Jerzy Lubach, Mój Napoleon
O jego istnieniu dowiedziałem się dość wcześnie, bo mój ambitny Tata zaczął mnie na serio zapoznawać z ojczystą historią i kulturą, gdy tylko uznał, że już jestem rozumnym stworzeniem, czyli kiedy skończyłem 4 lata. Sprawdził to w prosty sposób, do wcześniej wyuczonego kanonu codziennej modlitwy – Ojcze nasz, Zdrowaś Mario i Aniele Boży stróżu mój dodając zdaje się własny, acz oparty na tradycji tekst: „Maryjo, Królowo Korony Polskiej, módl się za Ojczyznę moją.” No i pojawiła się, rzecz jasna, konieczność wytłumaczenia, jakim to sposobem Matka Boska z odległej Ziemi Świętej stała się polską Królową, więc o ślubach Jana Kazimierza – łatwych dla mnie do zapamiętania, bo miały miejsce w dzień moich urodzin 1 kwietnia, no a jak Jan Kazimierz, to i „Potop”, no ale wcześniej wszak „Ogniem i mieczem”, więc tak się rozpoczęło czytanie mi na głos przez Ojca całej „Trylogii”.

Ale najpierw była, oczywiście, nauka Hymnu, wszystkich czterech zwrotek, więc i pytań z mojej strony było sporo, bo to i tarabany, i gdzie i po co rzucił się przez morze Czarniecki, też łatwo zapamiętany, bo tak się nazywał właściciel drewnianej rudery na Dzikich Polach między ul. Waszyngtona a Aleją Stanów Zjednoczonych, gdzie moi młodociani Rodziciele wynajmowali komórkę na strychu – mój pierwszy dom rodzinny!
No i ten, co dał nam przykład – Bonaparte!...

