Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Marszałek Lannes - recenzja

Castiglione włącz . Opublikowano w Recenzje

Gdy na półkach księgarskich pojawiła się biografia marszałka Lannesa niezwłocznie postarałem się ją nabyć. Kierowały mną dwa powody. Po pierwsze biografie marszałków napoleońskich na polskim rynku wydawniczych należą jednak do rzadkości a po drugie lubię czytać opracowanie pochodzące z XIX i początku XX wieku. Chociaż na ogół bazują na dużo skromniejszej bazie źródłowej to podoba mi się, że autorzy nie wstydzą się prezentować swoich własnych przemyśleń i nie skrywają się za setkami przypisów unikając wyrazistych ocen. Niestety już lektura pierwszego rozdziału jasno pokazała, że lekko nie będzie. Faktycznie czytanie tej biografii przypominało orkę na ugorze albo marsz przez błotniste, buraczane pole. Ilość błędów, przeinaczeń, literówek po prostu powala. Styl chropawy pozbawiony jakiejkolwiek finezji.

 

Przegląd wybranych wpadek zacznijmy od fragmentu znajdującego się na str. 37: „Lannes skierował się następnie na wioskę Abukir, gdzie rozłożył się na kwaterach. Zmierzał do obozu tureckiego, gdzie stał pasza....”

Coś jak zasłyszany niegdyś wierszyk :

W słonecznym cieniu

Na twardym kamieniu

Siedziała młoda staruszka

I nic nie mówiąc

Rzekła tak....

Jak można rozłożyć się na kwaterach i jednocześnie gdzieś zmierzać? Oczywiście w tym przypadku nie jestem w stanie stwierdzić czy jest to niezręczność tłumacza czy jednak tak niefortunne stwierdzenie znalazło się w tekście oryginalnym.

Merytoryczną ocenę tłumaczenia biografii marszałka zacznijmy od fragmentu książki dotyczącego bitwy pod Tudelą. Na str. 120-121 oczom naszym ukazuje się taki oto fragment:

 Bardzo mocna bateria dokonała silnego ostrzału centrum, które zostało przełamane przez dywizje Morlota i Grandjeana. Lansjerzy Lefebvre’a i lekka kawaleria Colberta rzucili się w wyrwę, jaka się utworzyła i nagle znaleźli się na tyłach prawego skrzydła Hiszpanów, które porąbali szablami, podobnie jak zrobiono to w centrum. Lannes zlecił marszałkowi Monceyowi nękać bezustannie te dwa pododdziały.”

Termin „pododdziały” zabrzmiał tu jak zgrzyt nienaoliwionych zawiasów albo jak przeciągnięcie styropianem po szybie. W języku polskim często stosujemy pojęcie „oddział”. Pojęcie to sensu stricto oznacza jednostkę wojskową posiadającą osobowość prawną i samodzielność finansową, w praktyce jest to pułk, niekiedy samodzielny batalion. Natomiast pojęcie „oddział” sensu lato to właściwie każda zorganizowana i dowodzona grupa żołnierzy. Znacznie częściej spotykamy się z pojęciem „oddział” w jego szerszym znaczeniu. Stosowanie pojęcia „oddział” czy „oddziały” nie razi ani w odniesieniu do dużych zgrupowań czy nawet armii ani w odniesieniu do małych grup żołnierzy np. "Dziesięcioosobowy oddział żołnierzy pod dowództwem sierżanta zajął pobliską wioskę". Niestety nie należy w ten sam sposób traktować pojęcia „pododdział”. „Pododdział” to dokładnie każdy szczebel organizacji wojska mniejszy od pułku a więc batalion, kompania, pluton, drużyna w piechocie albo ich odpowiedniki w innych broniach. Użycie tego określenia do zgrupowań Hiszpanów pod Tudelą liczących po kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy najłagodniej można uznać za niezręczność. Odnoszę wrażenie, że tłumacz porusza się w całkowicie obcej sobie sferze pojęć. A jeśli ktoś miałby co do tego wątpliwości służę cytatem ze str. 67.:

„... dywizję Duponta, która znajdowała się wskładzie 1. pułku huzarów...”,

 ewentualnie nieco subtelniejszym cytatem ze str. 30

Dywizja Menou składała się z 22. półbrygady lekkiej z 13. i 69. pułku piechoty liniowej.”

Pomieszanie z poplątaniem. Termin „pułk” („regiment”) powrócił oficjalnie dopiero wraz z dekretem Pierwszego Konsula we wrześniu 1803. Tymczasem czytamy o wydarzeniach pierwszej kampanii włoskiej.

Struktura organizacyjna armii z polskiego tłumaczenia „Marszałka Lannesa” (z tłumaczenia, bo nie sądzę aby C.A. Thoumas pozostawił w oryginale takie babole) jawi się jako całkowicie amorficzna, pozbawiona hierarchii chmura.

Niestety nie tylko kwestie organizacyjne stanowią problem dla tłumacza. Cała sfera wojskowości jest naszemu tłumaczowi obca. Zacznijmy od małego cytatu ze str. 24:

Odegrał [Lannes] znaczącą rolę w bitwie pod Anghiar, w której dywizja ta, tymczasowo dowodzona przez generała Bona pokonała austriackiego generała Provera i odrzuciła go od Mantui, gdzie został zmuszony do kapitulacji. W tych okolicznościach, Lannes złożył broń z oddziałem złożonym z 1500 ludzi.”

To właściwie po której stronie walczył Lannes ze swoim oddziałem? Na następnej stronie czytamy kolejny interesujący opis:

Zaatakowanych z dwóch stron chłopów mimo obecności generała kardynała udało się rozgromić i zmusić do ucieczki, ponosząc stratę 500 ludz zabitych, 1000 jeńców. 8 sztandarów oraz 14 dział.

Gdyby faktycznie w tak drobnej, jak na realia kampanii włoskiej, potyczce Lannes poniósł takie straty to od tamtego dnia zamiast „zwycięstwo pyrrusowe” należałoby mówić „zwycięstwo lannesowe”, a tak w ogóle to z cytowanymi powyżej fragmentami nieodmiennie kojarzy mi się pewne niemal klasyczne powiedzonko wygłoszone w lesie przy pastowanym kabanie; „Ty strzelasz czy do ciebie strzelają – jeden huk!”.

Jeszcze weselszy jest fragment dotyczący bitwy po Austerlitz na str 75.

Książę Lichtenstein.[...]pchnął na Kellermanna wspaniały pułk ułanów wielkiego księcia Konstantego. Wsparty przez ułanów Kellermann zręcznie manewrował, przechodząc w przerwach między batalionami.

A dlaczego nie miałby pięknie manewrować skoro uzyskał takie wspaniałe wsparcie? Czy tłumacz w ogóle wiedział o czym pisał? Podobne pytanie można zadać po przeczytaniu fragmentu na str 94.:

Tego samego dnia Magdeburg poddał się marszałkowi Neyowi. Jedna strona wzięła 20 000 jeńców, druga zaś 22 000 jeńców.

Moja szczęka z hukiem opadła i walnęła w blat biurka.

Oprócz wypisanych wyżej „grubych” wpadek jest również cała masa drobniejszych. Kilka z nich pozwolę sobie przytoczyć. Na str 34 czytamy:

Ramboud i dwustu geenadierów ... schronili się w meczecie... gdzie bronili się zacięcie przed atakiem powiększonego dwukrotnie garnizonu posiłków, przybyłych rano z samej wyspy Rodos”.

Po chwili zastanowienia i „egzegezie” przytoczonego zdania chyba każdy się domyśli o co chodzi ale czy nie można zamiast „po polskiemu”, napisać tak normalnie po polsku? Kolejny przykład pochodzi ze str 75:

Z bitwy zwycięsko wyszło centrum i prawe skrzydło armii francuskiej a dzięki Lannesowi i Muratowi także dla Lewego skrzydła.

Jak ktoś zna przebieg bitwy pod Austerlitz to się domyśli ale pozostali zgrzytną zębami. Z kolei na str 109 czytamy:

 „...Lannes przybył ze swym korpusem armii...” - z „korpusem armijnym” jeśli już drogi tłumaczu. Następny już przykład z tej serii pochodzi ze strony 167:

Księżna chciała koniecznie wejść się do sali.”

Po tym zdaniu „wyszedłem się” na świeże powietrze żeby do reszty nie zgłupieć.

Wychodzi na to, że tłumacz ma problemy nie tylko z elementarną wiedzą o wojskowości ale obce mu są również takie terminy jak deklinacja, koniugacja i w ogóle fleksja.

I jeszcze parę błędów mniejszego gatunku, str 46:

„...kiedy generał Mahler z III batalionem z 6. i 40. półbrygady liniowej pomaszerował na wzgórze Castegio...”

To tak jak gdyby dwie półbrygady miały wspólny III batalion.

Interesujący jest też fragment ze str 81:

Miał też zrobić rozpoznanie drogi drogą z Wurzburga do Coburga.

Przypominam sobie dawne szkolne czasy. Tak skonstruowane zdanie w wypracowaniu, pani od polskiego wyraziście podkreślała pisząc na marginesie „STYL!!!” i nieodwołalnie obniżała ocenę za całość pracy.

Ciekawe, że w kilku miejscach w tekście znajdujemy interesujące trudne, specjalistyczne terminy pozostawione bez żadnych wyjaśnień a w tych przypadkach aż prosi się o odsyłacze. Te terminy to: „zdegażowany” i „grangarda” na str 122, „gabiony” na str 167 czy „bouches a feu” na str 133. Nieodparcie nasuwa mi się przypuszczenie, że automatyczny tłumacz google nie poradził sobie z tymi terminami, więc nasz drogi przekładający z francuskiego na polski, pozostawił je bez żadnego komentarza. A wypadałoby pochylić się chociaż nad terminem „bouches a feu” będącym eufemistycznym określeniem dział. Użyty, przez Lannesa, w liście do żony świadczy o pewnej elokwencji, chociaż noszącego marszałkowską buławę, to jednak słabo wykształconego, bądź co bądź „prostego żołnierza”.

Przegląd co znaczniejszych wpadek wypada zakończyć tekstem ze str 43:

Usiłował on [Cannes – przyp. Tłum.]”

Pod tym błędem nasz drogi tłumacz się podpisał i nie pozostawił żadnych wątpliwości. Ktoś może powiedzieć literówka, ale między klawiszami L i C jest bardzo duży odstęp. Jeśli niczego nie przeoczyłem był to jedyny w całej książce przypis tłumacza.

Odnoszę wrażenie, że przed skierowaniem do druku nikt tego tekstu nie przeczytał, to po prostu kpina z czytelników i nabijanie ich w butelkę. Na ostatniej stronie okładki widnieje cena 55 zł., psu pod ogon. Nadzieja na przyjemną lekturę odpłynęła w siną dal. Goryczy dopełnia fakt, że taką nieprzyjemną niespodzianką uraczyło nas wydawnictwo, które dotychczas dostarczało świetnych opracowań. Drodzy Państwo, nie uchodzi, po prostu nie uchodzi.

Przepraszam za być może nazbyt zjadliwy ton niniejszego tekstu ale zasiadałem do lektury „Marszałka Lannesa” po przeczytaniu wyśmienitej pracy A. Robertsa, „Napoleon Wielki”. Wrażenie było takie jakbym wyszedł z pięknie urządzonego salonu i wpadł do zagraconej, nieoświetlonej i wilgotnej piwnicy. Dlatego też gdy byłem ponownie w księgarni oferującej książki wydawnictwa Napoleon V i zajrzałem do środka jednej z pozycji, która mnie zainteresowała, dostrzegłem dziwnie znajome nazwisko tłumacza. Skwapliwie odstawiłem książkę na półkę, aby nie było tak jak napisał nasz drogi czarnoleski poeta, że Polak i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

 Waldemar Karczmarczyk