Nasza księgarnia

„Moskwa, Moskwa!"

COM_CONTENT_WRITTEN_BY. Posted in Bez kategorii

Kolejna bitwa? - „spoglądaliśmy na ogromne miasto" - „ani jeden komin w nim nie dymił" - rozmowy z nieprzyjacielem - misja von Muraldta - „wszystkie ulice były puste" - bohaterowie-amatorzy - „nigdy nie widziałem go tak przygnębionego" - „zamierałem z przerażenia" - „car nie zawrze pokoju" - Murat przechodzi przez Moskwę - „spokojnie pływały sobie łabędzie" - dwa obiady - „Pali się!"

Nie wiedząc co się dzieje na jego prawym skrzydle, lecz będąc pewien, że w końcu musi się przecież znaleźć na podejściach do Moskwy, 14 września, książę Eugeniusz:

„wspiął się na wzgórze po naszej prawej i przez dłuższą chwilę próbował stwierdzić, czy da się już dostrzec miasto Moskwę. Widok na nią zasłaniało nam jeszcze kilka wzgórz, a wszystko co dostrzegliśmy, to jedynie kłęby kurzu, które, układając sie równolegle do naszej trasy, wskazywały na drogę, jaką maszerowała Wielka Armia. Z odgłosu kilku jedynie strzałów armatnich, oddawanych gdzieś daleko i w dużych odstępach czasu, wywnioskowaliśmy, że nasze oddziały zbliżały się do Moskwy nie napotykając większego oporu".

Więcej znajdziesz w książce "Marsz na Moskwę"

 

Aby uzyskać więcej informacji o głównej kolumnie, Eugeniusz wysyła do Murata von Muraldta, najmłodszego, lecz jedynego władającego francuskim oficera Pułku Szwoleżerów Bawarskich. Przydzielając mu niewielką eskortę, napomina go, aby nie wpadł w ręce Kozaków. Jest wspaniały, słoneczny dzień. Po pełnych obaw trzydziestu minutach, podczas których jego eskorta zdaje się wszędzie widzieć Kozaków, von Muraldt dociera do drogi Moskwa-Możajsk, którą „posuwa się właśnie szybkim marszem, kolumnami, piechota i artyleria Gwardii Cesarskiej". Pośpiesznie przesuwając się do przodu, aby dogonić Murata, von Muraldt widzi:

„wyłącznie radosne twarze. Ponieważ droga była bardzo szeroka, artyleria i piechota posuwały się obok siebie, a wszyscy śpieszyli się jakby skrzydła im wyrosły u nóg. Tu i ówdzie, zwłaszcza wśród Młodej Gwardii, dało się słyszeć okrzyki 'Vive I'Empereur!' Ale stare bermyce zachowywały się ciszej i bardziej poważnie".

Wielka Armia zbliża się nareszcie do swojego celu. Czy jednak zanim wkroczy do miasta będzie musiała stoczyć jeszcze jedną bitwę? Napoleon nadal jest pewien, że Kutuzow „ponownie wyda mu bitwę przed poddaniem stolicy, lecz tym razem z mieczem w jednej, a propozycjami pokojowymi w drugiej ręce". Zdecydowany podpisać w Moskwie pokój, chce

„zatrzymać się tam na tydzień, a potem wycofać się do Smoleńska:

'Miecze zostały już skrzyżowane. W oczach świata wymogom honoru stało się zadość. Rosjanie zaś ponieśli już tyle szkód, że nie widzę jakiej jeszcze satysfakcji miałbym od nich żądać. Nie będą także bardziej obawiać się, że złożę im drugą wizytę, niż ja konieczności powrotu pod Borodino'".

Caulaincourt powiada dalej, że co się tyczy jego samego i Berthiera, to

„jesteśmy zgodni, że nie ma innego sposobu na zakończenie tej wojny, poza opuszczeniem Moskwy czterdzieści osiem godzin po wkroczeniu do niej i powrotem do Witebska". Griois i jego kompani:

 

„w żaden sposób nie obawiają się też nowej bitwy. Naprawdę, to nawet chcieliśmy, żeby do niej doszło, aby sprawom wreszcie położyć koniec, byle nie w Moskwie czy też pod jej murami, ponieważ w takim przypadku można było łatwo przewidzieć, że gdybyśmy ją wygrali, o czym nikt z nas nie wątpił, miasto na pewno zostałoby zrabowane, a może nawet i spalone zanim przeszłoby w nasze ręce, a przecież wszystkie nasze nadzieje pokładaliśmy w zapasach, na jakich znalezienie w mieście liczyliśmy".

I rzeczywiście, tego dnia (14 września), Dedem van der Gelder, posuwający się obramowaną drzewami drogą zaraz za kawalerią Murata, słyszy że straż przednia posłyszała od dezertera, iż Rosjanie fortyfikują

„pozycję znacznie potężniejszą od tej pod Borodino". Tego samego ranka, Pułk Fizylierów-Grenadierów Młodej Gwardii wkracza do ostatniego większego przejścia przez las „w pobliżu wąwozu, gdzie wcześniej Rosjanie zaczęli wznosić reduty dla obrony". Wychodząc z lasów, Dedem widzi „zwalone drzewa, redutę i linię kawalerii wieńczacą wzgórza". Jednak niedługo potem, idąca w awangardzie lekka kawaleria

a wśród niej porucznik hrabia von Wedel z 9 Pułku Polskich Lansjerów osiąga grzbiet wzgórz. A tam, widoczna o kilka zaledwie mil, leży... Moskwa:

„'Moskwa!, Moskwa!" podnosi się okrzyk wśród szeregów. Spoglądaliśmy na ogromne miasto, z jego złoconymi wieżami, czerwono i czarno malowanymi dachami, jego pałacami i skromniejszymi budynkami oraz wielkimi parkami, które w żaden sposób nie przypomina naszych miast i ma całkiem orientalny charakter".

Wystarczy jedynie zerknąć przez lunetę na ten fantastyczny widok, aby od razu dostrzec, że Moskwa, najbardziej odległa i egzotyczna ze stolic Europy, jest miastem otwartym. Jedynie płytki rów rozciąga się przed jej przedmieściami. Poza nim nie ma tam żadnych innych fortyfikacji. Nie widać też, aby armia rosyjska rozwinęła się przed miastem.

Wtedy jednak von Wedel dostrzega jeszcze coś innego. Uderza go to, jako zdecydowanie dziwniejsze:

 

„Po przeciwnej stronie miasta zauważamy przez nasze lunety wielką masę ludzi, pieszo, konno, lub w pojazdach. Opuszczają oni miasto. Ani jeden komin w nim nie dymił. Czyżby mieszkańcy uchodzili? Przecież nie mogli ot, tak, pozostawić swoich domostw jak kilkuset mieszkańców jakiejś wioski?".

 

Rosyjskie straże tylne przez trzy godziny powstrzymują awangardy francuskie, którym nakazano posuwać się w dół z Wróblich Wzgórz. Rosjanie skoncentrowali się „w niewielkich okopach rozrzuconych przed miastem w rozmaitych odległościach od siebie". Murat rozkazuje więc swojej jeździe i lekkiej artylerii polowej:

„rozwinąć się w linię. Rosjanie wystrzelili trzy czy cztery razy. Rychło jednak ogień zamarł i rozeszły się pogłoski, że rozpoczęto negocjacje".

 

Faktycznie, Seruzier widzi rosyjskiego generała, zbliżającego się do niego w towarzystwie niewielkiej eskorty. Został on wysłany przez Miłoradowicza, dowódcę rosyjskiej straży tylnej. „Stentorowym głosem" osadziwszy swój sztab na miejscu, Murat pozostawia go za sobą i rusza w stronę generała aby wysłuchać, co ten ma mu do zaproponowania:

„Powinniśmy przejść przez Moskwę bez zatrzymywania się w niej i posunąć się aż sześć mil drogą na Kazań, przy czym nasza awangarda byłaby poprzedzana przez szwadron Kozaków jadący 200 jardów przed nami".

 

Jeśli się na to nie zgodzimy, powiada rzecznik rosyjski, miasto zostanie podpalone. Co robić? Z pewnym wahaniem, Murat odpowiada, że będzie musiał udać się z zapytaniem w tej sprawie do Cesarza. Po tym stwierdzeniu, jego rozmówca zawraca konia i odjeżdża w kierunku miasta. Przejeżdża jednak tylko pięćdziesiąt jardów, kiedy Murat woła do niego, aby wrócił i mówi, że uzgodnienie tej sprawy bierze na siebie. Wysyła adiutanta, aby rzecz przedłożył Napoleonowi. Zsiada z konia. Natychmiast też zostaje otoczony przez podziwiających go Kozaków „z odwróconymi pikami".

Jeszcze z czasów Tylży pamiętają go oni jako rozdawcę bogatych prezentów. Nie inaczej jest i teraz. Porucznik Tascher widzi jak gromadzą się wokół niego. Nie mając przy sobie żadnych królewskich drobiażdżków aby im rozdać, Murat, ku zaskoczeniu tego ognistego oficera, zabiera Gourgaudowi cenny zegarek „bardzo piękny klejnot", który sam Gourgaud „otrzymał ze sławnych rąk. Nikt nie wydaje się czynić żadnych trudności. Najwyraźniej zdecydowali już poddać nam miasto".

 

CKG spędziło poprzednią noc we wspaniałym dworze, którego właścicielem jest niezmiernie bogaty książę Golicyn. Położony nad jeziorem, był pierwszym, naprawdę wspaniałym chateau, jakie zobaczyliśmy w Rosji. Castellane z przykrością zauważył, iż żołnierze awangardy „ nieco je zniszczyli, jak to mają w zwyczaju, przez pocięcie tapicerki" na jego

„bardzo eleganckich meblach". Dwór wyróżnia się też dzięki „wielce czarującym rzeźbom, niektórym naprawdę bardzo dobrym", które tak spodobają się kapitanowi Bonnetowi, mającemu tam niedługo biwakować z dywizją Razouta (III). Równocześnie samo położenie dworu, wyda się kapitanowi „nieco ponure, w otoczeniu lasów, z jednej strony poprzecinanych alejami, z niewielkim potokiem i jeziorami, zamarzniętymi przez osiem miesięcy w roku, sztucznie wytworzonymi za pomocą grobli". O ósmej rano Napoleon opuszcza chateau w swojej karecie, kierując się na Małą Wiaźmę, siedem wiorst od Moskwy. Tam też właśnie adiutant Murata powie mu, co się dzieje. Pierwsze słowa Napoleona, według Segura, brzmią:

„'No coż, otóż i to sławne miasto. W dodatku, w sam czas!' Jego marszałkowie, tak niezadowoleni od czasu wielkiej bitwy, że aż trzymający się na uboczu, nagle zapominają o swoich skargach. Widzieliśmy ich, tłoczących się wokół Cesarza, składających hołdy jego fortunie i gotowych już przypisać jego brak dbałości o dopełnienie zwycięstwa siódmego września, jakiemuś szczególnemu przebłyskowi  geniuszu".

Narbonne, nastawiony dość pacyfistycznie, zostaje wysłany do Murata, aby potwierdzić rozejm. Ma on rozkazać królowi, aby:

 

„postępował krok w krok za Rosjanami, wszedł do miasta, lecz na ile to tylko możliwe okpił ich i pogonił tak daleko, jak się da,

 

 

gdy tylko znów się znajdą poza jego granicami. Powinien on także wysłać do Cesarza deputację władz miejskich",

która ma go spotkać u bramy miasta. Wyprzedzając srodze doświadczoną piechotę Dedema, Narbonne mówi mu: „No, to po wszystkim. Rosjanie opuszczają Moskwę i wydają ją na łaskę Francuzów".

 

„Niedługo potem, w swoim powozie przejechał obok nas Cesarz i wezwawszy mnie do siebie powiedział: 'Niech pan ruszy swoich ludzi. To jeszcze nie koniec'. Nie wiem dlaczego, ale zdawał się czegoś obawiać. Może też Jego Cesarskiej Mości nie spodobał się wybuch radości wśród żołnierzy na myśl o tym, że zaczynamy negocjacje pokojowe, które to nastawienie zamanifestowali aż nadto wyraźnie podczas salutowania Cesarzowi, gdy ten mijał ich kierując się ku miastu".

 

Zaraz za jego powozem i świtą ku niezadowoleniu I i III Korpusu posuwa się Gwardia Cesarska. Oddziały nie wybuchają też okrzykami radości, z pewnością nic takiego się nie dzieje w 57 Pułku Piechoty Liniowej.

„Dało się słyszeć kilka okrzyków 'Vive !'Empereur!', Oto święte miasto!', lecz bez specjalnego entuzjazmu". Jest „piękny, letni dzień". Maszerującą szybko piechotę Gwardii prowadzi Pułk Grenadierów-Fizylierów. A na ich czele, dowodząc grupą złożoną z piętnastu żołnierzy, maszeruje sierżant-welita Bourgogne:

„Pod moją pieczą było kilku oficerów wziętych do niewoli w wielkiej bitwie, z których paru mówiło po francusku. Jeden z nich był popem, chyba kapelanem pułkowym. Także i on dobrze władał francuskim, lecz wydawał się smutniejszy i bardziej przejęty od swoich towarzyszy niedoli".

Później, także i oni zatrzymają się na Wróblich Wzgórzach:

„Słońce odbijało się na wszystkich kopułach, wieżach i pozłacanych pałacach. Widziałem już wiele stolic, takich jak Paryż, Berlin, Warszawa, Wiedeń i Madryt, a wszystkie one wywarły na mnie niewielkie wrażenie. Ale to tutaj, to było coś całkiem innego! Wywarło na mnie, jak i na wszystkich, efekt wręcz magiczny".

Bourgogne zauważa jak jego wszyscy więźniowie

„po kilkakroć pochylają głowy i żegnają się znakiem krzyża. Podszedłem do owego księdza i zapytałem go, dlaczego tak czynią. 'Panie', odparł, wzgórze to nosi nazwę Wzgórza Zbawienia, a każdy dobry moskwianin musi pochylić głowę i przeżegnać się na widok świętego miasta'. Rychło potem zeszliśmy ze wzgórza".

Nagle, ku zaskoczeniu porucznika von Wedla:

„z tyłów nadjechał galopem jeden z cesarskich oficerów ordynansowych i zaraz potem dał się słyszeć rozkaz: 'Kolumna, stój!' Później, przeszła obok Gwardia Cesarska, w pełnych strojach paradnych, niczym na defiladę. 'Oto Gwardia, która nie walczyła ani razu przez całą kampanię! Idą teraz pokazać się w Moskwie. A nam hołocie pewnie nawet nie pozwolą wejść do miasta! To hańba! Skandal!' Z tłumioną wściekłością obserwowaliśmy jak przechodziła ta wspaniała, godna zazdrości, tak faworyzowana Gwardia i od razu nasze piękne marzenia zaczęły się ulatniać".

W końcu, po kwadransie, Bourgogne dociera do bramy miasta. „Znajdował się tam już Cesarz ze swoim sztabem. Zatrzymaliśmy się. Po lewej stronie zauważyłem ogromny cmentarz". Rychło przybył także Boulart i zaparkował tam swoje armaty. „Wszyscy byli ogromnie podnieceni". On i jego kanonierzy umierali z niecierpliwości, aby wreszcie doczekać się

„trumfalnego wkroczenia. Zżerała nas ciekawość, nieporównanie większa niż głód, jakiego przysparzały nam nasze apetyty".

„W południe, Cesarz podjechał do bariery przy fosie i zsiadł z konia. Jego zniecierpliwienie rosło z każdą chwilą. Ciągle wydawał nowe rozkazy, wciąż też pytał, czy delegacja notabli jest już w drodze".

Powiada teraz Caulaincourtowi, aby napisał do Mareta w Wilnie, oraz do Kanclerza Cesarstwa Cambacérèsa w Paryżu, „informując ich, że jesteśmy w Moskwie, i abym datował swój list z tego miasta". Krótko potem rozkazuje generałowi Durosnelowi, którego mianował gubernatorem wojskowym, aby ten wkroczył do Moskwy, „z tak wielką liczbą żandarmerii wojskowej, jaką tylko zdoła zgromadzić". Ma on zaprowadzić porządek, objąć w posiadanie gmachy publiczne, obsadzić strażą Kreml i nadsyłać Cesarzowi informacje na bieżąco. Nikt inny nie ma na razie wchodzić do miasta. Patrole mają być rozmieszczone, „aby uniemożliwić żołnierzom wejście, lecz w murach było tak wiele dziur, że środek ten był raczej mało skuteczny".

Przy wejściu na przedmieścia znajdował się drewniany most. O drugiej po południu, Murat, poprzedzany przez 1 szwadron 1O Pułku Polskich Huzarów, w towarzystwie idących za nim armat Seruziera, przekracza go na czele 4 Dywizji Lekkiej Kawalerii oraz 2 i 4 Dywizji Kirasjerów. Właśnie ma wjechać na przedmieścia, gdy jeden z jego oficerów oznajmia przybycie posłańca od księcia Eugeniusza. Jest nim von Muraldt:

„Spotkałem Króla Neapolu otoczonego liczną, wspaniałą świtą, oraz Kozakami i generałami, którzy przypochlebiali mu się, wyrażając podziw dla jego dzielności. Jeden z owych atamanów rzekł: 'Znam już pana dość długo, Sire. Jest pan Królem Neapolu. Różnica między nami jest taka, że od chwili przekroczenia przez was Niemna, widziałem pana codziennie, zawsze pierwszego, na czele waszej armii. Ja zaś, już od trzech miesięcy, zawsze byłem ostatnim człowiekiem, zamykającym pochód naszej".

Jak każdy, kto po raz pierwszy widzi Murata, bawarski porucznik jest uderzony jego teatralnym kostiumem:

„Składał się z krótkiego płaszczyka z ciemnoczerwonego, przetykanego złotem jedwabiu, z rozcięciami na ramiona. Krótka, prosta broń boczna zwisała na bogato haftowanym pasie. Wysokie buty wykonane były z czerwonej jagnięcej skórki, a na głowie miał duży trójrożny kapelusz lamowany złotym haftem i ozdobiony długim pióropuszem, założony tyłem do przodu. Długie, brązowe włosy zwisały mu w lokach aż do ramion"

Wszystko to pozostaje niewątpliwie w szokującym kontraście z obdartymi, a często i bosymi oddziałami. Kilkaset jardów dalej, Kozacy wycofywali się już do miasta. Murat oznajmia bawarskiemu oficerowi, aby wrócił do Eugeniusza i powiedział mu, że miasto zostaje ewakuowane i dochodzi do zawieszenia broni.

Muraldt nie ma jednak zamiaru tak postąpić. A przynajmniej, dopóki nie ujrzy czegoś „w tej wyjątkowej stolicy. A jeszcze bardziej leżało mi na sercu, aby zaopatrzyć się w jakieś pożywienie". Wmieszawszy się więc w sztab Murata, wjeżdża tam razem z nimi, aby zobaczyć, że

„wszystkie ulice przez które przejeżdżaliśmy były puste, domy pozamykane na cztery spusty i zabarykadowane. W żadnym z okien nie pokazała się choćby jedna twarz. Wszystkie sklepy były także zamknięte. Śmiertelna ta cisza i ów stan opuszczenia napełniły mnie, a z pewnością także wielu z moich towarzyszy, obawą".

Dywizja lekkiej kawalerii Pajola idzie z tyłu. Przed wirtemberskim 3 Pułkiem Strzelców Konnych chirurga von Roosa idzie 1O Pułk Huzarów Polskich oraz Pułk Pruskich Ułanów „dowodzony przez majora de Werthera", za nimi nadciągają „cztery pułki francuskich huzarów [5 i 9] oraz szaserów [11 i 12], jakie składały się na naszą dywizję, oraz nieco artylerii konnej":

 

„Każdy z nas odczuwał, w mniejszym lub większym stopniu, dumę zdobywców. Dla wszystkich nieobecnych miało nie zabraknąć oficerów i starych żołnierzy, którzy wytłumaczyliby im, jak najsolenniej, jak istotne znaczenie miały rozgrywające się właśnie sceny. Pod karą śmierci zakazano zsiadać z koni lub opuszczać szeregi pod jakimkolwiek pozorem. Rozkaz ten stosował się w równej mierze do nas lekarzy więc musieliśmy się mu podporządkować. Jechaliśmy drogą aż do samej Moskwy, cały czas nie napotykając choćby jednego mieszkańca. Most został już wcześniej zniszczony. Przez rzekę przeszliśmy w bród. Woda sięgała osi armat i kolan naszych koni. Po drugiej stronie dostrzegliśmy kilku osobników kryjących się za drzwiami i oknami. Nie wykazywali zbyt wielkiej ciekawości. Na balkonach miłych, kamiennych i drewnianych domów widać było kilkoro dżentelmenów i pań. Nasi oficerowie salutowali im przyjaźnie, a oni odpowiadali w ten sam sposób. Na ogół jednak widzieliśmy bardzo niewielu mieszkańców. Później natrafiliśmy na jakichś zmęczonych żołnierzy rosyjskich, wlokących się na piechotę lub konno, a nawet w porzuconych wozach taborowych, kopyta ich koni stanowiły często krwawą miazgę. Pozwoliliśmy im wszystkim przejść".

Zdziwiony widokiem tak wielu wspaniałych, położonych w parkach pałaców, „taką obfitością cerkwi z ich dziwaczną architekturą i zdobionymi w wyszukany sposób wieżami", Pajol ze swą dywizją wychodzi wreszcie na jakiś rynek. Wszystkie kramy są pootwierane:

„a wystawione w nich na sprzedaż artykuły porozrzucane w nieładzie na ziemi, jakby przeszli już tędy rabusie. Jechaliśmy powoli, często się zatrzymując, co pozwoliło naszym ludziom uczynić spostrzeżenie, że śpiący na ulicach Rosjanie mieli wódkę w swoich manierkach. Ponieważ zsiadanie z koni było zakazane, wpadli na genialny „pomysł rozcinania sznurków i podnoszenia manierek końcami swoich szabel.

Murat jest „wszędzie, doglądając wszystkiego, ciagle jeżdżąc wzdłuż naszych szeregów". Po półgodzinnej jeździe mamy przed oczami Kreml. Otoczenie Murata zdąży podjechać do niego ledwie na:

„czterdzieści czy pięćdziesiąt kroków, gdy pojawia się gromada pijanych żołnierzy, wysypujących się z jednej z jego bram oraz z położonej naprzeciwko cerkwi, skąd pada do nas kilka strzałów. W tłumie tym widać także paru oficerów".

Jeden z nich, najwyraźniej pijany, rusza na konia von Muraldta:

„trzymając wyciagniętą szablę w jednej, a butelkę w drugiej ręce. Przywitałem go ciosem zadanym w jego czako, po którym zwalił się na ziemię".

Teraz, „pomiędzy dwoma rzędami zabytkowej zabudowy", pojawia się neoklasyczny budynek wielkiego Arsenału. Von Roos widzi, że jego drzwi są:

„szeroko otwarte i wylewa się z nich potok ludzi wszelakiego autoramentu, przede wszystkim chyba chłopów, z bronią w rękach. Inni roją się we wnętrzu budynku, biegając bezładnie i zderzając ze sobą. Droga i plac, na którym się teraz znajdowaliśmy, były zarzucone wszelaką bronią, w większości nową. Pod wejściem do Arsenału dochodzi do ostrej wymiany słów pomiędzy adiutantami króla i ludźmi wynoszącymi broń. Niektórzy z adiutantów wcisnęli się nawet konno do wnętrza Arsenału i sprzeczka stała się zajadła. W międzyczasie ludność gromadziła się na placu. Tłum stawał się coraz bardziej zniecierpliwiony i hałaśliwy".

Muraldt ciągnie dalej: „Wściekły na takie złamanie warunków kapitulacji, Król Neapolu rozkazuje wysunąć do przodu dwa działa artylerii konnej". A pułkownik Seruzier, który wyjechał na czoło, jest dosłownie o cal od:

„trafienia kulami wystrzelonymi z okien Arsenału. Słysząc tę strzelaninę, ruszam z moją artylerią galopem, okrążam arsenał i wysyłam do przodu trębacza z oficerem, aby negocjował z owymi strzelcami, których uważałem za doprowadzonych do rozpaczy mieszkańców miasta. Moja trąbka gra sygnał na zawieszenie broni, lecz jedyną odpowiedzią jest kolejna salwa karabinowa. Jeden z moich kapitanów, ten który towarzyszy trębaczowi, jeden z adiutantów, oraz sam trębacz, otrzymują groźne rany. Natychmiast wydaję rozkaz otwarcia ognia moje dwa działa umieściłem pod dwoma sklepionymi uskokami obok wejścia do Arsenału i bezlitośnie zarzucam kartaczami oddział, który natychmiast nadbiega i pada na kolana przed moimi armatami, błagając o zmiłowanie".

Wystarczyły trzy salwy, aby rozproszyć tłum, którego większość, jak widzi Muraldt, „umyka we wszystkie strony". Dopiero wtedy Seruzier uprzytamnia sobie z kim miał do czynienia:

„Nie byli to mieszkańcy Moskwy, ani też żołnierze próbujący bronić Arsenału i Kremla w sprzeczności z zawartą konwencją. Były to męty społeczne, kryminaliści wypuszczeni z więzień. Obiecano im ułaskawienie oraz wolność pod warunkiem, że wzniecą rewoltę przeciw tym 'psom' Francuzom. Zagarnąłem część tych szumowin-galerników, których było tam parę tysięcy i przekazałem ich naszej piechocie".

Cały ten epizod „trwał tylko parę minut". W międzyczasie Roosowi trafiła się pamiątka, wielce pasująca do okoliczności:

 

„Wprost pod nogami mojego konia leżała porozrzucana broń. Uwagę moją przyciagnęła zgrabna szabla. Nie było jednak nikogo, kto by mi ją podał. Nie mogłem również zastosować metody wynalezionej przez naszych ludzi do zbierania manierek. Lekceważąc więc zakaz zsiadania z koni, szybko zeskoczyłem z mojego, aby w mgnieniu oka znaleźć się na nim z powrotem".

Natychmiast po przekroczeniu granicy miasta przez Murata, Napoleon wysyła tam także kilku oficerów sztabowych, aby rozpoznali, co w końcu naprawdę dzieje się w mieście, a przede wszystkim, dlaczego nie zjawiła się delegacja władz, aby wręczyć mu klucze do miasta i błagać o litość. Jednym z wysłanych oficerów jest Roman Sołtyk. Także i w nim widok opuszczonego miasta wyzwala sygnały alarmowe:

„Widząc wszystkie drzwi i okna pozamykane, zacząłem podejrzewać, iż wszyscy mieszkańcy pochowali się w bocznych uliczkach. Zawróciłem więc, aby ich poszukać".

Tam jednak, jedynym śladem życia, na jaki natrafia, jest grupa bogatych zakładników polskich z Białorusi może nawet i tych samych, którzy zostali uprowadzeni z Witebska? Są pod strażą, jeśli jest to właściwe słowo, złożoną z jakichś 30 Rosjan, wszystkich pijanych w sztok. Straż ta zajmuje się rabunkiem okolicznych sklepów i włamywaniem do składów z alkoholem. Radośnie powitany przez swoich rodaków Sołtyk, mimo swojego polskiego munduru, po prostu obejmuje komendę nad ich strażnikami:

 

„Nie przyszło im nawet na myśl, aby złapać za karabiny, które oparli o ściany w pomieszczeniach na parterze. Przeciwnie, ujrzawszy moje epolety, wierni respektowi, jaki zawsze oddziały rosyjskie okazywały wszelkim szarżom, ściągnęli z głów furażerki i starali się jak mogli, aby ustać na nogach. Własnego oficera nie przyjęliby z większym szacunkiem!"

Rozbroiwszy ich, Sołtyk bez dalszego marnowania czasu zabiera ich zarówno strażników jak i zakładników z powrotem do Bramy Dorogomiłowskiej, gdzie spotyka Napoleona:

„przy wejściu do dzielnicy Smoleńskiej. Cesarz stał po lewej stronie drogi. Przed nim, na trawie, leżał rozciągnięty plan Moskwy w dużej skali. Starannie go studiował, a następnie przepytywał ludzi przyprowadzonych z centrum miasta. Zmuszony zaczekać na sprzyjającą chwilę, aby z nim porozmawiać, widziałem wszystko co się tam działo. Wszystkie raporty wskazywały na to samo. Większość mieszkańców miasta uciekła".

 

W tym momencie wraca także Gourgaud. Ma ze sobą „40 w pełni uzbrojonych Kozaków, których, z pomocą tylko jednego oficera lansjerów, wziął do niewoli na samym Kremlu".

Nadchodzi teraz chwila, aby do miasta wkroczyły także niektóre jednostki Gwardii. Sierżant Bourgogne dochodzi właśnie do mostu, gdy widzi trzeciego już oficera Marszałka Dworu Duroca wychodzącego z bramy i prezentującego „kilku mieszkańców potrafiących porozumieć się po francusku. Cesarz wypytuje ich". „Większość sprowadzonych do niego ludzi", ciągnie dalej Sołtyk:

„byli cudzoziemcami. Jeden z nich, Francuz z pochodzenia i dyrektor Muzeum Historii Naturalnej, z racji swojego stanowiska mający rozliczne powiązania w najlepszym towarzystwie, dał najbardziej kompletną ocenę zaistniałej sytuacji. Zapewnił Napoleona, że wszystkie władze wyszły z Moskwy, a przynajmniej porzuciły swoje stanowiska. Wyglądało na to, że wywarło to żywe wrażenie na Napoleonie, który pogrążył się w jakichś rozważaniach".

To, co ma mu do powiedzenia Sołtyk, obchodzi go równie mało, jak jego kozaccy jeńcy, „a chmura, jaka osłania mu czoło nie rozjaśnia się ani na jotę. Niewątpliwie, uświadomiwszy sobie w tym momencie znaczące konsekwencje przyjętego przez Rosjan systemu prowadzenia wojny, nie chce nawet przesłuchać polskich zakładników, których do niego przyprowadziłem. Nigdy dotąd żadna wielka stolica nie wpadła w ręce zdobywcy w bardziej nieoczekiwany sposób! Jakaż różnica w porównaniu z jego wkroczeniem do Wiednia, czy Berlina!"

 

Także i Caulaincourt obserwuje Cesarza z bliska:

 

„Wreszcie nadeszły raporty od Króla i generała Durosnela. Nie odkryli choćby jednego liczącego się obywatela, nie mówiąc już o dotarciu do jakichkolwiek władz miejskich. Wszyscy uciekli. Moskwa była teraz miastem porzuconym, w którym nie można było spotkać nikogo, prócz paru nieszczęśników z najniższych klas. Twarz Cesarza, zazwyczaj tak niewzruszona, pokazała nam natychmiast i w sposób nieomylny, oznaki gorzkiego rozczarowania. Nigdy nie widziałem go tak przygnębionego. Wielce już wzburzony i zniecierpliwiony koniecznością czekania przez dwie godziny pod bramą miasta, po tym raporcie pogrążył się cały w ponurych rozmyślaniach".

Z pewnością Cesarz czuje się upokorzony. Może jednak nie tak bardzo zdziwiony, jak miało to miejsce pod Witebskiem. Opowiadając mu o epizodzie na Kremlu, Duroc mówi: „'Wszyscy ci nieszczęśnicy są kompletnie pijani i żadne argumenty do nich nie docierają'. 'Wywalić drzwi artylerią', odrzekł Cesarz, 'i wykurzyć wszystkich ze środka'". Oczywiście wszystko to zostało już dawno zrobione. Teraz jednak zaczynają dudnić bębny Gwardii, a sierżant Bourgogne otrzymuje rozkaz:

„Garde a vous! , co jest sygnałem do wkroczenia do miasta. Była trzecia po południu i nasze wejście dokonało się w zwartych kolumnach, z grającymi orkiestrami na czele. Znajdowałem się w liczącej 30 ludzi straży przedniej, dowodzonej przez pana Cesarisse'a, porucznika w naszej kompanii. Zaraz po wejściu na przedmieścia natknęliśmy się na garść owych nędzników wyrzuconych z Kremla. Mieli okrutne twarze i byli uzbrojeni w karabiny, kije i widły. Gdy przekraczaliśmy [kamienny] most prowadzący z przedmieść do właściwego miasta, spod mostu wylazł jakiś człowiek i stanął na drodze pułku. Owinięty był w baranicę, długie, siwe włosy spadały mu aż na łopatki, zaś gęsta, biała broda sięgała do pasa. Miał ze sobą trójzębne widły i przypominał Neptuna wyłaniającego się z morza. Tak wyposażony, podszedł do starszego dobosza, a wziąwszy go z powodu eleganckiego ubioru i szamerunków za generała, zamierzył się na niego widłami. Dobosz, wyrwawszy nędznikowi jego broń, złapał go za ramiona, a nastepnie, kopnąwszy w tyłek, wrzucił na powrót do wody, skąd tamten przed chwilą wyszedł. Lecz drugi raz już się z niej nie wydostał. Porwanego prądem, widzieliśmy go jeszcze przez jakiś czas. Wreszcie zniknął na zawsze".

Tyle o amatorze bohaterstwa. Spotykali oczywiście i innych. Niektórzy spośród nich:

„mieli przy swoich muszkietach jeszcze drewniane zamki skałkowe. Ponieważ nikogo nie zranili, poprzestaliśmy na zabraniu im i połamaniu ich broni. A jeśli im było mało, odpędzaliśmy ich waląc po plecach kolbami karabinów. Po przekroczeniu mostu maszerowaliśmy szeroką i elegancką ulicą. Byliśmy zaskoczeni, że z domów nikt nie wychodzi, choćby kobiety, aby posłuchać naszej orkiestry grającej La victoire est a nous. Nie potrafiliśmy zrozumieć tej głuchej ciszy i myśleliśmy, ze mieszkańcy, nie odważywszy się pokazać, spoglądali na nas spoza okiennic. Tu i ówdzie widzieliśmy kilku służących w liberiach, oraz paru rosyjskich żołnierzy".

Bateria Piona des Lochesa jest pierwszą, która wkracza do miasta:

 

„O 6 wieczorem Cesarz nadal jeszcze nie wszedł do miasta, obserwował nas więc jak przechodziliśmy przez most. Otoczony był generałami, lecz nigdzie w pobliżu nie mogłem dostrzec ani jednego Rosjanina. Ciągnąłem szerokimi ulicami za piechotą. Spoglądałem w górę na okna, aby zobaczyć, czy da się zauważyć za nimi jakichś mieszkańców. Nie dostrzegłem żywej duszy. Zamierałem więc z przerażenia. Czasem drogę przebiegały nam pułki kawalerii, galopujące tu i tam, nie natykające się na nikogo. Powiedziałem głośno, że miasto najwyraźniej zostało opuszczone; do dziś śmieję się jeszcze na wspomnienie oficjalnego tonu kapitana Lefrancoisa, gdy odparł mi: 'Nikt nie opuszcza wielkiego miasta. Ludzie ci musieli się gdzieś ukryć. Ale jeszcze ich znajdziemy, jeszcze zobaczymy ich u naszych stóp!'".

Nie otrzymawszy dalszych rozkazów, Boulart formuje swój pułk na placu przy drodze wiodącej do Kremla:

„za miejskim pałacem rodziny Pietrowskich. Z jednej jego strony znajdowała się długa, prosta, obsadzona drzewami promenada. Po drugiej zaś żeński klasztor. Mój park artyleryjski sformowałem w czworobok, z bateriami dział w narożnikach, ludźmi i końmi pośrodku. Zabroniłem żołnierzom się oddalać. Wtedy dopiero, zsiadłszy z konia, rozesłałem moich poruczników, każdego z kilkoma żołnierzami, aby na sąsiednich ulicach zdobyli jakąś żywność. Wszystkie drzwi zastali tam zamknięte i zabarykadowane. Musieliśmy więc wedrzeć się siłą. Momentalnie wszystko zostało obrabowane, a bez wątpienia podobnie działo się w całym mieście. Obawiając się zaskoczenia, rozkazałem wszystkim wracać natychmiast na odgłos wystrzału".

Choć Fizylierom-Grenadierom Gwardii także zabroniono się samowolnie oddalać, już po godzinie biwak ich jest:

„pełen wszystkiego, czego byśmy sobie nie zażyczyli, ogromnych ilości ciastek i mąki, choć brakuje chleba. Wchodziliśmy do domów na placu, aby poprosić o coś do jedzenia i picia. Gdy jednak nie zastawaliśmy nikogo, częstowaliśmy się sami".

Za bramą Dorogomiłowską zdobywca Europy wciąż czeka. Wreszcie, powiada Segur, gdy deputacja nadal się nie zjawia, jakiś oficer:

 

„albo pragnący się przypochlebić, albo też przekonany, że wszystko, czego Cesarz zapragnie musi się spełnić, udał się do miasta, złapał pięciu czy sześciu włóczęgów i pędząc ich przed koniem doprowadził do Cesarza. Już po pierwszej odpowiedzi owych nieszczęśników, Napoleon zorientował się, że ma doczynienia tylko z kilkoma mizernymi robotnikami. Wtedy też dopiero przestał wątpić, że Moskwa naprawdę została ewakuowana. Wzruszywszy ramionami, owym pogardliwym tonem, którym zwykł miażdżyć wszystko, co sprzeciwiało się jego woli, powiedział: 'Ach! Rosjanie ciągle nie rozumieją, jaki efekt wywrze na nich poddanie stolicy!''

 

Było około południa, gdy Eugeniusz i jego sztab dostrzegli miasto. Włosi jednak nie mieli w sobie nic z niemieckiej flegmy. Na szczycie pagórka:

„ich twarze świecą radością. Ludzie są niemal przeobrażeni. Ściskamy się wszyscy wzajemnie i wznosimy ręce ku niebiosom w geście wdzięczności. Wielu roni łzy radości, zewsząd słyszy się ludzi powtarzających: 'Nareszcie! Nareszcie! Oto Moskwa!' Byliśmy rozentuzjazmowani i zaskoczeni widokiem czegoś tak pięknego, tym bardziej urzekającego, gdy porównało się go ze wszystkimi okropnymi widokami, jakich doświadczyliśmy do tej pory. Nikt nie potrafił ukryć radości, w spontanicznym odruchu wszyscy krzyczeliśmy 'Moskwa! Moskwa!'. Na dźwięk tej, od tak dawna oczekiwanej nazwy, całe tłumy biegły na wzgórze. Wszyscy byli urzeczeni wspaniałym widokiem, jaki przedstawiało owo wielkie miasto'.

Cezary de Laugier, podobnie jak wielu wykształconych oficerów, na wpół świadomie przypominając sobie wszelkiego rodzaju klasyczne przykłady, oraz literackie aluzje, i spisując je wszystkie w swoim dzienniku, dochodzi wreszcie do momentu, w którym krzyżowcy Tassa po raz pierwszy dostrzegają Jerozolimę:

 

„Ali ha ciascuno al cuore ed ali a piede Ne del suo ratto andar pero s'accorge Ma quanto il so gli aridi campi fiede con raggi assai ferventi, e in alto sorge Ecco apparir Gerusalemme si vede ..., itd.

 

Jednak dla Labaume'a, Fantina des Odoartsa i wielu innych, scena ta przypomina raczej coś z Baśni tysiąca i jednej nocy. Gdy bateria Grioisa dociera do podnóża pagórka, gdzie zatrzymał się IV Korpus, dołącza on do Wicekróla obecnego na szczycie:

 

„razem z kilkoma generałami i wyższymi oficerami z III Korpusu Kawalerii Rezerwowej. Wręcz nie do opisania jest uczucie, jakiego doznałem, gdy na szczycie owego wzgórza, o którym mi powiedziano, że zwane jest Świętą Górą, słyszałem jak usta wszystkich powtarzały nazwę Moskwa i widziałem wszystkie oczy utkwione w tym samym kierunku, wszystkie lunety obrócone na miasto. Siedząc na urwisku, kontemplowałem dla własnej przyjemności ogromne miasto rozpostarte zaledwie o jakieś sześć mil przede mną".

Wszystko co z tej odległości może uzyskać, to jedynie ogólne wrażenie:

 

„jego niezliczone dzwonnice, z których każda składa się z kilku kopuł o rozmaitej wielkości i wysokości, wszystkie pokryte są albo złoconą blachą, albo barwnymi dachówkami, nadzwyczaj żywo lśniącymi w promieniach słońca. W żaden sposób nie przypomina ono żadnego ze znanych mi miast Europy. Jak dotąd, nie wiedzieliśmy jeszcze niczego, co się działo w samym mieście, lecz krążyły już o tym najbardziej sprzeczne pogłoski".

Gdy Włosi stoją tam, zatopieni w swojej wyobraźni, na rozdzielającej ich od miasta równinie pojawia się samotna postać, zdążająca w ich kierunku. Okazuje się nią być zrujnowany kupiec, który, nie posłuchawszy rządowego rozkazu o opuszczeniu miasta, przybył tutaj, aby „znaleźć jakąś ludzką osobę, która ochroni jego rodzinę". Hrabia Rostopczyn, zapewnia Włochów, gubernator miasta, rozkazał spalić je do szczętu „na co wszyscy odrzekli, iż jest to niemożliwe". Wybuchając łzami, zbieg błaga ich, aby zapobiegli takiej katastrofie.

Rzeka Moskwa, w miejscu gdzie przekraczają ją Włosi, jest głęboka tylko na kilka stóp, nie czekają więc nawet na pontonierów, aby przerzucili most, lecz przebywszy ją w bród, omijają „odległe zaledwie o pół godziny

 

 

marszu" miasto, zostawiając je po prawej stronie. Tam też właśnie zastaje ich von Muraldt, powróciwszy wreszcie ze swojej misji, rozłożonych na biwaku po obu stronach drogi petersburskiej, i oznajmia im, że Moskwa została opuszczona. Ma on zresztą do opowiedzenia szczególną historię. Zdecydowany znaleźć coś do jedzenia, zaczął dobijać się do zamkniętych drzwi jakiegoś wielkiego domu, aż wreszcie zjawił się w nich mówiący po niemiecku służący. Zabrany został na górę, gdzie zastał niemieckiego profesora Uniwersytetu Moskiewskiego, spożywającego obiad w towarzystwie kilku francuskich pań i został po królewsku nakarmiony czym chata bogata, zaś na parterze podobnie przyjęto jego dwóch szwoleżerów. Gospodarz powiedział mu szczerze, iż nie myśli, aby Aleksander miał kiedykolwiek zawrzeć pokój:

„nawet, gdyby także jego druga stolica miała wpaść w ręce nieprzyjaciela. Nie brakowało mu zasobów. A nadchodząca zima zmusi Francuzów do odwrotu. Każdy kto myśli, że Rosjanie tak zaraz się poddadzą, po prostu ich nie zna".

Opity winem, najedzony i obładowany zapasami dla swoich towarzyszy, von Muraldt rusza w drogę. Przekroczywszy most Dorogomiłowski, widział:

„Cesarza, ubranego w mundur szaserów Gwardii, otoczonego czterema szaserami rozstawionymi jak zwykle w kwadrat, przechadzającego się tam i z powrotem z rękami założonymi za plecy i mówiącego coś do księcia Neuchatel. Nasze dziwaczne kaski zostały natychmiast rozpoznane, więc Cesarz skinął na oficera i rzekł mu kilka słów",

aby udał się i zapytał, co tam też porabiają ci bawarscy szwoleżerowie. Udzieliwszy wyjaśnień, von Muraldt rusza swoją drogą. To zresztą, co powiedział swoim słuchaczom, pobudziło ich do „wielu niewesołych przewidywań. Nawet największe lekkoduchy nie widziały przyszłości w zbyt różowych barwach".

W rzeczy samej, gdy tylko Włosi rozłożyli się na biwaku, zostali zaatakowani przez Kozaków, „którzy wystawili swoje posterunki pod samym naszym nosem". Niedaleko od nich, po lewej stronie, biegnie długa, prosta droga, „z budynkami, ciągnącymi się niemal nieprzerwanie po obu jej stronach. Były to wiejskie domy, przeważnie niezbyt duże, lecz raczej eleganckie i dość ozdobne" wszystkie opuszczone przez właścicieli, podobnie „jak i inne w tych częściach kraju, przez które przechodziliśmy. Niektórzy z naszych nie dowierzali i wyśmiewali opowiadających im o tym kolegów". Co się tyczy owej drogi, to wiedzie ona do „dziwacznego, zdobnego wieloma wieżyczkami gotyckiego budynku z czerwonej cegły". Jest to Pałac Pietrowski, gdzie zamieszkują carowie w przededniu swojej koronacji. Griois i jego arystokratyczny przyjaciel, pułkownik Jumilhac zajmują jeden z budynków przy drodze, gdzie znajdują rozkosz nad rozkosze! nawet łóżka. „Po raz pierwszy od czasu wyjścia z Prus mogłem się rozebrać i wygodnie położyć".

Ponieważ „okolice miasta obfitowały w uprawne ogrody, oferujące naszym ludziom obfitość wszelkich jarzyn, których tak długo byli pozbawieni, przede wszystkim ogromne kapusty", wszyscy Niemcy natychmiast zabierają się za jej kiszenie co jest tym milej widziane, że tego ranka Henryk von Roos i jego ludzie zostali już zmuszeni do „jedzenia jagód jałowca, podczas gdy nasze konie posilały się jego gałęziami". Dla jej zdobywców, Moskwa jest przede wszystkim okazją aby coś zjeść.

Po raz trzeci od opuszczenia Niemiec, niecierpliwie oczekując powrotu adiutanta Eugeniusza, który ma im przywieźć rozkaz wymarszu, Włosi wkładają swoje paradne mundury. Ponownie jednak potwierdza się ocena priorytetów Napoleona dokonana przez porucznika Wedla:

 

„Przepełnieni mieszanymi emocjami spoglądamy na Moskwę, gdy nagle na lewo od nas pojawia się silny oddział Kozaków. Żegnaj Moskwo! Kozacy przejeżdżają przez rzekę Moskwę, rzucamy się przez nią za nimi, ale rychło znikają nam z oczu. Rozbijamy biwak w pobliżu jednego z przedmieść, na wzgórzu przy głównej drodze do Petersburga. Tym razem obóz nasz przepełnia jakieś dziwne ożywienie. Wszyscy są podnieceni bliskością miasta, nadziejami na pokój, oburzeniem z powodu rzekomego afrontu, jaki uczyniła nam Gwardia, którą uważalismy za wojaków z placu defilad".

 

Ale tej nocy, nawet Królewska Gwardia Włoska musiała powstrzymać swoje zapędy do następnego dnia.

 

W międzyczasie, kawaleria Murata, poprzedzana o 300 kroków przez tylne straże Kozaków, jedzie przez miasto w kierunku Bramy Kazańskiej. Wolno przejeżdżając przez niekończące się ulice, zabudowane jednopiętrowymi, drewnianymi domkami, od czasu do czasu przedzielonymi przez wspaniałe kamienne pałace, Wiktor Dupuy i jego huzarzy ledwo mają czas, aby zerknąć na fosy i bramy Kremla. Nawet w najbardziej odegłych częściach miasta, wszystkie domy i pałace są pozamykane i głuche. Polacy Claparède'a także posuwają się bardzo wolno:

 

„Zrobienie około ośmiu wiorst [8800 jardów] zajęło nam sześć godzin. Przez cały ten czas spotkaliśmy tylko jednego mieszkańca

olbrzymich rozmiarów Rosjanina który, właśnie gdy przejeżdżaliśmy obok, wyszedł nagle z jednego z domów, jakby z zamiarem udania się do położonego po przeciwnej stronie ulicy. Podczas przechodzenia przez ulicę wpadł on gwałtownie na kilku naszych ludzi, a nawet na jednego z oficerów, który zagroził mu bronią. I oto ten człowiek, który wyglądał na mocno wstawionego, natychmiast rozdziera swój kaftan i drze się: 'Zatop swe żelazo w tej rosyjskiej piersi!' Ponieważ kazano nam traktować mieszkańców jak najuprzejmiej, pozwolilismy mu odejść. „Jeśli wszyscy tutaj są tacy", powiedział mi jakiś sierżant, „nasze kłopoty jeszcze się nie skończyły".

Brandt został, jakimś tajemniczym sposobem ostrzeżony przez kilku francuskich rezydentów o „fatalnym planie". Ale nie widzi on, podobnie jak Maurycy Tascher, żadnych płomieni, ani też nie słyszy żadnych wybuchów. Jednak bardzo czujny Seruzier rozkazał swoim konnym artylerzystom ciągnąć odprzodkowane działa na prolonżach, gotowe do natychmiastowej akcji. „Po raz pierwszy zdarzało mi się przekraczać miasto z działami ciągniętymi na prolonżach". W dodatku, co za miasto!

 

Chirurg Roos, nadal powoli jadący nieco przed nimi, uprzytamnia sobie, że Moskwa jest:

„z pewnością największym miastem, jakie dotąd widziałem. Zmieszani z nami, mijali nas konni Rosjanie, zdążający do tej samej bramy, co i my. Pozwolilismy im wszystkim przejść. Tylko ordynansowi jakiegoś oficera kazaliśmy zejść z jego wspaniałego rumaka".

 

Wreszcie, po trzech godzinach, awangarda dociera do Bramy Kazańskiej. Tutaj dochodzi do niewielkiej lecz krwawej potyczki:

„Dotarłszy do bramy, przez którą mieliśmy przejść, spotykamy dwóch Kozaków na koniach zdecydowanych za wszelką cenę zagrodzić nam drogę".

 

Pewien oficer rosyjski pozostał on z tyłu za swoimi oddziałami, w nadziei, że uda mu się powiadomić krewnych, że u niego wszystko w porządku otrzymuje przy tym paskudną ranę głowy, którą Roos musi mu obwiązać. Poza tym, obie strony wydają się radośnie oczekiwać końca działań wojennych:

 

„Opuściwszy miasto, napotkaliśmy kilka pułków rosyjskich dragonów, niektóre ustawione w linii, inne powoli jadące przed siebie. Zbliżyliśmy się do nich w najbardziej przyjaznych zamiarach, na co odpowiedzieli podobnie. Oficerowie i żołnierze podchodzili do siebie, ściskali sobie ręce, wymieniali napełnionymi wódką manierkami i rozmawiali ze sobą najlepiej jak umieli".

 

Wtedy jednak:

 

„zjawił się jakiś wysoki rangą oficer rosyjski w towarzystwie swojego adiutanta i w bardzo surowy sposób położył kres owym konwersacjom. Mieliśmy jednak dość czasu, aby zauważyć, że byli oni tak samo jak i my spragnieni pokoju. Ich konie były nie mniej wyczerpane od naszych. Gdy musiały przeskoczyć przez rów, wiele padało, aby z trudnością podnieść się na nogi. Pomimo skrajnego zmęczenia, wszystko przyczyniało się do naszego zadowolenia, a cały obóz był niezwykle ożywiony. Nikt nawet nie myślał o spaniu".

 

Na liczącej sobie jakieś 10 000 akrów równinie, położonej na zachód od miasta i otoczonej srebrnymi brzozami, porozrzucane są biwaki I i III Korpusu. Wszystkim surowo zabroniono wkraczania do miasta. 4 Pułk Piechoty Liniowej Fezensaca otrzymał, na przykład, rozkaz zatrzymania się w odległości trzech mil. Tego popołudnia ludzie Dedema dzielą się z Kozakami:

 

„licznym stadem wspaniałego bydła, na którym moim żołnierzom udało się, Bóg wie jak, położyć łapę. Kozacy powiedzieli nam, że bydło jest ich, oraz że nie będą mieli nic na kolację, jeśli nie zwrócimy im przynajmniej części. Nie przejmowali się dniem następnym i powiedzieli, że 15 sztuk powinno wystarczyć. Oddałem im 22 sztuki, z czego zdawali się być zadowoleni. Na twarzach ich malowała się skrywana radość, a złośliwe uśmiechy wskazywały, że już wtedy żywili nadzieję na ukaranie nas za to, że dotarliśmy aż do Moskwy".

 

Dywizja Młodej Gwardii Delaborde'a, pozostawiona w swoim czasie w Smoleńsku, właśnie dołączyła do armii i teraz Paweł de Bourgoing razem ze swoimi towarzyszami ze sztabu Delaborde'a buduje sobie rodzaj pozbawionego dachu baraku ze „znalezionych w fabryce" pudeł po mydle.

 

Przy Bramie Dorogomiłowskiej Napoleon głównie za sprawą sugestii Durosnela odkłada wreszcie swój oficjalny wjazd do jutra:

 

„Pokręciwszy się przez chwilę tam i z powrotem przed bramą, wsiadł na swojego rumaka, dołączył do stojącego w niewielkim oddaleniu księcia Eckmiihl i wszyscy razem udaliśmy się do położonej niedaleko od miasta wsi",

 

gdzie przeprowadził rekonesans okolicy w sporym promieniu. Następnie, zawróciwszy, przejeżdża przez przedmieście i udaje się:

 

„aż do częściowo zniszczonego [kamiennego] mostu. Głębokość rzeki wynosiła tylko parę stóp, mogliśmy więc ją przekroczyć bez problemu. Cesarz dotarł aż do położonej na przeciwległym brzegu ulicy, następnie zawrócił w miejscu i wydał rozkazy przyśpieszenia naprawy mostu, aby mogły przejść przez niego wozy z amunicją".

 

W międzyczasie hrabia Daru ze swoim sztabem został wysłany do miasta, śladami awangardy Murata, aby „upewnić się co do sytuacji i w dniu następnym złożyć raport". Penetrując:

 

„wielką i wspaniałą pustkę tego miasta, minęliśmy Kreml, plac Bazarowy, oraz ulicę wiodącą do placu przed pałacem gubernatora. Noc była piękna niezaćmione chmurami wiązki światła księżycowego oświetlały owe piękne budynki, owe ogromne pałace, opustoszałe ulice, na których panowała grobowa cisza".

 

Później, także i oni spotkali jakiegoś profesora czy to gospodarza von Muraldta, czy jakiegoś innego? i kilku francuskich rezydentów:

 

„którzy wcześniej ukryli się, a teraz nie pojmowali tego nagłego zniknięcia liczącej sobie 3OO OOO dusz ludności".

 

W istocie, wielu spośród cudzoziemskich rezydentów, choćby i wieloletnich, w obawie, że nie pozwolą im wycofać się razem z resztą ludności, pozostało w mieście w strachu przed „zmasakrowaniem przez mużyków", czyli prostych ludzi. Dwojgiem z nich są Madame Louise Fusil i jej przyjaciółka, obie będące aktorkami francuskiego teatru w Moskwie. Rano tego dnia „policjanci chodzili stukając w każde drzwi i ponaglając lokatorów do opuszczenia budynków, ponieważ miasto miało zostać podpalone, a zabrano już z niego wszystkie pompy strażackie". Obie Francuzki jednak pozostały. Przerażone, gdy ktoś zapukał do ich drzwi, były zaskoczone, a równocześnie odczuły wielką ulgę, gdy okazał się być ich rodakiem, w dodatku powiadającym, że Francuzi są już w mieście. W tym samym czasie, Sołtyk z towarzyszami wkraczają do rozmaitych pałaców:

 

„Wszystkie drzwi były otwarte. Wziąłem sobie mieszkanie w pałacu, o którym powiedziano mi, że należał do hrabiny Mackanowej, na jednym z narożników placu. W jego podziemnej kuchni znalazłem dwóch służących, którzy pokazali mi apartamenty. Wszystko było w doskonałym porządku, wręcz jakby nas oczekiwano. W salonie, skąd prowadziły dwa dodatkowe wyjścia, na okrągłym stoliku leżała jeszcze robótka pań. Nawet najmniejszy mebel nie został ruszony. W niezwykle eleganckiej sypialni, klucze tkwiły nadal w szufladach komody. Usłyszałem potem, że pościel i najcenniejsze rzeczy zostały złożone w piwnicach. Wśród nich były dwa popiersia cesarza i cesarzowej ukryte w beczułkach z miodem. Klucze od tej piwnicy zatrzymałem pod osobistą opieką, aby nic nie zostało stamtąd zabrane. W powozowni znajdowało się pięć lub sześć nowych powozów, wszystkie w bardzo dobrym stanie".

Także i Sołtyk został odesłany z powrotem do opuszczonego miasta. Jego szef, generał Sokolnicki, chce, aby wyszukał dla gabinetu topograficznego jakieś stosowne pomieszczenia w pobliżu Kremla, który Cesarz, z deputacją czy bez niej, ma zamiar zająć nazajutrz:

„Około piątej po południu wkroczyłem więc ponownie do Moskwy, a za mną podążał tylko jeden mulnik, prowadzący czołowego konia. Skierowałem się do centrum miasta. Ulice były opustoszałe, a mieszkańcy nadal pozamykani w domach".

 

Pomimo swojego polskiego pochodzenia, a co za tym idzie antyrosyjskiego nastawienia, Sołtyk nie może się oprzeć wrażeniu, jakie na nim robi architektura domów wokół Kremla oraz dobry gust ich właścicieli:

 

„Wspaniałością swoją uderzył mnie zwłaszcza dom Puszkina. Zbudowany we włoskim stylu, zwieńczony złocistą kopułą, z której szczytu można było zobaczyć całą Moskwę oraz jej okolice, był naprawdę wielki. Na środku dziedzińca znajdowała się fontanna krystalicznie czystej wody i basen, w którym pływało sobie spokojnie parę łabędzi. Mogłem wybierać spośród dobrej setki domów, jeden bogatszy i wspanialszy od drugiego. Coż za kontrast

 

 

dla człowieka, mającego za sobą kilka miesięcy spędzonych na biwakach lub w najnędzniejszych pomieszczeniach! Dla mnie były to zaczarowane pałace z baśni tysiąca i jednej nocy".

 

Po przebadaniu całej ulicy, Sołtyk wybiera budynek umiarkowanej wielkości:

 

„jednak aż nadto obszerny, aby pomieścić generała i jego świtę. Byłem zdziwiony, widząc dobry tuzin służących hrabiny Maszy Puszkinej, śpieszących, aby mnie powitać. Na ich czele szedł kamerdyner, czy też majordomus, elegancko ubrany, nawet w jedwabnych pończochach. W całkiem dobrej francuzczyźnie zapytał, czego sobie życzę, dodając iż księżna, opuszczając dom, wydała mu polecenie, aby przyjąć nas odpowiednio i pozostawiła dość służby, aby nas obsłużyć".

 

Pałac jest umeblowany i doskonale wyposażony, „podłogi z intarsjowanego parkietu, meble z orzecha lub hebanu. Luba w Paryżu nie mogłaby wymarzyć sobie czegoś lepszego". Po jakiejś godzinie podany został wystawny obiad, z wyborem win, nawet z szampanem. Na domiar wszystkiego, majordomus pyta Sołtyka, czy nie zechciałby dzielić obiadu z dwiema francuskimi paniami, które patriotyzm powstrzymał od opuszczenia Moskwy przed przybyciem ich rodaków:

„z czego jedna była guwernantką hrabiny, drugą zaś jej damą do towarzystwa. Poprowadziłem je do jadalni, gdzie podany był obiad. Rychło też sam siedziałem tam za stołem pomiędzy dwiema sympatycznymi kobietami, rozmowę z którymi znajdowałem wielce atrakcyjną".

 

Gdzie indziej, także Pion des Loches i jego koledzy oficerowie artylerii spożywają obiad w domu francuskiego rezydenta. Menu tutaj, to „zupa z vermicelli, cały połeć wołowiny, makaron, parę butelek doskonałego Bordeaux nie jadłem chyba lepszego posiłku w całym moim życiu".

„Rychło jednak do atmosfery naszego miłego posiłku zaczęły się wdzierać ponure przeczucia", ciągnie dalej Sołtyk:

 

„Obiad jeszcze się nie skończył, a światło dzienne dopiero powoli zanikało, gdy nagle jedna z pań, siedząca twarzą do okna, skąd widoczna była znaczna część Moskwy, zrywa się z miejsca, podbiega do okna i wstrząśnięta wykrzykuje 'Pali się!' Podążam za nią, i rzeczywiście, gdzieś w oddali widzę płomienie, niewielkie, lecz wyraźne, bijące ze szczytu budynku, o którym mówią mi, że to Bazar, gdzie znajduje się wielka ilość wszelakich towarów".

To nic, uspokaja je Sołtyk. To po prostu niedbałość żołnierzy. Pożar zaraz zostanie ugaszony. Panie jednak nie są tak pewne. Powiadają mu, że uczucia szlachty moskiewskiej są „skierowane gwałtownie przeciwko nam i musimy się spodziewać jakiegoś wielkiego nieszczęścia."

Nieszczęścia?

Opowiadają więc mu o planie Rostopczyna planie podłożenia ognia pod miasto (tym dziwnym, niejasnym i najwyraźniej samowolnym planie, o jakim słyszała także Luiza Fusil, teraz zaś Sołtyk czuje, że plan ten się złowieszczo potwierdza, gdy słyszy jakiś wybuch, a podbiegnąwszy do swojego okna, widzi na niebie coś, co przypomina „miecz ognisty"). Sołtyk nie daje raczej wiary:

 

„tym strzępom informacji, opartym jedynie na jakichś pustych słowach, które wyrwały się wielkim panom tego kraju, w dodatku wypowiedzianych jedynie prywatnie w ich domach. W znacznej części przypisuję je bojaźliwości płci moich towarzyszek".

 

Także i przyjazny gospodarz Piona des Lochesa właśnie powiada, że „jest tutaj tyle pałaców, iż będziecie mogli sobie zająć każdy po jednym", gdy słyszą że w ogniu stoi Giełda. „Giełda? Cóż to jest Giełda?" „To budynek większy niż Palais Royal [w Paryżu]. Jest wręcz wypchany skarbami, najbogatszymi wyrobami sztuki jubilerskiej na świecie. Straty tej nocy mogą okazać się nieobliczalne":

„Wyszedłem na zewnątrz i zobaczyłem, iż naprawdę cały horyzont stoi w ogniu. Mruknąłem do ucha jednego z moich poruczników: 'Jesteśmy zgubieni, Rosjanie zamierzają spalić Moskwę. Ruszajmy lepiej do naszego parku'".

 

Jeśli pożar Giełdy, choć alarmujący, nie rozszerza się, to jest to po części zasługą wysiłków majora Vionneta z Pułku Fizylierów-Tyralierów Młodej Gwardii:

„Aby zapobiec jego rozprzestrzenianiu się, sprowadziliśmy stu ludzi, a resztę batalionu postawiliśmy pod bronią. Choć uczyniłem to bardzo szybko, po powrocie zastałem cały dom w płomieniach. Widząc, że szukam pomp przeciwpożarowych, mieszkańcy powiedzieli mi po włosku, że wszystkie zostały zabrane z miasta na rozkaz gubernatora. Gorzej jeszcze, pożary zostały wzniecone celowo".

Jednakże, wspomagani przez osiemnastu moskwian, Vionnet i jego ludzie zajmują się rozwalaniem przyległego domu, aby ograniczyć pożar:

„Po czterech godzinach męczącego wysiłku mały dom został zburzony. Ledwo trzymając się na nogach, wróciłem na swoją kwaterę. Przespałem się jakieś półtorej godziny, gdy zostałem zbudzony i powiedziano mi, iż ogień objął inną część Giełdy, tym razem w budynku wystawionym na podmuchy wiatru".

 

Wraca więc tam ponownie. I około północy, także i ten pożar został opanowany. „Padaliśmy ze zmęczenia".

Sołtyk i jego gospodynie z ulgą widzą, że nigdzie indziej nie wybuchają następne pożary, lecz „owe panie, mimo wszystko pozostawały milczące i smutne, a nasz obiad zakończył się znacznie mniej wesoło, niż rozpoczął".

Co się tyczy zawsze przewidującego Piona des Lochesa, to niemal natychmiast jest on pewny, że armia będzie musiała się wycofać. Rozkazuje, aby jego żołnierze zaczęli zaopatrywać się w nieco mąki, alkoholu, oraz ciepłej odzieży:

„Sam wyłamałem drzwi do magazynu i wydobyłem sporą liczbę worków mąki nie bez trudności powodowanych przez moich żołnierzy, którzy chętnie ruszyliby dalej w poszukiwaniu złota. Gdy miałem już te worki bezpieczne pośrodku parku, wróciłem do domu mojego gospodarza, gdzie spędziłem noc w fotelu ubrany i uzbrojony".

 

Później umieszcza swoich ludzi we wspaniałym, pustym pałacu, bez mebli, lecz „z mnóstwem pokojów, gdzie bez straty czasu zarządziłem wypiek dużej ilości chleba". Sam zamieszkałem w sąsiednim pałacu, który, choć umeblowany:

 

„nie miał żadnych zapasów, poza niewielką ilością drobiu, mnóstwem owsa, oraz bogato zaopatrzoną piwniczką. Po sforsowaniu drzwi, zobaczyłem iż służący księcia spędzili tam noc na piciu, bowiem podłoga pokryta była pustymi butelkami i porozlewanym winem. Pod ogromną, mieszczącą ponad 4OO butelek beczką, całe wino było w butelkach, starannie poukładanych w piasku. Z kieliszkiem w ręku zidentyfikowaliśmy większość doskonałych gatunków: Bordeaux, Frontignan, malaga, wytrawna madera, a także likiery i syropy. Bez przesady, piwnica ta warta była przeszło 1O OOO koron. Ciągle prześladowany myślą, że niedługo będziemy musieli stawić czoła wielkim niedostatkom, umieściłem baryłkę w moim wozie, całym już upchanym butelkami madery, pewną liczbą worków mąki i niewielką ilością solonej ryby. Moi kanonierzy także próbowali się nieco zaopatrzyć, lecz nie nadużywali przy tym swojej inteligencji. Ze sklepu ze słodyczami przynieśli mi pełne kosze drażetek, makaroników i prażonych migdałów. Miałem potworne problemy, aby skłonić ich do zaprzestania tego procederu i wyniesienia raczej beczek doskonałego porteru znalezionych w lodowni, oraz świeżo zarżniętego wołu, wiszącego w sklepie rzeźniczym".

Dedem, ze swojej strony, właśnie rozstawił warty na Kremlu, gdy został rozpoznany przez:

„kamerdynera księżnej, który widział mnie kiedyś we Włoszech. Podchodząc do mnie, błaga, abym ocalił jej dom. Jego pani opuściła go zaledwie godzinę temu. Upoważniam go do włamania się do biurka, o którym powiada, że zawiera jakieś papiery i obiecuję mu ochronę".

 

Holender także myśli na początku, że całe to gadanie służących o podłożeniu ognia pod miasto tak naprawdę oznacza jedynie, iz obawiają się oni, że uczynią to Francuzi. „Ale zaraz potem wyjaśnili mi, że w mieście pozostawiono przeszło tysiąc osób jako podpalaczy i że pan hrabia Rostopczyn kazał usunąć z Moskwy wszystkie pompy przeciwpożarowe".

Ponieważ Gwardia zaczyna rabować na własną rękę, sprawa staje się poważna. Około 11 wieczorem, Sołtyk, próbujący właśnie nareszcie się dobrze wyspać w swoim „przyzwoitym łóżku", słyszy jak ktoś gwałtownie dobija się do jego drzwi:

 

„Były to owe dwie Francuzki. Przybyły, aby mi powiedzieć, że dom naszli właśnie żołnierze, którzy grożą jego grabieżą, i że włamali się już do piwnic z winem, gdzie są na razie zajęci opróżnianiem jednej butelki po drugiej. Służący nie odważyli się stawić im oporu. Szybko ubrałem się, przypasałem szablę i pośpieszyłem na dół, aby stłumić te nieporządki. Przy wejściu do piwnicy natknąłem się na dziesięciu, czy dwunastu grenadierów ze Starej Gwardii, uzbrojonych w karabiny. Większość z nich była kompletnie pijana".

Na szczęście Sołtyk, jak wiemy, płynnie włada językiem francuskim:

 

„Skarciłem ich ostro i kazałem natychmiast się wynosić, wykrzykując, że znaleźli się w kwaterze generała członka Domu Cesarskiego. Jeden z grenadierów podszedł do mnie, grożąc mi pięścią. Kilku innych ruszyło za nim, aby go wesprzeć. Wyciągnąwszy szablę, zadałem taki cios w plakietę na bermycy wygrażającego mi żołnierza, że obaliłem go na podłogę. Demonstracja ta natychmiast powstrzymała pozostałych grenadierów. Ci mniej pijani napominali swoich towarzyszy, przypominając im o szacunku należnym randze i o obowiązku przestrzegania dyscypliny wojskowej. Mimo to, po chwili wahania, dwóch, czy trzech rzuciło się na mnie z nastawionymi bagnetami. Odparowałem ciosy i wspiąłem się klatką schodową z powrotem do swojego pokoju, gdzie zamknąłem drzwi na klucz wołając do moich prześladówców, że pierwszy kto spróbuje je sforsować dostanie kulki z moich pistoletów, a są one naładowane".

W tym momencie interweniowali rosyjscy służący. Przygoda Sołtyka kończy się pokojowo. Chwilę później dom zostaje „opuszczony przez maruderów, którzy udali się na swój biwak, zabrawszy ze sobą sporą liczbę butelek. Reszta nocy minęła już spokojnie".

 

Jeszcze wcześniej około piątej po południu powiada Fain:

 

„Napoleon minął barierę, przeszedł jeszcze kilka jardów, a wreszcie stanął na prowizorycznej kwaterze w dużej gospodzie po prawej stronie",

 

gospodzie, którą Caulaincourt zapamięta potem, jako „kiepską tawernę, zbudowaną z drewna, przy wjeździe na przedmieście", lecz na bieżąco odnotowuje ją jako „mały dom z desek", a która z kolei dla Basseta, otyłego prefekta tego tymczasowego pałacu wydaje się „ładnym, drewnianym domem". Od Murata nadchodzą kolejne zapewnienia, że:

 

„złapano licznych maruderów, a wszyscy oni powiadają, iż armia [rosyjska] jest właśnie rozpuszczana, oraz że Kozacy otwarcie deklarują iż nie będą się już bić. Potwierdził on też informację, jaką uzyskalismy w mieście, że Kutuzow, aż do wczoraj nie powiedział ani słowa o przegraniu bitwy czy o odwrocie na Moskwę. Dopiero na czterdzieści osiem godzin przed naszym wkroczeniem do Moskwy, gubernator Rostopczyn w ogóle usłyszał, że bitwa została przegrana. Król Neapolu z dużą dozą pewności siebie przewidywał, iż uda mu się przechwycić część konwojów nieprzyjaciela i był pewien, że przełamie ich straże tylne, wierzył bowiem, że Rosjanie są tak dogłębnie zdemoralizowani. Wszystkie te detale, jak obserwuje Caulaincourt, 'ucieszyły Cesarza i przywróciły mu dobry humor'".

 

Nie przypisuje się żadnego znaczenia pożarowi Giełdy, choć wysłano tam zarówno Mortiera jak i Durosnela, którzy, z braku pomp, niewiele mogą w tej sprawie zrobić. Dwa mniejsze pożary przypisano nieostrożności Gwardii przy rozpalaniu ognisk obozowych. Wszystko to pomimo dziwnej zdobyczy, jaka trafiła się tłumaczowi Lelorme'owi d'Ideville'owi, który podczas pobytu w mieście, gdzie próbował zakrzątnąć się wokół sprawy deputacji, znalazł:

 

„policjanta, prostaka, jednak orientującego się we wszystkim co w trawie piszczy, równocześnie zaś niezwykle szczerego w swoich zeznaniach. Z początku był tak przerażony, że wydawał się nieco obłąkany. Przynajmniej takie wrażenie czyniły jego twierdzenia, więc też nie przywiązywano do nich żadnej uwagi. Zobaczywszy jak wybucha pierwszy, niewielki pożar, oznajmił że niedługo będzie ich o wiele więcej. Jego rewelacje wydawały się być majaczeniami umysłowo chorego. Nieszczęsny ów człowiek wyciągnął za jakiś czas nogi na wartowni, gdzie go zostawiliśmy, gdyż nie był już nam więcej potrzebny".

 

Minęły osiemdziesiąt dwa dni od czasu, gdy Wielka Armia przekroczyła Niemen. W tym czasie przeszła ona około 825 mil, stoczyła dwie duże bitwy a jedna z nich, największa bitwa czasów nowożytnych, nie została ani wygrana, ani przegrana, ani nawet nie zakończyła się remisem oraz kilka mniejszych. Tylko dwie trzecie sił armii stoi nadal pod swoimi orłami, wśród kawalerii zaś zaledwie połowa. A jednak Napoleon nie jest nawet o krok bliższy swojego celu wmontowania Rosji z powrotem do Systemu Kontynentalnego niż był w chwili, gdy wyruszał z Paryża.

Jutro zaś czeka go największy wstrząs w życiu gdy Moskwa, jakby samorzutnie, wybuchnie płomieniem.

Będzie to ogniste preludium do strasznego odwrotu.