucji w obyczajach, ba, doprowadziło prawie do jawnego oporu określonych kręgów, było wprowadzenie przez Pierwszego Konsula zakazu przybywania na dwór w wysokich butach, nakaz noszenia spodni do kolan i jedwabnych pończoch oraz określoną staranność w ubiorze. 
 

Gdy ktoś pewnego dnia wyrazić przed cesarzem swoje zdziwienie, że nadał  tak wiele zagranicznych tytułów książęcych, ale nigdy nie nadał żadnego francuskiego tytułu, ten odpowiedział:

"- W ten sposób obudziłbym w narodzie wielkie niezadowolenie. Gdybym na przykład jednego z moich marszałków zrobił księciem Burgundii, zamiast nadać mu tytuł pochodzący od jednego z moich zwycięstw, wywołałbym w Burgundii wielkie poruszenie; przyjęto by, że z tytułem związane są jakieś prawa feudalne. W narodzie była tak głęboko zakorzeniona nienawiść do starej arystokracji, że nadanie takiego tytułu, który kojarzyłby się z nią, wywołałoby wielkie niezadowolenie, wobec którego ja, z całą moją władzą byłbym bezsilny. Właśnie po to, by osłabić starą arystokrację i zadowolić lud, stworzyłem nową arystokrację, tym bardziej, że nosiciele nowych tytułów wywodzili się z ludu. W ten sposób każdy prosty żołnierz mógł dążyć do tytułu książęcego. Być może postąpiłem nawet niesprawiedliwie, bo ta nowa sfera zaprzeczała nieco zasadzie równości, która tak bardo leżała na sercu ludowi." 
 

VIII.

Przewodniczący tak zwanego Czarnego Gabinetu, Generalny dyrektor poczt Lavalette, był we Włoszech i Egipcie adiutantem Napoleona i wypełnił wiele trudnych zadań ku pełnemu zadowoleniu Napoleona, szczególnie gdy krótko przed 18 fructidora został wysłany do Paryża, by zorientować się w nastrojach opinii publicznej i sporządzić raport o wszelkich intrygach. W następstwie tego otrzymał później stanowisko Generalnego Dyrektora Poczt, gdy cesarz zmuszony był zwolnić Laforesta, ponieważ dał się wciągnąć w intrygę i przedłożył cesarzowi sfałszowane listy, które rzekomo zostały przechwycone przez pocztę, w których pałac należący do La Rochefoucauld określony został jako ognisko spisków przeciwko cesarskiemu rządowi. Napoleon odkrył przypadkowo prawdę w trakcie rozmowy z panią de Montmorency w buduarze cesarzowej Józefiny.

Według tych listów z Anglii miał właśnie przybyć jej bliski krewny, który był duszą tego spisku. Cała historia była jak powieść. Osoba, o której była mowa, nigdy nie opuściła Anglii i czekała w spokoju na wyniku wysiłków właśnie pani de Montmorency, mających na celu skreślenie jego nazwiska z listy emigrantów, by móc umrzeć w kręgu rodziny. To było właśnie celem odwiedzin i rozmowy z cesarzem pani de Montmorency. Napoleon spełnił jej prośbę, a po jej wyjściu posłał natychmiast po pana Laforest. Ten od razu przyznał się do wszystkiego i próbował usprawiedliwić swój błąd swoim osobistym uzależnieniem od cesarza. Wspomniane listy dał dyrektorowi poczt Talleyrand, który wśród zaufanych Napoleona zajmował wówczas chyba najwyższą pozycję.

Ten wypadek udowodnił  cesarzowi, że najważniejszą cechą generalnego dyrektora poczt musi być przyzwoitość i rygorystyczna uczciwość. Przypomniał  sobie Lavalette'a i natychmiast mianował go generalnym dyrektorem poczt. Zajmował on to stanowisko przez cały czas rządów Napoleona bez jakichkolwiek nadużyć i zdradzenia tajemnic rodzinnych.

Pani Lavalette, jedyna córka markiza de Beauharnais, który, podobnie jak jego brat wicehrabia, członek Zgromadzenia Konstytucyjnego, należał do opozycji i służył w armii księcia Conde, podczas gdy jego ojciec dowodził armiami Republiki, była kuzynką Eugeniusza de Beauharnais (Emilie-Louise de Beauharnais, 1781-1855 była córką Francois de Beauharnais, brata straconego w 1794 roku na gilotynie pierwszego męża Józefiny, Alexandra - przyp. tłum.). Była wielką pięknością i wyszła w 1798 roku za mąż za Lavalette'a na życzenie Napoleona po jego powrocie z jego pierwszej kampanii włoskiej. Była damą dworu Józefiny i mimo, że ospa pozostawiła ślady na jej twarzy, była nadal bardzo sympatyczną kobietą. Miała jednak bierny charakter i nikt nie przypuszczałby, że jest zdolna do bohaterskiego czynu, który doprowadził do ucieczki jej męża z więzienia, a ją uczynił sławną.

Minister policji codziennie składał Napoleonowi raporty o wszystkich wydarzeniach, które wzbudziły jego uwagę. Również prefekt policji informował o wszystkich wydarzeniach w Paryżu. Obaj urzędnicy umieszczali w swoich pisemnych raportach również dokładne uwagi na temat nastrojów wśród ludności. Napoleon zlikwidował później ten zwyczaj i rozkazał im ograniczenie się do prostego opisu faktów, bez wyciągania wniosków.

Ponieważ jednak chciał znać jak najdokładniej opinie panujące o działaniach jego administracji, mianował 12 referentów, znanych pisarzy ze wszystkich partii, którzy raz albo dwa razy w miesiącu, według ich własnego uznania, referowali na ten temat. Dzięki pośrednictwu Lavalette'a otrzymali oni pensję w wysokości 1 000 franków miesięcznie. Niektórzy z nich należeli do partii Górali, inni do żyrondystów, inni wywodzili się z ludzi, którzy wyemigrowali do Anglii albo służyli w armii księcia Conde. By mogli oni wypowiedzieć się bez osłonek i z całą otwartością, redagowali swoje raporty tak, jak gdyby przeznaczone one były dla Lavalette'a. Ten kierował je do cesarza, który otwierał je, czytał i po dokonaniu notatek, darł na strzępy. W ten sposób o ich zawartości nie wiedzieli nawe jego tajni sekretarze.

Wszystkie szyfrowane listy da się odcyfrować, obojętnie w jakim języku zostały napisane; wszystkie obcojęzyczne są tłumaczone. Nie ma szyfru, którego nie dałoby się złamać przy pomocy liczącego około 40 stron klucza. Kosztowało to cesarza 600 000 franków rocznie. By przeczytać listy przesyłane pocztą, nie potrzeba specjalnego biura. Ludzie, którzy używani są do tego, nawzajem nie wiedzą nic o sobie. Powstaje pytanie, czy korzyści z tej działalności przewyższają niekorzyści. Na ten temat cesarz przeprowadził wiele tajnych narad. Francuzi są dziwnymi ludźmi, którzy często piszą coś, czego wcale nie myślą; w ten sposób można kogoś zmylić. Łamanie tajemnicy poczty może łatwo doprowadzić do fałszywych wniosków. Oczywiście nie można przeczytać wszystkich listów, ale otwierano listy wskazanych przez cesarza osób, w szczególności jego ministrów. Również listy osób, które należały do najściślejszego grona Napoleona były otwierane, jak na przykład Berthiera, a nawet Duroca. Jak często cesarz czytał w nich najdosadniejsze słowa niezadowolenia z wiecznych trudów wojennych. Byli źli, że służba dla cesarza i państwa trzyma ich z dala od Paryża. Gdyby wiedzieli, że Napoleon wie o ich narzekaniach, uznaliby się za straconych. Fouche i Talleyrand sami nie pisali, lecz pisali ich przyjaciele i krewni, a z ich listów wyczytać można było ich myśli. Malouet spisywał wszystkie rozmowy, które miał z Fouche i w ten sposób dowiedziano się, co tenże mówił. Ministrowie i zagraniczni dyplomaci wiedzieli, że listy przedkładane są cesarzowi i często pisali listy z myślą, że będą czytane przez Napoleona; opowiadali w nich te rzeczy o Talleyrandzie,  o których życzyli sobie, by dowiedział się o nich Napoleon. Talleyrand ze swojej strony bardzo starał się sprawić wrażenie, że wszystkie listy przedkładane są j e m u; chciał w ten sposób powstrzymać obcych przedstawicieli od stawiania go w złym świetle.

System ten wymyślony został przez Ludiwka XIV; Ludwik XV używał go, by poznać miłostki swoich poddanych. Nie była to nieistotna pomoc; gdy cesarz pewnego dnia robił wyrzuty Fouche, że nic nie wie, ten mógł słusznie odpowiedzieć:

"- Oh, jeżeli Wasza Cesarska Mość powierzyłby mnie Czarny Gabinet, wiedziałbym o wszystkim." 
 

IX.

Po ślubie z Marią  Luizą próbowano wszystkiego, by skłonić cesarza do udania się, wzorem francuskich królów, z wielką pompą do katedry Notre-Dame na publiczną spowiedź. Napoleon odmówił w zdecydowany sposób, bo z jednej strony nie był aż tak wierzący, by wierzyć w otrzymanie błogosławieństwa podczas takiej spowiedzi, z innej strony był jednak zbyt dobrym chrześcijaninem, by popełnić taki występek z zimnym sercem. Cesarz był daleki od ateizmu. Mimo wszystkich oszustw i zepsucia obyczajów wśród sług kościoła, którzy niezmiennie głosili, że ich królestwo nie jest z tego świata, a jednak przywłaszczali sobie wszystko, co tylko mogli osiągnąć, Napoleon od chwili, gdy stanął na czele rządu, czynił wszystko, co było w jego mocy, by przywrócić religię. Ale pragnął ją widzieć jako podwalinę i oparcie dla dobrych moralnych zasad, a nie jako siłę, która przypisuje sobie najwyższą władzę nad wszystkim, co ziemskie. Człowiek zawsze potrzebuje czegoś cudownego; lepiej dla niego, gdy znajdzie to w religii, niż u Mademoiselle Lenormand (znana wówczas w Paryżu wróżka, której rady często zasiągała też cesarzowa Józefina - przyp. tłum.). Nawiasem mówiąc, religia jest wielką pociechą i wielką pomocą dla wszystkich, którzy wierzą i nikt nie wie, co sam uczyni w swojej ostatniej godzinie.

Dla cesarza ciągle niepojętym było, że tak znakomici i uczeni ludzie jak Laplace, Monge i Berthollet nie wierzyli w istnienie Boga; potrafił ich materializm tylko w ten sposób sobie wytłumaczyć, że była to pozostałość wrażeń z ich lat młodzieńczych. Szkoły Voltaire'a i Diderota wyrządziły wiele szkód. Wielu przez całe swoje życie nie przechwala się swoją niewiarą; ale gdy czują zbliżanie się śmierci, szukają w religii nadziei na życie w zaświatach. Gdy cesarz próbował nawrócić akademików, odpowiadali mu:

"- Wierzylibyśmy, gdyby religia katolicka istniała od stworzenia świata."

Na takie słowa, w odniesieniu do wiary w Jezusa Chrystusa, Napoleon nie mógł nic odpowiedzieć; ale powiedział do nich:

"- Jak długo istnieje świat, głoszona jest ta sama moralność jako Słowo Boże. Wasze argumenty nie zaprzeczają więc istnieniu Boga i musicie bardziej niż ktokolwiek inny to przyznać, bo żaden człowiek nie wgłębił się tak jak Wy w cud stworzenia. Religie są być może dziełem człowieka, ale istnienie Boga poświadczane jest przez wszystko, co postrzegamy; jeżeli nasze spojrzenie nie dociera aż do niego, to widocznie On nie chciał tego, by nasze zdolności były tak wielkie." 
 

Powody, dlaczego cesarza przyznał Żydom tak wielkie prawa, były następujące: chciał, by zrezygnowali z lichwy. W krajach rządzonych przez cesarza byli oni bardzo liczni, Cesarz uważał, że jeżeli zrówna ich z innymi obywatelami, katolikami albo protestantami, to zmusi ich tym, by byli dobrymi obywatelami. Rabinowie nauczali, że Żydowi nie wolno  udzielać lichwiarskich pożyczek innemu Żydowi, co jednak dozwolone jest w stosunku do chrześcijan albo ludzi innej wiary. Ale jeżeli cesarz przyznał im te same prawa, co innym poddanym, tak, by wszyscy byli równi, to musieliby uznać go, podobnie jak Salomona lub Heroda, za zwierzchnika ich narodu, a innych poddanych za braci. W wyniku tego nie byłoby im wolno w kontaktach z nimi uprawiać lichwy, bo musieliby również ich traktować jako członków plemienia Judy. Po otrzymaniu tych samych praw musieli, podobnie jak inni, płacić podatki, odbywać służbę wojskową i podporządkować się innym prawom. W ten sposób cesarz powiększył liczbą swoich żołnierzy i sprowadził do Francji dużo kapitału, bo wielu Żydów opuściło kraje, w których nie mieli wolności, by osiedlić się we Francji. Przez zrównanie Żydów z innymi chciał cesarz ponadto wyrazić swoje poparcie dla zasady równości. Był zdania, że nie powinno być żadnej dominującej religii, wolność słowa i wyznania powinna zrównać ludzi; protestanci, katolicy, muzułmanie, deiści lub inni; wiara nie powinna mieć żadnego wpływu. Różnice wiary nie powinny odgrywać żadnej roli podczas obsadzania stanowisk państwowych, a decydować powinny jedynie posiadane zdolności. Również sądownictwo powinno być ogólnodostępne. Małżeństwo zostało uniezależnione od księży, spod ich władzy wyjęto również cmentarze, tak że nie mogli zabronić pochówka zmarłych innej wiary. Krótko mówiąc, wszystko, co należy do państwa powinno być świeckie i nie mieć nic do czynienia z religią. Cesarz chciał pozbawić duchownych wszelkich wpływów, wszelkiej władzy w sprawach świeckich. Mieli ograniczyć się do spraw duchowych i nie mieszać się do innych spraw.

Młodzi ludzie są  przeważnie niewierzący; ale wraz ze starzeniem się, prawie wszyscy ludzie stają się pobożni - z niewielkimi wyjątkami. Mówi się, że rozsądek traci swoją siłę wraz z utratą sił przez ciało. Ale to nieprawda. Należałoby powiedzieć: wiara rodzi się wskutek rozważań o cudzie stworzenia; należy studiować dzieło Boga, by pojąć jego nieskończoność; ale młodość bezmyślnie oddaje się przyjemnościom. Pewnego razu Napoleon zapytał biskupa Nantes, dokąd udaje się dusza psa. Ten odpowiedział:

"- Bez wątpienia jest również dla psów przewidziane na to miejsce."

Zdobywcy muszą  znać mechanizmy wszystkich religii, by wiedzieć, o czym mówią; muszą rozumieć w Egipcie muzułmanów, a we Francji katolików; przede wszystkim protektorów konkretnej religii. Jeżeli Napoleon chciał mieć w Paryżu papieża, to w celu, by religia katolicka dodała blasku jego władzy: cesarz popierał reformy katolicyzmu, ale chwałę ich przeprowadzenia pozostawiał chętnie papieżowi. Napoleon byłby władcą katolickiego świata. Ze strony pobożnych nie napotkałby oporu. W końcu przyzwyczailiby się do tego, by widzieć w nim prawdziwego przedstawiciela władzy boskiej na ziemi. W Chinach lud czci swojego władcę jak Boga; tak też powinno być!

 

Tom VII. Rozdz. III: Albion. 
 

I. Sytuacja polityczna. - II. Nastroje w Anglii. - III. Preliminaria pokojowe z Londynu (2 października 1801). - IV. Podpisanie traktatu pokojowego w Amiens (25 marca 1802). - V. Zerwanie pokoju przez gabinet angielski. Aresztowanie przebywających we Francji Anglików. - VI. Traktowanie więźniów. - VII. Plany Napoleona. Gotowość obu państw do wojny. Nowe angielskie intrygi na kontynencie i w Wandei. - VIII. Obóz w Boulogne. Wielki plan inwazji na Anglię.  
 



I.

Traktat pokojowy z Luneville miał swoje nieuniknione skutki. Austria była rozbrojona i w oczach wszystkich bezbronna. Wprawdzie Rosja, po śmierci Pawła I i wstąpieniu na tron Aleksandra, nie była już więcej gotowa do stanowczego wystąpienia przeciwko Anglii, ale nie miała też zamiarów sprzeciwienia się planom Francji na zachodzie. Z tego powodu Pierwszy Konsul nie miał powodu ukrywać swoich planów. Zwykłym dekretem zamienił Piemont we francuskie departamenty, nie czyniąc tego tak, jak gdyby obawiał się przy tym reakcji rosyjskeigo władcy. Odnośnie Neapolu oświadczył, że traktat z Florencji ma pozostać jako narzucone temu dworowi prawo. Genua przedłożyła mu swoją konstytucję, by dokonał w niej poprawek wzmacniających władzę wykonawczą. Republika Cisalpińska, składająca się z Lombardii, księstwa Modeny i legacji, ukonstytuowana po raz pierwszy pokojem z Campo Formio, a po raz drugi traktatem z Luneville, organizowała się na nowo jako sojusznik Francji i uzależnione od niej państwo. Podobnie jak Liguria, również Holandia przedłożyła Pierwszemu Konsulowi swoją konstytucję, a władcy małych państw widzieli w łasce Pierwszego Konsula poprawę sytuacji ich państw. Szczególnie aktywni w zdobycia sympatii byli przedstawiciele małych księstw niemieckich. Traktat pokojowy z Luneville postanawiał sekularyzację państw rządzonych przez duchownych i rozdział ich ziem. Zbliżający się podział obudził uczucie chciwości. Zarówno duże, jak i małe państwa chciały najlepsze części. Również Austria i Prusy żądały dla siebie odszkodowań, mimo że na lewym brzegu Renu niewiele utraciły. Bawaria, Wirtembergia, Badenia i dom orański oblegały rządzącego Francją, bo jako główna osoba traktatu z Luneville miał on największy wpływ na jego realizację. Nawet Prusy, reprezentowane w Paryżu przez markiza Lucchesini, nie wstydziły się poniżyć do roli proszącego i swoimi prośbami wzmocnić władzę Pierwszego Konsula. W ten sposób przez te 6 miesięcy, które upłynęły od podpisania traktatu w Luneville, znacznie wzrósł wpływ francuskiego rządu. Te okoliczności nie mogły pozostać bez wpływu na angielski gabinet, dlatego prowadzone przez pewien czas nieco nonszalancko pertraktacje w Londynie zostały w wyniku osobliwej zgodności obu rządów wznowione z dużą gorliwością. 
 

II.

Od czasu, kiedy z pośpiechem zaczęto dążyć do porozumienia, prowadzone w Londynie pertraktacje pomiędzy lordem Hawkesbury i francuskim przedstawicielem Otto nie były już trzymane w tajemnicy. Szczególnie nowy angielski premier Addington chciał pokoju, bo był to jedyny powód jego wzlotu i szansa pozostania na stanowisku. Gdyby bowiem wojna trwała dalej, byłby Pitt bardziej odpowiednim człowiekiem na czele rządu.

Król Anglii powrócił  do bardziej pokojowego nastawienia. Cierpiąca nędzę ludność miała nadzieję na zakończenie wojny i poprawę swojej sytuacji. Rozsądni ludzie bez wyjątku byli zdania, że 10 lat wojny wystarczy i nie należy dłużej ciągłym uporem stwarzać Francji okazji do dalszego przyrostu terytorialnego. Nawiasem mówiąc w Londynie nie bez obawy spoglądano na przygotowania do inwazji, które widziano w różnych punktach po drugiej stronie Kanału. Tylko jeden rodzaj ludzi nie popierał działań Addingtona: ci, którzy zajmowali się wielkimi zamorskimi interesami i podpisali niesamowite subskrybcje Pitta, bo byli świadomi, że pokój z wszystkimi narodami, a przede wszystkim z Francją, otworzy znowu morza, odbierze im wyłączność handlu i zakończy wielkie interesy finansowe. Byli całkowicie oddani Pittowi i jego polityce i nawet wtedy skłaniali się do wojny, gdy sam Pitt zaczął uznawać pokój za konieczny. Ale ci bogaci spekulanci musieli zamilknąć w obliczu krzyku narodu i ludzi z prowincji, w szczególności jednak w obliczu jednogłośnej opinii wszystkich rozsądnych ludzi Anglii.

Angielski rząd był  zatem zdecydowany, nie tylko prowadzić rokowania, lecz prowadzić  je szybko, by móc przedłożyć ich wyniki na jesiennej sesji parlamentu. 
 

III.

Oczywiście ubiegł  jeszcze określony okres czasu, by usunięte zostały przynajmniej największe przeszkody, które polegały na tym, że Francja domagała się  opuszczenia przez wojska angielskie Malty, a Anglia ostatecznego przekazania zabranej Hiszpanii wyspy Trynidad. Dlatego nie raz jeszcze grzmiały armaty w morskich pojedynkach przed francuskim wybrzeżem, szczególnie w dwóch spotkaniach przed Boulogne, w których francuskie kanonierki pokonały Nelsona.

Długie rokowania zbliżały się do końca. Poruszony stanowiskiem hiszpańskiego gabinetu, który mimo francuskiego poparcia uległ żądaniom angielskiego rządu, Pierwszy Konsul udzielił w końcu Otto pełnomocnictwa na wyrażenie zgody na oddanie Anglii hiszpańskiej wyspy Trynidad. To ustępstwo oraz obie potyczki przed Boulogne musiały zakończyć kunktatorstwo angielskiego rządu. Wyraził on zgodę na zaproponowane podstawy traktatu, z kilkoma wyjątkami, które pozostały jeszcze w zawieszeniu. Chciano wprawdzie oddać Maltę Zakonowi Joannitów, zastrzegając jednak jednocześnie, że wyspa postawiona będzie pod osłonę poręczającego mocarstwa, ponieważ nie dowierzano zakonowi, że jest w stanie obronić wyspę. Co do wyboru tego mocarstwa nie uzyskano jeszcze porozumienia. Papież, dwory w Neapolu i Rosji zostały po kolei zaproponowane i odrzucone.

Forma traktatu też  przysparzała trudności. Anglia wyraziła zgodę na wyliczenie w traktacie licznych zajętych terytoriów, które Francja i jej sojusznicy oddawali, jednak chciała też, by wymienione zostały też te, które zostały zatrzymane, na co Pierwszy Konsul zażądał, by wymienione zostały obszary zwrócone Francji, Holandii i Hiszpanii, ale w odniesieniu do innych przekazanie odbyć ma się za milczącą zgodą Anglii.

Do tych, w gruncie rzeczy nie bardzo poważnych trudności, dochodziły inne, dotyczące jeńców, zadłużeń, zarekwirowanych posiadłości, a w szczególności sojuszników obu stron, a także rola, którą należy im nadać w protokole. Ale obu partiom zależało na uzyskaniu porozumienia i zakończeniu cierpień całego świata.

Uzgodniono, że wszystko, co już osiągnięto natychmiast zostanie ogłoszone, a otwarte pytania pozostawione do następnych rokowań. W tym celu miały zostać  podpisane preliminaria pokojowe, a potem upoważnieni przedstawiciele zajmą się w spokoju ostateczną formą traktatu. Każdy problem, który nie był znaczący, a którego rozwiązanie mogłoby spowodować opóźnienie, miał zostać chwilowo pominięty.

Obaj przedstawiciele, Otto i lord Hawkesbury byli przyzwoitymi ludźmi i pragnęli pokoju. Chcieli go dla samego pokoju oraz z oczywistej i uzasadnionej ambicji postawienia swoich nazwisk pod jednym z największych traktatów w historii świata. Dlatego podczas formułowania preliminariów wyrażali zgodę na każde zgodne z ich instrukcjami ułatwienie.

Ustalono, że Anglia zwróci Francji i jej sojusznikom, Hiszpanii i Holandii, wszystkie zagarnięte na morzach zdobycze, z wyjątkiem wysp Cejlon i Trynidad, które na zawsze pozostaną w jej władaniu.

To była forma, którą  wybrano, by uszanować miłość własną obu narodów. Anglia zachowała zdobyty na indyjskich książętach półwysep, wyspę Cejlon, zdobytą na Holandii i Trynidad, zabrany na Antylach Hiszpanii. To mogło zaspokoić największą żądzę panowania. Oddała: Hiszpanii Minorkę; Francuzom Martynikę i Gwadelupę; Zakonowi Joannitów Maltę. Sprawa obrony tej ostatniej miała zostać uregulowana w ostatecznym traktacie. Anglia opuściła Porto Ferrajo, które wraz z resztą wyspy Elba powróciło do Francji. W zamian Francuzi mieli opuścić terytorium neapolitańskie, tzn. Zatokę Tarencką.

Egipt został w końcu opuszczony przez wojska obu nacji i zwrócony Porcie. To samo zagwarantowano państwom portugalskim.

Biorąc pod uwagę  tylko znaczące rezultaty, które w wyniku tych gorąco dyskutowanych zwrotów poszczególnych wysp nie zostały ani powiększone ani pomniejszone, efekty traktatu były, jak następuje: w wyniku 10-letniej walki Anglia zdobyła Indie. Za to Francja zmieniła na swoją korzyść ukształtowanie kontynentu; zdobyła silną linię Alp i Renu, zdobyciem Holandii na zawsze oderwała tę część Europy od Austrii oraz wyrwała spod jej władzy Włochy, które prawie całe były pod panowaniem Francji. Ponadto sprawowała ona kontrolę nad Szwajcarią, Holandią i Hiszpanią. Żadne mocarstwo nie miało na świecie takiego znaczenia jak Francja i mimo, że Anglia umocniła się na morzu, to Francja posiadała wybrzeża Holandii, Flandrii, Hiszpanii i Włoch; te państwa podporządkowały się całkowicie jej władzy i wpływom.

Była to cena na którą  zgodziła się Anglia podpisując w Londynie preliminaria w zamian za subkontynent indyjski. Francja mogła się na to zgodzić. Jej mocno bronieni sojusznicy otrzymali prawie wszystko z powrotem, co utracili w wyniku wojny. Hiszpania straciła Trynidad z własnej winy, ale zdobyła Olivenzę w Portugalii oraz Toskanię we Włoszech. Holandia straciła Cejlon, ale otrzymała z powrotem swoje kolonie w Indiach, Przylądek Dobrej Nadziei i Gujanę i uwolniła się od namiestnika.

To były wyniki tego wspaniałego pokoju, najchwalebniejszego, jaki Francja kiedykolwiek zawarła. Było oczywistym, że francuski przedstawiciel Otto z niecierpliwością życzył sobie zakończenia pertraktacji i radował się, gdy w końcu wieczorem 1 października, jeden dzień przed ustalonym przez Pierwszego Konsula terminem, mógł złożyć swój podpis pod preliminariami pokojowymi.

Ustalono że wiadomość o tym trzymana będzie w Londynie przez 24 godziny w tajemnicy, by kurier francuskiego przedstawicielstwa miał czas złożyć swojemu rządowi pierwszy meldunek. Odjechał on 1 października w nocy i dotarł 3 października o godzinie 4 po południu do Malmaison. Trzej konsulowie byli właśnie w trakcie posiedzenia. Otwarte depesze wywołały wielkie wrażenie, przerwano pracę i objęto się nawzajem. Pierwszy Konsul głośno wyraził swoje zadowolenie. Tak znakomite wyniki, osiągnięte w tak krótkim czasie, zwycięstwo, pokój, które otrzymała Francja dzięki jego geniuszowi i wytężonej 2-letniej pracy były osiągnięciami, które musiały uczynić go szczęśliwym i z których mógł być dumny.

Natychmiast wysłano wiadomość do Paryża, by ogłosić podpisanie pokoju. Wieczorem niespodziewanie zagrzmiały armaty i wszyscy zastanawiali się, jakie szczęśliwe wydarzenie obwieszczały. Ludność pospiesznie udała się na miejsca publiczne, gdzie komisarze rządowi zostali upoważnieni do ogłoszenia wiadomości o podpisaniu preliminarii pokojowych. Obwieszczono o tym również we wszystkich teatrach, a wieść ta wywołała radość w dawno nie widzianym stopniu. Było jasnym, że pokój z Anglią oznaczał w rzeczywistości pokój na całym świecie; umocnił on spokój na kontynencie i otworzył świat dla rozwoju handlu, przemysłu. Tego wieczoru cały Paryż rozjaśniły iluminacje.

Pierwszy Konsul natychmiast zatwierdził preliminaria i wysłał z nimi do Londynu swojego adiutanta Lauristona. O ile we Francji zapanowało żywe i ogólne zadowolenie, to Anglię ogarnęło szaleństwo. Trzymana początkowo przez prowadzących rokowania w tajemnicy wiadomość, przestała jednak być tajemnicą i trzeba było poinformować o niej Lorda Mayora Londynu. Wiadomość ta zrobiła tym większe wrażenie, że od kilku dni krążyły plotki o przerwaniu pertraktacji. Wśród całej ludności natychmiast wybuchł nieopisany, przesadzony entuzjazm, typowy dla namiętnego charakteru narodu angielskiego. Na każdym wyjeżdżającym powozie widać było wykonany kredą wielki napis: pokój z Francją.

Uzgodniono, że przedstawiciele obu państw spotkają się w Amiens, w połowie drogi pomiędzy Londynem i Paryżem, by podpisać ostateczny traktat pokojowy. Gabinet brytyjski wybrał starego i poważanego weterana, który przez długi czas walczył z honorem dla swojej ojczyzny, a teraz uznał, że przyszła chwila, by zakończyć cierpienia świata: lord Cornwallis, jeden z najbardziej szanowanych ludzi Wielkiej Brytanii. Lord Cornwallis dowodził wojskami angielskimi w Ameryce i Indiach, był gubernatorem generalnym Bengalu, a pod koniec ubiegłego stulecia wicekrólem Irlandii. Miał on udać się najpierw do Paryża, by złożyć wizytę Pierwszemu Konsulowi, a następnie udać się na miejsce rokowań.

Pierwszy Konsul wybrał  swojego brata Józefa, którego szczególnie kochał i którego, z powodu łagodności jego charakteru i już wielokrotnie odegranej roli pośrednika pokojowego, uważał za właściwą osobę na taką misję. Józef podpisał w Mortefontaine traktat pokojowy z Ameryką, z Austrią w Luneville, a teraz miał też podpisać w Amiens pokój z Anglią.

Rozpoczęte i jeszcze nie zakończone z różnymi państwami rokowania zostały prawie natychmiast zakończone.

Z Portugalią podpisał  w Madrycie pokój w imieniu Napoleona jego brat Lucjan. Nie dążono już więcej do zajęcia jednej z portugalskich prowincji; ponieważ  w ustaleniach pokojowych z Anglią było odstąpienie Trynidadu, straciło sens zatrzymanie zastawu, jak to zamierzano początkowo. Ustalono, że aż do podpisania ostatecznego traktatu pokojowego angielskie statki wojenne i handlowe nie będą zawijać do tamtejszych portów.

Opuszczenie Egiptu usunęło wszystkie problemy z Portą Ottomańską. Talleyrand podpisał  w Paryżu z jednym z ministrów sułtana preliminaria pokojowe (9 października 1801 roku - przyp.tłum.), w których ustalono zwrócenie Porcie Egiptu, odbudowę starych kontaktów pomiędzy oboma stronami i przywrócenie do życia wcześniejszych traktatów handlowych.

Podobnie umowy zawarto z regencjami Tunisu i Algieru.

Z Bawarią podpisano traktat tworząc taki sam sojusz z Republiką, jaki istniał wcześniej pomiędzy dworem bawarskim i starą francuską monarchią, gdy ta ostatnia wzięła pod osłonę wszystkie niemieckie mocarstwa drugiego rzędu. To było prawdziwe odnowienie pokoju westfalskiego (podpisany w 1648 roku w Münster traktat pokojowy pomiędzy Francją i Habsburgami, kończący wojnę 30-letnią - przyp. tłum.) i traktatu z Cieszyna (podpisany w 1779 roku traktat pomiędzy Austrią i Prusami, kończący bawarską wojnę sukcesyjną. Francja i Rosja były gwarantami traktatu - przyp. tłum.). Bawaria odstępowała Francji wszystko, co posiadała dawniej na lewym brzegu Renu, a Francja obiecywała wywarcie swojego wpływu podczas rozpoczynających się wkrótce rokowań na temat spraw niemieckich, by uzyskać dla Bawarii wystarczające odszkodowanie.

By zakończyć dzieło ogólnego pokoju, został też w końcu po długich debatach podpisany przez Talleyranda i Markowa traktat pokojowy z Rosją (8 października 1801 roku - przyp. tłum.), który stworzył podstawy prawne istniejącego już w rzeczywistości pokoju.

Te różne traktaty, które zapewniły pokój światowy zostały prawie równocześnie podpisane z londyńskimi preliminariami. Radość publiczności osiągnęła szczyt i postanowiono, by uczcić ustanowienie pokoju na świecie wielkim świętem. Datę ustalono na dzień 18 brumaire'a. Nie można było wybrać lepszego dnia, bo wszystkie te wspaniałe wydarzenia należało przypisać rewolucji 18 brumaire'a. Lord Cornwallis miał być obecny na uroczystościach. Przybył on 16 brumaire'a (7 listopada) w towarzystwie wielu rodaków do Paryża. Zaledwie podpisano preliminaria, gdy u Otto zaczęły piętrzyć się wnioski o paszporty. Wysłano ich 300, ale to nie wystarczyło. Pojazdy, które miały zabrać francuskie towary i przywieźć do Francji angielskie też pilnie potrzebowały dokumentów. Wszystkie te wnioski były skwapliwie rozpatrywane, a połączenie powstało z niesamowitą szybkością. 18 brumaire'a Paryż był pełen Anglików, którzy płonęli z niecierpliwości, by zobaczyć tę nową i tak niespodziewanie świetną Francję. Wśród Anglików, którzy pospieszyli odwiedzić Francję, był też słynny Fox (Charles James Fox, 1749-1806 - angielski polityk, jeden z najznakomitszych mówców angielskiego parlamentaryzmu, przywódca opozycji za czasów rządów Williama Pitta, zwolennik porozumienia z Francją - przyp. tłum.). W dniu święta, które uświetniła radość obywateli wszystkich klas społecznych, zabroniona była jazda powozem. Tylko dla lorda Cornwallisa zrobiono wyjątek. Tłum z ochotą i poszanowaniem rozstępował się przed tym szanowanym przedstawicielem armii angielskiej, który przybył, by zawrzeć pokój pomiędzy oboma wielkimi narodami.

Lord Cornwallis był  pierwszym Anglikiem, który u cesarza spowodował poprawę  opinii o Anglikach; to samo udało się Foxowi i później admirałowi Malcomowi na Świętej Helenie.

Cornwallis był  w pełnym tego słowa znaczeniu człowiekiem honoru. Gdy później w Amiens już wszystko było ustalone, obiecał podpisanie traktatu dnia następnego o określonej godzinie. Niestety coś stanęło mu na przeszkodzie i został zatrzymany w swoim mieszkaniu. Tego samego wieczoru pojawił się u niego kurier z Londynu, który dostarczył nowe wskazówki rządu. Odpowiedział, że już podpisał, a dopiero potem pojawił się, by podpisać traktat.

Fox pracował nad historią Stuartów i poprosił Pierwszego Konsula, by mógł  przeszukać archiwa dyplomatyczne. Napoleon oddał mu wszystko do dyspozycji i często go przyjmował. Słyszał o jego zdolnościach i wkrótce na podstawie własnych doświadczeń nauczył się go szanować i poważać z powodu jego szlachetnego serca, jego dobroci i jego dalekowzrocznych, szlachetnych i liberalnych poglądów. Często dyskutowali otwarcie na wszelkie możliwe tematy. Napoleon uwielbiał przekomarzać się z nim i sprowadzać rozmowę na temat "piekielnej machiny"; twierdził, że angielscy ministrowie chcieli go zamordować. Podniecało to Foxa, który zaprzeczał temu poglądowi i kończył w swoim kiepskim francuskim:

"- Pierwszy Konsulu, niech Pan sobie wybije to z głowy."

Wewnętrznie nie był  jednak przekonany, że broni słusznej sprawy; prawdopodobnie występował  tylko w obronie honoru swojego kraju, ale nie wierzył w uczciwe zamiary angielskich ministrów.

Ludzi jak Fox i Cornwallis, nawet gdy było ich tylko pół tuzina, wystarczyłoby, by ugruntować  dobrą opinię o narodzie. Z takimi ludźmi Napoleon zawsze potrafił łatwo porozumieć się, z ich narodami żyć  w pokoju i współdziałać w osiągnięciu wielkich celów. 
 

IV.

Dziwnym trafem szalony car Rosji Paweł I był pierwszym, który rozpoznał  i docenił Pierwszego Konsula jako władcę. Kiedyś mu napisał:

"- Trzymam się tylko jednego, jedynego faktu i to mi wystarczy; w moich oczach jest Pan rządem i dlatego rozmawiam z Panem, ponieważ musimy się porozumieć i rokować ze sobą."

Za to rząd angielski musiał być przemocą odizolowany od reszty Europy, zanim w ogóle zdecydował się swojego przeciwnika przynajmniej wysłuchać. Gdy w końcu przystąpił do rozmów wstępnych z Pierwszym Konsulem wykorzystał wszelkie szykany, próbował przeciągnąć rokowania długimi protokołami, pytaniami o etykietę, powoływaniem się na precedensy i podobne sprawy formalne. Napoleon tylko się z tego śmiał - czuł się taki potężny!

Na całkiem nowym polu koniecznym było też zastosowanie nowych metod, ale angielscy negocjatorzy wydawali się o czasie, okolicznościach i ludziach nie mieć żadnego pojęcia. Sposób postępowania przez Napoleona wyprowadzał ich całkowicie z równowagi. Postępował w sprawach dyplomatycznych jak na polu bitwy i zaraz na początku powiedział do nich:

"- Zrobię Panom następujące propozycje: my jesteśmy panami Holandii i Szwajcarii. Oddam je jako cenę za odszkodowania, które dacie nam i naszym sojusznikom. Jesteśmy również panami Włoch. Oddam część z nich; inną część zatrzymam, by mieć rękojmię posiadania całości. To są moje podstawy do rokowań. Zbudujcie na nich, co Wam się podoba -  to interesuje mnie mniej; ale cel i efekt muszą pozostać niezmienne; tych nie zmienię. Nie chcę od Panów kupić żadnych przyrzeczeń, lecz zawrzeć rozsądne, honorowe i trwałe umowy. Jak widzę, nie macie żadnego pojęcia o sytuacji i wpływach naszych obu państw; nie obawiam się ani Waszych odmów ani kłopotów, które możecie mi sprawić. Mam silną armię!"

Ta nietypowa przemowa odniosła skutek. W Amiens zamierzano Francję tylko zwodzić, ale teraz przystąpiono rzeczywiście do rokowań. Nie wiedząc, jak dobrać się do Pierwszego Konsula, zaproponowali mu, by został  królem Francji. Trafili na właściwego! Napoleon tylko z litością wzruszył ramionami. Francuski król z angielskiej łaski! Przecież był już władcą z woli narodu.

Pozycja Napoleona była już tak silna, że w trakcie trwania rokowań w Amiens dał  się wybrać prezydentem Republiki Włoskiej. To wydarzenie, które w dyplomacji spowodować może nieprzewidziane incydenty, nie przerwało nawet rokowań. Nawiasem mówiąc, Napoleon był w Amiens przekonany, że los Francji i Europy oraz jego własny jest postanowiony, a wojna skończona. Gabinet angielski rozpętał ją na nowo; to jemu wyłącznie zawdzięcza Europa zawieruchę wojenną, która trwała jeszcze 12 lat. Odpowiedzialnym za nią jest wyłącznie angielski gabinet.

Preliminaria londyńskie położyły podstawy dla pokoju; ale dopóki preliminaria te nie zostały zamienione w ostateczny traktat, egocentryczni awanturnicy dziennie twierdzili, że nic jeszcze nie ustalono i wkrótce obie strony znowu przystąpią do wojny na morzu i lądzie. Dlatego Pierwszy Konsul nieustannie popędzał rokowania w Amiens.

"- Podpisz - pisał codziennie do Józefa - bo po podpisaniu preliminarii nie ma już żadnego poważnego problemu do rozstrzygnięcia."

Podobnie jak w Paryżu i Amiens, również w Londynie nie życzono sobie zerwania rokowań. Gabinet angielski rozumiał, że ośmieszyłby się, gdyby 6-miesięczne zawieszenie broni, preliminaria, służyły tylko temu, by otworzyć morza flotom francuskim. Lord Cornwallis był podczas formułowania traktatu bardzo ustępliwy. Józef Bonaparte również i dlatego wieczorem 25 marca 1802 roku podpisano pokój z Anglią. Świątynia Janusa była zatem zamknięta! (świątynia Janusa - budowla wzniesiona w antycznym Rzymie przez legendarnego drugiego króla Rzymu Numę Pompilusa. Jej bramy były zamknięte tylko w czasach, kiedy Rzym nie prowadził z nikim wojny - przyp. tłum.). 
 

V.

Pokój trwał tylko 18 miesięcy. Powodem zerwania były podstępne metody i sposób, w jaki rząd angielski przeciągał opuszczenie Malty. 18 lutego (1803 roku - przyp. tłum.) Pierwszy Konsul miał w swoim gabiniecie rozmowę z lordem Whitworthem, angielskim ambasadorem w Paryżu. Swoje słuszne zarzuty przedstawił początkowo w spokojnym, ale potem stopniowo podnoszonym głosem, a w końcu wykrzyknął:

"- Prędzej wolałbym zobaczyć Anglików na Montmartre niż na Malcie!"

2 dni później Pierwszy Konsul otworzył posiedzenie Ciała Prawodawczego i zgodnie z konstytucją przedłożył mu roczny raport o sytuacji Republiki. Fragment dotyczący Anglii brzmiał następująco:

" - Rząd zaręcza narodowi pokój na lądzie i może mieć nadzieję również na trwanie pokoju na morzach. Pokój ten jest potrzebą i życzeniem wszystkich narodów. By go utrzymać rząd zrobi wszystko, co zgodne jest z honorem narodowym, który w dużym stopniu związany jest z punktualnym wypełnieniem traktatu.

Ale w Anglii kłócą  się o władzę dwie partie. Jedna z nich podpisała pokój i wydaje się chcieć go utrzymać; druga zaprzysięgła Francji nieprzejednaną nienawiść. Stąd zmiany w nastrojach opinii publicznej i zgromadzeniach doradczych a także stanowisko równocześnie przyjazne i grożące.

Jak długo trwa spór partii, należy przedsięwziąć środki, które rządowi republiki nakazuje rozsądek. 5 razy po 100 000 ludzi musi i będzie gotowych bronić i pomścić Republikę, osobliwa konieczność wywołania poruszenia w dwóch narodach, które łączy z pokojem te same interesy i to samo pragnienie pokoju.

Obojętnie, jak zakończą się intrygi w Londynie: inne narody nie dadzą się nakłonić do nowej koalicji, a rząd twierdzi z uzasadnioną dumą: Anglia nie jest obecnie zdolna prowadzić sama wojny z Francją.

Ale miejmy lepiej nadzieję  i wierzmy, że brytyjski gabinet wysłucha rozsądnych rad i głosu ludzkości.

Tak, z pewnością: pokój będzie się z dnia na dzień umacniał; stosunki obu rządów przyjmą charakter przychylności, który odpowiada obustronnym interesom; szczęśliwy spokój pozwoli zapomnieć cierpienia wyniszczającej wojny, a Francja i Anglia zasłużą sobie na wdzięczność całego świata."

Odpowiedź nie kazała na siebie czekać.

8 marca w brytyjskim parlamencie odczytano orędzie królewskie:

"Jego Królewska Mość uważana za konieczne poinformować Izbę Gmin, że ma zamiar, z powodu prowadzonych w portach francuskich i holenderskich znacznych zbrojeń, przedsięwziąć nowe środki bezpieczeństwa dla naszego państwa. Pozornym celem zbrojeń, o które chodzi, ma być ekspedycja do kolonii; ponieważ jednak prowadzone są obecnie bardzo ważne rozmowy pomiędzy Jego Majestatem a rządem francuskim, Jego Królewska Mość zdecydował się poinformować wierną mu Izbę Gmin iż jest przekonany, mimo, że podziela jej żarliwe i nieustanne starania o utrzymanie pokoju, niemniej, w pełnym zaufaniu do jej poczucia odpowiedzialności, że może liczyć na to, że wprowadzi w życie wszystkie środki, które uzna za właściwe dla obrony honoru korony i znaczących interesów jej narodu." 
 

Ta mowa tronowa zapowiedziała początek nowej wojny i zerwanie traktatu pokojowego z Amiens.

Lord Withworth natychmiast zrozumiał, jakie wrażenie wywrze na generale Bonaparte wiadomość z parlamentu. Z wielkim ubolewaniem wręczył Talleyrandowi odpis mowy i zaklinał ministra, by pospieszył do generała i spróbował  go udobruchać i przekonać, że nie jest to żadne wypowiedzenie wojny, lecz zwykły środek ostrożności. Talleyrand bez zwłoki udał się do Tuilleries, ale niewiele osiągnął.

Zerwanie pokoju przez gabinet angielski, które nastąpiło pod tak błahym pozorem i w tak podstępny sposób, wzbudziło ogromną złość Pierwszego Konsula, który poznał natychmiast, że został wywiedziony w pole. Gdy później, przed wypowiedzeniem wojny, zarekwirowanych zostało wiele statków francuskich, przebrała się miarka. Na swoje zażalenie Napoleon otrzymał chłodną odpowiedź: taki jest ich zwyczaj i zawsze tak robili. To się zgadza; ale czasy się zmieniły, a Francja nie mogła sobie więcej pozwolić na cierpliwe przyjęcie takiej niesprawiedliwości i poniżenia. Napoleon był człowiekiem, który miał do obrony prawa i chwałę narodu i był gotów pokazać nieprzyjaciołom, z kim mają do czynienia. Na nieszczęście mógł on, z powodu stosunków panujących po obu stronach, na gwałt odpowiedzieć tylko jeszcze większym gwałtem. Prześladowanie niewinnych jest smutnym zadośćuczynieniem; ale Pierwszy Konsul nie miał innego wyboru.

Gdy Napoleon przeczytał  ironiczną i bezczelną odpowiedź, jeszcze tej samej nocy, w odwecie za nieprawne zagarnięcie francuskich statków, wydał  rozkaz aresztowania wszystkich Anglików przebywających we Francji i we wszystkich krajach zajętych przez wojska francuskie, obojętnie jakiego stanu i w odwecie i zamknięcia ich w więzieniu. Większość tych Anglików była cenionymi, bogatymi i dystyngowanymi ludźmi, którzy podróżowali dla przyjemności. Pierwszy Konsul zastosował ten środek, bo była to jedyna prawdziwa odpowiedź na to oburzające naruszenie prawa. W całej Europie rozległ się krzyk. Wszyscy dotknięci rozkazem Anglicy zwrócili się do Pierwszego Konsula, który odesłał ich do rządu brytyjskiego, odpowiadając, że ich los jej uzależniony od niego. By wyjść na wolność wielu z nich zaproponowało zapłacenie wartości zagarniętych statków z własnych środków. Pierwszy Konsul kazał im odpowiedzieć, że nie chodzi o ich pieniądze, lecz o przestrzeganie najprostszych przykazań przyzwoitości i naprawienia tej obrzydliwej niesprawiedliwości.

Czy można w to wierzyć? Rząd angielski, który przy swoich przywilejach na morzu trwał  z takim samym uporem, jak kuria rzymska przy swoich przywilejach religijnych, wolał pozwolić, by mnóstwo wyśmienitych i dystyngowanych rodaków przez 10 lat marniało w lochach, niż miałby zrezygnować oficjalnie z pirackich zwyczajów, które formalnie były zgodne z prawem. 
 

VI.

W ciągu całej, trwającej w konsekwencji zerwania pokoju, 11-letniej wojny Napoleon ciągle i ciągle składał wnioski o wymianę jeńców; jednak rząd angielski był zdania, że przyniosłoby to Francji większą korzyść niż Anglii i odmawiał, początkowo pod tym, a w przyszłości pod byle jakim pozorem. Cesarz nie mógł mieć nic przeciwko temu: na wojnie korzyść polityczna stoi ponad wszystkimi uczuciami. Ale dlaczego rządzący Anglią bez powodu musieli zachowywać się jak barbarzyńcy? I robili to też, gdy liczba angielskich jeńców wzrastała. Dla nieszczęśliwych wziętych do niewoli Francuzów rozpoczęły się katusze na pontonach, pozbawionych takelunku wysłużonych statkach - męczarnie, którą starzy poeci porównywaliby z mękami piekielnymi, gdyby coś takiego mogło powstać w ich fantazji. Te oskarżenia z pewnością są przesadzone, ale równie pewnym jest, że nie wszystko było prawdą w twierdzeniu, które przytoczono na obronę takiego postępowania. Wiadomo, jakie są raporty parlamentarne: kłamstwa i przekłamania są w nich przedstawiane z najzimniejszą bezczelnością. By przedstawić prawdę, wystarczą fakty: biednych żołnierzy, którzy nie byli przyzwyczajeni do morza, wrzucono na pontony i stłoczono w śmierdzących, dużo za ciasnych pomieszczeniach. Dwukrotnie w przeciągu 24 godzin musieli podczas odpływu wdychać zaraźliwe wyziemy szlamu. Znosić te cierpienia dzień w dzień, przez 12 lat - czy nie wystarczy to, by zagotowała się krew w żyłach? Później cesarz często robił sobie wyrzuty, że nie zemścił się. Powinien był w podobne pływające więzienie wrzucić nie biednych marynarzy, lecz lordów i bogaczy! Gdyby zezwolono im na wymianę listów z ojczyzną, z ich rodzinami, ich krzyk ogłuszyłby ministrów i zmusił do ustępstw. W salonach paryskich, gdzie nieprzyjaciele Francji ciągle mieli wielu najlepszych sojuszników, okrzyczano by cesarza oczywiście tygrysem, kanibalem, ale cesarz powinien był to jednak zrobić: to był jego obowiązek wobec Francuzów, którzy powierzyli mu to stanowisko, by ich chronił i bronił.

W czasie petraktacji w sprawie jeńców w pełnej jaskrawości objawił się machiawelizm angielskiego gabinetu. Anglicy oskarżali cesarza o naruszenie praw człowieka, bo oświadczył, że wziętych do niewoli zakładników zamierza traktować jako jeńców; ministrowie oświadczyli, że nie mogą pod żadnym pozorem uznać takiej zasady. Później, zarówno z Anglii, jak i z Francji zaczęli zbiegać jeńcy. Niektórzy z zakładników, którym na słowo honoru zezwolono na swobodne poruszanie się, uciekli i zostali w Anglii radośnie powitani. Francuzi, którzy zrobili to samo, zostali przez cesarza ostro zganieni. Zaproponował on nawet, że uciekinierzy, którzy złamali swoje słowo honoru, zostali odesłani z powrotem. Odpowiedziano mu jednak, że zakładnicy nie byli jeńcami i skorzystali jedynie z przysługującego im prawa i postąpili zupełnie prawidłowo. Ludzie ci zostali ponownie przyjęci do angielskiej służby państwowej. Od tego momentu Napoleon nakłaniał również francuskich jeńców do ucieczki i zatrudniał ich ponownie. Natychmiast w angielskich gazetach, z polecenia rządu, ukazały się ogniste artykuły określające Napoleona jako człowieka bez moralności, wiary itd.

Gdy w końcu z jakiegoś powodu uznali, że należy rozpocząć pertraktacje o wymianie, być może w wierze, że mogą Napoleona wykantować, posłali komisarza. Nagle nie było żadnych wielkich trudności; padały słowa o miłości do ludzi i inne, podobnie górnolotne słowa! Ministrowie angielscy wyrazili zgodę na uznanie aresztowanych za jeńców zaliczając do nich również armię hanowerską, którą Napoleon wziął do niewoli. Dotychczas była to główna przeszkoda, bo twierdzono, że Hanowerczycy to nie Anglicy. Do tego momentu wszystko szło dobrze i wydawało się, że porozumienie jest bliskie. Ale Napoleon znał swojego przeciwnika i przejrzał jego rzeczywiste zamiary: w rękach Anglików było o wiele więcej jeńców, niż Anglików we Francji. Po ich powrocie do Anglii, nie zabrakłoby pretekstów i wymiana zaczęłaby się rwać; pozostali biedni Francuzi na wieczność pozostaliby na pontonach. Cesarz oświadczył więc, że o takiej wymianie nic nie chce wiedzieć, lecz jedynie o kompletnej wymianie. Mogłaby ona w następujący sposób zostać ułatwiona: cesarz przyznaje, że ma on we Francji dużo mniej Anglików, niż przebywających w Anglii pojmanych Francuzów. Ale ma też Hiszpanów, Portugalczyków i innych sojuszników, którzy walcząc pod angielskim sztandarem zostali wzięci do niewoli. W ten sposób cesarz zebrał liość, która znacznie przekraczała liczbę podawaną przez Anglików. Ale Napoleon mimo tego zaproponował wymianę wszystkich za wszystkich! Propozycja ta wprawiła gabinet angielski w zakłopotanie; była rozpatrywana, ale potem odrzucona. Gdy wierzono, że znaleziono jednak środek, by osiągnąć ten sam wynik, przyjęto propozycję Napoleona. Gdyby rozpoczęto wymianę Anglików za Francuzów, zakończono by tę procedurę gdy tylko Anglicy otrzymaliby wszystkich swoich jeńców; ale ich liczba wynosiła najwyżej jedną trzecią trzymanych w niewoli Francuzów. By wykluczyć wszelkie nieporozumienia, cesarz zaproponował, by każdorazowo wymieniać jedynie 3 000 ludzi; za 3 000 Francuzów chciał zwolnić 1 000 Anglików i 2 000 Hanowerczyków, Hiszpanów, Portugalczyków itd. W ten sposób, gdyby nastąpiły jakieś zakłócenia, zawsze zachowany zostałby właściwy stosunek i niemożliwe byłoby zmylenie jednej ze stron. Propozycja ta, bazująca na zdrowych podstawach, wywołała głośny sprzeciw. Rokowania zostały zerwane! Być może angielskim ministrom zależało jednak, by zobaczyć swoich ziomków, bo gdy Napoleon drogą okrężną powrócił do swojej wcześniejszej propozycji, zaczęli skłaniać się do jej przyjęcia. Ale wynik kampanii rosyjskiej napełnił ich nowymi nadziejami i zniweczył wysiłki cesarza. 
 

Cesarz miał przez długi czas zamiar skłonić europejskie mocarstwa do całkowitej zmiany obowiązujących praw dotyczących jeńców. Zamierzał  zorganizować ich w regimenty i przeznaczyć do budowy wielkich monumentów i podobnych przedsięwzięć. Mieliby otrzymywać za to żołd. W ten sposób skończyłoby się leniuchowanie i wynikającego z niego nieporządku. Otrzymywaliby dobre wyżywienie i ubiór, nie brakowałoby im niczego, a państwo nie poniosłoby żadnych kosztów, bo otrzymałoby w zamian ich pracę. W ten sposób zyskaliby wszyscy. Plany cesarza nie znalazły jednak w Radzie Stanu żadnego pozytywnego odzewu; zarzucano mu fałszywą filantropię, która zawróciła w głowie tak wielu ludziom. Uznano, że zmuszanie jeńców do pracy jest barbarzyństwem i obawiano się, że spowodują prześladowania. Uważano, że jeniec jest już wystarczająco nieszczęśliwy z powodu utraty wolności i nikt nie ma prawa dysponować jego czasem. Napoloen odpowiedział:

"- Ja skarżę się właśnie na niewykorzystany czas. Jeniec musi być przygotowany na określony przymus, który na niego nakładam i który jest dobry zarówno dla niego, jak i dla innych. Żądam od niego trochę wysiłku i pracy i skazuję go na mniejsze niebezpieczeństwo niż ma on w codziennym życiu żołnierza. Obawiacie się, że nieprzyjaciel zastosuje represje wobec Francuzów i zacznie ich podobnie traktować? Dałby Bóg, żeby to uczynił! Uznam to za największe szczęście. Chętnie widziałbym moich marynarzy i żołnierzy zatrudnionych na placach albo polach zamiast wiedzieć, że pogrzebani są żywcem w okropnych lochach! Oddaliby mi ich jako zdrowych, pilnych, zahartowanych pracą ludzi, którzy w kraju nieprzyjaciela coś pozostawili, co byłoby pewną rekompensatą za poczynione przez wojnę zniszczenia."

By sprawić wrażenie podporządkowania się cesarzowi zorganizowano kilka kompanii ochotniczych robotników. Ale nie odpowiadało to w żadnym wypadku idei cesarza. 
 

VII.

Napoleon postanowił  uczynić z okrążonego morzem Albionu teatr wojny.

Lądowanie w Anglii nie było w żadnym wypadku rzeczą niemożliwą; gdyby nastąpiło, Londyn byłby niechybnie zajęty. Gdyby Francuzi zostali panami Londynu, natychmiast uworzyłaby się silna partia przeciwników panowania angielskiej arystokracji. Gdy Hannibal przekroczył Alpy, gdy Cezar wylądował w Epirze albo w Hiszpanii - czy spoglądali oni za siebie? Londyn oddalony jest od wybrzeża tylko o kilka dni marszu i gdyby desant tylko wylądował, rozproszona do obrony wybrzeża armia angielska nie miałaby czasu, by zebrać się i bronić swojej stolicy. Nie ma wątpliwości, że taki desant nie może być przeprowadzony jednym korpusem, ale sukces byłby pewny, gdy w przeciągu kilku godzin 160 000 ludzi przetransportowano na drugą stronę i zajęto wszystkie angielskie porty. Przeprawa powinna odbyć się pod osłoną floty, która zebrałaby się koło Martyniki i stamtąd tak szybko, jak to możliwe, pożeglowała do Boulogne; gdyby zgromadzenie floty w pierwszym roku nie udało się - trudno, mogłoby to nastąpić w kolejnym lub jednym z następnych lat: 50 okrętów liniowych, które wypłynęłoby z Tulonu, Brestu, Rochefort, Lorientu i Kadyksu, zgromadziłoby się koło Martyniki, skąd pożeglowałyby one do Boulogne i osłaniałyby przeprawę oddziałów, podczas gdy flota angielska musiałaby bronić dwóch oceanów i utrzymać angielskie panowanie w Indiach.

Już wtedy Napoleon myślał o rozstrzygającej ekspedycji do Indii, ale jego plany były ciągle udaremniane. Zamierzał przetransportować tam na okrętach 16 000 żołnierzy. Każdy okręt miałby wziąć na pokład 500 ludzi, czyli potrzebne byłyby 32 okręty. Należało wziąć zapas wody na 4 miesiące, który ewentualnie mógłby zostać uzupełniony na Ile de France albo w Afryce, Brazylii albo na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego. Po przybyciu do celu, oddziały miały zostać wysadzone na brzeg, by okręty mogły natychmiast wypłynąć w morze, po uzupełnieniu ich załóg z marynarzy 7 albo 8 najstarszych, nie nadających się więcej do użytku okrętów, które musiałyby zostać poświęcone. Angielska eskadra, która być może z Europy ścigałaby francuskie okręty, po swoim przybyciu nikogo by już nie zastała. Wysadzona na ląd armia kierowana przez zdolnego i wiernego wodza dokonałaby cudów, a Europa z zaskoczeniem usłyszałaby o zdobyciu Indii, tak, jak kiedyś dowiedziała się o Egipcie. 
 

W latach 1803, 1804 i 1805 plaże pod Boulogne, Dunkierką i Ostendą zajęte były przez obozy wojskowe; w Breście, Rochefort i Tulonie przygotowywano ogromne floty; we wszystkich francuskich stoczniach budowano pontony, szalupy, kanonierki, statki duże i małe, tysiące biedaków było zatrudnionych przy naprawie portów Kanału, które przyjąć miały liczne flotylle. Również w Anglii spieszono do broni. Pitt porzucił starania nad utrzymaniem pokoju jako Lord kanclerz Skarbu, ubrał mundur i myślał już tylko o armatach, batalionach, fortach i bateriach. Czcigodny stary król Jerzy III opuścił swoje pałace i codziennie odbierał rewie; na wydmach koło Dover, w hrabstwach Kent i Sussex utworzono obozy polowe; obie armie stały, można powiedzieć twarzą w twarz, rozdzielone cieśniną morską koło Calais. 
 

Anglia nie przepuściła  żadnej okazji, by wstrząsnąć mocarstwami kontynentalnymi: ale Austria, Rosja, Prusy, Hiszpania były sojusznikami albo przyjaciółmi Francji, której słuchała cała Europa. Tak samo mało szczęścia miała Anglia ze swoimi próbami ponownego rozpalenia wojny w Wandei. Konkordat pogodził kler z Napoleonem, mieszkańcy Wandei myśleli teraz zupełnie inaczej niż wcześniej; poznali, co znaczy dobra administracja; ogromne inwestycje publiczne, które zarządził Napoleon, dały zatrudnienie wielu tysiącom biedaków; wybudowano kanał łączący rzeki Vilaine i Rance, co umożliwiło statkom przybrzeżnym przepłynięcie z wybrzeża Poitou na wybrzeże Normandii bez potrzeby żeglowania wokół Przylądka Ouessant (w 1804 roku rozpoczęto budowę śródlądowej drogi wodnej łączącej bretońskie miasta Rennes i Saint Malo. Ich budowę, przerwaną po abdykacji Napoleona w 1814 roku, ukończono dopiero w 1842 roku. Drogę tę tworzą kanały d'Ille-et-Rance oraz Nantes-Brest - przyp. tłum.). W środku departamentu Wandei powstało nowe miasto; w zachodniej Francji wybudowano 8 dużych dróg; poza tym wśród Wandejczyków rozdano w formie premii znaczne sumy, by odbudowali spalone lub w inny sposób zniszczone na rozkaz Konwentu mieszkania, kościoły i parafie.

Gabinet z Saint James dawał się często namówić przez rojalistów, którzy poddawali się złudnym iluzjom, na dziwne przedsięwzięcia. Niedawno pokazał, że ma przesadzone wyobrażenie o wpływie jakobinów; wmówił sobie, że wielu z nich jest niezadowolonych i dlatego skłonnych do sprzymierzenia się z rojalistami, a zazdrośni generałowie objęliby ich dowództwo. Gabinet wierzył, że przez pojednanie tych dwóch skrajnych, ale rozpalonych tą samą namiętnością partii, możliwe było osiągnięcie znacznych korzyści.

Od 4 lat Pierwszy Konsul zjednoczył rozdartą na różne partie Francję. Lista emigrantów była zamknięta; wszyscy ci, którzy chcieliby wrócić do ojczyzny zostali z niej wykreśleni, a Pierwszy Konsul wreszcie ogłosił amnestię (26 kwietnia 1802 roku - przyp.tłum.); wszystkie istniejące jeszcze, nie sprzedane dotychczas posiadłości zostały im zwrócone, z wyjątkiem lasów, z których, zgodnie z prawem, otrzymywali tylko dochody. Na liście emigrantów pozostało tylko niewiele osób, należących albo do najbliższego otoczenia księcia albo tacy, którzy jako zdeklarowani wrogowie rewolucji odmówili poddania się amnestii. Tysiące emigrantów powróciło i nie musieli oni spełnić żadnego innego warunku poza złożeniem przysięgi na wierność Republice. W ten sposób Pierwszy Konsul odczuł największe zadośćuczynienie, jakie człowiek może odczuć: umożliwił powrót do domu więcej niż 30 000 rodzin i przywrócił ojczyźnie potomków wielkich i słynnych rodów, którym Francja przez stulecia tak wiele zawdzięczała. Nawet ci, którzy dobrowolnie pozostali na emigracji, wielokrotnie otrzymywali paszporty na odwiedzenie swoich rodzin. Odbudwane zostały ołtarze; deportowani i wygnani dawniej księża, stali znowu na czele swoich parafii i otrzymywali swoje wynagrodzenie od Republiki. Przeróżne nowe przepisy znacznie poprawiły życie publiczne. Miały tylko w sobie niestety jedno nieuniknione zło: ośmielały wrogów rządu konsularnego, partię rojalistów i zagranicę do żywienia nadziei. 
 

VIII.

By wylądować w Anglii konieczna była najpierw armia, dlatego Napoleon postanowił  taką zorganizować, by w swojej liczbie i organizacji nie pozostawiała niczego do życzenia, rozdzielić ją na różne obozy od Texel aż do Pirenejów i tak ustawić, by mogła szybko skoncentrować się w odpowiednio wybranych punktach wybrzeża. Po zorganizowaniu pomiędzy Bredą i Nimwegen korpusu liczącego 25 000 ludzi, by pomaszerował w kierunku Hanoweru, cesarz zarządził przygotowanie 6 obozów: koło Utrechtu, Gent, Saint-Omer, Brestu, Compiegne i Bayonne. Ostatni miał odstraszyć Hiszpanię. Początkiem było utworzenie w każdym z 6 obozów parków artylerii; takie parki są mianowicie zawsze najtrudniej do zorganizowania. Następnie posłał do każdego z obozów odpowiednią liczbę brygad piechoty, by osiągnąć w nich liczbę 25 000 żołnierzy. Kawalerię wysłano później i to w ilości mniejszej niż zwykle, ponieważ w przypadku zaokrętowania można było zabrać tylko niewielką ilość koni. W takiej armii siła piechoty i artylerii oraz liczba armat musiały zastąpić niewielką ilość kawalerii. Pod tym względem francuska piechota i artyleria wypełniały wszystkie warunki. Wszyscy dragoni zostali zebrani na wybrzeżu, gdzie utworzyli 4 silne dywizje; ponieważ mogli oni walczyć konno i pieszo mieli zabrać na pokład jedynie swoje siodła i walczyć jako piechota aż do momentu, kiedy otrzymaliby konie zdobyte na nieprzyjacielu.

Ale głównym zadaniem było zebranie środków transportowych, by przewieźć armię z Calais do Dover. Pod tym względem Napoleon nie podjął jeszcze żadnej decyzji. Tylko jeden punkt został w wyniku długich obserwacji definitywnie ustalony: forma statków, które miały zostać zbudowane. Najbardziej odpowiednimi środkami były zdaniem wszystkich inżynierów marynarki statki o płaskim dnie, które, pomijając fakt, że mogły być budowane wszędzie, nawet w górnym biegu rzek francuskich, mogłyby dotrzeć aż do plaży, być wyposażone w żagle i wiosła. Statki te trzeba by następnie tylko zebrać, zabezpieczyć w odpowiednich portach, obsadzić załogami i ustalić najlepszy system manewrów, by w obliczu nieprzyjaciela poruszały się w odpowiednim porządku. W tym celu konieczne były długotrwałe i trudne eksperymenty. Dlatego Napoleon zamierzał wystarczająco długo przebywać w leżącym nad Kanałem Boulogne, poznając okolice, warunki na morzu i pogodę, by planowaną operację w każdym szczególe osobiście organizować.

By przetransportować  na drugą stronę 150 000 ludzi, obok koni, armat, amunicji i środków żywności, które potrzebuje taka armia, niezbędne są ogromne przygotowania. Już przetransportowanie przez morze 20-30 000 ludzi jest trudnym zadaniem. Udowodniła to wyprawa do Egiptu.

Ale teraz trzeba było zaokrętować 150 000 żołnierzy, 10-15 000 koni i 300-400 armat! Okręt liniowy na trwającą kilka dni podróż zabiera przeciętnie 6-7 000 ludzi, duża fregata połowę. Na zaokrętowanie takiej armii potrzebnych było więc 200 okrętów liniowych, czyli floty, która nigdzie nie istniała i najwyżej sojusz Anglii z Francją, w celu osiągnięcia tego samego celu, byłby w stanie takową wystawić. Przetransportowanie liczącej 150 000 ludzi armii do Anglii byłoby więc niemożliwym przedsięwzięciem, gdyby Anglia leżała tak daleko jak Egipt albo Morea (średniowieczna nazwa Peloponezu - przyp. tłum.). Ale wystarczyło pokonać jedynie cieśninę koło Calais, to znaczy odcinek 8-10 mil morskich.

Na taką przeprawę  nie potrzeba było żadnych dużych okrętów. Gdyby takie nawet posiadano, nie możnaby ich użyć, bo pomiędzy Ostendą i Havrem nie ma żadnego portu, który byłby w stanie je przyjąć, a również na przeciwległym brzegu nie było odpowiedniego portu. Dlatego ze względu na krótką odległość i wielkość portów myślano o budowie małych statków. Były one odpowiednie do żeglugi na tych wodach. Długoletnie obserwacje na wybrzeżu potwierdziły, jakiego rodzaju statki są potrzebne.

Na przykład w lecie panuje w Kanale często prawie całkowita flauta, która trwa wystarczająco długo, że można liczyć na utrzymanie się przez 48 godzin niezmiennej pogody. Mniej więcej tyle czasu potrzeba jednak nie na przebycie Kanału, ale na same wypłynięcie dużej flotylli z portów. Podczas gdy w czasie ciszy na morzu angielskie okręty nie mogą się poruszać, statki, które wyposażone są również w wiosła mogą nawet w obecności floty nieprzyjacielskej przepłynąć na drugą stronę. Również w zimie bywają korzystne momenty. Jeżeli o tej zimnej porze roku równocześnie wystąpi gęsta mgła i flauta, istnieje możliwość dokonania przeprawy w obecności unieruchomionej albo zmylonej mgłą floty nieprzyjaciela. Istnieje jeszcze trzecia okazja, która wystąpić może podczas zrównania dnia i nocy. Bezpośrednio po szturmach ekwinokcjalnych (ekwinokcjum - astronomiczne zrównanie się dnia z nocą - przyp. tłum.) nierzadko następuje niespodziewana flauta i trwa dostatecznie długo, by przeprawić się przez cieśninę jeszcze przed powrotem nieprzyjacielskiej eskadry, którą szturm zmusił do schronienia się na otwarte morze. Tak wyglądały warunki panujące na wybrzeżu Kanału, przedstawione jednogłośnie przez mieszkających tam ludzi.

Istniała też możliwość przekroczenia cieśniny o każdej porze roku i przy każdej pogodzie, za wyjątkiem szturmu; przez skierowanie na kilka godzin do Kanału silnej eskadry okrętów liniowych. Pod ich osłoną flotylla mogłaby przepłynąć pod żaglami na drugą stronę nie troszcząc się o nieprzyjacielskie okręty.

Poza warunkami pogodowymi nad Kanałem należało wziąć też pod uwagę ukształtowanie wybrzeża. Wszystkie porty francuskie nad cieśniną były portami płytkimi, to znaczy podczas odpływu pozbawione były one wody, której głębokość podczas przypływu nie przekraczała 8-9 stóp. Niezbędne były zatem statki, których zanurzenie po załadowaniu nie przekraczało 7-8 stóp, a które równocześnie bez problemu mogły docierać aż do plaży. Położone pomiędzy Tamizą, Dover, Folkstone i Brighton porty na wybrzeżu angielskim były bardzo małe. Gdyby nawet były większe podczas takiej operacji lądowania nie możnaby do nich zawinąć i wylądować na plaży, do czego potrzebne byłyby odpowiednie środki transportowe.

By spełnić te wszystke warunki wybudowano duże, solidne kanonierki z płaskim dnem dwojakiego rodzaju. Rodzaj pierwszy, właściwe kanonierki, były wyposażone w 4 armaty ciężkiego kalibru, od 24 do 36 funtów, 2 z przodu i 2 z tyłu, mogąc w ten sposób odpowiedzieć na ogień okrętów liniowych i fregat. Flota złożona z 500 takich kanonierek z 4 armatami była ogniowo równoważna 20 okrętom liniowym po 100 armat.  Kanonierki te miały takielunek brygów, tzn. miały 2 maszty, ich załogę tworzyło 24 marynarzy i były w stanie wziąć na pokład liczącą 100 ludzi kompanię piechoty wraz z uzbrojeniem i zapasem amunicji.

Kanonierki drugiego rodzaju, nazwane dla odróżnienia łodziami kanonierskimi, nie były tak silnie uzbrojone i były mniej zwrotne, ale miały poza piechotą wziąć na pokład artylerię polową. Kanonierki te miały na dziobie działo 24-funtowe, a na rufie ustawione na lawecie działo polowe wraz z odpowiednim urządzeniem umożliwiającym wyładowanie go w przeciągu kilku minut. Kanonierki te wyposażone były w swojej środkowej części w małą stajnię, do której wstawić można było na kilka dni 2 konie artyleryjskie wraz z zapasem paszy. Stajnia ta wyposażona była w klapę, która umożliwiała za pomocą wielokrążka w takielunku wygodne wyciągnięcie koni i przetransportowanie ich na brzeg. Pod względem uzbrojenia łodzie kanonierskie ustępowały kanonierkom pierwszego rodzaju, ale potrafiły odpalić ciężką kulę armatnią, a z ustawionego na rufie działa polowego mogły strzelać kartaczami i miały tą zaletę, że poza częścią piechoty mogły zabrać całą artylerię armii oraz po 2 konie dla każdej armaty i natychmiast po rozładowaniu ustawić je w szyku. Załogę tych łodzi tworzyło jedynie 6 marynarzy i mogły one, podobnie jak kanonierki, zabrać na pokład kompanię piechoty z jej oficerami oraz obsługę armaty.

Trzeci rodzaj transportu stanowiły duże, wąskie, długie na 60 stóp galery z ruchomym górnym pokładem, który dawał się rozłożyć i złożyć. Były wyposażone w około 60 wioseł, w razie konieczności mogły rozwinąć małe ożaglowanie i były nadzwyczaj szybkie. Na pokład mogły wziąć, oprócz 2-3 marynarzy, który nimi sterowali, 60-70 żołnierzy, którzy nauczyli się tak dobrze wiosłować jak marynarze. Galery miały na pokładzie również małe haubice oraz 4-funtowe działo i nie miały otrzymać żadnego innego ładunku oprócz broni swojej załogi i trochę środków żywności rozdzielonych jako balast.

Po licznych próbach pozostano przy tych 3 rodzajach środków transportu, które spełniały wszystkie warunki pomyślnej przeprawy oraz, ustawione w linii bojowej, tworzyły straszliwą linię ogniową. Lekkie, zwrotne i mocno uzbrojone kanonierki zajęły miejsce w pierwszym rzędzie; łodzie kanonierskie tworzyły drugą linię w lukach pomiędzy kanonierkami tak, by powstała nieprzerwana linia. Galery, które miały tylko małe haubice i były groźne głównie dzięki swojemu ogniowi karabinowemu mogły być rozdzielone przed i za linią bojową oraz na skrzydłach, skąd mogły szybko wysadzić na ląd swoje załogi albo szybko wycofać się, gdyby dostały się pod silny ostrzał.

Z tych 3 rodzajów statków miało zostać wybudowanych 1 200-1 500, które poza dużą ilością lekkich dział miały posiadać przynajmniej 3 000 dział dużego kalibru, by móc wystrzelić tyle samo kul, co najsilniejsza eskadra. Ich ogień był niebezpieczny, bo prowadzony był tuż ponad linią zanurzenia. W walce z dużymi okrętami tworzyły one dla nich trudny do trafienia cel, podczas gdy same miały ułatwione celowanie. Potrafiły się szybko przemieszczać, rozdzielać i okrążyć przeciwnika.

Statki te miały jednak też niedogodność w postaci ich kształtu. Ponieważ zamiast głęboko zanurzonego kilu posiadały płaskie dno, które tylko niewiele zanurzało się w wodzie, a równocześnie były mocno ożaglowane, nie były zbyt stabilne i musiały przed wiatrem ustawiać się lekko bokiem, a nawet, przy powiewie silniejszej bryzy, dokonać zwrotu.

Jeszcze większą  niedogodnością był fakt, że były znoszone przez prądy, co było wynikiem ociężałej budowy ich kadłuba, który większą  powierzchnią dotykał wody niż wynosiła powierzchnia żagli. Stan ten pogarszał się jeszcze bardziej, gdy statki te poruszane były jedynie wiosłami, które pokonać musiały skutki prądów.

Ten błąd, odczuwalny na każdych wodach, jeszcze bardziej dawał się we znaki w Kanale, gdzie występują dwa silne prądy. Ale Kanał pomiędzy Boulogne i Dover jest nie tylko wąski, ale i płytki, co pozwala na rzucenie kotwicy nawet w jego środku, co zdaniem admirałów umożliwiało w przypadku silnego dryfowania zatrzymanie się i odczekanie na przeciwny prąd; manewr ten mógł jednak trwać 3-4 godzin i stworzyć niepokonywalny problem.

Ponieważ każda kanonierka i każda łódź kanonierska miała na pokładzie całą kompanię piechoty, a każda galera dwie trzecie, możliwym było przy zebraniu 500 kanonierek, 400 łodzi i 300 galer, czyli w sumie 1 200 statków, zaokrętowanie 120 000 ludzi. Zakładając, że eskadra z Brestu zabrałaby 15-18 000, a z Texel 20 000 ludzi, możnaby zaatakować Anglię armią liczącą 150-160 000 ludzi; 120 000 w jednym rzucie i 30-40 000 w wydzielonych dywizjach zaokrętowanych na pokładach 2 dużych eskadr, z których pierwsza wypłynęłaby z Holandii, a druga z Bretanii.

Taka potęga musiałaby wystarczyć, by pokonać i złamać dumny naród, który ze swojej niezdobywalnej wyspy ośmielał się rościć  pretensje do władzy nad światem.

Ale na przetransportowaniu oddziałów operacja nie kończy się: potrzebują one sprzętu, środków żywności, broni i koni. Flota wojenna oprócz oddziałów mogłaby zabrać amunicję potrzebną do pierwszych potyczek, żywność na około 20 dni i artylerię polową z złożoną z armat z 2-konnym zaprzęgiem. Dla pozostaej części zaprzęgów potrzebnych było 7-8 000 koni, poza tym potrzebna była amunicja na całą kampanię, prowiant na 1-2 miesiące i duży park oblężniczy. Dla transportu samych koni potrzebnych było 6-7 000 statków.

W tym celu nie trzeba było dopiero budować nowe statki, lecz kupić znajdujące się na całym wybrzeżu od Saint-Malo do Texel o wyporności 20-60 ton, która wydawała się niezbędna. Za 12-15 000 franków powołana w tym celu komisja zakupiła takie statki pomiędzy Brestem i Amsterdamem. Zakupiono już kilkaset takich statków, reszta była łatwa do zdobycia.

Byłoby niemożliwością  wybudowanie tak niesamowitej ilości statków w jednym albo dwóch miejscach. Mimo, że były małe, nigdy nie udałoby się w jednym miejscu zebrać niezbędnych materiałów, robotników i narzędzi. Dlatego koniecznym było wykorzystanie wszystkich portów i rzek.

Po wybudowaniu statków w tak daleko oddalonych od siebie miejscach, chodziło o to, by przeprowadzić  je przez angielskie eskadry i skoncentrować w jednym punkcie pomiędzy Boulogne i Dunkierką. Następnie musiały być rozdzielone na 3 lub 4 porty, w których w miarę możliwości wiały te same wiatry i były niedaleko od siebie oddalone, by mogły równocześnie rozwinąć żagle. Nie mogły być zbyt ściśnięte, chronione przed ogniem nieprzyjaciela i zakotwiczone w pobliżu wojsk, by marynarze mogli ćwiczyć wypływanie i wpływanie, a oddziały lądowe umieszczanie na pokładzie armat oraz ładowanie i rozładowanie materiałów, koni i ludzi.

Wszystkie te problemy mógł pokonać na miejscu tylko sam Napoleon, korzystając z pomocy biegłych współpracowników.

Spośród francuskich admirałów uwagę przyciągało wówczas czterech: Decres, Latouche-Tréville, Ganteaume i Bruix. Admirał Decrčs był światłym człowiekiem, ale przy tym krytykantem, widzącym we wszystkim tylko złe strony, potrafił jednak wyśmienicie oceniać innych i dlatego był dobrym ministrem. Z tego powodu był nieprzydatny jako dowódca eskadry, a jego miejsce było na czele administracji żeglugi. Ganteaume, dzielny, rozsądny i wyszkolony oficer potrafił poprowadzić eskadrę w ogień, ale był często niezdecydowany i chwiejny, przegapiał właściwy moment i dlatego mógł być wykorzystany tylko podczas niewielkich przedsięwzięć. Latouche-Tréville i Bruix należeli do najznakomitszych ludzi morza swoich czasów i słusznie byli powołani do stawienia czoła potędze Anglii na morzu. Latouche-Tréville był człowiekiem pełnym animuszu i odwagi, energicznym, doświadczonym i mądrym, potrafiącym swoje zdecydowanie przenieść na swoich ludzi. Miał to, czego brakowało tak bardzo francuskiej marynarce: zaufanie do siebie. W końcu Bruix był wątłym, chorowitym, wyjałowionym używkami człowiekiem, ale posiadał doskonały przegląd, rzadki talent organizacyjny, doświadczenie i był jedynym człowiekiem, który dowodził już 40 okrętami liniowymi jednocześnie.

Napoleon chciał powierzyć flotyllę admirałowi Bruix, bo było jeszcze tyle do załatwienia; Ganteaume flotę Brestu, która transportować miała tylko wojsko; Latouche-Tréville flotę Tulonu, która miała przeprowadzić trudny, śmiały i rozstrzygający manewr.

Podczas organizowania floty Bruix miał kontakt z Decrčs. Obaj byli zbyt ambitni, by nie zostać konkurentami i przeciwnikami. Decrčs uznał trudności za niepokonywalne i krytykował robione próby ich pokonania. Bruix rozpoznawał je i pokonywał. Pod słabym władcą ich rywalizacja rozprężyłaby całą flotę, ale pod człowiekiem takim, jak Napoleon, byli oni przez swoje przeciwieństwo, bardzo przydatni. Bruix wnosił propozycje, Decrčs je krytykował, a Pierwszy Konsul rozstrzygał.

Otoczony tymi ludźmi Napoleon załatwiał na miejscu wszystkie nierozstrzygnięte jeszcze pytania. Jego obecność w Boulogne była konieczna, bo niezależnie od jego dobitnych i częstych rozkazów, wiele było jeszcze zaległości. W Boulogne, w Calais, w Dunkierce nie budowano, lecz naprawiano starą flotyllę oraz montowano na 2 000 nowobudowanych albo zakupionych statkach konieczne urządzenia. Brakowało robotników, drzewa, stali, konopii i armat dużego zasięgu, by trzymać z daleka Anglików, którzy nie zaniechali strzelania pociskami zapalającymi.

Obecność Napoleona wniosło ożywienie w przedsięwzięcie. Już w Paryżu wydał on zarządzenia, które zamierzał wprowadzić, podobnie jak wszędzie, dokąd przybywał, również w Boulogne. Kazał wydzielić spóśród rekrutów wszystkich rzemieślników potrafiących obrabiać drewno i stal, jak stolarzy, cieśli, stelmachów, ślusarzy u kowali i w krótkim czasie uzupełnił nimi robotników stoczni.

Port w Boulogne uważany był za najlepszy punkt wyjściowy dla ekspedycji przeciwko Anglii. W kierunku angielskiego wybrzeża wysuwa się z francuskiego brzegu skalisty przylądek Gris-Nez. Porty na wschód od niego, od Calais do Dunkierki, leżą poza cieśniną morską, są więc jako punkt wyjściowy inwazji mało przydatne; w przeciwieństwie do nich porty leżące na zachód od przylądka, a mianowicie Boulogne, Ambleteuse i Etaples położone są nad samą cieśniną. Dla przeprawy na drugą stronę były więc te ostatnie korzystniej położone, miały tylko jeden szkopuł: były mniejsze i płytsze niż Calais i Dunkierka.

Port w Boulogne, który tworzony jest przez małą zamuloną rzekę Liane, mógł być znacznie poszerzony. Napoleon natychmiast rozkazał pogłębienie basenu portowego i koryta rzeki. Obóz przeniesiony został bliżej morza, a żołnierze otrzymali rozkaz przeniesienia ogromnych mas ziemi. Ponadto wybudowane zostały stocznie, warsztaty, magazyny, koszary, piekarnie, szpitale, krótko mówiąc, wszystko, co potrzebne było dla dla pobytu i wyżywienia 120 000 żołnierzy, zdrowych i chorych oraz 2 300 statków. Gdyby urządzenia te były tylko prowizoryczne, warunki byłyby nie do zniesienia.

Dla całej ekspedycji nie wystarczał jeden jedyny port. Boulogne mogło pomieścić tylko 1 200-1 300 statków, a potrzebnych było 2 300. Trzeby było więc szukać innego miejsca i znaleziono najlepiej do tego celu pasującą położoną dalej na południe zatokę, do której uchodzi mała rzeka Canche. Niestety narażona była ona na silne wiatry, dlatego była mniej bezpiecznym portem niż Boulogne. Znajdował się tam mały port rybacki Etaples. Przygotowano go na przyjęcie 400 statków, a w pobliżu zorganizowano obóz dla 24 000 ludzi, który, przyjmując Boulogne jako centrum, stanowił lewe skrzydło armii.

Nieco na północ od Boulogne znajdowały się dwie zatoki, tworzone przez dwie małe rzeki Wimereux i Salacque. Miały one służyć jako port dla 200-300 statków.

Już wkrótce, z podobnym zapałem jak przy pracach nad flotą francuską, rozpoczęto przygotowywanie flotylli batawskiej. Zastanawiano się, czy ma ona wypłynąć w kierunku wybrzeża angielskiego z Szeldy pod osłoną kilku fregat, czy przetransportować ją do Dunkierki lub Calais, by wypłynęła z położonych na wschód od Przylądka Gris-Nez portów. Decyzję miał podjąć później admirał Bruix.

Obie floty wojenne miały wypłynąć jedna z Brestu, a druga z Texel i transportować 40 000 ludzi, których przeznaczenie było wyłączną tajemnicą  Pierwszego Konsula.

By uzupełnić ten cały system, należało jeszcze zapewnić ochronę wybrzeża przed Anglikami.

Zatrzymanie albo uniemożliwienie ich zbliżeniu nie było łatwym zadaniem, bo wybrzeże nie miało ani głębokich zatok ani wysuniętych daleko w morze cypli, umożliwiających strzelanie daleko w morze. Ale zadbano o to. Przed wybrzeże w Boulogne wysuwają się w morze 2 rafy, które, oddalone od siebie o 5 kilometrów, tworzą bezpieczną i wygodną redę. Podczas przypływu były one pod wodą, ale podczas odpływu wystawały nad jej powierzchnię. Napoleon rozkazał wybudować tam dwa półokrągłe, murowane forty, z dwoma piętrami na armaty, które swoim ogniem osłaniać mogły leżącą między rafami redę. Natychmiast rozpoczęto budowę tych umocnień. By chronić również środek redy postanowiono wybudować trzeci punkt obronny przed wejściem do portu, a ponieważ teren był tam piaszczysty, Napoleon postanowił, że ten trzeci fort budowany będzie z drewna. Liczni robotnicy rozpoczęli natychmiast w czasie odpływu wbijanie setek pali, które miały służyć jako podstawa budowli mogącej pomieścić baterię złożoną z 18 armat 24-funtowych. Podczas tych prac robotnicy narażeni byli na ogień Anglików.

Poza tym Pierwszy Konsul polecił wyposażyć wszystkie występy skalne na wybrzeżu w armaty i moździerze tak, że nie pozostał żaden możliwy do ustawienia dział punkt, na którym by nie ustawiono armat największego kalibru. Napoleon miał nadzieją zakończyć do zimy wszystkie prace przygotowawcze. 
 

Wypełniony przekonaniem, że musi sam wszystkiego dopilnować i że najpilniejsi urzędnicy w swoich raportach często są niedokładni, bo albo nie są zbyt uważni albo są zbyt wyrozumiali, mimo iż nie piszą świadomie nieprawdy, Napoleon kazał przygotować dla siebie w Boulogne stałą kwaterę.

Wieczorem wyjeżdżał  z Saint-Cloud i docierał następnego dnia w południe na miejsce, kontrolując wszystko przed udaniem się na krótki wypoczynek. Zarządził, by zmęczony pracą i często zdenerwowany kłótniami z Decres admirał Bruix mieszkał nie w Boulogne, lecz w wybudowanym dla niego na wzniesieniu w bezpośredniej bliskości plaży wodoszczelnym baraku, skąd mógł obserwować działania w porcie, na redzie i w obozie. Bruix zgodził się na to niebezpieczne dla jego nadwątlonego zdrowia mieszkanie, by zadowolić swojego niepokojącego się cesarza. Napoleon kazał dla siebie wybudować tuż obok identyczny barak, w którym spędzał całe dnie i noce. Żądał, by generałowie Davout, Ney i Soult nieprzerwanie przebywali w obozach, nadzorowali osobiście prace i manewry i codziennie składali mu o wszystkim raporty. Najwięcej pożytku Napoleon miał z generała Soulta, który wyróżniał się swoją bystrością. Po otrzymaniu od swoich generałów codziennych listów, na które natychmiast odpowiadał, wyjeżdżał, by skontrolować prawdziwość złożonych mu raportów, bo chciał wszystko widzieć na własne oczy.

Anglicy wkładali wiele wysiłku, by przeszkodzić w prowadzeniu robót nad umocnieniami w Boulogne. Ich flota, złożona zazwyczaj z około 20 okrętów, 3-4 okrętów liniowych z 74 armatami, 5-6 fregat, 10-12 brygów i korwet, a także pewnej liczby kanonierek, utrzymywała nieprzerwany ogień skierowany na francuskich robotników. Kule okrętowych armat przelatywały nad ich głowami, uderzając w port i miasto. Mimo, że ostrzał ten wyrządzał tylko niewiele szkód, to jednak był nieprzyjemny i mógł, przy skupieniu w jednym miejscu większej ilości statków, spowodować zgubny pożar, a nawet wywołać ogromne spustoszenie. Niewyczerpana pomysłowość Napoleona znalazła również na to rozwiązanie.

Polecił on przeprowadzić  na wybrzeżu próby, by sprawdzić zasięg ciężkich dział strzelających pod kątem 45 stopni, czyli strzelających mniej więcej jak moździerze. Próby powiodły się i rozpoczęto strzelanie 24-funtowymi armatami na odległość 4,25 kilometra, co zmusiło Anglików od trzymania się w odpowiedniej odległości.

Ponadto rozkazał  ostrzeliwanie okrętów ciężkimi granatami, które eksplodując w drewnianych burtach lub ożaglowaniu tworzyły niebezpieczne dziury w kadłubach lub powodowały wielkie zniszczenia w takielunku. W drzewo należy strzelać kulami wybuchającymi.

Gdy Anglicy zobaczyli, że są ostrzeliwani, nie kulami pełnymi, które wprawdzie uderzają jak błyskawica, ale nie powodują powstania dziury większej niż ich średnica, lecz pociskami zapalającymi, które miały wprawdzie mniejszą siłę, ale wybuchały jak miny w burtach statków albo nad głowami załogi, byli zaskoczeni i od tego czasu trzymali sią z daleka. Napoleon wpadł też na pomysł na ustawienie podwodnych baterii, tzn. takich, które składały się z ustawionych na morskim dnie ciężkich armat i moździerzy, które przykrywane były wodą podczas przypływu i odkrywane w czasie odpływu. Wiele wysiłku kosztowało umocnienie podłoża, na którym stały owe działa i zapobieżenie ich zapchaniu i zasypaniu piaskiem, ale udało się i gdy Anglicy w czasie odpływu, gdy rozpoczynano roboty, zbliżyli się, zostali przywitani armatnimi salwami, których linia ognia znajdowała się na równi z linią wody. Ale te baterie zastosowano jedynie podczas prac nad portowymi fortami, bo po zakończeniu tych robót stały się zbyteczne.

W miesiącach październik, listopad i grudzień ze wszystkich portów do Boulogne dotarło tysiące statków: kanonierki, łodzie kanonierskie i galery. Z tej liczby Anglicy zagarnęli tylko 3 albo 4, a morze zniszczyło tylko 10-12.

Po licznych ćwiczeniach doprowadzono do tego, że wszystkie manewry przeprowadzane były szybko i punktualnie. Codziennie, przy każdej pogodzie, za wyjątkiem sztormu, wypływało 100-150 statków, by przed obliczem nieprzyjaciela przeprowadzać na redzie manewry albo rzucić kotwicę. Ćwiczono również wszystko, co mogłoby wydarzyć się podczas lądowania na nieprzyjacielskim brzegu, wyszukując wszelkie przewidywalne utrudnienia.

Żądni przygód żołnierze, pełni wyobraźni i ambicji, wykonywali te różnorakie ćwiczenia, manewry i ciężkie prace na lądzie i wodzie z wielką przyjemnością. Dobre wyżywienie, nieustanne zajęcie, świeże powietrze, to wszystko niesamowicie ich wzmacniało i hartowało, a nadzieja dokonania cudu powiększała ich siłę moralną. W ten sposób stopniowo tworzyła się owa niezapomniana armia, która 2 lata później miała podbić kontynent. 
 

Napoleon nieustannie rozmyślał nach planem niespodziewanego manewru wypuszczenia na Kanał wielkiej floty. Wszystkie przeszkody zostałyby usunięte, jeżeli byłaby ona w stanie przynajmniej przez 3 dni stawić opór flocie angielskiej i osłonić przepłynięcie flotylli.

Napoleon miał w Breście flotę złożoną z 18 okrętów liniowych, wkrótce miało ich być tam 21, w Rochefort 5 okrętów, w Ferrol - 5, w Kadyksie 1 okręt liniowy, w końcu w Tulonie 8, a w niedalekiej przyszłości 20. Angielski admirał Cornwallis blokował Brest mając tam 15-18 okrętów liniowych, a Rochefort 4-5 okrętami; słaba angielska eskadra blokowała Ferrol. Nelson krążył ze swoją eskadrą koło wysp Hyeres, obserwując Tulon. Taki był stan sił obu stron na morzu.

Napoleon zamierzał  jedną ze swoich flot potajemnie wyprowadzić z portu i skierować  do Kanału, gdzie mogłaby przez kilka dni mieć przewagę  nad Anglikami.

By przeprowadzić  ten wielki plan, konieczny był przede wszystkim odpowiedni człowiek. Napoleon sprowadził do siebie Latouche-Tréville'a, który niedawno wrócił z San Domingo i przebywał w Paryżu. Latouche nie dysponował ani zdolnościami przewidywania ani talentem organizacyjnym Bruixa; ale cechowało go zdecydowanie przy realizacji, szybka orientacja, która uczyniłaby go, gdyby dłużej żył, równym Nelsonowi. Nie był zniechęcony, jak jego towarzysze broni i był gotów wszystkiego spróbować. Niestety zaraził się na San Domingo wirusem śmiertelnej choroby. Napoleon przedstawił mu swój plan, przekonał do jego wykonalności, zobrazował mu jego niesamowite efekty, czym udało mu się rozpalić w nim ogień. Latouche-Tréville był zachwycony, opuścił Paryż zanim jeszcze ozdrowiał i pospieszył do Tulonu, by objąć dowództwo swojej eskadry. Wszystko było tak obliczone, by w lipcu, najpóźniej w sierpniu był on gotowy!

Admirał Ganteaume, który dowodził w Tulonie przed Latouche-Tréville, został  przeniesiony do Brestu. Cesarz liczył na jego oddanie i darzył  go dużą przychylnością; mimo, że uważał, że nie jest wystarczająco śmiały, by przeprowadzić tak ważny manewr, był zdania, że zdolnościami dorównuje admirałowi Bruix, śmiałością admirałowi Latouche, a wszystkich przewyższał doświadczeniem i odwagą. Dlatego powierzył mu eskadrę Brestu, która przypuszczalnie przeznaczona była do przetransportowania oddziałów do Irlandii i polecił mu uzupełnić tak jej wyposażenie, by była w stanie współdziałać z eskadrą Tulonu. 
 



By wzmocnić jeszcze bardziej morale armii Napoleon postanowił wydać wielki festyn. W rocznicę wydarzeń 14 lipca w kościele Inwalidów dokonał pierwszej dekoracji orderem Legii Honorowej. Podczas uroczystości na brzegu oceanu, przed obliczem wroga, zamierzał teraz rozdać krzyże armii w miejsce zniesionych wyróżnień bronią honorową.

Napoleon polecił  wybrać położone nad morzem miejsce na wschód od Boulogne, które miało kształt amfiteatru i było jak stworzone dla tak doniosłej uroczystości. Było tam miejsce dla całej armii. W środku tego amfiteatru ustawiono tron dla cesarza z oparciem od strony morza. Po lewej i prawej stronie zbudowano stopnie dla wybitnych osobistości, ministrów i marszałków. Na przedłużeniu tych stopni rozwinąć miały się szeregi gwardii cesarskiej, a na wznoszącym się stopniowo terenie tego amfiteatru, jak dawniej lud rzymski, stanąć miały w zwartych kolumnach poszczególne korpusy armii, mając cesarski tron w swoim środku. Na czele każdej kolumny miała stać piechota, za nią kawaleria.

16 sierpnia, dzień  po dniu św. Napoleona ze wszystkich okolicznych prowincji podążyły niezliczone tłumy na miejsce uroczystości. 100 000 ludzi, prawie sami weterani armii rewolucyjnych, przybyło by odebrać od Napoleona nagrodę za swoje czyny. Żołnierze i oficerowie, którzy mieli otrzymać krzyże, wystąpili z szeregów aż do stóp cesarskiego tronu. Napoleon stojąc przeczytał im piękną formułę przysięgi Legii Honorowej, na co wszyscy, przy wtórze trąbek i grzmocie armat odpowiedzieli: przysięgamy! Następnie podchodzili, jeden po drugim, do tronu, co trwało kilka godzin, by otrzymać krzyż legionu, który zastąpić miał szlacheckie urodzenie. Wraz z synami chłopów, by odebrać oznaczenie, na stopnie tronu wstępowali członkowie starej szlachty i wszyscy przyrzekali chęć do przelania swojej krwi na plażach Anglii, by zapewnić swojej ojczyźnie niepodzielne panowanie nad światem.

To wspaniałe widowisko poruszyło wszystkie serca, któremu nieprzewidziane wydarzenie nadało jeszcze głębszej powagi. W trakcie trwania uroczystości do Boulogne wpłynęła przy silnym wietrze i żywej wymianie ognia z Anglikami flotylla przybyła z Le Havre. Napoleon opuszczał od czasu do czasu tron, by przez swoją lunetę na własne oczy obserwować, jak jego marynarze stawiają czoła nieprzyjacielowi. 
 

Dzielny i nieszczęśliwy Latouche-Tréville, wycieńczony źle wyleczoną chorobą  i gorliwością, której nie potrafić pohamować, zmarł 20 sierpnia 1804 roku w porcie w Tulonie, gdy przygotowywał się do wypłynięcia w morze. Napoleon dowiedział się o tym smutnym wydarzeniu w ostatnich dniach sierpnia w Boulogne, gdy był właśnie gotów do zaokrętowania. Ponieważ flota Tulonu straciła swojego dowódcę, cesarz był zmuszony przesunąć ekspedycję do Anglii; wybranie i nominowanie nowego admirała, wysłanie go i danie mu czasu na zapoznanie się z jego eskadrą, do tego wszystkiego potrzeba było więcej niż miesiąc czasu. Był już koniec sierpnia; przesunięcie lądowania na listopad oznaczało prowadzenie kampanii w zimie i konieczność znalezienia nowych rozwiązań.

Napoleon natychmiast zaczął się rozglądać za następcą Latouche-Tréville'a. "Nie należy - pisał 28 sierpnia 1804 roku do ministra Decrčs - tracić ani chwili z wysłaniem jednego z admirałów, który objąłby dowództwo eskadry Tulonu. Nie może być gorzej, niż jest obecnie; Dumanoir nie jest w stanie utrzymać dyscypliny tak dużej eskadry i dowodzić jej manewrami. Moim zdaniem na stanowisko dowódcy floty Tulonu wchodzą w grę tylko 3 osoby: Bruix, Villeneuve albo Rosily. Może Pan wypytać Bruix. Wierzę w dobre chęci admirała Rosily; ale od 15 lat nie piastował on żadnego stanowiska ... koniecznym jest szybkie podjęcie decyzji."

Decrčs wezwał  więc admirałów Villeneuve i Missiessy do siebie, by powierzyć im dowództwo. Uważał, że Bruix jest w Boulogne nie do zastąpienia, a Rosily morze stało się obce, w Villeneuve widział więc najdogodniejszego człowieka do objęcia eskadry Tulonu, a Messiessy jako jego następcę na stanowisku dowódcy eskadry Rochefort. Admirał Villeneuve był mądrym człowiekiem, był dzielny i posiadał praktyczne wiadomości, ale brak mu było siły charakteru. Przy jego wielkiej pobudliwości był skłonny do wyolbrzymiania trudności sytuacji.

Admirał Missiessy był mniej uzdolniony, ale chłodniejszy i tak samo bardziej pesymistą niż optymistą.

Decrčs skłonił  Missiessy do objęcia dowództwa eskadry Rochefort, a Villeneuve eskadry Tulonu. Z tym ostatnim łączyła go przyjaźń, która miała swoje początki w latach młodzieńczych, dlatego podzielił się z nim tajemnicami cesarza i celem misji, która powierzona miała być eskadrze Tulonu. Chciał pobudzić jego wyobraźnię i energię, przedstawiając mu wielkie zadanie, które należało rozwiązać i związaną z nią chwałę. Próba godna pożałowania! Chwilowe poruszenie Villeneuve'a ustąpiło miejsca niszczącej małoduszności, która doprowadziła do najkrwawszej klęski w historii żeglugi!

Minister pospiesznie poinformował cesarza o efektach swoich rozmów z Villeneuve i wrażeniu, jakie zrobiła na nim perspektywa niebezpieczeństwa i zdobycia sławy.

Napoleon nie dowierzał  zbytnio następcy admirała Latouche. Pogrążony ciągle w myślach o przedsięwzięciu, w obliczu nowych okoliczności, zmienił i rozwinął ponownie swój plan.

Zima przywróciła flocie w Breście jej swobodę, czyniąc blokadę niemożliwą. Napoleon przesunął ekspedycję aż do 18 brumaire'a (9 listopada), do planowanego dnia koronacji i postanowił wysłać w tej surowej porze roku Ganteaume na czele 15-18 000 ludzi do Irlandii. Po wysadzeniu ludzi na ląd, miał on wpłynąć do Kanału, by osłonić przepływającą flotyllę. Admirałowie Missiessy i Villeneuve otrzymali w tym zmienionym planie zupełnie inne zadania od tych, które początkowo przewidywane były dla eskadr Tulonu i Rochefort.

Villeneuve miał skierować się z Tulonu w kierunku Ameryki, by zająć ponownie Surinam i kolonie holenderskie w Gujanie. W drodze jeden z dywizjonów jego eskadry zająć miała wyspę Świętej Heleny.

Missiessy otrzymał  rozkaz skierowania się na czele 3-4 000 ludzi w kierunku Antyli Francuskich, a następnie zająć Antyle Angielskie, które mógł zaskoczyć prawie całkowicie bezbronne.

Obu admirałom, którzy mieli potem w trakcie ich powrotu do Europy połączyć się, postawiono na koniec zadanie oswobodzenia blokowanej w Ferrol eskadry i wraz z nią, liczącą 20 okrętów liniowych, wpłynięcia do Rochefort. Mieli wypłynąć przed Ganteaume, by skłonić Anglików, na wieść o ich wypłynięciu, do podążenia za nimi. Napoleon życzył sobie, by Villeneuve wypłynął z Tulonu 12 października, Missiessy z Rochefort 1 lisotpada, a Ganteaume z Brestu 22 grudnia 1804 roku. Zakładał, że 20 okrętów Villeneuve'a i Missiessy odciągną z wód europejskich przynajmniej 30 okrętów angielskich, bo zaatakowani na wszystkie strony Anglicy nie będą sobie mogli pozwolić na niepospieszenie z pomocą. W ten sposób admirał Ganteaume zdobyłby przypuszczalnie wystarczającą swobodę, by wykonać powierzone mu zadanie, po wyprawie do Irlandii, zjawienia się w Boulogne, gdzie mógłby dotrzeć żeglując albo wokół Szkocji albo prosto z Irlandii.

Po ustaleniu wszystkiego, Napoleon opuścił Boulogne, gdzie przebywał przez półtora miesiąca. Przed odjazdem miał jeszcze okazję uczestniczyć w potyczce flotylli z angielskim dywizjonem. 26 sierpnia o godzinie 2 po południu przeprowadzał on swoją łodzią inspekcję na redzie, kontrolując skrajną linię, która jak zwykle składała się z 150-200 szalup i łodzi żaglowych. Leżąca przed nią angielska eskadra składała się z 2 okrętów liniowych, 2 fregat, 7 korwet, 6 brygów, 2 szonerów i jednego kutra, w sumie 20 statków. Jedna z korwet odłączyła się od nieprzyjacielskiego dywizjonu i pożeglowała w kierunku skrajnego punktu francuskiej linii obronnej, by obserwować sytuację. Admirał francuski dał natychmiast 1.dywizjonowi szalup kanonierskich kapitana Leroy rozkaz podniesienia kotwic i popłynięcia w kierunku korwety. Tak też się stało i korweta została zmuszona do wycofania się. Gdy Anglicy to spostrzegli, posłali jedną fregatę, kilka korwet, brygów i jeden kuter by z kolei zmusić oddział francuski do wycofania się i odciąć od portu. Cesarz, który znajdował się w swojej łodzi w towarzystwie admirała Bruix, ministrów wojny i żeglugi oraz kilku marszałków, kazał skierować łódź w środek biorących udział w potyczce szalup i trzymać kurs prosto na zbliżającą się pod pełnymi żaglami fregatę. Wiedział, że żołnierze i marynarze, którzy podziwiali jego odwagą na lądzie będą stawiali sobie pytanie, czy będzie on równie śmiały na morzu. Chciał ich o tym przekonać i przyzwyczaić ich do odważnego stawiania czoła wielkim okrętom nieprzyjaciela. Kazał swoją łódź, znajdującą się daleko przed linią francuską, skierować tak blisko, jak to było możliwe, do fregaty. Ta widziała najwyraźniej powiewający na łodzi cesarski sztandar i wstrzymała ogień, by dopuścić ją bliżej i zniszczyć. Minister żeglugi drżał o życie cesarza i chciał rzucić się do steru, by zmienić kurs, ale Napoleon gestem wstrzymał go i łódź płynęła dalej w kierunku fregaty. Napoleon obserwował ją przez lunetę, gdy nagle oddana z fregaty salwa obsypała łódź deszczem pocisków. Nikt nie został ranny, tylko niektórzy zostali opryskani wodą morską. Wszystkie francuskie jednostki z pełną prędkością skierowały się w kierunku cesarskiej łodzi, by ją osłonić i podjąć wymianę ognia. Angielski dywizjon zaatakowany została kulami i kartaczami, co zmusiło go do rozpoczęcia odwrotu. Ścigano go, ale dywizjon, manewrując w kierunku lądu, ponownie powrócił. W międzyczasie kotwice podniosły kanonierki kapitana Pevrieu i ruszyły przeciwko wrogowi. Już wkrótce mocno uszkodzona fregata, która ledwie jeszcze słuchała steru, musiała wycofać się ponownie; jej śladem podążyły korwety, niektóre z nich mocno uszkodzone, a kuter był tak postrzelany, że zatonął. Napoleon tak pisał o tej morskiej potyczce do marszałka Soult: 
 

"Akwizgran, 6 września 1804

Ta drobna potyczka, w której wziąłem udział krótko przed moim odjazdem z Boulogne, wywarła w Anglii wielkie wrażenie i wywołała alarm. Przeczyta Pan na ten temat w gazetach najdziwniejsze szczegóły. Haubice na pokładach szalup kanonierskich dobrze wypełniły swoje zadanie. Wiadmości, które do mnie dotarły, mówią, że nieprzyjaciel ma 12-15 zabitych i 60 rannych. Fregata jest mocno uszkodzona." 
 

W pierwszych dniach maja (1805 roku - przyp. tłum.) Napoleon opracował nowy plan i natychmiast zostały wydane rozkazy. Tak jak wcześniejszy przewidywał wywabienie Anglików w kierunku Surinamu, ten nowy plan miał na celu wyciągnięcie ich do Indii Zachodnich i na Antyle, gdzie uwagę ich skupić miała na sobie eskadra admirała Missiessy, która wypłynęła już 11 stycznia i następnie, wzmocniona i znacznie przewyższająca siły każdej eskadry angielskiej, wrócić miała natychmiast na morza europejskie. Był to jednak częściowo plan z ubiegłego grudnia, rozszerzony i uzupełniony o siły hiszpańskie. Admirał Villeneuve miał wypłynąć przy pierwszym sprzyjającym wietrze, pożeglować przez Cieśninę Gibraltarską, zawinąć do Kadyksu, połączyć się z admirałem Gravina z jego 6-7 hiszpańskimi okrętami oraz francuskim okrętem liniowym "Aigle" i popłynąć na Martynikę, tam połączyć się z Missiessy, jeżeli tam jeszcze będzie i czekać na większe niż wszystkie inne wzmocnienie, a mianowicie eskadrę Ganteaume. Ten miał w dniu zrównania dnia z nocą wykorzystać pierwszy powiew wiatru, który oddali Anglików, wypłynąć na czele 21 okrętów liniowych z Brestu, przejąć koło Ferrol dywizjon francuski oraz gotowe do żeglugi okręty hiszpańskie i pożeglować na Martynikę, gdzie czekać miał na niego Villeneuve. Po tym ogólnym zjednoczeniu, które nie stanowiło wielkiej trudności, powinno koło Martyniki przebywać 12 okrętów liniowych Villeneuve'a, 6 albo 7 Graviny, 5 Messiessy, 21 pod Ganteaume oraz francusko-hiszpańska eskadra z Ferrol, czyli około 50-60 okrętów liniowych, niesamowita potęga, jakiej jeszcze nigdy na żadnym morzu nie widziano. Plan ten był tak kompletny, tak dobrze wyliczony, że Napoleon słusznie miał wielkie nadzieje. Nawet minister Decrčs przyznawał, że szansa na sukces jest bardzo duża.

Wypłynięcie z Tulonu była przy północno-zachodnim wietrze zawsze możliwa, co udowodniło ostatnie wypłynięcie Villeneuve'a. Połączenie z Graviną w Kadyksie było łatwe, jeżeli zmyli się Nelsona; Anglicy nie uważali bowiem za konieczne zablokowanie portu. Było prawie pewnym, że złożona z 17-18 okrętów eskadra z Tulonu dotrze do Martyniki. Missiessy dotarł tam niedawno, nie napotykając po drodze innym statków niż handlowe, które przejął. Najtrudniejszym punktem planu było wypłynięcie z Brestu. Tylko w marcu, na zrównanie dnia z nocą, można było liczyć na korzystne wiatry. Po dotarciu do Ferrol, blokowany jedynie przez 5 lub 6 okręty angielskie, którym Ganteaume, mający 21 okrętów, nie oddając nawet jednego strzału wybije z głowy myśli o podjęciu walki, przyłączy do swojej eskadry dowodzone przez admirała Gourdon okręty francuskie i gotowe do żeglugi okręty hiszpańskie i pożegluje na Martynikę. Anglicy nie domyślą się, że celem planu jest zgromadzenie 50-60 okrętów w punkcie, jakim jest Martynika, prędzej należało przyjąć, że pomyślą o Indiach. Powrót do Kanału był w każdym razie pewny, bo gdy Ganteaume, Gourdon, Villeneuve, Gravina, Missiessy połączą się, napotkana przez nich eskadra angielska, licząca najwyżej 12-15 okrętów, nie odważy się podjąć z nimi walki. W tym momencie pomiędzy wybrzeżami Francji i Anglii zgromadzi się cała potęga Francji, podczas gdy floty angielskie będą żeglowały do Orientu, Ameryki i Indii Wschodnich. Przyszłość udowodni wkrótce, że ten wielki plan, nawet przy przeciętnym wykonaniu, był możliwy do wykonania.

Nakazana była największa troska, by plan ten zachować w tajemnicy. Hiszpanom, którzy zobowiązali się dobrowolnie podporządkować rozkazom Napoleona, planu tego nie przekazano. Z admirałów wiedzieli o nim jedynie Villeneuve i Ganteaume, ale poinformowani zostali dopiero na morzu, gdy nie mieli już kontaktu z lądem. Wtedy to z depesz, które mieli otworzyć dopiero po osiągnięciu określonej szerokości geograficznej, mieli się dowiedzieć, jaką drogą powinni obrać. Żaden z kapitanów nie był wtajemniczony w cel operacji; na wypadek rozdzielenia się znali jedynie miejsce spotkania. Oprócz Decrčs planu nie znał też żaden minister. Jednoznacznie rozkazano mu utrzymywanie korespondencji wyłącznie z Napoleonem, a swoje depesze pisać własnoręcznie. We wszystkich portach rozpowszechniano plotki o wyprawie do Indii. Czyniono pozorne przygotowania do zaokrętowania dużej ilości wojska. W rzeczywistości jednak eskadra Tulonu miała zabrać na pokład zaledwie 3 000 ludzi, a Brestu 6 000 albo 7 000. Admirałowie mieli rozkaz wyokrętowania połowy sił na Antylach, by wzmocnić tamtejsze garnizony i przywieźć do Europy 4- 5 000 najlepszych żołnierzy, by wzięli udział w ekspedycji.

W ten sposób floty nie były przeładowane i nie miały ograniczonej zdolności manewrowania. Miały zapasy prowiantu na 6 miesięcy, by móc zostać długo na morzu bez potrzeby zawijania do portów. Do Ferrol i Kadyksu wysłano kurierów, którzy przekazali rozkazy niezwłocznego przygotowania się i gotowości do wypłynięcia w morze, bo w każdej chwili zniesione mogły zostać blokady portów przez sprzymierzoną flotę; ale nie powiedziano jednak ani, o jaką flotą chodzi ani jak to zrobi.

Do wszystkich tych środków ostrożności, mających na celu skierowanie Anglików na fałszywy trop, doszedł jeszcze inny, które nie mniej nadawał się  do zmylenia nieprzyjaciela: podróż Napoleona do Włoch. Zakładał  on, że floty, które wypłyną pod koniec marca, będą potrzebowały całego kwietnia, by dotrzeć do Martyniki i całego maja, by połączyć się oraz czerwca, by powrócić, co oznaczało, że dotrą do Kanału w pierwszych dniach lipca. W tym czasie przebywał on we Włoszech, inspicjował oddziały, wydawał przyjęcia, kryjąc swoje plany pod pozorem bezczynnego, pełnego przepychu życia, by odjechać w odpowiednim momencie specjalną pocztą, przebyć w 5 dni drogę z Mediolanu do Boulogne i gdy wszyscy jeszcze byliby przekonani, że przebywa nadal we Włoszech, przeprowadzić uderzenie przeciwko Anglii, którym już od dawna groził. Czekał na to uderzenie od 2 lat i powoli przestawano w nie wierzyć. Europa widziała w tym tylko bleff, by niepokoić naród angielski i wyczerpać niepotrzebnymi wysiłkami. Ale gdy oddawano się tym przypuszczeniom Napoleon nieustannie wzmacniał Armię Oceanu, powiększając bataliony polowe oddziałami zakładowymi, wypełniając w nich luki rekrutacją kolejnych roczników. W ten sposób armia w Boulogne została niepostrzeżenie wzmocniona o około 30 000 ludzi. Cesarz trzymał tę armię ciągle w takim ruchu i takiej gotowości, że trudno było rozpoznać, czy jej stan powiększa się czy pomniejsza. Pogląd, że jest to tylko demonstracja, by zaniepokoić Anglików, umacniał się z każdym dniem.

Napoleon w międzyczasie nieustannie zajmował się przygotowaniami do lądowania w lecie 1805 roku. Agenci konsulatów i oficerowie żeglugi, którzy przebywali w hiszpańskich i francuskich portach Kartagenie, Kadyksie, Ferrol, Bajonnie, u ujścia Żyrondy, w Rochefort, u ujścia Loary, w Lorient, Breście, Cherbourgu, mieli do dyspozycji kurierów i meldowali najmniejsze nowości, którzy miały miejsce na morzu, a również we Włoszech. Raporty, które natychmiast przesyłane były Napoleonowi pisali również liczni agenci, którzy utrzymywani byli w angielskich portach. Marbois, który dużo wiedział o angielskich stosunkach, otrzymał specjalne zadanie czytania wszystkich ukazujących się gazet i tłumaczenia wszystkich informacji dotyczących operacji na morzu, nawet tych najmniej istotnych. Z tych gazet Napoleon był znakomicie poinformowany i mógł właściwie rozszyfrować wszystkie zamiary angielskiej Admiralicji. Mimo, że zazwyczaj podawała fałszywe dane, dzięki bystrości swojego umysłu był w stanie wyczytać z nich prawdę. Jedno było dziwne. Mimo, że gazety te przypisywały Napoleonowi najdziwaczniejsze i często bardzo naiwne plany, to jednak wiele z nich, nie mając o tym pojęcia, odkryło jego prawdziwe zamiary pisząc, że wysłała swoje floty w daleką podróż, by je niespodziewanie połączyć w Kanale. Ale Admiralicja nie przywiązywała tym informacjom żadnego znaczenia, a przynajmniej z jej zaleceń można było przyjąć, że im nie wierzy.

Napoleon miał wszelkie powody być zadowolonym z przebiegu swoich operacji, z wyjątkiem jednej okoliczności, która była dla niego wysoce nieprzyjemna i doprowadziła do ostatniej zmiany jego wielkiego planu. Admirał Missiessy pożeglował w styczniu na Antyle. Nie znano jeszcze szczegółów jego ekspedycji, wiedziano jednak, że Anglicy bardzo obawiali się o swoje kolonie i posłali posiłki w kierunku amerykańskiego wybrzeża, co mogło skomplikować plany cesarza. Admirał Villeneuve 30 stycznia wypłynął z Tulonu i dotarł do Kadyksu, gdzie połączył się z 6-cioma okrętami liniowymi i kilkoma fregatami admirała Graviny i po przyłączeniu do swojej floty francuskiego okrętu liniowego "Aigle" kontynuował swoją podróż na Martynikę.

Nie otrzymano od niego żadnych wiadomości, wiedziano jednak, że niemożliwym było, by Nelson dopadł go przed Tulonem albo w Cieśninie Gibraltarskiej. Hiszpańscy oficerowie marynarki czynili wszystko, co tylko było możliwe przy całkowitym rozkładzie ich floty. Admirał Salcedo zgromadził 7 okrętów liniowych w Kartagenie, admirał Gravina 6 w Kadyksie, admirał Grandella 8 w Ferrol. Ale z powodu chorób i złego stanu hiszpańskiego handlu brakowało marynarzy, dlatego przyjęto do załóg rybaków i robotników portowych. Poza tym brakowało zboża, bo z powodu epidemii i pustych kas możliwości Hiszpanii były tak ograniczone, że nie można było wyposażyć eskadry w niezbędny 6-miesięczny zapas sucharów. Admirał Gravina, gdy połączył się z eskadrą Villeneuve'a, miał zapasy na 3 miesiące, admirał Grandella w Ferrol tylko na 14 dni. Na szczęście do Madrytu dotarł bankier Ouvrard, który zdobył zaufanie dworu, zawarł kontrakt, o którym mowa będzie później, i różnymi podjętymi środkami zakończył problemy zaopatrzeniowe. Równocześnie udało mu się zaopatrzyć flotę hiszpańską w zapasy sucharów. Sprawy w portach półwyspu poprawiły się zatem na tyle, na ile pozwalał na to tragiczny stan hiszpańskiej administracji.

Podczas gdy admirał  Missiessy szerzył postrach w angielskich Antylach, podczas gdy admirałowie Villeneuve i Gravina, bez żadnego wypadku żeglowali na Martynikę, nie mógł Ganteaume, który miał się z nimi połączyć, znaleźć ani jednego dnia, w którym możliwe byłoby wypłynięcie z portu w Breście. Ja długo sięgała pamięć ludzka nie zdarzyło się, by nie było sztormów w okresie zrównania dnia z nocą. Ale upłynęły marzec, kwiecień i maj, a flota angielska ani razu nie została zmuszona oddalić się od Brestu.

Admirał Ganteaume, który znał cel przedsięwzięcia w którym miał wziąć udział, czekał na moment wypłynięcia z taką niecierpliwością,  że w końcu rozchorował się ze zmartwienia. Było  ładnie i coraz cieplej. Od czasu do czasu poryw wiatru z zachodu, któremu towarzyszyły burzowe chmury zapowiadał niepogodę, ale potem niebo niespodziewanie rozjaśniało się. Nie było innego sposobu, jak podjęcie nierównej walki z eskadrą, która wprawdzie liczebnie równa była flocie francuskiej, ale przywyższała ją jakością. Anglicy, których niepokoiła obecność flot w Breście i Ferrol oraz wypłynięcie eskadr z Tulonu i Kadyksu, powiększyli eskadrą blokującą. Przed Brestem mieli 20 okrętów liniowych dowodzonych przez admirała Cornwallisa, a przed Ferrol 7 albo 8 pod admirałem Calder.

W tej sytuacji admirał  Ganteaume żeglował od redy wewnętrznej na zewnętrzną, mając od 2 miesięcy na pokładach kompletne załogi, żołnierzy i marynarzy. Z rozpaczy zapytał, czy, aby wydostać się na otwarte morze, wolno mu wydać bitwę, czego mu wyraźnie zabroniono.

Napoleon, który rozumiał,  że skazanie Villeneuve'a, Graviny i Messiessy na dalsze czekanie na Martynice jest niebezpieczne, bo mogą zostać zaatakowani przez angielskie eskadry, jeszcze raz zmienił tę część  swojego planu. Postanowił, że jeżeli Ganteaume nie będzie do 20 maja mógł wypłynąć, ma czekać w Breście aż do zniesienia blokady. Villeneuve otrzymał rozkaz powrotu wraz z Graviną do Europy i przejęcia zadania, które początkowo wykonać miał Ganteaume, tzn. znieść blokadą Ferrol, następnie, w miarę możliwości, skierować się do Rochefort, by połączyć się z Messiessy, który do tego czasu prawdopodobnie powróciłby z Antyli i w końcu pokazać się pod Brestem, by zwolnić drogę dla Ganteaume, dzięki czemu cała flota liczyłaby 50 okrętów liniowych. Na czele tej eskadry, największej, jaka kiedykolwiek pojawiła się na oceanie, miał wpłynąć do Kanału.

 

Tom VII. Rozdz. IV: Żelazna Korona. 
 

I. Stosunki w Republice Włoskiej. Konieczność połączenia jej z Francją.  - II. Odmowa przyjęcia korony włoskiej przez brata Napoleona, Józefa. - III. Postanowienie Napoleona koronowania się na króla Włoch. - IV. Ogłoszenie postanowienia zgromadzonym na uroczystej audiencji w Paryżu przedstawicielom Consulty. - V. Umotywowanie decyzji w liście do cesarza Austrii. - VI. Koronacja w Mediolanie (26 maja 1805). Rady Napoleona dla pasierba, wicekróla Eugeniusza. - VII. Demonstracja przepychu i wymiana orderów. - VIII. Zamiary wobec królestwa Neapolu. Włączenie Republiki Genui do Francji.  
 



I.

Ostateczna organizacja Republiki Włoskiej stała się niezbędną koniecznością. Stworzona przez Francję miała dzielić we wszystkim jej los. W 1802 roku, w czasie Consulty w Lyonie, ukonstyuowano ją na wzór Francji i nadano w formie republikański, w rzeczywistości jednak absolutny rząd. Było więc naturalne, by śladem Francji zrobiła też ostatni krok, przeistaczając się z republiki w monarchię.

Włosi bez żalu przyjęli przekształcenie swojej republiki w monarchię, widząc w niej nadzieję spełnienia przynajmniej części swoich marzeń. Chcieli za króla jednego z braci Napoleona, pod warunkiem, że wybór padnie na Józefa albo Ludwika, a nie na Lucjana, którego zdecydowanie odrzucali; że ich król będzie należeć do nich i rezydować nieprzerwanie w Mediolanie; że wnet dokonany zostanie rozdział koron francuskiej i włoskiej; że wszyscy urzędnicy będą Włochami; że nie będą płacone żadne subsydia na utrzymanie armii francuskiej, a Napoleon w końcu skłoni Austrię do uznania wszystkich przemian.

Koronacja była okazją  ściągnięcia wiceprezydenta Melzi oraz przedstawicieli różnych włoskich urzędów do Paryża. Cambacérčs, Marescalchi i Talleyrand zasiedli z nimi do rozmów i doszli do porozumienia we wszystkich punktach, za wyjątkiem jednego: płacenia Francji subwencji; Włosi prosili wprawdzie o garnizony francuskie i ochronę, ale nie chcieli ponosić kosztów ich utrzymania.  
 

II.

Arcykanclerz Cambacérčs otrzymał polecenie przeprowadzenia rozmów z Józefem Bonaparte w sprawie objęcia przez niego tronu Włoch. Ku wielkiemu zaskoczeniu Napoleona Józef odmówił z dwóch powodów, z których jeden był bardzo zrozumiały, drugi bardzo arogancki. Józef oświadczył, że ponieważ zgodnie z konstytucją przyjęcie tronu włoskiego powiązane jest z rezygnacją z pretensji do tronu Francji, życzy sobie, jako francuski książę, ze wszystkimi tego prawami dziedzicznymi, pozostania w cesarstwie. Ponieważ Napoleon nie ma dzieci, przedkłada on, odległą wprawdzie, możliwość rządzenia kiedyś we Francji nad pewnym natychmiastowym objęciem władzy we Włoszech. Ten powód był jasny i patriotyczny. Drugim powodem odmowy był stwierdzenie Józefa, że ofiarowuje się mu sąsiednie i dlatego zbyt zależne królestwo, którym nie mógłby rządzić inaczej niż w uzależnieniu od władcy cesarstwa francuskiego; za tę cenę nie ma ochoty na objęcie tronu. Tym samym widoczny stał się już sposób myślenia cesarskich braci, który towarzyszył im na wszystkich tronach, które im dał. Był dowodem głupiej próżności nieprzyjmowania rad od takiego człowieka jak Napoleon, prawdziwej nie-politycznej niewdzięczności dążenia do uwolnienia się spod jego wpływów, bo dążenie na czele nowopowstałego państwa włoskiego do odizolowania się oznaczało raczej obranie za swój cel zagładę Włoch niż osłabienie Francji.

Wszystkie tłumaczenia były daremne i mimo, że o objęciu przez Józefa tronu powiadomiono wszystkie będące w kontakcie z Francją dwory, Austrii, Prus i Stolicy Apostolskiej, trzeba było jednak znaleźć inne rozwiązanie. 
 

III.

Nauczony ostatnim doświadczeniem, że w Lombardii nie można stworzyć żadnego zazdrosnego królestwa, które skłonne byłoby przeszkodzić jego wielkim planom, Napoleon postanowił samemu sobie założyć Żelazną Koronę  i przyjąć tytuł cesarza Francuzów i króla Włoch. Równocześnie zaadoptował Eugeniusza de Beauharnais, syna Józefiny, którego kochał jak własnego syna i powierzył mu Włochy jako wicekrólowi.

Cambacérčs i Talleyrand otrzymali polecenie przekazania tego postanowienia obecnym w Paryżu Włochom i przygotowania z nimi jego realizację. Ci ostatni obawiali się, że istniejące 3 duże kolegia Possidenti, Dotti i Commercianti, które wybierały władze i ustanawiały zmiany w konstytucji stawią bierny opór każdemu innemu planowi niż natychmiastowego utworzenia oddzielonej od Francji monarchii lombardzkiej i nie będą głosować ani za ani przeciw. Napoleon zrezygnował w tym przypadku z zachowania form konstytucyjnych. Działa jak stworzyciel, który uczynił z Włoch to, czym były i który posiadał prawo do robienia tego, co uważał za celowe.

Ale Włochy musiały mieć udział w tych przemianach. Postanowiono więc również  tam urządzić uroczystą koronację i wydobyć  ze skarbca w Monzy słynną Żelazną Koronę królów longobardzkich, by Napoleon mógł, po jej pobłogosławieniu przez arcybiskupa Mediolanu, włożyć ją sobie na głowę, zgodnie ze starym zwyczajem cesarzy niemieckich, którzy w Rzymie koronowani byli na cesarzy Zachodu, ale w Mediolanie na królów Włoch. Przedstawienie to musiało wywrzeć wrażenie na Włochach, obudzić ich nadzieje, pozyskać arystokrację i duchowieństwo, którzy życzyli sobie od władzy austriackiej przede wszystkim monarchii, a w końcu zadowolić lud, który olśniony będzie przepychem swojego władcy; bo przepych ten, który pochlebia jego spojrzeniom, równocześnie daje zajęcie jego przemysłowi. Ale oświeceni liberałowie powinni w końcu zrozumieć, że tylko zjednoczenie z Francją może zabezpieczyć przyszłość Włoch. 
 

IV.

17 marca 1805 roku Napoleon przyjął na uroczystej audiencji wiceprezydenta, Consultę i przedstawicieli Republiki Włoskiej. Siedział na swoim tronie otoczony swoimi dostojnikami. Mistrz ceremonii wprowadził gości do sali; wiceprezydent wygłosił mowę, odczytał protokół i przekazał go cesarzowi. Napoleon odpowiedział:

"- Od czasu, gdy po raz pierwszy wkroczyliśmy do waszego kraju, nieustannie nosiliśmy się z zamiarem wyzwolenia narodu włoskiego; ten wielki plan prześladował nas podczas wszystkich wydarzeń. Najpierw zjednoczyliśmy ludy prawego brzegu Padu tworząc Republikę Cispadańską, a z mieszkających na lewym brzegu utworzyliśmy Republikę Transpadańską. Później sprzyjające okoliczności pozwoliły nam na połączenie tych państw i utworzenie z nich Republiki Cisalpińskiej. Poruszone starannością, z którą działaliśmy na na wszystkich polach, narody włoskie zaaprobowały zainteresowanie, które okazywaliśmy dla wszystkiego, co mogło przyczynić się do ich dobrobytu i szczęścia; a gdy kilka lat później na brzegu Nilu otrzymaliśmy wiadomość, że dzieło nasze zostało zniszczone, smutek zapanował w naszym sercu. Dzięki odwadze naszej armii zjawiliśmy się w Mediolanie, gdy narody Włoch sądziły, że przebywamy jeszcze nad Morzem Czerwonym.

Pokryty jeszcze krwią  i pyłem pól bitewnych pierwsze nasze myśli poświęciliśmy odbudowie włoskiej ojczyzny.

Statuty lyońskie oddały władzę w ręcę Consulty i kolegiów, w których zjednoczone były różne elementy narodu włoskiego.

Uznaliście wtedy za konieczne, byśmy zostali przywódcą Waszego rządu, by dopilnować  Waszych interesów; dzisiaj obstajecie nadal przy tym i życzycie sobie, byśmy zostali Waszym pierwszym królem. Rozdział tronów Francji i Włoch, co w przyszłości być może będzie pożyteczne, by zapewnić Waszym potomkom niepodległość, byłoby w tym momencie zagrożeniem Waszej egzystencji i Waszego spokoju.

Zatrzymam tę koronę! Ale tylko tak długo, jak wymagają tego Wasze interesy. Z radością powitam ten moment, kiedy będę ją mógł wsadzić na młodszą głowę, która, natchniona moim duchem, kontynuować będzie moje dzieło i będzie zawsze gotowa poświęcić swoją osobę i swoje korzyści dla bezpieczeństwa i szczęścia narodu, na którego władcę powoła go Opatrzność, konstytucja i moja wola." 
 

Bezpośrednio po tych słowach delegacja została wyprowadzona przez mistrza ceremonii. Kwadrans później cesarz kazał wezwać do swojego gabinetu Consultę  i wiceprezydenta i przeprowadził z nimi naradę, pod której podpisał spisaną po francusku i włosku konstytucję nowego królestwa Włoch.

Następnego dnia o godzinie 2 po południu cesarz udał się z wielką pompą  do Senatu; Consulta, wiceprezydent i deputowani przewiezieni zostali cesarskimi powozami. Napoleon poinformował Senat o powodach swojego postanowienia. Następnie odebrał przysięgę wierności od wiceprezydenta i poszczególnych członków Consulty i delegacji. Wezwanie do złożenia przysięgi wygłosił minister spraw zagranicznych Marescalchi. Wieczorem wysłani zostali kurierzy, by rozpowszechnić wiadomość w Mediolanie i całej Republice Włoskiej. 
 

V.

Ponieważ najgroźniejszego sprzeciwu przeciwko oddaniu Napoleonowi korony włoskiej należało spodziewać się ze strony Austrii, jeszcze tego samego wieczoru cesarz Francuzów skierował do cesarza Austrii następujący list:

La Malmaison, 17 marca 1805

"Mój Bracie!

Statut ogłoszony przeze mnie Consulcie i deputacji Republiki Włoskiej nie odpowiada we wszystkim moim nadziejom, bo miałem zrozumiałem chyba życzenie pozbycia się tego brzemienia. Rząd Republiki Włoskiej był jednak zdania, że w czasie pobytu wojsk rosyjskich na Korfu i angielskich na Malcie rozdzielenie tronów Francji i Włoch byłoby iluzją; bo nie może być mowy o rozdziale królestw, kiedy w jednym z nich stacjonuje armia należąca do innego królestwa. Jak długo sprawy w Lewancie nie są uregulowane, nie ma możliwości, by armia francuska opuściła terytorium Republiki Włoskiej. Wasz Majestat zobaczy jednak, że zostałem przy moich pryncypiach, bo mam zamiar złożyć koronę Włoch i oddzielić ją od korony francuskiej, gdy tylko Republika Siedmu Wysp i wyspa Malta odzyskają swoją niezależność. A jeżeli Wasza Wysokość jest zainteresowana, by rząd Włoch był całkowicie niezależny od rządu francuskiego, to musi być również zainteresowana tym, by Republika Siedmu Wysp Jońskich oraz wyspa Malta otrzymały swoją niezależność zgodnie z ich prawem do samostanowienia. Dzisiaj chciałbym powtórzyć Waszemu Majestatowi iż moim życzeniem jest uniknięcie nowych powodów do wojny i dlatego jestem gotów do rozdzielenia tronów Włoch i Francji, gdy tylko zaistnieje nadzieja na ewakuację wysp Korfu i Malta oraz że w żadnym wypadku nie planuję ani nie zamierzam dokonać połączenia Francji i Włoch. Mam nadzieję, że to wyjaśnienie przekona Wasz Majestat co do moich zamiarów - wyjaśnienie, które zresztą nie byłoby konieczne, jeżeli Wasz Majestat tylko pomyśli, jak mało mogę wygrać w przypadku wojny oraz jak wiele mnie i mojemu narodowi da długi i trwały pokój. Życzyłbym sobie również pokoju z Anglią, ale odpowiedź, którą otrzymałem od rządu Wielkiej Brytanii pozostawia tylko niewielką nadzieję; królewskie posłanie do parlamentu nie pozostawiło żadnych wątpliwości co do rzeczywistych zamiarów rządu angielskiego. Musimy zatem znieść działania wojenne tak długo, jak długo rząd brytyjski będzie życzył sobie walczyć. Proszę Boga, by miał Wasz Majestat w swojej świętej i łaskawej opiece.

Napoleon" 
 

Równocześnie oddzielono od Francji znajdujące się już od wielu lat w jej posiadaniu księstwo Piombino i przekazane jako dziedziczną posiadłość siostrze Napoleona, Elizie. Jej małżonek, książę Bacciocchi otrzymał tytuł księcia Piombino oraz prawa księcia cesarstwa francuskiego. 
 

VI.

26 maja 1805 roku w Mediolanie Napoleon został z wielkim przepychem koronowany na króla Włoch. Biorąc do rąk Żelazną Koronę i wsadzając ją na swoją głowę rzekł;

"- Bóg mi ją daje! Biada temu, kto ją ruszy!"

Ludność Mediolanu była upojona szczęściem. Wieczorem całe miasto było iluminowane, odbył  się też wspaniały pokaz ogni sztucznych; rozjaśniona blaskiem ognii katedra sprawiała wspaniałe wrażenie.

7 czerwca król i cesarz opublikował następujący dekret:

"Wypełniony życzeniem dania księciu Eugeniuszowi, naszemu pasierbowi i arcykanclerzowi stanu naszego cesarstwa Francji, doniosłego świadectwa naszego zaufania za jego wierność naszej osobie i równocześnie zapewnienia właściwych rządów w królestwie Włoch podczas naszej nieobecności, mianujemy go niniejszym wicekrólem wspomnianego powyżej królestwa; oczekujemy, że będzie pełnił nadany mu przez nas urząd w zgodzie z naszymi zarządzeniami i przepisami i upoważniamy go do wykorzystania w pełni przyznanej mu władzy i korzystania ze wszystkich tytułów i praw, które przyznaliśmy mu wspomnianymi zarządzeniami i przepisami.

Napoleon" 
 

Tego samego dnia Napoleon udzielił wicekrólowi Eugeniuszowi następujących rad:

"Mój kuzynie!

Przekazując Tobie rządy naszego królestwa Włoch dajemy Ci dowód szacunku, które Twoje dotychczasowe zachowanie u nas wzbudziło. Że jednak jesteś w wieku, w którym nie zna się jeszcze zwyrodnień ludzkiego serca, dlatego nie możemy Tobie zalecić wystarczająco dużo ostrożności i rozwagi. Nasi włoscy poddani są z natury bardziej skłonni do udawania niż obywatele Francji. Dla Ciebie istnieje tylko jeden sposób zachowania ich szacunku i przyczynienia się do ich szczęścia, a mianowicie nie okazywanie żadnemu człowiekowi pełnego zaufania i zachowanie dla siebie, co myślisz o swoich ministrach i dostojnikach. Udawanie, naturalne i stosowne w dojrzałym wieku, jest dla Ciebie jedynie użyciem pewnego podstawowego środka. Gdy raz otworzysz serce i ujawnisz swoje uczucia tam, gdzie nie było to konieczne, przyznaj się przed sobą do popełnienia błędu i postanów, więcej go nie popełniać. Okaż narodowi, którym rządzisz, szacunek tym bardziej wtedy, kiedy, Twoim zdaniem, na to nie zasługuje. Przyjdzie czas, kiedy poznasz, że różnice między jednym i drugim narodem są bardzo niewielkie. Ponieważ Twoje rządy mają na celu szczęście mojego ludu włoskiego, Twoim pierwszym obowiązkiem jest przezwyciężenie Twojej niechęci do nieodpowiadających Ci obyczajów. Podkreślaj zawsze i wszędzie swoją dumę z tego, że jesteś Francuzem - tylko nie jako wicekról Włoch! Tam musisz zapomnieć, że jesteś Francuzem, a pierwsze sukcesy odniesiesz dopiero wtedy, kiedy przekonasz Włochów, że ich kochasz; wiesz, że kochać można tylko tego, kogo się szanuje. Dbaj o ich mowę, otaczaj się głównie Włochami, wyróżniaj ich szczególnie podczas uroczystości; chwal, co oni chwalą i kochaj, co oni kochają.

Mów tak mało, jak to możliwe; nie masz dostatecznej wiedzy, a Twoje wychowanie nie było takie, byś mógł pozwolić sobie na swobodną dyskusję. Naucz się słuchać i bądź przekonany, że milczenie często odnosi ten sam skutek, co głęboka wiedza. Nie wstydź się stawiania pytania. Jesteś wprawdzie wicekrólem, ale masz dopiero 23 lata i cokolwiek powiedzą Ci pochlebcy, w głębi duszy cały świat wie, co potrafisz, a szacunek, którym jesteś darzony wywodzi się bardziej z nadziei, że kimś zostaniesz, niż z przekonania, że kimś już jesteś.

Nie bierz we wszystkim mojego postępowania jako wzór; musisz być bardzo pościągliwy.

Przejmuj tylko rzadko przewodnictwo w Radzie Stanu; nie posiadasz wystarczająco wiedzy, by wypełniać ten urząd z powodzeniem. Nie będę widzieć  nic niestosownego, jeżli będziesz brał udział w posiedzeniach prowadzonych ze swojego miejsca przez jednego z członków Rady. Niedostateczna jeszcze znajomość języka włoskiego oraz włoskiego prawa są bardzo dobrymi wymówkami dla takiego zachowania. Nigdy nie zabieraj w Radzie Stanu głosu; zostałbyś wysłuchany, bez odpowiedzi, ale zorientowano by się natychmiast, że nie jesteś w stanie dotrzymać kroku w debacie. Nie ocenia się siły umysłu księcia, jeżeli milczy, wolno mu zabrać głos tylko wtedy, jeżeli jest świadomy, że przewyższa pozostałych rozumem.

Nie wierz nigdy szpiegom. Używanie szpiegów przynosi więcej niekorzyści niż korzyści. W Mediolanie nigdy nie musisz się niepokoić. Dbaj o dyscyplinę wojskową na tyle, byś był pewien swoich oddziałów; więcej nie potrzebujesz.

Armia jest główną  rzeczą, którą możesz, wykorzystując swoją wiedzę, zajmować się bezpośrednio.

Dwa razy w tygodniu spotykaj się z Twoimi ministrami; raz sam na sam z każdym; drugi raz ze wszystkimi w Radzie Ministrów. Jeżeli uda Ci się czegoś  dobrego dokonać, będzie to w części efektem tego, że Twoi ministrowie i doradcy przekonali się, że Twoją aprobatę mogą uzyskać jedynie dobrymi argumentami, które zawsze starannie i bez uprzedzeń rozważasz.

Jeżeli podczas oficjalnych ceremonii i uroczystości obecni będą obcokrajowcy i Francuzi to musisz wiedzieć, jakie przydzielić im miejsce i jak powinieneś zachować się. Pod tym względem nie wolno Tobie nigdy popełnić gafy i w największą starannością musisz unikać okazji, by zapomniany został powinny Tobie szacunek. Jednak gdyby coś takiego się zdarzyło, nie powinieneś tego tolerować. Jeżeli zostaniesz obrażony w Twoim pałacu, musisz natychmiast sprawcę kazać aresztować, obojętnie czy będzie to książę, minister, generał czy poseł, nawet gdyby był to austriacki albo rosyjski ambasador. Ale, jeszcze raz, takie przypadki są zawsze nieprzyjemne. To, co dla mnie jest obojętne, jest dla Ciebie delikatną sytuacją, mogącą mieć określone konsekwencje.

Twoją główną  troską powinno być dobre traktowanie Włochów, w miarą  możliwości poznanie wszystkich, znajomość ich nazwisk i stosunków rodzinnych. Nie okazuj obcokrajowcom zbyt dużo przyjaźni; od nich nie możesz nigdy niczego oczekiwać. Żaden ambasador nie napisze nigdy o Tobie nic dobrego, bo pomówienia są jego zawodem. Przedstawiciele obcych państw są oficjalnymi szpiegami w pełnym tego słowa znaczeniu. Nigdy nie zaszkodzi trzymanie ich z daleka; jeżeli będziesz rzadko z nimi spotykać się, będą prędzej skłonni do szanowania Ciebie, niż gdybyś okazał im przyjaźń i życzliwość.

Tutaj w Mediolanie jest tylko jeden ważny człowiek, a mianowicie minister finansów; jest pracowity i rozumie doskonale swój zawód.

Mimo iż wiadomo, że stoję za Tobą, bez wątpienia podjęte będą próby studiowania Twojego charakteru. Przykładaj wagę do wykonywania Twoich rozkazów, szczególnie wojskowych; nie pozwalaj nigdy, by ich nie przestrzegano.

Podpisany przeze mnie dekret poinformuje o zakresie władzy, które Ci przyznam; większy zakres zostawię dla siebie; a mianowicie prawo kierowania wszystkimi poczynaniami. Pisz mi codziennie, co się wydarzyło; stopniowo nauczysz się, co myślę o poszczególnych sprawach.

Nie pokazuj moich listów nikomu i pod żadnym pozorem! Nie może wydać się, że piszę  do Ciebie, ani co Ci piszę. Zarezerwuj sobie pokój, do którego nikt nie wchodzi, nawet Twój osobisty sekretarz.

Méjan będzie Ci przydatny (Etienne Méjan, 1766-1846, francuski prawnik i dziennikarz, hrabia Cesarstwa, w latach 1805-1814 sekretarz Eugeniusza - przyp.tłum.), o ile nie będzie szukać pieniędzy, ale nie będzie tego robić, gdy będzie wiedzieć, że kontrolujesz jego poczynania i przez jeden fałszywy krok straci wszystko nie tylko u Ciebie, ale również u mnie. Musi być dobrze opłacany i mieć nadzieję na najwspanialszą karierę; z tego powodu musi być dzień i noc do dyspozycji; gdy przyzwyczai się do pracy tylko w określonych godzinach, a poza nimi oddawać się będzie rozrywkom, nie będzie Tobie przydatny. Będziesz musiał u niego, jak u każdego Francuza, zwalczać skłonność do lekceważenia Włoch, zwłaszcza, że będzie tęsknić za ojczyzną; bo Francuz czuje się dobrze tylko we Francji.

Utrzymuj mój dwór, moje stajnie w dobrym porządku i każ sobie przynajmniej co 8 dni przedkładać rachunki. To jest o tyle ważne, że tutaj we Włoszech nikt nie ma pojęcia o dobrym gospodarowaniu.

Raz w miesiącu urządzaj w Mediolanie paradę.

Otaczaj się głównie młodymi Włochami; starzy nie nadają się do niczego.

Co 2 miesiące będę  przekazywać Ci konieczne środki dla budżetu Twoich ministerstw. Dlatego będziesz mi przysyłać zestawienie wydatków każdego ministra i równocześnie bilans skarbu państwa oraz rozliczenia ostatnich 2 miesięcy. Będziesz przekazywać mi raporty ministrów, protokoły Rady Stanu, zestawienie stanów wojska i raporty policyjne.

Twój urząd jest ważny, a ilość pracy, który wymaga on od Ciebie, bardzo duża. Studiuj historię lokalną wszystkich miast mojego królestwa Włoch; odwiedzaj twierdze i te miejsca, które stały się słynne przez odbyte tam bitwy. Przypuszczalnie będziesz w swoim państwie dowódcą armii zanim skończysz 30 lat, a znajomość terenu jest bardzo przydatna.

Na koniec: bądź  nieubłagany dla złodziei! Złapanie nieuczciwego urzędnika jest dla administracji każdego państwa jak zwycięstwo. Nie toleruj, by armia francuska zajmowała się przemytem.

Napoleon" 
 

VII.

W każdą niedzielę  Napoleon dokonywał przeglądu oddziałów w Mediolanie, następnie wracał do swojego pałacu i przyjmował na audiencji wysłanników wszystkich dworów Europy, wybitnych obcokrajowców i przedstawicieli wielkich rodzin włoskich i duchowieństwa. Podczas jednego z takich spotkań wymienił insygnia Legii Honorowej na najstarsze i najsłynniejsze ordery Europy. Wysłannik pruski przybył jako pierwszy, by przekazać ordery Czarnego i Czerwonego Orła. Potem przybył przedstawiciel Hiszpanii z Orderem Złotego Runa, a następnie przedstawiciele Bawarii i Portugalii z Orderami Św.Huberta i Chrystusa.

Napoleon wręczał  za to Wielką Wstęgę Orderu Legii Honorowej i przyznał  tę samą ilość odznaczeń, jaką sam dostał. Później rozdzielił obce oznaczenia czołowym osobom cesarstwa. W ciągu kilku miesięcy jego dwór znalazł się na tym samym poziomie, co inne dwory Europy, noszono te same odznaczenia na bogatych ubiorach, które upodabniały się do mundurów wojskowych. Napoleon, który w środku tego przepychu wokół swojej osoby nie zmienił się, nosił jako jedyną dekorację Gwiazdę Legii Honorowej, ubierał się w mundur strzelców gwardii, bez złotych haftów, nosił czarny kapelusz, na którym zatknięta była trójkolorowa kokarda - Napoleon chciał tym dać do zrozumienia, że luksus, który go otacza, nic dla niego nie znaczy. Ale w całym jego orszaku, błyszczącym od złota i orderów z całej Europy, wszystkie oczy szukały jego osoby. 
 

VIII.

Jego pobyt w pięknych Włoszech spowodował powstanie nowych planów! Opanowała go złość w stosunku do dworu w Neapolu, który całkowicie związał się z Anglikami i Rosjanami i miał wobec Francji wrogie zamiary. Nieostrożna królowa, po tym, jak złośliwymi okrucieństwami zaszkodziła rządowi swojego męża, uczyniła krok, który nie mógł być gorszy; wysłała do Mediolanu bardzo nieudolnego negocjatora, niejakiego księcia Cardito, by zaprotestować przeciwko przyjęciu przez Napoleona tytułu króla Neapolu. Neapolitański przedstawiciel, markiz Gallo, mądry, bardzo lubiany na cesarskim dworze człowiek, nadaremno próbował zapobiec temu niebezpiecznemu posunięciu.

Napoleon zgodził  się na przyjęcie księcia Cardito, ale tylko w dniu, w którym odbywało się ogólne przyjęcie dla dyplomatów. W dniu tym przyjął bardzo przyjaźnie markiza Gallo i skierował do księcia Cardito mowę, w której ostrym głosem przekazał mu, że przegoni jego królowę z Włoch, pozostawiając jej zaledwie Sycylię jako miejsce schronienia. Księcia Cardito musiano niemalże zemdlonego wynieść z sali. Scena ta wywołała duże poruszenie.

W tym momencie u Napoleona zrodził sią pomysł uczynienia z Neapolu królestwa dla członka swojej rodziny, państwa lennego cesarstwa. Powoli w jego umyśle dojrzewała myśl przegonienia Burbonów ze wszystkich tronów. Gorliwość, którą okazywali hiszpańscy Burbonowie w wojnie z Anglią, odsuwała jednak tę myśl na plan dalszy. Ale Napoleon przewidywał, że będzie mógł wkrótce dokonać przemian na mapie Europy, że dzięki lądowaniu w Anglii będzie wszechwładny, a w wyniku nowej wojny na kontynencie Austriacy zostaną wyparci z Włoch i spodziewał się, że będzie mógł wtedy połączyć państwa weneckie ze swoim cesarstwem oraz zdobyć Neapol dla jednego ze swoich braci. To wszystko było jednak na razie odroczone. Zajęty wyłącznie desantem nie chciał w chwili obecnej wywoływać wojny na kontynencie. Jedno jednak wydawało mu się obecnie na czasie i pozbawione niebezpieczeństwa, a mianowicie zakończenie tragicznych stosunków w Republice Genui. Republika ta, leżąca pomiędzy opanowanym przez Anglię Morzem Śródziemnym i Piemontem, którego terytorium Francja połączyła ze swoim, była uwięziona pomiędzy oba mocarstwa i traciła stopniowo swój dobrobyt, bo z połączenia z Francją miała jedynie niekorzyści i żadnej korzyści. Anglicy nie uznawali jej, uważali jako załącznik do cesarstwa francuskiego i ścigali jej statki. Nawet Barbareskowie plądrowali ją. Natomiast Francja traktowała republikę jak obce terytorium, oddzielając ją granicą celną od Piemontu i Nicei. Genua dosłownie dusiła się pomiędzy lądem i morzem, a oba były dla niej zamknięte. Również Francja cierpiała wskutek tych układów.

Apeniny, tworzące granicę pomiędzy Piemontem i Genuą, roiły się od rozbójników i potrzeba było dużej liczby dzielnych żandarmów, by zapewnić bezpieczeństwo na drogach. Nowo podpisany traktat zapewniał żegludze to, co Genua mogła jej zapewnić, ale tylko w bardzo ograniczonym stopniu. Używanie obcego portu, nad którym nie ma się władzy, było tylko próbą, która wymagała kontynuacji. Po połączeniu z Francją portu w Genui i terytorium wschodniej i zachodniej Riwiery, linia brzegowa stworzona przez Napoleona rozciągałaby się od wyspy Texel aż do największej zatoki Morza Śródziemnego i dałaby mu taką ilość marynarzy, która z czasem zrównałaby go z Anglią, czyniąc z niego niebezpiecznego przeciwnika.

Napoleon nie oparł  się tym wszystkim rozważaniom. Wierzył, że tylko Anglia była zainteresowana tym tematem. Nie odważył się decydować o losie księstw Parmy i Piacenzy, częściowo ze względu na papieża, który miał nadzieję na ich przejęcie, częściowo ze względu na Hiszpanię, która marzyła o powiększeniu Etrurii, a częściowo także ze względu na Rosję, która nie zrezygnowała z nadziei na odszkodowanie starego króla Piemontu, dopóki Włochy były jeszcze wolnym terytorium.  Wierzył, że Austria nie była zainteresowana Genuą, z powodu zbyt dużej odległości, nie miała ona też żadnego znaczenia dla papieża i Rosji. Napoleon był przekonany, że nie musi oszczędzać Anglii, nie wiedząc o jej sojuszu z Rosją i dlatego postanowił połączyć Republikę Liguryjską z Francją.

Nie było to trudne zadanie, bo nastroje w Ligurii były bardzo sprzyjające. Partia arystokratyczna i angielsko-austriacka nie mogła być bardziej wrogo nastawiona, niż już była. Obecny protektorat, pod którym obecnie stała Liguria, był przez nią tak samo znienawidzony, jak i połączenie z Francją.

Partia ludowa widziała w zjednoczeniu swobodę w handlu z cesarstwem, pewność wspaniałego rozwoju w przyszłości, gwarancję uniknięcia ponownego dostania się pod władzę oligarchii, a w końcu korzyść z przynależności do największego państwa Europy. Zredukowana rewolucją arystokratyczna mniejszość z niezadowoleniem patrzyła na niszczenie genueńskiego państwa, mogła jednak zostać łatwo zdobyta stanowiskami na dworze cesarskim.

Po omówieniu propozycji z niektórymi senatorami, którzy przedłożyli ją Senatowi, została ona przyjęta przez 20 z 22 senatorów. Propozycję potwierdziło coś w rodzaju referendum, podobnego w formie do przeprowadzanego od czasu Konsulatu we Francji. Stworzono rejestr, według którego każdy mógł oddać swój głos. Ludność Genui stawiła się tłumnie, a prawie wszystkie głosy były "za". Następnie Senat i doża udali się do Mediolanu, by przedłożyć Napoleonowi swoje życzenie. Zostali wprowadzeni z przepychem przypominającym czasy, kiedy pokonane ludy prosiły o łaskę zostania częścią Cesarstwa Rzymskiego. Napoleon przyjął ich siedząc na swoim tronie i oświadczył, że spełni ich prośbę, obiecując przy tym, że odwiedzi Genuę przed opuszczeniem Włoch.

Po odebraniu przysięgi wierności Genueńczyków i zleceniu Lebrunowi organizację nowej części swojego cesarstwa, Napoleon odjechał do Turynu, gdzie zajmował się wyłącznie rewiami. Wieczorem 8 lipca odjechał dwoma zwykłymi powozami pocztowymi, i każąc po drodze podawać się za ministra spraw wewnętrznych dotarł po 80 godzinach do Fontainebleau.

 

Tom VII. Rozdz. V: Trzecia koalicja. 
 

I. Przystąpienie Rosji do trzeciej koalicji. - II. Przystąpienie Austrii. Austriackie zbrojenia - III. Wyjazd Napoleona do obozu Boulogne. - IV. Nieprzyjemne czekanie na przybycie francuskiej floty. Rezygnacja z planu ataku na Anglię. - V. Plan kampanii 1805 roku przeciwko Austrii i Rosji. - VI. Rozpoczęcie wojny. Stanowisko Bawarii.  
 



I.

Im bardziej zwiększało się niebezpieczeństwo wylądowania armii francuskiej w Anglii, tym bardziej gorączkowo gabinet angielski starał się o stworzenie nowej koalicji. W dziwaczny sposób sprzyjał mu los, gdy mało w sumie istotne wcielenie państwa genueńskiego niespodziewanie okazało się aktem o dużej doniosłości.

Car Aleksander przesunął ratyfikację traktatu o zawiązaniu nowej koalicji aż do momentu wyrażenia przez Anglię zgody na opuszczenie Malty. Nie wątpiąc w pozytywną odpowiedź, zażądał paszportów dla Nowosilcowa, by móc szybko porozumieć się z Napoleonem. Jego zapał wojenny stygł wraz ze zbliżaniem się niebezpieczeństwa i tym szybkim działaniem miał nadzieję zwiększenia szans na utrzymanie pokoju. Ale źle ocenił gabinet z Saint James. Ten z całą stanowczością odmówił opuszczenia Malty. Wiadomość o tym dotarła do St.Petersburga, gdy Nowosilcow czekał w Berlinie na paszporty do Paryża i niezmiernie zdezorientowała rosyjski rząd. Co robić? Ugięcie się presji Anglii stawiało Rosję w oczach Europy na podporządkowanej pozycji i oznaczało rezygnację ze wszelkich rokowań z Francją; w takim przypadku Nowosilcow, gdyby nie mógł obiecać oddania Malty, zostałby natychmiast odesłany z Paryża, być może w obraźliwy sposób. Rosja musiałaby prowadzić wojnę na rachunek i na żołdzie Anglii, o czym Europa wiedziałaby. Gdyby jednak zdecydowano się na zerwanie z Anglią, przyznano by oficjalnie, że zadano się z nią, nie znając jej zamierzeń i przyznano by Napoleonowi rację przed obliczem świata i po zerwaniu z Francją z lekkomyślności, a za Anglią z powodu jej wygórowanych żądań, odizolowano by się w ośmieszający sposób. Opór przeciwko zamierzeniom Anglii oddawałby Rosję na łaskę Francji, która mogłaby dyktować warunki wzajemnego zbliżenia się.

Gdyby Napoleon wcieleniem Genui nie przyszedł z pomocą rządowi rosyjskiemu, ogarnęłaby go ogromna konfuzja.

Gdy gabinet petersburski debatował o swojej niewygodnej sytuacji, dotarła do niego wieść o aneksji. Zapanowała wielka radość; to niespodziewane wydarzenie wybawiło tych nieostrożnych dyplomatów z niezręcznej sytuacji. Postanowiono wywołanie wielkiej wrzawy i ogłoszenie, że nie można dłużej pertraktować z rządem, który każdego dnia łamie prawo. Znaleziono teraz dobry pretekst, by odwołać z Berlina Nowosilcowa, któremu wysłano rozkaz powrotu do Petersburga, dołączając notę do króla Prus, w której tłumaczono zmianę wcześniejszego stanowiska. Rosja nie czuła sią więcej zobowiązana, by upierać się na opuszczenie Malty i ratyfikowała traktat o zawiązaniu trzeciej koalicji, powołując się na ostatnie poczynania Napoleona.

Nowosilcow znajdował  się w Berlinie u króla Prus. Jego odwołanie bardzo go zmartwiło, gdyż stracił w ten sposób okazję do prowadzenia ważnych rokowań. Nie krył przed królem pruskim swojego rozczarowania i powiedział mu, że osobiście gotów był zaoferować w Paryżu wszystko, by zyskać przychylność cesarza, że w imieniu swojego rządu poszedłby nawet na dalekie ustępstwa. Był to jeszcze jeden powód dla króla Prus, by wystąpić ze swoimi zwykłymi skargami; martwił go bowiem ogromnie każdy nowy powód do wojny, który doszedłby do już i tak licznych niesnasek. 
 

II.

W Wiedniu efekt był  jeszcze bardziej rozstrzygający. Wcielenie Genui zakończyło wahanie. Od dłuższego czasu wiedziano, że Napoleon dąży do opanowania całych Włoch i ciężko było zdecydować się na odstąpienie mu ten pięknego kraju bez jeszcze jednej rozpaczliwej próby jego zatrzymania. Ale finanse austriackie znajdowały się w opłakanym stanie; w Górnej i Dolnej Austrii, w Czechach, na Morawach i na Węgrzech panował głód. W Wiedniu chleb był tak drogi, że nawet tak cierpliwa normalnie ludność zajęła przemocą liczne piekarnie. W tej sytuacji zwlekano by jeszcze długo, by rzucić się w wir trzeciej wojny przeciwko tak strasznemu przeciwnikowi; ale gdy dowiedziano się o aneksji Genui, utworzeniu księstwa Lukki, wszelkie wahanie naraz zniknęło. Natychmiast podjęto decyzję o wojnie. To definitywne postanowienie niezwłocznie zameldowano do Petersburga, gdzie spotkało się z wielką radością, udział Austrii traktowano tam bowiem za bardzo szczęśliwe zrządzenie.

Gabinet wiedeński bez ociągania podpisał traktat koalicyjny. Rosja podjęła się  negocjacji z Anglią o przyznaniu Austrii najwyższych możliwych subsydii. Zażądano i otrzymano milion funtów szterlingów na zbrojenie, ponadto natychmiastową wypłatę połowę rocznej pomocy w wysokości 2 milionów funtów.

Plan kampanii opracowany został przez Wintzingerode i księcia Schwarzberga. Ustalono, że 10 000 Rosjan i kilka tysięcy Albańczyków wyląduje w Neapolu, by przygotować akcję w południowych Włoszech, podczas gdy 100 000 Austriaków wkroczy do Lombardii. Główna armia austriacka, wspierana przez 60 000 Rosjan maszerujących przez Galicję, wkroczyć miała do Bawarii, licząca 80 000 ludzi armia rosyjska podejść pod granicę pruską, a kolejna armia, złożona z Rosjan, Anglików, Hanowerczyków i Szwedów pomaszerować z Pomorza Szwedzkiego w kierunku Hanoweru. Rosja zobowiązała się ponadto do zgromadzenia znacznych rezerw, by posłać je we wszystkie zagrożone punkty. Gdy tylko zagrożenie atakiem na wszystkich frontach doprowadzi do zlikwidowania obozu w Boulogne w kilku punktach wybrzeża francuskiego mieli wylądować Anglicy. Postanowiono, że dla wsparcia Austrii określone oddziały wymaszerują jeszcze przed jesienią, by Napoleon nie mógł wykorzystać zimy na rozbicie armii austriackiej.

Ustalono ponadto, że gabinet wiedeński kontynuować będzie swoją zwodniczą  taktykę, zaprzeczać zbrojeniom, kontynuując je aktywniej niż kiedykolwiek wcześniej. Gdy dwulicowość ta stałaby się już niemożliwą, Austria miała wyrazić chęć porozumienia i w imieniu swoim i Rosji podjąć ponownie przerwane przez Nowosilcowa pertraktacje. Nadal chciano zaprzeczać kontaktom z Anglią i sprawiać wrażenie, że wszystko ogranicza się do kontynentu. Fałszywość charakteryzowała całe to przedsięwzięcie.

Prusy były w ogromnym strachu. Nie znano tam tajemnic porozumienia, przeczuwano jednak, że wojna jest postanowiona, odmawiając jednak na wszystkie strony udziału w niej, mówiąc Rosji, że zbyt są narażone na ciosy Napoleona, a Napoleonowi, że zbyt wielka jest obawa przed Rosją.

W międzyczasie horyzont ściemniał się ze wszystkich stron, w sposób, który zauważyłby największy głupiec. Nadchodziły raporty o gromadzeniu oddziałów we Friulu, Górnej Austrii i Tyrolu. Nie raportowano już o normalnych ruchach wojsk, lecz o organizowaniu specjalnych rodzajów broni, co było jeszcze dużo bardziej znaczące. Zakup koni dla kawalerii i artylerii i przeniesienie ich nad brzegi Adygi, zakładanie pokaźnych magazynów, budowa szańców polowych w lagunach Wenecji, mostów na Piave i Tagliamento - to wszystko nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Austria zaprzeczała wszystkiemu z fałszywością, która nie miała wiele przykładów w historii przyznając się jedynie do przygotowywania środków zabezpieczających Wenecję spowodowane zwiększeniem kontyngentu oddziałów francuskich we Włoszech. Wymianę orderów Austria odmówiła pod rozmaitymi pozorami! 
 

III.

11 lipca Napoleon powrócił  z Włoch do Fontainebleau; arcykanclerz Cambacéres osobiście przybył, by odbyć z nim rozmowę na temat ważnych spraw bieżących. Minister przestraszył się nastroju na kontynencie, wyraźnych symptomów bliskiej wojny i traktował wydarzenia we Włoszech jako powody załamania. W tej sytuacji nie mógł on pojąć, że Napoleon naraził Francję i Włochy na wojnę z koalicją, by rzucić się na Anglię. Napoleon, który miał pełne zaufanie do swojego planu wojny na morzu, którego nawet arcykanclerz nie znał do końca, nie przykładał do tych sprzeciwów żadnej wagi.

Jego zdaniem, zagarnięcie Genui i Lukki nie dotyczyło Rosji, ponieważ państwo to nie miało we Włoszech żadnych interesów. Dwór rosyjski powinien był  być szczęśliwym, że nie robiono mu zarzutów odnośnie tego, co wydarzyło się w Gruzji, Persji, a nawet w Turcji. Dał się skusić Anglii i tworzy z nią najwyraźniej koalicję; Nowosilcow był tylko angielskim komisarzem, którego chciano posłać, ale zostałby przyjęty zgodnie z zasługami.

Mimo, że Rosja i Anglia tak ściśle były związane, to jednak nie uczyniłyby nic bez Austrii, jej armii i terytorium tego mocarstwa, a Austria, która w gruncie rzeczy drżała przed Francją, będzie jeszcze przez pewien czas zwlekać, aż da się całkowicie porwać. W każdym razie nie będzie ona tak prędko gotowa, by zapobiec ekspedycji do Anglii. Wystarczy na nią kilka dni, a gdy morze będzie opanowane, będzie to koniec koalicji. Podniesioną na Francję rękę Austria natychmiast opuści. "- Niech mi Pan zaufa - powiedział Napoleon do arcykanclerza - niech Pan zaufa mojej energii. Zaskoczę Europę rozmachem i szybkością moich uderzeń."

Później wysłał  kilka rozkazów do Włoch i na granicę nad Renem. Rozkazał  Eugeniuszowi, by pozostał w Mediolanie; marszałkowi Jourdan, wojskowemu doradcy wicekróla, zaopatrzenie twierdz i skupienie artylerii polowej, zakup koni pociągowych i utworzenie parku oblężniczego. Oddziały, których przeglądu dokonał pod Marengo i Castiglione, skierował bliżej Adygi. Od pewnego czasu w okolicach Pescary tworzona była dywizja rezerwowa, by wsparła w razie konieczności generała Saint-Cyra (gen.Gouvion Saint-Cyr był od 1803 roku dowódcą Korpusu Obserwacyjnego Królestwa Neapolu - przyp.tłum.). Napoleon polecił temu generałowi, by miał się na baczności i gdyby tylko dowiedział się o najmniejszym ruchu wykonanym przez Rosjan lub Anglików przeciwko któremukolwiek punktowi w Kalabrii miał opuścić Tarent i skierować się do Neapolu, wygnać tamtejszy dwór za morze i opanować całe to królestwo.

Ciężka kawaleria oraz pułki, które nie miały wziąć udziału w ekspedycji do Anglii, zostały posłane nad Ren. Do Metz, Strasburga i Moguncji wysłane zostały rozkazy postawienia artylerii polowej w stan gotowości.

Na koniec Napoleon wydał  swoje ostatnie rozkazy Talleyrandowi odnośnie spraw włoskich. Po otrzymaniu każdej nowej wiadomości o zbrojeniach Austrii miał on pisać do rządu w Wiedniu, wskazując na dwulicowość jego postępowania i straszyć skutkami. Tym razem, jeżeli Austria spowoduje przerwanie ekspedycji do Anglii, groziła jej zagłada.

Z Prusami od dłuższego czasu prowadzono rokowania na temat Hanoweru. Trzeba było wykorzystać okazję, by robić im nadzieję na tę cenną zdobycz i pobudzić ambicje. By je skusić, zaproponowano przekazanie natychmiast Hanoweru pod warunkiem jawnego sojuszu z Francją. Takim sojuszem Francja mogła wystraszyć Austrię i na wiele lat unieruchomić. W każdym razie cesarz wierzył, że inwazją na Anglię osiągnie lepsze efekty niż najzręczniejszymi pertraktacjami.

Czas naglił; na wybrzeżach oceanu wszystko było gotowe, a Villeneuve mógł w każdym momencie zjawić się przed Ferrol, Brestem i w Kanale.

Napoleon udał się  więc w towarzystwie marszałka Berthier do Boulogne i wydał admirałowi Decres rozkaz natychmiastowego tam przybycia. Dotarł do Boulogne 3 sierpnia wśród głośnych okrzyków radości armii, która stopniowo zaczynała się nudzić, bo od dwóch i pół roku powtarzała te same ćwiczenia i była przekonana, że tym razem Napoleon stanie na jej czele, by pożeglować do Anglii.

Zaraz następnego dnia zgromadził on całą piechotę na plaży. Zajęła ona odcinek dłuższy niż 15 kilometrów i liczyła ponad 100 000 ludzi.

Od czasu, gdy Napoleon zajmował stanowisko dowódcze, nie widział nic piękniejszego. Wieczorem napisał do admirał Decres te znaczące słowa:

"Anglicy nie wiedzą, co wisi nad ich głowami. Jeżeli będziemy mieli 12 godzin na przeprawę, los Anglii jest przesądzony."

Napoleon zgromadził  w 4 portach na zachód od Przylądka Grisnez i w Boulogne wszystkie oddziały, które miały zostać zaokrętowane. Spełniło się  w końcu dwuletnie marzenie, również dzięki błyskotliwej potyczce stoczonej przez flotyllę batawską pod rozkazami admirała Verheul przeciwko całej eskadrze angielskiej.

Ta odbyta18 lipca potyczka, a więc na krótko przed przybyciem Napoleona, była najznaczniejszą, stoczoną przez flotyllę z Anglikami. Holenderskie oddziały starły się koło Przylądka Grisnez z 45-cioma angielskimi żaglowcami, okrętami liniowymi, fregatami, korwetami i brygami i walczyły z rzadko spotykanym zacięciem i pełnym sukcesem. Spotkanie to było niebezpieczne, bo okręty angielskie na tak głębokich wodach mogły podpłynąć bardzo blisko jednostek francuskich. Mimo tej przewagi nieprzyjaciela holenderskie kanonierki stawiły skuteczny opór temu potężnemu wrogowi. Do tego doszła artyleria wybrzeża, flota z Boulogne wypłynęła na pomoc, a admirał Verheul w deszczu kul przepłynął obok angielskiej eskadry w odległości połowy armatniego strzału, nie tracąc ani jednego okrętu.

Napoleon miał całą swoją armię w gotowości. W przeciągu 2 godzin mógł  zaokrętować ludzi i konie i w 24 godziny przeprawić do Dover. Sprzęt znajdował się już od dłuższego czasu na pokładach statków.

Zgromadzona wówczas armia liczyła 132 000 ludzi i 15 000 koni, nie licząc korpusu generała Marmont na wyspie Texel, złożonego z 24 000 ludzi oraz 4 000 ludzi w Breście którzy mieli płynąć okrętami eskadry Ganteaume. Tych 132 000 ludzi podzielonych było na 6 korpusów. Awangarda, dowodzona przez Lannesa, która liczyła 14 000 ludzi, złożona z dywizji Gazana i grenadierów z Arras, miała zaokrętować się w Wiwereux. Tym 10 batalionom grenadierów, tworzących najwspanialszą na świecie piechotę, przyznano honor stanięcia jako pierwszym na wybrzeżu angielskim. Siła główna podzielona była na prawe skrzydło, centrum i lewe skrzydło. Prawe skrzydło pod Davout liczyło 26 000 ludzi i złożone było z wyborowych dywizji Morand, Friant i Gudin, które później pod Jeną i wielu innych bitwach zdobyły nieśmiertelną sławę. Miały one zaokrętować się pod Ambleteuse na okręty flotylli holenderskiej. Centrum pod marszałkiem Soult,

40 000 ludzi w 4 dywizjach pod rozkazami Vandamme, Legrand i Saint-Hilaire przeznaczone były dla 4 zgromadzonych pod Boulogne eskadr. W końcu lewym skrzydłem dowodził nieustraszony Ney. Liczyło ono 22 000 ludzi w 3 dywizjach, wśród których wspomnieć należy dywizję Dupont, która okryła się sławą na moście pod Halle i pod Friedlandem. Korpus ten miał wyruszyć na pokładzie 2 eskadr z Etaples. Licząca 3 000 żołnierzy dywizja gwardii, która znajdowała się jeszcze w marszu, miała w Boulogne dołączyć do centrum.

Szósta część  Wielkeij Armii stanowić miała rezerwę. Jej dowódcą był książę Ludwik, brat cesarza. Składała się ona z dragonów i strzelców pieszych, dowodzonych przez generałów Kleina i Margaron, ciężkiej kawalerii generała Nansouty oraz dywizji włoskiej, która nie ustępowała najlepszym oddziałom francuskim. Napoleon powiedział, że chce Anglikom pokazać coś, czego nie widzieli od czasu Cezara, a mianowicie Włochów w Anglii, a Włochów nauczy szacunku dla samych siebie i walczenia, jak Francuzi. Rezerwa ta, złożona z 27 000 ludzi, stojąca za wszystkimi obozami, miała zająć wybrzeże, gdy tylko pozostałe 5 korpusów odpłynie. Ponieważ zakładano, że flota wojenna zapewni na 3 dni swobodną przeprawę, postanowiono, że flotylla transportowa oddzieli się od niej, by zabrać na swoje pokłady rezerwę i drugą połowę koni; flotylla mogła bowiem z 15 000 koni zabrać jednorazowo tylko 8 000; drugi transport przywiózłby pozostałe

7 000.

Na liczącą 132 000 ludzi armię składało się 100 000 piechoty, 7 000 konnej i 12 000 spieszonej kawalerii oraz 13 000 ludzi artylerii.

Z tą masą  żołnierzy Napoleon czekał na przybycie eskadry admirała Villeneuve. Ale ten nie przybył. 
 

IV.

Zjednoczona francusko-hiszpańska flota wzięła udział pod Ferrol w potyczce, która pod każdym względem zakończyła się sukcesem, mimo, że utracono 2 hiszpańskie okręty. Gdy Napoleon, który o Villeneuve nie miał najlepszego zdania, otrzymał wiadomość o bitwie pod Ferrol i wpłynięciu do La Coruna, był jednak zadowolony z takiego wyniku i pozwolił gazetom na opublikowanie raportu o bitwie, w którym Villeneuve i obie floty były bardzo chwalone. Stratę 2 okrętów liniowych cesarz uznał za spowodowany mgłą wypadek, bez wątpienia godny pożałowania, ale w porównaniu do osiągniętego rezultatu, bez znaczenia.

Nie wątpił więcej, że Villeneuve'a szukać należy przed Brestem. Ganteaume był w Bertheaume, tzn. poza redą wewnętrzną, wspierany przez 150 armat baterii ustawionych na wybrzeżu. Musiałoby wydarzyć się wielkie nieszczęście, by Ganteaume nie mógł wziąć udziału w bitwie, a Francuzi z ich 50 okrętami liniowymi nie pokonali nieprzyjaciela i wraz z 30-40-oma okrętami - zakładając, że stracą 10-20 - wpłynęli do Kanału.

W dniach 15 do 20 sierpnia niecierpliwość Napoleona osiągnęła szczyt. Na najwyższych punktach wybrzeża ustawiono sygnały, by natychmiast poinformować go, gdy flota francuska pokaże się na horyzoncie. Czekając na kuriera, który przybyłby z Paryża albo z jednego z portów, ciągle wydawał nowe rozkazy, by zopobiec wypadkom, które mogłyby pokrzyżować jego plany. Ponieważ Talleyrand informował, że zbrojenia Austrii z każdym dniem są bardziej znaczące i groźne, ale Prusy, w nadziei na otrzymanie Hanoweru, wydają się być gotowe na wejście w sojusz z Francją, Napoleon niezwłocznie wezwał Duroca i dał mu list do króla oraz niezbędne pełnomocnictwa do podpisania traktatu.

"- Niech Pan natychmiast wyrusza i uda się do Berlina, pomijając Paryż - powiedział do niego - i przekona Prusy do podpisania z nami traktatu. Daję im Hanower, ale pod warunkiem, że natychmiast się zdecydują. Prezent, który im daję, jest cenny. Ale po upływie 14 dni nie będzie o nim już mowy. Aktualnie, gdy wejdę na pokład okrętu, potrzebuję osłony od strony Austrii. Za tą przysługę oddaję Prusom krainę, która powiększy ich armię o 40 000 ludzi. Ale gdy zostanę zmuszony do opuszczenia wybrzeża oceanu i skierowania się przeciwko kontynentowi, gdy zlikwiduję mój obóz polowy, przełożę moje plany wobec Anglii, nie będę już nikogo potrzebować, by przywołać Austrię do porządku i nie zapłacę tak dużo za niepotrzebną przysługę."

Napoleon chciał, by Pursy natychmiast wykonały ruch wojsk w kierunku Czech. Sprawy Holandii, Szwajcarii i Włoch miały zostać wyłączone z traktatu. Napoleon odstępował Hanower i chciał, by Prusy bez żadnych innych warunków pojednały się z nim. Wspomniany list do króla Prus brzmiał następująco:

"Obóz w Boulogne, 23 sierpnia 1805

Mój Bracie, wysyłam generała Duroc do Waszego Majestatu. Jest on wyposażony we wszystkie pełnomocnictwa, by z wyznaczonym przez Wasz Majestat pełnomocnikiem podpisać uzgodniony z naszym przedstawicielem traktat. Wszystkie nowe więzy, które ściślej połączą nasze państwa, przyjmę z wielką radością. Mamy tych samych wrogów. Zdobycie Hanoweru jest dla Waszego Majestatu geograficzną koniecznością, tym bardziej, że terytorium Europy podzielone jest pomiędzy wielkie mocarstwa. Rozbiór Polski spowodował wielkie przemiany; zniszczył Szwecję i zrobił z Rosji europejskie mocarstwo, które nie ma żadnej przeciwwagi; Konstantynopol i Isfahan nie mogą uchodzić za takową; Austria podwaja swoje przygotowania do wojny; elektor Bawarii jest tym bardzo zaniepokojony. Wasz Majestat nie powinien tracić ani jednego dnia, by wysłać swoje oddziały w kierunku Czech.

Wydałem polecenie, by przekazać Waszemu Majestatowi wszystko, co wiem o Austrii; jeżeli nie odeśle ona swoich oddziałów do garnizonów i kwater, jestem zdecydowany sam na czele 100 000 ludzo wkroczyć do Bawarii. Znowu trzeba będzie walczyć. Bóg, moje sumienie, Wasz Majestat i cała Europa poświadczą, że zostałem zaatakowany; moje granice zostaną zagrożone w czasie, gdy wszystkie moje wojska znajdować będą się na okrętach albo na wybrzeżu. Dom Habsburgów nie jest w stanie stawić mi czoła. Ale on nie chce tego widzieć. Wszystkie nieszczęścia wojny spadną na jego głowę. Ja nie muszę obawiać się tej wojny - to chyba zrozumiałe: z pomocą boską, od którego wszystko zależy.

Mój Bracie, przed oczami Europy zaczyna się nowa gra. Spokój świata i szczęście naszych państw wymaga byśmy porozumieli się i zgodnie działali. Mam nadzieję, że Wasz Majestat nie będzie odszczepieńcem i nasze państwa oraz książąt, które podążą za nami, zachowają swój blask.

Za bardzo oszczędzałem dom Habsburgów; jest jeszcze zbyt potężny, by pozostawić nienaruszone spokój Europy i wolność Niemiec. Jeżeli Austria dalej będzie stać pod bronią, wojna jest nieunikniona.

Wszystkie okazje, by dać Waszemu Majestatowi dowody mojego szacunku i przyjaźni, będą  dla mnie chwilami pełnymi szczęścia.

Napoleon" 
 

Po tym szybkim i poważnym kroku można wywnioskować, jak wielką wagę przykładał Napoleon w tym momencie do swobodnego przeprowadzenia swojego planu. W tym samym dniu, w którym dał instrukcje Durocowi, do Boulogne przybył kurier wysłany z Ferrol w momencie wypłynięcia Villeneuve'a i który dostarczył depesze generała Lauriston dla cesarza, a także list Villeneuve'a do ministra żeglugi Decres.

Wysoce ucieszony słowa Lauristona "...żeglujemy do Brestu" Napoleon podyktował  równocześnie 2 listy do swoich obu admirałów.

Do Ganteaume pisał:

" Poinformowałem już Pana za pośrednictwem telegrafu o moich planach, które przewidują, że nie wolno Panu pozwolić, by Villeneuve stracił choć jeden dzień, by mógł Pan, wykorzystując wielką przewagę, jaką dają Panu jego 50 okrętów liniowych, natychmiast wypłynąć w morze i z całą swoją siłą wpłynąć do Kanału. Liczę przy tej tak ważnej operacji na Pańskie talenty, Pańskie zdecydowanie, Pański charakter. Niech Pan wypływa i przybywa tutaj. Pomścimy 6 wieków hańby. Nigdy wcześniej moi żołnierze nie ryzykowali swojego życia dla wyższego celu!"

Do Villeneuve pisał:

"Wiceadmirale, mam nadzieję, że dotarł Pan do Brestu. Niech Pan wypływa i nie traci ani chwili, by wpłynąć z moimi zjednoczonymi eskadrami do Kanału. A n g l i a  n a l e ż y  do  n a s ! Jesteśmy gotowi do zaokrętowania. Niech Pan panuje w Kanale tylko przez 24 godziny i wszystko jest załatwione." 
 

Podczas gdy Napoleon, zmylony depeszami Lauristona, pisał listy do obu admirałów, Decres otrzymał od Villeneuve zupełnie inne pismo, które nie zachęcało do żeglugi do Brestu. Pospieszył z nim do cesarza, informując go o żałosnym nastroju, w którym znajdował się Villeneuve opuszczając Ferrol.

Napoleon przygotował  się na wykonanie dwóch różnych planówi i wydał 23 sierpnia rozkazy uwzględniające obie możliwości.

"Jestem zdecydowany - pisał do Talleyranda. Moje floty 14 sierpnia na wysokości Przylądka Ortegal przepadły z pola widzenia. Jeżeli dotrą do Kanału, to nadszedł czas, bym przeciął w Londynie węzeł wszystkich koalicji. Jeżeli jednak moi admirałowie wykażą się słabością charakteru albo będą źle manewrować, zwinę obóz nad oceanem, zaatakuję na czele 200 000 ludzi Niemcy i nie zatrzymam się wcześniej, aż zajmę Wiedeń i przepędzę Austriaków z Włoch, a Burbonów z Neapolu. Pobiję Austriaków i Rosjan zanim zdążą się połączyć. Gdy kontynent uspokoi się, powrócę na wybrzeże oceanu, by zająć się uzyskaniem pokoju na morzu."

Cesarz nieprzerwanie przebywał na brzegu morza, szukając na horyzoncie niespodziewanego pojawienia się okrętów. Oficerowie żeglugi z lunetami, ustawieni w różnych punktach wybrzeża, mieli polecenie obserwowania wszystkiego i meldowania o wszystkim. W ten sposób, w tej niepewnej sytuacji spędził 3 dni. W końcu admirał Decres oświadczył mu, że biorąc pod uwagę stracony czas, panujące wiatry i nastrój Villeneuve'a, jest przekonany, że floty pożeglowały do Kadyksu.

Z bólem, z którym mieszały się gwałtowne wybuchy złości Napoleon pozbył się  nadziei zobaczenia swojej floty w Kanale. Niespodziewanie uspokoił  się znowu i przez kilka godzin dyktował plan kampanii 1805 roku. Zamiast zaatakować Anglię bezpośrednio, postanowił zwalczać ją na kontynencie. 
 

V.

Połączenie Republiki Genueńskiej z Francją popchnęło Austrię do wojny. Powołała ona groźną koalicję i to w momencie, gdy na kontynencie Francji potrzebny był całkowity spokój, by móc swobodnie zmierzyć się z Anglią. Napoleon nie przewidział skutków wcielenia Genui; jego błąd polegał na niedocenieniu Austrii. A przecież w gruncie rzeczy aneksja była szczęśliwym wydarzeniem. Z pewnością, gdyby admirał Villeneuve okazał się zdolnym do pożeglowania do Kanału i zjawienia się przed Boulogne, przez wieki żałowano by tego zakłócenia, które wystąpiło podczas realizacji tego najwspanialszego ze wszystkich planów; ale ponieważ admirał nie przybył, Napoleon znalazł się w kłopotliwej sytuacji, bo, nie będąc szaleńcem, nie zdecydował się na przeprawę przez Kanał bez osłony floty i został tym samym skazany na bezczynność. Ekspedycja bez osłony ośmieszyłaby go i uczyniła bezsilnym wobec Anglii.

Rozpoczęcie przez koalicę  europejską wojny, której mu brakowało, we właściwym momencie pozwoliło mu wyjść z nieprzyjemnej i niejasnej sytuacji.

Gdy Napoleon przebolał  rozczarowanie fiaskiem ekspedycji z Boulogne, w pełni oddał się  planowaniu wojny na kontynencie. Nigdy dotąd nie miał większych sił, nigdy większego pola dla swoich operacji.

Ci z jego towarzyszy broni, którzy z zazdrości albo z powodu złej opinii stali się  niewygodni swoim nierozważnym i przestępczym postępowaniem sami wykluczyli się z udziału w wojnie. Miał teraz wyłącznie do dyspozyji dowódców, którzy podporządkowali się jego woli i posiadali w wysokim stopniu wszystkie zdolności potrzebne do realizacji jego planów. Jego armia, zmęczona długą bezczynnością, łaknąca walki i sławy, będąca tworem 10-letniej wojny i 3-letniego życia w obozie, była zdolna do wykonania natrudniejszych przedsięwzięć i śmiałych marszy. Cała Europa stała otworem dla jego operacji. Sytuacja, środki, wszystko było. Z jednej strony znaleziono wprawdzie możliwość stawienia czoła niespodziewanemu i poważnemu niebepieczeństwu, z drugiej istniejące problemy wcale nie były błahe. Ta armia, tak wspaniale wyszkolona, że można było powiedzieć iż nigdy nie miała sobie równej, znajdowała się nad brzegiem oceanu, daleko od Dunaju, od Renu, od Alp, dlatego mocarstwa koalicji spoglądały na nią w spokoju i należało znaleźć sposób szybkiego przeniesienia jej w środek kontynentu.

Mimo, że Napoleon nie wierzył w tak bliską wojnę, jak rzeczywiście była, znał  doskonale jej plan i stan przygotowań do niej. Szwecja zbroiła się w Stralsundzie i na Pomorzu, Rosja w Rewalu i Zatoce Fińskiej. Opowiadano o dwóch dużych armiach rosyjskich, które zgromadzą się w Polsce i w Galicji, by skłonić Prusy do przystąpienia do koalicji i wsparcia Austrii.

Teraz już nie podejrzewano, lecz wiedziano z pewnością o powstawaniu dwóch armii austriackich; jednej, liczącej 80 000 w Bawarii i drugiej, w sile 100 000 we Włoszech, obie połączone liczącym 25-30 000 ludzi korpusem w Tyrolu. Nagromadzenie oddziałów rosyjskich na Korfu, angielskich na Malcie, poruszenie na dworze w Neapolu nie pozostawiało wątpliwości, że południe Włoch jest zagrożone atakiem.

Przygotowywane były natarcia, na 4 kierunkach: pierwszym, północnym z Pomorza przeciwko Hanowerowi i Holandii, który wykonać mieli Szwedzi, Rosjanie i Anglicy; drugim, na wschodzie doliną Dunaju, przeprowadzony przez Rosjan i Austriaków; trzeci w Lombardii wyłącznie siłami austriackimi; czwarty na południu Włoch, który nieco później przeprowadzić mieli Rosjanie, Anglicy i Neapolitańczycy.

Napoleon rozpoznał tak dobrze ten plan, jak gdyby wziąl udział w konferencji wojskowej von Wintzingerode w Wiedniu. Podobnie jak dla jego wrogów tylko jednego nie był pewien: a mianowicie, czy Prusy przyłączą się do koalicji. Napoleon nie wierzył w to. Mocarstwa koalicji miały nadzieję osiągnięcia celu przez zastraszenie króla Fryderyka Wilhelma. W tym przypadku natarcie na północy, które w przeciwnym razie miało być jedynie nieistotnym manewrem ubocznym, poważnie zagroziłoby Niemcom od Kolonii aż do ujścia Renu. To było mało prawdopodobne i Napoleon poważnie traktował jedynie natarcia przygotowywane w Bawarii i Lombardii, podczas gdy przeciwko przedsięwzięciom na Pomorzu i w Neapolu uznawał zwykłe środki ostrożności za wystarczające.

Postanowił przerzucić  swoje główne siły w dolinę Dunaju i tam przeprowadzić zasadnicze uderzenie, które równocześnie rozbić miało pozostałe natarcia nieprzyjaciół. Jego plan opierał się na jednym fakcie: oddalenia Rosjan, którym groziło, że przybędą za późno. Wierzył, że Austriacy zaatakują Bawarię i zajmą słynną pozycję pod Ulm, co spowoduje, że jeszcze bardziej oddalą się od Rosjan. Po pobiciu Austriaków przed przybyciem Rosjan, chciał rzucić się na tych drugich, którzy teraz pozbawieni będą wsparcia głównej armii austriackiej, chciał zatem wykonać manewr łatwy w teorii, ale trudny w praktyce, pokonania pojedynczo swoich wrogów.

Plan ten, by mógł  się udać, wymagał przeniesienia się w nietypowy sposób na teren operacji, tzn. do doliny Dunaju. Gdyby Napoleon, za przykładem Moreau, pomaszerował w górę Renu i przekroczył go pomiędzy Strasburgiem i Schaffhausen, następnie przeszedł przez przełęcze Schwarzwaldu i rozwinął swoją armię pomiędzy Jurą Szwabską i Jeziorem Bodeńskim i w ten sposób zaatakował od czoła stojących za rzeką Iller pomiędzy Ulm i Memmingen, nie osiągnąłby swojego celu. Nawet gdyby pokonał Austriaków, co przy wyszkoleniu utworzonej w obozie w Boulogne armii było więcej niż pewne, to popchnąłby ich naprzeciw Rosjan i sam doprowadził do ich połączenia. Musiał obejść Austriaków, jeszcze większym łukiem niż pod Marengo, otoczyć ich i posłać wszystkich jako jeńców do Francji. Potem mógłby rzucić się na Rosjan, wspieranych tylko przez ich własne rezerwy.

Pozycja marszałka Bernadotte, nadchodzącego od Hanoweru i marszałka Mamont (Napoleon popełnił w tym miejscu swoich wspomnień nieścisłość - August-Frederic Marmont, który dowodził w 1805 roku II.korpusem Wielkiej Armii, był wówczas w stopniu generała dywizji. Stopień marszałka otrzymał dopiero w 1809 roku - przyp. tłum.), który nadciągał z Holandii była korzystna, bo pierwszy z nich potrzebował 17 dni, drugi 14-15, by dotrzeć pod Würzburg i znaleźć się na skrzydle armii nieprzyjaciela. Marsz oddziałów z Boulogne trwałby około 24 dni i musiałby skierować uwagę Austriaków na wyloty gór Schwarzwaldu.

W przeciągu 24 dni, tzn. około 25 września Napoleon mógłby stanąć w decydujących punktach. Gdyby podjął natychmiast decyzję i swoim pobytem w Boulogne utrzymałby swoje posunięcia w tajemnicy tak długo, jak to było możliwe, rozsiewał fałszywe wieści i ukrył swoje zamiary, mógłby za plecami Austriaków przekroczyć Dunaj zanim dowiedzieliby się oni o jego obecności. Gdyby mu się to udało, zlikwidowałby w październiku pierwszą nieprzyjacielską armię, w listopadzie wkroczył do Wiednia i natrafił w okolicy austriackiej stolicy na Rosjan, których nigdy jeszcze nie widział, o których wiedział, że są dobrymi piechurami, ale nie niezwyciężalnymi, bo przecież pobili ich już Moreau i Massena, i był pewien, że pobije ich jeszcze dotkliwiej.

Odnośnie obrony przed przygotowywanym w oddaleniu ataku na północy Napoleon ograniczył się do kontynuowania pertraktacji w Berlinie na temat królestwa Hanoweru. Ofiarował to królestwo Prusom w zamian za podpisanie sojuszu; ponieważ jednak nie mógł się spodziewać od tak bojaźliwego dworu formalnego sojuszu, zrobił mu propozycję przyjęcia Hanoweru nie jako podarunku lecz jako depozyt. W każdym razie Prusy zobowiązały się do wydalenia obcych wojsk, a ich neutralność wystarczyła, by osłonić północ cesarstwa.

Tak wyglądał opracowany przez Napoleona plan. Przenosząc swoje korpusy szybkimi marszami z Hanoweru, Holandii i Flandrii w środek Niemczech, przechodząc poniżej Ulm przez Dunaj, rozdzielił Austriaków od Rosjan, okrążając tych pierwszych, a ostatnich rozbijając, dotarł doliną Dunaju do Wiednia, uzyskał czas dla Masseny na złapanie we Włoszech oddechu i rozbił w krótkim czasie skierowane przeciw jego cesarstwu oba natarcia.

By utrzymać tak długo, jak to było możliwe, w niepewności Austriaków, Napoleon polecił Talleyrandowi przesłanie rządowi w Wiedniu pewnego manifestu i domaganie się definitywnego zajęcia pozycji. Należało spodziewać się nowych kłamstw, ale ujawnienie austriackiej dwulicowości miało czas do rozpoczęcia działań wojennych. Generał Thiard (Auxonne Marie Theodose de Thiard de Bissy, 1772-1852, polityk francuski, w latach 1791-1800 na emigracji, od 4 września 1804 roku szambelan Napoleona, uczestnik kampanii 1806/07; w lutym 1807 roku z niewiadomych powoód wycofał się z życia publicznego do którego powrócił dopiero w 1814 roku - przyp.tłum.), który po powrocie emigrantów wstąpił do służby francuskiej, otrzymał polecenie udania się do Karlsruhe, by zawrzeć sojusz z Wielkim Księciem Badenii. Tę samą propozycję Napoleon przedstawił Wirtembergii, podkreślając, że zbrojenie Austrii mają na celu rozpoczęcie wojny, ale starannie przemilczał, że jest zdecydowany do natychmiastowego podjęcia walki, W tajemnicę jego planów wprowadzony został jedynie elektor Bawarii. Ten nieszczęśliwy władca nie wiedział, do kogo ma się przyłączyć i wahał się pomiędzy wrogą Austrią i zaprzyjaźnioną Francją, bo ta pierwsza była tak blisko, a ta druga tak daleko, i ponieważ pamiętał, że w wojnach cierpiał od obu stron, a w czasie pokoju bywał zapominany. Rozumiał też, że sojuszem z Francją może osiągnąć przyrost terytorialny, nie wiedząc jednak nic o zwinięciu obozu w Boulogne, uważał, że Napoleon nie jest zdolny do przyjścia swojemu niemieckiemu sojusznikowi z pomocą. Nieprzerwanie rozmawiał z francuskim ministrem pełnomocnym Otto o sojuszu, nie zawierając go jednak. Sytuacja ta zmieniła się wkrótce w wyniku kilku listów Napoleona.

Ten napisał do elektora osobiście, że przesunął swoje plany odnośnie Anglii i pomaszeruje natychmiast na czele 200 000 ludzi do centrum Niemiec; jest to jednak tajemnica państwowa. "Otrzymasz Wasza Wysokość niedługo pomoc - pisał - chcemy zmusić władcę Austrii do ustępstw terytorialnych, z których da się utworzyć znaczące państwo."

Napoleon przywiązywał  dużą wagę do elektora, który posiadał 25 000 dobrze wyszkolonych żołnierzy i dobrze zaopatrzone magazyny. Odebranie tych 25 000 żołnierzy koalicji i włączenie do własnej armii byłoby wielką korzyścią. Dlatego powierzona elektorowi tajemnica nie była zagrożona, bo darzył on Austriaków wielką nienawiścią i chętnie przyłączył się do Francji po zapewnieniu mu bezpieczeństwa.

To wszystko wydarzyło się w ostatnich dniach sierpnia. Wtedy to Austria z wielkim, nietypowym dla niej, pośpiechem popełniła wielki błąd. Pozycji pod Ulm nie można było zająć bez przekroczenia granicy bawarskiej. Bawaria posiadała liczącą 25 000 armię, wielkie magazyny, linię Innu i dlatego była łakomym kąskiem. Z Bawarią chciano postąpić tak, jak postąpić miała Rosja z Prusami: zaskoczyć ją i porwać za sobą. To było najłatwiejsze, ale gdyby ten plan nie powódł się, należało spodziewać się poważnych konsekwencji.

Po dotarciu generała Macka do brzegów Innu, do Monachium wysłano księcia Schwarzenberga, by przedłożył w imieniu cesarza jego propozycje. Miał  wymóc od elektora przyłączenie się do koalicji, połączenie jego oddziałów z austriackimi, wydania swojego terytorium, swoich magazynów, jednym słowem miał on przyłączyć się do nowej krucjaty przeciwko wspólnemu wrogowi wszystkich Niemców. Schwarzenberg był upoważniony w razie konieczności zaproponowania Bawarii Salzburga, a nawet Tyrolu, pod warunkiem, że zdobyte zostaną Włochy, gdzie powrócić będą mogli członkowie bocznych gałęzi rodziny Habsburg.

Ale żądania Austrii, rozwiązania armii i rozdzielenia oddziałów pomiędzy austriackie dywizje, wzbudziło niezadowolenie bawarskich oficerów i generałów. Równocześnie rozniosła się pogłoska, że Austriacy, nie czekając na decyzję dworu bawarskiego, przekroczyli Inn; to oczywiste naruszenie granic wzburzyło opinię publiczną.

Z tego powodu propozycje francuskiego przedstawiciela znalazły posłuch u elektora i jego bardzo zdolnego ministra Monteglasa, tym bardziej, że popierane były przez opinię publiczną i gniew w szeregach armii. Elektor zwrócił się w stroną Francji. Niepokój, który go opanował, doprowadził do tego, że zgodził się na wszystko, czego od niego żądano. Wysunięto mu propozycję ucieczki do Würzburga i wycofania tam swojej armii. Elektor przyjął tę propozycję. By zyskać na czasie, kazał przekazać Schwarzenbergowi, że do Wiednia wysłany zostanie bawarski generał Nogarola (Donadius Joseph hrabia Nogarola - przyp. tłum.), znanego zwolennika Austrii. Sam w nocy z 8 na 9 września udał się wraz ze swoim dworem do Würzburga, gdzie dotarł 12 września. Oddziały bawarskie, które stacjonowały w Ambergu i Ulm otrzymały rozkaz skoncentrowania się w Würzburgu.

W ten sposób elektor wraz ze swoim dworem i armią wymknął się Schwarzenbergowi i Mackowi. Austriacy posuwali się szybkimi marszami, nie osiągając Bawarczyków, napotykając wrogą im opinię publiczną. Jedna okoliczność szczególnie drażniła ludność. Austriacy mieli ręce pełne papierowych pieniędzy, liczących się jedynie w Wiedniu i których kurs gwałtownie spadał. Zmuszali oni mieszkańców co przyjmowania ich jako zapłaty. W ten sposób do obrazy bawarskich uczuć narodowych doszła jeszcze strata materialna.

Po tej nieudanej ekspedycji generał Mack, za którą nawiasem mówiąc ponosił  mniejszą odpowiedzialność niż austriacki wysłannik, udał  się nad górny Dunaj i zajął pozycje, które przeznaczono mu już dawno - prawe skrzydło w Ulm, lewe w Memmingen, czoło osłaniał Iller, który koło Ulm wpada do Dunaju. Oficerowie austriackiego sztabu generalnego już od lat uważali tę pozycję za najlepszą dla stawienia czoła wychodzącym ze Schwarzwaldu Francuzom. Jedno ze skrzydeł opierało się o Tyrol, drugie o Dunaj. W ten sposób pozycja ta była z obu stron zabezpieczona; że zagrożenie może nastąpić od tyłu, nikt nie brał pod uwagę, bo nikt nie mógł sobie wyobrazić, by Francuzi nadeszli inną niż zwykle drogą. Generał Mack wezwał do siebie z Voralbergu dywizję generała Jellachicha. Miał do swojej dyspozycji 65 000 ludzi, a za jego plecami stał generał Kienmayer z 25 000, by utrzymać łączność z Rosjanami. Armia liczyła zatem 90 000 ludzi.

Generał Mack zajmował  więc pozycje tam, gdzie spodziewał się go Napoloen, a mianowicie nad górnym Dunajem, oddalony od Rosjan na odległość dzielącą Ulm od Wiednia. Elektor bawarski przebywał w Würzburgu, gdzie ze swoją armią czekał na rychłe przybycie Francuzów.

 

Tom VII. Rozdz. VI: Ulm. Trafalgar. Wiedeń. 
 

I. Kapitulacja Ulm. - II. Złożenie broni przez armię Macka. - III. Admirał Villeneuve w Kadyksie. - IV. Trafalgar. - V. Z Monachium do Wiednia.  
 



I.

Napoleon, który z przeszłości znał nieudolność austriackiego dowódcy Macka, wymyślił plan, by go wywieźć w pole; jego zamiary spełniły się nawet prędzej niż się spodziewał.

Po wstępnych potyczkach pod Wertingen i Günzburgiem nastąpiły natychmiast wydarzenia o większym znaczeniu: bitwy pod Albeck i Elchingen, zajęcie twierdz Ulm i Memmingen.

13 października pod Memmingen dotarł marszałek Soult i obległ twierdzę, której komendant po krótkich pertraktacjach skapitulował.

9 batalionów, wśród nich 2 bataliony grenadierów, wpadło do niewoli; poza tym zdobyto wiele bagaży i amunicji. Marszałek Soult natychmiast ruszył dalej w kierunku Ochsenhausen, by odciąć arcyksięciu Ferdynandowi pod Biberach jedyną pozostałą mu linię odwrotu.

11 października Austriacy podjęli wypad z Ulm i zaatakowali stojącą pod Albeck dywizję  Duponta. Walka była bardzo zacięta. 6 000 dzielnych Francuzów, okrążonych przez 25 000, nie tylko oparło się atakowi, lecz wzięło jeszcze do niewoli 1 500 jeńców. Ale do dywizji należały pułki uchodzące do najlepszych w armii, a mianowicie 9.lekki i 32., 69., i 76.pułk piechoty liniowej.

13 października cesarz rozkazał atak na armię nieprzyjaciela. By go przeprowadzić  koniecznym było przede wszystkim opanowanie mostu i wzgórz pod Elchingen.

O świcie 14 października marszałek Ney na czele dywizji Loison przekroczył most. Nieprzyjaciel liczący 16 000 ludzi stanął na jego drodze pod Elchingen, został jednak wszędzie rozbity, stracił 3 000 jeńców i był ścigany aż do swoich umocnień.



Marszałek Lannes zajął niższe wzgórza, panujące nad niziną powyżej wsi Pfuhl. Rozsypani strzelcy zajęci przyczółek pod Ulm; w całej twierdzy zapanowało straszliwe zamieszanie. W tym momencie książę Murat ruszył dywizje kawalerii Kleina i Beaumonta, które we wszystkich punktach zmusiły nieprzyjacielską kawalerię do ucieczki.

Tego samego dnia generał  Marmont zajął mosty koło Unter- i Oberkirchberg u ujścia Illeru do Dunaju oraz wszystkie drogi, które wiodły do rzeki.

15 października cesarz osobiście zjawił się pod twierdzą. Korpusy księcia Murat i marszałków Lannes i Ney ustawiły się w szyku bojowym, by przypuścić szturm na austriackie umocnienia. Pogoda był okropna; żołnierze po kolana grzęźli w błocie.

18 października Ulm skapitulowało; tym samym osiągnięto zwycięstwo, które należy do najpiękniejszych w historii Francji; Napoleon mógł wziąć twierdzę  szturmem; ale 30 000 ludzi stojących za wałami i napełnionymi wodą rowami, stawiłoby zacięty opór, a cesarz nie chciał niepotrzebnego przelewu krwi. Głównodowodzący armii austriackiej znajdował się w mieście; przeznaczeniem stojących naprzeciw cesarza dowódców było wzięcie do niewoli w ich najsilniejszych twierdzach. Ten los spotkał starego feldmarszałka Wurmsera w Mantui oraz marszałka Melasa w Alessandrii po bitwie pod Marengo.

Nieprzyjacielska armia była najwspanialszą, jaką Austria kiedykolwiek posiadała; składała się z 32 regimentów piechoty i 15 regimentów kawalerii. Napoleon doprowadził do tego, że znalazła się w tej samej sytuacji, co wcześniej armia marszałka Melasa. Po długim wahaniu Melas podjął bohaterską decyzję zaatakowania armii francuskiej; jej skutkiem była bitwa pod Marengo. Mack podjął inną decyzję: Ulm leży na skrzyżowaniu licznych traktów; postanowił, że jego dywizje wycofają się różnymi z tych dróg, by później skoncentrować się ponownie w Tyrolu i w Czechach. Ale cesarz już 12 października pośpieszył z Augsburga do Ulm i zajmując mosty i zdobywając szturmem austriackie pozycje pod Elchingen zniweczył ten plan. W następnych dniach miały miejsce jeszcze liczne potyczki; łączne straty Austriaków w tych bitwach wyniosły 40-50 000 ludzi; stracili 40 sztandarów, wiele armat i prawie wszystkie bagaże. Ten wielki sukces osiągnięty został wyłącznie dzięki marszom i manewrom. Francuzi stracili tylko około 500 zabitych i 1 000 rannych. Żołnierze mówili często:

"- Cesarz wynalazł nowy sposób wojowania; nie potrzebuje naszych bagnetów, lecz tylko nasze nogi."

Pięć szóstych żołnierzy armii nie oddała w ogóle żadnego strzału; ale wszyscy musieli dużo maszerować i chętnie podwajali tempo marszu, w nadziei, że dotrą  do nieprzyjaciela.

18 października książę  Murat dotarł do Nördlingen, gdzie udało mu się okrążyć dywizję Wernecka, która musiała skapitulować. Generałowie-porucznicy Werneck, Baillet, Hohenzollern oraz generałowie Vogt, Mecséry, Hohenfeld, Weber i Dinnersberg zostali zwolnieni z niewoli na słowo i powrócili do domów. Oddziały zostały wzięte do niewoli i odprowadzone do Francji. W ten sposób zdobyto 2 000 koni, na które wsadzono brygadę dragonów pieszych. Cały park Austriaków, złożony z 500 wozów, wpadł w ręce francuskie. Nie ulegało wątpliwości, jaki los spotka kolumnę arcyksięcia Ferdynanda, bo jego prawe skrzydło wyprzedzone zostało pod Aalen przez księcia Murata, a lewe pod Nördlingen przez marszałka Lannesa.

Następny cel Napoleona został osiągnięty. W przeciągu 2 tygodni Austriacy zostali wypędzeni z Bawarii; sojusznik Francji powrócił na swój tron. Wszystkie odbyte potyczki były w pewnym sensie bez znaczenia; ale ze sławy zwycięzcy w wielkich bitwach cesarz mógł bardzo chętnie zrezygnować.

W armii austriackiej panowała okropna nędza; żołnierz płacony był papierowymi pieniędzmi, które miały tylko 40 % swojej nominalnej wartości; dlatego Austriacy złośliwie nazywali ich papierowymi żołnierzami. Wielu austriackich generałów zapewniało Napoleona, że od lat nie widzieli złotej monety.

Anglia zrobiła swojemu sojusznikowi piękny prezent: podarowała mu dług w wysokości 48 milionów z poprzedniej wojny, który i tak był nie do spłacenia. Ale w Wiedniu chętniej widziano by nową gotówkę!

19 października o godzinie 2 po południu Napoleon przeprowadził rozmową z generałem Mack. Zredagowano dodatkowy artykuł aktu kapitulacji, który podpisał Mack i marszałek Berthier, na podstawie którego garnizon Ulm miał opuścić twierdzę dnia następnego, tzn. 20 października. Tworzyło go 27 000 żołnierzy, 5 000 koni, 18 generałów i około 60 zaprzężonych armat.

Połowa gwardii cesarskiej wyszła już do Augsburga, sam cesarz pozostał tam jeszcze, by przyjąć defiladę armii austriackiej.

Cesarz pozostał  przez cały dzień w Elchingen. Wysiłek i zła pogoda zmusiły go do wypoczynku. Ale spokój i kierowanie armii nie pasują do siebie. O każdej porze dnia i nocy nadchodziły meldunki, które wymagały rozkazów cesarza. Praca i pilność marszałka Berthiera budziły u cesarza wielkie zadowolenie. 
 

II.

20 października, od godziny 2 po południu aż do 7 wieczorem na wysokości Ulm przed cesarzem przemaszerowała armia austriacka. 30 000 ludzi, wśród nich 2 000 jeźdźców, 60 armat i 40 sztandarów zostały wydane Francuzom, którzy zajmowali okoliczne wzgórza. Cesarz wezwał austriackich generałów do siebie i rozkazał, by traktowano z największym szacunkiem.

Podczas przemarszu wziętych do niewoli pułków cesarz powiedział do austriackich generałów:

"- Moi panowie, Wasz cesarz narzucił mi niesprawiedliwą wojnę. Powiem Wam otwarcie, nie wiem, po co się biję, nie wiem, czego on ode mnie chce. Nawiasem mówiąc, ta armia nie jest moją jedyną. Ale gdyby nawet tak było i tak osiągnęlibyśmy swoje. Wasi żołnierze, którzy wkrótce przemaszerują przez Francję, będą mogli Wam przekazać, jaki duch panuje w moim narodzie i z jakim zapałem każdy udaje się pod sztandary, gdy wzywam. Jedno moje słowo, a 200 000 ludzi stanie dobrowolnie pod bronią i w 6 tygodni będą dobrymi żołnierzami. Wasi rekruci słuchają tylko pod przymusem i dopiero po latach będą przydatni.

Chcę mojemu bratu, cesarzowi Austrii udzielić jeszcze jednej rady. Niech jak najszybciej zawrze ze mną pokój. Niech pomyśli, że wszystkie mocarstwa na Ziemi mają swój koniec; myśl, że zbliża się koniec dynastii lotaryńskiej musi napełniać go strachem. Nie szukam niczego na kontynencie. Potrzebuję okrętów, kolonii, kontaktów handlowych i to powinno zarówno Wam, jak i mnie dać korzyści."

Generał Mack odpowiedział,  że cesarz niemiecki nie chciał tej wojny, ale został do niej zmuszony przez Rosję.

"- W tym przypadku - odpowiedział cesarz - Austria nie jest już żadnym mocarstwem."

Zresztą większość generałów nie ukrywała, jak nieprzyjemną jest dla nich ta wojna i z jakim zażenowaniem widzieli siebie ramię w ramię z armią rosyjską. Ganili politykę, która jest tak zaślepiona, że zwabia do centrum Europy lud, który przyzwyczajony jest do życia w niecywilizowanych krajach, któremu mogłaby przyjść ochota pozostania i usadowienia się na stałe.

Cesarz pocieszał  nieszczęsnych generałów, wskazując na szczęście wojenne i powiedział  im, że zwyciężali już tak często, że mogą też jeden raz zostać pokonanym.

Mack musiał się  poddać, bo jego 30 000 ludzi było stłoczonych w domach Ulm. Nieustanny deszcz wprowadził nieład w szeregi całej armii austriackiej. Nie było dowódcy! Arcyksiążę Ferdynand nei chciał słuchać feldmarszałka Macka. Napoleon kazał mu przekazać, że nie zamierza nakazać szturmu, lecz go wygłodzi. Posiadał listy stanów armii austriackich i pokazał mu je. Mack wierzył, że Rosjanie stoją już nad Innem; cesarz zapewnił go, że to nieprawda i z tego powodu ograniczy się do blokady miasta. Potyczka pod Elchingen zdemoralizowała Austriaków. Mack wyznał Napoleonowi, że jego oddziały są w wielkim nieporządku.

21 października w swojej kwaterze głównej w Elchingen cesarz wydał następującą  proklamację do armii: 
 

"Żołnierze Wiekiej Armii!

W ciągu 14 dni osiągnęliśmy nasz cel. Wygnaliśmy z Bawarii wojska domu austriackiego i przywróciliśmy panowanie naszego sojusznika w jego państwie. Armia nieprzyjacielska, która równie ostentacyjnie, co nieopatrznie stanęła u naszych granic, jest zniszczona. Lecz cóż to obchodzi Anglię? Ona osiągnęła swój cel. My nie stoimy już w Boulogne. Ale wsparcie finansowe naszych wrogów nie będzie z tego powodu ani większe ani mniejsze.

Spośród 100 000 ludzi, którzy tworzyli armię nieprzyjacielską, 60 000 jest w naszych rękach; zastąpią oni naszych poborowych w pracach polowych. Ponadto zdobyliśmy 200 armat. Cały park, 90 sztandarów, wszyscy generałowie są w naszych rękach, zaledwie 15 000 żołnierzy zdołało się uratować.

Żołnierze! Zapowiedziałem Wam, że stoczymy wielką bitwę, ale dzięki złych manewrom nieprzyjaciela mogłem osiągnąć takie same sukcesy, nie narażając się na niebezpieczeństwo bitwy. I co jest rzeczą bezprzykładną w historii narodów, ten sukces osłabił nasze siły jedynie i 1 500 ludzi, którzy są niezdolni do walki.

Żołnierze! Ten sukces zawdzięczamy Waszemu bezgranicznemu zaufaniu, którym darzycie swojego cesarza, Waszej cierpliwości, z jaką znosicie wszelkiego rodzaju trudy i wyrzeczenia i Waszej odwadze.

Ale nie spoczniemy jednak tutaj; z niecierpliwością oczekujecie drugiej części kampanii. Zgotujemy ten sam los armii rosyjskiej, którą złoto Anglii sprowadziło tutaj z krańców świata. W tej walce chodzi w szczególności o honor piechoty, po raz drugi rozstrzygnięte zostanie pytanie, jak już poprzednio w Szwajcarii i Holandii: czy francuska piechota jest pierwszą czy też drugą w Europie? Nie ma przede mną żadnych generałów, których pobicie przyniosłoby mi wielką sławę; cały mój wysiłek skoncentruję na odniesieniu zwycięstwa za cenę najmniejszego możliwego rozlewu krwi; moi żołnierze są moimi dziećmi.

Napoleon" 
 

W załączniku cesarz ogłosił 21 października następujący dekret. 
 

"My, Napoleon, cesarz Francuzów, król Włoch:

Wielka Armia dzięki odwadze i poświęceniu odniosła sukcesy, których spodziewano się dopiero na koniec kampanii. W uznaniu jej zasług i na znak naszego cesarskiego zadowolenia:

Postanowiliśmy i ogłaszamy niniejszym:

Art.1. Miesiąc październik 1805 roku zaliczony będzie wszystkim należącym do Wielkiej Armii, jako udział w kampanii.

Miesiąc ten będzie tak naniesiony w listach sporządzonych w celu obliczenia rent i służby wojskowej.

Art. 2. Wykonanie tego dekretu będzie powierzone naszym ministrom wojny i skarbu.

Napoleon" 
 

Tego samego dnia około południa cesarz odjechał do Augsburga, będąc jeszcze pod wrażeniem stanu obu armii. W armii francuskiej bohaterstwo osiągnęło szczyt, armia austriacka była na ostatnim stopniu poniżenia. Żołnierz austriacki otrzymywał swój żołd w banknotach, których nie mógł posłać do domu; do tego był źle traktowany. Żołnierz francuski miał tylko jedno w głowie: sławę. Można było przytoczyć tysiące przykładów; pewien żołnierz 76.pułku musiał poddać się amputacji nogi. Rzekł on do przygotowującego się do operacji lekarza:

"- Wiem, że umrę. Ale co z tego, jeden człowiek mniej nie powstrzyma 76.pułku przed rozbiciem bagnetami trzech linii wroga."

Na co cesarz bardziej się skarżył, to wielka porywczość jego żołnierzy. I tak 17.pułk piechoty lekkiej, zaledwie dotarł pod Ulm, rzucił  się szturmem na twierdzę, a podczas trwania rozmów o kapitulacji cała armia chciała przystąpić do szturmu i cesarz był zmuszony przekazać jej, że nie życzy sobie szturmu. 
 

Po kapitulacji generała Wernecka pod Nördlingen arcyksiążę Ferdynand zbiegł na terytorium pruskie i koło Gunzhausen skierował się ku Norymberdze. Ścigał go książę Murat, wyprzedził i 29 października stoczył z nim potyczkę na drodze z Fürth do Norymbergii. Zdobył resztę jego artylerii i cały bagaż. Strzelcy cesarscy rozbili wszystko, co stanęło im na drodze i zmusili kirasjerów Macka do ucieczki. Należy podziwać marsz księcia Murata z Albeck do Norymbergii. Ciągle walcząc zdołał pobić wyprzedzającego go o 2 dni marszu nieprzyjaciela. Wynikiem tej ożywionej działalności było zdobycie 1 500 wozów, 30 armat i dużej ilości sztandarów; 3 generałowie zginęli, a do niewoli wzięto 16 000 żołnierzy.



24 października o godzinie 9 wieczorem cesarz przybył do Monachium. Miasto było nadzwyczaj gustownie oświetlone, wielu ludzi ozdobiło front swoich domów obrazami, wyrażającymi ich uczucia.

Cesarz rozkazał  zrównanie z ziemią twierdz Ulm i Memmingen oraz natychmiastowe wzmocnienie twierdz w Ingolstadt i Augsburgu, przygotowanie przyczółków przy wszystkich mostach na Lechu oraz założenie magazynów na całej drodze odwrotu.

Generałowie Deroy i Wrede wykazali się wielką aktywnością. Ten ostatni służył w ostatniej wojnie w armii austriackiej i bardzo się tam wyróżnił. Przypadkowo spotkał nad Innem generała Macka, który był w drodze powrotnej do Wiednia. Przeprowadzili ze sobą długą rozmowę o traktowaniu armii bawarskiej przez Francuzów, które generał Wrede skrytykował w następujących słowach:

"Mamy u nich lepiej niż u was. Nie odczuwamy ani wyniosłości ani złego traktowania. Nie wysyła się nas ciągle jako pierwszych w ogień, musimy wręcz prosić o pozwolenie na zajęcie niebezpiecznych pozycji, ponieważ Francuzi sami chcą je zajmować. U was było odwrotnie, byliśmy wysyłani wszędzie tam, gdzie następowały najgroźniejsze uderzenia." 
 

III.

Podczas tych październikowych dni, które przyniosły Francji tyle chwały, flota francuska doznała wielkiej klęski. Niemalże o tej samej godzinie, gdy pod Ulm przeciągali przed Napoleonem rozbrojeni żołnierze austriaccy, przed wybrzeżem hiszpańskim w pobliżu przylądka Trafalgar rozegrała się straszliwa scena zniszczenia floty francuskiej.

Gdy nieszczęsny Villeneuve wypłynął z Ferrol, miał zamiar pożeglować w kierunku Kanału, by wziąć udział w wielkiej operacji; ale nieodparte uczucie zawiodło do z powrotem do Kadyksu. Wiadomość o połączeniu flot admirałów Calder i Cornwallisa napełniło go czymś w rodzaju przerażenia. W pewnym stopniu wieść ta była prawdziwa, bo Nelson wracając do Anglii odwiedził przed Brestem Cornwallisa; ale w gruncie rzeczy była fałszywa, bo Nelson nie pozostał pod Brestem, lecz pożeglował do Portsmouth. Admirał Calder powrócił sam pod Ferrol, zjawiając się tam już po wypłynięciu Villeneuve'a. W ten sposób floty przepłynęły obok siebie, jak to często zdarza się na niezmierzonych morzach, więc gdyby Villeneuve pozostał niewzruszonym, napotkałby przed Brestem jedynie Cornwallisa bez Nelsona! Pozwolił by przeminęła wspaniała okazja.



Gdy Villeneuve opuścił  Ferrol, nie odważył się poinformować generała Lauristona, że żegluje do Kadyksu. Gdy jednak był na pełnym morzu nie taił mu dłużej niepokoju, który skłonił go do oddalenia się na sam koniec Półwyspu Iberyjskiego. Na skutek ożywionej perswazji generała Lauristona zdecydował się w porę na pożeglowanie w kierunku Kanału i kazał obrać kurs północno-wschodni. Ale ponieważ właśnie z tego kierunku wiał przez dłuższy czas silny wiatr, ponownie zmienił kurs i postanowił jednak pożeglować do Kadyksu, mimo, że musiał liczyć się z gniewem Napoleona. 20 sierpnia zjawił się pod Kadyksem, blokowanego normalnie przez słabą eskadrę angielską. Villeneuve mógł na czele swojej zjednoczonej floty pokonać tę eskadrę; ale opanowany ciągle tą samą bojaźnią, wysłał niektóre statki naprzód, by się przekonać, czy przed Kadyksem nie leży nieprzyjacielska flota, czym ostrzegł nieprzyjacielskie okręty i umożliwił im ucieczkę.

Villeneuve obawiał się gwałtownego wybuchu złości cesarza i spędził kilka dni pełen wątpliwości. Nie mylił się. Przed swoim odjazdem do Niemiec Napoleon wydał admirałowi Decrčs ostatnie rozkazy odnośnie operacji na morzu.

"- Pański przyjaciel Villeneuve - powiedział - będzie przypuszczalnie zbyt tchórzliwy, by wypłynąć z Kadyksu. Niech Pan pośle admirała Rosily, by objął dowództwo floty, o ile jeszcze nie wypłynął i rozkaże Villeneuve, by powrócił do Paryża, by zdać sprawozdanie ze swojego zachowania."

Decrčs nie miał serca, by poinformować Villeneuve'a o tym nowym nieszczęściu i zadowolił się poinformowaniem o wyjeździe Rosily, nie podając przyczyny.

Gdy Villeneuve otrzymał  listy ministra, odgadł wszystko, czego ten mu nie powiedział. Co go najbardziej zraniło, by zarzut tchórzostwa, który wyczytał w podtekstach. Teraz chciał za wszelką cenę udowodnić, że nie jest tchórzem i spędził wrzesień i pierwsze dni października na wprowadzeniu porządku w obu flotach. Pozwolił oddziałom zejść na ląd, by odpoczęły, a chorzy wyzdrowieli. Skromnymi zasobami Hiszpanii polepszył stan swoich statków i zorganizował prowiant na 3 miesiące. Za jego radą admirał Gravina pozbył się najgorszych okrętów, zastępując je lepszymi z arsenału Kadyksu. Flota hiszpańska była w posiadaniu kilku wspaniałych i dużych okrętów, między nimi największego okrętu liniowego Europy "Santissima Trinidad", uzbrojonego w 140 armat. Ale te ogromne statki były tylko pozornie tak znakomite, bo w razie niebezpieczeństwa były zupełnie nieprzydatne. Pustki w hiszpańskich arsenałach nie pozwoliły wyposażyć je w odpowiedni takelunek, a załogi były całkowicie niezdatne do walki. W portach półwyspu zebrano ludzi różnego pokroju, którzy pod każdym względem nie mogli równać się z marynarzami angielskimi; większość oficerów nei była lepsza niż ich marynarze.

Admirał utworzył  2 eskadry, jedną przeznaczając do walki, drugą jako rezerwę. Sam objął dowództwo tej pierwszej, składającej się z 21 okrętów liniowych, które podzielił na 3 dywizjony po 7 okrętów. Pod jego bezpośrednimi rozkazami znajdował się dywizjon centrum. Admirał Dumanoir dowodził awangardą, wiceadmirał Alava - awangardą. Eskadra rezerwy składała się z 12 okrętów podzielonych  na 2 dywizjony. Dowodził nią admirał Gravina, admirał Magon dowodził drugim dywizjonem rezerwy. Zjednoczona flota francusko-hiszpańska składała się z 33 okrętów liniowych, 5 fregat i 2 brygów.

Villeneuve czekał  na korzystny moment, by opuścić bezpiecznie Kadyks. W końcu naprzeciw niego stał straszny Nelson, którego obraz prześladował  go na wszystkich morzach i uniemożliwił wypełnienie jego zadań. 
 

IV.

Nelson dotarł do angielskiego wybrzeża, którego nie chciał już więcej widzieć i pożeglował do Kadyksu. Dowodził jedną  z flot, które angielska Admiralicja zebrała w Kanale. Do Kadyksu powiodła go rozpowszechniana plotka, że powrócił tam Villeneuve.

Nelson miał do swojej dyspozycji takie same siły, jak Villeneuve: 33 okręty liniowe, których załogi, dzięki długim żeglugom, dysponowały jednak większym doświadczeniem. Hiszpańscy szpiedzy poinformowali go dokładnie o wszystkich przygotowaniach Villeneuve'a i nie wątpił on, że wkrótce dojdzie do walki. Gdy upewnił się, że francuski admirał nie ściągnął do siebie ani Lallemanda ani Salcedo, nie wahał się pozostawić w Gibraltarze 4 okręty liniowe, jeden oddać odwołanemu do Anglii admirałowi Calder i jeden posłać do Gibraltaru, by pobrał zapas słodkiej wody. Wiadomość o tym dotarła do Kadyksu i utwierdziła Villeneuve'a w jego postanowieniu podniesienia żagli. Szacował, że Anglicy mają 33-34 okręty liniowe i ucieszył się na wiadomość, że nie są aż tak silni. Oceniał teraz ich siły poniżej ich rzeczywistej liczby, a mianowicie na 23-24 okręty.

Na początku października do Kadyksu dotarły ostatnie depesze z Paryża meldujące o odjeździe admirała Rosily. Początkowo nie poruszyło to Villeneuve'a. Uginający się wprost pod ciężarem wielkiej odpowiedzialności, admirał poczuł ulgę, że będzie służyć i dzielnie walczyć pod dowódcą, który z racji wieku i stopnia był jego przełożonym (Francois-Etienne de Rosily-Mesros, 1748-1832, otrzymał w 22 września 1796 roku stopień wiceadmirała, podczas gdy Villeneuve, 1763-1806, w tym samym dniu stopień kontradmirała. Do stopnia wiceadmirała został awansowany 30 maja 1804 roku - przyp.tłum.). Ale Rosily przybył do Madrytu i w żadnej depeszy nie zameldował admirałowi Villeneuve o jego nowym stanowisku, na którym był podporządkowany nowemu dowódcy. Dlatego Villeneuve zaczynał wierzyć, że ma zostać zwolniony i straci okazję odzyskania swojego honoru poprzez wyróżnienie się w walce. By nie doznać takiego wstydu, wykorzystał swoje instrukcje, które upoważniały go, a nawet zobowiązywały do opuszczenia portu, gdy przeciwnik będzie osłabiony. Natychmiast dał rozkaz do wypłynięcia. 19 października, przy słabym południowo-wschodnim wietrze, wysłał z redy kontradmirała Magon. Ten ścigał angielski okręt liniowy i kilka fregat i zakotwiczył na noc poza redą. Następnego dnia żagle podniósł sam Villeneuve na czele całej floty. Słaby i zmienny wiatr wiał ze wschodu. Flota kierowała na południe; na czele płynął admirał Gravina z rezerwą.

Mimo, że nie widziano jeszcze nieprzyjaciela, to jednak ruchy jego fregat świadczyły, że nie jest daleko. W końcu odkrył go okręt "Achille"  i zasygnalizował obecność tylko 18 żagli. Villeneuve wierzył  przez chwilę, że Anglicy są o wiele słabsi od niego. Zaświtała mu nadzieja; była to ostatnia jego życia.

Wieczorem rozkazał, by ustawić się w szyku bojowym według prędkości okrętów. Na wszystkich okrętach floty wciągnięto na maszty sygnał do bitwy.

W nocy widziano i słyszano nieprzerwanie sygnały angielskich fregat, które światłem i strzałami z armat wskazywały swojemu admirałowi kierunek, gdzie znajdowała się flota francuska. O świcie nadal wiał słaby i zmienny zachodni wiatr; fale były wysokie, ale nie łamały się; teraz odkryto nieprzyjaciela, podzielonego na kilka grup. Płynął on w kierunku floty francuskiej i był oddalony jeszcze o około 5-6 godzin.

Około godziny 7.30 zamiary nieprzyjaciela stały się wyraźniejsze. Grupy angielskiej eskadry połączyły się w dwie kolumny. Zdradzało to wyraźnie plan Nelsona przerwania floty francusko-hiszpańskiej w dwóch miejscach.

Linia francuska była głównie dlatego zła, bo odstępy pomiędzy poszczególnymi okrętami nie były równe; wiele z nich stało za wyznaczoną pozycją  albo w bok od niej. Villeneuve chciał błąd ten skorygować i wysyłał jeden sygnał p drugim, ale niczego nie osiągnął, mimo, że wszyscy byli posłuszni i pełni dobrej woli.

Wreszcie, około godziny 11, angielskie kolumny dotarły do miejsca bitwy. Na czele żeglowały okręty trzypokładowe, których Nelson posiadał 7, natomiast Villeneuve tylko 4, na nieszczęście same hiszpańskie. Dzięki temu siły Anglików były równe francuskim, mimo, że 33 okrętom Villeneuve'a mogli przeciwstawić jedynie 27 własnych. Anglicy byli doświadczeni, byli przyzwyczajeni do odnoszenia zwycięstw, posiadali wielkiego wodza, a tego dnia nawet pogoda im sprzyjała; korzystny wiatr był po ich stronie.

I w ten sposób rozpoczęła się ta dziwna bitwa pod Trafalgarem, której punkty kulminacyjne świadczyły o talencie obu dowódców.

Lord Nelson, ubrany w stary mundur, który miał zwyczaj zakładać do bitwy, stał  obok kapitana swojego okrętu flagowego ("Victory" - przyp. tłum.), komandora Hardy; ani przez moment nie pomyślał, by schronić się przed niebezpeczeństwem. Ten wielki człowiek morza stał niewzruszenie na pokładzie rufowym i obserwował okrutne sceny bitwy; tam trafiła go kula muszkietu, wystrzelona z bocianiego gniazda "Redoutable". Nelson upadł na kolana, próbując podeprzeć się ręką. Do kapitana okrętu flagowego powiedział:

"- Hardy, koniec ze mną!"

"- Nie, jeszcze nie" - odpowiedział kapitan.

"- Umieram" - rzekł Nelson słabym głosem.

Rannego dowódcę  zaniesiono do punktu opatrunkowego pod pokładem; ale stracił  on już prawie świadomość i przeżył tylko kilka następnych godzin. Za każdym razem, gdy wracał do świadomości, pytał o sytuację w bitwie i powtarzał ciągle radę, której jego następca, na swoje nieszczęście, nie posłuchał.

"- Flota musi wieczorem rzucić kotwice" - polecił umierający bohater.

W ten sposób stracił  życie zwycięzca; pokonany zachował je, ale stracił wolność. Okręt flagowy Villeneuve'a "Bucentaure" na początku bitwy został trafiony kilkoma salwami oddanymi z "Victory", które uczyniły mu wiele szkód.

Wkrótce potem okrążyło go kilka angielskich okrętów liniowych. Niektóre z nich zajęły pozycje za jego rufą, inne ze strony sterburty. W ten sposób ostrzeliwały go 4 okręty liniowe, w tym 2 trzypokładowe, od tyłu i z boku. Villeneuve, równie wytrwały w deszczu kul jak niezdecydowany w dowodzeniu, stał na swoim pokładzie rufowym, mając nadzieję, że któryś z wielu otaczających go okrętów francuskich albo hiszpańskich przyjdzie mu z pomocą. Walczył z zaciętością i nie bez nadziei. Ponieważ po swojej lewej burcie nie miał żadnego nieprzyjaciela, chciał zmienić swoją pozycję, by odwrócić od nieprzyjaciela znacznie przez niego uszkodzoną rufę i sterburtę i wprowadzić do walki świeże baterie bakburty. Ale nie mógł się poruszyć, bo jego bugszpryt zablokowany był przez galerię hiszpańskiego okrętu "Santissima Trinidad". Rozkazał mu dokonanie manerwu, który rozłączyłby oba okręty. Na nieszczęście rozkaz ten nie mógł zostać wykonany, bo "Santissima Trinidad" stracił wszystkie swoje maszty i był skazany na całkowitą bezczynność.

"Bucentuare" pozostał w miejscu, pod druzgocącym obstrzałem, nie mogąc użyć swoich baterii umieszczonym na bakburcie. Nie trwało długo, a na pokład padły strzaskane wielki maszt i besanmaszt, powodując straszny chaos. Flagę wciągnięto teraz na fokmaszt (pierwszy maszt od dziobu - przyp. tłum.). Spowity w gęstą chmurę dymu admirał nie widział, co dzieje się z pozostałą częścią floty. Gdy w momencie przejaśnienia zobaczył tkwiące w bezruchu inne okręty, rozkazał sygnałami, by natychmiast zbliżyły się i wzięły udział w walce. Spowity ponownie w morderczej chmurze, która rozsiewała na wszystkie strony śmierć i spustoszenie, kontynuował walkę, wiedząc jednak, że będzie musiał za chwilę opuścić swój okręt admiralski, by wykonywać swoje obowiązki z pokładu innego okrętu. Około godziny 3 po południu padł na pokład trzeci maszt i pokrył go całkowicie swoimi szczątkami.

"Bucentuar", ze swoją rozdartą prawą burtą, zniszczoną rufą, zestrzelonymi masztami, był teraz ogolony jak ponton.

"- Moja rola na "Bucentaure" jest skończona - zawołał nieszczęsny Villeneuve - spróbuję mojego szczęścia na innym okręcie."

Chciał wskoczyć  do łodzi i podążyć do okrętów awangardy, by osobiście poprowadzić  je do boju; ale wszystkie szalupy okrętu były podziurawione kulami. Zawołano w kierunku "Santissima Trinidad", by posłano łódź; daremny trud! Żaden głos ludzki nie mógł się przedrzeć przez ten piekielny hałas. Admirał francuski poczuł się uwięziony na pokładzie swojego statku, nie mogąc wydać żadnego rozkazu albo przyczynić się do ratunku swojej floty. Prawie cała załoga była niezdolna do walki. Pozbawiony swoich masztów, podziurawiony kulami, nie będący w stanie użyć swoich baterii, "Bucentaure" nie miał nawet możliwości do okrutnej satysfakcji odpowiedzenia nieprzyjacielowi na jego ciosy. Był kwadrans po godzinie 4, gdy admirał, nie otrzymawszy pomocy, opuścił swoją flagę. Angielska szalupa odebrała go i przewiozła na pokład okrętu liniowego "Mars". Przyjęto go tam z godnością powinną jego stopniowi, nieszczęściu i odwadze; słabe odszkodowanie za tak straszny los. W ten sposób spotkało go to wielkie nieszczęście, którego tak długo obawiał się. Spotkało go tam, gdzie miał nadzieję go uniknąć, pod Kadyksem i nie pocieszał go nawet fakt, że wydarzyło się to w trakcie wielkiej operacji.

O 5 godzinie walka została prawie wszędzie zakończona. Francuska linia, przerwana najpierw w jednym, potem w dwóch, a następnie w trzech i czterech miejscach, była od początku do końca zniszczona. Na widok tej floty, która była albo zniszczona albo uciekała, admirał Gravina dał sygnał do odwrotu. Poza dwoma francuskim okrętami które w krytycznym momencie bitwy oswobodziły go i "Principe de Asutrias", na pokładzie którego sam się znajdował, miał jeszcze do dyspozycji 8 okrętów liniowych. Te ostatnie uratowały swoją egzystencję, ale nie swój honor. Z klęski uratowało się zatem 11 okrętów, które wraz z 4 okrętami admirała Dumanoir, które na swoją rękę przystąpiły do odwrotu, w sumie 15. Do tego doszły jeszcze fregaty, które nie wspierały floty tak, jak należało tego oczekiwać.

17 francuskich i hiszpańskich okrętów liniowych zostało zdobytych przez Anglików, jeden wyleciał w powietrze. Zjednoczona eskadra straciła w zabitych, rannych, utopionych i wziętych do niewoli 6-7 000 ludzi. Nigdy dotąd fale nie widziały straszliwszego przedstawienia.

Anglicy odnieśli całkowite, ale krwawo, drogo zapłacone zwycięstwo. Z 27 okrętów, z których składała się ich eskadra, prawie wszystkie straciły maszty, niektóre straciły zdolność do służby, częściowo na zawsze.

Anglicy stracili około 3 000 ludzi, dużą liczbę oficerów i słynnego Nelsona, który był więcej wart niż cała armia. Odprowadzili wziętego do niewoli admirała i 17 okrętów, które prawie wszystkie pozbawione były masztów i bliskie zatonięcia. Wykazali się zręcznością, doświadczeniem i niezaprzeczalną odwagą.

Pod koniec dnia Gravina pożeglował na czele 11 okrętów oraz fregat do Kadyksu. Kontradmirał  Dumanoir obawiał się, że spotka po drodze nieprzyjaciela i dlatego skierował się w kierunku Cieśniny Gibraltarskiej.

Admirał Colligwood przyjął żałobę po swoim przełożonym, uznał jednak, że nie musi postąpić według rady zmarłego i postanowił pozostać pod żaglami, zamiast rzucić kotwice. Przed sobą miał wybrzeże i nieszczęsny przylądek Trafalgar, który dał bitwie swoje imię. Zaczął wiać niebezpieczny wiatr, zapadła ciemna noc, a angielskie okręty, trudne do manewrowania w wyniku doznanych uszkodzeń, musiały jeszcze holować 17 zdobytych okrętów. Wiatr wkrótce wzmógł się, okropności krwawej bitwy zastąpiły okropności sztormu, jakby niebo chciało ukarać oba najinteligentniejsze narody świata, które są najbardziej godne panowania nad nim.

Admirał Gravina i jego 11 okrętów miały w Kadyksie bliskie i pewne schronienie. Ale Collingwood, oddalony zbyt daleko od Gibraltaru miał wokół siebie jedynie bezkresne morze, gdzie mógł odpocząć po wysiłkach i cierpieniach zwycięstwa. W przeciągu kilku chwil noc zrównała zwycięzców i pokonanych. Anglicy musieli puścić holowane okręty, a tych, które były przez nie eskortowane, nie potrafili upilnować.

Anglikom pozostało tylko kilka z pryzów. Ich najmniej uszkodzonei okręty zatrzymały się na pełnym morzu naprzeciw Kadyksu, a przeciwne wiatry uniemożliwiły im powrót do Gibraltaru. Angielski admirał był w stanie przyprowadzić tam tylko 4 z 17 pryzów, wśród nich francuski "Swiftsure" i 3 hiszpańskie ("Bahama", "San Ildefonso" i "San Juan de Nepomuceno" - przyp. tłum.).

Taki przebieg miała tragiczna w skutkach bitwa pod Trafalgar. Niedoświadczeni marynarze, jeszcze mniej doświadczeni sojusznicy, słaba dyscyplina, braki materiałowe, pochopny pośpiech wraz z jego wszystkimi skutkami; dowódca, który wszystkie te niedostatki brał sobie zbytnio do serca, a na wszystkich morzach prześladowany był ponurymi przeczuciami i pod ich wpływem zniweczył wszystkie wielkie projekty swojego władcy; admirał ten był tak okrutnie prześladowany przez przeznaczenie, że nawet wiatr odmówił mu swojego wsparcia; połowa floty była z nieświadomości albo nieznajomości podstawowych elementów walki skazana na bezczynność, druga połowa walcząca zacięcie; po jednej stronie wyrachowana i chłodna odwaga, po drugiej bohaterskie niedoświadczenie i szlachetne poświęcenie; straszliwa rzeź i okropne spustoszenie; po zniszczeniach spowodowanych przez ludzi, zniszczenia dokonane przez sztorm, trofea zwycięzców zatopione na morskim dnie, zwycięski admirał pośrodku swojego triumfu powalony ręką śmierci, a pokonany admirał w niewoli - to była nieszczęsna bitwa pod Trafalgarem wraz z jej przyczynami, jej skutkami, jej tragicznym przebiegiem. 
 

V.

Korpus Bernadotte'a opuścił 26 października Monachium i zajął kwatery na noc w Altenburgu. Most przez Inn był zniszczony. Również w Rosenheim tamtejszy most był wysadzony w powietrze. Po ożywionej kanonadzie nieprzyjaciel wycofał się wszędzie z prawego brzegu, mosty zostały odbudowane i 28 października rzekę przekroczyło wiele francuskich i bawarskich batalionów. Nieprzyjaciel był energicznie ścigany, przy czym wzięto do niewoli licznych maruderów.

Marszałek Davout ze swoim korpusem przeszedł rzekę 28 października koło Mühldorf. Przez tamtejszy most książę Murat posłał swoją brygadę kawalerii, podczas gdy rezerwa przeszła po odbudowanych przez siebie mostach w Ötting und Marktl. Sam cesarz udał się do Haag. Korpus marszałka Soult biwakował przed Haag, marszałka Marmonta (identyczny błąd, jak w rozdziale V - August-Frederic Marmont, który dowodził w 1805 roku II.korpusem Wielkiej Armii, był wówczas w stopniu generała dywizji. Stopień marszałka otrzymał dopiero w 1809 roku - przyp. tłum.) koło Vilsbiburga, marszałka Ney koło Landberga, a marszałka Lannes na drodze z Landshut do Braunau. Przez cały dzień padał deszcz, kraj pomiędzy rzekami Isar i Inn nie zapewniał wyżywienia w wystarczającej ilości, więc armia była skazana na żywność, dostarczaną z wielką pilnością przez mieszkańców Monachium.

Marszałek Bernadotte dotarł 30 października do Salzburga, opuszczonego w wielkim pośpiechu dzień wcześniej przez liczący 6 000 ludzi nieprzyjacielski korpus. 29 października kwatera cesarska była w Mühldorf.

Lannes skierował  się na Braunau, znalazł tamtejszy most zniszczony i wysłał oddziały łodziami na drugi brzeg. Oddziały te pokazały się przed bramami Braunau. Jak bardzo były zaskoczone, gdy znalazły miejsce to opuszczone, w doskonałym stanie, całkowicie uzbrojone i wyposażone w znaczne zapasy żywności. Natychmiast zajęto twierdzę i wyciągnięto z tego rzucającego się w oczy faktu wniosek, że nieprzyjaciel wycofał się w wielkim pośpiechu i nieporządku.

Braunau można było uznać za najdoskonalsze, najbardziej przydatne dla armii miejsce. Otoczone było bastionami z mostami zwodzonymi i wypełnionymi wodą rowami. Posiadało liczne depots artylerii, wszystkie w dobrym stanie i niespodziewanie wyposażone we wszystko, co niezbędne. Znaleziono tam 40 000 porcji chleba, gotowych do rozdzielenia, więcej niż 1 000 worków mąki, 45 armat wraz z zapasowymi lawetami i ponad 40 000 kul do moździerzy i kul pełnych, kilkaset cetnarów prochu, wielką ilość nabojów i kul ołowianych, tysiące karabinów i wszystko, co potrzebne było do przetrwania długiego oblężenia.

Napoleon pospieszył osobiście do Braunau, by przekonać się na własne oczy o wartości twierdzy. Gdy ją oglądnął, rozkazał, by większa część zapasów, przeznaczonych początkowo dla Augsburga, tam zostały dostarczone. Zostawił tam garnizon i mianował jego dowódcą swojego adiutanta Lauristona, który powrócił z wyprawy na morze. Stanowisko, które mu przekazał, nie było to zwykłym stanowiskiem komendanta placu, jego działalność obejmowała wszystkie operacje na tyłach armii. Ranni, amunicja, zapasy, rekruci, którzy przybywali z Francji, jeńcy, których tam posyłano, wszystko musiało przejść przez Braunau.

Książę Murat podjął znowu pościg za nieprzyjacielem. Na trakcie do Mernbach natknął się na ariergardę w sile 6 000 ludzi. Dla kawalerii dogonić ją i zaatakować było sprawą mgnienia oka. Na wysokości Ried została ona rozbita. Nieprzyjacielska kawaleria próbowała osłonić wycofującą się przez wąwóz piechotę.  Ale 1.pułk strzelców konnych i dywizja dragonów generała Beaumont rozbiła ją w puch i rzuciła się równocześnie z nieprzyjacielem do wąwozu. Tylko nadciągająca noc uratowała nieprzyjacielską dywizję. 500 ludzi wzięto do niewoli.

Książę Murat w dalszym ciągu deptał nieprzyjacielowi po piętach i dogonił  go 31 października pod Lambach. Gdy austriaccy generałowie zorientowali się, że ich żołnierze nie są w stanie stawić oporu, posłali do walki 8 rosyjskich batalionów, by osłonić odwrót swoich oddziałów. Ale zostały one odrzucone, przy czym wzięto 500 jeńców.

Napoleon wysłał  Lannesa przez Efferding do Linzu, marszałków Davout i Soult na trakt z Ried-Lambach do Wels. Na czele szedł przez cały czas Murat ze swoją kawalerią, za nim postępowała gwardia z kwaterą główną. Napoleon obawiał się, że nieprzyjaciel może wybrać nizinę pod Wels na miejsce bitwy, dlatego wydał rozkaz Marmontowi, pozostawienia Bernadotte'a w Salzburgu i zbliżenia się do armii w ten sposób, by stanął na skrzydle nieprzyjaciela, gdyby ten zamierzał zająć pozycje do wydania bitwa.

1.pułk strzelców konnych doścignął nieprzyjaciela pod Ried, odważnie go zaatakował  i odrzucił. Wróg wycofał się do Lambach, gdzie przygotował stanowiska obronne, by zyskać na czasie dla ratowania swoich bagaży. Davout dogonił go i stoczył błyskotliwą nocną potyczkę, ale nie odkrył nigdzie przygotowań do bitwy. 5 listopada Napoleon wkroczył do Linzu. 
 

W tym samym czasie, gdy cesarz chciał opuścić Linz, do kwatery głównej dotarł  wysłannik austriackiego cesarza. Był nim generał Giulay, jedne z pojmanych pod Ulm i później zwolnionych oficerów, który opowiedział swojemu cesarzowi wszystko, co Napoleon mówił o swoich pokojowych zamiarach, wywołując tym określone wrażenie. Generał Giulay nie mówił tego wyraźnie, ale choć było oczywiste, że Austriacy zamierzają zatrzymać Napoleona przed Wiedniem, to jednak nie przedłożył żadnych gwarancji rychłego i możliwego do przyjęcia pokoju. Napoleon wyraził zgodę na natychmiastowe rozpoczęcie rokowań z wyposażonym w odpowiednie upoważnienia pełnomocnikiem, który wyraziłby zgodę na konieczne ustępstwa; ale zgodzić się na zawieszenie broni bez gwarancji, że Francja otrzyma należne odszkodowanie wojenne oznaczało danie czasu drugiej armii rosyjskiej połączenia się z pierwszą i zaproszenie dowodzących we Włoszech arcyksiążąt do połączenia się z Rosjanami pod murami Wiednia. Napoleon nie był człowiekiem, który popełnia takie błędy. Oświadczył zatem, że w przeciwnym wypadku zajmie stolicę. Giulay tłumaczył się koniecznością porozumienia z carem Aleksandrem, zanim ustalone zostaną warunki możliwe do przyjęcia przez wszystkie walczące mocarstwa. Napoleon odpowiedział, że znajdujący się w niebezpieczeństwie cesarz Franciszek nie ma prawa podporządkować się carowi Aleksandrowi, który nie jest zagrożony; musi myśleć o pomyślności swojej monarchii, porozumieć się z tego powodu z Francją i pozostawić trosce armii francuskiej wypędzenie Rosjan do domu. Napoleon nie wypowiedział się na temat warunków, które by go zadowoliły, ale każdy wiedział, że dąży do zagarnięcia Wenecji. By przyłączyć ten kraj do królestwa Włoch, nie wypowiedziałby wojny, ale skoro Austria rozpoczęła wojnę, było więc rzeczą naturalną, że życzył sobie tego zadośćuczynienia. Dał Giulayowi list do cesarza Franciszka, w którym uprzejmie, ale jednak wyraźnie określił warunki zawarcia pokoju.

Armia bawarska otrzymała pod Lofer okazję do wyróżnienia się. Austriacy zajęli koło Lofer wąwóz, który był prawie nie do zdobycia, zamknięty z lewej i prawej stromymi górskimi zboczami. Wzgórza zajęte były przez strzelców tyrolskich, znających wszystkie górskie ścieżki. Dostępu broniły 3 forty. Mimo tego Bawarczycy zaatakowali tę twierdzę z wielką zawziętością i złamali desperacki opór Austriaków, biorąc 6 000 jeńców, zdobywając 2 armaty i forty. Bawarczycy stracili 12 oficerów i 50 żołnierzy, mieli ponadto 250 rannych. Głównodowodzący bawarskiej armii, generał Deroy, został ranny strzałem z pistoletu. Jego zachowanie zasłużyło na najwyższe uznanie.

Rosjanie próbowali umocnić  się na wyżynach Amstetten. Zostali stamtąd, mimo zaciekłego oporu przepędzeni przez grenadierów Oudinota i stracili 400 zabitych i rannych oraz 1 500 jeńców. Docierające listy informowały, że meble dworu cesarskiego zostały już odtransportowane i że Francuzi wkrótce spodziewani są w Wiedniu.

Po potyczce pod Amstetten (5 listopada 1805 - przyp. tłum.) Rosjanie przyspieszyli swój odwrót. Zerwali mosty na rzece Ypps; zostały one jednak natychmiast odbudowane, książę Murat mógł więc dotrzeć aż do klasztoru Melk. Marszałek Mortier manewrował na czele swojego korpusu na lewym brzegu Dunaju.

7 listopada korpus Davouta wyruszył ze Steyer, by pomaszerować na Waldhofen, Mariazell i Lilienfeld. Wskutek tego manewru zagrożone zostało lewe skrzydło nieprzyjaciela i musiał on oddać wzgórza St. Pölten i wycofać się w kierunku Wiednia.

8 listopada awangarda Davouta natknęła się pod Mariazell na korpus generała Merveldta, maszerujący w kierunku Neustadt, by osłonić od tej strony stolicę. Dowodzący awangardą generał Heudelet zaatakował zdecydowanie nieprzyjaciela, odrzucił go i ścigał jeszcze przez 5 mil. Zdobył 5 sztandarów, jedną armatę i 4 000 jeńców, wśród nich pułkownika pułku Josepha Colleredo oraz 5 majorów.

Wczesnym rankiem 9 listopada książę Murat wkroczył do St. Pölten. Wysłał natychmiast generała Sebastiani z jego dragonami w kierunku Wiednia, opuszczonego już przez dwór i osobistości cesarstwa.

W międzyczasie generał  Viallanes, dowodzący kawalerią marszałka Davout, zajął Preszburg. Generał Baraguey d'Hilliers wypędził Austriaków z Waldmünchen i wdarł się do Czech, a marszałek Ney operował w kierunku Tyrolu i wykonywał swoje zadania z typowym dla niego zdecydowaniem i inteligencją. Okrążył forty Scharnitz i Leutasch i zajął je szturmem, zagarniając przy tym 1 800 ludzi nieprzyjaciela, jeden sztandar i 16 zaprzężonych dział polowych.

7 listopada o godzinie 5 po południu wkroczył do Innsbrucka, gdzie znalazł napełniony arsenał, silną artylerię, 16 000 karabinów i niesłychaną ilość amunicji. Tego samego dnia zajął Hall, gdzie znajdowały się duże, bogato zaopatrzone depots. Arcyksiążę Jan, który dowodził w Tyrolu, zbiegł przez Leuschtal, pozostawiając Francuzom wszystkie depots i 1 200 chorych, znajdujących się w Innsbrucku, licząc na wspaniałomyślność wroga.

Podczas przejęcia arsenału w Innsbrucku rozegrała się wzruszająca scena. Podczas ostatniej kampanii 76.pułk stracił w Gryzonii 2 sztandary. Strata ta na długi czas pogrążyła żołnierzy w smutku. Dzielni żołnierze wiedzieli, że ich nieszczęście jest powszechnie znane, mimo, że nikt nie wątpił w ich odwagę. Te sztandary, obiekt szlachetnego smutku, odnaleźli teraz w arsenale Innsbrucka. Gdy jeden z oficerów je rozpoznał, zewsząd zbiegli się żołnierze, nie mogąc powstrzymać łez, bo żołnierz francuski darzył swój sztandar uczuciem, uwielbiał go, jak wielbi jak podarunek od ukochanej. Cesarz rozkazał, by fakt ten uwieczniono dla potomnych na obrazie.

Generał Klein ze swoją dywizją dragonów wtargnął do Czech. Wszędzie widział ślady spustoszenia dokonane przez Rosjan i słyszał o ich haniebnych czynach. To podłe postępowanie tych barbarzyńców, wezwanych przez ich własny rząd, wygasiło nawet w sercach Austriaków wszelkie uczucia do ich książąt.

"- My i Francuzi - mówili Niemcy - jesteśmy synami starożytnych Rzymian, Rosjanie są dziećmi Tatarów. 1 000 razy bardziej wolimy widzieć Francuzów podnoszących na nas broń niż mieć takich sojuszników jak Rosjanie."

W Wiedniu słowo Rosjanin równoznaczne było z poczuciem strachu. Te dzikie hordy nie zadawalały się zabieraniem tego, co potrzebowały, lecz konfiskowały wszystko, niszcząc to, czego nie mogły unieść.

Armia rosyjska przeszła przez Dunaj i wycofała się w kierunku Krems, przypuszczalnie obawiając się o swoje linie odwrotu na Morawy, zagrożone przez manewry marszałka Mortier na lewym brzegu Dunaju.

Cesarska kwatera główna przeniesiona została do klasztoru Melk, jednego z najpiękniejszych klasztorów Europy. Ani we Francji ani we Włoszech nie ma czegoś,  co mogłoby się z nim równać. Znajduje się on na umocnionym miejscu, panującym nad Dunajem. Za czasów Rzymian był to jednej z najważniejszych umocnionych punktów i nosił nazwę Żelazny Dom. Wybudował go cesarz Commodus (urodzony jako Lucius Aurelius Commodus cesarz rzymski, zmieniał w swoim życiu kilkakrotnie swoje imiona; żył w latach 161-192, panował nad cesarstwem rzymskim od roku 180 do 192 n.e., zamordowany przez własną konkubinę. Twierdzenie Napoleona, że był budowniczym klasztoru Melk opiera się na przypuszczeniach. Pierwsze potwierdzone świadectwa istnienia w Melk miejsca kultu pochodzą jednak dopiero z początków XI wieku - przyp.tłum.). W piwnicach klasztoru były niesamowite ilości beczek znakomitego węgrzyna, który bardzo przydał się armii, która już od dawna pozbawiona była wina. Cesarz rozkazał, żeby ze szczególną starannością pilnować pałacyk Lustschloss, małą posiadłość wiejską cesarza Austrii na lewym brzegu Dunaju.

Wszystkie przechwycone listy mówiły o okropnym chaosie, który zapanował w Wiedniu. Wojna została postanowiona przez ministrów wbrew woli wszystkich książąt rodziny cesarskiej. Ale wpływy Colloredo, którego żona, Francuzka, darzyła swoją ojczyznę zjadliwą nienawiścią, Cobenzla, który zaczynał drżeć na samo imię Rosji i był przekonany, że wszystko musi się przed nią ugiąć, a wreszcie tego nędznika Macka, który odgrywał już dużą rolę podczas zawiązywania drugiej koalicji, były większe niż wszystkich rozsądnych doradców i wszystkich arcyksiążąt. Każdy, do ostatniego obywatela, czuł, że ta wojna może przynieść korzyści jedynie Anglii, że walczono jedynie dla niej i że sprowadzi na Europę nieszczęście, podobnie jak monopol Anglii spowodował podrożenie wszystkich środków żywności i towarów.

W międzyczasie Rosjanie uniknęli wszystkich prób zmuszenia ich do przyjęcia bitwy na wyżynach St. Pölten. Przekroczyli pod Krems Dunaj i natychmiast zniszczyli tamtejszy wspaniały most.

11 listopada, podczas gdy Murat śpieszył prawym brzegiem Dunaju do bram Wiednia, na lewym skrzydle Mortier osiągnął Dürrenstein, miejscowość, gdzie znajdowały się ruiny zamku, w który więziony był Ryszard Lwie Serce. W tym miejscu góry cofają się nieco, pozostawiając pomiędzy sobą i rzeką wolną przestrzeń. Przecina ją droga, częściowo w niej zagłębiona, częściowo przebiegająca na górującym nad nią grzebietem. Gdy dywizja francuska maszerowała tą drogą, zobaczyła dym wznoszący się nad palącym się w Krems mostem. Wkróce odkryto też Rosjan i przypuszczano, że przeszli rzekę po tym moście. Nie marnując wiele czasu na rozpoznanie, co było właściwie jej zadaniem, poddała się impetowi, który ogarnął całą armię i myślano jedynie, by iść naprzód i walczyć. Mortier wydał rozkaz, który natychmiast wykonano. Rosjanie szturmowali w zwartych masach. Armatni ogień czynił w ich szeregach straszliwe wyrwy. Rzucili się na armaty, by je zdobyć. Piechota 100. i 103.pułku piechoty broniła się z największą odwagą. Na wąskiej drodze rozgorzał zacięty bój, twarzą w twarz. Francuzi ustawili się na każdym, najmniejszym nawet wzniesieniu i utrzymywali ogień karabinowy, który był równie straszny, jak wspomniany ogień artylerii. Walczono o ten punkt przez pół dnia i sądząc po licznych rannych, których znaleziono następnego dnia, nieprzyjaciel odniósł ciężkie straty. Mortier wziął 1 500 jeńców. Wreszcie był panem tego obszaru i wierzył, że może wypocząć.

Walcząc posunięto się  aż do Stein. 4.pułki piechoty lekkiej, który był rozstawiony na wzgórzach, utrzymywał tam ogień tyralierą, który wzrastał  z minuty na minutę. Jego przyczyn które początkowo były trudne do wytłumaczenia, wkrótce dowiedziano się,  Rosjanie obeszli wzgórza. Dwoma kolumnami, liczącymi w sumie 12-15 000 ludzi, przedostali się za plecy dywizji Gazana i wtargnęli do Dürrenstein, które dywizja ta rankiem opuściła. W ten sposób dywizja została otoczona i oddzielona od dywizji Duponta, którą zostawiono o dzień marszu z tyłu. Nie widać było żadnej jednostki floty dunajskiej, nie miano więc wielkiej nadziei na ratunek. Nastała noc, sytuacja była okropna, bo nie ulegało wątpliwości, że naprzeciw stała cała armia. W tej potrzebie nikt nie myślał o kapitulacji, ani oficerowie ani żołnierze. Prędzej zginąć do ostatniego, niż się poddać, to było jedyne postanowienie; tak heroiczny był duch panujący w armii. Marszałek Mortier myślał jak wszyscy żołnierze i był tak samo zdecydowany prędzej zginąć, niż oddać Rosjanom buławę marszałkowską. Dlatego rozkazał maszerowanie w zwartych kolumnach, by utorować sobie odwrót do Dürrenstein, gdzie spodziewano się znaleźć Duponta.

Po przebiciu się  przez kilka ugrupowań nieprzyjaciela zwątpiono w dotarcie do celu i otwarcie drogi, która nieprzerwanie była blokowana. Niektórzy oficerowie Mortiera, którzy nie widzieli żadnego ratunku, wysunęli mu propozycję, by zaokrętował się na statek na Dunaju, by przynajmniej on uszedł Rosjanom.

"- Nie - odpowiedział dzielny marszałek - nie opuszcza się tak dzielnych ludzi. Albo ratuje się z nimi albo umiera."

Stał ze szpadą  w dłoni na czele swoich grenadierów, gdy niespodziewanie usłyszano gwałtowny ogień dochodzący zza Dürrenstein. Natychmiast odżyła nadzieja, że przypuszczalnie nadchodzi dywizja Duponta. Rzeczywiście, ta dzielna dywizja, która maszerowała przez cały dzień, dowiedziała się o niebezpieczeństwie grożącym marszałkowi Mortier i spieszyła mu na pomoc.

Na czele z 9.pułkiem lekkim i 96.pułkiem liniowym szedł generał Marchand (dowódca 2.brygady piechoty dywizji gen.Dupont - przyp. tłum.). Niektóre oddziały maszerowały wzdłuż traktu, inne schodziły wąwozami, wychodzących z gór; tutaj rozpoczął się zacięty bój.

W końcu 9.pułk lekki osiągnął Dürrenstein, podczas gdy marszałek Mortier wkroczył tam z przeciwnej strony.

Straty po obu stronach były duże, ale zdobytej sławie nierówne, bo 5 000 Francuzów stawiło opór ponad 30 000 Rosjan i uratowało swoje sztandary. Żołnierze, którzy zdecydowani są zginąć, zawsze potrafią uratować swój honor, często też swoją wolność i swoje życie.

Marszałek Mortier znalazł  w Dürrenstein 1 500 jeńców, których pojmał rano. Rosjanie stracili około 4 000 zabitych, rannych i wziętych do niewoli. Francuzi naliczyli 3 000 zabitych i rannych. Dywizja Gazana straciła połowę swojego stanu. 
 

13 listopada Francuzi wkroczyli do stolicy, gdzie w ich ręce wpadł cały arsenał, wszystkie depots artylerii, armaty, karabiny i niesamitą ilość amunicji różnego rodzaju. O świcie jeden z oddziałów kawalerii udał się w kierunku mostu na Dunaju i po przetargach z generałami austriackimi, przeszedł na drugą stronę. Nieprzyjaciel próbował różnymi petardami podpalić most, ale mu się nie udało.

Marszałek Lannes i generał  Bertrand byli pierwszymi, którzy przeszli przez most. Oddziały nie zatrzymały się w Wiedniu. Przeszły przez miasto i podjęły pościg za nieprzyjacielem. Książę Murat, który wkroczył do miasta o godzinie 10 przez południem, zajął kwaterę w pałacu arcyksięcia Alberta.

Cesarz na swoją siedzibę wybrał pałac Schönbrunn skąd udał się o godzinie 2 w nocy do Wiednia. Skontrolował posterunki i wszystkie pozycje na lewym brzegu, upewnił się, że służba jest solidnie pełniona i o świcie wrócił z powrotem do pałacu Schönbrunn.

W mieście wznowiony został znowu handel i ruch miejski, mieszkańcy nabrali zaufania i byli uspokojeni.

Pałac Schönbrunn, gdzie mieszkał cesarz, został wybudowany przez Marię Teresę, której portrety wiszą w prawie wszystkich pokojach. W gabiniecie cesarza stało jej popiersie. Gdy cesarz je zobaczył, rzekł:

"- Gdyby ta wielka władczyni jeszcze żyła, nie dałaby się nabrać intrygom Colloredo. Opierając się na radach dostojników swojego cesarstwa, znałaby wolę swojego ludu i nie zniosłaby, żeby Kozacy i Moskale pustoszyli jej prowincje. Nie słuchały człowieka takiego jak Colloredo, który obawia się sprzeciwić mającej wpływy na dworze własnej żonie albo takiego jak Collembach, tego skryby lub ogólnie znienawidzonego powszechnie Lambertie. Nie powierzyłaby dowództwa swojej armii Mackowi, którego nie posiadał zaufania ani rządu ani narodu, lecz jedynie Anglii i Rosji."

 

Tom VII. Rozdz. VII: Austerlitz. 
 

I. Marsz na Morawy. - II. Przygotowania do bitwy. - III. Bitwa pod Austerlitz. - IV. Odwrót cara. Podziękowanie Napoleona dla armii. - V. Powiązania dynastyczne. - VI. Traktat sojuszniczy z Prusami. - VII. Pokój w Preszburgu.  
 



I.

Po odniesieniu wielkiego zwycięstwa pod Ulm cesarz, który dostał w swoje ręce cały materiał wojenny armii austriackiej, uznał z następujących powodów konieczność natychmiastowego marszu na Wiedeń:

1. by oczyścić  z Austriaków Włochy, atakując od tyłu arcyksięcia Karola, który pokonał marszałka Massenę i dotarł już do Adygi;

2. by zapobiec połączeniu się armii austriackiej z armią cara Aleksandra

3. by zaatakować  i odciąć armię Kutuzowa

Ale gdy cesarz dotarł  do Wiednia, dowiedział się, że arcyksiążę Karol jest w odwrocie, mocno naciskany przez Massenę. Jego armia była mocno osłabiona, musiał bowiem pozostawić załogi w Wenecji, Palmanova i Krajnie; na Węgry prowadził jeszcze tylko 35-40 000 ludzi. Ponadto zameldowano mu, że car Aleksander znajduje się w Ołomuńcu.

W Wiedniu Napoleon pozostawił 15 000 ludzi pod dowództwem Mortiera. Marmont obserwował na czele 18 000 ludzi na wzgórzach Semmeringu ruchy arcyksięcia Karola. Davout stał an czele 30 000 na granicy Węgier. Massena dotarł na czele 40 000 do Klagenfurtu. W ten sposób naprzeciw 35 000 Austriaków stało 100 000 Francuzów.

Ruch w kierunku Austerlitz, by pobić armię rosyjską i zapobiec jej połączeniu z wracającą z Włoch armią austriacką, był nakazem sztuku wojennej. Gdyby car Aleksander, by uniknąć bitwy i połączyć  się z arcyksięciem Karolem opuścił Ołomuniec i wtargnął na Węgry, armia francuska zostałaby wzmocniona przez korpusy Davouta, Mortiera, Marmonta i Masseny; przewaga byłaby więc ciągle jeszcze po stronie francuskiej.

Cesarz postanowił  przekroczyć Dunaj pod Wiedniem, by odciąć pod Hollabrunn Kutuzowa, który, pobity pod Amstetten, przekroczył Dunaj pod Krems. Manewr ten powiódł się, ale niestety Murat pozwolił się Bagrationowi wodzić za nos i przerwał swój marsz.

Gdy Kutuzow posuwał  się w kierunku Hollabrunn, zaskoczyła go niespodziewana wiadomość, że Francuzi stoją na trakcie, który zamierzał osiągnąć i tym samym jest odcięty. Przy nim znajdował się generał Wintzingerode, który kierował planowaniem kampanii. Kutuzow wysłał go do Murata, by przekazać mu kłamliwą wiadomość, że w Schönbrunn rozpoczęte zostały rozmowy pokojowe. W związku z tym zaproponował zawieszenie broni, którego głównym warunkiem było pozostanie obu armii na zajmowanych właśnie pozycjach. Ponowne rozpoczęcie działań wojennych zapowiedziane miałoby być 6 godzin wcześniej. Murat, którego Wintzingerode omamił pochlebstwami, poczuł się zaszczycony, że jest pierwszym negocjatorem pokoju, przyjął zawieszenie broni, z zastrzeżeniem potwierdzenia go przez cesarza.

Następnego dnia z Muratem spotkał się książę Bagration i usilnie dopytywał się o innego francuskiego dowódcę, marszałka Lannes. Tenże, prosty człowiek, nie uchybiając zasadom uprzejmości, rzekł do księcia, że gdyby on sam tutaj dowodził, walczono by w tym momencie, zamiast wymieniać grzeczności. W rzeczywistości armia rosyjska, która rzekomo nie ruszała się, wykorzystywała w tym czasie swoją ariergardę jako zasłonę, maszerując za jej plecami w kierunku traktu wiodącego na Morawy. W ten sposób wyprowadzono Murata w pole.

Wkrótce dotarł  do niego adiutant cesarza, generał Lemarois, udzielając Muratowi srogiej reprymendy i przekazując jemu oraz marszałkowi Lannes rozkaz natychmiastowego przejścia do ataku, niezależnie od tego, o jakiej porze dnia otrzymali ten rozkaz.

Lannes postarał  się o wysłanie do księcia Bagrationa oficera, by poinformować go o otrzymanym rozkazie. Murat natychmiast przystąpił do przygotowań do natarcia. Książę Bagration miał wokół siebie 7-8 000 ludzi. Ponieważ manewr Kutuzowa nadal musiał zostać ukryty, postanowił prędzej polec niż ustąpić. Lannes posłał przeciwko niemu swoich grenadierów. Wrogie linie piechoty natarły na siebie prawie na całej nizinie. Przez pewien czas trwała pomiędzy nimi ożywiona mordercza wymiana ognia karabinowego, a następnie przystąpiono do ataku na bagnety. Walczono w środku nocy przy świetle płonącej wioski Schöngraben, która w końcu została w rękach Francuzów. Rosjanie walczyli bardzo dzielnie. Stracili prawie połowę swojej ariergardy, około 3 000 ludzi, z czego 1 500 zasłało pole bitwy. Ta krwawa bitwa miała miejsce 16 listopada (bitwa ta przeszła do historii pod nazwą bitwy pod Hollabrunn - przyp.tłum.).

19 listopada książę  Murat dotarł do Brna, stolicy Moraw. Nieprzyjaciel opuścił  miasto i cytadelę, mimo, że była w stanie przetrzymać regularne oblężenie.

Cesarz przeniósł  swoją kwaterę do Pohrlitz, gdzie dzień wcześniej generał Sebastiani odciął odwrót kilku oddziałom nieprzyjaciela, biorąc do niewoli 2 000 Rosjan.

20 listopada o godzinie 10 rano cesarz wjechał do Brna, gdzie powitali go przedstawiciele Moraw i arcybiskup.

W międzyczasie Rosjanie skoncentrowali liczący 6 000 ludzi korpus kawalerii, by bronić  skrzyżowanie dróg z Ołomuńca i Brna. Generał Walther trzymał  go przez cały dzień w szachu i ponawianymi bez przerwa atakami zmusił w końcu do opuszczenia tej pozycji. Mimo, że konie kawalerii francuskiej były bardzo zmęczone, książę Murat wysłał w bój dywizję kirasjerów generała d'Hautpoul oraz 4 szwadrony gwardii cesarskiej. Nieprzyjaciel został rozbity, pozostawiając na polu walki ponad 200 dragonów i kirasjerów. Podczas tego ataku kawalerii milczenie francuskich kirasjerów stanowiło dziwaczny kontrast do wrzasku rosyjskich jeźdźców. Rosyjska kawaleria jest dobrze wyszkolona i uzbrojona, cechuje ją odwaga i zdecydowanie, ale oddziały nie wiedzą, jak użyć swojej broni, dlatego pod tym względem ustępuje francuskiej.

Austriaccy generałowie Giulay i Stadion odwiedzili Napoleona w jego kwaterze głównej.

Po przyjęciu do wiadomości ich pełnomocnictw cesarz zaproponował tymczasowe zawieszenie broni, by zakończyć przelew krwi i przekonać się, czy Austriacy mają rzeczywiście poważne zamiary osiągnięcia definitywnego porozumienia. Łatwo doszedł do wniosku, że mieli oni zupełnie inne plany. Ponieważ nieprzyjaciel całą swoją nadzieję pokładał w armii rosyjskiej, cesarz przypuszczał, że pod Ołomuniec już dotarły albo wkrótce dotrą rosyjskie druga i trzecia armia i że przystąpienie do rokowań jest tylko fortelem wojennym, by uśpić jego czujność.

28 listopada o godzinie 9 rano forpoczty księcia Murata zostały zmuszone wycofać się przed chmarą Kozaków, wspieranych przez rosyjską kawalerię. Kozacy zajęli Wischau i wzięli do niewoli 50 dragonów 6.pułku, którzy tam biwakowali. W przeciągu dnia car Rosji dotarł do Wischau, a cała armia rosyjska zajęła pozycje za miastem.

Napoleon chciał bliżej poznać zamiary cara Aleksandra, posłał więc do niego swojego adiutanta, generała Savary, by przekazał carowi Rosji jego pozdrowienia. Savary powrócił, gdy cesarz właśnie przeprowadzał rekonesans nieprzyjacielskiego biwaku pod Wischau. Savary chwalił dobre przyjęcie podczas bezpośredniego spotkania z carem Rosji i Wielkim Księciem Konstantym. Ten ostatni okazał mu największą możliwą troskliwość. Ale w ciągu tych 3 dni, kiedy bawił u cara, Savary przeprowadził też rozmowy z niektórymi z 30 młodych fircyków, którzy nosząc najrozmaitsze tytuły przebywali przy kwaterze głównej, z których wynikało, że wśród wojskowych doradców cara panuje takie same zarozumialstwo, głupota i nieświadomość, jak wśród jego polityków.

Tak źle dowodzona armia musiała oczywiście popełniać błędy. Cesarz przyjął plan odczekania takowych i natychmiastowego ich wykorzystania. Symulując porażkę, wydał natychmiast rozkaz do odwrotu, zajął korzystną pozycję 13 kilometrów za poprzednią, kazał ostentacyjnie przygotowywać umocnienia i ustawić baterie.

Carowi zaproponował  rozmowę. Ten wysłał do francuskiego obozu księcia Dołgoruki. Książę nabrał przekonania, że w armii francuskiej panuje ostrożność i onieśmielenie. Wystawione posterunki polowe, pospiesznie zbudowane umocnienia, wszystko to utwierdziło rosyjskiego oficera w przekonaniu, że ma przed sobą prawie pobitą armię.

Wbrew swoim zwyczajom, cesarz, który zazwyczaj w kwaterze głównej nigdy nie przyjmował  parlamentariuszy z tak wielką ostrożnością, udał się  osobiście na linię forpoczt. Po wyymianie pierwszych uprzejmości rosyjski oficer chciał wyjaśnić aspekty polityczne. Mówił z pogardą i z trudno sobie wyobrażalną bezczelnością. Był kompletnie niezorientowany w sprawach Europy i sytuacji na kontynencie, był tylko echem Anglii. Rozmawiał z cesarzem jak z podporządkowanym mu rosyjskim oficerem, a swoim złym zachowaniem i arogancką postawą wzbudził u niego wielką niechęć. Cesarz nie pokazywał swojego niezadowolenia, a ten młody człowiek, który rzeczywiście miał wpływ na cara, powrócił do niego z przekonaniem, że armia francuska stoi na krawędzi klęski. Można sobie wyobrazić, jak trudno było cesarzowi wszystkiego tego ze spokojem wysłuchać, wiedząc, że Rosjanin zażądał oddania Belgii i osadzenia Żelaznej Korony na głowie jednego z najzaciętszych wrogów Francji.

Wszystkie te różne kroki odniosły swój skutek. Kierujący rosyjskimi sprawami zapaleńcy mogli całkowicie dać upust swojej niepohamowanej pysze. Nie było już mowy o pobiciu armii francuskiej, lecz o obejściu jej i wzięciu do niewoli: czyny, których dotychczas dokonała, były możliwe tylko wskutek tchórzliwości Austriaków. Mówiono, że austriaccy generałowie, którzy walczyli przeciwko Napoleonowi, ostrzegali na radzie wojennej, że nie należy maszerować na ślepo przeciwko armii, w której szeregach jest tylu wielce zasłużonych starych żołnierzy i oficerów. Widzieli oni jak cesarz w najcięższych  chwilach i mając przy sobie tylko garść ludzi, szybkimi i niespodziewanymi manewrami przechylał szalę zwycięstwa na swoją stronę i rozbijał przewyższające go liczebnie armie. Aktualnie niczego jeszcze nie osiągnięto, wręcz przeciwnie, wszystkie potyczki ariergardy pierwszej armii rosyjskiej zakończyły się na korzyść Francuzów. Wszystkim tym argumentom pyszałkowaci młodzi rosyjscy oficerowie przeciwstawiali odwagę 80 000 Rosjan, entuzjazm, którym napełniała ich obecność ich władcy oraz, czego być może nie odważyli się głośno powiedzieć, ich talenty, których ku ich zdumieniu, Austriacy nie byli skłonni właściwie cenić. 
 

II.

30 listopada Napoleon, ku swojej nieopisanej radości, zobaczył z wysokości swojego biwaku, jak armia rosyjska w odległości dwóch strzałów armatnich od francuskich forpocztów rozpoczęła ruch mający na celu obejście jego prawego skrzydła. Widząc, w jak wielkim stopniu arogancja i nieznajomość sztuki wojennej rozłożyła tę dzielną armię, Napoleon kilkakrotnie zawołał:

"- Do jutrzejszego wieczora armia ta będzie moją."

Po stronie nieprzyjaciela panowało inne odczucie. Zbliżył się on do francuskich posterunków na odległość pistoletowego strzału i przemieszczał się rozciągniętym na przestrzeni 18 kilometrów marszem flankowym przed armią francuską, która zdawała się nie mieć zamiaru opuścić swoich pozycji. Nieprzyjaciel obawiał się jedynie jednego: by armia francuska mu nie wymknęła się. Po stronie francuskiej uczyniono wszystko, by umocnić Rosjan w tym przekonaniu. Książę Murat wyprowadził na równinę niewielki korpus kawalerii, by następnie wycofać go w pośpiechu, sprawiając wrażenie przestraszonego potęgą sił wroga. Tak więc wszystko zdawało się przekonywać rosyjskiego dowódcę do kontynuowania tego źle obliczonego manewru.

Tego samego wieczoru Napoleon wydał następującą proklamację: 
 

"Do armii.

Na biwaku (10 frimaire'a roku XIV) 1 grudnia 1805. 
 

Żołnierze! Macie przed sobą rosyjskie wojsko, które pospieszyło tutaj, by pomścić klęskę armii austriackiej pod Ulm. Są to te same bataliony, które pobiliście pod Hollabrunn i ścigaliście aż tutaj.

Pozycje, które zajmujemy, są silne. Podczas gdy nieprzyjaciel obchodzi moje lewe skrzydło, odsłania mi swoją flankę do ataku.

Żołnierze! Sam przejmę dowodzenie Waszymi batalionami. Będę się trzymać z dala od ognia, jeśli Wy z właściwą sobie dzielnością wniesiecie zamieszanie w nieprzyjacielskie szeregi; jeśliby jednak choć przez chwilę zwycięstwo miało stać się wątpliwe, zobaczycie waszego cesarza walczącego w pierwszym szeregu, bo zwycięstwo musi być nasze - w takim dniu, kiedy w grę wchodzi honor francuskiej piechoty tak zrośnięty z honorem całego narodu.

Uważajcie, żeby Wasze linie nie przerzedziły się, nawet pod pozorem odtransportowania rannych; niech każdy z Was będzie do głębi przesiąknięty myślą, że ci najemnicy Anglii, którzy napełnieni są tak wielką nienawiścią do naszego narodu, muszą być pokonani.

To zwycięstwo zakończy kampanię, będziemy mogli zająć kwatery zimowe i ściągnąć nowe armie, które tworzone są we Francji. Wtedy zawrę pokój, godny mojego narodu, Was i mnie.

Napoleon" 
 

Wieczorem 30 listopada cesarz odwiedził na piechotę wszystkie biwaki. Chciał  pozostać incognito, ale zaledwie uczynił kilka kroków, natychmiast został rozpoznany. Niemożliwym jest opisać entuzjazm, który ogarnął oddziały na jego widok. W mgnieniu oka zapłonęło tysiące pochodni ze słomy, a 80 000 żołnierzy wiwatowało na jego cześć. Jedni krzyczeli do niego, że świętują rocznicę jego koronacji, inni, że następnego poranka przekażą swojemu cesarzowi świąteczny bukiet. Jeden z najstarszych grenadierów zbliżył się do niego i rzekł:

"- Sire, nie musi Pan wystawiać na niebezpieczeństwo. W imieniu grenadierów  przyrzekam Ci, że wystarczy byś walczył tylko wzrokiem, a my przekażemy Ci jutro, dla uczczenia rocznicy koronacji, sztandary i armaty armii rosyjskiej."

Gdy cesarz wrócił  do swej kwatery, którą był nędzny, pozbawiony dachu słomiany szałas, zbudowany dla niego przez grenadierów, powiedział:

"- To najpiękniejszy wieczór mojego życia. Dręczy mnie tylko myśl, że stracę tylu dzielnych ludzi. Ból, o jaki przyprawia mnie ta myśl, przekonuje mnie, że są to naprawdę moje dzieci. Czasem wyrzucam sobie to uczucie, bo obawiam się, że uczyni mnie to niezdolnym do prowadzenia wojny."

Gdyby nieprzyjaciel mógł  widzieć ten obraz, przeraziłby się; ale nierozsądny kontynuował  swój manewr, podążając ku swojej zgubie.

Cesarz natychmiast wydał  wszystkie rozkazy do bitwy. Posłał pospiesznie marszałka Davout do klasztoru w Raigern, gdzie z jedną ze swoich dywizji oraz dywizją dragonów zatrzymać miał on lewe skrzydło nieprzyjaciela, tak, aby w odpowiednim momencie cała armia nieprzyjacielska została otoczona. Dowództwo nad lewym skrzydłem przekazał marszałkowi Lannes, nad prawym marszałkowi Soult, nad centrum marszałkowi Bernadotte, a nad kawalerią, którą zebrał w jednym punkcie, księciu Murat. Lewe skrzydło marszałka Lannes opierało się o Santon (nazwa nadana niewielkiemu wzniesieniu przez żołnierzy, którzy uczestniczyli w kampanii w Egipcie z powodu jego łudzącego podobieństwa do znajdującego się tam wzgórza Santon, na którym znajdował się cmentarz derwiszów - przyp.tłum.), silną pozycję, którą cesarz polecił umocnić i ustawić tam 18 armat. Dzień wcześniej obronę tej znakomitej pozycji powierzył 17.pułkowi piechoty lekkiej i na pewno nie mógł dokonać lepszego wyboru. Dywizja generała Suchet tworzyła lewe skrzydło marszałka Lannes, generała Caffarelli prawe, wspierane kawalerią księcia Murat; ta miała przed sobą huzarów i strzelców konnych pod rozkazami generała Kellermanna oraz dywizje dragonów generałów Walther i Beaumont. W rezerwie stały dywizje kirasjerów generałów Nansouty i d'Hautpoul z baterią złożoną z 24 armat lekkiego kalibru.

Marszałek Bernadotte, stojący w centrum, miał po swojej lewej dywizję generała Rivaud, wspartą prawym skrzydłem na kawalerii księcia Murat, a po swojej prawej dywizję generała Drouet.

Marszałek Soult, głównodowodzący prawego skrzydła armii, miał po swojej lewej dywizję generała Vandamme, w centrum dywizję generała Saint-Hilaire, po swojej prawej dywizję generała Legrand.



Marszałek Davout stał  w oddaleniu, na prawo od generała Legrand, który obsadzał ujścia stawów dwóch wsi Sokolnice (Sokolnitz) i Telnice (Telnitz). Miał przy sobie dywizję Friant i dragonów generała Bourcier. Dywizja generała Gudin miała o świcie wyruszyć z Nikolsburga, aby powstrzymać ruch nieprzyjacielskiej kawalerii na prawym skrzydle.

Cesarz, wraz ze swoimi wiernym towarzyszem broni marszałkiem Berthier, swoim pierwszym adiutantem, generałem Junot i całym swoim sztabem stał przy rezerwie, złożonej z 10 batalionów gwardii i 10 batalionów grenadierów generała Oudinot, których częścią dowodził generał Duroc.

Rezerwa ta ustawiona była w dwie linie, w batalionowych kolumnach i odstępach; w przerwach pomiędzy nimi rozmieszczono 40 dział, obsługiwanych przez kanonierów gwardii. Tymi oddziałami odwodu cesarz chciał uderzyć wszędzie tam, gdzie okazałoby się to konieczne. Rezerwa ta była tak silna, że sama w sobie mogła być uważana za armię.

O godzinie 1 w nocy cesarz dosiadł konia. Przejechał wzdłuż posterunków, dokonał  rekonesansu ognisk nieprzyjacielskiego biwaku i zebrał meldunki od straży przednich. Dowiedział się z nich, że nieprzyjaciel spędza noc na pijaństwie i w tumulcie oraz że rosyjski korpus piechoty pokazał się pod wsią Sokolnice, zajętej przez jeden z pułków dywizji generała Legrand. Legrand otrzymał rozkaz ściągnięcia posiłków.

 

III.

Nastał świt i w końcu wstało promienne słońce. Był 2 grudnia, dzień  rocznicy koronacji cesarza, w ciągu którego miały dokonać się jedne z najwspanialszych czynów zbrojnych stulecia. Był piękny jesienny dzień.

Bitwa ta, którą  żołnierze nazywają "dniem 3 cesarzy", inni "dniem rocznicy", a cesarz bitwą pod Austerlitz zostanie złotymi literami wpisana do historii wielkiego narodu.

Cesarz, otoczony marszałkami, zwlekał z wydaniem ostatnich rozkazów aż do rozjaśnienia się horyzontu. Wraz z pierwszymi promieniami słońca rozkazy zostały wydane i każdy z marszałków podążył galopem do swojego korpusu. Przejeżdżając przed frontem ustawionych w szyku bojowym pułków, cesarz powiedział do żołnierzy:

"- Żołnierze, tę kampanię trzeba zakończyć uderzeniem pioruna, który skruszy pychę naszych nieprzyjaciół."

Żołnierze powiewali czakami uniesionymi na bagnetach i wołali:

"- Niech żyje cesarz!"

To był sygnał  do boju.

Chwilę potem z krańca prawego skrzydła, przed którym rozwinęła się już  nieprzyjacielska awangarda, rozległa się kanonada. Nieprzyjaciel niespodziewanie dla siebie natknął się na marszałka Davout, jego ruch został zatrzymany i rozpoczęła się walka.

W tym samym momencie marszałek Soult rozpoczął swój ruch do przodu. Wraz z dywizjami Vandamme i Saint-Hilaire maszerował w kierunku wzgórzom wioski Pratzen i przeciął prawe skrzydło nieprzyjaciela, którego ruchy stały się niepewne. Zagrożone atakiem na swoją flankę, prawe skrzydło nieprzyjaciela rozpoczęło odwrót; wierząc, że jest stroną atakującą, został sam zaatakowany i musiał uznać, że omal przegrał walkę.

Teraz do walki rzucił  swoją kawalerię książę Murat. Lewe skrzydło, dowodzone przez marszałka Lannes, maszerowało batalionami, jak na ćwiczeniach. Wzdłuż całego frontu wybuchła straszliwa kanonada. 200 armat i 200 000 walczących czyniło przeraźliwy zgiełk. To była prawdziwa walka olbrzymów. Bitwa trwała dopiero godzinę i już całe lewe skrzydło wroga było odcięte. Jego prawe skrzydło dotarło już do Austerlitz, gdzie znajdowała się kwatera obu cesarzy. By połączyć ponownie centrum z lewym skrzydłem, do walki została wprowadzona została gwardia cara. Jeden z batalionów 4.pułku liniowego został stratowany przez kawalerię gwardii rosyjskiej, ale Napoleon czuwał. Spostrzegł ten manewr i rozkazał marszałkowi Bessieres na czele jego "Niezwyciężonych" pospieszyć na pomoc prawemu skrzydłu i wkrótce obie gwardie zwarły się w walce wręcz. Nie było wątpliwości, co do zwycięzcy: już wkrótce gwardia rosyjska została rozbita; jej pułkownik został wzięty do niewoli, artyleria i sztandary, wszystko zostało zdobyte. Pułk księcia Konstantego został wybity, on sam zawdzięczał ratunek tylko szybkości swojego konia.

Ze wzgórz Austerlitz obydwa sprzymierzeni cesarze widzieli porażkę rosyjskiej gwardii.

W tej samej chwili ruszyło do przodu centrum Bernadotte'a. Trzy jego pułki odparły wspaniałą szarżę kawalerii nieprzyjaciela. Lewe skrzydło, pod marszałkiem Lannes, atakowało wielokrotnie, a wszystkie uderzenia były zakończone sukcesem. Wyróżniła się również dywizja generała Caffarelli, a dywizje kirasjerów opanowały nieprzyjacielskie baterie.

O godzinie 1 po południu zwycięstwo było przesądzone. Nawet przez minutę nie podlegało ono wątpliwości. Rezerwy nie musiały nigdzie wkroczyć do akcji.

Tylko na prawym skrzydle walczono jeszcze. Nieprzyjacielski korpus był tam okrążony, wyparty ze wszystkich wzgórz i wpędzony w nieckę przyparty do znajdującego się tam jeziora. Cesarz pospieszył tam z 20 armatami, korpus był wypierany z pozycji na pozycję i ukazał się straszliwy obraz, przypominający Abukir, gdy 20 000 ludzi rzuciło się na zamarznięte jezioro i w większości w nim utonęło, ponieważ Napoleon rozkazał strzałami armatnimi skruszyć lód.

Dwie rosyjskie kolumny, każda licząca po 4 000 ludzi, złożyły broń i poddały się. Cały park transportowy nieprzyjaciela wpadł w ręce Francuzów, łupem zwycięskiego dnia było 40 rosyjskich sztandarów, między nimi sztandary gwardii cesarskiej oraz znaczna liczba jeńców, około 20 000, wśród nich 12 albo 15 generałów.15 000 poległych Rosjan zaścieliło pole bitwy. Straty Francuzów wyniosły 800 zabitych i 15-16 000 rannych. W tym dniu rozbity został tylko jeden batalion 4.pułku piechoty liniowej. Wśród rannych znajdował się generał Saint-Hilaire, który mimo odniesionej na początku bitwy rany pozostał przez cały dzień na polu walki. Okrył się sławą, tak jak i generałowie dywizji Kellermann i Walther, generałowie brygady Valhubert, Thiébault, Sebastiani, Compans i Rapp. Ten ostatni - adiutant cesarza - atakując na czele grenadierów gwardii wziął do niewoli księcia Repnina, dowódcę rosyjskiego pułku kawalergardów.



Jednym słowem: cała armia okryła się chwałą. Szła bez przerwy do ataku z okrzykiem:" Niech żyje Cesarz!", a myśl, że tak wspaniale świętuje rocznicę cesarskiej koronacji, na pewno dodatkowo zagrzewała ją do walki.

Armia francuska była doborowa i liczna, ale jednak liczbowo ustępowała liczącej 105 000 ludzi (80 000 Rosjan i 25 000 Austriaków) armii nieprzyjaciela. Połowa tej armii została zniszczona, reszta rozbita, większa jej część porzuciła swoją broń.

W dzień po bitwie Napoleon skierował do swojej armii następującą odezwę: 
 

"Austerlitz, 12 frimaire roku XIV (3 grudnia 1805)

Żołnierze!

Jestem z Was zadowolony; w dniu bitwy pod Austerlitz uzasadniliście wszystkie moje oczekiwania, jakie pokładałem w Waszej odwadze. Przyozdobliście Wasze orły nieśmiertelną sławą. Licząca 100 000 armia prowadzona przez cesarzy Rosji i Austrii, w przeciągu mniej niż 4 godzin została rozbita i rozproszona. Kto uszedł Waszym bagnetom, ten utonął w jeziorach.

40 sztandarów, sztandar rosyjskiej gwardii cesarskiej, 120 armat, 20 generałów, ponad 30 000 jeńców - oto rezultat tego dnia, który zapamiętany zostanie na wieczność. Ta tak często wychwalana piechota, mimo swojej przewagi liczebnej nie oparła się Waszym atakom i nie ma już przeciwnika, którego moglibyście obawiać się. W ten sposób w ciągu 2 miesięcy trzecia koalicja została zwyciężona i rozwiązana. Pokój jest niedaleko, ale dotrzymam mojej obietnicy, danej mojemu narodowi, zanim przekroczyłem Ren: zawrę tylko taki pokój, który da nam gwarancje i zapewni nagrodę naszym sojusznikom.

Żołnierze! Skoro lud Francji włożył na me skronie cesarską koronę, w Was poszukałem oparcia, by okryta była ona zawsze tym wielkim blaskiem chwały, który w moich oczach stanowi o jej cenie. W samym jednak czasie nasi wrogowie zapragnęli ją zniszczyć i poniżyć. Chcieli mnie zmusić, abym tę Żelazną Koronę, zdobytą ofiarą krwi tylu Francuzów, włożył na głowę naszych okrutnych wrogów. Właśnie w dniu rocznicy koronacji Waszego cesarza przekreśliliście i pomieszaliście te zuchwałe i oszalałe zamysły! Daliście im nauczkę, że łatwiej jest rzucać nam wyzwanie i nam grozić, aniżeli nas zwyciężyć.

Żołnierze! Gdy wydarzy się wszystko, co konieczne jest, by zapewnić szczęście i pomyślność naszej ojczyźnie, poprowadzę Was z powrotem do Francji i tam będziecie obiektem mojej najczulszej opieki. Mój lud powita Was z radością i nie będziecie musieli nic więcej powiedzieć, jak tylko: "ja byłem pod Austerlitz", by Wam odpowiedziano: "oto dzielny człowiek!"

Napoleon" 
 

Dzień ten będzie w St.Petersburgu opłakiwany krwawymi łzami. Należałoby sobie życzyć, by car Rosji w przyszłości z odrazą odrzucił złoto Anglii i żeby ten młody książę, którego tak wiele zalet predestynuje do tego, by został ojcem swoich poddanych, uwolnił się spod wpływów niektórych z tych 30 chłystków, których Anglia z taką zręcznością opłaca i których zuchwalstwo rzuca cień na jego dobre zamiary, zabiera mu miłość jego żołnierzy i prowadzi na zupełnie błędne drogi! Natura, która wyposażyła go tak licznymi darami, stworzony jest, by być pociechą Europy. Perfidni doradcy popchnęli go w ramiona Anglii, a historia postawi go w szeregi ludzi, którzy utrwalili stan wojenny na kontynencie, umocnili brytyjską tyranię na morzu i przypieczętowali nieszczęście naszej generacji. Jeżeli Francja miałaby przystać na zawarcie pokoju, które cesarzowi zaproponował adiutant cara, Dołgoruki, a które Nowosilcow oficjalnie przedłożył, armia rosyjska musiałaby najpierw rozbić biwaki na wzgórzach Montmartre.

Żadne pole bitwy nie wyglądało tak okropnie, jak to pod Austerlitz. Okropne były krzyki tysięcy nieszczęśliwców, którzy tonęli w jeziorach i którym nie można było przyjść na ratunek. Serce krwawiło na ten tragiczny widok!  Za całą przelaną krew, za wszystkie nieszczęścia odpowiedzialni są perfidni mieszkańcy wyspy, w szczególności tchórzliwa oligarchia, stojąca na czele londyńskiego rządu! 
 

IV.

4 grudnia Napoleon opuścił  Austerlitz i udał się do linii forpoczt w okolicach Zieroschitz. Krótko potem spotkał się z austriackim cesarzem. Obaj monarchowie odbyli 2-godzinną rozmowę. Niemiecki cesarz nie potrafił, zarówno w imieniu swoim, jak i w imieniu cara, ukryć pogardy, którą wywołało w nich postępowanie Anglii.

"- To są kupcy - powtarzał - którzy wzniecają ogień na kontynencie, by zapewnić sobie światowy handel."

Obaj władcy uzgodnili zawieszenie broni oraz najgłówniejsze warunki traktatu pokojowego. Niemiecki cesarz poinformował Napoleona, że car zamierza zawrzeć separatystyczny pokój, ale porzuci również sprawę Anglii i nie będzie się nią więcej interesować. Niemiecki cesarz podkreślał, że w konflikcie z Anglią Francja ma niewątpliwie rację. Gdy poprosił o zawieszenie broni dla reszty armii rosyjskiej, Napoleon zwrócił mu uwagę, że armia rosyjska jest okrążona i żywa noga nie może ujść Francuzom, "...ale - dodał - by sprawić przyjemność carowi Aleksandrowi przepuszczę rosyjską armię i zatrzymam marsz moich kolumn, jeżeli Wasz Majestat zagwarantuje mi, że armia rosyjska opuści Niemcy, austriacką Polskę, a także pruską Polskę i powróci do Rosji."

"- Taki zamiar ma car Aleksander - odpowiedział niemiecki cesarz - mogę o tym zapewnić. Zresztą jeszcze tej nocy Wasz Majestat przekona się o tym z informacji własnych oficerów."



Napoleon odprowadził  niemieckiego cesarza do powozu, pozwolił przedstawić sobie księcia von Lichtenstein i księcia von Schwarzenberg, pożegnał  cesarza Austrii i powrócił do Austerlitz. Adiutant cesarza, generał Savary, towarzyszył niemieckiemu cesarzowi od miejsca jego pobytu, by dowiedzieć się, czy car ratyfikuje traktat o kapitulacji. Zastał armię rosyjską w stanie straszliwego rozkładu i pozbawioną wszystkich swoich armat i wozów bagażowych. Była północ. Generał Merveldt został przepędzony przez marszałka Davout z Göding, a armia rosyjska okrążona. Książę Czartoryski zaprowadził generała Savary do cara.

"- Niech Pan powie swojemu cesarzowi - zawołał ten do niego - że odchodzę. On sprawił cud, a ten dzień powiększył mój podziw dla niego. Jest wysłannnikiem nieba. Będę potrzebować 100 lat, by doprowadzić moją armię do identycznego stanu. Ale mogę bezpiecznie wycofać się?"

"- Tak, Sire - odpowiedział generał Savary - jeżeli Wasz Majestat ratyfikuje to, co zostało ustalone w rozmowie pomiędzy cesarzami Francji i Austrii."

"- A co to oznacza?"

- Że armia Waszego Majestatu wycofa się ustalonymi przez francuskiego cesarza etapami i opuści Niemcy i Polskę. Jeżeli te warunki zostaną przyjęte, udam się na rozkaz cesarza do naszych forpoczt, które już was otoczyły, by przekazać im jego zalecenia dotyczące waszego odwrotu. Cesarz chce przyjaciela Pierwszego Konsula wziąć pod swoją ochronę."

"- A jakich gwarancji Pan wymaga?"

"- Twojego słowa, Sire." 

"- Daję go Panu."

Na te słowa generał  Savary udał się galopem do marszałka Davout i wydał  mu rozkaz wstrzymania wszelkiego ruchu i zachowania spokoju.

Generał Savary spędził na rozmowie z carem prawie godzinę i uznał  go, mimo ciosów losu, za człowieka z sercem i rozumem.

"- Byliście słabsi liczebnie - powiedział car - ale mimo tego mieliście przewagę we wszystkich punktach walki."

"- Sire - odparł Savary - to jest sztuka wojenna i owoce 15 lat chwały oręża. To jest 40 bitwa, którą stoczył cesarz."

"- To prawda, on jest wielkim wojownikiem. Ja byłem po raz pierwszy w ogniu. Nigdy nie rościłem pretensji równania się z nim".

"- Sire, gdy będziesz mieć więcej doświadczenia, pewnego dnia być może będziesz ponad nim."

"- Wracam do mojej stolicy. Pospieszyłem na pomoc niemieckiemu cesarzowi. Przekazał mi, że jest zadowolony, ja jestem też." 
 

7 grudnia z obozu polowego pod Austerlitz cesarz opublikował następujące zarządzenia: 
 

Dekret

Art.I. Wdowy po generałach, którzy polegli w bitwie pod Austerlitz, otrzymają dożywotnią pensję w wysokości 6 000 franków; wdowy po pułkownikach i majorach takąż w wysokości 2 400 franków; wdowy po kapitanach - 1 2000 franków; wdowy po oficerach - 800 franków, a wdowy po żołnierzach 200 franków rocznie.

Art. II. Nasz minister wojny jest odpowiedzialny za wykonanie tego dekretu, który opublikowany zostanie w rozkazie dziennym do armii i w Dzienniku Ustaw.

Napoleon 
 

Dekret

Art.I. Adoptujemy wszystkie dzieci generałów, oficerów i żołnierzy, którzy polegli w bitwie pod Austerlitz.

Art.II. Będą one utrzymywane i wychowywane na nasz koszt, chłopcy w cesarskim pałacu w Rambouillet, dziewczynki w cesarskim pałacu w Saint-Germain.

Art.III. Mają one prawo dodania do swojego imienia i nazwiska imienia Napoleon. Nasz minister sprawiedliwości wypełni wszystkie formalności, przewidziane prawem cywilnym.

Art. IV. Nasz wielki marszałek dworu i intendent generalny są odpowiedzialni za wykonanie tego dekretu, który opublikowany zostanie w rozkazie dziennym do armii i w Dzienniku Ustaw.

Napoleon 
 

V.

Napoleon zamierzał  3 południowo-niemieckie państwa przywiązać do siebie więzami małżeńskimi. Potrzebował królewiczów i królewny, by za pośrednictwem związków rodzinnych ze swoją dynastią uzyskać odpowiedni wpływ.

Książę Eugeniusz de Beauharnais był bliski jego sercu. Uczynił z niego wicekróla Włoch i szukał dla niego żony. Jego wzrok padł na córkę elektora Bawarii, wspaniałą księżniczkę, która będzie ideałem dla wybranego dla niej męża. Ponieważ największą część odebranych Austrii terytoriów przeznaczył dla Bawarii, chciał, by ich część tworzyła posag francuskiego księcia.

Ale księżniczka Augusta była obiecana następcy tronu Badenii, a jej matka, nieprzejednany wróg Francji, powoływała się na to zobowiązanie, by zapobiec związkowi z francuskim księciem. Generał Thiard, który w czasach, gdy służył w Armii Conde, nawiązał kontakty na małych dworach, został wysłany do Monachium i Karlsruhe, by usunąć przeszkody stojące na drodze temu związkowi. Generał, który był zręcznym negocjatorem, zdobył dla siebie baronową Hochberg, żyjącą w morganatycznym związku z władcą Badenii i potrzebowała pomocy Francji dla uznania swoich dzieci. Dzięki wpływom tej damy dwór badeński dał się przekonać do rezygnacji z ręki księżniczki Augusty bawarskiej. Po osiągnięciu tego, elektor i jego małżonka nie mieli już żadnych pretekstów, by nie dopuścić do tego związku, który w posagu przynosił im Tyrol i część Szwabii.

To nie było jedyne małżeństwo, o którym myślał Napoleon. Następcę tronu Badenii (Karol Ludwik Badeński, 1786-1818 - przyp. tłum.), któremu zabrano księżniczkę, należało też ożenić. Napoleon przeznaczył dla niego Stefanię de Beauharnais, sympatyczną, mądrą damę, której chciał dać tytuł księżniczki. Zlecił generałowi Thiard doprowadzenie do skutku również to drugie małżeństwo. 

W końcu stary książę  Wirtembergii miał córkę, księżniczkę Katarzynę. Napoleon życzył jej sobie dla swojego brata Hieronima. Ale ten, bez zezwolenia rodziny związał się w Ameryce więzami, które teraz należało rozwiązać. Dlatego to małżeństwo musiało zostać przesunięte. Oprócz zdobyczy terytorialnych, które przypadły Bawarii, Wirtembergii i Badenii Napoleon zamierzał dodać jeszcze tym domom tytuły królewskie.

Ponadto przekazano tym książętom władzę  nad niezależną arystokrację (arystokracja Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego podległa bezpośrednio cesarzowi i niezależna od władców państw, na terenie których znajdowały się ich posiadłości - przyp. tłum.) i zwolniono z lenna, które żądał od nich cesarz austriacki.

Ponieważ elektor Badenii w swojej skromności uznał, że z powodu swoich dochodów tytuł królewski mu nie przysługuje, pozostawiono mu tytuł elektora, podnosząc do godności królewskiej elektora Wirtembergii.

Dla wszystkich tych korzyści 3 książęta zobowiązywali się do wspierania Francji w każdej wojnie, której celem byłaby obrona jej aktualnego stanu posiadania oraz pokoju z Austrią. Francja ze swojej strony zobowiązywała się, jeżeli będzie to konieczne, do chwycenia za broń dla obrony posiadłości książąt.

Te sojusze podpisane zostały 10, 11 i 12 grudnia. Generał Thiard przy swoim odjeździe otrzymał  polecenie rozpoczęcia negocjacji na temat wspomianych małżeństw.

 

VI.

Haugwitz (Christian August von Haugwitz, 1752-1832, pruski polityk i dyplomata, kierował w latach 1792-1804 polityką zagraniczną Prus; po rezygnacji ze stanowiska i zastąpieniu przez Hardenberga, polityczny doradca króla Fryderyka Wilhelma III - przyp. tłum.), który pod płaszczykiem pośrednictwa chciał wymusić na Napoleonie warunki, zastał go w triumfie i jako pana całej Europy. Bez wątpliwości było jeszcze teraz możliwym stawienie Napoleonowi czoła, jeżeli jego przeciwnicy byliby zgodni, uparci i mocni. Ale Rosja przeszła od zarozumiałości do rezygnacji. Wstrząśnięta Austria leżała u stóp swojego pogromcy, a Prusy drżały na samą myśl o wojnie. Oprócz tego sojusznicy byli wobec siebie nieufni. Haugwitz odwiedzał nieprzewanie i wyłącznie ambasadę francuską, posuwał swoje pochlebstwa tak daleko, że codziennie miał przepasaną Wielką Wstęgę Orderu Legii Honorowej i z najwyższym podziwem opowiadał o bitwie pod Austerlitz i geniuszu Napoleona. Nie potrafił opanować podniecenia na myśl, co go czeka.

13 grudnia Napoleon przybył  do Wiednia i kazał wezwał Haugwitza do Schönbrunn, gdzie przyjął go w sali audiencyjnej Marii Teresy. Był poinformowany o egzystencji podpisanego 3 listopada traktatu, w którym Prusy w określonych okolicznościach zobowiązywały się do przystąpienia do koalicji. Robił Haugwitzowi gwałtowne zarzuty, że on, dawniej zwolennik pokoju, który swoją sławę postawił na neutralność, który chciał pertraktować nawet z Francją, okazał słabość, zjednoczył się w Poczdamie z Austrią i Rosją i przyjął zobowiązania, które nieuchronnie musiały prowadzić do wojny. Napoleon gorzko skarżył się na dwulicowość jego gabinetu, na chwiejność jego króla, rządy kobiet na dworze i dał do zrozumienia, że teraz, kiedy pozbył się swoich wrogów, może zrobić z Prusami, co będzie chcieć. Następnie zapytał podniesionym głosem, czego Prusy właściwie chcą, jaka politykę zamierzają prowadzić i zażądał na wszystkie te pytania pełnej i wiążącej odpowiedzi.

Haugwitz ochłonął wkrótce z chwilowego zamieszania, bo był człowiekiem równie zrównoważonym, jak i mądrym. Był przekonany, że Napoleon w gruncie rzeczy pragnie pojednania i wkrótce się uspokoi, jeżeli Prusy zerwą swoje powiązania z koalicją.

W tym sensie zręcznie i wiarygodnie przedstawił stosunki, które porwały Prusy, zganił  tych, którzy byli wystarczająco słabi, by z czystego przypadku zrezygnować z rzeczywistej polityki państwa i dał w końcu dość wyraźnie do zrozumienia, że jeżeli Napoleon tylko chce, wszystko zostanie załagodzone, a w miejsce obecnego napięcia podpisany może być nawet traktat sojuszniczy.

Napoleon przejrzał Haugwitza i poznał, że Prusy niczego innego nie pragną, jak przez wykonanie niespodziewanego zwrotu odzyskać jego łaski. Z tego powodu przyszło mu do głowy, by zaproponować Haugwitzowi projekt, który już w Berlinie przedstawił Duroc, a mianowicie formalny sojusz z Francją za cenę Hanoweru. To było oczywiście niegodne  honoru pruskiego gabinetu, bo Napoleon wymagał od niego, w pewnym sensie za wynagrodzeniem, rezygnacji z przyrzeczenia danego przy grobie Fryderyka Wielkiego. Zażądał, by Prusy, po tym, jak w Poczdamie na życzenie Europy odłączyły się od Francji, w Wiedniu, na życzenie Francji, odłączyły się od Europy. Wypowiadając to życzenie Napoleon przez długi czas patrzył Haugwitzowi w oczy.

Pruski minister nie okazał  jednak ani zaskoczenia ani niezadowolenia. Wydawał się nawet zachwyconym, że zamiast wypowiedzenia wojny przywiezie z Wiednia Hanower i sojusz z Francją. Haugwitz mógł się jednak obawiać, że Napoleon pomaszeruje przez Czech i niespodziewanie skieruje się na Berlin. Dlatego był szczęśliwy, że udało mu się sytuację, która groziła nieszczęściem, zakończyć przyrostem terytorialnym. Jeżeli chodzi o wierność w stosunku do sojuszników, to traktował ich tak, jak byli do tego przyzwyczajeni. Propozycję Napoleona przyjął jeszcze podczas tej samej rozmowy.

Napoleon, zadowolony z powodzenia jego planu, rzekł do Haugwitza:

"- Jest więc zdecydowane. Dostaniecie Hanower. W zamian dacie mi kilka terytoriów, które potrzebuję i podpiszecie z Francją traktat sojuszniczy. Ale musicie kamaryli w Berlinie nakazać milczenie, traktować ją z należną jej pogardą i zapewnić zwycięstwo polityki ministerstwa nad polityką dworu."

Te aluzje Napoleona dotyczyły królowej, księcia Ludwika i ich otoczenia.

Wydał generałowi Duroc rozkaz porozumienia się z Haugwitzem i opracowania warunków sojuszu.

Napoleon spotkał  się z Haugwitzem 13 grudnia. Traktat został 14 grudnia opracowany, a 15. w Schönbrunn podpisany. Główne jego punkty były następujące:

Francja traktuje Hanower jako swoją zdobycz i odstępuje go Prusom. W zamian za to Prusy odstąpią Bawarii hrabstwo Ansbach, właśnie tę prowincję, przez którą nie chciały pozwolić Francuzom przemaszerować. Francji oddadzą księstwo Neuchâtel i księstwo Cleve (Kliwii) wraz z twierdzą Wesel. Oba mocarstwa gwarantują sobie nawzajem swoje posiadłości.

Był to prawdziwy ofensywno-defensywny traktat, tak zresztą nazwany, które odrzucono przy podpisywaniu wszystkich poprzednich traktatów.

Napoleon zażądał  Neuchâtel, Cleve i Ansbach, z zamiarem oddania tego ostatniego Bawarii w zamian na księstwo Bergu, dlatego, by móc obdarować swoich najlepszych współpracowników donacjami. Dla Prus była to niewielka ofiara, ale dla niego cenny obiekt do wynagrodzenia. 
 

VII.

Austriaccy pełnomocnicy oczekiwali na Talleyranda w Preszburgu, które Napoleon wyznaczył na nowe miejsce rokowań, bo Brno było dla niego zbyt oddalone od Wiednia; Talleyrand przybył do Preszburga w połowie grudnia. Uzgodniono stanowiska straż przednich obu armii. Arcyksiążęta zbliżyli się do Preszburga i zajęli pozycje oddalone o 2 dnia marszu od Wiednia, gdzie zebrał większość swoich oddziałów Napoleon; kazał Massenie przybliżyć się do siebie drogą ze Styrii (Steiermarku). W stolicy Austrii i jej okolicy stacjonowało prawie 200 000 Francuzów. Napoleona złościła polityka zwlekania dworu habsburskiego i chciał ponownie rozpocząć działanie wojenne. Ale na to Austria nie mogła sobie pozwolić, teraz, po odpadnięciu Prus i rezygnacji, która opanowała cara Aleksandra. Obojętnie, jak wielkie musiały zostać poniesione ofiary, Wiedeń musiał je ponieść.

26 grudnia podpisano w Preszburgu traktat pokojowy, w którym postanowiono, że Austria odstąpi państwa weneckie, Friul, Istrię i Dalmację. W ten sposób do Francji przyłączone zostały Triest i Cattaro. Tereny te zjednoczone miały zostać z królestwem Włoch. Ponownie omawiano rozłączenie koron Francji i Włoch, ale w tak ogólnikowy sposób, że podział ten mógł zostać przesunięty albo do czasu ogólnego pokoju albo śmierci Napoleona.

Bawaria otrzymała Tyrol, obiekt swoich ciągłych życzeń, a mianowicie zarówno Tyrol niemiecki, jak i włoski. Austria jako rekompensatę otrzymała księstwa Salzburg i Berchtesgaden, które w 1803 roku oddano arcyksięciu Ferdynandowi, byłemu Wielkiemu Księciu Toskanii, a Bawaria odszkodowała księcia biskupstwem Würzburga, które otrzymała również w 1803 roku w wyniku sekularyzacji.

W ten sposób terytorium Austrii było lepiej zaokrąglone, ale tracąc Tyrol utraciła ona swój cały wpływ na Szwajcarię i Włochy, a arcyksiążę Ferdynand, przeniesiony w środek Frankonii przestawał znajdować się  pod jej bezpośrednim wpływem. Państwo, które przyznano temu księciu, nie było już, jak wcześniej, tylko dodatkiem do austriackiej monarchii.

Do odszkodowania w postaci Salzburga dodano Austrii uzyskane w procesie sekularyzacji dobra Zakonu Krzyżackiego, które po przekształceniu w posiadłości dziedziczne mogły zostać oddane jednemu z arcyksiążąt. Ludność ich liczyła 120 000, a przynoszone dochody wynosiły 150 000 guldenów. Arcyksiążę Ferdynand zachował tytuł elektora i swój głos w kolegium arcyksiążąt.

Austria uznała wywyższenie do godności królewskiej elektorów Wirtembergii i Bawarii i dała swoje przyzwolenie, by władcy Bawarii, Wirtembergii i Badenii mieli te same prawa wobec mieszkającej na ich terytoriach niezależnej arystokracji jak cesarz w swoim cesarstwie.

Francja dokonała w znaczącej części Niemiec socjalną przemianę, dokonując tam centralizacji władzy na rzecz suwerena i likwidując wszelkie wpływy feudalnej natury.

Równocześnie kontynuowany był proces sekularyzacji, bo z Zakonem Krzyżackim zniknął jeden z dwóch ostatnich jeszcze istniejących kościelnych księstw, z których nie pozostało już żadne więcej poza eletoratem Regensburga. Również ta sekularyzacja przebiegła, jak już wcześniej, na korzyść największego dworu Niemiec.

Austria, z Włoch definitywnie usunięta, wskutek oddania Tyrolu z utraconą dominacją w Alpach, wypchnięta za Inn, pozbawiona swoich przyczółków w Szwabii, swoich praw lennych w państwach południa Niemiec, poniosła niesamowite straty materialne i polityczne. Straciła 4 z 24 milionów mieszkańców, 15 z 103 milionów dochodów.  
 

27 grudnia cesarz wydał  następującą proklamację do armii:

Schönbrunn, 6 nivôse'a roku XIV (27 grudnia 1805)

"Żołnierze!

Pokój zawarty między mną i cesarzem Austrii został podpisany. W ciągu tej jesieni wzięliście udział w dwóch kampaniach i spełnili wszystkie oczekiwania, które w Was pokładałem. Wyjeżdżam do mojej stolicy. Przyznałem awanse i nagrody tym, którzy wyróżnili się najbardziej. Dotrzymam wszystkich danych Wam obietnic. Widzieliście Waszego cesarza dzielącego z Wami wszystkie trudy i niebezpieczeństwa, chcę, abyście teraz ujrzeli mnie w całej okazałości i splendorze, który należny jest władcy pierwszego narodu świata. W pierwszych dniach maja odbędą się w Paryżu wielkie uroczystości; weźmiecie w nich wszyscy udział, a potem zobaczymy, dokąd wezwie nas dobro naszej ojczyzny i wielkość naszej sławy.

Żołnierze! W ciągu trzech miesięcy, potrzebnych do Waszego powrotu do Francji, będziecie przykładem dla wszystkich armii: nie musicie już dawać przykładów odwagi i brawury, lecz dowody surowej dyscypliny. Niech moi sprzymierzeńcy nie muszą skarżyć się na Wasz przemarsz, a po dotarciu do naszej świętej ziemi, zachowujcie się jak dzieci wśród rodziny. Mój lud przyjmie Was tak, jak przyjmuje się swoich bohaterów i swych obrońców.

Żołnierze! Myśl zobaczenia Was wszystkich za sześć miesięcy zgromadzonych wokół mojego pałacu raduje moje serce i już dziś ogarnia mnie najgłębsze wzruszenie. Uczcimy pamięć tych, którzy w tych kampaniach padli na polu chwały. Świat musi wiedzieć, że my wszyscy jesteśmy gotowi, jeśli będzie trzeba, pójść za ich przykładem i uczynić jeszcze więcej niż uczyniliśmy dotychczas przeciwko tym, którzy chcieliby obrazić nasz honor albo daliby się przekupić złotem wiecznego wroga kontynentu.

Napoleon"

 

Tom VII. Rozdz. VIII. Związek Reński. 
 

I. Państwa satelickie cesarstwa. - II. Plany nowej organizacji Niemiec. - III. Zabezpieczenie rodziny cesarskiej. - IV. Wynagrodzenie współpracowników cesarza. - V. Utworzenie Związku Reńskiego.  
 



I.

Gdy Napoleon przedłożył  tytuł cesarski nad królewskim, początkowo marzyło mu się wielkie imperium, panujące na wieloma państwami satelickimi, a więc czegoś na wzór Rzeszy Niemieckiej, która istniała jeszcze tylko z nazwy.

Państwa satelickie już zostały znalezione i powinny zostać rozdzielone pomiędzy członków rodziny Bonaparte. Eugeniusz Beauharnais, którego przyjął jak własne dziecko i ożenił z księżniczką bawarską, był już wicekrólem Włoch i panował nad najważniejszą częścią półwyspu, od Toskanii do Alp Julijskich. Józef był przeznaczony na króla Neapolu. Gdyby zdobyto dla niego jeszcze Sycylię, posiadałby jedno z najpiękniejszych królestw drugiego rzędu. Holandia, która jako republika była trudna do rządzenia, była całkowicie uzależniona od Napoleona, który wierzył, że może ją na zawsze związać ze swoim systemem, jeżeli uczyni z niej królestwo i odda swojemu bratu Ludwikowi. W ten sposób 3 królestwa, Neapol, Włochy i Holandia mogły być podporządkowane jego imperium.

W tej wielkiej hierarchii państw satelickich chciał on mieć drugi i trzeci rząd, złożony, na wzór niemieckich państw lennych, z większych i mniejszych księstw.  Dla swojej starszej siostry utworzył już księstwo Lucca i zamierzał je teraz powiększyć o księstwo Massa. Chciał też utworzyć jeszcze jedno, księstwo Guastalla, wydzielone również z królestwa Włoch. W porównaniu z przyrostem terytorium królestwa o państwa weneckie, rozdrobnienie to było mało znaczące. Napoleon otrzymał od Prus Neuchâtel, Ansbach i resztę księstwa Cleve (Kliwii). Ansbach dał Bawarii, otrzymując za to księstwo Bergu, ładny kraj, leżący na prawym brzegu Renu poniżej Kolonii, na którego terytorium położona była ważna twierdza Wesel. Strasburg, Moguncja i Wesel to 3 cugle Renu.

W górnych Włoszech były jeszcze Parma i Piacenza; w królestwie Neapolu Pontecorvo i Benevent, lenna, o które kłóciły się Neapol i papież, który ostatnio dawał Napoleonowi dużo powodów do niezadowolenia.

W ten sposób Napoleon mógł pośród swoich siostr i najwierniejszych współpracowników rozdzielić oprócz kilku królestw jeszcze księstwa Lucca, Guastalla, Benevent, Pontecorvo, Parma, Piacenza, Neuchâtel oraz Berg. Oddając Józefowi królestwo Neapolu, powiększając Włochy Eugieniusza o państwa weneckie, Napoleon chciał utworzyć tam około 20 mniejszych księstw i oddać je swoim najlepszym generałom i dostojnikom, by utworzyć w swoim cesarstwie trzeci rząd i wynagrodzić ludzi, którym on zawdzięczał tron, a Francja swoją wielkość.

Gdy sam nagrodził  się koroną cesarską za czyny, których dokonała wraz z nim obecna generacja, obudził u swoich towarzyszy pragnienie nagród. Niestety nie naśladowali oni generałów Republiki i często, jeżeli nie zostali wystarczająco szybko nagrodzeni, brali sami. We Włoszech, a konkretniej w państwach weneckich, miały miejsce haniebne wypadki wymuszania, które Napoleon surowo potępiał. Wykrył tajemnicę wymuszeń, wezwał winnych do siebie, zmusił do wyznania prawdy i rozkazał natychmiast wszystko zwrócić, rozpoczynając w pierwszej kolejności od sprawcy, który miał do odprowadzenia do kasy armii znacznych sum.

Jeżeli jednak wymagał od swoich generałów uczciwości, to przecież nie powinni oni zostać z pustymi rękami.

"- Powiedzcie im - pisał do Eugeniusza i Józefa, którzy byli przełożonymi większości winnych oficerów - że dam im wszystkim dużo więcej, niż są w stanie sami zebrać. To, co zagarną, okryte będzie hańbą, co otrzymają ode mnie, wyróżni ich i będzie na zawsze świadectwem ich sławy. Jeżeli wynagradzają się sami, to robią to kosztem mojego narodu i ściągają na Francję nienawiść pokonanych; to, co ja daję, pochodzi z oszczędności i nie zostało nikomu zrabowane. Niech poczekają, a obsypię ich bogactwem i chwałą i nie będą musieli więcej wstydzić się przemocy." 
 

Podobnie jak w Rzeszy Niemieckiej nowi królowie mieli zachować wszystkie swoje przywileje dostojników cesarstwa. Józef miał pozostać Wielkim Elektorem, Ludwik konetablem, Eugeniusz arcykanclerzem, Murat Wielkim Admirałem. W czasie ich nieobecności ich obowiązki wypełniać mieli zastępcy, wicekonetabl, zastępca Wielkiego Elektora itd., wybrani spośród dostojników państwa, co zwiększało ilość stanowisk do rozdziału. Królowie powinni często rezydować we Francji i mieć w Luwrze do dyspozycji królewskie komnaty. Tworzyć oni mieli radę królewskiej rodziny, wypełniać określone funkcje w przypadku sprawowania opieki nad nieletnim i wybierać cesarza w przypadku wymarcia linii męskiej.

Podobieństwo z Rzeszą  Niemiecką było oczywiste. Cesarstwo Franków mogło znowu stać  się, jak to było za czasów Karola Wielkiego, Cesarstwem Zachodu i nawet przyjąć tę nazwę.

Splot okoliczności doprowadził do rozwiązania Rzeszy Niemieckiej, znosząc dostojny tytuł cesarza Niemiec, który wśród następców Karola Wielkiego zastąpił tytuł cesarza Zachodu. 
 

II.

Gdy Napoleon w traktatach z Austrią poczynił przygotowania do wynagrodzenia swoich wiernych sojuszników w południowych Niemczech i stworzył warunki do ich wstąpienia w koalicję z cesarzem, zapowiedział tym samym bliskie rozwiązanie starej Rzeszy Niemieckiej.

W 1803 roku Francja została wezwana do wtrącenia się w wewnętrzne sprawy Niemiec; książęta, którzy z powodu oddania Francji terytoriów leżących na lewym brzegu Renu w części lub całkowicie stracili swoje państwa, szukali odszkodowania na drodze sekularyzacji księstw kościelnych. Ponieważ nie potrafili oni porozumieć się, wezwali Napoleona, by przeprowadził podział, sprawiedliwy i zgodny z prawem, bez czego byłby on niemożliwy. Prusy i Austria otrzymały również dobra kościelne, żałując jedynie, że nie otrzymały więcej.

Zaledwie pośredniczące mocarstwa, Anglia i Rosja, zmęczone długimi rokowaniami i zajęte gdzieś indziej, wycofały się, wybuchła anarchia. Austria pod pozorem rzekomego prawa do spadku bezdziedzicznego zajęła dependencje dóbr kościelnych, które miały służyć jako odszkodowania i pozbawiła tym samym książąt znacznej części ich dóbr. Z kolei książęta ze swojej strony zagarnęli dobra niezależnej arystokracji.

Od tego czasu gnębiciele i gnębiący spotykali się przed tronem Napoleona. Było jasne, że berło Karola Wielkiego przeszło z rąk Germanów w ręce Franków.

Tak stwierdził, zachowując wszystkie możliwe formy, książę arcykanclerz Dalberg z Moguncji, ostatni pozostawiony przez Napoleona duchowny elektor. Książę ten szukał władzy tam, gdzie rzeczywiście była i nieustannie prosił Napoleona o wzięcie w ręce berła Karola Wielkiego. Mimo tego, że imię jego dla Napoleona, ceniącego o wiele bardziej Aleksandra i Cezara, nie było wielkim pochlebstwem, który jednak w swoich planach odnośnie Europy był mu bliski, gdy imię to zawsze było z nim kojarzone, to zdarzało się to częściej za przyczyną tych, którzy błagali o jego pomoc, niż z jego własnej inicjatywy. Gdy Kościół coś od niego chciał, mówiono do niego:

"- Sire, Ty jesteś Karolem Wielkim, daj nam to, co on nam dał."

Gdy podrzędni książęta niemieccy byli uciskani, zwracali się do niego:

"- Sire, Ty jesteś Karolem Wielkim, chroń nas, jak on by to uczynił."

By bronić określonych wspólnych praw albo interesów książęta niemieccy zawsze zawiązywali odrębne sojusze poza ich Reichstagiem. Wszyscy, którzy z nich ostali się, zwrócili się do Napoleona, zarówno jako do inicjatora i poręczyciela Ustępstw Imperialnych z 1803 roku, jak i sygnatariusza i egzekutora traktatu z Preszburga. Jedni chcieli pod jego ochroną tworzyć nowe sojusze, inni utworzyć pod jego berłem nową Rzeszę Niemiecką.  Książęta, których posiadłości zostały zajęte, niezależna arystokracja, której zrabowano ich dobra, miasta, którym groziła utrata wolności, wszyscy oni tworzyli różne plany, wszyscy byli jednak gotowi, podporządkować się postanowieniom Napoleona.

Książę arcykanclerz (Karl Teodor von Dalberg, 1744-1817, od 1802 roku arcybiskup-elektor Moguncji, po przekazaniu w 1803 roku postanowieniami Ustępstw Imperialnych tego miasta Francji arcybiskup Regensburga, arcykanclerz Rzeszy i prymas Niemiec - przyp. tłum.), który obawiał się, że jego kościelne księstwo, które jako jedyne przeżyło wcześniejsze zawieruchy, padnie ofiarą tej nowej burzy, dla jego ratunku stworzył projekt powołania nowego Reichstagu, który obradować miałby pod jego przewodnictwem i skupiać wszystkie państwa niemieckie z wyjątkiem Prus i Austrii. By zainteresować Napoleona swoim planem, użył dwóch sposobów. Po pierwsze, księstwo Bergu, o którym wiedział, że przeznaczone było dla Murata, miało zostać podniesione do rangi elektoratu, po drugie, jeden z członków rodziny cesarskiej miałby zostać koadiutorem w arcybiskupstwie Regensburga. Ponieważ koadiutor był następcą arcybiskupa oraz przyszłego arcykanclerza Związku, Napoleon zdobyłby władzę nad nowym Reichstagiem.

Jako że koadiutorem mogła zostać jedynie osoba duchowna z góry określony był członek rodu Bonaparte, któremu powierzone miało zostać to stanowisko; był nim kardynał Fesch. Nie czekając aż plan ten zostanie przedyskutowany i przyjęty arcykanclerz ku wielkiemu zdumieniu innych dostojników Kościoła mianował kardynała Fescha koadiutorem Regensburga i poinformował o tym w oficjalnym piśmie Napoleona.

Napoleon nie miał  szczególnych powodów, by lubić kardynała Fescha, ponieważ  ze wszystkich krewnych właśnie on najbardziej go dręczył i niechętnie widział go na czele Rzeszy Niemieckiej. Tolerował tę osobliwą nominację, nie wypowiadając się dokładniej na jej temat. Był to jaskrawy symptom nastroju ciemiężonych niemieckich książąt.

Napoleon wiedział  dokładnie, na co mógł sobie pozwolić obecnie w Niemczech i podjął decyzję. Postanowił zjednoczyć w związku pod swoim protektoratem książąt południowych Niemiec, z państw nadreńskich, Frankonii, Szwabii i Bawarii. Związek ten miał zakończyć istnienie Rzeszy Niemieckiej. Pozostali książęta niemieccy mieli albo pozostać w starym związku pod przewodnictwem Austrii albo z niego wystąpić, co było prawdopodobne i skupić się według własnego wyboru wokół Prus lub Austrii. W ten sposób imperium francuskie obejmowałoby Włochy, Neapol, Holandię, później być może Półwysep Pirenejski, byłoby protektorem południowych Niemiec, posiadałoby prawie wszystkie państwa Karola Wielkiego i byłoby Cesarstwem Zachodu.

By przeprowadzić  ten plan nie trzeba było wiele, bo Bawaria, Wirtembergia i Badenia prowadziły już rokowania w Paryżu w celu umocnienia swojej niepewnej pozycji. Wszyscy inni książęta pragnęli przyjęcia do nowego związku, który uznano za nieuchronny, obojętnie pod jaką nazwą i pod jakimi warunkami. Przyjęcie do związku gwarantowało ich egzystencję, wykluczenie prowadziło do unicestwienia. Koniecznym były zatem tylko pertraktacje z Bawarią, Badenią i Wirtembergią i to też tylko w ograniczonym zakresie. Nowy związek miał nosić nazwę Związku Reńskiego, a Napoleon otrzymać tytuł protektora.

Talleyrand otrzymał  polecenie opracowania planu nowego związku i przedłożenia go cesarzowi.

Splot okoliczności dwukrotnie skłonił Francję do wmieszania się w sprawy niemieckie. Pierwszy raz, gdy nieuchronny podział dóbr kościelnych groził  anarchią w Niemczech, zwrócono się do Napoleona o przeprowadzenie podziału i równocześnie do dokonania niezbędnych zmian w niemieckiej konstytucji. Po raz drugi został zmuszony do interwencji, gdy po napadzie Austriaków na Bawarię został wezwany nad brzegi Dunaju, by uporządkować pozycję tych państw niemieckich, które ze względu na swoje położenie geograficzne były ważne dla Francji. 
 

III.

Napoleon pozostawił  Talleyrandowi troskę o wyjaśnienie szczegółów nowego związku niemieckiego w tajnych rozmowach z przedstawicielami Bawarii, Badenii i Wirtembergii i rozpoczął realizację swojego planu ogólnego, konkretnie w odniesieniu do Włoch i Holandii, by angielscy i rosyjscy negocjatorzy widzieli losy tych państw jako ostatecznie przesądzone. Ponieważ Napoleon nowopowstałe królestwa i księstwa chciał podzielić wśród członków swojej rodziny przeznaczył koronę Neapolu dla Józefa, a Holandii dla Ludwika. Tron Neapolu gwarantował Józefowi niezależną pozycję i był na tyle istotny, że nie można go było odrzucić. Mimo tego Napoleon nie był pewien, czy Józef przyjmie tę koronę, ponieważ odrzucił on już przewodnictwo Senatu oraz godność wicekróla Włoch. Ale gdy uzyskał pewność, naniósł jego nazwisko do dekretu, który miał być przedłożony Senatowi.

Holandię przeznaczył  dla swojego brata Ludwika, którego nawet nie pytał, nie obawiając się poważnie odmowy. Wezwał do siebie kilku najważniejszych obywateli Holandii, wśród nich admirała Verhuel, odważnego dowódcę flotylii, by przekonać Holendrów, aby zamienili w końcu swą starą republikańską konstytucję na monarchistyczną. Reprezentanci Holandii dali się przekonać ponieważ otrzymali zapewnienie, że zachowają swoje prawa, w szczególności prawa miast oraz w oparciu o znane im opinie potwierdzające prawość obyczajów Ludwika, jego oszczędność i jego dążenie do niezależności.

Prowincje weneckie wraz z Dalmacją przyłączone zostały do królestwa Włoch pod warunkiem, że odstąpi ono księżniczce Elizie Massę, a Guastallę księżniczce Paulinie, która nie miała dotąd udziału w szczodrości brata. Paulina nie chciała zatrzymać swojego księstwa, sprzedając je za kilka milionów królestwu Włoch.

Napoleon chciał  również zaopatrzyć Murata, męża Karoliny Bonaparte, który w czasie wojny oddał wielkie zasługi. Również on wyraził  swoje życzenia, które były jednak w większości bardziej życzeniami jego żony niż jego własnymi. Napoleon przeznaczył dla niego księstwo Neuchâtel, ale ani Murat ani jego żona nie chcieli go. Napoleon pomyślał więc o księstwie Bergu, pięknym kraju położonym na prawym brzegu Renu, liczącym wówczas 320 000 mieszkańców, które po odliczeniu wszystkich kosztów przynosiło dochód w wysokości 400 000 guldenów, dopuszczało utrzymanie 2 regimentów, a jego władcy zapewniało określoną pozycję w nowym Związku Reńskim. Bujna wyobraźnia małżeństwa Murat nasuwała im też marzenia o odegraniu bardzo znaczącej roli, której blasku nadać miał jakiś tytuł związany ze Świętym Rzymskim Przymierzem.  
 

IV.

Rodzina panująca była zaopatrzona. Ale Napoleon kochał nie tylko swoich braci i siostry. Byli jeszcze też jego towarzysze broni i współpracownicy jako głowy państwa. Jego wrodzona przychylność, która w tym miejscu była zgodna z jego polityką, wyrażała się w tym, by jednym wynagrodzić ich przelaną krew, a innym ich nocne dyżury. Chciał, by byli dzielni, pracowici i rzetelni i był przekonany, że musi ich za to dobrze wynagrodzić. Przede wszystkim najpierw musiał zostać wynagrodzony Berthier, najzręcznieszy, najpilniejszy i być może najlepiej wyszkolony żołnierz Napoleona, który w deszczu kul zawsze był przy nim, znosząc z ochotą takie życie, nie zważając na jego niebezpieczeństwa. Z czasem zaczął jednak odczuwać jego niedogodności i Napoleon odczuwał wielką radość, mogąc go za jego służbę wynagrodzić. Dał mu księstwo Neuchâtel, robiąc go tym samym suwerennym księciem.

Wśród jego współpracowników był jeden, który odgrywał w Europie znaczniejszą  rolę niż wszyscy inni, Talleyrand, który dzięki swojej umiejętności pertraktowania z obcymi przedstawicielami i swoim eleganckim obyczajom przydawał mu się o wiele bardziej jako negocjator niż jako doradca. Napoleon nie lubił go i nie ufał mu, ale niechętnie widział go niezadowolonym, a Talleyrand, od czasu kiedy został pominięty przy nominacji dostojników cesarstwa, był niezadowolony. Napoleon dał mu wspaniałe księstwo Beneventu, jedną z dwóch neapolitańskich enklaw, do których oddania zmuszony został papież.

Napoleon miał jeszcze do dyspozycji księstwo Pontecorvo, które jako neapolitańska enklawa zostało również odebrane papieżowi. Chciał dać ją człowiekowi, który nie oddał żadnych znaczniejszych przysług, skłonnego do zdrady, ale który był szwagrem Józefa: marszałkowi Bernadotte. Napoleon musiał zmusić się do tego wyróżnienia. Zdecydował się na nie z przyzwoitości, miłości do rodziny i dlatego, że potrafił zapomnieć zniewagi.

Nie byłoby trudnym wynagrodzenie tych 3 albo 4 pomocników, gdyby Napoleon nie musiał też myśleć o licznych innych, którzy położyli równie wiele albo nawet więcej zasług i oczekiwali na swój udział w owocach zwycięstwa. Wynagrodził ich dzięki wymyślonej zręcznej kombinacji. Rozdzielał królestwa nowym władcom pod warunkiem, że na swoich terytoriach utworzą księstwa i przekażą mu określoną część domen. W ten sposób zarezerwował sobie, włączając państwa weneckie do królestwa Włoch, 12 księstw o następujących nazwach: Dalmacji, Istrii, Friulu, Cadore, Belluno, Conegliano, Treviso, Feltre, Bassano, Vicenza, Padwy i Rovigo. Księstwa te nie dawały żadnej władzy, zapewniały jednak roczne dotacje, które równe były jednej piętnastej dochodów państwa. Józef dostał Neapol pod warunkiem utworzenia 6 księstw lennych: Beneventu, Pontecorvo, Gaety, Otranto i Reggio. Gdy połączył Massę z Lukką, Napoleon zastrzegł sobie utworzenie księstwa Massa. 3 inne utworzone zostały na terytorium Parmy i Piacenzy, wszystkie pod tym samym warunkiem, jak 12 utworzonych w państwach weneckich. Ponadto Napoleon zapewnił sobie w każdym z nowym terytoriów dobra narodowe i renty, by przyznać z nich dotacje. W ten sposób wziął od Wenecji 20 milionów dóbr narodowych i kazał wpisać do księgi królestwa Włoch dla wypłacenia 1 200 000 rent. W tym samym celu zarezerwował dobra narodowe w Parmie i Piacenza, w królestwie Neapolu dobra wartości jednego miliona, w księstwach Lucca i Massa 4 miliony dóbr narodowych. Całość tworzyła 34 milionów dóbr narodowych, 2 400 000 rent i, dodając do tego skarb armii, któremu pierwsze kontrybucje wojenne przyniosły już 70 milionów i który nowymi zwycięstwami mógł jeszcze zostać nieskończenie powiększony, otrzymano dotacje dla wszystkich stopni, od szeregowego do marszałka. Również urzędnicy cywilni mieli dostać swoją część dotacji.

Te różne postanowienia przedłożone zostały senatowi kolejno w miesiącach marzec, kwiecień i czerwiec, by przekształcić je w odpowiednie artykuły prawne cesarstwa.

15 marca 1806 roku Murat został ogłoszony Wielkim Księciem Kliwii i Bergu, 30 marca Józef królem Neapolu i Sycylii, Berthier księciem Neuchâtel, Paulina księżną Gustalla, 5 czerwca Ludwik królem Holandii, Talleyrand księciem Beneventu, Bernadotte księciem Pontecorvo.  
 

V.

Ten rząd nowych tworów państwowych został uzupełniony ostatecznym utworzeniem Związku Reńskiego. Tajne rokowania z przedstawicielami Bawarii, Badenii i Wirtembergii prowadził Talleyrand. Po zdenerwowaniu niemieckich książąt każdy mógł poznać, że chodzi o wielkie przemiany w Niemczech. Ci, którzy na podstawie położenia geograficznego ich państw mogli zostać członkiem związku, poprosili o przyjęcie, by zabezpieczyć swoją egzystencję. Książęta państw graniczących starali się poznać konstytucję nowego związku, by dowiedzieć się, jaka będzie ich pozycja w stosunku do tej nowej potęgi i byli gotowi wstąpić do niego, gdyby zapewniono im określone przywileje.

Austria, która od pewnego czasu uważała Rzeszę za rozwiązaną, a zatem dla niej nieprzydatną, przyglądała się tej grze z udawaną obojętnością. Natomiast Prusy, które w upadku starego niemieckiego porządku widziały ogromny przewrót, pragnęły przynajmniej dzielić z Francją zabraną domowi Habsburgów cesarską władzę, zgłaszając pretensje do północy Niemiec, podczas gdy Francja panować miała na południu - Prusy nasłuchiwały wszędzie, by dowiedzieć się, co się dzieje. Rozpowszechniano tysiące plotek o wymianie terytoriów, o zabraniu Prusom niektórych terenów, dając w zamian inne, mniejsze.

U dwóch książąt niemieckich, z których jeden był równie stary, jak ten drugi nowy, plotki te wywołały niecierpliwą chciwość. Ten "stary" to elektor Hesji-Kassel (Wilhelm I, 1743-1821, od 1785 roku landgraf, a od 1803 roku elektor Hesji-Kassel, w czasie kampanii 1806 roku przyjął pozycję neutralną, demobilizując częściowo swoją armię. Nie wstąpił do Związku Reńskiego. W latach 1807-1813, po włączeniu Hesji-Kassel do królestwa Westfalii, na emigracji w Holsztynie, a potem w Pradze. Po upadku Napoleona powrócił na tron elektorski - przyp. tłum.), cwany i chciwy książę, który wzbogacił się na krwi sprzedanych za granicą własnych poddanych, chciał utrzymywać związek z Anglią, bo prowadził z nią wiele interesów i z Prusami, bo z nimi graniczył i był pruskim generałem, w końcu z Francją, bo ona w owym czasie decydowała o losie Rzeszy. Nie było podstępu, którego nie zastosowałby wobec Talleyranda, by wyciągnąć korzyści z dokonujących się przemian. Zaproponował więc swoje wstąpienie do Związku Reńskiego, dzięki czemu w skład związku weszłaby ważna Hesja, ale tylko pod warunkiem otrzymania części Hesji-Darmstadt, której władcę prześladował z nienawiścią typową w Niemczech dla stosunków między liniami głównymi i bocznymi. Uparcie trwał przy tym żądaniu i przedłożył bardzo obszerny, aż do najmniejszego szczegółu opracowany plan. Jednocześnie napisał do króla Prus, informując go o przygotowywaniu związku, który w równym stopniu zniszczy wpływy zarówno Prus jak i Austrii oraz o tym, że w stosunku do niego próbuje się wszystkiego, by skłonić go do wstąpienia do niego.

Ten "nowy" niemiecki książę, Murat, postępował zupełnie inaczej. Niezadowolony z pięknego księstwa Bergu, chciał być przynajmniej równym władcom Badenii i Wirtembergii i dlatego domagał się państwa w Westfalii zamieszkałego przez milion mieszkańców. Oczywiście Prusy były tym państwem, które miały oddać terytorium dla nowego tworu, tzn. Münster, Osnabrück i wschodnią Fryzję. Jako rekompensatę miały otrzymać miasta Hanzy, które swoim bogactwem i znaczeniem równe były oddanemu terytorium.

Plany te nie otrzymały zgody Napoleona. Nie chciał, by spełnić życzenie Murata, dokonywać  nowych podziałów terytorialnych w Niemczech i nie zamierzał przyłączyć miasta Hanzy do żadnego państwa. Handel francuski na północy odbywał się przez Hamburg, Bremę i Lubekę. Napoleon nie mógł poświęcić tych miast, których niezależność była w interesie Francji i Europy.

Wina i dywany francuskie eksportowane były do Niemiec i Rosji pod neutralną flagą państw miast Hanzy, pod tą samą banderą przychodziły materiały do budowy statków i niekiedy też zboże północy.

Z tego powodu Napoleon odrzucił plan przyłączenia miast Hanzy do innego państwa. Nie przyjął zatem żadnego z projektów Murata. Elektorem Hesji, chciwym i fałszywym księciem, który pod pozorną obojętnością ukrywał zaciekłą nienawiść, gardził. Postanowił ukarać go przy najbliższej okazji. Z tego powodu nie chciał wiązać się z nim i nie chciał przyjąć do Związku Reńskiego, bo uniemożliwiałoby to realizację w przyszłości innych planów, które prowadzić musiały do upadku tego władcy. Jeżeli oddano by Hanower Anglii, należało znaleźć dla Prus odszkodowanie; Napoleon przeznaczył na ten cel Hesję, którą Fryderyk Wilhelm na pewno by przyjął, ponieważ przyjął już kościelne księstwa oraz Hanower i codziennie prosił o oddanie mu państw Hanzy. Plan ten, który pozostał w tajemnicy przed europejską dyplomacją, był niewyjaśnioną wówczas przyczyną, dlaczego elektor Hesji-Kassel nie został przyjęty do Związku Reńskiego.

Po uzgodnieniu wszystkiego z władcami Badenii, Wirtembergii i Bawarii, traktat przedłożono do podpisu innym książętom przyjętych do Związku Reńskiego, nie dopuszczając ich do pertraktacji na temat konstytucji nowego związku. Traktat, podpisany 12 lipca, zawierał następujące postanowienia:

Nowy związek otrzyma nazwę Związku Reńskiego, tak, by już sama jego nazwa zaznaczała, że nie będą do niego należeć całe Niemcy, lecz ograniczony zostanie do państw graniczących z Francją. Wstępujący książęta utworzą związek po przewodnictwem księcia arcykanclerza i protektoratem cesarza Francuzów. Każdy spór pomiędzy nimi roztrzygnięty ma być przez parlament związku, który zbierać się będzie we Frankfurcie i składać z dwóch kolegiów: kolegium królów i kolegium książąt. Pierwszy odpowiadał staremu kolegium elektorów, które teraz straciło swój sens, bo nie było wybieralnego cesarza; to drugie było z nazwy i w istotcie starym kolegium książąt. Kolegium miast uległo likwidacji.

Zjednoczeni książęta zawierają na wieczność ofensywno-defensywny sojusz z Francją. Każda wojny będzie wspólna. Francja miała wystawić na nią  200 000 żołnierzy, a Związek 63 000, z czego Bawaria 30 000, Wirtembergia 12 000, Badenia 8 000, Berg 5 000, Darmstadt 4 000, mniejsze państwa razem 4 000. Po śmierci księcia kanclerza cesarz miał mianować jego następcę.

Sojusznicy występowali na zawsze z Rzeszy Niemieckiej i mieli oświadczyć o tym natychmiast Reichstagowi w Regensburgu. Ich wzajemne stosunki miały regulować prawa ustalone wkrótce przez parlament związku.

W specjalnym artykule udzielono wszystkim niemieckim domom książęcym prawa późniejszego wstąpienia do związku, bez stawiania jednak warunków.

Wstępującymi obecnie władcami byli królowie Bawarii i Wirtembergii, książę arcykanclerz, Wielcy Książęta Badenii, Bergu i Darmstadt, książęta Nassu-Usingen i Nassu-Weilburg, książęta Hohenzollern-Hechingen i Hohenzollern-Sigmaringen, Salm-Salm i Salm-Kirburg, Isenburga, Arembergu, Lichtensteinu i Leyen.

Rody Hohenzollern i Salm zostały dlatego dopuszczone, bo wielu członków tych rodzin przez wiele lat przebywało we Francji, dokumentując swoją przychylność. Książę Lichtensteinu otrzymał zezwolenie, mimo iż  był austriackim księciem, ponieważ podpisał traktat z Preszburga. Terytorium jego państwa, jak również terytoria kilku innych członków było obiektem silnego pożądania, czemu jednak Napoleon sprzeciwił się.

Geograficznie Związek obejmował obszar pomiędzy rzekami Sieg, Lahn, Men, Neckar, górnym Dunajem, Isar i Inn, tzn. Nassau i Badenię, Frankonię, Szwabię, Górny Palatynat i Bawarię. Każdy na tym terytorium osiadły książę, który nie został wymieniony w konstytucji, tracił swoją suwerenność. Został on "zmediatyzowany" (pojęcie zapożyczone ze starego niemieckiego prawa, które mówi, że dany książę przestał należeć do niezależnej arystokracji i podporządkowany władcy państwa).

Zmediatyzowani książęta i baronowie otrzymali określone książęce przywileje i stracili właściwie tylko prawa suwerenne dotyczące prawodawstwa, wyższej jurysdykcji, policji, podatków i rekrutacji. Zmediatyzowanym pozostało sądownictwo średniego i niższego stopnia, prawa połowu, łowiectwa i wypasu, eksploatacja kopalni i w zasadzie wszystkie zasadnicze prawa lenne.

Niezależna arystokracja została definitywnie wchłonięta.

Zmediatyzowani książęta byli stosunkowo liczni i bez wtrącenia się Francji byliby jeszcze liczniejsi. Znajdowali się wśród nich książęta Fürstenberg i Hohenlohe, książę Thurn und Taxis, który stracił swój monopol pocztowy (Thurn und Taxis, arystokratyczna rodzina bawarska, mająca swoją siedzibę w Regensburgu, swoje bogactwo i znaczenie zdobyła rozwijając, począwszy od XVI wieku, usługi pocztowe w Niemczech - przyp.tłum.), książęta Löwenstein, Wertheim, Leiningen, Schwarzenberg, Solms i kilku innych. Dom Nassu-Fulda stracił na rzecz Związku Reńskiego niektóre przygraniczne obszary.

Oprócz artykułów podstawowych konstytucja regulowała sprawy terytorialne, co konieczne było, by uporządkować podział austriackiej Szwabii pomiędzy władcami Wirtembergii, Badenii i Bawarii a także dobra niezależnej i zmediatyzowanej arystokracji.

Wolne miasto Norymberga, gdzie o władzę spierało się niespokojne mieszczaństwo z rozrzutną arystokracją, zostało oddane Bawarii, podobnie, jak Regensburg. Książę arcykanclerz Dalberg został odszkodowany miastem Frankfurt. Miasto to miało też być siedzibą nowego parlamentu.

Traktat ten, ogłoszony 12 lipca, nie był żadnym zaskoczeniem, dopełnił jednak w oczach wszystkich system napoleońskiej Europy. Ponieważ dzięki królestwom rządzonych przez członków rodziny miał pod swoim panowaniem całe południe Europy i był protektorem Związku Reńskiego, brakowała jego Cesarstwu Zachodu tylko nazwa. O wszystkich przemianach trzeba było poinformować wszystkich zainteresowanych, a mianowicie Reichstag w Regensburgu, cesarza Austrii i króla Prus. Wyjaśnienie dla Reichstagu było łatwe: przekazano mu, że nie jest więcej uznawany. Do cesarza Austrii wystosowano notę, w której Rzeszę Niemiecką nazwano instytucją, która, podobnie jak Republika Wenecka, przeżyła się, ze wszystkich stron wali się, nie zapewnia słabym państwom ochrony, a wielkim mocarstwom żadnego wpływu, nie odpowiada ani potrzebom czasu ani stosunkom pomiędzy państwami niemieckimi, wreszcie daje domowi habsburskiemu pusty tytuł, którego bezprzedmiotowość uznał nawet jej własny zwierzchnik przyjmując tytuł cesarza Austrii. Można było zatem mieć nadzieję, że cesarz Franciszek zrezygnuje z tytułu, który w rzeczywistości przestał istnieć w całym Związku Reńskim i nie był uznawany więcej przez Francję.

Prusom pogratulowano szczęścia pozbycia się więzów Rzeszy Niemieckiej, która była zazwyczaj na usługach Austrii i wezwano je do wzięcia pod ochronę  północy Niemiec, tak jak Francja wzięła południe. "Cesarz Napoleon - informował gabinet francuski - z przyjemnością zobaczy, jeżeli Prusy wszystkie państwa północnych Niemiec wezmą pod swoją ochronę w formie związku podobnego do Związku Reńskiego." Nie nazwano tych państw, nie wykluczono żadnego, ale ich liczba i znaczenie nie mogły być za duże. Były to Hesja-Kassel, Saksonia z księstwami Turyngii, obie Meklemburgie, wreszcie małe księstwa północy, których wyliczenie w tym miejscu jest zbędne. Obiecywano, że związkowi tego rodzaju nie będą stawiane żadne przeszkody.

Napoleon nie uczynił tych kroków bez podjęcia energicznych i rzucających się w oczy środków bezpieczeństwa. Doprowadził armię do stanu budzącego strach. Po wojnie stała ona na dobrych kwaterach w Bawarii, Frankonii i Szwabii, była wypoczęta i gotowa do nowych marszów, obojętnie czy przeciwko Austrii czy Prusom. Napoleon włączył do niej obie w Strasburgu i Moguncji utworzone dywizje rezerwy. Wzmocniło to armię o 40 000 żołnierzy, którzy służyli od lat i byli kompletnie wyszkoleni. Wielu z nich, którzy należeli do rezerw lat wcześniejszych, osiągnęło nawet właściwy wiek, tzn. liczyli oni około 25 lat. W ostatniej kampanii armia została osłabiona o 20 000 ludzi, z których teraz czwarta część ponownie była w służbie, czyniąc armię wraz z rezerwami silniejszą niż kiedykolwiek.

Napoleon wykorzystał  fakt, że część jego żołnierzy żywiona była za granicą, do tego, by doprowadzić całkowitą siłę Francji do liczby 450 000 ludzi, z czego 152 000 stacjonowało w kraju, 40 000 w Neapolu, 50 000 w Lombardii, 20 000 w Dalmacji, 6 000 w Holandii, 12 000 w obozie Boulogne, a 170 000 tworzyło Wielką Armię. Ci ostatni tworzyli jedną wielką masę znajdującą się na stopie wojennej i liczącej 30 000 kawalerii, 10 000 artylerii, 130 000 piechoty, wyłącznie żołnierze, którzy znajdowali się na szczycie swojego wyszkolenia, osiągniętej dyscypliną, wojną i dobrym dowodzeniem. 
 

KONIEC TOMU SIÓDMEGO