Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Mémorial de St Hélène

Opublikowano w Źródła

 

Wspomnienia Las Cases'a rozpoczynają się opisem drogi na wyspę Świetej Heleny, a więc okresu od 15 lipca do 15 października 1815 roku, które jednakże w niniejszym opracowaniu pominięto, ograniczając się do pobytu Napoleona na wyspie Świetej Heleny.

 

PRZEDMOWA

To ironia losu, że ostatnie zdanie napisane przez młodego porucznika Bonaparte w jego wypracowaniach z geografii brzmiało: "St. Helena, mała wyspa na Atlantyku. Posiadłość angielska."
Ta "mała wyspa", o której rzeczywiście w roku 1787 nie można było nic więcej powiedzieć, weszła dnia 15 października 1815 do światowej historii. W tym dniu bowiem angielski okręt "Northumberland", na pokładzie którego znajdował się Cesarz, rzucił kotwicę u jej wybrzeży. Na widok swojej przyszłej siedziby Napoleon zwrócił się następującymi słowami do towarzyszy niedoli: "Nie jest to atrakcyjne miejsce. Szkoda, że nie zostałem w Egipcie. Byłbym teraz cesarzem całego Wschodu".

Las Cases "Mémorial de Saint Hélène"

Las Cases 14.10.1815
Admirał powiadomił nas, że jeszcze dzisiaj zobaczymy cel naszej podróży. Nastąpiło to tuż po ukończeniu kolacji, gdy okrzyk -"Ziemia" wywołał niemalże wszystkich na pokład. Cesarz udał się na dziób statku, ale nie był w stanie zobaczyć wyspy. Cisza na morzu unieruchomiła nas na całą noc.

15.10.1815
W świetle dziennym zobaczyłem wyspę po raz pierwszy. Jej powierzchnia wydawała mi się początkowo pokaźna, ale w miarę zbliżania się do brzegu, rozpoznawałem stopniowo jej rzeczywistą wielkość.
W końcu, po 70 dniach od wypłynięcia z Anglii, około południa rzuciliśmy kotwicę. Było to pierwsze ogniwo łańcucha, który tego nowoczesnego Prometeusza przykuwał do skały.
Wbrew swojemu zwyczajowi tego dnia Cesarz ubrał się już o świcie i pojawił na pokładzie. Podobnie jak poprzedniego wieczoru udał się na dziób okrętu, skąd mógł wyspę dokładniej zobaczyć. Zobaczyliśmy miasteczko wciśnięte pomiędzy pozbawione wszelkiej roślinności skały, każdy załom, każdy szczyt naszpikowane były armatami, które Cesarz oglądał z dużym napięciem przez lunetę. I chociaż stałem tuż przy nim, nie widziałem u niego najmniejszej reakcji, aczkolwiek był z pewnością świadom, że ma przed sobą swoje długoletnie więzienie, a może nawet grób.

Niedługo potem cesarz powrócił do swojej kajuty, polecił mnie zawołać, po czym podjęliśmy naszą codzienna pracę.
Admirał, który już wczesnym rankiem udał się na wyspę, powrócił około szóstej, wyraźnie zmęczony. Celem jego wyjazdu było zinspekcjonowanie przewidywanych dla nas kwater, okazało się jednak, że niezbędne do przeprowadzenia naprawy mogą potrwać jeszcze około dwóch miesięcy. I oto mamy, po spędzeniu prawie 3 miesięcy w tym drewnianym więzieniu, na podstawie jednoznacznego rozkazu ministrów, czas pozostały do oddania naszego ostatecznego miejsca pobytu, spędzić na pokładzie. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość admirałowi; sumienie nie zezwalało mu na popełnienie podobnego barbarzyństwa. Oświadczył nam bowiem, nie bez pewnej dozy zadowolenia w głosie, że na jego odpowiedzialność zostaniemy przewiezieni na wyspę już następnego dnia.

17.10.1815
Gdy udałem się odwiedzić Cesarza w przeznaczonym dla niego baraku, zobaczyłem go już z daleka stojącego z rękami założonymi do tyłu, pochylonego, w skromnym surducie, z głową nakrytą jego słynnym, trójgraniastym kapeluszem. Stał pogwizdując na progu swojego nowego domu, a gdy mnie zobaczył, zawołał; -"Jest pan w końcu. Ale dlaczego nie przyprowadził pan również swojego syna?" Przecież wiem, jak trudno panu przychodzi go opuszczać".
Nigdy dotychczas Cesarz nie mieszkał w mieszkaniu mniejszym i nędzniejszym od tego, składało się ono jedynie z jednego pokoju z dwoma drzwiami, okna nie posiadały ani zasłon, ani okiennic.
Cesarz wziął mnie pod ramię i zaprosił na mały spacer. To, co mówił, było pełne życia i energii. W międzyczasie nadeszła noc; cisza, która nas otaczała uświadomiła mi, w jak pustej i opuszczonej okolicy się znajdujemy. Byłem sam, ramię w ramię z Nim, u którego stóp jeszcze do niedawna leżał cały świat, z Napoleonem!...
Gdzież były te czasy, gdy jeden jedyny dekret wystarczał, żeby obalić trony i koronować nowych władców.

Gdy Cesarz udawał się na spoczynek, stwierdzono, że jedno z okien, znajdujące się obok cesarskiego łóżka, nie domyka się. Ponieważ Cesarz obawiał się chłodnego, nocnego powietrza, które już zawsze powodowało u niego katar i bóle zębów, zabarykadowaliśmy je, na ile to było możliwe, Ja zadowoliłem się noclegiem na poddaszu, w niewielkim pokoiku, w którym nie było nawet krzesła. Mój syn spał na leżącym na podłodze materacu. Czy mogliśmy się jednakże skarżyć? Byliśmy wszelako w bezpośredniej bliskości Cesarza, słyszeliśmy nawet jego głos. Służący, otuleni w swoje płaszcze spali na podłodze przed jego drzwiami.
Tak spędził Napoleon swoją pierwszą noc na wyspie Świętej Heleny.

19.10.(czwartek), 20.10.1815 (piątek)
Cesarz zaprosił mojego syna na śniadanie. Można sobie wyobrazić, jak tenże był tym zaproszeniem podniecony, dostąpił bowiem po raz pierwszy zaszczytu siedzenia w bezpośredniej bliskości Cesarza; móc go słuchać, a może nawet mieć okazję do niego przemówić było dla mojego syna ogromnym wyróżnieniem.
Jedzenie dostarczono nam, jak i w poprzednie dni, z miasta. Dzisiaj był pieczony kogut, którego podziałem zajął się sam Cesarz. Sam się przy tym dziwił, jak zręcznie to zrobił; minęło już bowiem sporo czasu, jak sam stwierdził, od momentu, kiedy miał okazję zajmować się tego typu obowiązkami. Przy wszystkich jego dotychczasowych problemach politycznych, życie towarzyskie schodziło zawsze na drugi plan. Kawa, bez której Cesarz nie może się obejść, była tak obrzydliwa w smaku, że zrodziło się w nim podejrzenie o truciznę. Wylał więc swoją filiżankę, a i moją kazał zabrać.

Starym przyzwyczajeniem Cesarza było zażywanie tabaki z tabakierki, na której wieczku uwieczniono starożytne monety z greckimi napisami. Poprosił mnie o ich przetłumaczenie, co przerastało jednak moje umiejętności. Skomentował moje stwierdzenie ze śmiechem: -" Nie jest pan więc mocniejszy w tej materii ode mnie". Z drżeniem w głosie zaproponował więc mój syn przetłumaczenie tychże tekstów, co też niezwłocznie uczynił, wprawiając tym Cesarza w głębokie zdumienie, co łatwo zrozumieć, biorąc pod uwagę wiek mojego syna. Zaraz też wypytał go o szczegóły przebiegu jego nauki, po czym zwrócił się z ożywieniem do mnie: -"Oto jaką młodzież pozostawiam. To moje dzieło. Oni mnie pomszczą. Widząc przecież dzieło, trzeba również oddać sprawiedliwość jego twórcy. A przy tym uczyniono w przeszłości dla dzieci niewiele z tego, co w gruncie rzeczy planowałem. Uniwersytet moich marzeń miał przewyższać wszystko, co uczyniono dotychczas w tej dziedzinie".
Wieczorem Cesarz odwiedził swojego gospodarza. Pan domu, cierpiący na podagrę, nie był szczególnie przygotowany na przyjęcia gości, leżał, ubrany w kolorowy szlafrok na tapczanie. Spotkaliśmy przy nim również jego żonę i obie córki,
z którymi spacerowaliśmy przed południem w pobliskim ogrodzie. Banalna rozmowa, którą prowadzono dotyczyła przede wszystkim literatury, a panie domu stwierdziły z zaskoczeniem, że ich ulubione powieści są znane także Cesarzowi.

21.10.1815 (sobota)
Dziś odwiedził Cesarza admirał. I gdybym nie stał, całkiem przypadkowo w pobliżu, Cesarz byłby zmuszony osobiście otworzyć drzwi, inaczej stałby nasz gość przed drzwiami do teraz. Wkrótce zebrali się wokół nas i pozostali nasi towarzysze. Każdy z nich skarżył się na niedogodności, które musimy znosić, co Cesarz wysłuchiwał wprawdzie z wyraźnym zainteresowaniem, ale równocześnie z oznakami niemalże fizycznego bólu.

22-24.10.1815
Ministrowie angielscy, w których ręce pełni zaufania oddaliśmy nasze losy, kpią z wszelkich zasad gościnności i czynią wszystko, aby nasze, i tak już poniżające położenie jeszcze pogorszyć. Św. Helena jest prawdziwą Syberią z tą różnicą, że jest mała, a klimat gorący, a nie zimny. Cesarz Napoleon, który był w przeszłości wszechmogący i decydował o losie domów panujących, zmuszony został do życia w obskurnej, małej chacie, nie posiadającej tak podstawowego wyposażenia, jak meble, firanki czy okiennice. Jego przestrzeń życiowa ograniczona jest do sypialni, w której ponadto musi się ubierać, mieszkać i pracować. Jego posiłki, nie dość. że składające się z mało apetycznych dań, przynoszone są jeszcze z daleko oddalonej kuchni, co dodatkowo pogarsza ich jakość. Brakuje w zasadzie wszystkiego: chleb i wino nie odpowiadają naszemu smakowi, woda, kawa, masło, olej i inne niezbędne artykuły dostępne są tylko w ograniczonej ilości, a na dodatek są bardzo kiepskiej jakości. Kąpiel, tak ważna dla cesarskiego zdrowia jest niemożliwa, podobnie jak i przejażdżki konne, których mu wręcz zakazano.
Służba cesarska mieszka w odległym o dwie mile domu; udanie się do chaty Cesarza wymaga każdorazowo zezwolenia pilnujących nas żołnierzy i odbywa się tylko w towarzystwie eskorty. Za najdrobniejsze wykroczenia, co zdarza się niemalże codziennie, usługujący Cesarzowi ludzie zmuszeni są spędzić noc w więzieniu pobliskiego posterunku.
W ten oto sposób uciążliwości klimatu pogłębiane są poprzez bezduszne, wręcz nieludzkie traktowanie. A wszystko tylko po to, aby nas, biednych zesłańców gnębić aż do granic ludzkiej wytrzymałości.
A przecież nic nie stoi na przeszkodzie. aby zapewnić nam godziwe warunki bytowania i ludzkie traktowanie.
Jeżeli władcy Europy to zesłanie jedynie postanowili, to jego wykonanie przejęte zostało przez tajemnicze siły, których jedyną siłą napędową jest nienawiść. Czyż politycy, którzy uznali takie środki za niezbędne, nie powinni równocześnie, aby uzasadnić światu konieczność ich wprowadzenia, zapewnić swojej ofierze, w stosunku do której zastosowane zostały wszelkie poniżające ludzką godność metody, ochronę, szacunek i wygodę?

Byliśmy wszyscy zgromadzeni wokół Cesarza, gdy ten z rozgoryczeniem skarżył się na panujące na wyspie warunki.
-"Co za haniebne sposoby postępowania z nami oni sobie wymyślili. To jest przecież gorsze niż śmierć! Jeżeli ja wydaję im się aż tak groźny i niebezpieczny dla świata, dlaczego więc nie uwolnili tego świata ode mnie? Kula w głowę albo w serce wystarczyłaby. Udowodniliby przynajmniej, że mają odwagę. Gdybyście wy nie byli tu obecni, a w szczególności towarzyszące nam damy, odmówiłbym wszelkiego pokarmu za wyjątkiem skromnej żołnierskiej racji. Jak mogą rządzący Europą w mojej osobie tak poniżać święte pojęcie suwerenności? Czyż oni nie pojmują, że na Św. Helenie zabijają samych siebie? Ja wchodziłem jako zwycięzca do ich stolic; co by się z nimi stało, gdybym ich wtedy tak samo potraktował? Oni wszyscy nazywali mnie przecież swoim bratem, a poza tym zostałem wyniesiony na mój tron jako wybraniec narodów, przez potęgę moich zwycięstw, poświęcony przez Kościół, przez związki krwi i układy polityczne. Czyżby sądzili, że zdrowy rozsądek narodów zrozumie ich podwójną moralność? I co spodziewają się przez swoje okrucieństwo osiągnąć? Podzielcie się, moi przyjaciele waszymi skargami z całym światem, tak żeby wszyscy je usłyszeli i powstali z oburzenia! Ja sam nie będę się skarżył, to byłoby poniżej mojej godności.
J a   r o z k a z u j ę   a l b o   m i l c z ę !"

Następnego dnia przybył do nas oficer, wszedł nie pytając o zezwolenie do pokoju Cesarza, gdzie właśnie pracowaliśmy. Przybyły miał przyjazne zamiary; był to kapitan jednego z małych okrętów eskortujących nas na wyspę. Zapadła decyzja jego powrotu do Europy i dlatego przybył do nas, aby odebrać polecenia cesarskie. Napoleon mając świeżo w pamięci temat rozmów z dnia poprzedniego, uniósł się i nie ukrywał swojego oburzenia na postępowanie angielskiego rządu. Przetłumaczyłem szybko jego słowa, starając się przy tym przekazać sens cesarskiej wypowiedzi. Skonsternowanie oficera wzrastało w oczach, a opuścił nas z przyrzeczeniem, wiernego przekazania naszych opinii. Ale czy będzie też w stanie odzwierciedlić w swoim raporcie ton prowadzonej tutaj rozmowy? Na polecenie Cesarza zredagowano pośpiesznie pismo, wręczone następnie oficerowi, które jednakże tylko w niewielkim stopniu oddawało panujące wśród nas nastroje.
A oto tekst tego pisma:
Cesarz życzy sobie, aby następny statek, który przybędzie na wyspę dostarczył mu wiadomości od żony i syna. Ponadto życzy sobie stałego informowania go o stanie zdrowia syna. Korzysta równocześnie z okazji, aby ponownie wyrazić swój sprzeciw przeciwko wszystkim środkom podjętym w stosunku do jego osoby przez rząd angielski.
1.Rząd angielski ogłosił Napoleona jeńcem wojennym, którym Cesarz nie jest. Jego pismo skierowane do regenta przed udaniem się na pokład okrętu "Bellerophon", z treścią którego zapoznany został kapitan Maitland jest świadectwem dla całego świata, że Cesarz z własnej woli oddał się w opiekę korony angielskiej.
Cesarz mógł przecież, zanim opuścił Francję odczekać ogłoszenia sankcji, które podjąłby co do jego osoby rząd angielski. Zaniechał tego, stawiając na pierwszym miejscu interesy swojego kraju, które zawsze kierowały jego poczynaniami. Mógł również oddać się do dyspozycji cara Aleksandra, który był jego przyjacielem lub cesarza Franciszka, swojego teścia. Mając jednakże pełne zaufanie do narodu angielskiego i jego praw, zdecydował się, rezygnując raz na zawsze z kierowania państwem, udać się do kraju rządzonego w świetle ustanowionego prawa i niezależnego od wpływów jednostek.

2.Gdyby Cesarz uznawał siebie za jeńca wojennego, podlegałby prawom ustanowionych przez cywilizowane narody dla wziętych do niewoli w trakcie działań wojennych, która zresztą ma swój koniec wraz z zakończeniem wojny. Jeżeli rząd angielski, wbrew wszystkiemu widzi w Cesarzu jeńca wojennego, powinien przedsięwzięte przeciwko niemu środki dostosować do obowiązującego prawa międzynarodowego. W przeciwnym razie musieliby rządzący Anglią uznać za własne środki, stosowane przez barbarzyńców karzących swoich jeńców śmiercią.
Takie postępowanie byłoby bardziej ludzkie i odpowiadałoby bardziej sprawiedliwości, aniżeli zesłanie na tę ponurą wyspę. Zostałby Cesarz na pokładzie "Bellerophon", na redzie w Plymouth rozstrzelany, byłby to przejaw miłosierdzia w porównaniu z obecną sytuacją.
Przemierzyliśmy najnędzniejsze okolice Europy, ale żadna z nich nie da się nawet w przybliżeniu porównać z tą nieurodzajną skałą, której mieszkańcy, pozbawieni wszelkich ułatwiających życie wygód poddani są nieustającym cierpieniom. Tylko nieśmiertelne zasady moralności chrześcijańskiej i wewnętrzna potrzeba poddania się losowi, powstrzymuje ludzi tutaj żyjących przed zakończeniem przemocą tego nędznego bytowania.
Ale jeżeli rząd angielski dalej będzie się upierał przy swoich metodach przemocy i niesprawiedliwości, ukaranie go śmiercią uznałby Cesarz za akt litości.

Statkiem, który miał powyższe pismo zabrać do Anglii był "Redpole", pod komendą kapitana Desmonta.

Należy mi wybaczyć powtarzanie do znudzenia naszych skarg, co brzmi jak niekończąca się litania. Ale należy przy tym nie zapominać, że boleśniejszym było dla nas ciągłe powtarzanie tych samych skarg, aniżeli dla przyszłego czytelnika ich wielokrotne czytanie.

25-27.10.1815
Cesarz wstał dzisiaj bardzo wcześnie, spożył śniadanie około dziesiątej, po czym siadł ze mną do pracy. Przeczytałem mu, co podyktował mi w dniu wczorajszym, a co mój syn dzisiaj rano starannie przepisał. Poczynił parę korektur w napisanym tekście i kontynuował dyktowanie. O piątej godzinie po południu udaliśmy się na krótki spacer, wracając około szóstej na posiłek. Dzień na wyspie jest długi, ale jeszcze dłuższe są wieczory. Nie gram, niestety w szachy. Chętnie nauczyłbym się tej gry, ale jak? Gram trochę w pikietę, ale na tym się kończy. Cesarz zmiarkował szybko moją nieznajomość tej gry, chwaląc równocześnie moje dobre chęci. Czasami z nudów udaje się w odwiedziny do sąsiadów, gdzie zabija czas, grając z dziewczętami w wista. Najczęściej zostaje jednak wieczorami w domu, spędzając czas na pogawędce. Jego pokój jest za mały na ulubione przez Cesarza chodzenie tam i powrotem, spędza więc czas siedząc przy stole.
Pewnego wieczoru kazał sobie przynieść mały neseser i począł niezwykle starannie przeglądać jego zawartość. Po chwili wręczył mi go ze słowami: -"Posiadam go już bardzo długo. Po raz pierwszy używałem go w dzień po bitwie pod Austerlitz. Niech mały Emanuel go teraz przejmie. Kiedyś, gdy osiągnie wiek trzydziestu może czterdziestu lat, a nas, drogi przyjacielu już nie będzie wśród żyjących, obudzi się w nim zainteresowanie, będzie go pokazywał ze słowami:
-"To podarował cesarz Napoleon mojemu ojcu na Świętej Helenie".
Wziąłem pełen wzruszenia ten drogocenny podarunek, któremu do dzisiaj okazuję pewnego rodzaju hołd.
Następnie Cesarz przystąpił do przeglądania wielkiej kasety, w której trzymał wizerunki swojej rodziny oraz otrzymane w przeszłości podarunki. Wśród przedstawionych na portretach postaci była jego matka, jego siostry, córki brata Józefa oraz cesarski syn. A poza tym drogocenny podarunek papieża, niezwykłej piękności Augustus i Livia, tabakierka z wizerunkiem Piotra Wielkiego, inna z wizerunkiem Karola V i jeszcze inna z Turenne; wśród tych skarbów była też tabakierka, której Cesarz najchętniej używał, ta z antycznymi podobiznami Cezara, Sulli, Aleksandra i innych.

28-31.10.1815
Pracujemy, mój syn i ja niezwykle pilnie, co powoduje problemy wzrokowe u mnie, a bóle w klatce piersiowej u mojego syna. Są to niewątpliwie efekty przeciążenia, ale dzięki naszemu wysiłkowi Cesarz mógł zakończyć dyktowanie rozdziałów dotyczących okresu poprzedzającego rozpoczęcie kampanii włoskiej.
Mimo tego jest on zdania, że jeszcze niewystarczająco dużo pracuje. Praca jest jego jedyną pociechą, a ta zadziwiająca aktywność, którą wspólnie rozwinęliśmy zachęca go do kontynuowania wysiłków. W notatkach zbliżamy się właśnie do początku kampanii egipskiej. Cesarz już kilkakrotnie rozważał zamiar zaangażowania wielkiego marszałka do naszej pracy. Pozostali nasi towarzysze mieszkali w mieście, w bardzo złych warunkach, cierpiąc jeszcze dodatkowo z powodu oddalenia od osoby Cesarza. Napotykane przeciwieństwa losu powiększały jeszcze stopień ich rozgoryczenia. Z tego też powodu zaproponowałem Cesarzowi, aby zatrudnił nas wszystkich do swojej pracy, dzięki czemu mógłby obie kampanie włoskie, wyprawę do Egiptu, konsulat oraz powrót z Elby równocześnie dyktować. Nudny czas bezczynności byłby tym samym skrócony, a opisywanie tego pełnego sukcesów okresu w historii Francji postępowałoby o wiele szybciej. Moja propozycja znalazła uznanie u Napoleona i odtąd nasi towarzysze przybywali regularnie do nas, spędzając czas na spisywaniu jego słów. Z reguły zostawali potem na posiłek, dzięki czemu przyczyniali się do poprawy nastroju Cesarza.

Wszyscy też staraliśmy się polepszyć jego warunki. Dostałem od dowódcy 53. pułku namiot, który dobudowałem do jednej ze ścian cesarskiego pokoju, powiększając dzięki temu jego niewielką powierzchnię.
Kucharz cesarski wynajął mieszkanie w Briars, my wyciągnęliśmy zapakowane do tej pory w skrzyniach lniane nakrycia oraz srebrną zastawę i pierwszy, tak przygotowany obiad przekształcił się dla nas wszystkich w małe przyjęcie.
Za to wieczory były coraz bardziej uciążliwe, nie wiedzieliśmy, co ze sobą począć. Cesarz czasami odwiedzał sąsiadów, innymi razy próbowaliśmy kontynuować w jego pokoju nasze rozmowy, aż do nadejścia godziny dziesiątej. On obawiał się zbyt wczesnego udania się na spoczynek, budził się bowiem w takich przypadkach często w środku nocy, wstawał i w czytaniu książki szukał ucieczki od własnych myśli.
Pewnego dnia, podczas obiadu, mając przed sobą jeden ze swoich polowych talerzy, z wygrawerowanym herbem Bourbonów, stwierdził energicznym głosem: -" Ależ mi oni wszystko zniweczyli", po czym dodał: -"Królowi spieszyło się to wszystko wziąć w posiadanie, chociaż przedmioty te nigdy do niego nie należały".
Nic z tego nie jest pozostałością z czasów monarchii, w momencie cesarskiej koronacji nie znaleziono niczego, co byłoby królewską własnością. Wręcz przeciwnie, w momencie swojego odejścia Napoleon pozostawił koronie srebro wartości 5 milionów franków oraz wszelkiego rodzaju sprzęty o wartości 40 do 50 milionów.

Podczas jednej z wieczornych pogawędek, Cesarz nawiązał do wydarzeń 18 brumaire'a, opowiadając nam dotychczas nieznane szczegóły. Podobno Sieyes, jeden z członków prowizorycznego konsulatu, po opuszczeniu pierwszego posiedzenia, na którym Napoleon przedstawił swoje idee dotyczące finansów, administracji, armii, polityki i prawodawstwa, stwierdził z ożywieniem: -"Teraz macie władcę. Ten człowiek wie wszystko, chce wszystkiego i wszystko potrafi".
W owym czasie przebywałem w Londynie. Opowiedziałem Cesarzowi, że z wydarzeniami 18 brumaire'a i Konsulatem wiązaliśmy ogromne nadzieje. Wielu z nas pospieszyło natychmiast do Paryża z nadzieją czynnego uczestnictwa w rozwoju wypadków. My wszyscy zakładaliśmy, że Pierwszy Konsul oczekuje konkretnych propozycji ze strony naszych książąt, tym bardziej, że sam sprawiał wrażenie unikania wypowiedzi na ten temat.
Cesarz oznajmił mi jednak, że nigdy wtedy nie zastanawiał się głębiej nad ich losem, tym bardziej, że nawet gdyby chciał, nie posiadał żadnych możliwości, aby cokolwiek na korzyść Bourbonów uczynić. Ale mimo tego otrzymywał wiadomości z Mitawy i Londynu. I tak na przykład, obecny król za pośrednictwem swojego tajnego agenta, Abbe Montesquiou przekazał mu list, w którym stwierdzał: -"Zwleka Pan za długo z oddaniem należnego mi tronu. Obawiam się, że przeoczy Pan odpowiedni do tego moment. Pan nie może uszczęśliwić Francji, a ja nie mogę bez Pana nic dla Francji uczynić. Niechże się więc Pan pospieszy i poda do wiadomości, jaką pozycję Pan dla swoich przyjaciół przewiduje".
A oto, co odpowiedział Pierwszy Konsul: -"Otrzymałem list Waszej Królewskiej Mości. Już zawsze poruszało mnie nieszczęście, które spotkało królewską rodzinę. Ale Wasza Królewska Mość nie powinna nawet w myśli rozważać o powrocie do Francji. Setki tysięcy ludzi zapłaciłoby za to życiem. Nawiasem mówiąc, jestem w każdej chwili gotów uczynić wszystko, co by mogło pomóc w zapomnieniu i złagodziło nieszczęśliwy los Waszej Wysokości".
Próby zbliżenia, podejmowane przez hrabiego de Artois były łagodniejszej i jednocześnie bardziej wyrafinowanej natury.
Wysługiwał się przy tym księżną Guiche, sympatyczną damą, która dzięki swojej zgrabnej figurze i szlachetnym rysom twarzy wydawała się być do tego stworzona, aby swoimi wdziękami uzupełnić ważność swojej misji. Potrafiła bardzo łatwo dotrzeć do Madame Bonaparte, z którą w owym czasie byli bywalcy dworu utrzymywali towarzyskie kontakty. Została zaproszona na śniadanie do Malmaison, gdzie sprowadziła rozmowę na temat uchodźców, Londynu i książąt. Opowiadała przy tym, że zapytano przed kilkoma dniami hrabiego de Artois, jaki los oczekuje Pierwszego Konsula w przypadku powrotu Bourbonów. Na co książę miał odpowiedzieć: -"Pozostawione mu byłyby wszystkie posiadane godności. Ale na tym nie koniec. Na Place de Carrousel zostałaby postawiona ponadto wysoka kolumna z posągiem Bonapartego."
Gdy tuż po zakończeniu śniadania przybył do Malmaison Napoleon, jego żona natychmiast zakomunikowała mu usłyszane słowa, na co tenże odpowiedział; -"A nie odpowiedziałaś jej, że u stóp tej kolumny spoczywać będą zwłoki Pierwszego Konsula?"
Piękna księżna, nadal jeszcze obecna, z afektem podkreślała, jakże niezwykle wysoko ceni sobie fakt poznania tak znakomitego człowieka. Wszystko jej wysiłki były jednakże na próżno; jeszcze tej nocy otrzymała polecenie opuszczenia Paryża, w następstwie czego już następnego ranka znajdowała się w drodze ku granicy.

"A poza tym - kontynuował Cesarz - rozeszły się później pogłoski, że z mojej inicjatywy zaproponowano książętom rezygnację z pretensji do tronu, na moją korzyść. Nic w tym nie jest zgodne z prawdą. Moje rządy mogły się opierać tylko na całkowitym wykluczeniu monarchii, jakże więc mógłbym wymagać od Bourbonów zrzeczenia się na moją korzyść praw, które w ich osobach zostały skompromitowane? To byłoby szaleństwo, które uczyniłoby ze mnie osobę dla ogółu niemożliwą do zaakceptowania. Nie uczyniłem też niczego, ani przedtem ani potem, co mogłoby dawać podstawy do takich przypuszczeń. Zakładam, że rozsądni ludzie, którzy mnie wtedy poważnie traktowali, rozumowali podobnie.
Mimo tego starałem się dotrzeć do źródeł tego typu pogłosek i doszedłem tylko do jednej możliwej konkluzji.
W tymże okresie stosunki z Prusami układały się bardzo dobrze, władze pruskie chcąc więc podkreślić swoją przychylność wobec naszego rządu, zwróciły się z zapytaniem o nasz stosunek do ewentualnego pobytu książąt w Prusach, co spotkało się z naszym pozytywnym odzewem. Naszą odpowiedzią ośmielony, rząd pruski podjął z nami dalsze rozmowy na temat wypłacania książętom rocznych pensji. I ta kwestia uzyskała naszą pozytywną odpowiedź, przy czym uwarunkowaliśmy naszą zgodę pruskimi gwarancjami, że przebywający na jej terytorium nie będą działali na szkodę Francji. Któż może jednak wiedzieć, jak nasza odpowiedź została zinterpretowana przez negocjatorów i gabinet w Berlinie, ale była ona przypuszczalnie przyczyną wystosowania przez Ludwika XVIII owego listu, tak entuzjastycznie przyjętego przez wszystkich stronników Bourbonów".


01-04.11.1815
Nasze dni na wyspie, podobnie jak już w czasie podróży upływały według utartego schematu.
Towarzyszyłem Cesarzowi przy śniadaniu, trwającym od godziny dziesiątej do jedenastej, następnie czytałem mu podyktowany wczoraj tekst, po czym Cesarz kontynuował swoich wspomnienia. Napoleon zaprzestał ubierania się o poranku, nie wychodził też przed śniadaniem na spacer, w przeciwnym razie nie wiedziałby, co począć z resztą dnia. Ubierał się więc dopiero około czwartej, po czym, zmuszony opuścić swój pokój na czas sprzątania, wychodził na spacer do ogrodu. Kochał te chwile samotności. Kazałem w ogrodzie sporządzić małą altanę, wyposażyć ją w stół i krzesła, gdzie Cesarz dyktował jednemu z nas kolejne rozdziały.
Naprzeciw domu właściciela, poniżej naszego, przebiegała mała aleja otoczona grupą drzew. Tutaj zaciągali swój posterunek pilnujący nas angielscy żołnierze. Z czasem jednak, na żądanie właściciela, którego obecność żołnierzy wyraźnie krępowała, posterunek ten został zniesiony. W ten sposób Cesarz mógł rozszerzyć zasięg swoich spacerów, co sprawiło mu wyraźną przyjemność. Niemalże codziennie, po zakończonej pracy spacerował wśród drzew, często w towarzystwie naszej gospodyni i jej córek. Niejednokrotnie, o ile pogoda na to pozwalała, kontynuował jeszcze wieczorem, przerwany na kolację spacer. Do domu gospodarza wchodził tylko mając pewność, że nikt obcy tam nie przebywa. Sprawdzenie tego należało do moich obowiązków.

06.11.1815
Cesarz chorował, ale mimo tego nie przerwał swojej pracy.
Z przebiegu wielu rozmów, które prowadziliśmy, zanotowałem sobie jego uwagi dotyczące siły bojowej starożytnych armii. Dane o ich sile bojowej, podawane przez różne źródła uważał za niedokładne i przesadzone. I tak na przykład nie wierzył w istnienie kartagińskich oddziałów na Sycylii. Tak duże siły użyte do działań na stosunkowo niewielkim obszarze byłyby wręcz przeszkodą w sprawnym przeprowadzeniu operacji. Jeżeli Kartagina była rzeczywiście w stanie wystawić tak wielką ilość żołnierzy, wzmocniliby oni z pewnością liczącą około 40 do 50 tysięcy armię Hannibala, którego zakres i znaczenie działań było nieporównanie większe.
Podobne zdanie miał o siłach Dariusza i Kserksesa, które, gdyby prawdziwe byłyby liczby podawane w przekazach historycznych, musiałyby zająć całą Grecji i podzielić się bez wątpienia w mniejsze oddziały. Cesarz miał wiele wątpliwości dotyczących tego chlubnego okresu w historii starożytnej Grecji i uważał przebieg tej wojny za nierozstrzygnięty, mimo, że obie strony uważały się za zwycięzcę. Kserkses, który po zdobyciu i zniszczeniu Aten wrócił w tryumfalnym pochodzie do Persji, Grecy natomiast świętowali pozytywny przebieg bitwy pod Salamis. Nie należy przy tym jednakże zapominać, że wszystkie szczegóły greckich sukcesów i niezliczonych klęsk ich przeciwników przekazane zostały potomności wyłącznie przez Greków, nie zachowały się natomiast żadne perskie świadectwa o przebiegu tej wojny.
Przekazy z czasów starożytnego Rzymu uważał Cesarz za bardziej wiarygodne, nie dawał wprawdzie wiary wszystkim szczegółom, ale rzymskie sukcesy militarne uważał za udowodnione.
Nie wątpił też w niezliczone hordy Dżyngis-Chana lub Tamerlana, do których przecież przyłączały się kolejne plemiona koczownicze. Nie jest wykluczone, mówił Cesarz, że nowa inwazja dzikich hord któregoś dnia może ponownie zalać i zniszczyć Europę. O Hunach też przecież nie wiadomo, skąd i kiedy przybyli. Tego typu najazd może się powtórzyć.
W dogodnej sytuacji do wywołania podobnej katastrofy znajduje się Rosja. Jest ona przecież w stanie powołać niezliczone siły, pobudzić wyobraźnię żyjących w Rosji narodów, podbudowanych opowiadaniami o odniesionych niedawno sukcesach, które skłonne byłyby do nowego podboju Europy.

W trakcie naszej rozmowy poruszyliśmy też temat zdobywców i podbojów.
Zdaniem Cesarza niezbędne są u zdobywcy skłonności do brutalności i okrucieństwa. Gdyby on sam te cechy posiadał, musiałby, dysponując żołnierzami o podobnych cechach zawładnąć całym światem. Pod tym względem w o wiele lepszej sytuacji jest Rosja, gdzie nad barbarzyńskim narodem panuje cywilizowany rząd, gdzie inteligentni wydają wprawdzie rozkazy, ale niewiedza i ciemnota jest ich wykonawcą.

07.11.1815
Tego dnia, późnym już wieczorem spacerowaliśmy obaj po alei, która w międzyczasie stała się ulubionym miejscem Cesarza. Opowiedziałem Cesarzowi, że jednego z nas pytano ostatnio, powołując się na jego honor i sumienie, o cesarskie zamiary. Pytającym była osoba, mogąca mieć poprzez swoje poglądy i raporty duży wpływ na nasz los.
Czy prawdą jest, że w przypadku powrotu do Europy Cesarz rzeczywiście, jak to niedawno oświadczył, zrezygnowałby z planów utworzenia Cesarstwa Zachodu i czy pozostawiłby panowanie na morzach w rękach Anglii?
Czy zrezygnowałby z kolonii, i zaakceptował monopol Anglii na handel towarami kolonialnymi?
Jak stanowisko przyjąłby w przypadku wystąpienia konfliktu pomiędzy Anglią i Ameryką?
Czy zezwoliłby Anglii na stworzenie w Niemczech silnego państwa pod angielskim patronatem, gdyż w przypadku wstąpienia młodej księżnej Walii na tron Hanoweru, tron angielski byłby dla niej stracony?
Te pytania nie były tylko próbą nawiązania rozmowy, zostały bowiem przez tego wpływowego rozmówcę poparte pozytywnymi przykładami.
"Kontynent europejski potrzebuje długotrwałego pokoju. Aby wyjść z kryzysu finansowego i zredukować posiadane zadłużenie, Anglia musi pozostać w tej obecnej, uprzywilejowanej sytuacji. W aktualnej sytuacji jest nam Francja i Europa zupełnie nieprzydatna, a nasze zwycięstwo pod Waterloo was zniszczyło, a nam nie pomogło. Wszyscy rozsądni Anglicy, którzy są wolni od emocji, myślą aktualnie w ten sposób itd. Itd."
Część mojego sprawozdania Cesarz podał w wątpliwość, inną potraktował jak niespełnialne marzenia, w końcu jednak stwierdził:
- "Dobrze, a jakie jest pana zdanie? Niech pan sobie wyobrazi, że przedstawia Pan swój punkt widzenia Radzie Stanu".
- "Sire - odpowiedziałem, często człowiek marzy o najistotniejszych sprawach, a poza tym na Świętej Helenie nie jest zabronione snucie przeróżnych rozważań. I ja więc chciałbym tego spróbować.
Dlaczego nie mogłyby te dwa narody zawrzeć politycznego małżeństwa, do którego jeden wniósłby swoją armię, a drugi swoją flotę? Być może w oczach przeciętnego obserwatora idea ta wydaje się być szalona, a w oczach chłodnego polityka zbyt odważna, a to tylko dlatego, że jest nowością i odbiega od utartego schematu. Myśl ta rodzi możliwość nieprzewidzianego, niespodziewanego i korzystnego przekształcenia, które tylko Wasza Cesarska Mość jest w stanie przeprowadzić. Czyż nie oddałaby Wasza Cesarska Mość, gdyby to było możliwe nawet jutro całej francuskiej floty w zamian za Belgię i zachodni brzeg Renu? Zrezygnować ze 150 milionów otrzymując za to tysiące milionów?
Cóż za wspaniała wymiana, który obu narodom przyniosłaby to, o co od lat nieprzerwanie walczyły, niszczyły się i podcinały gardła? Wymiana, która uzależniłaby obie strony od siebie i położyła kres ich odwiecznej nienawiści? Czyż nie byłoby korzystne dla Francji, gdyby miała możliwość występowania w angielskich koloniach jak równorzędny partner i czerpała zyski z handlu na całym świecie? Z drugiej strony, jak ważne byłoby dla Anglii tak dotychczas zagrożone panowanie na morzu, utrzymywane z pomocą Francji, która byłaby wiodącą siłą na lądzie? W takim przypadku możliwe byłoby rozwiązanie armii angielskiej oraz francuskiej floty. Anglia zapłaciłaby swoje długi, ulżyłaby życie swoim obywatelom i wstąpiłaby na drogę bujnego rozwoju gospodarczego. I nie musiałaby z zazdrością patrzeć w stronę Francji, wręcz przeciwnie, w jej własnym interesie byłoby wspieranie francuskiego rozwoju na kontynencie, gdyż Francja tworzyłaby pewnego rodzaju awangardę, a Anglia trzon i rezerwę nowego systemu".
Cesarz przysłuchiwał się w milczeniu moim wywodom, nie komentując ich jednak. Zresztą tylko rzadko dawał się on sprowadzić na tory politycznej dyskusji, nie ujawniając jednak przy tym własnych myśli.

08.11.1815
Cesarz pracował w ogrodzie najpierw z panem Montholon, a następnie z generałem Gourgaud, po czym udał się na spacer po swojej ulubionej alei. Jest zmęczony, a i stan jego zdrowia nie jest najlepszy. Próbowano nawet przedstawić mu kilka dam, co nie było jednak najlepszym pomysłem. Rozpraszało to jego myśli, co wprawiało go w stan rozdrażnienia.
Zaproponowałem więc małą przejażdżkę konną; przed paroma dniami postawiono bowiem kilka koni do naszej dyspozycji. Odpowiedział jednak, że trudno byłoby mu się przyzwyczaić do stałej obecności angielskiego oficera u jego boku, woli więc z tej przyjemności zrezygnować. W życiu trzeba rozważyć wszystkie aspekty, a korzyści z przejażdżki mogłyby być dużo mniejsze, niż straty spowodowane przez stałą obecność dozorcy więziennego.

Podczas kolacji Cesarz jadł bardzo mało. Ożywił się nieco przy deserze, oglądając malowidła z egipskimi motywami na porcelanowych talerzach z Sevres. Za każdy z tych talerzy, które były prawdziwymi dziełami sztuk, zapłacono kiedyś 600 franków.

Cesarz zakończył ten wieczór spacerem. Mimochodem stwierdził, że miniony dzień był nudny i jest zadowolony, że dochodzi już jedenasta godzina. Pogoda była wspaniała, temperatura bardzo przyjemna i stopniowo ustępowało złe samopoczucie Cesarza. Skarżył się przy tym na słabości swojego organizmu, który jest wprawdzie dobrze zbudowany, ale bardzo podatny na wpływy zewnętrzne. Ale poza tym, cieszy go własna siła psychiczna, podtrzymująca go na duchu i pozwalająca mu wytrwać, w przeciwieństwie do innych, którzy rezygnując przed przeciwnościami, porzucają ten ziemski padół, uciekając w ten sposób od wszelkich problemów bytu ludzkiego.
Z odrazą spogląda jednak w przyszłość, widząc przed sobą lata bezczynności i starości. Gdyby mógł przy tym przynajmniej stwierdzić, że żyjącej szczęśliwie Francji jest niepotrzebny, uznałby, że żył wystarczająco długo, a cel jego życia został osiągnięty.
Wróciliśmy do domu już po północy. Dotrwanie do tej późnej pory potraktował Cesarz jako osobisty sukces.

09.11.1815
W godzinach porannych udałem się do Balcombe'a, aby wręczyć mu swoje listy, aby je przekazał na wychodzący wkrótce w morze statek. Spotkałem tam też dowódcę nadzorującego nas oddziału. Stojąc jeszcze pod wrażeniem niedyspozycji Cesarza z ostatnich dni, ponadto będąc pewnym, że najlepszym lekarstwem dla niego byłby ruch na świeżym powietrzu, poinformowałem oficera o prawdziwych przyczynach rezygnacji z przejażdżek konnych. Zaznaczyłem przy tym, że zwracam się właśnie do niego, z uwagi na jego dyskretne i taktowne wypełnianie swoich obowiązków. Zapytałem też, o posiadane przez niego instrukcje odnośnie dłuższych spacerów konnych. Odpowiedział mi, że wprawdzie jego instrukcje mówią o obowiązkowej eskorcie na każdym kroku, ale ponieważ postanowił sobie trzymać się na uboczu i nie być natrętnym dla Cesarza, w przyszłości zrezygnuje z eskortowania jego osoby.
Opowiedziałem Cesarzowi przy śniadaniu o mojej rozmowie z oficerem. Przyjął moje informacje, zaznaczając jednak, że przyjęcie przez niego tej propozycji byłoby sprzeczne z jego własnymi zasadami, gdyż zmuszałoby to oficera do niewykonania danego mu rozkazu.
Takie potraktowanie oferty angielskiego oficera okazało się bardzo szczęśliwe, bo będąc wieczorem na odwiedzinach u naszego gospodarza, zostałem poproszony przez obecnego tam również mojego porannego rozmówcę o rozmowę na osobności. Mając samemu wątpliwości, co do swojego dalszego postępowania, zwrócił się on do admirała, od którego otrzymał ponownie rozkaz ścisłego kierowania się wydanymi instrukcjami. Nie potrafiłem się powstrzymać i podniesionym głosem zakomunikowałem, że w takim razie najlepiej będzie, gdy postawione nam do dyspozycji trzy wierzchowce zostaną zwrócone. Moja impulsywna odpowiedź spotkała się z dyktowanym prawdopodobnie niezadowoleniem z własnej w tym dramacie granej roli, zrozumieniem.
Gdy opowiedziałem Cesarzowi o tej ponownej rozmowie, polecił, jak przypuszczałem, odesłać konie. Chciałem jego polecenie niezwłocznie wykonać, lecz Cesarz powstrzymał mnie słowami: - "Nie należy nic czynić pospiesznie, w złości. Rzadko wychodzi z tego coś dobrego."

A że, jak i w poprzednich dniach pogoda była wspaniała, udaliśmy się na spoczynek się dopiero o północy.

10.11.1815
Na dzisiejszym spacerze, Cesarz zaproponował nagle zmianę naszej tradycyjnej trasy, skierowując swoje kroki w kierunku drogi wiodącej do miasta, aż do punktu, z którego widoczny był port i reda.
W drodze powrotnej spotkaliśmy panią Balcombe, gospodynię naszego domu w towarzystwie pani Stuart. Młoda ta dama, 21-letnia, o dużej urodzie znajdowała się w drodze powrotnej z Bombaju do Anglii. Cesarz rozmawiał z nią o indyjskich obyczajach, niewygodnej, zwłaszcza dla kobiet podróży morskiej oraz o Szkocji, jej ojczyźnie. Zauważył też, że indyjski klimat nie wpłynął ujemnie na jej ładną, szkocką cerę.
W trakcie tej konwersacji spotkaliśmy na naszej drodze obładowanych ciężkimi skrzyniami niewolników. Pani Balcombe ostrymi słowami poleciła im usunąć się z drogi, co spotkało się jednak ze sprzeciwem Cesarza: - "Niech Pani pomyśli o ciężarze skrzyń, które niosą!" Reakcja ta zadziwiła jej towarzyszkę, obserwującej dyskretnie twarz Cesarza.
- "O mój Boże, jakże inna jest twarz i charakter tego człowieka, zupełne przeciwieństwo tego, co mi opowiadano" - stwierdziła.

11-13.11.1815
Jednostajność naszego bytowania była niczym nieprzerwana, każdy dzień podobny jest do poprzedniego.
Tylko wieczorne spacery z biegiem czasu uległy przedłużeniu aż do późnych godzin nocnych. W świetle księżyca znajdujemy ochłodę po całodziennych upałach.
Cesarz wspominał często swoje dzieciństwo, swoją młodość i marzenia z tamtych lat. Czasami odnosił wrażenie zbytniego zagłębiania się w szczegóły, zwracając się wtedy do mnie, mówił: - "Ale teraz na pana kolej. Niech pan też coś opowie." Wcale mi na tym nie zależało, bo przecież cała moja uwaga skupiała się na notowaniu w pamięci Jego słów!
W trakcie jednego z takich spacerów powiedział, że na całym jego życiu dwie kobiety odcisnęły szczególnie swoje piętno: ta pierwsza była poezją i wdziękiem, ta druga - to niewinność i naturalność. A każda z nich była godna, aby okazać jej najwyższe zainteresowanie. Ta pierwsza była w każdej sytuacji powabna i flirtująca; niemożliwością było zastać ją inaczej. Aby podkreślić swoją urodę, stosowała wszystko, co sztuka sztucznego upiększania oferowała, ale tak dyskretnie, że postronnemu trudno było cokolwiek zauważyć.
Ta druga natomiast nie miała nawet pojęcia o istnieniu takich środków.
Ta jedna nie przywiązywała większej wagi do prawdy; jej pierwszą reakcją było zawsze kłamstwo; obłuda była obca naturze tej drugiej, jakakolwiek wymówka była jej obca.
Ta pierwsza nie żądała niczego od swojego małżonka, wszędzie była jednak zadłużona; ta inna zastanawiała się długo zanim o cokolwiek poprosiła, co zresztą zdarzało się niezwykle rzadko; nigdy też nie przyszłoby jej do głowy kupić nie płacąc natychmiast.
Obie jednak były dobre i kochające, oddane swojemu małżonkowi całym sercem.
Cesarz nie nazwał ich po imieniu, ale i tak wiedziałem, że mówi o cesarzowych.
Zmieniając temat, zaczął mówić o Madame de Montesquiou, opiekunce jego syna, Króla Rzymu i jej metodach wychowawczych. Była to dama o niebywałych cechach osobistych, pobożna, godna tego uszanowania, którym darzył ją Cesarz. Szkoda, że kobiet o podobnych cechach charakteru nie było więcej w jego otoczeniu.
Najlepszym przykładem jej metod wychowawczych było następujące zdarzenie: młody król zamieszkujący parterowe, wychodzące na dziedziniec pokoje w pałacu Tuillerie, był pod ciągłą obserwacją przebywających na dziedzińcu osób. Pewnego dnia, w napadzie złości nie wykazywał chęci podporządkowania się jej poleceniom, co skwitowała zamknięciem wszystkich okiennic. Dziecko, zaskoczone tymi nagłymi ciemnościami, zapytało Mama Quiou o przyczyny takiego zarządzenia. - "Ponieważ kocham Waszą Królewską Mość tak bardzo, że nie pozwolę, żeby cały świat widział Wasze wybuchy złości. Co powiedzieliby ci wszyscy ludzie, których władcą Wasza Królewska Mość kiedyś będziesz, na tego typu zachowanie! Wierzysz, że byliby Tobie posłuszni wiedząc, do jakich zdolny jesteś wybuchów?"
Słysząc te słowa, dziecko poprosiło o wybaczenie i obiecało w przyszłości zaniechania tego typu kaprysów.
To są przecież zupełnie inne metody niż ta, zastosowana przez pana de Villeroi, który wskazując grupę ludzi, rzekł do małego Ludwika XV: - "Widzi Wasza Królewska Mość tych ludzi? Oni są Twoją własnością, wszyscy ludzie, którzy Cię otaczają, należą do Ciebie."

Cesarz miał wiele pomysłów na wychowanie Króla Rzymu. Liczył przy tym na poparcie Instytutu z Meudon, dla którego ustalił dekretem nowe metody wychowawcze. Planował wszystkich potomków domu cesarskiego wspólnie kazać wychowywać, w szczególności synów krewnych, zasiadających na tronach państw satelitarnych. W ten sposób chciał połączyć korzyści starannego wychowania osobistego z wychowaniem w grupie. Te dzieci były w przyszłości przeznaczone do rządzenia całymi narodami, stąd owocne byłoby wychowanie bazujące na tych samych zasadach moralnych, z zachowaniem określonych, jednakowych pryncypiów. Aby ułatwić stopienie poszczególnych prowincji Cesarstwa, każdy przyszły władca powinien mieć do towarzystwa dziesięciu do dwunastu rówieśników z jego przyszłego królestwa, którzy w przyszłości odgrywaliby wiodącą rolę w swoich sferach. Oczywiście nie było wykluczone, że również władcy innych domów panujących, zwróciliby się do Cesarza z prośbą o przyjęcie do Instytutu ich potomków. Jak wielka korzyść płynęłaby z tego dla całej rodziny europejskiej! Wszyscy ci młodzi książęta zawiązaliby więzy przyjaźni, które jak mówi doświadczenie, są trwalsze od przyjaźni zawartych w starszym wieku i nie ulegają tak szybko rozpadowi wskutek zazdrości i osobistych ambicji.
Co samego wykształcenia dotyczy, główny ciężar położyłby Cesarz na wykształcenie ogólne, z naciskiem położonym na kształcenie praktyczne. Studia specjalistyczne nie powinny być posunięte zbyt daleko, zbytnie zagłębianie się w zagadnienia dotyczące sztuki lub nauk technicznych mogłoby doprowadzić do tego, że narody otrzymałyby w przyszłości poetów, muzyków, badaczy, chemików, tokarzy lub ślusarzy za władców.

14.11.1815
Tego dnia zaserwowano Cesarzowi nadzwyczaj dobrą kawę, co wyraźnie poprawiło Jego samopoczucie. Trudno mi określić moje odczucia na ten widok, zrozumiałem jednak jeszcze dokładniej, jak dotkliwe jest jego cierpienie, jeżeli tak mało istotny szczegół, tak wiele w Nim może zmienić.
Wieczorem przeczytał mi Cesarz tekst podyktowany hrabiemu Montholon dotyczący Konsulatu. Wziąwszy do ręki nitkę rozpoczął zszywanie poszczególnych kartek. Delektowałem się możliwością obserwacji Cesarza, przepełniony smutną myślą, że dłonie te, teraz spokojnie zszywające kartki papieru, jeszcze do niedawna trzymały berła europejskich królestw. Tylko jedno mnie pocieszało: te kartki zawierały nieprzemijające wartości, prawdy, które oceniane będą przez potomnych, a dla wielu, których imiona tu wspomniano, zasłużoną karę. I to wszystko czytał Cesarz mnie, zwracając się do mnie pełen zaufania i polegając na mojej opinii!
Czyż mogę w zaistniałej sytuacji skarżyć się, że przybyłem z nim na tę wyspę?

15.11.1815
Natychmiast po śniadaniu Cesarz udał się do swojej ulubionej alei, gdzie wędrując tam i z powrotem popijał kawę.
Rozmowa zeszła na temat miłości. Wydaje mi się, że musiałem opisać ten temat szczególnie wyszukanymi słowami, pokazując przy tym wiele sentymentalizmu, Cesarz wybuchnął bowiem w pewnym momencie śmiechem z powodu, jak to nazwał " mojego świergolenia". Lekkim tonem kontynuował tą tematykę, próbując zrobić na mnie wrażenie osoby nie przywiązującego zbytniej wagi do uczuć. Odważyłem sprzeciwić się temu mówiąc, że próbuje przedstawić siebie w świetle gorszym niż świadczyłaby o tym jego przeszłość, o czym świadczą chociażby jego znane romanse z damami dworu.
- "A co się na temat mówiło?" - zapytał mnie ożywiony.
- "Sire, ogólnie panowała opinia, że będąc u szczytu chwały dał się Pan skuć łańcuchami miłości, że napotykając niespodziewany opór, wpadłeś w sidła pewnej całkiem pospolitej kobiety; żeś jej tuzin listów miłosnych posłał i że ona doprowadziła Cię do tego, żeś nocą, w przebraniu odwiedził ją w jej mieszkaniu, w środku Paryża!"
- "Ale jakże dowiedziano się o tym?" - zapytał mnie, śmiejąc się.
Była to z pewnością największa nieostrożność mojego życia, gdyż gdyby osoba ta nie była kobietą z dobrego domu, mógłbym łatwo zostać zwabiony w pułapkę. A co mówiono jeszcze na ten temat?"
- "Sire, twierdzono iż potomkowie Waszej Cesarskiej Mości nie ograniczają się do osoby Króla Rzymu, wspominano mianowicie o starszych braciach. Ten jeden był owocem romansu z pewną piękną nieznajomą z dalekiego kraju; ten drugi owocem związku z kobietą mieszkającą w samej stolicy. Obaj mieli być rzekomo obecni w Malmaison bezpośrednio przed naszym odjazdem, ten jeden w towarzystwie matki, ten drugi opiekunki. Obaj podobni jak dwie krople wody do Waszej Cesarskiej Mości.
(tajny załącznik do testamentu Cesarza potwierdzał, jak się wydaje, tę tezę - Las Cases).
Cesarz bawił się doskonale moimi wywodami i będąc w dobrym nastroju do wspomnień, napomknął o kilku swoich innych przygodach nie tylko miłosnych z lat młodości.
Kilka z nich pominę, wspomnę jednak pewną kolację, w pierwszych latach rewolucji, niedaleko Saone, o której przebiegu Cesarz opowiedział z dużą dozą humoru.
- "To było prawdziwe gniazdo szerszeni" - stwierdził. Jego rewolucyjne poglądy, otwarcie przez niego głoszone, były tak sprzeczne z poglądami pozostałych gości, że sprowadziły na niego nawet pewne zagrożenie.
- "Niewątpliwie byliśmy wtedy od siebie bardzo oddaleni?" - zapytał.
- "Biorąc pod uwagę odległość, to nawet nie tak bardzo, Sire, natomiast pod względem poglądów znajdowaliśmy się na dwóch przeciwległych biegunach. Przebywałem wtedy również w okolicy Saone, na jednym z nabrzeży portowych w Lyon, w tłumie patriotów oburzonych odkryciem armat na jednej z barek. Padło nawet określenie "kontrrewolucja", co spotkało się z moją niestosowną, jak się okazało propozycją zarekwirowania odkrytych armat i zmuszenia ich obsługi do złożenia Przysięgi obywatelskiej. Niewiele brakowało, a zapłaciłbym głową za moją lekkomyślność. Sire, widzisz więc, że rachunek za ewentualne nieszczęście, które mogłoby Wasza Cesarska Mość spotkać ze strony arystokratów zostałby tym samym wyrównany".

Tego wieczoru stwierdziliśmy jeszcze inne punkty zbieżne w naszej przeszłości. Cesarz opowiedział mi inną, interesującą anegdotę, która wydarzyła się w roku 1788 i zapytał:
- "A gdzie znajdował się pan w tamtym czasie?" - na co, po pewnym namyśle odpowiedziałem:
- "Sire, ja byłem wtedy na Martynice i każdego wieczoru spożywałem kolację w towarzystwie Józefiny, przyszłej cesarzowej".


16.11.1815
Dzisiaj wypytywał mnie Cesarz o Fabourg Saint-Germain, tę starą twierdzę arystokracji, miejsce schronienia wszelkiego oportunizmu, o Ligę Niemiecką. Odpowiedziałem mu, że twierdza ta już przed jego ustąpieniem została zdobyta i ślad po niej pozostał już tylko w nazwie. Jego sława ją obaliła, zwycięstwa pod Austerlitz, Jeną, a także Tylża położyły mu ją u stóp. Dobijającym ciosem było jego małżeństwo z Marią Luizą, który pozostawił w starych okopach tylko garstkę niezadowolonych, niezaspokojonych w swoich ambicjach, nie mogących przeżyć utraty starych wpływów. Wszyscy rozsądni ludzie podporządkowali się geniuszowi nowej zwierzchności, wyrównując poniesione straty nadzieją na lepszą przyszłość ich potomków. Potrafili również docenić starania Cesarza chroniące stare rody; każdy inny na jego miejscu dążyłby do ich wyniszczenia. Byli też Cesarzowi wdzięczni za okazane zaufanie i przychylnie przyjęli wypowiedziane przez niego słowa: "Te nazwiska są nieodłączną własnością Francji i jej historii, nie pozwolę im więc zaginąć".
Takie i podobne słowa zdobyły mu wielu zwolenników w szeregach starej arystokracji. Cesarz był nawet zdania, że sfera ta była za mało doceniana.
-"W moim rozumieniu, takie stanowisko utrudniało proces stapiania warstw społecznych, do którego dążyłem, który wyraźnie nakreślałem moim ministrom, jednakże ich postępowanie, czy to z braku umiejętności przewidywania, czy też z obawy stworzenia ograniczającej ich perspektywy konkurencji, nigdy mojego punktu widzenia nie popierało.
W szczególności Talleyrand nigdy nie zaprzestał zwalczania arystokracji".
Zauważyłem, że wielu arystokratów służyło mu przecież wiernie, nie zmieniając swojej pozycji po jego upadku.
Cesarz nie zaprzeczył, dodając nawet, że jego abdykacja i powrót króla miały wpływ na poglądy wielu z nich.
Jego zdaniem odczuwalne było zróżnicowanie w zachowaniu arystokracji w latach 1814 oraz 1815.

Nie mogę się na tym miejscu powstrzymać od następującej uwagi: od czasu mojego zbliżenia z Cesarzem nie zauważyłem jeszcze nigdy u niego oznak urazy czy złości w stosunku do tych, którzy go w największym stopniu zawiedli. Nie wynosił wprawdzie na niebiosa tych, których zachowanie było bez skazy; czynili oni tylko swoją powinność. Nie okazywał jednak gniewu w stosunku do winnych, nie oczekując od nich innego postępowania. W jego chłodnej, pozbawionej nienawiści ocenie, postępowali oni zgodnie ze swoją naturą, co było w części efektem niesprzyjających, trudnych okoliczności, a w części słabości charakteru.
-"Zarozumiałość pokierowała niejednego, w głębi serca poczciwego w nieszczęście. Augereau nie potrafił właściwie ocenić sytuacji i słuchał podszeptów swojego otoczenia, Berthier nie miał zbyt wiele rozumu i był zerem, itd. Itd."
Zauważyłem, że Berthier przepuścił lekkomyślnie najlepszą okazję do wiecznej sławy, mógł bowiem uczciwie uznać władzę Burbonów, poprosiwszy następnie o zwolnienie ze służby, aby w zaciszu opłakiwać tego, który był mu towarzyszem broni i przyjacielem.
-"Słusznie - potwierdził Cesarz - nawet tak łatwe rozwiązanie przerastało jego zdolności. Ale nie mogę zaprzeczyć, że i on miał swoje zalety. Jego talent był technicznej natury, dzięki czemu mógł mi oddać nieocenione usługi. Był wykonawcą moich postanowień i taktycznych manewrów, moje rozkazów, które niezwykle skrupulatnie notował i przekazywał dalej. W swojej pracy był niestrudzony i niezastąpiony".

Jestem przekonany, że cesarz mógłby zostać sojusznikiem swoich najgroźniejszych wrogów i zbratać się ze swoimi krzywdzicielami. Słuchając, jak opowiadał swoje historie odnosi się wrażenie, że dotyczą one odległych o trzysta lat czasów i innej osoby, o czynach cesarza, o którego czynach wspomina historia świata. Opowiadał o wydarzeniach z tak odległego punktu widzenia, że zapominał o losie jednostki. Najwyższą karą dla jego krzywdzicieli było usunięcie w zapomnienie. Jak często już upominał i hamował nas w naszych zbyt surowych wyrokach.
-"Nie znacie ludzi - upominał nas - chcąc być sprawiedliwym, trzeba ich rozumieć. A znacie siebie samych? Gdyby szczęście pozostało po mojej stronie, większości z tych, którzy mnie opuścili nie przyszłoby nawet na myśl, że kiedykolwiek mogą mnie opuścić. Istnieją cnoty i nałogi, które zmieniają swój charakter w zależności od okoliczności. Los, który nas spotkał przekracza granice normalnej, ludzkiej wytrzymałości. Poza tym, bardziej zostałem opuszczony aniżeli zdradzony, co spowodowane było bardziej słabością niż niewiernością - podobnie przecież zaparł się Chrystusa święty Piotr. Być może popłynęły już łzy skruchy. Kto w historii świata posiadał więcej przyjaciół i zwolenników niż ja? Kto był popularniejszy? Kto był bardziej kochany? Kto pozostawił za sobą większy smutek i tęsknotę?.... Popatrzcie na Francję, z tej skały na której ja stoję! Nie wygląda tam tak, jak gdybym ciągle jeszcze był jej władcą ?.....
Zapewniam was, mój los mógł być jeszcze tragiczniejszy i godniejszy pożałowania".

17.11.1815
Dzisiaj wypytywał mnie Cesarz o oficerów z jego otoczenia. Z wyjątkiem dwóch czy trzech, o których nawet przeciwnicy nasi nie byli zbyt dobrego mniemania, nie dało się o pozostałych wiele powiedzieć. Przeważającą większość cechowało bezgraniczne oddanie. Cesarz wymienił kilka nazwisk, o których ja, ku ogromnemu mojemu zadowoleniu mogłem wypowiedzieć się tylko pozytywnie.
-"Co pan opowiada?- zapytał Cesarz, przerywając mi moje pochwały dotyczące jednej z tych osób - a ja traktowałem go tak źle. Ach, obawiam się, że postępowanie moje często było niesprawiedliwe. To jest właśnie złe, że w wielu wypadkach trzeba natychmiast formułować opinie, nie mając wiele czasu do namysłu. Obawiam się, że posiadam u wielu ogromny dług wdzięczności, a moje nieszczęście polega na tym, że samemu nie jestem w stanie go wyrównać".
Kontynuując ten temat, stwierdziłem:
-"Sire, jeżeli oficerowie z Pańskiego otoczenia popełnili przestępstwo to należy mówić o grzechu zbiorowym, który nas jednak w oczach innych narodów bardzo poniża. Gdy tylko pojawił się król wszyscy oni powitali go, nie jak powracającego uciekiniera, który tron swój zawdzięcza abdykacji, lecz jak władcę, który nigdy nie przestał panować. Nie kierowano się przy tym uczuciem honoru, jak człowiek, który dumny jest z wypełnionego do końca obowiązku, lecz dwuznacznym, zakłopotanym uczuciem dworaka, który zachował się niewłaściwie. Każdy z nich szukał wymówek tłumaczących jego zachowanie, wypierając się Jego Cesarskiej Mości; słowo Cesarz stało się dla wielu obcym, nieznanym wyrazem. Ministrowie, czołowe osoby państwa, najbardziej intymni wrogowie Waszej Cesarskiej Mości wspominali w swoich słowach o Bonapartym, zaznaczając przy tym, że zostali pod groźbą kary zmuszeni do podjęcia swoich obowiązków".

Cesarz widział w takim postępowaniu tylko odzwierciedlenie naszych narodowych cech.
-"Ta sama lekkomyślność, ta sama niestabilność, a przede wszystkim ta sama próżność. Kiedy wreszcie zamienimy to wszystko na odrobinę dumy ?"

18.11.1815
Po zakończeniu około czwartej naszej codziennej pracy, Cesarz wziął mnie do ogrodu. Zakończył właśnie dyktowanie rozdziału Korsyka, wrócił też w naszej rozmowie do tego temat. Wyraził opinię, że gdyby po oddaniu Paryża powrócił na Korsykę uzyskałby poparcie i ochronę wszystkich jej mieszkańców. Tego typu rozwiązanie rozważał nawet zrzekając się tronu na rzecz syna, nie zrealizował jednak w nadziei osiągnięcia poprzez bezwarunkową kapitulację korzystniejszych warunków dla Francji. Jego pobyt na leżącej w sercu Europy, w tak bliskiej odległości do Francji i Włoch wyspie mógłby być dla koalicji pretekstem do kolejnej wojny. Z tego samego powodu korzystniejsze niż udanie się do Anglii byłby wyjazd do Ameryki. Obdarzając jednak Anglię zaufaniem, nie mógł tej bezprawnej i przymusowej deportacji na Świętą Helenę przewidzieć.

(..............)

19.11.1815
Ponieważ przewidziane na dzisiaj pensum odrobiliśmy już w dniu wczorajszym, a Cesarz tymczasowo mnie nie potrzebował, wykorzystałem okazję i udałem się z moim synem na małą wycieczkę po okolicy.
Wspięliśmy się po zboczach doliny James Town pozostawiając po naszej prawej stronie głęboki wąwóz ograniczający płaskowyż Briars. Zeszliśmy następnie nie bez trudu do tegoż wąwozu, aż do porośniętych pieprzycą brzegów niewielkiego potoku. Idąc z jego biegiem dotarliśmy do potężnego muru, przecinającego koryto potoku. W czasie pory deszczowej lub wichury tworzył się w tym miejscu dość sporej wielkości wodospad, przemieniając potok w rwącą rzekę, która pieniąc się wpływała do morza. Dzisiaj jednak niewielka ilość wody płynąca w strumyku tworzyła tylko mizerną mgiełkę unoszącą się nad okolicą. Całość ta tworzyła ponury i melancholijny obraz, tak pociągający w swym uroku, że tylko z trudem mogliśmy się od niego oderwać.

Dzisiaj, w niedzielę byliśmy zaproszeni wszyscy do Cesarza na obiad. Po jedzeniu zapytał nas, czy mamy ochotę posłuchać jakiejś sztuki, opery lub dramatu. Zdecydowaliśmy się na to pierwsze i Cesarz osobiście przeczytał część Skąpców, przez nas następnie dokończonych. Cesarz był przeziębiony i miał gorączkę, położył się więc wcześnie do łóżka prosząc mnie, abym później jeszcze zajrzał na wypadek, gdyby miał kłopoty z zaśnięciem. Odprowadziłem z moim synem naszych towarzyszy do miasta; po naszym powrocie Cesarz już spał.

20.11.1815
Pracowaliśmy wraz z innymi do godziny piątej. Gdy tamci udali się na wydawany przez admirała bal, Cesarz kazał mnie około godziny piątej zawołać i razem udaliśmy się na spacer drogą w kierunku James Town aż do miejsca, z którego rozpościera się widok na redę i na stojący na dnie doliny mały, prześliczny domek. Cesarz obserwował go długo przez lunetę, jego wypielęgnowany ogród z bawiącymi się w nim pod opieką matki dziećmi. Powiedziano nam, że jest to dom należący do majora Hodsona, tego przyjaznego oficera, który wypożyczył mi Annual Register. I chociaż zbliżała się już szósta godzina Cesarz postanowił odwiedzić przyjaźnie nastawionego do nas oficera. Droga do jego domu, prowadząca w dół do doliny okazała się uciążliwszą i trudniejszą niż myśleliśmy; osiągnęliśmy nasz cel porządnie zdyszani. Oglądając stojący przed nami dom zauważyliśmy dużą staranność w jego zagospodarowaniu świadczącym o miejscu stałego zamieszkania, a nie tylko czasowego pobytu. Wymieniliśmy z gospodarzami zwyczajowe uprzejmości, lecz gdy doszło do pożegnania z sympatycznymi Anglikami zapadające ciemności zmusiły nas do przyjęcia zaproponowanych nam koni, które umożliwiły nam osiągnięcie naszego domostwa jeszcze przed kolacją. Ta krótka przejażdżka sprawiła Cesarzowi wyraźną przyjemność.
Po kolacji Cesarz polecił mi udać się na bal. Przełamał mój opór stwierdzeniem, że życzy sobie pozostać sam. Nie pozostało mi nic innego, jak spełnić jego polecenie z gorzkim jednak uczuciem wywołanym zmianą utartego rytuału. Poszedłem więc do miasta na admiralski bal, który już od dawna był tematem wielu rozmów. Admirał dawał wyraźnie do zrozumienia, że organizowany bal jest uhonorowaniem naszej obecności, co podkreślił w niezwykle uroczystym zaproszeniu. Długo wahaliśmy się, przyjąć owo zaproszenie czy też uprzejmie odmówić? Polityczne nieszczęście nie musi być powodem żałoby w domu, a zjawienie się na balu organizowanym przez nadzorcę naszego więzienia mogło przynieść nam określone korzyści. Zdecydowaliśmy więc udać się na bal. Rodziło się przy tym drugie pytanie: jaką postawę mamy przyjąć tam się udając? Dumnych, skrzywdzonych zesłańców? Byłoby to bezcelowe, a w dodatku najmniejsze oznaki zarozumiałości z naszej strony mogłyby niepotrzebnie kogoś obrazić. Uprzejmość wobec każdego, niereagowanie na niezręczności innych wydało nam się zachowaniem najlepiej pasującym do naszej sytuacji.
Dotarłem na bal bardzo późno, opuściłem go też po krótkim czasie, pod każdym jednak względem zadowolony.

21.11.1815
Cesarz wypytywał mnie dzisiaj o zachowaniu się ministrów i oficerów podczas jego pobytu na Elbie. Również moją osobę wziął na muszkę. -"A pan sam, mój kochany, co pan uczynił dla króla? Co działo się z panem w tamtym okresie? Odwagi, niech pan opowiada! Nie widzi pan, że ułatwi pan tym samym pracę swoim biografom, którzy znajdą już wszystko gotowe?"
-"Sire - powiedziałem - mam niewiele do powiedzenia. 31 marca byłym dowódcą dziesiątego legionu Paryża. Tego dnia straciliśmy sporo ludzi, w nocy dotarła do mnie wieść o kapitulacji; napisałem do mojego zastępcy list i przekazałem mu komendę nad legionem, tłumacząc moją rezygnację innymi obowiązkami w Radzie Stanu. O poranku udałem się w kierunku Fontainebleau, gdzie natrafiłem na niedobitków z korpusów Marmonta i Mortiera. Szybko przekonałem się, że żołnierze z rozbitych oddziałów nie grzeszą poczuciem sprawiedliwości i uprzejmości, mój mundur gwardii narodowej stał się bowiem obiektem szyderstw ze strony napotkanych żołnierzy. Po około godzinie marszu, zmęczony dwoma bezsennymi nocami, nie widząc szans znalezienia jakiegoś wierzchowca, zawróciłem do stolicy. Gwardia narodowa została odkomenderowana do towarzyszenia wkraczającym do stolicy zwycięzcom, zanosiło się nawet na to, że zostanie zmuszona do służby u ich boku. Uznałem, że najlepiej będzie tymczasowo nie udawać się do mojego mieszkania, moją żonę i dzieci wywiozłem przezornie już przed kilkoma dniami z Paryża. Udałem się zatem do moich przyjaciół, którzy zapewnili mi dach nad głową. Wychodząc na ulicę, w podniszczonym ubraniu mieszałem się w tłum ludzki na placach, w kawiarniach, chciałem poznać panujące wśród prostego ludu nastroje. Czegóż ja się nie nasłuchałem! Przed siedzibą cara Rosji widziałem ludzi zachęcających otaczający ich tłum do wznoszenia okrzyków na cześć cara, wyzwoliciela Francji! Widziałem Sire jak szumowiny z rynsztoka próbowały na placu Vendome, podżegane przez ludzi o znanych nazwiskach obalić statuę Waszej Cesarskiej Mości. Na jednym z rogów placu Vendome, przed domem komendanta placu ujrzałem oficera, próbującego namówić otaczających go młodych żołnierzy do odstąpienia Cesarza. Odpowiedź jaką otrzymał, musiałaby wywołać na jego twarzy ciemny rumieniec wstydu, gdyby tylko zdolny był do tego typu uczucia.
W końcu zjawił się w stolicy król, nasz nowy władca. Ustalił dzień, w którym stanąć mieli przed jego obliczem ci, którzy dostąpili już kiedyś zaszczytu zostać mu przedstawionym. Korzystając z tej okazji udałem się do Tuilerie. Ileż śladów Pańskiej sławy i potęgi tam napotkałem, mimo tego przybyłem tam otwarcie i w dobrej wierze. Nie byłem w stanie tak daleko przewidywać, żeby szczerze wierzyć w powrót Waszej Wysokości.
Ujrzałem niekończącą się kolejkę czekających na audiencję, w dniu tym mieli bowiem stanąć przed królem przedstawiciele byłej marynarki. Nie przyłączyłem się do czekających, a na pytanie jednego ze stojących odrzekłem, iż chociaż życzę nowemu władcy wszystkiego najlepszego, jestem w tej osobliwej i drażliwej sytuacji zmuszającej mnie do ostrożności, a moje pojawienie się przed królem byłoby wyrazem uczuć, których w rzeczywistości nie żywię.

Mimo odczuwanego wewnętrznego obrzydzenia i trosk, mając na uwadze interesy Francji napisałem do kanclerza pismo w którym ofiarowałem, jako członek ostatniej Rady Stanu moje usługi. Na pismo moje nie otrzymałem jednak żadnej odpowiedzi.
Po tych przeżyciach miałem dość Paryża, jego zachwytu dla obcych i udałem się do Londynu. Ale tam też nie było inaczej; te same uroczystości, te same hasła, wszyscy świętowali zwycięstwo wrogów i nasze poniżenie.
W czasie mojego pobytu za granicą powołano we Francji nową marynarkę wojenną. Mój stary znajomy, kawaler de Grimaldi powiadomił mnie, że jestem uprawniony do ponownego zaciągnięcia się lub wystąpienia o rentę.
Pod naciskiem mojej żony zrezygnowałem z możliwości powrotu w szeregi i wystosowałem pismo z prośbą o przyznanie tytułu kapitana w stanie spoczynku. Z ewentualnej renty zrezygnowałem.
Wróciłem do Paryża i spędziłem następne miesiące na łonie rodziny, w otoczeniu żony i dzieci, dla których byłem najlepszym mężem i ojcem. To był najszczęśliwszy okres w moim życiu.
I nagle, jak grom z jasnego nieba przyszła wiadomość o wylądowaniu Waszej Wysokości we Francji. Z drżeniem serca śledziłem marsz i przybycie do Paryża. Nie mogłem oczywiście przypuszczać, że dla mnie efektem tego powrotu będzie to zaszczytne zesłanie. Wasza Wysokość nie znała mnie wtedy i tylko przypadkowi zawdzięczam moją dzisiejszą obecność o Pańskiego boku. Gdybym wtedy piastował jakiekolwiek stanowisko na dworze królewskim, tak szybkie zbliżenie byłoby niemożliwe. Byłem wolny i z radością w sercu powiązałem mój los z cesarskim. Tymi samymi uczuciami kierowałem się także po Waterloo, nie opuszczając Waszej Cesarskiej Mości. O ile wcześniej podążałem za słynnym Cesarzem, teraz przyłączyłem się do człowieka, zapatrzony w jego osobowość. I chociaż musiałem ponieść pewne ofiary, dana mi tutaj i teraz możliwość wypowiedzenia moich uczuć stokrotnie wynagrodziła moje straty.
A poza tym trudno mi opisać jakie bezgraniczne obrzydzenie mnie przez te dziesięć miesięcy Pańskiej nieobecności ogarnęło. Gardziłem ludźmi z powodu ich próżności, wszystkie moje nadzieje były zniweczone, wszystko było tak bezbarwne i bezwartościowe, niegodne uwagi.
W czasie mojej emigracji otrzymałem Krzyż Św. Ludwika, które to odznaczenie według królewskiego zarządzenia powinienem dać potwierdzić, ale i na to nie miałem ochoty. Inne zarządzenie mówiło, że wszystkie w czasach Cesarstwa przyznane tytuły mają zostać zweryfikowane. I to było mi obojętne. W końcu otrzymałem pismo informujące mnie o przyznaniu mi kapitańskiego patentu, który był do odebrania w ministerium marynarki. Leży tam do dzisiaj.
Powrót Waszej Wysokości wynagrodził mi całe moje cierpienie. Decres i książę Bassano zaproponowali mnie do Rady Stanu, trzy dni później stosowny dekret został przez Waszą Cesarską Mość podpisany".

23.11.1815
Cesarz cierpiał bardzo, zamknął się w swoim pokoju i nie przyjmował nikogo. Dopiero około dziewiątej wieczorem kazał mnie zawołać. Zastałem go w stanie głębokiego przygnębienia, powiedział do mnie tylko kilka słów i odesłał mnie po upływie niecałej godziny.

24.11.1815
Stan Cesarza nie poprawił się, również dzisiaj nie chciał z nikim rozmawiać, dopiero później kazał mnie zawołać, żebym towarzyszył mu przy posiłku. Podane jedzenie ustawiono na małym stoliku obok kanapy, na której spoczywał Cesarz. Jadł nawet z dużym apetytem. Powiedział mi, że czuje zbliżający się kryzys. Później czytał pamiętniki marszałka Villars, które go dość rozbawiły.

25.11.1815
Po źle przespanej nocy stan zdrowia Cesarza bez zmian. Jak i poprzedniego dnia spożyliśmy wspólnie posiłek, Cesarz jadł leżąc na kanapie. Ale z biegiem dnia stan jego najwyraźniej się poprawiał, po jedzeniu, leżał na sofie obłożony stertą książek. Nagłe zmiany nastroju, znużenie czytaniem ciągle tego samego powodowały, że nie trzymał w dłoni żadnej z książek dłużej jak przez kilka minut. W końcu zatrzymał się przy Ifigenii Racine'a, podkreślając piękno tego dramatu, nie omieszkując jednak skrytykowania słabszych fragmentów.

Wbrew opiniom organizm Cesarza nie był zbyt odporny, często przeziębiał się, zapach farby wywołuje u niego natychmiast chorobę, określone pokarmy, najmniejsza wilgotność szkodzą mu. Tylko siła psychiczna jest w nim niezniszczalna.

Cesarz odżywia się bardzo nieregularnie i je w sumie niewiele. Twierdzi, że nadmiar jedzenia może łatwo człowiekowi zaszkodzić, niedomiar natomiast nie jest szkodliwy. Potrafi bez problemu 24 godziny pościć, co zwiększa jego apetyt następnego dnia. Pije jeszcze mniej, ale lampka madery lub szampana wzmacnia jego siły i rozwesela go. Śpi też nie za dużo, w dodatku o różnych porach, a gdy się obudzi czyta lub pracuje, by wkrótce znów zapaść w sen.

Cesarz nie ufa lekarzom i nie zażywa nigdy lekarstw, Wynalazł, jak mówi, dla siebie własną terapię. W największej tajemnicy popełnia wykroczenie, które sprzeczne jest z jego naturą i nawykami. Nazywa to przywracaniem równowagi w organizmie. Przed laty, gdy przez dłuższy czas zmuszony był do pozostania przez dłuższy czas na jednym miejscu, wybierał się niespodziewanie na 60-milową przejażdżkę konną, albo udawał się na cały dzień na polowanie. Po większym wysiłku fizycznym pozostawał natomiast 24 godziny w bezczynności. Tego typu przeciwności powodowały u niego wewnętrzny kryzys, który jednakże przynosił pożądany efekt. Ta metoda nigdy go jeszcze nie zawiodła.
Cesarz ma za gęstą krew i zaburzenia krążenia, natura obdarzyła go jednak dwoma cennymi cechami: potrafi według potrzeby o każdej porze zasnąć, obojętnie gdzie by się nie znajdował i nie może nadużyć jedzenia i picia.
-"Jeżeli tylko przekroczę w niewielkim nawet stopniu zapotrzebowanie mojego organizmu, protestuje natychmiast mój żołądek i oddaje nadmiar z powrotem".
Rzeczywiście, nawet kaszel potrafi doprowadzić go do wymiotów.
Przy tym niezbyt stabilnym organizmie, wysiłek wszelkiego rodzaju i ogrom pracy, który wykonywał były zadziwiające. Nigdy dotąd żaden władca nie poddawał się takiej mordędze. Jego największym wyczynem było pokonanie 35 hiszpańskich mil w ciągu pięć i pół godziny! Pomimo, że powodu panującej wojny wyruszył w towarzystwie licznego orszaku dotarł do celu niemalże sam. Słynna jest także jego konna wyprawa z Wiednia do Semmering, prawie 20 mil, skąd po spożytym śniadaniu powrócił do Wiednia. Często pokonywał w czasie polowania ponad 30 mil, 15 stało się dla niego niemalże normą. Pewnego dnia przybył z Petersburga rosyjski oficer jako kurier. Zaproszony przez Napoleona, wybierającego się właśnie na polowanie do towarzystwa nie ośmielił się odmówić, mimo iż był dwanaście albo trzynaście dni w drodze. W lesie jednak spadł ze zmęczenia z konia i odnaleziony został dopiero po dłuższych poszukiwaniach.
Jako członek Rady Stanu widziałem cesarza, jak przez osiem albo dziewięć godzin prowadził obrady, a po zakończeniu posiedzenia nie okazywał najmniejszego zmęczenia. Na Św. Helenie czytał nieraz bez znużenia przez dziesięć, jedenaście godzin.

Niewzruszenie przyjmował na siebie najcięższe zrządzenia losu. Po jego powrocie z Moskwy, a może było to po bitwie pod Lipskiem, na posiedzeniu Rady Stanu referując zaistniałą sytuację, stwierdził:
-"Rozniosła się pogłoska, że niepowodzenia te spowodowały, że osiwiałem. Jak wszyscy widzą nie ma w tym ani odrobiny prawdy i mam nadzieję, że potrafię jeszcze wiele przetrzymać".

26.-28.11.1815
Dzisiaj rano Cesarz będąc w dobrej dyspozycji ubrał się bardzo wcześnie. Pogoda była wspaniała, postanowił więc spożyć śniadanie w altanie, umożliwiając tym uporządkowanie nie sprzątanego od trzech dni pokoju.
Był bardzo pogodny i opowiadał przede wszystkim o sprawach osobistych. Potem podjął swoje swoją pracę, która stanowiła jego jedyne pocieszenie. Na spacery w alejce udawał się ostatnio rzadziej, głównie z powodu ciekawskich, którzy się tam licznie zjawiali. Zostaliśmy więc skazani na przebywanie w pobliżu ogrodowej altany.
Początkowo mieliśmy tylko kilka dni spędzić w Briars, ale w międzyczasie minęło sześć tygodni i o zmianie naszego miejsca zamieszkania nie było jakoś mowy. W tym czasie życie Cesarza ograniczone było do powierzchni nie większej niż statek. Tylko raz oddalił się od domu, udając się do domu majora Hodsona, co jak się później dowiedzieliśmy wywołało wśród Anglików duże zaniepokojenie. Rozmawiano o tym na balu u admirała, a i władze wyspy były wydarzeniem tym poruszone.

W Longwood ciągle jeszcze trwały prace nad przygotowaniem przeznaczonego dla nas domu. Przybyli z Anglii żołnierze założyli już swój obóz w jego okolicy. Dowodzący nimi pułkownik wydał bal, na który zostaliśmy zaproszeni.
Udałem się tam z polecenia Cesarza, w towarzystwie pani Bertrand. Jako środek transportu posłużył nam wóz zaprzężony w sześć wołów, pojazd jakim poruszano się w czasach Merowingów.
Po raz pierwszy miałem okazję widzieć tę część wyspy. Wszędzie zauważalne były ślady wcześniejszych trzęsień ziemi, o czym świadczyły między innymi ogromne głazy leżące w okolicy. Tylko nieliczne krzaki i drzewa zdobiły Longwood.
Z powrotem wróciłem konno, aby jeszcze tego wieczoru zdać relację Cesarzowi. Wypytywał mnie o nasze przyszłe miejsce pobytu i szybko zauważył moje niezadowolenie. Streściłem moje wrażenia w kilku słowach:
-"Sire, tutaj przebywamy w klatce, tam czeka na nas zagroda".

28.11.1815
Dzisiaj Cesarz zdjął swój mundur, ten sam, który założył, gdy wstępował na pokład Bellerophon.
I tak już pozostało na zawsze. Założył cywilne ubranie, do tego spodnie od munduru i jego historyczny kapelusz, a jedynymi ozdobami były Wielka Gwiazda i wstęga Legii Honorowej.

(..............)

29.11.1815
W tym miejscu moich wspomnień znalazłem dokładne szczegóły dotyczące działalności Pichegru i Moreau oraz informacje o procesie księcia d'Enghien, ale, że notatki te nie są kompletne wrócę do tego tematu w innej części moich wspomnień.
W trakcie naszego dzisiejszego pobytu w ogrodzie spotkaliśmy Tobiasza, Mulata, który Cesarza bardzo interesował. Polecił nawet go kupić i posłać w ojczyste strony.
Cesarz już kilkakrotnie go spotykał, sprawiał nawet wrażenie, jakby go studiował, a na koniec każdego spotkania wręczał Tobiaszowi jednego napoleonodora.
Tobiasz okazywał nam dużo sympatii, a i dzisiejsze nasze spotkanie sprawiło mu oczywistą radość. Mimo, że francuskiego nie rozumiał, przerwał swoją pracę i opierając się na swoim szpadlu, obserwował nas z zaciekawieniem. Nazywał Cesarza the good gentleman; więcej powiedzieć nie potrafił.
Wspominam o tych błahostkach, bo każde takie spotkanie z Tobiaszem wyzwalało u Cesarza chęć dzielenia się coraz to innymi, często pikantnymi uwagami. Rozważał sytuację w jakiej znajdował się ten niewolnik ciągle z innego punktu widzenia.
-"Ten biedny człowiek - stwierdził pewnego dnia - pozbawiony został swojej rodziny, swojej ojczyzny, został porwany i sprzedany. Czy istnieje coś jeszcze gorszego? Dokonano kiedykolwiek większego przestępstwa? Jeżeli odpowiedzialność za to ponosi ów angielski kapitan, to jest on z pewnością jednym z największych łotrów. Jeśli jednak winę za to ponosi cała załoga statku, to przestępstwo to popełnili ludzie, którzy być może w gruncie rzeczy nie są aż tak źli. Bracia biblijnego Józefa też nie byli w stanie go zabić, Judasz natomiast wydał Jezusa z zimną krwią, z obłudą i chłodnym wyliczeniem. Pewien filozof twierdził, że każdy człowiek rodzi się jako potencjalny przestępca. Sprawdzać, czy rzeczywiście ma rację byłoby zbyt skomplikowane i zbędne. Pewne jest jednak, że ludzkość w naturze swojej nie jest zła, bo gdyby było przeciwnie, kto posiadałby tyle władzy, aby dopilnować prawa, będąc w otoczeniu przestępczo nastawionej większości. I stąd wywodzi się sukces odniesiony przez cywilizację, ponieważ zrodzony został w jej łonie. Prawie wszystkie nasze odczucia zostały nam przez naszych poprzedników przekazane, także ludzki rozsądek, którego rozwój poparty naszymi zdolnościami jest kluczem do życia we wspólnocie. Tylko ci, którzy sobie za cel postawili sobie własne korzyści oszukują społeczeństwo, usiłując utrzymać je w zacofaniu. Im bardziej rozwinięte społeczeństwo tym więcej wśród niego takich, którzy przekonani są o konieczności istnienia prawa i jego ochrony. I jeżeli kiedykolwiek uświadomienie tłumu może okazać się szkodliwe, to nastąpi to tylko w przypadku, gdy rząd nie rozpozna potrzeb swojego społeczeństwa i przekroczy granice jego wytrzymałości lub warstwy najuboższe spróbują polepszyć swoje bytowanie, co świadczyć będzie o ich dojrzałości do samoobrony.
Mój Kodeks cywilny uczynił dzięki swojej prostocie więcej niż uczynili to wszyscy jego poprzednicy. Moje szkoły, moje metody nauczania stworzyły nowe generacje. W czasie moich rządów ilość przestępstw we Francji wyraźnie zmalała, gdy tymczasem w Anglii zanotowano drastyczny ich wzrost. To wystarczy, aby ocenić efekty pracy obu administracji.
Popatrzmy na Stany Zjednoczone! Jak szybko postępuje ich rozwój, jak szczęśliwie i dobrze żyje się tam ludziom!
A dlaczego? Ponieważ rządzi tam dobra wola i interes ogółu. Ale gdy rząd podejmie działania szkodzące interesowi ogółu, w krótkim czasie zapanuje nieporządek i zamieszanie.
Gdy ja doszedłem do władzy wielu chciało widzieć we mnie kopię Waszyngtona. Słowa nic nie kosztują i ci, którym marzyła się druga Ameryka czynili to w nieświadomości panujących stosunków, czasu i otaczających ich ludzi. Gdybym żył w Ameryce, chętnie naśladowałbym Waszyngtona i nie byłaby to nawet moja zasługa, gdyż zmusiłby mnie do tego panujący tam system. Ale gdyby Waszyngton rządzić miał we Francji, zagrożonej przez wrogów zewnętrznych i wewnętrznych, to chciałbym widzieć, jakie byłoby jego postępowanie. A gdyby nie dostosował swojego sposobu rządzenia do sytuacji, zachowałby się jak błazen, który poczynaniami swymi przedłuża i pogłębia panujący chaos. Ja mogłem być tylko koronowanym Waszyngtonem. Tylko jako król pomiędzy królami mogłem osiągnąć to, co on osiągnął.
A osiągnąć mój cel mogłem jedynie poprzez dyktaturę. Czy można mi więc zarzucić przestępstwo? Pod Moskwą miałem zwyciężyć!........ Jak wielu będzie jeszcze żałowało obalenia mojej władzy!......... Pytać mnie o moje cele w okresie, gdy sytuacja do tego jeszcze nie dojrzała, było zwykłą głupotą. Gdybym je jednak zbyt wcześnie opublikował, uważano by to za tyrady i szarlatanerię, a coś takiego nie leży w mojej naturze......... Tak, gdybym tylko odniósł zwycięstwo pod Moskwą!"

Przy innej okazji zatrzymał się przy Tobiaszu i powiedział:
-"Cóż to za dziwna maszyna, człowiek. Jeden niepodobny do drugiego, ani zewnętrznie ani wewnętrznie. A ponieważ wielu tego nie chce rozumieć, popełnianych jest tyle błędów. Zrób z Tobiasza Brutusa: rzuciłby się z pewnością w przepaść; zrób Ezopa: byłby dzisiaj być może doradcą gubernatora; żarliwego chrześcijanina- błogosławiłby swoje kajdany i chwalił Boga. Ale on jest tylko biednym Tobiaszem, pochylonym w swojej niewinności i pracującym!"
Cesarz przyglądał mu się długo, a potem oddalając się dodał:
-"Z pewnością, różnica pomiędzy tym biednym Tobiaszem a królem Ryszardem jest wielka. Ale haniebność tego czynu nie jest przez to mniejsza, ten człowiek miał przecież rodzinę, przyjaciół i żył swoim życiem. Popełniono zbrodnię, ohydną zbrodnię przywożąc go tutaj, aby dokończył swoje życie w niewoli!"
Zatrzymując się nagle, zawołał:
-"Ale ja czytam to w pańskich oczach. Myśli pan w duchu, że on nie jest jedynym, który musi znosić niewolę na Św. Helenie!"
Być może, ponieważ myśl postawienia go na równi z Tobiaszem poruszyła go nieprzyjemnie lub, aby mnie podbudować, stwierdził nagle:
-"Mój kochany, takie porównanie jest już u swoich podstaw błędne! Metody zastosowane wobec nas są bardziej wyrafinowane, jesteśmy przecież bardziej dystyngowanymi ofiarami. Nie poddano nas cierpieniom fizycznym, a gdyby to nawet zrobiono, bylibyśmy w mocy położyć temu kres!... Nasze położenie może nam jeszcze przynieść korzyści! Świat patrzy na nas!...Jesteśmy męczennikami nieśmiertelnej sprawy!... Miliony ludzi płaczą za nami! Walczymy tutaj przeciwko ciemiężeniu wszystkiego co święte, a towarzyszą nam życzenia pomyślności od całego narodu!....... Również nieszczęście może być powodem do sławy!. Gdybym umarł na tronie, będąc w posiadaniu całej mojej władzy, pozostałbym dla wielu zagadką; dzisiaj, gdy przez moje nieszczęście opadła osłona, każdy może ocenić, jakim jestem człowiekiem".

01-03.12.1815
Spędzaliśmy nasz czas na pogawędkach.
Cesarz opowiadał wiele o czasach, gdy pełnił funkcję dowódcy armii we Włoszech.
Po przejściu Mincio i wydaniu zarządzeń dotyczących pościgu za wrogiem, generał Bonaparte zatrzymał się na leżącym na lewym brzegu rzeki zamku. Postanowił tam wziąć kąpiel, chciał pozbyć się w ten sposób uciążliwego bólu głowy. W tym samym czasie podeszła pod zamek silna grupa nieprzyjaciela, niezauważona początkowo przez posterunki francuskie. Niemalże w ostatniej chwili, zaalarmowany głosem wartownika zwycięski generał zdołał, w jednym bucie, uciec przez ogród. Od tego czasu, aby uniknąć tego typu przykrych niespodzianek, towarzyszył mu na każdym kroku oddział przyboczny, guidzi, który sformowano na jego zarządzenie.
W czasie tej samej kampanii niewiele brakowało, a zostałby wzięty do niewoli przez udającego się w stronę Mantui generała Wurmsera. Tenże dowiedział się od spotkanej przy drodze starej kobiety, że przed kilkoma minutami, na widok zbliżających się Austriaków opuścił w pośpiechu jej dom francuski dowódca. Wurmser, będąc pewien, że ten cenny łup wpadnie w jego ręce rozesłał niezwłocznie patrole we wszystkich kierunkach.
-"Ale - zaznaczył Cesarz - muszę mu oddać sprawiedliwość, zabronił wyraźnie jeńca zabić lub torturować".
Jednak szczęśliwa gwiazda nie opuściła młodego generała i zdołał umknąć austriackiemu pościgowi.

Nowa taktyka prowadzenia wojny zastosowana przez Napoleona wprowadziła zamieszanie w szeregi nieprzyjaciół, gdyż nie wiedzieli oni, jak temu przeciwdziałać. Już krótko po rozpoczęciu działań wojennych cała Lombardia znalazła się w rękach generała Bonaparte, a jego armia zbliżała się do Mantui, depcząc po piętach ariergardzie nieprzyjaciela.
W pobliżu Pizzighettone został pojmany gruby, niemiecki kapitan czy major, który stojąc przed Napoleonem zapytany został o swoją ocenę sytuacji.
-"Jest źle - odpowiedział Austriak, nie znający stojącego przed nim generała - nie wiem, jak się to wszystko skończy. Postawiono nam za przeciwnika jakiegoś nowicjusza, który atakuje nas z przodu, z tyłu, z lewa i prawa. Nie wiadomo, jak się zachować. Trudno to wszystko znieść i dlatego jestem zadowolony, że nie mam z tym nic więcej do czynienia."

Po jednej z wielkich bitew kampanii włoskiej Napoleon przejechał konno usiane ciałami pole bitwy.
-"Panowała głęboka cisza, księżyc oświetlał okolicę - opowiadał Cesarz - gdy nagle spod płaszcza poległego żołnierza wyskoczył w naszym kierunku pies, zawrócił jednak skowycząc natychmiast do swego poległego pana i liżąc twarz poległego zdawał się domagać pomocy i zemsty. Nie wiem, czy pod wpływem mojego nastroju, otoczenia, panującej ciszy lub jeszcze czegoś innego - na żadnym innym polu bitwy nie zaznałem podobnego uczucia, jak w tym momencie. Mimo woli zatrzymałem się, aby obserwować zachowanie tego psa. Poległy miał z pewnością przyjaciół w swojej kompanii, w pobliskim obozie, a teraz leży tu opuszczony przez wszystkich. Tylko jego pies pozostał mu wierny do końca. Jakąż naukę dała nam tu pod postacią tego psa przyroda! Taki już człowiek jest, że z wielu spraw nie zdaje sobie sprawy. Bez drgnienia powieki wysyłałem moich żołnierzy do walki, która rozstrzygała o losie całej armii, przyglądałem się spokojnie manewrom, które wielu z nich zapłaciło życiem, a tutaj byłem wzruszony i wstrząśnięty boleścią i skowytem psa!.... Jednego jestem pewien, w tym momencie obszedłbym się bardzo łagodnie z napotkanym przeciwnikiem.
Zrozumiałem teraz, dlaczego Achilles wydał ciało Hektora płaczącemu Priamowi".

04-05.12.1815
Mam kłopoty z oczami, muszę przerwać moją pracę.
Od pewnego czasu występują duże wahania temperatury. Ponieważ w tych szerokościach geograficznych słońce dwa razy w roku osiąga zenit, sądziliśmy, że lato też jest dwa razy. Nie rozumieliśmy tych warunków pogodowych, padało często i dużo, było wilgotno i zimno. Cesarz przeziębiał się za każdym razem, gdy opuszczał dom. Musiał zaprzestać spożywania posiłków w namiocie i kazał podawać w pokoju. Czuł się tam wprawdzie lepiej, ale nie mógł się wiele poruszać.
Po posiłku kontynuowaliśmy nasze rozmowy. Dzisiaj został generał Gourgaud na kolację i był później wypytywany przez Cesarza o podstawowe ćwiczenia z artylerii. Generał Gourgaud był wyszkolonym artylerzystą i miał jeszcze wszystko świeżo w pamięci. Ten egzamin był niezwykle oryginalny i zabawny, a przy każdym pytaniu Cesarz wykazywał się lepszą wiedzą niż egzaminowany. Można by sądzić, że to on właśnie zdawał niedawno swoje egzaminy.

Później rozmowa przeszła na temat wojny i słynnych wodzów.
-"Rezultat każdej bitwy jest trudny do przewidzenia i często wynikiem nieplanowanego na początku, niespodziewanego pomysłu. Armia zbliża się do nieprzyjaciela, następuje natarcie, pewien czas trwają zmagania, obie strony dążą do rozstrzygnięcia i nagle przychodzi człowiekowi do głowy pewien pomysł i wkroczenie małej jednostki rezerwowej decyduje o wyniku bitwy. Miał na myśli Lűtzen i Bautzen.
O Waterloo powiedział, że gdyby kontynuował swój pierwotny zamiar zaatakowania na prawym skrzydle, wygrałby bitwę z łatwością. Zdecydował się jednak na próbę przełamania centrum armii przeciwnika, aby rozdzielić oba jego skrzydła.

(...........)

Cesarz zmienił ponownie temat i wspomniał swoich generałów. Był zdania, że w obecnych czasach generałowie zdani są na większe niebezpieczeństwo niż w przeszłości, utworzenie artylerii powiększyło bowiem w znaczący sposób zasięg rażenia.
-"Wcześniej dowodzący narażony był na niebezpieczeństwo tylko wtedy, gdy osobiście prowadził swoją jednostkę do natarcia, do czego Cezar zmuszony był tylko w dwóch albo trzech przypadkach."
Kontynuując zauważył, że trudno sobie naprawdę wyobrazić, ile hartu i równowagi ducha trzeba posiadać, aby poprowadzić wielką bitwę decydującą o losie armii, narodu i korony. Tylko nieliczni generałowie decydowali się na takie rozstrzygające starcia.
Większość z nich snuła plany, przystępowała do ich realizacji, po czym opanowywało ich niezdecydowanie. Nie ma nic wartościowszego, niż umiejętność podejmowania decyzji.
-"Kléber - mówił - posiadał wielki talent, nie umiał go jednak w odpowiednim momencie wykorzystać. Szukał sławy dla przyjemności, nigdy sławy dla samej siebie. Dla kogo walczył było mu obojętne, równie dobrze mógł służyć w obcej armii jako najemnik. W młodości służył w armii pruskiej.
Desaix posiadał w wysokim stopniu wspomnianą równowagę ducha.
Moreau nie należał do wybitnych dowódców, chociaż miał ku temu predyspozycje, ale posiadał więcej instynktu niż geniuszu.
Lannes miał początkowo więcej odwagi niż rozumu, z biegiem czasu jednak to drugie zaczęło u niego brać górę, a w momencie, gdy zginął był u szczytu swoich możliwości.
-"Gdy go dostałem był krasnalem, gdy go straciłem był olbrzymem."
Masséna był wielkim wodzem i miał, zdaniem Napoleona jedną cenną zaletę:
-"U niego równowaga duchowa pojawiała się dopiero w obliczu niebezpieczeństwa, w środku bitewnego zgiełku.
Generałowie, którzy mogą jeszcze coś wielkiego osiągnąć to: Gérard, Clausel, Foy, Lamarque. Są to przyszli marszałkowie".

06.12.1815
Po tym jak Cesarz dziś rano mnie dyktował, pracował jeszcze dalej z dwoma innymi panami, po czym udał sięz nimi na dłuższy spacer. Gdy go opuścili, poszukałem Cesarza w alei; zastałem g ow smutnego i zamyślonego.
-"Niech pan sobie wyobrazi - powiedział - W Longwood będziemy mieli posterunek przed oknami, będę zmuszony znosić angielskiego oficera przy moim stole i w moim salonie, nie wolno mi będzie dosiąść konia bez eskorty, krótko mówiąc, nie będziemy mogli zrobić nawet jednego swobodnego kroku".

Odpowiedziałem mu, że to tylko jedna kropla trucizny więcej w tym gorzkim kielichu, który pijemy, czcąc jego wcześniejszą sławę i potęgę. Jego siła jest jednak zdolna pokonać wszystkich wrogów, a w obliczu narodów Europy brutalność taka wywoła rumieniec wstydu na ich obliczu.

(..............)

Spożyta później kolacja poprawiła jednak jego nastrój. Postanowił zrezygnować z dalszego mieszkania w naszej obskurnej chacie niezależnie z iloma nieprzyjemnościami związane będzie jego nowe miejsce zamieszkania. Poprosił mnie bym udał się wieczorem do naszego gospodarza i jako podziękowanie wręczył mu tabakierę z cesarskimi inicjałami, oraz przekazać wyrazy ubolewania, że pobyt nasz w tym domu związany był dla gospodarzy z tyloma niedogodnościami.

07.12.1815
Cesarz już wcześnie kazał mnie przywołać. Czytał właśnie Nouvelle Héloise podziwiając misterność, styl i wyrazistość. Czytał głośno dłużej niż dwie godziny, sprawiając na mnie wielkie wrażenie i budząc tęsknotę za przeszłością, co wprawiło mnie w głęboki smutek. Cesarz widząc skutek jaki wywarło to na mnie, kilkakrotnie uśmiechnął się.
Książka ta była tematem rozmowy w czasie całego śniadania.
-"Jean-Jacques przesadził - stwierdził Cesarz - miłość ma być przyjemnością a nie cierpieniem".
Ja natomiast twierdziłem, że Jean-Jacques nie opisał niczego, czego człowiek nie byłby w stanie przeżyć, a cierpienie jest w jego zrozumieniu szczęściem.
-"Widzę, że ma pan romantyczną naturę" - odpowiedział mi na to Cesarz.
-"Czy przyniosło panu to w życiu szczęście?"
-"Sire - brzmiała moja odpowiedź - nie skarżę się, gdybym powtórnie mógł to wszystko przeżyć, nie zmieniłbym niczego."
Po śniadaniu czytał dalej to dzieło, wpadł jednak w podobny jak ja nastrój i robił często przerwy.
Gdy poszliśmy później do ogrodu, stwierdził:
-" Ma pan rację. W tej książce jest ogień, ona porusza i niepokoi".
Rozmawialiśmy jeszcze dalej na ten temat, dochodząc w końcu do wniosku, że prawdziwa miłość to szczyt ideału, ale równocześnie jest ona płocha, tajemnicza i niepojęta oraz że uczucie to dla próżniaka jest zatrudnieniem, dla wojownika - rozproszeniem, a dla władcy- niebezpieczną rafą.

Wielki marszałek i generał Gourgaud, przybywając właśnie z Longwood, przerwali nasze dywagacje.
Admirał od killku dni nalegał na naszą przeprowadzkę. Zresztą Cesarz przychylał się do jego inicjatywy. Mieszkanie w Briars było zbyt niewygodne. Ale pamiętano przy tym o uczuleniu Cesarza na zapach świeżej farby. Poprzedniego dnia zameldowano nam jednak, że wszystko jest przygotowane, a zapach farby ulotnił się. Napoleon postanowił więc, że przeprowadzka odbędzie się w sobotę, aby w niedzielę, wolną od pracy mieć zapewniony spokój.
Marszałek i generał stwierdzili jednak, że właśnie przeprowadzili dokładną inspekcję i stwierdzili, że przeprowadzka w sobotę jest jeszcze niemożliwa. Z tymi słowami pożegnali nas, pozostawiając Cesarza w dużym zdenerwowaniu. Nieszczęśliwym trafem przybył w tym momencie pan Montholon, powracający jak jego poprzednicy również z Longwood, przynosząc wręcz przeciwne wieści.
Według niego nic nie stało na przeszkodzie, aby przystąpić do przeprowadzki. Te sprzeczne informacje wywołały wybuch złości u Cesarza, przerwany na szczęście obiadem, po którym zajęliśmy się ponownym czytaniem Nouvelle Héloise.

08.-09.12.1815
Postanowiłem osobiście przekonać się o stanie przygotowań w Longwood i chcąc jeszcze przed śniadaniem złożyć Cesarzowi raport, wybrałem się tam wczesnym rankiem.
Rzeczywiście zapach farby był tylko w niewielkim stopniu odczuwalny, ale i to byłoby dla Cesarza za dużo.

9. grudnia Cesarz przyjął kapitana statku Minden, który już przed dwunastoma laty miał zaszczyt zostać przedstawiony Pierwszemu Konsulowi. Wydało nam się nieco dziwne, że poprosił nas, z czysto osobistych powodów, o zezwolenie przedstawienia nam jednego ze swoich oficerów. Ten młody człowiek urodził się w Bolognii w dniu, w którym wkroczyła tam armia francuska. Francuski generał Bonaparte był, dlaczego, tego młody oficer nie był w stanie powiedzieć, obecny przy jego narodzinach i pozostawił trójkolorową kokardę na pamiątkę, przechowywaną przez rodzinę do dzisiaj z wielką czcią.

Po odejściu oficerów pojawił się u nas wielki marszałek, wracający właśnie z Longwood. Podobnie jak ja stwierdził, że zapach farby jest niemalże nieodczuwalny.
Mieszkanie Cesarza w Briars było katastrofalne, także część jego rzeczy została już odesłana. Postanowiono więc w następnych dniach przeprowadzić się do Longwood. Przyjąłem tę decyzję z ulgą, gdyż odniosłem w ostatnich dniach wrażenie, że chciano się Cesarza z Briars pozbyć.
Nie chcąc go denerwować nie opowiedziałem mu o moich obserwacjach. Przed dwoma dniami nie pytając nas o pozwolenie usunięto namiot; oficer któremu to zlecono miał nawet polecenie usunięcia okiennic z okien pokoju Cesarza. Pod pretekstem, że Cesarz śpi, udało mi się temu zapobiec. Poza tym powiadomiono mnie w tajemnicy, że na przypadek dalszego przesuwania naszej przeprowadzki, rozważane jest stacjonowanie tuż przed naszymi drzwiami 100-osobowego oddziału żołnierzy.
Co było powodem tych nowych szykan? Wydaje mi się, że strażnicy naszego więzienia chcieli zademonstrować tylko swoją przewagę, nic więcej.

Otrzymaliśmy dzisiaj nowe wiadomości, ostatnia nosiła datę 15 września. Były one oczywiście tematem naszych rozmów.
Cesarz wyciągał z nich następujące wnioski: przyszłość Francji była zagrożona. Możliwe były trzy rozwiązania: podział Francji, panowanie Bourbonów albo nowa dynastia rządząca monarchią parlamentarną.
Ludwik XVIII mógł w roku 1814 łatwo objąć rządy, gdyby zdecydował się na trójkolorową kokardę; dzisiaj możliwe było jego panowanie, tylko poprzez zastosowanie znienawidzonych metod, w których dominują srogie rygory i despotyzm.

W tej samej gazecie znaleźliśmy wycinek z usprawiedliwień przedłożonych przez marszałka Ney'a. Cesarz uznał je za bardzo mizerne: jego zdaniem były niewystarczające, żeby uratować mu życie i za słabe, aby zwrócić marszałkowi utracony honor. Jego wypowiedzi były, krótko mówiąc bezbarwne. Jak on mógł, po tym co uczynił, podkreślać oddanie królowi i zapierać się Cesarza?
-"Bezsensowne sposoby - mówił Cesarz - wydaje się jednak, że tę linię obrony przyjęli wszyscy, którzy znajdują się w podobnej sytuacji. Nie rozumieją, że moja osoba jest tak spojona z naszymi czynami i narodowymi osiągnięciami, że próby rozdzielenia tego stanowią obrazę dla Francji. Uznanie mojej osoby jest zaszczytem i przynosi sławę Francji.
I obojętnie jakie wynalezione zostaną zaprzeczające temu kłamstwa i oszczerstwa, w oczach narodu pozostanę zawsze ten sam."


10.12.1815
Około dziewiątej Cesarz kazał mnie zawołać do ogrodu. Ponieważ na ten dzień przewidziane zostało przetransportowanie jego meble do Longwood, zmuszony został opuścić swój pokój. Śniadanie spożyliśmy w towarzystwie pana Balcombe, który został również zaproszony. Cesarz był w dobrym nastroju i prowadził ożywioną rozmowę.
O drugiej godzinie zameldowano przybycie admirała. Zbliżył się do nas z nieco zakłopotaną miną; szykany, które spotkały Cesarza w Briars i naszych towarzyszy w mieście spowodowały oziębienie stosunków, wskutek czego Cesarz zaprzestał przyjmowania admirała. Dzisiaj jednak traktował go, jak gdyby rozstali się dopiero wczoraj i to w najlepszej zgodzie.

W końcu opuściliśmy Briars i udaliśmy się w drogę do Longwood. Cesarz dosiadł konia, którego sprowadzono dla niego z Przylądka. Widział go dzisiaj po raz pierwszy; koń był mały, zgrabny i żwawy. Cesarz ubrany był znowu w mundur strzelców gwardii; wszyscy obecni komentowali jego elegancję i wyraźne ożywienie, co muszę przyznać przyjmowałem z dużym zadowoleniem. Admirał wykazywał dużą gorliwość. Wzdłuż naszej drogi zebrało się sporo ludzi, a wielu angielskich oficerów przyłączyło się do naszego orszaku.
Udając się z Briars do Longwood podąża się początkowo drogą w kierunku miasta, by następnie niespodziewanym, ostrym skrętem w prawo, po przekroczeniu tworzącego jedną ze ścian doliny zbocza osiągnąć płaskowyż, z którego rozciąga się rozległa panorama. Z tyłu pozostają łyse góry i nieurodzajne skały, z których najwyższym szczytem jest Diane's Peak, a które tak rzucają się w oczy w chwili przybycia na wyspę. Na lewo, w kierunku wschodnim widoczne są tylko gołe skały, ale patrząc w prawo widzi się zielone równiny, uprawne pola oraz licznie rozsiane domostwa.
Wszystko to tworzy niezwykle malowniczy i romantyczny obraz.
Droga jest w dobrym stanie, a po jej lewej stronie rozciąga się głęboki wąwóz. Dwie mile dalej droga skręca niespodziewanie w lewo, w miejscu gdzie położony jest niewielki, skromny dom zwany Hut's Gate, a który przeznaczono na miejsce zamieszkania dla Wielkiego Marszałka i jego rodziny. Zaledwie kilka kroków dalej wąwóz przechodzi w zaokrągloną przepaść, która ze względu na jej głębokość i rozległość nazywana jest Devils Punch Bowl.
Droga, tym miejscu bardzo wąska, ograniczona z jednej strony skałą, a z drugiej krawędzią wąwozu, skręca później w prawo i osiąga Longwood.
Stojący przy bramie posterunek oddał czcigodnemu gościowi należne mu honory wojskowe. Koń Cesarza, żywy i nieprzyzwyczajony do takiego zgiełku wzbraniał się jednak przekroczyć bramę naszego nowego domu i dopiero energiczne spięcie go przez Cesarza ostrogami zmusiło wierzchowca do przekroczenia tej bariery. Widząc to mimowolnie wymieniliśmy wiele mówiące spojrzenia.

W tej sposób dotarliśmy w końcu do naszego nowego miejsca pobytu! Admirał pospiesznie pokazał nam nawet najdrobniejszy szczegół naszego domostwa. Prace przygotowawcze prowadzone były pod jego nadzorem, to i owo wykonał nawet osobiście. Cesarz był zadowolony ze stanu domu, co sprawiło admirałowi zauważalną radość, odpowiedziano mu bowiem życzliwością tam, gdzie obawiał się chyba złego humoru i lekceważenia.

O szóstej godzinie Cesarz udał się do swojego pokoju, dając mi znak, abym mu towarzyszył. Przyglądając się ustawionym tam niewielkim meblom zapytał, czy i ja tyle posiadam, a na moje zaprzeczenie, polecił mi zabrać niektóre z nich, mówiąc ze wzruszającą uprzejmością:
-"Niech pan weźmie, mnie nie będzie niczego brakować, sądzę mianowicie, że będę otoczony staranniejszą opieką niż pan".
Był bardzo zmęczony i zapytał mnie, czy jest to bardzo widoczne. Wyczerpanie tą kilkumilową jazdą konną było efektem pięciomiesięcznego bezruchu.

Nowe mieszkanie Cesarza wyposażone jest w łazienkę, którą admirał kazał przygotować, w miarę istniejących możliwości. Cesarz, który od czasu gdy byliśmy w Malmaison musiał z tej przyjemności zrezygnować, zdecydował się natychmiast wziąć kąpiel. Był nawet tak łaskawy, że zaproponował mi skorzystanie z jego wanny następnego dnia. Gdy wspaniałomyślnie odmówiłem, powiedział:
-"Mój przyjacielu, więźniowie muszą sobie nawzajem pomagać; ja nie mogę cały dzień spędzić w wannie, a kąpiel dobrze panu zrobi".
Po kąpieli Cesarz, nie mając ochoty ubierać się, spożył kolację w swoim pokoju, a że byliśmy tego wieczoru sami, zatrzymał mnie przy sobie.
Rozmowa zeszła na pewną szczególną sprawę, której znaczenie może być ogromne. Cesarz zapytał mnie o moje zdanie i poprosił o zdanie w następnych dniach relacji.

11-14.12.1815
I tak oto rozpoczął się nowy odcinek naszego bytowania na tej skale.
Longwood, wybudowane na płaskowyżu wśród stojących w jednej linii prostych farm, przeznaczone było na dom letniskowy gubernatora. Angielski termometr wskazywał tutaj temperaturę o 10 stopni niższą aniżeli na nizinie, gdzie nas wysadzono na ląd. Płaskowyż, smagany często porywistymi wiatrami położony jest we wschodniej części wyspy, dosyć blisko wybrzeża. Słońce, które i tak niewiele pokazuje się, wywiera, zdaniem lekarza szkodliwy wpływ na wątrobę. Niebo jest niemalże cały czas zachmurzone, nieustannie pada deszcz. Woda dopływająca do domu rurami jest tak niedobra, że musi być gotowana przed spożyciem.
Widoczne na horyzoncie morze pokazuje swoją niezmierzoną dal, otaczająca nas reszta to jedynie nieurodzajne skały, głębokie wąwozy i widoczny w oddali zielonkawy, przysłonięty chmurami łańcuch Diane's Peak.
W sumie sprawia Longwood bardzo ponure wrażenie. Jedynie podróżnemu, zmęczonemu długim rejsem mogłoby się to miejsce spodobać, a przybywający tutaj w piękny, słoneczny dzień mógłby nawet zawołać z zachwytem: Jak tu ładnie!

Wchodząc do domu trafia się do pomieszczenia, będącego jednocześnie przedpokojem i jadalnią; stamtąd przechodzi się do salonu, następnie do trzeciego pokoju, w którym umieszczone są książki i mapy Cesarza. Później urządzono tam jadalnię. Skierowując się w prawo natrafia się na drzwi prowadzące do mieszkania Cesarza. W dwóch małych pomieszczeniach znajduje się jego pokój do pracy i sypialnia. Z tyłu znajduje się cesarska łazienka.
W położonej naprzeciwko mieszkania Cesarza części budynku znajduje się mieszkanie Madame de Montholon, które zamieszkuje wraz z mężem i synem.
Na parterze znajduje się również mój pokój, skąd wspinając się po sznurowej drabince do umieszczonej w suficie klapy wchodzi się do pomieszczenia, w którym znalazło się miejsce tylko na jedno łóżko, a przeznaczonym dla mojego syna.
Okna i łóżka w naszych pokojach nie posiadają zasłon, a ustawione tam meble zostały z pewnością z radością sprzedane przez poprzednich właścicieli.
Pomieszczenia przeznaczone dla generała Gourgaud nie były jeszcze ukończone, był zatem zmuszony, podobnie jak doktor O'Meara i nadzorujący nas oficer zamieszkać w namiocie.
Dom nasz otoczony był czymś w rodzaju ogrodu, ale niedostatki odpowiedniej wody i złe warunki klimatyczne wykluczają jakąkolwiek wegetację, ograniczając roślinność do karłowatych krzaków nie dających żadnego cienia.
Naprzeciw nas, ale oddzielony przez wąwóz znajdował się obóz polowy 53. pułku, którego posterunki znajdowały się na okolicznych wzgórzach.

12 grudnia przekazałem Cesarzowi moje zdanie na temat tej szczególnej sprawy, o której rozmawialiśmy przed dwoma dniami. Nie podjął jednak żadnej decyzji, uważając wszystkie te rozważania za daremne. Nie mieliśmy jednak nic do stracenia, dlatego próbowałem wywrzeć na niego nacisk, ale on pozostał przy swoim postanowieniu. Słuszność takiego stanowiska potwierdziły przyszłe wydarzenia.

(Jest to nawiązanie do jednego z licznych planów ucieczki, które snute były w pierwszych latach pobytu na wyspie - przyp. tłumacza)

15-16.12.1815
W momencie naszego odjazdu z Plymouth cesarskie otoczenie składało się z 11 osób. Nazwiska tych wiernych zasługują na opublikowanie, ze względu na ich ofiarność i oddanie.

Służba pokojowa:
Marchand - pierwszy pokojowiec, z Paryża
Saint-Denis, zwany Ali - pokojowiec, z Versailles
Noverraz - pokojowiec, ze Szwajcarii
Santini - portier, z Korsyki

Służba przyboczna:
Archambault Starszy - stajenny, z Fontainebleau
Archambault Młodszy - pomocnik stajennego, z Fontainebleau
Gentilini - służący, z Elby

Służba kuchenna:
Cipriani - zarządca domu, z Korsyki, zmarł na Św. Helenie
Pierron - lokaj, z Paryża
Lepage - kucharz
Rousseau - odpowiedzialny za srebro i finanse, z Fontainebleau

W czasie przeprawy morskiej służba nasza siłą rzeczy praktycznie nie istniała, ale po przybyciu do Longwood Cesarz zwracał znowu uwagę na odpowiednią organizację, przydzielając każdemu zadania odpowiadające jego umiejętnościom. Nadzór nad całością pełnił Wielki Marszałek. Hrabia de Montholon odpowiedzialny był za sprawy gospodarskie, generał Gourgaud za stajnie, a w moim zakresie obowiązków było prowadzenie rachunkowości i kontakty z dostawcami.
Po wprowadzeniu takiego podziału, powrócił porządek do naszego gospodarstwa.
Oczywiście nie odbywało się bez tarć. Ten jeden był zdania, że doznał ubytku na godności, ten inny znowu chciał ważność wykonywanej pracy szczególnie wyróżnić, a trzeci był zdania, że przydzielone mu zadania są zbyt błahe w odniesieniu do jego stanowiska. My nie byliśmy po prostu członkami jednej r o d z i n y, których myślą przewodnią jest przysłużenie się ogółowi. Prawdę mówiąc, sytuacja w jakiej się znajdowaliśmy powinna nas była zmusić do takiego traktowania obowiązków, ale w praktyce byliśmy jeszcze daleko od tego oddaleni. Byliśmy sobie obcy i tacy też pozostaliśmy, co spowodowane było różnicą wieku i charakteru. Miało to naturalnie swoje negatywne skutki, brakowało wzajemnego zaufania i przyjacielskich więzów, co pozwoliłoby trochę złagodzić nasze nieszczęście. Ale właśnie takie okoliczności pozwalały poznać dobre serce Cesarza; próbował ciągle nas jednoczyć i unikał dawania powodów do zazdrości. Niekiedy łagodził nasze spory z ojcowską dobrocią, ale zdarzało się, że zagrzmiał i muszę przyznać, że traktowaliśmy jego słowa z tym samym respektem, jak gdyby ciągle jeszcze siedział na tronie w Tuilerie.
Charakter jego nie pozwalał mu zresztą być nieprzejednanym. Nawet gdy wpadło się u niego w niełaskę, można było zawsze liczyć na zmianę cesarskiego nastawienia. Nigdy nie odsuwał ludzi od siebie. Posiadał dwie drogocenne cechy charakteru: poczucie sprawiedliwości i skłonność przywiązywania się do ludzi. I chociaż wybuchał od czasu do czasu gniewem, zawsze dawał posłuchanie rozsądnym argumentom. Nie zapominał też nigdy wyświadczonych mu przysług; wynagradzał je prędzej lub później; dawał na to niejednokrotnie dowody.

(..............)

17.12.1815
Cesarz kazał mnie około drugiej zawołać do siebie. Widząc mnie stwierdził, że jestem bardzo blady. Wyjaśniłem mu, że przyczyną tego stanu jest powietrze w moim pokoju, który z powodu położonej w bezpośrednim sąsiedztwie kuchni przypomina łaźnię parową, często też jest przepełniony dymem. Cesarz zdecydował, że natychmiast mam się przenieść do pokoju z mapami, w którym mogę za dnia pracować, a w nocy spać, korzystając z łóżka przygotowanego przez admirała dla niego; on jednak go nie potrzebuje, śpiąc z przyzwyczajenia na łóżku polowym.

W trakcie kończenia toalety wzrok Cesarza padł na jedną z trzech używanych przez niego tabakierek. Wziął ją do ręki i wręczył służącemu ze słowami:
-"Schowaj ją, jej widok sprawia mi ból".
Na wieczku uwieczniona była podobizna Króla Rzymu.

Później odwiedził mój pokój, dotknął ścian i powtórzył, że niemożliwością jest mój dalszy pobyt w tym pomieszczeniu i odtąd mam spać, jak się wyraził "w łóżku przyjaciela".

Następnie odwiedziliśmy widoczną z Longwood farmę. Po drodze mijaliśmy baraki Chińczyków, robotników i rolników, zwerbowanych przez Anglików w Makao na kilka lat do pracy dla Kompanii. Cesarz próbował nawiązać z nimi rozmowę, ale nie mogliśmy się porozumieć.

Dotarliśmy w końcu do gospodarstwa zwanego Longwood's farm. Cesarza zainteresowała ta nazwa. Mając w pamięci zadbane gospodarstwa we Flandrii i Anglii spodziewał się zastać coś na ich podobieństwo, zobaczyliśmy jednak jedynie brud, jak w najnędzniejszej francuskiej, chłopskiej chacie.

Chociaż przejechaliśmy zaledwie jedną milę, Cesarz powrócił do domu bardzo zmęczony. Ale była to jego pierwsza wycieczka konna.

Po kolacji zawołał mnie wraz z synem do pracy. Zganił moje lenistwo i widząc znaczący uśmiech na twarzy mojego syna zapytał o przyczynę. Odpowiedziałem, że przypuszczalnie syn mój uważa się pomszczonym przez Cesarza.
-"Aha, rozumiem - zaśmiał się Cesarz - odgrywam tu rolę dziadka".

18-19.12.1815
Krok po kroku uregulował się nasz tryb życia. Cesarz spożywa śniadanie około dziesiątej w swoim pokoju, od czasu do czasu w towarzystwie jednego z nas.
Nasz obiad odbywa się zawsze o tej samej porze. Cesarz zezwolił nam zapraszać do stołu gości według naszego uznania. Najczęściej około piątej lub szóstej każe mnie wraz z synem zawołać do pracy. Z powodu choroby oczu sam nie piszę, ale syn mój jest w stanie mnie całkowicie zastąpić, on pisze teraz to, co Cesarz dyktuje. Ja jestem tylko obecny, aby później pomóc mu w uporządkowaniu zrobionych notatek.

Praca nad opisaniem kampanii włoskich jest zakończona, kontrolujemy teraz tekst, nanosząc poprawki Cesarza.
Pomiędzy ósmą i dziewiątą spożywamy posiłek. Madame de Montholon siedzi po prawej stronie Cesarza, ja po lewej; naprzeciw pan de Montholon, generał Gourgaud i mój syn. Szczególnie przy wilgotnej pogodzie w jadalni unosi się jeszcze zapach farby, niewielki wprawdzie, ale i to jest za wiele dla Cesarza. Z tego powodu zostajemy przy stole nie dłużej jak dziesięć minut, przenosząc się do salonu, gdzie spożywamy deser, czytamy i gramy w reversi. Była to ulubiona gra Cesarza w latach młodości, teraz gra dla przypomnienia sobie tamtych lat i zabicia czasu. Gramy wszystkie możliwe odmiany, co wnosi dużo ożywienia do gry. Cesarz stara się w każdym rozdaniu osiągnąć reversi, to znaczy wziąć wszystkie lewy, co jest jednak bardzo trudne.
(reversi - pochodząca z Hiszpanii gra w karty dla czterech osób -przyp. tłum.)

Dzisiaj, 19 grudnia Cesarz poprosił mnie o przetłumaczenie angielskiej broszury, która właśnie wpadła w jego ręce.
Pomiędzy tysiącem innych niedorzeczności natknęliśmy się na prywatne listy, rozpoczynające się podniosłymi słowami: Pani i droga żona, które rzekomo miał napisać Cesarz do Józefiny. Spotkaliśmy się też z opisem całej siatki agentów i szpiegów, donoszącej rzekomo Cesarzowi o intymnych kontaktach w domach starych, szlachetnych rodzin francuskich oraz o tajemnicach europejskich kabinetów. Tego było Cesarzowi za dużo: rzucił książkę w kąt, mówiąc:
-"Co za głupoty".
W rzeczywistości w swoich prywatnych listach nie pisał do Józefiny inaczej jak w drugiej osobie(Ty) a do Marii Luizy moja dobra mała Luizo.
Pierwszy raz widziałem list Cesarza w Saint-Cloud. Był on napisany do cesarzowej Józefiny po bitwie pod Frydlandem. Bawiło ją, gdy próbowaliśmy odcyfrować jego hieroglify.
W liście tym pisał:
"Moje dzieci pomogły mi znowu uświetnić moją karierę wojskową. Dzień bitwy pod Frydlandem stanie w historii obok Marengo, Austerlitz i Jeny. Każ oddać salwę honorową..."
Później, z okazji traktatu w Tylży miałem znowu okazję trzymać w ręce cesarski list. Czytałem w nim:
"Królowa Prus jest rzeczywiście czarująca; kokietuje mnie, ale nie bądź zazdrosna, jestem jak naoliwiony, wszystko po mnie spływa. Granie roli galanta byłoby dla mnie za kosztowne".

Anglicy wzięli sobie za cel przedstawienie Cesarza w życiu prywatnym jako brutala i tyrana. Jestem w posiadaniu autentycznego listu Napoleona z tamtych lat dającego prawdziwe świadectwo stylu jego listów do Józefiny, pokazującym jednocześnie w jak uprzejmej formie, z jakim poczuciem taktu i rycerskością wyrażał się w swoich listach. List ten jest odpowiedzią na uwagi Józefiny dotyczące biuletynu Wielkiej Armii, w którym, zdaniem cesarzowej Napoleon wyrażał się bez odpowiedniego respektu o królowej Prus.
Oto treść tego listu:
"6 listopada 1806, godzina dziewiąta wieczorem
Otrzymałem Twój list w którym zarzucasz mi, że odnoszę się do kobiet bez należytego szacunku. Zgadza się, nienawidzę intrygantek ponad wszystko, jestem przyzwyczajony do kobiet dobrych, łagodnych i zgodnych; kocham je. Jeżeli takie kobiety mnie rozpieszczają nie jest to moja wina, lecz Twoja. A poza tym, z pewnością o tym usłyszysz, dla jednej z nich, dla Madame Hatzfeld, która była wobec mnie miła i taktowna byłem szczególnie dobry. Gdy pokazałem jej list własnego męża powiedziała z głębokim, naturalnym uczuciem: Tak, to pismo mojego męża. Jej odczucia sprawiły mi ból, nie mogłem postąpić inaczej, jak zawołać: Madame niech pani wrzuci ten list w ogień; nie będę miał wtedy żadnego powodu, żeby ukarać pani męża. Szczęśliwa spaliła ten nieszczęsny list, jej mąż był uratowany, w innym przypadku zostałby w ciągu dwóch godzin rozstrzelany. Widzisz z tego, że kocham istotnie kobiety dobre, naturalne i łagodne; prawdopodobnie dlatego, że są tak podobne do Ciebie".
(gubernator Berlina, pruski gen. Hatzfeld, na kilka godzin przed wkroczeniem Napoleona napisał lis informujący króla Prus o ruchach wojsk francuskich. List ten wpadł w ręce Francuzów - przyp. tłum.)

21.12.1815
List hrabiego de Montholon do admirała był porywczy,
(w dniu poprzednim na polecenie Cesarza de Montholon napisał list do admirała protestujący przeciwko zarządzeniu ograniczającym do części wyspy zasięg swobodnego poruszania się Cesarza- przyp. tłum.) natomiast odpowiedź obraźliwa i nieokrzesana.
"Na Św. Helenie nie znamy żadnego Cesarza. Sprawiedliwość i powściągliwość rządu angielskiego wzbudzi podziw przyszłych pokoleń itd. Itd. ..."
Doktorowi O'Meara, który przekazał nam ten list, polecono ponadto uzupełnić ustnie oburzającymi uwagami treść tego listu. I tak na przykład pytano, czy Cesarz wyraża życzenie, aby przekazywane mu były wszystkie dotyczące jego osoby oszczercze broszury i adresowane do niego anonimowe listy.
W chwili dostarczenia tego listu byłem właśnie w trakcie pracy z Cesarzem i nie mogłem się powstrzymać od wyrażenia mojego zdumienia i niezadowolenia. Ale cóż to mogło pomóc? Tylko filozofia mogła nas pocieszyć, poza tym byliśmy bezsilni. Cóż mogłoby bowiem pomóc skierowanie naszej skargi bezpośrednio do księcia regenta? Być może, że byłby to dla niego jedynie powód do radości! Cesarz nie mógł się do nikogo zwrócić, tylko Bóg, narody i przyszłość mogły go pomścić.

24.12.1815
(..............)
Cesarz kazał admirałowi przekazać, że nie życzy sobie przyjmować jakichkolwiek odwiedzin. W naszej sytuacji, uprzejmość wyświadczana przez admirała innym, dla Cesarza była jedynie obrazą. Odwiedziny u niego możliwe były tylko za zgodą admirała, Cesarz nie mógł jednak pozwolić na stworzenie z siebie publicznego widowiska. Jeżeli admirał życzy sobie przeniesienie Napoleona do pojedynczej celi, powinien nas o tym poinformować. W przeciwnym razie, musi istnieć możliwość, aby Cesarz przyjmował gości według własnego uznania, bez konieczności korzystania z admiralskiego pośrednictwa.

O piątej godzinie Cesarz udał się do ogrodu, gdzie przyjął pułkownika 53. pułku, który zwrócił się do niego z prośbą o pozwolenie przedstawienia swoich oficerów. Cesarz przychylił się do tej prośby, spotkanie wyznaczono na godzinę trzecią następnego dnia.
Gdy pozostaliśmy sami, stanął przed grządką, przypatrując się z dużą uwagą jednemu z rosnących tam kwiatów. Po chwili zapytał mnie, czy to lilia.
Był to wspaniały okaz lilii.

Po kolacji graliśmy ponownie w reversi, co Cesarza jednak powoli nudziło. Niespodziewanie zapytał mnie:
-"Gdzie może znajdować się teraz pańska żona?"
-"Bóg jeden wie, Sire."
-"Dzisiaj jest wtorek, dziewiąta godzina, ona jest w Paryżu, jest zatem w operze."
-"Nie, Sire ona jest za dobra na to, aby pójść do opery, gdy ja tutaj przebywam."
-" Oto jacy są mężczyźni - odpowiedział Cesarz ze śmiechem - łatwowierni i pełni zaufania".

Potem wziął na muszkę generała Gourgaud żartując z jego matki i siostry. Generał, otaczający matkę i siostrę wielką miłością i czcią zasmucił się do tego stopnia, że aż łzy stanęły w jego oczach. Cesarz spostrzegłszy tę reakcję rzekł:
-"Czyż nie jestem prawdziwym barbarzyńcą, że uderzam w te wrażliwe struny w tak nieokrzesany sposób?"

25.12.1815
Cesarz był dzisiaj niedysponowany i kazał przekazać, że nie może przyjąć oficerów 53. pułku.
Przed kolacją przebywaliśmy wszyscy w jego pokoju. Gdy zameldowano o podanie do stołu, Cesarz odesłał wszystkich, mnie polecając jednak zostać.
-"Niech pan zostanie, zjemy razem. My należymy do starszych, pozostawmy młodych w swoim gronie".
Ponieważ zamierzał po posiłku udać się do salonu, zaczął się ubierać. Pokazał mi przy tym głęboką dziurę na swoim lewym udzie, w którą nawet wsadził palec, mówiąc, że pochodzi ona od pchnięcia bagnetem, które otrzymał w trakcie oblężenia Toulonu, a które to pchnięcie niemalże kosztowało go utratę życia. Marchand pomagający mu przy ubieraniu zdobył się na odwagę mówiąc, że rana ta znana była załodze Northumberland, a jeden z jej członków chełpił się nawet, że tylko Anglicy byli w stanie zranić Cesarza.
Cesarz, kontynuując ten temat powiedział, że powszechnie podziwiane jest szczęście, jakie miał nie odnosząc żadnych ran, mimo uczestnictwa w tylu bitwach.
-"Ale to pomyłka - dodał - ja trzymałem jedynie w tajemnicy niebezpieczeństwa, w których się znalazłem".
Podczas oblężenia Toulonu zabito pod nim trzy konie, jeszcze więcej w trakcie kampanii włoskich i trzy albo cztery podczas oblężenia Akki. Był też kilkakrotnie ranny: pod Regensburgiem kula trafiła go w piętę, pod Essling lub Wagram, tego nie mógł sobie dokładnie przypomnieć, kula przedziurawiła mu but i otarła lewą łydkę; w bitwie pod Arcis-sur-Aube stracił konia i zestrzelono mu kapelusz z głowy; wieczorem, po bitwie pod Brienne, kiedy zamyślony i posępny udawał się do głównej kwatery został nieoczekiwanie zaatakowany przez Kozaków. Jednego z nich powalił ciosem pięści, kilku innych zostało zabitych u jego boku, a on sam musiał w swojej obronie sięgnąć po szpadę.
-"Osobliwością tego zdarzenia było, że starcie to wydarzyło się pod stojącym tam drzewem, które natychmiast rozpoznałem. To tam, jako dwunastolatek siadałem często w czasie przerw czytając Uwolnienie Jeruzalem".
Cesarz powtórzył, że w bitwach niejednokrotnie znajdował się w niebezpieczeństwie, rozkazał jednak zachowania tych wydarzeń w najgłębszej tajemnicy.
-"Jakież zamieszanie, jaki nieporządek powstałby przy najmniejszej plotce o moim wypadku lub zrodzeniu się wątpliwości, czy jestem jeszcze wśród żywych! Od mojego istnienia uzależniony był los wielkiego państwa, polityka i historia Europy!".

26.12.1815
Cesarz był dalej niedomagający.
Dziś rano odwiedził mnie pewien Anglik, którego żona, będąca wczoraj w orszaku admirała nie została przez Cesarza przyjęta, z ponowną prośbą o umożliwienie audiencji. Czas wojny spędził on we Francji, mówił więc płynnie po francusku. Był jednym z grupy, którą w swoim czasie nazywano détenus (aresztanci). Byli to angielscy podróżni, którzy znajdując się we Francji w momencie zerwania pokoju z Amiens, zostali aresztowani. Rozkaz wydany przez Pierwszego Konsula był odwetem za zagarnięcie przez Anglików francuskich statków jeszcze przed wypowiedzeniem wojny. Ludzie owi byli dłużej niż dziesięć lat przetrzymywani we Francji.
Anglik był szwagrem admirała Burtona, zmarłego niedawno dowódcy floty angielskiej w Indiach. Jako taki mógł posiadać kontakty w ministerium, które mogłyby być nam pomocne. Z tego też powodu przyjąłem go i przeprowadziłem dłuższą rozmowę. W trakcie około dwugodzinnej rozmowy starałem się tak formułować moje wypowiedzi, aby mogły one zostać powtórzone admirałowi, rządowi angielskiemu i w angielskich klubach.
Ale czy był on szczery? Czy nie będzie mówił w Londynie innym językiem?
27.12.1815
Cesarz czuł się dzisiaj lepiej, wybrał się około pierwszej na przejażdżkę konną, a po powrocie przyjął oficerów 53. pułku, z którymi rozmawiał uprzejmie i łaskawie.
Po tej wizycie udaliśmy się do ogrodu, gdzie opowiedziałem Cesarzowi o mojej porannej rozmowie z Anglikiem. Cesarz wypytał mnie przy tej okazji o emigrację, Londyn i Anglików.

(..............)

28.12.1815
Dzisiaj przybyła z Briars rodzina Balcombe z nadzieją zobaczenia Cesarza; niestety znów był chory. Stan jego zdrowia stopniowo podupada; panujący tu klimat najwyraźniej mu szkodzi. O trzeciej godzinie kazał mnie zawołać, miał tego dnia gorączkę, która jednak ustąpiła. Zdecydował się więc na spacer po ogrodzie. Zmusiłem go do ponownego założenia flanelowej kamizelki, jej zdjęcie w tym wilgotnym, zmiennym klimacie było nierozważne. Rozmawiając spacerowaliśmy tam i z powrotem, aż niespodziewana ulewa zmusiła nas do schronienia się pod drzewem. Tutaj dołączyli do nas Wielki Marszałek i hrabia de Montholon.
Po naszym powrocie Cesarz siadł z Madame de Montholon do partii pikiety. Powietrze w pokoju było bardzo wilgotne, zażyczył sobie więc, aby rozpalono ogień, który jednak wywołał tyle dymu, że byliśmy zmuszeni przenieść się z salonu do pokoju Cesarza, gdzie kontynuowano grę. Ale wkrótce Cesarz trzymał karty tylko dla pozoru, rozwinęła się bowiem tak interesująca dyskusja, że nikt nie myślał o grze, a informacja o podaniu do stołu sprawiła nam wyraźną przykrość.

29.12.1815
Z pewnego punktu naszej zagrody można zobaczyć w oddali kawałek morza i zawijające do portu statki.
Od kilku dni stało się moim przyzwyczajeniem spędzanie wolnego czasu właśnie w tym zakątku, pod jednym z rosnących tam drzew, w nadziei zobaczenia statku, który przyniesie wiadomość o zakończeniu naszego wygnania.
Dzisiaj, wczesnym porankiem zobaczyłem trzy statki, z tego dwa okręty wojenne. Podzieliłem się z Cesarzem moim odkryciem. Po śniadaniu dosiedliśmy koni. Rozszerzyliśmy dzisiaj zakres naszej przejażdżki i spróbowaliśmy osiągnąć dno stromo opadającej doliny. Wkrótce jednak musieliśmy zsiąść z koni, ich kopyta nie miały wystarczającego oparcia na składającym się z piasku i żwiru podłożu. Cesarz uparł się jednak kontynuować schodzenie w dół. Polecił generałowi Gourgaud i towarzyszącym nam stajennym poszukania dla koni wygodniejszej drogi, on sam postanowił iść dalej nie bacząc na niebezpieczeństwo. Dalsze schodzenie przychodziło nam z dużym trudem. Cesarz nie mógł odżałować utraconej młodzieńczej sprawności i dziwił się, że ja, mimo iż różnica wieku pomiędzy nami jest niewielka, dysponuję większą sprawnością. Powiedziałem mu, że to służba dla niego odmładza mnie.
-"Gdyby nas ktoś widział - stwierdził - rozpoznałby w nas francuską ruchliwość i niecierpliwość. Wydaje mi się, że tylko Francuz może wpaść na taki pomysł".
W końcu, bez tchu dotarliśmy do dna doliny. To, co z góry braliśmy za wydeptaną drogę okazało się szerokim na półtora stopy strumykiem. Zamierzaliśmy go przekroczyć, aby czekać po drugiej stronie na nasze konie, ale twardo i solidnie wyglądające brzegi strumyka zapadły się pod nami niczym lód.
Groziło nam utonięcie w bagnie, byłem już powyżej kolan zanurzony, gdy z dużym wysiłkiem udało mi się wydostać. Cesarz w międzyczasie zanurzony był aż po biodra, a każdy ruch rąk, którymi próbował pomóc sobie w wydostaniu się z błota powodował dalsze osuwanie się w dół. Udało mi się osiągnąć jego rękę i z wielkim trudem z tego bagna wydostać. Mimo woli musiałem zawołać:
-"Bagna spod Arcole, bagna spo Arcole!"
Omawialiśmy niedawno tę część kampanii włoskiej.
Cesarz spoglądał jednak na swoje wybrudzone ubranie i rzekł:
-"Mój drogi, to jest bardzo brudna przygoda. Co powiedziałaby Europa na to, gdybyśmy w tym bagnie utonęli? Świętoszkowie powiedzieliby z pewnością, że piekło nas pochłonęło, karząc nas za nasze grzechy".
W końcu znaleźliśmy nasze konie i pokonując murki i żywopłoty przemierzyliśmy dolinę dzielącą Diane's Peak od Longwood.

Wieczorem Cesarz był zmuszony czekać na kolację. Jako przyczynę opóźnienia podano jakąś błahą sprawę, co Cesarza niezmiernie zirytowało. Później był zły na samego siebie, że dał się wyprowadzić z równowagi; krótko mówiąc, kolacja upłynęła w posępnym nastroju.

Dwa statki, które widziałem dzisiejszego poranka okazały się być angielskie, trzeci pochodził z Ameryki. Dostarczyły nam one gazety noszące datę 9 do 16 października. Po kolacji Cesarz wygłosił mistrzowską analizę otrzymanych informacji o warunkach pokojowych, przekazywaniu w obce ręce twierdz i wrzeniu w miastach.
Oddalił się później; wydarzenia sprzed kolacji ciągle nie dawały mu spokoju.
Wkrótce potem zawołał mnie jednak w celu dalszego czytania otrzymanych gazet. Właśnie miałem rozpocząć czytanie, gdy Cesarz przypomniał sobie o mojej chorobie oczu i zabronił mi lektury. Odpowiedziałem mu, że czytanie nie będzie długie, ale nie chciał o tym słyszeć, zabrał mi gazety, które, jak powiedział mogą poczekać do jutra.
Potem zaczął się przechadzać tam i z powrotem po pokoju i nagle otworzył przede mną swoje serce. Jakże wielki i szlachetny wydał mi się w tym momencie skarg i pretensji! To była jedna z takich chwil, kiedy nie mógł ukryć swojego charakteru, gdy widoczna była cała jego dobroć. Opuszczając go, pomyślałem sobie w duchu słowa, które już niejednokrotnie mi się nasuwały:
-"Mój Boże, jak mało świat zna Cesarza!"

Przy tej okazji chciałbym dodać, że Cesarz jest już sprawiedliwiej oceniany na Św. Helenie. Anglicy, tak nieprzyjaźnie do niego nastawieni, usprawiedliwieni jednak fałszywymi informacjami przedstawionymi im przez władze angielskie, zaczynają mieć o jego charakterze lepszą i bardziej odpowiadającą prawdzie opinię; przyznają, że Napoleon jest zupełnie odmienny od obrazu tego Bonaparte, który został im nakreślony, co podyktowane było kłamstwami i politycznymi interesami.
Wszyscy, którzy mieli możliwość się do niego zbliżyć, wyrażali się o Cesarzu z uznaniem, nawet admirał, przy wszystkich niesnaskach panujących między nami, wielokrotnie już się wyraził, że z całego towarzystwa jest Cesarz najrozsądniejszym i najsprawiedliwszym.
Była w tym stwierdzeniu tylko prawda.

30.12.1815
Dzisiaj rano o ósmej Cesarz kazał mnie zawołać. Dosiedliśmy koni i pogalopowaliśmy przed siebie, nie czekając na naszych towarzyszy. Po drodze napotkaliśmy orzącego chłopa. Cesarz zsiadł z konia i wziął do ręki pług. Własnoręcznie wykonał z niewiarygodną prędkością długą, nieskazitelną bruzdę. Nie powiedział przy tym ani słowa, dopiero po zakończeniu pracy polecił mi dać chłopu napoleodora. Później jeździliśmy bez określonego celu po okolicy.

Podczas spożywanego w ogrodzie śniadania powiedział nam, że chce nam zrobić mały prezent; chciałby, żeby prezent ten był większy, ale okoliczności mu na to nie pozwalają. Chodziło o mała pensję, którą każdy z nas miał miesięcznie otrzymywać, a która płacona miała być z pieniędzy skrzętnie ukrytych przed Anglikami. Trzeba zrozumieć, jak ważne było dla niego posiadanie tego małego skarbu, nie posiadał nic poza tą niewielką sumą. Dlatego nie mogłem się zmusić do przyjęcia tych pieniędzy, co też oznajmiłem mu, gdy zostaliśmy sami. Cesarz roześmiał się słysząc moje stanowczą odmowę, po czym pociągnąwszy mnie za ucho powiedział:
-"No dobrze, jeżeli pan ich nie potrzebuje. Niech pan je więc zachowa dla mnie, w razie potrzeby będę wiedział do kogo mogę się zwrócić".

Dzisiaj nasza mała kolonia powiększyła się o Polaka, kapitana Piątkowskiego. Musieliśmy go pozostawić w Plymouth. Jego oddanie Cesarzowi i jego boleść spowodowana rozłąką pokonała jednak Anglików, którzy pozwolili mu na odwiedzenie Cesarza.

31.12.1815
Asystent gubernatora, pułkownik Skelton, który był zawsze bardzo przychylnie do nas nastawiony odwiedził nas dziś wraz z żoną, aby złożyć Cesarzowi wyrazy szacunku. Po tłumaczonej przeze mnie godzinnej rozmowie, Cesarz zaproponował swojemu gościowi przejażdżkę konną, którą tenże z przyjemnością zaakceptował. Wybraliśmy się zatem w drogę i pocwałowaliśmy doliną dzielącą nas od Diane's Peak. Dla pułkownika droga ta była zupełnie nieznana, uznał ją za męczącą i niezbyt bezpieczną. Cesarz zaprosił go też wraz z żoną na kolację i był dla nich bardzo uprzejmy.

01.01.1816
Dzisiaj jest Nowy Rok. O dziesiątej rano zebraliśmy się wszyscy, żeby Jego Wysokości złożyć życzenia noworoczne. Cesarz wyraził życzenie, abyśmy dzień ten spędzili wspólnie - jak prawdziwa rodzina.
-"Jesteście tylko garstką ludzi zesłanych na koniec świata - powiedział - waszym pocieszeniem musi być wzajemna miłość".
Towarzyszyliśmy mu w ogrodzie, gdzie spacerowaliśmy aż do śniadania.
Później pojechaliśmy do parku, gdzie major Fersen zakomunikował nam, że rozszerzony został obszar w którym wolno nam się swobodnie poruszać.
Wieczorem zjedliśmy wspólnie kolację i graliśmy reversi.
(..............)

04.-08.01.1816
Dzisiaj rano zdałem Cesarzowi relację z naszej wczorajszej wycieczki.
(w dniu poprzednim Las Cases w towarzystwie pani Bertrand zaproszeni byli na obiad do Plantation House, domu gubernatora wyspy - przyp. tłum.
) Pociągnął mnie za ucho i powiedział:
-"Wczoraj pozostawił mnie pan samego. Ale mimo tego spędziłem udany wieczór, niech pan więc nie myśli, że nie mogę się bez pana obejść."
Czarujące słowa, a szczególnie ton w jakim zostały wypowiedziane.

Pogoda w tych dniach była wspaniała, sucho i gorąco. Ale gdzieś około piątej lub szóstej ochładzało się gwałtownie.

Po przybyciu do Longwood Cesarz przerwał swoje codzienne dyktowanie. Dni spędzał na czytaniu w swoim pokoju, około godziny czwartej był czas na toaletę, a potem wyjeżdżał konno w towarzystwie dwóch lub trzech spośród nas. Przedpołudnia ciągnęły mu się, ale takie postępowanie było korzystne dla jego zdrowia. W trakcie tych konnych eskapad odwiedzaliśmy codziennie dolinę i jej okolicę. Domy mieszkalne, które mijaliśmy były ubogie i nędzne, drogi często do tego stopnia nieprzejezdne, że byliśmy zmuszeni zsiąść z koni. Często też musieliśmy przeskakiwać żywopłoty lub mury, co nas jednak nie zatrzymywało.
Zwyczajowo zatrzymywaliśmy się w środku doliny. Tam też odkryliśmy w otoczeniu surowych skał niezwykły kwiat: uroczą dziewczynę piętnasto- lub szesnastoletnią, która mieszkała w skromnym, położonym w pobliżu domu. Pierwszego dnia spotkaliśmy ją odzianą w ubogie, codzienne szaty, ale w następnych dniach ukazała się nam w starannie wyczyszczonym ubraniu, co jednak odebrało temu polnemu kwiatowi dużo uroku. Zatrzymywaliśmy się codziennie w tym miejscu, a Cesarz wymieniał z nią zawsze kilka słów. Nazwaliśmy ją naszą nimfą. Cesarz miał zwyczaj nadawać imiona wszystkiemu, co go otacza. I tak nazwał tę dolinę: doliną ciszy, nasz gospodarz w Briars był Amphyitrionem, major, nasz sąsiad, wysoki na sześć stóp, Herkulesem, Sir Georges Cockburn, gdy Cesarz był w dobrym nastroju, Jego Wysokością Admirałem, lub rekinem, gdy nastrój Cesarza nie był najlepszy.
Nasza nimfa jest bohaterką krótkiej opowieści napisanej przez doktora Wardena, którą przeczytał mi przed jego odjazdem do Europy. Zwróciłem mu wtedy uwagę na popełnione pomyłki, mówiąc:
-"Jeżeli chce pan napisać bajkę, to w porządku, ale jeśli chce powiedzieć prawdę, musi pan wszystko zmienić".
Najwyraźniej uznał, że bajka jest bardziej interesująca i pozostawił swoje opowiadanie w niezmienionej formie.
A tak na marginesie; Napoleon przyniósł naszej nimfie szczęście, jej sława przyciągała wielu na Św. Helenę, jej uroda uczyniła resztę i któregoś dnia została żoną bardzo zamożnego dyrektora Kampanii Indyjskiej.

Po naszych powrotach zastawaliśmy zaproszonych przez Cesarza na ten dzień na kolację gości: pułkownika 53. pułku, oficerów z żonami, admirała albo tę dobrą, piękną i łagodną panią Hodgson, żonę naszego Herkulesa, którą Cesarz któregoś dnia odwiedził w dolinie w Briars, albo innych. Po kolacji Cesarz grał w karty w towarzystwie swoich gości.
Z admirałem Cesarz rozmawiał o stosunkach na wyspie. Admirał poinformował go, że 66. pułk znajduje się w drodze na wyspę w celu wzmocnienia 53. pułku. Cesarz śmiał się z tego i zapytał, czy admirał ma obawy o swoje bezpieczeństwo, jedna duża armata byłaby przecież lepsza niż cały pułk, a bezpieczeństwo zapewnić mogą wyspie tylko okręty.
Admirał zapytał Cesarza o jego zdaniem najsilniejszą twierdzę świata, na co otrzymał odpowiedź, że nie można tego tak łatwo stwierdzić, gdyż o potędze twierdzy decyduje nie tylko jej wyposażenie, ale także inne, trudne z góry do przewidzenia okoliczności. Mimo tego uważa on Strasburg, Lille, Metz, Mantuę, Maltę i Gibraltar za najsilniejsze twierdze.
Słysząc to admirał stwierdził, że w Anglii zakładano przez dłuższy czas, iż Cesarz zaatakuje Gibraltar. Ten odpowiedział:
-"Byliśmy bardzo przezorni nie czyniąc tego. Sytuacja Gibraltaru pasowała do naszej koncepcji, dla Anglii bezużyteczny skrawek, nie może bowiem ani bronić czegokolwiek, ani też czemukolwiek zagrozić. Ulubieniec angielskiej próżności, który może Anglię dużo kosztować, podtrzymujący stale nienawiść Hiszpanii. Postąpilibyśmy bardzo niezręcznie, niszcząc tę sprzyjającą nam kombinację".

10.01.1816
Około czwartej Cesarz kazał mnie zawołać. Zastałem go ubranego w wysokie buty, zamierzał wyjechać konno lub udać się na spacer do ogrodu. Niestety zaczął padać deszcz i nie zanosiło się, że prędko przestanie, postanowiliśmy więc nie wychodzić, a Cesarz będąc dziś w nastroju do pracy postanowił, po czternastu dniach przerwy wznowić swoją pracę. Potrzebował do tego Bertranda; czekając na jego przybycie złożyliśmy wizytę pani de Montholon, z którą Cesarz rozmawiał o wyposażeniu mieszkania i prowadzeniu gospodarstwa domowego. Po oglądnięciu poustawianych wkoło sprzętów domowych stwierdziliśmy, że ich wartość nie przekracza 30 napoleonów. Później oglądnęliśmy też pozostałe pomieszczenia. Wspięliśmy się też po stromych jak okrętowe schodach i zatrzymaliśmy się u drzwi pokoju Marchanda.
-"Wejdźmy zobaczyć jego apartament - stwierdził Cesarz - słyszałem, że urządził się jak mała kokietka".
Zapukaliśmy; Marchand był obecny; pokój jego był bardzo czysty i przytulny, ściany ozdobione były pomalowanymi przez Marchanda paskami papieru.
Cesarz kazał sobie też otworzyć szafy. Znajdowało się tam jego ubranie, w ograniczonej ilości, lecz mimo tego Cesarz zdumiony był własnym bogactwem. Zobaczyliśmy mundur podarowany mu przez mieszkańców Lyonu za czasów Pierwszego Konsulatu i płaszcz spod Marengo, który w przyszłości okryje jego zwłoki.
-"Ile par ostróg posiadam?" - zapytał Cesarz biorąc jedne do ręki.
-"Cztery pary"- odpowiedział Marchand.
-"Czy jest między nimi jakaś różnica?"
-"Nie, Sire".
-"Chciałbym jedną parę podarować Las Cases'owi. Czy te tutaj są stare?"
-"Tak, Sire, prawie zużyte, służyły Waszej Wysokości pod Dreznem i Paryżem".
-"Niech pan je weźmie" - stwierdził, zwracając się do mnie.
Klęcząc przyjąłem ostrogi pamiętające wspaniałe dni Chapaubert, Montmirail, Nangis, Montereau i powiedziałem:
-"Wasza Wysokość pasuje mnie na rycerza, ale jak mogę na te ostrogi zasłużyć? Wielkich czynów z orężem w ręku nie mogę dokonać, a moją całą miłość, przywiązanie i wierność już Tobie, Sire oddałem".
Ale Cesarz chciał pracować, a Wielki Marszałek nie przybywał.
-"Czy nie może pan już w ogóle pisać?- zapytał mnie - czy stracił pan kompletnie wzrok?"
-"Tak, Sire - odpowiedziałem - a moim nieszczęściem jest, że straciłem go opisując kampanie włoskie, nie mając jednak tego szczęścia w nich uczestniczyć".
Pocieszał mnie, że spokój i czas polepszy mój wzrok. Potem kazał zawołać generała Gourgaud, żeby jemu dyktować.

11.01.1816
Około wpół do pierwszej zobaczyłem gromadę jeźdźców zbliżających się do naszego domu. Był to admirał Taylor z orszakiem; dzień wcześniej wylądował na wyspie, będąc w drodze z Przylądka do Europy. Wśród towarzyszących mu kapitanów był jego syn, który stracił rękę pod Trafalgar, gdzie jego ojciec dowodził okrętem Tonnant.
Admirał przybył, żeby złożyć Cesarzowi uszanowanie. Posmutniał, gdy mu zameldowano, że Cesarz jest chory i nie może go przyjąć. Zwróciłem mu uwagę, że klimat w Longwood szkodzi zdrowiu Cesarza. Był to jednak niewłaściwy moment na tego typu uwagę, gdyż tego dnia panowała wspaniała pogoda, błękitne niebo, całe otoczenie zakwitło w pełni zwodniczym przepychem. Admirał zwrócił mi uwagę na panującą pogodę, na co odpowiedziałem z zatroskaną miną:
-" Oczywiście panie Admirale! Dzisiaj i dla pana, który pozostanie tutaj tylko kilka dni!"
Troska moja była tak widoczna, że admirał przeprosił mnie i poprosił, aby nie brać mu za złe jego pochopnych słów.

12.-15.01.1816
(..............)

16.01.1816
O trzeciej godzinie Cesarz będący w trakcie ubierania kazał mnie zawołać, żebym mu dotrzymywał towarzystwa. Stwierdził, że wstydzi się swojej nieznajomości języka angielskiego. Zapewniłem go, że umiałby dzisiaj przeczytać wszystkie angielskie teksty, gdybyśmy kontynuowali naukę, rozpoczętą w okolicach Madeiry. Sam też był o tym przekonany, zobowiązał mnie przeto, do zmuszania go, aby dziennie poświęcił godzinę czasu na naukę tego języka. Przy tej okazji napomknąłem, że akurat przystąpiłem do wykładania mojemu synowi matematyki, przedmiotu, który był mocną stroną Cesarza. Zdziwiło go, jak mogę próbować uczyć syna nie mając do dyspozycji ani zeszytu ani książki, a poza tym był zdania, że jestem zbyt słaby w matematyce. Zapowiedział więc, że sporadycznie sam będzie kontrolował nauczyciela i ucznia. Był zaskoczony, że w liceach naukę matematyki rozpoczyna się tak późno. W czasie, kiedy on zmuszony był prowadzić wojny, z winy pana de Fontanes zniweczono wszystkie jego plany dotyczące nauki na uniwersytetach.

17.01.1816
Dzisiaj Cesarz wziął pierwszą lekcję angielskiego. Ponieważ obiecałem mu, że w ciągu miesiąca będzie w stanie samodzielnie przeczytać gazetę, postanowiłem zapoznać go z nią już na wstępie naszej nauki. Sporządziłem mu tabelę z rodzajnikami i czasownikami, którą wraz ze słownikiem wykorzystał do przetłumaczenia krótkich tekstów. Wytłumaczyłem mu reguły gramatyki występujące w tych tekstach. Udało mu się też sformułować kilka zdań, co sprawiło mu większą radość niż tłumaczenia.
Po nauce udaliśmy się do ogrodu, gdzie usłyszeliśmy kilka strzałów. Podejrzewałem mojego syna o polowanie w ogrodzie, ale nie miałem racji: za pomocą hałasu wywołanego strzałami tresowano cesarskie konie.
Gdy po kolacji piliśmy kawę, Cesarz położył dłoń na mojej głowie celem oszacowania mojego wzrostu i powiedział:
-"W porównaniu z panem jestem olbrzymem"
-"Wasza Wysokość nie jest jedyna - odpowiedziałem - dlatego nie wzrusza mnie to zanadto".
Cesarz nie lubił tego typu frazesów, zmienił więc natychmiast temat rozmowy.

18.-20.01.1816
Nasze życie jest coraz bardziej jednostajne. Przed południem Cesarz nie wychodzi z domu, o drugiej godzinie odbywa się lekcja angielskiego, następnie spacer w ogrodzie i przejażdżka konna; przeglądanie rozdziałów dotyczących kampanii włoskich i egipskiej przed obiadem, później lektura wszelkiego rodzaju.
20 stycznia Cesarz przyjął gubernatora Wilks'a, z którym rozmawiał na temat angielskiej armii, angielskiej nauki i administracji oraz o Indiach. Wyraził swoje zdziwienie, że w narodzie w którym przed prawem są wszyscy równi, szeregowi żołnierze tak rzadko otrzymują nominacje oficerskie. Pułkownik Wilks przyznał, że prości angielscy żołnierze nie są stworzeni do zostania oficerami, a z drugiej strony wielu Anglików nie potrafi zrozumieć, że w armii francuskiej niemalże każdy żołnierz może tak wysoko awansować.
-"To skutek systemu rekrutacji do armii - stwierdził Cesarz - które utworzyły armię francuską, jakiej dotychczas jeszcze nie było. System obowiązkowego poboru jest z punktu widzenia interesów narodowych znakomitym rozwiązaniem, tylko matki nie chcą go jeszcze zaakceptować. Już niedługo, a żadna dziewczyna nie poślubi mężczyzny, który nie wypełnił tego obowiązku wobec ojczyzny. We Francji służba wojskowa nie będzie wkrótce karą lub pańszczyzną, lecz zaszczytem. To uczyni naród wielkim, silnym, ambitnym i zdolnym do obrony. Dodatkowo można od Francuzów w chwili zagrożenia wszystkiego wymagać, zagrożenie podnosi ducha w narodzie. Odziedziczyliśmy to chyba po starych Galach. Odwaga i umiłowanie sławy leży w naturze francuskiej, są szóstym zmysłem. Jakże często spoglądałem z dumą na moich młodych rekrutów, bijących się po raz pierwszy. Honor i odwaga promieniowały wprost z nich".
Potem Cesarz, wiedząc, że jest to mocna strona gubernatora, poruszył temat chemii. Poinformował go o zrobionym dzięki rozwojowi tej dziedziny postępie francuskich manufaktur. Anglia i Francja posiadały wybitnych chemików, jednak wysiłek francuskich uczonych skierowany był w kierunku efektów praktycznych, natomiast w Anglii liczyła się tylko teoria.
Gubernator Wilks potwierdził cesarskie spostrzeżenia. Dodał też łaskawie, że to wielkie szczęście dla nauki i dobrodziejstwo dla społeczeństwa, gdy głowa państwa kieruje rozwojem nauk. Cesarz dodał, że w ostatnich latach udało się we Francji wyprodukować cukier z buraka cukrowego tej samej jakości i w tej samej cenie jak cukier z trzciny cukrowej. Gubernator był tym wielce zaskoczony, nie uważał tego bowiem za możliwe. Wiedząc o istniejącym ogólnie sceptycyzmie, Cesarz podkreślił ponownie prawdziwość tego faktu i dodał, że podobnie jest z pastelem jako środkiem zastępującym indygo. Twierdził też, że o ile wynalezienie kompasu wywołało rewolucję w handlu, to rozwój chemii wywołać może kontrrewolucję w tej materii.
Rozmawiali później o masowej emigracji robotników francuskich i angielskich do Ameryki. Cesarz stwierdził, że ten uprzywilejowany kraj korzysta z naszego dziwactwa. Gubernator uśmiechnął się i dodał, że angielskie błędy otworzyły ten korowód, ponieważ fałszywe posunięcia ministrów doprowadziły do wybuchu licznych powstań w koloniach i do ich wyzwolenia się spod angielskiego panowania. Cesarz stwierdził na to, że powstań w koloniach nie da się uniknąć, gdyż dzieci, które przerosły rodziców, nie pozwolą im na dalsze sobą kierowanie.
W ten sposób dotarli w ich rozmowie do Indii. Gubernator zajmował tam przez wiele lat wysokie stanowiska, orientował się zatem bardzo dobrze w zagadnieniach tego kraju. Rzeczowo odpowiedział na wiele pytań postawionych przez Cesarza dotyczących praw, obrzędów i obyczajów hinduskich, angielskiej administracji itd. Anglicy mieszkający w Indiach podlegają prawodawstwu angielskiemu, natomiast dla miejscowej ludności przeróżne urzędy Kompanii wydały przepisy prawne bazujące w swoich podstawach, o ile to możliwe, na prawach tubylczych. Dzięki angielskiemu panowaniu, narody tam żyjące są dzisiaj szczęśliwsze niż w przeszłości.

Wieczory nasze wypełnione są lekturą Delphine autorstwa Madame de Stael, dzieła, które Cesarz analizuje aż do najmniejszego szczegółu. Niewiele zyskuje jego aprobatę, w książce widoczne są te same błędy, które już w przeszłości były powodem zachowania dystansu do jej autorki, mimo iż ta usilnie starała się przybliżyć do osoby Cesarza.

21.01.1816
W końcu mogłem się wprowadzić do mojego nowego mieszkania. Na wiecznie mokre podłoże położono deski tworząc w ten sposób długą na 18 i szeroką na 11 stóp podłogę. Z ubitej ziemi wzniesiono na stopę gruby mur, który możnaby jednym kopnięciem przewrócić. Na wysokości siedmiu stóp położono dach zbudowany z posmołowanych desek. To jest mój nowy pałac. Jest podzielony na dwa pomieszczenia; w jednym znalazło się miejsce dla dwóch łóżek, komody i krzesła; drugie jest pokojem do pracy i salonem, w którym stoją dwa biurka dla mnie i mojego syna, kanapa i dwa krzesła; to wszystko. W czasie deszczu woda przenika przez szpary w ścianach, a i dach ma swoje nieszczelności.
Pierwszą noc w nowym domu spędziłem bezsennie, co było wynikiem mojego złego samopoczucia i zmieniona pozycja mojego łóżka.
O 7. godzinie poinformowano mnie, że Cesarz życzy sobie udać się ze mną na przejażdżkę konną. Kazałem mu przekazać, że jestem niedysponowany i potrzebuję spokoju. Ale już kilka minut później ktoś wtargnął do mojego pokoju, odsłonił zasłony i skarcił mnie za lenistwo. Po chwili dodał, widząc jak niewielki jest mój pokój i poczuwszy panujący w nim zapach farby, że miejsce to nie nadaje się na sypialnię dla dwóch osób, mam więc zrezygnować z tych luksusów i powrócić do spania w gabinecie topograficznym; jeżeli będę tam moją obecnością przeszkadzał zostanie mi to powiedziane.
Nietrudno się domyślić, że osobą mówiącą te słowa był sam Cesarz.
Wyskoczyłem czym prędzej z łóżka, ubrałem się i natychmiast wyzdrowiałem.
Ale On był już daleko i musiałem szukać go na otaczających Longwood polach.

22-26.01.1816
Każdego dnia padał deszcz. Przejażdżka konna była prawie niemożliwa; tylko raz odwiedziliśmy dolinę; drogi były nie do przebycia. Z tego samego powodu nie można było też używać powozu, musieliśmy więc ograniczyć się do spacerów w ogrodzie.
Skupiliśmy zatem naszą uwagę na pracy, Cesarz pilnie uczył się angielskiego. Przedpołudnia spędzał przeważnie na czytaniu. Czytał całe dzieła, nie męcząc się przy tym np. Listy Madame de Sévigné, Karol XII, Paul et Virginie, historię rewolucji rzymskich i inne.
(..............)

27.01.1816
Cesarz wyjechał o piątej godzinie, był wspaniały wieczór, a ponieważ chciał przedłużyć przejażdżkę, zapytał, czy można dostać się na drugą stronę doliny skąd widoczny jest obóz angielski. Poinformowano go, że jest to niemożliwe, skierowaliśmy się więc w kierunku domu. Aż nagle, zdając sobie sprawę ze znaczenia słowa " niemożliwe", o którym zawsze mówił, że nie istnieje ono w języku francuskim, rozkazał kontynuować pierwotny kierunek jazdy. Wysiedliśmy wszyscy, tylko pusty powóz posuwał się naprzód pokonując wszystkie napotkane przeszkody.
Wróciliśmy uradowani do domu z wrażeniem powiększenia naszej posiadłości.

W czasie kolacji rozmawiano o różnych epizodach wojennych. Wielki Marszałek powiedział, że nigdy nie obawiał się tak o życie Cesarza jak w trakcie bitwy pod Eylau, gdy Cesarz stojąc w towarzystwie zaledwie kilku oficerów sztabu został niespodziewanie zaatakowany przez pięciotysięczną kolumnę rosyjską. Książę Neufchâtel kazał natychmiast przyprowadzić konie, za co został zgromiony wzrokiem przez Napoleona, który rozkazał przywołać stojący w oddali batalion gwardii. Rosjanie byli coraz bliżej, Cesarz nie ruszał się jednak z miejsca. W końcu pojawili się grenadierzy - w ostatnim momencie - Rosjanie zatrzymali się; Cesarz cały ten czas pozostawał w bezruchu, tylko otaczającym go przechodziły ciarki po plecach.
Cesarz przysłuchiwał się opowiadaniu bez żadnego komentarza. Po chwili stwierdził:
-"Sukces uzależniony jest od chwilowej inspiracji i natchnienia. Nie zwyciężyłbym pod Austerlitz, gdybym zaatakował 6 godzin wcześniej. Rosjanie mieli tam tak znakomite formacje, jakie później więcej nie spotkałem. Rosjanie spod Austerlitz nie przegraliby bitwy nad Moskwą.
Austriacy bili się najlepiej pod Marengo, ich oddziały były tam wspaniałe. Nigdy później nie osiągnęli tego poziomu.
Prusacy pod Jeną nie walczyli tak, jak można się było na podstawie panującej o nich opinii spodziewać.
W każdym razie, armie z lat 1814 i 1815 były tylko motłochem w porównaniu z tymi spod Marengo, Austerlitz i Jeny".
W dzień bitwy pod Jeną, opowiadał Cesarz dalej, znalazł się on w największym niebezpieczeństwie. Mógł zniknąć i nikt nie wiedziałby, co się przytrafiło. W ciemności udał się w towarzystwie tylko kilku oficerów na rozpoznanie nieprzyjacielskich biwaków. Wysokie mniemanie, które miano o armii pruskiej nakazywało zachowanie najwyższej ostrożności, liczono się bowiem z możliwością nocnego ataku. W trakcie powrotu francuska placówka oddała strzał w jego kierunku, podchwycony natychmiast przez pozostałe posterunki. Cesarzowi nie pozostało nic innego, jak rzucić się na ziemię i odczekać wyjaśnienia pomyłki, z nadzieją, że stojące w bliskiej odległości placówki pruskie nie otworzą ognia, czego też ku radości Cesarza nie uczyniły.
Pod Marengo austriackim żołnierzom tkwił jeszcze w pamięci zwycięzca spod Castiglione, Arcole i Rivoli. Powiedziano im jednak, że Bonaparte zginął w Egipcie, a Pierwszy Konsul, o którym ciągle jest mowa, to brat poległego. Ta plotka była tak rozpowszechniona, że Bonaparte czuł się zmuszony do publicznego wystąpienia w Mediolanie.
Z bitewnych pól utknęły mu w pamięci dwa wspomnienia, które utrwaliły się na zawsze: śmierć młodego Guiberta i śmierć generała Corbineau. Ten pierwszy został trafiony kulą armatnią w pierś, stojąc podczas bitwy pod Abukirem tuż obok Napoleona. Nie zmarł natychmiast, a Cesarz musial się odwrócić, nie był w stanie patrzeć na nieszczęśnika. Tego drugiego kula armatnia rozerwała przed obliczem Cesarza w momencie odbierania rozkazów podczas bitwy pod Eylau.

Cesarz wspomniał też o ostatnich chwilach marszałka Lannes'a, dzielnego księcia Montebello, nazywanego słusznie Rolandem Armii, którego Cesarz odwiedził krótko przed jego śmiercią. Cesarz był dla niego niezwykle wyrozumiały.
-"W pierwszych latach był niczym więcej jak zwykłym wojakiem - powiedział - ale miał najwięcej talentu".
Ktoś stwierdził, że interesowałoby go, jakie zachowałby się marszałek w ostatnich latach Cesarstwa.
-"Nauczyłem się niczego nie być całkowicie pewnym - rzekł w odpowiedzi Cesarz - ale nie wydaje mi się za możliwe, aby pozwolił on sobie na splamienie honoru swojego i służby. A poza tym wierzę, że przy swojej odwadze nie dożyłby ostatnich lat, lub przynajmniej zmuszony byłby z powodu odniesionych ran wycofać się z pierwszej linii. Ale gdyby pozostał do końca, byłby jednym z tych ludzi, którzy zdolni byli zmienić przebieg wydarzeń".
Cesarz zmienił temat wspominając Duroca, jego charakter i życie prywatne.
-"Duroc - mówił - był namiętny, wrażliwy i skryty, o co trudno było go podejrzewać, sądząc z jego chłodnej powierzchowności. Ja również długo tkwiłem w nieświadomości; wypełniał swoje obowiązki sumiennie i dokładnie i dopiero gdy mój dzień się skończył, zaczynał się jego. Duroc był czysty i pełen zasad moralnych, całkowicie niezainteresowany przyjmowaniem czegokolwiek i hojny w rozdawaniu".
Cesarz stwierdził, że rozpoczynając kampanię drezdeńską stracił w głupi sposób dwóch niezwykle cennych ludzi: byli to Bessieres i Duroc. Mówiąc to próbował stworzyć wrażenie objętnego, co nas jednak nie zwiodło.
Rozmawiając ze śmiertelnie rannym marszałkiem dworu próbował wzbudzić w nim nadzieję, co Duroc, nie dając się zwieść skwitował jedynie prośbą o opium. Wzruszony tymi słowami Cesarz nie był w stanie dłużej pozostać u boku umierającego i opuścił tę rozrywającą jego serce scenę. Jeden z nas, przypominając sobie tamten wieczór wspomniał, że Cesarz, do którego nikt nie miał odwagi się zbliżyć, spędził go na niespokojnej wędrówce po namiocie. A przecież musiały zostać podjęte decyzje dotyczące dnia następnego.; ktoś zaryzykował więc udając się do Cesarza z pytaniem o dyspozycje co do ustawienia artylerii gwardii. Jutro, padła odpowiedź.
Cesarz, głęboko poruszony tym wspomnieniem, dodał po chwili:
-"Duroc należał do tych ludzi, których docenia się dopiero po ich utracie".

Duroc urodził się w Nancy, w departamencie Meurthe. Napoleon poznał go podczas oblężenia Toulon. Od tego czasu prawie się nie rozstawali. Już gdzieś o tym wspominałem, że Napoleon darzył Duroca ślepym zaufaniem. Był on obdarzony zdolnością doskonałego oceniania ludzi i sytuacji, ale nie błyszczał, gdyż nieznana była jego skromność i charakter wypełnianych przez niego obowiązków.

28-31.01.1816
Nasze dni upływały smętnie i jednostajnie. Nuda, wspomnienia i melancholia to niebezpieczni wrogowie. Praca była naszym jedynym pocieszeniem, naszą jedyną ucieczką. Cesarz z dużą regularnością wykonywał narzucone sobie obowiązki. Dużego znaczenia nabrała u niego nauka angielskiego, każdego dnia poświęcał jej dwie godziny, czasami z zadziwiającą gorliwością, czasami z niechęcią. Z niepokojem obserwowałem te zmiany nastroju. Największe znaczenie miało dla mnie osiągnięcie widocznych efektów, codziennie niemalże rodziła się we mnie obawa, że porzuci naukę. Oznaczałoby to, że przysporzyłem mu jedynie nudnej, nieefektywnej pracy, bez uzyskania obiecanego, cennego rezultatu. Znajomość języka angielskiego byłaby bowiem dla niego wartościowym nabytkiem. Dawniej, jak sam mówił proste tłumaczenia kosztowały go setki tysięcy franków, nie mając przy tym żadnej pewności, czy są poprawne. Dzisiaj słyszymy wkoło ten język, jesteśmy otoczeni stertami angielskich gazet i książek. Wszystko, co Cesarz na kontynencie zainicjował, wszystkie przemiany, które przeprowadził, zostały w angielskich pismach przedstawione z przeciwstawnej pozycji. Ten inny punkt widzenia mógł on jedynie gruntownie poznać po opanowaniu języka. Dodatkowym argumentem było znudzenie wielokrotnie już czytanymi francuskimi książkami, które były w naszym posiadaniu. Nie mieliśmy praktycznie żadnych możliwości powiększenia naszego księgozbioru, w przeciwieństwie do dużej ilości stojących do naszej dyspozycji książek angielskich.
Z innej strony można zrozumieć niechęć, jeszcze niedawno wszechmocnego Cesarza, do zajmowania się dzisiaj koniugacją i deklinacją. Wymagało to z jego strony wykazania dużej odwagi, z mojej natomiast zastosowania wszystkich możliwych wybiegów i podstępów. Im większy umysł, tym niechętniej zajmuje się on drobnymi szczegółami. Cesarz opanował z zadziwiającą łatwością wszystko, co związane było z logiką języka, miał jednak duże problemy z jego składnią. Posiadał dar szybkiego pojmowania, ale bardzo złą pamięć; to ostatnie niezmiernie go irytowało, odnosił bowiem wrażenie nierobienia jakichkolwiek postępów. Wystąpiła jeszcze jedna trudność: te same litery, te same sylaby wymagały innej wymowy, a mój uczeń uznawał tylko jedną wymowę, a mianowicie francuską.
W tej sytuacji Cesarz mówił językiem angielskim, który tylko ja rozumiałem. Ale co najważniejsze, potrafił przeczytać tekst angielski oraz w ostateczności również przelać swoje myśli na papier; to było już bardzo dużo!

Poza nauką Cesarz regularnie pracował z Wielkim Marszałkiem nad opisaniem kampanii egipskiej. Kampanie włoskie były zakończone. Od czasu do czasu dyktował też panom Gourgaud i Montholon inne wątki, które mu się akurat nasuwały. Przy tych wszystkich zajęciach zaniedbywał jednak ruch, spacerował niewiele, wyjeżdżał tylko bryczką, prawie nigdy konno.

30. stycznia Cesarz zażyczył sobie pojechać konno do Doliny Milczenia, co już dawno się nie zdarzyło. Znajdowaliśmy się już na dnie doliny, gdy na naszej drodze natknęliśmy się na barierę z cienkich belek, przeznaczoną dla zwierząt. Cesarski służący, wierny Ali zsiadł z konia, aby utorować nam drogę. Ale w czasie, gdy my przekraczaliśmy przeszkodę, koń jego oddalił się i wpadł w bagno, podobne do tego, w którym krótko po naszym przybyciu do Longwood o mało nie utopiłby się sam Cesarz. Służący dogonił nas i poinformował, że pozostanie na miejscu, aby ratować swojego wierzchowca. Znajdowaliśmy się akurat w tak wąskim miejscu, że zmuszeni byliśmy jechać jeden za drugim. Z tej też przyczyny, Cesarz znajdujący się na czele naszej małej grupy nie był świadkiem tego zajścia. Dopiero później, domyśliwszy się z naszej rozmowy przebiegu wydarzenia, czynił nam wyrzuty, że nie pozostaliśmy na miejscu. Posłał też natychmiast Wielkiego Marszałka i Gourgaud do pomocy, a sam zsiadł z konia, zarządzając przerwę. W oczekiwaniu na towarzyszy udał się na mały pagórek. Stał tam pogwizdując, samotna sylwetka na tle martwej, ponurej okolicy. I ten człowiek, pomyślałem mimowolnie, jeszcze do niedawna miał w dłoni berło i koronę na głowie! Iluż panujących leżało u jego stóp! ...A mimo tego, jest on dla nas, którzy go codziennie widzimy i słyszymy, większy niż był kiedykolwiek dotąd! Służymy mu nieodmiennie jak dawniej, kochamy jednak o wiele intensywniej!...

W międzyczasie nadjechali Wielki Marszałek i Gourgaud relacjonując, że koń został wspólnymi siłami uratowany. Po upływie kilku minut Cesarz zapytał ponownie o służącego, który według wyjaśnień generała pozostał w tyle, aby oczyścić po przygodzie w bagnie siebie i konia. Gdy dotarliśmy do Longwood okazało się, że Ali wybierając inną drogę był w domu przed nami.
Opisałem tak dokładnie to drobne wydarzenie, było ono bowiem w moich oczach charakterystyczne dla Cesarza. Kto potrafiłby w opisanym człowieku, wykazującym tyle ojcowskiej troski o swojego służącego rozpoznać tylokroć opisywane bezduszne, złośliwe i okrutne monstrum?

Podobną sytuację opisuje doktor O'Meara:
Życie Ciprianiego, majordomusa Longwood chyliło się ku końcowi. Cesarz kochał swego rodaka za jego bezgraniczne oddanie. Był szczerze zmartwiony i często pytał o stan zdrowia wiernego sługi. W dzień przed jego śmiercią około północy kazał mnie Cesarz zawołać. Opisałem mu stan zdrowia chorego podkreślając szczególnie apatię w którą zapadł mój pacjent.
-"Jak pan sądzi - zapytał mnie Cesarz - gdybym Ciprianiego odwiedził, czy obudziłoby go to z letargu i poprawiło stan jego zdrowia?"
Odpowiedziałem Cesarzowi, że chory jest jeszcze przytomny, ale znając jego uwielbienie i miłość do Cesarza, obawiam się, że na jego widok chory może podjąć próbę podniesienia się z łóżka, a tego wysiłku jego organizm mógłby nie wytrzymać.
-"Więc muszę niestety z tego zrezygnować - powiedział Cesarz po chwili namysłu - lekarz ma zawsze ostatnie słowo".

01.02.1816
Rozsądna filozofia życiowa pozwala nam niekiedy rozpoznawać te lepsze strony naszej sytuacji. W tym sensie wypowiedział się dzisiaj Cesarz w czasie naszego spaceru w ogrodzie; biorąc pod uwagę tylko samo miejsce naszego wygnania, jest Św. Helena w sumie najlepszym miejscem. W innych szerokościach geograficznych narażeni bylibyśmy albo na zimno albo na tropikalny skwar.
-"Skała Św. Heleny - mówił - jest z pewnością nieurodzajna i dzika, jej klimat niezdrowy, a życie tutaj monotonne, ale temperatury, to trzeba przyznać, nadzwyczaj łagodne".
Żeby pokazać pełny obraz naszego wygnania muszę dodać, że poinformowano nas dzisiaj o ograniczeniach w dostawach lub nawet w niektórych wypadkach o konieczności rezygnacji z niektórych artykułów pierwszej potrzeby. I tak zmniejszyły się zapasy kawy, której wkrótce całkiem zabraknie; to samo z cukrem i innymi produktami. Naszą wyspę można porównać ze statkiem na morzu. Jeżeli rejs przeciąga się, a załoga jest zbyt liczna, kończą się zabrane zapasy. Nasze przybycie wystarczyło, aby zakłócić równowagę na wyspie, tym bardziej, że statkom handlowym zabroniono zbliżać się do niej. Najgorsze jest jednak, że grozi nam brak papieru; wszystkie sklepy na wyspie zostały już wykupione.
Dokładając do tych trosk materialnej natury jeszcze fizyczne i moralne niedostatki; biorąc na przykład pod uwagę fakt, że samowola i kaprys odcięły nas od tej części wyspy, w której przeważają zielone łąki i cieniste drzewa, trzeba przyznać, że położenie nasze jest godne litości.
Admirał obiecał Cesarzowi możliwość poruszania się po całej wyspie w towarzystwie bardzo dyskretnej, trudnej do zauważenia przez więźnia eskorty, ale już przy drugim razie obietnica ta została złamana. Od tego czasu Cesarz zrezygnował z wyjazdów, tak więc byliśmy odcięci od kontaktów z innymi.
Nasze potrzeby życiowe zaspakajane były najgorszymi produktami; z jednej strony spowodowane to było niemożliwością zapewnienia lepszego zaopatrzenia, ale z drugiej winne temu były złe metody administracyjne. Dostarczane nam wino nie nadawało się do picia, olej był niezdatny do spożycia, cukier i kawa były na ukończeniu. Ostatecznie można z wszystkiego zrezygnować nie umierając przy tym. Ale jeżeli przekonuje się nas przy tym, że jesteśmy wspaniałomyślnie traktowani i próbuje nam wmawiać, że znajdujemy się w uprzywilejowanej sytuacji, to musimy przeciw takiemu traktowaniu głośno zaprotestować, podkreślając nasz niedostatek.
Jeżeli nasze milczenie ma świadczyć o naszym zadowoleniu, to należy przy tym zaznaczyć, że przyczyną tego jest uodparniająca nas siła moralna, którą trudno jest jednak opisać słowami.

02.02.1816
Mój syn już od dłuższego czasu cierpi na zakłócenia rytmu serca. Wypytałem trzech lekarzy, wszyscy zalecili upuścić mu krwi. Metoda ta jest ostatnio bardzo popularna wśród Anglików i zalecana przy wszelkiego rodzaju schorzeniach. Śmieją się widząc nasze zdumienie.
Około południa udaliśmy się na przejażdżkę. Po naszym powrocie Cesarz kazał zaprezentować sobie konia, którego właśnie kupił. Wierzchowiec był bardzo dobry, o nienagannej postawie. Cesarz pooglądał konia, stwierdził, że jest bez zarzutu i natychmiast z łaskawymi słowami podarował go mnie.
Niestety nie mogłem z tego podarunku skorzystać, koń miał bowiem wszystkie możliwe przywary. Przeszedł więc w ręce generała Gourgaud, który był lepszym niż ja jeźdźcem.

03.-06.02.1816
Trzeci lutego był odrażający, padało przez cały dzień, niemożnością było zrobienie kroku na zewnątrz. Następne dni też nie były lepsze. Nie sądziłem, że może tutaj nastąpić tak długi okres, który trzeba ze względu na pogodę spędzić w domu.
Wilgoć wciska się wszędzie, deszcz przenika już nawet przez dach. Najwyraźniej wpływa pogoda panująca na zewnątrz też na nastrój panujący wewnątrz; nie jestem w stanie ukryć mojego smutku.
-"Co panu brakuje? - zapytał mnie Cesarz któregoś dnia - od pewnego czasu jest pan zmieniony. Kryzys moralny? Martwi się pan podobnie jak Madame de Sévigné?
-"Sire, - odpowiedziałem - mam kłopoty zdrowotne, stan moich oczy przeraża mnie na śmierć. Ale moją siłę woli trzymam mocno w cuglach, jak będzie trzeba założę jej jeszcze wędzidło, a Wasza Wysokość podarował mi ostrogi, których w ostateczności też użyję".
W czasie pory deszczowej Cesarz poświęcał trzy, cztery, nawet pięć godzin dziennie na naukę angielskiego, robiąc ogromne postępy. Cieszył się z tego jak dziecko. Przy stole powiedział, że zawdzięcza m n i e opanowanie niezwykle cennej dziedziny nauki. Nie było w tym wprawdzie mojej zasługi, pomijając fakt, że był to mój pomysł, przy którym obstawałem i dodawałem Cesarzowi odwagi. W chwilach cesarskiego zwątpienia nie rezygnowałem i zachęcałem.
-"Ja muszę mieć jakiś impuls - powiedział mi kiedyś w zaufaniu - tylko zadowolenie ze zrobionych postępów podtrzymuje mnie na duchu, gdyż, mój drogi, musimy przyznać, że nasz pobyt tutaj nie sprawia nikomu przyjemności, a nasze życie nie jest dla nikogo powodem do śmiechu".

Od pewnego czasu Cesarz grał kilka partii szachów przed kolacją. Po posiłkach powróciliśmy znowu do gry w reversi, w które przez dłuższy czas nie graliśmy. Ponieważ dawniej płacenie odbywało się nieregularnie, uzgodniliśmy utworzenie wspólnej kasy, z której nazbierane pieniądze przeznaczone zostaną na jakiś określony cel. Cesarz pytał każdego o zdanie. Jednogłośnie przyjęta została zrobiona przez jednego z nas propozycja, aby za zebrane w ten sposób pieniądze wykupić najładniejszą niewolnicę mieszkającą na wyspie. Z zapałem przystąpiliśmy natychmiast do gry, która w pierwszy wieczór przyniosła dochód w wysokości dwóch i pół napoleona.

07.-08.02.1816
Fregata Thébaine przybyła z Przylądka i dostarczyła nam nowe gazety; podczas naszego spaceru w ogrodzie tłumaczyłem Cesarzowi ich treść. Jedna z nich opisywała wielką katastrofę: Murat wylądował z grupką ludzi w Kalabrii, został tam aresztowany i rozstrzelany. Cesarz słysząc tę niespodziewane słowa chwycił mnie za ramię i wykrzyknął:
-"Kalabryjczycy są bardziej humanitarni niż ci, którzy nas tutaj posłali".
To było wszystko. Po upływie kilku chwil, gdy on nic nie powiedział, kontynuowałem.

Wyglądało na to, że Murat, który nie potrafił dobrze ocenić ludzi i sytuacji, nie był stałym w swoich poglądach, zginął podejmując próbę, która z góry skazana była na niepowodzenie. Niewykluczone, że powrót Napoleona z Elby zbudził w nim nadzieję dokonania cudu na własną rękę. Zginął z ręki tych, którzy byli główną przyczyną naszego nieszczęścia. W 1814 roku mogłaby jego odwaga, jego zuchwałość podnieść nas z przepaści w którą wpadliśmy z powodu jego zdrady; on zneutralizował wicekróla na nizinie Padu; gdyby zamiast się wzajemnie zwalczać, wspólnie przekroczyli doliny Tyrolu i przez Bazyleę wkroczyli na niziny Renu, osiągnęliby tyły armii koalicji, zmuszając je do wycofania się z Francji.

W czasie pobytu na Elbie Cesarz unikał wszelkiego kontaktu z królem Neapolu; jednak w momencie opuszczenia wyspy poinformował go o swoim zamiarze odzyskania tronu, zaznaczając z zadowoleniem, że nie widzi żadnych barier, które by ich dzieliły; wybacza mu jego postępowanie, zwraca mu wszystkie tytuły i posyła do niego kogoś, kto potwierdzi wszystkie te gwarancje; zalecił mu równocześnie ograniczenie jego aktywności do trzymania w szachu Austrii w przypadku podjęcia przez armię austriacką prób marszu na Francję. W tych okolicznościach Murat ogarnięty zapałem, tak charakterystycznym dla niego w młodości, odmówił przyjęcia jakichkolwiek gwarancji i traktatów, oświadczając, że wystarczy mu cesarskie słowo i przyjaźń. Jego oddanie, jego zapał pozyska dla niego, jak stwierdził wybaczenie za błędy przeszłości.
-"Ale przeznaczeniem Murata - powiedział Cesarz - było wyrządzanie nam szkód. On, opuszczając nas przyczynił się do naszego losu i on też, swoją nadgorliwością spowodował naszą powtórną klęskę; stracił całkowicie poczucie rzeczywistości; zaatakował na własną rękę Austriaków, nie posiadając rozsądnego planu, nie dysponując wystarczającymi środkami, co spowodowało też jego natychmiastową klęskę".
Austriacy, uwolnieni od tego zagrożenia, uznali, że przyczyną albo pretekstem do wystąpienia Murata było pojawienie się Napoleona na scenie. Zarzucali mu to za każdym razem, gdy starał się podkreślić umiarkowanie swoich zamierzeń. Jeszcze przed niefortunnym wystąpieniem Murata Cesarz przystąpił do rokowań z Austrią, która dawała mu do zrozumienia, że istnieje możliwość zachowania przez nią neutralności. Nie ulega wątpliwości, że upadek króla Neapolu nadał wydarzeniom całkiem inne przebieg.
Murat dwukrotnie haniebnie zdradził Cesarza, a mimo tego podjął próbę uzyskania w Toulonie azylu.
-"Byłby mi przydatny pod Waterloo - wyjaśnił nam Cesarz - ale armia francuska była tak pełna patriotyzmu i zasad moralnych, że trudno byłoby jej zaakceptować kogoś, kto swoim podłym postępowaniem tak znacząco wpłynął na los Francji. Nie wiem, czy byłbym w stanie przeforsować moje punkt widzenia; a jednak jego obecność mogła przyczynić się do naszego zwycięstwa. Do czego mógłbym go w określonych momentach potrzebować? Żeby szarżą rozbił trzy lub cztery angielskie czworoboki; był idealny do tego typu walki, był człowiekiem, który tego typu zadania najlepiej wypełniał; nie było nikogo, kto byłby lepszym, odważniejszym dowódcą kawalerii".

Nie można porównywać Napoleona i Murata, ich lądowania we Francji i w państwie neapolitańskim.
"Jedynym celem Murata - stwierdził Cesarz - było odniesienie sukcesu, ja natomiast byłem wybrany przez naród, byłem ich prawowitym władcą. Murat nie był Neapolitańczykiem, nie został też przez naród wybrany, stąd proklamacja jego trafiła w próżnię. Ferdynand IV miał prawo, był zmuszony nawet ogłosić go przywódcą insurekcji, co też uczynił.
Co za różnica w porównaniu ze mną - kontynuował Cesarz - już przed moim powrotem Francja miała dość nowego władcy. W mojej proklamacji każdy odnalazł słowa, które tkwiły w jego duszy. Francja była nieszczęśliwa, a ja byłem jej zbawieniem. Pełna zgodność choroby i lekarstwa; to był klucz tego nie mającego równych w historii poruszenia. Cały naród wyszedł na ulice, żeby zobaczyć wyzwoliciela. Pierwszy batalion, który wykonał zwrot na mój rozkaz sprowadził do mnie całą armię. Poniesiony zostałem tym uniesieniem do Paryża; dotychczasowy rząd zniknął niczym mgła rozgoniona przez wschodzące słońce. Ja nie byłem przywódcą powstania; byłem uznanym przez całą Europę władcą, miałem mój tytuł, moje sztandary, moją armię. Przybyłem, aby wypowiedzieć moim wrogom wojnę".

09.02.1816
(..............)
Około czwartej przedstawiłem Cesarzowi kapitana Thébaine, który w następnych dniach wypływał w kierunku Europy oraz pułkownika Macoy, z pułku Cejlon. Ten dzielny oficer jest pomnikiem kalectwa: ma tylko jedną nogę, na czole głęboką bliznę od cięcia szablą, a na twarzy jeszcze inne blizny. W Kalabrii, ciężko ranny i pozostawiony na polu bitwy dostał się do niewoli generała Parthoneaux.
Cesarz przyjął go ze szczególnym szacunkiem; można było zauważyć, że obie strony odczuwały wzajemną sympatię. Pułkownik służył jako major w pułku korsykańskim, którego dowódcą był oczekiwany przez nas nowy gubernator. Później powiedział on do kogoś, że taki człowiek jak Cesarz jest tutaj bardzo źle traktowany.
Pułkownik zna generała Lowe jako człowieka wielkich idei, można by nawet założyć, że mianowanie go na gubernatora wyspy zakończy panującą tutaj aktualnie sytuację i będzie początkiem znacznej poprawy naszych warunków.

Później Cesarz dosiadł konia, wybraliśmy się na naszą zwyczajową już wycieczkę do doliny i wróciliśmy około siódmej do domu. Ponieważ temperatura była bardzo przyjemna, Cesarz udał się jeszcze na spacer do ogrodu. Była pełnia księżyca, wyglądało na to, że niepogoda zakończyła się.

10.02.1816
Cesarz włada angielskim już całkiem dobrze, może nawet, korzystając ze słownika zrezygnować z mojej pomocy. Jest z tego niezmiernie zadowolony. Dzisiaj w czasie lekcji czytał artykuł z Encyklopaedia Britannica dotyczący Nilu. Pewien fragment poruszył go szczególnie, a mianowicie ten, który opisuje jak wielki Albuquerque proponuje królowi Portugalii zmianę biegu rzeki kierując ją, przed osiągnięciem Doliny Królów do Morza Czerwonego. Uczyniłoby to z Egiptu pustynię, a z Przylądka Dobrej Nadziei jedyne przejście dla handlu z Indiami. Król długo zastanawiał się nad realizacją tego planu.

Około piątej Cesarz udał się na bardzo udaną przejażdżkę, a po powrocie wykorzystując ten piękny wieczór przebywał jeszcze długo w ogrodzie. Rozmowa była niezwykle interesująca. Opowiadał o różnych religiach, duchu, w którym zostały zrodzone, nadużycia i nonsensy w nich zawarte, napady, które je poniżały i opór, który im stawiano.

11.02.1816
Cesarz kontynuował dzisiaj czytanie fragmentów dotyczących Egiptu zamieszczonych w Encyklopaedia Britannica robiąc przy tym liczne notatki mogący być przydatne podczas opisywania kampanii egipskiej. Podkreślał przy tym, jak pomocna jest mu nowo nabyta znajomość języka angielskiego. Rzeczywiście potrafi teraz sam, bez mojej pomocy czytać angielskie teksty.

Dzisiaj jest niedziela; żaden pracownik nie zakłóca ciszy. Cesarz jest zdania, że nie można nam nic zarzucić; spacer po ogrodzie jest naszą jedyną niedzielną rozrywką.

Cesarz znosi naszą smętną sytuację zadziwiająco dobrze; przewyższa nawet pozostałych dobrym humorem i pogodnością.
Około 10 godziny kładzie się do łóżka i pokazuje się dopiero o 5 lub 6 godzinie wieczorem dnia następnego. Jego dzień, jak sam mówi trwa 4 godziny; jest to egzystencja więźnia, który jest dziennie na kilka godzin wypuszczany z celi dla odetchnięcia świeżym powietrzem.
W ostatnim czasie przejawia też dużą ochotę do pracy. Podkreśla przy tym, że nie czuje się wcale zużyty i jest sam zdziwiony, jak niewielki wpływ na niego miały te wielkie wydarzenia w których centrum jeszcze niedawno się znajdował; jak ołów, który jedynie ociera się po marmurze, lub ciężar, który położony na piórko je wprawdzie ściśnie, ale nie zniszczy.
Nie zna nikogo na świecie, kto potrafiłby lepiej przystosować się do zaistniałej sytuacji. Dostosowanie się jest efektem prawdziwego panowania nad rozsądkiem, prawdziwy tryumf duszy!

Gdy Cesarz akurat wsiadał do powozu zobaczył małą Hortensję Bertrand, którą uwielbiał. Zawołał ją, pocałował i wraz z małym Tristanem de Montholon zabrał do powozu. W czasie jazdy Wielki Marszałek pokazał Cesarzowi znalezione w nowych gazetach dwie karykatury. Jedna z nich przedstawiała Cesarza wręczającego Madame Hatzfeld list jej męża. List ten zostaje spalony, co ratuje generałowi życie. Pod karykaturą widniał podpis: Okrucieństwo uzurpatora.
Przeciwieństwem tego ma być druga karykatura przedstawiająca Madame de Labédoyere, która klęcząc wraz z synem u stóp Cesarza zostaje przez tegoż odepchnięta. Pod spodem widnieje: Ojcowska opieka władzy.

12.02.1816
Około godziny czwartej Cesarz poszedł do ogrodu. Temperatura jest bardzo przyjemna; jest to najładniejszy dzień od czasu naszego przybycia na wyspę. Cesarz kazał zaprząc powóz; miał zamiar zrobić dłuższą przejażdżkę. Zajechaliśmy najpierw do Madame Bertrand, która wsiadła do powozu w którym siedziała już Madame de Montholon i ja. Pozostali towarzyszyli nam konno, jesteśmy zatem w komplecie. W pobliżu Hut's Gate droga zaczęła być stroma i nierówna, musieliśmy zatem wysiąść. Bariera graniczna była tak wąska, że powóz z ledwością mógł się przedostać, ale z pomocą pełniących tam wartę żołnierzy pokonaliśmy tę przeszkodę. Powóz został wkrótce posłany do domu panny Mason, a my podążyliśmy pieszo dalej. Wieczór był przepiękny, niebawem nastał mrok, a na niebie pojawił się księżyc. Spacer nasz przypominał wieczorne przechadzki po ogrodach cesarskich pałaców. Cesarz zrezygnował całkowicie z powozu i powrócił piechotą do Longwood, co go jednak bardzo zmęczyło. Pokonał pieszo prawie sześć mil, za dużo dla niego, nie będącego nigdy dobrym piechurem.

13-16.02.1816
Już wcześniej zauważyłem, że na Św. Helenie w zasadzie nie można mówić o określonych porach roku. Występują tutaj jedynie, w nieregularnych odstępach okresy dobrej lub złej pogody. O ostatnich dniach mogę tylko powiedzieć, że pada niemalże nieprzerwanie, byliśmy więc zmuszeni kontynuować nasze jednostajne życie w obrębie czterech ścian. O wyjściu nie było mowy.

17.02.1816
O godzinie szóstej rano dosiedliśmy koni. Zrobiliśmy rundę wokół parku, rozpoczynając po naszej stronie doliny, a następnie podążyliśmy drogą prowadzącą z obozu angielskiego do domu Wielkiego Marszałka. Tutaj spotkaliśmy oddział 150-200 marynarzy z Northumberland, którzy transportowali dziennie do Longwood albo do obozu drewniane belki i kamienie. Widząc nas, ustawili się wzdłuż drogi robiąc nam miejsce. Korzystając z okazji Cesarz zagadnął oficerów, a byłych towarzyszy podróży powitał uśmiechem; sprawiał wrażenie uradowanego z tego spotkania.
(..............)

18.02.1816
Około dziesiątej Cesarz kazał mnie zawołać. Wydawało mi się, że udał się na polowanie, sprostował mnie jednak, mówiąc, że już o szóstej udał się na przejażdżkę konną, nie chciał jednak "jego ekscelencji" budzić.
Przystąpiliśmy do nauki angielskiego i pracowaliśmy aż do śniadania. Nie mogłem powstrzymać się od uwagi, że podane nam jedzenie jest okropne. Cesarz wyraził swoje ubolewanie, że nie może mi zaproponować nic lepszego i stwierdził, że aby przełknąć podaną nam strawę trzeba być rzeczywiście głodnym.
Kontynuowaliśmy naszą naukę aż do pierwszej, zmuszeni upałem do jej zakończenia.
Około piątej Cesarz udał się do ogrodu. Opowiadał o szczęściu rodzinnym i nakreślił tak żywy obraz spokojnego bytowania dobrego obywatela i ojca, że nie mogliśmy powstrzymać się od skwitowania jego słów uśmiechem, co spowodowało, że pociągnął jednego z nas za ucho.
-"Zresztą - mówił dalej - w dzisiejszej Francji taka sielanka znana jest tylko z opowiadań. Rewolucja wszystko zmieniła: tym starszym zrabowała ich rodzinne szczęście, ci młodsi nie mieli czasu do niego się przyzwyczaić. To, co właśnie wychwalam przestało egzystować".
Po chwili dodał:
-"Utrata domu rodzinnego równoznaczna jest z utratą ojczyzny".
-"Podobnie jak utrata drugiej ojczyzny - dodał jeden z nas - zbudowanej po rozbiciu statku, albo domu dzielonego z kobietą, która obdarzyła nas dziećmi".

Później udaliśmy się na naszą zwyczajową przejażdżkę powozem.

Wieczorem, w trakcie jedzenia rozmowa zeszła na temat dwóch mieszkających na wyspie dziewcząt, z których jedna, nadzwyczaj ładna i smukła, budziła kontrowersje wśród mieszkańców wyspy, druga, o mniej wpadającej w oko urodzie zwracała uwagę swoimi nienagannymi manierami i uprzejmością. Jeden z nas zdobywając się na odwagę zauważył, że gdyby Cesarz, znający tylko pierwszą z dziewcząt i akceptujący jej sposób zachowania, poznał tę drugą, nie zmieniłby jednak swojej opinii. Cesarz zażądał od mówiącego informacji o tym, która z dziewcząt zwróciła bardziej jego uwagę. Zapytany opowiedział się jednoznacznie za drugą z nich, co było zaprzeczeniem jego poprzedniej wypowiedzi; Cesarz zwracając na to uwagę poprosił o wyjaśnienie.
-"Jeżelibym ja - brzmiała odpowiedź - nosiłbym się z zamiarem kupienia niewolnicy, wybór mój padłby niewątpliwie na pierwszą. Ale gdybym szukał szczęścia zostania niewolnikiem, zwróciłbym się do tej drugiej".
-"Znaczy to - odpowiedział Cesarz z ożywieniem - że pańskim zdaniem, posiadam zły gust i zbyt mało taktu?"
-"Nie, Sire, przypuszczam jedynie, że Wasza Wysokość różni się ode mnie".
Cesarz skwitował tę odpowiedź serdecznym wybuchem śmiechu, nie zgłaszając jednakże sprzeciwu.

20.02.1816
Pogoda jest nadzwyczaj nieprzyjemna. Cesarz czuł się w nocy źle, z tego powodu wyszedł dopiero o piątej godzinie. Około godziny szóstej rozpogodziło się, co wykorzystaliśmy na przejażdżkę po parku. Konie, który postawiono do naszej dyspozycji nie są najlepsze. Potykają się na najmniejszej przeszkodzie i często tylko z trudem można je zmusić do poruszania się. Dzisiaj znowu był z nimi problemy, aż do tego stopnia, że Wielki Marszałek i generał Gourgaud zmuszeni byli do pchania powozu. I tak z wielkim trudem dotarliśmy do domu. Cesarz uczynił przy tym następującą uwagę:
-"Wszystko w życiu jest relatywne. Elba, która przed rokiem wydała nam się tak odpychająca jest rajem w porównaniu ze Św. Heleną. Ach! Św. Helena nigdy nie będzie miejscem za którym się tęskni!".

21.-23.02.1816
Cesarz przyzwyczaił się do wczesnego wstawania i wyjeżdżania konno, ale tylko stępa i nie dalej, jak do rosnących w ogrodzie fikusów. Te niewielkie ćwiczenia utrzymują go w formie, zmuszają do zaczerpnięcia świeżego powietrza, poprawiają apetyt i podtrzymują ochotę do pracy. Śniadania spożywa teraz najczęściej w ogrodzie, w czymś w rodzaju altany, zbudowanej do tego celu.
W tych dniach siadając do śniadania zauważył Piątkowskiego i kazał go zaprosić do stołu. Znał go w zasadzie tak samo niewiele jak i my; sprawiało mu jednak przyjemność, przy każdej sposobności, zadawanie mu przeróżnych pytań.
Anglików dziwiła początkowo nasza rezerwa w stosunku do niego; napisali nawet do domu, że źle go traktujemy, co mijało się z prawdą, wystarczyło jednakże angielskim gazetom do zamieszczania ich typowych, uprzejmych i inteligentnych komentarzy. Meldowały one, że Cesarz pobił Piątkowskiego, a my przepędziliśmy go z naszego towarzystwa; opublikowały nawet karykaturę pokazującą Cesarza trzymającego go w szponach i mnie gotującego się do pożarcia nieszczęśnika, od czego w ostatniej chwili powstrzymuje mnie kołek wsadzony mi w zęby przez przypadkowo przechodzącego pasterza.
Takimi oto bystrymi pomysłami nas prześladowano!

24.02.1816
W trakcie picia kawy Cesarz zauważył, że przed rokiem, mniej więcej o tej porze opuszczaliśmy Elbę. Wielki Marszałek poprawił jego wypowiedź mówiąc, że było to 26. lutego, w niedzielę, przypomina sobie bowiem, że kazał nawet mszę świętą o jedną godzinę wcześniej odprawić, aby mieć więcej czasu na wydanie ostatnich poleceń. Tego samego dnia wypłynięto też w morze.

25.-28.02.1816
Nasze dni są podobne do siebie jak dwie krople wody, zaczynają nam się dłużyć.
Postępy Cesarza w nauce angielskiego są coraz bardziej widoczne. Przyznał, że wcześniej ogarniał go wstręt na myśl o tej mowie, był ogarnięty furia francese. Moją zasługą było, że zmieniłem jego nastawienie i zastosowałem bezbłędną, najlepszą i najskuteczniejszą metodę, aby go zainteresować nauką; jedną stronę przeczytać i przeanalizować, powtarzając to aż do gruntownego utrwalenia. Postępy były początkowo prawie niezauważalne, można było odnieść wrażenie stania w miejscu, aby w pewnym momencie, gdzieś od 50.strony z zaskoczeniem stwierdzić całkiem dobre opanowanie języka. Oczywiście Cesarz nie rozumie jeszcze wszystkiego, ale nie można przed nim nic ukryć, co jest niezwykle istotne.

Kampania egipska została przy pomocy Bertranda obszernie opisana, na tyle ile można było opisać nie dysponując wystarczającą ilością materiału pomocniczego.
Cesarz poświęcił się teraz, przy pomocy innych opisaniu bardzo ważnego okresu, a mianowicie odjazdu z Fontainebleau aż do drugiej abdykacji. Nie posiadał żadnych zapisków dotyczących tego okresu, dlatego poprosiłem go o podjęcie teraz tego tematu, gdy wydarzenia owe tkwiły jeszcze niezatarte w jego pamięci.

Cesarz przeglądał również powtórnie ze mną różne rozdziały dotyczące kampanii włoskich; przeznaczaliśmy z reguły na to czas przed obiadem. Musiałem przy tym każdy rozdział w określony sposób przerobić, zrobić notatki i dołączyć materiały historyczne; nazywał to wybiegami i podstępami wydawcy.
-"A tym jest pan - powiedział pewnego dnia - powinien pan to wykorzystać. Kampanie włoskie mają nosić pana nazwisko, a egipska Bertranda. Chcę, żeby pańskie nazwisko w ten sposób przekazane zostało potomnym, napełniając jednocześnie pańską kieszeń. Przyniesie to panu setki tysięcy franków, a nazwisko będzie znane tak długo, jak długo będzie się mówić o moich bitwach".

Z naszego planu zajęć popołudniowych skreśliliśmy grę w reversi, już po raz drugi. Próby regularnego grania spełzły na niczym: po dwóch albo trzech rundach gra była i tak przerywana, a my zagłębialiśmy się w rozmowie. Podjęliśmy znowu czytanie lektur, a w szczególności dramatów; wszystkie posiadane przez nas powieści zostały już przeczytane.

Cesarz uwielbiał czytanie dramatów analizując je szczegółowo. Czynił to z wielkim wyczuciem i własną logiką. Potrafił przy tym recytować z pamięci czytane w młodości fragmenty. Zachwycał się Racine'em, podziwiał Corneille'a, pogardzał Voltaire'm, który wydawał mu się zbyt napuszony, zbyt rozwlekły, mijający się z prawdą, ponieważ nie był on znawcą ani ludzi, ani wydarzeń, ani prawdy, ani namiętności.
-"Francja zawdzięcza dziełom Corneille'a swoje największe osiągnięcia. Gdyby on jeszcze żył musiałby otrzymać tytuł książęcy".

29.02.1816
(..............)

01.03.1816
W dniu dzisiejszym przybyły z Przylądka okręty, między innymi Wellesley, uzbrojony w 74 działa i transportujący na pokładzie drugi, rozebrany na części statek. Oba zbudowane w Indiach z drewna tekowego kosztowały tylko jedną trzecią tego, co statki budowane w Anglii. To drewno jest znakomite, wytrzymalsze niż europejskie. Statki z niego budowane są jednak wolniejsze; ale zastosowanie tego drewna może spowodować rewolucję w angielskim budownictwie morskim.

02.03.1816
Dzisiejszego ranka zawinęła do portu flotylla z Chin. Na wyspie zapanował świąteczny nastrój, wydawane przez pasażerów pieniądze są bowiem głównym źródłem dochodów jej mieszkańców.

O piątej Cesarz udał się do ogrodu i stamtąd aż do krawędzi wąwozu, skąd można obserwować stojące na redzie statki. Jeden z nich przywiózł dla Cesarza z Przylądka faeton, którym jeszcze tego samego wieczora Cesarz odbył w towarzystwie Wielkiego Marszałka przejażdżkę po parku. Uznał, że ten rodzaj powozu jest w tutejszych warunkach nieprzydatny i ośmieszający.
Cesarz miał już od kilku dni kłopoty zdrowotne. Tego wieczoru był wyjątkowo osłabiony, udał się też wcześnie do swoich pokoi.

03.03.1816
Około drugiej Cesarz kazał mnie zawołać. Był zajęty swoją toaletą i powiedział do mnie, że czuje się jak umarły, a mnie z pewnością zakłócał sen. Rzeczywiście, całą noc słyszałem jego kaszel i kichanie. Cierpiał na okropny katar, którego z pewnością nabawił się w trakcie wieczornego spaceru, kiedy powietrze jest szczególnie wilgotne. W przyszłości nie powinien przebywać na dworze dłużej niż do godziny szóstej.
Po toalecie przystąpiliśmy do nauki angielskiego, która jednak z powodu cierpienia Cesarza wkrótce została przerwana. Poprosił mnie, abym pozostał i dotrzymywał mu towarzystwa. Rozmawialiśmy przez dwie godziny o moim pobycie w Londynie w czasie emigracji. W pewnym momencie zapytał mnie:
-"Obawiał się pan, że zaatakuję Anglię? Jakie opinie panowały na ten temat?"
-"Sire - odpowiedziałem - dokładnie nie mogę powiedzieć, ponieważ w tym czasie powróciłem już do Francji. Ale w salonach paryskich był to temat żartów, w czym uczestniczyli także obecni w stolicy Anglicy. Sam Brunet ośmieszał ewentualną inwazję na każdym kroku; pozwolił sobie nawet na bezczelność, umieszczając skorupki z orzecha w miednicy i nazywając to widowisko zabawa z flotą. Wasza Wysokość powinna była kazać go aresztować".
-"No dobrze - zauważył Cesarz - możliwe, że w Paryżu śmiano się z tego, ale Pitt w Londynie trząsł się ze strachu, rozpoznał bowiem niebezpieczeństwo grożące jego krajowi. Z tego też powodu poszczuł na mnie nową koalicję, dokładnie w tym momencie, gdy zamierzałem dokonać inwazji. Nigdy nie groziło Anglii większe niebezpieczeństwo! Wszystko było starannie przygotowane i obliczone, rzuciłbym do walki najlepszą armię świata, tę spod Austerlitz - ta nazwa mówi sama za siebie. Przybyłbym do Londynu nie jako zdobywca, lecz wyzwoliciel; potrzebowałbym na to nie więcej niż cztery dni. Jak Wilhelm III, ale wielkodusznie i bez własnej korzyści. Moje wojsko zachowałoby się nienagannie; nie wymagałbym nawet odszkodowań wojennych, gdyż przybylibyśmy jak bracia, którzy braciom swoim przynoszą wolność i sprawiedliwość. Nie upłynęłoby więcej niż dwa miesiące, a te dwa tak dotychczas wrogie sobie narody zostałyby zjednoczone wspólnymi prawami i interesami politycznymi. Potem mógłbym z nadzieją skupić moją uwagę na zjednoczeniu Europy. Czy zostało kiedykolwiek powzięte szlachetniejsze, ważniejsze dla ludzkości zamierzenie? Ale drogi przeznaczenia są niezbadane!"
Przerwał nagle i powiedział:
-"Chodźmy na spacer":

Ponieważ jednak chciał być o szóstej z powrotem, udaliśmy się na spacer powozem. Mój syn towarzyszył nam konno. Dostąpił po raz pierwszy tego zaszczytu i zrobił przy tym całkiem dobrą figurę, za co otrzymał pochwałę od Cesarza.

04.03.1816
(..............)

06.03.1816
O siódmej Cesarz dosiadł konia i polecił mi zabrać ze sobą syna. W czasie przejażdżki zsiadał wielokrotnie z konia i obserwował przez lunetę stojące w porcie statki. W jednym z nich rozpoznał Holendra i wpadł w wielkie podniecenie na widok trójkolorowej flagi.

Cesarz zatrzymał nas na śniadanie, przy którym omawiał ze mną tak ważne rzeczy, że niemożliwe jest abym je tutaj opisał.

Po południu przybył lekarz i przekazał Cesarzowi szachy chińskie, kupione za 30 napoleonów na pokładzie jednego ze statków. Lekarz był zachwycony swoim zakupem, ale Cesarz uznał te figury za śmieszne, zbyt przeładowane i nieforemne. Był zdania, że chcąc je używać do gry, należy najpierw sprowadzić dźwig do ich przesuwania.

W międzyczasie ogród nasz zapełnili oficerowie i urzędnicy ze stojących w porcie statków; wszyscy oni chcieli widzieć Cesarza. Ciekawość zapędziła ich już poprzednio prawie do naszego pokoju. Ten jeden argumentował, że spotkanie z Cesarzem napawałoby go dumą do końca życia; inny twierdził, że nie miałby odwagi stanąć przed żoną, gdyby nie mógł jej złożyć relacji ze spotkania twarzą w twarz z Napoleonem; trzeci znowu wolałby zrezygnować z całego swojego majątku niż z takiego spotkania.
Cesarz przyjął ich wszystkich. Niemożliwe jest opisanie ich radości, gdyż audiencja u Cesarza przeszła wszystkie ich oczekiwania. Cesarz wypytał ich o szczegóły podróży i zatrzymał ponad pół godziny. Gdy później opowiadaliśmy mu o zachwycie tych ludzi rzekł:
-"Rozumiem to bardzo dobrze, nie pojmujecie, że ludzie ci należą do nas? Wszyscy oni pochodzą z angielskiego trzeciego stanu i są, może nawet nie zdając sobie z tego sprawy naturalnymi wrogami panującej arystokracji".
Podczas kolacji Cesarz jadł bardzo mało, czuł się nie najlepiej. Po kawie próbował grać w szachy, zrezygnował jednak wkrótce i udał się na spoczynek.

07.03.1816
Cesarz wyjechał dzisiaj znowu bardzo wcześnie, mój syn towarzyszył nam. Wczoraj, widząc go siedzącego na koniu, zapytał mnie, czy nauczyłem syna już czyścić konia zgrzebłem, co przydaje się przecież na całe życie. On polecił to w specjalnym zarządzeniu dla szkoły wojskowej w Saint-Germain. Zawstydziłem się, że sam nie wpadłem na tę myśl wcześniej i natychmiast przystąpiłem z zapałem do przyuczania syna. Dzisiaj siedział już na wyczyszczonym przez siebie koniu. Ucieszyło to Cesarza, który poddał natychmiast mojego syna krótkiemu egzaminowi.
Dwie i pół godziny byliśmy w drodze, krążąc wkoło Longwood.
Po powrocie zasiedliśmy wszyscy z Cesarzem do śniadania.
Krótko przez kolacją udałem się jak zwykle do salonu, w którym Cesarz rozgrywał właśnie z Wielkim Marszałkiem partię szachów. W tym samym momencie pełniący służbę pokojowiec wręczył mi kopertę z adnotacją pilne. Z szacunku dla Cesarza wycofałem się do kąta, aby przeczytać napisany po angielsku list. Informowano mnie w nim, że napisana przeze mnie książka jest wprawdzie interesująca, zawiera jednak sporo błędów, które należałoby przed ukazaniem się drugiego wydania poprawić, co podwyższyłoby wartość książki. Zaczerwieniłem się, na pół zdumiony, na pół rozzłoszczony. Dopiero po dokładniejszym przejrzeniu się pismu, rozpoznałem, mimo niezwykle starannego pisma autora listu, co spowodowało u mnie wybuch śmiechu. Cesarz, obserwujący mnie z boku zapytał o nadawcę listu. Odpowiedziałem mu, że jest to list, którego czytanie zakończyłem w skrajnie odmiennym nastroju niż rozpocząłem. Oświadczenie moje Cesarz skwitował serdecznym śmiechem. Uczeń zażartował sobie z nauczyciela, sprawdzając jednocześnie własne umiejętności.
Przechowuję ten list z wielką pieczołowitością. Jego pogodny styl i okoliczności jego powstania czynią go dla mnie drogocenniejszym niż jakikolwiek dyplom, który mógłbym dostać od Cesarza.

08.03.1816
Cesarz spędził dzisiaj bezsenną noc. Wykorzystał ten czas na napisanie do mnie po angielsku następnego listu, który zapieczętowany kazał mi doręczyć. Poprawiłem błędy i niezwłocznie napisałem Cesarzowi odpowiedź, który zrozumiał ją bez problemu. Od tego momentu był przekonany, że w razie konieczności jest w stanie prowadzić korespondencję po angielsku.
Choroba generała Gourgaud przekształciła się w złośliwą dyzenterię, która dawała powody do zmartwienia. Admirał posłał ponownie lekarza okrętowego Northumberland, doktora Wardena, który później został u Cesarza na kolacji. Podczas posiłku rozmawiano o medycynie, pogodnie i rzeczowo. Cesarz był w dobrym humorze, zasypywał lekarza pytaniami, próbując inteligentnymi i wyrafinowanymi uwagami zapędzić lekarza w kozi róg. Tenże był zaskoczony wiedzą Cesarza, biorąc mnie później na stronę zapytał, skąd wzięła się ta wiedza u Cesarza i czy on częściej dyskutuje na tematy medyczne.
-"Nie częściej niż na inne - odpowiedziałem - przyczyną jest po prostu fakt, że istnieje niewiele rzeczy, które byłyby mu obce i o których nie mógłby prowadzić interesującej rozmowy".
Cesarz nie wierzył medycynie i nie zażywał nigdy lekarstw.
-"Doktorze - powiedział - nasz organizm jest maszyną do życia, natura go stworzyła i odpowiednio wyposażyła. Pozwólcie mu więc żyć według jego uznania i samemu się bronić. Sam poradzi sobie lepiej, niż nafaszerowany waszymi medykamentami, które paraliżują jego siły. Nasz organizm jest jak udoskonalony zegar, nastawiony na określoną godzinę; zegarmistrz nie może zaglądnąć do jego wnętrza, gdyż nie ma możliwości go otworzyć, może tylko podjąć próby z zawiązanymi oczami. Czasami uda się któremuś pomóc, ale iluż jest ignorantów, którzy tylko szkodzą".
Kontynuując swój wywód Cesarz wspomniał swojego dawnego lekarza, Corvisarta, który był podobnego zdania. Przepisywał z reguły nieszkodliwe środki. Będąca przy nadziei cesarzowa Maria Luiza molestowała go długo, aby podał jej lekarstwa łagodzące skutki jej stanu; Corvisart podał jej podstępnie tabletki sporządzone z okruszyn chleba, które wielce cesarzowej pomogły.
Potem rozmowa zeszła na temat dżumy. Cesarz twierdził, że choroby tej można się nabawić przez oddychanie lub dotknięcie chorego, najczęściej jednak ze strachu przed chorobą; znakomitym podłożem zarażenia się jest bujna wyobraźnia. W Egipcie, wszyscy którzy zarazili się w wyobraźni, ulegli chorobie. Najlepszą obroną i środkiem przed tą chorobą jest odwaga moralna. W Jaffie bezkarnie dotykał chorych wielokrotnie; wielu swoich żołnierzy uratował przez to, że trzymał ich przez dwa miesiące w niewiedzy o charakterze tej choroby. Najlepszym środkiem leczniczym jakim wtedy zastosował były długie, forsowne marsze.
-"Gdyby Hipokrates przybył do pańskiego szpitala - mówił dalej - czyż nie byłby zdziwiony stosowanymi tam metodami?"
Śmiejąc się dodał, że najlepszą sposób leczenia mieli chyba Babilończycy. Kładli swoich chorych przed drzwiami domostwa i pytali przechodzących, czy coś podobnego już widzieli i czy znają na to lekarstwo. W ten sposób ma się przynajmniej pewność, że nie spotka się ludzi, których uśmierciła zalecana metoda leczenia.

09.03.1816
Spożywałem właśnie śniadanie z Cesarzem, gdy dostarczono mi list od mojej żony, który mnie niezmiernie ucieszył. Informowała mnie, że żadne przeciwności nie powstrzymają ją od przybycia na wyspę, chce jedynie odczekać odpowiedniejszej pory roku. Co za ofiarność! Wie przecież, w przeciwieństwie do nas, co ją tu oczekuje. Nie wierzę, że w Londynie posuną się aż tak daleko w swoim okrucieństwie i odmówią jej pozwolenia. Bo o cóż ona prosi? O łaskę? W żadnym wypadku, ona pragnie jedynie dzielić ze mną moje wygnanie, wypełnić swój obowiązek i udowodnić swoją miłość.

Jakże się myliłem. Mojej żonie ciągle odmawiano, pod przeróżnymi pretekstami, w końcu zapanowało całkowite milczenie. W końcu, prawdopodobnie, żeby się jej pozbyć w początkach 1817 roku lord Bathurst powiadomił ją o udzieleniu jej zezwolenia na udanie się na Przylądek Dobrej Nadziei, czyli 100 mil dalej niż Św. Helena, skąd może, i ile gubernator wyspy ( w tym czasie Sir Hudson Lowe) na to pozwoli, udać się w dalszą podróż do męża. Przekazuję tę informację bez żadnego komentarza, pozostawiając go czytającemu. (Las Cases)

List ten przywiozła fregata Owen-Glendower, która przybyła z Przylądka przywożąc nam też gazety - ostatnia była z dnia 4. grudnia.

10-12.03.1816
Pogoda uległa zmianie, nadeszły ulewy, które uniemożliwiały nawet wyjście do ogrodu. Na szczęście otrzymaliśmy gazety. Tym razem miałem tę satysfakcję, że Cesarz sam je przeczytał nie potrzebując mojej pomocy.
Dużo w nich było mowy o toczącym się właśnie procesie marszałka Ney'a. Cesarz zauważył, że prognozy nie są zbyt optymistyczne, marszałek jest w dużym niebezpieczeństwie, ale nie należy rezygnować.
-"Król jest pewny poparcia Izby Parów, która jest podburzona i zdecydowana; ale wystarczy najmniejszy incydent, który może zniweczyć królewskie plany i wpłynąć na orzeczenie Izby Parów. Ney byłby uratowany".
Rozważania te były dla Cesarza okazją do wypowiedzenia się na temat naszej lekkomyślności, powierzchowności i zmienności charakteru.
-"Wszyscy Francuzi - powiedział - są zrzędami i raptusami, nie są jednak konspiratorami ani zdrajcami. Lekkomyślność leży w ich naturze, ich zmienność objawia się tak niespodziewanie, że nie można nawet mówić o niesławie; są jak chorągiewki na wietrze, ale usprawiedliwia ich fakt, że popełniają ten błąd niemalże mimowolne i bez wyrachowania.
Mówię oczywiście o ogóle, bo gdybym skoncentrował się na jednostkach, to mieliśmy, w szczególności w ostatnim czasie tragiczne przykłady odrażającej nikczemności".
W trakcie tej rozmowy Cesarz zapytał o dzisiejszą datę, a gdy dowiedział się, że mamy 11. marca, powiedział:
-"Dokładnie przed rokiem byłem w Lyonie i odbierałem paradę moich oddziałów, później przyjąłem na obiedzie mera Lyonu, byłem z powrotem u władzy, stałem na czele najpiękniejszego królestwa na ziemi, któremu byłem tak niezbędny, że nawet dzisiaj, przebywając na tej wyspie, mimo wszystkich burz ostatnich miesięcy wydaje się, że jestem władcą Francji. Każda linijka w tych gazetach to potwierdza. Gdybym mógł jeszcze raz powrócić pokazałbym do czego jeszcze jestem zdolny i co to znaczy Francja. Naród francuski wiele dla mnie uczynił, więcej niż dla kogokolwiek innego; ale kto uczynił dla niego więcej niż ja?"


13.03.1816
Cesarz polecił Wielkiemu Marszałkowi zwrócić się do admirała z pisemnym zapytaniem, czy wysłany przez Cesarza list do księcia-regenta dotrze do jego rąk.
Około godziny czwartej przybył wicegubernator Skelton z żoną, żeby złożyć Cesarzowi wyrazy uszanowania. Ten przyjął ich bardzo uprzejmie, poszedł z nimi na spacer do ogrodu i zaprosił potem na przejażdżkę.
Spoglądając w pewnym momencie na morze zobaczył okręt wpływający na pełnych żaglach do portu.

14.03.1816
Dzisiaj otrzymaliśmy odpowiedź admirała. Po zwyczajowym wstępie, w którym oświadczał, iż nie zna na Św. Helenie żadnego cesarza zapewniał, że wspomniany list przekaże dalej. Musi się jednak trzymać instrukcji mówiących, że nie wolno mu wysłać żadnego listu do Anglii nie zapoznawszy się z jego treścią.
Odpowiedź ta była dla nas wielką niespodzianką. Instrukcje posiadane przez admirała zawierały wprawdzie dwa ograniczenia, ale żadne z nich nie mogło dotyczyć listu skierowanego do księcia-regenta i zostały przez tego urzędnika całkowicie błędnie zrozumiane.
Pierwsze z nich dotyczyło skarg z naszej strony. Z tymi bowiem w pierwszej kolejności miały zapoznać się władze lokalne i natychmiast dołączyć własny komentarz, bez konieczności, przed podjęciem decyzji przez rząd angielski zaciągania opinii na Św. Helenie.
Celem drugiego było wykluczenie z naszej korespondencji możliwości zwalczania władz angielskich i ich polityki.
W obecnym przypadku Cesarz pisał do suwerena, do głowy państwa, do człowieka, który stał na czele tego rządu. Jeżeli chcielibyśmy spiskować nie zwracalibyśmy się przecież do n i e g o. Musimy znieść otoczenie nas dozorcami więziennymi, chociaż tego nie akceptujemy. Ale rozszerzenie tej funkcji aż do władcy ich państwa przekracza granice naszego pojmowania, prawdziwy skandal w rozumieniu naszych europejskich obyczajów.
Już od dłuższego czasu nie mieliśmy z admirałem żadnego kontaktu. Przyjęliśmy zatem, że jego odpowiedź jest wynikiem złego humoru albo obawy, że mamy zamiar w naszym liście poskarżyć się na niego. Właściwie admirał powinien Cesarza znać lepiej i wiedzieć, że ten nie zwróciłby się nigdy do żadnego sądu poza sądem narodów. Znając treść listu byłem oburzony podejrzeniem admirała. Listem do księcia-regenta nie chciał Cesarz nic innego osiągnąć, jak tylko otrzymanie od równego sobie wiadomości o żonie i dziecku.
Wielki Marszałek odpisał admirałowi, że albo wykracza poza udzielone mu instrukcje, albo je źle zrozumiał; jego decyzję można uznać za kolejną szykanę, a postawione warunki tak bardzo uchybiają godności Jego Wysokości i księcia Walii, że Cesarz zrezygnował z zamiaru wysłanie wspomnianego listu.

Fregata, która zawinęła dzisiaj do portu to Spy; dostarczyła europejskie gazety do dnia 31. grudnia. Dowiedzieliśmy się z nich o straceniu nieszczęsnego marszałka Ney'a ucieczce Lavalette'a.
-"Ney - powiedział Cesarz - źle oskarżony i źle broniony, został skazany przez Izbę Parów niezgodnie z warunkami kapitulacji, które są świętością. To był błąd, ale jeszcze większym było wykonanie wyroku. Teraz jest męczennikiem.
Gdyby rząd go ułaskawił, udowodniłby światu swoją siłę i umiarkowanie, a marszałek byłby samym wyrokiem upokorzony, martwy moralnie i pozbawiony wszelkich wpływów".

16.03.1816
Około godziny czwartej przedstawiono Cesarzowi kapitanów przybyłego z Europy Spy i udającego się tam Cejlonu.
Cesarz był zgnębiony i nie czuł się dobrze, więc audiencja tego pierwszego trwała krótko, drugiego trwałaby też nie dłużej, gdyby ten nie zapytał Cesarza, czy życzy sobie przekazać lista do Europy. W odpowiedzi na to Cesarz polecił mi opowiedzieć o aferze z listem do księcia-regenta i dodać, że wprawdzie zawsze słyszał słowa sławiące angielskie prawo, sam jednak dotąd doznał z tej strony samych rozczarowań. Pozostaje mu tylko czekanie na kata, nawet pragnąć jego nadejścia, gdyż ta powolna śmierć na którą został skazany jest nieludzkim barbarzyństwem; uśmiercenie go byłoby dowodem przyzwoitości i odwagi. Cesarz kazał sobie zapewnić, że kapitan usłyszane tu słowa powtórzy wiernie w Londynie w odpowiednim miejscu, po czym zakończył audiencję. Kapitan odszedł z zaczerwienionym obliczem i w wielkim zakłopotaniu.

17.03.1816
(..............)

18-19.03.1816
Dzisiaj o ósmej Cesarz dosiadł konia, co rzadko czynił w ostatnim czasie. Jego zdrowie potrzebuje ruchu.
Później zasiedliśmy w ogrodzie do śniadania rozmawiając o Herkulanum i Pompeji. Po posiłku Cesarz czytał nam z dzieła Creviera o zagładzie tych miast.
Po południu odwiedził generała Gourgaud, który powoli wracał do zdrowia. Po obiedzie trudno nam się było powstrzymać od wypowiedzenia krytycznych słów dotyczących podanego nam jedzenia. Nie było dosłownie nic, co nadawałoby się do zjedzenia, chleb niedobry, wino nie do picia, mięso budzące wstręt. Jak już często to czyniliśmy, odesłaliśmy wszystko z powrotem. Byliśmy zdania, że ubój zwierzyny należy przeprowadzać w Longwood, ale mięso jest nam w dalszym ciągu dostarczane, chyba tylko dlatego, żeby pozbyć się przy tej okazji padliny. Cesarz powiedział:
-" Rząd angielski nie ograniczył swojej nikczemności do posłania nas tutaj, lecz rozszerzył ją jeszcze przez dobór odpowiednich osobników, którzy nas tutaj pilnują. Cierpiałbym mniej, gdybym miał pewność, że któregoś dnia ktoś głośno powiadomi świat o naszym cierpieniu i obłoży winnych przekleństwem.
Ale dość o tym; którego mamy dzisiaj?"
-"19. marca."
-"Co? - wykrzyknął - jutro jest 20. marca?"
Po kilku sekundach dodał:
-"O tym też nie mówmy".
Polecił przynieść tom Racine'a i czytał nam głośno Britannicusa.

(20. marca to dzień urodzin Króla Rrzymu - przyp. tłum.)

20.-22.03.1816
(..............)

23-26.03.1816
Pogoda jest tak zła, że nie możemy wystawić nosa przed drzwi. Cesarz czytał broszurę pewnej pani Williams o swoim powrocie z Elby, przesłanej nam z Anglii. Napełniła go ona odrazą. Była pełna kłamstw i złośliwości, powtarzała plotki, które swojego czasu krążyły po wrogo mu nastawionych paryskich salonach.
Wieczorem było nam obojętne, czy na dworze pada czy świeci księżyc, i tak nie mieliśmy zamiaru wychodzić z domu. O dziewiątej dom obstawiany był posterunkami, chcieliśmy uniknąć tego widoku. Wyjść moglibyśmy i tak tylko w towarzystwie pełniącego dziś służbę oficera, co było tylko utrapieniem, a nie przyjemnością.

Gdy Cesarz źle się czuł albo był w złym nastroju nie zostawał z nami dłużej niż do godziny dziesiątej, gdy jednak był pogodny spędzaliśmy czas na ożywionej dyskusji aż do jedenastej lub nawet dłużej.
Pewnego takiego wieczora rozmawialiśmy o toczących się właśnie we Francji procesach. Cesarz był zdania, że generał Drouot nie może zostać skazany. Był w świcie uznanego władcy, który prowadził wojnę przeciwko innemu władcy. Jeden z nas odpowiedział, że właśnie tego typu argumentacja byłaby przecież dla niego największym zagrożeniem. Cesarz zgodził się z tym, dodając, że rządzącej dzisiaj doktrynie nie można niestety niczego przeciwstawić. Z innej jednak strony skazanie generała Drouot potwierdziłoby tylko wyroki wydane w przeszłości na emigrantów. Doktryna republikańska karała każdego śmiercią, kto ośmielił się walczyć przeciwko Francji; doktryna monarchistyczna nic o tym nie mówi. Przyjęcie za podstawę postępowania karnego doktryny republikańskiej oznaczałoby skazanie emigracji i partii królewskiej. A poza tym, przypadek Drouot różni się znacznie od przypadku Ney'a. Zainteresowanie Ney'em podyktowane było interesem politycznym, uczucia które budzi Drouot koncentrują się wyłącznie na jego osobie.
Cesarz mówił później o niebezpieczeństwach, które groziły niektórym generałom po jego powrocie z Elby. Sytuacja Soult'a interesowała go najbardziej.
-"Ja najlepiej wiem - mówił - że Soult jest niewinny, ale gdybym był przysięgłym musiałbym uznać go winnym; tak bardzo obciążają go wszystkie okoliczności. Ney powiedział w swojej mowie obrończej, nie wiem właściwie dlaczego, że Soult popierał mój powrót. Zachowanie się Soult'a jako ministra, moje zaufanie do niego po powrocie potwierdzają tą opinię; kto uznałby go więc niewinnym? A mimo tego jest on niewinny; przyznał się mi kiedyś, że żywi do króla sympatię. Przyczyną tego było poważanie, którym cieszył się u niego jako minister.
Massena, o którego potępieniu meldowały nam gazety jest jednym z tych, którzy zostaną oskarżeni o zdradę stanu. Cała Marsylia jest do niego wrogo nastawiona, z pozoru wszystko przemawia przeciwko niemu, a jednak wypełniał on wiernie swoje obowiązki aż do momentu, gdy opowiedział się po mojej stronie. Wszyscy wysocy urzędnicy wykonywali swoje obowiązki, nie mając odwagi przeciwstawić się panującemu. Nikt też nie był w stanie przewidzieć uczuć tłumu i entuzjazmu narodu. Carnot, Fouche, Maret, Cambaceres przyznali mi w Paryżu, że pomylili się w tym względzie.
Gdyby król dłużej pozostał we Francji, padłby prawdopodobnie ofiarą zamachu, gdyby jednak wpadł w moje ręce byłbym w stanie zapewnić mu godne traktowanie i pobyt w jednym, przez niego wybranych zamków.
Krótko przed tą dyskusją, w trakcie gry w szachy Cesarzowi spadł na podłogę król i złamał się w połowie. Gdy Cesarz spostrzegł uszkodzenie figury zawołał:
-"Ach, mój biedny królu, upadłeś i rozbiłeś się. Ale ja nie wierzę w ten omen, jestem daleki od tego, żeby ci tego życzyć".

Nie chciałem pominąć tego drobnego wydarzenia, jest ono charakterystyczne dla pogody ducha i uczuć Cesarza. Nieznane jest mu uczucie nienawiści. Kto rozpozna w nim człowieka, którego kłamstwa i nienawiść przedstawiają zwykle jako potwora? Czy jego bliscy kiedykolwiek go rozumieli albo przynajmniej spróbowali go dokładniej poznać?

Innego wieczora Cesarz opowiadał o swoich pierwszych latach w artylerii i towarzyszach z tamtych lat. Opowiadał chętnie o tym okresie. W trakcie tej rozmowy przypomniano mu przyjaciela z młodości, który w czasach Cesarstwa i nawet później był prefektem jednego z departamentów, ale po powrocie Napoelona utracił to stanowisko. Cesarz przypomniał go sobie i powiedział, że człowiek ten stracił całkowicie jego zaufanie. Początkowo obsypywał go dobrodziejstwami, uczynił swoim adiutantem, co temu jednak nie przeszkodziło opuścić swojego generała przed wyjazdem do Armii Italii i przejścia na usługi Dyrektoriatu.
-"Pomimo tego - mówił Cesarz dalej - gdy wstępowałem na tron byłem w stanie mu wszystko wybaczyć, gdyby się tylko do mnie zwrócił. Wspólnie przeżyte lata upoważniały go do tego kroku. A ja nie mógłbym mu niczego odmówić, gdybyśmy się przypadkowo, niespodziewanie, na przykład w czasie polowania spotkali i odświeżyli wspomnienia. Ci, którzy znali mój charakter wiedzieli, że wystarczyło tylko się do mnie zbliżyć, aby osiągnąć swój cel, niezależnie jak wielka była moja do nich uraza. Jeżeli chciałem komuś coś odmówić nie pozostawało mi nic innego jak go unikać".

Pewnego wieczora zapytał nas, czy znaleźliby się ludzie w Paryżu, dużym przecież mieście, którzy o nim nie słyszeli, nie znali nawet jego imienia. Zaprotestowaliśmy energicznie mówiąc, że na całym świecie nie ma prawdopodobnie takiej wsi, w której nie znane byłoby jego imię. Jeden z nas dodał:
-"Sire, gdy w czasach Konsulatu, po pokoju w Amiens podróżowałem po Anglii wpadłem na pomysł zobaczenia Walii, jednej z najbardziej interesującej części wyspy. Wspiąłem się na dzikie szczyty i dotarłem do chat, które sprawiały na mnie wrażenie, że pochodzą z innego świata. Gdy wstąpiłem z moim towarzyszem podróży do jednej z nich mówiąc:
-"Tutaj można wypocząć od rewolucji"- gospodarz, rozpoznawszy w nas Francuzów zapytał natychmiast, co robi Pierwszy Konsul Bonaparte".
-"Sire - opowiedział inny z nas - mieliśmy okazję zapytać chińskich oficerów, czy dochodzą do ich kraju wieści o wydarzeniach w Europie. Oczywiście, odpowiedzieli, wprawdzie nie ze wszystkimi szczegółami i niekiedy przekłamane, ale imię waszego Cesarza jest dobrze znane w powiązaniu z przebiegiem rewolucji i wojen, podobnie jak w Europie znane są imiona Dżyngis-chana, Tamerlana i innych, którzy formowali historię innych części świata".

29.03.1816
Pogoda jest w dalszym ciągu zła, jesteśmy uwięzieni w pokojach. Do naszego domku z kart przenika deszcz i wilgotność; cierpi na tym nasze zdrowie. Temperatura na zewnątrz jest wprawdzie przyjemna, ale klimat szkodzi naszemu zdrowiu. Jest powszechnie znane, że na tej wyspie rzadko kto osiąga wiek pięćdziesięciu lat, prawie nikt sześćdziesięciu. Jesteśmy odcięcie od reszty świata, poddani psychicznym torturom, cierpimy moralnie; z pewnością europejskie więzienie byłoby dla nas lepsze od wolności na Św. Helenie.

Około godziny czwartej przybyło do mnie kilku kapitanów flotylli chińskiej, którzy mieli być przedstawieni Cesarzowi. Mogli się podczas tej wizyty przekonać, jak ciasne, jak wilgotne są nasze pomieszczenia. Pytali też o stan zdrowia Cesarza. Odpowiedziałem im, że zdrowie jego ulega systematycznemu pogorszeniu, nie skarży się jednak nigdy, a jego ogromna siła woli zwodzi nawet jego samego, my jednak obserwujemy u niego wyraźne pogorszenie się kondycji fizycznej.

Zaprowadziłem gości do przebywającego w ogrodzie Cesarza. Wyglądał dzisiaj gorzej niż kiedykolwiek. Po upływie pół godziny zwolnił ich, udał się do domu i wziął kąpiel.
Przed i po kolacji jego wyczerpanie i cierpienie było bardzo widoczne. Zaczął nam czytać Les femmes savantes, ale będąc przy drugim akcie przekazał czytanie Wielkiemu Marszałkowi; ogarnęła go senność i spał aż do końca czytania.

30.03.1816
Zła pogoda ma ogromny wpływ na nasze samopoczucie; do tego doszła jeszcze jedna plaga: jesteśmy w dosłownym tego słowa znaczeniu zjadani przez szczury, wszy i pchły. O śnie nie może być przy tym mowy, tak że męki, którym poddawani jesteśmy w ciągu nocy w pełni harmonizują z dziennymi.

31.03.1816
Pogoda w końcu uległa poprawie, mogliśmy więc udać się na przejażdżkę. Wieczorem rozmowa zeszła na temat Egiptu i Syrii, a Cesarz był zdania, że gdyby udało mu się zdobyć Akkę, zrewolucjonizowałby cały Orient.
-"Mała przyczyna, wielki skutek. Słabość pewnego kapitana, który zamiast wymóc na przeciwniku możliwość zawinięcia do portu pozwolił urządzić na siebie polowanie na pełnym morzu oraz niewielkie niedostatki na szalupach i innych lekkich jednostkach pływających udaremniły zmianę oblicza świata. Gdyby Akka znalazła się w naszych rękach, armia francuska podążyłaby w szybkich marszach w kierunku Aleppo i Damaszku osiągając w mgnieniu oka Eufrat; chrześcijanie syryjscy, Druzowie i chrześcijańscy Armeńczycy przyłączyliby się do mnie, przez co dysponowałbym 600. tysiącami ludzi. Pomaszerowałbym na Konstantynopol i do Indii, zmieniłbym oblicze świata".

01-02.04.1816
Wszystko, co dotyczy Cesarza jest mi niezmiernie cenne. Tysiące ludzi będą tego samego zdania co ja i dlatego chciałbym dokładnie, ze wszystkimi szczegółami opisać jego mieszkanie. Być może, że któregoś dnia syn jego postanowi wiernie odtworzyć wnętrza naszego więzienia; być może znajdzie upodobanie w wywołaniu ducha przeszłości, który sercu jego przybliży choć skrawek naszej rzeczywistości.
Mieszkanie Cesarza składa się z dwóch pokoi, z których każdy jest na piętnaście stóp długi, dwanaście stóp szeroki i siedem stóp wysoki; podłoga pokryta jest dość zużytym dywanem. Oba pokoje są wytapetowane żółtą, chińską tapetą.
W sypialni stoi małe, polowe łóżko Cesarza; kanapa, na której odpoczywa w ciągu dnia, wiecznie zarzucona książkami; obok mały stolik, przy którym spożywa posiłki, jeżeli nie wychodzi, a na którym wieczorem ustawiany jest trójramienny świecznik.
Naprzeciw drzwi znajdują się dwa okna, pomiędzy nimi komoda do mycia. Na niej leży wielki neseser Cesarza.
Nad kominkiem wisi małe lustro, obok kilka obrazów: Król Rzymu siedzący na baranie autorstwa Thibault; po lewej inny wizerunek Króla Rzymu siedzącego na podłodze i naciągającego pantofel, tego samego autora. Na kominku stoi małe popiersie cesarskiego syna. Dwa świeczniki, dwie wazy i dwa posrebrzane kubki z nesesera Cesarza ustawione symetrycznie dopełniają dekorację kominka.
U stóp kanapy, w zasięgu leżącego na kanapie Cesarza wisi podobizna Cesarzowej Marii Luizy trzymającej na rękach syna, namalowana przez Isabey'a. To małe pomieszczenie uzyskało charakter rodzinnego sanktuarium.
Obok obrazów nad kominkiem wiszą, po lewej stronie duży, srebrny zegar Fryderyka Wielkiego, coś w rodzaju budzika, który Cesarz zabrał z Poczdamu, po prawej zegarek Cesarza, który nosił we Włoszech i w Egipcie, z wygrawerowaną na złotym wieku literą B.
Drugi pokój jest pokojem do pracy Cesarza. Wzdłuż ściany stoi regał na książki, naprzeciw, podobnie jak w sypialni drugie łóżko, na którym Cesarz, czasami w dzień, niekiedy też w nocy, gdy męczy go bezsenność, odpoczywa.
Na środku pokoju stoi stół do pracy, na którym zaznaczone są miejsca do pracy dla każdego z nas.
Swoją toaletę Cesarz odbywa w sypialni. Gdy się rozbiera, co czyni zawsze sam, a w pokoju przypadkowo nie ma pokojowca, rzuca części garderoby na podłogę. Jak często już podnosiłem już leżącą na podłodze wstęgę Legii Honorowej.
Po tym, jak ubrano mu pończochy, buty itd. Cesarz przystępuje do golenia. Goli się w niszy okiennej, obok kominka; jego pierwszy kamerdyner podaje mu mydło i brzytwę, drugi trzyma przed nim lustro. Jego też zadaniem jest zwrócenie Cesarzowi uwagi na przeoczone przy goleniu resztki zarostu.
Później myje twarz, a bardzo często też całą głowę w pochodzącej z Elysée srebrnej umywalce, przymocowanej w kącie pokoju. Później przychodzi kolej na mycie zębów.
Cesarz jest w trakcie mycia obnażony do pasa. Jest mało owłosiony, ma bladą skórę i jest otyły, co jest nietypowe dla naszej płci i jest często powodem żartów Cesarza. Po myciu perfumuje się wodą kolońską, a gdy ta się skończyła - lawendą.
Po zakończeniu tych czynności, gdy jest w dobrym humorze, zwraca się do kamerdynera i dodając zwykle jakiś żart daje mu klapsa w policzek. Gest ten wykorzystywany jest często przez pamflecistów piszących, że Cesarz bije wszystkich, którzy się do niego zbliżą. Również nam zdarzyło się, że Cesarz chwycił nas za ucho lub mocno wziął za ramię; gestom tym towarzyszy wyraz twarzy, który mimowolnie budzi w nas myśl, jak szczęśliwym musi być ten, który dostąpił zaszczytu takiej poufałości.
To tłumaczy mi dzisiaj słowa pewnego byłego ministra cesarskiego, księcia Decrés; ciesząc się wówczas wielkim zaufaniem Cesarza pragnął u niego osiągnąć spełnienie pewnego życzenia. Omawialiśmy właśnie nadzieje na pozytywne rozpatrzenie jego prośby, gdy minister zauważył mimochodem:
-"Jeżeli po raz pierwszy dostanę od niego klapsa, to z pewnością spełni moją prośbę,".
A widząc moje zdumienie dodał ze śmiechem:
-"Mój drogi, to nie jest takie straszne. Zapewniam pana, że klapsa dostaje nie każdy, kto by go pragnął".

Cesarz opuszczał sypialnię tylko kompletnie ubrany. Gdy miał zamiar wyjechać konno, wciągał wysoki buty. Gdy wychodził, jeden z nas podawał mu jego mały kapelusz, ten dziwaczny, osławiony kapelusz, który w pewnym sensie zrósł się z jego osobą. Od czasu gdy jesteśmy na wyspie ukradziono mu już kilka z nich; każdy, kto przebywał w jego obecności, pragnął zabrać jakąś pamiątkę. Jak często już ludzie na eksponowanych stanowiskach prosili nas o części jego garderoby.
Prawie codziennie towarzyszę mu przy toalecie, gdyż albo zakończyłem właśnie dla niego pracę albo kazał mnie wołać, abym z nim gawędził.
Gdy pewnego dnia widziałem, jak zakładał swoją flanelową koszulę, uśmiechnąłem się mimo woli.
-"Czemu się Wasza Ekscelencja śmieje?" - zapytał (tak tytułował mnie w chwilach dobrego humoru).
-"Sire, czytałem właśnie w pewnej broszurce, że Wasza Wysokość nosi dzień i noc pancerz. Tego samego zdania byli bywalcy paryskich salonów, gdy Pańska otyłość zaczęła się rzucać w oczy. Myślałem właśnie, że mógłbym sprostować te plotki".
-"To jedna z bzdur, które o mnie pisano. Wszyscy, którzy mnie znają wiedzą jak mało zawsze zważałem na własne bezpieczeństwo. Poddawałem się zrządzeniom losu. Nie wiem nawet, gdzie jest moja szpada, widział ją pan może?"

03.04.1816
(..............)

05.-08.04.1816
W tych dniach, rano pomiędzy szóstą i siódmą Cesarz wyjeżdżał ze mną i moim synem na spacer. Od kilku dni coś leżało mu na sercu. Pewne zdarzenie w naszym domu głęboko go zraniło i wprawiło w zły nastrój. W czasie naszych porannych przejażdżek dawał mi to wyraźnie do zrozumienia, każąc jechać u jego boku i wysyłając mojego syna do przodu. Pewnego razu wymknęło mu się:
-"Ja wiem, że zostałem pozbawiony tronu. Ale że jeden z moich towarzyszy tak wyraźnie daje mi to do zrozumienia!"
Słowa te rozdzierały mi serce. Najchętniej rzuciłbym mu się do nóg i je całował, gdybym tylko potrafił.

(4. kwietnia Madame Bertrand udała się, nie po raz pierwszy na kolację do admirała. Oburzony takim postępowaniem Cesarz postanowił wykluczyć ją z kręgu biesiadników przy cesarskim stole i wysłał generała Gourgaud do rodziny Bertrand w celu przekazania tej decyzji. Generał Bertrand, ujmując się za żoną postanowił na znak protestu zrezygnować z uczestnictwa w kolacjach u Cesarza, co też w następnych dniach uczynił. - przyp. tłum.)

Mogę chyba powiedzieć, że nie stwierdziłem u Cesarza ani uprzedzeń ani przesądów. Kreując orzeczeczenie dotyczące wydarzeń lub osób kierował się zawsze rozsądkiem. W zdenerwowaniu spowodowanym jego wypowiedzią powiedziałem do niego:
-"Sire, pozwól mi przejąć tę sprawę w moje ręce".
-"Nie - odpowiedział z godnością - nawet zabraniam panu tego. Musiałem to wyrzucić z siebie. Zapomnijmy o tym. A pan będzie tak postępował, jak gdyby pan nic nie słyszał".

Przy śniadaniu, które spożyliśmy w gronie towarzyszy był pogodny jak zawsze. Kolację spożył samotnie.

09.-10.04.1816
(..............)

11.-12.04.1816
Cesarz korzystając z porannej, sprzyjającej pogody wyjechał konno, a następnie spożył śniadanie w ogrodzie. Rozmawialiśmy przy tym o przeróżnych wydarzeniach i życiu prywatnym niektórych osób, szczególnie bliskich Cesarzowi oraz takich, które odgrywały dużą rolę na innych dworach.

Regularna nauka języka angielskiego zastąpiona została rozmówkami w tym języku w czasie spacerów i przejażdżek konnych. Oczywiście cierpi na tym prawdziwa nauka, ale wzrasta swoboda wypowiedzenia się.

O piątej udaliśmy się na naszą zwyczajową przejażdżkę, wieczorem kontynuowaliśmy opowiadanie anegdot o słynnych osobistościach.

(..............)

14.04.1816
Znowu pada; dwa dnie bez przerwy. Na redzie pojawiły się statki, obwieściły sygnałami przybycie nowego gubernatora, Sir Hudsona Lowe. W czasie kolacji Cesarz był przygnębiony i milczący; nie czuł się dobrze; bardzo wcześnie udał się do swoich pokoi.

(Dnia 14. kwietnia na pokładzie statku Phaeton przybył na wyspę jej nowy gubernator Sir Hudson Lowe wraz ze swoim sztabem. - przyp. tłum.)

15.04.1816
Około południa otrzymałem cztery listy z Europy, które sprawiły mi ogromną radość. Około piątej zauważyłem Cesarza spacerującego po ogrodzie; korzystał z chwilowej poprawy pogody, niemalże cały dzień padał bowiem deszcz. Opowiedziałem mu o moich listach. Każdy z nas otrzymał listy; były otwarte i nie zawierały żadnych istotniejszych informacji, ale przypomniały nam, że mamy jeszcze przyjaciół, co na tym odludziu jest niezwykle ważne.

16.04.1816
Nowy gubernator chciał nas około dziesiątej odwiedzić, ale że nie uznał za stosowne poprosić o przyjęcie, jak nakazują dobre obyczaje, Cesarz odmówił mu przyjęcia.

Około piątej kazał mnie zawołać do ogrodu. Był sam, zakomunikował mi, że oto każdy z nas odtąd znajduje się w innej sytuacji: wszyscy będziemy zmuszeni do złożenia deklaracji, że chcemy w dalszym ciągu los nasz identyfikować z losem Cesarza lub, jeżeli wyrazimy ochotę możemy wsiąść na statek i odzyskać wolność. Tego typu postępowanie było dla nas zagadką. Pragnie angielskie ministerstwo zapewnić sobie alibi na przyszłość, albo celem takiego postępowania jest całkowite odizolowanie Cesarza?
Zapytał mnie, co ja zamierzam. Bez namysłu odpowiedziałem, że w tym względzie nie mam żadnych wątpliwości, o ile kiedyś opowiedziałem się za sławą i zaszczytami, o tyle teraz, podążam za głosem serca i moich uczuć. Cesarz rozmawiał ze mną łagodnym i cichym głosem; to było jego podziękowanie.

Przypisek tłumacza: W dniu 16.04. przekazano wygnańcom pismo rządu angielskiego o następującej treści:

Downing Street, 10. stycznia 1816 roku

Niniejszym informuję pana, iż z łaski Jego Królewskiej Mości, księcia-regenta, w chwili przybycia na Św. Helenę upoważniony pan jest poinformować wszystkie osoby przybyłe na wyspę jako orszak Napoleona Bonaparte, włącznie z jego służbą, że są wolne, mogą wyspę natychmiast opuścić i powrócić do Europy. Nie należy żadnej z tych osób zezwolić na pozostanie na wyspie, chyba że złoży na pana ręce pisemne oświadczenie wyrażające wolę mieszkania na wyspie i podporządkowania się wszelkim ograniczeniom, którym podlega Napoleon Bonaparte.
Ci, którzy wyrażą chęć powrotu do Europy, mają zostać przy pierwszej sposobności przetransportowani na Przylądek Dobrej Nadziei, gdzie otrzymają od tamtejszego gubernatora zezwolenie na dalszą podróż.
podpisano
Bathurst


17.04.1816
Cesarz wezwał mnie o dziewiątej do siebie i przeczytał mi artykuł z Plymouth Courier, w którym szczegółowo i zgodnie z prawdą opisany był jego pobyt w Briars. Później gawędziliśmy. Cesarz nawiązał do różnicy zdań, uszczypliwości i sprzeczek, które czasami między nami wybuchały. Analizował z typową dla niego logiką naszą sytuację, niewygody naszego zesłania, próbując znaleźć sposoby na ułatwienie naszego życia.
-"Wszyscy musimy wzajemnie sobie pomóc. Człowiek musi panować nad danym mu przez naturę charakterem i dopasować się do napotkanych trudności. Musicie próbować stworzyć jedną rodzinę. Postanowiliście mi towarzyszyć, aby ulżyć mojemu cierpieniu; nie może uczucie to stać ponad wszystkim? Jeżeli wzajemna sympatia do tego nie wystarcza, niech podyktowane to będzie wyrachowaniem i rozsądkiem. Siądźcie wszyscy wspólnie, niech każdy powie otwarcie swoje zdanie, ale zostawcie wasze fochy. Nie powinniście stracić z oczu celu ostatecznego. W życiu trzeba umieć przebaczać, nie wolno zastygać w gorzkiej wrogości, obrażającej jednego, a niweczącą wszelką przyjemność drugiemu; należy brać ludzi jacy są, akceptować ich słabości, a nie je zwalczać. Co wyrosłoby ze mnie, gdybym nie kierował się tymi zasadami! Często zarzucano mi moją dobroć i łatwowierność. Gdybym jednak był inny, byłoby jeszcze gorzej! Dwukrotnie mnie zdradzono, może zostanę jeszcze po raz trzeci. Dzięki mojej znajomości ludzkiego charakteru, dzięki mojej wyrozumiałości potrafiłem opanować Francję i jestem w dalszym ciągu jedynym, który może nią, w jej aktualnym stanie rządzić".
W tym miejscu przerwało mu przybycie Wielkiego Marszałka; przybył, aby nam zameldować przybycie nowego gubernatora i jego świty, którą gubernator pragnął przedstawić. Wycofałem się do przedpokoju, gdzie zgromadzili się w międzyczasie pozostali panowie z naszego kręgu.
Po upływie pół godziny pełniący służbę kamerdyner poprosił gubernatora do salonu, gdzie oczekiwał na niego Cesarz. Admirał podążył za gubernatorem, został jednak kategorycznie zatrzymany przed drzwiami przez kamerdynera, któremu polecono wprowadzić jedynie gubernatora. Admirał, wytrącony wyraźnie z równowagi, wycofał się do jednej z nisz okiennych.
Kamerdynerem tym był Noverraz, Szwajcar z krwi i kości, o którym Cesarz mówił, że jego inteligencja ogranicza się do ślepego posłuszeństwa.
Incydent ten wzbudził wśród nas spore poruszenie, zakładaliśmy bowiem, że winę za zajście ponosi Cesarz. Pomimo, że stosunki nasze z admirałem nie były najlepsze, przystąpiliśmy do niego, próbując pohamować jego oburzenie. W międzyczasie do Cesarza poproszeni zostali inni członkowie świty gubernatora, co jeszcze bardziej pogłębiło zakłopotanie admirała.
Po kwadransie Cesarz zwolnił swoich gości; admirał pośpieszył natychmiast do gubernatora mówiąc coś w podnieceniu. Po wymianie z nami ukłonów goście opuścili nasz dom. Pospieszyliśmy natychmiast do Cesarza i zreferowaliśmy mu zaistniałe zajście. Nic o tym nie wiedział. Czysty przypadek był przyczyną incydentu u drzwi cesarskiego salonu, ale Cesarz był niezwykle nim uradowany, reagując jak dziecko, jak uczeń, który przyłapał swojego nauczyciela na wagarach; pocierał ręce, śmiejąc się całym gardłem.
-"Ach, mój dobry Noverraz, w końcu obudził się jego duch! Usłyszał prawdopodobnie, że nie mam ochoty przyjmować więcej admirała i dlatego zamknął mu drzwi przed nosem; to jest wspaniałe! Z tymi Szwajcarami nie ma co żartować; wierzę, że gdybym mu powiedział, że ma mnie uwolnić od gubernatora, zabiłby go. A poza tym - kontynuował już poważniejszym tonem - winny temu jest gubernator. Dlaczego nie wspomniał o obecności admirała? Kazał mi przecież przekazać, że tylko on chce ze mną rozmawiać. Dlaczego nie naprawił swojego błędu, gdy przedstawiono mi jego oficerów? A zresztą, admirał powinien być zadowolony. Gdyby był obecny przy rozmowie, nie odmówiłbym sobie wzięcia go przed rodakami w obroty. Powiedziałbym mu: ubolewam szczerze, że obaj nosimy od czterdziestu lat mundur; on skompromitował i zdyskredytował przed całym światem swoje ministerstwo, swój naród i swojego władcą, przez to, że w nieprzemyślany sposób odmówił należnego szacunku jednemu z najstarszych żołnierzy Europy, wysadzając go jak przestępcę w Botany Bay na Św. Helenie. Powiedziałbym mu też, że dla prawdziwego człowieka honoru, musiałbym być na tej wyspie otoczony większą czcią aniżeli w otoczeniu moich żołnierzy".

Gwałtowność tej wypowiedzi stłumiła nasz nastrój i wygasiła wszelkie rozmowy.
Około trzeciej godziny Cesarz udał się na przejażdżkę i mówił jeszcze sporo o porannym incydencie. Również po kolacji był to główny temat naszych rozmów. Jeden z nas zauważył żartobliwie, że dwa pierwsze dni pobytu gubernatora na wyspie były nieustanną walką i musiały utwierdzić go w przekonaniu, że chociaż jesteśmy cierpliwi i dobroduszni, dyrygować sobą nie pozwolimy. Słysząc te słowa Cesarz roześmiał się i nie odmówił sobie przyjemności pociągnięcia mówiącego za ucho.

Sir Hudson Lowe jest mężczyzną w wieku około 45 lat, chudy, o mało eleganckim wyglądzie. Ma czerwone, piegami pokryte oblicze i rude włosy. Patrzy ciągle na bok, nie potrafi nikomu spojrzeć w oczy; brwi jego są jasnoblond i odstające.
-"Jest ohydny - stwierdził Cesarz - prawdziwy oprawca. Ale nie powinniśmy zbyt pochopnie go osądzać. Być może jego postępowanie pozwoli zapomnieć nieprzyjemny wygląd; nie jest to całkowicie wykluczone".

18.04.1816
Przez ostatnie kilka dni pogoda była okropna; dzisiaj jednak było bardzo ładnie; Cesarz udał się już wcześnie na spacer do ogrodu; około czwartej wybrał się na przejażdżkę powozem, dłuższą niż zwykle. Przed kolacją kazał mnie zawołać, żebym mu przetłumaczył konwencję koalicji dotyczącą jego wygnania.

KONWENCJA POMIĘDZY WIELKĄ BRYTANIĄ, AUSTRIĄ. PRUSAMI I ROSJĄ
SPISANA W PARYŻU, 2-GIEGO SIERPNIA 1815 ROKU
Napoleon Bonaparte, pozostaje w mocy sprzymierzonych monarchów, Ich Wysokoście król Wielkiej Brytanii i Irlandii, cesarz Austrii, cesarz Rosji i król Prus uzgodnili, pozostając wiernymi założeniom traktatu z 25 marca 1815 r., środki najodpowiedniejsze dla uczynienia niemożliwymi wszelkich przedsięwzięć przeciwko spokojowi Europy.

Artykuł 1: Napoleon Bonaparte jest uznany przez potęgi, które podpisały traktat z 20 marca, za więźnia.

Artykuł 2: Straż nad nim powierzona jest rządowi brytyjskiemu. Wybór miejsca i środków, które zabezpieczą wykonanie owej powinności pozostawia się Jego Wysokości królowi Wielkiej Brytanii.

Artykuł 3: Dwory cesarskie Austrii i Rosji i dwór królewski Prus nominują komisarzy, przebywających w miejscu, które jego Wysokość król Wielkiej Brytanii wyznaczy na pobyt Napoleona Bonaparte i którzy, nie będąc odpowiedzialnymi za straż nad nim, będą się upewniać o jego pobycie.

Artykuł 4: Jego Arcychrześcijańska Wysokość jest zaproszona, w imieniu czterech dworów wyżej wymienionych, do wysłania do miejsca pobytu Napoleona Bonaparte komisarza francuskiego.

Artykuł 5: Jego Wysokość król Wielkiej Brytanii i Irlandii zobowiązuje się do wypełnienia założeń owej konwencji.

Artykuł 6: Konwencja owa zostanie ratyfikowana i dokumenty ratyfikacyjne wymienione w ciągu 15 dni, lub wcześniej, jeśli będzie to możliwe.

Spisane w Paryżu, dnia 2 sierpnia, Roku Pańskiego 1815."

19.04.1816
Cesarz postanowił zjeść obiad w ogrodzie; z tej okazji przybyli również Wielki Marszałek i pani Bertrand. Cesarz spał źle tej nocy; śniadanie zjadł w swoim apartamencie.
Gubernator poinformował nas oficjalnie, że każdy z nas musi przedłożyć mu oświadczenie o dobrowolnym pozostaniu na wyspie i dostosowaniu się do ograniczeń zastosowanych w stosunku do Napoleona.

Oto treść mojego oświadczenia:
OŚWIADCZENIE

Ja, niżej podpisany powtarzam moje oświadczenie, złożone już w porcie Plymouth: pragnę dzielić mój własny z losem Cesarza Napoleona, jemu towarzyszyć i podążać za nim oraz, o ile siły mi na to pozwolą, łagodzić niegodne traktowanie, którym zostaje poddany, co dotyczy mnie tym bardziej, że to właśnie ja przekazałem mu propozycję kapitana Bellérophon Maitlanda w której ten oświadcza, że otrzymał polecenie wzięcia Cesarza i jego świty pod osłonę angielskie flagi i przewiezienia do Anglii.
List Cesarza Napoleona (znany w całej Anglii) do księcia-regenta, który przekazałem bez własnego komentarza kapitanowi Maitland pokazał światu, o wiele lepiej niż mogłyby to uczynić moje słowa, że Cesarz dobrowolnie skorzystał z angielskiej oferty, w konsekwencji czego nadużyto jego zaufanie i wiarę.
Dzisiaj, pomimo tego okropnego doświadczenia jakim jest pobyt na Św. Helenie, tak niesprzyjający zdrowiu Cesarza i każdego Europejczyka i pomimo, że w ciągu sześciu miesięcy naszego pobytu na wyspie doznałem wszystkich możliwych upokorzeń, opanowany jestem przez te same uczucia i zdecydowany jestem, nie bacząc na straty nie opuszczać Cesarza Napoleona, powtarzając moje życzenie pozostania u jego boku, dzieląc restrykcje, którymi został bezprawnie obłożony".

(Wszyscy towarzysze i służba Napoleona podpisali w dniu 19. kwietnia podobne deklaracje z wyjątkiem generała Bertrand, który odmawiając początkowo podpisu, uczynił to dopiero 24. kwietnia.- przyp. tłum.)

20.04.1816
(..............)

21.04.1816
Dzisiaj Cesarz postanowił podjąć ponownie naukę angielskiego. Kazał mnie zawołać i napisaliśmy kilka wypracowań.
Później opowiadał o swoich wydatkach, na toaletę przeznacza na przykład 4 napoleony miesięcznie. Wysokość tej sumy niezmiernie nas rozbawiła. Chciał też zamówić ubrania i buty u swoich stałych dostawców. Powiedziałem mu, że może to nastręczyć dużych kłopotów, a z pewnością nie dostaniemy na to zezwolenia.
-"To trudne - powiedział - wiecznie nie mieć pieniędzy; muszę się przez Eugeniusza postarać o uzyskanie kredytu w wysokości siedmiu albo ośmiu tysięcy napoleonów. On nie odmówi, zawdzięcza mi przecież 40 milionów. Zresztą, byłoby to obrazą dla niego, tak o nim myśleć".

Przy kolacji Cesarz zapytał nas, ile potrzebuje w dużym europejskim mieście na utrzymanie domu samotny, ile skromnie, a ile luksusowo żyjąca rodzina. Każdy policzył dla siebie, po czym zgodziliśmy się, że w Paryżu potrzebne są odpowiednio piętnaście-, czterdzieści- i sto tysięcy franków. Cesarz zauważył, że te same artykuły, dostawcy sprzedają po różnych cenach, uzależnionych od okoliczności i osobowości kupującego.
-"Gdy wróciłem z Włoch - powiedział Cesarz - Madame Bonaparte zamówiła meble do małej willi, kupionej przez nas na Rue de la Victoria. Kosztowały one 40 tysięcy franków. Jak wielkie było zatem moje zdziwienie i oburzenie, gdy przedstawiono mi rachunek za meble do salonu, które w zasadzie nie przedstawiały sobą niczego nadzwyczajnego. Rachunek opiewał na sumę 120-130 tysięcy franków. Na próżno protestowałem, musiałem zapłacić, ponieważ dostawca przedstawił mi list polecający mu dostarczenie najlepszych mebli, jakie istnieją. A że nasze nowe umeblowanie salonu składało się z nowych, dla nas wykonanych modeli, zostałbym przez każdego sędziego skazany na zapłacenie tego rachunku".
Później zaczął mówić o zdumiewających cenach, których wymagano za wyposażenie cesarskich pałaców. Podał nam kwotę, którą zapłacono za tron, za cesarskie atrybuty itd. To było niezwykle interesujące, usłyszeć tego typu szczegóły z jego ust. Ta potrzeba tłumaczenia się jest efektem następującego wydarzenia.
W czasie jego nieobecności Tuilerie zostało na nowo wyposażone. Po powrocie Cesarz został poproszony o pooglądanie nowych wnętrz. Stojąc przed jednym z okien, udekorowanym cennymi zasłonami, poprosił o nożyczki, którymi obciął duży, złoty frędzel, który schował następnie do kieszeni. Po zakończeniu obchodu wyraził swoje zadowolenie; zajścia przy oknie nikt z obecnych nie zrozumiał. Kilka dni później, podczas porannej audiencji wyciągnął ów frędzel i przywołując do siebie odpowiedzialnego za nowy wystrój wnętrz rzekł:
-"Tu, mój kochany, ma pan ten frędzel. Niech mnie Bóg broni, żebym pana chciał okraść; ale pana okradziono. Zapłacił pan za tę rzecz o jedną trzecią więcej niż jest naprawdę warta; potraktowano pana jak intendenta wielkiego władcy, ale mógł pan to o wiele taniej kupić, gdyby się pan nie przyznał, dla kogo czyni ten zakup".

22.-25.04.1816
Od kilku dni pogoda znowu się pogorszyła, musieliśmy więc zrezygnować z porannych spacerów. Zamiast tego Cesarz podjął ponownie swoją pracę i dyktuje dziennie swoje wspomnienia dotyczące wydarzeń 1814 roku.
Sir Hudson Lowe odwiedził nasz dom. Oglądnął również mój pokój, wypowiadając się krytycznie o jego wyposażeniu. To są baraki, a nie pokoje. Miał rację. Smołowana papa, którą użyto do pokrycia dachu nie chroni wnętrz przed wpływami pogody; gdy świeci słońce można się udusić, gdy pada, pokoje są zalewane. Zapowiedział wydanie natychmiast polecenia usunięcia niedostatków; w czasie całej swojej wizyty był bardzo uprzejmy. Dodał też, że przywiózł kilka tysięcy francuskich książek, które po uporządkowaniu będą do naszej dyspozycji.
Racine i Voltaire tworzą naszą wieczorną lekturę. Cesarz czytał nam Fedrę i Atalię wprawiając nas w zachwyt pogłębiony jeszcze jego trafnymi analizami. Mahometa krytykował bardzo. Voltaire zignorował historię i ludzkie uczucia. Szlachetny charakter Mahometa skompromitował podłymi intrygami. Pokazał swojego bohatera, który poruszył świat, jako zwykłego przestępcę. Charakter Omara też zniekształcił: zrobił z niego prawdziwą karykaturę, rozbójnika z wiejskiego przedstawienia. Voltaire grzeszy, nie przedstawiając wielkiego przekonania tych ludzi do swoich idei, lecz tylko intrygi.
-"Ludzie ci - mówił Cesarz- którzy przekształcili świat, nie osiągnęli swojego celu poprzez przeciągnięcie na swoją stronę kilku przywódców, lecz poprzez porwanie za sobą tłumów. To pierwsze jest intrygą o krótkotrwałym sukcesie, to ostatnie jest dziełem geniuszu, który postawił świat na głowie. Zadziwiające, jak mało dzieła Voltaire'a nadają się do czytania. Trudno pojąć, w jaki sposób zdetronizował on za czasów Rewolucji Corneille'a i Racine'a; zapomniano prawdopodobnie, jak wspaniałe są ich dzieła i dopiero Pierwszy Konsul przywrócił ich na piedestał".
Cesarz miał rację. Wraz z objęciem przez niego władzy powrócił dobry smak. To on kazał wtedy przywrócić wszystkie arcydzieła, które do tej pory były przez politykę potępione. I tak na przykład znowu można było oglądać Ryszarda Lwie Serce, dramat zadedykowany Bourbonom.

26.04.1816
Dzisiaj odwiedziłem Plantation House. Lady Hudson jest piękną i uprzejmą kobietą, ale też trochę komediantką. Sir Hudson Lowe poślubił ją krótko przed swoim wyjazdem aby, jak się wyraził, mieć obok siebie kobietę, która będzie mu pomagać w kolonii czynić honory domu. Jeżeli dobrze zrozumiałem była ona wdową po oficerze pełniącym służbę w byłym regimencie jej obecnego męża i siostrą pułkownika poległego pod Waterloo.
Gubernator odnosił się do mnie z niezwykłą uprzejmością. Jesteśmy starymi znajomymi, powiedział, zupełnie o tym nie wiedząc. Już dawniej lektura mojego dzieła pt. Atlas de M. Lasage uprzyjemniła mu niejedną godzinę, jest zatem szczęśliwy z poznania jego autora. Dzieło to dostał w czasie pobytu na Sycylii, dokąd kazał je przeszmuglować z Neapolu. Nie szczędził mi przy tym pochwał. Często studiował wraz z generałem Blűcher opis bitwy pod Jeną - był wtedy komisarzem rządu angielskiego w kwaterze głównej armii pruskiej - i podziwiał nieustannie liberalny sposób wyrażania się oraz umiarkowanie i neutralność z jaką potraktowana była w tym dziele Anglia. Szczególnie jednak poruszyły go zdania skierowane przeciwko francuskiemu władcy, co można było sobie jedynie wytłumaczyć moim ówczesnym statusem uchodźca. Dzisiaj, gdy mnie tu widzi, u boku tej samej osoby wydaje mu się to jaskrawą sprzecznością. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że celem gubernatorskiej przemowy było wybadanie moich poglądów, dowiedzieliśmy się bowiem właśnie, że Sir Hudson Lowe był w czasie swojego pobytu we Włoszech szefem policji i wywiadu.
Jeżeli przypuszczenie moje było prawdziwe, w co Cesarz nie wątpił i jeżeli nie byłoby to poniżej mojej godności, mógłbym go łatwo wodzić za nos. Zadowoliłem się jednak jedynie odpowiadaniem na jego pytania, które były źle sformułowane i wcale nie dotyczyły Napoleona, w przeciwnym razie opuściłbym natychmiast jego dom.
Po powrocie do domu znalazłem dwie francuskie książki posłane mi przez Sir Hudsona Lowe. Dołączył też parę słów, wyrażając w nich nadzieję, że książki sprawią Cesarzowi przyjemność. Trudno uwierzyć, ale jedną z nich była Histoire de l'ambassade dans le duché de Varsovie en 1812 de Pradta....
Była to pierwsza podłość nowego gubernatora, musiał mianowicie wiedzieć, że książka ta szkalowała Napoleona.
Drugą z nich uznałem w pierwszym momencie za cenne dzieło, wydawało się bowiem, że może zastąpić nam Moniteurs i dostarczyć brakującego nam materiału źródłowego. Był to Zbiór proklamacji i pism oficjalnych wydanych przez generała, Pierwszego Konsula i Cesarza Napoleona. Niestety, autorem był pamflecista Goldsmith, a najważniejsze, Biuletyny, zostały zupełnie pominięte. Ale mimo tych niedostatków było to i tak najlepsze dzieło, które na ten temat napisano.

Po kolacji Cesarz zagłębił się w czytaniu. Przeczytanie niektórych z własnych proklamacji skierowanych do Armii Włoch poruszyło go niezmiernie, po czym zawołał:
-"A ludzie twierdzą, że ja nie potrafię pisać".
Niektóre proklamacje wydane w Egipcie rozbawiły go, przedstawiał w nich mianowicie siebie jako nawiedzonego posłańca Bożego.
-"Są to zupełne głupstwa - przyznał - ale napisane zostały jedynie w celu przetłumaczenia ich w zgrabne, arabskie wersy. Moi Francuzi śmiali się; oni myślą o tych sprawach tak trzeźwo, że później, gdy zmuszony byłem mówić o religii musiałem być niezwykle pobłażliwy, traktując na równi Żydów i chrześcijan, rabinów i biskupów".

Nawiasem mówiąc twierdzenie Goldsmitha, jakoby Napoleon przebrał się kiedyś za muzułmanina jest nieprawdziwe; jeśli kiedykolwiek wstąpił do meczetu to jako zwycięzca, a nie jako wierny.

-"Zresztę - dodał pogodnie - niewykluczone, że okoliczności zmusiłyby mnie do zostania muzułmanem; stałoby się to jednak jedynie w przypadku, gdybym osiągnął przynajmniej Eufrat. Zmiana religii służąca jedynie interesom prywatnym jest nie do usprawiedliwienia, zrozumiałym staje się ona, gdy w grę wchodzą ogromne interesy polityczne. Henryk IV powiedział kiedyś: Paryż jest warty mszy. Czy panowanie nad całym Wschodem, a może nawet nad całą Azją niewarte byłoby turbana i szarawarów? Bo w gruncie rzeczy wszystko od tego zależało. Wielcy szejkowie zrobili wszystko, aby nam ułatwić zadanie i usunęli wszelkie przeszkody, zezwolili na spożywanie wina i zwolnili od wszystkich ograniczeń cielesnych. Stracilibyśmy przy tym tylko nasze spodnie i kapelusz. Mówię "my" bowiem armia była w takim nastroju, że z pewnością poszłaby za moim przykładem, uznając to wszystko za żart. Ale trzeba sobie wyobrazić, jakie byłyby tego konsekwencje! Chciałbym wtedy tych widzieć, którzy myśleli jeszcze o powstrzymaniu tego odrodzenia stulecia i przeznaczenia Francji".

27.04.1816
Przybył do nas gubernator, aby sprawdzić, czy oświadczenia złożone przez służbę zostały podpisane dobrowolnie. Wytłumaczyłem mu: jeżeli takie było jego zalecenie musieliśmy się jemu podporządkować; jest to jednak obraza Cesarza, za którą on ponosi odpowiedzialność. Gubernator odrzekł mi na to, iż odnosi wrażenie, że otoczenie Cesarza pragnie stwarzać mu problemy. Odpowiedziałem, że przecież to całkiem zrozumiałe, iż Cesarz nie życzy sobie, aby ktoś próbował wbijać klin pomiędzy nim i jego ludźmi. Gubernator ma dwie możliwości wypytania cesarskiej służby: może zrobić to w dyskretny, nie rzucający się w oczy i nie obrażający Cesarza sposób, albo też zastosować przemoc. Ta druga metoda jest jednak obca naszym obyczajom.
Los pozbawił Cesarza wszelkiej władzy, nie mógł mu jednak zabrać godności osobistej. Jego honor to jedyna rzecz, która mu jeszcze pozostała.
Służący nasi stanęli przed gubernatorem i zostali przez niego przesłuchani. W tym czasie Montholon i ja trzymaliśmy się na uboczu, aby nie dawać do zrozumienia, że popieramy postępowanie gubernatora. Tenże wrócił do nas po pewnym czasie i oświadczył:
-"Teraz jestem zadowolony i mogę mojemu rządowi zameldować, że wszyscy podpisali z własnej woli i według własnego uznania".
Był jednak urażony, zaczął bowiem niespodziewanie zachwycać się wspaniałą panoramą i klimatem wyspy, dając tym do zrozumienia, że położenie nasze nie jest najgorsze. A gdy odpowiedzieliśmy, że w naszej okolicy nie rosną żadne dające cień i ochronę przed palącym słońcem drzewa, odpowiedział nam okrutnymi słowami:
-"To zasadzimy jakieś".
Było to pierwsze barbarzyństwo popełnione przez Sir Hudsona Lowe!

Gdy około piątej wybraliśmy się na przejażdżkę Cesarz poweidział do nas:
-"Moi panowie, jednego człowieka mniej na świecie i byłbym panem tego świata! Zgadnijcie o kim mówię?"
Nikt z nas się nie odezwał.
-"No dobrze, mam na myśli Abbé Pradta, tego jałmużnika boga Marsa!"
Wybuchnęliśmy śmiechem.
-"W jego Histoire de l'ambassade dans le duché de Varsovie , złośliwym i obelżywym dziele, obrzuca mnie oszczerstwami i obrazami, ale być może z powodu mojego dobrego humoru albo świadomość, że tylko prawda może zranić, zmusił mnie on do śmiechu i sprawił mi dużą przyjemność".

Później Cesarz pracował z jednym z nas.
Dwóch z nas pokłóciło się. Zamilczę tutaj okoliczności, ponieważ meldunki prasy i fakt powrotu jednego z nich do Europy (generał Gourgaud - przyp. tłum.) uczyniły spór ten dostatecznie znanym. Gdy wszedłem do salonu Cesarz wypowiadał się właśnie na ten temat.
-"Poszliście ze mną, żeby mnie pocieszyć, bądźcie więc braćmi! W przeciwnym razie jesteście mi niepotrzebni!...Chcecie tu być, więc bądźcie braćmi! W przeciwnym razie jesteście tylko moją dodatkową karą! Rozmawiacie przed moim obliczem o pojedynku. Czyżbym nie był tutaj obecny, czyż nie patrzą nas oczy obcych? Chcę aby każdy tutaj był przepełniony moim duchem. Chcę, żeby każdy, który jest w moim otoczeniu był zadowolonym i delektował się tą odrobiną szczęścia, które nam pozostało. Nawet mały Emanuel powinien mieć w tym udział".
Kolacja przerwała tę reprymendę, ale Cesarz pozostał małomówny. Podczas deseru kazał sobie przynieść dzieła Voltaire'a, przerwał jednak lekturę z oznakami znużenia.


29.04.1816
O piątej godzinie przyszedł do mojego pokoju Wielki Marszałek mówiąc, że nie miał jeszcze dziś sposobności widzieć Cesarza. Tenże, nie czując się najlepiej spędził cały dzień w swoich pokojach i nie chciał nikogo widzieć.
Wieczorem poszedłem sam do ogrodu na spacer. Smutny był to spacer, w samotności.
Około dziewiątej, gdy pogrzebałem już wszelkie nadzieje zobaczenia go dzisiaj, kazał mnie zawołać. Wyraziłem mu moje współczucie z powodu jego złego samopoczucia, odpowiedział mi jednak, że czuję się dobrze, chciał być jedynie sam i spędzić czas na czytaniu.
Był jednak smutny i przybity. Nie miał na nic ochoty, wziął do ręki mój atlas i przewracając strony zatrzymał swój wzrok na mapie Persji.
-"Przemyślałem wszystko - powiedział. - Persja byłaby idealnym punktem wyjściowym. Stamtąd trzymałbym w szachu Rosję i mógłbym zagrozić Indiom. Utrzymywałem zawsze z tym krajem przyjazne stosunki, w nadziei, że w ten sposób nastąpi zbliżenie z Turcją. Można było mieć przecież nadzieję, że ci głupcy pojmą płynące z tego korzyści. Ale jeden i drugi wyśliznął się w decydującym momencie z mojej ręki. Złoto angielskie było mocniejsze. Dla kilku gwinei niewierni ministrowie sprzeniewierzyli się interesom własnego kraju. Ale czy można od kraju rządzonego z haremu oczekiwać czegoś innego?"

Opuszczając sferę wyższej polityki Cesarz zaczął opowiadać anegdoty haremowe, mówił o Persach, opisywanych przez Montesquieu oraz o jego listach, pisanych z dużym talentem, dochodząc w końcu do tureckich i perskich przedstawicieli rezydujących za jego czasów w Paryżu. Zapytał mnie, jakie opinie o nich krążyły, z kim się spotykali, czy przyjmowali gości itd.
Odpowiedziałem, że przez pewien czas trzymali oni, przede wszystkim Pers stolicę w napięciu. Szczególnie on chętnie przyjmował gości, hojnie rozdając esencje i szale. Zrozumiałe, że przede wszystkim u dam cieszył się to ogromną popularnością.. Ale w końcu napływ gości był tak duży, że ograniczył swoją hojność i od tego czasu nie było o nim więcej mowy. Kilkakrotnie pozwoliliśmy sobie, nie okazując należnego mu szacunku na niefrasobliwe żarty.
Pewnego dnia Asker Chan przybył na organizowany przez Cesarzową Józefinę koncert. Stał tak, z jego długą, farbowaną brodą, oparty o ścianę i wkrótce, znudzony obcą mu muzyką zasnął na stojąco, z nogami lekko wysuniętymi do przodu, z ramieniem opartym na stojącym obok kominka krześle. Sytuacja ta była tak kusząca, że wpadliśmy na pomysł powolnego odsunięcia krzesła powodując tym utratę równowagi i upadek śpiącego Persa. Tak też by się zapewne stało, gdyby nie zdążył się w ostatniej chwili podeprzeć na krawędzi kominka, co nie odbyło się bez wywołania sporego hałasu. Asker Chan był, w przeciwieństwie do swojego tureckiego kolegi człowiekiem rozumiejącym żarty, ale w tym momencie wybuchnął gniewem. Ponieważ jednak mogliśmy porozumieć się jedynie za pomocą gestów i spojrzeń wytworzyła się niezwykle zabawna scena. Cesarzowa, zainteresowana przyczyną hałasu ubawiła się sednie, zganiła jednak nasze postępowanie.
-"To był rzeczywiście niezbyt mądry żart - skomentował moje opowiadanie Cesarz - ale co do diabła szukał on tam?"
-"Sire, przybył on wraz ze swoim tureckim kolegą złożyć Jej Wysokości wyrazy szacunku, z nadzieją, że informacja o tym dotrze do Cesarza znajdującego się akurat pięćset mil od Paryża".
Ale to jeszcze nie wszystko; widzieliśmy jeszcze inne rzeczy w ich wykonaniu, które nigdy nie doszły do uszu Cesarza.
-"Widzieliśmy ich, jak po dużej, niedzielnej audiencji dyplomatycznej u Cesarza, podążyli za nim na mszę zajmując miejsce wśród kardynałów Kościoła katolickiego".
-"Coś niesamowitego - zawołał Cesarz - jaki wyłom w ich zasadach i przyzwyczajeniach! Do uczynienia jakże niesłychanych rzeczy doprowadziłem ludzi! A do tego czynili to z własnej woli, bez polecenia, wiedząc jednocześnie, że nie zostanie to nawet przeze mnie zauważone!"

Byłem szczęśliwy, że przyczyniłem się moimi opowiadaniami do poprawy nastroju Cesarza, uwielbiał bowiem słuchać opowieści krążących po salonach. Uznał widocznie moje starania, pociągając mnie po zakończeniu opowiadania za ucho, mówiąc przy tym:
-"W pana atlasie znajduje się historia pewnego króla z północy, który został wtrącony do więzienia i zamurowany. Jeden z jego żołnierzy otrzymał pozwolenie na towarzyszenie swojemu królowi, aby opowiadaniami umilał mu czas. Pan, mój drogi, jesteś tym żołnierzem".

Odważony tymi przyjaznymi słowami opowiedziałem mu jeszcze jedną historyjkę, w której główną rolę odgrywał de Marbois. Któregoś dnia, Asker Chan zachorował, a ponieważ kuracja zastosowana przez jego osobistego lekarza nie poskutkowała, polecił sprowadzić doktora Bourdois. Pomylono jednak adres, udając się do ex-skarbnika de Marbois, będącego w tym czasie prezydentem Izby Kontroli.
-"Jego Ekcelencja, rezydent perski jest bardzo chory i prosi o Pańską wizytę" - zameldowano mu. De Marbois nie bardzo rozumiał, co go obchodzi choroba perskiego przedstawiciela, ale życzenie tak wysokiej osobistości schlebiało jego próżności, udał się więc z wizytą. Gdy tylko stanął przed obliczem Asker Chana, ten pokazał mu natychmiast język, wyciągnął do niego rękę pokazując na punkt, w którym mierzy się puls. Gesty te wprawiły de Marbois w ogromne zdziwienie, uznając je jednak za nieznane mu wschodnie obyczaje uścisnął podaną mu dłoń. W tym momencie czterech lokaji wniosło naczynie z zawartością, co do pochodzenia której nie mogło być żadnych wątpliwości i podsunęło je ex- skarbnikowi pod nos, w celu ułatwienia domniemanemu doktorowi postawienia diagnozy. Tego było de Marbois za dużo, czerwony ze złości zażądał wyjaśnień. Wkrótce wyjaśniono całe nieporozumienie bazujące na podobieństwie nazwisk, co jednak nie przeszkodziło, że de Marbois stał się pośmiewiskiem całego miasta i przez pewien czas nigdzie nie mógł się pokazać bez wzbudzenia wielkiego śmiechu".
-"Paryskie salony są okropne z tymi złośliwościami" - zauważył pogodnie Cesarz.
-"Rzeczywiście, w tamtych czasach nie było dla nas żadnej świętości, nawet Wasza Wysokość i Cesarzowa nie byli przed nami bezpieczni".
-"Mogę sobie to wyobrazić, ale niech pan opowie".
-"No dobrze, Sire. Opowiadano pewnego dnia, że Wasza Wysokość rozgniewana na treść otrzymanej z Wiednia depeszy powiedział do Cesarzowej: Votre pere est une ganache! (Pani ojciec jest głupkiem). Cesarzowa, nie będąca jeszcze władna wszystkich zawiłości naszego języka zwróciła się do pierwszego lepszego dworzanina i poprosiła o wytłumaczenie: Cesarz powiedział mi właśnie, że mój ojciec jest ganache; co oznacza to słowo? Dworak, zaskoczony pytaniem, jąkając się ze zmieszania wytłumaczył jej, że słowem tym określa się mądre i ogólnie szanowane osoby.
Kilka dni później Cesarzowa przewodniczyła posiedzeniu Rady Stanu, na którym rozwlekła dyskusja wydawała się nie mieć końca. Chcąc zakończyć spór i doprowadzić do podjęcia decyzji, zwróciła się więc do siedzącego obok Cambacéres'a ze słowami: "Rozstrzygnięcie należy do pana! Pan jest naszą wyrocznią, dla mnie jest pan bowiem pierwszym ganache Francji".
W tym miejscu mojej opowieści Cesarz biorąc się pod boki wybuchnął głośnym śmiechem.
-"Jaka szkoda - powiedział po chwili - że to nieprawda. Mogę sobie wyobrazić wyraz jego twarzy, rozbawienie Rady Stanu i zakłopotanie mojej biednej Marii".

Mój cel został osiągnięty; pełne dwie godziny zabawiałem Cesarza, usiłowałem zmienić jego posępny nastrój.
Gdy go opuszczałem, czuł się już znacznie lepiej. Byłem szczęśliwy.


30.04.1816
Na dzisiaj byłem wraz z moim synem zaproszony przez naszych byłych gospodarzy na kolację do Briars. Po drodze spotkaliśmy gubernatora, będącego w drodze do Longwood. Zapytany przez niego o zdrowie Cesarza nie ukrywałem moich obaw.
Wieczorem, w ciemności i przy padającym nieprzerwanie deszczu wróciliśmy do Longwood.
Cesarz polecił, aby przyprowadzono mnie do niego natychmiast po powrocie. Czuł się dobrze, ale znowu nie wyszedł z domu, nie chciał nikogo widzieć i przyjął gubernatora w szlafroku, leżąc na tapczanie. Przedstawił mu ponownie swój pogląd na postępowanie rządu angielskiego, na co gubernator nie znalazł żadnej odpowiedzi. Kończąc rozmowę zapewnił go, że nie nosi się z zamiarem popełnienia samobójstwa, uważając ją za objaw tchórzostwa. Musi jednak, zmuszony pozostać dłużej na tej wyspie, uznać śmierć za dobrodziejstwo. Ta wyspa jest za mała dla niego, przyzwyczajonego przemierzać konno dziesięć do dwudziestu mil dziennie; tutejszy klimat jest niezdrowy, brakuje mu francuskiego słońca. Nudzi się przy tym śmiertelnie, jego sytuacja jest nie do zniesienia. Nie wymaga zresztą wiele: prosi jedynie o pozwolenie poinformowania rządu angielskiego o swoich uczuciach i nastroju.
Gubernator był jednak zdania, że wytyczanie metod postępowania z tak dużej odległości, bez dokładnej znajomości okoliczności nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Ma przy tym nadzieję, że nadejście znajdujących się w drodze mebli i nowego drewnianego domu zapewni Cesarzowi więcej wygody. Jest przy tym całkowicie przekonany, że rząd angielski czyni wszystko, aby poprawić warunki bytu Cesarza.
Ten rzekł mu na to, że rząd nie przedsięwziął dotąd żadnych kroków w tym kierunku. Prosił o abonament Morning Cronicle i Statesman, ale go nie otrzymał. Prosił również o książki, jego jedyne pocieszenie; minęło dziewięć miesięcy, dotychczas nie otrzymał żadnej. Prosił o wiadomości o żonie i synu; i to pozostało bez odpowiedzi. Mieszkanie i meble są mu obojętne, jest żołnierzem, więc nie przywiązuje do przedmiotów większej uwagi. Mimo, że siedział na tronie i rozdawał korony nie zapomniał swojego pochodzenia: jego kanapa i łóżko polowe wystarczą mu w zupełności. Zamiast mebli i nowego domu, przesłaniem których pragnie się jedynie stworzyć pozory, należałoby posłać kata i całun.
W tym miejscu gubernator zapytał, czy Cesarz jest niezadowolony z jego postępowania; być może popełnił jakieś błędy, na co Cesarz odrzekł, że za wyjątkiem przesłuchania służby, co było świadectwem nieufności w stosunku do de Montholona, nie ma mu nic do zarzucenia.
Z powodu zapadłych w międzyczasie ciemności Cesarz nie mógł obserwować wyrazu twarzy swego rozmówcy, nie może więc powiedzieć, jakie wrażenie wywarły na gubernatorze jego słowa. Zauważył jedynie zakłopotanie, gdy zapytał, czy ma do czynienia z tym Lowe, który podpisywał angielskie biuletyny w 1815 roku. Odpowiedź brzmiała - tak.
Gubernator, przed pożegnaniem, po raz kolejny zaproponował usługi swojego lekarza; Cesarz ponownie odmówił.
Po zakończeniu swojej relacji milczał przez kilka minut, by potem, jak obudzony z zamyślenia, zawołać:
-" Co za nieszlachetne, nieszczęście zwiastujące oblicze ma ten człowiek! W całym moim życiu jeszcze nikogo takiego nie spotkałem! Nie mógłbym nawet napić się kawy mając tę twarz przed sobą! Obawiam się, mój drogi, że posłano nam kogoś, kto jest o wiele gorszy niż normalny strażnik więzienny!"

01.05.1816
Cesarz również dzisiaj nie wyszedł na zewnątrz. Ja sam czułem skutki konnej jazdy do Briars i miałem gorączkę. Około siódmej kazał mnie Cesarz zawołać. Nie sprawiał wrażenia chorego, według własnych słów czuł się całkiem dobrze. Mnie niepokoiła jednak jego obojętność i niechęć do opuszczania domu.
Po kolacji pobieżnie przeczytał proklamacje i raporty ze zbioru Goldsmitha. Odłożył książkę i przechadzając się tam i z powrotem po pokoju rozpoczął swój monolog:
-"Jeżeli wszystko dokładnie rozważę, dochodzę do następującego wniosku: oni mogą się wysilać, ile chcą, fakty przekręcać lub przemilczać, ale nie mogą mnie wymazać z historii. Przecież opisujący historię Francji musi kiedyś opisać Cesarstwo. A jeżeli relacja jego ma być uczciwa, musi i mnie poświęcić określoną część, co nie będzie trudne, gdyż fakty mówią same za siebie.
Przezwyciężyłem anarchizm, wprowadziłem porządek w panujący chaos. Wymazałem plamy rewolucji, uszlachetniłem narody i umocniłem królów na tronach. Popierałem wszystkie szlachetne zamiary, nagradzałem zasługi i rozszerzyłem granice sławy Francji! To przecież ma jakąś wartość!
A poza tym, czy można mi coś zarzucić, czego historyk nie potrafiłby wyjaśnić i obronić?
Może moje zamiary?
Z łatwością może przedstawić je w odpowiednim świetle.
Mój despotyzm?
Udowodni bez trudu, że dyktatura była konieczna.
Czy można mi zarzucić, że ograniczyłem swobodę?
Zwróci uwagę, że anarchia, rozpasanie i grożący zamęt jeszcze dzisiaj stoją na naszym progu.
Że za bardzo kochałem wojnę?
On udowodni, że to nas nieustannie atakowano.
Że dążyłem do panowania nad światem?
On przytoczy okoliczności, które towarzyszyły powstaniu tej idei, wyjawi działalność moich wrogów, która mnie krok po kroku do niej prowadziła.
Że miałem wygórowane ambicje?
Ach! Z pewnością, tych miałem wystarczająco, ale tych najwyższych, najszlachetniejszych, jakie kiedykolwiek mogą zawładnąć człowiekiem! I w tym miejscu piszący historyk być może wyrazi swoje ubolewanie, że takie ambicje zostały zdławione i niespełnione!
Oto ma pan, mój drogi, streszczoną w kilku słowach historię mojego życia".

02.05.1816
Również dzisiaj Cesarz pozostał w swoim pokoju i dopiero około dziewiątej wieczorem kazał mnie zawołać. Cały dzień nikogo nie przyjmował. Zostałem u niego do jedenastej godziny. Był pogodny i wydawał się być w dobrej dyspozycji fizycznej. Opowiedziałem mu jak bardzo dłuży nam się dzień bez niego, a i on sam odczuje wkrótce skutki niewystarczającej ilości ruchu i świeżego powietrza. Jestem zaniepokojony i zmartwiony z tego powodu. A jego męczy nawet te kilka zrobionych po pokoju kroków.

03.05.1816
Już od pięciu dni Cesarz nie opuszcza swojego apartamentu i nikogo nie dopuszcza przed swoje oblicze. Nie wiemy, co robi przez cały dzień. Niespodziewanie koło szóstej kazał mnie zawołać.
Powtórzyłem mu w imieniu nas wszystkich prośbę, aby nie odizolowywał się tak bardzo, na co mi odpowiedział, że znosi swoją samotność całkiem dobrze, aczkolwiek noce, a przede wszystkim dnie, dłużą mu się odrobinę. Nie pracował w tym czasie, nie był w odpowiednim do pracy nastroju. Również teraz nie był zbyt rozmowny, był posępny i przygnębiony. Wziął kąpiel, a potem jeszcze trochę rozmawialiśmy.

04.05.1816
Również dzisiaj Cesarz nie wyszedł poza swoje pokoje, mimo, że miał pierwotnie zamiar około czwartej wyjechać konno. Deszcz zmusił go do zmiany planów. Przyjął jedynie Wielkiego Marszałka.
Około ósmej zaprosił mnie na kolację. Poinformował mnie, że gubernator odwiedził Wielkiego Marszałka i przeprowadził z nim trwającą ponad godzinę żenującą w treści rozmowę. Zdaniem gubernatora skarżymy się za dużo, nie mając do tego żadnych podstaw, jesteśmy przecież odpowiednio traktowani, co powinno nas zadowolić. Błędnie też oceniamy siebie samych. Nawiasem mówiąc, żąda on umożliwienia mu codziennej kontroli obecności Cesarza.
Z pewnością to było przyczyną złego humoru i podenerwowania gubernatora. Cesarz nie wychodził od kilku dni, nikogo też nie dopuszczał do siebie, dlatego już od kilku dni nie otrzymał on od swoich oficerów i szpiegów żadnego raportu. Co uczyni w przyszłości? To pytanie budziło w nas niepokój. Wiedzieliśmy, że choćby zagrażało to jego życiu, Cesarz nie zniesie regularnych, codziennych wizyt gubernatora, który może się u nas pojawić o każdej porze dnia i nocy, według swojego uznania i humoru. Czy użyje przemocy, by wedrzeć do tego ostatniego miejsca cesarskiego azylu i zakłóci jego spokój? Musimy być na wszystko przygotowani.

05.05.1816
Około dziesiątej Cesarz dosiadł konia; po raz pierwszy od wielu dni. Akurat w tym momencie przybył przedstawiciel Kompanii Wschodnioindyjskiej, który już od dawna zabiegał o możliwość stanięcia przed Cesarzem. Został przyjęty z wielką uprzejmością.

Udaliśmy się na trwającą około godziny wizytę do pani Bertrand. Cesarz był bardzo zmieniony i przygaszony. Wróciliśmy na śniadanie do Longwood, które Cesarz spożył w ogrodzie w towarzystwie pana Balcombe i przedstawiciela chińskiej kompanii.
Około piątej kazał mnie zawołać; był już u niego Wielki Marszałek. Cesarz leżał w niekompletnym ubraniu na kanapie, próbował odpocząć. W kominku płonął ogień, w pokoju panował półmrok, ale Cesarz nie życzył sobie światła. Rozmawialiśmy tak w ciemności aż do ósmej, potem odesłał nas na kolację.
W trakcie naszego pobytu u niego rozmawialiśmy o angielskiej rewolucji, a Cesarz dokonał interesującego i osobliwego porównania z rewolucją francuską. Oto zasadnicze tezy jego wypowiedzi:
-"Rewolucje te mają wiele wspólnego, ale też wiele elementów zasadniczo je różniących. Wrzenie w obu krajach rozpoczęło się w czasie panowania nieudolnego i bezczynnego króla, Jakuba I i Ludwika XV, a wybuchły w czasach nieszczęsnego Karola I i Ludwika XVI.
Obaj oni padli ofiarami rewolucji i zginęli na szafocie, podczas gdy rodziny ich skazane zostały na wygnanie.
Oba królestwa zamienione zostały w republikę i w czasie tego okresu obydwa narody wiodły poniżający, rozpustny żywot. Zniesławiły się poprzez okrucieństwa i mordy, zerwały najświętsze więzy i odrzuciły wszelkie zasady moralne.
W obu krajach pojawili się na scenie ludzie, którzy mocną ręką uchwycili ster władzy, stabilizując sytuację. Ich następcami byli spadkobiercy rodzin królewskich, którzy jednak obrali fałszywą drogę, robili błąd za błędem, co spowodowało ich ponowne wygnanie.
Czym Cromwell w Anglii, tym był Napoleon we Francji. Ale Cromwell wstąpił na scenę w dojrzałym wieku i zdobył najwyższą władzę podstępem, dwulicowością i fałszem. Napoleon zagarnął władzę jako młodzieniec, a jego pierwszym krokom towarzyszyły czyny przynoszące mu chwałę.
Cromwell samowolnie usadowił się u władzy, co przyniosło mu nienawiść wszystkich partii i wycisnęło na angielskiej rewolucji piętno hańby.
Z pomocą wszystkich partii, wymazując plamy francuskiej rewolucji, zasiadł Napoleon na tronie.
Wojskowa sława Cromwella zapłacona została angielską krwią; jego zwycięstwa były dniami żałoby narodowej, sława Napoleona została zapłacona krwią wroga, ku radości narodu francuskiego.
W Anglii przyczyną rewolucji był bunt całego narodu przeciwko królowi, który dążąc do nieograniczonej władzy nie dotrzymał obowiązujących praw.
We Francji u podstaw rewolucji leżało powstanie części narodu przeciwko innej, stanu trzeciego przeciw arystokracji, Galów przeciwko Frankom. Król został zaatakowany nie jako głowa państwa, lecz jako przywódca feudałów; nie zarzucano mu nieprzestrzegania prawa, dążono do uzyskania wolności i zmian strukturalnych państwa.
W Anglii król Karol I uratowałby życie, gdyby posiadał umiarkowany i uległy charakter Ludwika XVI.
Karol I został więc stracony z powodu stawianego oporu, Ludwik XVI, bo tego nie uczynił.
W Anglii śmierć króla była dziełem jednego człowieka o wygórowanych ambicjach, we Francji zaślepionego tłumu i nieokiełzanego Zgromadzenia Narodowego.
W Anglii przedstawiciele władzy powstrzymali się, kierowani wstydem od odegrania roli oskarżającego i sędziego; powołali grono sędziowskie, które skazało króla.
We Francji odważono się być równocześnie oskarżycielem i sędzią.
W Anglii następstwem śmierci króla było powstanie republiki, we Francji narodziny republiki spowodowały jego śmierć.
W Anglii wybuchowi towarzyszył religijny fanatyzm, we Francji, okrzyki uznania cynicznego, heretyckiego tłumu.
W Anglii rewolucja powiązana była z wojną domową, we Francji były to wojny poza jej obrębem.
W Anglii armia była winna wszystkim ekscesom i była utrapieniem społeczeństwa.
We Francji armii zawdzięczano wszystko. Jej zwycięstwa pozwoliły zapomnieć okrucieństwa i zapewniły krajowi niezależność, sławę i przyniosły spodziewane owoce sławy.
W Anglii zięć strącił z tronu teścia, a cała Europa poparła i usankcjonowała jego uczynek.
We Francji wstąpił ponownie na tron wybraniec ludu, zajmujący go za ogólną aprobatą przez piętnaście lat, a cała Europa podniosła się przeciwko niemu. 1100 000 ludzi walczyło i pokonało go, wtrąciło do więzienia i obraża pamięć o nim".

06.05.1816
O dziewiątej udałem się do Cesarza, którego zastałem w stanie wielkiego podenerwowania. Nie może znieść myśli, że spokój jego może zostać przerwany wtargnięciem Anglików do jego apartamentów. Prędzej wolałby zginąć. Jest zdecydowany na wszystko i zaryzykuje wszystko. Grozi mu katastrofa; przypuszcza, że gubernator otrzymał polecenie doprowadzić do jego śmierci; nie będzie próbował się temu przeciwstawić.
-"Jestem na wszystko przygotowany - zakończył - chcą mnie zabić, to pewne."

Cesarz kazał wezwać doktora O'Meara i wypytał o jego zdanie na ten temat. Cesarz był z niego zawsze zadowolony i uznaje go za człowieka honoru. Niech mu otwarcie powie, czy uważa się za lekarza osobistego Cesarza, czy lekarza więziennego, działającego z polecenia swojego rządu. Jest jego zaufanym czy strażnikiem? Czy o działalności swojej musi składać raporty, albo, czy uczyniłby to, gdyby otrzymał takie polecenie? Jeżeli doktor jest w stanie dać zadawalające odpowiedzi na postawione pytania, Cesarz z przyjemnością i wdzięcznością odda się dalej w jego ręce; jeżeli nie, to podziękuje mu za dotychczasową opiekę z prośbą, o zaniechanie dalszych odwiedzin.
Odpowiedź doktora była pełna zdecydowania i przywiązania. Jest on lekarzem i nie ma żadnych kontaktów z polityką. Uważa się za osobistego doradcę Cesarza; wszystko inne go nie interesuje. Nie pisze też żadnych raportów, nigdy też nie wymagano ich od niego. Jedynie w przypadku ciężkiej choroby, gdy byłby zmuszony do zaciągnięcia opinii innych specjalistów, mógłby się na coś takiego zdobyć.

Około trzeciej cesarz udał się na przejażdżkę konną do ogrodu. Wieczorem usiadł z nami do kolacji.

Dzisiaj zawinął do portu statek transportowy Adamant. Na jego pokładzie znajdowały się części drewnianego domu dla Cesarza i okazałe meble, o których wszystkie europejskie gazety donosiły już od tygodni. Dom okaże się później stosem surowych belek, których obrobienie w tutejszych warunkach zajęłoby lata; to samo było z całą resztą.
Przepych, luksus i pompa przeznaczone było dla europejskich czytelników, prawda i nędza dla Św. Heleny!

07.05.1816
Około czwartej przybył gubernator. Nie zapytał o nikogo z nas, zrobił jedynie rundę wkoło domu. Jego zły humor pogłębił się wyraźnie, jego zachowanie zaczyna być brutalne i grubiańskie.

Około piątej Cesarz wezwał mnie do siebie. Rozmawialiśmy o starych i nowych epopejach. Wziął do ręki Iliadę i przeczytał głośno kilka fragmentów. Dzieło to podoba mu się niezmiernie.
-"Jest jak Pierwsza Księga Mojżesza albo Biblia, dzieckiem swojego czasu. Homer występuje tutaj jako poeta, mówca, historyk, prawodawca, geograf i teolog; jest to encyklopedia tamtych czasów".
Cesarz ceni Homera bardzo wysoko i jest zdania, że do dnia dzisiejszego nikt mu jeszcze nie dorównał. Pater Hardouin odważył się kiedyś poddać w wątpliwość czas powstania tego dzieła, przypisując je mnichowi z X wieku. To nonsens. Nawiasem mówiąc, nigdy dotąd nie reagował tak wrażliwie na piękno tej poezji, a wywołane nią uczucia potwierdzają zasłużone szacunek, którym cieszy się to dzieło na całym świecie. Szczególnie fascynuje go surowość manier bohaterów w powiązaniu z górnolotnością ich słów. Zabijają swoje zwierzęta, wygłaszając przy tym, z rzadko spotykaną elokwencją wzniosłe wersy sławiące cywilizację.

Cały dzisiejszy dzień Cesarz cierpiał na ból głowy, jak zresztą i wszyscy pozostali. Wyraziłem moje ubolewanie, że mimo iż dzień był bardzo ładny, nie wyszedł ze swoich pokoi.
Po kolacji zebrał wszystkich panów u siebie i zatrzymał do godziny jedenastej.

08.05.1816
Około piątej Cesarz wyjechał na przejażdżkę, a potem przyjął kilku Anglików, którzy przybyli na pokładzie Cornwall i udawali się do Chin.
Po kolacji jeden z naszych towarzyszy zauważył, że Cesarz był dzisiaj, dyktując opis wydarzeń spod Waterloo szczególnie poruszony faktem, że o wyniku tej bitwy zadecydował tak niewielki szczegół.
Nie usłyszeliśmy cesarskiej odpowiedzi; niezwyczajnie głębokim głosem powiedział do mojego syna:
-"My son, przynieś nam Ifigenię, to nam dobrze zrobi".
I czytał nam głośno to dzieło, które coraz bardziej podoba się wszystkim.

09.05.1816
Dzisiaj udałem w towarzystwie generała Gourgaud i mojego syna do Briars, na bal wydawany przez rodzinę Balcombe.

10.05.1816
Okropna pogoda, żadnej możliwości wyjścia z domu. Cesarz jest zmuszony przemierzać jadalnię tam i z powrotem, potem rozkazał rozpalić ogień w salonie i grał z Wielkim Marszałkiem w szachy. Po kolacji czytał nam z Biblii historię Józefa, a później Andromachę Racine'a.

W dniu dzisiejszym wpłynęło do portu kilka statków. Jest to flota bengalska. Wśród pasażerów znajduje się Lady London, żona generalnego gubernatora oraz Lord Moira.

W trakcie rozmowy wspomnieliśmy generała Hoche. Jeden z nas powiedział, że w młodości budził on wielkie nadzieje.
-"Więcej - rzekł na to Cesarz - już w młodości spełnił wiele z nich".
Spotkali się dwa albo trzy razy. Cesarz nie powstrzymał się od stwierdzenia, że miał nad Hoche'em zasadniczą przewagę: gruntowne wykształcenie i wspaniałe wychowanie. Różnili się też w wielu innych rzeczach.
-"Hoche - mówił Cesarz - szukał zawsze ugrupowania, żeby się przyłączyć; niestety zawsze spotykał na swojej drodze nędzne kreatury. Ja z kolei, nie szukając popularności, otoczony byłem niezliczoną ilością zwolenników. Poza tym Hoche'a cechowała chorobliwa ambicja. Byłby w stanie wyruszyć z 25 tysiącami ze Strasbourga, aby napaść na rząd; ja tymczasem cierpliwie podporządkowałem moje oczekiwania duchowi czasu i okolicznościom towarzyszącym rozwojowi sytuacji politycznej".
Hoche przyłączyłby się później do niego albo dałby się zdeptać. Cesarz wierzył bardziej w to pierwsze, generał zbyt lubił pieniądze i rozrywkę.
Moreau będąc w podobnej sytuacji, stojąc przed podobnym wyborem, nie wiedział co zrobić. Dlatego nie cieszył się szacunkiem Cesarza, był bowiem politycznie całkowicie niezdolny i pokazał jedynie talent wojskowy.
-"Był niedołęgą prowadzonym na smyczy przez swoje otoczenie i swoją żonę.
Hoche - kontynuował Cesarz - zginął w okolicznościach, których niejasność dopuszczała wszelkiego rodzaju spekulacje, a ponieważ istniała wtedy grupa, której przestępstwa ciągle mnie przypisywano, próbowano rozpowszechnić teorię, że to ja kazałem go otruć. Był czasy, gdy czyniono mnie odpowiedzialnym za każde nieszczęście; podobno ja kazałem zamordować w Egipcie Klébera, zastrzelić Desaixa pod Marengo, ludziom w więzieniu podrzynać gardła i setki innych podobnych występków, jeden głupszy od drugiego. Ponieważ nie reagowałem na te nonsensy, wkrótce przeminęła na nie moda. Mimo tego, żadna plotka nie jest aż tak głupia, żeby nie znaleźli się tacy, którzy w nią wierzą i być może jeszcze dzisiaj istnieją tacy, którzy są mocno przekonani o prawdziwości tych plotek, ale przekonanie to nie wytrzyma próby czasu, historycy wszystko sprawdzą i przedstawią w odpowiednim świetle".

11.05.1816
O czwartej, byłem właśnie u Cesarza, gdy przyszedł Wielki Marszałek i przekazał mu dostarczony właśnie bilet. Cesarz przebiegł go wzrokiem, wzruszył ramionami i powiedział:
-"To zbyt głupie, żadnej odpowiedzi, niech pan da to Las Cases'owi".
Czy coś takiego było możliwe? Był to adresowany do rąk Wielkiego Marszałka bilet od gubernatora, w którym zapraszał generała Bonaparte na przyjęcie organizowane w Plantation House, na którym obecne będą Lady London i Lady Moira. Taki brak taktu wywołał rumieniec na mojej twarzy. Czy można się jeszcze bardziej ośmieszyć? Być może, że Sir Hudson Lowe nie widział w tej formie nic złego, a przecież człowiek ten brał przez dłuższy czas udział we wszystkich akcjach dyplomatycznych ostatnich lat!

Wicegubernator, pan Skelton, przygotowujący się do opuszczenia wyspy, przybył dzisiaj wraz z żoną, aby pożegnać Cesarza. Ten zatrzymał ich na kolację.
Ci czcigodni ludzie, którym my, aczkolwiek wbrew naszej woli, odebraliśmy Longwood, których egzystencję mimowolnie zniszczyliśmy, byli jedynymi na tej wyspie, którzy w stosunku do nas okazywali najwyższy szacunek i wyszukaną uprzejmość. Zrozumiałe jest zatem, że pożegnaliśmy ich niezwykle serdecznie.

12.05.1816
Dzisiaj spacerowaliśmy długo po ogrodzie; Cesarz nakierowywał rozmowę na najprzeróżniejsze tematy: Instytut, Rada Stanu, Kodeks Cywilny, przy czym jak zwykle w sposób mistrzowski przekazywał swoje myśli.
O piątej przyjął kapitana Bowena z fregaty Salcete, która jutro wychodzi w morze. Rozmowa toczyła się w przyjemnej atmosferze, a gdy w jej trakcie padło nazwisko Lorda Saint Vincent, którego kapitan nazwał swoim protektorem, Cesarz zauważył:
-"Będzie pan go widział? To niech pan pozdrowi tego dzielnego marynarza, mojego walecznego weterana".

O siódmej godzinie Cesarz, siedząc w wannie kazał mnie zawołać i rozmawiał potem ze mną o sprawach codziennych, literaturze i geografii. Wyraził swoje zdziwienie, że wnętrze Afryki jest nam jeszcze zupełnie nieznane. Powiedziałem mu, że przed kilkoma laty przedłożyłem ministrowi żeglugi projekt wyprawy na ten kontynent, nie powierzchownej podróży, lecz poważnej wojskowej wyprawy, która byłaby stosowna do czasów i godna Cesarza. Minister wyśmiał mnie, uznając ten plan za zwariowany. Ideą moją było wkroczyć na kontynent afrykański równocześnie z czterech stron. Te cztery ekspedycje miały spotkać się w środku kontynentu, a następnie dalej wędrować w pierwotnym kierunku. W ten sposób pokonano by tę część kuli ziemskiej od północy na południe, ze wschodu na zachód i do tego w obydwu kierunkach. Przy naszym entuzjazmie i przedsiębiorczości z pewnością znalazłoby się pięciuset lub nawet sześciuset żołnierzy, lekarzy, botaników, chemików, astronomów i przyrodników, którzy wyraziliby chęć udziału w tej epokowej ekspedycji.
-"Sam mogłem wpaść na ten pomysł - odpowiedział Cesarz - zawsze żałowałem, że w czasie mojego pobytu w Egipcie czegoś podobnego nie spróbowałem. Tam miałem pod ręką żołnierzy, którzy pokonaliby okropności pustyni".

Później rozmowa zeszła na marynarkę i jej admirałów.
Cesarz zdumiał się później, że siedział w wannie przez cały czas trwania rozmowy. Kolację zjadł bardzo późno i jeszcze długo zatrzymał mnie przy sobie. Rozmawialiśmy o szkole wojskowej w Paryżu, jej nauczycielach i kolegach szkolnych. Mieliśmy prawie tych samych pedagogów, opuściłem przecież szkołę tylko rok przed jego do niej wstąpieniem. Był tak poruszony tymi wspomnieniami, że poprosił mnie o kieliszek szampana, co czynił niezwykle rzadko. Jest tak wstrzemięźliwy w piciu, że jeden kieliszek wystarcza, aby zabarwić jego twarz i uczynić go jeszcze rozmowniejszym. O ile normalnie pozostawał z nami po kolacji kwadrans, najwyżej pół godziny, to dzisiaj przeminęły ponad dwie godziny. Ogromnie zdziwiła go wtrącona do rozmowy uwaga Wielkiego Marszałka o minięciu godziny jedenastej.
-"Jak ten czas przeminął - zawołał rozradowany - dlaczego nie mogę częściej tak przyjemnie spędzić czasu!"

17.05.1816
Całą dzisiejszą noc byłem niezdrów. Cesarz spożywał śniadanie w ogrodzie i kazał mnie zawołać. Był posępny i zmęczony, czuł się bardzo nieswojo. Po śniadaniu udaliśmy się na długi spacer po ogrodzie; nie mówił nic. O pierwszej upał zmusił nas do powrotu do domu.

Wieczorem, po jedzeniu Cesarz próbował przeczytać nam Posiedzenie Akademii i Anarcharsis. Zatracił swoją normalną siłę i ciepło.

18.05.1816
Cesarz był znowu niedysponowany. Po powrocie z przejażdżki wziął kąpiel i kazał mnie zawołać. Był już trochę pogodniejszy, rozmawialiśmy z dużym ożywieniem do godziny wpół do ósmej. Kolację zjadł w swoim pokoju, na którą mnie zaprosił. Pytał znowu wiele o mój pobyt w Londynie, o książęta, biskupa Arras itd.

Później zeszliśmy na temat starego i nowego dworu, o którym Cesarz opowiadał wiele zabawnych historii. Zabawiałem go anegdotami o marszałkowej Lefebvre, na której koszt bawiliśmy się przez dłuższy czas. Była wcześniej zwykłą praczką, co wcale nie ukrywała i tak też, już jako żona marszałka Francji, zachowywała się. Ale miała złote serce i pomagała, komu tylko mogła. Pewnego dnia dowiedziała się, że pewien emigrant, kapitan, przymiera głodem. Pośpieszyła natychmiast do jego przyjaciół i powiedziała:
-"Wiecie, że postępujecie niewłaściwie i że panowie z tak zwanego dobrego towarzystwa nie mają serca? Mówiono mi, że jeden z naszych byłych oficerów, a wasz przyjaciel cierpi nędzę. Ode mnie nie przyjmie pomocy, obawiam się też, że mogłabym go tym nawet obrazić. Ale od was przyjmie ją z pewnością, weźcie zatem te 100 ludwików i zanieście mu mówiąc, że pochodzą od was".
-"Od tego czasu - powiedziałem do Cesarza - nie wyśmiewałem się z niej więcej i darzyłem ogromnym szacunkiem. W Tuilerie zawsze podawałem jej ramię i oprowadzałem po cesarskich salonach, nie obchodziło mnie przy tym, że śmiano się za moimi plecami".

Rozmawialiśmy potem o przykładach dobroczynności na rzecz starych, upadłych rodzin, zainicjowanych przez nowych dorobkiewiczów. Między innymi też o galanterii pewnego znajomego, który zaczynając jako zwykły żołnierz dosłużył się stopnia marszałka; pewnego dnia zaprosił na obiad swego starego przełożonego i czterech lub pięciu oficerów dawnego pułku, przyjmując ich ubrany w swój stary, pułkowy mundur.

19.05.1816 Dzisiaj odwiedził mnie, wracający do Europy gubernator Jawy, mister Raffles. Mieliśmy wśród Holendrów wielu wspólnych znajomych, których poznałem podczas mojego pobytu w Amsterdamie w 1810 roku. Cesarz kazał mi przekazać, że ma nadzieję przyjąć go po południu, gdzieś między trzecią i czwartą godziną . W oczekiwaniu na audiencję rozmawiałem z nim przez kilka godzin i wyjaśniałem dotyczące Cesarza wydarzenia z przeszłości.

Po audiencji Cesarz udał się na przejażdżkę, powracając około ósmej. Udaliśmy się do jego apartamentu, dokąd zawołał ponadto Wielkiego Marszałka i madame Bertrand. Zagłębiliśmy się w rozmowie prowadzonej w dość poufałym tonie dotyczącej przede wszystkim Cesarzowej Józefiny. Prowadzili wspólnie prawdziwy mieszczański dom, opowiadał Cesarz, zjednoczeni miłością dzielili pokój i łóżko.
-"To ostatnie uważam za niezwykle ważne - stwierdził - ma decydujący wpływ na całość życia małżeńskiego, umacnia pozycję kobiety, zapewnia przywiązanie mężczyzny i sprzyja rozwojowi zaufania i dobrych obyczajów. Małżonkowie, którzy wspólnie spędzają noc nie tracą siebie z oczu, nie będą też sobie nigdy obcy. Jak długo utrzymywaliśmy ten stan, znała każdy mój uczynek i każdą moją myśl; śledziła i rozumiała wszystko, co nawiasem mówiąc nie zawsze było korzystne dla mnie i moich interesów.
Krótka chwila złego humoru zakończył tę miłość. Przez cały ten dzień musiałem wysłuchiwać złych wieści z Wiednia, zanosiło się na powstanie nowej koalicji. Gdy w końcu chciałem udać się na spoczynek, przywitany zostałem gniewnymi błyskami w oczach i sceną zazdrości. Tego było za dużo; postanowiłem uciec i oświadczyłem, że na dalsze niewolnictwo nie mam ochoty.
Byłbym szczęśliwy, gdyby Józefina obdarowała mnie synem, mój spokój domowy i kariera polityczna byłyby zabezpieczone. Chyba jeszcze dzisiaj siedziałbym na tronie i nigdy nie wstąpiłbym na tę kwiecistą łąkę pod którym kryła się przepaść. I jak tu mówić o umiejętności przewidywania!
Józefina, jak wszystkie Kreolki aż do przesady uwielbiała luksus, nieporządek i rozrzutność. Niemożliwością było określić jej potrzeby finansowe; wiecznie miała długi. Rezultatem tego były częste sprzeczki. Zdarzało się nawet, że posyłała kogoś do dostawców z prośbą o podanie na rachunku tylko połowy należnej kwoty. Nawet na Elbę napływały ze wszystkich stron rachunki".
Jeden z nas, znający Cesarzową Józefinę jeszcze z Martyniki przypomniał wiele szczegółów z jej młodości. Cesarz potwierdził, że przepowiedziano jej, jeszcze jako młodej pannie, że kiedyś będzie nosiła koronę.
-"Inna typową dla Józefiny cechą charakteru - kontynuował Cesarz - były jej nieustanne kłamstwa. Gdy zapytano ją o cokolwiek, jej pierwszym odruchem było zaprzeczenie, jej pierwszą odpowiedzią było: nie. To "nie" nie było kłamstwem, lecz dyktowane było ostrożnością, formą samoobrony.
-"I tym, moje damy - powiedział, zwracając się do madame Bertrand - różnimy się, my mężczyźni od was. Uwielbiacie mówić nie, bo tego was nauczono. To klucz do zrozumienia naszych zróżnicowanych postaw. Nigdy w życiu nie będziemy w stanie się zrozumieć.
W okresie terroru, gdy Józefina przebywała w więzieniu, a jej mąż powędrował na szafot, umieszczono Eugeniusza u pewnego stolarza, gdzie uczył się zawodu i usługiwał innym. Hortensja nie miała wiele lepiej. Umieszczono ją, a ile się nie mylę, u krawcowej".
Józefina doskonale znała wszystkie cechy charakteru Cesarza i potrafiła to umiejętnie wykorzystać.
-"Nigdy nie wpadłoby jej go głowy - mówił Cesarz - czegokolwiek dla Eugeniusza żądać albo podziękować, gdy któregoś dnia coś dla niego uczyniłem; albo przynamniej okazać w takim dniu więcej przychylności; tak bardzo zależało jej na pokazaniu i przekonaniu mnie, że wszystko to nic ją nie obchodzi, że czynię to jedynie dla osiągnięcia własnych celów i korzyści. Z pewnością nie raz myślała, że pewnego dnia uczynię go moim następcą".

Ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu przerwano nam obwieszczeniem o podaniu do stołu. Cesarz był cały ten wieczór niezwykle rozmowny i dopiero po północy udał się do swoich pokoi, mówiąc na pożegnanie:
-"Co dzieje się z dzisiejszą z Francją, a co z Paryżem? A jaki los czeka was za rok?"

26.05.1816
Cesarz jest zmęczony i niedysponowany. Czytaliśmy otrzymane w ostatnich dniach gazety, z których dowiedzieliśmy się, że jego brat Hieronim kupił kolejne posiadłości ziemskie w stanie Nowy Jork nad rzeką Św. Wawrzyńca, a duża rzesza Francuzów osiedliła się w jego sąsiedztwie. Cesarz jest zdania, że wkrótce zbierze się tam dużo wybitnych ludzi, mogących stamtąd zwalczać panujący obecnie w Europie system. Z podobnym planem nosił się już na Elbie.

Mówił potem o znacznych sumach, które przekazał poszczególnym członkom swojej rodziny. Jest teraz jedynym z całej rodziny, który nic nie posiada. Gdyby osiągnął Amerykę, sprowadziłby swoich bliskich do siebie, dysponowaliby w sumie kwotą przynajmniej 40 milionów franków. Z pomocą tych środków stworzyłby nową, francuską ojczyznę. Po roku, ze względu na panującą w Europie sytuację, zgromadziłoby się wokół niego przynajmniej 60 000 ludzi, a ponad 100 milionów miałby do dyspozycji. Jak bardzo życzyłby sobie, żeby marzenie to mogło stać się rzeczywistością i przysporzyło mu rozgłosu.
-"Ameryka - mówił dalej - była pod każdym względem naszym najbardziej naturalnym schronieniem. Tam mielibyśmy do dyspozycji niezmierzone przestrzenie i bylibyśmy wolni. W napadzie melancholii można tam wsiąść do powozu, przemierzyć setki mil i jak każdy zwyczajny podróżny delektować się podróżą. W tłumie można się schować, żyć według własnych upodobań, zwyczajów, poglądów i własnej religii".

W Europie życie prywatnej osoby byłoby dla niego niemożliwe; jego imię jest tam zbyt popularne, a z każdym narodem jest w jakiś sposób związany.
Po drugiej abdykacji otrzymał list od pewnego Amerykanina mieszkającego w Paryżu:
-"Jak długo stał Pan na czele narodu, można się było spodziewać spełnienia każdego cudu, można było mieć nadzieje; teraz jednak nie ma dla Pana miejsca w Europie. Niech Pan ucieka, niech próbuje dotrzeć do Stanów Zjednoczonych; znam stanowisko ich przywódców i nastawienie opinii publicznej. Znajdzie tam Pan nową ojczyznę i pocieszenie".

Cesarz nie chciał. Bez wątpienia mógł w przebraniu osiągnąć Brest, Nantes, Bordeuax, Toulon i prawdopodobnie osiągnąć też Amerykę. Był jednak zdania, że ucieczka w przebraniu to poniżej jego godności, a poza tym uznał za swój obowiązek, podróżując w okresie największego kryzysu jako osoba prywatna i bez eskorty, pokazać całej Europie zaufanie, którym darzy on naród francuski i bezprzykładne przywiązanie tegoż do jego osoby. W końcu, i to jest to główna przyczyna, gwiazda przewodnia przyświecająca jego ówczesnym poczynaniom, miał nadzieję, że w obliczu niebezpieczeństwa otworzą się ludzkie oczy, a on będzie ucieczką i ratunkiem dla ojczyzny. Dlatego też zatrzymał się tak długo, jak tylko było to możliwe w Malmaison; dlatego wyczekiwał w Rochefort. Swój los, swój pobyt na Św. Helenie zawdzięcza temu właśnie uczuciu.

26.05.1816
Dzisiaj jest znowu ładna pogoda, temperatura wzrosła, powietrze jest świeże i czyste. Cesarz jest niedysponowany i sprawia wrażenie osowiałego. Udaliśmy się jednak na przejażdżkę. Przed kolacją kazał mnie zawołać do swojego pokoju. Nadal czuł się nieszczególnie, próbował jednak prowadzić rozmowę. Podejrzewa, że przyczyną jego złego samopoczucia jest nowe wino, które nam ostatnio dostarczono. Corvisart, Berthollet i inni lekarze zalecali mu, z powodu jego eksponowanego stanowiska wino natychmiast wypluć, jeżeli tylko poczuje najmniejsze oznaki obcego posmaku.

Później wyraził swoje zdziwienie, że rysy człowieka są tak często całkowicie sprzeczne z jego charakterem.
-"To dowodzi - mówił - że ludzi nie można oceniać po wyglądzie ich twarzy; aby ich naprawdę poznać trzeba ich najpierw poddać próbie. Czegoż to nie zaznałem w życiu, co za twarze widziałem! Ileż raportów i donosów otrzymałem! Ale wiernie trzymałem się zasady, nie podejmować żadnych decyzji na podstawie słów albo wyglądu zewnętrznego. Muszę przyznać, że niekiedy można jednak odczytać charakter człowieka z rysów jego twarzy. Czyż gdy spojrzy się na Naszą Wysokość (gubernator), nie myśli się mimowolnie o tygrysie?
Inny przykład. Miałem służącego, którego bardzo lubiłem, ale którego musiałem przepędzić po tym, gdy po raz kolejny przyłapałem go na wsadzaniu ręki do mojej sakiewki. Wystarczyło na tego człowieka popatrzeć, aby odkryć w nim podobieństwo ze sroką".
W tym miejscu wspomniał ktoś opinię jaką wyraził Mirabeau o Pastoret.
-"Coś w nim jest z tygrysa, a coś ze świni, ale świnia wyraźnie przeważa".

Wieczorem Cesarz zaczął czytać głośno Aleksandra, dzieło Racine'a, które nie odpowiada jednak jego gustom; odłożył je wkrótce i czytał Andromachę, dzieło, które z kolei uwielbia.

28.05.1816
Ponieważ utrzymuje się przyjemna pogoda, zrobiliśmy dzisiaj dłuższą przejażdżkę. Początkowo Cesarz nosił się z zamiarem zrobienia przejażdżki konnej. Potrzebuje koniecznie ruchu; ale obrzydło mu jeżdżenie w kółko po terenie Longwood; czuje się przy tym jak na torze, czego nie lubi.
Po powrocie jednak udało się nam namówić go, aby dosiadł konia. Towarzyszyliśmy mu w tym i dotarliśmy najpierw na grzbiet górski, z którego widać leżące opodal miasto. Później przejeżdżaliśmy obok obozu angielskiego, gdzie widzący nas żołnierze porzucili swoje prace i utworzyli szpaler.
-"Któryż z europejskich żołnierzy - skomentował ich zachowanie Cesarz - nie wpadły na mój widok w podniecenie".
A ponieważ o tym wiedział, unikał zbliżania się do stacjonujących na wyspie oddziałów, nie chcąc być podejrzanym o ich prowokowanie.
Ta krótka wycieczka i wywołane nią zmęczenie dobrze nam zrobiło. O piątej byliśmy znowu z powrotem.

Od pewnego czasu Cesarz nie pracuje, co powoduje, że dni mu się dłużą. Widział wyspiarzy grających w coś podobnego do kręgli, kazał więc sobie przynieść kule i dzisiaj zagraliśmy jedną partię. Przegrałem do niego półtora napoleona, które Cesarz podarował służącemu noszącemu nam kule.

29.05.1816
Wieczorem Cesarz polecił mi podążyć za nim do jego pokoi. W czasie, gdy czytał Journal des Débats, dostarczony w ostatnich dniach przez bryg Mosquito, Wielki Marszałek przekazał mi przybyły właśnie z Europy list do Cesarza. Przeczytał go dwa razy ciężko wzdychając, a potem podarł, rzucając skrawki papieru pod stół. List był otwarty przed dostarczeniem!
Podjął przerwaną lekturę gazet, przerwał jednak po kilku minutach mówiąc do mnie:
-"Ten list jest od mojej matki, czuje się dobrze i chce tutaj przybyć!"
I podjął ponownie czytanie. Po raz pierwszy Cesarz otrzymał wiadomości od swojej rodziny, pochodziły od kardynała Fescha. Cesarz był wyraźne poruszony, że list otwarto, zanim został nam oddany.

02.06.1816
Dzisiaj Cesarz znowu wyjechał konno. Odwiedził żonę adiutanta angielskiego i spędził z nią kilka przyjemnych chwil. Później udaliśmy się w odwiedziny do madame Bertrand.
Po powrocie spożyliśmy w ogrodzie posiłek.
Wieczorem rozmawialiśmy o wydatkach cesarskiego dworu i metodach prowadzenia rachunków.

03.06.1816
Dzisiaj Cesarz siedział przez trzy godziny w kąpieli, a później, koło godziny piątej udaliśmy się do ogrodu na spacer.
Był smutny i milczący. Dopiero podczas wyjazdu trochę się ożywił i był rozmowniejszy.

Po powrocie Cesarz poszedł ponownie do ogrodu, wypowiadając się przy tym na temat towarzyszących nam dam.
-"My Europejczycy - mówił zerkając znacząco w bok - nie potrafimy odpowiednio traktować kobiet. Jesteśmy dla nich za dobrzy, zepsuliśmy je tylko przez to. Narody Wschodu posiadają więcej talentu i rozsądku w tym kierunku. Uważają, że kobieta należy do mężczyzny, jest jego własnością. Bo w rzeczywistości natura stworzyła je jako nasze niewolnice i tylko dlatego, że potrafią wykorzystać nasze dziwactwa zachowują się jak nasze władczynie. Nadużywają swoich wdzięków, aby nas uwieść i zniewolić. Gdy tylko skłonni jesteśmy uczynić coś dobrego dla jednej, natychmiast pojawiają się setki innych, dla których popełniamy głupstwa. Ludzie Wschodu mają rację zezwalając na wielożeństwo. Jest ono rzeczą naturalną. Kobieta stworzona została po to, aby obdarować mężczyznę dziećmi. Ale jedna jedyna mu do tego nie wystarcza; będąc przy nadziei nie może ona przecież spełniać swoich powinności małżeńskich, podobnie gdy karmi lub jest chora; a gdy nie może więcej rodzić dzieci, zaprzestaje całkowicie ich wypełniania. Wniosek więc oczywisty, że mężczyzna, którego ani tego typu okoliczności, ani wiek nie pozbawiają męskości, musi posiadać więcej kobiet. Więc na co się skarżycie, moje damy - zwrócił się śmiejąc do towarzyszących nam pań - czyż nie przyrzekliśmy wam naszej duszy, o czym filozofowie już od dawna toczą dyskusje? Ach, wy domagacie się równouprawnienia!. Przecież to szaleństwo! Kobieta jest naszą własnością, a nie odwrotnie, gdyż to ona daruje nam dzieci, a nie my jej. Jest więc własnością mężczyzny, podobnie jak drzewo dające owoce jest własnością ogrodnika. Jeżeli mężczyzna zdradzi swoją żonę, powinien jej to wyznać i okazać skruchę; nie powinny pozostać po tym żadne ślady. Kobieta złości się z tego powodu, później wybacza i następuje pojednanie, przy czym to właśnie ona w takim momencie często dużo wygrywa. Inaczej ma się sprawa z niewiernością kobiety. Ona może przyznać się do wykroczenia, wykazać skruchę, ale kto może zapewnić, że zdrada ta pozostanie bez konsekwencji? Tego błędu nie da się naprawić. Widzicie więc moje panie i musicie przyznać temu rację, że tylko niedostatek zdolności osądzania i błędy w wychowaniu może zrodzić w kobiecie myśl równości z mężczyzną. Nawiasem mówiąc, nie ma w tej różnicy niczego zniesławiającego kobietę. Każdy ma swoje prawa i obowiązki: wasze prawa, moje damy to piękno, wdzięk i uwodzicielstwo. Wasze obowiązki to uzależnienie i podporządkowanie".

Po kolacji Cesarz kazał mojemu synowi przynieść sobie Memoire des Chevaliers de Grammont i jeden tom dramatów Voltaire'a. Chciał czytaniem, jak powiedział, zabić czas do jedenastej. Czytał długo z pierwszego dzieła i zauważył, że niewiele potrzeba, aby inteligentnie zabawić czytelnika.
Z Voltaire'a czytał Mahometa, Semiramis i jeszcze coś, pokreślił ten czy inny błąd autora i zauważył, jak zwykle, że Voltaire'owi równie obcy byli ludzie jak i wielkie namiętności.

04.06.1816
Cesarz kazał mnie o czwartej zawołać, żebym towarzyszył mu w przejażdżce. Poinformował mnie, że podjął ponownie dyktowanie swoich wspomnień, za co z pewnością zasługuje na pochwałę. Całe przedpołudnie był w okropnym nastroju, około pierwszej wyszedł na spacer, ale natychmiast wrócił, przepełniony nudą i wstrętem. Nie wiedząc, co z sobą zrobić, przystąpił do pracy.
Cesarz już dawno przerwał pracę na swoimi wspomnieniami. Moja Kampania we Włoszech była już od kilku miesięcy gotowa, Kampania Egipska Bertranda również. Choroba generała Gourgaud spowodowała przymusową przerwę, wystarczająco długą, aby odebrać Cesarzowi ochotę do pracy. Nie miał teraz odwagi jej kontynuować. Wykorzystując okazję ku temu przekonywałem go, że dyktowanie wspomnień to jego jedyna możliwość uśpienia czujności jego przeciwników i sposób na zabicie czasu; dla nas są one bezcenną zdobyczą, której zawdzięczamy nieocenione bogactwo. A poza tym, jego historia przyczynia sławy i chwały Francji. A gdzie znajdzie prawdę jego syn? Kto we właściwy sposób wytłumaczy mu postępowanie jego ojca? Nieutrwalone na papierze myśli Napoleona zginęłyby wraz z jego śmiercią. Nawet my, którzy go otaczamy nie bylibyśmy w stanie właściwie odtworzyć przebiegu historii. A przecież w czasie naszego pobytu tutaj dowiedzieliśmy się i nauczyli tak dużo!
Cesarz obiecał mi kontynuowanie pracy; nie był tylko zdecydowany jaką formę ma wybrać. Ma po prostu spisać historię swojego życia? A może forma kroniki?

Podczas kolacji powiedział:
-"Zostałem dzisiaj skarcony za moje lenistwo. Podejmę więc moją pracę i to kilka części równocześnie; o ile się nie mylę Herodot nadał swoim książkom imiona muz. No dobrze, chcę aby poszczególne części moich wspomnień nosiła wasze imiona. Nawet mały Emanuel dostanie swoją część. Zacznę z Montholonem Konsulat, Gourgaud dostanie do opracowania inną epokę i pojedyncze bitwy, a mały Emanuel zajmie się dokumentami i materiałami dotyczącymi okresu Cesarstwa".

09.06.1816
Cesarza zobaczyłem dopiero o szóstej godzinie. Był znowu chory, nie opuszczał swoich pokojów i nie przyjmował do siebie też żadnych posiłków. Oglądał właśnie pożyczone od doktora O'Meary widoki Londynu. Doktor odwiedził do dzisiaj i w trakcie rozmowy wielokrotnie doprowadził do śmiechu.
-"Gdy dowiedział się, że jestem chory - mówił Cesarz - przybył do mnie ze stwierdzeniem, że od tej pory jestem pod jego kuratelą. Chciał mi rzeczywiście zaaplikować jakieś lekarstwo, mnie, który nie może sobie przypomnieć, zażycia czegoś kiedykolwiek".

Było już po siódmej, gdy Cesarz poczuł głód. Stwierdził, że jest to najlepszy dowód na to, że nie jest chory. Polecił służącemu nakryć stół i zjadł podanego kurczaka z dużym apetytem. To mu dobrze zrobiło. Stał się rozmowniejszy i omówił ze mną kilka dramatów. Cały dzień zajmował się czytaniem Gil Blas. Tenże wykazał dużo inteligencji, zasłużył jednak wraz ze swoimi ludźmi na galery.
Później wspomniał działania zbrojne generała Bizanet pod Berg-op-Zoom.
-"Ile wspaniałych czynów - mówił - zostało, przez spowodowany naszą katastrofą chaos i na skutek licznych, innych zwycięstw, zapomnianych. Niech pan pomyśli o Berg-op-Zoom! Garnizon tego miasta miał liczyć osiem do dziesięciu tysięcy ludzi; w rzeczywistości było tam najwyżej 2700 zdolnych do walki. Angielski generał, dowodzący elitarną jednostką w sile około 4 tysięcy, w porozumieniu z mieszkańcami wkradł się pod osłoną nocy do miasta. I co się wydarzyło? Nic nie oprze się francuskiej waleczności! W walkach ulicznych obrońcom udało się roznieść armię angielską, biorąc wielu przeciwników do niewoli. Wspaniałe zwycięstwo pod wodzą bohaterskiego generała Bizanet".
Z pewnością wiele podobnych chlubnych czynów zostało w zgiełku ostatnich wydarzeń niezauważonych. Wspomnę na przykład obronę Hűningen przez Barbanegre, dzielny opór stawiony wrogowi przez generała Teste pod Namur, gdzie garstka walecznych powstrzymała Prusaków i dała możliwość Grouchy'emu zająć miasto bez strat. Innym przykładem waleczności była działalność Exelmansa w Versailles, która, gdyby otrzymał wsparcie, mogła przynieść znaczące korzyści.
Z pewnością, w innych niż nasze czasy bohaterskie te czyny uczyniłyby ich uczestników nieśmiertelnymi!"

Od tłumacza: Aby zobrazować czytelnikowi zaopatrzenie Longwood zamieściłem poniżej fragment wspomnień hrabiego de Montholon. Nie jest on oczywiście zawarty we wspomnieniach hrabiego Las Cases, ale jest, moim zdaniem, cennym uzupełnieniem obrazującym życie Napoleona i jego towarzyszy na Św. Helenie.

Dnia 13.06.1816 doktor O'Meara przekazał mi następujący list:
"Generał Sir Hudson Lowe ma zaszczyt poinformować hrabiego Montholon, że w dniu dzisiejszym ustalone zostały racje żywnościowe, które Komisariat d/s Dostaw Żywności zobowiązany jest dostarczać do Longwood.


Przydział miesięczny:
26 butelek szampana
23 butelki madery
4 butelki malagi
11 butelek wina stołowego Costanzia
7 butelek wina z Teneryfy
10 butelek koniaku
3 butelki rumu
3 butelki likieru
8 butelek mleka migdałowego
5 słoików owoców w koniaku
6 słoików konfitur
23 butelek octu
23 butelki oleju z oliwek
9 słoików oliwek
6 słoików musztardy
3 skrzynki zaprawianych jarzyn
9 skrzynek soli
30 funtów soli kuchennej
22 pieczenie
9 szynek
9 zasolonych języków
45 funtów solonego boczku
45 funtów masła
225 funtów solonego masła
30 funtów sera
23 funtów mydła
200 korców węgla
45 funtów cukru
30 funtów suszonych owoców
30 funtów herbaty
45 funtów makaronu
70 funtów ryżu
120 funtów mąki


Przydział dzienny:

7 butelek Claret
2 butelki Graves
21 butelek wina stołowego dla służby
32 funty chleba
7 kurczaków
75 funtów wołowiny i baraniny
34 jajka
8 butelek mleka
2 dania warzywne
2 dania rybne

Drzewo do opalania, dostarczane będzie z Deadwood, za co odpowiedzialny jest kwatermistrz wojskowy".


10.-15.06.1816
W długiej rozmowie przeprowadzonej dzisiaj rano Cesarz nawiązał do naszej okropnej sytuacji na wyspie i omówił ze mną wszystkie możliwości poprawienia w przyszłości tego stanu rzeczy.

Wieczorem doszło pomiędzy nami do dyskusji na temat religii. Ciepłym, ożywionym głosem Cesarz powiedział następujące słowa:
-"Wszystko przemawia za istnieniem Boga, jest to niezaprzeczalne, ale wszystkie nasze religie są dziełem ludzkim. Dlaczego istnieje ich tak wiele? Dlaczego nasza religia nie istniała już zawsze? Dlaczego walczą poszczególne religie pomiędzy sobą? I czemu było tak już od samego początku?
Bo ludzie są tylko ludźmi, a kapłani posługują się już od dawna oszustwami i kłamstwami. Gdy doszedłem do władzy, pierwszą moją czynnością było przywrócenie religii. Bez religii nie istnieją ani zasady moralne ani obyczajowe. Jestem daleki od tego, aby uznać się ateistą; ale z drugiej strony trudno mi wierzyć w coś, co odrzuca mój rozsądek; nie jestem aż tak fałszywy i obłudny.
Powiedzieć skąd się wziąłem, kim jestem i kim będę przekracza moje granice pojmowania. Jestem jak zegar, który istnieje, nie znając swojego wnętrza. Odpowiedzi na te pytania udzielić nam może tylko religia! Szczęśliwym jest ten, kto wierzy! W jakiej bylibyśmy sytuacji, gdybyśmy nie mieli w sobie żadnych uczuć? Jaką władzę mogą nade mną mieć ludzie, jeżeli zwrócę się do Boga ze wszystkimi moimi cierpieniami i utrapieniami, oczekując od niego pomocy i uzdrowienia? Czyż nie mam do tego prawa? Ja, który mam za sobą życie tak niezwykłe i burzliwe, w którym nie popełniłem żadnego przestępstwa, mając ku temu tak wiele okazji! Mogę bez wstydu stanąć przed moim Najwyższym Sędzią i bez obawy oczekiwać jego wyroku. Nigdy nie zrodziła się we mnie myśl o morderstwie. Wszystko, do czego w życiu dążyłem to sława, siła i potęga Francji; temu poświęciłem całą moją wiedzę i umiejętności, a to nie może być uznane za przestępstwo. Ale jestem też daleki od dania wiary kaznodziejom, którzy próbują mnie przekonać głupimi słowami i nieuczciwymi czynami. Widzę wkoło mnie tylko kapłanów powtarzających, że królestwo ich nie z tego jest świata, próbujących jednocześnie zdobyć na ziemi wszystko, co tylko możliwe. Papież jest głową tej religii sławiącej królestwo niebieskie, a mimo tego zajmuje się jedynie ziemskimi sprawami!"

Cesarz zakończył swoją rozprawę polecając mojemu synowi przyniesienie Ewangelii. Przeczytał od początku do końca kazanie Chrystusa na górze. Był zachwycony, podobnie jak i my wszyscy czystością, wzniosłością i pięknem tego tekstu.

Przy innej okazji rozmowa zeszła na temat dyplomatów angielskich zajmujących się szpiegostwem. Cesarz stwierdził, że nie ma nic niebezpieczniejszego, niż kontakt z tym perfidnym towarzystwem. Działalność ich jest zawsze podyktowana pobudkami osobistymi, a nie zleceniem rządu, któremu podlegają. A ten oszukuje potem własny naród informacjami uzyskanymi od swoich agentów. I tak pewnego dnia ministerstwo angielskie opublikowało całkowicie zniekształcony tekst rozmowy przeprowadzonej przez Cesarzem z lordem Whitworth'em.
My wszyscy przebywający na Św. Helenie i znający mowy lorda Bathurst'a przed angielskim Parlamentem, dotyczące położenie Cesarza na tej wyspie, możemy tylko potwierdzić zarzuty stawiane przez Cesarza angielskim ministerstwom, których postępowanie nie zmieniło się od czasów lorda Whitworth'a. Nawet wielu Anglików podziela nasz pogląd. Wielu z nich, tutaj na miejscu, oświadcza, że rumienią się ze wstydu, widząc postępowanie ich rządu.
-"Faktem jest - mówił Cesarz - że każdy polityczny szpieg angielski może sobie pozwolić na sporządzenie dwóch raportów dotyczących tego samego zagadnienia: pierwszy z nich, fałszywy, przeznaczony jest do opublikowania i do ministerialnego archiwum; drugi, poufny i odpowiadający prawdzie, przekazywany jest wyłącznie do wiadomości ministra. W przypadku konieczności poniesienia odpowiedzialności za podjęte przez ministrów decyzji, opierają się oni w swojej argumentacji zawsze na raporcie pierwszym, który jest wprawdzie fałszywy, ale ich chroni. W ten sposób najlepsze instytucje mogą stać się przekleństwem, jeżeli ludzie korzystający z ich usług kierują się jedynie egoizmem, pychą i impertynencją. Władza absolutna nie potrzebuje kłamstw; ona milczy! Władza angielska ukrywa się jednak, gdy tylko otworzy usta, pod płaszczem bezczelnych kłamstw".

Deszcz i wiatr uniemożliwił Cesarzowi wyjście na zewnątrz. Chodziliśmy po salonie i jadalni tam i z powrotem.
Rozmawialiśmy przy tym o hodowli zwierząt na wyspie. Opowiadano nam, że hodowanych jest tutaj cztery tysiące krów, z których rocznie zabija się pięćset, z tego pięćdziesiąt dla kolonii, sto pięćdziesiąt dla nas i trzysta dla zawijających do portu statków. Hodowla ta ma dla wyspy ogromne znaczenie. Żadne zwierzę nie może być zabite bez uprzedniego zezwolenia gubernatora. Zaopatrzenie mieszkańców w mięso nie jest jednak najlepsze. Podczas, gdy my jesteśmy dziennie zaopatrywani w mięso, tutejsi mieszkańcy mogą tylko trzy albo cztery razy w roku dokonać jego zakupu i to po bardzo wysokiej cenie; 30 do 40 sous za funt, jak zapewniał mnie jeden z nich. Cesarz słysząc to, zaśmiał się i powiedział:
-"Parbleu, mógł mu pan powiedzieć, że nas mięso to kosztowało koronę".

15. czerwca wreszcie się przejaśniło, mogliśmy wyjechać na przejażdżkę. W trakcie jej trwania uwagę naszą zwrócił duży statek, który wykonywał niedaleko plaży osobliwe manewry. Sądziliśmy, że jest to zapowiadany Newcastle, który miał zluzować Nothumberland, ale jak się później okazało był to statek Kompanii Wschodnioindyjskiej.

Cesarz zauważył dzisiaj mimochodem, że zna jeszcze wiele osób, które, gdyby im na to zezwolono, przybyłyby do niego na Św. Helenę; rozważał, czym kierowałyby się poszczególne osoby. Później wspomniał też o przyczynach, które jego zdaniem nami kierowały, gdy podążaliśmy za nim.
-"Bertranda - mówił - łączy ze mną historyczna już więź. Gourgaud jest moim pierwszym oficerem ordynansowym, jest moim dziełem, moim dzieckiem. Montholon jest synem Semonville'a, szwagra Jouberta, dziecko rewolucji i obozu. Ale pan, mój drogi, pan...do diabła, co za przypadek przyprowadził pana właściwie do mnie?"
-"Sire - odpowiedziałem - moja gwiazda mnie prowadziła".

16.06.1816
Wspaniała pogoda. O dziesiątej Cesarz przyszedł do mojego pokoju, gdzie dyktowałem właśnie synowi mój dziennik. Przeczytał kilka stron, nie wypowiadając jednak przy tym ani słowa. Później wziął do ręki niektóre rysunki. Były to szkice mojego syna; wykonane piórem plany niektórych bitew kampanii włoskiej, którymi chcieliśmy zrobić Cesarzowi niespodziankę.

Później poszliśmy do ogrodu rozmawiając o posłanych nam meblach, o grubiaństwie i niezręczności tych, którzy nam je przekazali.
-"Nawet gdy daruje nam się coś, co przyjęlibyśmy z chęcią - powiedział Cesarz - forma, w jakiej się to odbywa, wyklucza przyjęcie podarunku. Jestem więc zdecydowany, nie skorzystać z żadnego ich daru, dotyczy to również podarowanych mi fuzji myśliwskich".

Śniadanie, w którym wszyscy wzięliśmy udział podano w ogrodzie.

(Dnia 18. czerwca na pokładzie fregaty Newcastle przybyli na wyspę:
nowy dowódca flotylli Św. Heleny i Przylądka dobrej Nadziei Sir Pulteney Malcolm oraz komisarze rządowi państw koalicji: Austrii - baron von Stűrmer, Rosji - hrabia Balmain oraz przedstawiciel Francji - markiz de Montchenu)

Fragment z pamiętnika hrabiego de Montholon:
"Baron von Stűrmer jest przedstawicielem szkoły Metternicha, jego żona jest Francuzką, córką wysokiego urzędnika ministerstwa wojny. Baron poznał i poślubił ją przy okazji swojej misji dyplomatycznej w roku 1814 w Paryżu. Obojgu zależało wyraźnie na utrzymywaniu z nami dobrych stosunków.
Hrabia Balmain, przedstawiciel Rosji był z jednym ze specjalnie do służby dyplomatycznej za granicą szkolonych dyplomatów, którzy otrzymują polecenie nawiązania ze wszystkimi dobrych stosunków, aby na tej drodze dojść do informacji. Wbrew oczekiwaniom, w Longwood udało mu się to osiągnąć. Przez poślubienie najstarszej córki Lady Lowe został też członkiem rodziny w Plantation House.
Markiz de Montchenu, francuski komisarz był typem pułkownika z czasów Ludwika XVI, podobnym do Lafayette'a, Noailles albo Lametha, którzy wyjechali, aby ochotniczo stanąć pod sztandarami Wellingtona. Cesarz był z nim w Valence, gdzie jego pułk wraz z pułkiem kawalerii, w którym markiz de Montchenu porucznikował, przez dłuższy czas tworzyły garnizon miasta. Byli nawet rywalami, starając się równocześnie o względy panny de St. Germain. W momencie, gdy każdy z nich przekonany był o swojej przewadze nad rywalem, panna poślubiła pana de Montalivet. Wspomnienia te sprzyjały utrzymaniu dobrych stosunków, które markiz utrzymywał z nami aż do śmierci Cesarza".


21.06.1816
Wybraliśmy się dzisiaj wszyscy na wspólny spacer do ogrodu. W trakcie rozmowy zaczęliśmy się zastanawiać nad możliwością spotkania się w tym gronie we Francji.
-"Moi drodzy przyjaciele - zauważył z wyczuwalnym wzruszeniem Cesarz - jestem przekonany, że któregoś dnia spotkacie się wszyscy we Francji".
- "Nie bez Waszej Wysokości" - zakrzyknęliśmy niemal równocześnie.
Zastanawiając się jednak głębiej doszliśmy do wniosku, że bez pomocy ze strony Anglików powrót do Francji jest raczej niemożliwy.
-"Nie mogę sobie wyobrazić - rzekł Cesarz - że mógłbym kiedykolwiek otrzymać ich zezwolenie na powrót do Francji; oni się mnie teraz boją i będą też w przyszłości. Nie pozbędą się obawy wyrażonej kiedyś przed Pitta, że mam w głowie tylko jedno: inwazję na Anglię".
-"Ale jeżeli kiedyś - zauważył jeden z nas - zmieni się angielskie nastawienie? Jeżeli dojdzie do władzy liberalny rząd, czyż nie byłoby w jego interesie widzieć Waszą Wysokość na czele Francji jako protektora liberalnych idei w kraju i na całym kontynencie? Czy właśnie obecność Waszej Wysokości nie byłaby gwarancją dla takowego rządu?"
-"Być może - odpowiedział Cesarz - ale najskuteczniejszą metodą, lepszą niż jakakolwiek armia, powstrzymującą mnie od działalności przynoszącej szkodę Anglii byłby w takim przypadku list od lorda Hollanda informujący mnie, że uczynienie przeze mnie tego lub owego spowodować mogłoby jego upadek.
Bo czegóż mogliby się z mojej strony obawiać?
Że rozpocznę nową wojnę? Na to jestem już za stary.
Że będę dalej poszukiwał sławy? Jestem nią napchany do granic.
Że ogarnie mnie żądza nowych zdobyczy ? To nie była żadna moja mania, powodem były zaistniałe okoliczności.
Dzisiaj są inne czasy i szaleństwem byłoby pielęgnowanie takich zamiarów. Nieszczęsna Francja potrzebuje dzisiaj czegoś innego. Sławę osiągnąłby ten, komu udałoby się wymieść cały ten panujący brud".

27.06.1816
Niewiele brakowało, a nie otrzymalibyśmy dzisiaj śniadania. W nocy kuchnia nasza przeżyła inwazję szczurów, które zżarły wszystko, co napotkały na swojej drodze. Jesteśmy dosłownie przez nie oblężeni! Są niezwykle duże, złośliwe i agresywne i nie potrzebowały dużo czasu, aby poprzegryzać dziury w ścianach i podłodze naszego domu. W czasie posiłków, zwabione zapachem jedzenia, pojawiały się nawet w naszym salonie. Zdarzyło się już nawet, że musieliśmy na nie urządzić polowanie. Nasi stajenni próbowali początkowo założyć hodowlę kur, ale musieli z tego zrezygnować. Szczury pożarły wszystko, doszło nawet do tego, że w nocy ściągały śpiące na drzewach kurczaki.

Dzisiaj Cesarz przetłumaczył z gazety tekst przemówienia lorda Castlereagh wygłoszonego na dużym, otwartym zebraniu w którym oświadczył, że Napoleon nawet po swojej abdykacji głosił, że jak długo żyje, nie zaprzestanie prowadzenia wojny przeciwko Anglii; nigdy też nie miał innego celu, jak całkowite zniszczenie tego kraju. Słowa te rozsierdziły Cesarza.
-"Lord Castlereagh - powiedział z oburzeniem - jest niezwykle biegłym kłamcą i ufa niezmiernie łatwowierności swoich słuchaczy, jeżeli jest w stanie wypowiedzieć takie bzdury! Czy rozsądny człowiek jest w stanie uwierzyć, że mógłbym wypowiedzieć tak nierozsądne słowa, nawet gdybym tak myślał?"
W dalszej części twierdzi lord Castlereagh, że przywiązanie armii francuskiej do Napoleona spowodowane było wyłącznie wymuszonymi ślubami bogatych panien Cesarstwa z napoleońskimi generałami.
-"Tutaj - oświadczył Cesarz - okłamuje sam siebie. Był przecież u nas, poznał nasze prawa i obyczaje, musi zatem znać prawdę. Nie może mieć przecież wątpliwości, że tego rodzaju okropności nie był u nas wcale możliwe. Za kogo on nas uważa? Francuzi nie są stworzeni do tego, aby znieść podobną dyktaturę. Oczywiście, skojarzyłem wiele małżeństw, miałem jeszcze tysiące następnych skojarzyć. Jest to najskuteczniejsza metoda na pokojowe zespolenie wrogich sobie obozów i utworzenia z nich rodziny. Lord Castlereagh interpretuje prawdę bardzo dowolnie. Podstawą jego polityki jest wywołanie nienawiści w stosunku do mojej osoby i aby osiągnąć swój cel nie przebiera w środkach; posuwa się nawet do oszczerstw! Ma przy tym ułatwione zadanie, mnie zamknięto usta i oddalono o tysiące mil; on może zatem wykorzystać cały arsenał bezczelności i nikczemności".

Po kolacji Cesarz bezskutecznie próbował czytać powieści Pigault-Lebruna lub inne, o podobnej treści. Rzucił je wkrótce wszystkie w kąt.

28.06.1816
Dzisiaj przybył do Wielkiego Marszałka gubernator napomykając w trakcie rozmowy o konieczności zastosowania środków prowadzących do zredukowania kosztów utrzymania cesarskiego domu. W Londynie przyjęto, że propozycja powrotu do Europy zrobiona towarzyszom i służbie Napoleona pozwoli znacznie obniżyć liczbę mieszkańców Longwood. Poza tym, gubernator jest zdania, że osoby posiadające prywatny majątek powinny, jak nawiasem mówiąc, on to uczynił, pokryć swoje koszty pobytu na wyspie. Zamierzeniem rządu jest dopuszczenie do stołu Cesarza maksymalnie czterech osób i zezwolenie mu tylko raz w tygodniu na przyjmowanie gości.
Jakież to wszystko brudne... Mamy zatem płacić za nasze utrzymanie! Czyż można to uznać za możliwe? Z dnia na dzień bardziej przyzwyczaja się nas niczemu się nie dziwić!

29.06.1816
Dzisiaj zasiedliśmy w ogrodzie do wspólnego śniadania. Cesarz był pogodny i żartował z każdego. Podziwiał wystrój mieszkania jednego z nas, drugiemu wyliczył koszty, jakie ponosi z jego powodu gubernator, naigrywał się z drogocennych pieluch córeczki de Montholona (18. czerwca pani de Montholon urodziła córkę - przyp. tłum.) , a mnie powiedział, że gubernatorowi tak spodobały się moje czeki, że życzy sobie, aby pozostali poszli w moje ślady. Bawił się doskonale słysząc nasze protesty. Po południu pojechaliśmy na spacer. Siedząc w powozie cały czas rozmawialiśmy tylko o naszych królach i ich metresach, o paniach Montespan, Pompadour, Dubarry itd. Sprzeczaliśmy się przy tym, czy władca może sobie na metresę pozwolić; zdania były podzielone, każda ze stron miała swoje, niezbite argumenty. Cesarz czynnie uczestniczący w dyskusji, zmieniał kilkakrotnie strony, opowiadając się jednak w ostateczności za honorem i moralnością.

06-08.07.1816
Wczoraj mój syn miał wypadek. Poniósł go koń i w obawie, że uderzy w drzewo, zeskoczył w pełnym galopie. Zwichnął sobie przy tym nogę i będzie prawdopodobnie zmuszony następne tygodnie spędzić na kanapie. Cesarz był łaskawy go odwiedzić, zmywając mu przy tym głowę za niezdarność.
Już od dłuższego czasu nie pisałem o gubernatorze. Staraliśmy się wymazać jego osobę z naszych myśli i rozmów. Ale jego nędzne zachowanie i nowe przykrości jego autorstwa, zmusiły mnie do ponownego o nim wspomnienia.
Zaczął od pewnego czasu zatrzymywać przychodzące do nas z Europy listy, pomimo, że przychodzą one i tak otwarte. Pretekstem do takiego postępowania ma być brak na listach pieczęci sekretarza stanu. Zapomina przy tym, że skorygowanie tego formalnego błędu możliwe jest w Anglii, a nie na odległej o dwa tysiące mil wyspie. Gdyby przynajmniej okazał tyle uczucia i przekazał nam ustnie zawartość listów oraz ich nadawców! Uspokoiłby nas w pewnym stopniu i nie martwilibyśmy się bez powodu o los naszych bliskich. Przed kilkoma dniami odesłał hrabinie Bertrand bilet adresowany do pewnej mieszkającej w mieście osoby. (adresatem był komisarz francuski, markiz de Montchenu - przyp. tłum.) Został on wysłany bez gubernatorskiego zezwolenia! Towarzyszył mu oficjalny list, informujący nas, że zabrania się nam jakiegokolwiek, ustnego lub pisemnego kontaktu z mieszkańcami wyspy. Szczytem śmieszności tego nonsensu było, że zakazem tym objęte zostały również osoby, którym gubernator uprzednio zezwolił na kontakt z nami!
Wszystkie te zatargi i dążenia do ograniczenia wydatków na nasze utrzymanie spowodowały ożywioną wymianę cierpkiej korespondencji. Na uwagę gubernatora: jeżeli nam, towarzyszom Napoleona nie odpowiadają stosowane na wyspie metody, to możemy w każdej chwili wyspę opuścić, do odpowiedzi przez nas sformułowanej, podyktował Cesarz osobiście następujący pasus: ponieważ Cesarz, będąc u szczytu, w swojej dobroci obsypał nas łaskami, służenie mu w czasie, gdy nic nie może dla nas uczynić, jest dla nas ogromnym zaszczytem; szkoda, że niektórzy nie są w stanie tego pojąć.

09-11.07.1816
Prześladowania gubernatora trwają dalej. Wydaje się ,że jego zamiarem jest ograniczenie do minimum naszego więzienia. Kazał w mieście wywiesić ogłoszenia informujące, że wszystkie napisane przez nas do mieszkańców bilety lub listy mają być, pod groźbą kary, w przeciągu 24 godzin jemu dostarczone. Zabroniono również mieszkańcom odwiedzania Wielkiego Marszałka i jego żony, których mieszkanie znajduje się na skraju stojącego nam do dyspozycji terenu.
Gdy gubernator w liście jednego z nas przeczytał prośbę o zaopatrzenie w garderobę i środki higieniczne, poinformował piszącego, że większość omawianych przedmiotów znajdzie on wśród rzeczy dostarczonych Cesarzowi przez rząd. Adresat takiego listu odpowiedział, że wolałby dokonać zakupu potrzebnych mu artykułów, nie chcąc zaciągać u rządu angielskiego długu wdzięczności. W oschłej odpowiedzi gubernator stwierdził, że nie widzi przeszkód, aby potrzebujący za ofiarowane rzeczy zapłacił, na co otrzymał następującą odpowiedź:
-"Niech pan mi wybaczy, ale jeżeli za coś płacę, to sam wybieram sklep, w którym dokonuję zakupu":
W konsekwencji tego, gubernator poinformował go później za pośrednictwem doktora, że zostanie oskarżony o pogardzanie angielskimi podarunkami. Śpiesznie został zatem poinformowany, że powinien się cieszyć z takiej postawy wygnańców, ba, być nawet dumny, że może przekazać swojemu ministerstwu jedynie odmowy, a nie nasze żądania.

Wszystkie te szykany, dłuższe, fascynujące lektury, a także trwająca niepogoda przyczyniła się do pogłębiającej się izolacji Cesarza. Jego melancholia przybrała na sile; prawie nie wychodzi z domu. Czasami tylko odwiedza madame de Montholon, która od czasu porodu jeszcze nie bywa w naszym towarzystwie.

Dzisiaj spotkał tam małego Tristana, najstarszego, bo siedmioletniego syna de Montholona. Wziął go na kolana i opowiadał bajki, z których malec nic nie zrozumiał. Cesarz ubawiło to bardzo, po czym stwierdził, że nie należy dawać dzieciom do rąk książek La Fontaine'a, bo go jeszcze nie rozumieją. Potem zaczął małemu Tristanowi tłumaczyć sens opowiedzianych bajek. Zdumiewające, z jaką prostotą, trafnością i logiką to czynił. Zabawnie to wyglądało, gdy mały Tristan, mówiąc Sire i Jego Wysokość, myślał przy tym o wilku, mieszając na końcu opowiadania Cesarza, wilka i owcę. Prawdę mówiąc, Tristan był leniwy, sam przyznał, że nie pracuje codziennie.
-"A jesz codziennie?" - zapytał go Cesarz.
-"Tak, Sire".
-"To musisz też codziennie pracować, bo kto nie pracuje, nie powinien też jeść".
-"O - zawołał mały - to lepiej będę pracował".
-"Widzisz, twój brzuch zadecydował. Głód przewraca porządek świata. A jeżeli będziesz grzeczny, zostaniesz paziem na dworze króla Ludwika XVIII".
-"Wcale tego nie pragnę" - odrzekł malec z naburmuszoną miną.

22.07.1816
Cesarz przyszedł o dziesiątej do mojego pokoju, żeby zabrać mnie na spacer. Później spożyliśmy wszyscy razem śniadanie w ogrodzie. Pogoda była wspaniała, bardzo gorąco, ale przyjemnie. Następnie pojechaliśmy na przejażdżkę, dwaj z nas wraz z Cesarzem powozem, trzeci towarzyszył nam konno; Wielki Marszałek był zajęty czymś innym. Po drodze Cesarz ganił nas za nieustające spory.
-"Gdy pewnego dnia wrócicie do normalnego życia, musicie sprawiać wrażenie, że żyliście tutaj jak bracia i nimi nadal jesteście. Wspomnienie o mnie musi wam to nakazywać. Bądźcie więc od dzisiaj już braćmi".
Mówił jeszcze przez całą następną godzinę, o moralności, przyjaznym usposobieniu i pokojowym nastawieniu wobec innych. Jego mowa miała duży wpływ na nasz sposób myślenia. Nigdy nie zapomnę tego, co powiedział, szczególnie brzmienia jego głosu i gestykulacji.

(Napoleon nawiązuje tutaj do nasilających się niesnasków pomiędzy Las Cases'em z jednej strony oraz Gourgaud, Bertrand i de Montholon'em z drugiej, którzy wyraźnie okazywali swoje niezadowolenie z zażyłości Las Cases'a z Cesarzem - przyp. tłum.)

Kolację spożywamy od kilku dni w byłym pokoju topograficznym, leżącym obok pokoju Cesarza i byłego mieszkania Montholonów, z którego uczyniono, przy pomocy przywiezionych z Anglii desek i książek, całkiem przyjemną bibliotekę.
Z powodu pożaru w salonie, którego ślady nie zostały jeszcze usunięte, jesteśmy zmuszeni zostać przy stole w naszej nowej jadalni, aż do czasu, gdy Cesarz uda się do swoich pokoi.

(19.lipca, nad ranem, w salonie wybuchł pożar. Przyczyną było prawdopodobnie niewłaściwe dołożenie drewna do kominka, o co posądzony został generał Gourgaud - przyp. tłum.)

Cesarz był dzisiaj w dobrym nastroju, tematem jego opowiadań byli Cagliostro, Mesmer, Gall i Lavater. Jego zdaniem, wszystkie twierdzenia tego czy innego szarlatana można obalić prostą formułą: wszystko to może się być prawdą, ale ją jednak nie jest.
-"Mesmer i jego teorie obalone zostały w sprawozdaniu przedłożonym Akademii Nauk przez de Bailly'ego".
Mesmer twierdził, że potrafi magnetyzować ludzi. Odnosił też pewne sukcesy patrząc swojemu rozmówcy w oczy. Ta sama jednak osoba, poddana tej próbie bez jej wiedzy, za jej plecami, nie odczuwała żadnych skutków. Był to zatem tylko efekt działania wyobraźni. Człowiek lubuje się w zadziwiających go zjawiskach. Mają one dla niego nieodparty wdzięk. Opuszcza rzeczywistość w pogoni za urojeniami. W istocie rzeczy wszystko wkoło nas jest zadziwiające. Nie istnieje nic szczególnie fenomenalnego, ponieważ c a ł a natura jest fenomenem; moje istnienie jest fenomenem, płonące w kominku drewno, które mnie grzeje jest fenomenem, światło, które nas przyświeca również. Wszystkie podstawowe rzeczy, moja inteligencja, moje zdolności, to wszystko jest fenomenem natury; wszystko to istnieje, aczkolwiek my nie potrafimy udokumentować tych zjawisk odpowiednimi teoriami. Opuszczę was teraz w myślach: jestem w paryskiej operze, pozdrawiam publiczność, słyszę ich okrzyki, widzę scenę, słyszę muzykę. Jeżeli potrafię w myślach pokonać taką odległość, dlaczego nie potrafię przeskoczyć bariery czasu? Dlaczego nie potrafię popatrzeć w przyszłość, podobnie jak czynię to z przeszłością?
W czasie jednej z moich oficjalnych audiencji zaatakowałem ostro Puységura, uznawanego za szarlatana. Jego odpowiedź była chłodna i wyniosła. Kilkoma prostymi słowami sprowadziłem go na ziemię: jeżeli pańska somnambuliczka jest tak uczona jak twierdzi, niechaj, zamiast opowiadać o postępie, który uczyni ludzkość przez następne 200 lat; niech mi powie, co wydarzy się za tydzień i poda mi numery, które padną jutro w loterii!"

(25. lipca Cesarz otrzymał, za pośrednictwem przybyłego w ostatnich dniach brygu Griffon listy od matki, brata Lucjana, królowej Hortensji i kardynała Fescha; list, na który najbardziej czekał, od Cesarzowej Marii Luizy nie nadszedł - przyp. tłum.)

25.07.1816
Około trzeciej admirał Malcolm poprosił o audiencję u Cesarza, która trwała dłużej niż trzy godziny. Cesarz darzył go dużą sympatią, traktował jak starego znajomego. Zgadzali się też w wielu rzeczach. Admirał wyraził wielokrotnie swoje zdziwienie, dlaczego nie oddano do dyspozycji Cesarza całej wyspy, ucieczka z niej jest przecież bardzo trudna. Niewiarygodne, że nie umieszczono Cesarza w Plantation House. Od czasu swojego przybycia na wyspę doszedł też do przekonania, że nazywanie Napoleona generałem jest wyzwiskiem; wierzy wprawdzie ,że gubernator nie ma złych zamiarów, ale nie potrafi się on odpowiednio zachować. Dla ministerstwa jest Cesarz niewygodnym jeńcem. Ale nienawiści nie żywi wobec niego nikt. Zarówno w Anglii jak i na kontynencie wielu się go obawia. Jest niebezpieczną bronią w rękach opozycji.
Cesarz zakomunikował, że nie może przyjąć komisarzy państw koalicji, co bardzo poruszyło admirała.
-"Jesteśmy mężczyznami - rzekł - i dlatego proszę niech mi pan powie, czy mogę przyjąć przedstawiciela mojego teścia, cesarza Austrii, którego córkę, na jego gorące prośby pojąłem za żonę, któremu dwa razy oddałem jego stolicę, a który przetrzymuje moją żonę i syna. I oto przybywa tutaj ten komisarz, nie przynosząc mi nawet jednej linijki napisanej przez nią, bez wiadomości o samopoczuciu mojego syna! Cóż miałbym mu do powiedzenia? To samo dotyczy przedstawiciela Aleksandra, który twierdził, że jest moim przyjacielem. Obaj jesteśmy wprawdzie władcami, ale w pierwszym rzędzie jesteśmy przecież ludźmi! Czy ludzi ci nie mają serca?"

29.07.1816
Dzisiaj rozbity został nowy namiot. Cesarz rozmawiał z odkomenderowanymi do tej pracy marynarzami i kazał nagrodzić każdego z nich jednym napoleonem.
Gubernator popełnił kolejny nietakt. Jeden z przybyłych statków dostarczył Cesarzowi książkę pióra jednego z członków angielskiego Parlamentu. Nadawca kazał na oprawie wydrukować złoty napis: Dla Napoleona Wielkiego.* Był to pretekst dla gubernatora do zatrzymania przesyłki. Było to całkowicie sprzeczne z jego dotychczasową gorliwością w przekazywaniu nam wszystkich broszur, które wyrażały obraźliwe opinie o Cesarzu.

* Dokładnie mówiąc tekst ten brzmiał: "Imperatori Napoleon" i nie był wydrukowany złotymi literami na okładce, autor, Mr. Hobhouse, późniejszy Lord Broughton umieścił te słowa w swoim tekście. Dzieło to wydane zostało anonimowo pod tytułem "The substance of some letters written by an Englishman, residing at Paris during the last reign of Napoleon". Hobhouse poprosił wyraźnie gubernatora o przeglądnięcie dzieła i w przypadku uznania go za stosowne, o przekazanie go Napoleonowi. Z pewnością nie przyszło mu do głowy, że niewinne słówka "Imperatori Napoleon" mogą zostać uznane za niestosowne. Ale małostkowy gubernator uznał, że słowa te są przekraczają ramy posiadanych przez niego instrukcji. - przyp. wydawcy.

Podczas kolacji Cesarz spojrzał nagle groźnym wzrokiem na jednego ze swoich ludzi i wywołując kompletną konsternację powiedział:
-"Biedaku, ty chciałeś zamordować gubernatora! Żeby coś podobnego nie wpadło ci więcej do głowy. W przeciwnym razie będziesz miał ze mną do czynienia i zobaczysz, co ja z tobą zrobię!"
Zwracając się do nas dodał:
-"Tak jest, moi panowie, Santini chciał zamordować gubernatora. Nawarzył mi niezłego piwa. Musiałem użyć całej mojej władzy, wyładować na niego całą moją złość, aby go od tego powstrzymać".
Dla lepszego zrozumienia muszę w tam miejscu wyjaśnić przebieg wydarzeń.
Santini był kiedyś odźwiernym Cesarza. Oddany mu bez końca poprosił o pozwolenie towarzyszenia mu na wygnaniu. Był Korsykaninem, o dużym temperamencie. Rozgoryczony nasilającym się złym traktowaniem Cesarza przez gubernatora, zdesperowany, pod pretekstem udania się na polowanie na ptaki, poprosił o chwilowe zwolnienie ze służby. W chwili zwątpienia zwierzył się ze swojego zamiaru swojemu rodakowi Ciprianiemu, mówiąc, że planuje zastrzelić z dwururki najpierw gubernatora, a następnie siebie. Musi uwolnić ziemię od tego tyrana! Cipriani, znający charakter swego rodaka, zwierzenie to wprawiło w stan tak wielkiego podekscytowania, że natychmiast poinformował o tych planach resztę służby. Ale i ich perswazje nie odniosły skutku, wręcz przeciwnie, wprawiły Santiniego w jeszcze większe podrażnienie i złość. Postanowiono zatem niezwłocznie poinformować Cesarza, który zawołał nieszczęśnika do siebie.
-"A ja tylko z powołaniem się na cesarski i papieski autorytet - powiedział mi później - mogłem go pohamować! Piękny skandal ściągnąłby mi na kark! Zostałbym ogłoszony mordercą gubernatora! Niemożliwością byłoby wymazać tę myśl z pamięci świata!"

10.08.1816
Cesarz znowu czuł się niedobrze.
Czytał dzisiaj historię carycy Katarzyny. Zauważył przy tym:
-"Ta baba urodziła się, żeby rządzić. Nieszczęścia, które przydarzyły się Piotrowi i Pawłowi były rewolucją seraju, buntem janczarów. Straże pałacowe są straszne i tym bardziej niebezpieczne, im absolutniejsza jest władza panującego. Gdyby moja gwardia cesarska znalazła się w innych niż moje rękach, mogłaby też stać się niebezpieczna".
Cesarz opowiadał później o swoich dobrych stosunkach z carem Pawłem. Na krótko przed jego śmiercią rozważana była organizacja wspólnej ekspedycji do Indii. Car Paweł często pisał do niego obszerne listy. Jego pierwsza pisemna wypowiedź była niezwykle interesująca i oryginalna. Brzmiała ona następująco:
-"Obywatelu Pierwszy Konsulu !
Nie mam zamiaru kłócić się o wartość praw człowieka. Ale jeżeli pewien naród postawi na swoim czele wartościowego człowieka, który zasługuje na szacunek ogółu, oznacza to, że posiada właściwy rząd. W moich oczach Francja taki aktualnie posiada".

Po powrocie z naszej zwyczajowej przejażdżki zastaliśmy admirała i Lady Malcolm. Cesarz zaprosił ich do swojego powozu i wspólnie udali się na dalszy spacer. Był wobec Lady Malcolm niezwykle uprzejmy i łaskawy.

11.08.1816
W czasie naszej przejażdżki Cesarz nagle stwierdził:
-"Dzisiaj jest niedziela! Właściwie powinniśmy pójść na mszę. Mielibyśmy zajęte przez to sporo czasu. Zawsze lubiłem dźwięk dzwonów kościelnych".

Cesarz zwrócił przy stole uwagę na mój brak apetytu. Miałem bóle żołądka, jak już częściej w ostatnim czasie.
-"Mój stan zdrowia jest lepszy - odpowiedział - jeszcze nigdy nie cierpiałem na bóle głowy albo żołądka".
Mówił to już 20, albo 30 razy. Pominąłbym ten nieistotny incydent, gdyby nie fakt, że kilka lat później zmarł na chorobę żołądka, której to fizycznej dolegliwości towarzyszyły jeszcze cierpienia umysłowe.
W rękach kanibali cierpiałby mniej... Oburzenie, niechęć szlachetnych ludzi napiętnuje na wieczność katów tego wielkiego człowieka!

20.08.1816
Około czwartej Cesarz wezwał mnie do pokoju bilardowego. Panująca na dworze pogoda uniemożliwiła mu wyjście na zewnątrz, a z salonu przegonił go unoszący się w powietrzu dym. Widząc moje wzburzenie, zapytał mnie o jego powody; musiałem mu wyjaśnić, co mi się przytrafiło.
Otóż, prze dwoma lub trzema laty pewien urzędnik ministerstwa wojny, bardzo poczciwy człowiek, udzielał mojemu synowi lekcji, ucząc go pisania i łaciny. Miał też córkę, którą mi niezmiernie gorąco polecał. Moja żona zaprosiła ją kilkakrotnie. Była urocza. Madame Las Cases pomogła jej zawrzeć liczne znajomości, które mogły jej się przydać w przyszłości. Jakież było moje zaskoczenie, gdy dowiedziałem się, że owa dama, nasza przyjaciółka, znajduje się obecnie na Św. Helenie, jest mianowicie żoną jednego z przybyłych przed miesiącem komisarzy.
-"Wasza Wysokość rozumie, jaką radość sprawił mi ten niezwykły przypadek losu! Miałem nadzieję, że uzyskam w końcu bliższe informacje dotyczące naszego losu. Odczekałem cierpliwie osiem lub dziesięć dni; dłużej jednak nie byłem w stanie wytrzymać. Przed trzema dniami posłałem mojego służącego, przygotowawszy go najpierw starannie do tej misji, prosząc moją znajomą o udzielenie mi pewnych informacji. W odpowiedzi usłyszałem, że dama ta nie wie, o kogo chodzi. Sądziłem, że powodem takiej odpowiedzi była nadmierna ostrożność. Jak wielkie było zatem moje oburzenie, gdy dzisiaj otrzymałem od gubernatora radę, abym zaprzestał prób zawiązywania na wyspie sekretnych znajomości. Jestem niemalże pewien, że ta osoba, do której się zwróciłem, osobiście poinformowała o tym gubernatora. Wasza Wysokość rozumie więc powody mojego złego nastroju. Tam, gdzie spodziewałem się spotkać wdzięczność i przychylność, spotkałem się z nikczemnością i podłą zdradą".
Cesarz roześmiał mi się w twarz:
-" Jak niewiele zna pan ludzi! Ojciec tej damy był nauczycielem pańskiego syna. Pańska żona pomagała jej w czasach, gdy była niczym. A teraz jest baronową Stűrmer! Nie sądzi pan, że teraz obawia się ona najbardziej tych ludzi, którzy są dla niej niewygodni, że spotykając na paryskiej ulicy pańską żonę nie powiedziałaby jej nawet adieu? Do tego dochodzi jeszcze złośliwy Hudson Lowe, napawający ją strachem. Jak może to pana w ogóle dziwić?"

Po kolacji Cesarz zakończyć czytanie Skąpca. Był otępiały i wyraźnie cierpiał pod wpływem panującej, złej pogody.

21.08.1816
Okropna pogoda. Wilgoć przenika do naszego mieszkania ze wszystkich stron. Cesarz cierpi w tych warunkach, ma gorączkę i jest bardzo przygnębiony. O czwartej poszedł do salonu, zażądał ponczu i grał z Wielkim Marszałkiem w szachy. Doktor O'Meara przybył do nas z wiadomością, że na redę zawitał Podargus i jeszcze jeden statek. Jeden z nich dostarczył list do Cesarza Napoleona. Nigdy nie został nam on dostarczony. Nie dowiedzieliśmy się też, co zawierał.

Po kolacji poinformowano nas, że na wyspie wyczerpał się zapas lekarstw. Cesarz nie jest z pewnością temu winny. Nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek zażył jakiekolwiek lekarstwo. Pod Toulonem był ciężko ranny. Zagoiła się bei pomocy medykamentów. Pozostała po niej blizna podobna do tej, na podstawie której rozpoznała kiedyś Odyseusz jego stara opiekunka.
-"A jeżeli Wasza Wysokość - zapytał jeden z nas - ulegnie nagłemu atakowi dyzenterii, co wtedy?"
-"Jeżeli poza tym czułbym się dobrze - brzmiała odpowiedź - nie zażyłbym nic. Ale gdybym odczuł, że zagrożone jest moje życie, zmieniłbym prawdopodobnie moje nastawienie. Nie przywiązuje wagi do medycyny wewnętrznej. Chirurgia to coś innego. Sam uczestniczyłem kiedyś w trzech wykładach anatomii; obrzydzenie i inne zajęcia przerwały moje studia. Pewnego dnia Corvisart, chcąc mi coś obrazowo przedstawić, przyniósł mi zawinięty w chusteczkę, żołądek. W tym momencie ten mój oddał całą swoją zawartość".

Po kolacji Cesarz próbował czytać komedię. Był jednak tak niezdrów i osłabiony, że zrezygnował z tego zajęcia i około dziewiątej udał się do swojego pokoju. Ponieważ cierpiał na bezsenność, poprosił mnie, abym mu towarzyszył i coś przeczytał.
-"Wypróbujmy metodę Z tysiąca i jednej nocy".
Dałem z siebie wszystko, co najlepsze, zmuszając Cesarza do częstego śmiechu. Gdy mnie zwolnił, powiedział:
-"Dzisiaj nie miano by problemu z pokonaniem mnie!"

22.08.1816
Dzień dzisiejszy był dla mnie bardzo smutny: po raz pierwszy od opuszczenia przez nas Francji nie widziałem Cesarza. Aż do dzisiaj sprzyjające mi okoliczności umożliwiły mi codzienne jego widzenie. Ale dzisiaj jest bardzo niezdrowy, nie chciał nikogo widzieć.

23.08.1816
Pogoda jest wilgotna i deszczowa. O trzeciej Cesarz kazał mnie zawołać. Stwierdził, że wczorajszy spokój dobrze mu zrobił, czuje się znacznie lepiej. Odpowiedziałem mu, że był to dla mnie bardzo smutny dzień, co zaznaczyłem też w moim pamiętniku.
-"Jeżeli więc tak bardzo panu zależy widzieć mnie codziennie, dlaczego nie zapukał pan do moich drzwi? - zauważył łaskawie. - Dla pana jestem przecież zawsze dostępny".
Bezpośrednio po tej krótkiej rozmowie przybył lekarz. Przekazał nam wiadomość od gubernatora, że noga jego nie stanie więcej w Longwood. Któryś z nas zauważył złośliwie, że gubernator próbuje wkraść się w nasze łaski.

W dniu 23. sierpnia dostarczono gubernatorowi list napisany na polecenie Napoleona przez hrabiego de Montholon, protestujący przeciwko konwencji państw koalicji z dnia 2. sierpnia 1815 roku.
Oto jego treść:

Panie generale!
Jestem w posiadaniu odpisu Konwencji z dnia 2. sierpnia 1815 roku zawartej pomiędzy Jego Wysokością Królem Anglii, Jego Wysokością Cesarzem Austrii i ich Wysokości Cara Rosji i Króla Prus dołączonego do pańskiego listu z 23. lipca.
Cesarz Napoleon protestuje przeciwko zawartości tej konwencji. Nie jest w żadnym wypadku angielskim jeńcem wojennym. Po swojej abdykacji na rzecz przyjętej przez naród francuski konstytucji i swojego syna, oddał się on w ręce przedstawicieli narodów Europy i dobrowolnie udał do Anglii, aby żyć w charakterze prywatnej osoby pod osłoną prawa angielskiego. Nie może być więc mowy o przekroczeniu obowiązujących praw. W rzeczywistości znajduje się osoba Cesarza Napoleona w mocy Austrii, Rosji i Prus, nawet w rozumieniu praw i obyczajów angielskich, które jednak nie zostały zastosowane w stosunku do jeńców rosyjskich, austriackich, pruskich, hiszpańskich i portugalskich, mimo, że z krajami tymi Anglia związana jest układami koalicyjnymi. Umowa z 2. sierpnia, podpisana w 14 dni po oddaniu się Cesarza w ręce angielskie nie może być ważna; jest tylko grą koalicji czterech europejskich mocarstw przeciwko jednemu, jedynemu człowiekowi, koalicja, która potępiana jest przez opinię publiczną wszystkich narodów, jako pozbawiona wszelkiej moralności. Ponieważ Cesarze Rosji i Austrii i Król Prus, ani w rzeczywistości, ani w świetle prawa nie mogą rozporządzać osobą Cesarza, nie mogą więc decydować o jego losie. Gdyby Cesarz Napoleon znajdował się w mocy Cesarza Austrii, nie mógłby ten książę zapomnieć albo bezkarnie naruszyć stosunków pomiędzy ojcem i synem, podyktowanych religią i prawami ludzkimi. Musiałby wziąć pod uwagę, że Cesarz Napoleon czterokrotnie zwrócił mu jego tron: w Loeben 1797, w Lunéville 1801, gdy wojska francuskie stały pod murami Wiednia, w Preszburgu 1806 i we Wiedniu 1809, gdy jego armia władała stolicą i 3 monarchii. Przypomniałby sobie swoje zapewnienia dane Cesarzowi na biwaku na Morawach w 1805 i podczas spotkania w Dreźnie 1812. Gdyby Cesarz Napoleon wpadł w ręce Cara Aleksandra, ten przypomniałby sobie zapewnienia o przyjaźni dawane w Tylży i Erfurcie i wieloletnią wymianę korespondencji. Nie zapomniałby, jak zachował się Napoleon wobec niego w dzień po Austerlitz, gdzie mógł go przecież wziąć wraz z resztą armii do niewoli, zadowolił się jednak słowem honoru i umożliwił odwrót. Przypomniałby sobie też w pamięci niebezpieczeństwa, na które Cesarz Napoleon się osobiście naraził gasząc pożar Moskw,y ratując tym stolicę Rosji.
Z pewnością nie naruszyłby nigdy ten książę zobowiązań przyjaźni i wdzięczności w stosunku do znajdującego się w nieszczęściu przyjaciela.
Nawet gdyby Cesarz Napoleon oddał się w ręce Króla Prus, nie zapomniałby ten władca, że z woli Napoleona nie zasiadł po bitwie pod Frydlandem inny książę na berlińskim tronie; w obliczu rozbrojonego wroga wspomniałby z pewnością swoje deklarację oddaną w Berlinie w roku 1812. Z artykułów 2 i 5 Konwencji z 2. sierpnia wynika, że ci władcy, nie mający na osobistą przyszłość Napoleona najmniejszego wpływu, oddali jego losy całkowicie w ręce Majestatu Brytyjskiego, który zobowiązuje się wypełnić zawartą umowę. Władcy owi postawili Cesarzowi zarzut oddania się pod ochronę prawa angielskiego, przedkładając je ponad ich własne. Ale jedynie błędne zrozumienie przez Napoleona wielkoduszności tego prawa i wpływu tego wielkiego narodu na swój rząd, skłoniły go do udania się pod osłonę tych praw zamiast jego teścia lub starego przyjaciela.
Cesarz Napoleon mógł zapewnić sobie dyplomatycznym traktatem spełnienie wszystkich swoich życzeń. Mógł to uczynić stając na czele swojej Armii Loary albo dowodzonej przez generała Clausela Armii Girondy. Postanowiwszy jednak oddać się pod opiekę praw wolnego narodu - angielskiego lub amerykańskiego - i wycofać się w zacisze życia prywatnego, uznał wszelkie dyplomatyczne zabezpieczenia za zbędne. Założył, że naród angielski wykaże więcej zrozumienia dla takiego dobrowolnego, szlachetnego i świadczącego o zaufaniu kroku niż dla uroczyście podpisanego traktatu. Pomylił się.
Ta pomyłka powinna jednak prawdziwego Anglika przyprawić o trwały rumieniec wstydu i być, zarówno dla obecnych jak i dla przyszłych pokoleń dowodem angielskiej wiarołomności!
Rosyjski i austriacki komisarz przybyli na Św. Helenę. Jeżeli mają oni rozkaz wypełnienia tej części podpisanych 2. sierpnia przez Cesarzy Rosji i Austrii zobowiązań oraz w dalszej kolejności czuwania nad tym, aby urzędnicy małej kolonii na środku oceanu nie zapominali o należnym szacunku dla księcia, którego z ich władcami łączą więzy pokrewieństwa oraz inne, to świadczyć to może o charakterze tych władców. Pan jednak, mój Panie, twierdzi, że komisarze owi nie posiadają ani prawa ani upoważnienia do wyrażenia własnego poglądu na istniejącą tutaj sytuację.
Angielskie ministerstwo poleciło wytransportować Cesarza Napoleona na Św. Helenę, odległą od Europy o 2000 mil. Ta skalista kraina leży poniżej zwrotnika, jest 500 mil oddalona od stałego lądu i systematycznie wysuszana przez panujący tutaj upał. Dziewięć miesięcy w roku niebo pokryte jest chmurami i przesłonięte mgłą. Jest to najwilgotniejszy i zarazem najsuchszy zakątek świata. Panujący tutaj klimat jest dla Cesarza nadzwyczaj szkodliwy.
Jedynie nienawiść mogła być powodem wybrania tego miejsca, tylko nienawiść podyktowała angielskim ministrom instrukcje wydane dowodzącym oficerom. Rozkazano Cesarza Napoleona tytułować generałem. Zmuszono go tym krokiem do rezygnacji z incognito, które zamierzał zachować z chwilą opuszczenia Francji. Jako najwyższy urzędnik Republiki, jako Pierwszy Konsul podpisał z królem Wielkiej Brytanii proklamacje londyńskie i pokój w Amiens. Przyjmował Lorda Cornwallis, Lorda Witworth i pana Mery jako przedstawicieli rządu angielskiego. On też wydelegował do króla Anglii hrabiego Otto i generała Andréossy jako swoich przedstawicieli. Gdy do Paryża przybył Lord Lauderdale z upoważnienia króla Anglii, rozmawiał z pełnomocnikami Cesarza Napoleona i przebywał przez kilka miesięcy na dworze w Tuilerie. Gdy później Lord Castlereagh i inni w Chátillon podpisali ultimatum, zostało ono przekazane pełnomocnikowi Cesarza Napoleona, dokument, przez którego podpisanie uznał Lord Castlereagh czwartą dynastię.
Ultimatum to gwarantowało Cesarzowi większe przywileje niż Konwencja z Paryża, ale zawarte w nim żądanie rezygnacji z Belgii i lewego brzegu Renu było sprzeczne z traktatem z Frankfurtu i ślubowaniem Cesarza, który podczas koronacji przysiągł strzec integralności Cesarstwa.
Był on zdania, że naturalne granice są niezbędne dla bezpieczeństwa Francji i równowagi w Europie, a naród francuski powinien raczej zaryzykować wojnę aniżeli zrezygnować z części swojego terytorium.
Nawiasem mówiąc obroniłby swoją integralność ratując w ten sposób swój honor, gdyby zdrada nie pomogła koalicji.
Konwencja z 2. sierpnia i ustawa Parlamentu nazywają Cesarza "Napoleonem Bonaparte". Tytuł "generał Bonaparte" jest z pewnością zaszczytny - Lodi, Castiglione, Rivoli, Arcole, Loeben, Piramidy - wszystkie te nazwy są z nim związane, ale od 17. lat nosił Napoleon tytuł Pierwszego Konsula i Cesarza. Gdyby zadowolił się tytułem "generał," oznaczałoby to przyznanie, że nigdy nie był pierwszym urzędnikiem Republiki ani władcą czwartej dynastii. Ci, którzy narody traktują jak stada, którzy z bożej łaski należą do rodzin panujących, nie posuwają się z duchem czasu ani nie rozumieją istoty prawodawstwa angielskiego, które już wiele razy zmieniło swoją dynastię panującą, bo książęta, którzy nie potrafią dostosować się do rozwoju i są wrogo nastawieni do swojego narodu, są jedynie dziedzicznymi urzędnikami. W żadnym jednak wypadku nie mogą jednak narody być jedynie rozrywką króli.
Ta sama nienawiść dyktowała zakaz wysyłania i przyjmowania przez Cesarza listów, które nie byłyby uprzednio otwarte i przeczytane przez angielskich urzędników albo oficerów przebywających na Św. Helenie. Odebrano mu tym samym możliwość otrzymywania wiadomości od jego matki, żony, syna i braci. A gdy próbował w zapieczętowanym liście skierowanym do księcia regenta osiągnąć zmianę w angielskim postępowaniu, poinformowano go, że tylko otwarte listy mogą być dalej przesłane.
Na wyspę dostarczone zostały też niezapieczętowane listy adresowane do oficerów towarzyszących Cesarzowi, które zostały Panu doręczone. Nie przekazał ich Pan jednak dalej pod pretekstem, że nie zostały opieczętowane przez angielskich ministrów. Listy te musiały odbyć dodatkowe 4000 mil, a oficerowie musieli z bólem serca stwierdzić, że zostały im przysłane wiadomości od najbliższych, które dotrą do nich dopiero za sześć miesięcy.
Nie udało nam się osiągnąć, żeby zaprenumerowano dla nas Morning Chronicle, Morning Post i kilka gazet francuskich. Tylko od czasu do czasu, w nieregularnych odstępach dostarczane nam są niekompletne wydania Times. Przysłano nam też kilka książek. Ale książki dotyczące wydarzeń ostatnich lat starannie przed nami ukryto. Pewien pisarz angielski wydał dzieło zatytułowane "Podróż po Francji", wydrukowane w Anglii. Zadał sobie trud wysłania jej Cesarzowi. Zatrzymał ją Pan, gdyż dotarła na wyspę z pominięciem drogi urzędowej. Krążą też pogłoski, że zatrzymał Pan książki z nadrukiem "Cesarzowi Napoleonowi" albo "Napoleon Wielki". Angielskie ministerium nie ma prawa sankcjonować tego typu ograniczeń.
Ustawa Parlamentu angielskiego traktuje, wprawdzie niezgodnie z prawem, Cesarza jako jeńca wojennego. Czy jeńcom wojennym zabronione jest abonowanie gazet i czytanie nowowydanych książek? Tego typu zakazy przypominają działalność Inkwizycji!
Obwód wyspy Św. Helena wynosi 10 mil. Jest ona niedostępna ze wszystkich stron. Okręty obserwują nieprzerwanie wybrzeże, a ustawione w zasięgu wzroku posterunki udostępniają jakikolwiek dostęp do morza. Na całej wyspie istnieje tylko mały zakątek, James Town, gdzie istnieje możliwość zawijania statków. Aby zapobiec próbom ucieczki z wyspy wystarczająca jest obserwacja nabrzeża z lądu i morza. Jeżeli więc zabrania się Cesarzowi podczas jego przejażdżek wykraczania poza określony teren, jeżeli uniemożliwia mu się wyjazdy konne na odległość ośmiu do dziesięciu mil, co z punktu widzenia lekarzy jest nieodzowne dla jego zdrowia, można jedynie dojść do wniosku, że środki te mają na celu skrócenie jego życia.
Ulokowano Cesarza w Longwood, na terenie niezamieszkałym, nieurodzajnym, pozbawionym wody, gdzie nie jest możliwa żadna uprawa. Ma do dyspozycji w obrębie ogrodzenia około 2460 metrów kwadratowych ziemi. Na jednym z pobliskich wzgórz, oddalonym o 600-800 metrów założono obóz polowy. W przeciwnym kierunku, w podobnej odległości założono drugi, tak że, obojętnie w którą stronę patrzeć, zobaczyć można jedynie posterunki wojskowe. Admirał Malcolm uznał za stosowne udostępnić Cesarzowi namiot. Jest to jedyne miejsce, gdzie znaleźć można skrawek cienia.
Dom w Longwood zbudowany został pierwotnie jako magazyn dla Kompanii Wschodnioindyjskiej. Później wicegubernator wyspy przebudował go, dostawiając kilka pokoi, na swoją letnią rezydencję. Mimo tego nie nadaje się on na miejsce stałego zamieszkania. Od roku trwa jego przebudowa, tak że Cesarz ciągle cierpi na niewygodę i brud. Sypialnia Cesarza jest zbyt mała, żeby wstawić tam łóżko normalnej wielkości. A przecież znajdują się na tej smętnej wyspie miejsca z dobrymi domami, ładnymi drzewami i ogrodami, na przykład Plantation House. Wygląda jednak na to, że określone instrukcje ministerstwa zabraniają Panu tam zakwaterować Cesarza. Nawiasem mówiąc, rząd mógł oszczędzić wiele pieniędzy, które pochłonęło sporządzenie chat ze smołowanej papy, które już dzisiaj do niczego się nie nadają.
Zakazał pan kontaktów pomiędzy nami i mieszkańcami wyspy. Zamienił pan pobyt w Longwood de facto w ukryte więzienie i sprawia wrażenie dążenia do zabrania nawet tego, co ten ubogi zakątek jeszcze posiada. Nie powodzi nam się tutaj lepiej, niż gdybyśmy byli wygnani na niezamieszkałą i nieurodzajną skalę Ascension. Od czterech miesięcy, od czasu przybycia na wyspę, nie uczynił Pan nic innego, jak jedynie pogorszenie w każdym względzie sytuacji Cesarza.
Hrabia Bertrand zwrócił już Panu uwagę, że łamie Pan swoje własne prawa oraz prawa przysługujące wziętym do niewoli oficerów. Odpowiedział Pan, że działa ściśle według obowiązujących go instrukcji, a to jest jeszcze gorsze, niż tylko Pańskie złe zachowanie wobec nas.
Generał hrabia de Montholon

25.08.1816
Pogoda uległa poprawie, posiłek spożyliśmy pod namiotem. Rozmowa zeszła na temat uroczystości koronacyjnych. Jednego z nas, który nie potrafił na ten temat nic powiedzieć, Cesarz zapytał, gdzie właściwie tkwił w tamtych dniach.
-"Sire, w Paryżu".
-"I nie widział pan koronacji?"
-"Nie, Sire".
Cesarz chwycił go za ucho i powiedział:
-"Tak bardzo tkwił w panu arystokrata?"
-"Sire, moja godzina jeszcze nie nadeszła".
-"To widział pan przynajmniej przejazd orszaku?"
-"Ach! Sire, gdybym chciał kierować się moją ciekawością, pośpieszyłbym zobaczyć to najpiękniejsze i najwznioślejsze widowisko. Miałem nawet bilet. Uważałem jednak za ważniejsze dla mnie, zrobienie przysługi pewnej damie, o której już Waszej Wysokości opowiadałem i podarowałem jej mój bilet. Przeziębiła się przy tej okazji tak mocno, że niemalże przypłaciłaby życiem udział w koronacji. Ja w tym czasie siedziałem spokojnie w domu".
-"Arystokrata na całej linii! Aż tak daleko mógł się pan posunąć?"
-"Hm, Sire, teraz jestem z Waszą Wysokością na Św. Helenie".
Cesarz uśmiechnął się i puścił jego ucho.

Po śniadaniu przybył do mnie pewien angielski kapitan artylerii i prosił mnie usilnie, o wyświadczenie mu łaski zobaczenia Cesarza. Zapewniał, że do końca życia będzie mi wdzięczny i nigdy nie zapomni wyrządzonej przysługi. Cesarz odbywał właśnie przejażdżkę, ale po powrocie mogłem spełnić prośbę Anglika. Przebywał u Cesarza przez kwadrans, a opuszczając go, był w siódmym niebie.
-"Wszystko mnie w tym człowieku zafascynowało, jego rysy, jego przystępność, jego sposób wyrażania, jego głos, pytania, które mi stawiał. Ten człowiek jest bohaterem, Bogiem".

Po kolacji Cesarz nawiązał w rozmowie do głównego punktu wojny z Anglią.
-"Mój słynny dekret berliński zmusił Anglię do wydania na piśmie deklaracji o blokadzie. Gabinet brytyjski w złości opublikował swój system cła morskiego. Odpowiedzią na nie były dekrety mediolańskie, odbierające prawa narodowe wszystkim statkom, które podporządkowały się angielskim rezolucjom. Od tego momentu konflikt ten przekształcił się w wojnę skierowaną przeciwko mnie. Złość na mnie ogarnęła wszystkich zajmujących się handlem. Cała Anglia powstała do walki z siłą, której potęga była jej nieznana, licząc na ustępliwość, która cechowała moich poprzedników".
Później Cesarz wyjaśnił nam zastosowane przez niego metody zmuszające Amerykanów do wystąpienia przeciwko Anglii. Znalazł środki i metody na powiązanie ich interesów z ich prawami rozumiejąc, że łatwiej prowadzi się wojnę w obronie praw aniżeli w obronie interesów.
Teraz czeka na próby Anglików umocnienia ich panowania na morzu, czego wyrazem mogłoby być światowe cło morskie.
-"Byłby to - zauważył - najlepszy sposób na spłacenie ich długów i podniesienie się z dna, na które upadli, mówiąc krótko, sposób na wydobycie się z pułapki. Gdyby na ich czele stał ktoś przewidujący i śmiały, mogliby coś podobnego przeprowadzić. I nikt nie byłby w stanie im się przeciwstawić. Mogliby nawet nadać temu pozory prawne, argumentując, że poświęcili wszystko dla dobra Europy i mają teraz prawo do odszkodowania. Poza tym nikt w Europie nie jest w posiadaniu okrętów dorównujących angielskim. Panują więc rzeczywiście na morzu, a tam, gdzie równowaga jest zachwiana, nie rządzą inne prawa niż prawo silniejszego. Anglicy mogą dzisiaj robić, co chcą, jeżeli ograniczą się do walki na morzu. Mogą się tylko wtedy skompromitować, gdy będą szukać rozwiązania swoich konfliktów z użyciem armii lądowej".

26.08.1816
Cesarz wyszedł dzisiaj bardzo wcześnie na zewnątrz, pogoda była wspaniała. Nie chciał nikomu przeszkadzać o tak wczesnej godzinie, pracował zatem sam w ogrodzie, gdzie też później zaprosił nas na śniadanie. Pozostaliśmy razem aż do godziny drugiej.

Przy kolacji mówił dużo o naszej sytuacji na wyspie. Nie chce oddalać się z Longwood, nie ma też ochoty na przyjmowanie wizyt. Ale trosk przysparza mu nasze położenie, chciałby żebyśmy mieli więcej rozrywek i możliwości do zabawy. Powinniśmy więcej przebywać z dala od Longwood.

Później kazał sobie przeczytać pierwsze notatki o Waterloo, sporządzone przez generała Gourgaud. Wspaniałe strony, ale jak wielki sprawiały ból! Na jakże cienkich nitkach zawieszony był los Francji".


27.08.1816
Cesarz pracował dzisiaj całe przedpołudnie. Wiatr był tak porywisty, że zrezygnował z wyjazdu. Poszliśmy więc wszyscy na spacer do ogrodu.

Po posiłku powrócił w rozmowie do swojego protestu dotyczącego konwencji z 2. sierpnia i dodał, przemierzając dużymi krokami salon tam i z powrotem, że postanowił osobiście zredagować w wielkim stylu drugi protest przeciwko ustawie Parlamentu, w którym udowodni, że ustawa ta nie jest żadną ustawą, lecz jedynie naruszeniem wszystkich obowiązujących ustaw.
(Napoleon nawiązuje do ustawy angielskiego Parlamentu z dnia 16. kwietnia 1816 roku w której udzielono ministerstwom, a tym samym i gubernatorowi upoważnienia na zastosowanie wobec niego środków daleko wykraczających poza dotychczas postanowione. Między innymi postanowiono, że w przypadku uchybień ze strony osób towarzyszącym Napoleonowi mają one być wydalone z wyspy i osadzone w więzieniu na Przylądku Dobrej Nadziei; mieszkańcy wyspy, którzy dopuszczą się przekroczenia prawa mają być pozbawieni majątku i wydaleni z wyspy - przyp. tłum.) On, Napoleon został przez nich potępiony bez wyroku. Parlament angielski uczynił to, co uważał za potrzebne, nie troszcząc się o sprawiedliwość; naśladują Temistoklesa nie słuchając Arystydesa. Gdyby sądziły go narody Europy, zostałby z pewnością uniewinniony.
-"Francuzi i Indianie wzdychają za mną. Polacy są mi wdzięczni, nawet w Hiszpanii zaczynają odzywać się głosy skruchy. Już wkrótce będzie Europa płakać za utraconą równowagą, dla której niezbędne było utrzymanie mojego Cesarstwa. Europa stoi w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa: w każdej chwili może zostać zalana Kozakami i Tatarami.
A Anglicy - zakończył - już wkrótce będą żałować ich zwycięstwa pod Waterloo! Potomność, wszyscy wtajemniczeni, prawdziwi mężowie stanu i wszyscy porządni ludzie już niedługo będą głęboko żałować, że nie osiągnąłem w moim przedsięwzięciu pełnego sukcesu".

28.08.1816
Cesarz wyszedł dzisiaj dopiero o czwartej, po tym, jak spędził trzy godziny w kąpieli. Z powodu złej pogody zadowolił się kilkoma rundami w ogrodzie, a potem podyktował list do gubernatora informując go, że od natychmiast nie będzie nikogo przyjmował, chyba że, jak to było za czasów admirała Cockburna, do wizyty w Longwood wystarczy zwykłe zezwolenie Wielkiego Marszałka.

Po kolacji mówił o Turenne i Condé i innych słynnych postaciach. Zwróciłem przy tym uwagę, że nigdy nie wspomina imienia Fryderyka Wielkiego. A przecież tak wiele wskazywało na to, że cieszył się on wielkim szacunkiem Napoleona. Wielki zegar króla zajmował honorowe miejsce na kominku Cesarza. W Poczdamie wziął do ręki szpadę Fryderyka i zawołał:
-"Być może inni pragną innych łupów, to jest m o j a część, nieocenionej dla mnie wartości".
Stojąc nad grobem wielkiego króla zagłębił się w długie, milczące rozważanie, dowód na to, jak wysoko cenił Fryderyka.

Podczas kartkowania Słownika oblężeń i bitew znalazł swoje imię na każdej stronie, często jednak w nieprawdziwych lub przekręconych opisach wydarzeń.
-"Literatura - zauważył - tworzona jest jako strawa dla ludu, a przecież powinna być jedynie potrawą dla smakoszy. Nocą, pod Arcole miałem podobno przejąć wartę żołnierza, który zasnął na posterunku! To napisał jakiś mieszczanin, może adwokat, z pewnością nie wojskowy. Autor chciał z pewnością dać o mnie dobre świadectwo; nie mógł sobie wymyślić nic ładniejszego. Nie pomyślał jednak, że nie byłem w ogóle zdolny do takiego czynu, byłem tamtej nocy zbyt zmęczony, prawdopodobnie zasnąłem już przed tym, stojącym na warcie, żołnierzem".
Gdy jeden z nas zapytał, którą z tych pięćdziesięciu, może sześćdziesięciu bitew Cesarz uważa za najlepszą, stwierdził, że nie da się tego tak łatwo powiedzieć.
-"Moje bitwy nie mogą być oceniane same dla siebie. Były zawsze tylko częścią pewnej całości; nie mogą być zatem oceniane tylko na podstawie ich wyniku. Marengo dało mi całe Włochy; Jena wydała w moje ręce Prusy; Frydland był kluczem do państwa rosyjskiego; Eggműhl zadecydowało o wyniku całej wojny. Pod Borodino rozwinięte zostały najlepsze talenty, z nikłym efektem końcowym. Pod Waterloo było już prawie wszystko rozstrzygnięte, a później wszystko stracone. Waterloo uratowałoby Francję i ustanowiłoby nowy porządek w Europie".
Madame de Montholon zapytała, którzy żołnierze byli najlepsi.
-"Ci, madame, którzy wygrywali bitwy. Ale oni są uparci i mają swoje humory, jak wy, moje panie. Najlepszą armią byli Kartagińczycy Hannibala, Rzymianie Scypiona, Macedończycy Aleksandra i Prusacy Fryderyka. Ale Francuzi wytrzymują porównanie z nimi. Z moją gwardią, 40.- do 50.-tysięczną, przemaszerowałbym Europę. W przyszłości utworzonych będzie jeszcze wiele armii, które nie będą gorsze od Armii Włoch i tej, która walczyła pod Austerlitz, ale nigdy nie będą one lepsze".
Długo zatrzymał się przy tym, jednym z jego ulubionych tematów, potem zapytał nagle o godzinę.
-"Jedenasta" - padła odpowiedź.
-"To znaczy - zauważył - że spędziliśmy dzisiejszy wieczór, nie wspominając dramatyzmu albo śmieszności naszego położenia".

01.09.1816
Przed posiłkiem Cesarz mówił o różnych osobach jego dworu, Rady Stanu i ministerstw. O Daru powiedział, że był człowiekiem niezwykle uczciwym, niezawodnym i bardzo pracowitym. Szczególnie podczas odwrotu spod Moskwy okazał swoją niezłomność. Praca była jego życiem.
Pewnego dnia po północy kazał go Cesarz przywołać. Daru był tak zmęczony, że ledwie widział, co pisze; w końcu natura pokonała jego organizm i jego głowa opadła na leżący przed nim papier. Gdy po długiej, głębokiej drzemce ocknął się, zobaczył Cesarza spokojnie siedzącego przed nim i pracującego. Po niemalże całkowicie wypalonych świecach poznał, jak długo spał. Skonsternowany poszukał kontaktu wzrokowego z Cesarzem, który rzekł:
-"No, mój panie, jak pan widzi wykonuję właśnie pana pracę, na którą nie miał pan najwyraźniej ochoty. Sądzę, że po dobrej kolacji spędził pan niezwykle przyjemny wieczór, ale praca nie powinna na tym cierpieć".
-"Och, Sire! Ja miałem przyjemny wieczór? Kilka ostatnich nocy spędziłem pracując, a Wasza Wysokość widział, ku mojemu zawstydzeniu, smutne tego efekty".
-"Więc dlaczego mi pan tego nie powiedział? Nie chcę przecież pana zamęczyć. Niech pan idzie natychmiast do łóżka! Dobranoc, panie Daru!"
Ta charakterystyczna scena nadawałaby się bardzo do stłumienia kursujących w owym czasie pogłosek o szorstkim zachowaniu się Cesarza do swoich podwładnych. Ale to było jak fatum: sceny tego rodzaju pozostawały nieznane, w przeciwieństwie do szkodzących Cesarzowi niedorzeczności, kolportowanych z największą pilnością.

03.09.1816
W ciągu dnia Cesarz opowiedział o podróży, którą odbył kiedyś z Cesarzową. Któregoś dnia spożywali śniadanie na jednej z wysp na Renie. W pobliżu znajdowało się małe gospodarstwo rolne. W czasie jedzenia kazał przywołać jego dzierżawcę i kazał mu wymienić wszystko, co uczyniłoby go szczęśliwym. Aby zdobyć jego zaufanie i go ośmielić, poczęstował go kilkoma kieliszkami wina. Chłop był rozsądniejszy, niż bohater znanej opowiastki o trzech życzeniach, pomyślał o swoich największych potrzebach, po czym je wymienił. Cesarz polecił prefektowi zaspokojenie potrzeb chłopa. Wystawiony później rachunek nie przekraczał 6-7 tysięcy franków.

Cesarz opowiadał też o swoim pobycie w Amsterdamie. Mieszkańcy tego miasta odnosili się początkowo bardzo chłodno do niego, ale gdy oświadczył, że nie życzy sobie innej straży niż straż honorowa miasta, pokonał niechęć Holendrów do swojej osoby. Przy pierwszej nadarzającej się okazji zapytał ich otwarcie:
-"Mówiono mi, że jesteście niezadowoleni. Dlaczego? Francja was nie podbiła, lecz przyjęła do siebie; nie jesteście z niczego wykluczeni. Popatrzcie wkoło: z waszego grona wybrani zostali prefekt, szambelan i Rada Miejska, a moja gwardia została wzmocniona waszą, holenderską. Skarżycie się, że cierpicie; we Francji ludzie więcej cierpią, cierpimy wszyscy i będzie to trwało tak długo, dopóki nasz wspólny wróg, tyran mórz, wampir waszego handlu nie zostanie pokonany. Skarżycie się, że ponosicie ofiary? Przyjedźcie do Francji, to zobaczycie, w jakim szczęściu żyjecie. Czym bylibyście w Europie przyszłości, gdybyśmy pozostawili was samych sobie? Niewolnicy całego świata; przyłączeni do Francji jesteście powołani do wzięcia udziału pewnego dnia w handlu wielkiego imperium".
Cesarz zmienił ton na pogodniejszy i kontynuował:
-"Uczyniłem wszystko, żeby wam pomóc. Czyż nie posłałem wam sprawiedliwego i pokojowo nastawionego Lebruna? Płaczecie z nim, on płacze z wami, płaczecie razem; cóż mogłem uczynić lepszego?"
Po tych słowach znikła holenderska flegma; całe zgromadzenie wybuchło śmiechem; Cesarz odniósł kolejne zwycięstwo.
-"Zresztą - dodał - miejmy nadzieję, że nie potrwa to długo, życzę sobie tego tak samo gorąco jak i wy; ci, pośród was, którzy poważnie zastanowili się nad panującą sytuacją, powiedzą wam, że to wszystko nie jest ani moim zamysłem ani nie leży w moim interesie".
Przed swoją podróżą Cesarz często narzekał, że każdy, kto zostanie posłany przez niego do Holandii, natychmiast staje się Holendrem; przypomniał o tym po podróży na posiedzeniu Rady Stanu dodając, że sam teraz stał się Holendrem.

04.09.1816
Po śniadaniu Cesarz kazał mnie zawołać. Leżał na tapczanie obłożony książkami; na głowie miał jeszcze jedwabną chustkę, którą zawiązywał do snu; był blady.
-"Czuję się osowiały - powiedział - książki mnie ciągną, nudzę się okropnie".
Jego skierowane na mnie oczy, zwykle tak żywe, też były osowiałe, potwierdzały tylko jego słowa.
-"Niech pan usiądzie ze mną i trochę porozmawia".
Mówił później o Paryżu, o dworze i swojej gwardii. Pogoda nie sprzyjała spacerom, kazał więc zawołać generała Gourgaud i pracował z nim nad opracowywaniem kampanii Moreau w czasie Konsulatu.

05.09.1816
Dzisiaj rano opowiedziałem Cesarzowi o niektórych niesprawiedliwych decyzjach jego urzędników, które później jemu przypisywano.
-"Jak to się mogło stać? - zapytał - dlaczego nikt z was nie zdobył się na poinformowanie mnie? Przywróciłbym natychmiast porządek".
-"Ach, Sire, obawialiśmy się, nikt nie miał tyle odwagi".
-"Dlaczego? Byłem aż tak okropny?"
-"Sire, uważaliśmy Waszą Wysokość za takiego".
-"Rozumiem, obawiano się wydarcia mordy z mojej strony. Ale z drugiej strony, wiedziano przecież, że chętnie każdego wysłucham i jestem sprawiedliwy. Jeżeli od czasu do czasu na kogoś się wydarłem, robiłem to często z wyrachowania; mogłem tym sposobem w krótkim czasie wypracować sobie o kimś opinię. Z jego reakcji na moje słowa wyciągałem odpowiednie wnioski. Poza tym miałem jeszcze coś innego na celu. M u s i a ł e m stworzyć wokół mnie krąg bojaźni i szacunku; w przeciwnym przypadku wielu pozwalałoby sobie w stosunku do mnie, wywodzącego się z tłumu, na zbyt wielką zażyłość i poklepywanie po plecach".

Gubernator kontynuuje swoje małe szykany dotyczące dostarczanej nam żywności. W bezwstydny wprost sposób skarży się na zbyt wysokie, jego zdaniem, spożycie wina i mięsa. Upiera się, że mamy z własnych funduszy pokryć przekroczenie przewidzianego na nasze utrzymanie limitu, wynoszącego 12 000 funtów szterlingów, w przeciwnym razie zmuszony będzie wprowadzić ograniczenia w dostawach. Cesarz słysząc to stracił cierpliwość i powiedział Montholonowi:
-Ten człowiek targuje się z nami o nasze utrzymanie. Niech robi, co chce. Nie da mu pan żadnej odpowiedzi".

11.09.1816
Cesarz jest w dalszym ciągu chory. Przyszedłem do niego, aby z jego polecenia zmienić ustawienie mebli w pokoju. Jego łóżko polowe, wierny towarzysz zwycięskich kampanii stało się łożem boleści. Skarżył się, że przy jego dolegliwościach jest ono za wąskie. Jego pokój był jednak za mały na wstawienie większego. Kazał więc postawić łóżko koło tapczanu powiększając w ten sposób znacznie powierzchnię, na której mógł leżeć. Do czegoś takiego został zmuszony!

Położył się i rozpoczęliśmy rozmowę. Wspomniał, że po jego wyborze na Pierwszego Konsula zastał w przeróżnych gałęziach administracji tak niesamowity bałagan, że zmuszony był przeprowadzić liczne reformy, które wywołały wprawdzie wiele krzyku, ale przyczyniły się znacznie do społecznego zespolenia różnych warstw. Czystka ta objęła nawet armię, generałów i oficerów, którzy nominacje swoje otrzymali Bóg wie za co i od kogo.
W tym miejscu odważyłem się na opowiedzenie pewnej, krążącej wówczas w naszych kręgach anegdoty. Jeden z nas, podobnie jak ja, wówczas nieżyczliwie nastawiony do władz jechał pewnego dnia, w towarzystwie żołnierza gwardii cesarskiej z Wersalu. Żołnierz ten nie krył swojego niezadowolenia, stwierdzając wprost, że wszystko zmienia się na gorsze. W armii, aby otrzymać awans wymaga się obecnie nawet umiejętności czytania i pisania.

Wpadłszy w trans opowiadania dołączyłem jeszcze jedną anegdotę, która w naszych salonach wywołała wiele śmiechu.
Opowiadano, że jeden z pułków w jakieś potyczce pozwolił sobie odebrać swojego orła. Spotkała ich za to ostra reprymenda ze strony Cesarza. Słysząc słowa Cesarza jeden z gaskońskich żołnierzy zawołał:
-"O! Wróg dał się oszukać, posiada bowiem tylko drąg, "kukułka" jest tutaj, schowałem ją w kieszeni".
I pokazał rzeczywiście uratowanego orła.
Cesarz nie mógł powstrzymać się od śmiechu i powiedział:
-"Nie mogę zaprzeczyć, czy rzeczywiście coś takiego nie miało miejsca. Moi żołnierze byli bardzo bezpośredni. Bardzo często mówili mi nawet "ty"!
Opowiedziałem mu na to historię, którą miała się wydarzyć wieczorem, w przeddzień bitwy pod Jeną. Cesarz miał udać się w nielicznym towarzystwie na kontrolę posterunków. Stojący na warcie żołnierz zabronił mu przejścia, mówiąc ze złością, że Napoleon, którego w ciemności nie rozpoznał, pod przysięgą tego zakazał i nawet gdyby był on "małym kapralem", i tak nie otrzyma zezwolenia na przejście. Wcale nie wydawał się zmieszany, gdy zobaczył, że rzeczywiście stoi przed nim "mały kapral".
-"Wiedział dobrze - powiedział Cesarz - że spełnia tylko swój obowiązek. Ale w salonach, wśród oficerów, nawet wśród generałów uchodziłem za nieznośnego człowieka, ale w żadnym wypadku wśród żołnierzy; oni wyczuwali prawdę i sympatię; wiedzieli, że byłem ich obrońcą, a w razie potrzeby, ich mścicielem".

12.09.1816
Cesarz postanowił aktywnością zwalczać swoją chorobę. Ubrał się i udał do salonu, gdzie pracował z jednym z nas przez dwie albo trzy godziny. Już od trzech dni nic nie jadł. Z napoi pije tylko gorącą lemoniadę.
Stan jego budzi w nim pytanie, jak długo można żyć, nie jedząc i na ile napoje mogą zastąpić normalne jedzenie. Kazał sobie przynieść Encyklopaedia Britannica, gdzie znaleźliśmy bardzo ciekawe informacje. Między innymi była tam mowa o kobiecie, która przez 50 dni nie przyjmowała żadnych posiłków i w tym okresie czasu tylko dwa razy piła; inna przez 20 dni piła jedynie wodę. Podobno Karol XII, na znak protestu przeciwko zamiarom swojego otoczenia przez 6 dni nic nie jadł, a po zakończeniu swojej głodówki spożył całego indyka i comber barani. Nieomal nie umarł z przejedzenia.
Cesarz śmiał się z tego, twierdząc przy tym, że nie zamierza się aż tak daleko posuwać.

Gdy podano jedzenie Cesarz postanowił spożyć posiłek w swoim pokoju. Stwierdził, że to z obawy, aby na widok suto zastawionego stołu nie naśladować Karola XII. Ale próżne były jego obawy, gdy w czasie posiłku powrócił do nas, mógł się na własne oczy przekonać, jak niewiele dostaliśmy do jedzenia. Okoliczność ta skłoniła go do powzięcia wielkiego postanowienia. Polecił, aby sprzedawać co miesiąc część je go srebra, a uzyskane pieniądze przeznaczyć na uzupełnienie naszego stołu.

Najgorsze z naszego nędznego jedzenia było wino, które było od kilku dni tak okropne, że pochorowaliśmy się wszyscy. Byliśmy zatem zmuszeni kazać przynosić wino z obozu polowego; mieliśmy nadzieję, że dzięki temu w przyszłości dostarczane nam będzie wino o lepszej jakości.

13.09.1816
Pogoda jest znowu okropna; jak już od tygodni. Przed pierwszą Cesarz kazał mnie zawołać, był w salonie. Był bardzo zmieniony, ale wyraził życzenie kontynuowania pracy. Kazałem przywołać mojego syna, z którym Cesarz jeszcze raz sprawdził rozdziały Papież i Tagliamento, co trwało do godziny piątej. Później był bardzo zmęczony, rysy jego twarzy nacechowane były bólem; wycofał się na posiłek do swojego pokoju. Wrócił jednak w czasie, gdy spożywaliśmy kolację mówiąc, że zjadł za czterech i czuje się o wiele lepiej.

Później kazał sobie przynieść Charlemagne, epos swojego brata Lucjana i zaczął go analizować.
-"Ile on pracy w to włożył, ile nakładu sił i wszystko na nic! Co za brak własnego zdania i smaku! Wyklepał 20 tysięcy wersów, z których może kilka jest udanych, ale wszystkiemu temu brakuje koloru, sensu i celu. Czyż zabierając się do tego tematu, nie pomyślał, że taki Voltaire, mistrz mowy i poezji, w Paryżu, na poświęconej ziemi, nie dał mu rady? A on chce napisać francuski poemat na obczyźnie, z dala od Francji? Stworzył rymowankę, ale nie bohaterski epos. Jak mógł takim bzdurom poświęcić 20 tysięcy wersów, które są zupełnie nie na czasie, wyrazić poglądy, które wcale nie są jego? Co za dziwactwa! Wystawił swój talent pod publiczny pręgierz! Bo intelekt, talent i zdolności to on ma. Zabierzmy się lepiej do czytania Iliady".
Siedzieliśmy wspólnie do godziny wpół do pierwszej i podziwialiśmy śpiewną mowę Homera.

14.09.1816
Jesteśmy przykuci do naszych nędznych bud, kroku nie można zrobić na zewnątrz; stopniowo zaczynamy być chorzy.
Cesarz czuje się jednak lepiej, dyktuje przez większą część dnia.
Na kolację nie mieliśmy prawie nic do jedzenia. Gubernator kontynuuje swoje ograniczenia. Cesarz polecił zakupić żywność i zapłacić pieniędzmi uzyskanymi ze sprzedaży srebra stołowego.
Gubernator wydał zarządzenie, że przydział wina ograniczony został do jednej flaszki na głowę, dotyczy to również Cesarza.
Czy można to uznać za możliwe? W tym samym piśmie czytamy: "jedną butelkę dla matki i jej dzieci" (!!)
15.09.1816
Dzisiaj Cesarz wykorzystał krótkotrwałe przejaśnienie na spacer po ogrodzie. Byłem z nim sam i nie mogłem się powstrzymać od wykorzystania okazji i przedstawienia mu kilku moich planów. Wyśmiał mnie.
-"Niech pan będzie rozsądny, mój drogi. Ależ z pana prostak. Ale niech się pan na mnie nie gniewa za to słowo; nie mówię je do każdego. Użyłem go, aby panu dać do zrozumienia, że jest pan poczciwym człowiekiem".

Po kolacji Cesarz postanowił, jak się sam wyraził, zawrzeć rozejm z poezją swojego brata. Ale wkrótce przerwał czytanie. Poinformowaliśmy go, że Lucjan napisał jeszcze inne, podobne dzieło: Karol Młot na Korsyce, ponadto tuzin innych dramatów oraz jedną powieść.
-"Co za diabeł go opętał ?" - zawołał Napoleon.
Powiedzieliśmy mu też, że oprócz Lucjana, również księżna Paulina napisała powieść. Tego też nie wiedział.
-"To pozostały jeszcze tylko Paulina i Karolina. Paulinę mogę sobie chyba prędzej wyobrazić jako bohaterkę, ale nie autorkę jakiejś powieści. A Karoliny ani jako jedno, ani drugie; już w dzieciństwie uważana była za głupią, była naszym Kopciuszkiem. Za to później wyrosła na piękną kobietę".

16.09.1816
Dzisiaj rano mój służący poinformował mnie, że nie ma dla mnie kawy, mleka, cukru i chleba na śniadanie. Już wczoraj wieczorem, krótko przed jedzeniem zażyczyłem sobie kawałek chleba, ale nie było. Do takiego stopnia dochodzą ograniczenia w dostawach żywności. Światu trudno będzie w to uwierzyć, ale przedstawiam tutaj tylko gołe fakty.

Pogoda poprawiła się na tyle, że Cesarz mógł udać się na spacer. Potem zażądał powozu. Po drodze madame de Montholon przepędziła psa, który za blisko podszedł.
-"Nie lubi pani psów, madame?" - zwrócił się Cesarz do niej.
-"Nie, Sire".
-"Jeżeli nie lubi pani psów, nie lubi pani również wierności; nie chce pani zatem, aby być jej wiernym; pani nie jest również nikomu wierna".
-"Ale, ale..."
-"Niech pani, o ile to możliwe, obali moje twierdzenie".

Jeden z nas podjął się przed kilkoma dniami stworzyć coś w rodzaju dzieła sztuki. Gdy ostatnio Cesarz zapytał go o postęp pracy, usłyszał skargę ,że brak jest właściwych przedmiotów.
-"Oto widać znowu prawdziwe dziecko Sekwany - stwierdził na to - które ciągle jeszcze myśli, że jest w Tuilerie. To nie sztuka ze znanych i posiadanych przedmiotów coś stworzyć, należy to potrafić w obliczu problemów, nie posługując się słówkiem niemożliwe. Czego panu brakuje? Tłuczka? Niech pan weźmie pierwszą lepszą nogę od krzesła. Moździerz? Wszystko wkoło nas może go zastąpić: ten stół, ten rondel, ta miska, to wszystko są moździerze. Ale dziecko Paryża nie myśli w ten sposób; czuje się zawsze jak na Rue Saint-Honoré albo na paryskim targowisku".

Cesarz udał się wcześnie na spoczynek. Wydaje nam się bardzo zmieniony. Z dnia na dzień jest słabszy; męczy go nawet krótki spacer po ogrodzie.

24.09.1816
Po porannej toalecie Cesarz kazał mnie i mojego syna zawołać; pracowaliśmy trzy może cztery godziny nad zmianami w rozdziałach dotyczących kampanii włoskiej.
Po zakończeniu pracy rozmowa zeszła na temat Holandii i króla Ludwika, o którym Cesarz wypowiadał się w dziwny sposób.
-"Ludwik jest człowiekiem, którym rządzi jego serce - powiedział - nie chcę być złośliwy, ale człowiek o takim charakterze może popełnić wiele głupstw i spowodować wiele zła. Ludwik miał już zawsze, to wynika z jego natury, skłonności do niedorzeczności i osobliwości. Lektura Rousseau jeszcze to pogłębiła. W swoich wysiłkach do zdobycia opinii uczuciowego i dobroczynnego człowieka okazał się niezdolnym do osiągnięcia wyższych celów, potrafiącym rozwiązywać najwyżej lokalne konflikty, coś jak prefekt w koronie.
Natychmiast po przybyciu do Holandii, gdzie jedynym jego celem było uzyskanie opinii dobrego Holendra, rzucił się w objęcia partii proangielskiej, popierał skryty handel i utrzymywał kontakty z naszymi wrogami. Musiałem go wziąć pod nadzór i zagrozić nawet wojną. A gdy słabości charakteru zastąpił zawziętym uporem i uznał mgłę za obłok sławy, poleciał z tronu, za co odpłacił mi oszczerstwami o moich nienasyconych ambicjach, tyranii itp.
Co mi pozostało? Miałem zostawić Holandię na pastwę naszych wrogów? Miałem poszukać nowego króla? Ale czy mógłbym się od niego spodziewać czegoś lepszego niż od własnego brata? Czyż nie postępowali wszyscy oni, których posadziłem na tronie, w taki sam sposób? Przyłączyłem Holandię do Cesarstwa, ale było to najgorsze dla Europy rozwiązanie i trochę też przyczyną naszego nieszczęścia.
Ludwik był szczęśliwy, wzorując się w swoich poczynaniach na Lucjanie. Ten postąpiłby prawie tak samo; i jeżeli nawet później okazał skruchę i postąpił w sposób bardzo szlachetny (po powrocie Napoleona z Elby - przyp. tłum.), to chociaż świadczyło to dobrze o jego charakterze, nie mógł wymazać swojej przeszłości.
Po moim powrocie z Elby, w roku 1815, Ludwik napisał mi z Rzymu długi list, zawierający, jak się wyraził, jego pakt, jego warunki powrotu do mnie. Odpowiedziałem mu, że daleki jestem od podpisywania z nim traktatów, ale jeżeli zdecyduje się powrócić do mnie, zostanie przyjęty, jak na brata przystało.
Nie do wiary, ale jednym z jego warunków było uzyskanie wolności, czyli rozwód z Hortensją. Dałem jego wysłańcowi moją dezaprobatę wyraźnie do zrozumienia, dziwiąc się równocześnie, że podjął się tej misji w wierze, że coś podobnego może być przedmiotem pertraktacji. Przypomniałem Ludwikowi, że byłoby to niezgodne z naszymi prawami rodzinnymi, z zasadami moralnymi i politycznymi. Zapewniłem go ponadto, że z tych samych powodów interesuje mnie los jego dzieci, gdyby miały, z powodu jego postawy, stracić przynależne im przywileje.
Być może, że przyczyn jego postępowania szukać należy w przebytych w dzieciństwie straszliwych chorobach, które niemalże zakończyłyby się jego śmiercią, pozostawiły jednak trwałe ślady na ciele i umyśle; jest prawie całkowicie jednostronnie sparaliżowany.
Poza tym, jak ogólnie wiadomo, moja rodzina tylko w niewielkim stopniu mnie popierała, wyrządzając jednocześnie mnie i naszej sprawie dużo szkód. Często chwalono mój nieustępliwy charakter; w stosunku do mojej rodziny byłem jednak mięczakiem. Wiedzieli dobrze o tym. Po pierwszej burzy, wyczekiwali zawsze cierpliwie na odpowiedni moment i wykorzystując moje zmęczenie prowadzonym sporem, osiągali, co chcieli. To był mój wielki błąd. Gdyby skoncentrowali swoją energię na powierzone im przeze mnie zadania, pędzeni wspólnym napędem osiągnęlibyśmy nasz cel; podporządkowalibyśmy sobie wszystko; Europa dostąpiłaby przywileju nowego systemu politycznego, co przyniosłoby wszystkim korzyść! Nie miałem tego szczęścia, którym obdarowany został z jego czterema synami Czyngis-chan; ich jedynym celem było służenie ojcu. Gdy tylko ogłosiłem kogoś królem, uważał się natychmiast królem z bożej łaski; tak magicznie, zaraźliwie oddziaływało to słowo. Nie był moim przedstawicielem, któremu mogłem zaufać, był nowym wrogiem, którego musiałem zwalczać. Wysiłki każdego skierowane były w kierunku osiągnięcia całkowitej niezależności. Wszyscy byli tym szaleństwem ogarnięci. Prawowici następcy też nie zachowywali się inaczej. Biedni ludzie! Po moim upadku mogli się przekonać, że wróg nawet nie starał się wyświadczyć im tego zaszczytu i domagać się lub przynajmniej wspomnieć o ich abdykacji. Jeszcze dzisiaj, ewentualne ich prześladowanie jest jedynie efektem chęci pokazania posiadanej przez zwycięzców przewagi lub podłej chęci zaspokojenia uczucia zemsty.
Wszyscy oni, pod osłoną mojej działalności delektowali się swoim królestwem; ja ponosiłem wszystkie konsekwencje. Przez cały ten czas dźwigałem świat na moich ramionach, a to powoduje z czasem naturalne zmęczenie. Prawdopodobnie postawiony mi będzie kiedyś zarzut, dlaczego ustanawiałem nowe państwa i królestwa? Otóż, tego wymagały zwyczaje i sytuacja w Europie. Każde nowa konfederacja z Francją powiększała ogólny niepokój. Podnoszono krzyk, oddalając tym samym w nieokreśloną przyszłość nadzieje na zawarcie pokoju. Może padnie też kiedyś pytanie, czy powodem usadawianie na tronach członków mojej rodziny było wynikiem czczej próżności? Bo jedynie na to zwrócona będzie uwaga. Odpowiem na to: z dziedzicznymi tronami nie można postępować jak z urzędami prefekta. Zdolności i środki są obecnie wśród mas tak rozpowszechnione, że należy strzec się stworzenia konkurencji. Wręcz przeciwnie, dążyć należy do stabilizacji i centralizacji; w przeciwnym razie grozi nam nieszczęście rywalizacji partyjnych interesów !! Jeżeli w wymyślonej przeze mnie, dla zapewnienia ogólnego spokoju i dobrobytu harmonii, w mojej osobie, było coś fałszywego, niewłaściwego to chyba fakt, że wyniesiony zostałem z tłumu. Czułem moją izolację; dlatego próbowałem rzucać na wszystkie strony kotwice stabilizujące moją pozycję. A któż miałby być dla mnie lepszym oparciem jak nie moja rodzina? Czy mogłem od obcych oczekiwać więcej?
Mówiąc krótko: tak znaczące działania wcale nie były przyjemnością, były efektem najgłębszych przemyśleń. Miały na celu spokój ludzkości i poprawę bytu. Jeżeli, przy zastosowaniu najlepszych możliwych środków, nic znaczącego na koniec nie wyszło, jest to jedynie dowód na to, jak trudne jest rzetelne kierowanie takim imperium".

W trakcie rozmowy Cesarz zaznajomił mnie z treścią skierowanego do jego brata Ludwika niezwykle istotnego, napisanego w 1808 roku, listu.

List Napoleona do Króla Holandii

Château de Marach, 3.kwietnia 1808 roku

Mój Panie bracie!
Właśnie przekazano mi Twoją depeszę z 22. marca. Każę natychmiast wysłać kuriera, który przekaże Panu ten list. Prawo do ułaskawienia, które zastosował Pan w stosunku do szmuglerów może wywołać bardzo zły efekt. Prawo do ułaskawienia jest jednym z najwznioślejszych i najszlachetniejszych przywilejów władzy. Może być jednak zastosowane tylko w przypadkach, w których królewska wyrozumiałość nie zdyskredytuje prawa; w takich przypadkach, w których okazanie królewskiego miłosierdzia wywoła wrażenie wielkoduszności. W tym konkretnym przypadku chodzi o zbójecką szajkę, która zaatakowała i zamordowała celnika, który próbował przeciwstawić się ich działalności. Ludzie ci zostali skazani na śmierć, a Wasza Wysokość ich ułaskawiła. Pan ułaskawia bandytów, morderców, ludzi, którzy nie zasługują na współczucie opinii publicznej. Gdyby ludzie ci zostali przyłapani na potajemnym handlu, zabijając nawet w obronie własnej celnika, można by, biorąc pod uwagę sytuację ich rodzin i specyficzne okoliczności, okazać ojcowskie miłosierdzie i złagodzić nałożoną karę. W przypadku przestępstw celnych i w szczególności politycznych okazanie łaski jest jak najbardziej wskazane. Zakłada się w takich przypadkach, że przestępstwo skierowane było przeciwko osobie panującego, więc to w jego mocy leży przebaczenie. Na pierwszą wiadomość o takim wykroczeniu opinia publiczna staje po stronie przestępcy, a nie po stronie sędziego. Uchylenie przez władcę wyroku sądu jest dla narodu świadectwem wyższości władcy nad poniesioną obrazą, a ogólne potępienie kieruje się przeciwko sprawcy. Inne niż opisane postępowanie władcy odbierane jest jako tyrania i mściwość. Ułaskawi jednak sprawców okrutnych przestępstw, uważany jest za słabeusza.
Niech Pan nie sądzi, że akt ułaskawienia pozostaje bez konsekwencji i że opinia publiczna każdorazowo przyklaskuje władcy! Potępiają go, gdy prawo to stosuje wobec przestępców albo morderców, gdyż w takim przypadku szkodzi to mieszczańskiej rodzinie. Zbyt często, nie biorąc pod uwagę okoliczności i charakteru przestępstwa, skorzystał Pan ze swojego prawa. Nie wolno słuchać głosu serca, jeżeli cierpi na tam naród. W kwestii żydowskiej postąpiłbym identycznie jak Pan; strzegłbym się jednak przed ułaskawieniem szmuglerów z Middelburg. Tysiące powodów powinny przekonać Pana do utrzymania w mocy sądowego wyroku, co byłoby ostrzeżeniem dla wszystkich; strach, który wywołał, powstrzymałby od popełnienia podobnego przestępstwa. Królewscy urzędnicy zostają w nocy zamordowani; mordercy skazani na śmierć......Wasza Wysokość zamienia karę na kilka lat więzienia..... Jakim uczuciem niemocy muszą być teraz ogarnięci urzędnicy zbierający podatki? A ponadto skutki polityczne. Wyjaśnię je bliżej.
Holandia była kanałem, przez który Anglia od wielu lat wprowadzała swoje towary na kontynent. Kupcy holenderscy zbudowali na tym handlu swoje majątki. Oto przyczyny, dlaczego Holendrzy kochają handel i Anglików, i dlaczego nie kochają Francji, która ten handel zabroniła i zwalcza Anglię wszelkimi sposobami. Łaska, którą okazał Pan mordercom, jest pewnego rodzaju hołdem złożonym Holendrom i ich poczynaniom; wygląda na to, że Pan ich popiera - i przeciwko komu?...Przeciwko mnie.
Holendrzy Pana kochają; jest Pan przystępny i ma łagodny charakter... gdy Pan rządzi na ich sposób; gdy jednak okaże Pan zdecydowanie, zakaże potajemnego handlu, wyjaśni im w mądry sposób istniejącą sytuację, uwierzą, że system zakazów jest dobry, bo pochodzi od ich króla. Ale nie zgadzam się, aby Wasza Wysokość zdobywała moim kosztem popularność. Oczywiście, Holandia nie znajduje się w czasach Ryswik, a Francja w ostatnich latach panowania Ludwika XIV. Jeżeli Holandia nie potrafi sama z siebie, niezależnie od Francji stworzyć odpowiedniego systemu politycznego, musi spełnić warunki koalicji.
Mój bracie, nie teraźniejszość powinna być kierować poczynaniami książąt; muszą mieć oczy skierowane w przyszłość. Jaka jest obecna sytuacja Europy? Po jednej stronie stoi Anglia; posiada władzę, której dotychczas podporządkowany był cały świat. Po drugiej stronie Francja i potęgi kontynentalne, które mocą ich jedności, nie muszą ugiąć się angielskiej supremacji. Państwa te mają również kolonie i handel morski; posiadają o wiele więcej portów niż Anglia; ale nie mogły się pogodzić; Anglia pokonała po kolei wszystkie ich floty; odniosła sukcesy na wszystkich morzach; Rosja, Szwecja, Francja, Hiszpania, posiadające wystarczającą ilość statków i marynarzy nie odważają się wysłać swoich flot na morze. Europa nie może więc oczekiwać swobody na morzu i pokojowego, niezależnego od woli Anglii, systemu ustalonego przez związek państw (który i tak, w związku z odległością i krzyżowaniem się interesów, nie miałby szans na powodzenie).
Chcę przeforsować pokój wszystkimi dostępnymi metodami, które dopuszcza godność Francji; pragnę go, nawet kosztem dozwolonych narodową dumą ofiar; każdego dnia pogłębia się moje odczucie, że pokój jest nam niezbędnie potrzebny. Książęta państw kontynentalnych pragną go tak samo jak ja. Nie żywię w stosunku do Anglii nieprzejednanej nienawiści. Anglicy zastosowali przeciwko mnie system odtrącenia; blokadę kontynentalną wprowadziłem nie z powodu podrażnionej ambicji, jak mówią moi wrogowie, lecz aby zmusić rząd angielski do wycofania wprowadzonego systemu. Anglia jest bogata i szczęśliwa, cóż stoi na przeszkodzie, aby szczęście to dzieliła Francja i jej sprzymierzeńcy.
Blokada kontynentalna ma jedynie na celu przyspieszenie rozwoju wypadków. Północni władcy z uwagą obserwują obowiązujący system zakazów. Ich handel skorzystał najbardziej; pruskie fabryki mogą konkurować z naszymi. Wiedzą, że Francja i wybrzeże będące aktualnie częścią imperium, od Zatoki Lyon po Morze Adriatyckie są zamknięte dla wszystkich obcych produktów. Zamierzam też podjąć kroki wyrwania Portugalii spod angielskiej kontroli i podporządkować hiszpańskie wybrzeże kontroli polityki francuskiej. Wszystkie europejskie wybrzeża będą wtedy, z wyjątkiem Turcji, dla Anglików zamknięte; ponieważ jednak Turcja nie prowadzi handlu z Europą, nie jest ona zagrożeniem dla mojego systemu.
Widzi Pan zatem, jakim zagrożenie stanowić może ułatwienie przez Holandię wwozu angielskich towarów na kontynent. Anglia uzyskałaby tym samym możliwość zarobienia pieniędzy, które obrócone mogłyby zostać na pomoc dla określonych mocarstw walczących z nami. Wasza Wysokość powinna być więcej niż my zainteresowana zabezpieczeniem się przed zdradliwą polityką Anglii. Jeszcze kilka lat cierpliwości, a Anglia będzie bardziej dążyła do uzyskania pokoju niż my.
Niech Pan rozważy sytuację i sam Pan stwierdzi, że osiąga większe zyski z blokady kontynentalnej niż ja. Holandia jest państwem, w którym dużą rolę odgrywa handel morski; posiada wspaniałe porty, ma flotę, marynarzy, zręcznych przywódców i kolonie, które nie przysparzają macierzy żadnych kosztów; jej mieszkańcy są tak samo zdolni do prowadzenia handlu, jak Anglicy. Czyż nie powinna Holandia w obecnych czasach wszystkiego tego bronić? Czyż nie powinna zrobić wszystko, aby przywrócić stan rzeczy panujący w przeszłości? Obecna sytuacja nie jest może zadawalająca, ale o wiele lepsza niż gdyby władca holenderski był tylko angielskim namiestnikiem, a Holandia i jej kolonie, angielską posiadłością. A do takiego stanu rzeczy prowadzi pańskie popieranie angielskiego handlu. Niech Pan weźmie pod uwagę sytuację panującą na Sycylii i w Portugalii.
Niech przyszłość rozstrzygnie. Jeżeli Holendrzy mają problemy ze sprzedażą genevry, to Anglicy mają problem z jej zakupem. Niech Pan określi porty, gdzie będą ją mogli kupić; muszą jednak zapłacić gotówką, nie towarem. Nigdy, rozumie Pan? Przecież pokój musi w końcu zapanować. W przyszłości podpisze pan umowę handlową z Anglią. Może uczynię to samo; obustronne interesy będą zapewnione. Jeżeli nawet będziemy zmuszeni uznać do pewnego stopnia supremację Anglii na morzu, okupioną przez nich w przeszłości bogactwem i krwią - panowanie wynikające z położenia topograficznego i posiadłości w różnych częściach świata - to przynajmniej statki pływające pod naszą flagą będą mogły pokazać się na oceanach, a nasi armatorzy nie zginą. Przeszkodzenie Anglii w mieszaniu się w chwili obecnej w sprawy kontynentu, to nasze aktualne zadanie.
Pański akt łaski wciągnął mnie w te szczegóły. Rozpisałem się, bo obawiam się, że holenderscy ministrowie narzucają Waszej Wysokości fałszywe idee. Życzyłbym sobie, aby list ten skłonił Pana do namysłu, a jego zawartość przedstawił na posiedzeniu Rady, żeby nadać działaniom pańskich ministrów właściwy kierunek.
Francja pod żadnym warunkiem nie dopuści odłączenia się Holandii od kontynentu.
A co do wspomnianych szmuglerów, popełnionych błędów nie można naprawić. Radzę jednak nie umieszczać ich w leżącym w pobliżu miasta i miejsca przestępstwa więzieniu Middelburg; niech pan ich pośle w głąb kraju.

Napoleon

28.09.1816
Cesarz wykorzystał sprzyjającą pogodę na przejażdżkę. Odczuwał konieczność porządnie dać się wytrząść.
Po południu nie przystąpił, tak jak w poprzednich dniach, do dalszej pracy, lecz zaprosił mnie na spacer do ogrodu. Doktor O'Meara przyłączył się do nas i opowiedział, że wysłannicy Rosji i Austrii byli wczoraj przed bramą Longwood, musieli jednak na polecenie gubernatora zawrócić.
Później, gdy byliśmy sami Cesarz zapytał mnie o moją żonę.
-"Co może ona aktualnie poczynać? Z pewnością budzi powszechne zainteresowanie i przyjmuje liczne wizyty spowodowane pańskim pobytem ze mną na Św. Helenie. Wszystko, co mnie dotyczy interesuje ludzi. Jeszcze stąd mógłbym rozdzielać korony!....Tak, moi przyjaciele, gdy powrócicie do domu, będziecie rozrywani! Pańska żona uczyniłaby najlepiej, gdyby ten okres spędziła u mojej matki lub którejś z sióstr, które przyjęłyby ją z największą przyjemnością".

29.09.1816
W czasie kolacji rozmawiano o wykopie w naszym ogrodzie napełnionym wodą, w którym niedawno utopiła się owca.
-"Dlaczego jeszcze go nie zasypano? - zapytał Cesarz. - Gdyby tak któreś z waszych dzieci tam wpadło. Trzeba wszystko przewidzieć".
Gdy mu odpowiedziano, że już od dawno noszono się z takim zamiarem, trudno było jednak znaleźć robotników, zawołał z ożywieniem:
-"To nie jest żadne usprawiedliwienie. Gdyby mój syn był tutaj, zasypałbym dziurę własnymi rękoma".

Za każdym razem, gdy Cesarza jakiś temat poruszył, słowa jego wywoływały niesamowite wrażenie. Często też dyktował natychmiast swoje słowa jednemu z nas, w sposób niezwykle klarowny i zrozumiały. Gdy pewnego dnia przeczytaliśmy w angielskiej gazecie, o skarbach przez niego posiadanych, podyktował natychmiast, co następuje:
-"Chcecie poznać skarby Napoleona? To prawda, są niezmierzone, ale nie są one ukryte, lecz są ogólnie dostępne. Są to: wspaniały port w Antwerpii i Vlissingen, które nigdy nie zamarzają i mogą przyjąć największą flotyllę; hydrauliczne systemy ochronne w Dunkierce, Le Havre i Nicei; wielki dok w Cherbourgu; urządzenia portowe w Wenecji; piękne drogi z Antwerpii do Amsterdamu, Moguncji do Metz, z Bordeaux do Bajonny; przejścia na przełęczach w Simplon, Mont Cenis, Mont Genevre, które otwierają Alpy we wszystkie strony. W tym wszystkim tkwi osiemset milionów franków!
Przewyższają one rozmachem, zaangażowaniem i wielkością wszystkie budowle rzymskie. Do tego dochodzą drogi od Pirenejów do Alp, z Parmy do Spezii, od Savony do Piemontu; paryskie mosty: Pont d'Iena, d'Austerlitz; mosty w Sevres, Tours, Roanne, Lyon, Turynie, Bordeaux i Rouen; wielkie mosty na Iserze i Durance; kanał Ren-Rodan łączący Holandię z Morzem Śródziemnym; wysuszenie bagien koło Bourgoin, Cotentin, Rochefort; odbudowa większości zniszczonych w czasie Rewolucji kościołów, budowa wielu nowych, powstanie nowych gałęzi przemysłu i wybudowanie nowych fabryk, które zlikwidowały żebractwo; Luwr, spichlerze, banki, sieć wodna dla Paryża; wspaniałe pomniki w stolicy; prace upiększające Rzym, odbudowa fabryk w Lyonie; stworzenie setek fabryk wełny i bawełny oraz przędzalni, które zatrudniały miliony robotników; więcej niż 400 fabryk, produkujących cukier z buraków i zaopatrujących większą część Francji, po cenach, które za cztery lata dorównałyby cukrowi z trzciny sprowadzanego z Indii; zastępujący indygo urzet barwierski; wydatek pięćdziesięciu milionów franków na upiększenie pałaców cesarskich; sześćdziesiąt milionów na umeblowanie pałaców wybudowanych lub nabytych za prywatne środki Napoleona we Francji, Holandii i Włoszech; wykupienie słynnego Regenta, ostatniego diamentu Francji zastawionego u berlińskich Żydów za trzy miliony franków; Musée Napoléon szacowane na czterysta milionów franków, w zbiorach którego znajdują się jedynie dzieła l e g a l n i e nabyte, przez zakup lub dystrybucje wojenne; cztery miliony jako pomoc dla rolnictwa, najważniejszego źródła francuskich dochodów; wsparcie dla wyścigów konnych; wprowadzenie hodowli merynosów itd.

To są skarby Napoleona, warte miliardów i o wielowiekowej trwałości!
To są pomniki, które unicestwią wszystkie oszczerstwa!
Historia osądzi kiedyś i doceni, że wszystko to osiągnięto w trakcie nieustannych wojen, bez kredytów, wprost przeciwnie, przy obniżeniu zadłużenia państwa. Znaczne sumy należały również do prywatnego majątku Cesarza, zagwarantowane mu traktatem z Fontainbleau, a pochodzący z oszczędności i innych prywatnych dochodów. Majątek ten został jednak podzielony i nie trafił ani do majątku publicznego ani do skarbu państwa!!!"

Cesarz dyktował zawsze bez żadnego przygotowania. Nigdy nie widziałem, żeby sięgał do materiałów źródłowych, a mimo tego chyba nikt nie dyktował dokładniej niż on. Gdy pisał sam, nie przejmował się ortografią. Człowiek na tym stanowisku, muszący dużo i szybko pisać, nie musi, jak twierdził, na to zwracać uwagi. Myśl jego jest szybsza niż pióro, odcyfrowanie tekstu to sprawa pisarza. Charakter pisma Cesarza doprowadzał odpisujących do rozpaczy, były to prawdziwe hieroglify. Często nie potrafił przeczytać tego, co napisał. Pewnego dnia syn mój czytał niektóre rozdziały o kampanii we Włoszech i zatrzymał się w miejscu, które nie potrafił odcyfrować.
-"Cóż to - rzekł Cesarz - ten mały głuptas nie potrafi odczytać własnego pisma?"
-"Sire, to nie jest moje".
-"Czyje zatem?"
-"Waszej Wysokości..."
-"Czyżbyś chciał mnie szelmo obrazić?"
Wziął zapiski do ręki, studiował je przez dłuższy czas i na koniec stwierdził:
-" Na Boga, on ma rację, ja sam nie potrafię tego odczytać".

01.10.1816
O trzeciej po południu zameldowano Cesarzowi przybycie gubernatora z życzeniem widzenia Cesarza, chciał przekazać mu otrzymane właśnie z Londynu instrukcje. Otrzymał odpowiedź, że Cesarz jest chory, gubernator niech więc będzie tak łaskawy i przekaże instrukcje jednemu z cesarskich towarzyszy. Jednak Sir Hudson Lowe obstawał przy swoim życzeniu i dodał, że musi później, po widzeniu z generałem, również z nami przeprowadzić rozmowę.
Mimo tego Cesarz nie wyraził życzenia widzenia gubernatora, Sir Hudson wycofał się, prosząc równocześnie o natychmiastowe poinformowanie, gdy Cesarz będzie gotów go przyjąć. Może na to długo czekać, właśnie przed minutą Cesarz oświadczył mi, że nie chce gubernatora w ogóle widzieć.

02.10.1816
Cesarz oświadczył mi, że zdecydował się podjąć znowu naukę angielskiego, ale muszę go dziennie do tego zmusić.
Udałem się więc do niego o godzinie wpół do pierwszej, wybrałem jednak złą porę; Cesarz drzemał po śniadaniu na kanapie. Zatrzymał mnie, pomimo złego samopoczucia czytał przez pół godziny angielski tekst.
Po kolacji próbował zmusić się do czytania, wkrótce jednak zrezygnował i wycofał do swojego pokoju.

Ze wspomnień hrabiego de Montholon.

03.10.1816
(...)Przybył do nas Sir Thomas Reade, adiutant generalny gubernatora. Jest to bardzo uprzejmy, o sympatycznym zachowaniu człowiek, zupełne przeciwieństwo gubernatora.
Początkowo sprawiał wrażenie, że przynosi dobre wiadomości. Ale później zmienił ton i przekazał Cesarzowi polecenia Lorda Bathursta dotyczące redukcji cesarskiego personelu, wskutek czego cztery osoby miały opuścić wyspę. Nie byliśmy przygotowani na to nieszczęście. Byli to: Rousseau, Archambualt, Piątkowski i Santini.
(...) Reszta dnia była tak samo smutna, jak ta wiadomość.


Ze wspomnień generała Gourgaud.

08.10.1816
Sir Hudson Lowe przysłał Wielkiemu Marszałkowi nowe instrukcje i kazał nas poinformować, że nie jesteśmy niczym więcej niż zwykłymi buntownikami. Las Cases jest tak przerażony, że widzi się już ze stryczkiem na szyi. Mnie by to ucieszyło, jednego z wielką mordą mniej, w końcu otrzymaliby ludzie z sercem należne im prawa. Moje stosunki z Las Cases'em są coraz gorsze. Martwię się o przyszłość; nie wiem, co będzie, jeżeli Cesarz nie dotrzyma swoich obietnic.

09.10.1816
Aresztowanie Polaka jest dowodem, że gubernator próbuje nas zastraszyć. (Piątkowski został, za próbę namówienia porucznika 53. pułku do przekazania potajemnie listu do Europy, poprzedniego dnia aresztowany. Aresztowanie nastąpiło na podstawie denuncjacji angielskiego oficera - przyp. tłum.)

Przed kolacją poszedłem do Cesarza. Zastałem go ponurego, smutnego i zatroskanego. Myślami był w Austrii, przy synu.
-"Jak zostanie wychowany, jakie zasady zostaną mu wpojone? Zaszczepią mu uczucie odrazy do ojca? Ta myśl przeraża mnie".

Usiedliśmy do pracy, po kilku godzinach zostałem zluzowany przez Wielkiego Marszałka. Później musiałem przetłumaczyć cały plik korespondencji od gubernatora. Moje problemy ze wzrokiem posunęły się jednak ta daleko, że musiałem skorzystać z pomocy madame de Montholon.
Oto główne punkty treści tych listów:
1.Kolejne ograniczenia nałożone na nas przez gubernatora. Jest on tak bezwstydny wobec Cesarza, że chce cenzurować cesarskie listy. Czy można to uznać za możliwe?
2.Forma oświadczenia, które mamy podpisać. Kolejny przejaw zbytecznej, dręczącej samowoli, podyktowanej chęcią zemsty i nienawiścią.
3.List gubernatora do Wielkiego Marszałka:
"Francuzi, którzy życzą sobie pozostać przy generale Bonaparte zobowiązani są do podpisania przedłożonego im oświadczenia, w następstwie czego poddani zostaną tym samym, co generał, ograniczeniom. Zobowiązanie to traktować należy jako nieodwołalne. Ci, którzy odmówią podpisania, zostaną przesłani na Przylądek Dobrej Nadziei. Świta generała pomniejszona zostanie o cztery osoby. Wszyscy, którzy zdecydują się na pozostanie, traktowani będą jak angielscy mieszkańcy wyspy, to znaczy podlegać będą przepisom ustanowionych dla zapewnienia bezpieczeństwa generała Bonaparte, których przekroczenie podlega karze śmierci. Każdy Francuz, który pozwoli sobie na obraźliwe słowa lub zachowanie w stosunku do gubernatora lub rządu angielskiego zostanie niezwłocznie wydalony z wyspy i odesłany na Przylądek Dobrej Nadziei, skąd może udać się do Europy, ponosząc jednakże koszty podróży".

Podczas kolacji i przez większą część wieczoru pisma te były głównym tematem naszych rozmów.

Od tłumacza: Oświadczenia żądane przez gubernatora zostały, po długich naradach i przemyśleniach, 14. października złożone na ręce Wielkiego Marszałka, który przekazał je dalej. Wieczorem tego samego dnia zostały one jednak odesłane z powrotem z adnotacją, że w tej formie nie mogą zostać przyjęte, gdyż mowa jest w nich o "Cesarzu Napoleonie". W dniu 15. października pojawił się w Longwood gubernator w towarzystwie kilku oficerów z żądaniem natychmiastowego podpisania oświadczeń z użyciem tytułu "Napoleon Bonaparte", w przeciwnym razie wszyscy towarzysze Napoleona będą zmuszeni w ciągu 24 godzin do opuszczenia wyspy. Po dłuższym oporze, wieczorem tego dnia złożono oświadczenia w wymaganej przez gubernatora formie.

16.10.1816
Około południa Cesarz kazał mnie zawołać. Poprosił mnie, abym z nim trochę porozmawiał. Nie wspomniał słowem o wydarzeniach dnia wczorajszego, zagłębił się we wspomnieniach. Opowiadał, że w czasach, gdy był Pierwszym Konsulem, a nawet później, jako Cesarz, często mieszał się w przebraniu w tłum, obserwował iluminacje i przysłuchiwał się prowadzonym na ulicy rozmowom. Niekiedy udawał się wieczorem na spacer, ramię w ramię z Cesarzową Marią Luizą i za kilka sous oglądali w Laterna magica obrazki pary cesarskiej. Często w czasie takich tajemnych spacerów przyłączał się do robotników, chcąc poznać ich sytuację życiową. Zdarzało się też, że zostawał rozpoznany. Traktowano go wtedy niezwykle przyjaźnie. Pewnego dnia sprzedawczyni z hal powiedziała mu, żeby w końcu podpisał traktat pokojowy, na co odpowiedział:
-"Moja kochana, niech pani sprzedaje swoje warzywa i pozostawi mnie inne sprawy. Niech każdy pozostanie przy swoim rzemiośle".
Zgromadzeni wkoło gapie roześmiali się głośno i skwitowali oklaskami słowa Cesarza.
Innego razu został w Faubourg Saint-Antoine rozpoznany i natychmiast otoczony tłumem ludzi. Jeden z bliżej stojących rozpoczął rozmowę na temat aktualnej sytuacji.
-"Czy to prawda, że sytuacja jest tak zła, jak wszyscy opowiadają?"
-"Hm - odpowiedział Cesarz - nie mogę powiedzieć, żeby była ona dla nas szczególnie korzystna".
-"I jak się to wszystko skończy?"
-"Mój kochany, tylko Bóg to wie".
-"A czy wrogowie mogą wkroczyć do Francji?"
-"Może się zdarzyć, jeżeli nie będę miał wystarczającego poparcia. Nie mam milionowej armii, a sam nic nie zdziałam".
-"Ale przecież jeszcze my jesteśmy".
-"Zgoda, jeżeli każdy pomoże, to uda mi się może pobić wroga i przywrócić stary porządek".
-"Ale co mamy robić?"
-"Pod sztandary i walczyć!"
-"Uczynimy to chętnie, ale pod pewnymi warunkami".
-"Opowiadaj".
-"Nie chcemy walczyć poza granicami naszego kraju".
-"Załatwione".
-"Chcemy zostać przyjęci do gwardii".
-"Zgoda".
Entuzjazm wybuchł wśród otaczającego ich tłumu i jeszcze tego samego dnia więcej niż dwa tysiące zapisało się na listy poborowe.

Od tłumacza: dnia 18. października Piątkowski, Rousseau, Santini i Archambault młodszy opuścili Św. Helenę.

20.10.1816
Dzień spędziłem na przeglądaniu przysłanych nam z Londynu książek, za które zażądano od Cesarza horrendalnej ceny. Według moich obliczeń nie były one warte nawet połowy tej sumy. Nie zamierzam poddać w wątpliwość, że rząd angielski tyle za te książki zapłacił; mogę jednak, jako znawca rynku książkowego, z czystym sumieniem stwierdzić, że handlarz otrzymał najwyżej jedną trzecią tej sumy, być może nawet mniej. Całość była zestawiona bez szczególnej troski. Z książek, które zamówiliśmy, posłano nam tylko część, reszty wcale nie zamawialiśmy. Jakość ich jest bardzo kiepska, większość jest wybrakowana. Wiele z nich jest zdekompletowanych. Wśród nich jest też kilka przesadnie luksusowych wydań, prawdopodobnie handlarz chciał się ich pozbyć.

Wielki Marszałek opuścił dzisiaj Hut's Gate, wprowadzając się do nowo wybudowanego domu. Mieszkamy teraz wszyscy niemalże pod jednym dachem.

21.10.1816
Po śniadaniu odwiedziłem madame Bertrand. Była w Hut's Gate tak odizolowana, że nic na przeprowadzce do Longwood nie straciła. Za to my tylko wygraliśmy. Osobiście wierzę, że możemy stworzyć jednak coś w rodzaju rodziny.
Teren stojący nam do dyspozycji jest z każdym dniem mniejszy. Liczba posterunków zwiększa się, stoją też bliżej naszego miejsca zamieszkania. Każda chwila przypomina nam, że jesteśmy w więzieniu.
Cesarz oświadczył dzisiaj rano, że pragnie podjąć znowu, przerwaną ostatnimi wydarzeniami, pracę. Umacniałem go z całej mocy w tym postanowieniu, ponieważ realizacja tego postanowienia leżała w interesie jego, naszym, Francji i historii.

28.10.1816
Dzisiaj rano czułem się źle, chciałem przynajmniej wymoczyć nogi, ale nie było wystarczająco dużo wody. Wspominam o tym tylko po to, aby przedstawić prawdziwy obraz naszego życia na wyspie. Woda jest tutaj rarytasem, z trudem udaje się zdobyć wystarczającą ilość na kąpiele Cesarza. Co się tyczy opieki medycznej, sytuacja jest też nie lepsza. Wczoraj lekarz wyliczył Cesarzowi niezbędne do dobrej opieki medykamenty i narzędzia, dodając natychmiast:
-"Niestety są one na wyspie niedostępne!"
Rzeczywiście, brakuje niemalże wszystkiego. Do zagrzania łóżka używa Cesarz wielkiej srebrnej pokrywki, stosowanej normalnie przy stole do nakrycia wazy.

Cesarz cierpi nieustannie; jego policzek jest mocno napuchnięty, za to bóle trochę złagodniały. Od wczoraj zjadł tylko kilka łyżek zupy, co było przyczyną jego osłabienia. Kazał sobie zrobić herbatę z liści pomarańczowych.

30.10.1816
Nadal żadnej poprawy. Gorączka wzrosła. Wieczorem odwiedził Cesarza lekarz. Przyniósł kilka nieszkodliwych płukanek do gardła, z największą trudnością udało się mu, namówić Cesarza do tej niewinnej kuracji. Ten tylko z trudem potrafił połykać i mówić.
Około godziny siódmej wieczorem kazał nas wszystkich zawołać. Poprosił, aby na przemian czytać mu Robinsona Cruzoe.

31.10.1816
Pogoda uległa znacznej poprawie, temperatura na zewnątrz jest wspaniała. Od sześciu dnie Cesarz nie opuścił swojego pokoju. Dzisiaj stwierdził, że wystarczająco długo już cierpiał, nie ma zamiaru dłużej słuchać wskazówek lekarza. Mimo, że bardzo osłabiony, z trudem trzymał się jeszcze na nogach, wyszedł na zewnątrz i zażądał powozu. Zrobiliśmy małą przejażdżkę po naszym terenie. Cesarz był smutny i milczący. Spacer jeszcze bardziej go zmęczył, z trudnością walczył z ogarniającą go sennością. Udało mi się go namówić na małą przekąskę i kieliszek likieru. Musiał przyznać, że dobrze mu to zrobiło i rozpoczął rozmowę.

Napoleon jako pierwszy użył w stosunku do Francji pojęcia wielki naród.
-"Pokazałem, że tak było rzeczywiście, cały świat leżał u naszych stóp. I pozostanie dalej wielkim narodem, jeżeli będzie w stanie pogodzić swój charakter narodowy ze swoimi zasadami moralnymi.

01.11.1816
Choroba nie chce ustąpić; Cesarz jest niezwykle osłabiony, leży godzinami, drzemiąc, na kanapie; nie ma ochoty ani do pracy ani na lekturę. Jego stan napawa mnie głębokim zmartwieniem.
Mój syn też jest chory; jego kilkakrotne wymioty zaniepokoiły lekarza. W trakcie wizyty doktor O'Meara, korzystając ze sposobności, rozmawiał ze mną na temat stanu zdrowia Cesarza. Nie podoba mu się, że Cesarz ciągle przebywa w swoim pokoju. Mam namówić Jego Wysokość na częstsze przebywanie na świeżym powietrzu, na więcej ruchu. Ten bezruch, po życiu, jakie przez wiele lat prowadził może mieć fatalne skutki; poważniejsza choroba, na którą tak łatwo przecież zapaść w tym niezdrowym klimacie, niechybnie doprowadzi do jego śmierci. Słowa lekarza i jego widoczny niepokój bardzo mnie poruszyły. Zrozumiałem, że rzeczywiście zainteresowany jest osobą Cesarza, czego też później wielokrotnie jeszcze dawał dowody.
Po długiej kąpieli pacjent poczuł się wyraźnie lepiej.

02.- 04.11.1816
Stan Cesarza nie uległ zmianie, niewielka poprawa, nie ma mowy o pracy, ani o lekturze.

05.11.1816
Dzisiaj, podczas, gdy Cesarz brał kąpiel, wstawiono do jego pokoju nowe łóżko, sprowadzone z Londynu. Nogi trzeba było odpiłować, łóżko z baldachimem było za wysokie. Cesarz stwierdził, że jest to typowa pułapka na szczury i nie zamierza w nim spać. Kazał je więc natychmiast wynieść.
Czuje się już trochę lepiej.

06.11.1816
Stan zdrowia Cesarza stopniowo się poprawia. Około południa przyjął kilka osób, między innymi madame de Montholon i mnie.

Wieczorem rozmawialiśmy o nowej sytuacji politycznej w Europie. Cesarz był zdania, że los Europy uzależniony jest od geniuszu jednego człowieka.
-"Jeżeli na tronie rosyjskim zasiądzie energiczny, odważny i zdolny człowiek, to Europa jest jego! Swoje operacje wojskowe może rozpocząć na ziemi niemieckiej, w odległości setek mil od Berlina i Wiednia; to właśnie te dwie stolice, ich władcy, są jego jedyną przeszkodą. Przemocą uczyni z nich sojuszników i z ich pomocą pokona innych; w krótkim czasie stanie w środku Niemiec, wśród drugorzędnych książąt, z których większością jest spokrewniony. Jeżeli będzie to koniecznie przeniesie ogień przez Alpy do Włoch, które tylko czekają na taką iskrę i pomaszeruje stamtąd na Francję, której ogłosi się wyzwolicielem. Gdybym był na jego miejscu, starałbym się, w określonym czasie i oczywiście etapami, osiągnąć Calais i stamtąd decydować o losie Europy".
Po krótkim milczeniu, dodał:
-"Być może zapytacie, jak króla Pyrrusa jego ministrowie: po co to wszystko? Odpowiedziałbym wam: żeby stworzyć podstawy nowego społeczeństwa i zapobiec wielkiemu nieszczęściu. Europa pragnie i domaga się takiego dobrodziejstwa; stary system umarł, nowy stoi jeszcze na zbyt słabych podstawach i umocni się dopiero po długich i krwawych wojnach".

08.11.1816
Dzisiaj Cesarz podjął ponownie z jednym z nas swoją pracę, niezmiernie nas to ucieszyło, jest to dowód jego lepszego samopoczucia. Przed kolacją kazał mnie zawołać; praca wyraźnie go ożywiła, był rozmowny i w dobrym nastroju.

Wieczorem zdecydował się siąść z nami do stołu, po raz pierwszy od szesnastu dni. Dla nas było to małe święto, chociaż trudno nam było na jego widok ukryć naszą zmartwienie. Jak bardzo zmieniły się w ciągu tych kilku dni rysy jego twarzy!.

Po kolacji powróciliśmy do tak dawno przerwanej lektury. Cesarz czytał nam Agammemnona Ajschylosa, chwaląc w czasie czytania jego prosty, a zarazem pełny wyrazu sposób wyrażania się. Później przyszła kolej na Króla Edypa Sofoklesa. Cesarz żałował, że nie kazał wystawić tej sztuki w Saint-Cloud, ciągle napotykał sprzeciw ze strony Talmy. Mówił też później w samych superlatywach o Edypie Voltaire'a. Był zdania, że jest to jedna z najpiękniejszych sztuk teatralnych. Za błędy odpowiedzialny jest nie poeta, lecz obyczaje panujące w danym okresie, a także wielkie aktorki, stawiające autorowi warunki. To uznanie Voltaire'a zaskoczyło nas całkowicie, były to całkiem nowe tony w ustach Cesarza.

09.11.1816
Stan zdrowia Cesarza znacznie się poprawił. Zbieramy się wszyscy wokół niego, a on opowiada nam o początkach swojej kariery, która musiała chyba na całym świecie zrobić tak mocne wrażenie, że budzi wprost wiarę w istnienie sił nadprzyrodzonych. Po zamachu w drodze do opery, wpadł do jednego z klubów wielbiciel nowości, opowiadał wkoło najnowsze wydarzenia i ogłaszając nieprzerwanie: -"Wyleciał w powietrze!"
Jeden z obecnych, stary Austriak, który miał jeszcze w pamięci, w jak wspaniały sposób młody generał Bonaparte wydostawał się z kłopotów w czasach swoich kampanii włoskich, odpowiedział mu:
-"On i wylecieć w powietrze! To pan go źle znasz! Przyjmuję każdy zakład, że w chwili obecnej wiedzie mu się lepiej, niż każdemu z tutaj obecnych. Znam jego i jego ponadnaturalne szczęście!"

Podczas kolacji Cesarz sprawiał świeże i rześkie wrażenie, ba, wyglądał nawet na zadowolonego i pogodnego. Był szczęśliwy, że przezwyciężył swoją chorobę bez zażywania medykamentów, mimo zaleceń lekarza. Żeby mu jednak sprawić przyjemność, płukał gardło zaleconą miksturą, która był tak kwaśna, że przyprawiała go o mdłości. Znosi widocznie tylko słodkie środki lecznicze.
-"Fizycznie i duchowo trzeba podchodzić do mnie ze słodyczą, inaczej staję dęba!"

Po kolacji kazał zawołać mnie do swojego pokoju, gdzie, leżąc w łóżku, jeszcze długo ze mną rozmawiał. Twierdził, że czuje się już dużo lepiej, chociaż rozmowa jeszcze dość często przerywana była atakami kaszlu.

Gazety, które nam niedawno dostarczono donosiły o ślubie dziedziczki tronu Anglii z księciem Leopoldem von Coburg. Czytając tę informację Cesarz zauważył:
-"O mój Boże, ten miał szczęście, że odmówiłem jego prośbie o mianowanie go adiutantem cesarskim. Gdyby nim rzeczywiście został, nie stałby dzisiaj na stopniach angielskiego tronu".

12.11.1816
Zdrowie Cesarza stopniowo się stabilizuje. Większość czasu spędzamy wspominając dawne czasy.
Po porażce pod Brienne Cesarz przez krótki czas zastanawiał się, czy nie ratować Francji w inny sposób, przywołując na tron Bourbonów. Armie koalicji zmuszone zostałyby do zatrzymania swojej ofensywy, chyba, że przyznałyby otwarcie, iż celem ich jest nie tylko pokonanie Napoleona, lecz również zajęcie Francji. Ograniczyłby w takim przypadku swoją rolę do pośrednictwa pomiędzy Bourbonami i narodem francuskim, zmuszając królewską dynastię do przyjęcia obowiązującej konstytucji. W tamtym okresie odczuwał zmęczenie sprawowaniem władzy, nie pragnął też nowej sławy. Gdy on zastanawiał się nad takim rozwiązaniem, doniesiono mu o oskrzydlającym manewrze Blűchera i wszystkie poprzednie dywagacje straciły swój sens.

13.11.1816
W ciągu tego i następnych dni sporo ucierpiałem z powodu utarczek, które, ponieważ dotyczyły mojej osoby, nie mogę w tym miejscu pominąć, tym bardziej, że miały one wpływ na moje późniejsze losy.
Od czasu przybycia do Longwood miałem służącego, wolnego Mulata z wyspy, z którego byłem bardzo zadowolony. Sir Hudson Lowe podjął zupełnie niespodziewanie decyzję zabrania mi tego służącego.
Czy była to następna szykana, albo, jak wielu przypuszczało, przygotowywał nikczemny i perfidny cios, w każdym bądź razie, przysłał do mnie oficera z wiadomością, że fakt, iż moim służącym jest wolny mieszkaniec wyspy budzi jego zastrzeżenia, nosi się więc z zamiarem odwołania go i zastąpienia innym. Moja odpowiedź była prosta i jednoznaczna: gubernator ma prawo, jeżeli taka jest jego wola, zabrać mi służącego; niech sobie jednak oszczędzi kłopotu zastąpienia go innym, przez niego wybranym. Niemal każdego dnia zmuszany jestem do rezygnacji z kolejnych wygód ułatwiających życie. Jeżeli więc będzie to koniecznie, mogę zrezygnować całkowicie ze służby, gdyż jest to tylko drobnostka w porównaniu z upokorzeniami, których już się w stosunku do nas dopuszczono.
Od tego momentu posłaniec mijał się z posłańcem, wymieniano listy czasami trzy albo cztery razy dziennie. Sir Hudson Lowe nie mógł zrozumieć, dlaczego sprzeciwiam się przyjęciu nowego służącego, którego on wybrał i to tylko dla ułatwienia mi życia; jego celem było przecież jedynie wyświadczenie mi przysługi, itd. Itd.
W końcu zmęczyła mnie ta wymiana korespondencji i poprosiłem oficera, aby oszczędził sobie wysiłku i przekazania gubernatorowi, że moje stanowisko nie ulegnie zmianie; może, jeżeli sobie tego życzy, ulokować w moim pokoju nawet cały garnizon, ale tylko przemocą, a nie za moją zgodą.
Mojego służącego w międzyczasie mi zabrał.
Cesarz popierał w pełni moje stanowisko, rozumiejąc, że nie chcę zezwolić na ulokowanie wśród nas gubernatorskiego szpiega.
-"Ale że postępowanie pańskie - powiedział - dotyczy nas wszystkich, nie może pan cierpieć sam z tego powodu. Niech pan weźmie Gentiliniego, jako swojego służącego. Ucieszy się możliwością zarobienia kilku napoleonów więcej, a poza tym niech mu pan powie, że to mój rozkaz".
Gentilini wstąpił z radością do mnie na służbę, jednak jeszcze tego samego dnia wieczorem ze smutkiem w głosie oświadczył mi, iż dano mu do zrozumienia, że służącemu Cesarza nie godzi się być równocześnie służącym prywatnej osoby!!...
Cesarz posunął się w swojej dobroci tak daleko, że kazał przywołać Gentiliniego i osobiście powtórzył mu polecenie...

17.11.1816
Cesarz był znowu niedysponowany i cały dzień nikogo nie przyjmował; dopiero wieczorem kazał mnie zawołać. Byłem zaniepokojony pogorszeniem się jego stanu zdrowia, co mu też natychmiast oznajmiłem; stwierdził jednak, że jest to bardziej niedyspozycja duchowa niż cielesna. Zaczął mówić o różnych rzeczach, co go wyraźnie ożywiło.

Później zatrzymał się w rozmowie na jednym z tych, których najbardziej kochał - Marmont.
Jego odstępstwo rozdarło mu serce; i jak go znam, zauważył Cesarz, z pewnością był sam z tego powodu wielokrotnie nieszczęśliwy.
-"Nigdy - dodał - nie była zdrada oczywistsza i godniejsza pożałowania; wszystko, z podpisem Marmonta, utrwalone zostało w Monitorze; on był bezpośrednią przyczyną naszego nieszczęścia, grobem naszej władzy. A jednak, (powiedział okazując do pewnego stopnia swoją sympatię), a jednak muszę powiedzieć - ponieważ tak myślę - jego zasady i uczucia są lepsze, niż opinia o nim; jego serce odniosło zwycięstwo nad jego postępkiem. Wydaje się, że on sam też tak myśli; gazety donoszą, że gdy bezskutecznie wstawiał się za Lavalettem, odpowiedział na wątpliwości króla ze wzburzeniem : - Sire, dałem Panu więcej niż moje życie!
Inni też nas zdradzili, często w jeszcze gorszy sposób; ale czyny ich nie zostały, tak jak ten, udokumentowane w ogólnie dostępnych pismach".
Cesarz, wspominając wczesne lata, przypomniał, że był wychowawcą Marmonta, troszczył się o niego jak o syna. Nie został on przyjęty do korpusu artylerii i musiał podjąć służbę w pułku liniowym.
-"Był siostrzeńcem mojego towarzysza z Brienne i z pułku La Fere, który polecił mi go przed swoją emigracją. Tak zostałem jego stryjem i ojcem równocześnie. Jego ojciec był właścicielem hut w Burgundii i posiadał znaczny majątek".

Napoleon opowiadał dalej: gdy wracał w 1794 roku z armii w Nicei do Paryża, wstąpił do leżącej po drodze posiadłości jego ojca. Osiągnął już pewien rozgłos, być może z tego powodu został po królewsku przyjęty. Ojciec był, jak syn sam przyznawał, okropnym skąpcem; zależało mu jednak na odpowiednim przyjęciu gościa, który tyle uczynił dla jego syna. Przesadna rozrzutność stłumiła skąpstwo: chociaż był lipiec albo sierpień, kazał rozpalić ogień we wszystkich pokojach.
-"Takie postępowanie - zakończył Cesarz - byłoby dobrym tematem dla Moliere'a".
Później Cesarz opowiadał o zwyczajach panujących w Paryżu; każda stolica jest jak Babilon. Kiedyś, będąc już Cesarzem kazał sobie przedłożyć najobrzydliwszą książkę, która wywołuje najbardziej zdegenerowane, zwyrodniałe fantazje; była to powieść, która w czasach Konwentu wywołała taki skandal, że autor jej został uwięziony i przez dłuższy czas pozostał w więzieniu. Napoleon wierzył, że jeszcze żyje.
Zapomniałem jego nazwiska. Po raz pierwszy słyszałem o tym dziele.
(była to książka markiza de Sade "Justine et Juliette" - przyp. tłum.)
Cesarz powiedział, że próbował, o ile był w stanie, tłumić tego typu obrzydliwości; nie miał jednak odwagi zapuścić się aż na samo dno. Zabronił na przykład uczestnictwa w grach zamaskowanym osobom, zamierzał nawet zamknąć wszystkie salony gry; zrozumiał jednak złożoność tego problemu. - Opowiedziałem mu przy tej okazji, że policja zabroniła nam gry we własnym gronie w jednym z domów na przedmieściu Saint-Germain. Nie zrozumiał dlaczego. Ale, zapewniłem go, uczyniono to w imieniu Fouché.
-"To możliwe - odpowiedział on - chociaż nic o tym nie wiedziałem".
Zapytał mnie też zaraz o tę grę, którą wspomniałem, zasady, rozpowszechnienie itp. Ponieważ opowiadałem w liczbie mnogiej, mówiąc - my - przerwał mi, pytając:
-"Był pan przy tym? Był pan graczem?"
-Ach, Sire, tak się nieszczęśliwie złożyło; wprawdzie tylko jako efekt przejściowego nastroju i z długimi przerwami; jednak, gdy dostałem takiego ataku, to grałem aż do przesytu".
-"Cieszy mnie, że wtedy nic o tym nie wiedziałem; zrezygnowałbym natychmiast z pana usług i nigdy by pan nic nie osiągnął. To dowód, jak mało się wtedy znaliśmy i na to, że nie stał pan w centrum uwagi. W przeciwnym razie zostałbym o tym z pewnością przez jakąś litościwą duszę poinformowany. Wiedziano powszechnie, że byłem wrogiem hazardzistów; tracili natychmiast moje zaufanie. Nie miałem czasu na sprawdzanie, czy doniesienie było zgodne z prawdą; ale nie liczyłem więcej na takich ludzi".

19.11.1816
Śniadanie spożyłem w towarzystwie Cesarza, potem poszliśmy na spacer. Powietrze było dla niego za ostre, wstąpiliśmy więc do Wielkiego Marszałka, gdzie odpoczywał dłuższy czas, siedząc w fotelu; utonął w jego głębokości. Jest bardzo wychudzony, skóra na twarzy zmieniła kolor, jego osłabienie jest wyraźnie zauważalne.
Gdy w trakcie spaceru przechodziliśmy przez mały zagajnik, wpadły mu w oczy umocnienia wykonane wokół Longwood. Uśmiechnął się z politowaniem. To tylko niszczenie otoczenia, stwierdził; usunięto tę odrobinę rosnącej tutaj roślinności i postawiono te śmieszne obiekty.
Rzeczywiście, już od dwóch miesięcy gubernator każe przekopywać otaczającą nas okolicę. Wykopano rowy, usypano wały wzmocnione palisadą, stajnię przekształcono w szaniec; daremnie pytać, po co to wszystko. Żołnierze i Chińczycy, którzy tutaj pracują, przeklinają i wyśmiewają prowadzone roboty; nazywają Longwood i stajnię Fort Hudson albo Fort Lowe. Cesarz kpi ze strachu gubernatora, który podobno często budzi się ze strachu i dlatego wymyśla nowe zabezpieczenia.
-"To graniczy już z szaleństwem - powiedział. - Dlaczego nie śpi spokojnie? Czy nie ma na tyle rozumu, żeby zrozumieć, że samo położenie Longwood uniemożliwia jakiekolwiek próby?"
-"Sire - odpowiedział ktoś - on pamięta Capri, gdzie urzędował w chmurach, miał do dyspozycji 2000 żołnierzy i 30 armat, a został pokonany przez 1200 Francuzów, którzy pod dowództwem dzielnego generała Lamarque musieli najpierw przedostać się przez trzy linie obronne".
-"To dowodzi - odrzekł Cesarz - że jest lepszym strażnikiem więziennym, niż generałem".

Stan zdrowia mojego syna jest w ostatnim czasie powodem do zmartwień. Cierpiał na zaburzenia pracy serca, które niekiedy nawet powodowały omdlenia. O'Meara mówił o aneurozie i grożącym niebezpieczeństwie. Poprosiłem naczelnego lekarza, doktora Baxtera o pomoc i obaj panowie poddali mojego syna gruntownemu badaniu. Na szczęście jego wyniki uspokoiły mnie, nie stwierdzono żadnego zagrożenia.

25.11.1816
Cesarz kazał mnie zawołać około godziny czwartej; skończył właśnie swoją pracę z Bertrandem. Zastałem go na małym trawniku obok jego namiotu, stamtąd poszliśmy aleją wiodącą w głąb ogrodu. Cesarzowi przekazano pięć pomarańczy, podarunek Lady Malcolm. Owoce te, tak przez niego lubiane, są niezwykłą rzadkością na wyspie, admirał przywiózł je z Przylądka. Cesarz dał mi jedną z nich dla syna, pozostałe własnoręcznie rozłożył na części. Siadł na stojącym opodal pniu, częstując mnie i jeszcze jedną osobę podzielonym owocem. Jak wspaniały był ten moment. Jakże mogłem wtedy przypuszczać, że kawałek pomarańczy będzie ostatnim podarunkiem otrzymanym z jego rąk!
Okrążyliśmy kilkakrotnie ogród, ale zimny wiatr zmusił nas wkrótce do powrotu do domu.
Cesarz opowiadał o swoim małżeństwie, przyjęciach, które odbyły się z tej okazji, o nieszczęściu w pałacu Schwarzenberga, gdy nagle opowiadanie jego przerwane zostało ukazaniem się przed naszymi oknami grupy angielskich oficerów. Wśród nich zobaczyliśmy też gubernatora. Natychmiast pomyślałem o moim nielegalnym liście i nabrałem podejrzenia, że przybycie Anglików było z nim związane. Rzeczywiście, wkrótce dano mi do zrozumienia, że goście życzą sobie rozmowy ze mną. Odpowiedziałem gestem, że jestem zajęty rozmową z Cesarzem. Ten zwolnił mnie po kilku minutach, mówiąc:
-"Niech pan się dowie, czego oni od pana chcą".
A gdy odchodziłem, zawołał za mną:
-"I niech pan jak najszybciej wraca".
Były to ostatnie słowa, które słyszałem z ust Napoleona! Nigdy więcej go nie zobaczyłem! Jego słowa, brzmienie jego tonu ciągle jeszcze dźwięczą mi w uszach. Jak często od tamtej pory wspominałem te ostatnie, wspólnie spędzone chwile!
Mężczyzna, który na mnie czekał, był człowiekiem gubernatora; jako tłumacz miałem z nim często do czynienia. Ledwo mnie zobaczył, natychmiast słodkim głosem zapytał o moje zdrowie; było to jak pocałunek Judasza.....gdy siadając na kanapie zaproponowałem mu zajęcie miejsca, zmienił nagle ton swojego głosu, oświadczając, że na podstawie denuncjacji mojego służącego, który doniósł o mojej próbie potajemnego wysłania listu, zostaję w w imieniu gubernatora, Sir Hudsona Lowe aresztowany; wszelki opór był daremny. Musiałem ulec przemocy i zostałem odprowadzony pod silną eskortą.
Cesarz opisał później, co widział ze swojego okna: mój widok w otoczeniu uzbrojonych żołnierzy i krążących wkoło na koniach oficerowie w powiewających pióropuszach, przypomniał mu kanibali z mórz południowych prowadzących swoją ofiarę na ołtarz ofiarny.

Od tłumacza: Las Cases próbował, za pośrednictwem swojego służącego, Mulata, wysłać bez zgody gubernatora list do Lady Clavering oraz raport do księcia Lucjana informujący o sytuacji Cesarza.

Zostałem rozdzielony z moim synem, którego zatrzymano w pokoju. Przyprowadzono go jednak, jak i mnie pod eskortą. Od tego momentu zerwany został nasz kontakt z Longwood.
Zamknięto nas w nędznej chacie obok byłego mieszkania rodziny Bertrand. Stało tam tylko jedno, mizerne łóżko. A syn mój był przecież ciężko chory; jeszcze przed dwoma dniami sądziłem, że umrze w moich ramionach. Aż do jedenastej wieczorem pozostawiono nas bez jedzenia, a gdy poprosiłem stojących przed drzwiami i oknami żołnierzy o kawałek chleba dla mojego syna, pogrożono mi bagnetami.

26-27.11.1816
Jak okropna jest pierwsza noc spędzona za murami więzienia! Jakież myśli nawiedzają człowieka, jakim rozważaniom się oddaje!

Przed południem przechodził koło mojej chaty, w towarzystwie angielskiego oficera Wielki Marszałek. Rozmyślnie mówił bardzo głośno. Dowiedziałem się dzięki temu od niego o stanie samopoczucia Cesarza. Udawał się najwyraźniej w mojej sprawie do Plantation House. Jak się to zakończy? Wracając, smutnym wyrazem twarzy powiedział mi wszystko; uznałem to za pożegnanie; serce mi się kroiło.
Później przybyli też generał Gourgaud i hrabia de Montholon, którzy podeszli całkiem blisko; ucieszyłem się na ich widok, ich gesty wyrażały współczucie i przyjaźń. Nadaremno prosili o pozwolenie na rozmowę ze mną; niczego nie osiągnęli. Wkrótce potem madame Bertrand posłała mi pomarańcze i kazała przekazać, że otrzymała właśnie wiadomości od mojej żony, która czuje się dobrze. Te dowody przyjaźni umocniły mnie w przekonaniu, że poczucie więzów rodzinnych budzi się w obliczu pierwszego nieszczęścia, co uczyniło moją niewolę na moment znośniejszą.
W międzyczasie Sir Hudson Lowe nie pozostawał bezczynny. Przybyły ostatnio na wyspę komisarz policji rozpoczął swoją służbę od przeszukania mojego biurka, wyłamania szuflad i zarekwirowania moich papierów. Aby udowodnić swoją pilność, rozebrał następnie moje łóżko i sofę; wspomniał nawet o zerwaniu podłogi.
Po zakończeniu przez niego tej rewizji przybył do mnie, w otoczeniu ośmiu czy dziesięciu oficerów, gubernator, potrząsając tryumfalnie trzymanym w dłoni plikiem papierów. Zaprotestowałem energicznie przeciwko brutalności podczas odprowadzania mnie z Longwood, przeszukaniu podczas mojej nieobecności i złamaniu tajemnicy prywatnej korespondencji, zawierającej moje najgłębsze przemyślenia, przeznaczone tylko dla mnie i w związku z tym, nie czytane dotąd przez nikogo.
Moje słowa, skierowane do gubernatora w obecności jego oficerów poruszyły go nieprzyjemnie. Przyskoczył z gniewem do mnie i krzyknął:
-"Hrabio, niech pan nie pogarsza swojej sytuacji, która już i tak jest wystarczająco zła!"

Najpierw zabrał się za czytanie mojego pamiętnika. Można sobie wyobrazić jego zadowolenie, gdy znalazł w nim opis każdego dnia w Longwood. Na wstępie każdego miesiąca znajdował się spis treści. Siłą rzeczy często wspominane było tam nazwisko gubernatora. Zauważywszy to, zaczął wyszukiwać odpowiednie strony. Zwróciłem mu uwagę, że czytanie tych stron może wielokrotnie wymagać od niego szczególnego opanowania, czemu jednak nie ja jestem winny, lecz jego własna niedyskrecja. Zapewniłem go również, iż dotychczas nikt oprócz mnie nie zna treści tych zapisków i nawet Cesarz czytał tylko kilka pierwszych stron.
Czytał przez dwie, może trzy godziny. W końcu przerwałem mu stwierdzeniem, że chciałem, aby miał możliwość stworzenia sobie prawdziwego obrazu życia w Longwood, dlatego mu nie przeszkadzałem, ale teraz już wystarczy; poczuwam się, z różnych względów, w obowiązku zabronić mu dalszego czytania; ma wprawdzie władzę, ale ja protestuję przeciwko jej nadużyciu. Moje oświadczenie zaskoczyło gubernatora; po chwili wahania odłożył pamiętnik, nie wspominając więcej o nim. Mogłem wprawdzie rozszerzyć mój sprzeciw również na pozostałe papiery, ale było mi w zasadzie obojętne, czy ich zawartość zostanie ujawniona czy nie. W następnych dniach zostały one niezwykle dokładnie przestudiowane.
W papierach moich znajdował się też mój testament. Zapieczętowany. Zmuszono mnie do otwarcia tego pisma, podobnie jak i innych, poufnych zapisków. Podczas przeglądania zawartości mojego portfela, zawierającego najświętsze wspomnienia, nie mogłem się powstrzymać i opuściłem pokój. Mój syn powiedział mi później, że gubernator był moim gestem głęboko poruszony.

28-29.11.1816
Dzisiaj przeniesiono nas z naszej obskurnej chaty do oddalonego o milę małego domku, należącego do naszego gospodarza z Briars, pana Balcombe'a. Nowe mieszkanie było wprawdzie małe, ale całkiem przytulne. Leżało naprzeciw Longwood, oddzielone kilkoma dolinami i stromymi zboczami. Pilnował nas oddział 66. pułku, gęsto ustawione posterunki uniemożliwiały jakiekolwiek kontakty. Widzieliśmy generała Gourgaud, który w towarzystwie angielskiego oficera zbliżył się tak blisko, że mogliśmy z radością wymienić słowa pozdrowienia. Szlachetna madame Bertrand posłała nam ponownie pomarańcze, ale nie pozwolono nam nawet na napisanie kilku słów podziękowania; zrewanżowaliśmy się tylko wiązanką róż kwitnących w ogrodzie naszego więzienia.

Pewnego dnia odwiedził nas w naszym nowym mieszkaniu Sir Hudson Lowe, zażądał zobaczenia sypialni i zapytał, czy jesteśmy w wystarczający sposób zaopatrywani. Zaprowadziłem go do bocznego pokoju, gdzie na podłodze leżał jeden materac, stwierdzając przy tym, że nasze zaopatrzenie jest na tym samym poziomie.
-"Mówię to panu - zauważyłem - ponieważ pan o to pytał, ale prawdę mówiąc, jest mi to obojętne".
Gubernator był wyraźnie oburzony na odpowiedzialnych za nasze zaopatrzenie i wydał polecenie, aby od natychmiast zaopatrywano nas z odległego o 4 kilometry Plantation House.
Naszym problemem był nadmiar wolnego czasu. Podzieliliśmy go na czas lektury oraz regularnych lekcji historii i matematyki. Przerwy poświęcaliśmy zajęciom ruchowym. Miejsce naszego pobytu było, jak na warunki panujące na Św. Helenie, całkiem przyjemne. Rosło tutaj kilka drzew, były trawniki, nawet mała farma drobiu, której produkty przeznaczone były dla Longwood. Udało nam się wkrótce oswoić kilka indyków i innych dużych ptaków, wiedliśmy przecież ten sam, więzienny żywot. Wieczorem rozpalaliśmy ognisko i rozmawialiśmy o naszej rodzinie.
Ogólnie mówiąc, wiedliśmy spokojne i nie bez pewnego uroku życie. Tylko j e d n a myśl sprawiała nam ból; tam był Cesarz, mogliśmy go niemalże widzieć, a mimo tego byliśmy od niego tak daleko, wszelkie kontakty zostały zerwane! Nie byłem przy nim, nie byłem też z moją rodzinę, którą opuściłem, aby towarzyszyć mu na wygnaniu! Kto mi jeszcze pozostał na tym świecie? Mój syn podzielał moje myśli, w młodzieńczym zapale zaproponował nawet podjęcie próby prześlizgnięcia się przez otaczający nas kordon i dotarcie do Cesarza. Pohamowałem jego zapędy, mogły na nas sprowadzić najgorsze.

01-06.12.1816
Dni naszej niewoli upływały, a nasza sytuacja nie ulegała zmianie. Gubernator, często nas odwiedzający, też nie mówił na ten temat, dał jedynie do zrozumienia, że sytuacja nasza nie ulegnie zmianie aż do otrzymania wiadomości z Londynu. Ta apatyczna wegetacja była sprzeczna z moją naturą, stan zdrowia mojego syna był przyczyną moich dodatkowych trosk. Po dłuższym namyśle zdecydowałem się na krok ostateczny. Napisałem list do gubernatora.
"Panie Gubernatorze!
Moje uwięzienie i konfiskatę moich papierów zawdzięczam donosowi mojego służącego. Pomimo, że zobowiązałem się do przestrzegania Pańskich zarządzeń, złamałem je. Nie dałem jednak nigdy słowa honoru; w takim przypadku obowiązujące nas przepisy byłyby dla mnie świętością. Zagroził Pan karami; podporządkowałem się. Nie mogę też powiedzieć, żeby stosował je Pan w przypływie złego humoru. Dotychczas wszystko odbywało się zgodnie z prawem. Ale wysokość kary musi być miarodajna do popełnionego przestępstwa. Co właściwie uczyniłem? Chciałem bez Pańskiej wiedzy wysłać dwa listy; jeden z nich zawierał opis naszej sytuacji i adresowany był do księcia Lucjana; z pewnością złożyłbym go w Pana ręce, gdyby nie wcześniejsza groźba, że listy, pisane przeze mnie w podobnym jak poprzednie tonie, spowodują oddalenie mnie z otoczenia Cesarza.
Drugi był zwykłym, przyjacielskim listem.
W efekcie zaistniałych wypadków dostały się w Pańskie ręce wszystkie moje pisma, zapoznał się pan z moimi najintymniejszymi notatkami, na co zezwoliłem tylko dlatego, aby miał Pan możliwość przekonania się, że liczne te papiery nie zawierają niczego, co uwłaczałoby Panu i Pańskiemu stanowisku. Nie znajdzie tam Pan też żadnych śladów spiskowania lub nawet myśli o próbie ucieczki Napoleona. Coś podobnego nie istnieje, dlatego też nic Pan nie znalazł. Uważamy ucieczkę za niemożliwą, stąd też o niej nie myślimy, w przeciwnym przypadku zrobiłbym wszystko w tym kierunku, z poświęceniem mojego życia włącznie. Stałbym się tym samym męczennikiem dla dobra sprawy, moje imię utrwaliłoby się na wieki w sercach wszystkich szlachetnie myślących ludzi. Powtarzam jednak raz jeszcze, nikt, nawet Cesarz, o tym nie myślał.
Cesarz Napoleon żyje nadal tą myślą, ma to samo życzenie, jak wówczas, gdy wstępował na pokład "Bellerophon", a mianowicie, spędzić przyszłość spokojnie w Ameryce lub nawet w Anglii, pod osłoną tamtejszego prawa.
Po przedstawieniu sytuacji muszę z całą stanowczością zaprotestować przeciwko dalszemu czytaniu przez Pana w przyszłości mojego tzw. Pamiętnika. Postanowienie moje jest efektem wielkiej czci, którą żywię w stosunku do osoby, o której jest w nim ciągle mowa, a także szacunku wobec siebie samego. Żądam zatem: albo natychmiast mi go Pan odda, jeżeli jest Pan zdania, zgodnie z Pańskim honorem i sumieniem, że jego treść nie ma nic wspólnego z Pańskim zadaniem, albo, o ile widzi Pan konieczność, na podstawie dotychczas przeczytanych fragmentów, przedłożenia całości pism swojemu ministerstwu, niezwłocznego wysłania ich do Anglii wraz z zezwoleniem mi na udanie się ich śladem. Często wspominał Pan, Gubernatorze, że delikatność nie pozwala mu na przyjęcie tej czy innej propozycji. Nie zechce Pan przecież wykorzystać okazji, aby dowiedzieć się, co w moich pismach o Panu powiedziano. Jeżeli postąpi Pan inaczej, łatwo zrodzić się może podejrzenie, że pułapka, jaką mi zastawiono jest ściśle związana z Pańską osobą, co przyszłoby o tyle łatwo, że sprawa ta wywołała tyle krzyku.
Przybywszy do Anglii, na podstawie moich pism, biorąc na świadka cały świat, zapytałbym Pańskich ministrów, jaką wartość w świetle prawa mogą mieć pisma, w których niedbale i w poufałym tonie opisano dzień po dniu zajęcia, słowa, a nawet gesty Cesarza? Przede wszystkim zapytam, czy nie mam prawa żądać zachowania tajemnicy urzędowej w stosunku do całości moich notatek, które są tylko luźnym zbiorem moich myśli, albo, lepiej powiedziawszy, przedstawia tylko bezkształtny materiał, którego zawartości mogę, bez zastanowienia, zaprzeczyć, ponieważ nie jestem jeszcze całkowicie pewny jej prawidłowości i która może, na podstawie nowych informacji, zostać zmieniona i skorygowana. A co Pana dotyczy, Gubernatorze oraz mojej opinii na temat Pana i Pańskiej działalności, to nie ma nic łatwiejszego, jak w rozmowie mężczyzny z mężczyzną, sprostować wszelkie pomyłki i nieporozumienia.
Nie może Pan nic lepszego dla mnie uczynić, jak stworzenie mi okazji do naświetlenia prawdy; w każdym razie, gdybym nawet, mimo Pańskich wyjaśnień, upierał się przy moim punkcie widzenia, będzie musiał Pan uznać moje dobre intencje.
Panie Gubernatorze, obojętnie, jaką podejmie Pan decyzję, z dniem dzisiejszym, o ile moja sytuacja mi na to pozwala, wypowiadam Panu dobrowolne podporządkowanie się Pańskim rozkazom. Gdy podpisywałem moje oświadczenie w tej sprawie, zaznaczył Pan, że w każdej chwili mogę zmienić moją decyzję. Dzisiaj jestem tak daleko i chcę powrócić do szeregów zwykłych obywateli. Jestem gotów stanąć przed obliczem sądu cywilnego. Nie wymagam żadnych przywilejów, żądam jedynie sprawiedliwości. Pan, generale, zbyt mocno poważa obowiązujące prawo i nosi w sercu za dużo poczucia sprawiedliwości, aby odmową wypełnienia mojego żądania narazić się na pośrednie lub bezpośrednie naruszenie prawa. Nie sądzę też, że posiadane przez Pana dyrektywy postępowania, które mogłyby Pana skłonić do trzymania mnie przez kilka miesięcy w więzieniu, tutaj albo na Przylądku, mogą Pana ochronić przed odpowiedzialnością w duchu tych samych dyrektyw.
Dyrektywy te, które, o ile dobrze właściwie zrozumiałem, nakazują Panu każdego członka społeczności Longwood zatrzymać na określony czas, zanim zostanie zwolniony na wolność i nie mają nic innego na celu, jak zerwanie nawiązanych kontaktów, uczynienie ich bezskutecznymi i przestarzałymi. Sposób, w jaki zostałem wyrwany stamtąd, osiągnął w wystarczającym stopniu ten cel.
Mój Panie Gubernatorze, nie znając Pańskim planów w stosunku do mojej osoby, największą ofiarę sam już sobie nałożyłem: jestem oddalony zaledwie o parę kroków od Longwood, w rzeczywistości dzieli mnie już wieczność od tego miejsca.
Myśl ta jest dla mnie okropna, prześladuje mnie i rozdziera moje serce!... Jeszcze przed kilkoma dniami mógł Pan, pod zwykłą groźbą oddzielenia mnie od Cesarza, osiągnąć moje całkowite podporządkowanie. Dzisiaj sytuacja uległa zmianie. Sponiewierano mnie, uprowadzono na jego oczach. Nie jestem więcej w stanie go pocieszyć, w pamięci jego pozostałem tylko jako bolesne wspomnienie. A przecież jestem do jego osoby tak przywiązany.
Być może, że kara moja obudzi u innych współczucie! Wewnętrzny głos mówi mi, że powrócę, ale na innej drodze, ze wszystkim co jest mi drogie i bliskie, aby pielęgnować nieśmiertelną postać, która wygnana na koniec świata poddana jest przeciwnościom aury i okrucieństwu ludzkiemu.
Panie Gubernatorze, mówił Pan o Pańskich mozolnym trudzie, o którym nie mamy żadnego pojęcia; każdy przeżywa tylko swoje własne nieszczęście! Nie może więc Pan sobie wyobrazić, jaki całun żałobny rozpostarł pan nad Longwood.
Mam zaszczyt, Panie Gubernatorze, itd. Itd...

Po nawiązaniu korespondencji z Sir Hudsonem Lowe nie pozostałem bezczynny. Następnego dnia napisałem mu, że żądam kategorycznie wydalenia mnie ze Św. Heleny i posłania do Europy. Jeszcze później powróciłem do mojej prośby, powołując się na zły stan zdrowia mojego syna i mojego własnego.
"-W moich poprzednich listach - napisałem - w których mowa jest o mojej sytuacji z punktu widzenia prawa, uznałem za niegodnie, wprost niestosowne, wspomnieć moją sytuację domową. Jednak od dnia dzisiejszego, gdy czuję się, jak każda inna osoba podlegająca Pańskiej administracji, jak na przykład przypadkowi podróżni, nie cofnę się przed wspominaniem mojej okropnej sytuacji. Znany jest Panu żałosny stan zdrowia mojego syna, lekarze z pewnością złożyli Panu odpowiedni raport na ten temat. Po zerwaniu naszego kontaktu z Longwood wszystkie swoje myśli, życzenia i nadzieje skierował on w kierunku Europy, a niecierpliwość i siła wyobraźni z nimi związane pogarszają jeszcze dodatkowo stan jego zdrowia. Tyle o stanie zdrowia mojego syna, który dodatkowo pogarsza mój nastrój. Walczę o poprawę stanu jego serca i duszy. Nie bez obawy dźwigam ciężar odpowiedzialności za zabranie go ze sobą, będąc teraz przyczyną przetrzymywania go tutaj. Co mam powiedzieć jego matce? Co odpowiedzieć przyglądającym się biernie i obojętnie ludziom, którzy są zawsze pierwsi w osądzeniu i potępianiu? Nie mówię tutaj o moim własnym zdrowiu, w obliczu pozostałych problemów jest ono sprawą drugorzędną. Chociaż znajduję się w stanie godnym pożałowania. Od czasu, gdy przyczyna moich wysiłków wzrokowych nie stoi przed moimi oczami, uginam się pod ciężarem ogromnego zniszczenia spowodowanego półtorarocznymi walkami, doświadczeniami i wstrząsami, które trudno sobie wyobrazić. Nie przebywam więcej w pobliżu człowieka, któremu z rozkoszą ofiarowałem moje życie. Mimo tego jestem oddzielony od mojej rodziny, której poświęcenie tak bardzo rozdarło mi serce. Pozostawię Panu, Gubernatorze ocenę moich rozmyślań. Niech Pan nie czyni z nas ofiar. Proszę Pana o posłanie nas do Anglii. Jest to pierwsza i jedyna prośba, z którą pozwoliłem sobie zwrócić się do Pana albo do Pańskiego poprzednika. Żałosny stan zdrowia mojego syna zwyciężył mój stoicyzm. Istnieje jeszcze wiele innych powodów, które wzmocnić mogą Pańskie postanowienie; list z 30. listopada wylicza je wszystkie; w tym miejscu chciałbym tylko zwrócić uwagę na wspaniałą okazję, jaka otwiera się przed Panem; przez wysłanie przed oblicza Pańskich ministrów jednego ze swoich przeciwników, udowodni Pan światu swoją wielką i rzadką bezinteresowność".

Po otrzymaniu tego listu Sir Hudson Lowe przybył osobiście do mnie. Zaprzeczał zastawieniu na mnie pułapki, zgodził się jednak, że mogłem łatwo dojść do takiego wniosku; daje mi jednak słowo honoru, że z czynem mojego służącego nie miał nic wspólnego; chcąc nie chcąc musiałem mu uwierzyć.
Później wspomniał treść moich listów, wskazując miejsca, które były dla niego nie do zaakceptowania. Nie negowałem jego zastrzeżeń, wziąłem do ręki pióro, niektóre słowa skreśliłem, inne zmieniłem.

Napisałem jeszcze kilka innych listów, w odpowiedzi gubernator odwiedzał mnie, nigdy jednak nie otrzymałem pisemnej odpowiedzi.

09.12.1816
Minęło już prawie czternaście dni, nie widać końca naszej męki; otrzymaliśmy za pośrednictwem gubernatora zaledwie kilka wiadomości o samopoczuciu Cesarza. Sir Hudson Lowe nie zwleka z wyrządzaniem złego, jest znacznie mniej pilny w naprawianiu swoich błędów, o ile w ogóle do tego dochodzi.
Na marginesie, od czasu, gdy znajduję się w jego rękach, jest dla mnie niezwykle uprzejmy i taktowny, wielokrotnie już wpadło mi do głowy, czy czasem nie myliliśmy się co do niego. Doszedłem jednak do wniosku, że słowa i czyny Sir Hudsona Lowe nie idą ze sobą w parze. Mógłbym jeszcze wiele dodać do jego charakterystyki, wystarczy jednak jeden przykład, aby właściwie naświetlić jego charakter: stan zdrowia mojego syna pogorszył się do tego stopnia, że zmuszony byłem poprosić o wizytę naczelnego lekarza wyspy, doktora Baxtera i o wspólną, wraz z doktorem O'Meara diagnozę. Obaj lekarze przedstawili gubernatorowi krytyczny stan zdrowia mojego syna i stanowczo poparli moją prośbę, o wysłanie do Europy. A gdy pewnego dnia doktor O'Meara ponownie powrócił do tego tematu, gubernator przerwał mu słowami:
-"Mój panie, cóż interesuje polityków śmierć jakiegoś dziecka?"
Powstrzymam się od jakichkolwiek komentarzy, adresując te słowa w całej ich oschłości do wszystkich ojców i matek!

15.12.1816
Minęło już więcej niż dwadzieścia dni, żadnych zmian. Mój syn jest chory, ja sam cierpię fizycznie i psychicznie. Żadnej wiadomości z Longwood. Nie wiem nawet, jak przejęto tam moją nieszczęśliwą sytuację. Słyszałem tylko, że Cesarz nie opuszcza swojego pokoju, izoluje się od wszystkich. Można sobie wyobrazić moją mękę! Co sobie Cesarz pomyślał na wiadomość o moim potajemnie wysłanym liście? Jest oburzony moim postępowaniem? Z pewnością nie może go zrozumieć. A może robi mi z tego powodu wyrzuty? Tego typu myśli zaprzątały nieprzerwanie moją uwagę, rujnując moje zdrowie.

Wieczorem odwiedził mnie gubernator i przywrócił mnie do życia. Sprawiał wrażenie niezwykle podnieconego tym, co zamierzał mi zakomunikować, w końcu, po długich korowodach powiedział mi, że ma dla mnie list, który zgodnie z przysługującym mu prawem mógłby wprawdzie zatrzymać, przekaże mi go jednak, wiedząc, jak bardzo przywiązany jestem do jego nadawcy i jak bardzo treść jego mnie uszczęśliwi.
Był to list od Cesarza!
Napisany był w tak wzruszającym tonie, że nie mogłem powstrzymać łez! Tysiąc razy mogłem dla niego umrzeć - ten list wynagradzał wszystko! Niezależnie, ile przykrości sprawił nam Sir Hudson Lowe, co jeszcze zamierza ze mną uczynić, za ten list, za to szczęście, które dzięki niemu mnie spotkało, będę mu do śmierci wdzięczny. Byłem ogromnie wzruszony, co go najwyraźniej tak ujęło, że zezwolił mi na odpisanie wszystkiego, co mnie dotyczyło. Mój syn uczynił to pośpiesznie. Po odejściu gubernatora przepisaliśmy list jeszcze kilkakrotnie i nauczyliśmy się na pamięć, tak bardzo obawialiśmy się, że zrobiona poprzednio kopia będzie nam odebrana. Nie myliliśmy się. Kilka dni później gubernator wyraził swoje ubolewanie, że wyraził zgodę na zrobienie mi odpisu. Nie czyniłem żadnych kłopotów z oddaniem kopii, zapewniając go równocześnie, że moja wdzięczność na tym nie ucierpiała. Łatwo przyszło nam okazanie takiej szlachetności!
Oryginał listu otrzymałem od rządu angielskiego z wielkimi problemami dopiero po śmierci Cesarza, wraz z moim pamiętnikiem. W poniższym tekście zamieściłem tylko te fragmenty, które Sir Hudson Lowe pozwolił mi odpisać i które, zostały opublikowane bezpośrednio po moim powrocie do Europy. Brakujące fragmenty zamieszczam poniżej, w przypisach.

"Mój drogi hrabio Las Cases!
Serce moje boleje, gdy myślę o cierpieniach, którym Pana poddano. Prze czternastoma dniami uprowadzono Pana spod mojego boku i umieszczono w ukryciu, tak że nie mogę otrzymać ani przekazać Panu żadnej wiadomości, nikt też, Francuz albo Anglik nie ma z Panem kontaktu. Zabrano nawet wybranego przez Pana służącego.
Pańskie zachowanie na Św. Helenie, było, jak w całym życiu, honorowe i nienaganne; stwierdzam to z wielkim zadowoleniem.
Za Pański list adresowany do jednej z londyńskich przyjaciółek nie można zganić. Chciał Pan przecież tylko to przekazać, co leżało Panu na sercu. (*)

(*) List ten jest podobny, jak osiem czy dziesięć innych, wysłanych przez Pana do tej samej osoby. Zarządzający tą wyspą okazał się tak mało taktowny, że zapoznał się z treścią Pańskich wcześniejszych listów skierowanych do zaufanej osoby, robiąc Panu zarzuty dotyczące ich treści. Niedawno zagroził nawet usunięciem z wyspy, jeżeli listy Pańskie w przyszłości będą nadal zawierać skargi. Naruszył tym prawa wynikające z pełnionego przez niego stanowiska oraz pierwsze przykazanie kodeksu honorowego; on sam zatem doprowadził Pana do szukania innych środków i dróg dla przekazania swoich uczuć i informacji o jego przestępczej działalności. Postąpił Pan jednak przy tym bardzo naiwnie i łatwowiernie!!!
Czekano tylko na pretekst, żeby skonfiskować Pańskie papiery; list do przyjaciółki w Londynie nie może jednak usprawiedliwić wtargnięcia policji do Pańskiego mieszkania, ponieważ nie zawierał on intryg albo tajemnic, był jedynie odzwierciedleniem szlachetnego i szczerego serca. Bezprawne postępowanie, które można było przy tej okazji zaobserwować nosiło stempel niskiej, osobistej nienawiści.
Więźniowie, wygnańcy, ba, nawet przestępcy objęci są nawet w krajach o najniższej kulturze ochroną urzędów; osoby, którym powierzono nadzór nad nimi mają swoich przełożonych, którzy z kolei nadzorują ich poczynania. Na tej skale jednak jeden człowiek ustala bezsensowne przepisy, przemocą je realizuje, łamie obowiązujące prawa - i nie ma nikogo, który mógłby nałożyć cugle jego namiętności.
Książę-regent nigdy nie dowie się, jak postępuje się tutaj w jego imieniu. Odmówiono posłania do niego moich listów, posyłając również z powrotem skargę hrabiego de Montholona, dołączając oburzający komentarz. Później poinformowano hrabiego Bertranda, że tego rodzaju listy nie będą więcej przyjmowane.
Longwood przykryty został nieprzeniknionym welonem tajemnicy, starając się tym sposobem ukryć przestępczą działalność. Wysiłki te wskazują na istnienie jeszcze gorszych zamiarów!!!
Poprzez rozpowszechnianie złych pogłosek próbuje się zmylić oficerów wszelkiego rodzaju, podróżnych i mieszkańców wyspy, ba nawet przedstawicieli państw koalicji, których, jak się powszechnie twierdzi, wysłały na tę wyspę Austria i Rosja. W ten sam sposób, za pomocą kłamliwych raportów, jest niewątpliwie również zwodzony rząd angielski.
Z wrzawą i dziką radością zarekwirowano tuż obok mojego pokoju Pańskie papiery, między innymi też te, o których dokładnie wiedziano, że należą do mnie. Zostałem o tym poinformowany kilka minut później. Gdy spojrzałem w okno, zobaczyłem, jak został Pan odprowadzony. Dom otoczony był licznym sztabem; sprawiali wrażenie mieszkańców wysp południowych prowadzących na rzeź swoje ofiary.


Obecność Pana była dla mnie nieodzowna. Tylko Pan czyta, rozumie i mówi po angielsku. Ile nocy spędził Pan u mojego boku w czasie mojej choroby! Mimo tego, w razie konieczności, żądam, a nawet rozkazuję, żeby domagał się Pan od głównodowodzącego tej wyspy, wysłania na stały ląd. Nie może odmówić, ponieważ nie ma nad Panem żadnej innej władzy, jedynie ta, która wynika z dobrowolnie przez Pana podpisanego oświadczenia. Dla mnie będzie wielką pociechą, gdy dowiem się, że znajduje się Pan w drodze do szczęśliwszych krajów.
W Europie może się Pan udać do Anglii, albo do ojczyzny i niech Pan zapomni cierpienie, którym tutaj Pana poddano. Niech Pan będzie dumny z okazanej mi wierności i przychylności, którą Pana darzę.
Jeżeli któregoś dnia zobaczy Pan moją żonę i mojego syna, niech ich Pan uściska w moim imieniu; od dwóch lat nie otrzymałem od nich żadnej wiadomości, ani pośrednio ani bezpośrednio. (*)

(*) Od sześciu miesięcy przebywa tutaj pewien niemiecki botanik, który widział ich w ogrodzie Schőnbrunnu kilka miesięcy przed swoim odjazdem. Ci barbarzyńcy zabronili mu, przy zastosowaniu wszystkich możliwych środków, przekazania mi wiadomości od nich.

Ale niech się Pan pocieszy i pocieszy moich przyjaciół. Znajduję się wprawdzie w rękach przepełnionych nienawiścią wrogów, nie zaprzestających zaspokajania swojej zemsty, zabijających mnie za pomocą szpilek; ale Opatrzność jest zbyt sprawiedliwa, aby pozwolić na zbyt długie trwanie tego stanu. Szkodliwość zabójczego klimatu, niedostatek wszystkiego, co potrzebne do życia, doprowadzą, tak czuję, do rychłego końca. (*)

(*) Moje ostatnie chwile wypalą piętno wstydu na angielskim charakterze. Europa napiętnuje tych złośliwych i podstępliwych ludzi, a prawdziwi Anglicy wyprą się ich.

Wszystko wskazuje na to, że odmówione zostanie Panu zezwolenie na widzenie ze mną przed wyjazdem, tak więc ściskam Pana i zapewniam o mojej przyjaźni i poszanowaniu; życzę Panu szczęścia!

Szczerze oddany
Napoleon

Longwood, 11. grudnia 1816 roku

16.12.1816
Ponieważ gubernator, mimo wielkich starań, nie znalazł nic w moich listach, poza kilkoma wykreślonymi zwrotami, co tłumaczyłoby jego postępowanie, zaczął się mścić w inny sposób, opowiadając wkoło, że jestem niezwykle przebiegłym i, jak zapewniał, bardzo niebezpiecznym człowiekiem.
Opowiadałem już wcześniej, że Cesarz, gdy wypływaliśmy na Św. Helenę powierzył mi w tajemnicy bardzo cenny, diamentowy naszyjnik. Tak się przyzwyczaiłem do jego posiadania, że przestałem na niego zwracać uwagę, dopiero w trakcie mojego wielodniowego więzienia, w zasadzie przez przypadek przypomniałem sobie o nim; strach mnie opanował. Tak jak mnie pilnowano, nie widziałem żadnej możliwości oddania Cesarzowi naszyjnika, który prawdopodobnie, tak sam jak ja, całkiem o nim zapomniał. Po długim namyśle wpadłem na pomysł skorzystania z pomocy Sir Hudsona Lowe. Poprosiłem go o pozwolenie na pisemne pożegnanie się z moimi towarzyszami i sformułowałem następujący list:

"Do Wielkiego Marszałka!
Wyrwany z Waszego kręgu, pozostawiony na łaskę losu i pozbawiony wszelkich kontaktów, zmuszony jestem moje postanowienia opierać jedynie na własnym przekonaniu i według własnego mniemania. Przekazałem je gubernatorowi, Sir Hudsonowi Lowe, z zachowaniem odpowiedniej formy, w dniu 30. listopada.
Proszę Pana o złożenie u stóp Cesarza mojego uwielbienia, mojej miłości dla niego. Moje życie nie przestało do niego należeć. Oddalony od niego, nigdy więcej nie zaznam prawdziwego szczęścia.
Po ogołoceniu ze wszystkich majętności, które wszystkich spotkało, byłoby moim gorącym życzeniem pozostawić tutaj niektóre diamenty mojej żony........jeden naszyjnik........wdowi grosik; czy mogę sobie pozwolić na taką propozycję? Ponawiam też ofertę, którą już często wysuwałem, przekazania do dyspozycji Cesarza 4000 luidorów, które znajdują się w Londynie. Nowa sytuacja w której się znalazłem niczego w tym względzie nie zmienia. W przyszłości będę dumny z mojego niedostatku! Niech Pan przekaże ponownie Cesarzowi moje najgłębsze oddanie, moją niezachwianą wytrwałość...
A Was, moi drodzy towarzysze z Longwood, proszę, nie zapomnijcie o mnie w przyszłości. Znam wszystkie Wasze niedostatki i cierpienia, bolesne o tym wspomnienie na zawsze pozostanie w moim sercu. W Waszej bezpośredniej bliskości niewiele dla Was znaczyłem; w oddali chciałbym wykazać się pilnością i największą starannością, o ile zostanie mi to dozwolone. Ściskam Pana i pokornie proszę, Wielki Marszałku, o przyjęcie ode mnie zapewnienia mojego poszanowania, jakie żywię dla Pana.


P.S. Ten list napisałem już dawno, jeszcze w czasach, gdy odczuwałem zwiększającą się między nami odległość. Dzisiaj, po uzyskaniu zgody gubernatora na jego wysłanie, dowiedziałem się równocześnie, że rozstrzygnięcie mojego losu zapaść ma w Londynie, skąd jeszcze nie nadeszły na ten temat żadne polecenia. Z tego powodu mogę jeszcze miesiącami pozostawać na Św. Helenie, bez prawa kontaktowania się z Longwood; nowe męczeństwo na które nie byłem przygotowany!"

Sir Hudson Lowe, któremu oddałem otwarty list, zgodnie z postawionym przez niego warunkiem, zezwolił na jego przekazanie i był tak łaskawy osobiście zatroszczyć się o dostarczenie przesyłki. Wzbudziło to zamierzone przez mnie zainteresowanie Cesarza i spowodowało, że cenny depozyt wrócił do jego rąk.

17.-18.12.1816
List Cesarza był dla mnie darem niebios; wciąż i wciąż go czytałem, rozpraszał mój niepokój i umacniał mnie w moim postępowaniu. Jakąż ogromną wartość miał on dla mnie! Tak często słyszałem Cesarza, jak tłumaczył, że nie pisze do swojej żony, do matki i braci, bo listy zostałyby przez naszego strażnika otworzone i przeczytane. A ten list został otwarty, nie tylko za jego przyzwoleniem, uczynił to nawet własnoręcznie, został on bowiem, po przekazaniu przez pełniącego służbę oficera Sir Hudsonowi Lowe, odesłany z powrotem z adnotacją, że dostarczane mogą być jedynie te listy, które zostały gubernatorowi przedłożone do przeczytania i uzyskały jego aprobatę. List dostarczono więc z powrotem Cesarzowi, który leżąc właśnie na kanapie, wziął go bez słowa, złamał widniejącą na nim pieczęć i natychmiast wręczył posłańcowi nie dążąc go nawet spojrzeniem.
Szczególnie cenny był w moich oczach własnoręczny podpis Cesarza, z datą, miejscem i słowami: "szczerze oddany".
Największe moje zadowolenie spowodowało jednak odgadnięcie jego zamiarów i postępowanie zgodne z jego wolą. "Żądam i rozkazuję Panu, w razie konieczności, opuszczenia tej wyspy".
Tutaj nic nie mogę dla niego zrobić, ale na zewnątrz mogę mu być przydatny!
Ponowiłem więc moje prośby, tym bardziej, że syn mój przechodził nowy kryzys, tracił nawet na pół godziny przytomność. Nikogo nie było w pobliżu, byłem zdany tylko na siebie i moje niedoświadczenie. A przy tym stan mojego zdrowia był niewiele lepszy niż syna. Napisałem więc natychmiast do gubernatora:

"Doprowadza mnie Pan do rozpaczy! Jaką odpowiedzialność bierze Pan na swoje barki! Jest Pan przecież ojcem; życzę, aby nigdy podobne zmartwienia nie przypomniały Panu moich rozpaczliwych próśb!
To co Pan robi, to samowola. Wzywam Pana do trzymania się litery prawa! Jeżeli jestem niewinny, niech mnie Pan każe odesłać z powrotem. Jeśli jednak zawiniłem, niech postawi mnie przed sądem. Twierdzi Pan, że jestem w posiadaniu pewnych pism. Jeżeli nie mają one związku z moją sprawą, proszę o ich zwrot. A jeśli mają, niech je Pan wraz ze mną skieruje do sądu. Stwierdził Pan, że te same papiery zażądał Cesarz. Jak tylko dostarczy mi Pan na to dowód, zrezygnuję z wszelkich do nich praw. Ale może Cesarz zrezygnuje z nich, jeśli przekaże mu Pan moją prośbę o wydanie mi tych pism. Sprawa jest zupełnie jasna".

17.-18.12.1816
Sir Hudson Lowe zaczyna wycofywać się ze swojego stanowiska i żałować, że narobił tyle hałasu o nic. Stwierdził nawet, że chętnie widziałby mnie znowu u boku Cesarza. Tym samym cała ta nieprzyjemna sprawa miałaby korzystne dla niego zakończenie. Chcąc skłonić mnie do uległości, poinformował mnie, że zostanę wkrótce przewieziony na Przylądek Dobrej Nadziei. Informację tę przekazał mi wraz z listem, w którym bardzo przemyślanymi słowami nakreślił również możliwość mojego powrotu do Longwood.
Natychmiast potwierdziłem otrzymanie obu listów wraz z prośbą o przekazanie Wielkiemu Marszałkowi pisma, w którym informuję go o propozycji gubernatora pozostania w Longwood, co jest, jak wierzy gubernator, również życzeniem Cesarza. Jest to również moje upragnione życzenie, którego spełnienie uczyniłoby mnie szczęśliwym, dostosuję się jednak do poleceń Cesarza.
List ten dostałem od gubernatora z powrotem z uwagą, że może on zezwolić tylko na przekazanie skorygowanego przeze mnie listu, zawierającego jedynie nieskreślone przez niego fragmenty.

22.-23.12.1816
Dzisiaj pojawił się u mnie znowu gubernator. Wierzył, że otrzyma skorygowany przeze mnie list do Wielkiego Marszałka, był ogromnie zmieszany i zaskoczony, gdy mu sucho oświadczyłem, że nie mam zamiaru wysyłać listu przez niego podyktowanego. Po dłuższym zastanowieniu uległ tak daleko, że zapytał, czy naniesione przez niego poprawki są jedynym powodem mojego postanowienia. Ta niespodziewana uległość była dla mnie wskazówką dla dalszego postępowania. Podtrzymując moje stanowisko zakomunikowałem mu krótko, że wieczorem przekażę mu moje ostateczne postanowienie. Byłem przekonany, że będzie lepiej przedstawić gubernatorowi moje stanowisko na piśmie i dlatego jeszcze tego samego wieczoru usiadłem do pisania. Jeszcze raz opisałem wszystko dokładnie, odmieniając na różne warianty moje żądanie: niech Pan postępuje ze mną zgodnie z prawem! Zakończyłem żądaniem wydalenia mnie z tego miejsca cierpienia!
Następnego dnia Sir Hudson Lowe przybył do mnie ponownie. Był zmieszany moją odmową powrotu do Longwood. Po długiej dyskusji i zapewnieniach, zdecydował się na okazanie dobrej woli i zaproponował mi przekazanie mojego listu, w jego pierwotnej formie, do Longwood. Ale im bardziej ustępował, tym bardziej upierałem się przy moim postanowieniu i w końcu, aby dać kres dalszym pertraktacjom, oświadczyłem uroczyście:
-"Jest za późno. Kości zostały rzucone. Sam wydałem na siebie wyrok. Nie wrócę do Longwood i proszę o natychmiastowe zabranie mnie stąd".
-"To niech Pan przynajmniej poinformuje Longwood, że odrzucił Pan moją propozycję".
-"To chętnie uczynię".
Na tym rozmowa nasza została zakończona.

24.12.1816
Mój syn przeżył okropną noc, a i ja nie czuję się najlepiej. Zażądałem wizyty lekarza i przeniesienia nas natychmiast do miasta, nawet, jeżeli nie ma innej możliwości, do miejskiego więzienia, gdzie bylibyśmy przynajmniej pod opieką lekarską. Tym razem żądanie moje odniosło skutek. Otrzymałem bilet od gubernatora z informacją, że zostanę jeszcze dzisiaj przeniesiony do jego mieszkania. Rzeczywiście, wieczorem zjawił się oficer, któremu zlecono wykonanie tego zadania.
Jak żarliwie spoglądaliśmy z drogi w stronę Longwood. Z jakim bólem opuszczałem te strony! Tylko ja mogę opisać uczucie, które mną zawładnęło, gdy Longwood zniknęło za horyzontem!

25.-28.12.1816
Mieszkamy w pałacu gubernatora, rozległym budynku w przyjemnej okolicy. Zmienił się też stosunek do nas. Jesteśmy wprawdzie pilnowani przez wartownika, ale poza tym wszystko stoi do naszej dyspozycji, czynione są wszelkie starania, aby otoczyć nas staranną opieką.
-"Niech Pan na niczym nie oszczędza - powiedział do mnie majordomus - wszystkie koszty ponosi szanowna Kompania Wschodnioindyjska".
Przybyłem do miasta tak przybity, że nawet gubernator zaskoczony był zmianami na moim obliczu i wielką moją słabością. Nigdy nie wyleczyłem się całkowicie, objawy choroby towarzyszyć mi będą prawdopodobnie do końca moich dni. Prawdopodobnie, aby mnie trochę podbudować, gubernator kazał mi przekazać, że Cesarz życzy sobie mnie przed moim wyjazdem zobaczyć. Myśl tak mnie wzruszyła - stan mojego zdrowia nie dopuszczał żadnych wzruszeń - że rozpłakałem się i nieomal zemdlałem. Gubernator przeraził się nie na żarty. Gdy powróciłem jako tako do siebie, poprosiłem go o jak najszybsze przeniesienie na pokład. Słysząc to, gubernator wyznaczył termin mojego odjazdu na pojutrze. Postawił nawet do mojej dyspozycji okręt wojenny, ponieważ tam będę miał większą wygodę oraz opiekę lekarza.

29.12.1816
Dzisiaj rano pojawił się u nas oficer z prośbą przygotowania naszych rzeczy do przetransportowania na pokład. W końcu zbliża się godzina odzyskania wolności! Ja, który jeszcze niedawno uznałbym oddzielenie mnie od Cesarza jako największe nieszczęście, drżałem teraz, że coś może mnie w ostatniej chwili zatrzymać. W głowie miałem słowa Cesarza:
"Żądam i rozkazuję Panu, w razie konieczności, opuszczenia tej wyspy" ; na podstawie naszych długich rozmów wiedziałem, jak mam te słowa interpretować. Gubernator jakby chciał utwierdzić mnie w moich obawach, nie pokazał się przez cały dzień. Z niecierpliwości, oczekiwania i podniecenia dostałem nawet gorączkę. W końcu, gdy prawie pogrzebałem już wszystkie nadzieje, pojawił się i zakomunikował mi, że przyprowadził Wielkiego Marszałka, który pragnie mnie pożegnać. Zaprowadził mnie do salonu, gdzie mogłem uścisnąć mojego towarzysza z Longwood. Cesarz polecił mu przekazać mi następujące słowa:
-"Napoleon widziałby mnie z przyjemnością u swego boku, ale też z przyjemnością widzi mój odjazd. To jego własne słowa. Jego Wysokość zna moje uczucia, jest pewien mojej wierności i ma do mnie pełne zaufanie! Rozdział poświęcony kampanii włoskiej, który tak bardzo chciałem zatrzymać jako pamiątka po nim, jest moją własnością, podobnie jak każda rzecz, która znajduje się w moim posiadaniu".
Sir Hudson Lowe był, zgodnie z obowiązującym przepisem, obecny przy naszej rozmowie. Wielki Marszałek przekazał mi jeszcze kilka zamówień na książki, w szczególności na Monitor i poprosił mnie, abym załatwił jeszcze kilka innych, potrzebnych albo niezbędnych rzeczy. Zakończył znaczącymi słowami, abym we wszystkim postępował tak, jak uważam za słuszne.
Obaj próbowali jeszcze odwieść mnie od mojego postanowienia; mój odjazd jest zarówno dla Cesarza jak i dla pozostałych, wielką stratą. Cesarz przekona się wkrótce, co we mnie stracił. Ale ja pozostałem przy mojej decyzji.

W międzyczasie zapadł zmrok, nasz odjazd musiał zostać przesunięty na dzień następny. Byłem z tego powodu bardzo zmartwiony i żeby mnie pocieszyć, gubernator zezwolił Wielkiemu Marszałkowi na powtórne odwiedziny w dniu jutrzejszym. Nawet jeżeli mnie to ucieszyło, że jeszcze raz otrzymam wiadomości od Cesarza, decyzję tę przyjąłem z ciężkim sercem; było to przedłużenie walki, a nie zagojone rany zaczęły znowu krwawić. Jest ogólnie znane, że niektóre bitwy wygrywa się przez odwrót. Zwycięstwo, do którego dążyłem, było właśnie w tym stylu!

30.12.1816
Dzisiaj rano odwiedził mnie admirał Malcolm. Przedstawił mi porucznika Wrighta, któremu polecono przewieźć mnie na pokładzie brygu Griffon na Przylądek. Polecił mi go jako swojego przyjaciela i dodał uprzejmie, że mogę być pewien, iż porucznik zrobi wszystko, co w jego mocy, aby podróż minęła bez niespodzianek. Doceniłem zachowanie admirała, który zawsze był w stosunku do nas niezwykle uprzejmy i wyraziłem mu moje serdeczne podziękowanie.
Około 11 godziny przybył Wielki Marszałek, w towarzystwie gubernatora i kilku oficerów. Ponowił swoje wysiłki w zatrzymaniu mnie, nie mógł jednak poprzeć ich życzeniem Cesarza. Pozostałem niewzruszony. Cesarz zażyczył sobie, mnie jeszcze raz zobaczyć, ale gubernator wymagał, aby przy pożegnaniu obecny był angielski oficer, co zmusiło Cesarza do rezygnacji z osobistego mnie pożegnania; kazał mi przekazać, że w tych warunkach zrezygnowałby nawet z widzenia własnej żony i syna. Co za słowa!
Później rozmawialiśmy o interesach, przekazałem Wielkiemu Marszałkowi weksel w wysokości 4000 luidorów, pieniądze, które już tak często proponowałem Cesarzowi, a które w końcu zdecydował się przyjąć. Tym samym spełniło się moje życzenie.
Po tym pożegnał mnie generał Gourgaud. Ten nowy dowód sympatii napełnił mnie, podobnie jak i inne, okazane mi od czasu mojego aresztowania, wielką radością.
Spotkanie nasze trwało tak długo, że Sir Hudson Lowe był tak uprzejmy i zezwolił moim gościom pozostać u mnie na śniadaniu. On sam oddalił się, pozostawiając przy nas kapitana Poppeltona, z którym już zawsze był nam przychylny. Mogłem wykorzystać tę niespodziewaną okazję, żeby wysłać mojego syna do Longwood z listami, które wymieniłem z gubernatorem, zrezygnowałem jednak, obawiając się, by gubernator, którego nie można było nigdy być pewny, nie wziął tego za pretekst do zmiany w ostatniej chwili swojej decyzji.
Po zakończeniu śniadania jako pierwszy zdobyłem się na odwagę i przystąpiłem do pożegnania moich towarzyszy. Poprosiłem o przywołanie gubernatora, aby uregulować ostatnie formalności. Generał Gourgaud nawiązał jeszcze do naszych sporów, ale uczynił to w tak przyjazny i miły sposób, że przekonał mnie, iż były one jedynie efektem panujących okoliczności, z jego rzeczywistymi uczuciami nie miały jednak nic wspólnego. Pozostawił w mojej pamięci tylko przyjemne wspomnienia oraz wdzięczność za te ostatnie, szczęśliwe chwile, które razem spędziliśmy.
W międzyczasie powrócił Sir Hudson Lowe. Odczekał, aż goście nas opuścili i powiedział, z pewnym zakłopotaniem:
-"A więc rzeczywiście nie chciał Pan powrócić do Longwood. Zakładam, że miał Pan ku temu określone przyczyny".
Nie odpowiedziałem mu nic, ukłonem skwitowałem jego słowa. Moje papiery zapieczętował swoją pieczęcią, zabraniając mi jednak umieszczenie na nich mojej, wystawił mi jednak, na moje kategoryczne życzenie, pisemne tego potwierdzenie.
Tym samym zakończyliśmy wszystkie formalności związane z moim wyjazdem.
Sir Hudson Lowe odprężył się najwyraźniej. Nie wiem, czy żeby wyświadczyć mi przysługę, czy z wyrachowania, ale napisał kilka listów polecających do swoich znajomych mieszkających na Przylądku. Zapewnił, że mogą mi się przydać.
Rozkazał służbowemu oficerowi, aby mi towarzyszył, odprowadził mnie do wyjścia i pożegnał.

Z łodzi na redzie zobaczyłem wpływający właśnie do portu statek, który przybył z Przylądka. Na jego pokładzie zobaczyłem Piątkowskiego i trzech naszych służących, którzy opuścili nas przed miesiącem, a teraz byli w drodze do Europy. Pozdrowiliśmy się z daleka. Ich widok podniecił mnie, jeden z nich miał przecież przy sobie jedyne pismo, które niepostrzeżenie opuściło wyspę, a opisujące działalność koalicyjnych komisarzy. Odnalezienie przy moim służącym pisma mogłoby naprowadzić gubernatora na myśl przeszukania tych ludzi, którzy zupełnie nie byli na to przygotowani!
Dzięki Bogu moje obawy były bezpodstawne, dzielny Santini był pierwszym, który przekazał do Europy autentyczne informacje o wydarzeniach na wyspie.

W końcu stanęliśmy na pokładzie statku. Podniesiono kotwicę, wydawało mi się że jestem u celu! Jednak wydarzenia przyszłości rozczarują mnie w okrutny sposób i pokażą, że wierzyłem w iluzje! Jak mogłem budować moją przyszłość na uczuciach ludzi, których czyny zaprzeczały wszelkiemu poczuciu sprawiedliwości?..... Ach! Czemu nie pozostałem na wyspie! Czemu wierzyłem, że z oddali mogę przysłużyć się Cesarzowi, podczas gdy tutaj mogłem otoczyć go opieką i troskliwością? Byłbym przynajmniej przy nim w najtragiczniejszej godzinie i mógłbym przyczynić się do złagodzenia jego bólu. I gdybym wcześniej nie uległ duchowym cierpieniom i morderczemu klimatowi, ja byłbym tym, który zamknął jego oczy.

K O N I E C