Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Wspomnienia Napoleona, Tom 3

Opublikowano w Wspomnienia Napoleona

T. III. Roz. I. Paryż

 

I. Przybycie Napoleona do Paryża. - II. Sytuacja w Szwajcarii. - III. Sytuacja w Rzymie. - IV. Znieważenie ambasadora Republiki w Wiedniu, generała Bernadotte. - V. Plan kampanii na Bliskim Wschodzie. - VI. 21 stycznia.

 

 

 

I.

 

Napoleon podróżował incognito z Rastatt przez Francję i dotarł (5 grudnia 1797) do Paryża, gdzie zatrzymał się w swoim małym domu przy Rue Chantereine. Przedstawiciele departamentów i organów ustawodawczych prześcigali się w dowodach wdzięczności. Specjalna komisja Rady Starszych opracowała akt darowizny dla Napoleona majątku Chambord oraz dużego pałacu w stolicy. Ta propozycja z nieznanych powodów zaniepokoiła Dyrektoriat do tego stopnia, że skłonił Radę do jej anulowania. Rada Miejska, bardziej niezależna niż Rady, ku czci Napoleona przemianowała Rue Chantereine w Rue de la Victoire. Podczas dwóch lat dowodzenia we Włoszech Napoleon zasłynął swoimi zwycięstwami na całym świecie; doprowadził do rozwiązania koalicji. Cesarz i książęta Rzeszy Niemieckiej uznali Republikę. Podobnie całe Włochy. Powstały tam dwie nowe republiki na francuski wzór. Tylko Anglia pozostała jeszcze w stanie wojny, ale i ona sygnalizowała gotowość zawarcia pokoju; tylko głupota rządzącego po 18 fructidora Dyrektoriatu była przyczyną, że ten traktat pokojowy nie został jeszcze podpisany. Do tych wielkich przeobrażeń w stosunkach międzynarodowych Republiki dochodziły jeszcze korzyści na polu administracji wewnętrznej i wojskowości. Nigdy w historii świata żołnierz francuski nie odczuwał tak dotkliwie swojej przewagi nad wszystkimi innymi żołnierzami Europy. Armie Renu oraz Sambry i Mozy zawdzięczały zwycięstwom we Włoszech możliwość zatknięcia francuskich sztandarów nad Lechem, gdzie przed Tureniuszem nigdy jeszcze nie dotarły. Na początku 1796 roku na Renem stacjonowało 180 tysięcy żołnierzy cesarza; chciał on prowadzić wojnę na terenach Francji. Armie Sambry i Mozy oraz Renu nie były wystarczająco silne, by stawić skuteczny opór. Liczbowo były znacznie słabsze; brakowało im wszystkiego; i mimo, że odwaga tych dzielnych żołnierzy Republiki zapewniała honorową obronę, to jednak nie było nadziei na zwycięstwa i podboje. Dni Montenotte, Lodi itd. zaniepokoiły gabinet wiedeński. Zmusił on Radę Wojenną do odwołania z Niemczech najpierw Wurmsera, później arcyksięcia Karola oraz więcej niż 60 tysięcy żołnierzy. Posunięcie to wyrównało siły na froncie niemieckim i umożliwiło generałom Moreau i Jourdan przejście do ofensywy.

 

We Włoszech zebrano więcej niż 120 milionów kontrybucji i opłat nadzwyczajnych. Połowę z tego poświęcono na żołd dla Armii Italii, jej wyżywienie, umundurowanie i inne potrzeby. Pozostałe 60 milionów posłano do skarbu państwa do Paryża, co pomogło w zaspokojeniu potrzeb administracji wewnętrznej i stojących nad Renem armii. Ale ówczesny system finansowy był tak zły, administracja zrujnowana, skarb państwa tak źle prowadzony, że armie odczuły jedynie niewielką poprawę sytuacji. Niezależnie od tej znaczącej pomocy w wysokości 60 milionów skarb państwa zawdzięcza zwycięstwom Napoleona roczne oszczędności w wysokości 70 milionów; tyle bowiem kosztowało w 1796 roku utrzymanie Armii Alp oraz Italii. Port wojenny w Tulonie otrzymał znaczne dostawy konopi i drzewa budowlanego, a stacjonująca tam flota wzmocniona została okrętami zdobytymi w Genui, Livorno i Wenecji. Muzeum Narodowe wzbogaciło się o dzieła sztuki zdobiące dotychczas Parmę, Florencję i Rzym, a których wartość oceniano na ponad 200 milionów.

 

Gdy tylko wielkie trakty alpejskie zostały otwarte, zaczął się odradzać handel prowadzony z Tulonu, Prowansji i Delfinatu. Flota tulońska panowała na zachodnim Morzu Śródziemnym, Adriatyku i w Lewancie. Przed Francją stały piękne dni rozkwitu, a naród cieszył się, że zawdzięczał to zwycięstwom we Włoszech.

 

 

 



 

Natychmiast po przybyciu Napoleona zawitali u niego przywódcy wszystkich partii; nie zostali jednak przyjęci. Tłum był w największym stopniu zainteresowany, by go zobaczyć; ulice i place, gdzie spodziewano się go zobaczyć, były pełne ludzi. Ale on nie pokazywał się nigdzie. Instytut przyjął go w szeregi członków sekcji mechaniki; Napoleon przyjął wybór i od czasu do czasu zakładał ubiór członka Akademii. W swoim domu przyjmował tylko nielicznych uczonych: Monge, Berthollet, Borda, Laplace, Prony, Lagrange, niektórych generałów: Berthier, Desaix, Lefebvre, Caffarelli du Falga, Kleber oraz niewielką liczbę deputowanych.

 

Dyrektoriat przyjął go na publicznej audiencji, która odbyła się przed pałacem Luksemburskim, gdzie wzniesiono w tym celu specjalne trybuny i poświęcona była oficjalnemu przekazaniu traktatu pokojowego z Campo Formio. Napoleon unikał jednak wszelkich aluzji do wydarzeń 18 fructidora, aktualnych wydarzeń i planowanej wyprawy przeciwko Anglii. Jego mowa była prosta, ale dała wiele do myślenia.

 

"Żeby być wolnym - mówił - naród francuski musiał pokonać króli; by otrzymać konstytucję opartą na rozsądku, musiano pokonać przesądy 18 wieków.

 

Przez 2 tysiące lat Europą rządziła religia, feudalizm i monarchie; ale podpisany właśnie pokój otwiera epokę rządów reprezentantów.

 

Udało się Wam zorganizować wielkie państwo, którego granice wyznacza natura. Dokonaliście jeszcze więcej: dwa najpiękniejsze kraje Europy, słynące kiedyś ze sztuki, nauki i wybitnych ludzi, z nadzieją zobaczyły zmartwychwstanie geniusza wolności z grobu ich przodków. Na tych obu podstawach opiera się los dwóch potężnych narodów.

 

Mam honor przekazać Wam traktat podpisany w Campo Formio i potwierdzony przez Jego Cesarską Mość. Ten pokój zapewnia Republice wolność, dobrobyt i sławę.

 

Gdy tylko szczęście ludu francuskiego oparte zostanie na najlepszych artykułach organicznych, wolna będzie cała Europa."

 

 

 

Podczas tej uroczystości generał Joubert i szef brygady Andreossy prezentowali sztandar ufundowany dla Armii Italii przez Ciało Prawodawcze; był on pokryty złotymi literami. Na jednej stronie widniał napis:

 

Armii Italii wdzięczny naród

 

Druga strona pokryta była nazwami miejscowości, gdzie Armia Italii odniosła swoje zwycięstwa oraz wszystkich zajętych przez nią miast. Napis ten głosił:

 

"Armia Italii wzięła 150 tysięcy jeńców, zdobyła 170 sztandarów, 17 tysięcy koni, 55 dział wałowych, 600 dział polowych, 5 pociągów mostowych, 9 okrętów liniowych uzbrojonych w 64 armaty, 12 fregat z 32-oma działami na pokładzie, 12 korwet i 18 galer. - Podpisała zawieszenie broni z królem Sardynii i traktat z Genuą; zawieszenie broni z książętami Parmy i Modeny, królem Neapolu i papieżem, preliminaria pokojowe w Leoben, traktaty pokojowe w Tolentino i Campo Formio. Przyniosła wolność mieszkańcóom Bolonii, Ferrary, Modeny, Massa Carrary, Romanii, Lombardii, Brescii, Bergamo, Mantui, Werony, Chiavenny, Bormio i Walteliny, cesarskich legacji oraz departamentom Korfu, Morza Egejskiego i Itaki. - Do Paryża wysłano arcydzieła Michała Anioła, Tycjana, Veronese, Correggio, Albano, Carraci, Rafaela i Leonardo da Vinci. Armia triumfowała w 18 bitwach: Montenotte, Millesimo, Mondovi, Lodi, Borghetto, Lonato, Castiglione, San Giorgio, Fontana-Viva, Caldiero, Arcole, Rivoli, La Favorita, nad Tagliamento, pod Tarvisio i Neumarkt".

 

Poniżej wypisano nazwy 67 potyczek, które armia stoczyła podczas obu kampanii stoczonych w latach 1796 i 1797.

 

Poniżej napisano:

 

Ten pomnik sławy Armii Italii zawieszony zostanie pod stropem sali publicznych posiedzeń Dyrektoriatu, by świadczyć współczesnym i przyszłym pokoleniom o dokonanych bohaterskich czynach.

 

 

 

Dyrektoriat, Ciało Prawodoawcze i minister spraw zagranicznych zorganizowali przyjęcia na cześć Napoleona. Udał się on na wszystkie, lecz zostawał tylko przez krótki czas. Przyjęcie u ministra Talleyranda cechowało się szczególnie dobrym smakiem. Pewna słynna kobieta szukała zbliżenia ze zdobywcą Włoch i stojąc w dużym kręgu gości skierowała do niego pytanie, która z kobiet świata żyjących obecnie lub w przeszłości jest w jego oczach najważniejsza.

 

- Ta, która wydała na świat najwięcej dzieci - odpowiedział jej z uśmiechem.

 

(Napoleon wspomina tutaj spotkanie z Germaine de Staël na przyjęciu u Talleyranda w dniu 3 stycznia 1797 roku - przyp. tłum.)

 

Wielką popularnością cieszyły się posiedzenia Instytutu, w których uczestniczył Napoleon. Siedział tam zawsze pomiędzy Laplace'em i Lagrange, który darzył go wielką sympatią. W teatrze siedział zawsze w zamkniętej loży, odmawiając prośbom dyrektora opery o zezwolenie na zorganizowanie przedstawienia na jego cześć. Marszałek Saski, Loewendahl i Dumouriez brali udział w tego typu imprezach po ich powrotach jako zwycięzcy spod Fontenoy, Bergen op Zoom oraz Szampanii (Marszałek Saski - Maurycy Saski, nieślubny syn Augusta II Mocnego, wyróżniony tytułem naczelnego marszałka Francji, pokonał 11 maja 1745 roku wojska angielskie w bitwie pod Fontenoy; Ulryk Fryderyk von Loewendahl - marszałek francuski, zdobył 6 września 1747 roku uznawaną za niezdobywalną twierdzę Bergen op Zoom - przyp. tłum.). Gdy Napoleon powrócił z Egiptu i po przewrocie 18 brumaire'a zamieszkał w Tuileries, był osobą prawie zupełnie nieznaną Paryżanom, którzy z wielką pilnością próbowali zaspokoić swoją ciekawość.

 

Dyrektoriat traktował go z największym szacunkiem: gdy uznano za konieczne zasięgnięcie jego rady, wysyłano z zaproszeniem na posiedzenie jednego z ministrów; zajmował wówczas miejsce pomiędzy dwoma Dyrektorami i wyrażał swoją opinię.

 

Powracające do Francji wojska chwaliły go pod niebiosa w swoich pieśniach; żołnierze twierdzili, że należy przepędzić adwokatów i koronować Napoleona na króla. Dyrektorzy zachowywali się w stosunku do niego na pozór szczerze, pokazując mu nawet tajne raporty policji; ale tylko z trudem potrafili ukryć niepokój z powodu jego popularności.

 

Aparat administracyjny źle funcjonował; w tej sytuacji ze zwycięzcą z Włoch wiązano wiele nadziei. Dyrektoriat życzył sobie jego ponownego wyjazdu do Rastatt; Napoleon odmówił jednak pod pretekstem, że zadania, jakie miał do wykonania we Włoszech, wypełnił podpisując pokój w Campo Formio; nie można od niego wymagać by w tej samej ręce trzymał miecz i pióro. Wkrótce potem wyraził zgodę na objęcie dowództwa armii skierowanej pozornie przeciwko Anglii, by odwrócić uwagę Europy od przewidywanej wyprawy do Egiptu (25 grudnia 1797 roku Dyrektoriat mianował gen.Bonaparte dowódcą Armii Anglii - przyp. tłum.).

 

Oddziały należące do Armii Anglii stacjonowały w Normandii, Picardii i Belgii. Jej dowódca przeprowadził incognito ich inspekcję. Te okryte tajemnicą podróże wzbudziły wiele niepokoju w Londynie i jeszcze bardziej odwróciły uwagę Anglików od prowadzonych na południu przygotowań. Już wówczas, podczas pobytu w Antwerpii, Napoleon opracował plany budowy urządzeń portowych, które jako Cesarz kazał zrealizować. W czasie jednej z tych podróży rozpoznał też korzyści, jakie osiągnie Saint Quentin dzięki zbudowanemu w czasach Konsulatu kanałowi, a także fakt, że Boulogne posiada korzystniejszemu warunki niż Calais do przeprowadzenia podczas przypływu inwazji na Anglię za pomocą prostych, płaskodennych łodzi.

 

 

 

II.

 

W Campo Formio Napoleon, nie troszcząc się o dyrektywy Dyrektoriatu, położył podwaliny polityki Republiki Francuskiej. Zasady tej polityki obce były Dyrektoriatowi; nawiasem mówiąc, jego członkowie nie potrafili pohamować swojej namiętności i dawali się w wielu przypadkach ponieść swoim emocjom. Pierwszym tego przykładem była Szwajcaria.

 

Francja często miała powody do skarg na władze kantonu Berna i szwajcarską arystokrację; wszyscy zagraniczni agenci, niepokojący Francję, mieli swoje siedziby w Bernie. Należało zatem, wykorzystując wielki wpływ, który Republika zdobyła w Europie, zniszczyć przewagę tejże arystokracji. Napoleon w pełni rozumiał złość Dyrektoriatu; również on był zdania, że nadszedł czas, by zabezpieczyć wpływ francuskiej polityki na Szwajcarię; ale nie uważał za konieczne, by z tego powodu postawić całą Szwajcarię "na głowie". Należało oprzeć się o założenia polityki uznanej traktatem z Campo Formio i osiągnąć cel przy dokonaniu możliwie najmniejszych przemian. Napoleon życzył sobie, żeby ambasador francuski przekazał władzom szwajcarskim notę dyplomatyczną, której ważność podkreślona zostałaby przygotowaniem dwóch obozów polowych, jednego w Sabaudii, drugiego w wolnym hrabstwie Burgundii. W owej nocie miał on oświadczyć: w interesie swojej polityki, swojego bezpieczeństwa i wzajemnego poszanowania Francja i Włochy uważają za konieczne by kantony Waadt, Aargau stały się wolne, niepodległe i postawione na równi z pozostałymi kantonami; skarżyły się one na panowanie określonych rodzin arystokratycznych z Berna, Solury i Freiburga, pragną jednak zapomnieć swoje uzasadnione skargi, o ile chłopi tych kantonów otrzymają ponownie swoje prawa polityczne.

 

Wszystkie te przemiany odbyłyby się bez nakładów i przemocy militarnej; Reubell (Jean-Francois Reubell - jeden z członków Dyrektoriatu - przyp.tłum.) dał się jednak przekonać szwajcarskim demagogom i przeforsował przeprowadzenie innego postępowania. Nie uwzględniając prośb, religii i miejscowych stosunków Dyrektoriat postanowił traktować całą Szwajcarię jako jedność, której należy narzucić nową, podobną do francuskiej, konstytucję. Wzbudziło to oburzenie małych kantonów, które miały tym samym utracić swoją niezależność; w obliczu tych spodziewanych przemian całą Szwajcarię ogarnęło wrzenie rozniecające wszystkie namiętności. Do Szwajcarii musiały wkroczyć wojska francuskie i zająć kraj; popłynęła krew, cała Europa była zaniepokojona.

 

 

 

III.

 

Dwór w Rzymie opanowany został przez typowe dla niego zamieszanie. Traktat z Tolentino, zamiast doprowadzić do właściwych wniosków, wywołał jedynie zgorzknienie, wskutek tego dwór trwał w swoim wrogim wobec Francji nastawieniu. Gabinet składał się ze słabowitych starców pozbawionych rozsądku; doprowadził on w całym kraju do wrzenia wśród ludności. Rozpoczął tarcia z Republią Cisalpińską; nierozważnie powierzył dowództwo wojsk papieskich austriackiemu generałowi Provera; we wszystkich klasach społecznych podburzał swoich zwolenników. Rokujący najlepsze nadzieje młody generał Duphot został w trakcie przejazdu przez Rzym zamordowany u bram ambasady francuskiej podczas próby opanowania antyfrancuskich zamieszek (generał Mathurin-Leonard Duphot, zginął 12 grudnia 1797 roku - przyp. tłum.). Ambasador francuski (Józef Bonaparte - przep. tłum.) wyjechał do Florencji. Poproszony o radę Napoleon wypowiedział się zgodnie ze swoim już wcześniej głoszonym przekonaniem:

 

"Polityka nie może kierować się bieżącymi wydarzeniami, jej zadaniem jest sterowanie rozwojem wypadków. Nawet jeżeli cała wina leży po stronie dworu rzymskiego, trudno jest znaleźć odpowiedź na pytanie o dalsze wobec niego postępowanie. Nie należy go zniszczyć, lecz zmusić do zmiany zachowania. Obalenie Stolicy Apostolskiej i wywołanie w Rzymie rewolucji prowadzi do nieuchronnej wojny z Neapolem, której jednak należy uniknąć. Musimy polecić francuskiemu ambasadorowi powrót do Rzymu i domaganie się przykładowego ukarania winnych. Papież musi wysłać nadzwyczajnego nuncjusza do Paryża w celu przeproszenia rządu francuskiego. Provera musi zostać odesłany, a prowadzenie polityki powierzone prałatom o umiarkowanych poglądach. Stolica Apostolska musi zostać zmuszona do podpisania konkordatu z Republiką Cisalpińską. Ten pakiet środków doprowadzi do spokoju w Rzymie, a tamtejsza sytuacja nie będzie nas już niepokoiła. Konkordat z Republiką Cisalpińską miałby ponadto tą korzyść, że przygotowałby do podobnego aktu opinię publiczną we Francji."

 

Ale Revelliere (Louis-Marie La Revelliere, jeden z członków Dyrektoriatu - przyp.tłum.) na czele swoich zwolenników przeforsował postanowienie użycia przemocy wobec papieża. Stwierdził on:

 

"W końcu nadszedł czas, by obalić te bożki. Wystarczą same słowa Republika Rzymska by wywołać rewolucję. Dowódca Armii Italii był swego czasu zbyt ostrożny; tylko on jest winien temu, że jeszcze dziś istnieje spór z papieżem. Być może miał on swoje szczególne powody; jego uprzejme i ostrożne postępowanie z papieżem, wielkoduszne współczucie okazane wygnanym francuskim księżom przysporzyło mu we Francji wielu zwolenników, którzy nie są w żadnym wypadku zwolennikami rewolucji. Bezpodstawną jest obawa, że wkroczenie do Rzymu musi prowadzić do wojny z Neapolem. Francja ma w tym królestwie sporo zwolenników i nie potrzebuje obawiać się trzeciorzędnej potęgi".

 

Berthier (generał Louis-Alexandre Berthier został 9 grudnia 1797 roku mianowany dowódcą Armii Italii i 9 lutego 1798 roku wkroczył na jej czele do Rzymu - przyp.tłum.) otrzymał i wypełnił rozkaz podjęcia marszu w kierunku Rzymu i utworzyć nową Republikę Rzymską. Na Kapitolu zobaczono ponownie konsulów, senatorów i trybunów. 14 kardynałów udało się do Bazyliki św.Piotra dla odśpiewania uroczystego Te Deum obwieszczającego powstanie Republiki Rzymskiej i obalenie następcy Świętego Piotra. Upojony ideami niepodległości tłum porwał za swoim przykładem większość duchowieństwa.

 

Ręki, która dotychczas utrzymywała dyscyplinę wśród żołnierzy i urzędników Armii Italii, już nie było. W Rzymie dokonano niebywałych grabieży. Umeblowanie Watykanu zniszczono, zewsząd kradziono obrazy i kosztowności. Wywołało to zły nastrój wśród mieszkańców. Nawet żołnierze oburzyli się na wielu swoich generałów, którzy dopuścili się największych nieprawidłowości. Sytuacja była w najwyższym stopniu niebezpieczna; z wielkim wysiłkiem udało się przywrócić spokój. Według zgodnej opinii zamieszki wywołane były przy współudziale neapolitańskich, angielskich i austriackich agentów.

 

 

 

IV.

 

Ambasadorem w Wiedniu mianowany został Bernadotte. Był to zły wybór. Ten generał miał ambitne plany, nie wyróżniał się jednak w wystarczającym stopniu rozwagą. Poza tym, naród, który nieustannie ponosił klęski, nie mógł przychylnie przyjąć generała. Należało posłać dyplomatę. Ale Dyrektoriat miał tylko niewielu do dyspozycji; byli oni albo o niewielkim znaczeniu lub znajdowali się zbyt daleko.

 

Obojętne - Bernadotte dał się ponieść swojej fantazji; popełnił on poważne błędy. Pewnego dnia, bez żadnego ważnego powodu, polecił wywiesić na pałacu ambasady trójkolorową flagę; skłonili go do tego podstępni agenci dążący do wywołania w Austrii zamieszek. I rzeczywiście, czyn ten wywołał niemal natychmiast wrzenie wśród hołoty; flaga została zerwana, a Bernadotte obrzucony zniewagami.

 

Dyrektoriat wpadł w złość i wezwał natychmiast Napoleona, by wykorzystać jego wpływ na opinię publiczną, informując go, iż zamierza wypowiedzieć Austrii wojnę. W wydanym dekrecie mianowano Napoleona dowódcą Armii Niemiec. Ale generał w żadnym wypadku nie dzielił stanowiska dyrektorów, oświadczając:

 

"Jeżeli chcecie wojny, musicie być na nią przygotowani, niezależnie od tego, co przydarzyło się generałowi Bernadotte. W takim wypadku nie można posyłać wojsk do Szwajcarii, południowych Włoch i na wybrzeże Atlantyku. Nie wolno też ogłaszać, że armia ograniczona ma być do 100 tysięcy; plan ten wprawdzie nie został wprowadzony w życie, ale był powszechnie znany i obniżał poważnie morale w armii. Te środki wskazują na dążenie do pokoju, a działanie Bernadotte'a było bezpodstawne. Jeżeli wywołacie wojnę, uczynicie tylko przysługę Anglii. Nie znacie polityki gabinetu wiedeńskiego jeśli sądzicie, że obrażono nas dla wywołania wojny. Wręcz przeciwnie, obrzucono by nas uprzejmościami, by uśpić naszą uwagę wysyłając równocześnie wojska w kierunku naszych granic. Prawdziwe zamiary dworu w Wiedniu poznalibyście po pierwszych wystrzałach, nie prędzej. Proszę mi wierzyć, Austria uczyni wszystko, co zażądamy - kierowanie się doraźnymi wydarzeniami, nie jest właściwą polityką!".

 

(13 kwietnia 1798 roku w Wiedniu odbyły się patriotyczne festyny. Bernadotte świadomie zorganizował w ambasadzie przjęcie dla uczczenia rocznicy bitwy pod Montenotte i kazał na balkonie wywiesić trójkolorową flagę z napisem Liberte-Egalite. W wyniku zamieszek opuścił Wiedeń i udał się do Rastatt. Rząd austriacki oficjalnie potępił zamieszki i przeprosił francuskiego ambasadora - przyp. tłum.).

 

Ta oczywista prawda podziałała uspokajająco na Dyrektoriat. Cesarz zadośćuczynił jego żądaniom; w Seltz odbyły się rozmowy. Ale ten wypadek opóźnił wyprawę do Egiptu o 14 dni.

 

 

 

V.

 

W międzyczasie, w wyniku niepewnej postawy rządu i naturalnego rozwoju wypadku, zebrały się ciemne chmury i Napoleon zaczynał się obawiać, że wyprawa na wschód może stanąć w sprzeczności z prawdziwymi interesami ojczyzny.

 

- Europa - mówił do członków Dyrektoriatu - nie jest spokojna. Kongres w Rastatt nie ma końca. Dla zabezpieczenia wyborów jesteście zmuszeni do utrzymywania wojsk wewnątrz Francji; potrzebujecie nowych oddziałów dla uspokojenia zachodnich departamentów. Czyż nie byłoby rozsądniejszym, odwołać rozkazy wydane w związku z wyprawą do Egiptu i odczekać na korzystniejsze okoliczności?

 

Słuchający tych słów Dyrektoriat ogarnięty został niepokojem; zaczęto się obawiać, że Napoleon pragnie zagarnąć dla siebie władzę. Z tego powodu wzmożono przygotowania do wyprawy. Dyrektoriat nie rozumiał zmian spowodowanych jego zachowaniem w ostatnich miesiącach. Dyrektorzy wierzyli, że przebieg wypadków w Szwajcarii nie tylko nie przyczynił się do osłabienia Francji, lecz otrzymał nawet wzmocnienie w postaci wojsk helweckich. Proklamowanie Republiki Rzymskiej i wypędzenie Ojca Świętego do Florencji zapewniło handel z Rzymem. Incydent z Bernadotte'm nie wywołał żadnych konsekwencji, a cesarz zapewnił zadośćuczynienie. Nadszedł zatem korzystny moment, zaatakowania Anglii, zgodnie z planem, w Irlandii i Egipcie.

 

Napoleon zaproponował pozostawienie Desaixa i Klebera we Francji; ich talent mógłby być przydatny ojczyźnie. Ale nie cieszyli się oni zaufaniem Dyrektoriatu i oferta ta została odrzucona. Republika, mówiono, nie jest zależna od tych dwóch generałów; jest wielu, którzy mogą poprowadzić ojczyznę do zwycięstw, gdyby znalazła się w niebezpieczeństwie; prędzej brakować będzie żołnierzy niż generałów!

 

Rząd stał na skraju przepaści, której nie widział. Zaprzepaszczono osiągnięcia 18 fructidora. Nie przyciągnięto do Republiki tych wszystkich, którzy nie należeli do emigracyjnej opozycji. Wielu z nich przyłączyło się do emigrantów dopiero później. W ten sposób rząd pozbawił się poparcia dużej liczby utalentowanych ludzi, którzy z rozczarowania przyłączyli się do wrogiej partii, mimo, że ich przekonania i interesy bardziej skłaniały się w kierunku republikańskiej formy władzy. Rząd był zmuszony zatrudnić ludzi bez moralnego kręgosłupa. Efektem tego było ogólne niezadowolenie ludności i konieczność, pozostawienia we Francji większej ilości wojska zabezpieczającego wybory i trzymającego w ryzach Wandeę. Było łatwo do przewidzenia, że nowe wybory doprowadzą do gwałtownych wstrząsów. Dyrektoriat postępował zarówno w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej bez określonego systemu. Decyzje wydawane z dnia na dzień uzależnione były od charakteru poszczególnych dyrektorów, co było naturalną wadą 5-osobowego rządu. Było to krótkowzroczne, a prawdziwe problemy zauważano dopiero w momencie ich wystąpienia. Gdy pytano dyrektorów:

 

- Co zamierzają uczynić podczas nadchodzących wyborów? - Revelliere odpowiedział:

 

- Wydamy odpowiednie przepisy zapobiegawcze.

 

Przyszłość pokazała, jakiej natury był ten planowany przez niego przepis.

 

Gdy pytano:

 

- Dlaczego nie zjednoczycie wszystkich przyjaciół Republiki, którzy w wyniku wydarzeń fructidora czasowo rozpierzchli się? Dlaczego nie wezwiecie z powrotem Carnota, Portalisa, Dumolarda, Muraire itd. i utworzycie trwały związek wszystkich postępowych i liberalnych ludzi skierowany przeciwko zagranicy i emigrantom? - nie odpowiadali w ogóle; nie rozumieli, jak można martwić się o takie sprawy; uważali się za kochanych przez naród i mających wielkie poparcie.

 

Duża liczba wpływowych deputowanych obydwu parlamentów, fructidorianie, szukający ochrony, a także najlepsi i najrozsądniejsi generałowie już od dłuższego czasu nalegali na Napoleona by stanął na czele Republiki. Ale on odmawiał; nie nadszedł jeszcze właściwy moment. Napoleon wierzył, że jego popularność nie jest jeszcze tak duża, by zdecydować się na samodzielne kroki. Jego poglądy na sztukę rządzenia i potrzeby wielkiego narodu różniły się od poglądów ludzi rewolucji i zgromadzeń narodowych. Obawiał się pokazania swojego charakteru w fałszywym świetle. Z tego powodu zdecydował się pożeglować do Egiptu, jednak z mocnym postanowieniem powrotu, gdy tylko rozwój wypadków uczyniłby jego obecność konieczną. Aby mógł on zostać władcą Francji, musiałby Dyrektoriat pod jego nieobecność odnieść niepowodzenia, a jego powrót zapewnić odniesienie nowych zwycięstw.

 

 

 

VI.

 

Rząd świętował rocznicę ścięcia Ludwika XVI (21 stycznia - przyp. tłum.), a wśród dyrektorów i ministrów rozgorzała dyskusja, czy zaprosić Napoleona na uroczystości, czy nie. Z jednej strony obawiano się, że gdyby nie pozwolono mu w udziale, Dyrektoriat straciłby część uznania w oczach ludu; z drugiej strony, lud mógłby całkowicie zlekceważyć Dyrektoriat, koncentrując całą swoją uwagę na generale. W końcu postanowiono ogłosić, że obecność Napoleona jest konieczna z powodów politycznych. Tę niby dyplomatyczną misją poruczono jednemu z ministrów. Napoleon, który niechętnie brał udział w tego typu imprezach, stwierdził:

 

- Nie zajmuję żadnego oficjalnego stanowiska. Osobiście nie mam z tym pozornym świętem nic wspólnego, jego charakter podoba się tylko niewielu ludziom. To święto jest w najwyższym stopniu niepolityczne; wydarzenie, któremu jest poświęcone, było katastrofą i narodowym nieszczęściem. Ja rozumiem, że świętuje się dzień 14 lipca; bo w tym dniu lud wywalczył swoje prawa. Ale on mógł te prawa zdobyć, stworzyć republikę, bez kalania się morderstwem księcia uznanego nawet przez konstytucję za nietykalnego i nie ponoszącego odpowiedzialności. Nie chcę wyjaśniać, czy to stracenie było pożyteczne czy szkodliwe; ale uważam, że było nieszczęściem. Święta narodowe obchodzi się dla uczczenia zwycięstw, ale opłakuje się ofiary, które pozostały na polu walki. Żadnemu rządowi nie godzi się świętować śmierci człowieka; coś takiego może robić jakaś partia, stowarzyszenie krwi. Nie rozumiem, jak Dyrektoriat, który pozamykał kluby anarchistów i jakobinów, który dzisiaj toczy rozmowy z tyloma książętami - mówię, nie pojmuję, że Dyrektoriat nie czuje, że podobne uroczystości przysparzają Republice więcej wrogów niż przyjaciół; że przeciwieństwa raczej się zaostrzą niż złagodnieją, jednym słowem: nie jest to godne rządu wielkiego narodu.

 

Wysłannik użył całego swojego talentu oratorskiego. Próbował udowodnić, że święto jest uzasadnione ze względu na jego polityczny charakter. Bo wszystkie kraje i wszyscy republikanie zawsze świętowali jako tryumf obalenie despotyzmu i śmierć tyrana. W ten sposób gloryfikowali Ateńczycy śmierć Pisistratusa, a Rzymianie obalenie Dezemvirnu. Nawiasem mówiąc to święto dyktuje prawo obowiązujące w całym kraju; każdy musi się podporządkować. Dowódca Armii Italii posiada taki wpływ na opinię publiczną, że musi koniecznie pokazać się podczas uroczystości; w przeciwnym razie jego nieobecność mogłaby odbić się niekorzystnie na dobru ogółu.

 

Po długich rokowaniach znaleziono w końcu rozwiązanie pośrednie: w uroczystościach wziął udział Instytut Naukowy; ustalono, że Napoleon, jako członek Instytutu weźmie udział w uroczystościach w szeregach uczonych swojej klasy; w ten sposób wypełni swój obowiązek jako członek stowarzyszenia, a nie weźmie dobrowolnego udziału. Dyrektoriat z zadowoleniem przyjął takie rozwiązanie problemu.

 

Ale gdy członkowie Instytutu wkroczyli do kościoła Saint-Sulpice, Napoleon został przez kogoś rozpoznany i od tego momentu cała uwaga była na niego skierowana. I doszło do tego, czego obawiał się Dyrektoriat: został on całkowicie usunięty w cień. Gdy uroczystości dobiegły końca, tłum pozwolił członkom Dyrektoriatu opuścić kościół, ale nikt za nimi nie podążył. Wszyscy pozostali by zobaczyć człowieka, który w zasadzie pragnął zniknąć w tłumie, a powietrze rozdarły okrzyki: Niech żyje dowóca Armii Italii ! Pogorszyło to jeszcze bardziej niezadowolenie rządzących.

 

Inne wydarzenie skłoniło Napoleona do głośnego skrytykowania zachowania Dyrektoriatu. W Cafe Garchi obrzucono obelgami, zaatakowano i zamordowano dwóch młodych ludzi pod pretekstem, że ich fryzury świadczyć miały o wrogim nastawieniu do Republiki. Tego morderstwa dokonali ludzie ministra policji Sotina na jego polecenie. Stosunki zaostrzyły się już do tego stopnia, że Napoleon był zmuszony z powodu własnego bezpieczeństwa zwracać baczną uwagę na tego typu wydarzenia, mimo, iż żył możliwie na uboczu. Głośno wyraził swoje oburzenie. Dyrektoriat przestraszył się do tego stopnia, że wysłał do niego jednego ze swoich ministrów, by wyjaśnił mu powody takiego postępowania i przekazać iż: "tego typu zdarzenia są w krytycznych czasach czymś całkiem normalnym. W czasie rewolucji przestaje obowiązywać zwyczajne prawo. W tym szczególnym przypadku koniecznością było danie nauczki wytwornemu towarzystwu za mowy głoszone w ich salonach. Istnieją wykroczenia, których nie można ścigać na drodze sądowej. Oczywiście nie można aprobować wszystkiego, co uczyniło zgromadzenie Stanów Generalnych, ale przecież bez niego rewolucja nigdy nie doszłaby do skutku. Określone zło trzeba tolerować, bo istnieje jeszcze gorsze zło".

 

Napoleon odpowiedział:

 

- Taki ton byłby najwyżej do zniesienia przed wydarzeniami 18 fructidora, kiedy to wysiłki wrogich partii były oczywiste, a Dyrektoriat miał niewiele czasu na rządzenie, poświęcając większość swego czasu na swoją obronę. Wtedy takie przestępstwo byłoby może wytłumaczalne koniecznością. Ale dzisiaj, gdy Dyrektoriat wyposażony jest we władzę absolutną, ponieważ prawo nie napotyka oporu, a obywatele, chociaż nie wszyscy są rządem zachwyceni, jednak przynajmniej wszyscy się podporządkowują, takie postępowanie jest pospolitym przestępstwem, niemalże atakiem na cywilizację! Tam, gdzie rozbrzmiewają słowa takie, jak: prawo i wolność, wszyscy obywatele ujmują się za sobą. W obliczu takiego przestępstwa każdy musi się jednak zapytać: jak daleko to się jeszcze posunie?

 

Te wyjaśnienia były wystarczająco jasne i człowiekowi, obdarzonego rozsądkiem i o charakterze ministra, nie musiały być poważnie uzasadniane; ale on miał do wypełnienia swoją misję i próbował tłumaczyć postępowanie władz, starając się żarliwie o pozyskanie ich łaski i zaufania.

 

T. III. Roz. II. Zajęcie Malty

 

I. Plan kampanii przeciwko Anglii w 1798 roku. - II. Wyposażenie i skład Armii Wschodu. - III. Wypłynięcie floty z Tulonu (19 maja). - IV. Malta i Zakon Joannitów. - V. Umocnienia obronne Malty. - VI. Konsternacja Wielkiego Mistrza i jego Rady. - VII. Działania wojenne; potyczki; Zawieszenie broni (11 czerwca). - VIII. Rokowania i przekazanie wyspy (12 czerwca). - IX. Wkroczenie armii francuskiej na wyspę; Organizacja nowej władzy. - X. Wyruszenie armii w dalszą porróż (19 czerwca). 
 

 

I.

 

Traktat z Campo Formio ustanowił pokój na kontynencie. Cesarz niemiecki był zadowolony z jego warunków. Francja odzyskała dawne terytoria Galów; jej granice powróciły do granic naturalnych.

 

Pierwsza koalicja, która groziła zdławieniem Republiki już w kolebce, była pokonana i rozwiązana. Tylko Anglia pozostała jeszcze w stanie wojny. Wykorzystała ona trudności na kontynencie i opanowała obie Indie i przywłaszczyła sobie panowanie na morzu. Dyrektoriat przerwał prowadzone w Lille rokowania, przekonany, że jedyną nadzieją na przywrócenie równowagi w Indiach Wschodnich i Zachodnich oraz swobody żeglugi morskiej jest przeprowadzenie szczęśliwej kampanii zamorskiej i w koloniach.

 

W 1798 roku rozpatrzono kilka planów kampanii. Rozmawiano o dokonaniu desantu w Anglii przy pomocy płaskich łodzi, które miałyby wypłynąć z Calais pod osłoną zjednoczonych flot Francji i Hiszpanii. Ale na przygotowania potrzebnych byłoby około 100 milionów, a przy katastrofalnym stanie finansów nie należało mieć nadziei na zebranie takiej sumy. Poza tym zaatakowanie Anglii wymagałoby użycia najlepszych sił francuskich; ale w tym stanie niepokoju, w którym znajdował się kontynent, myślenie o wykorzystaniu ich gdzie indziej byłoby zbyt przedwczesne.

 

Rząd zdecydował się w końcu na plan przewidujący skoncentrowanie na brzegach kanału 150 tysięcy żołnierzy, grożących Anglii mającym nastąpić wkrótce atakiem, w rzeczywistości jednak w razie konieczności, zdolnych do pomaszerowania nad Ren; poza tym postanowiono wystawienie dwóch mniejszych armii, liczących po 30 tysięcy żołnierzy. Jedna z nich miała zaokrętować się na okręty floty w Breście i wylądować w Irlandii, gdzie czekałoby na nią 100 tysięcy powstańców. Druga z armii miała pożeglować okrętami panującej na Morzu Śródziemnym floty z Tulonu i operować w Oriencie. Jej zadaniem miało być wstrząsnięcie angielskim panowaniem w Indiach. Tippu-Sahib, Mahrattowie, Sikhowie czekali tylko na sygnał. Napoleon był odpowiednim człowiekiem dla Armii Wschodu. Egipt, Syria, Arabia i Irak czekały na właściwego przywódcę. Rząd turecki był całkowicie wynaturzony i bezsilny. Skutki tej kampanii mogły być ogromne; wszystko zależało od szczęścia i geniuszu kierującego nią wodza.

 



 

W tym samym czasie, gdy Armia Wschodu lądować miała w Egipcie, do Konstantynopola miało zostać wysłane uroczyste poselstwo, wyposażone we wszystkie środki, potrzebne do osiągnięcia sukcesu.

 

W 1775 roku Mamelucy zawarli z Kampanią Angielsko-Wschodnioindyjską układ handlowy; od tamtej pory francuskie domy handlowe obrzucane były nieustannie obelgami i były zmuszone znosić wszelkie możliwe upokorzenia. W wyniku skargi dworu w Wersalu Porta wysłała w 1786 roku Kapudana-paszę przeciwko bejom. Ale od czasu rewolucji handel francuski był znowu prześladowany. Porta tłumaczyła: nie jest w stanie nic przedsięwziąć, bejowie byli chciwymi, bezbożnymi buntownikami; dała do zrozumienia, że będzie tolerowała kampanię w Egipcie, podobnie jak tolerowała przedsięwzięcia przeciwko Algierii, w Tunisie i Trypolisie.  
 

 

II.

 

Flota angielska opuściła pod koniec 1796 roku Morze Śródziemne, po podpisaniu prze króla Nepolu traktatu pokojowego z Francją. Od tego czasu trójkolowa flaga panowała na Adriatyku oraz od Lewantu aż do Cieśniny Gibraltarskiej.

 

Sukces Armii Wschodu był uzależniony od utrzymania w tajemnicy czynionych przygotowań. Napoleon, jako dowódca Armii Wschodu, inspekcjonował przede wszystkim obozy armii położone na wybrzeżach Kanału la Manche; sprawiał wrażenie, że jedynie to go interesuje, gdy w rzeczywistości wszystkie jego troski poświęcone były Armii Wschodu. Z miast Flandrii i Belgii, w których zatrzymywał się, wysyłał w kierunku wybrzeża Morza Śródziemnego kurierów z rozkazami. Przejął w swoje ręce wszystkie przygotowania na lądzie i morzu. Flota, statki transportowe i armia były w przeciągu kilku tygodni gotowe. Napoleon był w kontakcie listowym z generałami Caffarelli w Tulonie, Reynier w Marsylii, Baraguey d'Hilliers w Genui, Desaix w Civita-Vecchia i Vaubois na Korsyce. Tych 5 pomocników organizowało środki żywności i zbierali z taką gorliwością potrzebne statki, które równocześnie przygotowywali do wyprawy, że już 15 kwietnia w portach tych przystąpiono do zaokrętowania armii. Dowódca wyprawy czekał jedynie na rozkaz.

 

W wyprawie wzięły udział:

 

z Tulonu: 13 okrętów liniowych, 7 fregat, 6 korwet, 106 statków transportowych, 20 500 ludzi, 470 koni;

 

z Marsylii: 2 korwety, 80 statków transportowych, 3 200 ludzi i 60 koni;

 

z Korsyki: 1 korweta, 20 statków transportowych, 1 200 ludzi;

 

z Genui: 1 fregata; 1 korweta, 35 statków transportowych, 3 100 ludzi, 70 koni;

 

z Civita-Vecchia: 1 fregata, 1 korweta, 41 statków transportowych, 4 300 ludzi, 80 koni;

 

W sumie: 13 okrętów liniowych, 9 fregat, 11 korwet, 232 statki transportowe, 32 300 ludzi i 680 koni.

 

Z tych 13-tu okrętów liniowych floty okręt flagowy admirała wyposażony był w 120 armat (Orient - okręt flagowy wiceadmirała Brueys - przyp.tłum.), 3 z nich posiadały 80 armat (Guillaume Tell, Franklin, Tonnant - przyp.tłum.), a pozostałych 9 wyposażonych było w 74 armat (Spartiate, Auilon, Genereaux, Guerrier, Peuple-Souverain, Timoleon, Heureux, Mercure, Conquerant - przyp. tłum.). "Guerrier" i "Conquerant" były stare i w złym stanie; posiadały jedynie 18-funtowe armaty. Wśród statków transportowych były dwa weneckie okręty liniowe z 64 armatami każdy, 4 fregaty uzbrojone w  40 armat (Justice, Diane, Junon, Artemise - przyp.tłum.) i 10 korwet, służących jako eskorta. Wiceadmirał Brueys, były oficer floty królewskiej, dowodzący w poprzednim roku na Adriatyku, był jednym z najlepszych dowódców morskich Republiki. Dwie trzecie statków dowodzone były przez dobrych dowódców, ale pozostałe miały mało zdolnych oficerów.

 

Armia lądowa składała się z 15 półbrygad piechoty, 7 pułków kawalerii i 28 kompanii artylerii, saperów, minerów itd. Piechotę tworzyły 2, 4, 21, i 22 półbrygada piechoty lekkiej, 9, 18, 19, 25, 32, 61, 69, 71, 80, 85, i 88 półbrygada piechoty liniowej; każda półbrygada składała się z 3 batalionów, każdy batalion z 9 kompanii. Kawaleria składała się z 7 pułku huzarów, 22 pułku strzelców oraz 3, 14, 15, 18 i 20 pułku dragonów. Artylerię tworzyło 16 kompanii uzupełnionych 4 kompaniami transportowymi; do tego dochodziło 8 kompanii robotników, saperów i minerów. Kawaleria miała siodła i uprzęż, lecz tylko 300 koni. Artyleria posiadała potrójne wyposażenie, dużo kul i znaczną ilość prochu i narzędzi, sprzęt oblężniczy oraz wszystko, co potrzebne było do przygotowania obrony rozciągniętego odcinka wybrzeża morskiego; w wyposażeniu armii było również 12 tysięcy rezerwowych karabinów i 6 tysięcy kompletów uprzęży. Komisja nauki i sztuki miała do swojej dyspozycji własnych robotników, biblioteki, drukarnię z francuskimi, arabskimi, tureckimi i greckimi czcionkami oraz tłumaczy wszystkich tych języków. Piechota liczyła 24 300, kawaleria 4 000, a artyleria 3 000 żołnierzy; doliczając 1 000 osób cywilnych w wyprawie wzięło udział 32 300 ludzi.

 

Szefem sztabu generalnego armii był Berthier. Generał Caffarelli du Falga dowodził inżynierią i miał pod swoimi rozkazami znaczną ilość znakomitych oficerów. Artylerią dowodził generał Dommartin, któremu podporządkowani byli generałowie Songis i Faultier. Dywizjonerami byli w Armii Wschodu Desaix, Kleber, Menou, Reynier, Bon i Dugua. Wśród brygadierów byli Murat, Lannes, Lanusse, Vial, Vaux, Rampon, Junot, Marmont, Davout, Friant, Belliard, Leclerc, Verdier i Andreossy.

 

Najwybitniejszym oficerem armii był generał Desaix; energiczny, uświadomiony, kochający sławę dla niej samej. Był niskiej postury i o mało ujmującym wyglądzie zewnętrznym, ale potrafił on nie tylko opracować plan operacji, ale również go we wszystkich szczegółach zrealizować. Potrafił równie dobrze dowodzić całą armią, jak i awangardą. Natura wybrała go do odegrania wybitnej roli zarówno na wojnie, jak i w życiu cywilnym. Potrafiłby równie dobrze zarządzać prowincją, jak i ją zdobyć i obronić.

 

Kleber był najprzystojniejszym męzczyzną w całej armii; był jej Nestorem; miał 45 lat. Mówił z niemieckim akcentem i miał niemieckie obyczaje. Przez 8 lat służył jako oficer piechoty w armii austriackiej. W 1790 roku został mianowany dowódcą ochotniczego batalionu rodzinnej Alzacji. Wyróżnił się podczas oblężenia Moguncji, pomaszerował z garnizonem tej twierdzy do Wandei, gdzie walczył przez cały rok, wziął udział w kampaniach lat 1794, 1795 i 1796 w szeregach Armii Sambry i Mozy (gdzie dowodził jej najważniejszą dywizją), wyróżnił się i zdobył opinię zdolnego generała. Ale jego uszczypliwy dowcip przysporzył mu wielu wrogów. Z powodu niesubordynacji zmuszony został do opuszczenia armii i osadzony na pół-żołdu. W latach 1796 i 1797 mieszkał w bardzo skromnych warunkach w Chaillot. Gdy w listopadzie 1797 roku Napoleon przybył do Paryża, Kleber rzucił się w jego ramiona. Został przyjęty z całkowitą otwartością. Dyrektoriat darzył go wielką niechęcią, którą Kleber z całą siłą odwdzięczał. Jego charakter cechowała specyficzna niedbałość, co czyniło go podatnym na wpływy intrygantów. Miał swoich faworytów. Kochał sławę. Był mądrym i odważnym człowiekiem, kochał wojnę i był w stanie dokonać wielkich czynów, ale tylko wtedy, gdy zmuszały go tego okoliczności; tylko wtedy nie słuchał żadnych rad dyktowanych mu przez jego niedbalstwo i popleczników.

 

Generał Bon pochodził z Valence w Delfinacie. Służył w Armii Pirenejów Wschodnich i tam, pokonując poszczególne szczeble kariery wojskowej, dorobił się swojego stopnia. Był nieustraszonym żołnierzem. Wyróżnił się też w Armii Italii w trakcie minionej kampanii; w bitwie pod San Giorgio dowodził lewym skrzydłem.

 

Generał Caffarelli był do tego stopnia aktywny, że nie zauważano u niego brakującej nogi (Caffarelli walcząc w 1795 roku w szeregach Armii Sambry i Mozy został ranny w lewą nogę w potyczce pod Staudernheim, przetransportowany do Luxembourga, gdzie dokonano amputacji nogi - przyp.tłum.). Znał doskonale wszystkie tajniki swojej broni; szczególnie wyróżniały go moralność i doskonała znajomość we wszystkich dziedzinach administracji publicznej. Był człowiekiem honoru, dzielnym żołnierzem, wiernym przyjacielem, dobrym obywatelem. Zginął chwalebnie podczas oblężenia Akki; jeszcze na łożu śmierci wygłosił długą przemowę na temat administracji publicznej. Jemu to powierzono kierownictwo komisji złożonej z towarzyszących armii uczonych i artystów. Nikt nie był odpowiedniejszym od niego człowiekiem do prowadzenia tej komisji w ten sposób, by jej praca przysparzała korzyści dowódcy armii. Komisja ta składała się z akademików Monge, Berthollet, Dolomieu i Denon; szefów inżynierów J.M. de La Pere i Girarda; matematyków Fourier, Costaz, Corancez; aastronomów - Nouet, Beauchamp, Mechin; biologów Geoffrey Sint-Hillaire i Savigny; chemików Descotils, Champy i Delile; rysowników Dutertre i Redoute; muzyka Villoteau i poety Parsevala; architektów La Pere, Protain i Norry. Na czele pilotów sterowców stał Comte, człowiek o uniwersalnych zdolnościach, który wyczuciem dla sztuki wiązał dobry smak z wiadomościami; cenny człowiek w dalekim kraju, o wszechstronnym zastosowaniu, człowiek, który był w stanie stworzyć francuską kulturę w środku arabskiej pustyni. W orszaku tej komisji było 20 wychowanków Szkoły Politechnicznej i Górniczej; wśród nich w późniejszych czasach wyróżnili się Jomard, Dubois starszy, Lancet, Chabrol, Rozieres, Cordier, Regnaud i inni. 
 

 

III.

 

Gdy wszystkie przygotowania były na ukończeniu, w Wiedniu miało miejsce wystąpienie Bernadotte'a wskutek czego obawiano się ponownego wybuchu wojny na kontynencie. Wypłynięcie armii przesunięto o 20 dni, stawiając w ten sposób pod znakiem zapytania sukces wyprawy. Tajemnica została odkryta i w międzyczasie wiadomości o dokonywanych we Włoszech przygotowaniach dotarły do Londynu. Ale Admiralicja dopiero 16 maja wysłała eskadrę z Tamizy na Morze Śródziemne; przybyła ona 12 czerwca na wody Tulonu. Flota francuska odpłynęła stamtąd 19 maja; miała zatem przewagę 25 dni. Bez głupiego wystąpienia Bernadotte'a przewaga ta wynosiłaby 45 dni. 
 

 

Napoleon przybył 9 maja do Tulonu. Przyjął rewię armii, a w skierowanym do niej rozkazie dziennym napisał:

 

"Żołnierze!

 

Jesteście jednym ze skrzydeł armii walczącej z Anglią. Prowadziliście wojnę w górach, na równinach, oblegaliście miasta. Nie zaznaliście jeszcze wojny na morzu.

 

Legiony rzymskie, których śladami czasami podążaliście, a którym jednak jeszcze nie dorównaliście, walczyły z Kartaginą zarówno na tym, leżącym przed Waszymi oczami, morzu, jak i na równinach Zamy. Zwycięstwo było nieodmiennie po ich stronie, ponieważ zawsze okazywały odwagę, cierpliwie znosiły znoje, były zdyscyplinowane i stały ramię przy ramieniu, jeden obok drugiego.

 

Żołnierze! Europa patrzy na Was.

 

Przed Wami wielkie przeznaczenia, bitwy, które musicie stoczyć, trudy, którym musicie sprostać. Dokonacie rzeczy większych aniżeli dotychczas, dla pomyślności ojczyzny, szczęścia ludzkości i Waszej własnej chwały.

 

Marynarze, piechurzy, kanonierzy i kawalerzyści - zespolcie swe siły. Pamiętajcie, że w dniu bitwy jedni będą potrzebować drugich.

 

Marynarze, dotychczas a Was nie dbano. Dziś Republika otacza Was swą największą troską. Stańcie się godni armii, której jesteście częścią.

 

Geniusz wolności, który u narodzin Republiki uczynił ją swoim arbitrem Europy, pragnie, aby stała się również wyrocznią na morzach i w najbardziej odległych krainach." 
 

 

Flota transportowa wypływała z Marsylii pod osłoną dwóch fregat; rzuciła ona 15 maja kotwice na redzie Tulonu. Napoleon udał się na pokład "Orientu", okrętu uzbrojonego w 120 armat. Był to jeden z najpiękniejszych statków, miał wszystkie zalety, które tylko można było sobie życzyć. 18 maja zameldowano o pojawieniu się przed Croix des Sablettes angielskich statków; była to, złożona z 3 okrętów, eskadra Nelsona. 19 maja cała flota rozwinęła żagle.

 

W nocy z 20 na 21 maja okrążyła ona Korsykę. W następnych dniach dołączył do floty konwój z Genui, 26 tego miesiąca - z Korsyki; ten ostatni dokonał tego w przesmyku koło Bonifazio. 2 czerwca ujrzano przylądek Carbonara, wysunięty czubek Sardynii. Wysłana do Cagliari fregata przywiozła wiadomość, że złożona z 3 okrętów liniowych eskadra Nelsona miała awarię i była w trakcie jej usuwania na redzie San Pietro. Admirał był skłonny tam pożeglować i zaatakować okręty angielskie; w międzyczasie jednak na okręt admiralski dotarła wiadomość od żeglującego przed flotą statku "Corcyre"; zmusił on angielski bryg do wylądowania na sardyńskim wybrzeżu. Od wziętej do niewoli załogi dowiedziano się, że Nelson oczekuje na przybycie z Anglii 10 okrętów. Flota francuska 3 dni oczekiwała na przybycie konwoju z Civita-Vecchia, który nie przyybył na czas na umówione miejsce spotkania. 4 czerwca flota podjęła dalszą żeglugę i osiągnęła wyspę Maretimo. 5-tego tego miesiąca wysłano wiadomość na Sycylię, by uspokoić wielce zaniepokojonego gubernatora. Jedną z fregat posłano do Tunisu, jedną do Trypolisu, a jedną do Mesyny.

 

Flota żeglowała w wielkim porządku, w trzech rzędach, z których skrajne składały się z 4, a środkowy z 5 okrętów. Rozpoznaniem kierował kapitan Decres na czele lekkiej eskadry złożonej z fregat i szybkich korwet. Osłona konwoju składała się z obu wyposażonych w 64 armaty okrętów weneckich, 4 fregat i sporej ilości mniejszych statków.

 

Na pokładach okrętów zaokrętowano starannie wybrane oddziały; 3 razy dziennie odbywały one ćwiczenia w obsłudze armat.

 

Napoleon sprawował dowództwo na morzu i na lądzie; nic nie działo się bez jego wiedzy. Często skarżył się, że okręty liniowe żeglują zbyt oddalone od siebie, nigdy jednak nie mieszał się w szczegóły służby, które wymagały znajomości żeglugi i doświadczenia na morzu. 3 czerwca, na wysokości przylądka Carbonara admirał Brueys wystąpił z wnioskiem do Napoleona, by wysłać 4 okręty liniowe i 3 fregaty na spotkanie konwoju z Civita-Vecchia. Na marginesie tego pisma Napoleon napisał: "Jeżeli 24 godziny po tym podziale zameldowano by mi o zbliżaniu się 10 okrętów angielskich, miałbym do dyspozycji jedynie 9, a nie 13 okrętów". Admirał nie wiedział, co na to odpowiedzieć.

 

O świcie 9 czerwca ujrzano równocześnie wyspę Gozo i zbliżający się konwój z Civita-Vecchia. W ten sposób cała armia została zjednoczona. 
 

 

IV.

 

Z ośmiu języków, z których składał się Zakon św. Jana Jerozolimskiego (od przeniesienia się na Maltę, po kapitulacji Rodos w 1530 roku, zakon przyjął nazwę Kawalerów Maltańskich - przyp. tłum.), trzy były francuskie. (w 1206 roku dokonano podziału zakonu na osiem grup narodowościowo-terytorialnych zwanych językami - Langues. Były to: Prowansja, Owernia, Francja, Anglia, Włochy, Niemcy, Aragonia i Kastylia - przyp.tłum.). Republika nie mogła na swoim terytorium uznać zakonu, który swoje statuty opierał na przywilejach wynikających z urodzenia; z jego posiadłościami postąpiono tak samo, jak z własnością innych zakonów, a ich dochody ograniczono do rocznych dotacji. W odwecie Wielki Mistrz Rohan (Emmanuel de Rohan-Polduc, Wielki Mistrz Zakonu w latach 1775-1797 - przyp.tłum.) odmówił przyjęcia przedstawiciela Francji. Francuskie statki handlowe w portach Malty przyjmowane były jedynie po ściągnięciu trójkolorowej flagi i zastąpieniu ją inną. Zakon i Republika nie utrzymywały żadnych stosunków dyplomatycznych. Na Malcie faworyzowano Anglików; otrzymywali oni w wysokim stopniu pomoc; urzędy dbały o uzupełnianie stanu i zaopatrzenie w żywność statków angielskich. Wielki Mistrz kazał przekazać wicekrólowi Elliotowi 20 ton prochu z magazynów zakonu.

 

Ale decydującym dla losów zakonu było oddanie się w opiekę nieprzyjaciela Francji, cara Rosji, Pawła. Utworzono grecko-katolicki przeorat; w ten sposób obrażono religię oraz przyznające się do rzymsko-katolickiej religii mocarstwa. Rosja dążyła do zdobycia władzy nad wyspą, która, ze względu na swoje położenie, stan i bezpieczeństwo jej portu oraz silne umocnienia, miała duże znaczenie. Szukając ochrony na północy zakon pominął i zagroził interesom mocarstw południa Europy. Napoleon postanowił zająć wyspę, ale jedynie w przypadku, gdy nie zagrozi to głównemu celowi wyprawy. 
 

 

Malta oddalona jest 90 km od Sycylii, 270 km od afrykańskiego wybrzeża. Wyspa ma około 30 km długości, 18 km szerokości, a jej obwód wynosi 90-100 km. Zachodnie i południowe wybrzeża pełne są niedostępnych skał, ale na północnym i wschodnim jest duża ilość portów i miejsc dogodnych do rzucenia kotwicy. Pomiędzy Maltą i Gozo leży wyspa Cumino, mająca jedynie 600 m obwodu. Gozo jest 18 km długa, szeroka na 8 km i ma około 50 km obwodu. Wszystkie 3 wyspy zamieszkuje 100 tysięcy dusz. Powierzchnia Malty to pokryta 8-10 calową warstwą żyznej ziemi skała. Głównym produktem jest bawełna, uznawana za najlepszą w całym Lewancie.

 

Starą stolicą Malty była Citta-Nobile, położona w środku wyspy. Miasto La Valetta, wybudowane w 1566 roku, było wielokrotnie oblegane przez Turków. Posiada ono najlepszy port całego Morza Śródziemnego, ma 30 tysięcy mieszkańców, ładne domy, zgrabne nabrzeża, wspaniałe spichrze zbożowe i zgrabne studnie. Umocnienia są bardzo rozciągnięte, w całości wybudowane z kamienia; wszystkie magazyny są odporne na ostrzał artylerii. Liczba szańców, baterii i fortów jest bardzo duża; tworzą one następujące po sobie szeregi obronne. Gdy generał Caffarelli, w dniu po kapitulacji oglądał te umocnienia, stwierdził żartobliwie:

 

-"Szczęście, że w środku byli ludzie, którzy otworzyli nam bramy!" - aluzja na temat wielkiej liczby rowów, przedpiersi i wałów, przez które trzeba by było przedrzeć się, gdyby bramy były zamknięte. 
 

 

W 1789 roku zakon miał około 18-20 milionów rent w różnych krajach chrześcijaństwa, w samej Francji - 7 milionów. W XIV wieku zakon przejął wiele posiadłości Templariuszy. Gdy został wypędzony z Rodos, Karol V odstąpił Joannitom Maltę, Cumino i Gozo, pod warunkiem, że zakon chronić będzie wybrzeże Włoch i Hiszpanii przed napadami rozbójników morskich. Warunek ten zakon mógł łatwo spełnić. Był on w stanie utrzymać 6 albo 7 okrętów uzbrojonych w 74 armaty, tyle samo fregat oraz podwójną liczbę mniejszych jednostek, z czego jedna trzecia mogłaby nieustannie krążyć na wysokości Algieru, Tunisu i Trypolisu, dzięki czemu położono by kres piractwu Barbaresków, którzy zmuszeni byliby do utrzymania pokoju. Tym samym zakon położyłby wielkie zasługi dla całego chrześcijaństwa.

 

Dla osiągnięcia tego wielkiego i powszechnego celu wystarczyłaby połowa jego dochodów. Ale rycerze - podobnie jak inni mnisi - dane im środki, przeznaczone dla dobra ogółu i całego chrześcijaństwa, przywłaszczyli sobie dla własnych korzyści. Luksus przeorów, komandorii i komturów budził zgorszenie w całej Europie. Mówiono:

 

-"Mnisi przynajmniej udzielają sakramentów i pełnią służbę Bożą; ci rycerze nie przydają się do niczego, nie robią nic i nie czynią żadnych usług."

 

Byli oni zobowiązani raz w roku zorganizować wyprawę krzyżową. W tym celu każdego roku 4 albo 5 galer odbywało spacer po Morzu Śródziemnym, by odebrać hołdy we włoskich, hiszpańskich czy francuskich portach; Barbaresków jednak starannie unikano. Było to słuszne - zakonnicy nie dysponowali bowiem okrętami, które były w stanie podjąć walki z algierskimi fregatami. Barbareskowie szydzili z nich i bezkarnie plądrowali Sycylię, Sardynię i całe włoskie wybrzeże, napadali nawet plaże w bezpośredniej bliskości Rzymu. Zakon był całkowicie zbędny. Powołany do obrony świątyni w Jerozolimie i osłony pielgrzymów na drogach Antiochii, Ptolomais i Jaffy, przeniesiony do Europy, stracił swoją rację bytu. Zakon tonął; musiał zatonąć.  
 

 

V.

 

Wielki Mistrz Hompesch został przed kilkoma miesiącami wybrany następcą Rohana (Ferdynand von Hompesch - Wielki Mistrz Zakonu, wybrany na to stanowiski 17 lipca 1797 roku - przyp. tłum.). Był starym, chorym i mało zdecydowanym człowiekim. Komturowie, seneszalowie i oficerowie zakonu byli starcami, którzy nigdy nie prowadzili wojny, starzy kawalerowie, którzy swoje całe życie spędzili w najprzyjemniejszym towarzystwie. Traktowali Maltę jako miejsce zesłania i życzyli sobie móc umrzeć w ojczyźnie. Nie mieli żadnych tych uczuć, które popychają męzczyznę do stanięcia naprzeciw niebezpieczeństwu. Co mogłoby ich skłonić do ryzykowania życia dla obrony wyludnionej, położonej na środku morza skały?

 

Uczucia religijne? Te były wśród nich rzadkością. Świadomość swojej użyteczności, to dumne uczucie, które skłaniają ludzi do ponoszenia ofiar dla obrony swojej ojczyzny i ziomków? Nie czynili nic i nie byli nikomu potrzebni. 
 

 

Na Malcie przebywało 800-900 rycerzy, niezdolnych do walki, ponadto skłóconych wewnętrznie z powodów różnicy obyczajów i interesów różnych narodów, które reprezentowali; 15-18 tysięcy źle wyszkolonych żołnierzy - Włochów, Niemców, Francuzów, Hiszpanów - w większości dezerterów i poszukiwaczy przygód, którzy z ukrytą radością obserwowali zbliżanie się możliwości powiązania swojego losu z najlepszą militarną siłą Europy; ponadto na Malcie znajdowała się jeszcze milicja w sile około 800-900 ludzi. Ci, dumni jak wszyscy wyspiarze, od dłuższego czasu burzyli się przeciwko wyniosłości i tupetowi szlachetnych rycerzy. Skarżyli się, że we własnym kraju traktowani są jak obcy, pomijani przy nominacjach na wszystkie zaszczytne i dochodowe stanowiska. Nie darzyli oni zakonu najmniejszym nawet szacunkiem. We Francuzach widzieli oni obrońców swoich praw. Ponieważ zakon już dawno przestał obawiać się tureckich ataków, wręcz przeciwnie, obawiał się wzmocnienia sił tubylców, dopuszczał do zaniedbań w milicjach. Umocnienia i środki do obrony wyspy były wprawdzie ogromne, ale słabość moralna czyniła je bezużytecznymi. Wszyscy mieli w pamięci poddanie Mantui i honorowe warunki, które otrzymał feldmarszałek Wurmser. Gdy w końcu nadeszła godzina kapitulacji, przekładano złożenie broni przed wojownikiem, który znany był z wielkoduszności. La Valetta nie potrafiła, nie chciała i nie mogła się bronić. Nie wytrzymałaby 24-godzinnego bombardowania. Napoleon przekonał się, że może zaryzykować. I zaryzykował.  
 

 

VI.

 

Gdy 8 czerwca na wysokości Gozo ukazała się konwój z Civita-Vecchia, Wielki Mistrz zrozumiał grożące zakonowi niebezpieczeństwo i zwołał Wielką Radę, by omówić ważne wydarzenia: flota francuska koncentruje się u wybrzeży wyspy. Co mamy odpowiedzieć, gdy zażąda prawa wpłynięcia do naszego portu?

 

Opinie były podzielone. Niektórzy byli zdania, że należy ogłosić alarm, port zablokować łańcuchami, chwycić za broń i ogłosić na wyspie stan wojenny; takie przygotowania zrobią wrażenie na francuskim generale; zrodzą się u niego wątpliwości co do sensu zaatakowania najsilniejszej twierdzy Europy; równocześnie nie należy jednak zaniedbać przekonania do zakonu generała i jego najwybitniejszych oficerów; to były jedyne środki, które mogły zapobiec katastrofie.

 

Inni natomiast mówili: celem zakonu jest walka z Turkami; zbliżenie się chrześcijańskiej floty nie powinno wzbudzać nieufności; obwieszczenie jej przybycia dzwonami alarmowymi, które zwykle rozbrzmiewają na znak zbliżania się Turków, wywoła burzę, której właśnie chce się uniknąć. Być może francuski dowódca wcale nie ma wrogich zamiarów; być może , że nie powitany oznakami nieufności będzie kontynuować żeglugę nie niepokojąc wyspy.

 

W trakcie trwania narad u wybrzeży Malty zjawiła się cała flota. 9 maja rzuciła ona swoje kotwice na odległość armatniego strzału od wejścia do portu. Adiutant francuski zażądał wpuszczenia do portu, by flota mogła uzupełnić swoje zapasy wody pitnej.

 

Członkowie Rady, którzy opowiadali się za obroną wyspy, z nową energią ponowili swoje argumenty; nieostrożnością byłoby oddać się w ręce obcych sił, nie znając ich zamiarów; nie można uczynić nic gorszego; na oddanie się na łaskę i niełaskę będzie zawsze jeszcze czas: z Republiką zakon nie utrzymuje stosunków dyplomatycznych; nie wiadomo nawet, czy pomiędzy oboma stronami panuje pokój czy stan wojenny; ale jeżeli przyjdzie ulec przeciwnikowi, to lepiej zginąć z bronią w ręku niż skończyć jak tchórze.

 

Partia przeciwna odpowiedziała: nie posiadamy żadnych środków do skutecznej obrony; byłoby zatem największą nieostrożnością rzucenie wyzwania tak potężnej armii, znajdującej się na odległość strzału; gdy tylko rozpoczęte zostaną działania wojenne armia francuska w przeciągu kilku godzin opanuje terytorium Malty i Gozo; obrońcy nie posiadają innej możliwości, jak zamknięcie bram miasta; ale stolica, okrążona od lądu i morza, pozbawiona środków żywności, nie może się bronić; w mieście jest wprawdzie wystarczająca ilość zboża, ale brakuje pozostałych środków żywności; w czasie krótszym niż 24 godziny Francuzi są w stanie przygotować wiele stanowisk armatnich dla ostrzału miasta od strony lądu i morza; ale należy wziąć pod uwagę, że takie postępowanie wzburzy maltańskie milicje, które, już i tak nieprzyjaźnie nastawione do zakonu, nie będą biernie przyglądać się zamienieniu w popiół ich domostw; natychmiast po rozpoczęciu działań wojennych obnażona zostanie nadzwyczajna słabość zakonu i wszystko będzie stracone; ale w tej chwili istnieje jeszcze możliwość, o ile będzie to konieczne, wynegocjonowania dla zakonu i jego poszczególnych członków korzystnych, honorowych warunków.

 

Wymiana argumentów była bardzo ożywiona. Większość Rady opowiedziała się za chwyceniem za broń.

 

Wielki Mistrz polecił przywołać mieszkającego w mieście kupca Caruson, reprezentującego handlowe interesy Francuzów. Zlecił mu przekazanie francuskiemu dowódcy decyzję Rady. Równocześnie rozbrzmiały dzwony alarmowe. Bramy zostały zamknięte, stanowiska dowodzenia podzielone. Wszystkie milicje chwyciły za broń i udały się na swoje pozycje. Komtur Bosredon de Ransijat, z języka Owernii, zaprotestował przeciwko podjętym środkom. Oświadczył, że on, jako Francuz, nigdy nie użyje broni przeciwko Francuzom. Wielu rycerzy podzieliło jego zdanie. Zostali oni aresztowani i osadzeni w więzieniu. Książę Camille de Rohan objął dowództwo nad maltańskimi milicjami. Komtur de Mesgrigny udał się na wyspę Gozo. Rycerz Valin na wyspę Cumino. Rycerze zakonu zajęli stanowiska przy różnych bateriach i wieżach na wybrzeżu wyspy. W ciągu całego dnia i nocy na wyspie panowało niesamowite zamieszanie.

 

9 czerwca o godzinie 10 wieczorem Caruson przedstawił dowódcy armii francuskiej sprawozdanie z posiedzenia Rady Zakonu. Otrzymał polecenie przekazania Wielkiemu Mistrzowi odpowiedzi w następujących słowach:

 

"Dowódca armii jest oburzony faktem, że zezwolono jedynie czterem okrętom równocześnie na uzupełnienie wody; bo jak niesamowicie długo trwałoby prowadzone w ten sposób uzupełnianie przez 500 statków zapasów wody i innych koniecznych potrzeb? Odmowa Wielkiego Mistrza tym bardziej zaskoczyła dowódcę francuskiego, że jest on poinformowany o faworyzowaniu Anglików i proklamacjach wydanych przez jego poprzednika. Dowódca armii jest zdecydowany wymusić przemocą to, co mu przysługuje na podstawie reguł gościnności, jednej z podstawowych reguł zakonu. Widziałem znaczne siły, które stoją pod jego rozkazami i przewiduję, że obrona wyspy będzie niemożliwa. Dowódca francuski nie chciał, bym powrócił do miasta, które on od chwili obecnej tratować musi jako wrogie. Wydał on rozkaz, by uszanowano religię, zwyczaje i własność rycerzy maltańskich."

 

W tym samym czasie okręt flagowy "Orient" dał sygnał do rozpoczęcia działań wojennych. Generał Reynier na czele konwoju marsylskiego wyruszył, by o świcie wylądować na wyspie Gozo. Konwój z Civita-Vecchia, dowodzony przez generała Desaix, osłaniany przez kontradmirała Blanquet du Chayla, rzucił kotwice w zatoce Marsa-Scirocco, konwój z Genui - w zatoce San Paolo.

 

Przez całą noc czekano na Malcie na powrót francuskiego konsula. Gdy dowiedziano się, że pozostał on na pokładzie, a działania wojenne zostały rozpoczęte, zapanowała powszechna konsternacja. Wszystkich umysły opanowała jedno jedyne uczucie niemożliwości obrony wyspy i grożącego niebezpieczeństwa.  
 

 

VII.

 

10 czerwca o świcie z "Orientu" przekazano sygnał do lądowania na wyspie. Napoleon wylądował na czele 3 tysięcy żołnierzy pomiędzy miastem i zatoką San Paolo. Przeprawą dowodził kapitan Motard. Gdy tylko Francuzi znaleźli się na odległość strzału od wież i baterii, te otworzyły ogień, na który odpowiedziały niektóre, wyposażone w 24-funtowe działa, łodzie desantowe. Łodzie płynęły w najlepszym porządku dalej. Morze było spokojne, co było konieczne za względu na skaliste wybrzeże, gdzie przeprowadzono lądowanie. Nieprzyjacielska obrona stawiła lądującym opór. Strzelcy rozpoczęli ostrzał. W przeciągu jednej godziny zdobyto wieże i baterie, a nieprzyjaciel został zmuszony do wycofania się do miasta. Generał Baraguey d'Hilliers opanował zatoki San Paolo i Malta. Po pokonaniu niewielkiego oporu zapanował nad bateriami i wieżami całego południa wyspy. Generał Desaix wysłał na brzeg generała Belliard na czele 21.lekkiej półbrygady. Zdobył on wszystkie baterie nad zatoką Marsa-Scirocco. W południe La Valetta była okrążona ze wszystkich stron; oddziały francuskie stały w odległości połowy strzału armatniego od potężnych umocnień. Z twierdzy strzelano do strzelców, którzy odważyli się zbyt blisko podejść. Generał Vaubois pomaszerował w kierunku umocnionej murem obronnym Citta-Nobile i zajął miasto, nie napotykając oporu. Generał Reynier zajął całą wyspę Gozo, bronionej przez 2,5 tysiąca ludzi, przeważnie tubylców; wziął do niewoli wszystkich kierujących obroną rycerzy. Około godziny pierwszej po południu przetransportowano na szalupach 12 armat wraz z wyposażeniem, które ustawiono w 3 baterie. 12 szalup, wyposażonych w 24-funtowe działa oraz kilka fregat zajęło pozycję naprzeciw portu. 11 czerwca wieczorem równocześnie z 3 stron rozpoczęto ostrzeliwanie miasta z 24 granatników. Dowódca armii, w towarzystwie generała Cafarelli, skontrolował ustawione według jego planu baterie. Pomiędzy 4 i 5 godziną rano oblężeni zorganizowali wypad z twierdzy, odparty przez adiutanta Marmonta. Przy tej okazji awansowany został on do stopnia generała brygady. O godzinie 7 wieczorem, krótko przed zapadnięciem ciemności, pod murami pojawił się spory tłum, domagający się wypuszczenia z twierdzy, czego jednak odmówiono. Na odgłos strzałów alarmowych duża część wyspiarzy podążyła do twierdzy, by pod osłoną murów szukać schronienia dla siebie, swoich rodzin i dobytku; ich pojawienie się spotęgowało jeszcze bardziej panujące zamieszanie.

 

Dowódca armii powrócił wieczorem na pokład "Orientu". Godzinię później otrzymał on od konsula Republiki Batawskiej następujący list:

 

"Wielki Mistrz i jego Rada upoważnili mnie poinformować obywatela Generała, że odmowa otwarcia portu miała jedynie na celu wyjaśnienie zamiarów Francuzów. Neutralność wyspy narzuca określone przepisy. Wielki Mistrz i Rada proszą, by obywatel Generał przerwał prowadzenie działań wojennych i określił swoje zamiary, które bez wątpliwości odpowiadają wielkoduszności narodu francuskiego i jego przedstawiciela".

 

Generał Junot, pierwszy adiutant Napoleona, udał się niezwłocznie do La Valetty i o godzinie 2 nad ranem podpisał układ o zawieszenie broni o następującej treści:

 

" Od godziny 6 wieczorem dnia dzisiejszego, 11 czerwca 1798 roku zawarto 24-godzinne zawieszenie broni pomiędzy armią Republiki Francuskiej, dowodzonej przez generała Bonaparte, reprezentowanego przez jego pierwszego adiutanta i Wielkim Mistrzem Zakonu św.Jana Jerozolimskiego.

 

Podpisali: Junot, Hompesch" 
 

 

VIII.

 

O świcie 11 czerwca na pokładzie "Orientu" pojawili się przedstawiciele Wielkiego Mistrza, wyposażeni w odpowiednie pełnomocnictwa, by prowadzić negocjacje na temat przekazania twierdzy. Na ich czele stał komtur Bosredon de Ransijat, uwolniony przez lud z więzienia i ułaskawiony przez Wielkiego Mistrza. W przeciągu minionego dnia stopniowo wzrastał niepokój w La Valetta. Gdy tylko docierały nowe informacje o utraceniu poszczególnych wież albo baterii, mieszkańcy natychmiast podnosili wrzawę. Przygotowania do bombardowania wywołały niepokój w szeregach milicji. Kilku rycerzy zostało zabitych na ulicach miasta; nienawiść, drzemiąca od dawna wśród tubylców, wybuchła z gwałtowną siłą. Członkowie Rady, którzy najzagorzalej domagali się obrony, w stronę których skierowany był przede wszystkich gniew ludu, prosili teraz usilnie o ochronę francuskiego dowódcę.

 

12 czerwca, o godzinie 2 nad ranem na pokładzie okrętu "Orient" podpisany został akt kapitulacji. 
 

 

Artykuł I. Rycerze Zakonu św. Jana przekażą armii francuskiej miasto i twierdzę La Valetta. Zrezygnują oni na korzyść Republiki Francuskiej ze swojej suwerenności i praw własności w stosunku do tego miasta oraz wysp Malta, Gozo i Cumino.

 

Artykuł II. Republika wykorzysta swoje wpływy na kongresie w Rastatt, by Wielki Mistrz otrzymał w dożywotniej rekompensacie równoważną utraconej władzy książęcą posiadłość. Republika zobowiązuje się do płacenia mu rocznej renty w wysokości 300 tysięcy franków. Ponadto zostanie mu wypłacona suma równa podwójnej rencie jako odszkodowanie za utracone wyposażenie pałacu. Do czasu opuszczenia przez niego Malty, oddawane mu będą przysługujące dotychczas honory wojskowe.

 

Artykuł III. Należący do narodu francuskiego rycerze Zakonu, przebywający na Malcie, których personalia sprawdzi dowódca armii, mogą powrócić do ojczyzny. Ich pobyt na Malcie traktowany będzie jak pobyt we Francji.

 

Republika Francuska zwróci się z prośbą do Republik Cisalpińskiej, Liguryjskiej, Rzymskiej i Helweckiej by artykuł ten został również zastosowany w stosunku do obywateli tych państw.

 

Artykuł IV. Republika Francuska przyzna wszystkim przebywającym na Malcie francuskim rycerzom dożywotnią rentę w wysokości 700 franków rocznie. Dla 60-letnich i starszych renta ta podwyższona zostanie do 1000 franków.

 

Republika Francuska wykorzysta swoje przyjazne stosunki z Republikami Cisalpińską, Liguryjską, Rzymską i Helwecką by artykuł ten został również zastosowany w stosunku do obywateli tych państw.

 

Artykuł V. Republika Francuska zwróci się do innych europejskich mocarstw, by rycerzy z nich pochodzący zachowali swoje prawa do położonych w tych państwach posiadłości Zakonu.

 

Artykuł VI. Rycerze zachowają swój majątek prywatny na wyspach Malta i Gozo.

 

Artykuł VII. Mieszkańcy Malty i Gozo mają nadal prawo do wolnego praktykowania swojej apostolskiej, rzymsko-katolickiej religii. Zachowają też wszystkie posiadane przywileje. Nie zostaną obciążeni żadnymi nadzwyczajnymi podatkami.

 

Artykuł VIII. Wszystkie wydane w czasie rządów Zakonu akty prawne zachowują nadal swoją ważność. 
 

 

Ponadto w specjalnych artykułach określono zasady przekazania twierdzy.

 

Opublikowanie warunków kapitulacji obudziło w umysłach nową nadzieję, uspokoiło wzburzenie i przywróciło porządek.

 

By uspokoić zaniepokojonych księży Napoleon napisał do biskupa Malty:

 

"Z wielką przyjemnością dowiedziałem się o Pańskim zachowaniu i o przyjęciu, zgotowanym przez pana wojskom francuskim wkraczającym do Citta-Nobile. Może Pan zapewnić mieszkańców swojej diecezji, że nie tylko religia rzymsko-katolicka będzie poszanowana, ale również jej kapłani.

 

Nie znam żadnego innego charakteru, który byłby bardziej godny szacunku i ludzkiego poszanowania jak duchownego, który napełniony jest duchem Ewangelii, przekonanego, że jego stanowisko zobowiązuje go do głoszenia posłuszeństwa wobec władzy ziemskiej i utrzymanie pokoju, spokoju i zgody swojego stadka.

 

Życzę sobie, by udał się Pan niezwłocznie do La Valetty, by swoim wpływem wprowadzić spokój i porządek wśród ludu.

 

Ja sam udam się tam dziś wieczorem. Natychmiast po moim przybyciu zostaną mi przedstawieni wszyscy księża i przeorowie wszystkich zakonów.

 

Niech Pan pozwoli przekazać sobie wyrazy poważania i szacunku, którym darzę Pańską osobę". 
 

 

IX.

 

11 czerwca o godzinie 8 rano bramy i forty La Valetty przekazane zostały armii francuskiej. Na dzień następny zapowiedziano uroczysty wjazd dowódcy armii. On jednak wylądował incognito o godzinie 1 po południu, zrobił rundę po wałach, dokonał przeglądu wszystkich fortów i udał się do Wielkiego Mistrza, którego odwiedziny te niezwykle zaskoczyły.

 

O świcie 18 czerwca flota wpłynęła do portu. 300 okrętów znalazło tam bez problemów miejsce. Ten piękny port mógłby pomieścić 3-krotnie większą liczbę statków. Magazyny La Valetty były bogato zaopatrzone. Zakon posiadał w porcie jeden okręt liniowy uzbrojony w 64 armaty, a drugi w stoczni. Dla powiększenia floty lekkich jednostek admirał zajął 3 galery i 2 szebeki. Będących w służbie Zakonu marynarzy polecił rozdzielić na swoje okręty wojenne. 800 Turków, którzy byli więzieni na Malcie, zostało na nowo odzianych i przydzielonych na statki liniowe. Legion Maltański, utworzony z byłych żołnierzy Zakonu, przyłączył się do armii. Grenadierzy straży przybocznej Wielkiego Mistrza oraz wielu rycerzy wstąpiło na służbę Francji (Legion Maltański, w składzie 2 batalionów po 750 ludzi, utworzony został po zajęciu wyspy, w jego skład weszli grenadierzy Wielkiego Mistrza, regiment Malty, maltańska piechota morska i strzelcy maltańscy - przyp. tłum.). Pewna liczba tubylców, władająca językiem arabskim, przydzielona została generałom i organom administracyjnym. 3 kompanie weteranów, w skład których wchodzili starzy żołnierze Zakonu, wysłano na Korfu i Korsykę. W twierdzy znajdowało się 1200 armat. 40 tysięcy karabinów, milion funtów prochu. Artyleria wzięła z tych zapasów tyle, ile było potrzebne do uzupełnienia jej wyposażenia. Flota zaopatrzyła się w wodę i prowiant. Zapasy zboża były bardzo pokaźne; jego ilość była wystarczająca dla wyżywienia miasta przez 3 lata.

 

Fregata "Sensible" zabrała do Francji trofea i liczne rzadkie przedmioty, które dowódca armii posłał rządowi. Generał Baraguey d'Hilliers wyraził życzenie powrotu do Paryża. Otrzymał on zezwolenie oraz polecenie zabrania ze sobą sztandarów Zakonu.

 

Wszyscy francuscy i włoscy rycerze maltańscy otrzymali paszporty, by mogli udać się do Francji i Włoch. Zgodnie z warunkami kapitulacji wszyscy inni rycerze również opuścili wyspę. 18 czerwca nie było już żadnego rycerza na Malcie. 17 czerwca Wielki Mistrz odpłynął do Triestu. W skarbcu Zakonu znaleziono srebro wartości miliona. Później przetopiono je w Kairze na monety.

 

Dowództwo nad wyspą objął generał Vaubois, mający do dyspozycji 4 tysiące ludzi; do jej obrony potrzebnych było 8 tysięcy. Generał Berthier przygotował odpowiednie rozkazy na podstawie których na wyspę miało zostać posłanych 6 tysięcy z zakładów armii w Tulonie, 1000 z Korsyki, 1500 z Civita-Vecchia, 1500 z Genui. W magazynach brakowało solonego mięsa i medykamentów. Berthier poinformował o tym administrację marynarki w Tulonie. Napoleon wyjaśnił Dyrektoriatowi konieczność wysłania do La Valetty wzmocnienia i brakującego prowiantu, by zapewnić bezpieczeństwo tej ważnej twierdzy; 8 tysięcy byłoby w stanie utrzymać wyspę. Od czerwca do września morze było puste, ale Dyrektoriat, jak zwykle, nie uczynił nic. Vaubois został skazany na własne siły. 
 

 

X.

 

Zdobycie Malty wywołało we Francji wielki entuzjazm, a w całej Europie wielkie zaskoczenie. Armia osłabiła swoje siły o 4 tysiące żołnierzy, ale wzmocniła o 2 tysiące Legionu Maltańskiego.

 

19 czerwca, dokładnei miesiąc po opuszczeniu redy w Tulonie, z okrętu admiralskiego dano sygnał do dalszej żeglugi. Zajęcie La Valetty opóźniło żeglugę tylko o 10 dni.

Wiedziano już, że armia zmierza w kierunku Kandii. Co do dalszego kierunku poglądy były podzielone. Czy celem wyprawy jest oswobodzenie Aten lub Sparty? Czy trójkolorowa flaga ma zawisnąć na Seraju, na egipskich piramidach albo na ruinach starych Teb? Albo armia kieruje się na Aleppo a stamtąd do Indii? Ta niewiadoma wprawiła również Nelsona w niepewność.

 

T. III. Roz. IV. Zdobycie Dolnego Egiptu

I. Żegluga z Malty do wybrzeży Egiptu. Lądowanie koło fortu Marabut. Marsz na Aleksandrię (1 lipca 1798). - II. Szturm Aleksandrii (2 lipca). Beduini. Przybycie floty do Abukiru (5 lipca). - III. Marsz armii w kierunku Kairu. Potyczka pod El Ramanyah (10 lipca). - IV. Bitwa pod Shubrakhit (13 lipca). - V. Marsz armii do Embabeh. - VI. Bitwa pod Piramidami (21 lipca). - VII. Przekroczenie Nilu. Wkroczenie do Kairu (23 lipca). - VIII. Potyczka pod El Salahieh; Wygnanie Ibrahima-beja z Egiptu (11 sierpnia). - IX. Powrót Napoleona do Kairu; wiadomość o zniszczeniu floty (11 sierpnia) . - X. Gdyby Francuzi w 1250 roku zachowywali się tak, jak w 1798, ich wyprawa zakończyłaby się sukcesem; gdyby w 1798 roku zachowywali się tak, jak w 1250, zostaliby pokonani i wygnani z Egiptu. 

I.

Po 7-dniowej, bardzo przyjemnej żegludze flota dotarła do Kandii. Słynna Kreta wzbudziła wielką ciekawość u Francuzów. Następnego dnia do floty dołączyła wysłana do Neapolu fregata i przywiozła admirałowi wiadomość, że Nelson na czele 13 okrętów liniowych pojawił się 20 czerwca w okolicach Neapolu i stamtąd obrał kurs na Maltę. W wyniku tej wiadomości Napoleon polecił trzymanie kursu w kierunku wybrzeża afrykańskiego i kierowanie się mniej więcej na przylądek Deris, 150 kilometrów na zachód od Aleksandrii; chciał uniknąć portu w tym mieście nie wiedząc, co go tam oczekuje. Wysłano tam jedną z fregat, by przywieźć francuskiego konsula. W przypadku, gdyby była ona ścigana przez nieprzyjacielskie okręty, fregata miała obrać fałszywy kurs. 29 czerwca lekka eskadra ujrzała przylądek Deris; do jednej z szebek przywołano przybrzeżnego żeglarza, który 28 czerwca opuścił Aleksandrię. Relacjonował on, że w mieście i porcie nie dzieje się nic nadzwyczajnego. 30 czerwca na horyzoncie pojawiła się Wieża Arabska, a 1 lipca - Słup Pompejusza i Aleksandria. Konsul francuski opowiadał, że 28 czerwca w Aleksandrii zjawił się Nelson na czele 13 okrętów liniowych wyposażonych w 74 armaty oraz jednej fregaty i oświadczył, że poszukuje armii francuskiej; z Aleksandrii Nelson obrał kurs na Anatolię; wśród Turków zapanowało wielkie poruszenie, dzień i noc pracowali oni nad poprawianiem murów i umocnień; chrześcijanie byli bacznie obserwowani. Oficerowie marynarki nie obawiali się starcia z flotą, dużo od naszej słabszą, ale obawiali się, że może to nastąpić w trakcie lądowania armii lub bezpośrednio po nim; ich zaufanie opierało się głównie na odwadze odznaczonych w wielu zwycięskich bitwach weteranów.

Napoleon polecił przeprowadzić wyokrętowanie jeszcze tego samego wieczoru. Konwój zbliżył się do lądu na wysokości fortu Marabut. Okręt admiralski zderzył się z innym okrętem liniowym i był zmuszony rzucić kotwicę 14 kilometrów od wybrzeża. Morze było tak wzburzone, że żołnierze mieli duże problemy z wsiadaniem do łodzi i uniknięciem zderzenia z przybrzeżnymi skałami chroniącymi redę Aleksandrii; 19 ludzi utonęło. Admirał podał dowódcy armii rękę, by pomóc mu przy wsiadaniu do łodzi. Na pożegnanie zawołał:

- Moje szczęście mnie opuszcza!

Jakże prorocze były to słowa !

Przed wylądowaniem opublikowany został rozkaz dzienny (rozkaz z dnia 22 czerwca 1798 - przyp.tłum.), który głosił:

"Żołnierze!

Ruszycie do podboju, którego wpływ na cywilizację i na handel światowy jest nieobliczalny w swych skutkach. Zanim będziecie mogli wymierzyć Anglii cios śmiertelny, teraz zadacie jej cios najbardziej niezawodny i bolesny. Ruszymy w pochód pełen znoju. Stoczymy wiele bitew. Odniesiemy sukces w naszych przedsięwzięciach, sprzyja nam bowiem przeznaczenie.

W kilka dni po naszym lądowaniu bejowie Mameluków, którzy sprzyjają wyłącznie handlowi z Anglikami, którzy znieważają naszych kupców i tyranizują nieszczęsnych mieszkańców doliny Nilu, nie będą już istnieć. Ludy, z którymi będziemy współżyć, wierzą w Mahometa. Pierwsza zasada ich wiary mówi: "Nie ma innego Boga prócz Boga, a Mahomet jest jego prorokiem".

Nie sprzeciwiajcie się im. Postępujcie z nimi tak, jak postępowaliśmy wobec Żydów i Włochów. Okazujcie względy ich muftim i imamom, podobnie jak to czyniliście wobec rabinów i biskupów.

Odnoście się z szacunkiem do ceremonii religijnych, jakie nakazuje Koran, i do meczetów, podobnie jak uszanowaliście klasztory i synagogi, szanując religię Mojżesza i Jezusa Chrystusa.

Legiony rzymskie otaczały opieką religie. Spotkacie się tu z obyczajami, które różnią się od europejskich. Trzeba się do tego przyzwyczaić.

Ludy, do których przybywamy, odnoszą się do kobiet inaczej aniżeli my. We wszystkich jednak krajach ten, który dokonuje gwałtu, jest potworem. Grabież wzbogaca nielicznych. Nas okrywa hańbą, niszczy nasze zasoby i nastawia do nas wrogo ludy, które, w naszym interesie, winny nam sprzyjać.

Pierwsze miasto, jakie napotkamy na naszej drodze, zostało zbudowane przez Aleksandra. Na każdym kroku spotykać będziemy pamiątki godne tego, by wzbudzać zachwyt Francuzów".  

Generał Menou wylądował jako pierwszy koło fortu Marabut, o godzinie 9 wieczorem. Prowadził go znający okolicę prowensalski przewodnik. Dowódca armii wylądował po dość wyczerpującej i nie pozbawionej niebezpieczeństwa przeprawie o godzinie 1 w nocy przy grobie derwisza Sidi el Palabri. O godzinie 3 nad ranem zarządził wymarsz i odebrał paradę wszystkich oddziałów, które do tej pory osiągnęły stały ląd; 4500 ludzi z różnych pułków. Była pełnia księżyca; jak w dzień widoczna był jasno świecąca wyschnięta ziemia Afryki. Po długiej i pełnej niebezpieczeństw żegludze byliśmy w końcu na wybrzeżu starego Egiptu, zamieszkałego przez orientalne ludy, których obrzędy, zwyczaje i religia tak bardzo różniły się od naszych. A okoliczności zmusiły nas, by z garstką ludzi bez kawalerii i artylerii zaatakować i zająć twierdzę - twierdzę, bronionej przez uzbrojony, fanatyczny tłum. Jakie niebezpieczeństwa i wydarzenia, wahania szczęścia, jakie mordęgi nas jeszcze oczekiwały! Desaix na czele 600 ludzi swojej dywizji pozostał w tyle, by osłaniać miejsce lądowania i porządkować oddziały natychmiast po ich wylądowaniu. Niewielka armia maszerowała w 3 kolumnach; Menou, na lewym skrzydle miał 1800 ludzi; Kleber, w centrum, 900 ludzi; Bon, na lewym skrzydle - 1200 ludzi; w sumie 3900 żołnierzy. Dowódca armii maszerował piechotą, bo żaden z koni nie został jeszcze przetransportowany na ląd. 

Widok floty, składającej się z prawie 300 statków, wśród nich licznych pierwszorzędnych okrętów, był 1 lipca wieczorem przyczyną wielkiego poruszenia wśród mieszkańców Aleksandrii. Jeżeli ta armia przeznaczona była do opanowania ich miasta, spodziewano się, że flota rzuci kotwice na redzie Abukiru. Oznaczało to, że atak na miasto nastąpi z kilkoma dniami zwłoki, bo do wyokrętowania potrzeba przecież określonego czasu. Ale już o godzinie 1 w nocy komendant miasta, Koraim, za pośrednictwem pewnego Beduina otrzymał wiadomość, że niewierni zajęli fort Marabut; morze pełne jest ich łodzi, a plaża prawie czarna od lądujących oddziałów. Koraim dosiadł konia i wyjechał w otoczeniu 20 Mameluków. O świcie natrafił na kompanię francuskich strzelców, osłaniających flankę; zaatakował ją, cięciem szabli ściął głowę kapitanowi i pogalopował tryumfalnie ulicami Aleksandrii z nabitą na szablę francuską głową. Ten widok zeelektryzował mieszkańców. O 5 godzinie na skrzydłach armii zauważono pierwszych Beduinów; wkrótce potem było ich 400-500. Był to szczep Henadi, najbardziej dzicy Arabowie pustyni. Byli oni prawie nadzy, czarni i wychudzeni; ich konie przypominały wychudzone szkapy; brakowało tylko hełmu by uwierzyć, że naprzeciw armii stoi Don Kiszot, jak go przedstawiają ilustracje. Ale te chude szkapy poruszały się jak błyskawice; w najszybszym galopie niespodziewanie stawały - szczególna cecha tych pustynnych koni. Gdy Arabowie zauważyli, że amia nie posiada kawalerii, nabrali odwagi i wjeżdżali pomiędzy maszerujące kolumny i na ich tyły. Na moment zapanowało zamieszanie. Połączenie z miejscem lądowania armii zostało przerwane. Zatrzymano się, by zewrzeć szeregi. Desaix wystawił posterunki i kazał swoim ludziom opatrzyć broń. Gdyby tych 500 Arabów było Mamelukami, byliby oni w stanie w pierwszym momencie osiągnąć wielkie sukcesy; wyobraźnia żołnierzy była skłonna ulec temu wrażeniu. Ale tchórzostwo tych Arabów było tak wielkie, jak wielką była odwaga Mameluków, którzy przed godziną przeprowadzili atak. Strzelcy francuscy połączyli się w 4-szeregowe sekcje i skierowali bez wahania przeciwo arabskim jeźdźcom. Armia zwolniła swój marsz; obawiano się zasadzek. Po wschodzie słońca upał stał się nie do zniesienia. Północno-zachodni wiatr, tak orzeźwiający o tej porze roku, zerwał się dopiero około 9 godziny. Arabowie zdobyli tuzin jeńców, którzy wzbudzili ich wielką ciekawość. Podziwiali ich białą skórę, a wielu z tych jeńców, którzy kilka dni później zostali zwolnieni, opowiadało przedziwne i odrażające historie o obyczajach tych synów pustyni. 

II.

O godzinie 6 wieczorem Napoleon ujrzał Słup Pompejusza (ufundowany w 302 n.e. przez prefekta Pompejusza obelisk poświęcony cesarzowi Dioklecjanowi - przyp. tłum.), wkrótce potem mury obronne arabskiego miasta, a następnie jego minarety i maszty stojących w porcie tureckich karawel. O godzinie 8 wieczorem zbliżył się do twierdzy na odległość armatniego strzału; wstąpił na cokół Słupa Pompejusza, by rozeznać sytuację. Mury były wysokie i bardzo grube. Dla ich zniszczenia konieczne byłyby 24-funtowe armaty, ale w murach było wiele wyłomów, które w pośpiechu jedynie załatano. Obsadzone były wzburzonym tłumem złożonym z jeźdźców, piechurów uzbrojonych w lance i karabiny, kobiet, dzieci i starców. Napoleon wydał swoje rozkazy. Menou zaatakował prawe skrzydło murów w okolicach trójkątnego fortu; Kleber centrum; Bon pomaszerował drogą w kierunku Abukiru, by wtargnąć do miasta bramą od Rosetty. Rozpoczęła się wymiana ognia. Armaty obrońców, mimo, że źle obsługiwane, odnosiły pewien skutek na szturmujących, którzy nie posiadali żadnych armat. Strzelcy francuscy kryli się za pagórkami piasku. Wszystkie trzy ataki powiodły się; mury zostały zdobyte. Generałowie Kleber i Menou zostali ranni, gdy szli do ataku na czele swoich grenadierów. Dywizja generała Bon napotkała tylko niewielkie przeszkody; mimo, że miała najdłuższą drogę, jako pierwsza dotarła do drugiego muru obronnego twierdzy, broniącego przesmyku, na którym leżało właściwe miasto. Z marszu zdobyła ona mury. Strzelcy wtargnęli na ulice, których domy wyposażone były w stanowiska strzeleckie, gdzie rozpoczęła się ożywiona wymiana ognia. Dowódca armii udał się na wzniesienie późniejszego fortu Caffarelli. Wysłał kapitana tureckiej karaweli, która złożyła broń, w charakterze posłańca do twierdzy z propozycją honorowej kapitulacji. Kapitan wyjaśnił szejkom, ulemom i notablom, że miasto narażone jest na całkowite zniszczenie. Podjęto decyzję o złożeniu broni.



W otoczeniu miejscowych notabli Napoleon wkroczył do miasta, gdzie zatrzymał się w domu francuskiego konsula. W momencie, gdy wyszedł zza jednego zakrętów z okna padł strzał, a kula otarła się o jego lewy but. Strzelcy jego straży przybocznej wspięli się na dach i wkroczyli do domu, gdzie znaleźli pojedynczego Turka, który zabarykadował się w pokoju mając przy sobie 6 karabinów. Zabito go na miejscu.

Straty Francuzów wyniosły 700 zabitych i rannych, Turcy stracili 700-800 ludzi. Dowodzący miastem Koraim wycofał się z najdzielniejszymi ze swojego orszaku do fortu Faro, gdzie został otoczony. Cała noc zeszła na rokowaniach, które miały szczęśliwe zakończenie. Koraim skapitulował, przyłączył się do francuskiego generała i uznając się jego niewolnikiem, złożył przysięgę wierności. Powierzono mu obowiązki policyjne w mieście: anarchia jest bowiem najgroźniejszym nieprzyjacielem, którego obawia się zdobywca, szczególnie w kraju, w którym tak duże są różnice w mowie, obyczajach i religii. Koraim przywrócił porządek, rozbroił ludność i zorganizował dla armii wszystko, czego potrzebowała.

Do Napoleona przyłączyła się i pozostała mu wierna również pewna znacząca osobistość, posiadająca wielki wpływ; był to szejk El Messiri, szeryf i najwyższy urzędnik religijny miasta, wielce szanowany za swoją wiedzę i pobożność. Był bardziej uświadomiony niż jego rodacy i właściwie pojmował sprawiedliwość i dobrą administrację; tym odróżniał się od swojego otoczenia. Koraim miał wpływ ze względu na swoje męstwo, swoje bogactwo i odwagę swoich najlepszych niewolników; szejk El Messiri dzięki swoim cnotom, swojej pobożności i sprawiedliwości, którą kierował się w swoim postępowaniu.

Wieczorem konwój wpłynął do Starego Portu; po jego stronach żeglowały oba 64-armatnie okręty liniowe i obie fregaty. Inżynieria i administracja wybrały swoje magazyny i place składowe; pracowano przez całą noc, wyładowując konie, bagaże i inne materiały. Tej samej nocy generał Desaix opuścił miasto i zajął stanowisko w odległości 7 kilometrów na drodze wiodącej do Damanhur; jego lewe skrzydło docierało do jeziora Madije.

Berthier kazał wywiesić w mieście proklamację po francusku, arabsku i turecku; jej treść w głównych zarysach brzmiała następująco:

"Kadis, szejkowie, ulemowie, imanowie! Ludu Egiptu!

Już od dłuższego czasu bejowie obrażają Francję. Nadszedł czas odwetu. Bóg, od którego wszystko zależy, powiedział: władza Mameluków jest zakończona. Będą Wam wmawiać, że przychodzę, by zniszczyć islam; odpowiedzcie na to, że kocham Proroka i Koran, że przychodzę, by restytuować Wasze prawa. Przez wieki byliśmy przyjaciółmi wielkiego sułtana. Potrójnie szczęśliwi będą Ci, którzy staną po naszej stronie. Szczęśliwi ci, którzy pozostaną neutralni; będą mieli czas, by nas poznać. Ale biada szaleńcom, którzy skierują przeciwko nam broń; zostaną zniszczeni! Wioski, które pragną ochrony, niech wywieszą jutro na minarecie głównego meczetu flagę dowódcy i armii. Te wioski, których mieszkańcy wystąpią przeciwko nam, będą traktowane według prawa wojennego; będą one, jeżeli będzie to wskazane, spalone. Szejkowie, imani i muezini zostaną zatwierdzeni na swoich stanowiskach". 

Dowódca armii napisał do Paszy list i przesłał go do Kairu za pośrednictwem jednego z oficerów tureckiej karaweli. Pisał:

"Rząd francuski wielokrotnie zwracał się do Wysokiej Porty z prośbą o ukaranie bejów; życzył sobie, by skończono z obrazami, które naród francuski musi znosić w Egipcie. Wysoka Porta oświadczyła, że Mamelucy to chciwi i kapryśni ludzie; dlatego Porta wyklucza ich spod cesarskiej ochrony ... rząd francuski wysyła potężną armię, by zakończyć zbójecką gospodarkę egipskich bejów, jak już wielokrotnie uczyniła to przeciwko przeciwko Tunisowi i Algierowi. Przybyj więc i porozmawiaj ze mną". 

Uwolnionych na Malcie 700 tureckich niewolników odesłano drogą lądową do domu; pochodzili z Trypolisu, Algieru, Tunisu. Maroka, Damaszku, Syrii, Smyrny, częściowo nawet z samego Konstantynopola. Byli dobrze ubrani, zaopatrzeni i dobrze traktowani; na podróż dano im wystarczającą ilość pieniędzy; ich serca były pełne wdzięczności. W całym tureckim imperium rozpowszechniali wieści o zwycięstwach Francuzów, sławili ich potęgę i przychylne nastawienie wobec muzułmanów. Niezmordowanie głosili wielkoduszność Napoleona; nie znajdowali słów, by wyrazić swoje uczucia. 

Armia potrzebowała koni, by wyposażyć w nią kawalerię oraz wielbłądy dla transportu bagaży i prowiantu. Znalezione w Aleksandrii środki nie były znaczne, jedynie Arabowie z Bahrije potrafili wszystko dostarczyć. Ich pozyskanie było zatem niezwykle istotną sprawą dla zabezpieczenia tyłów armii. Koraim posłał do nich kurierów na wielbłądach; był ich protektorem. Na jego zawołanie przybyli natychmiast. 4 lipca w kwaterze głównej zjawiło się 30 szejków ze szczepów Henadi, Aulad Ali i Beni Aunu. Widok tych synów pustyni wzbudził wśród francuskich żołnierzy równie wielką ciekawość, jak u szejków armia francuska. Wszystko dotykali palcami. Podpisano traktat, w którym szejkowie zobowiązywali się chronić nawet dla pojedynczego człowieka trakt wiodący z Aleksandrii do Damanhur; dostarczyć w przeciągu 24 godzin 800 koni w cenie 240 liwrów i 300 dromedarów po 120 liwrów każdy; wynająć 1000 wielbłądów wraz z przynależnymi poganiaczami; zwolnić wszystkich jeńców. Jedli i pili z dowódcą armii. Jako zaliczkę i podarunek otrzymali 1000 luidorów. Armia cieszyła się z tego szczęśliwego wydarzenia, które przyjmowała jako dobry omen. Następnego dnia szejkowie zwolnili 12 trzymanych przez nich jeńców i dostarczyli 80 koni i około 100 wielbłądów. Dostawę reszty obiecano na następne dni.

Flota nadal nie wpłynęła do portu; przebywała w dalszym ciągu na otwartym morzu. Tureccy piloci wzbraniali się objąć prowadzenie okrętów liniowych z 74-armatami na pokładzie, nie mówiąc już o tych z 80 armatami. Kapitan Barre otrzymał rozkaz zmierzenia głębokości toru wodnego. Ponieważ flota przeładowana była ogromną ilością materiału artyleryjskiego oraz bagażami armii, admirał wyraził życzenie rzucenia kotwic w zatoce Abukir, gdzie statki miały zostać rozładowane i odciążone. Tłumaczył, że potrzebuje 8 dni na morzu pod pełnymi żaglami, a tylko 3 dni, kotwicząc w zatoce. Jednak 13 lipca swój raport przedłożył kapitan Barre. Wyjaśnił, że flota może bez obawy wpłynąć do portu. Napoleon wydał natychmiast rozkaz admirałowi, wydania niezbędnych poleceń. Ale raport kapitana napotkał wielu krytyków. Admirał zwołał swoich kontradmirałów i kapitanów okrętów na naradę, podczas której postanowiono przeprowadzić dodatkowe pomiary. W międzyczasie dowódca armii wyruszył z Aleksandrii w kierunku Kairu. Przed wymarszem wysłał admirałowi powtórny rozkaz zawinięcia do portu w Aleksandrii; gdyby to jednak miało okazać się niemożliwym, admirał miał udać się na Korfu, gdzie oczekiwać miały na niego rozkazy francuskiego przedstawiciela w Konstantynopolu.

Gdyby takowych nie zastał, admirał miał pożeglować do Tulonu, gdzie miał przejąć osłonę gotowego do wypłynięcia konwoju. Na jego pokładach znajdowało się 6 tysięcy żołnierzy, należących do różnych pułków armii ekspedycyjnej, którzy, będąc chorymi lub na urlopie, pozostali we Francji; wyjazd armii był przeprowadzony w całkowitej tajemnicy i największym pośpiechu.

Generał Kleber, który po odniesieniu rany potrzebował wypoczynku, pozostał w Aleksandrii na czele 8-9 tysięcy ludzi jako komendant twierdzy i prowincji.

Pułkownik Cretin, jeden z najlepszych oficerów inżynierii, otrzymał rozkaz umocnienia miasta. Przeszkody były liczne, ale pokonał je i w przeciągu kilku miesięcy przekształcił 3 górujące nad miastem wzniesienia w forty; wykorzystał w tej pracy wszystkie tajniki inżynierii. Fort Marabut, fort Faro oraz prowadzące w kierunku portu trakty obsadzono bateriami 36-funtowych armat i granatnikami, które dotkliwe odczuli Anglicy w trakcie późniejszych prób zbliżenia się. 

III.

Armia podjęła marsz w kierunku Kairu. Składała się z 5 dywizji dowodzonych przez generałów Desaix, Reynier, Bon, Dugua i Vial, rezerwy w sile 2600 ludzi dowodzonej przez generała Murat i 2 brygad kawalerii spieszonej, każda po 1500 ludzi pod generałami brygady Zajączkiem i Andreossy. Artyleria piesza i konna miały 42 armaty, 6 kuźni polowych, 6 lawet rezerwowych, 50 proc, 50 koni i mułów jako zaprzęgi; reszta amunicji niesiona była przez muły. Całkowita siła armii wynosiła 21 tysięcy ludzi wszystkich rodzajów broni.

Kontradmirał Perree, nieustraszony żeglarz pochodzący z Saint-Valery-sur Somme przejął dowództwo flotylli na Nilu, składającej się z 2 półgaler, 3 półszebek, 4 awizo i 6 uzbrojonych djerm; w sumie 15 statków, osadzonych przez 600 francuskich marynarzy. Nie było czasu do stracenia i należało szybko wkroczyć do stolicy, by wykorzystać pierwotne zaskoczenie i nie pozostawić wrogowi czasu na uzbrojenie tego dużego miasta i zabarykadowania się w nim. 5 lipca generał Dugua na czele swojej dywizji i obu brygad kawalerii wyruszył do Rosetty. Kontradmirał Perree udał się ze swoją flotyllą na jezioro Madije, by przetransportować oddziały. 6 lipca generał Dugua, maszerując wzdłuż brzegu morza, dotarł do ujścia Nilu i zajął fort Julien, podczas gdy w tym samym czasie kontradmirał Perree przekroczył Boghas i rzucił kotwicę naprzeciw Rosetty.

Generał Menou przejął komendę nad prowincją. Odniesione przez niego rany wymagały wypoczynku. Jako załogę garnizonu otrzymał batalion piechoty, jedną baterię bez zaprzęgu, 500 spieszonych kawalerzystów z siodłami, dla których miał zorganizować konie oraz 2 uzbrojone pojazdy.

Kontradmirał Perree zgromadził niezbędne barki dla przewiezienia obu spieszonych brygad kawalerii, bagaży, prowiantu i amunicji. Ten konwój osłaniany był przez jego flotyllę. 9 lipca podniósł on kotwice i popłynął w górę Nilu. Generał Dugua na czele swojej dywizji podążył jego śladem, maszerując lewym brzegiem rzeki.

4 pozostałe dywizje oraz rezerwa maszerowały w kierunku Damanhur. Desaix wyruszył 4 lipca i dotarł do celu 6 lipca, Reynier wyruszył 5-tego, Bon - 6-tego, a Vial 7 lipca o świcie. Tego samego dnia o godzinie 5 po południu wyruszył też dowódca armii wraz z rezerwą. Odległość z Aleksandrii do Damanhur wynosi 66 kilometrów; droga prowadzi przez nizinę, która regularnie zalewana jest wodami Nilu; jednak w 1797 roku Nil nie wylał. Był to okres najniższego stanu wody w Nilu. Wszystke studnie były wyschnięte i na drodze pomiędzy Aleksandrią i studnią El Beydah armia nie znalazła ani kropli wody. Nie była ona odpowiednio wyposażona, by maszerować w takim kraju; cierpiała mocno od upału, braku cienia i wody. Nieprzemierzone puste przestrzenie, a w szczególności Beduini napawali ją grozą. 

Gdy Beduini wyruszyli, by dostarczyć konie i wielbłądy wynegocjonowane w traktacie z Aleksandrii, otrzymali oni okólnik szejków i ulemów z Kairu, którzy im rozkazali chwycić za broń w obronie zagrożonej przez niewiernych religii Proroka. To zmieniło ich przychylne nastawienie. Przekazali Koraimowi, że z powodu zagrożenia ich religii uważają traktat za nieważny. 5 beduińskich szczepów, dysponujących 1800 końmi, wyruszyło w pole i 7 lipca rozpoczęło wrogie działania. Arabowie ci nieustannie nękali armię na skrzydłach i na tyłach; byli ciągle w zasięgu wzroku. Kryli się z największą zręcznością w niewielkich zagłębieniach, z których błyskawicznie rzucali się na każdego żołnierza, który opuścił szeregi. Kawaleria armii była nieliczna, jej konie przemęczone i znacznie ustępujące arabskim. Kolumny francuskie, otoczone rojami Beduinów, przypominały eskadrę otoczoną rekinami. Żołnierze mówili, że Beduini są ich żandarmami. Ta żandarmeria była sroga, ale pilnowała w armii porządku. Żołnierz przyzwyczaił się do pilnującego go wroga; dlatego odzwyczaił się od wleczenia za kolumną i występowania z szeregu; nie prowadzono dalszego marszu, bez uprzedniego rekonesansu skrzydeł. Bagaże przeniesiono w środek kolumny marszowej. Miejsca biwaków wybierano z najwyższą starannością, a przy jego wyznaczania nie przeoczono żadnej reguły wykonywania umocnień polowych.

Frankowie (tak nazywano osiadłych w Egipcie Europejczyków - przyp. tłum.), u których żołnierze w Aleksandrii zasięgali informacji, pozwolili sobie na żart przedstawienia Egiptu w najbardziej kuszących barwach; opowiadali, że w Damanhur żołnierze zastaną cały luksus Orientu, wszystkie życiowe wygody, bogactwo dużego handlowego miasta, stolicę znaczącej prowincji; tak, tam miało być całkiem inaczej niż w Aleksandrii !

Napoleon maszerował przez całą noc; przeszedł obok biwaków kilku dywizji. O godzinie 3 nad ranem zaszedł księżyc; było nadzwyczaj ciemno; ogniska dywizji generała Bon zgasły. Na teren biwaku niepostrzeżenie wjechali strzelcy konni gwardii przybocznej; szyldwachowie otworzyli ogień. Jeden jedyny okrzyk:

-Do broni! - i cała dywizja była na nogach. Z obu stron otworzono ogień i trwało dosyć długo, by strzelający w końcu rozpoznali swoich przeciwników. Armia ogarnięta była paniką, fantazja była przegrzana; wszystko było dla armii nowe i wszystko to jej się nie podobało. 

Po 16-godzinnej jeździe Napoleon o godzinie 8 rano ujrzał wreszcie Damanhur. Miasto otoczono było palmowym gajem. W mieście było sporo meczetów, ich minarety wdzięcznie spoglądały ku niebu. Wiele okolicznych wzgórz pokrytych było grobami derwiszów. Miasto sprawiało korzystne wrażenie; nasuwało się porównanie z Modeną, Cremoną czy Ferrarą. Ale to było złudzenie. Desaix wyjechał na spotkanie dowódcy armii i poprowadził go do budowli przypominającego stodołę bez drzwi i okien. Tam zgromadzili się miejscowy notable, Chaheb, Serraf, imanowie, najbardziej poważani szejkowie. Poczęstowali go talerzem mleka i ciastem, upieczonym w popiole. Co za poczęstunek dla sztabu głównego Armii Italii! Powitania w Mediolanie, Brescii, Weronie, w sławnej z nauki Bolonii były całkiem inne! Żołnierze drwili z towarzyszących armii Franków, a w szczególności Magallona (Magallon - kupiec francuski, przez dłuższy czas konsul Francji w Kairze. Przybył ponownie do Egiptu na pokładzie "Orientu" i został przydzielony do sztabu głównego. Wyróżniał się szczególnym wychwalaniem uroków Egiptu - w oryginale uwaga gen.Bertranda). Ci dobrzy ludzie w Egipcie znali jedynie Kair, Rosettę i Aleksandrię. W trakcie swoich podróży w dół Nilu na pokładzie djermy, obserwowani nieufnym wzrokiem przez Turków, nigdy nie zawitali do żadnej wioski, ich obraz kraju ukształtował się na podstawie malowniczego widoku widzianego z pokładu.

Kwatera główna rozłożyła się na trawie na skraju bardzo ładnego lasku akacjowego. Woda była smaczna  i w wystarczającej ilości. Biwaki rozłożone były w cieniu; nie brakowało słomy, jarzyn i mięsa. Posiadano jeszcze suchary okrętowe. Konie i ludzie byli w równym stopniu spragnieni wypoczynku; tak spędzono cały dzień 9 lipca. Generał brygady Mireur, mimo ostrzeżeń posterunków, udał się z jednego biwaku do drugiego i został w odległości 100 kroków od własnych linii w niewielkiej dolinie napadnięty przez 4 Arabów i przebity lancami. Był znakomitym oficerem, którego stratę armia bardzo żałowała.

O świcie 10 lipca armia podjęła ponownie marsz. O godzinie 9 rano w okolicach El Ramanyah (Ramanije) dotarła do Nilu i powitała rzekę okrzykami radości. Generałowie i żołnierze w ubraniach rzucili się dla odświeżenia do wody. El Ramanyah był miejscem targowym, nie tak zaludnionym jak Damanhur, ale żyźniejszym i bogatszym. 

W tym samym czasie 5 lipca do Kairu dotarła wiadomość o wylądowaniu armii niewiernych, zaatakowaniu i zajęciu przez nią Aleksandrii; jest liczna w piechotę, lecz nie posiada żadnej kawalerii. Bejowie głośno wiwatowali; cały Kair był oświetlony iluminacjami. "Są melony do ścięcia" - wołał jeden do drugiego. Nie było chyba żadnego Mameluka, który by nie postanowił sobie przywiezienia do domu stu głów; nawet gdyby armia niewiernych liczyła 100 tysięcy ludzi, zostanie ona zniszczona, bo musi przecież przekroczyć nizinne tereny nad Nilem. W takie iluzje zbroili się nieszczęśni Mamelucy przed wyruszeniem przeciwko armii francuskiej. Już 5 lipca wieczorem jeden z bejów na czele 500 Mameluków wyruszył w kierunku Damanhur, by zebrać okolicznych Arabów i opóźnić marsz francuskiej armii. Przybył on 10 lipca do Damanhur, w tym samym momencie, gdy tworząca ariergardę dywizja Desaixa opuszczała swój biwak. Desaix maszerował z całą swoją dywizją w zwartej kolumnie, artyleria na czele i na końcu, bagaże w środku, pomiędzy oboma brygadami. Gdy spostrzegł nieprzyjaciela, kazał oporządzić broń i kontynuował marsz. Gdy ta wyborowa arabska kawaleria wreszcie zdecydowała się ruszyć do ataku Desaix wydał rozkaz:

-"Plutonami w lewo i prawo w szyk bojowy zwrot! Ogień z dwóch szeregów".

Trudno opisać zdziwienie i rozczarowanie Mameluków, gdy zobaczyli zwartość piechoty i dotkliwie poczuli ogień kartaczy i karabinów, który, oddawany ze wszystkich kierunków, przynosił im śmierć z tak dużej odległości. Niektórzy odważni rzucali się na bagnety i ginęli. Ale większość oddaliła się poza zasięg armatnich kul. Desaix rozwiązał swój czworobok i kontynuował marsz; stracił w tej potyczce tylko 4 ludzi. Gdy Murad-bej dowiedział się o tym wydarzeniu, którego nie mógł sobie wytłumaczyć, wybuchł gniewem; nazwał beja i jego ludzi tchórzami, którzy dali się zastraszyć przewadze liczebnej, mimo, że nawet tak duża liczba piechoty na nizinie nie stanowi dla Mameluków poważniejszego przeciwnika!

W dniach 10-12 lipca armia przebywała w El Ramanyah. 12 lipca przed południem dołączyła do niej dywizja generała Dugua i flotylla. Ta druga była konieczna, by móc manewrować na obu brzegach Nilu oraz zwalczać licznych i dobrze uzbrojonych Mameluków. Ich liczba rosła z każdym dniem. Francuzi byli w obozie w El Ramanyah niejako okrążeni, posterunki Beduinów stały na odległość karabinowego strzału od francuskich szyldwachów. Spotrzegli, że konie francuskie nie nadawały się do niczego i dlatego darzyli naszą kawalerię najwyższą pogardą.

12 lipca armia była w następujący sposób podzielona: w Aleksandrii znajdował się Kleber z konwojem i flotą, co do której zakładano, że wpłynęła do portu; garnizon stacjonował w cytadeli w Abukirze; w jego skład wchodziła 69.półbrygada piechoty, 1000 kanonierów, pionierów i robotników, 2000 żołnierzy z zakładów półbrygad piechoty i spieszonej kawalerii; w sumie 6500 żołnierzy oddziałów liniowych i 3500 ludzi z zorganizowanej z załóg statków transportowych gwardii narodowej. Kleber dysponował zatem, niezależnie od floty, garnizonem w sile 9-10 tysięcy żołnierzy. W Rosetta stacjonował Menou na czele 1200 ludzi i 3 awizo. W obozie El Ramanyah było 20 tysięcy żołnierzy. Oddziały inżynierii okopały się w leżącym na wysokości Damanhur meczecie; umieszczono tam 2 armaty i 300 ludzi, zwolnionych z garnizonu Aleksandrii. Do osłony El Ramanyah przygotowano szaniec, który obsadziło 300 żołnierzy; kontradmirał Perree pozostawił tam uzbrojoną barkę pilnującą Nilu.  

IV.

Murad-bej wyruszył z Kairu 6 lipca na czele 3 tysięcy Mameluków, 2 tysięcy janczarów pieszych oraz licznej flotylli składającej się z 60 jednostek, z tego 25 uzbrojonych. Wezwał wszystkich okolicznych Arabów i miał nadzieję na dotarcie w porę do Damanhur, by udzielić wsparcia swojej awangardzie. Za nim postępował Ibrahim-bej na czele jeszcze znaczniejszych sił. W Terraneh Murad-bej otrzymał wiadomość o zajęciu Rosetty, dotarciu armii francuskiej do El Ramanyah i jej marszu na Kair. Pomaszerował w kierunku Shubrakhit (Chebraiss), ustawił tam z 9 armat 2 baterie, kazał umocnić wioskę i ustawił swoich janczarów; jego flotylla zajęła pozycje do bitwy; jej lewe skrzydło opierało się o wioskę, prawe - o brzegi delty Nilu.

12 lipca o godzinie 7 wieczorem armia francuska obozowała koło wioski Minje, oddalonej o godzinę marszu od El Ramanyah. Miała rozkaz o godzinie 1 w nocy stanąć pod bronią. Było niezwykle istotne, by nie pozostawić Murad-bejowi czasu na ukończenie prac nad umocnieniami i ściągnięcie wszystkich oddziałów. Gdy tylko na niebie pojawił się księżyc armia wymszerowała i stanęła o godzinie 8 rano naprzeciw Murada-beja, którego prawe skrzydło, składające się jedynie z Mameluków, opierało się o wieś Shubrakhit; jego lewe skrzydło, złożone z 2 tysięcy Arabów, rozciągało się w głąb pustyni. Był to zadziwiający widok. Każdy Mameluk miał 3 albo 4 służących, Arabowie byli w nieustannym ruchu. Wyglądało, że linię bojową tworzy 15-18 tysięcy ludzi.

Beduini z Bahrije, zgodnie ze swoim zwyczajem, zajęli połączenie z El Ramanyah i za plecami oraz na skrzydłach Francuzów popisywali się umiejętnościami jeździeckimi. W podobny sposób postępowali pod Aleksandrią, Damanhur i Rosettą. Armia wystąpiła w szyku bojowym zajmując powierzchnię o długości 3500 metrów; jej lewe skrzydło opierało się o małą wioskę nad Nilem, prawe o plac targowy na skraju pustyni. Skrzydłem tym dowodził Desaix; umocnił on plac i obsadził jednym batalionem i trzema armatami; poza tym utworzył ze swojej dywizji jeden jedyny czworobok rozciągnięty z frontu na 500 metrów i 50-metrowych flankach. Lewe skrzydło, pod generałem Vial, ustawiło się podobnie 200 metrów za wioską. Przestrzeń pomiędzy nimi zajęły pozostałe 3 dywizje; każda była od kolejnej oddalona o około 600 metrów, miała wysunięte flanki i nieco cofnięte centrum. Kawaleria, podzielona na 5 oddziałów, zajęła pozycje pomiędzy czworobokami; rezerwa stała 2 kilometry za linią bojową w 2 wioskach oddalonych od siebie o 1600-1800 metrów. Każda wioska została umocniona i otrzymała półbaterię artylerii. Gdyby nieprzyjaciel potrafił rozszyfrować to ustawienie, musiałoby ono wydać się mu bardzo niebezpiecznym. Z 36 dział, stojących w linii bojowej, 18 z nich potrafiło skoncentrować ogień w jednym i tym samym punkcie. 

Obie armie obserwowały się nawzajem przez kilka godzin. Francuzi czekali na swoją flotyllę, leżącą jeszcze na kotwicy koło El Ramanyah; mogła ona jedynie podczas północnego wiatru pożeglować w górę nurtu; taki wiatr zerwał się dopiero o 8 godzinie. W blasku słońca, odbijającym się na hełmach i pancerzach Mameluków, ta piękna kawaleria wyglądała imponująco. Spora liczba najdzielniejszych Mameluków, zgodnie ze wschodnim zwyczajem, stoczyła pojedynki z nieustraszonymi zdobywcami Alp. Mamelucy pokazywali całą swoją odwagą i zręczność, wzbudzając nasz podziw. Sprawiali wrażenie zrośniętych ze swoimi końmi, które wydawały się posiadać te same cechy, co ich jeźdźcy. Mameluk, puszczając szablę wiszącą luźno na nadgarstku, odpalał swój muszkiet, karabin i 4 pistolety i po oddaniu 6 strzałów, okrążał oddział strzelców przejeżdżając z imponującą zręcznością pomiędzy nim i linią bojową. Nagle zobaczono, że przywódcy arabscy, za którymi podążała ich straż przyboczna, zgromadzili się na niewielkim wzniesieniu w środku linii bojowej; byli to bejowie zgromadzeni na radę wojenną. Chwilę później ta wspaniała kawaleria, prowadzona przez 7 bejów, ruszyła do ataku; wjechali pomiędzy czworoboki generałów Reynier i Dugua, przy którym znajdował się dowódca armii; niewątpliwie Arabowie mieli nadzieję, że czworoboki są od tyłu otwarte. Ogień kartaczy i karabinów otwarty z czoła czworoboku, bezpośrednio po tym z boków i w końcu z tylnych szeregów, zabił i ranił sporą liczbę jeźdźców. Kilku odważnych, którzy zaatakowali czworobok od tyłu, zostało nabitych na bagnety. Gdy Murad-bej zorientował się, że ogień z tyłu jest równie intensywny jak z czoła, szybko wycofał się; nagle znalazł się w pobliżu obu umocnionych wiosek, gdzie ustawiona była rezerwa, której ogień kartaczy dotkliwe odczuł. Teraz skierował swoją kawalerię wyciągiętym galopem na lewo, oddalając się na odległość 2 kilometrów od prawego skrzydła armii francuskiej. Na polu bitwy pozostało 60 martwych Mameluków; stali się oni powitanym z wielką radością łupem francuskich żołnierzy; Mamelucy mają bowiem zwyczaj wyruszając w pole zaszywać całe swoje złoto w pasach. Mieli także wartościowe konie, ubrania i uzbrojenie i żołnierze zrozumieli, że kraj, który ma tak bogatych obrońców, nie może być jednak tak nędzny, jak początkowo sądzono.

Linia francuska pozostała nienaruszona i oczekiwała drugiego ataku. Wreszcie zauważono maszty francuskiej flotylli; była godzina 1 po południu. Kwadrans później na Nilu rozpoczęła się straszliwa kanonada. Kontradmirał, który żeglował na czele, utworzył szyk bojowy i przepłynął obok wiosku Shubrakhit. Znalazł się w ten sposób w środku nieprzyjacielskich jednostek; jedna z jego półgaler uległa przemocy i została zdobyta; również on sam znalazł się w niebezpieczeństwie, jednak umiejętnymi manewrami uratował swoją flotyllę. Gdy tylko Napoleon pojął niebezpieczeństwo, w którym znalazły się jego statki, rozkazał piechocie przejście do ataku. Dywizja lewego skrzydła skierowała się przeciwko wsi Shubrakhit. Baterie tureckie były już zniszczone. 2 tysiące janczarów, którzy spostrzegli grożące im w efekcie manewru armii francuskiej okrążenie, po krótkim oporze rzuciło się do ucieczki. Mameluków ogarnęła panika; nie rozumieli tego, co widzieli; zatrzymali się poza zasięgiem armat francuskich, wycofując się w miarę postępowania linii francuskiej. Ogień strzelców z domostw wioski Shubrakhit oraz zza wału Nilu, a także 8- i 12-funtowych haubic, ustawionych na brzegu rzeki, doprowadził do szybkiej zmiany sytuacji na wodzie. Najsprawniejsi tureccy marynarze spostrzegli niebezpieczeństwo swojej sytuacji; zawrócili i wykorzystując sprzyjający im wiatr oddalili się w górę rzeki; inni próbowali tego samego manewru później, lecz było już za późno; byli zmuszeni podpalić własne statki. O tej porze roku północny wiatr ustawał z reguły pomiędzy 4 i 5 godziną po południu; poza tym, właśnie w okolicy Chabour Nil tworzy zakole; istniała więc możliwość ujęcia reszty flotylli. 5 dywizji armii francuskiej utworzyło kolumny i pomaszerowało w odstępach długości jednej kolumny na przełaj w kierunku 5 różnych punktów. Gdy Murad-bej spostrzegł strach i zniechęcenie swoich ludzi, opuścił armię i pogalopował pospiesznie do Kairu. 

O godzinie 6 po południu armia rozbiła obóz koło Chabour. Załogi odciętych statków tureckich, po zapaleniu swoich jednostek, zbiegły do delty Nilu. Jednak niektóre z nich udało się uratować. Obóz rozbito w sykomorowych zaroślach. W nocy flotylla kontradmirała zakotwiczyła naprzeciw wioski. Straty Francuzów tego dnia wyniosły 300-400 zabitych i rannych; trzy czwarte z nich było marynarzami. Monge, Berthollet i sekretarz Bourienne, którzy znajdowali się na pokładzie flotylli, wykazali w obliczu niebezpieczeństwa zimną krew i pogardę dla śmierci. Mamelucy stracili 300 swoich najodważniejszych jeźdźców, zabitych, rannych i wziętych do niewoli, 400-500 piechurów i marynarzy swojej flotylli, 9 przestarzałych armat tworzących ustawioną koło Shubrakhit baterię oraz całą swoją flotyllę.

Murad-bej stracił nadzieję na ratunek. Pojął nierówność broni, że dla odniesienia zwycięstwa nie wystarczy jedynie odwaga, a piechotą nie była tak godna pogardzenia, jak dotychczas uważał. Tych 10 tysięcy Mameluków nie obawiałoby się jednak w rzeczywistości zaatakować na wolnej przestrzeni 50-tysięcznej armii osmańskiej. W Kairze rozpowszechniali oni tysiące plotek. Wszystko, co widzieli, co słyszeli albo sami przeżyli zburzyło ich dotychczasowe pojęcia tak dalece, że podejrzewali czary. Sułtan francuski był czarnoksiężnikiem, który białym, grubym sznurem związał wszystkich swoich żołnierzy; w zależności w którą stronę pociągnął, maszerowali oni zwartą masą na lewo lub na prawo. Dla zobrazowania szybkości ognia kartaczy i karabinów piechoty nazwali go "Ojcem ognia".

Arabów niepokoił marsz armii francuskiej i uniemożliwiali niewielkim oddziałom oddalanie się od kolumny; utrudniali w ten sposób zdobycie prowiantu. Generałowie Zajączek i Andreossy przekroczyli deltę Nilu i maszerowali na czele swoich brygad na jego prawym brzegu równolegle do reszty armii; nie napotykając ani Arabów ani innych przeciwników zdobyli prowiant w nadmiarze, zaopatrując nim armię główną. W przeciągu kilku dni pozyskali około 100 koni i dzięki temu byli w stanie prowadzić przyzwoite rozpoznanie.

Bitwa pod Shubrakhit przyniosła chwałę armii francuskiej. Miała ona jednakże na polu bitwy 20 tysięcy ludzi i 42 armaty, podczas gdy nieprzyjaciel w rzeczywistości wystawił jedynie 8 tysięcy żołnierzy; ale armia po raz pierwszy stanęła naprzeciw tej wspaniałej i niebezpiecznej kawalerii. 

V.

Wysiłek z 13 lipca zmęczył armię. Oprócz ruchów na polu bitwy, wykonała ona tego dnia 30-kilometrowy marsz. Było bardzo gorąco, marsz po pełnym rozpadlin podłożu był bardzo uciążliwy. Flotylla nie mogła podnieść kotwic przed godziną 9 rano, ponieważ dopiero o tej porze zrywał się północny wiatr; by utrzymać kontakt z prawym brzegiem Nilu i zapewnić sobie wzajemne wsparcie armia musiała dostosować się do flotylii. 14 lipca armia wyruszyła bardzo późno w dalszy marsz i dotarła nocą do Kum-Cherik u ujścia kanału nawadniającego wodami Nilu prowincję Mariut. Żołnierze znaleźli tam obfite ilości arbuzów, nadzwyczaj orzeźwiających owoców; mimo, że zjedli ich w nadmiarze, nie odczuwali żadnych dolegliwości. 15 lipca armia obozowała koło arabskiej wioski Alkam; w tym dniu pokonała ona jedynie 15 kilometrów. 16 lipca, po 20-kilometrowym marszu dotarła do Abu Nokabeh; w tym miejscu pustynia dochodzi aż do brzegów Nilu, 17 lipca biwakowała w cieniu palmowego zagajnika koło Wardan. Tam dotarł z prawego brzegu transport żywności. Armia wykonywała tylko krótkie marsze, wyruszała o godzinie 2 w nocy i już o godzinie 9 rano rozbijała swój biwak. Przyczyną takiego postępowania był niesamowity upał, trudności w zdobyciu prowiantu i krążący w okolicy Arabowie, którzy zmuszali kolumnę do powolnego marszu, tak, by nikt nie pozostał z tyłu. Poza tym musiano czekać na flotyllę, by zaokrętować na jej pokłady chorych i wyczerpanych; w związku z tym zbędnym było pozostawienie wydzielonego oddziału do zbierania maruderów, co osłabiłoby siły armii. Koniecznym było także ciągłe zachowanie gotowości bojowej, bo codziennie otrzymywano nowe wieści o prowadzonych w Kairze przygotowaniach wojennych. Bejowie, janczarzy, Arabowie i milicje opuściły miasto i wyruszyły naprzeciw niewiernym.

Generał Zajączek zajął stanowiska w miejscu, gdzie Nil rozdzielał się na dwa ramiona tworząc deltę; miejsce to nazywano Batn el Bagr (Krowi Brzuch). Tak jak Izraelici na pustyni krzykiem wyrażali swoją tęsknotę za garnkami Egiptu, z których mogli najeść się do syta mięsa, cebuli i wszystkich możliwych jarzyn, tak Francuzi wyrażali swoją tęsknotę za dostatkami Włoch. Od 14 dni stopniowo rosło niezadowolenie. Ten barbarzyński naród, z którym nie można się nawet porozumieć, te chaty biednych fellachów, Nil, mizerna struga brudnej, zamulonej wody, wreszcie ci okropni, dzicy synowie pustyni i ich jeszcze brudniejsze żony - to wszystko w porównaniu z kwiecistymi, urodzajnymi nizinami Lombardii, przyjaznymi i oświeconymi mieszkańcami Venetii. Żołnierze skarżyli się gorzko, że przybyli do kraju, w którym nie można nawet zdobyć chleba i wina. Odpowiadano im, że ten kraj nie jest w żadnym wypadku biedny, wręcz przeciwnie - to najbogatsza kraina na świata; wino i chleb dostaną, gdy tylko dotrą do Kairu; ten kraj był kiedyś spichlerzem Rzymu i jest do dzisiaj spichlerzem Konstantynopola. Ale nic nie potrafiło uspokoić przestraszonej wyobraźni. Gdy Frankowie opowiadali o pięknie i bogactwie Kairu, żołnierze odpowiadali z rozczarowaniem:

-"To samo opowiadaliście nam przed Damanhur. Kair jest być może 2 razy większy, ale to z pewnością też jedynie skupisko chat, w których brakuje wszystkiego, czego potrzeba do znośnego życia".

Napoleon często rozmawiał ze swoimi żołnierzami; mówił do nich:

"-Nil, którego aktualny widok tak mało odpowiada jego sławie, wkrótce zacznie przybierać i wtedy uzasadni wszystko, co o nim opowiadano; niedaleko od biwaków francuskich znajduje się mnóstwo zboża i w przeciągu kilku dni znajdą się też ręczne młyny i piece do pieczenia chleba; ta goła, jednostajna gleba, po której tak źle się maszeruje wkrótce pokryje się roślinnością, która przypomni żyzne brzegi Padu; mają przecież soczewicę, fasolę, kury, gołębie - ich skargi są przesadzone; upał jest wprawdzie niesamowity, ale przecież do zniesienia, gdy tylko dotrą na miejsca odpoczynku; w trakcie kampanii włoskiej maszerowanie w lipcu i sierpniu też było bardzo wyczerpujące".

Te przemówienia skutkowały jednak tylko przejściowo. Generałowie i oficerowie szemrali jeszcze głośniej niż żołnierze. Trudy wojny były dla nich jeszcze bardziej odczuwalne, a przeciwieństwo do wygodnych posiadłości i pałaców włoskich zbyt drastyczne.

 

Armię opanował nieokreślony smutek, któremu nie można było żadnymi środkami zaradzić; wielu żołnierzy rzuciło się w nurty Nilu, by znaleźć w nich szybką śmierć. Każdego dnia, po rozbiciu biwaku, pierwszą potrzebą ludzi była kąpiel w Nilu. Ale gdy tylko wyszli z wody, rozpoczynało się politykowanie i narzekanie na żałosną sytuację.

"-Czego my tu szukamy? Dyrektoriat deportował nas". Często skarżyli się u dowódcy armii, który zawsze biwakował z nimi na brzegu Nilu i znosił te same niewygody, co szeregowy żołnierz; posiłek sztabu generalnego często składał się jedynie z miski soczewicy.

"-Jego chciano się pozbyć - mówili żołnierze - ale dlaczego przyprowadził nas tutaj? Czemu nie dał nam żadnego znaku? Wyrzucilibyśmy jego przeciwników z pałacu, tak jak zmusiliśmy władców Clichy do chodzenia w parze".

Gdy żołnierze zorientowali się, że uczeni zatrzymują się przy wszystkich starożytnych ruinach, by dokonać ich badań, doszli do wniosku, że wyprawę zorganizowano za radą uczonych szukających starożytnych pozostałości. To skierowało złość żołnierzy w kierunku naukowców. Stojący na czele komisji naukowej generał Caffarelli miał drewnianą nogę. Ten dzielny generał nieprzerwanie przemierzał szeregi, rozmawiając z żołnierzami. Nieustannie opowiadał o uroku kraju, o wielkich zdobyczach wyprawy. Żołnierze słuchali go, ale nadal szemrali; w końcu jednak francuska wesołość wzięła górę.

"-Tak, do diabła - powiedział do niego pewnego dnia jeden z grenadierów - pan może się śmiać. Pan pozostawił jedną nogę we Francji".

Ten żart obiegł całą armię i wzbudził wiele śmiechu. Nawiasem mówiąc żaden z żołnierzy nie dopuścił się żadnego przekroczenia w stosunku do członków komisji; w gruncie rzeczy ceniono ich; gdy minęła pierwszy złość żołnierze zaczęli darzyć generała Caffarelli i uczonych wielkim poważaniem. Złą sytuację poprawiła też francuska pracowitość. Miażdżono ziarno, uzyskując w ten sposób coś w rodzaju mąki; inni prażyli ziarna w ogniu i gotowali następnie w wodzie; w ten sposób uzyskiwano zdrowe i całkowicie wystarczające pożywienie. 

19 lipca armia dotarła do Omm Dinar, miejscowości leżącej na końcu delty Nilu; stąd do Kairu było już tylko 12 kilometrów. Po raz pierwszy ujrzano piramidy. Wszystkie lunety skierowano w kierunku tych najstarszych i największych pomników, jakie kiedykolwiek stworzyła ludzka ręka. Trzy piramidy wznosiły się na horyzoncie. Przypominały trzy ogromne skały; ale po dokładniejszej obserwacji regularność ich linii zdradzała działanie ludzkiej ręki. Zauważono również meczet Mokattan. U jego stóp leżał Kair. 20 lipca armia odpoczywała i otrzymała rozkaz przygotowania się do bitwy.

Nieprzyjaciel zajął pozycje na lewym brzegu Nilu, naprzeciw Kairu, pomiędzy Embabeh i piramidami. Dysponował on dużą liczbą piechoty, kawalerii i artylerii. Liczna flotylla, mająca w swoim składzie nawet jedną fregatę, osłaniała jego obóz. Flotylla francuska pozostała w tyle; była zresztą liczebnie wyraźnie słabsza od mameluckiej. Ponieważ stan wody w Nilu był bardzo niski, armia francuska musiałaby i tak zrezygnować z jej wsparcia. Mamelucy, agowie, marynarze byli dumni ze swojej liczebności i korzystnej pozycji. Podbudowani spojrzeniami swoich ojców, matek, żon i dzieci żołnierze przeciwnika byli pełni zapału i pewni zwycięstwa. Mówili: "-U podnóża zbudowanych przez naszych przodków piramid znajdą Francuzi swój grób i wypełni się ich los." 

VI.

21 lipca o godzinie 2 nad ranem armia wyruszyła. O świcie napotkano awangardę Mameluków, która jednak wycofała się po odczuciu skutków kilka armatnich strzałów. O godzinie 8 rano, na widok 400 minaretów Kairu, w szeregach rozległy się wielotysięczne okrzyki radości. W końcu żołnierze zobaczyli dowód, że Kair był rzeczywiście wielkim miastem, nieporównywalnym z tym, co widzieli od czasu lądowania. O 9 godzinie dostrzeżono linię bojową nieprzyjacielskiej armii. Prawe skrzydło, złożone z 20 tysięcy janczarów, Arabów i milicji Kairu stało w obwarowanym obozie przed wsią Embabeh na lewym brzegu Nilu naprzeciw Bulak. Obóz ten umocniony był 40-toma armatami. Centrum i lewe skrzydło tworzył korpus kawalerii, złożony z 12 tysięcy Mameluków, agów, bejów i innych egipskich dostojników. Każdy z nich dosiadał wybornego konia i posiadał do swojej dyspozycji 3-4 pieszych służących. W ten sposób stało w szyku bojowym 50 tysięcy ludzi. Skrajne lewe skrzydło tworzyło 8 tysięcy konnych Beduinów; ich punktem oparcia były piramidy. Cała linia bojowa rozciągnięta była na odległość większą niż 13 kilometrów. Ich flotylla, której maszty przypominały las, ledwo znalazła miejsce na Nilu od Embabeh do Bulak i starego Kairu. W jej skład wchodziło 300 jednostek pod żaglami. Prawy brzeg zajęty był przez wszystkich mieszkańców Kairu; mężczyźni, kobiety i dzieci wybiegli, by zobaczyć bitwę, od której zależny był ich los. Przykładali do niej wielkie znaczenie, byli bowiem zdania, że pokonani, staną się niewolnikami niewiernych. 

Armia francuska ustawiła się w tym samym szyku, który okazał się tak korzystny w bitwie pod Shubrakhit; tym razem jednak stała ona równolegle do opanowanego przez nieprzyjaciela Nilu. Oficerowie sztabu głównego przeprowadzili rekonesans obwarowanego obozu. Umocnienia składały się ze zwyczajnych rowów, które wprawdzie mogły stanowić przeszkodę dla kawalerii, ale nie mogły zatrzymać piechoty. Prace nad nimi rozpoczęto zaledwie przed dwoma dniami i wszystko było jeszcze niedokończone. Armaty były z żelaza, ustawione na okrętowych lawetach i nie mogły być przemieszczane. Piechota sprawiała wrażenie niezdolnej do podjęcia walki w otwartym polu. Zamierzała ona walczyć pod osłoną swoich umocnień. Nie była zbyt niebezpieczna, podobnie jak Arabowie, którzy w bitwie nie mogli być traktowani jak poważni przeciwnicy. Jedynie kawaleria Mameluków budziła obawę, ale również ona nie była zdolna do oporu.

Desaix na czele swojej dywizji dokonał zwrotu w prawo w odległości 2 strzałów armatnich od obwarowanego obozu, któremu odsłonił swoje lewe skrzydło i rzucił się na centrum Mameluków. Reynier, Dugua, Vial i Bon podążyli za nim w równych odstępach. Naprzeciw nieprzyjacielskich pozycji znajdowała się wioska, gdzie zamierzano dokonać wyłomu; służyła ona jako punkt orientacyjny.

Już pół godziny armia francuska posuwała się w najgłębszym milczeniu naprzód, gdy głównodowodzący nieprzyjaciela, Murad-bej, mimo że nie miał on pojęcia o europejskich manewrach bitewnych, odgadł zamiary francuskiego dowódcy. Natura obdarzyła go wspaniałym charakterem, wielką odwagą i przenikliwością. Pojął sytuację ze zręcznością godną największych strategów. Poczuł, że przegra, jeżeli pozwoli armii francuskiej na dokończenie jej ruchu i że musi znaczną liczbą kawalerii zaatakować piechotę, jak długo ta znajdowała się w marszu. Jak błyskawica rzucił się na czele 7-8 tysięcy jeźdźców pomiędzy dywizje Desaix i Reynier i okrążył obie. Ruch ten został przeprowadzony z taką szybkością, iż przez moment obawiano się, że generał Desaix nie będzie miał wystarczająco dużo czasu na utworzenie czworoboku; jego artyleria właśnie pokonywała przeszkody terenowe w pobliżu palmowego zagajnika. Ale pierwsi Mamelucy, którzy dotarli do francuskich szeregów, nie byli zbyt liczni. Jedna salwa zrzuciła połowę z nich z siodeł. Generał Desaix miał teraz czas na utworzenie czworoboku. Ze wszystkich 4 stron Francuzi otworzyli ogień karabinowy. Również generał Reynier zajął pozycje obronne i rozpoczął ogień ze wszystkich stron czworoboku. Dywizja Dugua, przy której znajdował się głównodowodzący, zmieniła kierunek i pomaszerowała pomiędzy Nilem i dywizją generała Desaix; w ten sposób odcięła nieprzyjaciela od obozu w Embabeh i Nilu. Wkrótce była w stanie rozpocząć ostrzał Mameluków od tyłu. Około 50 najdzielniejszych, bejów, Mameluków poległo przed czworobokami. Pole bitwy pokryte było poległymi i rannymi. Przez pół godziny nieprzyjaciel miotał się w armatnim ogniu. Przez pół godziny z uporem próbował tu i tam przedrzeć się przez ogień kartaczy, kurz i dym armatni. Gdy Mamelucy w końcu spostrzegli, że ich próby są daremne, odjechali poza zasięg strzałów francuskich. Murad-bej na czele 3 tysięcy ludzi wycofał się do Gizeh, na drodze w kierunku Górnego Egiptu. Reszta, znajdująca się za plecami francuskich czworoboków, podjęła próbę przedarcia się do obwarowanego obozu. W tym samym momencie została ona zaatakowała przez francuską dywizję. Generał Rampon zajął na czele dwóch batalionów jeden z rowów i nasyp, przecinając w ten sposób połączenie Embabeh z Gizeh. Znajdująca się w obozie kawaleria została odparta przez generała Bon i próbowała ujść w kierunku Gizeh; została jednak zatrzymana przez generała Rampon i spieszącą mu na pomoc dywizję generała Dugua. Kawaleria egipska zawahała się, skierowała się kilkakrotnie raz w jedną, raz w drugą stronę, kierując się w końcu, ulegając naturalnemu uczuciu w stronę, gdzie napotkała najmniejszy opór; rzuciła się do Nilu, którego nurt pochłonął kilka tysięcy jeźdźców. Żaden z nich nie osiągnął przeciwnego brzegu. Umocniony obóz nie stawił najmniejszego oporu. Gdy piechota spostrzegła rozbicie swojej kawalerii, zrezygnowała z dalszej walki, szukając częściowo ratunku w osiągnięciu drugiego brzegu rzeki wpław lub łodziami. Większość jednak zbiegła lewym brzegiem w dół Nilu, uchodząc pod osłoną ciemności na otwartą przestrzeń.

W ręce Francuzów wpadły armaty, wielbłądy i cały bagaż.



Murad-bej podjął jeszcze kilka prób ataku, by przywrócić łączność ze swoim obozem i umożliwić odwrót jego załodze. Wszystkie te ataki zakończyły się niepowodzeniem. W przeciągu nocy podpaleniem swojej floty dał sygnał do ostatecznego odwrotu. W mgnieniu oka cały Nil pokrył się ogniem. Na statkach znajdowały się skarby Egiptu, które ku wielkiemu żalowi armii uległy zniszczeniu. Z 12 tysięcy Mameluków jedynie 3 tysiące wycofały się z Murad-bejem do Górnego Egiptu. 1200, którzy pozostali pod dowództwem Ibrahima-beja do obrony Kairu, zbiegło później do Syrii. 7 tysięcy Mameluków poległo w bitwie pod Piramidami; po tej klęsce nigdy już ten dzielny korpus nie powrócił do swojej wielkości. W przeciągu kilku dni ciała Mameluków niesione wodami Nilu zaniosły wieść o francuskim zwycięstwie do Damietty, Rosetty i wszystkich miejscowości Dolnego Egiptu.

W momencie rozpoczęcia bitwy Napoleon, wskazując piramidy, zawołał do swoich żołnierzy:

-"Żołnierze! Czterdzieści wieków patrzy na was!"

Gdy Arabowie zobaczyli, że bitwa jest przegrana, zgodnie ze swoim zwyczajem oddalili się i rozpierzchli na pustyni.

Zwycięstwo byłoby jeszcze znaczniejsze, gdy flota francuska dotarła na czas. Wzięłaby jeńców, uratowała bagaże. Przez cały dzień docierały do niej huk armat. Ale północny wiatr tłumił odgłosy bitwy, gdy zaś pod wieczór wiatr uspokoił się, a odgłosy armat wzmocnił się i ogień zdawał się zbliżać, załogi okrętów nabrały przekonania, że bitwa jest przegrana; dopiero duża ilość tureckich ciał, niesionych wodami Nilu, wyprowadziła je z błędu. 

Kwatera główna dotarła o godzinie 9 wieczorem do Gizeh. W pięknej posiadłości wiejskiej Murada-beja nie pozostał żaden niewolnik. Wyposażenie wnętrz tej rezydencji w niczym nie przypominało europejskich pałaców, a mimo to francuscy oficerowie zobaczyli wygodnie urządzony dom, najpiękniejsze dywany z lyońskiego jedwabiu zdobione złotymi frędzlami i mimo wszystko, ślady europejskiego luksusu i dobrego smaku. Ogród pełny był najpiękniejszych drzew, nie nadawał się jednak na żadne spacery. Cennym znaleziskiem była wielka altana porośnięta całkowicie wyśmienitymi winogronami. Wieść o tym rozeszła się po obozie; już wkrótce rozpoczęło się winobranie.

Dywizje, które zajęły obóz w Embabeh opływały w dostatki; w obozie znaleziono bagaże bejów, między innymi wielkie zapasy zaprawionych owoców i słodyczy. Pełno tam było dywanów, porcelany i srebra.



Przez całą noc przez płomienie płonących 300-stu egipskich statków widziano smukłe minarety Kairu. Blask ognia odbijał się od ścian piramid. Podczas dni po bitwie żołnierze wyławiali ciała z Nilu; wielu z Mameluków miało przy sobie 200-300 sztuk złota.

Straty armii francuskiej wyniosły 300 zabitych i rannych. 10 tysięcy Mameluków, Arabów, janczarów itd. poległo, zostało rannych, utopiło się lub zostało wziętych do niewoli. 

VII.

O świcie dywizja generała Vial przeprawiła się na wyspę Ruda; brzeg Nilu obsadzony został jednym batalionem, a strzelcy przekroczyli kanał i zajęli wiejską posiadłość Ibrahima-beja. Wiał silny północny wiatr, a flotylla mimo tego nie przybyła. W końcu kontradmirał Perree zameldował, że nie należy liczyć na jego przybycie; jego okręty utknęły na mieliznach; dalsza żegluga możliwa była dopiero po podniesieniu się poziomu wody w Nilu o jedną stopę. To było bardzo irytujące wydarzenie. W Kairze panowało wielkie poruszenie. Część mieszkańców splądrowała domy bejów, które my widzieliśmy już jako naszą posiadłość; inni byli żywo zagrzewani przez Ibrahima-beja, który próbował dodać ludziom otuchy do obrony miasta. Ale milicja miejska została, podobnie jak Mamelucy, rozbita w bitwie pod Piramidami; wzięli w niej udział wszyscy zdolni do do noszenia broni mieszkańcy miasta; ludność była wytrącona z równowagi i zniechęcona. Francuzi sprawiali na nich wrażenie ponadludzi.

Napisany w Aleksandrii list do Paszy został przetłumaczony i rozpowszechniony w mieście. Wysłano też kuriera do ulemów i szejków Gama-el-Azhar. Ci zebrali się, przejęli administrację miasta i postanowili, podporządkować się. Ibrahim-bej i Pasza wycofali się do Birket-el-Hagg. Deputacja szejków udała się do Gizeh; na jej czele stał kiaja Paszy; wysłannicy liczyli na łaskawość zwycięzcy. Miasto z największą niecierpliwością czekało na ich powrót. Deputacja chwaliła zgotowane jej przyjęcie i przychylne usposobienie sułtana El Kebira (przydomek nadany generałowi Bonaparte przez Arabów - przyp. tłum.)

Generał Dupuy, mianowany komendantem Kairu, wkroczył do miasta, zajął cytadelę oraz najważniejsze punkty. Kazał on wywiesić odezwę głównodowodzącego:

"Mieszkańcy Kairu!

Jestem z Waszego zachowania zadowolony ... Przybyłem, by zniszczyć kastę Mameluków, by chronić tubylczych handlarzy i rzemieślników. Kto ma obawy, niech się uspokoi; kto uciekł, niech powróci. Dzisiejsza modlitwa niech przebiegnie zgodnie z przyjętym obyczajem... Nie obawiajcie się o Wasze rodziny, Wasze domy, Waszą własność, a w szczególności o Waszą religię Proroka, którą kocham... Wkrótce utworzony zostanie 7-osobowy Dywan, który zbierze się w meczecie El Azhar". 

23 i 24 lipca wszyscy dystyngowani mieszkańcy Kairu przeprawili się przez Nil i udali do Gizeh, by zobaczyć sułtana El Kebira i złożyć mu swój hołd. Napoleon nie pominął niczego, by ich uspokoić, wzbudzić zaufanie i pozyskać ich przychylność. Miał przy tym znaczne poparcie obywatela Venture, który spędził 40 lat w Konstantynopolu i różnych krajach muzułmańskich. Był najznakomitszym europejskim orientalistą; mówił biegle, wykwintnie i dobitnie.

25 lipca głównodowodzący wkroczył do Kairu; zatrzymał się w domu Elfi-beja stojącym przy położonym na skraju miasta placu Esbekije. Przy domu był piękny ogród i miał dogodne połączenie z Bulak i Starym Kairem. Kwatera główna wyposażona została w łóżka, stoły, krzesła i inne niezbędne dla Europejczyków meble, które pochodziły z domów mieszkających w Kairze Francuzów, Wenecjan i Anglików. Później architekt Le Pere wybudował schody i uzupełnił całe wyposażenie domu odpowiednio do francuskich potrzeb i obyczajów.

Kobiety Mameluków były pełne trwogi. Głównodowodzący natychmiast postarał się rozwiać ich obawy. Do tego celu użył on wpływu najdostojniejszej żony Murada-beja. Należała ona wcześniej do haremu Ali-beja i była w całym mieście bardzo poważana. Napoleon posłał do niej swojego pasierba, podporucznika Beauharnais, by przekazać wyrazy uszanowania i potwierdzić posiadane przez nią wioski. Była ona niesamowicie bogata, żyła w wielkim stylu, a harem, na którego czele stała, składał się z około 50 kobiet wszystkich kolorów skóry i pochodzących z różnych krajów. Urzędnicy pałacowi mieli wielkie problemy z utrzymaniem tych kobiet w ryzach; wszystkie te niewolnice chciały zobaczyć tego młodego, przystojnego Francuza. Sitti Nefise przyjęła wysłannika sułtana El Kebira z wdziękiem i godnością. Kazała wprowadzić go do haremu, przyjaźnie zaprosiła na obfite śniadanie i podarowała mu pierścień dużej wartości. Ponieważ skarby Mameluków znajdowały się w rękach ich kobiet, koniecznym było, zgodnie z miejscowym zwyczajem, zezwolenie na wykupienie przez kobiety od zdobywców skarbów ich mężów, po dokonaniu rzetelnego oszacowania ich stanu posiadania. Nie było innej możliwości, kasa wojenna miała duże trudności w zaspokojeniu potrzeb żołnierzy. 

Wkrótce mieszkańcy nie mieli już żadnych obaw nie tylko o swoje osoby i dobytek, ale również o tak ważną dla nich religię. Imanowie jak dawniej czytali Koran w meczetach; głosy muezinów rozbrzmiewały w nocy co godzinę z minaretów. Ulemowie i znaczniejsi szejkowie darzeni byli przez Napoleona szczególną uwagą i obsypywani pochlebstwami. Potwierdził on ich wszystkie posiadłości, wszystkie ich przywileje i otoczył jeszcze wyraźniejszymi niż dotychczas odznakami poważania. Tworzyli Dywan, który Napoleon używał do administrowania kraju.

Mimo wydanego rozkazu o oddaniu broni, w haremach były jeszcze duże ilości karabinów. Pasza albo bej, nie namyślając się zbytnio, kazał tubylca, który mu się nie podobał, aresztować, torturować albo nawet ściąć mu głowę; ale nigdy nie naruszał on spokoju wnętrza haremu. Mameluk jest niewolnikiem swojego pana wszędzie, ale nie w swoim własnym domu; tam jest on nienaruszalny. Ten zwyczaj był przez Francuzów honorowany, dzięki czemu obdarowano ich zaufaniem. Murad-bej był bardzo wdzięczny za względy, z jakimi potraktowano jego żonę; dał już poznać swoje przyjazne zamiary.

Wieść o bitwie pod Piramidami rozpowszechniała się lotem błyskawicy po pustyniach i całym Dolnym Egipcie. Pismo okólne ulemów Kairu i dostojników religijnych odczytano i rozwieszono we wszystkich meczetach. Dzięki temu nawiązano też kontakt z garnizonami Aleksandrii i Rosetty. Kwatera główna otrzymała wiadmości od generała Klebera z Aleksandrii, od generała Menou z Rosetty i od dowodzącego flotą admirała Brueys. Ten przebywał nadal, ku ogromnemu zdziwieniu i niezadowoleniu głównodowodzącego, na redzie Abukiru. 

VIII.

Od 10 dni armia przebywała w Kairze, nie ruszając się z miejsca. Murad-bej zbierał w Górnym Egipcie niedobitki swojej armii. Cały Dolny Egipt był pod wpływem przebywającego w Belbes Ibrahim-beja; panował on nad Karkieh, Keljub, Damiettą i częścią delty Nilu. Z każdym dniem wzmacniał swoje siły nowymi poborami. By opanować ostatecznie Dolny Egipt niezmiernie ważnym było wypędzenie Ibrahima za granicę pustyni. Ale żołnierze z trudem przyzwyczajali się do tego kraju, mimo, że ich sytuacja uległa znacznej poprawie.

2 sierpnia generał Leclerc pomaszerował do El Chankah, by podjąć obserwację Ibrahima z najbliższej odległości. El Chankah jest oddalone o 27 kilometrów od Kairu. Leclerc miał rozkaz przygotowania uwięzienia Ibrahima. Generał Murat pomaszerował do Keljub, by podporządkować tamtejszą okolicę i zdobyć konie. Generał Reynier rozbił obóz koło El Kobbeh. W nocy 5 sierpnia Ibrahim-bej wyruszył z Belbes i otoczył koło El Chankah awangardę; ale ogień karabinów i kartaczy trzymał go w bezpiecznym odstępie. Gdy tylko żołnierze Murata i Reyniera usłyszeli armatnie strzały, bez zwłoki wyruszyli w kierunku El Chankah. Przybyli tam w porę, by przygarnąć awangardę, która właśnie rozpoczęła swój odwrót. Następnie obaj generałowie zaatakowali Ibrahima-beja i odrzucili go z powrotem do Belbes.

Napoleon przekazał dowództwo w Kairze generałowi Desaix. Zobowiązał go do przyspieszenia przygotowań do wyruszenia do Górnego Egiptu, a sam natychmiast wyruszył na czele armii. Gdy ta dowiedziała się, że ma opuścić Kair, w jej szeregach rozległy się pomruki niezadowolenia. Doprowadziło ono nawet do protestów i spisków, czego dotychczas w armii nie znano. Pułki wysyłały nawzajem do siebie delegacje. Kilku generałów porozumiało się między sobą. Stwierdzali, że niebywałym jest, by kazać maszerować francuskim żołnierzom w nieludzkim upale, w prażącym słońcu, przez pozbawione wody i cienia pustynie. Mimo tego o świcie 7 sierpnia dywizje stanęły pod bronią. Jako pierwsza miała wymaszerować 9.półbrygada liniowa; w jej szeregach panował najgorszy nastrój. Głównodowodzący stanął przed jej frontem, wyraził swoje niezadowolenie i rozkazał pułkownikowi dokonać zwrotu w prawo i pomaszerować z powrotem do miasta. Równocześnie zawołał :

-"Ja was nie potrzebuję, żołnierze 9.półbrygady!"

Następnie polecił 32.półbrygadzie dokonanie zwrotu i pomaszerowania na czoło kolumny. To wystąpienie wystarczyło do zlikwidowania spisku: 9.półbrygada dopiero po długich prośbach otrzymała zezwolenie na wzięcie udziału w ekspedycji. Maszerowała jako ostatnia. 

7 sierpnia armia nocowała koło El Chankah, następnego dnia w okolicach Belbes. Maszerowała skrajem pustyni, mając jednak na lewo od siebie zagospodarowane ziemie, dużą ilość wiosek i niemalże nieprzerwany palmowy las. Belbes jest dużym ośrodkiem handlu z kilkoma tysiącami mieszkańców, głównym miastem regionu. Ibrahim-bej wyruszył stamtąd już 12 godzin wcześniej i wycofał się do Salahieh.

9 sierpnia armia biwakowała w lesie palmowym koło Korajim.

Przed kilkoma dniami do granicy Egiptu dotarła karawana do Mekki. Emir Aga udał się ze swoją świtą do Ibrahima-beja. Arabskie plemiona Hawitat i Bili wierzyły, że mogą wykorzystać tę okazję i bez narażenia się na niebezpieczeństwo obrabować karawanę. Przywłaszczyli sobie cały towar. Jeden z najważniejszych handlarzy karawany, El Maruki rzucił się wraz z dwoma swoimi żonami pod nogi głównodowodzącego, błagając o jej osłonę. Skradziono mu 2 z jego niewolnic i towary wartości 300 tysięcy franków. Ta nieszczęśliwa rodzina została przyjaźnie przyjęta; wzruszyła ją taktowna uprzejmość Francuzów. O ile można było sądzić na podstawie ich dobrych manier, ich pięknych dłoni, wdzięcznego poruszania się, aksamitnego brzmienia ich głosów i ich wielkich czarnych oczu, kobiety musiały być bardzo piękne. Z wielką pilnością przeprowadzono dochodzenie, które doprowadziło do odnalezienia wszystkich towarów. Karawanę na nowo zorganizowano i pod osłoną wysłano z powrotem do Kairu; miasto, a w szczególności jej handlarze byli za ten czyn bardzo wdzięczni. 

10 sierpnia o godzinie 2 po południu awangarda wkroczyła do palmowego lasu koło Salahieh; kawaleria w sile 350 ludzi dotarła aż do meczetu. Tam znajdował się Ibrahim-bej ze swoim orszakiem. Otrzymał on wiadomość o zbliżaniu się Francuzów i pospiesznie ładował swoje kobiety i kosztowności na wielbłądy. Miał przy sobie 1200 Mameluków i 500 Arabów. Francuska piechota była jeszcze oddalona o 2 godziny drogi; do kawalerii dołączyli oficerowie na koniach i 2 armaty artylerii konnej. Żar lał się z nieba; piechota ledwo mogła się posuwać naprzód po miękkim piasku. Mimo tego obie armaty już po krótkim czasie otworzyły ogień, a francuska kawaleria przeprowadziła kilka szarż. Zdobyto 2 wielbłądy, niosące 2 lekkie działa polowe i 150 innych wielbłądów, załadowanych rzeczami o niewielkiej wartości; Ibrahim-bej pozostawił je, by przyspieszyć swój marsz. Pułkownik Lasalle był zrozpaczony, że uciekają mu tak piękne łupy; przeprowadził nowy atak podczas którego stracił 30 poległych i rannych, nie mógł jednak niczego zdziałać przeciwko składającej się z 600 Mameluków ariergardy. Ibrahim-bej kontynuował swój odwrót i przepadł na pustyni. Najpierw przebywał przez pewien czas w Katijeh; stamtąd udało mu się dotrzeć do El Arish i Syrii, gdzie został przyjęty przez Djezzar Paszę.

Podczas potyczki pod Salahieh od Ibrahima-beja odłączyło się 500 Arabów; zajęli oni pozycje na jego skrzydle, wysłali delegację do Francuzów i poprosili o zezwolenie na udział w ataku wspólnie z francuską kawalerią. Mimo tego powstrzymywali się od walki ze straszliwymi Mamelukami; jeden z nich wystarczał, by zmusić do ucieczki 20 Arabów. Podczas tej kawaleryjskiej potyczki wyróżnili się szczególnie adiutanci Sułkowski, Duroc, Beauharnais i pułkownik Detres, który został ciężko ranny. 

Salahieh oddalone jest 140 kilometrów od Kairu i 300 kilometrów od Gazy; jest to ostatnia miejscowość do której współcześnie docierają wody wylewającego Nilu. Za palmami Salahieh rozpoczyna się bezwodna pustynia, dzieląca Afrykę od Azji. Koniecznie należało urządzić tam fort, po pierwsze dla obserwacji pustyni, po drugie, jako depot armii, która w tej okolicy musiała operować lub maszerować w kierunku Syrii. Generał Caffarelli du Falga wydał stosowne rozporządzenia.

12 sierpnia dywizja Dugua pomaszerowała do Damietty, którą zajęła bez oporu. Damietta była wówczas pierwszym po Kairze miastem Dolnego Egiptu, miejscem składowania towarów i znaczącego handlu. Dochody z cła w Damietta były równie wysokie, jak w Aleksandrii. Generał Dugua znalazł tam znaczny spichlerz z ryżem, należący do bejów. Przy śluzie na Nilu ustawił on do jej obrony baterię, zajął jezioro Menzaleh i cytadelę w Tideh.

W Salahieh pozostawiono grupę oficerów inżynierii wraz z awangardą złożoną z 3 batalionów piechoty, szwadronem kawalerii i baterią artylerii. Reszta armii pomaszerowała z powrotem do Kairu. 12 sierpnia w nocy przybysze z Damietty przynieśli niesprawdzone wieści o wielkiej bitwie morskiej, która miała miejsce koło Aleksandrii; Francuzi mieli zwyciężyć, a wielka ilość okrętów miała zostać spalona. Nie zwrócono na te opowiadania żadnej uwagi.

Mieszkańcy Kairu wykazywali prawdziwą radość z powrotu armii. Ulemowie z Gama-el-Azhar przedstawili głównodowodzącemu podczas porannej audiencji najznamienitszych kupców. Podziękowali oni za udzielenie ochrony karawanie do Mekki i wyrazili życzenie, by wkrótce zajęty został Górny Egipt, co ich zdaniem było niezbędne dla zaopatrzenia i ogólnego dobrobytu Kairu. 

IX.

W połowie drogi pomiędzy Korajim i Belbes przybywający z Aleksandrii kurier przekazał generałowi Berthier wiadomości z Francji, przywiezione przez awizo, które szczęśliwe dotarło do portu. List ministra wojny informował o uchwale z 22 floreala i polecał poinformować o tym w rozkazie dziennym: Dyrektoriat i Ciało Prawodawcze uznało część wyborów przeprowadzonych przez Komisje Wyborcze za nieważne; był to zamach na suwerenność narodu, co zrobiło na armii najgorsze wrażenie.

-"W Paryżu - mówiono - jest grono adwokatów, którzy nieprzerwanie mówią o zasadach, ale w rzeczywistości zainteresowani są jedynie sprawowaniem władzy".

Ten sam kurier przywiózł wiadomość, która dla armii była dużo ważniejsza: Kleber informował o zniszczeniu floty. To nieszczęście wydarzyło się 1 sierpnia koło Abukiru. Kurier potrzebował 12 dni na podróż, gdyż musiał maszerować pod ochroną piechoty.

-"Gdy przybyłem pod Aleksandrię - mówił Napoleon - marzyłem, by moja flota przez 5 dni pozostała nienaruszona; to szczęście trwało 30 dni, ale admirał nie chciał wprowadzić swoich okrętów do bezpiecznego portu, pomimo, że potrzebowałby na to jedynie 6 dni. Los miał do naszej floty nieprzejednaną urazę. To ważne wydarzenie będzie miało konsekwencje, które odczuwalne będą nie tutaj, lecz gdzieś daleko".

Katastrofa floty podziałała na Francuzów jak uderzenie pałki.

-"Jesteśmy teraz - wołano - zupełnie sami w barbarzyńskim kraju, bez żadnej łączności, bez żadnej nadziei na powrót do domu".

Ale głównodowodzący dodawał oficerom i żołnierzom otuchy mówiąc:

"-No to jesteśmy zmuszeni do dokonania wielkich czynów - i my ich dokonamy; założymy wielkie państwo - i my to potrafimy. Morza, na których nie panujemy, dzielą nas od ojczyzny; ale żadne morze nie oddziela nas od Afryki i Azji. Jesteśmy liczni; nie będzie problemów z uzupełnienem naszych szeregów; posiadamy mnóstwo amunicji, której też nam nie zabraknie; ale w razie konieczności Champy i Conte wyprodukują nową" (Jacques-Pierre Champy - chemik, Nicolas-Jacques Conte - uczony i wynalazca, uczestnicy wyprawy do Egiptu - przyp.tłum.).

Takie słowa zeelektryzowały serca. Nie narzekano już więcej. Poważnie zaczęto zastanawiać o osiedleniu. Największą przeszkodą był brak gotówki i trudności z jej zdobyciem.

Prowincje Dolnego Egiptu zostały podporządkowane francuskiej administracji. Główne depot armii założono w Kairze. Ściągnięto podatki, które zostały bez przymusu zapłacone. W stoczniach Kairu zbudowano 3 szalupy armatnie, które miały zanurzenie na 2 stopy; każdą z nich wyposażono w jedną 24-funtową i jedną 4-funtową armatę. Jedną z nich spuszczono na jezioro Burlos, pozostałe dwie na jezioro Menzaleh. Każda z nich była w stanie wziąć na pokład 200 ludzi; do każdej szalupy należy 4 płaskie łodzie, zanurzone w wodzie na zaledwie jedną stopę i wyposażone w 3-funtową armatę. W ten sposób panowaliśmy całkowicie nad jeziorami.

Oficerowie inżynierii pilnie pracowali nad odbudowaniem kanału koło Aleksandrii. Wypełniony wodami Nilu kanał zapewnił twierdzy zaopatrzenie w wodę; napełniono nią 300 cystern, a ponieważ kanał przez 6 tygodni nadawał się do żeglugi można było napełnić spichrze pszenicą, ryżem i innymi niezbędnymi dla tak ważnego miejsca zapasami. Oficerowie, którym powierzono pieczę nad prowincjami, z wielką pilnością tłumili wszelkie niepokoje wśród Arabów. To było przyczyną wielu potyczek, które wprawdzie same w sobie były bez znaczenia, ale przekonały przeciwnika o wyższości francuskiej armii. 

28 sierpnia Desaix na czele 4-5 tysięcy żołnierzy wszystkich gatunków broni, wśród nich 500 jeźdźców na wyśmienitych koniach, wreszcie wyruszył do Górnego Egiptu; towarzysząca flotylla zapewniała mu panowanie na Nilu i kanałach. Murad-bej opuścił prowincje Gizeh i Beni i w przeciągu niewielu dni trójkolorowa flaga powiewała na obu brzegach Nilu aż na odległość 180 kilometrów od Kairu.

Arsenał, warsztaty broni i magazyn artylerii przeniesione zostały w całości do Gizeh; istniejące grube kamienne mury wzmocniono szańcami, fleszami i bateriami artylerii. Cytadelę w Kairze przywrócono do stanu wzbudzającego szacunek. Połączenia z Aleksandrią, Rosettą i Damiettą były zabezpieczone. Stojąca na prawym brzegu Nilu i stanowiąca przyczółek dla wyspy Ruda wiejska posiadłość Ibrahima-beja przekształcona została w wielki szpital, który mógł przyjąć 600 chorych. Dwa inne domy, największe w Kairze, przeznaczono do tego samego celu. W przeciągu sierpnia i września zorganizowano z zaskakującą prędkością wszystkie gałęzie administracji. Instytut umieścił swoją bibliotekę, drukarnię, gabinety mechaniczny i fizyczny w najpiękniejszych pałacach miasta.  

X.

W 1798 roku, 1 lipca o godzinie 10 rano francuska flota stanęła przed Aleksandrią. Tego samego dnia wysadzono armię na ląd; w następnych dniach opanowała ona Aleksandrię. 10 tego miesiąca dotarła do El Ramanyah nad Nilem. 13 lipca odbyła się bitwa, 21 - druga. 23 tego miesiąca armia wkroczyła do Kairu. Mamelucy zostali zniszczeni. Cały Dolny Egipt i stolicę podbito w 25 dni.

5 czerwca 1250 roku przed Damiettą stanął Ludwik Święty. Następnego dnia wylądował on na ziemi egipskiej. Nieprzyjaciel opuścił miasto Damietta, do którego król wkroczył następnego dnia. Od 6 czerwca aż do 6 grudnia, czyli przez 6 miesięcy, nie ruszył się z miasta. Wreszcie zdecydował się na dalszy marsz. 13 grudnia stanął naprzeciw miasta Mansura, na brzegu kanału Al-Bahr as-Saghir. Kanał ten, będący wcześniej jednym z ramion Nilu, jest o tej porze roku szeroki i pełny wody. Ludwik Święty obozował tam przez 2 miesiące. 12 lutego 1251 roku był niski stan wody; król przekroczył kanał i wydał bitwę, 8 miesięcy od swojego wylądowania pod Damiettą. (Napoleon w swoich wspomnieniach pomylił się dokładnie o rok - 6. wyprawa krzyżowa, na której czele stał król Francji, Ludwik IX Święty, miała miejsce w latach 1248-1250; flota krzyżowców dotarła do Damietty 6 czerwca 1249 roku, a bitwa pod al-Mansura miała miejsce 8-9 lutego 1250 roku - przyp.tłum.).

Gdyby Francuzi w czerwcu 1250 roku manewrowali tak, jak to uczynili później w 1798 roku, dotarliby do Mansury 12 czerwca i zastaliby wysuszony kanał, gdyż właśnie o tej porze roku woda Nilu osiąga swój najniższy stan; do Kairu dotarliby 25 czerwca; główny nurt Nilu jest o tej porze roku głęboki jedynie na 5 stóp; w miesiącu, w którym przybyli, Francuzi zdobyliby Dolny Egipt i stolicę. Gdy pierwszy gołąb pocztowy przyniósł do Kairu wieść o lądowaniu Ludwika Świętego, zapanowała tam ogólna konsternacja; nie widziano żadnej możliwości stawienia oporu. Gdy w meczetach przeczytano tę wiadomość, popłynęły strumienie łez. W każdym momencie spodziewano się wiadomości o dotarciu najeźdźcy do Mansury i pod bramy Kairu. Ale w ciągu następnych 8 miesięcy muzułmanie mieli czas na otrząsnięcie się z zaskoczenia i sprowadzenie pomocy. Z Górnego Egiptu, Arabii i Syrii przybyły wojska. Ludwik Święty został pobity, wzięty do niewoli i wypędzony z Egiptu.

Gdyby Francuzi w 1798 roku zrobili to samo, co Ludwik Święty, spędzili czas od czerwca do grudnia w okolicy Aleksandrii, napotkaliby w styczniu i lutym niepokonywalne przeszkody. Damanhur, El Ramanyah i Rosetta byłyby umocnione, napchane armatami i wojskiem, podobnie jak Kair i Gizeh. 12 tysięcy Mameluków, 15-20 tysięcy konnych Arabów, 40-50 tysięcy janczarów i milicji byłyby zgromadzone w tych umocnionych miejscach. Paszowie Jerozolimy, Akki i Damaszku, a także bej Trypolisu posłaliby wiernym pomoc. Gdyby nawet armia francuska zwyciężyła w bitwach, zdobycie kraju byłoby jednak niemożliwe i armia musiałaby powrócić na okręty. W 1250 roku Egipcjanie byli mniej zdolni do obrony niż w 1798 roku; ale Ludwik Święty tego nie potrafił wykorzystać; spędził 8 miesięcy na modlitwach, zamiast w tym czasie maszerować, walczyć i umocnić się w zajętym kraju. 

 

T. III Roz. V Bitwa pod Abukirem

I. Flota angielska na Morzu Śródziemnym; maj, czerwiec, lipiec 1798. - II. Rozkaz dla floty francuskiej wpłynięcia do Starego Portu w Aleksandrii; niewykonanie rozkazu, mimo posiadanych możliwości. - III. Rzucenie kotwicy przez admirała na redzie Abukiru; niezadowolenie Napoleona. - IV. Bitwa morska (1 sierpnia). - V. Wpływ tej katastrofy na ludność Egiptu. - VI. Wpływ zagłady floty francuskiej na politykę europejską. 

I.

W lutym 1798 roku angielskie ministerium otrzymało wiadomość, że w Breście, Rochefort, Tulonie, Genui, Ferrol i Kadyksie prowadzone są znaczące zbrojenia; że 150 tysięcy ludzi stacjonuje w umocnionych obozach na wybrzeżach Normandii i Flandrii; że Napoleon, jako głównodowodzący Armii Anglii, w towarzystwie kilku znaczących oficerów dawnej marynarki królewskiej, odwiedził porty na wybrzeżu oceanu. Ministerstwo wierzyło, że Francja chce wykorzystać podpisany właśnie pokój z kontynentalnymi mocarstwami dla rozpoczęcia ostatecznej rozgrywki z Anglią; wierzono, iż zjednoczone floty z Kadyksu i Brestu przetransportują dwie armie do Anglii i Irlandii. 12 maja do Anglii dotarła jednak wiadomość o opuszczeniu przez Napoleona 4 maja Tulonu; natychmiast wydano rozkaz admirałowi Roger pożeglowania na czele 10 okrętów liniowych do Kadyksu, by wzmocnić leżącą przed tym portem eskadrę admirała Saint Vincent.

Admirał Roger opuścił 16 maja angielskie wybrzeże i przybył 24 maja pod Kadyks. Lord Saint Vincent niezwłocznie wysłał 10 okrętów liniowych dla wzmocnienia lekkiej eskadry Nelsona, krążącego na czele 3 okrętów po Morzu Śródziemnym. 12 lipca Nelson, na czele 13-tu okrętów i 2 fregat pojawił się przed Tulonem, gdzie dowiedział się, że flota francuska już dawno odpłynęła. Pożeglował najpierw do Talamone na wybrzeżu toskańskim, później do Neapolu, gdzie dotarł 18 czerwca. Lord Saint Vincent pozostał na czele 20 okrętów liniowych przed Kadyksem, licząc się z możliwością pojawienia się w tym rejonie floty francuskiej z zamiarem połączenia się z flotą hiszpańską. Jego rozkaz skierowany do Nelsona mówił, iż ten, nie zważając na neutralność innych mocarstw, o ile będzie zdania, że przyniesie to korzyści, ma zaatakować flotę francuską, niezależnie od tego, czy spotka ją pod Konstantynopolem, na Morzu Czarnym czy w jednym z brazylijskich portów. W tych instrukcjach, które zostały później wydrukowane, nie ma w ogóle mowy o Egipcie.

W Neapolu Nelson dowiedział się, że armia francuska oblega Maltę. Natychmiast podniósł kotwice i udał się do Mesyny, gdzie dowiedział się, że po zajęciu Malty flota francuska odpłynęła i udała się najwidoczniej w kierunku Krety. Nelson przekroczył 22 czerwca Cieśninę Mesyńską i pożeglował w kierunku Aleksandrii, gdzie przybył 28 czerwca, w tym samym momencie, gdy flota francuska rzuciła kotwice koło przylądka Deris, 130 kilometrów dalej na zachód. Ponieważ Nelson nie otrzymał w Aleksandrii żadnych wiadomości, skierował się w kierunku Alexandrette, przeszukał następnie cieśninę Dardanele oraz wejście do Adriatyku i rzucił 18 lipca kotwice na redzie Syrakuz na Sycylii, by uzupełnić zapasy słodkiej wody. Był przekonany, że flota francuska odpłynęła na Atlantyk. Mimo tego pożeglował w kierunku Morea, gdzie dotarł 24 lipca. Zatrzymał tam płynący z Aleksandrii statek grecki od którego dowiedział się, że 3 dni po odpłynięciu floty angielskiej pojawiła się tam flota francuska i wysadziła na ląd silną armię; 2 lipca zajęła ona miasto i pomaszerowała następnie w kierunku Kairu; flota rzuciła swoje kotwice w Starym Porcie. Nelson natychmiast skierował się w kierunku afrykańskiego wybrzeża, które osiągnął 1 sierpnia. 

II.

Admirał Brueys postanowił pozostać na redzie Abukiru, by tam szybciej wyładować bagaże armii; w międzyczasie kapitan Barre przeszukiwał Stary Port. Badania swoje zakończył on 12 lipca, ujmując wyniki swoich badań w następującym raporcie:

"Aleksandria w roku VI

Do generała Bonaparte.

Admirał Brueys zlecił mi wykonanie planu Starego Portu i zmierzenie jego głębokości. Wpłynąłem 19 messidora (7 lipca) do portu i rozpocząłem moją pracę, która trwała do 24 tego miesiąca (12 lipca). Tego dnia złożyłem admirałowi Brueys oraz komendantowi dywizji Dumanoir (od 3 lipca 1798 komendant portu w Aleksandrii - przyp. tłum.) raport o wynikach mojej pracy. Ten zatwierdził zaproponowane przeze mnie środki zaradcze dla zapewnienia wpłynięcia całej floty, przekazując swoją opinię admirałowi, który odpowiedział mi 2 termidora (20 lipca). Załączam odpis odpowiedzi udzielonej na mój raport." 

Raport kapitana Barré dla admirała Brueys.

Aleksandria, 25 messidora VI (13 lipca 1798 roku).

Panie Generale!

3 zwężenia istniejące u wejścia do portu w Aleksandrii można pogłębić przez wysadzenie niektórych skał znajdujących się w środku i po bokach; ponieważ skały te są bardzo zwietrzałe jest to możliwe niewielkim nakładem środków. W głównym wejściu istnieje tylko jedno miejsce, gdzie koniecznym byłoby zastosowania środków wybuchowych. Skała znajduje się w środku toru wodnego, a na prawo i lewo od niej znajduje się głęboki na 30 stóp tor wodny, który jest wystarczająco szeroki dla każdego okrętu wojennego.

Przesmyk Marabut jest 600 metrów szeroki i 1000 metrów długi; jest trudny do przepłynięcia ze względu na nierówności dna i niewielką głębokość, która wynosi zaledwie 20-22 stóp. Najdogodniejszym jest środkowy tor wodny, który jest najgłębszy. Jego szerokość w najwęższym miejscu wynosi 400 metrów i jest na całej długości, wynoszącej 1300 metrów, głęboki na 30-35 stóp, za wyjątkiem wejścia, gdzie głębokość wynosi jedynie 25 stóp oraz w środkowym odcinku, gdzie wynosi ona 28 stóp. Muszę jednak dodać, że wszystkie te mielizny można bokiem opłynąć. W środkowym odcinku w czasie odpływu głębokość toru wynosi jedynie 28 stóp; ale podczas przypływu poziom wody podnosi się o 2,5 stopy, w czasie pełni księżyca, a w szczególności w trakcie najwyższego stanu wód Nilu, nawet o więcej.

W obu wejściach do portu można halsować płynąc prosto w przesmyku Marabut aż na zachód od mielizny, na której utknął "Patriota"; ponieważ później dociera się do głównego toru, wszystkie niebezpieczeństwa ma się za sobą. Jako punkt orientacyjny należy przyjąć fortecę wyraźnie widoczną na szczycie wyspy Pharo; od tego momentu wszystkie niebezpieczeństwa są pokonane, ponieważ sonda wykazuje w tym miejscu głębokość 50-60 stóp.

Po rozpoznaniu wejścia do portu umieściłem na głównych drogach wodnych dobrze zakotwiczone nasmołowane beczki, oznakowane po stronie sterburty czerwonymi, po stronie bakburty żółtymi flagami. Ponieważ z prawej strony głębokość jest większa ważnym jest, że pierwsza u wejścia boja oznakowana jest na czerwono; głębokość wynosi w tym miejscu 30 stóp. Od tego miejsca należy sterować wzdłuż nakreślonej na planie linii i trzymać kurs środkowy pomiędzy bojami; należy przy tym ominąć mielizny znajdujące się na południowy zachód od podwodnych skał.

Statki handlowe, a w konieczności nawet większe korwety i mniejsze fregaty, mogą przepłynąć trzecim przejściem, leżącym na wschód od przylądka porośniętego drzewami figowymi i głębokim na 15-20 stóp.

Port jest w każdym swoim miejscu bezpieczny, o czym można się łatwo przekonać na podstawie dołączonego planu; gdyby go pogłębić, może on przyjąć nawet większe statki; w chwili obecnej wszystkie sondaże wykazały głębokość 45, 50 i 55 stóp.

Wierzę również, że możliwym jest wykonanie połączenia pomiędzy Starym i Nowym Portem, co znacznie ułatwiłoby wpływanie i wypływanie; ale jako, że w tej chwili nie wchodzi to w rachubę, nie ma więc sensu, dłużej się tym zajmować.

Ponadto muszę jeszcze zwrócić uwagę, że byłoby bardzo ważnym przygotowanie żelaznych bakenów, które byłyby zawsze w zasięgu ręki, gdyż zrobione z beczek boje mają tę nieprzyjemną właściwość zrywania się ze swoich kotwic przy wzburzonym morzu.

Panie Generale, mam nadzieję, że wypełniłem Pańskie i głównodowodzącego życzenia; mówiąc w skrócie, jestem zdania, że wszystkie okręty liniowe mogą wpłynąć do portu z zachowaniem znanych Panu lepiej niż mnie zwyczajowych środków bezpieczeństwa."

Barré.  

Nie istniały zatem żadne powody, by admirał Brueys przeciwstawił się wydanemu z całym zdecydowaniem rozkazowi Napoleona i nie wprowadził floty do Starego Portu w Aleksandrii. Postanowił on jednak pozostać ze swoją flotą na redzie Abukiru. By nie zostać pociągniętym do odpowiedzialności - rozkaz Napoleona, o natychmiastowym wpłynięciu do Starego Portu, był zdecydowany i wielokrotnie powtarzany - postanowił on sprawić wrażenie niedowierzania raportowi kapitana Barre i skierował do tegoż następujący list: 

"Admirał Brueys do obywatela Barre, dowódcy "Alceste"

2 Thermidora VI.

Otrzymałem list Obywatela z dnia 30 messidora i muszę wyrazić moje wyrazy uznania za staranność i wysiłek włożony w zbadanie możliwości żeglugi u wejścia do Starego Portu i znalezienia w ten sposób bezpiecznego miejsca dla okrętów floty. Ale wyniki przeprowadzonych przez Obywatela pomiarów nie wydają mi się całkiem wystarczające, gdyż w trakcie żeglugi okręty są zmuszone do przepłynięcia miejsc głębokich zaledwie na 25 stóp, podczas gdy nasze okręty liniowe uzbrojone w 74 armaty mają głębokość zanurzenia przynajmniej na 22 stopy. Byłoby zatem koniecznym odczekanie na szczególnie sprzyjający wiatr i spokojne morze by można było, bez narażenia się na niebezpieczeństwo utraty któregoś z okrętów, wpłynąć do portu, tym bardziej, że wejście do niego jest wąskie, a okręt w przypadku niewielkiej głębokości tylko w ograniczonym stopniu słucha steru.

Być może znajdzie Obywatel w trakcie swoich dalszych badań korzystniejsze miejsce, dlatego zobowiązuję Obywatela do prowadzenia badań tak długo, aż będzie przekonany, że pomiędzy wieżą Marabuta a wschodnim wybrzeżem nie ma korzystniejszego miejsca niż oznakowane już przez Obywatela bojami. Niech Obywatel będzie przekonany, że nie zaniedbam niczego by uznać przy tej okazji dostarczone przez niego nowe dowody sumienności; w powiązaniu z wyśmienitą dotychczasową służbą, może Obywatel być pewny, że otrzyma pochwałę i nagrodę od rządu.

Po zakończeniu pracy koniecznym będzie przedstawienie jej wyników dowódcy armii. Niech Obywatel prześle mu dokładne wyniki sondaży dna i przedstawi swoją opinię na temat, jak przygotowane powinny zostać okręty, by bezpiecznie mogły one wpłynąć do Starego Portu.

Brueys."    

III.

Bitwa pod Piramidami, wkroczenie do Kairu i uzgodnienia z ulemami uspokoiło Dolny Egipt. Zabezpieczono połączenia z Rosettą i Aleksandrią. 30 lipca kwatera główna, po raz pierwszy od wymarszu z Damanhur, czyli po 20 dniach, otrzymała stamtąd wiadomości. Były wśród nich 3 listy od admirała; w pierwszym, z 10 lipca pisał on, że specjalna komisja, powołana dla zbadania raportu kapitana Barre, zajmuje się znalezieniem innego wejścia do portu, które byłoby wygodniejszym dla floty. W swoim drugim liście z 15 lipca admirał donosił o utarczkach jego marynarzy z Arabami, które miały miejsce koło studni w Abukirze; kilku marynarzy zostało w ich trakcie zabitych; połączenie lądowe pomiędzy Aleksandrią i Rosettą zostało przerwane. W trzecim liście, napisanym 20 lipca, Brueys informował o Nelsonie, którego flotę widziały niektóre przybyłe do portu statki greckie. Pisał, że flota angielska wydaje się krążyć pomiędzy Korfu i Sycylią; jest ona słabsza od francuskiej i z tego powodu nie odważa się na zbliżenie. Ale dla własnego bezpieczeństwa admirał polecił jeszcze raz zbadanie dna morskiego w rejonie, gdzie kotwiczyły jego okręty; informował, że zajął niezdobywalną pozycję; jego lewe skrzydło chronione jest przez wyspę Abukir, położoną 1200 metrów przed portem. Wyspę tę admirał kazał obsadzić przez 50 piechurów i dwa 12-funtowe działa polowe, ponieważ uważa, że należy ją bronić przed wylądowaniem tam nieprzyjaciela. Jego dwa najgorsze okręty liniowe, "Guerrier" i "Conquerant" tworzą lewe skrzydło; są one osłonięte przez wyspę i tym samym bezpieczne. W swoim centrum admirał miał okręty "Franklin", "Orient" i "Tonnant", czyli jeden okręt wyposażony w 120 i dwa w 80 armat; żaden okręt mający na pokładzie 74 armaty nie odważy się podjąć walki z tak wielką siłą ogniową; prawe skrzydło jest wprawdzie znacznie oddalone od lądu, ale niemożliwym jest opłynięcie go przez nieprzyjaciela, bez utraty wiatru w żaglach, który o tej porze roku wieje z północnego zachodu; w razie konieczności admirał był zdecydowany wydać rozkaz podniesienia kotwic przez okręty lewego skrzydła i centrum i zaatakowania przeciwnika pod żaglami. 

Głównodowodzący był niesamowicie zdziwiony i bardzo niezadowolony z zarządzeń admirała. Wysłał natychmiast swojego adiutanta, kapitana Julien z rozkazem udania się na pokład "Orientu" i nieopuszczenia go wcześniej aż do przekonania się na własne oczy, że cała flota rzuciła kotwice w Starym Porcie. W liście do admirała napisał, że przez 20 dni miał on czas na przekonanie się, czy możliwym jest wpłynięcie do portu, czy nie. Dlaczego zatem tam nie wpłynął? Albo dlaczego, w innym przypadku nie pożeglował, zgodnie z rozkazem, w kierunku Korfu lub do Tulonu? Dowódca armii powtarza rozkaz, by w żadnym wypadku nie pozostawać na tej niedogodnej pozycji, lecz niezwłocznie podnieść kotwice. Reda Abukiru jest nieosłonięta, prawe skrzydło niezabezpieczone od strony lądu. Przedstawione przez admirała argumenty miałaby jedynie sens w przypadku ataku ze strony równorzędnych sił, ale manewry prowadzone od miesiąca przez angielskiego admirała świadczą wyraźnie, iż oczekuje on przybycia z Kadyksu posiłków. Gdy tylko to wzmocnienie do niego dotrze, zjawi się przed Abukirem na czele 18, 20 a może 25 okrętów. Admirał powinien unikać bitwy morskiej, obdarzając zaufaniem wyłącznie Stary Port w Aleksandrii.

Kapitan Julien został koło Alkam zaatakowany przez gromadę Arabów, statek, którym płynął w dół Nilu, został obrabowany, a ten dzielny oficer zamordowany. Aż do ostatniego oddechu bronił swoich depesz. Dotarłby on na miejsce zresztą dopiero w dzień po katastrofie, której miał zapobiec. 

Wszystkie raporty z Aleksandrii zawierały skargi na flotę; w jej szeregach nie było żadnej dyscypliny; marynarze według własnego uznania schodzili do portu albo na plażę; porty Aleksandrii i Rosetty były przepełnione statkami; na pokładach nie prowadzono już żadnych ćwiczeń; ani jedna lekka eskadra nie była przygotowana do wypłynięcia, nawet żadna z fregat; na horyzoncie codziennie pojawiały się podejrzane statki, nie niepokojone przez okręty francuskie; przy takim pełnieniu służby flota mogła w każdym momencie zostać napadnięta.

Głównodowodzący napisał do admirała wyrażając swoje niezadowolenie z panującego nieporządku. Nie pojmował, dlaczego admirał nie szuka schronienia w Starym Porcie Aleksandrii; wyspa, osłaniająca lewe skrzydło, nie gwarantuje żadnych korzyści, ponieważ znajduje się tam jedynie około 30 lekkich dział, zamiast dwunastu żelaznych 36-funtowych armat, czterech 16- albo 18-funtowych armat z brązu, rusztu na rozpalone kule oraz siedmiu lub ośmiu 12-calowych granatników, które należało tam ustawić; dopiero wtedy lewe skrzydło byłoby naprawdę zabezpieczone. Dowódca armii nie potrafi pojąć, dlaczego admirał pozostawił w porcie w Aleksandrii oba 64-armatnie okręty. Te dwie jednostki były nowe i dobrze wyposażone; ich głębokość zanurzenia była mniejsza niż okrętów, które miały na pokładzie 74-armat; mogłyby one zostać wykorzystane przez admirała z korzyścią na wolnej przestrzeni pomiędzy wyspą i lewym skrzydłem. Oba te statki były lepsze od "Conquerant", starego okrętu, już od dłuższego czasu wycofanego ze służby, uzbrojonego w Tulonie jedynie w 18-funtowe działa. Ponadto całą linię należałoby wzmocnić jedną korwetą i jednym okrętem liniowym; admirał posiada 9 takich, fregaty weneckie są bardzo dobre, większe i szersze niż mające 44 armat francuskie fregaty; posiadały one 24-funtowe działa i miały mniejsze zanurzenie, co wprawdzie podczas żeglugi jest niekorzystne, ale z korzyścią podczas walki w linii na kotwicy. Na koniec, w składzie konwoju znajdowało się również 6 bombard, 10 szalup uzbrojonych w 24-funtowe armaty. Dlaczego nie użyto ich do wzmocnienia prawego skrzydła? W Starym Porcie w Aleksandrii znajdowało się 1500 marynarzy; admirał mógł wzmocnić nimi załogi, dzięki czemu każdy z okrętów miałby pełną obsadę w ilości 100 ludzi.

Wszystkie te rozważania wzbudziły u dowódcy armii ponure i gnębiące myśli. Ale 2 sierpnia wieczorem został on całkowicie uspokojony napisaną 30 lipca depeszą. Admirał informował, że właśnie otrzymał oficjalną wiadomość o bitwie pod Piramidami i zajęciu Kairu; te nowości korzystnie wpłynęły na Arabów i skłoniły do natychmiastowego podporządkowania się. Znalazł też wejście do Starego Portu; w przeciągu kilku dni jego flota będzie w bezpiecznym miejscu; prosił o zezwolenie na niezwłoczne udanie się wówczas do Kairu; przeprowadził też kontrolę baterii ustawionych do obrony Starego Portu i może wyrazić oficerom artylerii i inżynierii wyrazy najwyższego uznania; wszystkie punkty były wyśmienicie obsadzone; gdy tylko flota wpłynie do Starego Portu, będzie można spokojnie spać.  

IV.

1 sierpnia o godzinie 2.30 po południu na horyzoncie Abukiru pojawiła się pod pełnymi żaglami flota angielska. Wiał silny północno-zachodni wiatr. Admirał spożywał właśnie ze swoimi oficerami posiłek. Część załóg i łodzi znajdowało się w miastach Aleksandria, Rosetta lub na plaży Abukiru. Ze statku admiralskiego wydano rozkazy, które następnie przekazane miały być przez komendantów poszczególnych okrętów. Pierwszy rozkaz admirała brzmiał: Przygotować się do boju! Drugi: znajdujące się w Aleksandrii, Rosetta i na plaży łodzie mają natychmiast wracać do swoich okrętów; trzeci: załogi stacjonujących w porcie Aleksandrii statków transportowych mają udać się drogą lądową do okrętów liniowych w celu wzmocnienia ich załóg; czwarty: utrzymać gotowość bojową; piąty: przygotować się do podniesienia kotwicy; szósty, wydany o godzinie 5.10: rozpocząć ogień. 

Flota angielska zbliżała się z dużą szybkością, w jej skład wchodziło 11 okrętów wojennych mających po 74 armaty, jeden z 50 armatami i jednej małej korwety. Była godzina 5 po południu. Wydawało się niemożliwym, by angielski admirał z tak nierówną siłą chciał zaatakowć linię francuską. Ale dwa z jego okrętów były jeszcze poza zasięgiem wzroku, na zachód od Aleksandrii; dotarły one na obszar bitwy dopiero o godzinie 8 wieczorem. Linia floty francuskiej była ustawiona według następującego porządku: lewe skrzydło tworzyły "Guerrier", "Conquerant", "Spartiate" i "Aquilon", każdy z nich wyposażony w 74 armaty; za "Guerrier" leżała "Serieuse", fregata z 36 armatami. Centrum to "Peuple-Souverain" (74 armaty), "Franklin" (80), "Orient" (80), "Tonnant" (80) i fregata "Artemis" (40) ; za okrętem admiralskim leżały 2 małe korwety, "Alerte" i "Castor". Prawe skrzydło składało się z "Heureux" (74), "Timoleon" (74), "Guillaume Tell" (80) - na tym znajdował się admirał Villeneuve, "Mercure" (74), "Genereux" (74); za tym ostatnim stały najlepsze fregaty floty, "Diane" i "Justice", obie uzbrojone w 44 działa.

Flota angielska żeglowała w następującym porządku: "Culloden" na czele; 2. "Goliath"; 3. "Zealous"; 4. "Orion"; 5."Audacious"; 6. "Theseus"; 7. "Vanguard" (okręt admiralski); 8. "Minotaur"; 9. "Bellerophon"; 10. "Defence"; 11. "Majestuos", wszystkie wyposażone w 74 armaty; 12. "Leander" (50) wraz z korwetą "Mutine" (14); 13. "Alexander" i 14. "Swiftsure" były początkowo poza polem widzenia.

We flocie francuskiej panował powszechny pogląd, że bitwa będzie przesunięta na dzień następny, o ile w ciągu nocy nieprzyjaciela nie wzmocnią inne statki; wydawało się niemożliwością, by Nelson odważył się na wydanie bitwy pod pełnymi żaglami. Rozkaz: przygotować się do bitwy! został bardzo źle wykonany. Na "Oriencie" pozostawiono na pokładzie przygotowane dla pasażerów kajuty, "Guerrier" i "Conquerant" odsłoniły tylko jedną burtę, nie przygotowując do walki burty położone od strony lądu. Wydaje się, że admirał Brueys planował podniesienie żagli, ale czekał na powrót przywołanych z Aleksandrii marynarzy, którzy dotarli na okręt dopiero o godzinie 9 wieczorem. W międzyczasie flota nieprzyjacielska zbliżyła się na odległość strzału i ku zdumieniu obu flot admirał francuski nie był tym, który pierwszy dał sygnał do otwarcia ognia.

Według rozkazu Nelsona każdy angielski okręt liniowy miał zaatakować jeden okręt francuski, rzucając w tym celu kotwicę i ustawiając się w poprzek przed dziobem nieprzyjaciela. "Culloden", który przeznaczony był do ataku na "Guerrier" na skraju lewego skrzydła linii francuskiej, podjął próbę przepłynięcia pomiędzy francuskim okrętem i wyspą, utykając przy tym na mieliźnie. Gdyby na wyspie ustawione były ciężkie działa, "Culloden" zostałby zniszczony; ale przynajmniej okręt ten był do końca bitwy nieprzydatny. "Goliath", który pożeglował jego śladem, przepłynął pomiędzy tkwiącym na mieliźnie okrętem angielskim i linią francuską; planował następnie rzucić kotwicę, lecz zniosły go wiatr i prąd morski; w wyniku tego pożeglował wkoło "Guerrier", który nie mógł otworzyć ognia z nieprzygotowanej do bitwy burty. Kapitan "Goliatha" był zaskoczony, że ani "Guerrier" ani "Conquerant" nie otworzyły ognia, mimo, że na ich masztach powiewała francuska flaga. Dopiero później rozpoznał przyczynę tej sprzeczności. Gdyby "Guerrier" kotwiczył bliżej wyspy, nie istniałaby możliwość jego opłynięcia. "Zealous" wykonał ten sam manerw, co "Goliath"; za nimi podążył "Orion", został jednak zaatakowany przez francuską fregatę "Serieuse". Ten odważny atak opóźnił jego ruchy; rzucił kotwicę pomiędzy okrętami "Franklin" i "Peuple-Souverain". Angielski okręt admiralski "Vanguard" zakotwiczył w poprzek przed "Spartiate", trzecim okrętem linii francuskiej. "Defence", "Bellerophon", "Majestuous" i "Minotaur" powtórzyły ten manewr i ten sposób całe lewe skrzydło i centrum linii francuskiej aż do ósmego okrętu, którym był "Tonnant", znalazły się w walce. 5 okrętów prawego skrzydła nie wzięło w ogóle udziału w wymianie ognia. Francuski okręt admiralski i pozostałe 2 okręty centrum, które były dużo silniejsze niż okręty nieprzyjaciela, dokonywały cudów. Angielski "Bellerophon" po stracie takelunku i masztów musiał złożyć broń. 2 inne okręty z 74 armatami również zostały pozbawione masztów i zmuszone do wycofania się. Gdyby w tym momencie admirał Villeneuve rozkazał podnieść kotwice okrętom prawego skrzydła i na czele swoich 5 okrętów liniowych i 2 fregat zaatakował angielską linię bojową, zwycięstwo należałoby do Francuzów; "Alexander" i "Swiftsure" pokazały się wprawdzie na horyzoncie, ale były jeszcze znacznie oddalone od bitwy, a "Bellerophon" poddał się. Nelson miał do dyspozycji jeszcze jedynie 10 okrętów liniowych.

Gdy "Leander" zorientował się w niebezpieczeństwie grożącym flocie angielskiej, pozostawił "Culloden" i pożeglował w środek największego ognia. W końcu dotarły też "Alexander" i "Swiftsure" i skierowały się przeciwko francuskim okrętom "Franklin" i "Orient". Mimo tego bitwa była jeszcze nie rozstrzygnięta, szala zwycięstwa ważyła się raz na jedną raz na drugą stronę. Jednak po stronie Francuzów "Guerrier" i "Conquerant" nie prowadziły już ognia, ale to były i tak najgorsze okręty; po stronie angielskiej z walki wyeliminowane były "Culloden" i "Bellerophon". W efekcie przeważającego ognia "Orientu", "Franklina" i "Tonnant" angielskie okręty poniosły znaczne szkody. Można było przyjąć, że wymiana ognia trwać będzie przez całą noc oraz że admirał Villeneuve jednak w końcu włączy się do walki. Ale o godzinie 9 wieczorem na "Oriencie" wybuchł pożar; godzinę później wyleciał on w powietrze; to rozstrzygnęło bitwę na korzyść Anglików. Eksplozja była straszliwa. Przez następne pół godziny walka była przerwana; później francuska linia ponownie otworzyła ogień. "Spartiate", "Aquilon", "Peuple-Souverain", "Franklin" i "Tonnant" obroniły honor swoich flag. Aż do godziny 3 nad ranem trwała ożywiona kanonada ; pomiędzy 3 i 5 godziną ogień obu stron osłabł; około godziny 5 nad ranem osiągnął ponownie pierwotne natężenie. Jaki przebieg miałyby dalsze wydarzena, gdyby wziął w nich udział "Orient" ze swoimi 74 armatami? 2 sierpnia o godzinie 12 w południe przesądziły się losy bitwy. Zdawać się mogło, że dopiero teraz admirał Villeneuve spostrzegł, że walka trwa już od 18 godzin; kazał przeciął łańcuchy kotwiczne i na czele okrętów "Guillaume Tell", "Genereux" oraz fregat "Diane" i "Justice" oddalił się od pola bitwy. 3 pozostałe okręty liniowe jego prawego skrzydła prawie bez walki wpadły na mielizny.

Straty Anglików były tak znaczne, a na ich okrętach panował taki chaos, że jeszcze w 24 godziny po rozpoczęciu bitwy na maszcie "Tonnant" powiewała trójkolorowa flaga; Nelson nie posiadał żadnego okrętu, który mógłby go zaatakować. Z ulgą patrzył na oddalające się "Guillaume Tell" i "Genereux" i nie odczuwał potrzeby podjęcia pościgu. Swoje zwycięstwo zawdzięczał głupocie i niedbałości kapitanów "Guerrier" i "Conquerant", nieszczęściu, które wydarzyło się na "Oriencie" oraz tchórzliwej postawie kontradmirała Villeneuve.

Brueys wykazał się wielką odwagą. Mimo, że wielokrotnie ranny, odmawiał stanowczo odtransportowania pod pokład i opatrzenia ran. Zmarł na mostku kapitańskim, a jego ostatnimi słowami, którymi pożegnał świat, był rozkaz kontynuowania walki. Kapitanowie Casabianca ("Orient"), Thevenard ("Aquilon") i du Petit-Thouars ("Tonnant") zginęli śmiercią bohaterów. Casabianca miał u swojego boku syna; na widok płonącego okrętu próbował go uratować, przywiązując dziecko do pływającej na falach reji; ten obiecujący młodzian zginął jednak również podczas eksplozji okrętu. Ojciec wyleciał w powietrze wraz ze swoim okrętem; aż do ostatniej chwili trzymał w dłoni trójkolorową flagę.

Wśród ludzi morza panuje zgodna opinia, że Villeneuve kilkakrotnie mógł rozstrzygnąć bitwę na korzyść Francuzów; mógł uczynić to o godzinie 8 wieczorem, o północy po utracie "Orientu" lub o świcie dnia następnego. W swoim usprawiedliwieniu admirał stwierdził, że czekał na sygnał przełożonego. Ale w dymie spalonego prochu nie można było rozpoznać żadnego znaku. Ale czy konieczny jest sygnał, by przybyć swoim towarzyszom na pomoc i wziąć udział w bitwie?? Poza tym "Orient" wyleciał w powietrze o godzinie 10 wieczorem, a bitwa skończyła się dopiero w południe dnia następnego; Villeneuve był zatem w rzeczywistości przez 14 godzin dowódcą floty. Nie doświadczenia mu brakowało, lecz zdecydowania i energii; był dobrym kapitanem, ale nie miał cech żołnierza.

Na wysokości Krety "Guillaume Tell" i "Genereux" rozdzieliły się; "Guillaume Tell" wraz z dwoma fregatami zawinął do portu na Malcie, "Genereux" udał się na Adriatyk, ścigając tam angielski okręt "Leander", który wziął udział w bitwie pod Abukirem, a następnie został wysłany przez Nelsona z zadaniem specjalnym; okręt angielski, po 4-godzinnej potyczce zdobyto i odprowadzono na Korfu.

Anglicy stracili w tej bitwie 800 ludzi, rannych i zabitych. Zdobyli 7 okrętów liniowych; 2 okręty i 1 fregata wpadły na mielizny i zostały zdobyte; 1 okręt i 1 fregata po utknięciu na płytkich wodach przybrzeżnych zostały przez ich załogi podpalone; 1 okręt eksplodował; 2 okręty i 2 fregaty uszły. Liczba wziętych do niewoli i zabitych Francuzów wyniosła 3 tysiące; 3,5 tysiąca dotarło do Aleksandrii, wśród nich 900 rannych, którzy wzięci przez Anglików do niewoli, zostali wkrótce z niej zwolnieni.

Kapitanowie "Guerrier", "Conquerant", "Heureux", "Mercure" i "Timoleon" okryli się hańbą. Kapitanowie fregaty "Serieuse" oraz okrętów "Spartiate", "Aquilon", "Peuple-Souverain" i "Tonnant" zasłużyli na najwyższe pochwały. 

V.

Tysiące żołnierzy floty i marynarzy, którzy zdołali się uratować, włączono do artylerii i piechoty armii lądowej. Z 1500 ludzi utworzono, składający się z 3 batalionów, Legion Morski, 1000 skierowano do uzupełnienia stanów załóg obu wyposażonych w 64 armaty okrętów, 7 fregat i brygów, korwet i awizo, które leżały na kotwicy w Starym Porcie w Aleksandrii. Intendent marynarki Leroy wykazał wiele energii w ratowaniu zatopionego sprzętu. Uratował w ten sposób sporo armat, kul armatnich, masztów i drewnianego sprzętu. Szef sztabu floty, kapitan Ganteaume, który widząc płonący "Orient" skoczył do wody, osiągnął szczęśliwie ląd; został awansowany do stopnia kontradmirała i mianowany dowódcą należącej do armii części floty.

Admirał Brueys, zachowaniem zimnej krwi i odwagą naprawił, na ile to było możliwe, własne błędy, a mianowicie: po pierwsze, niewykonanie rozkazu swojego przełożonego o wpłynięciu do Starego Portu w Aleksandrii, co mógł zrobić już 8 lipca; po drugie, pozostanie na redzie Abukiru bez zastosowania odpowiednich środków bezpieczeństwa. Gdyby nieustannie trzymał pod żaglami lekką eskadrę, dowiedziałby się już o świcie o zbliżaniu się nieprzyjaciela i nie zostałby zaskoczony. Gdyby ustawił na wyspie Abukir ciężkie armaty i użył leżące w porcie Aleksandrii oba okręty z 64 armatami na pokładzie, 7 fregat i szalupy wraz ze wszystkimi będącymi do dyspozycji marynarzami, miałby sporą szansę na zwycięstwo. Gdyby utrzymywał właściwą dyscyplinę, przeprowadzał ćwiczenia w przygotowaniu do bitwy i użyciu armat oraz gdyby przynamniej 2 razy w tygodniu przeprowadzał inspekcję swoich statków, "Guerrier" i "Conquerant" nie miałyby sterburty nieprzygotowanej do bitwy. I mimo tych wszystkich błędów Francuzi mogli żywić nadzieję na zwycięstwo, gdyby "Orient" nie eksplodował albo gdyby admirał Villeneuve wziął udział w bitwie i nie pozostał jedynie bezczynnym obserwatorem.

Atak Nelsona był rozpaczliwym i ryzykownym przedsięwzięciem, które nie należy brać za wzór; ale wykazał, podobnie jak angielskie załogi, najwyższy talent i odwagę, podczas gdy połowa floty francuskiej okazała tyle samo głupoty i tchórzostwa. 

Kilka dni po bitwie Nelson opuścił wody egipskie i udał się w kierunku Neapolu. Przed Aleksandrią pozostawił tylko jedną eskadrę i 3 okręty liniowe. 10 statków neapolitańskich, które należały do francuskiego konwoju, podjęły pertraktacje z Anglikami pragnąc uzyskać zezwolenie na powrót do Neapolu. Zezwolono im na wypłynięcie z portu, ale zaledwie znalazły sią one na zewnątrz zostały napadnięte i spalone; ich załogi wzięto do niewoli. Było to sprzyjające wydarzenie dla armii francuskiej, gdyż wywołało oburzenie Genueńczyków i innych marynarzy włoskich, którzy należeli do konwoju; od tej pory w pełni współpracowali z Francuzami i służyli armii z wielkim oddaniem. 

Po potyczce pod Salahieh głównodowodzący podjął rokowania z Ibrahimem-bejem, który był w pełni świadomy swojej żałosnej sytuacji. Był w pełni uzależniony od łaski Djezzara Paszy; ponieważ był uważany za posiadacza wielkiego bogactwa, żył w nieustannym zagrożeniu. Napoleon zaproponował mu co następuje: on i wszyscy jego Mamelucy mogą zachować wszystkie należące do nich wioski i domy; Republika weźmie ich na swój żołd, przyznając bejom stopień generała a kaszifom - pułkownika; jemu samemu przyznany zostanie tytuł i honory księcia. Ta propozycja spotkała się z życzliwym przyjęciem. Zaufany kaszif beja udał się do Kairu; ale 8 dni po swoim przybyciu otrzymał on list Ibrahima-beja wzywający go do powrotu. Ibrahim pisał, że zniszczenie floty francuskiej zmieniło sytuację. Ponieważ Francuzi nie mogą otrzymać pomocy i ze wszystkich stron są okrążeni przez wrogów, w końcu zostaną pokonani.

Kilka dni po bitwie pod Piramidami głównodowodzący wysłał weneckiego konsula Rosetti, zręcznego dyplomatę i przyjaciela Mameluków, z listem do Murada-beja. List zawierał te same propozycje, które wcześniej Napoleon wysunął w stosunku do Ibrahima-beja oferując ponadto Muradowi administrację prowincji Górnego Egiptu aż do czasu otrzymania przez niego niezależnego stanowiska w Syrii. Murad-bej, który w międzyczasie nabrał wysokiego mniemania o armii francuskiej, zaaprobował te propozycje i odpowiedział, że zdaje się całkowicie na wielkoduszność francuskiego dowódcy, którego naród jest mu znany i darzony przez niego szacunkiem; Murad oświadczył, że wycofa się do Esneh, skąd z tytułem emirazarządzał będzie deltą Nilu od Dwóch Wzgórz do Asuanu; będzie uważać się za poddanego Francuzów i wystawi do dyspozycji dowódcy armii francuskiej korpus złożony z 800 Mameluków; pod warunkiem, że potwierdzone zostaną jako jego własność posiadane przez niego wsie i pozostały majątek, zarówno jego jak i podległych mu Mameluków; gdy dowódca francuski rozszerzy swoją władzę na Syrię, jest skłonny przyjąć złożoną mu propozycję i tam osiąść; ale na ten temat chce z Napoleonem, którego poznanie jest jego wielkim życzeniem, osobiście porozmawiać. Z tym listem Rosetti udał się w drogę. Został jednak przez długi czas zatrzymany w Beni Suef i zanim opuścił to miasto, otrzymał od Murada-beja drugi list, który informował o otrzymanej od komendanta eskadry angielskiej wiadomości o zniszczeniu floty francuskiej pod Abukirem; w tej sytuacji nie może podjąć on żadnych zobowiązań. Gdyby podpisał już francuskie warunki, nie cofnąłby swojego zdania; ale, jako że nie zobowiązał się jeszcze do niczego, decyduje się spróbować szczęścia w działaniach wojennych.

Dawny zarządca Aleksandrii, Koraim, który jako pierwszy podporządkował się Francuzom i oddał im wówczas istotne przysługi, zdecydował się przystąpić do rokowań z angielskim komendantem. Zostały one odkryte, Koraima postawiono przed sądem wojennym i skazano na śmierć. Głównodowodzący przez kilka dni zwlekał ze złożeniem swojego podpisu na wyroku, w końcu jednak poświęcił swoją życzliwość, którą darzył tego człowieka, na potrzeby zaistniałych okoliczności, która wymagały ostrzegającego przykładu.

Agenci angielscy wylądowali w Gazie i nawiązali kontakt z Ibrahimem-bejem, Djezzarem Paszą i Arabami z Suezu. Inni wylądowali koło Wieży Arabskiej i podburzali plemiona Bahrije i pustyni; utrzymywali oni kontakt listowy z Muradem-bejem i dostarczali Arabom pieniądze, broń i amunicję. W listopadzie francuski pułk kawalerii został otoczony przez Arabów, którzy uzbrojeni byli w angielskie karabiny z bagnetami.

Niekorzystny wpływ bitwy pod Abukirem dał się odczuć również w Kairze. Przyjaciele Anglików w przesadny sposób podkreślali skutki zwycięstwa; ponieważ jednak Nelson oddalił się od egipskiego wybrzeża, udało się przekonać szejków, że jest on ścigany przez inną francuską flotę. Ponadto stan armii był z dnia na dzień lepszy. Kawalerię szybko wyposażono we wspaniałe konie. Piechota odpoczęła i przyzwyczaiła się do kraju, w którym przebywała; gdy minęły największe upały, byli to całkiem inni ludzie. Wszystkie oddziały były w ruchu; częste parady i ćwiczenia umocniały codziennie Arabów w ich mniemaniu o wielkiej potędze Francuzów i po kilku tygodniach nieprzychylne nastroje wywołane katastrofą pod Abukirem zniknęły bezpowrotnie. 

VI.

Nelson pożeglował do Neapolu i został tam tryumfalnie przyjęty. Król, a w szczególności królowa, otwarcie okazywali swoją nienawiść do narodu francuskiego. Efektem tego było wypowiedzenie wojny. W listopadzie 1798 roku król Neapolu na czele 60 tysięcy ludzi wkroczył do Rzymu; został jednak pobity, odrzucony, wypędzony z Neapolu i zmuszony do ucieczki na Sycylię. Rosja i Austria zawiązały koalicję z Anglią i rozpoczęły w marcu 1799 roku drugą wojnę koalicyjną.

Gdy Porta otrzymała wiadomość o wkroczeniu Francuzów do Egiptu, w umiarkowany sposób wyraziła swoje niezadowolenie. Posłańcy Djezzara Paszy, wysyłani przez niego do Konstantynopola z prośbą o wsparcie i pełnomocnictwa, przywieźli odpowiedź, że Pasza, w przypadku zagrożenia, powinien bronić się w Syrii, nie podejmując jednak żadnych działań zaczepnych; sułtan turecki oczekiwał wyjaśnień z Paryża nie zapominając, że Francja jest najstarszym sojusznikiem Cesarstwa Osmańskiego. Anglia, Austria, Rosja i Neapol podejmowały wspólnie wszystkie możliwe kroki by skłonić Portę do wojny z Republiką; sułtan Selim sprzeciwiał się jednak temu stanowczo i powtarzał przez cały czas, że czeka na wyjaśnienie. Nie miał żadnego powodu do rozpoczęcia wojny z Francją, wrogiem jego naturalnych wrogów Rosji i Austrii. Rozumiał doskonale, że gdy tylko armie tureckie zajęte będą w arabskich pustyniach, Konstantynopol będzie wydany na pastwo nienawiści i zaborczości Rosji.

Jeden z tureckich oficerów, cieszący się szczególnym zaufaniem sułtana Selima, przybył z karawaną pielgrzymów do Kairu. Stanął on przed obliczem głównodowodzącego armii, informując go o rzeczywistym stanowisku Porty. Przedstawił następujące życzenia, które natychmiast spełniono: potwierdzenie władzy nad Mekką; mianowanie Turka Emirem-agą Mekki; utworzenie muzułmańskiego oddziału do ochrony karawan udających się do Mekki. Na koniec turecki oficer poprosił dowódcę armii o przedstawienie swoich zamiarów, z równoczesnym zastrzeżeniem, że Porta nie jest skłonna do pochopnych działań. Turecki wysłannik przebywał ponad 40 dni w kwaterze głównej i słuchając tego, co mu opowiadali szejkowie Kairu o usposobieniu sułtana El Kebira i Francuzów miał wszelkie powody do zadowolenia; pod pozorem udania się do Mekki zaokrętował się na Morzu Czerwonym i powrócił w grudniu do Konstantynopola. Ale w międzyczasie Porta już podjęła decyzję; po zniszczeniu floty francuskiej pod Abukirem była zdana na łaskę i niełaskę angielskiej i rosyjskiej floty. Na jej nastrój miały również wpływ listy oficerów francuskich, przechwycone przez statki angielskie i przekazane Porcie przez angielskiego ambasadora. W listach tych oficerowie wyrażali tak wielkie niezadowolenie i tak krytycznie opisywali sytuację armii, że Dywan był przekonany, iż koalicjanci bez problemu ponownie zdobędą Egipt. Porta obawiała się, że Anglicy - czym zresztą grozili - zatrzymają dla siebie władzą w Egipcie. Te wszystkie rozważania doprowadziły do wypowiedzenia przez Portę wojny Republice Francuskiej.

 

T. III Roz. VII Powstanie w Kairze

I. Zebranie Wielkiego Dywanu (1 października 1798). - II. Wypowiedzenie wojny Republice Francuskiej przez Portę. - III. Niepokoje w Kairze (22 października). - IV. Powstanie w mieście. - V. Ostrożność Napoleona w postępowaniu z szejkami; zwrot świętych ksiąg. - VI. Wzniesienie umocnień w Kairze. - VII. Wyjazd Napoleona do Suezu (grudzień 1798). - VIII. Przeprawa przez Morze Czerwone. - IX. Kanał łączący oba morza. - X. Różne. 

I.

Trzy czwarte wsi nie miały swoich multizamów. Zginęli oni w bitwie pod piramidami. I chociaż zdania na ten temat były podzielone, była to dobra okazja do dokonania zmiany panującego systemu administracyjnego i podatkowego oraz wprowadzenie zachodnioeuropejskich praw.

Przeciwnicy wszelkich zmian twierdzili, że nie należy pozbawiać się środków na wynagrodzenie oficerów i żołnierzy oraz zwiększenia grona zwolenników Francji; uwzględniając szczególne stosunki panujące w Egipcie można jedynie obciążyć podatkami rzeczywiste dochody. Wielkość terenów uprawnych zmienia się z roku na rok w zależności od większych lub mniejszych wylewów Nilu. Z tego powodu każdego roku powinien być opracowany nowy kataster; ponieważ zbiory z tego samego pola są zróżnicowane, w zależności od rodzaju uprawianej rośliny, dlatego należy dokonywać ustalenia dochodów dopiero po zakończeniu zbiorów; pośrednictwo uznanych multizamów jest nieodzowne do prowadzenia i nadzoru tych delikatnych ustaleń; zresztą ważniejszym jest przywiązać do siebie tę klasę pośrednią, od której można oczekiwać wdzięczności, aniżeli tę wielką masę, która w Oriencie jest jeszcze bardziej nieuświadomiona i łatwowierna niż w krajach Europy zachodniej; przede wszystkim koniecznym jest nienaruszenie różnych interesów, unikanie bezprawia, które jeszcze przez dłuższy czas miałyby wpływ na nastrój społeczeństwa.

Ale prawa własności i podatkowe były jeszcze całkowicie w zarodku.

Inni zwracali uwagę, że wśród 3 milionów mieszkańców Egiptu było 260 tysięcy chłopów; ci odczuliby wielką poprawę swojej sytuacji, gdyby rozwiązano tak zwane posiadłości Atar (tą nazwą określano własność fellachów, obciążoną rocznym haraczem dla multizama, którą w określonych warunkach mogli sprzedać lub przekazać - przyp.tłum.). Takie posunięcie przysporzyłoby Francji wiele sympatii wśród chłopów.

Obciążenie podatkiem jedynie rzeczywistych zbiorów byłoby ważne dla wszystkich krajów, w szczególności dla Egiptu; ale pośrednictwo multizamów byłoby w tym przypadku zbędne; o wiele ważniejszym i sprawiedliwszym byłoby właściwe rozdzielenie podatku na cały kraj. 

Przez 6 stuleci, przez cały czas panowania Mameluków, zapomniano o określonych instytucjach chroniących lud. Opinia publiczna domagała się praw i sprawiedliwych sądów, by zapewnić tubylczej ludności obu wielkich dobrodziejstw porządku publicznego, a mianowicie ochrony osobistej i własności prywatnej. W ówczesnej sytuacji korzystne było danie ludności możliwości okazania swojego charakteru i sposobu myślenia; dzięki temu Francuzi mogli sobie wyrobić opinię, czego mogą spodziewać się i oczekiwać od tego narodu. W ten sposób powstał pomysł zwołania Wielkiego Dywanu, złożonego ze wszystkich notabli i przedstawicieli prowincji, którzy mieli rozstrzygać o wszystkich sprawach życia publicznego.

Podczas pierwszego posiedzenia, które odbyło się 1 października, Wielkiego Dywanu okazał wielkie poparcie dla wprowadzenia nowego porządku. Członkowie Dywanu nienawidzili Mameluków równie mocno, jak Osmanów; rządy jednych i drugich były sprzeczne z prawem Koranu. Mamelucy, urodzeni jako niewierni, nigdy rzeczywiście nie nawrócili się; Turcy byli nieuświadomieni, chciwi i kapryśni. Wykształceni Egipcjanie rozumieli korzyści prawa panującego w Europie; kusiła ich wizja szczęścia, które przynieść mógł dobry rząd i oparte na zdrowych zasadach prawo cywilne i karne. Sława i szczęście arabskiej ojczyzny były dla nich ogromnie ważne; było to uczucie, które mogło pewnego dnia zaowocować.

Narady zgromadzenia posuwały się powoli naprzód, częściowo  z powodu spokojnego i nieskłonnego do wylewności charakteru ludzi Orientu, częściowo z powodu braku przyzwyczajeń parlamentarnych, a częściowo z powodu różnic w panujących w prowincjach obyczajów oraz trudności dokonania porównań z przeszłością, co było efektem braku drukowanych dzieł. Stopniowo jednak wszystko skierowano na właściwe tory i tracono mniej czasu. W odniesieniu do najważniejszego pytania Wielki Dywan bez ociągania się wypowiedział swoją opinię. Pytanie brzmiało: czy zachować obowiązujące prawa i zwyczaje w odniesieniu do prawa własności albo wprowadzić prawo krajów zachodnich, według którego własność przenoszona może być na podstawie zapisu testamentowego, a między żyjącymi na podstawie darowizny lub wolnej sprzedaży według określonych form prawnych. Dywan orzekł jednogłośnie: prawo krajów zachodnich odpowiada duchowi Księgi Prawdy; na tych zasadach rządzili Arabią Omajjadzi, Abbasydzi i Fatymidzi. Prawo feudalne, według którego cały kraj należy do sułtana, wprowadzone zostało dopiero przez Mongołów, Tatarów i Turków; przodkowie tylko z oporem podporządkowali się temu prawu. W Dywanie prowadzono ożywione dyskusje na temat zlikwidowania multizamów i zwolnienia posiadłości Atar. Imanowie obawiali się o posiadłości meczetów. Wraz z nimi multizamowie mieli większość w Dywanie. Tylko szejkowie el Beled, będący przedstawicielami wiosek, głosowali za zwolnieniem. Najpierw uspokojono imamów przyrzekając im, że wszystkie posiadłości należące do meczetów, niezależnie od ich rodzaju, oddane im będą na 99 lat w dzierżawę. Multizamowie podnieśli krzyk, że dzieje im się wielka niesprawiedliwość, że zostaną obrabowani. Ale bez wsparcia imamów liczba tych głosów była niewielka; zaproponowano im, by zatrzymali posiadane już posiadłości wiejskie, a za straty spowodowane rozwiązaniem posiadłości Atar otrzymają odszkodowanie w postaci ziemi w innych wioskach. Istotnym było teraz znalezienie odpowiedzi na pytanie, jak w tym nowym porządku naliczone mają być podatki. Jedni twierdzili, że należy uwzględnić połowę zbiorów; inni byli zdania, że nie należy przekroczyć jednej czwartej, by nie narazić rolnictwa na straty. W trakcie tego 20 dni trwającego zgromadzenia były rozpatrywane również inne problemy.

 

II.

Rząd francuski wycofał rozkazy dotyczące wyprawy do Irlandii. Irlandczycy, którym obiecano silne wsparcie, byli oburzeni; po długim oporze stawianym siłom angielskim zostali oni pokonani. Porta, która nie otrzymała żadnego wyjaśnienia, a zapowiedziany nadzwyczajny ambasador Francji nie przybywał, uległa naciskom Rosji oraz Anglii i wypowiedziała Republice wojnę. Podczas gdy w Paryżu przegapiono i zapomniano wszystko, co ustalono podczas opracowania planu kampanii 1798 roku, Napoleon wypełniał punktualnie to, co obiecał. Natychmiast po przybyciu do Aleksandrii zdobył przychylność oficerów tureckich karawel. Napisał do Paszy, wzywając go do pozostania w Kairze; ten jednak udał się śladami Ibrahima-beja, pozostawiając jedynie swojego kiaję (kiaja - najwyższy nadzorca haremu - przyp.tłum.). Napoleon wszędzie wraz z francuską flagą kazał wywieszać flagę tureckiego władcy; zezwolił w meczetach na modlitwy za zdrowie sułtana w Konstantynopolu; spełnił życzenie Porty obsadzając Turkiem, stanowisko emira-agi, powierzając je kiaji Paszy. Gdy karawela Kapudana Paszy otrzymała rozkaz powrotu do Konstantynopola, zlecił pomoc w usunięciu awarii, zaopatrzył na własny koszt w prowiant i wysłał na jej pokładzie do tureckiej stolicy swojego wysłannika, pana Beachampa, astronoma, który przez długi czas przebywał w Konstantynopolu i nad Morzem Czarnym. Rozpoczął ponadto rokowania z Reis Effendim na temat Damaszku. Ale te wszystkie kroki zniweczone zostały prze milczenie i bezczynność paryskiego gabinetu.

Porta w międzyczasie rozszerzyła obszar panowania Djezzara Paszy o całą Syrię: Aleppo, Tripoli, Damaszek, Jerozolima i Jaffa były pod jego rozkazami; pod koniec października mianowano go seraskierem Egiptu (seraskier - naczelny dowódca armii - przyp.tłum.). Djezzar wysłał szejkowi El Sadat firman (rozkaz sułtański - przyp. tłum.)zawierający wypowiedzenie wojny Francji. Napoleon udał się do szejka i zjadł z nim posiłek. Gdy znaleźli się sam na sam zażądał władczym tonem wydanie mu firmanu. El Sadat zaprzeczył posiadanie takowego, jąkał się, zaprzeczał sam sobie, by w końcu wydać firman. W międzyczasie po mieście krążyło tysiące plotek. Mówiono, że Kapudan Pasza znajduje się ze swoją flotą koło Jaffy, gdzie wysadził na ląd armię turecką, która wzmocniona wojskami Djezzara z Aleppo, Damaszku i Jerozolimy jest tak liczna, że w czasie marszu opróżniła wszystkie studnie Syrii. Te wieści odbierały Dywanowi zdrowy rozsądek. Z przerażeniem widziano już zjednoczenie sił tureckich z angielskimi i rosyjskimi, co rodziło wątpliwości co do wyniku wojny. Rozsądni zachowali spokój, inni stali się wrogami. Ponadto Ibrahim-bej w Syrii i Murad-bej w Górnym Egipcie nie pozostawali bezczynni. We wszystkich prowincjach Mamelucy niepokoili szejków el Beled, którzy opowiedzieli się po stronie Francuzów, nie przekazując też należnych im opłat. 

III.

Francuscy oficerowie inżynierii pracowali nieprzerwanie nad umocnieniem cytadeli. Jako pierwsze odbudowano bastiony położone od strony wolnej przestrzeni. Ludność nie zwracała na to uwagi; ale gdy robotnicy skierowani zostali do prac od strony miasta, inżynierowie zlecili zniszczenie dużej ilości domów, a nawet jednego stojącego im w drodze meczetu. Na widok stojących na tym miejscu silnych baterii wśród miejscowej ludności rozległy się głosy pełne niepokoju.

" - Dlaczego skierowano przeciwko nam armaty? Czyż nie jesteśmy przyjaciółmi? Czyżby zamierzano uczynić nam coś złego?"

Miasto podzielony było na 50, oddzielonych od siebie, dzielnic. Zarządca każdej z nich kazał według własnego uznania otwierać i zamykać bramy. Gdy tylko wydarzył się najmniejszy bałagan, ruch zostawał zatrzymywany; było to powodem wielu awantur z żołnierzami. Bramy były stałymi barykadami, które stanowiły zagrożenie dla francuskiej administracji, ale wzbudzały zaufanie u ludu i utwierdzały ich osiadłość. Przyjazne Francuzom nastawienie Wielkiego Dywanu było okazją do zburzenia wszystkich bram. Oficerowie inżynierii, już od dawna przygotowani, z wielkim zapałem przystąpili do pracy. Natychmiast odezwały się niezadowolone głosy, szczególnie wśród właścicieli dużych domów handlowych:

"-Dlaczego zmienia się coś, co istnieje od niepamiętnych czasów? Dziwne, że zniszczenie murów wewnętrznych odbywa się równocześnie z rozbudową cytadeli i ściąganiem nadzwyczajnych podatków!"

Rozgoryczenie nasilało się; już po upływie kilku dni dało się zauważyć ferment wśród niższych warstw ludności. Wołano: "-Od nas wymaga się pieniędzy. Suma jest wysoka, ale wszakże można ją zapłacić. Równocześnie niszczone są jednak wewnętrzne umocnienia naszej dzielnicy i grozi się nam armatami. Jakie są zamierzenia tych ludzi Zachodu? Pod pozorem utworzenia Wielkiego Dywanu zebrali najznaczniejszych ludzi Egiptu. Czy nie mają oni być jednak jedynie zakładnikami, wziętymi w celu zniszczenia jednym uderzeniem wszystkich tych, wokół których mógłby zgromadzić się egipski lud?"

Komendantem placu Kairu był generał Dupuy, dobry i dzielny żołnierz, ale o wybuchowym charakterze. Pochodził z Tuluzy, jego gorąca gaskońska krew źle pasowała do dostojnej powagi ludzi Orientu. Nie zważał on na swoje słowa i groził tubylcom, niekiedy z zupełnie błahych powodów, poniżającymi karami. W krajach europejskich wiadomym jest, że tego typu groźby nie mają żadnego znaczenia, jeśli ten, który nimi grozi, nie posiada żadnych uprawnień do ich urzeczywistnienia; wiadomo tam, że zarządzenie hańbiącej kary może nastąpić jedynie na podstawie postępowania prawnego. Jednak w rządzonym dotąd despotycznie kraju, w którym przedstawiciele władzy państwowej mogli sobie na wszystko pozwolić, każdy, kto usłyszy w ten sposób wyrażoną groźbę, czuje się natychmiast straconym i wpada w największą panikę i niepokój.

6 października 1798 roku szejk El Sherkawi podczas porannej audiencji poinformował sułtana El Kebira o obecności od 10 dni w meczecie El Azhar pewnego człowieka ze Smyrny. Szejk kazał go obserwować i zmusił do wyznania, iż jest on wysłannikiem Djezzara Paszy dla wywołania skierowanej przeciwko głównowodzącemu Francuzów Świętej Wojny, to znaczy dokonać zamachu. On, szejk, zdecydował się na nie nadawanie tej sprawie wielkiego rozgłosu, by nie odebrać sobie możliwości zapobieżenia takiego przestępstwa w następnym, podobnym wypadku. Zadowolił się wysłaniem fanatyka pod nadzorem dwóch zaufanych ludzi do Syrii, jednak uznaje za konieczne zastosowanie skuteczniejszych środków bezpieczeństwa, gdyż możliwym jest, że w tym samym czasie również w innych meczetach znajdują się ludzie noszący się z podobnymi zamiarami. 

IV.

Wielki Dywan zarządził zebranie sumy 6 milionów w formie pożyczki od różnych bractw handlowych Kairu. Sposób podziału był powodem wielu wniesionych przed sąd skarg. Otwarte posiedzenia sądu, rozpoczynające się bezpośrednio po wschodzie słońca, przyciągały wielu ciekawskich; spędzenie przedpołudnia w sądzie stało się pewnego rodzaju modą. 22 października ilość słuchaczy była jeszcze liczniejsza niż zwykle. Deputacja jednego z bractw, które zaskarżyło swojego zwierzchnika przed kadim (kadi - sędzia muzułmański wydający wyroki na podstawie prawa muzułmańskiego - przyp. tłum.) zwabiła tak wielu ciekawskich, że schody i dziedzińce pałacu były przepełnione widzami. Aga policji udał się na miejsce rozpraw i zameldował komendantowi placu, że zebrana masa podburzana jest przez licznych niezadowolonych podżegaczy. Generał Dupuy był jednak przyzwyczajony do tego typu ostrzeżeń, wiedząc, że mieszkańcy Kairu są gadułami, mają niespokojny charakter i są ponad miarę ciekawscy. W związku z raportem agi udał się wprawdzie do pałacu, ale było już za późno. Swoją eskortę, oddział dragonów pozostawił na dziedzińcu i udał się do sędziego. Gdy spostrzegł panujące podniecenie poradził urzędnikowi przesunięcie posiedzenie na dzień następny, co też zostało postanowione. Ale Dupuy tylko z trudem przedarł się przez tłum do swojego konia. Dragoni zostali ciasno okrążeni. Jeden z koni trącił pewnego, wracającego z Mekki mieszkańca Magrebu; dzikus ten wypalił z pistoletu, zabił dragona i dosiadł jego konia. Oddział francuski przeszedł do ataku i rozgonił tłum. Ale gdy generał Dupuy na czele swoich ludzi opuścił dziedziniec otrzymał na rogu ulicy cios lancą i spadł martwy z konia. Natychmiast po całym mieście rozniosła się pogłoska o zamordowaniu sułtana El Kebira i zabijaniu przez Francuzów wiernych. Muezini ze swoich minaretów poczęli wzywać wiernych do obrony meczetów i miasta. Handlarze zamknęli swoje kramy. Ze wszystkich stron żołnierze zbiegali się do swoich kwater, ale tłuszcza zamknęła niezniszczone jeszcze bramy miejskie. Na płaskich dachach zgromadziły się kobiety i rozpoczęły straszliwy skowyt. Przed domem generała Caffarelli du Falga, który nieprzezornie zakwaterował się w pobliżu Wielkiego Meczetu, zebrał się wielki tłum. Oficerów inżynierii, którzy kierowali burzeniem wewnątrzmiejskich bram i nadzorowali prace nad umocnieniem cytadeli, darzono wściekłą nienawiścią, gdyż niejednokrotnie przy budowie nowych umocnień nakazywali oni niszczenie grobów derwiszów i innych świętych miejsc. W mgnieniu oka cały dom splądrowano; wszystkie książki i instrumenty zniszczono albo rozkradziono, 5 lub 6 Francuzów, którzy znajdowali się w budynku, zabito. Ich głowy niesiono tryumfalnie przez całe miasto i zawieszono nad wejściem do Wielkiego Meczetu. Widok krwi podjudził jeszcze bardziej fanatyków. Umiarkowani mieszkańcy zabarykadowali się w swoich domach, ale wzburzony tłum wyciągnął ich na ulicę i z tryumfem odprowadził do meczetu El Azhar, gdzie utworzono komitet obrony. Ten zwołał wszystkie milicje, sprowadził ukrytą dotychczas broń i użył wszelkich możliwych środków, by zapewnić powodzenie powstania.

 

Przypadkowo akurat tego dnia o świcie Napoleon przekroczył Nil, by odwiedzić arsenał w Gizie. Do miasta powrócił o 9 godzinie. Już zachowanie mijanych przez niego tubylców świadczyło o nastroju panującym w mieście. Natychmiast polecił przywołać najznaczniejszych ulemów. Ale drogi były już zablokowane. Na wszystkich rogach ulic powstańcy ustawili posterunki, nawet ustawiono już szańce i przedpiersia. Armia francuska stała pod bronią; każdy był na swoim posterunku. Ważni szejkowie próbowali ludności wytłumaczyć nieodwołalne skutki spowodowane przez powstanie; nie zdołali oni jednak nic osiągnąć, zostali zmuszeni do milczenia i przyłączenia się do powstańców.

Przewodniczącym powstańczego Dywanu wybrano szejka El Sadata. Zgromadzenie to składało się z około 100 imamów, muezinów należących i Mogrebinów, bez wyjątku osoby niższego stanu. Wydali oni odezwę do ludności w której obwieścili iż Porta wypowiedziała wojnę Francji, Djezzar Pasza, którego armia miała już stać pod Balbes, został mianowany seraskierem, a zburzenie wewnętrznych umocnień Kairu przez Francuzów było przygotowaniem do splądrowania i wycofania się z miasta.

Ze szczytów 400 kairskich minaretów przez całą noc rozbrzmiewały głosy muezinów, złorzeczącym wrogom prawdziwego Boga, niewiernym i wyznawcom obcych bożków.

Tak minął dzień 22 października i następna noc. Rebelianci wykorzystali ten czas na uporządkowanie swoich sił. Od czasu do czasu słyszano wystrzały z flint, lecz ogień ten nie był zbyt ożywiony. Ale sytuacja była bardzo poważna: stłumienie powstania mogło stać się wielkim problemem; jeszcze większą przyczyną trosk były jego skutki. To wielkie miasto musiało zostać opanowane, ale należało przy tym wystrzegać się nadmiernego zaostrzenia sytuacji, które uniemożliwiłoby pojednanie armii francuskiej z ludnością Egiptu.

Aby wyjaśnić tubylcom nieprawdziwość publikowanych przez podżegaczy wieści w mieście rozwieszono odezwę w językach tureckim i arabskim. Głosiła ona:

"...nie jest prawdą, jakoby Djezzar Pasza stał już po tej stronie pustyni. Zburzenie wewnętrznych umocnień jest w interesie policji miejskiej; ustawienie armat od strony cytadeli podyktowane jest strategią wojskową". Przypomniano tubylcom bitwę pod Piramidami, przychylne nastawienie sułtana El Kebira, na koniec zaproponowano pozostawienie rozstrzygnięcia w gestii Wielkiego Dywanu.

Ta odezwa zrobiła jednak złe wrażenie. Podżegacze wykorzystali ją, by wmówić ludowi, że Francuzi się boją. Efektem tego był wzrost agresywności tłumu. Muftowie głosili, że nie ma już żadnej nadziei i należy niezwłocznie przystąpić do użycia siły; do miasta mieli zbliżać się Arabowie z pustyni; najbliższe szczepy beduińskie już następnego dnia miały wkroczyć do miasta. Rzeczywiście już godzinę później francuska kwatera główna otrzymała wiadomość, że szczepy Bili i Terrabin, w sile 700 albo 800 ludzi, rozpoczęły działania zaczepne i przerwały połączenie z Bulaq. Adiutant Sułkowski wyruszył na czle 200 jeźdźców, przekroczył kanał przez mały most i zaatakował Beduinów, zabijając wielu z nich i zmuszając resztę do ucieczki. Oczyścił całą okolicę miasta, ginąc w czasie tej akcji. Zabito pod nim konia, a spadający jeździec został przebity 10 uderzeniami lanc. Sułkowski był Polakiem i dobrym oficerem; był członkiem Instytutu Egipskiego. Jego śmierć była głęboko żałowaną stratą.

Generał artylerii Dommartin wyruszył z Bulaq na czele baterii złożonej z 4 moździerzy i 6 haubic, by zająć fort Dupuy. O 1 godzinie po południu 30 moździerzy i haubic ustawionych w cytadeli i forcie Dupuy dały sygnał do ataku. Kilka pocisków trafiło meczet El Azhar. Godzinę później w kilku dzielnicach miasta wybuchły pożary. O godzinie 3 po południu buntownicy wyruszyli spod Bramy Zwycięstwa do szturmu fortu Dupuy. Było ich około 7-8 tysięcy, jedna dziesiąta z nich konno; wszyscy byli uzbrojeni w karabiny. Minarety i kopułę meczetu Hassana obsadzono strzelcami, którzy bezskutecznie próbowali zmusić armaty cytadeli do milczenia. Dla osłony swojej baterii generał Dommartin miał 3 bataliony i 300 jeźdźców; polecił on atak na bagnety. Buntownicy zostali odparci, kawaleria wzięła 400 jeńców. 4 utworzone w międzyczasie kolumny piechoty ruszyły na rozkaz głównodowodzącego do natychmiastowego ataku. Każdej kolumnie, składającej się z 2 batalionów, towarzyszyli wierni Francuzom Koptowie, Syryjczycy i janczarzy. Wszystkie one dotarły do meczetu El Azhar równocześnie z wycofującym się spod fortu Dupuy bezładnym tłumem. Przeprowadzony przez Francuzów szturm meczetu zakończył się powodzeniem.

O godzinie 7 wieczorem powrócił spokój; strzały ustały. Ze 100 członków powstańczego Dywanu agowie policji aresztowali 80; wszyscy oni osadzeni zostali w cytadeli. 

Noc była cicha i ponura. Bogaci, niepewni o swój los, zabarykadowali się we wnętrzach swoich haremów. Nie wiedzieli, jak ocenione zostanie ich zachowanie i czy nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności za rozruchy. Jeszcze przed wschodem słońca z miasta uciekło prawie 4 tysiące ludzi kierując się przez pustynię w kierunku Suezu.

Ogień strawił całkowicie tylko 3 domy, około 20 uszkodził; meczet El Azhar został tylko nieznacznie uszkodzony. Straty Francuzów wyniosły 300 ludzi, z których 100 poległo. Zginęło również 30 chorych, którzy transportowani z Belbes znaleźli się na ulicach miasta w momencie wybuchu zamieszek. Najdotkliwiej odczuto w szeregach francuskich stratę około 20 oficerów sztabu głównego, inżynierii i komisji naukowej, którzy zginęli w pierwszych minutach powstania. Mieszkali oni osobno w najróżniejszych częściach miasta. Wielu Francuzów uratowało się dzięki pomocy dzielnych tubylców. Wszyscy znaczący mieszkańcy pozostali wierni i oddali Europejczykom ważne przysługi.

24 października o godzinie 6 rano komisja wojskowa potwierdziła przynależność 80 więźniów cytadeli do powstańczego Dywanu i wydała wyrok śmierci przez rozstrzelanie, który natychmiast wykonano. Wszyscy skazani byli nieprzejednanymi, przepełnionymi nienawiścią wrogami Francuzów. 

V.

O wschodzie słońca 60 szejków i imamów Wielkiego Meczetu udało się do pałacu. Nie spali oni od 3 dni, na ich twarzach wyraźnie widoczne było poczucie winy i trawiący ich niepokój. Mimo tego nie można było robić im żadnych wyrzutów: pozostali wierni, nie potrafili jedynie przeciwstawić się naciskowi rozzłoszczonego tłumu.

Szejk El Sadat poprosił o usprawiedliwienie jego nieobecności z powodu choroby. Trzeba było zignorować jego wiarołomne zachowanie; w przeciwnym razie musiałby zapłacić głową za swoją niewierność. W aktualnej sytuacji jego śmierć spowodowałaby więcej tarapatów niż przysporzyła korzyści; jego imię szanowane było w całym Oriencie; zrobiono by z niego męczennika. Głównodowodzący kazał mu przekazać, iż nie dziwi się, że zaistniałe wypadki wywołały u zaawansowanego wiekiem szejka chorobę; życzy sobie jednak, jeżeli to możliwe, zobaczyć go w dniu następnym.

 

Napoleon przyjął szejków z całą swoją uprzejmością i przemówił do nich.

"-Wiem, że wielu z Was okazało słabość, ale chciałbym wierzyć, że żaden z Was nie popełnił przestępstwa; bo do najcięższych przestępstw według Proroka należą niewdzięczność i rebelia. Nie chcę, żeby w Kairze choć przez jeden dzień nie odprawiano przepisanych modlitw; meczet El Azhar został zdobyty szturmem, popłynęła krew; idźcie i oczyście go! Moi żołnierze zdobyli wszystkie Wasze święte księgi; ale napełnieni moim duchem, przynieśli je do mnie; oto one, daję je Wam z powrotem. Śmierć poległych wystarczy mi jako zemsta. Powiedzcie ludowi Kairu, że nadal chcę być łagodnym i miłosiernym władcą. Otoczyłem go moją specjalną opieką, niech wie, że go kocham. Niech sam osądzi swoją winę! Wybaczam wszystkim, ale powiedźcie swojemu ludowi: co ma przyjść, już dawno zostało zapisane; żaden człowiek nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała; spróbować tego oznaczałoby próbować zatrzymać przeznaczenie. Wszystko, co przyjdzie, jest zapisane w Księdze Prawdy".

 

Dostojni starcy rzucili się na kolana i całowali księgi Koranu. Wiele z tych ksiąg była bardzo starych, jedna z nich należała do sułtana Hassana, inna była własnością sułtana Saladyna. Swoją wdzięczność szejkowie wyrażali bardziej swoim zachowaniem niż słowami. Z pałacu udali się oni do meczetu El Azhar. Była ona przepełniona drżącym ze strachu tłumem. Świątynia została oczyszczona. Ciała poległych pogrzebane. Po obmywaniu i innych, przewidzianych obyczajem, ceremoniach, nastąpiły modlitwy. Szejk El Sherkawi wszedł na podwyższenie i powtórzył słowa, które skierował sułtan El Kebir do szejków. Lud uspokoił się. Łaska Proroka, błogosławieństwo Allacha spadło na tego wielkiego, dobrego księcia. W przeciągu 24 października usunięto ostatnie wewnętrzne barykady, ulice oczyszczone. Do miasta powrócił porządek.

25 października szejk El Sadat przybył na poranną audiencję; został przyjęty z uprzejmością. Jego zachowanie wyraźnie zdradzało wypełniającą go obawę. Jąkając się wydusił z siebie kilka niezwiązanych ze sobą słów. Pogratulował sułtanowi El Kebirowi uniknięcia niebezpieczeństwa, podziękował Bogu za stłumienia buntu i obdarzył sprawiedliwych zwycięstwem. Chwycił kurczowo dłoń sułtana El Kebira, jak gdyby chciał w ten sposób podkreślić swoją prośbę o wybaczenie.

Przez cały dzień 25 października ludność zachowywała się wyczekująco; dopiero wieczorem zapanował wśród niej spokój i oddano się świętowaniu. Przyznano, że polegli zasłużyli na śmierć, a pod mniej łagodnym władcą Kair przeżyłby swój ostatni dzień istnienia. 

Armia francuska w żadnym wypadku nie dzieliła radości i zadowolenia mieszkańców. Oficerowie i żołnierze sarkali i głośno objawiali swoje niezadowolenie. Krytykowali przesadną pobłażliwość i pytali, dlaczego ciągle cacka się tak z tymi starymi, obłudnymi szejkami? Oni byli przecież podżegaczami do buntu, na nich należałoby pomścić zdradziecko zabitych Francuzów. Dlaczego trzeba im tak pochlebiać? Brakuje tylko, żeby tych starych hipokrytów wynagrodzono za ich okropne przestępstwa!

Napoleon nie przejmował się szemraniem armii, która dopiero później zrozumiała, jak przewidujące było jego zachowanie. W momencie, gdy szejk El Sadat całował dłoń głównodowodzącego do sali wkroczył generał Kleber, przybywający właśnie z Aleksandrii. Zapytał on:

"-Kim był ten człowiek o zmieszanym obliczu i jąkającym głosie?"

"-To przywódca zamieszek."

"-Co? I nie każecie go rozstrzelać?"

"-Nie. Ten lud jest zbyt obcy nam i naszym przyzwyczajeniom. On potrzebuje swojego własnego przywódcy, a taki starzec, który nie dosiada już konia, nie bierze już w rękę szabli, jest mi milszy niż Murad albo Osman-bej. Śmierć tego bezsilnego starca nie przyniosłaby żadnej korzyści, a dla nas mogłaby mieć fatalniejsze skutki, aniżeli Pan myśli". 

Ulemowie opublikowali proklamacje uśmierzając w ten sposób bunty, które wybuchły już w różnych częściach kraju. Wiele z nich, wysłanych do prowincji, wypowiadało się z wielką przychylnością o Francuzach; ich serca były pełne wdzięczności za okazaną im wspaniałomyślność. Byli bardziej niż kiedykolwiek przekonani, że Napoleon kocha Koran i Proroka, a jego zapewnienia, że chciałby widzieć lud egipski szczęśliwym, były szczere. Tysiące plotek rozgłaszano w mieście i całym kraju; w chwili wybuchu zamieszek sułtanowi El Kebirowi miał ukazać się Mohamet i rzec mu:

"-Lud Kairu dokonuje zbrodni; Ty byłeś dobry dla wszystkich; dlatego zwyciężysz; Twoje oddziały zajmą meczet El Azhar; ale poszanuj świętości i święte księgi; bo jeżeli po zwycięstwie nie okażesz wspaniałomyślności, stracisz moje poparcie i zaczniesz ponosić klęski".

Wszystko to było mieszaniną przesądów i dumy narodowej; wszystko jest dziełem Proroka i on chroni zawsze swój lud.

W ten sposób zamieszki, które mogły mieć fatalne skutki, umocniły władzę francuską w Egipcie. Od tego momentu tubylcy nigdy już nie sprzeniewierzyli się, nigdy nie zapomnieli o wdzięczności za okazaną im wspaniałomyślność. Ale Wielki Dywan został rozwiązany; uznano, że jego członkowie bardziej mogą przydać się na prowincji. Wykonanie przygotowanych już planów zostało przesunięte aż do ponownego ustanowienia pokoju z sułtanem z Konstantynopola; postanowiono przynajmniej tak długo czekać aż kilka znaczniejszych sukcesów militarnych odsunie tę nadal grożącą burzę.

W październiku i listopadzie oraz częściowo w grudniu 1798 roku Kair za karę pozostał bez Dywanu. W końcu, na powtarzające się prośby mieszkańców, głównodowodzący odwołał swoją decyzję. W swojej odezwie napisał między innymi:

" Byłem z Was niezadowolony; dlatego zabrałem Wam Wasz Dywan; dzisiaj jestem zadowolony z Waszej skruchy i Waszego zachowania; daję Wam zatem Dywan z powrotem. Żadna siła ludzka nie może mi się przeciwstawić. Moje przybycie z Zachodu na brzegi Nilu przepowiedziane jest w kilku miejscach Koranu. O tym przekona się pewnego dnia cały świat".

Następnego dnia podczas porannej audiencji szejkowie upadli na kolana. W ich imieniu El Fayoumi poprosił o ułaskawienie więzionych w cytadeli imamów i muezinów. Głównodowodzący odpowiedział z całym spokojem:

"-Oni zostali skazani, a wyroki zostały wykonane jeszcze przed wschodem słońca w ostatnim dniu rozruchów".

Słysząc to szejkowie unieśli swoje głowy do góry, odmówili krótką modlitwę i stwierdzili:

"-Allach tak chciał. Oni byli winni i zasłużyli na karę. Allach jest sprawiedliwy. On jest wszechobecny. Wszystko pochodzi od Allacha. Allach jest wielki, bardzo wielki. Wszystko, co dzieje się na ziemi i w siódmym niebie, pochodzi od Allacha". 

VI.

Na wzgórzu, gdzie artyleria ustawiła swoje baterie haubic i granatników, kapitan inżynierii Bertrand wybudował murowany fort. Panował on nad najniespokojniejszą dzielnicą miasta: ogień jego armat krzyżował się z ogniem armat cytadeli, panował nad prowadzącą do Bramy Zwycięstwa wielką ulicą i przełęczą, która dzieliła cytadelę od Mokattamu. Nad kanałem Księcia Wiernych przy drodze wiodącej do Belbes stał duży meczet otoczony bardzo wysokimi murami. Został on przebudowany na fort, osłaniający północną stronę murów miejskich, który nazwano Fortem Sułkowskiego. Mógł on przyjąć kilka batalionów i był równocześnie magazynem; do jego obrony potrzebna była niewielka załoga. Na górującym nad północno-zachodnią częścią miasta wzgórzu wzniesiono w połowie drogi do Bulaq wieżę nazwaną Fort Camin; bronił on placu Esbekijeh i prowadzące do miasta ulice. Na wzgórzu obok ogrodu Instytutu wznosił się fort, nazwany imieniem tego instytutu; osłaniał on całą esplanadę pomiędzy Kairem, Starym Kairem i Nilem, zabezpieczał połączenie z wyspą Ruda i chronił urządzony w domu Ibrahima-beja szpital. Obiekt ten był dodatkowo chroniony przez murowane dzieło rogowe ze strzelnicami, który był równocześnie przyczółkiem dla wyspy Ruda. Przy punkcie pomiarowym stanu wody w Nilu ustawiono baterie artylerii; ujście akweduktu koło Starego Kairu rozbudowano na fort. W ten sposób powstał cały szereg umocnionych stanowisk od Kairu aż do wyspy Ruda i położonego na lewym brzegu Nilu miasta Gizeh. Kair otoczono kręgiem fortów, z których kulami zapalającymi możliwym było wzniecenie pożarów równocześnie we wszystkich dzielnicach miasta i obrona wszystkich dojść do miasta. Dla zabezpieczenia wszystkich posterunków w tych obiektach wystarczało 500 ludzi. Dla wsparcia agi policji i w interesie handlarzy utworzono z tubylców oddział, który zgodnie z miejscowymi zwyczajami pilnował kawiarni, miejsc zebrań, placów publicznych i bazarów.

Przez wyburzenie wewnętrznych murów miasto uzyskało całkiem inne oblicze. Powstały nowe sklepy, kawiarnie, gospody i małe sklepiki, prowadzone przez Europejczyków i zapewniające armii niejedną przyjemność, łagodzącą oddalenie od Europy. 

VII.

Spokój kraju zakłócali zbiegli z Kairu zdetronizowani przywódcy, którzy osiedlili się w Suezie. Pośredniczyli oni w korespondencji prowadzonej pomiędzy przebywającym w Syrii Ibrahimem-bejem i osiadłym w Saidzie Muradem-bejem. Przekazywane przez nich wieści spowodowały niepokój wśród pustynnych szczepów arabskich. Zajęcie ważnego miasta Suez okazało się więc koniecznością; nie uczyniono tego dotychczas, gdyż oddziały musiałyby dokonać 42-godzinnego marszu przez pozbawioną cienia i wody pustynię. Marsz taki w lecie wymagał nadzwyczajnego wysiłku, a przecież należało unikać wszystkiego, co mogło zwiększyć jeszcze niezadowolenie żołnierzy. Pod koniec października upał nie był jednak już tak uciążliwy, piękne jesienne dni poprawiły nastroje w armii. Żołnierz wreszcie przyzwyczaił się do tego kraju; miał dobry chleb, ryż, wino, wódkę z daktyli, piwo, mięso, drób, jajka i wszelkiego rodzaju warzywa. Żołnierze i oficerowie otrzymywali wprawdzie taki sam żołd jak we Francji, ale ze względu na niskie ceny wszystkich towarów pieniądze te miały w Egipcie o wiele wyższą wartość. Regularnie rozdzielano prawdziwą kawę mokka. Zamiast wozów transportowych każdy batalion otrzymał wystarczającą ilość wielbłądów do transportu wody, prowiantu, wyposażenia szpitala i bagaży. Wyżsi oficerowie i generałowie mieli swoje łóżka, swoje namioty, swoje wielbłądy. Jednym słowem, wszystko odpowiadało stosunkom panującym w tym kraju. Żołnierze odnaleźli swój naturalny styl, byli pełni zapału i przedsiębiorczości. Jeżeli w ogóle na coś się skarżyli, to na próżniacze życie, które od kilku miesięcy pędzili. W tak zmienionym nastroju widziano ten kraj w zupełnie innym świetle. Przekonano się o żyzności Egiptu, bogactwie i zdrowym klimacie, zrozumiano korzyści, które mogłyby przynieść długotrwały związek z tym krajem pojedynczemu żołnierzowi Republiki Francuskiej. 

9 listopada generał Bon wymaszerował na czele 1200 piechoty, 200 jeźdźców i 2 armat. Rozbił on swój obóz koło Birket el Hagg, na brzegu utworzonego przez Nil jeziora położonego 22 kilometrów od Kairu na drodze do Suezu. Tam otrzymał wszystko, co potrzebował do marszu przez pustynię. Jeden wielbłąd potrafi unieść dwa worki z wodą, które zawierają rację dzienną dla 400 ludzi albo 40 koni. Należało zabrać drewno do gotowania i mimo, że marsz do Suezu trwa tylko 3 dni, dla pewności, prowiant na 20 dni, wodę i drewno na 10 dni; dla tego wszystkiego potrzeba około 1000 wielbłądów. Generał Bon dotarł bez przeszkód do Suezu i natychmiast nakazał przygotowanie umocnień, które miały chronić niewielki garnizon, który zamierzał tam zostawić. Inżynierowie marynarki rozłożyli w Kairze na części 4 szalupy kanonierskie wyposażone w 24-funtowe armaty; te części zostały na grzbietach wielbłądów przetransportowane do Suezu, gdzie złożono je ponownie. Trójkolorowy sztandar powiewał nad Morzem Czerwonym !! Szalupy patrolowały północną część tego morza aż do Kosseir i Yanbo. 

Morze Czerowne rozdziela się na północy na dwie części: jedna, zwana Morzem Sueskim jest 20 do 45 kilometrów szeroka i 225 kilometrów długa; ta druga, Al Akabah rozciąga się na około 130 kilometrów w głąb lądu i jest 12 do 22 kilometrów szeroka (uwaga tłumacza: w oryginale Napoleona posługuje się typowymi dla jego czasu jednostkami miar - w niniejszym tekście użyto dla wygody czytelnika jednostek współczesnych). Na jej szczycie, w odległości 27 kilometrów od Suezu na szlaku karawan do Mekki leży miasto Alana albo Ailab. Posiada ono fort z nieliczną turecką załogą i kilka bogatych w zdrową wodę studni. Tamtejszy port należał był dawniej w posiadaniu Idumejczyków; można go uznać za port Jerozolimy. Pomiędzy Suezem, morzem Al Akabah i górą Synaj leży pustynia Thor. Zamieszkują ją 3 plemiona  arabskie, liczące około 4-5 tysięcy głów. Na tej pustyni znaleźć można ruiny, nie pozostawiające wątpliwości, że kiedyś znajdowały się tam miasta. W dolinie Faran znaleźć można drzewa i krzewy, z których Arabowie wytwarzają węgiel drzewny. 

Pod koniec grudnia głównodowodzący w towarzystwie uczonych Monge i Berthollet, inżyniera d/s budowy dróg Le Pere, sztabu głównego, 200 ludzi konnej gwardii przybocznej i 400 dromaderów opuścił Kair. Chciał osobiście poznać brzegi Morza Czerwonego oraz resztki kanału łączącego oba morza. Od czasu rozruchów nie opuścił on miasta i był zdania, że należy je przyzwyczaić także do jego nieobecności.

Dotarcie z Kairu do Suezu możliwe jest 3 różnymi drogami: pierwsza wiedzie przez położoną 10 kilometrów na południe od Kairu wieś El Basatin, gdzie skręca ona na wschód; dalej przechodzi ona wzdłuż Doliny Wędrowców, by po 35 kilometrach osiągnąć 8 studni w Gandeli. Ich woda jest trochę słonawa; zatrzymują się przy nich karawany zmierzające z Syrii do Górnego Egiptu. Stamtąd do brzegów Morza Czerwonego przebyć trzeba 70 kilometrów, by następnie po 40 kilometrowym marszu wzdłuż morskiego brzegu dotrzeć do Suezu. Tą drogą odległość od Suezu do Kairu wynosi zatem około 150 kilometrów. Na pustyni pada niekiedy też deszcz. Łatwym byłoby przygotowanie na potrzeby podróżujących w 18 kilometrowych odstępach cystern, a na brzegu morza możliwości uzupełniania wody dla statków. Ta droga była najczęściej używana przez mieszkańców Memfis. Druga droga prowadzi z Kairu do jeziora Berket el Hagg; tam rozpoczyna się pustynia, gdzie aż do Agerut, trzeciego postoju karawan do Mekki, leżącej w odległości 100 kilometrów, nie napotyka się żadnej studni. Odległość od Argerut do Suezu wynosi 22 kilometry; cała droga jest więc 145 kilometrów długa. Trzecia droga prowadzi przez Belbes. Od Kairu do Belbes jest 53 kilometrów; przez pustynię do Agerut - 84 kilometrów; stamtąd do Suezu - 22 kilometrów; w sumie zatem 160 kilometrów, z których jedynie 84 jest do przebycia pustynną drogą. Odległość astronomiczna z Suezu do Kairu wynosi 120 kilometrów, z Suezu do wielkich piramid w Gizeh - 137 kilometrów.

24 grudnia rozbito obóz na brzegu jeziora Birket el Hagg. Do wyprawy przyłączyło się wielu kupców, którzy mieli sklepy w Suezie. 24 grudnia, 2 godziny przed wschodem słońca, obóz zwinięto. Karawana przez cały dzień maszerowała przez pustynię. Była piękna pogoda, upał nie dawał się nieprzyjemnie we znaki. Jazda przez pustynię jest monotonna; wprawia podróżujących w łagodną melancholię. Arabscy przewodnicy znajdowali drogę nie postępując po żadnych śladach. Karawana robiła dwa razy dziennie półgodzinny postój. Noc spędziła pod drzewem w Hamra oodalonego 62 kilometry od Birket el Hagg. Drzewo to jest obiektem kultu Arabów; klątwa i przekleństwo trafiłyby każdego bezbożnika, który odważyłby się uszkodzić to cudo pustyni. Żołnierze nie mieli ze sobą drewna na ogniska dla posterunków i dlatego marzli. Ognisko rozpalone z kości i cienkich, 7-8 cali wysokich gałązek chrustu tylko niewiele poprawiało sytuację. Te gałązki, znalezione w niedaleko od obozu leżącej dolinie, były głównym pożywieniem wielbłądów. 26 grudnia, 2 godziny przed świtem, karawan ruszyła w dalszą drogę. Jeszcze przed nastaniem dnia dotarła do studni El Batar. Jest to głęboka na 100 metrów dziura wykopana przez Arabów spodziewających się znalezienia w tym miejscu wody; ich praca nie przyniosła jednak żadnych efektów. W świetle księżyca ujrzano rosnącą w pobliżu starą akację; była obwieszona tablicami w tekstami religijnymi i innymi pobożnymi ofiarami złożonymi przez wracających z Mekki pielgrzymów, którzy składali hołd drzewu, w którym widzieli pierwsze świadectwo obecności użyźniających wód Nilu. O godzinie 2 po południu Napoleon przybył do Agerut, miejsca oddalonego o około kilometr od trasy, którą podążały karawany. Agerut to mały fort położny na niewielkim pagórku, który panuje jednak nad znaczną przestrzenią; posiada podwójny murowany wał i bardzo głęboką studnię, z wprawdzie obfitą, ale słonawą wodą. Swoją słony smak traci ona częściowo po kilkugodzinnym odstaniu; nadaje się dla koni, wielbłądów i innych zwierząt, ale ludzie mogą ją pić tylko w ostateczności. W forcie znajduje się meczet, seraj dla karawan i kwatery dla 150 ludzi. Napoleon pozostawił w forcie jednego podoficera z 15 żołnierzami i 2 armatami. Do Suezu dotarł głęboką nocą; postanowił zamieszkać w swoim namiocie, mimo, że na jego potrzeby przygotowano jeden z domów.

Suez leży na brzegu Morza Czerwonego, około 5 kilometrów od jego skrajnego cypla zatoki i 800 albo 1000 metrów od ujścia starego kanału. Miasto cieszyło się dawniej stosunkowo dużym dobrobytem. Geografowie arabscy oznaczają ją jako oazę. Deszcz pada tam tak często, że zgromadzona w cysternach woda wystarczyłaby nie tylko na potrzeby miasta, lecz również dla okolicznego rolnictwa. Ale aktualnie sytuacja zmieniła się, cysterny są za małe i w złym stanie. Woda dla ludzi pochodzi ze źródeł Mojżesza, dla koni i wielbłądów - zródła Sueskiego, znajdującego się w odległości 5 kilometrów na drodze prowadzącej do fortu Agarut. W mieście znajduje się piękny bazar, stateczny meczet, resztki urządzeń portowych, około 30 spichlerzyi pewna liczba domów dla 2-3 tysięcy mieszkańców. W okresie, gdy w mieście przebywają karawany i statki z Djeddy w mieście przebywa rzeczywiście tyle ludzi; ale normalnie mieszka tam jedynie 200-300 biedaków. Reda leży 5 kilometrów przed miastem, głębokość kotwicowiska wynosi 40 stóp; połączona jest ona z miastem jedynie naturalnym kanałem, który w czasie odpływu jest głęboki na 10 stóp, a w czasie przypływu - 14 do 15 stóp. Dno morza jest piaszczyste, dobrze nadające się do zakotwiczenia przybywających statków. Reda pokryta była skałami i mieliznami. Najczęściej wieje południowo-wschodni, co jest rzadkością w tych szerokościach geograficznych.  

VIII.

Dzień 27 grudnia Napoleon poświęcił na zwiedzenie miasta. Równocześnie wydał odpowiednie rozkazy do wybudowania baterii chroniącej drogę wodną i port. 28 tego miesiąca udał się konno do źródeł Mojżesza. O godzinie 8 rano przekroczył Madjeh, szeroką na 3 kilometry odnogę morską, która podczas odpływu tworzy bród. Kontradmirał Ganteaume towarzyszył mu na wodzie na szalupie kanonierskiej wiozącej również saperów oraz kilku oficerów inżynierii i uczonych. Źródła Mojżesza, których w sumie jest 9, znajdują się 13 kilometrów od Suezu. Wypływają one z niewielkich wzniesień; ich rzeczywisty początek leży w paśmie górskim wznoszącym się w odległości 18 kilometrów. Źródła położone są w odległości 1400 metrów od morza. W ich otoczeniu widoczne są ruiny wodociągu i kilku magazynów, wybudowane w XV wieku przez Wenecjan, którzy próbowali odciąć Portugalczykom drogę morską do Indii. Saperzy natychmiast rozpoczęli wykopaliska i pracowali aż do wieczora. Przed zapadnięciem zmierzchu głównodowodzący dosiadł konia by powrócić do Suezu. Przybyli drogą morską powrócili na pokład szalupy. O godzinie 9 wieczorem jadący przodem strzelcy konni zaczęli krzyczeć, jakby nagle stracili ziemię pod nogami. Przywołani przewodnicy arabscy nie byli w stanie udzielić żadnych informacji, bo żołnierze w żartach upili ich wódką. Zgubiono drogę. Strzelcy kierowali się odblaskiem, który uznali za światło nawigacyjne z Suezu; ponieważ jednak zmieniało ono nieustannie swoją pozycję spostrzeżono wkrótce, że pochodzi z kajuty szalupy kanonierskiej. W końcu strzelcy ustalili położenie Suezu i kontynuowali dalszą jazdę rozstawieni w 50-metrowych odstępach; ale gdy tylko przebyli 400 metrów jadący na czele poinformował okrzykiem, że stracił grunt pod nogami. Musieli zatem zawrócić i po kilku próbach w różnych kierunkach, znaleźli szczęśliwie właściwą drogę. O godzinie 10 wieczorem cały szwadron stał w szeregu otoczony falami; woda sięgała koniom do brzucha. Ponieważ księżyc wschodził dopiero po północy, wokół panowały kompletne ciemności; morze było lekko wzburzone, a wiatr wzmagał się; rozpoczynał się przypływ, równie niebezpiecznie było poruszać się na przód, jak i wstecz. Sytuacja była na tyle krytyczna, że Napoleon stwierdził:

"-Mam polec tutaj jak faraon? To byłby wspaniały tekst dla rzymskich kaznodziei".

Ale szwadron składał się z bardzo inteligentnych żołnierzy, którzy mieli za sobą już 8-10 lat służby. Podoficer Louis i strzelec Carbonnel odkryli właściwą drogę. Louis dotarł do przeciwległego brzegu i natychmiast pogalopował z powrotem. Ale nie było ani chwili do stracenia. Woda podnosiła się z minuty na minutę. Szczególnym problemem dla innych był Caffarelli du Falga z powodu jego drewnianej nogi; dwaj wysocy żołnierze, mierzący 5 stóp i 10 cali, którzy potrafili dobrze pływać, przejęli opiekę nad nim;  byli to dzielni ludzie, zasługujący na zaufanie. Gdy tylko głównodowodzący przekonał się, że generałowi nic nie grozi, pospieszył naprzód, by osiągnąć ląd. Niespodziewanie usłyszał za sobą głośną rozmowę i krzyki. Przyjął, że obaj podoficerowie pozostawili generała Caffarelli bez opieki i wrócił natychmiast z powrotem. Ale było zupełnie odwrotnie. Generał polecił swoim opiekunom, by go zostawili, mówiąc:

"-Nie chcę ponosić winy za śmierć dwóch dzielnych żołnierzy. Nie wydostanę się stąd. Wy dwaj jesteście daleko za innymi; jeżeli już mam umrzeć, chcę umrzeć sam".

Przybycie głównodowodzącego zakończyło kłótnię (podczas rozmowy przeprowadzonej z generałem Gourgaud na wyspie Św.Heleny w dniu 25 grudnia 1816 roku Napoleon stwierdził: "ze złości uderzyłem generała Caffarelli szpicrutą w twarz. Beze mnie byłby stracony" - uwaga tłum.). Pospieszono się i osiągnięto brzeg; Caffarelli stracił jedynie swoją drewnianą nogę, co zresztą zdarzało się raz w tygodniu. Oprócz tego stracono jedynie kilka karabinów i płaszczy.

Obóz był w stanie alarmu. Kilku oficerów wpadło na pomysł rozpalenia kilkunastu ognisk na brzegu. Jako że nie posiadali żadnego innego drewna, musiano najpierw rozebrać jeden z domów, co trwało stosunkowo długo. Ale gdy pozostali dotarli do brzegu paliło się już pierwsze ognisko. Starzy żołnierze, którzy uczyli się katechizmu, opowiedzieli o ucieczce Mojżesza i zagładzie armii faraona; jeszcze długo opowiadano o tym zdarzeniu. 

29 grudnia przybyli żyjący na pustyni Thor Arabowie, którzy od francuskiej szalupy kanonierskiej dowiedzieli się o przybyciu sułtana El Kebira i poprosili o jego ochronę. Thor to równocześnie nazwa leżącego na brzegu morza miasta, będącego portem dla gór Synaj. Arabowie ci dostarczali do Kairu węgiel drzewny i dorodne owoce i zabierali za to wszystko, co potrzebowali. Mnisi żyjący na górze Synaj pokazali głównodowodzącemu księgę z podpisami Mohameta, Saladyna i Selima, którzy wzięli klasztor pod swoją osłonę i polecili swoim żołnierzom jego uszanowanie. Na ich życzenie wpisu dokonał również Napoleon, by swoim podpisem zapewnić klasztorowi ochronę przed napadami francuskich patroli.  

IX.

30 grudnia sztab główny wyjechał z Suezu. Towarzyszący im żołnierze ochrony z namiotami i bagażami udali się do Agerut, gdzie o godzinie 4 po południu rozbili obóz. Sam Napoleon wraz z uczonym Monge, kilkoma generałami i oficerami sztabu głównego pojechał brzegiem Morza Czerwonego. W drodze powrotnej, gdy byli oni oddaleni o około 1000 metrów od Suezu, Napoleon zauważył resztki starej budowli, która wzbudziła jego zainteresowanie. Te ruiny tworzyły prostopadłą do brzegu linię. Napoleon znalazł się w korycie starego kanału, którego przebiegiem poruszał się przez następne 5 godzin. Ale ponieważ zbliżała się noc, a on musiał jeszcze przebyć przez pustynię około 25-30 kilometrów, zmusił swojego konia do ostrego galopu. I mimo, że kilkakrotnie nie był całkiem pewny drogi, osiągnął szczęśliwie obóz mając obok siebie 3 albo 4 towarzyszy. Pozostali zostali daleko w tyle. Napoleon polecił na jednym ze wzgórzy i na minarecie meczetu w forcie Agerut rozpalić sporej wielkości ogniska i co kwadrans oddawać strzał armatni, aż w końcu o godzinie 11 wieczorem wszyscy dotarli do obozu; nikt nie zabłądził.

Resztki kanału łączącego oba morza są jeszcze dobrze rozpoznawalne. Jego brzegi oddalone są od siebie o 50 metrów. Jeździec jadący  jego środkiem jest całkowicie przez oba brzegi zasłonięty.

31 grudnia rozbito obóz w dolinie leżącej 45 kilometrów od Agerut, gdzie rosły w dużej ilości ulubione przez wielbłądy niewielkie rośliny. Pasło się tam wiele pozostawionych bez opieki młodych wielbłądów.

1 stycznia 1799 roku obóz rozłożono w odległości karabinowego strzału od umocnień Belbes. Prace nad tymi umocnieniami były już daleko zaawansowane; ponieważ w tym kraju brakowało kamieni inżynierowie używali mułu z Nilu, który suszono na słońcu. 3 stycznia głównodowodzący na czele 200 wielbłądów i koni wyruszył w kierunku Wadi Tomlat. O godzinie 4 po południu  osiągnięto położoną w środku pustyni studnię Saba Biar. Upał był niesamowity, wody, która w smaku przypominała wodę z Bareges, było tylko niewiele. W trakcie rozdzielania tej okropnie smakującej wody, jeden ze strzelców zauważył jeźdźca na wielbłądzie, który próbował zawrócić, gdy zauważył francuskie oddziały. Ale było już za późno. Znaleziono przy nim depesze od Ibrahima-beja i Djezzara Paszy do mieszkańców Górnego Egiptu. Dowiedziano się z nich o rozpoczęciu działań wojennych na granicy syryjskiej, o wkroczeniu na obszar Egiptu armii Djezzara Paszy, o zajęciu przez jego awangardę oazy El-Arisz i przygotowywaniu tamtejszego fortu do obrony. Biwak rozbity był w gęstej oazie; w nocy, która była stosunkowo zimna, szakale, których wycie przypomina ludzki głos, spowodowały, że kilku stojących na posterunkach żołnierzy wzniosło alarm. Wydawało im się, że obóz atakowany jest przez Beduinów. Następnego dnia Berthier znalazł ponownie pozostałości kanału, który kiedyś przecinał oazę Wadi i transportował wodę Nilu z Bubaste w głąb pustyni.

W międzyczasie flota z Djeddy dotarła do Suezu; transportowała pokaźną ilość kawy i towarów indyjskich. Napoleon udał się przez pustynię z powrotem do Suezu. Przybyła tam też karawana z Kairu; w Suezie panował chaos i zamieszanie jak w indyjskim mieście. Napoleon przyjął kilku wysłanych przez niego agentów, którzy wrócili z Indii. Następnie przekroczył Isthmus w innym kierunku i udał się do Salijeh. Tamtejsze umocnienia zabezpieczały przed napadem, a magazyny bogato zaopatrzone w jęczmień, ryż, fasolę i amunicję. Napoleon wysłał 2 bataliony wraz z artylerią do Katijeh. Studnie były w dobrym stanie. Oficerowie inżynierii wybudowali mocny szaniec polowy z palisadą i stanowiskami dla armat, z których można było ostrzelać wszystkie studnie. Kilka tygodni później wszystkie studnie były wyczyszczone, domy, przygotowane z drzewa już w Kairze i które służyły jako magazyny, zintegrowano w szańcu. Karawany na wielbłądach, które przybywały z Kairu i Damietty z ryżem, mąką, jęczmieniem i fasolą, uzupełniały zapasy magazynów. Gdy Djezzar dowiedział się o zajęciu przez wojska francuskie Katijeh i wybudowaniu tam szańca, zrezygnował z dalszego marszu, by nie narazić swoich oddziałów na niebezpieczeństwo.

Generał Reynier, który miał swoją kwaterę w Belbes, posłał silny oddział do Salijeh, który zabezpieczać miał wysunięty posterunek w Katijeh. 

Po 14-dniowej nieobecności głównodowodzący powrócił do Kairu. Znalazł tam wszystko w zadawalającym stanie. Mimo, że znane były ruchy armii Djezzara w kierunku granicy egipskiej, nie wywołały one żadnych niepokojów; panował nastrój całkowitego zaufania Francuzom. Przed Aleksandrią pokazały się angielskie statki transportowe i kilka szalup kanonierskich; to też nie sprawiło żadnego wrażenia. Szalupy zostały zniszczone ogniem baterii w Aleksadrii. Murada-beja przepędzono do Górnego Egiptu; trójkolorowa flaga powiewała nad wodospadami w Syene (dawna nazwa Asuanu - przyp. tłum.); cały kraj był podporządkowany. Wielka i Mała Oaza oraz obszary zajmowane przez Barabrów (Barabra - nubijskie plemie żyjące w południowym Egipcie pomiędzy Asuanem i Wadi Haifa - przyp.tłum.) były ostatnimi punktami oporu Mameluków.

W Górnym i Dolnym Egipcie panował spokój. Dywan pracował pilnie i jeżeli mieszkańcy Kairu w ogóle myśleli o swoim powstaniu, to jedynie po to, by przypomnieć sobie wspaniałomyślność, której zawdzięczali swój ratunek.

Napoleon postanowił przenieść teatr wojny do Syrii; wszędzie prowadzono gorączkowe przygotowania. Przed opuszczeniem Egiptu zażyczył sobie zobaczyć z bliska słynne piramidy i dokonania ich pomiaru. Spędził kilka dni w obozie u podnóża piramid i dokonał kilku wypadów na pustynię w kierunku Małej Oazy. 

X.

Arabowie nigdy nie byli w stanie wytrzymać ognia francuskiej piechoty; Mamelucy, którzy początkowo stawili jej czoła, szybko poznali swoją słabość i niemożliwość przełamania francuskiej linii. Doświadczenia zrobione przez nich pod Shubrakhit, w bitwie pod Piramidami i później pod Sedimanem nauczyły ich, że piechoty nie należy lekceważyć. Od tego czasu 100-osobowy oddział piechoty mógł maszerować wszerz i wzdłuż kraju; nawet gdyby napotkał 700-800 Mameluków, ci nie odważyliby się go zaatakować. W tych bitwach czworoboki francuskie były ustawione na głębokość 6 szeregów; przez długi czas każdy żołnierz nosił obity żelazem drąg długości 4 stóp i gruby na cal, na którego końcu przymocowany był łańcuch długości 8 cali. Te drągi służyły do osłony piechoty. Ale gdy przekonano się o przewadze francuskiej piechoty, zrezygnowano z tego środka obrony; czworoboki były głębokie tylko na 3 szeregi, często nawet tylko na dwa. Oficerowie mieli rozkaz rozpocząć ogień z dwóch szeregów, gdy tylko kawaleria Mameluków zbliżyła się na odległość około 240 metrów; bo gdyby zbliżyła się bardziej, rozpędzone konie byłyby nie do zatrzymania. Dobra kawaleria na przebycie takiego odcinka potrzebuje tylko ..... ; w tym czasie żołnierz może tylko .... razy wystrzelić (te luki w tekście znajdowały się w manuskrypcie spisanym na Św.Helenie - uwaga gen.Bertranda). Gdy strzelcy wysyłani byli przeciwko Beduinom albo Mamelukom, maszerowali zawsze w czwórkę i tworzyli natychmiast czworobok strzelający we wszystkie strony świata. To wyprowadzało nieprzyjacielską kawalerię z równowagi. Oczywiście zdarzało się też często, że pojedynczy żołnierz jednym strzałem z karabinu strącał atakującego jeźdźca z siodła; ale nie można tego przyjąć za regułę.

Arabowie nie odczekiwali nigdy ataku francuskiej kawalerii, jeżeli nie mieli przynajmniej 4-krotnej przewagi. Mamelucy natomiast głośno manifestowali swoją pogardę dla francuskiej kawalerii. Ale ta, po otrzymaniu tubylczych koni, mogła stawić im czoła. Pojedynczy Mameluk był silniejszy niż Francuz; był lepiej wyszkolony i uzbrojony. Stu Mameluków mogło podjąć walkę mając duże szanse na zwycięstwo z setką Francuzów; ale gdy naprzeciw stanęły równe sobie korpusy, w sile większej niż 200 ludzi, zwycięstwo było z reguły po stronie Francuzów.

Mamelucy bili się bez porządku; rozwijali się na boki, by obejść skrzydła przeciwnika i zaatakować go z tyłu. 300-osobowy oddział francuski ustawiał się w 3 linie; druga dokonywała zwrotów w lewo i prawo i maszerowała na oba skrzydła pierwszej linii. Nieprzyjacielska kawaleria, która była już w ruchu, by objechać flanki pierwszej linii, zatrzymywała się, by objechać tę nową linię; teraz ten sam manerów wykonywała trzecia linia francuska i w tym momencie cała linia oddawała salwę; Mamelucy mieszali swoje szyki i oddalali się z pola walki. Francuska kawaleria przejęła zwyczaj Mameluków i zawieszała swoje pistolety na łęku siodła. Szabla wisiała na pętli na nadgarstku. Ogień karabinowy oddawany przez dragonów z koni był niekiedy skuteczny; ale taki ogień miał swoją niekorzystną stronę, kiedy szwadron nie był oddzielony od przeciwnika przeszkodą, która uniemożliwiała temu ostatniemu przejście do ataku. Piechota, kawaleria i artyleria Francuzów przewyższała znacznie nieprzyjacielskie. Francuska kawaleria nigdy nie wyruszała większymi oddziałami nie mając u swego boku artylerii konnej. Zanim Mamelucy przystępowali do ataku, oddawali 6 strzałów, a mianowicie ze strzelby, z muszkietu i pary pistoletów z których jeden wisiał na łęku, a drugi u pasa. Ich lance niesione były przez służących, którzy postępowali za nimi na piechotę. Mamelucy byli dzielnym i pięknym wojskiem.

 

T. III Roz. VIII. Podbój Górnego Egiptu

I. Plan kampanii. - II. Podbój prowincji Beni Souef i Fayoum; bitwa pod Sedimanem (7 października 1798); Potyczka pod Medinet el Fayoum (8 listopada). - III. Podbój dwóch prowincji Górnego Egiptu: Siut i Girgeh; Potyczka pod Sawaki (3 stycznia 1799) i Tata (8 stycznia).- IV. Zajęcie przez generała Desaix Syene; Przepędzenie Mameluków z całego Egiptu; Potyczki pod Samhud (22 stycznia), Tebami (12 lutego), Keneh (12 lutego), Abu Marrah (17 lutego). - V. Marsz Murada-beja w kierunku Kairu; Potyczka pod Sawamah (5 marca); Utrata francuskiej flotylli (6 marca); potyczka pod Copthos (8 marca). - VI. Okrążenie Hassan-beja na pustyni koło Teb; Potyczki pod Bir el Bar (2 kwietnia) i Girgeh (6 kwietnia). - VII. Splądrowanie i spalenie Beni Adin (18 kwietnia); Potyczka pod Syene (16 maja); śmierć Hassan-beja. - VIII. Zajęcie Kosseir (29 maja). 
 

I.

Gdyby po bitwie pod piramidami jedna z francuskich dywizji podjęła pościg za Muradem-bejem, nie napotkałaby nigdzie na pustyni oporu; w przeciągu 14 dni zajęłaby cały Górny Egipt. Ale trzeba było czekać aż kawaleria wyposażona zostanie w konie, a stan wody na Nilu umożliwi żeglugę. Nieprzyjaciele wykorzystali trwającą 2 miesiące przerwę. Ochłonęli ze swojego śmiertelnego strachu; wrażenie wyniesione z przegranej bitwy osłabło. Otrzymali pomoc od różnych plemion, a wiele prowincji zapewniło ich o swojej wierności. Nowe nadzieje wzbudziło w nich zniszczenie floty francuskiej i obiecane wsparcie leżącej przed Aleksandrią eskadry; a nadzieja jest pierwszym impulsem wyzwalającym energiczne działanie.

We wrześniu 1798 roku Murad-bej miał ponownie znaczącą armię i liczną flotę. Kaszifowie, których wysłał na Półwysep Arabski, by wezwać muzułmanów do wspomożenia wiernych oraz by zapewnić sobie wsparcie szeryfów w zielonym turbanie, wrócili (szeryf - religijny tytuł potomków najstarszego wnuka Mahometa, Hasana. Do noszenia zielonego turbanu mają prawo, oprócz szeryfów, również muzułmanie, którzy właśnie odbyli religijną pielgrzymkę do Mekki - przyp.tłum.). Wypełnili swoje zadanie i mogli zameldować, że liczne oddziały kawalerii słynnych ze swej odwagi Arabów z Yanbo przeprawią się przez Morze Czerwone i wylądują koło Kosseir. 
 

Hassan-bej żył ze swoją rodziną od 18 lat jako wygnaniec w Esneh, utrzymując się z mizernych dochodów z regionu pierwszej katarakty Nilu. Był biedny, ale dzięki małżeństwom związany z dwoma wielkimi plemionami arabskimi Sennarów. Cieszył się wielkim poważaniem wśród szczepów zamieszkujących okolice Teb i wśród Beduinów Wielkiej Oazy. 250 Mameluków, którzy mu jeszcze pozostali, stanowili wyborowy oddział, złożony z odważnych ludzi, doskonale znających kraj; nieszczęście utwardziło ich serca, a zaawansowany wiek nauczył ich wszystkich podstępów. Stary Hassan-bej pozostał nieustępliwy; ani zajęcie przez niewiernych Kairu, ani pobicie Murada-beja nie zmniejszyło jego nienawiści. Widział we Francuzach mścicieli uczynionej mu niesprawiedliwości i oczekiwał od nich poprawy swojej sytuacji oraz wsparcia w dążeniu do podporządkowania sobie całej okolicy Saidu. 
 

25 sierpnia 1798 roku Desaix wyruszył na czele 5 tysięcy ludzi z Kairu. Jego korpus składał się z 6 tysięcy kawalerii, 300 artylerzystów oraz ponad 4 tysięcy piechoty, uzupełnionych małą eskadrą półgaler i półszebek obsadzonych francuskimi marynarzami. Chodziło o ważną operację militarną, a zarazem o niezwykle interesującą wyprawę naukową. Po raz pierwszy od upadku Cesarstwa Rzymskiego mogli przedstawiciele wykształconego narodu, pielęgnującego naukę i sztukę, zbadać wspaniałe ruiny, które od stuleci budziły ciekawość całego świata naukowego.


Do kierowania taką operacją nikt nie był bardziej predystynowany niż Desaix, nikt tak jak on nie okazywał żarliwego zapału do pokierowania takim przedsięwzięciem. Był młody, wojna była jego namiętnością; nienasycony sławy, wiedział dokładnie, jaka sława związana jest z podbojem tej kołyski sztuki i nauki. Już same nazwy Teby, Copthos, File (Philae) wywoływały szybsze bicie jego serca. Pod jego komendą stali generałowie Friant i Belliard, adiutant-komendant Donzelot i pułkownik artylerii La Tournerie. 21., 61. i 88.półbrygada piechoty liniowej, które zaokrętowały się w Civita-Vecchia były najlepszymi i najliczniejszymi w całej armii; przez 2 miesiące stacjonowały w jednym i tym samym obozie w Gizeh, przygotowywane przez Desaixa szczególnie na tę wyprawę. Kawaleria siedziała na arabskich koniach, częściowo kupionych na remontach, częściowo zdobytych w potyczkach, które swoją jakością w pełni mogły się równać z koniami Mameluków; niestety kawaleria ta nie była liczna.

Wielu uczonych i artystów wyraziło chęć towarzyszenia generałowi Desaix; ale obecność tych ludzi, których życie miało szczególną wartość, oprócz narażenia ich na niebezpieczeństwa wojny, hamowałaby operacje wojskowe. Jedynie Denon otrzymał pozwolenie dołączenia się na ochotnika do kwatery głównej dywizji. 
 


Desaix potrzebował 5 miesięcy na podbój Górnego Egiptu, od września 1798 do stycznia 1799 roku. 2 lutego był panem Syene. 5 dalszych miesięcy potrzebował, by stłumić powstania i umocnić swoją władzę. Jego kampania podzielona była na 6 operacji: Pierwsza trwała 100 dni; jej najważniejszym wydarzeniem militarnym jest bitwa pod Sedimanem, w wyniku której zajęto prowincje Beni Souef i Fayoum. Druga odbyła się w przeciągu 50 dni w grudniu 1798 i styczniu 1799; jej militarne wydarzenia to tylko potyczki pod Sawaki i Tata; zostają zdobyte prowincje Minjeh, Siut i Girgeh. Na trzecią operację potrzebowano 30 dni w styczniu i lutym 1799; najważniejszym jej wydarzeniem to potyczka pod Samhud; Mamelucy zostają wypędzeni z doliny Nilu; stracili wszystko i zbiegli do oaz, w krainę plemienia Barabra, za kataraktą Nilu i na pustynię koło Teb; trójkolorowa flaga powiewa nad całym Egiptem. Czwarta operacja to 40 dni w lutym i marcu 1799; Murad-bej, Elfi-bej, Hassan-bej i Hassan z Yanbo wykorzystują marsz armii francuskiej do Syrii. Wkraczają ponownie do doliny Nilu i maszerują w kierunku Kairu, by tam połączyć się i za jednym zamachem opanować cały Górny i Dolny Egipt. Ich przedsięwzięcie spełza na niczym. Zniszczenie części francuskiej flotylli w Górnym Egipcie i potyczka pod Copthos były najważniejszymi wydarzeniami tego okresu. Podczas piątej części kampanii niedobitki janczarów z Yanbo niepokoją prowincje Siut i Girgeh; są oni ścigani. Szósta część obejmuje działania w maju i czerwcu; Górny Egipt został całkowicie podbity. Murad-bej i Elfi-bej błąkają się z nielicznymi towarzyszami po pustyni. Potyczka pod Beni Adin przynosi zagładę temu pięknemu miastu. Kosseir zostaje zajęte przez generała Belliarda. Armia Syrii powraca do Kairu. Cały Górny i Dolny Egipt są zupełnie spokojne.

Napoleon udzielił generałowi Desaix przed kampanią następującej wskazówki: przez cały czas kierować się przeciwko wojskom Murada-beja, pobić je, nieustannie deptać im po piętach i wypędzić za Nil; w trakcie postępowania naprzód we wszystkich najważniejszych punktach umocnić meczety, panujące nad Nilem i mogące zabezpieczyć żeglugę. Gdy po pierwszych zwycięstwach tu i ówdzie wzniesione zostaną, czego można się spodziewać, lokalne bunty, należy stłumić je pojedynczymi potyczkami i w ten sposób doprowadzić do całkowitego podboju kraju. Ale przede wszystkim należy zająć całą dolinę Nilu. Dywizja kawalerii w sile 1200 koni i 1500 piechoty z pozostałych w Kairze trzecich batalionów oraz 8 barek, wyposażonych do tego celu przez inżynierów marynarki, powinny w przeciągu krótkiego czasu być gotowe do wsparcia generała Desaix, służyć jako jego rezerwa i uzupełnienie poniesionych strat. 
 

II.

20 sierpnia Desaix dotarł do Beni Souef. Mamelucy nie stawiali mu żadnego oporu, lecz zgromadzili się w sile 18 tysięcy ludzi kawalerii i piechoty w Fayoum; posiadali flotyllę złożoną ze 180 jednostek, z czego 12 było wyposażonych w armaty; leżała ona w kanale Józefa na kotwicy. Z Beni Souef Desaix mógł pomaszerować w kierunku Fayoum, które leżało oddalone o 18 kilometrów na prawo, by podjąć walkę z Muradem-bejem. On jednak rozważał coś innego: jeżeli pomaszerowałby w dlaszym ciągu w górę Nilu, dotarłby do małego miasta Darut el Sherif, gdzie swoje ujście ma kanał Józefa; tam przechwyciłby nieprzyjacielską flotyllę i zablokowałby ją w kanale. Jeżeli wówczas posunąłby się ze swoimi wojskami i statkami w dół tego kanału, jednym jedynym zwycięstwem nie tylko opanowałby Fayoum, lecz również zdobyłby wiezione na statkach skarby bejów. To byłoby decydujące uderzenie. By uniknąć tej katastrofy, Murad-bej mógłby jedynie wraz ze swoją armią i flotą wycofać się do Siut; ale w takim wypadku opuszczone Fayoum zostałoby i tak zajęte i nie stanowiłoby przeszkody w dalszym marszu. Odpowiednio do tego planu pomaszerował najpierw w górę rzeki i dotarł 4 września do Abu Girgeh. Murad-bej odgadł plan swojego przeciwnika; kazał swojej flotylli popłynąć w górę kanału Józefa i polecił jej, po dotarciu koło Darut el Sherif do Nilu, rzucić kotwice naprzeciw miasta Siut. On sam pozostał jednak ze swoją armią w Fayoum. Panował nad lewym brzegiem kanału Józefa, wzdłuż którego ustawione było jego prawe skrzydło, które w ten sposób miało połączenie z Siut i Małą Oazę za plecami.

Wiadomość o manewrach nieprzyjacielskiej flotylli Desaix otrzymał 5 września wieczorem w Abu Girgeh. Wymaszerował o świcie 6 września na czele jednego batalionu 21.półbrygady lekkiej i dokonał szybkiego, 8-godzinnego marszu. Koło Benese dotarł do kanału Józefa, ale było już za późno. Nieprzyjacielskie statki już przepłynęły, oprócz 12 załadowanych bagażami, które zdobyto po małoznaczącej wymianie ognia karabinowego. Jedna z tych barek miała na pokładzie 7 armat. 7 września Desaix powrócił do Abu Girgeh, gdzie pozostał przez kilka dni. Z faktu, że Murad-bej wycofał swoją flotę wnioskował, że Mameluk sam też uda się przez pustynię do Górnego Egiptu. To umocniło go w jego postanowieniu kontynuowania swojego marszu w górę Nilu i pomaszerował bez dnia odpoczynku aż do Siut, gdzie przybył 14 września.

Na wieść o jego zbliżaniu się flota nieprzyjacielska, by uniknąć walki, popłynęła dalej w górę nurtu aż do Girgeh. Murad-bej pozostał w spokoju w Fayoum; ale gdy zorientował się, że Francuzi są oddaleni o 270 kilmetrów, przeciął ich połączenie z Kairem i wywołał powstanie w prowincjach Minjeh i Siut, co spowodowało, że Desaix znalazł się w krytycznej sytuacji, nie mogąc manewrować na skrzydłach nieprzyjaciela, utrzymującego przez pustynię swoje połączenie z Górnym Egiptem i mającego Oazę za swoimi plecami. Jak miał w tej sytuacji postąpić Desaix? Trzymać się swojego planu? Postawiłby w ten sposób pod znakiem zapytania sukces całego swojego przedsięwzięcia. Najrozsądniejszym było, podporządkować swoje postępowanie planowi przeciwnika. Tak też postąpił. Pomaszerował z powrotem do Darut el Sherif i skierował swoją flotyllę w dół kanału Józefa do Fayoum. Flotylla nieprzyjacielska popłynęła ponownie prawie aż do Darut el Sherif, następnie do Abu Girgeh, by w końcu zatrzymać się naprzeciw Beni Souef; cały kraj powitał ją wybuchem euforii. Francuzi wycofali się, są zatem pobici !! Taki był ogólny pogląd.

W międzyczasie armia francuska walczyła z wielkimi problemami; statki flotylli co chwila wpadały na mielizny. Ale wszystkie przeszkody w końcu pokonano. 3 października armia dotarła do El Labum, u wejścia do Fayoum i opanowała kamienny most nad kanałem, co umożliwiało jej manewrowanie na obu jego brzegach. Po 2 miesiącach pełnych trudów, po pokonaniu odległości 200 godzin marszu, armia francuska nie dotarła dalej niż w pierwszych dniach kampanii.

Po kilka nieistotnych potyczkach, marszach i kontrmarszach Desaix stracił cierpliwość i pomaszerował prosto w kierunku Murada-beja; ten postąpił tak samo. Obie armie stanęły naprzeciw siebie. Mamelucy zajęli pozycje na szczytach wzniesień koło Sedimanu, w środku pustyni, w odległości 5 kilometrów od kanału Józefa. Ich siły liczyły 2 tysiące Mameluków, niebezpiecznych siepaczy, 8 tysięcy Arabów na koniach, tyle samo pieszych i 4 armaty.. Francuzi mieli do dyspozycji 3400 piechoty, 600 kawalerii i 8 armat. Desaix utworzył ze swojej piechoty i kawalerii jeden wielki czworobok; rozpoznanie powierzył małemu czworobokowi utworzonemu z 3 kompanii strzelców. Bitwę rozpoczęła artyleria. Mały czworobok nieopatrznie oddalił się za daleko; Murad-bej wykorzystał tę okazję i rozpoczął atak. 5-6 tysięcy jeźdźców okrążyło niespodziewanie całą francuską armię. Nieustraszony kapitan Valette, dowodzący małym czworobokiem, rozkazał swoim ludziom rozpoczęcie ognia dopiero z najbliższej odległości ! Ten nierozważny rozkaz został z zimną krwią wykonany. 40 dzielnych Mameluków nadziało się na bagnety. Ale ich konie były w pełnym biegu, czworobok został rozbity, żołnierze rozniesieni na szablach. Zginęliby bez wyjątku wszyscy, gdyby nie fakt, że dla własnej obrony przybliżyli się do dużego czworoboku. Ogień kartaczy i karabinów powstrzymał Mameluków i zmusił ich do wycofania na odległość strzału armatniego. Zamiast kawalerii na czoło wysunęła się, wspierana przez piechotę, nieprzyjacielska artyleria i zajęła niewygodną dla Francuzów pozycję. By zapobiec ostrzałowi pomaszerowali oni najkrótszą drogą bezpośrednio w kierunku stanowisk artylerii; po ożywionej, ale krótkiej wymianie ognia karabinowego arabska piechota rzuciła się do ucieczki, a armaty zostały zdobyte. Zdenerwowało to Murada-beja; galopem ruszył na czele swojej kawalerii, by odbić utracone armaty; jego atak został odparty; Arabowie zbiegli na pustynię. Bitwa była wygrana, ale straty odniesione przez generała Desaix były znaczne, stracił 400 ludzi, którzy polegli, zostali ranni lub wzięci do niewoli; czyli co 9-ty biorący udział w bitwie! Mamelucy stracili 500 wyborowych wojowników, wśród nich 3 bejów (Osman el Bardisi, Osman Tamburdji i Selim Abudia - przyp.tłum.) i kilku kaszifów. Straty Arabów były równie wielkie. Beduini stracili ochotę do dalszej walki i opuścili Murada-beja. Ten zebrał swoje siły za jeziorem Garah by w przypadku pościgu, schronić się w Małej Oazie. Desaix zatrzymał się w wiosce Sediman, gdzie zdobył część bagaży przeciwnika. Następnego dnia pomaszerował z powrotem do Fayoum, a kilka dni później podporządkował sobie ludność tej prowincji. Wszystkie nadzieje Murada-beja zawiodły. Po powodzeniu ataku na mały czworbok utwierdził się on w wierze, że szczęście jest po jego stronie. Daremna nadzieja! Niewierna bogini szczęścia na zawsze odwróciła się od niego. 
 

Desaix cały październik poświęcił na utworzenie administracji w Fayoum. Wysłał do Kairu dużą ilość barek ze zbożem, warzywami i paszą dla zwierząt, otrzymując w zamian amunicję i ubrania. W jego szeregach było wielu cierpiących na chorobę oczu, których  wysłał wraz z innmi rannymi i chorymi do szpitala utworzonego w domu Ibrahima-beja w Kairze. Jego pułki otrzymały z zakładów tą samą ilość zdrowych żołnierzy; mimo tego nie ścigał on Mameluków, lecz zostawił im czas na umocnienie swoich pozycji. Po otrząsnięciu się z pierwszego przerażenia, zajęli oni Benese nad kanałem Józefa. Lewe ich skrzydło tworzyła zakotwiczona pod Abu Girgeh flotylla. Byli więc panami całego Górnego Egiptu, Beni Souef i całego kanału Józefa od Benese. Desaix utrzymywał swoim lewym skrzydłem Beni Souef, a prawym Fayoum.

Pod koniec października 1798 roku do Górnego Egiptu dotarła wiadomość, że Porta wypowiedziała Francji wojnę, że seraskier Djezzar maszeruje na Kair, co wprawiło cały region w wielką euforię; wszyscy Francuzi są zamordowani; wszędzie wrzało. Murad-bej, który wiedział, jak można to wykorzystać, wysłał swoich Mameluków do różnych miejscowości i nagle w większej części prowincji Fayoum wybuchły powstania. Desaix opuścił swoje kwatery i pomaszerował do wiosek, które wzniosły sztandary buntu. Droga jego marszu krzyżowała się, bez jego wiedzy, z drogami przywódców buntu, którzy zewsząd ciągnęli na umówione miejsce spotkania w Minjeh.

8 listopada zajęli oni skrajne domy miasta, w którym stacjonowała 300-osobowa francuska załoga i przebywało 150 chorych. Placówką dowodził pułkownik Heppler. W lazarecie leżał generał Robin (Antoine-Joseph Robin, awansowany prowizorycznie do stopnia generała brygady na polu bitwy pod Sedimanem; stopień zatwierdzony przez Dyrektoriat 1 lutego 1799 roku - przyp. tłum.). Chorzy Armii Wschodu mieli w zwyczaju stawiać swoje karabiny koło łóżka. Wielu z nich cierpiało na mniej lub więcej zaawansowaną chorobę oczu, ale mogli oni walczyć. Wrogowie opanowali miasto, nie napotykając większego oporu. Rozpierzchli się w wielkim nieporządku i zaczęli plądrować. To wykorzystał generał Robin. Zebrał wszystkich ludzi ze szpitala, dokonał wypadu przy wsparciu 2 armat, zabijając 200-300 Arabów. Pozostali, opanowani panicznym strachem, zbiegli w chaotycznej ucieczce. Mieszkańcy wioski, mszcząc się na najeźdźcach, przyłączyli się do Francuzów. Gdy Desaix dowiedział się, że buntownicy przemaszerowali obok niego, zawrócił natychmiast, podążając przez całą noc ich śladami. Był w wielkiej trosce o swój szpital w Minjeh. Gdy dotarł tam następnego dnia o świcie, dowiedział się o dzielnym zachowaniu garnizonu oraz chorych i odniesionym zwycięstwie. 
 

Głównodowodzący nie był zadowolony z powolności prowadzonej kampanii.

"Przed trzema miesiącami wyruszył Pan z Kairu - pisał do generała Desaix - i ciągle przebywa w Fayoum".

Ale Desaix nie miał wystarczająco dużo kawalerii. Bitwy, jak ta pod Sedimanem, uświadomiły mu, że w wypadku porażki grozi mu całkowita zagłada; gdy odniesie zwycięstwo, nie może go wykorzystać. W końcu przygotowane było do wymarsz wzmocnienie w sile 1200 jeźdźców; wyruszyło ono prowadząc jedną lekką baterię w towarzystwie 6 dobrze uzbrojonych statków. Dowództwo nad nimi sprawował generał Davout, doskonały oficer, późniejszy marszałek i książę Eckmühl. Wśród statków znajdował się również "L´Italie", na pokładzie którego było kilka salonów dla kwatery głównej, wyposażonych w meble obite lyońskim jedwabiem. 
 

III.

Natychmiast po otrzymaniu tego wzmocnienia Desaix podążył prawym brzegiem w górę kanału Józefa; tamtejsza okolica porównywalna jest o tej porze roku z najładniejszymi częściami brzegów Sekwany. Ziemia pokryta jest owocami; groch i fasola były dojrzałe, drzewa pomarańczowe kwitły. Kraina pomiędzy tym kanałem i Nilem jest najpiękniejszą, jaką można sobie wyobrazić. Wioski są tak liczne, że spojrzeniem można objąć 30 albo 40 równocześnie.

Murad-bej unikał wszelkiej walki i wycofał się najpierw do Siut; Francuzi ścigali go żwawo. 20 grudnia dotarli do Minjeh; to duże i ładne miasto leży na lewym brzegu Nilu. Francuzi zdobyli tam 4 djermy, które osiadły na mieliźnie; jedna z nich była uzbrojona w jedną 12-funtową armatę, jeden granatnik i 15 żelaznych armat. Kolejną noc armia spędziła w Melawi El Arisz. To miasto jest jeszcze ładniejsze niż Minjeh; ma 10 tysięcy mieszkańców. Badacze antyków odwiedzili po drodze ruiny Hermopolis. 24 grudnia Desaix wkroczył do Siut, a 29 do Girgeh, stolicy krainy Said.

Prowincja Siut jest bogata; posiada dobrze położone i zgrabne cysterny, służące do zaopatrzenia w wodę ludzi i zwierząt oraz zgrabną śluzę; jedyną w Egipcie, gdzie przecież powinno ich być 1000. Miasto Beni Adin jest gęsto zaludnione; zatrzymują się tam karawany z Darfuru. Jego mieszkańcy są dumnymi fanatykami; przywitali zwycięzców z groźnymi minami. Była to oznaka wzburzenia, które kilka miesięcy później przyczyniło się do ich zagłady. Ci nieszczęśnicy byli dalecy od myśli, że wkrótce będą uzależnieni od łaski i niełaski żołnierzy, których tak wyniośle i niegościnnie przyjęli.

Girgeh leży dokładnie w połowie drogi pomiędzy Kairem i Syene. Nie jest tak duże jak Siut, ale większe niż Minjeh. W tym kraju jest taki nadmiar wszystkiego, że mimo wielu wymagań i wszystkich potrzeb armii, funt chleba kosztował jedynie 1 sou; 12 jajek kosztowało 2 sous, 2 gołębie - 1 sou, jedna 2-funtowa kaczka - 10 sous.

Murad-bej ciągle jeszcze uciekał. Był w najposępniejszym nastroju. Gdy postawiono przed nim wziętych do niewoli kilku francuskich flankierów, wybuchał złością.

"-Co? - krzyczał - to są moi zwycięzcy? Czy nikt nie potrafi tych pędraków pokonać?"

Przejeżdżając przez miejsce, gdzie okrył się w przeszłości sławą, oddalonego o kilka godzin od Girgeh, zatrzymał się tam na godzinę. Mówiono, że płakał tam nad zmiennością losu. W tym samym miejscu, w 1788 roku na czele 5 tysięcy Mameluków pokonał Kapudana Paszę Hassana, mającego pod swoimi rozkazami 16 tysięcy ludzi z najlepszych oddziałów tureckich i wspieranych dodatkowo przez 2 tysiące Mameluków Hassana-beja. Swoje zwycięstwo Murad-bej osiągnął dzięki przytomności umysłu, przenikliwości i nieustraszoności; krótko potem wkroczył tryumfalnie do Kairu. A dzisiaj jest zepchnięty aż do granic zamieszkałych przez ludzi okolicy; wkrótce nie będzie miał innego schronienia niż najbiedniejsi Beudini - pustynię! Przerażająca perspektywa! Nadaremnie szukał jednak śmierci; jego godzina jeszcze nie nadeszła.

Flotylla francuska pozostała z powodu przeciwnych wiatrów o 90 kilometrów za armią lądową. Narażona była na wielkie niebezpieczeństwo: mogła ulec spaleniu, co spowodowałoby opóźnienie marszu Desaixa, a nawet niepowodzenie całego jego przedsięwzięcia. Chcąc wykorzystać sytuację Murad wysłał Osmana na czele 300 Mameluków, którzy przekroczyli pustynię i dostali się na tyły armii francuskiej. Osman przeciął połączenie pomiędzy Girgeh i Siut, podburzył tubylców, budząc w nich nadzieję znalezienia na francuskich statków nieprzebranych skarbów. Rzeczywiście udało mu się zakłócić łączność flotylli z Girgeh.

Wieści o tym napełniły Desaixa niepokojem. Gdyby stracił swoją flotyllę, byłby zmuszony do opuszczenia Górnego Egiptu i powrotu do Kairu. Zastanawiał się, czy ma opuścić Girgeh i pomaszerować w dół Nilu, by rozbić swój obóz pod osłoną okrętowych armat. Ten odwrót, który natychmiast ściągnąłby na jego tyły Murada-beja, wzmocniłby buntowników. Z tego powodu Desaix podjął najrozsądniejszą, możliwą w jego sytuacji, decyzję: pozostał z całą piechotą w Girgeh i wysłał Davouta na czele 1200 kawalerii oraz 6 armat, by odbudował połączenia.

Davout dotarł 3 stycznia przed bramy miasteczka Sawaki, gdzie zastał pierwsze zgromadzenie buntowników. Kilka tysięcy uzbrojonych ludzi broniło zabarykadowanych ulic. Po godzinnej walce kawaleria francuska przełamała nieprzyjacielskie linie. Wielu buntowników skoczyło w nurt Nilu, 300 z nich zostało zabitych albo wziętych do niewoli. Barykady zostały usunięte, mieszkańcy rozbrojeni, okoliczne wsie ujarzmione. Stamtąd Davout pomaszerował do dużej wsi Tata, gdzie dotarł 8 stycznia. Znowu przełamał barykady, wpędził część jego obrońców w wody Nilu. a wielu z nich zabił. W międzyczasie został sam zaatakowany przez 1000-osobowy oddział złożony z Arabów i Mameluków. Zawrócił i zmusił przeciwnika do ucieczki. Kilka dni poświęcił na rozbrojenie wszystkich okolicznych wsi i przywrócenie łączności z flotyllą, która 17 stycznia, dzięki korzystnemu zachodniemu wiatrowi, mogła rzucić kotwicę w Girgeh, osłaniając lewą flankę obozu. To połączenie uwolniło Desaixa od jego niepokoju i umożliwiło mu kontynuowanie podboju. Ale te wydarzenia kosztowały go utratę 18 dni, a strata czasu jest na wojnie nie do odrobienia. 
 

IV.

Murad-bej dowiedział się o porażce swoich oddziałów, ale równocześnie też o pojednaniu z Hassanem-bejem oraz o przybyciu szeryfów z Yanbo. Hassan uwolnił się wreszcie od wpływów ukochanej greckiej niewolnicy. Przystał na przekreślenie przeszłości i zgodził się na użycie wszystkich swoich sił i całego swojego wpływu do zwalczania wrogów muzułmanów. Na czele 3 tysięcy ludzi, wśród nich 250 Mameluków, dołączył do Murada-beja. Ten starzec cieszył się wielkim szacunkiem w całym Górnym Egipcie; jego pojednanie z Muradem-bejem wywarło wpływ na nastrój całej okolicy. Wraz z nim przybyło 2 tysiące szeryfów z Yanbo. Hassan z Yanbo był kimś w rodzaju walczącego derwisza; odważny w obliczu wroga, jeszcze niebezpieczniejszy, gdy z ambon meczetów wprawiał swoich wojowników i wiernych w ślepy entuzjazm. Szeryfowie z Yanbo uważani byli za najodważniejszych pieszych żołnierzy całego świata arabskiego. Uzbrojeni byli w karabin, 2 pistolety i lancę. Jako potomkowie plemienia Mohameta wszyscy nosili zielone turbany. Byli krwiożerczy i żądni grabieży. Murad-bej przypisywał swoje wcześniejsze porażki niedostatkowi dobrej piechoty, walczącej na czele i dającej przykład innym. Mając do dyspozycji ludzi z Yanbo wierzył, że zwycięstwo będzie po jego stronie. W Yanbo na zaokrętowanie i przewiezienie przez Morze Czerwone czekało jeszcze dalsze 2 tysiące szeryfów.

Stojąc na czele 12-14 tysięcy ludzi Murad-bej powziął niespodziewanie nowy i bardzo zuchwały plan. Zamierzał pomaszerować do Girgeh, gdy tylko opuści je Desaix, osiąść tam i wesprzeć powstańców. Zagrożony na tyłach Desaix byłby zmuszony do natychmiastowego powrotu i zmuszony do walki ulicznej, w której Murad spodziewał się szczęśliwego dla siebie końca. W tym celu Murad-bej trzymał się lewego brzegu kanału górnoegipskiego. Desaix, który 20 stycznia wyruszył z Girgeh, maszerował pomiędzy Nilem i kanałem. O świcie 22 stycznia obie armie spotkały się na wysokości Samhud. Były rozdzielone kanałem, który jednak był wtedy wyschnięty. Armia francuska, licząca 5 tysięcy piechoty i kawalerii, posiadała 14 armat. Na Nilu znajdowała się jej dobrze uzbrojona flotylla. Armia egipska składała się z 1800 Mameluków, 7 tysięcy konnych Arabów, 2 tysięcy szeryfów z Yanbo i 3 tysięcy innej piechoty arabskiej. Artylerii Murad nie posiadał. Cała jego armia liczyła 13-14 tysięcy. Gdy tylko obie armie ujrzały się, przyjęły szyk bojowy. Armia francuska utworzyła 3 czworoboki - piechota w 2 czworobokach na lewym i prawym skrzydle, kawaleria w centrum. Stojącym nad Nilem lewym skrzydłem dowodził generał Belliard, prawym, stojącym na lewo od kanału - generał Friant, centrum, rozstawionym po obu stronach kanału - generał Davout. Mamelucy ustawieni byli odwrotnie, kawaleria na obu skrzydłach, piechota w centrum. Murad-bej ze swoimi Mamelukami tworzył prawe skrzydło nad Nilem; jego piechota stała w centrum naprzeciw Samhud; Arabowie tworzyli stojące na pustyni lewe skrzydło. Francuzi ufali przede wszystkim swojej piechocie, Mamelucy - swojej kawalerii.

Szeryfowie z Yanbo drżeli z niecierpliwości. Ich przywódca Hassan rzucił się na czele 1500 szeryfów i 1000 pieszych Arabów w wąwóz przed miastem. Zaatakował go dzielny pułkownik Rapp na czele kompanii strzelców 21.półbrygady lekkiej i 50 jeźdźców i zmusił 1000 szeryfów do ucieczki. Ale Rapp został ranny, a dragoni odparci; szeryfowie wznieśli okrzyk tryumfu. Pułkownik La Tourniere ustawił 2 lekkie działa i ostrzelał wąwóz kartaczami. Równocześnie na janczarów rzucił się z bagnetami francuski batalion, zabijając wielu z nich; reszta opuściła w popłochu wąwóz. Setki szeryfów zabarykadowało się w meczecie; wszyscy oni zostali wybici. Niezdecydowany Murad-bej obserwował bój piechoty. Ale wkrótce granaty i kule zaczęły zbierać żniwo również w jego szeregach; nie miał artylerii, by odpowiedzieć.

"-Po co jeszcze długo radzić? - zawołał stary Hassan - za mną, kto ma serce!"

Objechał galopem francuskie lewe skrzydło i okrążył czworobok generała Belliarda. Kilkakrotnie objeżdżał on i jego ludzie czworobok pod straszliwym ogniem karabinów i armat. W końcu zrozumiał stary Hassan, który po raz pierwszy brał udział w bitwie z Europejczykami, że odwaga jest tylko jednym z czynników decydującym o zwycięstwie. Był zmuszony wycofać się z pola ostrzału armatniego. Baterie podjechały pod Samhud; 3 kompanie lekkiej piechoty szturmem zajęły wieś; dzicy szeryfowie z Yanbo pierzchali w popłochu, gdy tylko dosięgły ich pierwsze kule armatnie; Arabowie uciekli i rozpierzchli się na pustyni. W tym momencie ruszył do ataku Davout na czele swojej kawalerii i 3 lekkich dział, zaatakował Murada-beja i popędził przed sobą aż w okolice Farszut. Krótko przed tym Hassan von Yanbo, pieniąc się ze złości, zabarykadował się w jednej z wiosek. Davout musiał odczekać nadejścia piechoty, która też natychmiast zajęła szturmem wioskę. Rozstrzygnięcie tego dnia nie pozostawiało żadnych wątpliwości: 300 najlepszych Mameluków, 400 dzielnych szeryfów z Yanbo i 200 Arabów pozostało na polu bitwy. 
 
 

Szejk el Beled z Farshut był ostatnim potomkiem słynnego księcia Hammana. Hamman, wódz jednego z arabskich plemion Maghrebu, przybył w XVI wieku z Tunisu do Farszut. Po wzbogaceniu się stopniowo podporządkował sobie część Dolnego Egiptu. Pochodził z plemienia Haraweh. Jego szejkowie rządzili niepodzielnie na całym obszarze od Siut do Syene. A jednak płacił Paszy w Kairze i bejom coroczny haracz w wysokości 250 tysięcy ardeli zboża (ardel zboża miał w 1798 roku w Kairze wartość 8 franków - przyp. tłum.). Książęta z tego domu, którzy rządzili nieprzerwanie przez 150 lat, byli przez lud uwielbianI; pamięć o nich była nadal żywa. W 1768 roku Ali-bej wyruszył przeciwko księciu Hammanowi, którzy mimo, że przeciwstawił mu 25 tysięcy jeźdźców, został pokonany w bitwie pod Siut. Rok później zmarł w Esneh. Jego dzieci kupiły od zwycięzcy, poświęcając większą część swoich skarbów, życie i pokój. Ostatnim z tego domu był szejk el Beled z Farszut. Gdy nadciągnęli Mamelucy, ukrył się. Drażnił swoich zwycięzców źle ukrywaną radością z klęski i upadku swojego wroga. Rozzłoszczony Murad-bej ściął temu ostatniemu potomkowi dostojnego rodu szablą głowę. Natychmiast po wejściu do Farszut Francuzi uznali za swój punkt honoru, godnie pochować zamordowanego. 
 

Murad-bej kontynuował swój odwrót w górę Nilu. Hassan z Yanbo przekroczył rzekę i udał się do Keneh, gdzie czekał już drugi oddział szeryfów, który wylądował w międzyczasie w Kosseir. 22 stycznia armia francuska nocowała w Hu. Następnego dnia dotarła do Dandary i biwakowała w środku wspaniałych ruin. Gdy 24 stycznia obeszła ona ostatnią odnogę Gór Libijskich zobaczyła przed sobą słynne ruiny Teb, miasta o 100 bramach. Wszyscy byli świadomi jego osobliwej wielkości; kilka godzin spędzono na jego podziwianiu. 25 stycznia armia biwakowała na przełęczy Dwóch Gór; 26 dotarła do Esneh. Mamelucy uciekali. Spalili swoje bagaże, namioty i podzielili się na kilka oddziałów. Murad-bej, Hassan-bej i 8 innych bejów skierowali się do krainy Barabrów; Elfi-bej uciekł do Wielkiej Oazy. Desaix zajął Esneh, polecił przygotowanie umocnień i więzienia, kilku spichlerzy oraz szpitala. Im dalej w górę Nilu, tym żegluga jest trudniejsza. W Esneh pozostał ze swoją brygadą generał Friant, by obserwować ruchy Elfi-beja i Hassan z Yanbo. Armia pomaszerowała przez Edfu, czyli starą Apollinopolis Magna, wielkie targowisko oddalone 45 kilometrów od Esneh, a następnie przez środek ruin stojącej na wzniesieniu świątyni. Tubylcy nazywają ją Cytadela. Generał zezwolił jedynie na godzinę przerwy dla zwiedzenia ruin, spieszył się, by dogonić wroga. Później armia maszerowała przez piaskowe wzniesienia nad Nilem; w takim terenie żołnierz z wielkim trudem posuwa się naprzód. Armia posuwała się śladem starego rzymskiego traktu, który jeszcze łatwo dał się rozpoznać i biwakowała koło wioski Biban, naprzeciw pięknej wyspy o tej samej nazwie.

2 lutego Desaix rozbił biwak na lewym brzegu Nilu naprzeciw Syene; następnego dnia poniżej miasta przekroczył rzekę, która w tym miejscu jest 1000 metrów szeroka. Po raz pierwszy generał Desaix opuścił lewy brzeg. Na lewym brzegu pozostawali również przez cały czas Mamelucy, gdyż dolina po tej stronie rzeki jest szersza i bardziej urodzajna, a ponadto łatwiej jest stamtąd utrzymać połączenie z oazami; gdyby przekroczyli rzekę, mogliby zostać zepchnięci w kierunku Morza Czerwonego. 
 

Wyspa Elefantyna, którą tubylcy nazywają Wyspą Kwiatów, jest duża i bardzo urodzajna. Leży naprzeciw Syene i jest oddalona o 7 kilometrów od wyspy File; antyczny mur zamyka ten, otoczony ze wszystkich stron wodami Nilu, trójkąt. Pomiędzy wyspami Elefantyna i File znajduje się 1.katarakta. Odległość od Syene wzdłuż zakoli Nilu do katarakty wynosi 6 kilometrów. Powyżej wodospadu Nil dzieli się i tworzy 3 wyspy: File, położoną 600 metrów od prawego brzegu, wzdłuż którego płynie główny nurt, Begeh i Hesseh. Ta ostatnia oddzielona jest od lewego brzegu kanałem dla żeglugi. Na File był grób Ozyrysa; wyspa ta była miejscem pielgrzymek. Jeszcze teraz była pełna pomników; nigdy nie wybudowano tam miasta, nigdy niczego nie uprawiano. Znajduje się poza aktualnymi granicami Egiptu, która przebiega na południe od pierwszej katarakty pod Syene.

Powyżej wyspy File dolina jest szeroka jedynie na 1200 metrów. Oba pasma górskie zbliżają się do siebie tak bardzo, że rozdziela je jedynie koryto rzeki. Jak daleko sięgnąć wzrokiem widoczny jest płynący w prostej linii ku wyspom Nil. Generał Belliard zdobył 150 statków rzecznych, pozostałość floty mameluckiej; dzięki niskiemu poziomowi wody w Nilu możliwym było przeniesienie ich przez kataraktę. Były splądrowane przez mieszkańców okolicznych wiosek, którzy schronili się ze swoim łupem na wyspie File, w wierze, że są tam zabezpieczeni od wszelkich ataków.

5 lutego generał wykonał na czele 300 ludzi rekonesans pieszy na teren dzielący go od krainy zamieszkanej przez Barabrów, gdzie schronił się Murad-bej. Musiał wspiąć się na kilka wysokich szczytów, które sięgając aż do Nilu, zagradzały drogę. Gdy dotarł do pierwszej zamieszkałej przez Barabrów wioski, zajmujący tam kwatery Mamelucy, podnieśli alarm. Droga powrotna prowadziła koło wyspy File, przebywających tam tubylców wezwano do kapitulacji. Nieszczęśni rozbójnicy odpowiedzieli drwinami i żałosnymi wyzwaniami. Stwierdzili, że nie są Mamelukami i nie zamierzają się poddać ani zbiec przed chrześcijanami. Niemożliwością było w krótkim czasie sprowadzenie statków, by przeprawić się przez Nil, ale saperzy zbudowali tratwę, na którą wsiadło 40 strzelców, których wsparto ogniem kartaczy z 4-funtowej armaty. Strzelcy wylądowali szczęśliwie na tej słynnej wyspie, gdzie znaleźli rzeczy zrabowane z mameluckich statków. Z wielkim zainteresowaniem oglądali ruiny pomników, które uczyniły sławną tę małą wyspę. Desaix przeniósł swoją kwaterę do Esneh, pozostawiając w Syene generała Belliarda, by obserwował krainę Barabrów.

W międzyczasie głód zmusił Hassana-beja do opuszczenia wraz z jego świtą, jego żonami i skarbami kraju Barabrów. By pozostawić Muradowi więcej swobody udał się do Cophtos, gdzie miał wiele kontaktów i posiadał kilka wiosek. Gdy generał Davout dowiedział się o zbliżaniu się Hassana do Teb, przekroczył na czele 22.pułku strzelców oraz 15.pułku dragonów Nil i 22 lutego zaatakował go. Francuzi byli liczniejsi, ale Mameluk szczyci się tym, że jest w stanie rozprawić się z dwoma dragonami. Hassan nie posiadał żadnej osłony dla swoich bagaży i towarzyszących mu żon, ale mimo tego ten nie znający strachu starzec z zimną krwią stanął na czele. Rozpoczęła się krwawa potyczka. Wielbłądy z bagażami i kobietami rozbiegły się. Straty po obu stronach były równe; Hassan cięciem szabli rozpołowił jednego z dragonów; pod nim ubito konia. Jego zastępca, Osman-bej został ranny. W następstwie tej potyczki Hassan-bej zmuszony był opuścić dolinę Nilu; udał się na pustynię i rozbił swój obóz koło studni El Gita.

Pułkownik Conroux pomaszerował na czele 300 ludzi ze swojego regimentu (61.półbrygada piechoty liniowej - przyp.tłum.), przeprawił się przez Nil, wypędził Hassana z Yanbo z Keneh i zmusił do wycofania się na pustynię. Gdy jednak kilka dni później Hassana wzmocnili szeryfowie, którzy wylądowali w Kosseir, wyruszył on następnej nocy by napaść i wybić oddział Conroux. 11 lutego o godzinie 11 wieczorem francuskie posterunki podniosły alarm. Udało im się zatrzymać pierwszy atak nieprzyjaciela, który, prowadzony przez mieszkańców, wtargnął z 4 stron do miasta. Conroux utworzył ze wszystkich swoich ludzi jedną jedyną kolumnę, zaatakował pojedynczo oddziały przeciwnika, wypierając jeden po drugim z miasta. Ale on sam został przy tym ranny; jego miejsce zajął Dorsenne, późniejszy generał dywizji i dowódca grenadierów pieszych gwardii. Ogarnięci raptowną trwogą szeryfowie zbiegli; zebrali sią w odległości godziny drogi od Keneh w palmowym zagajniku. Gdy na niebie pojawił się księżyc, Dorsenne zaatakował ich, wyparł z zajmowanych pozycji i popędził daleko na pustynię.

O świcie na miejsce dotarł generał Friant na czele 7.pułku huzarów. Podjął pościg za szeryfami, którzy zebrali się ponownie w okolicach Abu Marrah. Friant okrążył ich z 3 stron, wyparł z wioski i ostatecznie rozbił. Pułkownik Sully stanął na czele jednego z batalionów 88.półbrygady i bez wody i wielbłądów pomaszerował 22 kilometry w głąb pustyni; wyprawa ta omal nie doprowadziła do śmierci żołnierzy. Na szczęście prowadzący ich szejk zdołał doprowadzić batalion do obozu Arabów z Yanbo. Żołnierze francuscy dokonali niespodziewanego ataku na obóz i zdobyli wszystkie obładowane wodą i prowiantem wielbłądy oraz cały bagaż szeryfów, pełny, pochodzących z grabieży, łupów. 
 

V.

W krainie Barabrów nie było już zapasów paszy dla wielbłądów i koni, które mogłyby zaspokoić potrzeby Murada-beja. Z tego powodu postanowił on udać się do Dongola. Tam dotarła do niego wiadomość, że Napoleon opuścił Kair i pomaszerował do Azji. Natychmiast podjął nowe postanowienie. Co miał do stracenia? Maszerując przez pustynię obszedł łukiem Desaixa, pozostawiając go w spokoju za swoimi plecami. Z zajmującym Małą Oazę Elfi-bejem umówił się na spotkanie w Siut. Hassan-bej połączył resztki swoich skromnych sił z rozbitkami szeryfów i pomaszerował prawym brzegiem Nilu przeciwko Siut i Kairowi. Plan podobał się w szczególności staremu Hassanowi, który już od lat nie widział swojego domu i miejsc młodości. Myśl oswobodzenia Kairu i poddania się przepisowym obmyciom w meczecie El Azhar obudziło w janczarach uczucie fanatyzmu. 
 

Przebywający w Esneh Desaix zajmował się ostatecznym uporządkownaiem rządzonych przez niego prowincji i urządzeniu w nich administracji i sądów. Tam dotarła do niego wiadomość, przyniesiona równocześnie przez posłańców z różnych stron, że Murad-bej opuścił kraj Barabrów, ma już 3 dni marszu przewagi i był widziany pomiędzy Esneh i Siut; Elfi-bej opuścił Wielką Oazę; szeryfowie i Hassan-bej wyruszyli z pustyni i maszerują prawym brzegiem w dół Nilu. Desaix natychmiast przejrzał plan przeciwnika. Polecił generałowi Belliard opuszczenie ze wszystkimi oddziałami Syene i udanie się do Esneh, by tam utworzyć ariergardę armii głównej i trzymać w szachu okolicę Saidu. Generał Friant otrzymał rozkaz skoncentrowania wszystkich swoich pojedynczych oddziałów i udania się pospiesznym marszem do Siut, flotylla miała popłynąć w dół Nilu, poążając śladami generała Frianta. On sam wyruszył 2 marca.

Generał Friant dotarł 5 marca w okolice Sawamah. Gdy jego awangarda, która miała przygotować kwatery, wkroczyła do tego dużego miasteczka targowego, powitały ją karabinowe strzały. Miejscowość była zajęta przez około 3-4 tysięcy zbuntowanych chłopów. Awangarda wycofała się do kolumn marszowych, które z 3 stron wtargnęły do miasteczka, opanowały je, wrzucając kilkuset buntowników do Nilu. Następnego dnia Friant kontynuował marsz do Girgeh i Siut, łącząc się w drodze z generałem Desaix.

W międzyczasie udało się Muradowi dokonanie w okolicy Siut połączenia jego sił z wojskami Elfi-beja. Tutaj dowiedzieli się nie tylko o zajęciu przez Napoleona El-Arisz i jego wkroczeniu do Syrii, ale także o tym, że w Kairze pozostało więcej Francuzów niż liczba przebywających w całym górnym Egipcie i o tym, że cytadela jest obsadzona, a mieszkańcy miasta sprzyjają przybyszom z Europy; dowiedzieli się również, że szejkowie z meczetu El Azhar i znaczniejsi mieszkańcy kraju oświadczyli: jeżeli Mamelucy zbliżą się do miasta, to jego mieszkańcy staną po stronie Francuzów; pragną oni bowiem spokoju. Z tyłu bejom deptał po piętach Desaix, którego dzieliły od nich już tylko 2 dni marszu. W ten sposób Murad-bej i Elfi-bej znaleźli się pomiędzy młotem a kowadłem: za plecami mieli Desaixa, a przed sobą francuski garnizon Kairu. Postanowili więc odczekać rozwoju kampanii w Syrii. Murad-bej zbiegł do Wielkiej Oazy, Elfi-bej do Małej; wielu Mameluków rozpierzchło się przebranych za fellachów po całym kraju. 
 

W tym samym czasie Hassan-bej i szeryfowie, zaledwie połączyli się na prawym brzegu Nilu w okolicach Keneh, otrzymali wiadomość, że francuska flotylla wskutek niesprzyjających wiatrów utknęła koło El Barut. Natychmiast postanowili ją zaatakować. W skład flotylli wchodziło 12 uzbrojonych w ciężkie armaty okrętów, mających na pokładzie bagaże, zapasy, kasy wojenne i orkiestry pułkowe. W skład jej załóg wchodziło 300 chorych i inwalidów. Hassan podzielił swoje siły na oba brzegi. Wzmocniło je10 tysięcy tubylców, zwabionych nadzieją grabieży. Rozpoczęła się walka. Nieprzyjaciel obsadził wyspy i minarety. Ale nie posiadał żadnych armat. Na początku ogień kartaczy prowadzony ze statków siał śmierć i zgubę na obu brzegach rzeki; ale wkrótce skończyła się amunicja. Wielu Francuzów zostało rannych. "L´Italie" wpadł na mieliznę, stając się łatwym do zajęcia objektem. Q tej sytuacji jego dowódca, Morandy podpalił trzciny i wysadził statek w powietrze; sam zginął przy tym śmiercią bohatera. Pozostałe statki zostały zdobyte, ich załogi wymordowane. Cały bagaż, kasy wojenne itd. stały się łupem szeryfów. Straty armii francuskiej w tej potyczce wyniosły 500 ludzi. Były to najwyższe straty w tej wojnie. Ta katastrofa, której wspomnienie na długo pozostało w pamięci, wywarła wielkie wrażenie na żołnierzach. Słusznie zarzucali oni swojemu generałowi, że nie postawił flotylli pod osłoną jednego z fortów; nie miał racji sądząc, że przy tak niskim stanie wody Nilu, statki są w stanie podążyć za armią.

Gdy generał Belliard otrzymał wiadomość, że Hassan maszeruje w dół Nilu, opuścił Esneh, przeszedł na prawy brzeg i pomaszerował w kierunku Keneh. W drodze doszły go słuchy, że w okolicy odbyła się wielka bitwa zakończona klęską Francuzów, którzy stracili wielu ludzi, a przede wszystkim stracili niezliczone skarby i mnóstwo bagażu. W pobliżu Copthos spotkał nieprzyjacielskie oddziały maszerujące w nastroju uniesienia z powrotem. Głowy zamordowanych Francuzów niesiono nabite na pikach na czele pochodu; za nimi postępował tłum tubylców ubrany w europejskie ubrania i uzbrojony we francuskie karabiny. Na zdobytych instrumentach robili piekielną wrzawę. Cały tłum był upojony radością. Hassan z Yanbo chełpił się wszędzie, że w końcu wybiła dla Francuzów godzina klęski, od tego momentu będą oni odnosić tylko porażki, każdy krok wiernych będzie zwycięski.

Rozstawieni w tyralierę strzelcy rozpoczęli potyczkę. Francuzi mieli do dyspozycji 1800 ludzi i posiadali 4-funtową armatę, której kartacze powstrzymywał początkowe zapędy szeryfów i osłaniał marsz kolumny. Ta posuwała się w dlaszym ciągu w dół Nilu, otoczona ze wszystkich stron przez uzbrojone grupy nieprzyjaciół. Po godzinnym marszu kolumna została ostrzelana przez baterię złożoną z 4 armat, które Arabowie z Yanbo zdobyli na statkach i ustawili na brzegu. Zachęceni wsparciem artylerii szeryfowie rzucili się ze swoją zwyczajną odwagą na francuski czworobok. Ale 15.pułk dragonów zaatakował ich ze skrzydła i wielu z nich wybił; całe pole bitwy zasłane było ciałami poległych. Ten moment wykorzystał generał i zarządził szturm ostrzeliwującej Francuzów baterii. Armaty były już prawie zdobyte, gdy zaatakował Hassan-bej na czele swoich Mameluków; ale karabinierzy 21.półbrygady lekkiej wykonali zwrot na prawo, stawili czoła atakującym i odbili atak; zdobyte armaty skierowano przeciwko nieprzyjacielowi. Te dwa sukcesy Francuzów szczęście odwróciło się. Szeryfowie zajęli wioskę Abnud i przygotowali sią do obrony w dużym meczecie i mameluckim pałacu. Przez cały dzień i następującą noc trwała potyczka, przy czym odebrane wrogowi armaty oddały wielkie przysługi. Wieś zapalono, meczet wzięto szturmem. Resztę nocy oddziały spędziły wśród płomieni, otoczone poległymi i jękami umierających. Hassan z Yanbo zamknął się w pałacu i oświadczył, że pragnie umrzeć śmiercią męczennika. Nieprzyjacielowi udało się zebrać się pod osłoną pałacu; ale niedługo potem wyleciał on wraz ze wszystkimi jego obrońcami w powietrze, zasypując przyjaciół i nieprzyjaciół swoimi szczątkami. W pałacu zgromadzono zdobyte na statkach beczki z prochem. Hassan z Yanbo znalazł swoją śmierć. Zrozpaczeni wrogowie rzucili się do ucieczki na wszystkie strony. W zaciętej potyczce szeryfowie stracili 1200 ludzi; Francuzi pobili przeciwnika 6-krotnie przewyższającego ich liczebnie, któremu mogli przeciwstawić jedną jedyną 4-funtową armatę. Był to dzień sukcesu generała Belliarda. Odniesione przez niego zwycięstwo uratowało armię francuską i Górny Egipt, który, w wypadku zwycięstwa Hassana, trzeba by było zdobywać ponownie. Te potyczka odbyła się 5 i 6 marca 1799 roku. 
 

VI.

Wiadomość o zniszczeniu jego flotylli i potyczce pod Copthos (Kuft) Desaix otrzymał w Siut; dowiedział się również, w jak krytycznej sytuacji znajdował się Belliard, który nie posiadał już żadnej amunicji. Natychmiast wyruszył na czele pozostałych mu do dyspozycji uzbrojonych statków w górę Nilu, ale do Keneh przybył dopiero 30 marca. Po zaprowiantowaniu oddziałów wydał rozkaz okrążenia Hassan-beja biwakującego naprzeciw El Gita. Hassan nie mógł tam długo pozostać; kończyły się zgromadzone tam przez niego zapasy prowiantu. Należało zapobiec, by otrzymał nowe; w tym celu Desaix zablokował go na pustyni ze wszystkich stron. Pustynia koło Copthos jest surowa, pokryta bezdrożnymi wzgórzami; maszerować można jedynie trzema istniejącymi tam wąwozami: pierwszy z nich dochodzi do Nilu koło Bir el Bar, drugi koło wioski Hagasi, a trzeci koło wioski El Fawasijeh, naprzeciw Edfu. Desaix obozował z połową swoich sił koło Bir el Bar. Drugą połowę posłał generałowi Belliard, by zajął Hagasi. Marsz przez kończący się koło El Fawasijeh wąwozem wykluczył, gdyż oznaczało to 200-kilometrową drogę okrężną wiodąca przez bezwodną pustynię. Dzięki tym działaniom Hassan pozbawiony był zarówno dopływu żywności jak i możliwości opuszczenia swojego obozu bez walki; był stracony. 2 kwietnia głód zmusił go do opuszczenia obozu w El Gita i przebijania się koło Bir el Bar w kierunku doliny Nilu. Natknął się tam na 7.pułk huzarów pułkownika Duplessis. Rowinęła się okropna jatka. Mamelucy mieli przewagą liczebną. Duplessis zginął z ręki Osmana-beja. Zwycięstwo wydawało się skłaniać na stronę Mameluków, gdy na pomoc swojej awangardzie przybył Desaix. Ponieważ droga była zamknięta przez przeważające siły, Hassan zawrócił do swojego obozu na pustyni w El Gita. Kilka dni później wyruszył ponownie, dotarł drogą okrężą przez wąwóz El Fawasijeh i pociągnął w górę Nilu przez Ombos, po krótkim pobycie na wyspie Mansurijeh, do Syene. Gdy Belliard dowiedział się o tym, podążył jego tropem; dotarł do El Fawasijeh 3 dni po Hassanie. Na pustynnej drodze znalazł okropne ślady przemarszu kolumny Mameluków; na piasku leżały ciała 10 męzczyzn, 25 kobiet i 60 koni; bez żywności i wody padli oni ofiarą okropnego upału.

Reszta szeryfów z Yanbo pociągnęła w międzyczasie w dół Nilu; myśleli już tylko o grabieży i ratowaniu własnej skóry. Przeszli przez nurt rzeki koło leżącej na prawym brzegu wioski El Hargeh i wtargnęli niespodziewanie do Girgeh, gdzie napadli bazar. Ścigający ich pułkownik Morand, wkroczył do miasta bezpośrednio za nimi, zabijając część z nich. Pułkownik 22.pułku strzelców, Lasalle, prężny i wyróżniający się oficer, zaatakował na czele swojego regimentu i jednego batalionu 88.półbrygady; udanym manewrem zdołał zepchnąć Mameluków na okrążony ze wszystkich stron plac; zostali wybici do ostatniego człowieka. Między poległymi znajdował się też dowódca szeryfów. W ten sposób zginęło 4 tysiące szeryfów z Yanbo; jedynie 500 albo 600, z których większość odniosła rany, zobaczyła swoją ojczyznę.

Szeryf Mekki nie był zadowolony z zachowania Arabów z Yanbo. Pisał im już wcześniej, zwracając uwagą na skutki ich wrogiego nastawienia do Francuzów i wysłał jednego ze swoich najdostojniejszych doradców do sułtana El Kebira do Kairu, by wyprzeć się odpowiedzialności za podjęte kroki wojenne, które przypisywał istniejącym od dawna szczególnym stosunkom jednego z plemion z Yanbo i Murada-beja. Zapewniał, że za tym przykładem nie podąży żadne inne plemię, a cała Arabia pozostanie spokojna. W tym samym tonie napisał również do generała Desaix. Duchowny obawiał się, że zachowanie się szeryfów z Yanbo może skłonić Francuzów do zniszczenia meczetów, prześladowania muzułmanów, zagarnięcia bogatych, należących do Mekki posiadłości w Egipcie i odcięciu połączenia Mekki z całą Afryką. Napoleon uspokoił go i nadal trwały przyjazne stosunki ze służącym świątyni Kaaba, który nieprzerwanie z dużym podziwem mówił o francuskim sułtanie i prosił Proroka o błogosławieństwo dla niego.  
 

VII.

W przeciągu miesięcy lutego i marca do Górnego Egiptu nadeszły wieści o sukcesach armii francuskiej w Syrii, zajęciu El-Arisz, potyczce pod Gazą i szturmie Jaffy. Wśróf wziętych podczas szturmu Jaffy jeńców znajdowało się 260 ludzi pochodzących z prowincji Said; zostali oni wysłani do ojczyzny, gdzie rozpowszechniali wieści o sławie francuskiego oręża. Wpływało to pozytywnie na nastrój ludności. W maju rozeszła się wiadomość o pierwszej porażce odniesionej pod Akką, twierdzono nawet, że armia z Damaszku okrążyła armię francuską w jej obozie. Bunt emira Hadji umocnił w ludziach wiarę w tę plotkę. Hassan-bej znajdował się od połowy maja w Syene. Położona w pobliżu Siut targowa miejscowość Beni Adin, licząca 20 tysięcy mieszkańców jest ośrodkiem pośredniczącym w handlu pomiędzy Darfurem i Egiptem. Tamtejsza ludność jest fanatyczna, dzika, okrutna, posiada skórę ciemniejszą niż w pozostałych częściach Egiptu. Francuzi już podczas pierwszego tam wkroczenia byli przez nią źle traktowani, o czym już pisaliśmy. Od tego czasu Francuzi unikali nocowania i dłuższego pobytu w tym mieście. Spojrzenia i rozmowy tubylców były niebezpieczne. Są oni dumni ze swojego bogactwa; zakłada się, że w czasie pobytu w mieście wielkiej karawany na miejscowym bazarze składowane są towary o wartości 6 milionów; stamtąd transportowane są dalej do Darfuru, Kairu i Aleksandrii. W tym roku wielka karawana, złożona z 10 tysięcy wielbłądów i 6 tysięcy niewolników dotarła tam w marcu. Jej ochronę tworzyło 2 tysiące Beduinów z Wielkiej Pustyni, sami dzicy synowie pustyni, którzy z niechęcią spoglądali na małych, bladych ludzi z zachodu. Po wybiciu Mameluków niedobitki szeryfów zebrały się w Beni Adin, które wkrótce stało się centrum powstania.

Murad-bej nie miał początkowo zaufania do tamtejszych przywódców, ale później, gdy z Syrii dotarły niepomyślne dla Francuzów wieści, przyłączył się do nich. Wysłał bejów i kaszifów ze swojej świty do buntowników, by ich poprowadzić i znaczeniem swojego imienia nadać im powagi. Wzrastająca liczba powstańców obudziła niepokój generała Davout. Skoncenrował on wszystkie swoje siły i wyruszył na czele 2 tysięcy ludzi wszystkich rodzajów broni w drogę. Buntownicy dysponowali siłą 6 tysięcy ludzi, dobrze uzbrojonych i przygotowanych do walki; czekali na Murada-beja. Gdy ten dotarł, rozpoczęła się walka. Kawaleria francuska wykonała szarżę na awangardę bejów, składającą się tylko z 300 jeźdźców, rozbiła ją i zmusiła do wycofania się do oazy. W tym samym momencie Beni Adim zostało okrążone. Po ożywionym ogniu karabinowym zdobyto szturmem barykady; zwycięzcy wtargnęli biegiem na ulice, zabijając każdego napotkanego po drodze. Nieprzyjaciel ostrzeliwał ich z okienek domów; w mieście wybuchł pożar, w jego płomieniach zginęli wszyscy. Armia straciła pułkownika Pinona (Michel Pinon, dowódca 15.pułku dragonów - przyp.tłum.), jednego z najodważniejszych oficerów kawalerii Francji. Żołnierze zdobyli bogate łupy; składały się one z 4 lub 5 tysięcy kobiet, czarnych niewolnic i licznych wielbłądów, poza tym wina, strusich piór, gumy, kości słoniowej, dużych skrzyń ze złotym pyłem i złotymi monetami. Wśród jeńców znajdowała się też córka króla Darfuru. 
 

W Górnym Egipcie pozostał już tylko Hassan-bej, który od czasu wycofania się na pustynię koło Kosseir nie niepokojony pozostał panem Syene. Generał Desaix wysłał z Esneh kapitana Renaud na czele 200 ludzi, by podjął próbę zdobycia przez zaskoczenie Syene; albo Desaix nieznana była siła, którą dysponował Hassan albo zakładał on, że tenże wycofał się już za kataraktę, pozostawiając w Syene jedynie ariergardę. Ta 200-osobowa garstka skazana była, według wszelkiego prawdopodobieństwa, na stracenie. Gdy Hassan dowiedział się o niewielkim oddziele francuskim ucieszył się, że może w zemście przelać krew niewiernych. Na czele 180 Mameluków, 200 Beduinów i 300 ludzi piechoty wyruszył naprzeciw tej garstki piechurów, którzy nie mieli ze sobą nawet jednej, jedynej armaty. Kapitan Renaud wykazał się w tym dniu jednak podziwu godną przytomnością umysłu. Nie troszcząc się o ilość napastników, utworzył czworobk i zawołał do swoich żołnierzy:

"- Towarzysze, my starzy bojownicy z Włoch nie liczymy naszych przeciwników! Tylko celujcie dobrze! Każdy zabija swojego przeciwnika, a ja zapewniam was, że odniesiemy zwycięstwo!"

I rzeczywiście, pierwsza salwa położyła 100 Mameluków! Nieprzyjaciel rzucił się do panicznej ucieczki. W kilka godzin później Renaud wkroczył do Syene; w jego ręce wpadły wszystkie bagaże i ranni. Również dla Hassana wybiła w końcu ostatnia godzina. On i Osman-bej zostali ranni ciosami bagnetów i zmarli kilka dni później. Kapitan Renaud stracił tylko 4 zabitych i 15 rannych. Ta potyczka to najwspanialszy wyczyn w całej kampanii egipskiej.

Murad-bej ze swoimi 400 ludźmi wiódł nędzną egzystencję na pustyni; Hassan-bej jego straszni Mamelucy nie żyli, przy życiu nie pozostał żaden z szeryfów z Yanbo. 
 

Generał Desaix wykazał się w administrowaniu swoich prowincji równie dużymi zdolnościami jak w działaniach w polu. Dbał o sprawiedliwość i porządek; wszędzie panował całkowity spokój. Mimo, że jego rządy były bardzo rygorystyczne, tubylcy nazywali go Sprawiedliwym Sułtanem. Za wszystko, co działo się na jej terenie, czynił odpowiedzialnym całą gminę. Dlatego nawet pojedynczy żołnierz francuski mógł bez obawy bez broni przemieszczać się po dolinie Nilu. Podatki wojenne były punktualnie płacone.

W kwietniu i maju Armia Wschodu zajęła trójkąt, którego wierzchołki wyznaczały miasta Aleksandria, Syene i Akka. Każda ze stron tego trójkąta miała długość większą niż 1300 kilometrów. Połączenie pomiędzy znajdującą się w Syrii główną kwaterą z Egiptem zapewniali przez pustynię Gaza kurierzy na wielbłądach. Pomiędzy Syene i Beni Souef wybudowano kilka fortów; wśród nich najważniejszym był fort w Keneh, broniący wąwozów koło Kosseir. Wszystkie te forty wyposażone były w baterie, które panowały nad żeglugą na Nilu; były wyposażone w magazyny i małe szpitale. Jako znak swojego zadowolenia Napoleon wysłał swojemu zastępcy zdobytą w Aleksandrii szablę, na której kazał wygrawerować napis: "Bitwa pod Sedimanem". Później podarował mu jeszcze sztylet ozdobiony diamantem, zdobyty na Mohammedzie Paszy w bitwie pod Abukirem. Na jednej ze stron klingi był napis: "Napoleon, zdobywcy Górnego Egiptu", a na drugiej: "Teby, miasto o 100 bramach. Sesostris Wielki". 
 

VIII.

Do zajęcia pozostały jeszcze port w Kosseir oraz Wielka i Mała Oaza. Ale w maju panował tak wielki upał, że marsz przez pustynię byłby zbyt wyczerpujący. Wyprawa do oaz musiała zostać przesunięta aż do października. Ale niezwłocznie należało zająć Kosseir. Zameldowano już o przybyciu statków z Arabii, Djeddy i Yanbo, które przywiozły towary ze Wschodu i zabrać w zamian ryż, zboże i inną żywność, które były niezbędne na Półwyspie Arabskim, w szczególności w miastach Mekka i Medyna. Generał Belliard przewsięwziął odpowiednie środki dla odbycia marszu przez pustynię, zdobycia i umocnienia Kosseir.

Pomiędzy Nilem i Morzem Czerwonym, w miejscu gdzie odległość rzeki do morza jest najmniejsza, rozciąga się szeroka na 110 kilometrów pustynia. Tamtędy do Morza Czerwonego jest o wiele bliżej niż ze wszystkich innych punktów.

Droga z Copthos do Morza Czerwonego wiedzie przez górskie wąwozy. Jest ich w sumie 6, wymagających przeciętnie 42-godzinnego marszu, z których jedynie 3 są dokładniej znane. Większość tych wąwozów kończy się koło małej oazy El Gita, skąd prowadzone już wcześniej opisane 3 drogi do Nilu.

Na zakolu Nilu istniały 3, leżące blisko siebie, miasta, przez które prowadzi połączenie z Morzem Czerwonym. Najpierw słynne Copthos, w IV. wieku potężne i bogate miasto; o godzinę drogi od Nilu widoczne są jeszcze jej ruiny. Po Copthos następuje Kus, leżące nieco dalej na południe. Kus jest jeszcze dzisiaj dużym miastem, ale nie tak wielkim, jak w przeszłości; miasto to zamieszkane jest wyłącznie przez Koptów. Trzecie z miast położone jest dalej na północy zakola. To małe miasto Keneh, współcześnie główny punkt handlu pomiędzy Nilem i Morzem Czerwonym. Ponieważ dzisiejszy handel przez Morze Czerwone nie dorównuje temu, który prowadzony był tam przed odkryciem Przylądka Dobrej Nadziei, Keneh nigdy nie doczekał się takiego rozkwitu, jak Copthos i Kus.

25 maja 1799 roku generał Belliard na czele 2 batalionów, 2 armat i 100 koni wyruszył z Keneh. Po 3 godzinach dotarł do Bir el Bar, gdzie zrobił postój dla uzupełnienia swoich zapasów wody; po 23-kilometrowym marszu rozbito na pustyni obóz.

O godzinie 1 w nocy na niebie pokazał się księżyc; Belliard podjął dalszy marsz i osiągnął o świcie El Gita. Znajdują się tam 3 duże, murowane studnie, wyposażone w szerokie rampy do pojenia zwierząt. Oprócz tego jest tam fort i karawanseraj dla karawan. El Gita jest jednym z punktów militarnych, założonych przez Ptolomeusza Sotera (Ptolomeusza I Soter - założyciel dynastii Ptolemeuszy, władca Egiptu w latach 323-282 p.n.e. - przyp. tłum.) na drodze do Bereniki. Generał zarządził w El Gita kilkugodzinną przerwę, by następnie po kolejnym 22-kilometrowym marszu rozbić na noc kolejny obóz w środku pustyni. Natychmiast po wschodzie księżyca pomaszerował dalej i osiągnął, po 9-godzinnym marszu, studnię El Haweh; przenocował ponownie na pustyni. 28 maja dotarł wreszcie do studni Lambogeh; jest to oaza porośnięta drzewami akacjowymi, gdzie płynie mały strumyk słonawej wody. Stamtąd do Kosseir są jeszcze tylko 2 godziny marszu. Pokonanie odległości 150 kilometrów trwało zatem 41 godzin. Po tej części pustyni włóczą się we wszystkich kierunkach plemiona arabskie, które chełpią się, że mogą wystawić pod bronią 2 tysiące ludzi. Posiadają mało koni, ale dużo wielbłądów, na grzbietach których przemieszczają się od Nilu aż do Sennaar nad Morzem Czerwonym.

Miasto Kosseir leży na brzegu Morza Czerwonego, około 440 kilometrów od Suezu. Ma odwód 800-1000 metrów. Wodę pitną miasto otrzymuje z odległości 40 kilometrów. Nad miastem panuje fort, zaopatrzony w cysternę, której woda pita może być jedynie przez zwierzęta. Wokół miasta rozciąga się pustynia. Miasto zamieszkane jest jedynie wówczas, gdy przybywają tam statki z Djeddy i Yanbo; wtedy spotkać można wielu Arabów z Yanbo i egipskich kupców. Tubylcy przywitali oddziały francuskie wybuchem radości. Plemię Ababdeh zawarło z Francuzami pokój i służyło im z wielką gorliwością.

Po 2-dniowym pobycie generał Belliard powrócił do Keneh; w forcie w Kosseir pozostawił mały garnizon z jednym oficerem, wyposażony w prowiant i armaty. Port w Kosseir osłonięty jest od wschodnich i północnych wiatrów, jednak mocno narażony na wiatry wiejące z zachodu. Położone na północ od współczesnego Stare Kosseir to, zdaniem niektórych uczonych, stare miasto Berenike.

14 czerwca Napoleon wkroczył na czele wracającej z Syrii armii do Kairu, zapewniając tym spokój w całym Egipcie.  
 
 

KONIEC TOMU TRZECIEGO