Waterloo 2005
Historia kojarzona jest zwykle z książkami, eksponatami muzealnymi i mniej czy więcej udanymi filmami historycznymi. Ale przeszłość można też powtórnie przeżyć, oddychać nią i dotknąć. To właśnie przeżyliśmy wraz z kilkoma tysiącami innych, 18 czerwca na belgijskich polach, niedaleko Waterloo.
Mieliśmy więcej szczęścia niż Napoleon przed 190 laty - przez cały czas naszego tam pobytu na niebie nie pokazała się ani jedna chmurka, nic więc dziwnego, że słońce wszystkim dawało się solidnie we znaki, a zacienione miejsca były oblegane przez odwiedzających. Ale jako, że nie przybyliśmy tam, aby stać pod drzewem, z zapałem rzuciliśmy się w umundurowany tłum. Cesarza jeszcze nie było, nic dziwnego - czy ktoś widział już władcę, który wstaje z łóżka przed godziną dziesiątą? Może dawniej tak bywało, ale teraz są inne czasy. Ominęliśmy zatem sztab znajdujący się na miejscu ostatniej kwatery Napoleona przed jego ostatnią bitwą i wkroczyliśmy na teren zajmowany przez 9-ty pułk piechoty lekkiej. Żołnierze, markietanki, nawet dzieci , niczego ani nikogo nie brakowało. Typowy, XIX-wieczny obóz wojskowy, ze wszystkimi jego urokami. Nie można powiedzieć, aby panował w nim szczególny porządek, wszędzie było widać elementy umundurowania i wyposażenia, jedynie karabiny były ustawione w kozły. Nic dziwnego, dobry żołnierz dba o swoje narzędzie pracy. I ma cierpliwość i zrozumienie dla odwiedzających, którzy zadają naiwne czasami pytania. Pod warunkiem, że cywil nie próbuje wziąć do ręki broni. To rzecz święta i nietykalna. Oczywiście warunkiem otrzymania odpowiedzi na zadane pytanie, było wybranie odpowiedniego języka. Bo kto to powiedział, że we francuskim mundurze musi tkwić Francuz ? Niemcy, Anglicy, Włosi, Czesi - to tylko niektóre narodowości, które napotkaliśmy na swojej drodze. I tak było we wszystkich obozach, które odwiedziliśmy. A jeżeli ktoś by sądził, że w mundurach 3-go pułku szwajcarskiego paradują mieszkańcy Alp, to byłby w błędzie. Belgowie. Podobnie jak Norwegowie udający Duńczyków. Tylko Polacy... byli Polakami. Nawet komendy były polskie. Bo Polacy nie gęsi i swój język mają. Szkoda tylko, że szwoleżerowie gwardii, tego najbardziej kojarzonego z Polską pułku mówili... po angielsku. Ale to już inna historia.
Po obozie 9-tego pułku piechoty lekkiej przyszedł czas na obóz gwardii. Przynajmniej tak był nazywany - bo spotkaliśmy tam też przedstawicieli innych jednostek, co jednak nikomu szczególnie nie przeszkadzało. Najwięcej było tam grenadierów Starej gwardii. No i rzeczywiście , niektórzy młodo nie wyglądali , a niejedna batalia pozostawiła ślady na ich obliczach i sylwetkach. Ale w swoich niedźwiedzich czapach prezentowali się naprawdę okazale.
Zanim dotarliśmy do obozu piechoty liniowej, wstąpiliśmy na krótko do kawalerii. Szwoleżerowie, dragoni i huzarzy - tutaj też nie brakowało nikogo. I wszyscy wspólnie, ludzie i konie odczuwali skutki lejącego się z nieba żaru. Jeden z wierzchowców nawet się "popsuł". Nie pomogły prośby ani groźby - jeździec musiał opuścić siodło i pomaszerować dalej na piechotę.
Obozów armii koalicji antynapoleońskiej postanowiliśmy nie odwiedzać. Po pierwsze - za daleko, po drugie... sami przyszli do nas. Już z daleka słychać było szkockie kobzy, w rytm których maszerowali w zwartej kolumnie. Anglicy i Prusacy przemaszerowali dumnie obok obozu piechoty francuskiej, udając się na próbę generalną na terenie przyszłej bitwy. Przyglądnęliśmy się obozowemu życiu, przygotowaniom do bitwy, ostatnim ćwiczeniom - zwrotom, strzelaniu na sucho, marsz w kolumnie i w rozwiniętej linii. Nie zawsze wszystko się udawało, ale dobrych chęci i zapału nie brakowało.
A następnego dnia była bitwa...
Mieliśmy więcej szczęścia niż Napoleon przed 190 laty - przez cały czas naszego tam pobytu na niebie nie pokazała się ani jedna chmurka, nic więc dziwnego, że słońce wszystkim dawało się solidnie we znaki, a zacienione miejsca były oblegane przez odwiedzających. Ale jako, że nie przybyliśmy tam, aby stać pod drzewem, z zapałem rzuciliśmy się w umundurowany tłum. Cesarza jeszcze nie było, nic dziwnego - czy ktoś widział już władcę, który wstaje z łóżka przed godziną dziesiątą? Może dawniej tak bywało, ale teraz są inne czasy. Ominęliśmy zatem sztab znajdujący się na miejscu ostatniej kwatery Napoleona przed jego ostatnią bitwą i wkroczyliśmy na teren zajmowany przez 9-ty pułk piechoty lekkiej. Żołnierze, markietanki, nawet dzieci , niczego ani nikogo nie brakowało. Typowy, XIX-wieczny obóz wojskowy, ze wszystkimi jego urokami. Nie można powiedzieć, aby panował w nim szczególny porządek, wszędzie było widać elementy umundurowania i wyposażenia, jedynie karabiny były ustawione w kozły. Nic dziwnego, dobry żołnierz dba o swoje narzędzie pracy. I ma cierpliwość i zrozumienie dla odwiedzających, którzy zadają naiwne czasami pytania. Pod warunkiem, że cywil nie próbuje wziąć do ręki broni. To rzecz święta i nietykalna. Oczywiście warunkiem otrzymania odpowiedzi na zadane pytanie, było wybranie odpowiedniego języka. Bo kto to powiedział, że we francuskim mundurze musi tkwić Francuz ? Niemcy, Anglicy, Włosi, Czesi - to tylko niektóre narodowości, które napotkaliśmy na swojej drodze. I tak było we wszystkich obozach, które odwiedziliśmy. A jeżeli ktoś by sądził, że w mundurach 3-go pułku szwajcarskiego paradują mieszkańcy Alp, to byłby w błędzie. Belgowie. Podobnie jak Norwegowie udający Duńczyków. Tylko Polacy... byli Polakami. Nawet komendy były polskie. Bo Polacy nie gęsi i swój język mają. Szkoda tylko, że szwoleżerowie gwardii, tego najbardziej kojarzonego z Polską pułku mówili... po angielsku. Ale to już inna historia.
Zanim dotarliśmy do obozu piechoty liniowej, wstąpiliśmy na krótko do kawalerii. Szwoleżerowie, dragoni i huzarzy - tutaj też nie brakowało nikogo. I wszyscy wspólnie, ludzie i konie odczuwali skutki lejącego się z nieba żaru. Jeden z wierzchowców nawet się "popsuł". Nie pomogły prośby ani groźby - jeździec musiał opuścić siodło i pomaszerować dalej na piechotę.
Kamp i Towarzysz

