Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Andrzej Nieuważny o Joachimie Murat i książce Jean Tullarda

Opublikowano w Miscellanea

25 lutego 1831 r., w chwili, gdy ważył się los bitwy grochowskiej, dowodzący korpusem jazdy generał Łubieński, mimo dwukrotnych ponagleń nie wykonał rozkazu generała Chłopickiego i nie zaatakował. Sam dowódca oraz niektórzy historycy uzasadniali potem decyzję niedogodnościami terenu i niepewną sytuacją. Po latach świadek wypadków, artylerzysta konny książę Stanisław Jabłonowski nie wahał się w ocenie utraconej szansy: "Okoliczność jedyna, z której niezawodnie jakiś Murat byłby korzystał, niezważając na to co się z tyłu dzieje i co stać się może". W chwili pisania tych słów mijało już ponad ćwierć wieku nie tylko od ostatniej szarży marszałka, ale i od jego egzekucji. A jednak to Murat stanowił ciągle międzynarodowy "wzorzec z Sevres" tego, co z konną bronią było związane. Prawda, że sposób wojowania nie uległ specjalnie zmianie, a jeszcze w połowie XIX w. na czele europejskich armii stali weterani wojen napoleońskich.
Rok 1812 dołożył swoją cegiełkę do legendy międzynarodowego idola kawalerzystów. Swoi oceniali go wstrzemięźliwie, krytykując zwłaszcza za nieprzemyślane postępowanie z końmi. Za to Rosjanie nie ukrywali podziwu. Znajdziecie Państwo w książce dowody fascynacji Muratem wśród Kozaków (obiecali sobie, że nie podniosą na niego ręki a jedynie wezmą do niewoli), a my przypomnijmy, słowami Macieja Rybińskiego, inny przykład "muratomanii" po rosyjskiej stronie: "W czasie naszego obozowania pod lasem brzozowym wsi Winkowo jenerał Miłoradowicz oświadczył życzenie widzieć króla neapolitańskiego, ażeby mógł mu złożyć poszanowanie osobiste. Zjazd był o pół mili przed naszymi przednimi strażami. Był temu obecny książę Poniatowski i orszak znaczny z obu stron..." Tę atmosferę, na kilka dni ledwie przed wznowieniem bezwzględnych, wyniszczających bojów, potwierdzał w listach do rodziców przyszły generał, poległy w 1831 r. Ludwik Kicki: "Pozostajemy w kontakcie z Kozakami, niejednokrotnie rozmawiamy z nimi". Nawiasem mówiąc, król obiecał wtedy Kickiemu Krzyż Neapolitański i słowa dotrzymał choć... dokładnie w rok później, tuż przed tragedią pod Lipskiem.
W życiu Murata był tylko jeden znaczący polski wątek. Związany on był z kampanią 1806 i 1807 roku, kiedy to mówiło się (ale czy z cieniem choćby prawdopodobieństwa?) o polskiej koronie dla niego. Pamiętajmy, że marszałek, którego entuzjastyczny raport z wjazdu do Warszawy 27 listopada przytacza Jean Tulard, był dla Polaków wyzwolicielem, pierwszym poznanym wodzem, a więc i symbolem tej armii, która pobiła niezwyciężonych ponoć Prusaków i przyniosła nadzieję odbudowy niepodległości. Już sam widok tego symbolu nie dawał się zapomnieć, zwłaszcza na tle szarości warszawskiej ulicy i płaszczy wynędzniałego w pościgu francuskiego wojska. Jak zapisał Fryderyk Skarbek "Strój Murata odznaczał się dziwacznie od wojennej postawy otaczających go dowódców i miał coś teatralnego, co się kobietom, dzieciom i pospólstwu podobać mogło, ale co się nie zgadzało z prostą surowością postawy wojennej. Jechał na białym koniu, przybrany w akasamitną zieloną suknię, futrem obłożoną i na złote pętlice na przodzie spiętą. Na głowie miał czarny, aksamitny biret z białemi strusiemi piórami, który pokrywał długie, czarne włosy, w pierścieniach na ramiona spadające". Przywitany na rogatkach miasta przez księcia Józefa Poniatowskiego, barwny książę Bergu i Kliwii rozpoczął krótki, lecz jakże intensywny napoleoński epizod dziejów Warszawy i kraju, któremu da ona - wobec dyplomatycznej niemożności użycia słowa "Polska" - swą nazwę.
Z pobytu Murata w stolicy byłej Rzeczypospolitej i przyszłego Księstwa, którego granic ani form władzy nikt nie mógł jeszcze przewidzieć, zachował się szereg świadectw, w tym to najbardziej zjadliwe, Anny z Tyszkiewiczów Potockiej. Z lubością prawdziwej arystokratki opisywała śmiesznostki parweniusza wyniesionego na salony, w tym na jej własny, albowiem Murat zamieszkał w Pałacu Potockich. Mamy więc opis sztucznych manier aktora grającego króla, człowieka "nie tyle wysokiej miary co wysokiego wzrostu", o gminnej twarzy, itd. A że bardzo się pilnował i wyrażał się poprawnie tylko czasem trącąc gaskońskim akcentem lub żołnierską rubasznością, gospodarze pałacu pozwalali sobie łaskawie opowiadać o wojennych przewagach niezwykłego gościa. Czy dawał im do myślenia fakt, że to Muratowie decydowali wówczas o losach świata, w tym i "samych" Potockich ? Ważnym epizodem pobytu Murata w Warszawie był słynny bal, wydany przezeń w tymże pałacu na cześć Napoleona, 22 stycznia 1807 roku. Takiej gali i takich gości, a zjechał kwiat dygnitarzy cesarstwa, korpus dyplomatyczny i najpierwsi polscy politycy, Warszawa nie oglądała od dawna i bodaj już nigdy później. Nawiasem mówiąc bal ten miał okazać się ważny dla romansu między zdobywcą Europy i Marią Walewską. Z tego też powodu (ale chyba niesłusznie) uważano później marszałka za jednego z jego promotorów.
Najwięcej drobnych wspomnień o Muracie przekazali oczywiście polscy żołnierze Napoleona, a zwłaszcza kawalerzyści, którzy spotykali go na polach bitew całego kontynentu. Znali go ułani legionowi (później nadwiślańscy) i szwoleżerowie gwardii oraz jazda Księstwa, z którą król Neapolu ratował w Rosji skórę Wielkiej Armii w początkowej fazie odwrotu. Ułan nadwiślański, Kajetan Wojciechowski, zapamiętał dobrze bożyszcze kawalerii, które przejechało przed frontem jego pułku 26 sierpnia 1813 r., tuż przed wspaniałymi szarżami pod Dreznem. "Ubrany jak rycerz średnich wieków, młody, hoży, przystojny, z długimi włosami spadającymi w pierścienie na barczyste ramiona, w niebieskiej haftowanej złotem katance, z mieczem prostym zawieszonym na wstędze, z kapeluszem osłonionym różnobarwnymi piórami, zapytał: "Czy to jest pułk ułanów polskich ?"; potem, otoczony przez oficerów, każdego uprzejmie powitał, a z pułkownikiem Tańskim dosyć długo rozmawiał". Tański dodawał zaś, że król "przypomniał sobie zaraz, iż pierworodnego syna jego Achillesa, ten pułk trzymał w medyolańskiej katedrze. A mnie poznał, że mu niegdyś z Polski charty przywoziłem."...
Wyłaniający się z polskich pamiętników obraz Murata nie wykracza poza utrwalony w tradycji stereotyp tej postaci. Nieustraszony wódz kawalerii? Odnajdziecie go Państwo w tej książce na czele szarży. Cesarski szwagier i namiestnik w koronie z ograniczoną suwerennością i sterowany listami z Paryża? Ten obraz też tu się przewija. Nie zabraknie też jego fantazyjnych ubiorów nuworysza. Jednak najważniejsze i bodaj najciekawsze są fragmenty tyczące związków Murata z Neapolem, a zwłaszcza jego projekty zjednoczenia części lub nawet całej Italii. To mało znany aspekt jego biografii, którą - zbyt często zdaniem Tularda - ograniczano do przygód dzielnego rębajły, wielbiciela strusich piór i, niewdzięcznego w momencie próby papierowego króla.
Ze szczególnym zainteresowaniem czytamy zamieszczone w aneksie listy Murata do Napoleona pisane w chwili kryzysu całego systemu napoleońskiego, na przełomie 1813 i 1814 roku, i w wielkiej osobistej rozterce. Z napiętej, pełnej emocji ze strony króla i brutalnej ze strony Cesarza korespondencji wynika jednoznacznie, że uczeń wcześniej od mistrza pojął wagę uczuć narodowych i pokładów energii, jakie może wyzwolić wypisanie ich na sztandarach. Napoleon, który rozumiał je jedynie wśród Francuzów, zrozumie swój błąd dopiero w Memoriale - testamencie ze Świętej Heleny, w którym utrzymywać będzie, iż zawsze sprzyjał prawom narodów. Do wymiaru politycznego dodajmy jeszcze prywatny. Z listów króla Neapolu wyziera człowiek uczuciowy, a nawet szlachetny, który naprawdę cierpi dokonując wyboru między racją stanu, a odruchem serca.
Murat to podręcznikowy przykład zawrotnej kariery napoleońskich dygnitarzy, w wersji amerykańskiej znanej pod hasłem "od pucybuta do milionera", a w polskiej - "z chłopa król". Zasługą Tularda jest częściowe rozprawienie się z mitem jego nędznych korzeni, choć przyszły król z ludu pochodził jak najbardziej. Wytrawny historyk potrafił jednak zniuansować ową "ludowość", bo nie oznaczała ona wcale automatycznie samego dołu drabiny społecznej. Inną rzeczą był pogląd na podobne kariery samej arystokracji, która po Rewolucji i w ciągu całego XIX stulecia musiała cierpieć wdzieranie się "plebejów" w szeregi elit. Przepustką dla intruzów były pieniądze i zasługi dla państwa, które, mimo przesądów, torowały drogę aliansom tytułów "starych", tych z łaski Napoleona oraz giełdowych tytułów własności. Międzywojenny dyplomata, Tadeusz Gustaw Jackowski wspomina, jak w 1920 roku księżna Maria Murat, pochodząca z jednego z najstarszych rodów francuskich, Rohan-Chabot, pokpiwała sobie dobrotliwie z męża, księcia Luciena, mawiając, że gdyby spadł on z własnego drzewa genealogicznego, nie zrobiłby sobie wielkiej krzywdy. "Może chciała, pisze Jackowski, ironicznie wskazać na dysproporcję pomiędzy swoją drobną postacią siedzącą na wierzchołku tysiącletnich konarów rohanowskich a drzewkiem genealogicznym Muratów, drzewkiem bardzo jeszcze młodym, bo pamiętającym zaledwie czasy napoleońskie." Z dzisiejszej perspektywy drzewko wyrosło na całkiem solidny dąb, a nazwisko Murata, zwłaszcza we Włoszech i Francji, dzięki fenomenowi legendy napoleońskiej i propagandzie Risorgimento kojarzy się znacznie łatwiej niż najszacowniejsze rody.
Bohater tej książki należał nie tylko do najbarwniejszych, ale i do najtragiczniejszych postaci swojej epoki. Epoki, którą wciąż postrzegamy jako czas ogromnych wstrząsów na całym kontynencie, ale której tragiczny wymiar zanikał stopniowo wraz z dzielącymi nas od niej pokoleniami. Autorowi, subtelnemu znawcy przełomu, jakim był dla Francji i Europy schyłek Ancien Régime'u i tworzenie nowego społeczeństwa, opartego na własności zdobywanej w wirach historii, tragizm ten nie umknął. W wywiadzie - rzece, opublikowanym w 1996 r. Tulard ujął rzecz następująco: "Wszyscy aktorzy tej epopei wiedzieli, że ryzykują życiem. Kiedy Żyrondyści utracili większość w Konwencie, nie mieli złudzeń, że skończy to się gilotyną, podobnie było z Dantonistami i Robespierrystami. Generałowie i marszałkowie wiedzieli, że śmierć czyha na nich na polu bitwy: Desaix, Lannes, Duroc... Ney i Murat skończyli przed plutonem egzekucyjnym. Nawet król [Ludwik XVI - A.N.] nie został oszczędzony.
To co u nich wszystkich niezwykłe, to swoista sztuka umierania. Dotyczy to tak Wandejczyków ginących za Boga i Króla, saperów tkwiących po pas w lodowatej Berezynie i z samobójczym poświęceniem budujących mosty, jak Dantona, który, podobnie jak po nim Cadoudal, znajdzie wewnętrzną siłę, by umrzeć z żartem na ustach. Ja jednak lubię najbardziej anegdotę tyczącą Héraulta de Séchelles, który zabrał ze sobą na śmierć portrecik kochanki. Umierano różnie: po chrześcijańsku, z dowcipem, jak herosi Plutarcha lub jak rozpustnicy, umierano jednak z klasą. Myślę, że właśnie ten tragiczny wymiar tłumaczy fascynację jaką wciąż budzi epoka Rewolucji i Cesarstwa".
Szczerze polecam polskim czytelnikom biografię Joachima Murata. Jego los, podobnie jak los samego Napoleona to już gotowy scenariusz filmowy: skromne pochodzenie, fantastyczne wyniesienie, walka z przeciwnościami i tragiczna śmierć oraz zmartwychstanie w legendzie u boku Cesarza. Jean Tullard, najwybitniejszy francuski znawca epoki napoleońskiej ostatniego trzydziestolecia, autor ponad dwudziestu książek i redaktor kilku epokowej wartości słowników, znakomicie wywiązał się z zadania. Ten członek Instytutu Francuskiego i profesor Sorbony znany jest we Francji z lekkiego pióra i ironicznego humoru, które wspierają go w badaniu przeszłości. Przejdźmy wraz z nim drogę z La Bastide przed pluton egzekucyjny w Pizzo, śladami niezwykłego człowieka w niezwykłych czasach i w poszukiwaniu odpowiedzi na najważniejsze dla historyka pytanie: dlaczego?

Andrzej Nieuważny
Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu
Ośrodek Studiów Epoki Napoleońskiej Wyższej Szkoły
Humanistycznej imienia Aleksandra Gieysztora w Pułtusku