Nasza księgarnia

Uwaga! Polecamy! Odwiedzając sklepy internetowe pomagasz utrzymać nasz serwis!

Książę Józef Poniatowski (1763 - 1813)

Opublikowano w Marszałkowie Cesarstwa

Był już potwornie zmęczony tą grą, osaczono go ze wszystkich stron. 6 maja, już po podjęciu decyzji, że idzie z wojskiem do Napoleona, napisał do francuskiego posła w Wiedniu Narbonne`a: "Położenie moje jest okropne, zabija mnie, niszczy. Ale co mam robić? Z garścią ludzi, których połowa jest żołnierzem tylko z imienia, bez zasobów, bez żywności, bez ładunków, wobec nieprzyjaciela po trzykroć silniejszego liczbą i ilością dział, a zaopatrzonego znakomicie, otoczony pozornymi przyjaciółmi, którzy z wrogiem utrzymują stosunki zażyłe, śledzą wszystkie kroki moje i tak zwodzą, aby wszelkie przedsięwzięcia moje zniweczyć". Nie dodał, że kuszono go nawet koroną Polski za zdradzenie Napoleona!
   Po czym nastąpiła owa legendarna krakowska noc z 6 na 7 maja, której nie przespał, bijąc się z myślami. Naładował dwa pistolety i dwukrotnie chciał sobie odebrać życie...
   Taką noc ma człowiek - jeśli spotka go to nieszczęście, że ją w ogóle ma - raz w życiu. Cztery ściany, płomień świecy, łokcie wbite w blat stołu, twarz w dłoniach i te wszystkie za i przeciw szalejące w głowie. Cesarz, car, naród, ojczyzna, wojsko, racja stanu, obietnica i obowiązek, honor i sumienie, kompromis i zdrada - wszystko to kłębiło mu się pod czaszką jak stado wściekłych żmij. Chryste, pomóż! Ale Chrystus został przed wiekami przybity do krzyża przez takich jak "przyjaciele", którzy robili z Krakowa kretowisko intryg, i teraz patrzył nań znad drzwi zmęczonymi oczami, skąpany w półmroku i milczący. [...] Nazajutrz pociągnął do cesarza z szesnastoma tysiącami ośmiuset dwunastoma ludźmi i dwudziestoma sześcioma działami. [...]
   Była zimna, jesienna noc 18/19 października 1813 roku, poprzedzająca ostatni dzień bitwy narodów pod Lipskiem. Tej nocy wojska Napoleona rozpoczęty odwrót przez wąską, prawie trzykilometrową groblę i osiem mostów przecinających bagniste koryta Pleissy, Elstery i ich odnóg. Przez trzy doby "bóg wojny" po mistrzowsku odpierał zmasowane ataki armii rosyjskich, pruskich, austriackich, szwedzkich i bawarskich, lecz gdy 18 października nadciągnęły świeże oddziały rosyjskie (Bennigsen) oraz rezerwy nieprzyjacielskie Blüchera i Bernadotte`a, gdy gros pułków saskich i wirtemberskich zdradziecko obróciło swój oręż przeciw Francuzom - sytuacja stała się beznadziejna; sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy napoleońskich wraz z sześciuset trzydziestoma działami stało naprzeciw trzystu tysięcy aliantów, mających do dyspozycji około tysiąca pięciuset armat. Żadne już mistrzostwo strategiczne i żaden heroizm nie mogły zapobiec przegranej. Padł rozkaz do odwrotu. Płytkie zazwyczaj rzeki, teraz wezbrane jesienną powodzią, wystąpiły z brzegów i szum spienionego nurtu zdawał się wygrażać cesarskim orłom. Cofały się na Lützen ambulanse, tabory, parki, artyleria, tłumy zmęczonych żołnierzy...
   Poniatowski nie spał tej nocy. Leżał na biwaku pod gołym niebem i myślał. O czym? O losie Polski, o swej decyzji, by iść z armią na zachód i połączyć się z Napoleonem, decyzji podjętej w Krakowie po straszliwej nocy, gdy szarpany niepewnością chciał sobie wypalić w łeb z pistoletu. Myślał, być może, o racjach, które go popchnęły ku nie bezmyślnej przecież wierności Cesarzowi, o swoich "dzieciach" w postrzępionych mundurach, a może o marszałkowskiej buławie, jaką mu ofiarował Bonaparte przed kilkoma dniami, tak jakby miecz naczelnego wodza polskich sił zbrojnych nie był stokroć godniejszym od marszałkowskich insygniów...
   Rozkaz końcowej obrony Lipska odebrał Poniatowski od Napoleona w nocy w kwaterze głównej, mieszczącej się w Motelu Pruskim przy Rossplatz. Anna z Tyszkiewiczów Potocka maluje tę rozmowę następująco: "Książę - usłyszał - masz bronić południowego przedmieścia i osłaniać odwrót". - "Najjaśniejszy panie. zostało mi już bardzo mało ludzi - odparł Poniatowski". (...). "Nic nie szkodzi, siedem tysięcy Polaków pod twoimi rozkazami równa się całemu korpusowi." - "Utrzymamy się. Najjaśniejszy Panie, i wszyscy gotowi jesteśmy polec".
   Jeszcze 18 października, prowadząc swoje kolumny do krwawych kontrataków, mógł książę Józef łudzić się, że walczy o reaktywowanie wolnej, choć do Księstwa skurczonej Polski i o "napoleońskie" zdobycze narodu, z modernizacją aparatu wojskowego i administracyjnego, kodeksem, prawami politycznymi mieszczan; zniesionym poddaństwem chłopów. Teraz, gdy przegrana Wielkiej Armii stała się rzeczywistością zrozumiał, że osłaniając odwrót walczyć będzie już tylko dlatego, by haniebną słabością nie splamić godności narodu, by czynem wykazać, iż nie demagogizował pisząc na kilka dni przed bitwą do Weysenhoffa: "można stracić wszystko, z wyjątkiem honoru".
Łącznie miało osłaniać odwrót około dwunastu tysięcy wyczerpanych kilkudniowymi bojami żołnierzy. Obok 8-ego Korpusu Poniatowskiego, resztka 5-ego Lauristona i 11-ty Macdonalda, głównodowodzącego ariergardą. Temu ostatniemu dopiero o godzinie siódmej rano dostarczył odpowiednie rozkazy adiutant cesarski, który tłumaczył swe opóźnienie zmyleniem drogi we mgle, i poinformował marszałka, że współpracować z nim będzie Poniatowski. "Aaa... Poniatowski! - mruknął Macdonald. - Po cóż by Polacy istnieli na świecie, jak nie po to, by ich wysyłać na pewną śmierć!". W rzeczywistości wyznaczenie tych, a nie innych korpusów na tarczę osłonową armii, nie wynikało z imputowanych Bonapartemu przez Macdonalda rachub, lecz było prostym następstwem faktu, że formowały one placówki najbardziej wysunięte w linii bojowej, a więc ostatnie w odwrocie. [...]
   Przed dwunastą zdezorientowani saperzy francuscy przedwcześnie wysadzili na Elsterze jedyny most (Fundenburgbrücke), odcinając w ten sposób ponad dziesięć tysięcy ludzi Cesarza, w tym całą ariergardę. Wbrew opinii panującej do dzisiaj wśród polskich autorów nie miało to większego znaczenia dla 8 Korpusu - Polacy od początku nie wierzyli w możliwość przedarcia się przez miasto do bramy Randstadter-Thor, gdzie kłębiła się bezładna (porównywana do "berezyńskiej") masa uciekinierów, i szukali innych dróg odwrotu, co zresztą narzucił im przebieg walki i konfiguracja terenu.
Książę Józef, z pozostałymi mu kilkuset ludźmi, cofał się przez ogrody. [...]
   Po drodze do rzeki, już po dwunastej, Poniatowski otrzymał kolejny postrzał, na wskroś żeber lub w krzyże. Od tej chwili będzie tracił już okresami świadomość sytuacji, gorączka pali mu usta, chwieje się w siodle podtrzymywany przez adiutantów - Kickiego i Szydłowskiego. Ten ostatni zresztą spadł za chwilę z konia przeszyty kulą. [...]
   W Pleissie utracił Poniatowski konia. Przedzierali się dalej przez ogrody Reichela i Richtera (ten ostatni zwano też ogrodem Reichenbacha). Oddajmy znowu głos Kołaczkowskiemu: "Książę szedł pieszo ogrodami leżącymi między Elsterą i Pleissą: tu kulą karabinową w bok po raz drugi [po raz czwarty - przyp. W.Ł.] ugodzony, padł w objęcia otaczających go oficerów. Wkrótce odzyskał jednak przytomność i z pomocą adiutanta dosiadł z trudnością konia, lecz już się chwiał w siodle. Zaczęto go ze wszystkich stron zaklinać, aby się dał opatrzyć i oddawszy komendę innemu generałowi, zachował się dla Ojczyzny. Lecz odwaga księcia z niebezpieczeństwem wzmagać się zdawała, "Nie! nie! -zawołał - Bóg mi powierzył honor Polaków, Bogu go tylko oddam". Słowa powyższe, choć wymienia je wielu pamiętnikarzy, niekoniecznie są autentyczne. Trudno też, wobec różnic w przekazach, ustalić, gdzie je książę wypowiedział, przed Pleissą czy przed Elsterą, i w jakiej wersji. Drewnicki na przykład podaje: "Kto kocha honor i ojczyznę, za mną!". W późniejszej legendzie słowa te stały się symbolem. [...]
   Wspomina inny świadek ostatnich chwil księcia, generał Redel: "Książę otoczony kilkunastu wojskowymi (...) szukał dogodnego miejsca do przeprawy przez Elsterę. Długo krążyliśmy nad brzegiem, nareszcie w ogrodzie, przez który ta rzeka płynie, trafiliśmy na miejsce, które się zdawało dobrem, a czasu tracić już nic można było, bo dochodziły nas krzyki zbliżających się, nieprzyjaciół". W tym momencie Kicki odebrał drugą ranę. Księcia w stanic przytomności utrzymywał już chyba tylko silny wiatr znad rzeki.
   Kołaczkowski tak maluje ostatnie chwile Poniatowskiego:
   "Oficer inżynierów przybiega i miejsce najdogodniejsze do przeprawy wskazuje: książę brzegiem rzeki postępując, kieruje się w tę stronę, lecz spostrzegłszy nieprzyjacielski oddział, zachodzący mu drogę, zawołał głośno: Otóż oni! Konia zawraca i rzuca się do Elstery. Osłabiony ranami, koniem już nie powoduje, ten jednak pasuje się z nurtem i wspiąć się na brzeg wysoki, urwisty nie może. To wszystko działo się pod gradem kuł. W tej ostatniej chwili książę odbiera trzecią [piątą - przyp. W.Ł.] ranę, zsuwa się z konia i pędem wody porwany tonąć zaczyna". Askenazy w przypisach do swej monografii o księciu pisze: "(...) z oględzin lekarskich przy balsamowaniu wynika, że ranę w pierś na wskroś musiał otrzymać w ostatniej chwili, przy wspinaniu się na brzeg; zapewne wtedy momentalnie zdarł konia i w tył obalił na siebie". Redel zaś notuje: "(...) podobno w tym skoku popręg pękł, koń się przewrócił i zgniótł jeźdźca (...) Zacny Blechamp i tu na ratunek spieszy. W szlachetnym zapale rzuca się w rzekę i porywa księcia. Widziano, jak obejmuje wpół, starał się unosić głowę księcia nad powierzchnią wody, lecz daremne były usiłowania tego szlachetnego męża. Znikli obaj na zawsze w nurtach zdradliwej rzeki! Taki byt zgon bohatera polskiego, wodza kochanego, przedkładającego śmierć nad sromotną niewolę". [...]
   Po śmierci tego, którego Cesarz miał nazwać "jedynym niezdemoralizowanym wśród marszałków" (według Grabowskiego), nawet wrogowie z czcią pochylili głowy.

W. Łysiak, Napoleoniada