Nasza księgarnia

Niewiarygodny wyczyn Neya

COM_CONTENT_WRITTEN_BY. Posted in Bez kategorii

Ney opuszcza Smoleńsk – nagi człowiek przebiega dwanaście mil – 80 tysięcy Rosjan przeciwko 6 tysiącom Francuzów i Wirtemberczyków – „maszerowaliśmy przez zaorane pola, strasznie cierpiąc z powodu głodu” – upór generała Henina – „ciągle znajdowaliśmy się osiem lig od Orszy” – „Nasze położenie nie jest wcale wspaniałe, marszałku” – „idź i powiedz swojemu generałowi, że marszałek Francji nigdy się nie poddaje” – tragedia porucznika woltyżerów – „spokój Neya pomagał jego żołnierzom w spełnianiu ich obowiązków” – „Qui vive? – France!” – zapanowała nieopisana radość.

Więcej znajdziesz w książce "Wielki Odwrót"

Z 11 tysięcy żołnierzy III Korpusu, jacy opuścili Moskwę, do Smoleńska dotarły jedynie trzy tysiące. „Z wirtemberskiej dywizji kawalerii nie zostało nic. Artyleria zdołała zachować kilka tylko dział”. Fezensac podziwiał twardą postawę swoich żołnierzy, gdy wolno wycofywali się przez wschodnie przedmieścia do Starego Miasta. Jego pięciuset żołnierzy z 4. Pułku Liniowego było ostatnimi, którzy opuścili wypalone ruiny za Dnieprem. „Przez trzy dni owych wydarzeń” – zapewnia nas hrabia – „nie wysłano do Neya żadnego ostrzeżenia o niebezpieczeństwie”, jakie wkrótce miało na niego spaść.

W mieście, wzmocniony 129. Pułkiem Liniowym , Iliryjczykami i 2. Dywizją I Korpusu, której część tworzą 2. i 3. batalion Hiszpańskiego Pułku Józefa Napoleona, Ney „zebrał wszystkie odcięte pododdziały i włączył je do swojego korpusu. Zreorganizował też baterię złożoną z sześciu armat”, do której przydzielono dwudziestu żołnierzy z kompanii porucznika Sauvage’a, choć on sam, jak widzieliśmy, pomaszerował dalej z I Korpusem. Później, 16 listopada po południu, zjawił się jeden z adiutantów Davouta, niejaki major de Briqueville, który wrócił, aby przekazać Neyowi informację, iż I Korpus otrzymał rozkaz zwiększenia tempa i radził marszałkowi postąpić tak samo. Ney – według Caulaincourta, który słyszał o tym później, najprawdopodobniej we dworze w Baraniu – przyjmuje Briqueville’a

„dość nieładnie. Obaj marszałkowie – Davout i Ney – nie lubili się. Ostatnio doszło między nimi do różnicy zdań na temat złupienia Smoleńska”.

 

W istocie była to zaciekła kłótnia. Ney oskarżył Davouta o opróżnienie magazynów bez pozostawienia w nich czegokolwiek dla III Korpusu. („Gdy przyszła moja kolej, żeby wkroczyć do miasta” – zapisał Bonnet w swoim dzienniku – „nie mogłem już znaleźć niczego ani dla pułku, ani dla siebie”.)

Wieczorem przybył drugi posłaniec z wiadomością od Davouta, że – ponieważ zamierza on przyśpieszyć kroku, aby udzielić wsparcia Eugeniuszowi, zmagającemu się z wrogiem przed Krasnem – doradza Neyowi, aby wyruszał natychmiast. Na co Ney, który miał tylko parę godzin na zaopatrzenie swojego korpusu i jest teraz zmuszony wybierać pomiędzy śmiercią głodową w drodze lub groźbą odcięcia, odpowiada arogancko, że „wszyscy Rosjanie świata razem ze wszystkimi ich Kozakami nie wystarczą, aby przeszkodzić mi w przebiciu się”.

„Z ostatnich wysłanych do Neya rozkazów jeden nigdy do niego nie dotarł, drugi zaś przybył dopiero 16 listopada wieczorem, gdy było już za późno. Takie opóźnienia wynikały ze stanu naszych linii komunikacyjnych, które właściwie już nie istniały.

Jakiś porucznik i dwunastu żołnierzy zawróconych do Smoleńska po żywność zostało schwytanych przez Kozaków, gdy próbowali się wycofać ze swej eskapady. Do jednostki wrócił tylko dobosz. Teraz jedynie czterdziestu  trzech z sześćdziesięciu siedmiu ludzi mogło stawić się na porannym apelu ”.

Wieczorem, podczas cofania się ulicami tego, co pozostało z miasta, Fezensac (który podobnie jak Le Roy poznał je w 1807 roku jako jeniec wojenny) widzi

„połamane okna i drzwi w stojących jeszcze resztkach domów, pokoje pełne trupów, na środku ulic szkielety końskie, z których mięso zdarli i zjedli żołnierze, a nawet niektórzy mieszkańcy”.

Major Bonnet obserwuje, jak miasto „płonie w drugiej odsłonie [sic!]”. Generał J.D. Freytag, którego dywizja wychodzi o północy, powiada, iż „ogień był tak gwałtowny, że jaskrawe światło płomieni – a noc była bardzo ciemna – rozjaśniało nam drogę na dobre dwanaście mil”. Fezensac

„nigdy nie zapomni wrażenia smutku, jaki odczuwał tamtej nocy na opuszczonych ulicach miasta w świetle odbijających się w śniegu płomieni, ostro kontrastującym z łagodnym blaskiem księżyca”.

Pułkownik Iliryjczyków Schmidt wykonuje otrzymane rozkazy wysadzenia w powietrze średniowiecznych murów i bastionów. Gdy więc Bonnet odchodzi z dywizją Razouta, o 3 nad ranem widzi,

„jak wieża jednego z bastionów, widoczna na horyzoncie w blasku pożaru, podskakuje, a następnie wali się, wysadzona podłożoną pod nią miną”.

Jest to tak zwana Królewska Cytadela. Fezensac także słyszy „kilka silnych wybuchów” w chwili, gdy opuszcza miasto. Później jednak wpadają tam Kozacy Miłoradowicza i uniemożliwiają ludziom Schmidta przeprowadzenie dalszych zniszczeń, zaś „ich liczne działa zabiły lub poraniły przeszło połowę Iliryjczyków”. Sam Schmidt na szczęście – wbrew własnym ponurym przepowiedniom – stwierdza, że wyszedł z tego nawet nie draśnięty.

Bataliony Neya łączą się teraz w ugrupowania „trzy, a nawet cztery razy większe niż przed Smoleńskiem”. Wychodzą więc z miasta nie niepokojeni przez Kozaków. Major de Briqueville jest z nimi, choć wygląda na to, że zapomniano o przekazanych przez niego informacjach. Nikt jeszcze nie uświadamia sobie, że III Korpus jest odcięty. Za to, gdy dywizja Freytaga jest już „w pół drogi do Krasnego i zatrzymuje się na krótko, aby doczekać świtu”, zdarza się coś zaskakującego.

„Zobaczyliśmy biegnącego ku nam człowieka, całkowicie obdartego z odzieży, nie mającego na sobie niczego oprócz koszuli. Był to starszy sierżant, który w Smoleńsku trafił do szpitala. Gdy  pożar  osiągnął  apogeum,  nieszczęśnik  ten  zapomniał o swojej chorobie oraz panującym wtedy przeraźliwym zimnie, i zaczął biec przez płomienie i ruiny. Przebywszy tak dwanaście mil, dogonił nas, ciągle biegnąc. Na nieszczęście nie mogliśmy mu pożyczyć czegokolwiek z odzieży, której sami po prostu nie mieliśmy”.

I tak – tragicznie – starszy sierżant, który „uszedł wrogowi, płomieniom i zmęczeniu, po przebyciu takiego dystansu – i to z jaką prędkością” – umiera teraz z zimna „między własnymi żołnierzami”.

Przez cały dzień kontynuują marsz. Gdy 18 listopada o świcie spokojnie posuwają się traktem na Krasne, nagle – w pewnej odległości przed sobą – „słyszą ożywioną kanonadę”. Wszyscy zakładają, że może to być jedynie IX Korpus Victora wysłany im z pomocą. Z drugiej strony, ciągle widzą „ślady biwaków, których z pewnością nie pozostawili Francuzi”. Między 1 a 2 po południu, gdy

„zbliżaliśmy się do Krasnego, zostaliśmy zmuszeni przerwać snucie dalszych refleksji, gdyż najpierw z lewej strony nadleciało ku nam kilka kul armatnich, a wkrótce przemykaliśmy się pod całkiem ożywionym ogniem. Przeciwko tym działom wysłany został do przodu pułkownik Reichenbach z pewną liczbą woltyżerów w szyku rozproszonym”.

Cóż to jednak za jednostka majaczy we mgle „na prawo o drogi o niecałą milę od Krasnego”? Bonnet widzi ją, jak „zbiera się, najwyraźniej nie będąc w stanie sforsować wąwozu Krasne”. To brygada Ricarda3 – wydzielona z I Korpusu w Smoleńsku – która nadziała się na

„nieprzyjaciela rozciągniętego w szyku bitewnym niedaleko od miasta. Teraz przychodziła kolej na nas. Nieprzyjaciel prezentował nam długie linie kawalerii, miał też kilka korpusów piechoty, a jego lewe skrzydło rozciągało się aż do samej drogi. Od Rosjan oddzielały nas dość głębokie jary, zza których rozpoczęli oni kanonadę, rozwijając coraz więcej artylerii”.

Major Faber du Faur, dowodzący trzema pozostałymi dwunastofuntówkami rezerwowej artylerii Neya, widzi

„roje Kozaków, zbliżających się do nas na odległość czterech i pół tysiąca kroków i przecinających drogę we wszystkich kierunkach. Ich artyleria ‘salutowała’ naszej kolumnie morderczą salwą kul i kartaczy. Zaledwie z wielkim wysiłkiem zdążyliśmy odprzodkować działa, a już większość zaprzęgów została rozszarpana na kawałki ogniem nieprzyjaciela. Widzieliśmy, że nie jesteśmy już w stanie ruszyć z miejsca naszych armat”.

Artylerzyści zagważdżają je więc i zostawiają Kozakom, po czym ocalała ich resztka – „z tymi, którzy nadal posiadają broń, na czele” – dołącza do zbitej masy oderwańców.

Zdaje się, że dopiero teraz, gdy resztki grupy Ricarda kuśtykają z powrotem na prawą stronę drogi, aby znaleźć się pod osłoną trzech dywizji Neya, do jego żołnierzy dociera, że to nie korpus Victora wychodzi im na spotkanie:

„Był to książę Eckmühl, który zmagał się z Rosjanami i próbował siłą otworzyć sobie drogę do Krasnego. Nieprzyjaciel czekał na nas na wzgórzach, aby uniemożliwić nam odwrót. Armia rosyjska, rozciągnięta w linię bitewną, zagradzała nam teraz drogę”.

Obserwujący to wszystko z drugiej strony wąwozu Ney ma tylko sześć tysięcy zdolnych do walki, sześć dział i swoją osobistą ochronę w postaci „dwóch szwadronów polskich lansjerów” plus – jak zwykle – całą hordę maruderów i ciurów obozowych, utrudniających mu ruchy. Mgła gęstnieje coraz bardziej. Marszałek może jednak przez nią dojrzeć, że ma przeciwko sobie 80 tysięcy żołnierzy Miłoradowicza rozciągniętych przed linią lasów daleko na lewo i w poprzek drogi. Formując na równinie własną linię bojową, Ney zbiera „wszystkich saperów, dodaje do nich setkę najbardziej zdeterminowanych żołnierzy” i powierza dowództwo nad nimi pułkownikowi Bouvierowi z korpusu wojsk inżynieryjnych.

„Wsparty kilkoma działami i resztą naszej straży tylnej, musi on zaatakować i otworzyć lukę w linii nieprzyjaciela. Jednak w decydującym momencie akcji dzielny ten oficer zostaje powalony nieprzyjacielską kulą, a jego żołnierze odparci krzyżowym ogniem wroga i tak mającego ogromną przewagę liczebną”.

W tej chwili do Francuzów zbliża się pod białą flagą jeden z adiutantów Miłoradowicza. Mówi Neyowi, że ten ma przed sobą osiemdziesięciotysięczną  armię.  Jeżeli  marszałek  życzy  sobie  przekonać  się o prawdziwości tych słów, to może wysłać własnego oficera, żeby to sprawdził na własne oczy. Miłoradowicz – powiada wysłannik – podziwia talent i odwagę marszałka, co nie pozwala mu proponować niczego niegodnego tak wielkiego oficera. Jest jednak faktem, że został on pozostawiony samemu sobie przez resztę armii francuskiej. I nie ma już żadnej alternatywy dla kapitulacji. „Jedyną odpowiedzią marszałka” – powiada Tschüdi – „było wzięcie wysłannika do niewoli pod pretekstem kilku salw armatnich nieprzyjaciela” i powierzenie go opiece 48. Pułku Liniowego.

Dowódca pułku Bonneta, dowodzący teraz brygadą, która ma składać się z „Iliryjczyków, dwóch batalionów 4. Pułku Liniowego i nas – także w sile dwóch batalionów” – prowadzi atak, nacierając na czele 4. Pułku. Po prawej ponownie wchodzą do akcji żołnierze Ricarda.

„48. Pułk otrzymał rozkaz przejścia przez wąwóz i wyruszenia w zwartej kolumnie wzdłuż traktu, aby następnie ostro skręcić w lewo i zaatakować Rosjan na bagnety, gdy tylko znajdzie się na pozycji równoległej do ich skrzydła”.

Jednak w chwili, gdy nieprzyjaciel orientuje się, co zamierzają Francuzi, 48. Pułk

„zostaje zmiażdżony przez artylerię rosyjską. Nikt dotąd nie widział tak gęstego i nieprzerwanego ognia kartaczowego. Mimo to, żołnierze ci, umierający z zimna i głodu, nacierali z takim impetem, że dwukrotnie widzieliśmy, jak działa przeciwnika trąbiły do odwrotu i formowały baterie na nowych pozycjach. Zarówno generał brygady, jak i pułkownik, idący na kilka kroków przed czołowym plutonem, zostali śmiertelnie ranni”.

Z ramieniem strzaskanym odłamkiem kartacza, dowódca 48. Pułku uprzytamnia sobie, że

„pogłoska ta, szerząca się wśród żołnierzy, wywołuje zaniepokojenie szeregowców, kroczy więc nadal na czele swojej jednostki i nie opuszcza pola bitwy, dopóki nie dostaje dwoma odłamkami kartacza w obie nogi. Pułk, liczący sobie jedynie sześciuset pięćdziesięciu żołnierzy, stracił pięciuset pięćdziesięciu i musiał cofnąć się z powrotem za wąwóz”.

Fezensac, maszerujący na czele 4. Pułku Liniowego wzdłuż drogi omiatanej krzyżowym ogniem armatnim, widzi, jak każdy strzał

„kosi całe szeregi. Z każdym krokiem śmierć stawała się coraz bardziej nieunikniona. Mimo to, ani na chwilę nie zwalnialiśmy marszu”.

„Korzystając z osłony mgły” – mówi Bonnet – 18. Pułk Liniowy przekracza wąwóz,

„lecz pod gradem kartaczy. Wspinając się na jego przeciwne zbocze, zostałem trafiony w policzek odłamkiem, od czego niemal straciłem przytomność. Wypadłem z szeregu. Pułk z impetem kontynuował natarcie, a skręciwszy w prawo odrzucił linię piechoty, aby wkrótce, otoczony przez przeważającą liczebnie kawalerię, samemu zostać unicestwionym. Ocalało tylko dwóch czy trzech oficerów, którzy wcześniej zostali ranni, pułkownik Reissenbach, oficerowie jego sztabu i ja sam. Orzeł został na polu walki”.

Czołowy „dywizjon”4 pułku Fezensaca, „solidnie poharatany kartaczami”, zostaje odrzucony za następujący po nim,

„co wprowadza zamęt w naszych szeregach. Rosyjska piechota naciera, a ich kawaleria, spadając na nasze skrzydła, powoduje paniczną ucieczkę. Dobrze rozmieszczeni strzelcy przez chwilę powstrzymują pościg nieprzyjaciela. Do linii zostaje wprowadzona [10.] Dywizja Ledru,  sześć dział  odpowiada na ogień licznej artylerii rosyjskiej. W tym czasie pozbierałem to, co zostało z mojego pułku na drodze, gdzie jednak ciągle dosięgały nas kule armatnie. Nasz atak nie trwał nawet kwadrans, ale to wystarczyło, aby 2. Dywizja przestała istnieć. Mój pułk zmniejszył się do dwustu jedynie żołnierzy. Pułk Chorwatów [Iliryjski] i 18. Pułk Liniowy, który stracił orła, zostały potraktowane jeszcze gorzej”.

2. Dywizja, do której należą także Hiszpanie Tschüdi’ego, „nie jest w stanie rozpoznać linii przeciwnika z powodu mgły”, co zapamięta komendant Lopez:

„Przekroczyliśmy wąwóz omiatany kartaczami z baterii nieprzyjacielskich, z których udało nam się zdobyć dwa działa. Generał Ricard, ranny w głowę na samym początku akcji, nadal wydawał rozkazy. Odnosiło się wrażenie, że w jednej chwili jest wszędzie, elektryzując swoich ludzi okrzykami ‘Vive l’Empereur!’”.

Teraz jednak dwa bataliony Pułku JózefaNapoleona „liczą sobie już tylko trzydzieści pięć szeregów, utraciwszy w czasie tych wydarzeń siedemdziesięciu sześciu ludzi w zabitych i rannych, w tym ośmiu oficerów”.  Ponad połowa Chorwatów także została wyłączona z akcji, a pułkownik Schmidt został ranny w nogę. Żołnierze Ricarda przeprowadzili

„gwałtowny atak bez artylerii, bez wsparcia ze strony pozostałych dywizji I Korpusu i mimo ognia prowadzonego przez pięćdziesiąt dział umieszczonych na korzystnych pozycjach – trzykrotnie spychali linię nieprzyjacielską”.

Znalazł tu swój koniec także 18. Pułk Liniowy. „W ten sposób” – podsumowuje Bonnet, po którego policzku spływa krew – droga do Francji została przed nami zamknięta”. Freytag zaś ciągnie:

„Gdy zostaliśmy ustawieni na równinie w szyku bojowym, przez cały czas wytrzymując straszliwy, nieprzerwany ogień, nasze powozy, konie, część artylerii i wszyscy pozbawieni broni, maruderzy i chorzy, którzy pozostali na drodze, padli ofiarą kozackich ‘hurra’. Cała żywność i te niewielkie zapasy, jakie nam jeszcze pozostały – zostały utracone. Marszałek Ney wydał rozkazy, abyśmy – jeśli to możliwe – kontynuowali walkę do zmierzchu, aby później wycofać się przez Dniepr”.Tak się zaczyna przesławny nocny odwrót Neya.

Z początku marszałek myśli, że wykona obejście na południe i skieruje się na Mohylew. Jednak ranny pułkownik Pelet z 48. Pułku Liniowego (tak przynajmniej usłyszy kapitan François) wskazuje Neyowi (który „gorzko” się uskarżał, że Cesarz nas opuścił, co się z nami stanie”?), iż po tej stronie Rosjanie są silniejsi. Może więc lepiej będzie przekroczyć Dniepr po lodzie i w ten sposób dostać się do Orszy? Dniepr oddalony jest zaledwie o dziewięć mil, aby jednak znaleźć do niego drogę, trzeba cofnąć się trzy mile po własnych śladach. Fezensac relacjonuje „verbatim szczególny dialog”:

„Pewność siebie Neya dorównywała jego odwadze. Nie wiedząc, co właściwie zamierza uczynić, ani nawet co może uczynić, zdawał sobie sprawę, że coś zrobić musi. Im większe niebezpieczeństwo, tym większa była jego determinacja, a gdy raz już się na coś zdecydował – nigdy nie wątpił, że mu się uda. Na jego twarzy nie  widać było wahania czy obawy. Spojrzenia wszystkich utkwione były w niego, a nikt nie odważył się o nic go zapytać. Wreszcie, widząc obok siebie oficera sztabu, marszałek odezwał się:

– Kiepsko z nami.

– Co pan zamierza zrobić?

– Przejść przez Dniepr.

– Gdzie jest jakaś droga?

– Znajdziemy ją.

– A jeśli rzeka nie jest zamarznięta?

– Na pewno będzie.

– No cóż, życzmy sobie wszystkiego najlepszego!”.

Jest około 4 po południu i zaczyna już zapadać zmierzch, gdy żołnierze Fezensaca, „straszliwie cierpiąc z głodu”, odmaszerowują

„przez zorane pola. Szedłem na piechotę, jak prosty szeregowiec. Na początku naszego ataku na Krasne ubito pode mną konia i niemożliwym było znalezienie innego”.

„Około 9 wieczorem” – ciągnie Freytag – „dotarliśmy do wioski położonej nad brzegiem Dniepru. Wszystko, co znaleźliśmy z żywności, to jakiś napój zrobiony z buraków”. Wieś nazywała się Danikowa. Udając, że zamierza spędzić tam noc, Ney każe rozpalać ogniska i rozstawia posterunki. W międzyczasie znaleziono jakiegoś „kulawego chłopa, którego użyto jako przewodnika; miał on powiedzieć, w którym miejscu Dniepr najpewniej był już zamarznięty. Prowadzeni przez owego chłopa – ruszamy”. Po kolei wszyscy przechodzą do drugiej wsi – François nazywa ją Gusinoë – gdzie rzeka ma strome brzegi.

„Zamiarem marszałka Neya było zaczekać z przekraczaniem rzeki do świtu. Ponieważ nie była ona całkowicie zamarznięta – mimo skrajnego zimna – było sprawą zasadniczą, żeby móc wyraźnie widzieć miejsca, gdzie lód był dostatecznie mocny, aby unieść ciężar ludzi i koni”.

Podczas gdy chirurdzy udzielają rannym pierwszej pomocy, takiej, jakiej jeszcze mogą udzielić, Ney znajduje trochę czasu na sen.

„Tylko Ney śpi głęboko – niepomny dzisiejszych i jutrzejszych niebezpieczeństw. O północy jednak dociera wiadomość o zbliżaniu się nieprzyjaciela. We wsi widziano Kozaków. Marszałek Ney natychmiast rozkazał zaczynać przeprawę – działa i wozy amunicyjne zostały porzucone”.

Podobnie postąpiono z niezdolnymi do marszu rannymi.

„Panował skrajny nieporządek i zamieszanie. Każdy próbował się przedostać na drugą stronę jako pierwszy. Ześlizgiwaliśmy się na dół bardzo łagodnie, jeden za drugim, obawiając się, że możemy zapaść się pod lód, który trzeszczał przy każdym uczynionym przez nas kroku. Cały czas tkwiliśmy pomiędzy życiem i śmiercią. Poza tym musieliśmy też być świadkami smutnego widowiska. Wszędzie wokół nas widać było nieszczęśników, którzy razem z końmi wpadli pod lód po ramiona i błagali towarzyszy o pomoc, której tamci nie mogli im udzielić. Ich skargi rozdzierały nam serca, już i tak ogarnięte strachem o własne życie. Osiągnąwszy drugi brzeg, musieliśmy wdrapać się na bardzo stromą skarpę, wysoką na dwanaście stóp. Była ona tak wyślizgana przez tych, co szli przed nami, że wejście na nią okazało się nieomal niemożliwym” – jednym słowem sytuacja taka sama jak nad Wopem.

„Trzykrotnie wydostawałem się na górę i trzy razy spadałem z powrotem do rzeki. Siły zaczynały już mnie opuszczać, gdy usłyszałem głos marszałka Neya, wzywającego mnie, abym się pośpieszył i wyłaził na górę. ‘Bez pomocy nie dam rady’ – powiedziałem. Marszałek natychmiast użył swojej szabli, aby obciąć jakąś gałąź, którą następnie spuścił w dół i w ten sposób mnie wyciągnął. Bez jego pomocy zginąłbym niechybnie”.

Lód jest tak cienki, że „kilku tylko koniom udało się przejść przez rzekę”. Fezensac powierza diuka Piacenzy dwom saperom, którym ostatecznie udaje się go uratować, zaś pan de Briqueville – poprzedniego dnia niebezpiecznie ranny – przekracza Dniepr, wlokąc się na czworakach.  Po  drugiej  stronie  rzeki  oddziały  formują  się  ponownie.

„W takim bałaganie” – ciągnie Freytag – „było bardzo ciężko pozbierać rozproszonych żołnierzy, w dodatku podupadłych na duchu i niemal umierających z potężnego zimna. Nade wszystko opóźniała nas kawaleria. Nie było możliwe, aby przeszła przez rzekę w tym samym miejscu, co i my. Musiała pociągnąć spory kawałek dalej, aby znaleźć solidniejsze przejście. Wreszcie jednak dołączyła do nas i ruszyliśmy w drogę”.

Fezensac niemal tego nie dostrzega:

„Początkowy plan marszałka już zakończył się sukcesem. Byliśmy za Dnieprem. Byliśmy też jednak o ponad 15 lig [45 mil] od Orszy, a musieliśmy się tam dostać, zanim armia francuska ją opuści. Mieliśmy iść przez nieznane rejony i wytrzymać ataki nieprzyjaciela jedynie z garstką wyczerpanych piechurów, pozbawieni kawalerii i artylerii”.

Następnego dnia po przeprawie wszyscy z zaskoczeniem stwierdzają, że nie są niepokojeni przez wroga. Przechodzą za to przez wieś pełną śpiących Kozaków, których biorą do niewoli:

„19 listopada, z pierwszym świtem, weszliśmy na trakt do Lubowicz. Na kilka tylko chwil zostaliśmy zatrzymani przez posterunki kozackie, które na nasz widok się wycofały. Około południa dotarliśmy do dwóch wiosek na wzgórzu, których mieszkańcom ledwie starczyło czasu na ucieczkę, toteż zostawili swoje zapasy na miejscu. Ludzi właśnie zaczynała ogarniać radość na widok takiej obfitości wszelkich dóbr, gdy usłyszeliśmy okrzyki ‘Do broni!’”.

To wracały rosyjskie posterunki:

„Oddziały wyszły  z  wiosek,  sformowały  kolumnę  i  ruszyły w dalszą drogę pod okiem nieprzyjaciela”.

Nawet jeśli to tylko Kozacy, to są ich całe szwadrony,

„manewrujące w sposób uporządkowany pod dowództwem samego generała Płatowa. Nasi strzelcy wyborowi trochę ich powstrzymywali, a kolumna przyśpieszyła kroku, szykując się równocześnie na spotkanie z kawalerią”.

Jeśli żołnierze Neya nie obawiają się przeciwnika, to dlatego, że „Kozacy nigdy nie odważali się nacierać na czworobok piechoty”. Znacznie poważniejszy problem stanowi kilka dział, jakie Płatow ma zamontowane  na  saniach.  O  trzeciej  po  południu  kilku  niedobitków z 18. Pułku Liniowego zatrzymuje się w jakiejś wiosce; dostrzegają oni pewną liczbę Kozaków.

„Pokazały się trzy zwarte grupy po około sto koni. Wzięliśmy broń i pomaszerowaliśmy na nich. Choć kawaleria nieprzyjaciela się wycofała, to, czyniąc to, wyprowadziła nas na dobry tuzin dział, które dziarsko zaczęły nam salutować. Maszerując w lewo przez krzaki i zarośla, umocniliśmy się nad brzegiem Dniepru”.

Udaje im się wyminąć Kozaków. „Do zapadnięcia zmroku marszałek Ney musiał walczyć z wieloma takimi przeciwnościami, wykorzystując każdy uskok terenu”. Gdy jednak nastały ciemności, musiał zawrócić kolumnę w lewo i iść „wzdłuż linii ciągnących się nad brzegiem Dniepru lasów, które zdążyli już zająć Kozacy”. 4. i 18. Pułk Liniowy, prowadzone przez generała Henina, otrzymują rozkaz wykurzenia ich stamtąd. „W międzyczasie artyleria wroga zajęła pozycje po drugiej stronie wąwozu, który musieliśmy przekroczyć. Płatow liczył, że właśnie tam uda mu się wykończyć nas wszystkich”.

Fezensac prowadzi swój pułk w głąb lasu i Kozacy się wycofują. Las jednak jest tak gęsty i ciemny, że jego ludzie muszą rozglądać się na wszystkie strony:

„Zapadła noc, dookoła nic nie było słychać. Istniały szanse pół na pół, że Ney maszeruje dalej. Radziłem Heninowi, aby ciągnął za nim. Chcąc uniknąć nagany od marszałka za opuszczenie powierzonego mu stanowiska, generał odmówił”.

W tym momencie grupa słyszy głośne okrzyki dochodzące ze znacznej odległości. Sugerują one, że doszło tam do szarży. „Stało się więc jasne, że nasza kolumna kontynuowała marsz i zapewne zostaniemy odcięci”. Fezensac zapewnia Henina,

„że marszałek, którego sposób postępowania [manière de servir] dobrze znałem, nie wyśle mu rozkazu, choćby dlatego, że jest już za daleko, żeby się z nim skomunikować. Pozostawiał on dowódcom jednostek swobodę działania stosownie do okoliczności. 18. Pułk z pewnością odszedł już dawno temu”.

Generał powinien więc teraz podążyć jego śladem. Wszystko jednak, na co Henin się zgadza, to połączyć się z 18. Pułkiem i w ten sposób scalić obie podległe mu jednostki. 18. Pułk dawno już jednak opuścił miejsce akcji i – zamiast na niego – „natknęliśmy się na szwadron Kozaków”. Choć Henin – zbyt późno – zaczyna rozumieć swoje położenie, to „mimo przeszukiwania lasu we wszystkich kierunkach”, oddział ciągle nie może odnaleźć drogi.

„Ogniska, jakie widzieliśmy palące się z różnych stron, tylko przyczyniały się do ogłupienia nas. Przeprowadziłem konsultacje z oficerami mojego pułku i ruszyliśmy w kierunku sugerowanym przez większość”.

Mając ze sobą zaledwie stu swoich żołnierzy, Fezensac znajduje się o godzinę marszu za kolumną. Musi więc iść tak szybko, jak się da, równocześnie użerając się z Kozakami,

„którzy krzyczeli do nas, abyśmy się poddali i z najbliższej odległości strzelali w sam środek naszej grupki. Trafieni pozostawiani byli samym sobie. Pewnemu sierżantowi kula karabinowa strzaskała nogę. Padł u mojego boku i chłodno odezwał się do swoich towarzyszy: ‘Oto człowiek już załatwiony. Weźcie mój plecak. Przyda wam się’. Ktoś wziął ten plecak i odeszliśmy od sierżanta w milczeniu. Taki sam los spotkał dwóch rannych oficerów. Z zakłopotaniem obserwowałem, jakie taki stan rzeczy wywierał wrażenie na żołnierzach, a nawet oficerach mojego pułku. Często nawet bohater na polu walki – teraz wyglądał na wystraszonego i zakłopotanego. Prawdą bowiem jest, że okoliczności towarzyszące niebezpieczeństwu zazwyczaj przerażają nas bardziej niż samo niebezpieczeństwo. Niewielu tylko zachowało przytomność umysłu, która tak bardzo była nam potrzebna. Musiałem użyć całego swojego autorytetu, aby utrzymać porządek podczas marszu i przeciwdziałać opuszczaniu przez żołnierzy szeregów. Jeden z oficerów odważył się nawet dać mi do zrozumienia, że zapewne będziemy zmuszeni się poddać. Udzieliłem mu głośnej reprymendy – tym ostrzejszej, że był on wartościowym oficerem – tak aby udzielona lekcja zrobiła większe wrażenie”.

Wreszcie, po przeszło godzinie, grupa widzi po swojej lewej stronie Dniepr. Ludzie Fezensaca odzyskują ducha bojowego. Henin każe im maszerować wzdłuż brzegu rzeki, aby Kozacy nie mogli ich oskrzydlić. Choć działa Płatowa otwierają do nich ogień, to ich celność w ciemnościach jest kwestią przypadku. Przez równinę, przez jary i wąwozy, których zbocza są tak strome, że ledwo mogą się na nie wgramolić, brnąc po kolana w wodzie przez na wpół zamarznięte strumienie, oddział maszeruje wytrwale. Nikt nie wypada z szeregu.

„Generał Henin, trafiony odłamkiem granatu w nogę, nawet nie chciał o tym wspominać, obawiając się, że może osłabić morale żołnierzy i nadal komenderował z niezmienionym zapałem. Niewątpliwie można mu było czynić wyrzuty za upieranie się przy obronie naddnieprzańskiego lasu, lecz w tak trudnym momencie błąd ten był wybaczalny. Tego, czego przynajmniej nikt mu nie odmówi, to odwagi i inteligencji, z jaką nas prowadził przez cały czas owego, pełnego zagrożeń, marszu”.

W końcu, właśnie w chwili, gdy Ney znów chce ruszać dalej, widzą ogniska jego biwaków. W ten sposób, choć kompletnie wycieńczeni, żołnierze 4. Pułku Liniowego maszerują jeszcze całą godzinę, zanim docierają do wioski, gdzie czekają na nich jakieś zapasy i nieco odpoczynku. Nadal jednak

„znajdowaliśmy się osiem lig od Orszy, a Płatow bez wątpienia miał jeszcze podwoić wysiłki, aby tylko nas unicestwić. O pierwszej po północy zabębniono na stawanie do szeregów”.

Także Freytag, choć znajdował się w głównej grupie, przeżył potworną noc. Zmuszony był do przejścia przez bagna, gdzie straż tylna znów nękana była kartaczami. Udało mu się dokonać tej sztuki jedynie przez uczepienie się końskiego ogona:

„Choć noc należała do najciemniejszych, zebraliśmy się i sformowaliśmy linię bojową. Jakiś starszy oficer rosyjski podszedł całkiem blisko, aby krzyknąć do nas: ‘Poddajcie się! Poddajcie! Wszelki opór jest bezsensowny!’. Na to generał Ledru des Essarts odpowiedział mu: ‘Francuzi walczą, ale się nie poddają!’ i rozkazał nam otworzyć ogień plutonami. Rozdzieliliśmy między sobą ładunki, jakie pozostały nam po bitwie pod Krasnem. Maszerowaliśmy dalej, bez przerwy molestowani przez nieprzyjaciela. Trzeciego dnia [20 listopada], około 3 nad ranem, marszałek Ney kazał nam zająć pozycję, na której plecami opieraliśmy się o las.9 Mieliśmy wiele trudności z zebraniem może tysiąca pięciuset ludzi będących jeszcze w stanie udźwignąć broń. Potworne zimno powodowało jednak, że i tak nie mogli jej użyć.

Aby prezentować bardziej imponujący front, sformowaliśmy tylko dwa szeregi. Za nimi rozmieściliśmy wszystkich tych, którzy stracili broń lub porzucili ją podczas przeprawy przez Dniepr. Przed sobą widzieliśmy roje Kozaków, z których wyskakiwali  pojedynczy  harcownicy,  zbliżając  się  na  dystans strzału z pistoletu. Nasze oddziały stały obojętnie z bronią na ramieniu, z braku nabojów pozorując tylko strzelanie, gdy Kozacy nacierali większymi oddziałkami. W końcu Kozacy wycofali się i zadowolili krążeniem przed nami. W tej właśnie chwili podszedł do mnie marszałek Ney i powiedział:

– Cóż myślisz o tym, Freytag?

– Sądzę, że nasze położenie nie jest zbyt wspaniałe, panie marszałku. Nie byłoby może takie złe, gdybyśmy chociaż mieli naboje.

– To prawda, teraz musimy jednak myśleć, jak drogo sprzedać naszą skórę.

Z zapadnięciem nocy marszałek kazał rozpalić ogniska w pewnej od nas odległości, aby nieprzyjaciel myślał, że zamierzamy spędzić noc w lesie. Równocześnie powiedział nam – dowódcom jednostek – abyśmy nie pozwalali żołnierzom zasnąć, ponieważ o 9 wieczorem będziemy zwijać obóz. W tym czasie rosyjski głównodowodzący przysłał przedstawiciela pod białą flagą, aby wezwał marszałka Neya do poddania się, ponieważ – jak powiedział – jego słabiutki korpus nie da rady walczyć przeciwko stu tysiącom Rosjan, jacy go otaczają. Byłem obecny przy tej rozmowie, a marszałek Ney odpowiedział wysłannikowi w ten sposób:

– Niech pan idzie i powie swojemu generałowi, że marszałek Francji nigdy się nie poddaje.

Godzinę później, w tym samym celu, przybył do nas drugi wysłannik. ‘Co się tyczy pana, monsieur’ – powiedział mu marszałek – ‘to zostanie pan z nami. Bardzo bym chciał, abyś pan sam zobaczył, jak się poddają żołnierze francuscy’.

O 8:45 zjawił się trzeci, aby upomnieć się o poprzednika i przedstawił marszałkowi tę samą propozycję. ‘No, to już jest was dwóch’ – powiedział znów Ney – ‘którzy sami zobaczą jak zamierzam poddać się Rosjanom’”.

Kapitan François usłyszy potem, że,

„gdy Rosjanin rozmawiał z marszałkiem Neyem, cały czas rzucał okiem na wszystkie strony. Marszałek kazał zawiązać mu oczy i oddał pod straż kilku żołnierzom. Protesty oficera na nic się nie zdały. Było jednak prawdą, że Rosjanie otaczali nas ze wszystkich stron. Dokładnie o 9 wieczorem marszałek dał rozkaz stawania do szeregów bez czynienia najmniejszego hałasu. Polecił nam nakazać oddziałom marsz w szykach zwartych, bez piśnięcia choćby słówkiem. Wyruszyliśmy i zachowując absolutną zimną krew, w najgłębszej ciszy przeszliśmy przez obóz rosyjski. Nieprzyjaciel zdołał nas zauważyć. Zanim jednak rozległo się ‘hurra’, byliśmy już poza obozem. Było tak ciemno i maszerowaliśmy tak szybko, że nie zdążyli się do nas dobrać. Nie znaczy to, że nie posłali za nami kilku pocisków armatnich lub nie schwytali kilku maruderów, jeśli można użyć tego terminu wobec nieszczęśników, którzy musieliby być obdarowani nadnaturalną siła, żeby ujść swojemu przeznaczeniu”.

Do tego czasu brygada Henina zdążyła już dołączyć do głównych sił Neya. Kolumna brnie naprzód nie zatrzymywana aż do świtu. Potem znów pokazują się Kozacy, korzystając z tego, że Francuzi muszą przejść przez otwartą równinę.

„Płatow wysuwał swoją artylerię na saniach. Nie mogliśmy jej ani ominąć, ani się do niej dobrać. Gdy już myślał, że ostrzałem zaprowadził chaos w naszych szeregach, rozkazał swoim Kozakom szarżować. Marszałek Ney szybko sformował czworobok z każdej ze swoich dwóch dywizji. 2. Dywizja, dowodzona przez Henina, była strażą tylną, na którą atak miał spaść w pierwszej kolejności”.

Fezensac musi użyć najsilniejszych gróźb, aby zmusić wszystkich żołnierzy bez przydziału, którzy nadal posiadają broń, do zajęcia miejsca w szeregu. Kozacy

„dość słabo powstrzymywani przez naszych strzelców wyborowych i pędzący przed sobą bandę nieuzbrojonych maruderów, próbowali dosięgnąć naszego czworoboku. Gdy się zbliżali, nasi ludzie – cały czas pozostający pod ogniem nieprzyjacielskich armat – przyśpieszali kroku. Ze dwadzieścia razy widziałem, jak już, już mieli ochotę się rozproszyć i uciekać na wszystkie strony, wydając siebie i nas na łaskę Kozaków. Jednak obecność marszałka Neya, pewność siebie, jaką emanował i którą wzbudzał u innych, jego spokój w tak niebezpiecznym momencie, wszystko to razem wzięte utrzymywało ich w dyscyplinie i zniewalało do wypełniania obowiązków. Dotarliśmy na jakąś wyniosłość. Marszałek rozkazał Heninowi założyć tam placówkę, dodając, że jest to kwestia śmierci za honor Francji. W międzyczasie generał Ledru maszerował w kierunku wsi Jakubowo (Teolino), której tyły dotykały lasu. Gdy się tam urządził, dołączyliśmy do niego. Obie dywizje zajęły pozycje, flankując się nawzajem. Nie było jeszcze południa, a marszałek Ney oznajmił, że będzie bronił tej wsi do 9 wieczorem. Generał Płatow kilkukrotnie próbował ją zdobyć. Jego ataki były ciągle odpierane, aż w końcu, znużony takim oporem, zajął pozycje naprzeciwko nas. Już wczesnym rankiem marszałek wysłał jednego z polskich oficerów do Orszy”.

Gdy nadszedł czas wznowienia marszu, ludzie Neya byli tak zmęczeni, że musiał podłożyć ogień pod „dużą wieś”, aby zmusić ich do opuszczenia domów. W żałobnym świetle pożaru Fezensac przygląda się widowisku wystawianemu przez tylną straż marszałka Neya:

„Zmęczenie dniem poprzednim i woda wypełniająca moje buty spowodowały, że moje cierpienia znów się odnowiły. Ledwo będąc w stanie iść, wsparłem się na ramieniu pana Lalande’a, młodego oficera woltyżerów”.

Wcześniej Fezensac miał okazję udzielić mu reprymendy. Teraz jednak jest bardzo z niego zadowolony.

„Czułem, że nadszedł właściwy moment, aby coś dla niego zrobić, więc obiecałem, że będzie pierwszym w pułku, który otrzyma awans na kapitana”.

Tragicznym zrządzeniem losu porucznik woltyżerów także pada, „lecz pochlebiam sobie, że nadzieja, jaką w nim rozbudziłem, dodała mu choć na moment odwagi i złagodziła grozę jego ostatnich chwil”. Bonnet widzi jednak, że „nieprzyjaciel nie jest zbyt liczny i mimo jego demonstracji siły – rosyjskie ogniska wyglądały, jakby obecnych tam było dziesięć tysięcy żołnierzy – o 9 wieczorem przeszliśmy przez ich linie”.

Jest jasna, księżycowa noc. W Orszy Davout otrzymał rozkazy

„niezwłocznego wysłania rozpoznania na trakt ze Smoleńska”, a Eugeniusz dowiedział się, że ma zaczekać na Neya do północy. „Gdybyśmy do tej pory nie dostali o nim żadnych wiadomości, mieliśmy ruszać swoją drogą i porzucić wszelką nadzieję na ponowne ujrzenie marszałka i jego korpusu”. Kim jednak jest ten oficer nadciągający przez bezkresne połacie śniegu w kierunku wysuniętych posterunków 1. Pułku Szwoleżerów Gwardii pod dowództwem Chłapowskiego?

„Widziany z dystansu wydawał się być Rosjaninem. Wkrótce jednak rozpoznaliśmy w nim Francuza [sic]. Wyszliśmy mu na spotkanie i ucieszyliśmy się wielce, dowiadując się, że marszałek Ney i jego żołnierze cudem jakimś ocaleli i znajdują się zaledwie o ligę* od nas”.

Niedługo Chłapowski i jego ludzie mogą dojrzeć

„mężnego marszałka we własnej osobie, jadącego na wymizerowanym koniu, z postępującymi za nim kilkoma setkami żołnierzy pod bronią i prawie taką samą liczbą ludzi, którzy z wyczerpania musieli porzucić swoje karabiny. Oficerowie Neya powiedzieli nam, co się wydarzyło podczas ich męczącego marszu”.

Ta niewiarygodna nowina zostaje natychmiast wysłana do Eugeniusza, którego część jednostek wyruszyła już drogą na Bóbr. Griois, ze świeżą artylerią pobraną ze składnicy w Orszy, jest

„już w pewnej odległości od miasta, gdy książę Eugeniusz, wracając po własnych śladach, powiada mi, że mamy zawrócić na spotkanie z marszałkeim Neyem, o którym otrzymaliśmy właśnie – po kilku dniach okrutnej niepewności i obaw – świeże wieści”.

Pozostałe jednostki IV Korpusu – po tak rzadkiej przyjemności jak rozdział racji żywnościowych nadzorowany przez Gwardię Królewską, „co lepiej wpłynęło na dyscyplinę w oddziałach niż groźby, a także, co było jeszcze większą rzadkością, dach nad głową na noc” – „odpoczywają sobie spokojnie w ciepełku. Na wieść, że Ney znajduje się w niebezpieczeństwie” – ciągnie Cesare de Laugier – „wszyscy zrywają się na równe nogi”. Griois potwierdza, że

„nie trzeba było lepszej motywacji niż ta, aby w środku nocy bez żalu zawracać i przy panującym ostrym mrozie znów kierować się ku Dnieprowi, nie wiedząc nawet, jak daleko przyjdzie nam iść”.

Laugier:

„Po własnych śladach zrobiliśmy dwie ligi [osiem mil] w ciemnościach, często zatrzymując się, aby nasłuchiwać. Wicekról, z braku jakichkolwiek możliwości komunikacji w tym morzu śniegu, kazał kilkukrotnie wystrzelić z działa”.

Griois:

„Wtedy zajęliśmy pozycje, a na rozkaz księcia kazałem moim armatom oddać trzy wystrzały, aby dać znać III Korpusowi, gdzie jesteśmy”.

Laugier:

„Siły Neya odpowiedziały na to kilkoma salwami całych plutonów. Od tej chwili oba korpusy szły sobie naprzeciw”.

Gdy Freytag, Fezensac i Bonnet męczą się już na ostatniej prostej przed Orszą, a „posterunki kozackie, rozstawione wzdłuż drogi, cofają się przed nami”, pojawia się przed nimi „dywizja” IV Korpusu, prowadzona przez samego wicekróla i wychodzi im na spotkanie („całą ligę”).

„Po ‘Qui vive?’, na co odzewem tej nocy było ‘France’, wicekról i marszałek padli sobie w objęcia. Natychmiast nastąpiła radość nie do opisania, która cokolwiek ożywiła nasze chwiejące się morale”.

Laugier:

„Ney i Eugeniusz spotkali się jako pierwsi i rzucili się sobie w ramiona. Na ten widok szeregi wojska popękały. Każdy obejmował każdego, choćby nieznajomego – Wirtemberczyków, Iliryjczyków, Francuzów, Polaków, Toskańczyków, Genueńczyków.  Otoczeni   przez   Włochów   nowoprzybyli   opowiadają o swojej Odysei. Przytłoczyliśmy ich pochwałami i uwagą jaką im poświęcaliśmy tak, że w owej chwili wszyscy zapomnieli o dawnych sporach, ludzkim egoizmie, okrucieństwie losu i zagrożeniach, jakie niosła przyszłość”.

Wśród tych radosnych powitań do najbardziej emocjonalnie przeżywanych należą te, w których udział bierze czternastu oficerów i pięćdziesięciu ludzi innych szarż z 2. i 3. batalionu Hiszpańskiego Pułku JózefaNapoleona – wszyscy, jacy z niego ocaleli. Po raz pierwszy w czasie całej kampanii spotkali się z mającymi nieco większe szczęście rodakami z 1. i 4. batalionu. Nawet Le Roy, przebywający o pięć wiorst [ponad trzy mile] stamtąd, słyszy radosne okrzyki spod Orszy. Tego ranka Laugier zapisze w swoim dzienniku:

„Przemieszani, tworząc, można tak rzec, jedną wspólną rodzinę, wróciliśmy do Orszy, gdzie pomagaliśmy owym nieszczęśnikom jakoś się pożywić i odpocząć pod naszą strażą”.

 Nowiny zostały oczywiście przekazane natychmiast Napoleonowi, przebywającemu we dworze w Baraniu. Zawiózł je tam Gourgaud, który pozostał w Orszy, aby nadzorować ewakuację miasta, a prawdopodobnie także jego zniszczenie. Dotarłszy do dworu w Baraniu, pułkownik zastaje Napoleona przy obiedzie w towarzystwie Berthiera i Lefèbvre’a. Jednym tchem wyrzuca z siebie wspaniałe, niewiarygodne wieści. Fain powiada, że „Cesarz natychmiast wstał z miejsca i, chwytając Gourgauda za ramiona, zapytał z przejęciem: ‘Czy to aby pewne’?”. Kilku oficerów sztabowych zostaje wysłanych na tyły, aby

„powiedzieli marszałkowi, że powinien przyśpieszać kroku”. Tutaj zaś wkrótce zjawia się „major de Briqueville – ranny w udo od kuli armatniej podczas walk w III Korpusie” – ze wszystkimi szczegółami. Wielki koniuszy nigdy dotąd nie widział,

„żeby nawet wielkie zwycięstwo w polu wywołało taką sensację. Radość była powszechna. Ludzie upijali się z zachwytu. Wszyscy byli w nieustannym ruchu, wchodząc i wychodząc, aby podzielić się z innymi wiadomością o wspaniałym powrocie Neya. Nie można było się powstrzymać, aby nie oznajmić o tym każdemu, kogo tylko się spotkało. Informacja o takim – narodowej wręcz wagi – wydarzeniu musiała zostać przekazana nawet koniuchom. Teraz już oficerowie, żołnierze, wszyscy byli przekonani, że możemy wypiąć się na nasz zły los, że Francuzi są niezwyciężeni!”.

Wkrótce potem pojawia się sam Ney. „Nigdy jeszcze” – zauważa Chłapowski –

„Cesarz nie był tak wylewny, jak podczas tej rozmowy. Wychodząc marszałkowi naprzeciw, powiedział: ‘Oddałbym wszystko, żeby cię nie stracić’”.

Planat de la Faye zauważa jednak, że Ney z początku jest

„w bardzo złym humorze, skarżąc się, żeśmy go opuścili. Gdy jednak poznaje szczegóły naszego własnego odwrotu, widzi wyraźnie, że zrobiliśmy wszystko, co w ludzkiej mocy. Powraca mu wesołość i w żartach wypowiada jedno z tych żołnierskich powiedzonek, które przebiegnie przez armię jak ścieżka prochowa: ‘Wszyscy, którzy wrócą z tej wyprawy będą musieli dać zdrutować sobie jaja’!”.

Takim oto sposobem, konkluduje z dumą kapitan François,

 „przeprowadzona została jedna z najwspanialszych i najodważniejszych operacji podjętych kiedykolwiek przez tak słaby korpus. Nie uznać rzadkich talentów marszałka Neya, oznaczałoby wykazać się brakiem szacunku, jaki powinien odczuwać wobec niego każdy wojskowy. To samo można powiedzieć o pułkowniku Pelet, który też miał swój udział w ocaleniu resztek dwunastu pułków i wielkiej liczby rannych, pracowników cywilnych i niekombatantów w tylnej straży armii”.