Nasza księgarnia

Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Wincenty Hołownia, Opisanie niektórych szczegółów...

Opublikowano w Źródła do wojny w Hiszpanii

Wincenty Hołownia, Opisanie niektórych szczegółów od wyjścia z Warszawy, wedle jednych zdań do Niemiec, albo przez Niemcy do Hiszpanii, jak utrzymywali drudzy 1808r., w: K.W. Wójcicki, Cmentarz Powązkowski pod Warszawą, t.2, Warszawa 1856, s.41-49.

Wincenty Hołownia urodził się 5 IV 1773 w Świrze z rodziców pochodzących ze starej litewskiej rodziny. Dwa dni przed swymi 18 urodzinami wstąpił do pułku 7 piechoty litewskiej armii Rzeczpospolitej, po ponad rocznym pobycie w wojsku awansował na kaprala, a 1 X 1793 mianowany został podchorążym. Wziął udział w powstaniu kościuszkowskim, ranny w bitwie pod Polanami, dostał się do niewoli po bitwie pod Lubaniem 4 IX 1794 roku, w której przebywał do 1797. Ponownie wstąpił do wojska w październiku 1807 jako adiutant podoficer w pułku 4 piechoty armii Księstwa. W tym samym miesiącu mianowany podporucznikiem, a kilka miesięcy później-2 VIII 1808 porucznikiem. Po powrocie z Hiszpanii, mianowany 4 VII 1810 roku podpłatnikiem wojska. 1 VIII 1815 umieszczony w gwardii honorowej, a 11 III 1816 awansowany na kontrolera generalnego w kasie generalnej wpływów Królestwa Polskiego "z przyrównaniem do stopnia podpułkownika", na którym to stanowisku pozostał do 1 VIII 1832. Resztę żywota swego w domowym zaciszu przeżył, umierając w wieku 82 lat w sam dzień Nowego Roku 1855. O jego ewentualnym udziale w powstaniu listopadowym nic mi nie wiadomo, Wójcicki z powodów, których można się domyśleć nic o tym nie wspomina.
Zamieszczając tu fragmenty jego memuarów, muszę zaznaczyć, że tekstu oryginalnego nie zmieniłem, pozostawiając również oczywiste błędy językowe autora, jak choćby nadmierną nawet jak na tamte czasy liczbę przecinków. Interpunkcja ta może nieco utrudniać lekturę współczesnemu czytelnikowi.
Wójcicki wybrał do druku te fragmenty, które wydawały mu się najciekawsze, ukazujące w wyraźnym świetle zarówno autora, jak i opisywane przezeń wydarzenia. Trzeba dodać, że za najbardziej interesujące uznał Wójcicki te części, w których Hołownia skupia się na działaniach militarnych (Talavera, Toledo, Almonacid, Ocana), notorycznie opuszczając wszystkie te fragmenty, w których autor opisuje Hiszpanię i notuje swe obserwacje na temat jej i jej mieszkańców. Naturalnie, osłabia to znacznie wartość zamieszczonych tu wyjątków; Wójcickiego usprawiedliwia tylko to, że w końcu musiał z czegoś zrezygnować, nie będąc w stanie przytoczyć pamiętnika w całości. Oby błąd ten został naprawiony w przyszłości (jeśli oczywiście rękopisy wciąż istnieją). I jeszcze jedno - pamiętnik ten napisany został przez Hołownię na podstawie prowadzonego na bieżąco dziennika.




Drogą bezecną, pozycyją smutną, ciernistemi tylko krzewami zarosłą, albo skalistemi górami zajętą, aż do wsi Sommo-Sierra. Wieś sławna stąd najprzód, iż jest położona w tak wysokiej pozycyi, która inne wszystkie w całej Hiszpanii przenosi, mimo to jednak znajduje się tam strumyk dość znaczny, płaszczyzną górną płynący, a mnóstwo krynic z ziemi wychodzących, łączy z nim zimne wody swoje. Sławne także to miejsce z odniesionego zwycięstwa nad Hiszpanami przez gwardyją cesarską polską, pod okiem samego Cesarza. Zadziwiał się sam Napoleon widząc z jaką ochotą i męstwem atakowane były bateryje i armaty przez ten lud; a bardziej jeszcze, że konie polskie które po płaszczyznach tylko chowane, żadnych gór nieznając, umiały przecież z nadzwyczajną żywością dostać się na ich wierzchołek; na które sam zimną krwią spoglądając, nigdybym nie wierzył, gdybym sam nie zastał jeszcze tak bohaterów tam poległych, jako i ich koni, którzy tak dla krótkości czasu jako i dla znacznych śniegów po batalii spadłych, pogrzebani być nie mogli. Zastaliśmy tu batalion pierwszy pułku naszego pod dowództwem Szefa Zdzitowieckiego. Ledwośmy go i kolegów spostrzegli, natychmiast zapomnieliśmy nędzy naszej, która od samej Bajonny, nieodstępnie nam towarzyszyła. Droga albowiem nasza cała, we cztery osoby odbyta, zastanawiała nas samych że jeszcze żyjemy, gdyż odbieraliśmy zewsząd ostrzeżenia, że i w sto zbrojnych, trudno tam dla mnóstwa Brygantów przechodzić; ostatek zaś drogi naszej, tem był przykrzejszy, że nigdzie z powodu wsi zburzonych ani kawałka chleba dostać nie mogliśmy, a co gorsza, że i wody nawet, ponieważ między temi górami bardzo jest trudno o nią. Śnieg zatem topiony przy ogniu, był nędznym napojem naszym. Dwa dni więc z taką wygodą, przebywaliśmy po piętnaście godzin na dzień, depcząc do wpół golenia głębokie śniegi. Ostatnia mila do Sommo-Sierra, zdawała się chcieć nas dobić, burza bowiem, jakiej u nas doświadczyć niepodobna, miotała nami tak potężnie, iż nie tylko że idących, cały ten przecią drogi ku górze i gwałtownemu wiatru, udaremniała odpychając napowrót; ale nadto pogrążała częstokroć w przepaść z lewej strony będącą, ostremi urwiskami skały nasadzoną, od czego padaniem na ziemię salwować się trzeba było. Wszystkie te jednak przykrości, zdawały się tu mieć swój koniec, cieszyło nas nadewszystko, połączenie się z kolegami, przesuszenie się, spoczynek i pokarm był nam wielce potrzebnym. To wszystko znaleźliśmy tutaj, zwłaszcza że przybyliśmy w dzień pierwszy Bożego narodzenia. Batalijon tu stojący, obszerną razem zajmował pozycyją; miał bowiem rozłożone kompanije w Segowii, Butragos, Cavanilas i St. Augustyn; lecz oprócz tych miast, bardzo wiele wsi zajmował. Najmocniej wszelakoż utrzymywać się musiał w Sommo-Sierra, jako w twierdzy wielu armatami natenczas opatrzonej.

Następnego już dnia Hołownia wyrusza w towarzystwie jednego tylko żołnierza do stolicy Hiszpanii. W swym pamiętniku szczegółowo opisuje Madryt, ale Wójcicki (oczywiście) pomija ten fragment. Omija też list Hołowni do przyjaciela swego Szynkiewicza pisany 31 stycznia 1809r. z Toledo, w którym to liście - a jakże - przedstawia swoje przemyślenia o Hiszpanii, zaznaczając jak bardzo mylne się w Polsce o niej rozpowszechniły poglądy. Potem jednak wraca do opisu działań wojennych, więc Wójcicki oddaje mu wreszcie głos...

Hiszpanie dość dla nas zdają się być grzecznemi; ale to może dla tego, że tu u nas jest wielkich pięć batalionów i pułk pierwszy ułanów Konopki. Tak więc ciągle mając stanowisko w Toledo, gdy tymczasem od tego miasta aż do Taliavera i prowincyi Estremadury, rzeka Tagus uważana była jakby za demarkacyjną liniją, tak że nad nią opierały się sztaby główne korpusów i dywizyjów; forpoczty jednakże do trzech i czterech mil z lewej strony tej rzeki rozciągały się. Nie było na ten czas żadnego korpusu hiszpańskiego tak blisko, aż dopiero w pół miesiąca Lutego korpus czwarty, z dwóch dywizyj złożony, to jest francuzów jednej a drugiej naszej, brygadą przytem jazdy wsparty, przeszedł most i udał się przez miasteczko Mora do Konsuegra. W tej drodze, napotkaliśmy już ślady zaszłej rozprawy między forpocztami; na milę zaś przeszło, nimeśmy doszli do Konsuegra, dały się słyszeć armaty lekkiej naszej artyleryi. Spieszyliśmy więc marsz, w którym dziwna ochota naszych żołnierzy, najpomyślniejszej kazała się nam spodziewać rozprawy. Postrzegamy kolumny nieprzyjacielskie, lecz z najwyższym pośpiechem w góry uchodzące; ukryto u nas natenczas połowę piechoty, ale i to zatrzymać ich nie potrafiło. Noc nakoniec, oznaczyła koniec małej rozprawy między samemi tylko strzelcami konnemi. W całej korzyści mieliśmy ze stu niewolników; miasto Konsuegro ucierpiało wszelako równie jak i przyległe wioski; szczególniej za to, iż po większej części mieszkańcy uszli przed wojskiem naszem. Uznawszy nareszcie komenderujący korpusem jenerał Sebastiani, niemożność dalszego śledzenia nieprzyjaciół, udał się napowrót do Toledo, gdzie znów przeszło dwie doświadczaliśmy spokojności, zajmując się jednakże mustrą i manewrami. W ciągu tego czasu, pułk Konopki miał swoje stanowisko o cztery mile od Toledo, na lewej stronie Tagu we wsi Juwenes zwanej; nie tajne wszakże znać było takowe położenie wojska naszego i hiszpanom; bo zbliżając się ku nam powtórnie już daleko liczniejszy korpus, około 10 Marca użył najprzód całej swojej kawaleryi do czterech tysięcy wynoszącej, na zgnębienie tego pułku w Juwenes stojącego. Była już natenczas cała dywizyja nasza w marszu, zmierzając podobnież do Konsuegra, a innym traktem tamże zmierzał jenerał Sebastiani z oddzielną swoją dywizyją.
Konopka zaś miał rozkaz, aby jak najraniej wyruszył ze swego stanowiska dla złączenia się z nami. Nim jednak to nastąpiło, uprzedziła go kawaleryja hiszpanów, ściśnieniem najmocniejszem we wsi przededniem jeszcze; za ukazaniem się tedy nieprzyjaciela prawie już we wsi, konie naszych po większej części jeszcze nie były osiodłane. Pułkownik zatem, cokolwiek naprędce mógł zgromadzić, kazawszy otrąbić alarm, wybiegł z tymi dla zrekognoskowania kędy będzie mógł stawić pułk do boju; ale postrzegłszy (ile tylko blask dzienny zezwalał) że to jest niepodobieństwo, aby tak prędko zebrał swoich, kiedy nieprzyjaciel stawił już swoje kolumny na drodze którą koniecznie przechodzić było trzeba; nie zostawało więc pułkownikowi, jak te kilkanaście koni które miał z sobą, uprowadzić z hazardem i dostać się do dywizyi. Ufny przeto męztwu swoich żołnierzy i dzielności koni, wyszedł bez straty, ale wiele do pomięszania i zgryzoty sprawił jenerałowi Valance, gdy mu dał wiadomość o wszystkiem [co] się stało, gdy go nareszcie zapewnił, że żadnej nie ma nadziei, aby się mógł pułk ratować, bez posłania mu znacznego, przeciw tak mnogiej liczbie hiszpanów, sukursu. Użyto natychmiast kilku przy nas będących kompanij dragonów, lecz ci zrobiwszy swój podjazd, osądzili za rzecz niepodobną oprzeć się tak bardzo przewyższającej sile; zdaleka więc manewrowali tylko. Użyto nareszcie batalionu piechoty, w którym sam się znajdowałem. Maszerowaliśmy sporym krokiem ku tej wsi, lecz skoro postrzeżeni byliśmy, zaraz rejterada ich nastąpiła w góry. Pewni zatem, że pułk ten waleczny naszych hułanów został ich przemocy łupem, udaliśmy się wraz z całą dywizyją drogą prowadzącą do Konsuegra. Smutek powszechny panował u nas; a francuzi zdawali się więcej czuć stratę tego pułku; zemsta sama podwajała nasze kroki w doścignieniu nieprzyjaciela uchodzącego przed nami, podzielonego jednak od nas pasmem bardzo długiej góry. Tak gdy dwie mile drogi uszliśmy, a zwyczajny momentalny spoczynek był już potrzebnym; stawając tedy dywizyja, spostrzega z okrzykiem największej radości, idący za sobą pułk, którego stratę opłakiwał. Dzielny podpułkownik Kostanecki niestrwożony liczbą nieprzyjaciół był w pośród wsi, kiedy go alarm zapewnił o zbliżonych hiszpanach. Skoro spostrzegł że pułkownik nie znajdował się w pośród nich, osadził najprzód jedno wejście do wsi mocną strażą; a robiąc z niej ofiarę za cały pułk, zostawia bagaże pułku, swoje i oficerów; w drugie sam potężnie naciera, rozbija kolumnę po kolumnie, i wychodzi na płaszczyznę. Formuje szwadrony, naciera znów na to miejsce z którego się teraz wybił, ściele dosyć trupem, i sam najporządniej uchodzi. Sześćdziesięciu żołnierzy i trzech oficerów całą stratą było tam, gdzie koniecznie cały pułk zginąć był powinien. Tak tedy złączeni, gdy w Konsuegra zeszliśmy się z dywizyją francuzką prowadzoną przez jenerała Sebastyjaniego, Hiszpanie już to miejsce przeszli w nagłej rejteradzie, goniliśmy ich bez ustanku noc całą, dzień następny, a mało co używszy spoczynku, trzeciej nocy naszego marszu, oparliśmy się nad rzeką Gwadyjanną, na której nieprzyjaciel most przebywszy, pewien był wstrzymania naszego korpusu. Przededniem jeszcze lekka artyleryja pod zasłoną znacznej części kawaleryi, stanęła nad brzegiem wspomnianej rzeki, a działając skutecznie bez żadnej straty, dała jeździe przebyć ten wązki i bardzo długi most. Pośpieszyła także piechota, a nieprzyjaciel nie mógł uniknąć batalii; usuwając się jednak w porządnych kolumnach, gdy widział się być zewsząd otoczonym, pierzchać na góry zaczął. Pułk Konopki pełen zemsty, pierwszy z pułkiem huzarów holenderskich przypuścił atak, który stawszy się klęską dla Hiszpanów, nigdzie już niedał im się zreparować, tak dalece, że działa, chorągwie i wszystkie wozy, oraz miasto Ciudat-Real z całą prowincyją Mancha, aż do gór Sierra-Morena stałą się naszą własnością, w ciągu dwóch tylko dni. Mnóstwo było zabitych i rannych po drodze prowadzącej przez St.Cruz do Elvito i Vessillo, a w niewolę do 7,000 poszło. Rozprawa takowa, i pięćdziesiąt ludzi tak w zabitych jako i rannych, nasz korpus kosztowała. Żaden oficer nie zginął ani był ranny, wyjąwszy pułkownika huzarów holenderskich, który przez szczególną miłość jaka była między pułkiem jego a naszymi hułanami, zapędził się był w ataku, a gromiąc kolumny piechoty hiszpańskiej, sam rannym w brzuch został, za pomocą jednak doktora pułku naszego Grygowicza zawsze batalii przytomnego, natychmiast od niebezpieczeństwa uratowanym został.

Przeszedł potem nazad korpus rzekę Gwadyjannę i najpiękniejsze zajmując okolice Waldepenias i Mansanaras został tam aż do pół lata. Skorośmy tu stanęli, oddzielony zostałem z kompaniją którą komendorowałem, do Toledo na garnizon. Wnosiłem stąd sobie, iż niejakiego doświadczę spoczynku; ale przeciwnie się stało, gdy albowiem całego nadbrzeża Tagu, jeden tylko batalijon będący w Toledo strzedz się zdawał; natenczas pomnażać się zaczęła liczba brygantów. Spokojności zatem ani dni kilku doświadczać nie mogłem, ustawnie tam, gdzie ci się pokazali będąc wysyłanym; szczęśliwy atoli powracałem zawsze, nigdy ani jednego nie straciwszy żołnierza. Ta jednakże praca coraz bardziej dojmując, tak mię wreszcie pozbawiła sił, iż ledwo byłem w mocy, z ostatniej, w góry oddzielające prowincyją Toledo od Extramadury powrócić, wyprawy. Wieś wszelako Manasalbas sześć mil leżąca od Toledo, zdawała się być szczególną okazyją nadzwyczajnej mojej słabości. Od dnia 15 Czerwca zdawałem się nic niepotrzebować, jakoż za pomocą rzadko kiedy wziętego lekarstwa, który zmuszony popiłem jakim rosołem, bez wszelkiego innego posiłku, trzydzieści ośm dni zostawałem. W ciągu tego czasu powrócił batalijon nasz pierwszy, który swoją dotąd kampaniją robił oddzielnie w Kastylii nowej i starej, w Asturyi, Królestwie Leonu i na granicy Galicyi; mało jednak uszkodzony, złączył się z batalijonem drugim w Konsuegra. Tymczasem Hiszpanie wzmocnieni przez Anglików zostali, grozić Madrytowi zaczęli od Taliawera. Udało się tam kilka korpusów wojska, między którymi znajdował się i czwarty złożony z dywizyj: jednej Francuzów, drugiej Niemców, a trzeciej Polaków. Pozycja tam obrana przez Anglików, dostateczną była wyrównać choć przewyższającej sile Francuzów, tak że batalija zaszła, nie wiele honoru i korzyści dla wojsk naszych przyniosła. Widząc wszakże Hiszpanie zebranie się potężne wojsk francuzkich pod Taliavera, postanowili oddzielnem korpusem 25,000 głów wynoszącym, napaść Toledo z wojska natenczas ogołoconego, a przez dobycie Onego, utorować sobie drogę do Madrytu. Nie powiodło się im atoli. Mężny pułkownik książe Sułkowski który natenczas miał tam komendę mało co więcej jak tysiąc ludzi wynoszącą, urządziwszy jednak wszystko doskonale, z czterema tylko armatami pięć dni ciągle mężny dawał odpór, lubo szturm bywał codzień od świtu aż do nocy. W dniu dopiero szóstym, przybyła dywizyja nasza, z pod Taliavera, skąd i cała armija udała się ku zasłonieniu Madrytu, zostawiwszy tylko pierwszy korpus pod komendą Marszałka Wiktora. Ten dzielnie wstrzymywał Anglików i wiele na nich odniósł korzyści, a król [Józef] z całem wojskiem stanąwszy pod Illeskas na pół drogi z Toledo do Madrytu, czekać się zdawał skutków oblężenia, które wciąż trwało. Za zbliżeniem się dywizyi naszej, podwoili Hiszpanie swój szturm; często powtarzając okrzykami wiktoryją swoich pod Taliawera. Wypadło nakoniec z planu oddzielić tysiąc dwieście ludzi najniezdolniejszych do marszu, i one ku obronie miasta tego zostawić. Dano komendę podpułkownikowi Zdzitowieckiemu, z rozkazem bronienia się do ostatka, a reszta całej naszej dywizyi udała się także do Illeskas. Wyszedłem podobnie i ja z oblężenia, do którego choć jeszcze słaby należałem. Poruszenie takowe wojska obiecywało oblegającym pewne zdobycie ich objektu, wezwano przeto komendanta do kapitulacyi, lecz gdy zyskali odpowiedź: że chociażby dziesięciu miał tylko ludzi, bronić się będzie, a gdy go jeszcze w podobnym razie wzywać zechcą, posłańców ich obwiesić każe; podwoili zatem usiłowania swoje, kontynując szturm aż do dwunastu dni: pewni byliśmy wszyscy, że ten cały garnizon znajdzie swój grób w murach, do których obrony był przeznaczony; odparcie wszelako Anglików przez Wiktora, zabezpieczyło Madryt. Udał się więc król w pomoc oblężonym, przeszedł most na Tagu, a oblegający cofać się musieli; o dwie mile wszelako dosięgnieni, musieli dać pole bitwy. Uszykowane ich wojska na górze pod Almanacit, atakowane przez naszę dywizyją, po uporczywej walce, zegnane zostały, poczem ucieczka bardziej niż rejterada tak, że armaty i wszystkie wozy nam się dostały, zabitych było mnóstwo, i kilka tysięcy dostało się w niewolę. Z naszej strony, pułkownik 7 pułku Sobolewski, wielkich nadziei oficer, podpułkownicy Łuba, Sielski, polegli; a Zambrzycki który pułkiem czwartym dowodził, był rannym; wielu innych oficerów i z pięciuset ludzi zabitych i rannych, ta rozprawa kosztowała. Lecz inne korpusy i dywizyje, albo nic, albo bardzo małą mieli stratę. Gdy ten ruch odbywał się największego spieku słońca; upały nadzwyczajne dla nas, strasznie lud osłabiły. Stanęła znów dywizyja w Toledo, lecz już po tym wielkim ruchu, niedługiego doświadczała spoczynku. Na dwie niedziele byłem się oddalił do Madrytu dla polepszenia zdrowia, tam oglądałem cały królewski ekwipaż w gotowości, również jenerałów francuzkich, a nawet bardzo wielu urzędników i mieszkańców krajowych, którzy wierni byli nowemu rządowi. Wszystko to było jak do zaprzęgu, a mimo klęski zadanej Hiszpanom pod Almanad, tak wszelako był groźnym nieprzyjaciel, iż powszechna trwoga panowała. Twierdza ogromna na miejscu panującem nad Madrytem wzniesioną została, około której ciągle od wejścia tam Francuzów, mnóstwo pracowało żołnierzy; zajmowała ona znaczną część ogrodów do Retiro należących, oraz wielu partykularnych obywateli. Skorom powrócił do pułku, cieszyłem się już z odzyskanego zdrowia, które szczególnie winien byłem słusznemu tam doktorowi Scardyniemu. Spoczynek jednakże kilkuniedzielny, miałem przez niego zalecony, a że prócz nabrzmiałej twarzy, nic mi więcej nie dokuczało, odważyłem się wraz z pułkiem puścić w marsz. Udaliśmy się ku Cuenca, gdyż i ztamtąd inny korpus zagrażał stolicy, manewrowała więc dywizyja z miejsca na miejsce przechodząc, , ale od Madrytu nie oddalała się za bardzo; dosyć wszakże i tej było fatygi na słabe jeszcze moje siły. Nadzwyczajny ból krzyża, tak mi odjął władzę, iż zdawałem się być cały zparaliżowany, bez pomocy dwóch ludzi władnąć sobą nie mogłem. Oziębiony nadto żołądek, nie był w mocy trawienia. Nie było więc sposobu dla pułku ustawnie będącego w ruchu, tylko odesłać mię znów w ręce Scardyniego, zwłaszcza że i ja sam tego życzyłem. Pierwszego Septembra znów przybyłem do Madrytu z dodaną mi exkortą. Oddalenie się to moje, nowym było ciosem dla zdrowia, nigdy albowiem rodzeństwo większych stosunków miłości mieć nie może, nad związek koleżeństwa, nieprzerwaną zgodą i przyjaźnią jednoczony, zwłaszcza w takiem oddaleniu się od kraju. Tam to jeden dla drugiego staje się ojcem, bratem, opiekunem i inne familijne zastępuje stosunki; jeden drugiego opłakuje śmierć lub nieszczęście. W podobnejże kolei i ja, żegnając drogich kolegów moich, z uczuciem pełnem rozrzewnienia, również nie suchem okiem, byłem od nich żegnany. Bolało mię, żem z niemi prac i trudów dzielić nie mógł, oni zaś we mnie widzieli oraz blizkiej śmierci. Tak odwieziony udałem się znów na po ratunek do Scardyniego; nieodmówił mi go. Po zwyczajnych wymówkach, z zalecaniem najmocniejszem z góry abym za Pierwszem odzyskaniem sił, starał się niezwłocznie oddalić do Francyi, zapewniając że inaczej sam klimat, do zupełnego nie da mi przyjść zdrowia, musiałem mu być posłuszny.

[Hołownia z wolna dochodzi do zdrowia i w połowie listopada decyduje się powrócić z Madrytu do pułku. Już w drodze słyszy odgłosy bitwy pod Ocaną...]

Poległ tu kapitan Sieraszewski, porucznik Gorzeński i Zambrzycki śmiertelnie był ranny. I tu wyznać z szczerością potrzeba, że Polacy [na] najgorszy będąc wystawiony ogień, najwięcej też ucierpieli, całą jednakże było ich korzyścią, że z zagarnianych niewolników przez siebie, zdjąwszy porządne z nich płaszcze i spodnie przykryli nagość swoję, bo wzięte umundurowanie jeszcze w Warszawie, przez tak długi marsz i ustawne obozowanie, nie mogło być tylko zupełnie zdarte. W wigiliją bitwy tej sławnej, dał się widzieć pułk hułanów hiszpańskich, w długie nadzwyczaj piki uzbrojony; co spostrzegłszy pułk Konopki, nie omieszkał zajrzeć im w oczy. Po niedługim namyśle, gdy zrobił szarże, już więcej tego pułku nie było. Zabrano im konie, wielu jeńców, a pole, trupem i rannemi okryte było, sami zaś ani jednego nie stracili żołnierza. W dzień nareszcie 19 Nowembra, liczne zaczęły z Ocania występować kolumny, gdy tymczasem wojska nasze szły do Aranguez. Góry tam żadne nie są na przeszkodzie, pochyłość tylko ziemi zasłaniała nieco wojsko jedno od drugiego. Uprzedziła spotkanie się piechoty mocna kanonada z obu stron, sama dywizyja nasza, czterdziestu dział wytrzymała ogień kartaczowy, nie odpowiadając nań bynajmniej z ręcznej broni; awansowała tylko bez ustanku, utraciwszy już przeszło sześciuset ludzi w zabitych i rannych, w kilku punktach sama się zachwiała; przytomność jednakże i rzadka odwaga pułkownika księcia Sułkowskiego, w moment wszystko reparowała, i gdy już na ostrze bagnetów spotkać się trzeba było, zabrakło Hiszpanom odwagi, którzy pardonu żebrząc, rzucali broń za siebie. Batalija więc sama srogim miotająca ogniem, nie trwała nad dwie godziny, a była najsławniejszą od początku wojny w Hiszpanii.

[Wójcicki: Ponowny powrót Hołowni do Madrytu, skąd wyrusza z dużym oddziałem do Bajonny. Jest to dla niego koniec wojny na półwyspie. We Francji dochodzi w z wolna do zdrowia, dostaje się do Bordeaux, skąd pisze 14 lutego 1810 roku list do płk. Feliksa Potockiego, który już wtedy nie był dowódcą 4 pp, lecz Hołownia najwidoczniej widział w nim jedyną osobę, u której mógłby uzyskać pomoc w ciężkiej dla siebie sytuacji.]

A oto i wspomniany wyżej list:

Racz pułkowniku łaskawie darować że ledwo dziś raz pierwszy na tę odważyłem się korespondencyją; znam jak wiele winien jestem wdzięczności za twoją dobroć pułkowniku, w każdym czasie dla mnie świadczoną, lecz czyż wspaniałość twoja, częstem pismem nagrodzić się może, ile że te, nigdy innem by być nie mogło, tylko jak i teraźniejsze; wierz albowiem pułkowniku, iż ostatnia już nędza wymaga na mnie prosić cię abyś mi i w tym razie chciał być skuteczną pomocą, gdyż najprzód lubo wszelkie starania około poprawienia zdrowia mojego czyniłem własnym nakładem, słabość wszelako w której mię zostawiłeś pułkowniku, ustąpić żadnym sposobem nie chciała, i skąd pochodziła, wiedzieć nie mogłem, ale nareszcie Scardyni uczeń sławnego Franka, któregom użył w Madrycie zdecydował mnie i Dolińskiemu porucznikowi Lanserów, którego znasz, równie ze mną cierpiącemu, że mieliśmy truciznę w sobie. Natura wszelako mocniejsza niż dozys nam udzielona, utrzymała nas przy życiu. Cierpienie wszelako jakiegośmy doświadczali, było bardziej nieznośne, niż sama śmierć; a którego skutki do tego nawet momentu, znacznie jeszcze uczuwać się dają. Po zastanowieniu się mocnem, doszliśmy sami, że nas tak traktowano we wsi Manasalbas, sześć mil za Toledo, i to właśnie wtenczas, gdy śmierć moja od Brygantów tak bardzo głośna była w pułku: we wsi tej bowiem Szefa Gołaszewskiego i nas kilku, po jednym obiedzie, częstował Alkaldy winem; smak węgierskiego mającym, a którego ledwo nam jedną butelkę udzielił, wszyscyśmy się na słabość głowy lub żołądka uskarżali. Padła zatem wina na niedogotowaną baraninę, ile że ledwo nie każdy, prędzej lub później doświadczał torsjów. Szef miał one przez cały tydzień, i przy pomocy lekarstw najlepiej od nas wyszedł, choć i tak słaby, jak pułkownik pamiętać może, powrócił, do dywizyi. Gizler wraz z drugim kolegą od pułku 9 dostali febry i ratowali się somitami, a ja chociaż zaraz najzdrowszym się być dawał, lecz w końcu najgorzej wyszedłem. Pod wyjeździe już pułkownika, ledwo kilka marszów z pułkiem zrobiłem, dostałem recydywy bardzo nieznośnej, uratowany znów przez tegoż Scardiniego, wyjechałem do pułku przed bataliją pod Ocania, lecz druga recydywa stawszy się prawdziwem okrucieństwem dla mnie, więcej śmierci niż życia spodziewać się mi kazała; wreszcie pozbawiwszy się funduszu jaki tylko mieć mogłem, gdy znów cokolwiek do sił przychodzić zacząłem, zyskałem pozwolenie nawet bez wielkiej trudności, udania się do swojego depot do Bordeaux. Wyjechałem więc z kolegą kapitanem Chamskim, i choć z wielką trudnością i bólem nadzwyczajnym, dostałem się do Dax, gdzie po wziętych kąpielach i kuracyi, znaczniem się poprawił, a nadewszystko że cierpienie dawnych ran i bóle nieustanne krzyża, po większej części ustały. Jestem tu ledwo od dni kilku, poznaję wszelako iż bezczynnie prawie siedzieć przyjdzie, a powracać do Hiszpanii, przebywszy już raz przeszło trzynaście miesięcy, niepodobna aby się odważyć, ile że coraz głośniej mówią o bliskiem skończeniu tej na zawsze dla nas pamiętnej kampanii. Życzyłbym przeto sobie, samej tylko Ojczyźnie, i to na jej łonie być czas jakiś jeszcze użytecznym. Pułkowniku! kto ztamtąd emigrował, łacno domyśleć się możesz co na tem cierpi, gdy tylko słyszy a być tam nie może. O! czyżbym nie z większą ochotą tracił tam i kilka życiów, gdybym one mógł mieć, niżeli w Hiszpanii jedno, a które mi się jeszcze podobno na większe zostało nieszczęście. Odmiany w pułku, przez odejście tak szanownych oficerów wyższych poczynione, nie są mocną pobudką starania się o przejście w inny korpus, bez narażenia się nawet na krytykę o niestałość w tej mierze? Te i inne uwagi znajome dobrze pułkownikowi, niech nakłonią jego dobroć, aby się raczył łaskawie przyłożyć do uwolnienia mię stąd przez odwołanie, lub na końcu, przez dymissyją, o którąm się jeszcze dotąd nie podał, ale to dla tego aby mi raz jeszcze od sierżanta porucznikostwa dosługiwać się nie trzeba było, ile będąc już jednym z najpierwszych z kolei do kapitaństwa; lecz na końcu gdy mię mój rząd odwołać nie zechce, wyrób mi panie dymissyją, tylko jak można najprędzej; przyjmę ją za największe dobrodziejstwo, a choć o suchym kawałku chleba, przebywszy tę dość przeciągłą drogę, za nagrodę wszystkich prac i trudów w kilku już kampanijach odbytych, mieć będę, gdy choć prostym żołnierzem resztę sił moich krajowi poświęcę. Niepodobna pułkowniku ażebyś przewiódł na sobie ten jęk, który z tak daleka o twoje dobija się uszy, wierz oraz, iż strumień łez z oczu moich płynący, kończy te pismo, a przyjm uszanowanie jakie ci słusznie przez całe życie moje należy.

Wójcicki dodaje, że bawiąc jeszcze we Francji "otrzymał retret i przyznanie dziewiętnastoletniej służby wojskowej". Wraca Hołownia do kraju, opisując swoją podróż w pamiętniku. Dzięki pomocy Potockiego zostaje mianowany podpłatnikiem wojska i w lipcu 1810 roku odjeżdża z Warszawy do Lublina. W tym też miejscu kończy się jego pamiętnik. Powyższy tekst spisywałem wpierw w czytelni, a potem przepisałem na komputerze, i choć starałem się jak mogłem, nie jest wykluczone (a nawet bardzo możliwe jest), że nie ustrzegłem się literówek, za co przepraszam i jeśli takowe zostaną wychwycone-proszę o zwrócenie na to uwagi na forum innym użytkownikom.

Dla potrzeb Napoleon.org.pl opracował: Michał Swędrowski